Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-11-2011, 19:32   #1
 
arm1tage's Avatar
 
Reputacja: 561 arm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemu
[Incepcja] I n c e p c j a







"You have wakened not out of sleep, but into a prior dream, and that dream lies within another, and so on, to infinity, which is the number of grains of sand. The path that you are to take is endless, and you will die before you have truly awakened."
— Jorge Luis Borges



Pośród nieustającego i niskiego, znajdującego się na krawędzi słyszalności pomruku wielkiej wody, majestat fal roztrzaskiwał się raz po raz z hukiem o zębiska klifów, nie tracąc mimo to nic ze swej istoty i wspaniałości. Poruszony, prastary żywioł nacierał, w trwającym od zawsze cyklu narodzin w głębinach i śmierci na niegościnnych skałach wyspy. Spieniona kipiel zwierała się w ciemne szeregi, by wybuchać w setkach mniejszych i większych eksplozji o kamienie brzegów. Wtedy to w wyrzucanych ku niebu potężnych bryzgach srebro walczyło o lepsze z oślepiającą bielą, prześwietlone promieniami słońca konstelacje kropel w niektórych chwilach mieniły się tysiącem tęcz.

Każda potęga przemija, ale ta zdawała się byc wieczna. Oblegające brzeg wyspy armie morza rozdzielały się na pędzące fale, które zdobywały tryumfalnie opadającą tu nierównościami skał zatokę. Po to tylko, by zaraz znów wycofywac się w szaleńczym popłochu, pozostawiając czasem za sobą na kamienistej plaży nieszczęsnych rannych żołnierzy - porzucone skorupy morskich stworzeń, obłe kamyki czy zwykłe śmiecie.

Czasem, tak jak teraz, otchłań pozostawiała też na mieliźnie coś żywego.




THE TOURIST


Spienione fale obmywały raz za razem nieruchome ciało wyrzuconego na brzeg wyspy niemłodego już mężczyzny. Rozbitek miał na sobie resztki siermiężnego odzienia, ale nie widać było na ciele żadnych śladów ran. Z tymi zmierzwionymi włosami, poczerwieniałą twarzą do połowy wtłoczoną w mieszaninę piachu i nabrzeżnego żwiru i otwartymi ustami wyglądał na martwego. Jednak gdy słońce zasnuły coraz śmielej poczynające sobie czarne chmury płynące z dumną powolnością nad horyzontem, a wszędzie pociemniało, głowa rozbitka poruszyła się. A potem, choc słowa zagłuszał huk fal, poruszyły się spierzchnięte usta.

Powieki zaczęły się podnosić, ale na parę razy i z trudem, jakby w starym teatrze człowiek ciągnący za liny kurtyn nie miał już siły na kolejny spektakl. Zdawało mu się, że fale rozbijają się w jego własnej głowie, nie słyszał długo nic poza ich hukiem i nie czuł nic poza oblepiającym go, trawiącym go gorącem kipieli. Dopiero potem.

Twarz leżała bokiem, ale oczy patrzyły. Wyspa skąpana była pośród mgieł, czarne niewyraźne zabudowania tam w górze niewiele odróżniały się od stromisk klifów. Znad mgieł wyrastały też strzeliste wieże. Tu, bliżej, gdzie granica między mgłą a tonią, która go wypluła, zacierała się, w zatoce tańczyły widziadła. Zamrugał, obserwując jeszcze bez ruchu, zmagania szatana z archaniołem. Zamknął oczy, gdy ujrzał sylwetę Śmierci, jak dziecko wierzące że wraz z przymknięciem powiek przestaje istnieć wszystko co jeszcze niedawno można było oglądać dookoła.

Może jednak tak właśnie było, bo gdy znów je podniósł, był już tylko oblegany przez morskie fale brzeg. I sylwetki, tym razem jednak ludzkie, sprawiające wrażenie jak najbardziej realnych. Czucie wracało. Ktoś z tyłu szturchał jego plecy czymś twardym. Jego ciało poruszyło się i znów bezwładnie opadło w piach.

- Żyje. - zawyrokował męski głos.

Przed nosem leżącego zamajaczył kształt długolufowej broni, którą dopiero co dotknięto go jak kijem.

- Na razie jedyny, który przeżył. - zawtórował inny głos - Z tamtej strony wyspy znaleźliśmy już trzech topielców.
- Nie liczyłbym na więcej. - do rozmowy dołączył trzeci, baryton - Od kiedy dostaliśmy ich SOS, minęło kawał czasu. Pogoda się psuje. Założę się, że resztę już ogryzają rybki.
- Więzień, czy jeden z naszych?




THE MARK


Prawdziwy władca pewnego światowego mocarstwa siedział zamyślony w okazałym fotelu. Fotel, jak wszystko dookoła, był przesadnie okazały i jak każdy detal tutaj, od najmniejszej rączki przy jego poręczy do wykończeń strzelistych wież majestatycznych i ociekających przepychem siedziby władcy - miał upewniać obserwatora o niezachwianej potędze i nieprzemijalności Imperium.

Może to, że rządził mocarstwem, było prawdą tylko w jego głowie. Może, jak twierdzili niektórzy, Imperium przeżywało swój zmierzch. Każde Imperium ma swój zmierzch, uczyła historia. Najlepsze dynastie wymierały. Nawet nie chodziło już o innych światowych graczy, którzy, jak twierdzili choćby bezlitośni ekonomiści, dawno już pozostawili w tyle ogromne państwo władcy. Tym świetem nie rządzą już państwa, mówiono, rządzą nim korporacje. Nie znające granic. Mroczne, nieuchwytne bezkształne molochy. Nowi władcy planety.

Ale władca, choć świadom lekcji historii, miał głębokie przekonanie, że świat nie docenia jego dominium. On nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Choć nie chwalił się tym publicznie, chętnie wspominał Rzym. Na przestrzeni wieków Rzym trwał, choć nie raz, tak jak i chwilowo w imperium władcy, podbite prowincje zyskiwały pewną niezależność i odłączały się od serca dominium. Mimo to Rzym pozostawał wielki, a władca znał historię jego upadku, od dawna pracując nad tym, by uniknąć błędów Cezarów, jego poprzedników. Tak, czuł się jednym z nich. Niektórzy nawet i dziś tak go nazywali. Czasy były inne, ale istota władzy pozostawała zawsze ta sama.

Poza tym ostatni Cezar, w schyłkowym okresie swego Imperium, nie miał tego co on. Choć świat jeszcze o tym nie wiedział, władca właśnie kontemplował zaprezentowany mu właśnie prototyp broni, która miała przywrócić jego Imperium należne miejsce w świecie. Każda potęga przemija, ale ta, sława jego Imperium, zdawała się być wieczna, wierzył w to. Wierzył, gdy patrzył na swą ulubioną wielką ścienną mapę, na którym jego państwo zajmowało centralne miejsce, a reszta świata była tylko lądami na jej krawędzi.

Władca przypomniał sobie nagle, że nie jest sam. Poddany czekał, oczywiście nie śmiąc przerywać kontemplacji eminencji. Wreszcie doczekał się.
- Powiedzcie mi...- władca użył nazwiska zwierzchnika jednego ze swych najbardziej cenionych resortów - ...czy macie dobre wiadomości w sprawie tych ludzi, o których raport dostarczono mi wczoraj.
- Tak. - odpowiedział ten człowiek, z nabożnym wręcz szacunkiem - Bardzo dobre. Mamy ich. Wszystkich.
Władca nie uśmiechnął się. Zadowolenie zwykł przejawiać w inny sposób.
- Wiecie, co z nimi zrobić. - odprawił ruchem ręki posłańca, który przyniósł tak dobre wieści.




THE ARCHITECT


- Więzień, czy jeden z naszych?

Rozbitek zmrużył oczy, gdy skierowano na niego snop sztucznego światła. Na jego tle odznaczał się kontur jakiegoś mężczyzny w mundurze. Trzymał w ręce jakieś papiery, na utwardzonej podkładce.
- Więzień. - zawyrokował pewnie cień. Głos miał...Znajomy. Miał wyraźnie angielski akcent. Wszyscy ci mężczyźni mieli angielski akcent...- Skujcie go. I Odwrócie.

Nie miał sił się bronić, a nawet gdyby, zamęt w jego głowie ograniczał na razie możliwość podejmowania jakichkolwiek decyzji. Rozbitek poczuł, jak zimne żelazo z chrzęstem unieruchamia jego ręce na plecach. Brutalnym szarpnięciem odwrócono go, w plecy wbijały się teraz nieprzyjemnie kamienie. Nad sobą miał zasnute szarością niebo, oraz nachyloną nisko twarz mężczyzny w charakterystycznej czapce. Znał tę twarz, od niedawna, ale znał...Grozą przejmował fakt, że nie pamiętał nic więcej.

- Blackwood. - mężczyzna o znajomej twarzy odznaczył pisakiem na papierze jakiś znak. - Osadzony 1299885, witamy w kurorcie. Sprawdźcie, czy nie ma nic ostrego i zabierac go.
- Się robi, Will. - mocne ręce dwóch rosłych strażników postawiły rozbitka po raz pierwszy do pionu. - Ruszaj się, śmieciu. Strzelam bez ostrzeżenia.

Droga wiodła w górę, zakręcała powoli. Coraz wyraźniej z mgieł zaczynały się wyłaniać masywne sylwety zabudowań. Było chłodno, od czasu do czasu zrywał się nieco silniejszy, targający ubiorami wiatr. Blackwood przyglądał się prowadzącym go bezceremonialnie strażnikom, bo tym właśnie okazywali się być.

Wszyscy nosili czarne uniformy służby penitencjarnej, z guzikami wykonanymi z mosiądzu. Czapki, podobnie jak uniformy z tarczą na środku i szarym paskiem. Talie spinały czarne paski opatrzone klamrami. Przy paskach wisiały czarne policyjna pałki, krótkofalówki i paralizatory. Czarne sznurowane lakierki, w których pokonywali najeżone kamieniami wzniesienie, mieli starannie wypastowane.

Ten, który go rozpoznał, by prawdopodobnie nieco wyższy szarżą. Po drodze palił papierosy. Pod uniformem nosił niebieską koszulę z czarnym krawatem. Inni trzymali się nieco za nim, wprawne oko Blackwooda oceniło, że za tą niedbałą pozą krył się fakt, że ludzie ci w rzeczywistości ochraniali człowieka niosącego papiery na twardej podkładce. Właśnie używał krótkofalówki, wsród trzasków powiadamiał straże na murach, że nadchodzą.

- Wyłowiliśmy jednego. Kod niebieski.

Wśród mgły pojawiły się postacie, ubrane dokładnie tak jak człowiek o znajomej rozbitkowi twarzy. Za ich plecami, w ponurej ogromnej bryle z cegieł, rysowała się brama. Zadarł głowę. Na położonych niedaleko wieżach wartowniczych kręcili się ludzie z karabinami. Kazano mu się zatrzymać.

Było mu zimno. Resztki więziennego, jak do niego dochodziło, stroju nie zapewniały wystarczającego ciepła. Umysł, pobudzony chłodem, bardzo powoli zaczynał funkcjonować poprawnie. Nie pamiętał wcale, by płynął tu jakimkolwiek statkiem. Pamiętał, kim był, choć ostatnie dostępne pamięci Blackwooda zdarzenia były odległe i dość niejasne...Właściwie sięgały dnia, gdy jego szef wezwał go na rozmowę...

Blackwood poruszył się niespokojnie. Myśl ta, natychmiast przywołała inną. Bez mrugnięcia okiem sprawdził językiem skrytkę w jednym z trzonowych zębów.

Gryps. Gryps od Woodsona. Był na swoim miejscu.

Teraz należało tylko znaleźć człowieka, do którego miał gryps ten dostarczyć. Nazwisko tego faceta, jak również jego facjatę, pamiętał doskonale. Na razie, rzecz jasna, nie miał zamiaru pytać o to nazwisko strażników. Zawsze był cierpliwy...

Najwyraźniej strażnik o znajomej Blackwoodowi skądś twarzy nie zawsze. Spojrzał na swój zadziwiająco gustowny zegarek, a potem zadzierając w górę głowę zakrzyknął głośno z nieskazitelnym wyspiarskim akcentem, aż głos poniósł się pośród mgieł.

- Śpicie tam? Open this goddamn gate!

Chwilę potem rozległ się odgłos otwieranej bramy. Człowiek z gustownym zegarkiem ruszył pierwszy, strażnicy rozstąpili się przed nim jak morze.

- Ten gość to nie byle kto, co? - Blackwood po raz pierwszy zaryzykował odzywkę do podtrzymującego go pod ramię strażnika.
Rosły młodzik o twarzy pokrytej krostkami śmierdział tytoniem. Popatrzył na Blackwooda poważnym wzrokiem.
- To Will Eakhardt. “Profesor”. Nie jest tu najwyższy stopniem, ale stopień to jeszcze nie wszystko. Jeśli chcesz tu przeżyć, musisz żyć dobrze z Willem. To nasza pieprzona legenda.
- Profesor?
- Zanim został strażnikiem, przesiedział tutaj dwadzieścia siedem lat. - odparł krościaty - Ruszaj dupę, panienko. Nie mam całego dnia.




THE SOURCE


- Rien ne va plus.

Cały olśniewający, mamiący zmysły blichtr kasyna przestał się w jednej chwili liczyć. Wszystkie kolorowe stosy piętrzących się sztonów, fantazyjne lampy, muzyka, idealnie skrojone stroje fraków i sukienek od Armaniego... Nawet te obłędnie atrakcyjne kobiety, które nieodmiennie przyciągali eleganccy mężczyźni szaleńczo stawiający niedościgłe zwykłym śmiertlenikom pule - va banque. Tak jak teraz. Tak jak on.

Wszystko to przestało się liczyć. Liczyła się tylko ta podskakująca, połyskująca w blasku lamp kula, kształt ideału, biegnąca naprzemiennie po czerwieni i czerni. Czas zwolnił, właściwie się zatrzymał. Dla takich chwil, pomyślał Tom, warto żyć.

Nie, poprawił się chwilę później. Dookoła trwała niesłabnąca owacja, wpatrzone w niego oczy błyszczały, ślicznotka uwieszona na jego ramieniu oślepiła go bielą zębów i przywarła do jego ciała swym gorącym udem, krupier ogłaszał pośród braw jego kolejne zwycięstwo. Dla TAKICH chwil warto żyć, poprawił się Tom w myślach.

Zamyślił się, przesuwając stos żetonów na nowy zakład. Brawa przybrały na sile. Właściwie sam nie wiedział. Może jednak to sam moment niepewności, ryzyka, był wspanialszy niż moment tryumfu. Nigdy nie potrafił się zdecydować.

Wtedy go dostrzegł. Znajomy mężczyzna pojawił się jak duch nad plecami gracza w okularach, nad tym nieznajomym którego odruchy i wytężoną uwagę Tom ocenił już wcześniej jako atrybuty zawodowca pracującego w ochronie. Pewnie pracownik kasyna. Teraz jednak liczyła się tylko znajoma twarz, płynąca nad kręgiem graczy. Człowiek z wąsem zasiadł na wolnym miejscu, które opróżnił ograny właśnie przez Toma bankrut z Egiptu.

Rozmawiali, nie patrząc sobie w oczy. Jak zawsze.
- Musimy jechać, Tom.
- Fuck you, Mike. Widzisz, ile jest na stole. Mam passę. Passa. Nigdy tego nie rozumiałeś.
Wąsacz uśmiechnął się.
- Nie, to prawda. Ktoś chce cię widzieć. Ale ten ktoś nie jest kimś, w kogo słowniku jest słowo “czekać”.
Facet wymownie pokazał gest wskazującego palca, wycelowanego w górę. No shit. Jakbyś przychodził tu, gdyby to był ktoś z dołu, pomyślał Tom.
- Ten poczeka.
- Nie ten. - wąsaty nachylił się do ucha dawnego kolegi i powiedział, o kogo chodzi.
- Kurwa...- westchnął Tom i gestem dał znać krupierowi, że siedzący przy stole od dwudziestu godzin gracz o podkrążonych z niewyspania oczach zabiera swoje zabawki i opuszcza piaskownicę.




THE TOURIST


Przeprowadzany przez wszystkie etapy procedury przyjmowania nowego więźnia Blackwood miał czas obejrzeć sobie, doświadczonym przecież okiem, strukturę budynku i to w jaki sposób zapewniano tu bezpieczeństwo i porządek. Tak jak przypuszczał, placówka znajdowała się na niewielkiej wyspie. Całe więzienie zbudowane było na bazie zwykłych, ale solidnych cegieł. Cztery skrzydła. Wschodnie, Zachodnie, Północne, Południowe. Południowe skrzydło, o czym poinformował ze śmiechem obleśny tłusty strażnik podczas rewizji, było skrzydłem przeznaczonym dla kobiet i chronione było przed facetami jak oddzielna forteca. W każdym skrzydle znajdowały się dwa poziomy.

Profesor odłączył się od nich jeszcze przed rewizją osobistą i przydziałem skromnego wyposażenia osadzonego. Blackwooda prowadzono potem wzdłuż długiej siatki, za którą był wielki otwarty dziedziniec. Pachniało morzem i wiatrem. Widział boisko do koszykówki i prowizoryczną siłownię dla więźniów. Więźniowie byli właśnie na wybiegu, wszyscy tak jak i on sam byli odziani w brudne poszarzałe, niegdyś biało-niebieskie pasiaki, wyposażone tylko w dwie kieszenie w spodniach. Na nogach noszono proste czarne obuwie więzienne. Część z osadzonych wisiała już na siatce jak małpy, głośnymi gwizdami i komplementami co do poszczególnych części ciała Blackwooda witając świeżaka.
- Spodobałeś się. - zarechotał jeden z eskortujących go ludzi - Sporo ofert matrymonialnych jak na pierwszy dzień.
- Pora spaceru?
- Taaa. Dla mężczyzn. Za godzinę będzie zmiana i spacerniak będzie należał do dziewczyn. Ty już dziś nie wyjdziesz na dziedziniec. Zapoznam cię teraz z twoim nowym gniazdkiem. Skrzydło Wschodnie. Ze współlokatorem poznacie się, jak wróci po spacerku.
Zarechotał raz jeszcze.

Szli dalej, a rozbitek przyglądał się uważnie wszystkiemu. Normalni strażnicy więzienni nie mieli broni palnej. Zadarł głowę. Posiadali ją strażnicy na wieżach każdego skrzydła, którzy mieli widok na dziedziniec. Widać było stąd że to karabiny dalekiego zasięgu. Na wieżach sterczały też wielkie głośniki. Przy pasie klawisza, zauważał Blackwood, kołysał się pęk kluczy do cel i pomieszczeń. Klucze były zaznaczone numerami cel, na przykład E3, zapewne Skrzydło Wschodnie i cela numer 3, oraz literami odpowiadającymi pierwszym literom jakichś pomieszczeń, chocby EL.

Doszli do narożnika, gdzie mieścił się niewielki posterunek kontrolny, a potem poprowadzono go dalej, wzdłuż muru. Jeszcze zanim tam doszli, Blackwood posłyszał donośne, pochodzące z wielu męskich gardeł skandowanie. Brzmiało to jak powtarzane nazwisko lub okrzyk, składający się z dwu sylab. W tej części dziedzińca coś się działo, tam też aktualnie zgromadzona była większość więźniów. Wyglądało na to, że wielu skandujących skazańców utworzyło spory krąg, wewnątrz którego...
- Bójka. - fachowym okiem ocenił strażnik. - Nie zatrzymuj się.
- Nie rozdzielacie ich? - zdziwił się Blackwood.
- Nie. Jeśli małpy chcą się gryźć między sobą...- wyszczerzył się typ w uniformie - Zawsze to jakaś rozrywka. Interweniujemy tylko jeśli tłukących się jest więcej niż dwu naraz. Albo jeśli któraś ze stron naprawdę przesadzi.
- A kto o tym decyduje? - zapytał Blackwood.
Klawisz zaśmiał się gardłowo. Potem spoważniał nagle. Eskorta zatrzymała się.
- Chuj cię to obchodzi. Wejdź przez te drzwi. Wystarczy ci na dziś świeżego powietrza.




THE SOLO, THE CHEMIST’S WINGMAN, THE SIXTH-MAN, THE FORGER’S WINGMAN



RU-LER! RU-LER! RU-LER! RU-LER!

Gromkie skandowanie więźniów niosło się echem po więziennym dziedzińcu. wzbijając się wysoko, ku przestrzeniom gdzie na tle przesuwających się powoli czarnych chmur hulał chłodny wiatr. Ciemne kształty ptaków kołowały nad wyspą, w bezpiecznej odległości, zaniepokojone ludzkimi harcami na dole. Ale na ptaki nikt nie zwracał teraz uwagi. Były ciekawsze zajęcia.

Karabinierzy na wieżach uważnie przyglądali się sytuacji na dziedzińcu, w którego jednym narożniku, niedaleko pustego obecnie boiska do koszykówki, większośc więźniów tworzyła ludzki krąg wydzierających się kibiców. W środku kręgu dwie męskie sylwetki zbliżały się do siebie powoli...Raczej nie można było liczyć na dlugie przedstawienie...Jeden z uczestników bójki wyglądał na prawdziwe monstrum ze swoją prawdziwie zwalistą sylwetą, drugi sprawiał przy tamtym wrażenie chucherka.

- RUH! - pięści kołysały się w górze, gdy dziesiątki gardeł we wspólnym wysiłku kończyły niskim pomrukiem pierwszą sylabę - -LER! - okrzyk kończył się ostro i szybko.

RU-LER! RU-LER! RU-LER! RU-LER!

Niektórzy gwizdali, inni tupali. Paru przyglądało się w milczeniu. Trzech z mężczyzn, tworzących wielki ludzki krąg więźniów, miało natomiast całkowicie zaskoczony, zagubiony nawet wyraz twarzy. Jeden niewyróżniający się specjalnie mężczyzna, jeden niezbyt twarzowy tłuścioszek, i jeden młodzik nie mogący miec więcej niż dwadzieścia kilka lat. Każdy z tej trójki zastanawiał się właśnie, skąd się tutaj wziął i co, do cholery się dzieje. Wodzili szeroko otworzonymi oczyma dookoła, podobni rybom nagle wyjętym z wody. Szczęściem dla nich, w obecnej sytuacji nikt nie zwracał na nich najmniejszej uwagi.

Ale oni siebie widzieli. Patrzyli sobie w oczy, rozpoznając się w tym tłumie - choć było to poznanie powierzchowne: ot, jedyne znajome tu, choć nie wiadomo właściwie skąd, twarze. Do tego jedyne twarze o innym wyrazie. Wyrazie zagubienia, pytania odbijającego się w biegających nerwowo spojrzeniach.
Inne twarze były obce, były wykrzywione w różnych wyrazach: ekscytacji, kpiny, gniewu, radości, pogardy. Właściciele tych twarzy wymachiwali rękoma, krzyczeli, klęli, pluli,
Ci trzej stali z opuszczonymi rękoma, i tylko ich wzrok biegał od twarzy więźniów, przez własne noszone pasiaki, przez posępne mury otaczające ich zewsząd, aż do dwójki walczących na których koncentrowała się uwaga całego niemal więzienia.
Z dwójki ruszających właśnie na siebie przeciwników kojarzyli przynajmniej jednego.

Ruler zareagował instynktownie. Jego przyzwyczajony do takich nagłych sytuacji umysł miał doskonale przygotowany zestaw zachowań na taką okazję. Zanim rozum zdążył cokolwiek przeanalizować, ciało miało już ułożoną strategię biorąc pod uwagę co się działo. Zagrożenie. Krąg widzów, podgrzewających i tak napiętą atmosferę. Zachęcających go do działania. Nie pierwszy taki krąg w życiu Rulera.

Walka. Przeciwnik na wyciągnięcie ręki, Tylko ta jedna ulotna część sekundy, bo jeśli nie zaczniesz ty, to zrobi to wróg i wtedy może być już za późno. Wszystko to przemknęło przez nieuchwytnie krótką chwilę przez mózg i wszystkie nerwy Rulera. A ciało tylko zareagowało wykonując ciąg przygotowany na taką sytuację ciąg instrukcji.

Impulsy przebiegły wzdłuż kręgosłupa. Rozszerzone technologicznie poza zakres ludzkich możliwości ciało Rulera nie wiadomo kiedy znalazło się tuż przy przeciwniku, którego personalia nie były w tej chwili ważne. Twarz tamtego mignęła tylko przed oczyma atakującego, gdy potężnym uderzeniem głowy rozkwasił ją z przyprawiającym o dreszcz chrzęstem łamanego nosa. Mężczyzna padł do tyłu z jękiem, zalany krwią. Tłum oszalał. Ruler skoczył ponownie, by dokończyć robotę. Jak już kogoś lał, to porządnie. Takie miał zasady.
 
__________________
MG: "Widzisz swoją rodzinną wioskę potwornie zniszczoną, chaty spalone, swoich
znajomych, przyjaciół z dzieciństwa leżących we własnej krwi na uliczkach."
Gracz: "Przeszukuję. "

Ostatnio edytowane przez arm1tage : 11-12-2011 o 12:15.
arm1tage jest offline  
Stary 27-11-2011, 19:35   #2
 
arm1tage's Avatar
 
Reputacja: 561 arm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemuarm1tage to imię znane każdemu


THE EXTRACTOR


Coś, kurwa, poszło zdecydowanie nie tak!

Ta myśl byłaby dość normalna, w umyśle kogoś kto właśnie wyrwał potężnie cios z bani od groźnie wyglądającego wielkoluda w więziennym pasiaku. Ale Malcolmowi nie chodziło tylko o to. Dlaczego sam nosił pasiak? Dlaczego znalazł się nagle na środku więziennego ponurego dziedzińca, w samym środku pieprzonej bójki? Dlaczego...

Jednak słabo się zastanawiało, gdy wszystko dookoła nagle wybuchło w oślepiającym rozbłysku niemal nokautującego bólu, poprzedzonego jeszcze o milisekundy wcześniej chrzęstem łamanej kości. Malcolm zatoczył się, zdążył jeszcze zlizać haust płynącej go jego ustach własnej krwi i wywrócił się w pył dziedzińca. Horyzont zmienił położenie. Wszystko zlało się w jednolity szum, za którym tętnił ludzki wrzask. Nie stracił cudem przytomności, ale co to była za pociecha, gdy nachylał się nad tobą człowiek o pięści jak bochen chleba. Pięści, która właśnie była unoszona, by do reszty zamienić cię w miazgę.

Jednak uderzenie co dziwo nie nadeszło. Krzyki dookoła zamieniły się w groźne okrzyki zawodu. Narastał przeciągły gwizd. Pięść zatrzymała się nagle, a znajoma twarda twarz z blizną na podbródku zastygła nad Malcolmem z wyrazem bezbrzeżnego zdziwienia.

- Cold?! - jak przez mgłę usłyszał basowy ton Rulera - Ronald Cold?!





THE POINT-MAN’S WINGMAN



Zimno.

To było pierwsze, co zarejestrowały zmysły Mirandy. To, i ten okropny smród. Zatęchły, oblepiający człowieka fetor bądący mieszanką woni potu, uryny i jeszcze innych rzeczy, których dziewczyna nawet nie chciała sobie wyobrażać.

Co gorsza, jeszcze zanim otworzyła oczy, zdała sobie sprawę że częściowo źródłem smrodu jest ona sama. Drżące palce przeczesały swoje własne utłuszczone doszczętnie włosy. Śmierdziało też jej zgrzebne, nie prane dawno ubranie. Rozwarte nagle szeroko oczy wpatrywały się w zszarzały, biało niebieski więzienny pasiak opatrzony jakimś numerem. Potem dopiero wzrok przeniósł się na otoczenie, a oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.

Leżała na twardej jak cholera pryczy w więziennej celi, które warunki nazwać surowymi byłoby raczej zbyt delikatnie. Ceglaste ściany dwuosobowej kwatery były w opłakanym stanie, odrapane, pokryte tysiącem wyrytych napisów i rysunków i zwyczajnie brudne. Były też cienkie, Miranda słyszała jakieś głosy z sąsiednich pomieszczeń.

Uniosła się na pryczy. Kubatura trzy na trzy metry. Wmontowane w ściany dwie przeciwległe prycze, zaopatrzone w rozsypujące się poplamione materace, w których kwitło życie robactwa. Koc, nie zasługujący raczej na swoją nazwę. W rogu straszył obleśny sedes. Z jego stanem kontrastowały solidne drzwi, ukute z grubej warstwy stali i wyglądające równie solidnie kraty w niewielkim oknie na dziedziniec.

Zdawało się jej, że słyszy dobiegającą skądś muzykę klasyczną. Dygotała. Nie było tu najwyraźniej ogrzewania, odruchowo podciągnęła pod szyję sfatygowany śmierdzący koc. Co się stało? Co tu robiła? Umysł powoli rozgrzewał się razem z ciałem, ale zanim doszła do jakichś wniosków, wzrok Mirandy padł na przeciwległą stronę celi.

Nie była w celi sama.

Stojąca do niej tyłem kobieta za pomocą barwnych bryłek, które rozcierała na więziennym murze, tworzyła jakieś dzieło. Malunek był już chyba prawie ukończony, a artystka najwyraźniej znała się na rzeczy. Na ścianie widniał abstrakcyjny, psychodeliczny wzór, w duchu poetyki dzieci-kwiatów. Dominowała czerwień. Obraz spokojnie mógłby zdobic furgonetkę pełną osób na LSD, jadących właśnie na Woodstock. Tymczasem dzieło zdobiło więzięnną celę, nadając jej zgoła niecodzienny wygląd.

- Podoba ci się?
Głos nieznajomej, również odzianej w więzienny drelich, odbił się echem od pustych ścian. Nie odwróciła się nawet, kontynuując proces tworzenia.
Miranda nie odezwała się, poruszając się niepewnie na pryczy.
- Nie wiem jeszcze, jak nazwę ten obraz. - twarz tamtej wciąż pozostawała zagadką - Wybrałam już tytuł “Rewolucja”. Ale zastanawiam się, czy nie zmienic jeszcze na “Furia”. Jak myślisz?

Ta twarz...Miranda odruchowo cofnęła się jak oparzona na zimną ścianę. Nie chodziło o to, że tamta była odrażająca, czy coś z tych rzeczy. Nie, była to twarz młodej i ładnej, kompletnie nieznajomej Mirandzie kobiety. Jednak to, co zobaczyła w oczach więziennej artystki zmroziło ją do szpiku kości. Sama nie wiedziała, o co właściwie chodziło...Po prostu tchnienie siły tak wrogiej, a przy tym tak lodowatej i nieodgadnionej, sprawiło że Mirandzie zaparło dech w piersiach.

Na szczęście nieznajoma odwróciła się zaraz znowu w kierunku swojego dzieła.

Czas płynął. Głosy za ścianami zaczynały się robic od pewnego momentu coraz bardziej natarczywe i śmiałe, było ich coraz więcej. Teraz zwłaszcza zdawały się dobiegac zza grubych stalowych drzwi, gdzie musiał byc więzienny korytarz. Z każdą chwilą tumult na zewnątrz narastał. Współlokatorka jednak jakby wcale tego nie zauważała, poświęcona całkowicie swojej pracy. Mirandzie przebiegło przez myśl, że może wszystko to co słyszy jest obecne tylko w jej własnej głowie.

- Co tam się dzieje?!

Brak odpowiedzi. Tymczasem temperatura wyraźnie rosła. Do krzyków tam na zewnątrz, wznoszonych tylko damskimi głosami, dołączyły teraz powtarzające się huki, jakby ktoś rzucał czymś o ściany.

Miranda właśnie zebrała się, by jeszcze raz coś powiedziec. Nabrała nawet oddechu, ale wtedy nagle rozległ się głośny huk tuż obok nich i ze zgrzytem żelaza potężne drzwi do celi stanęły otworem. Do środka buchnęły zwielokrotnione odgłosy rozjuszonej ludzkiej tłuszczy, które mogły oznaczac tylko jedno...

- Czas, Emma! - rudowłosa kobieta z wstrętnym, starym oparzeniem na okrutnej twarzy wpadła do celi w towarzystwie dwóch innych osadzonych. Wszystkie miały w rękach zaostrzone kawałki drewna lub inną prowizoryczną broń. - Na razie idzie jak z płatka, jak mówiłaś.

Kobieta nazwana Emmą odłożyła powoli barwiące ścianę bryłki i uśmiechnęła się lekko. Potem nagle przyspieszyła, zrywając materac ze swojej pryczy. Chwilę gmerała tam odwrócona plecami do Mirandy, po czym wyszarpnęła jakieś brudne zawiniątko. Tamte mierzyły tylko Mirandę złym, nieufnym wzrokiem. W dłoniach Emmy nagle zalśniło ostrze. Domowej roboty, cięty surowo z kawałka ostrej stali nóż, o sporym rozmiarze.

- Czas. Czas, by ta kurew zapłaciła za wszystko. - głos Emmy był jak lód, ale na twarzy błąkał się uśmiech. - Za mną, dziewczyny.
Nie oglądając się ruszyła w kierunku otwartych drzwi. Poparzona spojrzała jeszcze raz na Mirandę.
- Co z nią?
Emma zatrzymała się i popatrzyła przez ramię, a potem wyjęła zza pazuchy jeszcze jeden wycięty chałupniczo nóż, który nie posiadał nawet oprawionej rękojeści. Oszczędny ruch, i stal brzęknęła o więzienną kamienną posadzkę. Noż zatrzymał się pod nogami Mirandy.
- Idziesz...? - kącik ust Emmy zadrgał, a w oczach jeszcze raz zapłonął nienawistny ogień.

Nie czekając już na odpowiedź Emma wyszła energicznym krokiem, a za nią te inne, pozostawiając Mirandę samą, jedynie w towarzystwie oszałamiającego swą ekspresją malunku. Drzwi pozostały otwarte. Gdy Emma znalazła się na zewnątrz celi, przez te drzwi rozbrzmiał tryumfalny, powitalny okrzyk dziesiątek kobiecych gardeł.

Dopiero teraz Miranda zdała sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu wyje syrena alarmu.





THE POINT-MAN, THE CHEMIST, THE ARCHITECT



Profesor siedział w szatni, na jednej z długich drewnianych ławek. Niedaleko widać było otwarte, zwykłe prysznice. Stalowe szafki, w których spoczywały cywilne ubrania załogi, śmierdziały rdzą. William spojrzał na zegarek. Najdłuższa wskazówka przemieszczała się ze zwykłą sobie regularnością. Cztery, trzy. Dwa. Jeden...

Brzęknęły klucze na pęku wiszącego u pasa jednego z nich . Antonia pogładziła fakturę ubioru, podziwiając jego niemal idealne dopasowanie do ciała. Potem spojrzała na stojącego obok Inżyniera, wystrojonego bardzo podobnie. Oboje przenieśli wzrok na siedzącego na ławce mężczyznę, Wszyscy uśmiechnęli się.

Uśmiechy jednak szybko zniknęły z ich twarzy, a potem popatrzyli na siebie z zupełnym innym wyrazem twarzy. Powód był jasny. W powietrzu pulsował donośny, charakterystyczny dźwięk syreny alarmowej, która dosłownie przed sekundą zaczęła przeraźliwie wyć.

Zanim zdążyli się porozumieć, stalowe drzwi do szatni otworzyły się z hukiem i do środka wpadł uzbrojony w broń palną strażnik. Pagony na jego mundurze wskazywały na wysoki stopień funkcjonariusza.
- Bunt! - ryknął już od progu. - Bunt w damskim skrzydle! Ty- wskazał na Antonię - ...i ty, Will, za mną do zbrojowni i gnamy wspomóc tam strażniczki, pchamy tam większość sił. Smith! Ty dowodzisz akcją na dziedzińcu, chcę mieć wszystkich facetów w swoich celach jak najszybciej! Do roboty, kurwa!

Drzwi od szatni huknęły raz jeszcze, gdy nadzorca wypadł przez nie z jeszcze większym impetem niż wpadł. Syrena wyła niemiłosiernie. Inżynier, Antonia i Profesor wymienili pytające spojrzenia.




THE FORGER


Zapach róż. Pierwszy był zapach róż. Obezwładniający niemal, zapach setek róż. Płatki pachniały intensywnie, Amy wpatrywała się w pyszniące się przed jej oczyma kwiaty. Wszędzie, na szerokim solidnym, zabytkowym chyba biurku oraz dalej na podłodze, stały wielkie kosze wypełnione różami.

Drgnęła. Gdzieś jakby z oddali słyszała dźwięki skrzypiec, muzykę klasyczną. Umysł powoli zaczynał zadawać sobie pytania, a oczy analizować otoczenie. Wygodnie. Siedziała wygodnie w dużym skórzanym fotelu, za biurkiem jakiegoś przestronnego, gustownie urządzonego gabinetu. Dokumenty w szafach stały ułożone w idealnym porządku, podobnie jak papiery znajdujące się dalej na biurku. Za dużymi oknami płynęły ciemne chmury. Na starannie odmalowanych ścianach wisiały jakieś zdjęcia w ramkach. W rogu stało piękne, karmazynowe pianino, niedaleko niego wisiało sporej wielkości lustro w gustownej oprawie.

Wstała ostrożnie. Na najbliższych różach tkwił kartonik. Otworzyła niewielką karteczkę ze złotą tasiemką. Na bileciku widniała tylko jedna litera.

W.

Ostrożnie przeszła parę kroków wzdłuż jednej ze ścian. Zdjęcia przedstawiały urokliwe krajobrazy, często też zabytki, zapewne pamiątki z podróży do różnych części świata. Stąpając ostrożnie po grubym, perskim dywanie dotarła do lustra i stanęła przed nim.

Ze zwierciadła patrzyła na nią stara, dobra Amy. Amy Fox wyglądała jak zawsze, to znaczy olśniewająco jak zawsze. Foxy. Jak zawsze, jak kobieta dla której mężczyźni tracili głowy już zazwyczaj po pierwszym spojrzeniu. Może tylko ubiór nie był taki jak zawsze, choć musiała stwierdzić że było jej w nim absolutnie do twarzy.
Nosiła coś pomiędzy czarnym uniformem funkcjonariusza, a kostiumem business-woman kupionym w butiku na Piątej Alei. Było jednak w tym wizerunku coś prowokującego, Amy nie mogła powstrzymać myśli, że wygląda jak wycięta z męskiej fantazji erotycznej. Góra była obcisła, a koszula mimo całego formalizmu posiadała głębokie wycięcie. Spódniczka, opinająca jej smukłe ciało, była zdecydowanie zbyt krótka jak na taki uniform. Obcasy skórzanych butów zbyt wysokie...Całość stylizacji, pomyślała Amy, niebezpiecznie dryfowała w kierunku faszystowskiego, oficerskiego niemieckiego munduru z okresu drugiej wojny światowej. Dłoń Amy pogładziła kaburę przy pasie, gdzie spoczywała spokojnie krótka broń palna. Brakowało chyba tylko bata...

Wzrok jej padł na drzwi do gabinetu, na grubym szkle widniały odwrócone litery. Po drugiej stronie widniało oznaczenie funkcji tego, kto zasiadał w tym fotelu za wielkim biurkiem. Amy podeszła powoli i chwilę wpatrywała się drzwi, a bystry umysł szybko dokonał translacji lustrzanego obrazu na dający się odczytać napis.



MS. AMY FOX
NACZELNIK WIĘZIENIA



Nagle, bez żadnego ostrzeżenia rozwyły się syreny. Wiedziona nagłym impulsem podbiegła do okna. Obraz widzianego z wysoka dziedzińca więziennego, na którym chyba właśnie coś się działo, niemal zaparł jej dech. Głośniki na wieżach ryczały, mali z tej wysokości strażnicy biegali. W tej samej chwili zdała sobie sprawę, że gdzieś niedaleko stąd słyszy hałasy i ludzkie krzyki. Zanim zdążyła zlokalizować ich źródło, do gabinetu bez pukania wpadła jakaś potężnie zbudowana kobieta w mundurze strażniczki.

- Pani Naczelnik! - wyrzuciła z siebie, aż zatrzęsły się czerwone policzki - Bunt w Skrzydle Południowym! Nie wiemy jak, ale te dziwki przedostały się przez bramę wewnętrzną! Ktoś musiał... Przedarły się, mamy straty...Już tu idą, są w korytarzu! Skandują Pani nazwisko, odgrażają się że... Musimy natychmiast panią ewakuować!
 
__________________
MG: "Widzisz swoją rodzinną wioskę potwornie zniszczoną, chaty spalone, swoich
znajomych, przyjaciół z dzieciństwa leżących we własnej krwi na uliczkach."
Gracz: "Przeszukuję. "

Ostatnio edytowane przez arm1tage : 11-12-2011 o 12:18.
arm1tage jest offline  
Stary 02-12-2011, 20:55   #3
 
aveArivald's Avatar
 
Reputacja: 217 aveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie coś
- No, czekasz na specjalne zaproszenie? - ponaglił strażnik.
Blackwood odwrócił się w stronę drzwi zerkając przelotnie na beznamiętną twarz klawisza. Chciałby powiedzieć mu co o nim myśli jednak wiedział, że tylko pogorszyłby tym swoją sytuację. Zacisnął lekko usta i opuścił wzrok powstrzymując się od jakichkolwiek komentarzy. Chyba nie miał wyboru. Ostatni raz nabrał w płuca czystego, przesyconego solą morskiego powietrza, po czym z trudem ruszył przed siebie zostawiając za plecami zamglone niebo i wydzierających się na dziedzińcu więźniów.

Posłusznie przeszedł przez drzwi. Był zmęczony... Bardzo zmęczony... Wychłodzone ciało przez które raz po raz przechodziły dreszcze, oraz wwiercający się aż do środka mózgu ból, wcale nie pomagały w zebraniu myśli. Między jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Starał się maksymalnie skupić na bieżących czynnościach i zebraniu z otoczenia jak największej ilości informacji. Mimo tego że w głowie nadal miał pustkę, wynikającą prawdopodobnie z lekkiego wstrząsu i podtopienia, to był pewien jednego - został wysłany na bardzo ważną misję a Woodson z pewnością na niego liczył. Nie wiedział co tu robi ale czuł, że jest blisko celu. Nigdy nie zawiódł swojego pracodawcy i tym razem też nie zawiedzie.

Zatrzymali się przy sporej wielkości dyżurce, gdzie oficer znajdujący się w odrapanym okienku, sprawdzał jakieś papiery.
- Blackwood. Osadzony 1299885... - charczał cicho pod nosem podczas gdy świeżo upieczony więzień rozglądał się uważnie dookoła. Standardowe zabezpieczenia - zawyrokował w myślach. Nic z czym miałby problem. Jedyną przeszkodą były te cholerne kajdany, musiał się ich jakoś pozbyć.

Procedury przeciągały się. Jeden ze strażników wszedł do dyżurki przez boczne drzwiczki i gadał o czymś z oficerem tam siedzącym. Blackwood myślał intensywnie. Miał obok siebie tylko jednego klawisza. Mógł w tym momencie zaryzykować i zaatakować. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak skuteczny jest atak zaskoczenia. Jednak póki co nie wypatrzył nic co pomogłoby mu zdjąć kajdany.

Z braku jakiegokolwiek pomysłu, spróbował znów zagadać:
- Ej słuchaj - zwrócił się po przyjacielsku do towarzysza - nieźle oberwałem w łeb i nic nie pamiętam. Czy... wiesz może co dokładnie się stało? Tam na morzu?
- Naprawdę nic nie pamiętasz? - zdziwił się, chyba szczerze - Byłeś w transporcie więźniów. Wszyscy poszli na dno. Ciebie farciarzu znaleźliśmy na brzegu. Właściwie Will. Skurwiel jakby wiedział, gdzie wypłyniesz. My już chcieliśmy wracać - zakończył z uznaniem.
Blackwood zaryzykował i rzucił nazwiskiem. Klawisz popatrzył na niego podejrzliwie, ale odezwał się jednak.
- To twój ziomek, tak? Osadzonych tu od cholery... Ale tak, chyba kojarzę gościa... Zdaje mi się, że garuje we Wschodnim więc pewnie się spotkacie...

Ich pogawędkę przerwały nagle syreny alarmowe. To mógł być idealny moment do ataku jednak widać było, że strażnik nie jest wcale zaskoczony. Byli chyba szkoleni na takie okazje, albo już nieraz przeżywali takie rzeczy. Nie tracąc zimnej krwi popatrzył na Blackwooda i zupełnie jakby był telepatą rzucił krótko:
- Ani drgnij.

Oficer dyżurny nerwowo dyskutował z kimś przez krótkofalówkę. Gdzieś narastał szum. Pilnujący go krościaty klawisz przestępował z nogi na nogę, czekając na instrukcje. Trwało to jakiś czas. Wreszcie drugi ze strażników wyszedł z dyżurki.
- Bunt w skrzydle południowym! - rzucił krótko - Przymknijmy go szybko! Zaraz mamy być na dziedzińcu!
Pchnął Blackwooda pałką warcząc nieprzyjemnie pod nosem:
- Tylko bez debilnych pomysłów... Idziemy!

Więzień nr 1299885 posłusznie ruszył dalej wchodząc na niewielką klatkę schodową chronioną stalowymi siatkami. Z dołu było widać solidne, stalowe drzwi na górze do których zmierzali. Mimo ostrzeżeń klawisza w głowie Blackwooda kotłowała się cała masa debilnych pomysłów. Alarm, bunt, a co za tym idzie - chaos. To była jego szansa na uwolnienie się od strażników. Musiał ją tylko dobrze wykorzystać. Nagle zorientował się, że ktoś schodzi po schodach. Spojrzał w górę.

- Wy dwaj! - krzyknął dziwnie znajomy Blackwoodowi mężczyzna - Biegiem do gabinetu Pani Naczelnik! Zabieracie więźnia i pilnujcie. Nie ma czasu go odstawiać. W razie problemów biegiem na dziedziniec! - rozkazał po czym pomaszerwował dalej przyspieszonym, wojskowym krokiem.
- Tak jest! - odpowiedzieli chórkiem i ruszyli z Blackwoodem w górę.
Mijając się z oficerem na schodach wymienili jeszcze jedno spojrzenie a gdy znajomy strażnik zniknął w drzwiach na dole, oni byli już na górnym poziomie.

Tak nagłe zwroty wydarzeń wydały się Blackwoodowi istnym błogosławieństwem. Podczas wspinaczki po schodach, w głowie Thomasa zaczynał powoli tworzyć się plan ucieczki. Równocześnie jednak zaczął zastanawiać się skąd zna tych dwóch ludzi. Znaczy się... najpierw na plaży, były więzień zwany “Profesorem”. Teraz ten gościu na schodach. Oboje wyżsi rangą. Może to w skutek wstrząsu mylił tych ludzi z innymi? A może rzeczywiście ich znał i nic nie pamiętał?

Przemieszczali się bardzo szybko. Dla Blackwooda ta sytuacja była trochę dziwna, w końcu był dla strażników zbędnym ciężarem, ale nie zadawał pytań. Znaleźli się w pomieszczeniach wyglądających jak sektor dla personelu. Czyste, cicho piszczące posadzki, nieodrapane ściany i specyficzny zapach czystości upewniły Blackwooda w tym przekonaniu.

Myślał gorączkowo i starał się przypomnieć sobie jakieś szczegóły lecz obrazy z przeszłości cały czas się załamywały... Pamiętał jak Woodson wezwał go zaraz po tej sprawie ze Stormriderem. Miał wtedy masę rzeczy na głowie: zatuszowanie całego incydentu, załatwienie alibi co po niektórym osobom oraz wystosowanie odpowiednich pism do poszkodowanych rodzin. Mimo tego Charles koniecznie chciał się z nim zobaczyć. Poznał wtedy tego człowieka...

Nagle przypomniał sobie dzień tuż przed wyjazdem do Wenecji. No tak! Tylko czemu do cholery ten koleś siedzi w pace?! Coś musiało pójść nie tak! Woodson nienawidził gdy coś szło niezgodnie z planem, ale więzienie? Szlag, musieli ostro spierdolić tą akcję a on pewnie został wysłany w charakterze kreta, z info dotyczącym ucieczki. Musiał przyznać, że pech nie opuszczał go ani na krok. Mimo dobrych umiejętności pływackich prawie utonął a teraz jeszcze ten bunt. Szlag by to!

Mimo fizycznych dolegliwości, chaotycznych rozmyślań i niepewności co do tego co się naokoło działo, Blackwood nie stracił panowania nad sobą. Wręcz przeciwnie. Cała ta sytuacja sprawiała, że powoli zaczynał wracać do siebie i pracować na najwyższych obrotach. Zasapana trójka wpadła w końcu na trzecie piętro gdzie niemal zderzyli się z uzbrojonymi strażnikami biegnącymi od innej strony. Sądząc z odgłosów znad sufitu, na górze trwała walka. Wrzaski i strzały z broni palnej połączone z czerwonymi błyskami lamp alarmowych nadawały całej sytuacji demoniczne wrażenie.

Szybko znaleźli się przed siatką z bramką, pilnowaną przez dwóch strażników. Przedostali się przez nią bez problemu. Wbiegli na szerokie schody by w końcu dostać się na korytarz na drugim piętrze...

...który wyglądał jak przedsionek piekła...

Od strony Blackwooda i jego “towarzyszy broni”, na tłum rozwścieczonych więźniarek nacierał chaotyczny szereg personelu więziennego. Głównie strażniczki chociaż zjawiło się już paru mężczyzn ściągniętych z innych skrzydeł. Posadzka była zasypana potłuczonym szkłem mieniącym się od szalejących lamp alarmowych. Miejsce w którym stali, wyglądało jak polowy obóz wojenny a parę leżących bezwładnie ciał tylko dopełniało tego wrażenia.

Koło Thomasa przebiegł jakiś mężczyzna z zakrwawioną twarzą:
- Napierać! Długo już nie wytrzymają! Musimy dostać się do...! - krzyczący schylił się nagle unikając lecącej butelki - Pieprzone dziwki! - rzucił tylko i zbiegł po schodach mijając coraz to nowe posiłki strażników.
- Każdy wolny członek personelu ma natychmiast zjawić się na drugim piętrze! - jedna ze strażniczek kucająca pod ścianą, próbując przekrzyczeć ogłuszające syreny alarmowe, drżącym głosem darła się do trzeszczącej krótkofalówki.

Mimo że personel więzienny był lepiej wyekwipowany, to w tym momencie więźniarki całkowicie panowały nad centrum korytarza. Z miejsca, w którym stali widać było prowizoryczne barykady utworzone z poprzewracanych szaf. Tam toczyła się istna bitwa. Prawdziwe piekło. Chaos. Schylony przezornie Blackwood stanął z boku razem ze swoją eskortą, która postanowiła w końcu pozbyć się go poprzez przykucie do pionowej rury wychodzącej ze ściany.

Doprawdy, doskonały moment i miejsce - pomyślał Thomas.

Nagle jakaś znajomo wyglądająca kobieta ubrana w strażniczą kurtkę, doskoczyła do chrościatego strażnika i z miejsca wyrżnęła go otwartą dłonią w głowę.
- Pojebało cię doszczętnie? - wydarła się tak, że zagłuszyła odgłosy bitwy - Wiesz, kto to jest? Jak mu te dziwki zrobią krzywdę, nie wyjdziemy z sądu do emerytury. Dawaj kluczyki do kajdanek! Idź do Willa! Weź od niego broń! Teraz!

I może nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby tylko owa uderzająco piękna niewiasta nie stała przed nimi na bosaka, ze złotymi tipsami i wiklinową torbą przewieszoną przez ramię.

Po głowie Blackwooda krążyły nieskomplikowane myśli...





...

What... what the fuck!?
 

Ostatnio edytowane przez aveArivald : 14-12-2011 o 20:18. Powód: Literówki...
aveArivald jest offline  
Stary 03-12-2011, 00:59   #4
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 5770 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację






Widok z okna. Panorama świateł. Długie sznury lamp jak świetliki zawieszonych nad wijącymi się rozciągniętymi wstążkami ulic. Czerwone i białe sznury płynących reflektorów. Stojący w miejscu mozaikowy blask zapalonych okien w bryłach wieżowców. Górująca nad okolicą w oddali żółta wieża. Krzyczące w pulsującym rytmie neony. Pieniąca się ściana fontanny długiego rzędu spienionych wodnych snopów tańczyła. W rytm muzyki, która nie dolatywała na skrzydłach nocy do, połykającej światło i dźwięki, matowej ściany. Szyby.

Lekki świst powietrza. Ziemia przybliżała się uciekając w dole pustynnym krajobrazem czerwono-żółtego piachu. Dojrzałej pomarańczy. Żółta plama słońca drgała rozmyta w falującym powietrzu na horyzoncie. Wraz z nim plamy rosnących zabudowań. Niskie lepianki ze skały, cegły, błota i gnoju. Postać owinięta szatą od stóp po czubek głowy, stanęła w otworze osuniętej kotary. Na rękach trzymała zawiniątko. Przekrzywiając głowę powoli podniosła rękę do czoła. Patrzyła przed siebie. Wprost. Źrenice rozszerzyły się jak dojrzałe kwiaty. Oczy kobiety są koloru czarnego. Skuliła się zakrywając ramionami śpiącego w zielonych tkaninach niemowlaka. Dach eksplodował, z zamkniętymi powiekami wachlarza długich rzęs, milionem zawieszonych w czasie odłamków, gruzu i pyłu. Drzazgi obracały się jak zakręcony wiatrak w objęciach tumanów wilczego jęzora. Czerowo-czarnego ognia. Nim rozkwitną i złożą się, ustępując kurtynie dymu, nie zostanie ani jedna kropla czystej krwi, która wtedy, niczym fontanna zraszacza podmiejskiego trawnika, zawisła wśród fragmentów kości, mięsa, mózgu. I krzyku. Gryzący dym czarnym całunem przykrywał rosnącą ścianę ognia.

Twarz w odbiciu miała kamienną maskę porośniętą kilkudniowym zarostem i czarne jak heban szkiełka okularów. Kostki lodu zabrzęczały w kryształowym szkle kiedy mężczyzna umoczył usta w lśniącym płynie. Na stole leżała walizka. Kobieta w garsonce mówiła. Spokojnie. Z dostojną powagą ważkich słów, które padały z jej ust przyjemną dla ucha barwą tonu. Mężczyzna zsunął na nos okulary zasłuchany w melodyjny głos. Jej czerwonych ust. Lśniącą pomadkę warg. Biała, odkryta szyja, niczym filar wysmukłego obelisku, marmurowa rzeźba, hipnotyzowała gładkością. Nieskazitelem. Krótkie włosy pięknej i młodej, opadały na delikatne skronie. Pojawiały się obrazy. Zdjęcia. Polityków. Miast. Korporacji. Wojska. Cywili. Budynków. Policji. Sportowców. Pogody. Reklamy. Nacisnął przycisk. Mężczyzna rzucił się na łózko przykładając do ust papieros zapatrzony w zdobiony misternymi freskami, kolorowy sufit. Ściany drgały blaskiem zmieniającej się na ekranie wizji. Podwinięty rękaw białej koszuli kontrastował z łożem w kolorze czerwonym, kiedy zasuwał zawartość szuflady.

W tunelu ciemność zdawała się poruszać. Martwa. Ożywiona. Mroczne powietrze sączyło ciszę. Cyniczną jak sen. Piszczała skupioną nutą. Patrząc z pode łba kładła się w cień. Miarowe bicie pulsujących skroni. Raz dwa. Dwa raz. Korytarz migotał drgającą żarówką. Migotała blaskiem jak ćma uderzając skrzydłami o noc. Znaki na odrapanych kafelkach. Krwawe graffiti. Zatopił się w odmęcie ciemności, a iskrząca lampa gaśnie zasłuchana w oddalające się kroki mężczyzny z latarką. Na karabinie.

Z prysznica wyszły długie do nieba nogi. Elastyczne, jędrne uda. Kształtne biodra. Płaski brzuch. Interesujące pośladki. Piersi jak młode, niewinne jagnięta. Dojrzałe. Z kroplami wody przy sutkach płynęły przez pokój z rozkołysaną. Nagą. Do łóżka.

Żółty tunel połykał auto jak wąż. Żółte ściany. Żółte oświetlenie i żółty samochód. Czarne szyby i takiż sam czarny garnitur pasażera. Na kolanach cieniutki jak hotelowa książka tablet. Ręce mężczyzny poruszały się sprawnie po ekranie. Taksówka mknęła przed siebie. Pod morze. Wgłąb ziemi. Kąciki ust wygięły się nieznacznie kiedy czytał. I potem po czterdziestu minutach, kiedy patrzył na ciężkie chmury szarego dnia schodząc po schodkach budynku, też. Zdążył przed deszczem. Nie miał parasola.

Ptaki poderwały się lotu tylko na chwilę. Zaraz osiadły jak powracająca płachta opadającego prześcieradła. Kręciły się miedzy wypolerowanymi butami kroczącego spokojnie mężczyzny. Starożytne filary okalały rozległy plac szarych budynków, które pamiętały Piotra. Mężczyzna zrobił zdjęcie. Obelisku. Też. Biorąc do ręki owoc zaciągnął się jego oszałamiającą wonią. Usiadł na schodkach bazyliki obok czarnego nesesera. Wgryzł się głęboko w soczyste jabłko z Campo dei Fiori. Ziewnął.

Sanremo. Saint Vincent. Campione d’Italia. Venice. Uniosła się brew. Usta wygięły w uśmiechu. Kiedy palcem przerzucał wyrzucone na ekranie miasta, do stolika przyszedł kelner z prasą i kawą.

- La prossima volta. – klepnął barmana w ramię ściskając w garści gazetę pod przerzuconą przez ramię marynarką.

Na obrusie wiatr podrywał z szelestem banknot do lotu.

- Grazie mille!
- Drobiazg. – mruknął pod nosem.

Przechodząc na drugą stonę ulicy Tom poprawił okulary.
 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill
Campo Viejo jest offline  
Stary 05-12-2011, 16:27   #5
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Antonia wyprostowała się na całą imponującą wysokość swego ciała, podbudowaną niebotycznymi obcasami. Przód munduru zatrzeszczał niebezpiecznie, poddany ciężkiej próbie naprężania przez obfite wdzięki. Syrena wyła niemiłosiernie, ale Antonii, przyzwyczajonej do życia i pracy w wiecznym ferworze i hałasie, nie przeszkadzało to nijak w myśleniu. Przede wszystkim, z jej bogatego doświadczenia w akcjach mocno nielegalnych i średnio bezpiecznych dla uczestników wynikało jasno, iż gdy coś się pieprzy, trzeba wskazać winnego niezwłocznie, by samemu nie zostać oskarżonym o niedoróbki. Padło na Architekta.
- Dzięki, stary - głos Antonii ociekał sarkazmem, ale z tym głębokim tembrem i tak brzmiał jak zaproszenie do łóżka. - Świetna robota!
Nie to, żeby naprawdę uważała, że czegoś nie dopatrzył. Z miejsca mogła podać kilka powodów, dla których działo się obecnie co się działo. Jeden nawet całkiem prawdopodobny, i niestety, nie do wiadomości publicznej...
- Nie przejmuj się, i najlepszym zdarzają się wpadki - tym razem coś w tonie głosu Antonii sugerowało, że przy niej błędy mogą się owszem zdarzyć, ale tylko jeden raz.
- Kobiece skrzydło jest najmniej ważne w tej chwili. Jak stracimy nasze panie przez czyjś brak profesjonalizmu, to tragedii nie będzie. Jak stracimy wszystkich innych, to będzie problem. Czas się też odliczyć. To kto na ochotnika idzie do Malcolma?
-Nie rozumiem... Nie powinno być takich komplikacji. To rzeczywiście trochę utrudnia nam pracę. Ja robię to co do mnie należy. Robię to dobrze, więc proponuje, żeby każdy zajął się tym za co odpowiada.
Antonia niemal parsknęła: oto przemówiła urażona duma. Point Man i Architekt wymieniali uwagi, a ona przestępowała z nogi na nogę i czuła nadciągający ciężki szlag.
-Tamten co wyszedł gadał całkiem do rzeczy, szczególnie jeśli brać pod uwagę, że nie wszystko poszło jak należy
Jest bunt, najprawdopodobniej jest broń. Jest broń, jest niebezpiecznie, a w Południowym mamy dwójkę naszych. Jeśli tam są - Point Man pojechał po bandzie. - Idźcie do zbrojowni i nie żałujcie sobie broni. Szczególnie gazów łzawiących i maski. A jak nie ma, to mam nadzieję, że sobie je wyobrazisz-w ostatnim zdaniu zwrócił się do Williama.
-Czy mam wam je wyjąć z którejś z szafek?
Profesor przyglądał mu się uważnie. Wszystko było jasne.
-Nie będzie takiej potrzeby. Damy sobie radę prawda?
Zwrócił się do Chemiczki z zamiarem wywołania wrażenia, że jest tym który absolutnie panuje nad sytuacją.
Na twarzy Antonii zagościł nieodgadniony i groźny uśmiech.
- Nie wiem jak wy. Ja na pewno.
Propozycję słuchania projekcji kogoś, w czyim śnie coś się zaczęło sypać zmilczała. W skrytości swojego nieszczególnie wspaniałomyślnego serca miała nadzieję, że to będzie błąd PointMana. Pierwszy i zarazem ostatni. Otworzyłoby to nowe, ciekawe perspektywy. Tymczasem mężczyźni wymieniali nudne blabla o zabawkach do robienia krzywdy bliźnim. Trzydziestoletni chłopcy, którym ktoś powiedział, że teraz mogą mieć rpga na żywo...
-A ty w tym czasie gdzie będziesz?
-Ja zajmę się dziedzińcem...
Bla bla bla. Do Antonii docierało co dziesiąte słowo. Ruszyć się, działać... Plany we śnie mozna sobie w dupę wsadzić. Tu najważniejsza i tak jest improwizacja.
-Co z Ekstraktorem?
-Pewnie siedzi wygodnie na swoim fotelu i oczekuje nas. Spotkamy się w pokoju Naczelnika, więc on nie bardzo ma się jak ruszyć.
Wreszcie dogadali wszystko, co chcieli.
Smith pokiwał głową, wyciągając swoją zza pasa.
-Jeszcze jakieś pytania?-popatrzył na dwójkę.
Profesor podniósł się z ławki zapinając mundur i nakładając czapkę.
-Spokojnie jakby co będziemy w kontakcie. Idziemy proszę pani?
Otworzył drzwi szatni i zapraszającym gestem dłoni zachęcił Chemiczkę do wyjścia.
-Damy mają pierwszeństwo.
Może i mają bunt, ale to nie znaczy, że trzeba zapomnieć o dobrych manierach.
- Damą to była twoja mamusia, Brytolu. Może. Nie obrażaj mnie, mam tkliwą naturę - parsknęła.
Will nie wyglądał jakby przejął się zbytnio wyzywającym tonem kobiety.
-Charakterek co? Może być ciekawie.

Antonia dumnie przedefiladowała przed mężczyznami, wychodząc pierwsza przez otwarte szarmancko drzwi. Bez opieszałości, ale z taką miną, że widać było jak na dłoni, że zdanie na temat poczynań Point-Mana i jego osoby ma mocno niepochlebne.

***
-Zaraz czy to nie głos naszego Fałszerza? Cholera. - Architekt sprawiał wrażenie, jakby trafił go piorun.
Postępująca obok niego krokiem pantery ruszającej na polowanie Antonia uśmiechnęła się pod nosem.
- Ty chyba naprawdę nie widziałeś, jak coś się dogłębnie sypie i pieprzy, prawda? - zagadnęła kojącym, ciepłym głosem. - Nie przejmuj się, to jest pestka - złapała Architekta za rękę i zatrzymała. - Zaraz tam pójdziemy. A teraz popatrz na mnie. Na twarz. Widzisz coś niezwykłego? Przypatrz się dokładnie, to wbrew pozorom jest ważne. Coś dziwnego? Przebarwienia, nierówności skóry? Cokolwiek?
Anglik zmarszczył lekko brew i przyjrzał jej się uważnie. Zaraz jego twarz rozjaśnił fasadowy uśmiech. Jasne, że coś się sypie, ale w tej chwili nie mógł nic na to poradzić.
-Hmm? Urocza jak zawsze. Nie widzę nic szczególnego. Nie chciałbym przerywać tej pasjonującej wymiany zdań, ale mamy robotę do wykonania. Odłóżmy ją chociaż na później.
Napięta twarz Antonii rozluźniła się w jednej chwili, świdrujące, hipnotyczne spojrzenie ciemnych oczu zmiękło i Brazylijka wycisnęła na policzku Architekta solennego i głośnego całusa.
- To cudownie! Nie masz pojęcia, jak się cieszę!
Bo i też cieszyła się w istocie, może tylko słabiej trochę, niż wskazywałby na to jej ekstatycznie radosny wybuch. Gdyby jakimś niesłychanym zbiegiem okoliczności Architekt miał dość wrażliwości by zobaczyć jej drugie oblicze, nie tylko ten sen posypałby w drobiazgi, ale i cała akcja. Oczywiście, nie mogła wykluczyć, że to i tak się dzieje. Anglik może konwersuje sobie jak na herbatce u królowej, ale jego podświadomość widzi i wie, kuli się ze strachu i tak ustawia projekcje, by pozbyły się intruza.
-Tyle jeśli chodzi o to, że się starzeję Susan.
Powiedział bardziej do siebie niż do towarzyszki nieznacznie uśmiechając się pod nosem.
-Nie wiem czym sobie zasłużyłem... Zdecydowanie lepiej dokończmy tę rozmowę później.
- Ej, gdzie się podziała słynna angielska flegma? - zażartowała Antonia i uścisnęła jego rękę. Dłoń miała dużą jak mężczyzna i bardzo ciepłą. - Idziemy. Będzie dobrze.
Za bardzo nie miała pomysłu, jak przemówić do podświadomości Anglika. “Zaufaj mi, nie ugryzę cię przecież” przyniosłoby skutek wręcz odwrotny. Wtedy dopiero, zdaniem Brazylijki, zacząłby się cyrk. Gdyby strach stał się świadomy.
- Idziemy, szybciutko.

Skierowali swoje przyspieszone kroki prosto do zbrojowni.

***

- Ekhm, nie żebym się wtryniała do waszych perfekcyjnych po męsku planów... - oznajmiła w biegu - ale po kiego licha my do tej zbrojowni idziemy? Tracimy czas. Jestem z Rio, pierwszego obrzyna dostałam na komunię. Wymyślmy sobie po gnacie zamiast ganiać jak suki z cieczką.
Antonia zatrzymała się i przestąpiła z nogi na nogę i podrapała się po pośladku. - Te majtki są z koronek. Nienawidzę koronek, wrzynają mi się w tyłek - poskarżyła się.
-A kto powiedział, że będziemy potrzebowali obrzyna? Zaufaj mi. Mój sen, zrobimy po mojemu. W czasie akcji chciałbym tworzyć najmniej jak się da. Poza tym już zaraz jesteśmy.
Will przerwał wyjaśnianie i po namyśle dodał jeszcze:
-Masz najbardziej wygodne gacie jakie mogłem sobie wyobrazić. Daj mi igłę z nitką to po powrocie stworzę Ci naprawdę szałową koronkę. No co? To wbrew pozorom bardzo męskie zajęcie.
- Ależ... ufam ci całkowicie - zełgała Antonia z wielkim przekonaniem. - Ale koronkową bieliznę robi się na szydełku, nie igłą.
-Spryciula.

***

-Masz swoje obrzyn - Architekt powiódł po zbrojowni gestem kelnera zachwalającego menu. - Tylko uważaj gdzie celujesz.
- To nie obrzyny. Ale się nadadzą. Dobra robota - Antonia zatarła dłonie, ozdobione sporymi złotymi tipsami... Co ciekawe, w szatni jeszcze ich nie miała, musiały pojawić się niedawno. I z pewnością nie był to manicure, w jakim mogły paradować w pracy strażniczki służby więziennej.
-Odwrócisz uwagę Ralpha moja droga?
Odruchowo ściszył głos jeszcze bardziej i zbliżył się do Antoni, żeby mieć pewność iż nikt ich nie usłyszy.
-Muszę stworzyć dla nas coś przydatnego a nie chcę, żeby ktoś przypadkiem tu zajrzał. Poza tym jak wyniesiemy to stąd to nikt nie powinien się dziwić.
Oczy Brazylijki zamigotały radośnie, choć gdzieś na dnie spojrzenia przyczaiło się coś niepokojącego i chyba złego. Antonia uwielbiała odwracanie uwagi i konspiracyjne szepty z mężczyznami. Czasami nawet bardziej niż leżenie na plaży pod rozpalonym słońcem i leniwe smarowanie ciała oliwką. Rozpięła górne guziki kurtki munduru i nachyliła się do Anglika.
- Takim zakompleksionym grubaskom odgryzam głowy na jeden raz.
- W takim razie chyba dobrze, że nie mam problemów z nadwagą prawda?

Kiedy tylko Brytol ruszył w głąb zbrojowni, Antonia przytachała strzelbę i glocka wraz z pudełkami z amunicją i złożyła je na ladzie przed strażnikiem wydającym broń.
- Co za dzień - mruknęła i otarła czoło, jednocześnie prostując się i wypinając do przodu piersi. - Co tam u żony, Ralph? - zagadnęła ciekawie.
- Rozwiedliśmy się - burknął strażnik, a Antonia znalazła się w swoim żywiole.
- Mój Boże, Ralph! Tak mi przykro! - przechyliła się przez ladę i ujęła dłoń strażnika, gładząc ją współczująco. Przy okazji zauważyła złote tipsy na swoich palcach, ale nie przejęła się tym zbytnio.
- Daj spokój...- burknął - Przecież to suka była.
Mimo tych słów, jego oczy wyraźnie nie nadążały za tym co mówił. Nie dość, że zadawały kłam słowom, to jeszcze niczym na sznurkach zawisły w pewnym miejscu na ciele Antonii...
- Nie, Ralph, nie możesz tak mówić - oznajmiła stanowczo i nachyliła się lekko nad ladą. - Mówię serio. Wracasz do obiegu, więc musisz znowu zachowywać się jak łowca. Myśliwy, rozumiesz. Polowanie na baby ma kilka zasad, a najważniejszą jest ta: nigdy nie mów im źle o byłych. Możesz sobie tak myśleć, możesz to mówić do kumpli przy browarze, ale nigdy innym kobietom. Boże, Ralph... ale będziesz miał rwanie! Doświadczony, z dobrą pracą... dwudziestki na to lecą. Tylko nie wypłakuj żalów po żonie. Oczywiście, ważne jest pierwsze wrażenie. Pierwszy pocałunek, rozumiesz. Ma być taki, żeby się nogi ugięły. Nauczyła mnie tego taka jedna fajna dziwka.
- Myślałem, że kurwy się nie całują - Ralph nabrał pewnych podejrzeń.
- Oglądałeś Pretty Women? Jakie to romantyczne! Nie bądź romantyczny, chłopie. To pedalskie. Facet ma być zdecydowany, przychodzisz jak po swoje i to sobie bierzesz. Nie na chama, ale po męsku. Najpierw musisz oblizać usta, o tak - Antonia przeciągnęła końcem języka po wardze. - Potem, dotykasz twarzy, patrzysz w oczy. Potem dolnej wargi, końcem palca. Nie wpychaj języka, zanim sama nie otworzy ust - Antonia ciągnęła wykład entuzjastycznie i nagle urwała. - Wiesz co, jak się tłumaczy, to potem trudno to odtworzyć. Pokażę ci! - Antonia wskoczyła na ladę.
- Eeee - zdążył tylko jęknąć Ralph.
- Nie musisz dziękować. Zaprosisz mnie dzisiaj wieczorem na piwo i będziemy kwita - Brazylijka uspokoiła wszystkie obawy po czym przełożyła nogi na stronę Ralpha i przeszła od wykładu do ćwiczeń praktycznych.
-Antonia idziemy - w środku programu rozległ się głos Architekta.
Powiedział to do pleców Brazylijki. Antonia bowiem siedziała na ladzie, obejmując ciasno nogami Ralpha i całowała go z werwą i wyraźną przyjemnością.
- Jasne, Will, jasne - odparła po chwili, odklejając się od strażnika. Zeskoczyła z lady i zaczęła pakować broń.
- Jesteśmy umówieni, Ralph - rzuciła jeszcze przez ramię na odchodnem.
Rzadko kiedy widywało się wyraz tak bezbrzeżnego szczęścia na twarzy faceta. Choć dla Antonii, widok taki z pewnością nie był pierwszyzną.
- Udało się? - zapytała szeptem już na korytarzu, kiedy szybkim krokiem szli w stronę gabinetu naczelnika.
-Jak najbardziej młoda damo.
Will podniósł na moment torbę tak, żeby Brazylijka zwróciła na nią uwagę.
-Mamy wszystko co trzeba.
Spod rozpiętej kurtki munduru Antonii wystawała obcisła bluzka w lamparcie cętki, zdecydowanie nieprzepisowa. A kiedy obróciła się w stronę Architekta, na jej szyi oprócz srebrnego łańcuszka z medalikiem wisiał także naszyjnik z muszli i rzeźbionych kości. Kości niepokojąco i upiornie przypominających te z ludzkich palców.
- Nie przejmuj się tym - machnęła lekceważąco złotymi tipsami. - To nie ty. To ja. Mnie nie można trwale zmienić, wsadzić w inne buty, każde przebranie prędzej czy później spada. Forgerzy zmieniają się w kogo chcą, a ja zawsze w samą siebie.
-Tak, ja zdecydowanie zbyt mało znam się na modzie by stworzyć coś...
Mężczyzna szukał przez moment odpowiedniego słowa, ale po chwili jednak spasował.
-Coś.
Wzruszył tylko ramionami w rozbrajającym geście szczerości. I pobiegli na złamanie karku w stronę gabinetu naczelnika.
 
Asenat jest offline  
Stary 05-12-2011, 16:30   #6
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
***

Antonię, mówiąc delikatnie, trafiła na miejscu ciężka kurwica. Po pierwsze, wysiłkiem fizycznym poza pływaniem i aerobikiem brzydziła się do głębi, a szczególnie nienawidziła biegania. To było wbrew jej zasadom! Pasowało do jej wypieszczonego wizerunku jak pięść do nosa. Wiedźmy nie biegają, nigdy. Wiedźmy... podążają przed siebie rozkołysanym krokiem, a cały świat zamiera w oczekiwaniu, aż wiedźma dotrze tam, gdzie zamierza. Teraz zaś była zziajana, spocona i w związku z tym wkurwiona. Do tego na schodach dopadła ją kolejna fala jej własnej formy, zmieniając wybiórczo kolejne części odzienia. Trafiła w obuwie i sandały bez pięty spadły jej oczywiście w biegu. Torba w której niosła broń przedzierzgnęła się w wiklinowe cudo ze sznurami koralików. W wyniku czego Antonia była obecnie na bosaka i poza kurtką od munduru wyglądała tak, jakby wybierała się plażować na Copa Cabana, a nie tłumić bunt. Doskoczyła do strażnika przywiązującego do rury Turystę i z miejsca wyrżnęła go otwartą dłonią w głowę:
- Pojebało cię doszczętnie? - wydarła się tak, że zagłuszyła krzyki więźniarek. - Wiesz, kto to jest? Jak mu te dziwki zrobią krzywdę, nie wyjdziemy z sądu do emerytury. Dawaj kluczyki do kajdanek! Idź do Willa! Weź od niego broń! Teraz!
Strażnik zawahał się.
- A kto to...- zaczął zaskoczony, ale nagle przerwał jakby podjął decyzję i zaczął zastanawiać się nad czymś innym - To co mam z nim zrobić? Przecież wolno go nie puszczę!
- Dawaj kluczyki, idioto! Przykuję go w zamkniętym pokoju, nie tutaj, gdzie zaraz oberwie w łeb! Myśleć też mam za ciebie? Kto cię do służby przyjął? Taki sam idiota jak ty? - Antonia wyciągnęła rękę po kluczyki.
Na czole klawisza pojawiła się dodatkowa zmarszczka. W końcu podał jej klucze, nerwowym ruchem.
- A kto ci kurwa polecił krawca...?- fuknął, obrzucając ją wrogim spojrzeniem i ruszył w kierunku Willa po broń.
Brazylijka olała wynurzenia strażnika. W końcu był projekcją Willa, i pewnie podzielał skrzywione gusty Brytola w materii koronek. Z trzymanej na ramieniu wiklinowej torby plażowej wyciągnęła glocka, odmotała łańcuch wiążący kajdanki z rurą i szarpnięciem postawiła turystę na nogi.
- Idziemy, Wasza Wysokość!
Blackwood zaskoczony przez pojawienie się kolejnych znajomych mu twarzy czekał na dalszy tok wydarzeń. Wokół nadal było pełno strażników a jego oswobodzicielka miała broń. Ten kto ma broń dyktuje warunki. Przynajmniej narazie.
Wkurzenie Antonii właśnie sięgało zenitu. Przełożyła glocka do lewej ręki, a prawą złapała Turystę za połę pasiaka i zaczęła wlec go korytarzem coraz dalej od regularnej bitwy, jaka się toczyła pod gabinetem naczelnika. Imienia Turysty jakoś nie pamiętała, bo też i nigdy nie obciążała sobie pamięci rzeczami zbędnymi. Wybrała jedne z drzwi i zatrzymała się.
- Otwórz się, Sezamie? - warknęła, ale też nie dała drzwiom ani chwili na ewentualną reakcję, tylko wyrąbała z glocka w zamek. Następnie otworzyła drzwi pchnięciem bosej stopy, wsadziła rękę w ciemność i zapaliła światło wewnątrz i glockiem wskazała Turyście wnętrze.
- Wasza Wysokość raczy wejść.
Blackwood posłuchał kobiety i ostrożnie wszedł do pomieszczenia rozglądając się uważnie. Był w tym momencie niczym napięta fortepianowa struna, w każdym momencie gotowy do podjęcia działania. Co prawda kobieta która mu rozkazywała nie wyglądała jak więzień czy strażnik, lecz nie wiedział jeszcze jakie ma względem niego zamiary. Mimo wszystko najważniejszym dla niego był fakt, że posiadała klucze do kajdan.
- Co teraz? - zapytał podejrzliwie stojąc po środku pokoju i czekając na dobry moment do ataku.
Antonia najchętniej palnęłaby mu w łeb i zakończyła jego, pożal się Boże, egzystencję w tych więziennych murach. Turyści byli tymi, których z włamujących się do snów nie znosiła najbardziej. Wszystkie inne pobudki potrafiła zrozumieć, ale gnającego ich pożądania “funu” - nijak.
- Chcesz się stąd wydostać?
- Rozumiem, że chcesz mi w tym jakoś pomóc? - odparował Thomas.
- Wyjdziesz z tego więzienia dzięki mnie. Od ciebie zależy tylko sposób - Antonia podrapała się między piersiami lufą glocka i uśmiechnęła sucho i bezradośnie.
- W porządku, czego ode mnie chcesz? - zapytał Blackwood przełykając głośno ślinę. Pytał chociaż doskonale wiedział o co jej chodzi. Gryps od Woodsona - wiedziała o nim.
- Przebierzesz się i spełnisz pewną rolę. Teraz. Jak tylko osoba, która zabarykadowała się w gabinecie naczelnika tej dziury będzie przy mnie bezpieczna, wypuszczę cię z tego pierdla tak jak stoisz, od razu. Gratis spełnię ci jedno życzenie, jak złota rybka.
Blackwood myślał gorączkowo. Nagle w jego umyśle zaczęło pojawiać się wiele pytań.
- O jaką rolę dokładnie chodzi? I kim Ty w ogóle jesteś? - postanowił zaryzykować - Czy ja Cię gdzieś już nie widziałem?
- Niewątpliwie, w mokrym śnie, tuż nad ranem - warknęła Antonia. - Grałam w filmach erotycznych, stąd możesz kojarzyć. To zgadzasz się czy nie? Ludzi mi tam mordują.
A więc jesteś jedną ze strażniczek albo i kimś ważniejszym - pomyślał Blackwood - Co tu się dzieje do cholery? - myślał zaskoczony ciętym językiem i ironicznym tonem z jakim zwracała się do niego rozmówczyni. Cóż, w innych okolicznościach pewnie przyznałby jej rację co do filmów erotycznych, na co wskazywał jej ubiór i uroda ale teraz lepiej było się powstrzymać i nie drażnić jej niepotrzebnie. Oczywistym dla niego był fakt, że kobieta nie dotrzyma obietnicy. Najważniejsze jednak, że nie zapytała o gryps - widocznie nic o nim nie wiedziała. Po chwili namysłu kiwnął głową na znak że się zgadza, chociaż nie miał pojęcia do czego może go to zaprowadzić.
- Propozycja nie do odrzucenia, co? Niech będzie ale ze skutymi rękami ci nie pomogę.
Brazylijka rzuciła mu kluczyki a Blackwood zręcznym ruchem złapał je zanim upadły na posadzkę.
- Pamiętaj, że jeśli na którymkolwiek etapie tego planu będziesz próbował mnie wydymać, rozwalę ci łeb bez mrugnięcia okiem i bez wyrzutów sumienia - głos miała spokojny, niemal hipnotyczny... a na koniec ziewnęła sobie uroczo, przysłaniając usta palcami.
- Wierzę - odparł krótko Thomas uwalniając się w końcu od kajdan.
- Rozkułeś się? Świetnie. To teraz wyskakuj z łachów.
- Nie myślisz chyba że... - zaczął niepewnie lecz widząc stanowczy wzrok kobiety kontynuował - dobra, w co mam “wskoczyć”?
- Za tobą w kuble masz mundur. Streszczaj się, nie mam całego dnia.
Blackwood z niedowierzaniem zajrzał do kubła i ku swojemu zdziwieniu, wyciągnął z niego mundur członka SWAT. Ubranie wyglądało jak nowe. Postanowił nie zadawać więcej pytań chociaż masa z nich plątała mu się po głowie. W milczeniu przebrał się pod uważnym wzrokiem brazylijki. Turysta pozbył się pasiastej więziennej piżamki i od razu jakby mu atrakcyjność poszybowała w górę... Antonia w sumie była zawiedziona całą tą sytuacją. Gdyby wiedziała, że trafi z mężczyzna do schowka na szczotki i przy użyciu broni skłoni go do striptizu... Cieszyłaby się jak dziecko na pierwszą w życiu Gwiazdkę. Tymczasem wyszło jak wyszło, bez polotu i całkiem bezpłciowo. Była w tym niestety wina samej Antonii, bo Turysta zachowywał się jak powinien, czyli jak sterroryzowany. Bowiem Antonia zamiast korzystać z uroków chwili, gryzła się faktem, że gdzieś po więzieniu biegał cholerny Ruhl, któremu obiecała to i owo, a w szczególności lojalność i ochronę. Oczywiście, wiedziała, że powinien przejść przez to sam. Sprawdzić się. Przejść inicjację bez usuwania przeszkód sprzed nóg. Martwiła się jednak i tak. W końcu Christopher miał tendencję do brania na klatę wszystkich niebezpieczeństw w okolicy, chyba myślał, że jest kuloodporny. Wszystko w ramach przyjaźni i czego to tam jeszcze... nieważne. Po prostu zachowywał się tak, że równie dobrze mógłby przykleić sobie na czole tarczę strzelecką. Turysta zmagał się z zapięciem spodni, a Antonia z własną frustracją. Blackwoodowi szło zdecydowanie lepiej.


***

Nawet przez zamknięte drzwi Christopher słyszał ryczący telewizor. "Boom boom boom boom, I want you in my room!". Kiedy otworzył drzwi, do odgłosów dołączyło także miarowe stukanie obcasami. W telewizorze smukła blondynka prowadziła poranny aerobik, w pokoju zaś - poza wszechobecnym bajzlem, jaki wprowadziła tu ze sobą Antonia - rzucał się w oczy tyłek Brazylijki, obciągnięty zieloną lycrą.

"Let's spend the night together, together in my room!"

Zlana potem Antonia zrobiła jeszcze kilka energicznych wymachów nogami, po czym padła na dywan i wykonała idealną stójkę na głowie. Wszystko w sandałach na wysokim obcasie.

Oczywiście, miała zarezerwowany osobny pokój w hotelu. Ale Antonia nawet tam nie pojechała. Pierwszego wieczoru w NY wparowała mu na chatę razem z bagażami godnymi maharadży, nie wyszła do rana, bo wyciskała z niego słowo po słowie, co się właściwie wydarzyło. A potem nie dała się wygonić. Drastycznie zmieniła strefy wpływów w szafce na kosmetyki i lodówce. Chodziła po domu nago lub półnago w najlepszym wypadku i właziła do łazienki bez pukania za każdym razem, gdy brał kąpiel. Całymi dniami nie wychodziła na dwór, piła i słuchała disco. To właściwie nie było jeszcze takie złe. Bowiem czasami piła i słuchała rzewnych pieśni fado, popadając w depresyjny stupor. I cały czas twierdziła, że pracuje nad sprawą.

- Co tam, co tam? - zapytała wesoło, zdjęła koszulkę i wyżęła ją z potu. Po raz kolejny Christopher przekonał się naocznie, że Antonia staników nie uznaje i nie nosi.

Ruler wyglądał na zamyślonego, co w połączeniu z jego gabarytami i zwykle mało refleksyjną miną mogło wydawać się trochę śmieszne.
- Mówi Ci coś nazwisko Ronald Cold? Dostałem od niego robotę. Przyszedł tutaj jakiś czas temu, ot tak, zaczął nawijać, że wie wszystko o porwaniu Marta i jeżeli zrobie dla niego jakieś zadanie, to Mart zostanie uwolniony. Rozumiesz to? Ten koleś musi być zajebiście, ale to zajebiście ważny...

Nie dość, że był świetnie poinformowany - ciąnął Ruler - to jeszcez obiecał mi, że doprowadzi do uwolnienia Marta. - Spojrzał na Antonię - umówił mnie z jakimś swoim wspólnikiem o ksywce Point Man. W chuj dziwna sprawa - włamanie do... snu. Do snu, czaisz? Być może zniknę na jakiś czas z NY, nie będę mógł obserwować naszego celu.

Podczas kilku dni spędzonych razem Antonia zdążyła już pokazać wspólnikowi, że jej reakcje są nieprzewidywalne. Jednak nigdy nie widział, żeby się bała. Sprawiała wrażenie kogoś, kto uważa się za najbardziej niebezpieczną osobę w granicach stanu i dawała wielokrotnie do zrozumienia, że nie są to bezpodstawne mrzonki. A teraz... stanęła jak wryta. Wszelkie oznaki zawoalowanego i jawnego flirtu wyparowały z jej postawy jak sen jaki złoty. Ciemna skóra w jednej chwili spopielała i obciągnęła się na twarzy jak pośmiertna maska, przez zsiniałe usta z sykiem wyciekło powietrze. Antonia podniosła z podłogi przepoconą koszulkę, i gdy przeciągnęła ją przez głowę, wyglądała już w miarę normalnie.
- I zgodziłeś się - stwierdziła bardziej niż zapytała, z piersi wymknęło jej się zrezygnowane westchnienie. Podniosła ze stolika butelkę tequili i pociągnęła z gwinta. - Do diabła, Christopher, nie masz pojęcia, na co się piszesz. Tak, "czuję" to, o czym mówił Cold - mówiła spokojnie i wolno, podkreślając każde słowo. - I wiem, jak to wygląda, podejrzewam, że świadomość w tej materii mam większą niż on. Czy wspomniał, że w trakcie możesz dostać zapaści i obudzić się jako roślina, bez władzy nad własnym ciałem, uwięziony we własnej głowie? Nie? A może uprzedził cię, że możesz się nigdy nie obudzić? Że wszystko, co jest tobą, rozpłynie się po drugiej stronie? Albo chociaż o tym, że zobaczysz tam rzeczy, które złamią cię i zmiażdżą, w sen wejdziesz ty, silny i zdecydowany, a wróci ktoś bojący się własnego cienia? Lub że są ludzie, którzy zabiją cię tylko dlatego, że próbowałeś to zrobić? Nie powiedziałeś mi, dlaczego tak ci na Marcie zależy, nieważne. Zastanów się sam, czy... on jest wart, byś tak ryzykował.

Usiadła na fotelu, splotła razem duże, ciemne dłonie i zamilkła. Zastanawiała się, jak przekazać to, co jest po drugiej stronie komuś, kto nigdy tam nie był. O lasach, w których wiatr nie poruszał liśćmi, lecz okrwawionymi ludzkimi dłońmi. Psach z głowami dzieci i dzieciach z głowami psów, rozległych pustkowiach, po których przechadzały się bestie stworzone przez ludzi w czasach, kiedy wszystko, co czaiło się w ciemności za chybotliwym kręgiem światła ognisk było niezrozumiałe, straszne i niebezpieczne. O swoim śnie, o tabliczce z napisem "Koniec świata", za którym była tylko pustka i nicość, nie ciemność ludzkich nocy, ale bez-światło i bez-ciemność sprzed stworzenia nieba i ziemi, z której dobiegał płacz głodnego noworodka. O cieniach, które przekraczały granicę snu i chodziły między żywymi. Jak to przedstawić, by ogarnął to, czego nie ogarniała sama? Nie da się.

- Pamiętasz... - odchrząknęła sucho - ... gdy byłeś mały, budziłeś się w nocy, w ciemności, sam. W cieniach mebli czaiły się potwory, które chciały cię skrzywdzić. Wołałeś rodziców, żeby przyszli i cię obronili, bałeś się... Mam dla ciebie złą wiadomość, Ruhl. Byłeś wtedy mądrzejszy niż teraz. Twój strach był prawdziwy i niebezpodstawny. Te potwory... one wszystkie istnieją naprawdę. Czekają ciągle na ciebie za granicą snu.

Christopher zasępił się. Nie bardzo kumał, o co chodziło z potworami z łóżka i granicą snu, ale perspektywa bycia uwięzionym w swoim własnym śnie nie była zachęcająca. Jakie rzeczy mógł zobaczyć we śnie, podczas tej dziwnej roboty? Co mogło się tam przydarzyć, no i jakie miał gwarancje, że Mart zostanie uwolniony po prawidłowym wykonaniu zlecenia? Przez chwilę wahał się. W końcu jednak uniósł głowę i odpowiedział Antonii.
- Zgodziłem się, ponieważ w innym przypadku nie mam szans na odbicie mojego przyjaciela. Za wiele mu zawdzięczam, żebym teraz skrewił. Wiele razy ocierałem się o śmierć, więzienie, tortury - dodał poważnie - mam w dupie ryzyko. To będzie kolejna robota. Kolejna, którą wykonam. Tak na to patrzę.

Słowa Rulera brzmiały zdecydowanie. Antonia zacisnęła zęby i milczała uparcie. Nigdy by się do tego nie przyznała, ale w tej chwili to ona ważyła, czy życie Marta i życie Ruhla są warte jej ryzyka. A ryzykowała znacznie więcej niż Christopher.

- To nie będzie kolejna robota, podobna poprzednim robotom - warknęła w końcu, ostro, za ostro. - Nie mówię tego, żeby cię wystraszyć - pociągnęła już łagodniej - nie po to, by wystawiać na próbę twoją odwagę, przyjaźń czy lojalność wobec Marta. Mówię to, żebyś wiedział, w jakie gówno się pakujesz. Jeśli to jest twoja ostateczna decyzja, nie będę cię od niej odwodzić. Co więcej, pójdę z tobą. Ja też... jestem lojalna, Christopherze. Nie tylko wobec przyjaciół. Także wobec tych, co do których mam pewność, że mogą się nimi stać. Mamy umowę, chłopie. Zawieszamy jej realizację na czas poszukiwania Marta, ale ona dalej jest w mocy i zobowiązuje tak ciebie jak i mnie.

Brazylijka rozparła się wygodniej w fotelu i zarzuciła filuternie nogę na podłokietnik.

- To jak, leziemy razem w to szambo? W dobrym towarzystwie zawsze raźniej i plecy ma się kryte. A ja jestem najlepszym towarzystwem, na jakie sobie zasłużyłeś. Poznaję to po tym, że nie ma tu nikogo innego - wyszczerzyła zęby w serdecznym uśmiechu.

Ruler za dobrze znał ludzi, żeby bezrefleksyjnie ufać Antonii. Nie wiedział, jaki interes ma w tym, żeby też pakować się w ten biznes. Nawet nie wiedziała, on zresztą też nie, o co tak naprawdę Coldowi chodzi.
- Przecież sama mówiłaś, że nie wiesz, w co się pakujesz, to dlaczego chcesz iść tam ze mną? Też chcesz dokopać Jackowi Mortonowi? A może chodzi o kasę? Nie obraź się, ale muszę wiedzieć, dlaczego też chcesz być przyjęta... Chociażby po to, żeby wiedzieć, czy nie przyciągnąłem kreta.

Antonia jednak się obraziła. Spektakularnie i cokolwiek teatralnie, nawet oczy jej się zaszkliły.

- Christopher, ranisz moje serce! - jęknęła rozdzierająco i złapała się za fragment ciała, który sercem co prawda nie był, ale ten gest dodał jej słowom sporo dramatyzmu. - Ja ci otwarcie mówię o sprawach, o których właściwie mówić nie powinnam, a ty mi z podejrzeniami wyjeżdżasz? Wypchaj się swoją paranoją! Spójrz mi w oczy, Ruhl, i słuchaj uważnie, bo powiem to tylko jeden raz. Po raz pierwszy w życiu słyszę nazwisko Cold. Dowiem się o nim więcej, ale na razie to ktoś mi obcy. Po raz pierwszy w życiu słyszę o Jacku Mortonie. Jeśli będzie mu trzeba dokopać, to to zrobię, i to tak, że nie tknę go nawet palcem, a i tak porzyga się własnym gównem. Tymczasem liczy się dla mnie Mart. I ty, do cholery. Mart jest jedynym prawnikiem, który chociaż zaczął się zastanawiać, czy może mi pomóc z Imoshim. To prawda, nie mam z nim jeszcze umowy, ale jeśli pomogę ci go odnaleźć, będę ją miała na pewno. Ta papuga jest mi potrzebna, Ruhl! - Antonia wrzasnęła tak głośno, że Christopherowi zapiszczało w uszach. - Ma skrzeczeć dla mnie w sądzie, a nie siedzieć nie wiadomo gdzie i nie wiadomo dlaczego! Ty mi jesteś potrzebny, żeby dopaść Imoshiego po tym, jak Mart go zrujnuje! Chcę, żebyś go porwał i wywiózł na cholerną pustynię, chcę, żebyś mu urwał giry przy samej dupie! Nie zrobisz tego, jeśli będziesz leżał w psychuszce i robił pod siebie! Dlatego z tobą pójdę!

Antonia opadła z powrotem z fotel, piersi falowały jej w gwałtownym oddechu.
- Kasa... - powiedziała już spokojniej i jakby niechętnie. - Kasa też mi jest potrzebna. Bardzo. Buduję przychodnię na faveli w Rio. Wydałam oszczędności całego życia, a starczyło tylko na pierwsze łapówy i wylewkę pod fundamenty. Będę potrzebowała co najmniej dwa razy tyle, żeby skończyć budowę, ściągnąć lekarzy i kupić sprzęt i leki. I co najmniej dwa razy tyle na następne łapówki, bo to samowola budowlana... żeby mi tego pierwszego dnia nie zburzyli. Nie masz pojęcia Ruhl, jakie choroby lęgną się z biedy. Dzieci tam umierają na przypadłości, które na Zachodzie leczy się ot tak - pstryknęła palcami. - Nie mów nikomu, że się tym przejmuję, bo to mi zniszczy reputację - skończyła niezręcznie.

Mężczyzna słuchał Antonii z zainteresowaniem; jej tłumaczenia co do powodu wdania się w tę awanturę wydawały się dość racjonalne. Niemniej jednak, nie zachęcać jej do jak najszybszego skontaktowania się z Coldem i 'zaciągnięcia się' do pracy. Skoro tak bardzo chce się narażać, to niech naraża się sama...
Zamiast tego zmienił temat:
- Nie boisz się, że podczas tej pracy umknie Ci Twój cel, tutaj w NY? Nie wiadomo, ile to potrwa.

Brazylijka tylko największym wysiłkiem woli powstrzymała się od rąbnięcia czołem w szklany stolik przed sobą. Przez chwilę miała wrażenie, że to nie Ruhl tu stoi, ale mniejszy od niego o połowę jej uczeń Carlo. Podobieństwa były uderzające! Antonia mówiła, mówiła, mówiła, słowa wylatywały z jej ust i zamiast zostać zapisane w odpowiedniej części mózgu słuchacza - wpadały w jakąś czarną dziurę bez dna! Dlaczego ona go w ogóle wynajęła? Ach tak. Nie miała wyboru.

- Trochę się boję, ale nie mam wyboru. Christopher, czy coś ci umknęło z moich wyjaśnień? Poczyniłam ci tam wyznanie, które mnie sporo kosztowało. Nie, nie to o dzieciaczkach. Ja nie jestem w stanie dopaść Imoshiego sama. Potrzebuję ciebie i Marta. Wolę dorwać go później niż wcale. A teraz opowiedz mi dokładnie o tym Coldzie. Jak wyglądał? Co mówił?

Christopher opowiedział. Był tak wzruszający w swojej szczerości, że gdy parę dni potem Antonia dosypała mu prochów do wody, poczuła coś bardzo podobnego do wyrzutów sumienia.


***
 
Asenat jest offline  
Stary 05-12-2011, 16:30   #7
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Antonia miała już podejrzenia, gdy Ruhl opisywał jej swojego gościa. Podejrzenia to jednak było zbyt mało, i gdy tylko Christopher wyszedł załatwiać jakieś tajemnicze sprawy, Antonia zapadła się w wannę pełną ciepłej wody, popiła wywar z peyotlu tequilą i zapadła w sen.

Pierwsza wizja była pierwszorzędna. Leżała sobie na łódce z głową na udzie Christophera, gondolier śpiewał im po włosku o nie wiadomo czym, pewnie o bunga-bunga, bo mrugał raz po raz porozumiewawczo.
- On się dziwnie na mnie patrzy - poskarżył się Ruhl-ze-snu.
Antonia-we-śnie nie różniła się nijak od rzeczywistej Antonii, i wykazała się podobnym taktem.
- Nie dziwnie, a łakomie. Bo to pedzio jest.
Było rewelacyjnie... aż do momentu, w którym nagle zrobiło się zimno jak psi, łódka uwięzła z błyskawicznie ścinającej się w lód wodzie, a z sąsiedniej ulicy wyjechał na łyżwach nikt inny jak Malcolm, w garniturze w prążki i liliowej apaszce, obok zakutej w lodzie łodzi wykręcił piękny piruet, obsypując Ruhla i Antonię startym lodem.
- To on! To ten skurwiel! - Ruhl zgrzytał zębami bynajmniej nie z zimna.
- Wiem - odparła spokojnie Antonia-ze-snu. - Wyrucham go rozgrzanym stemplem do znakowania bydła.

Potem zaś tafla lodu rozlała się na cały świat. Z białej, skrzącej tafli wystawały drzewa i domy. Malcolm kręcił kółka jak zawodowiec, aż wreszcie zatrzymał się... przed jej domem w Rio. Przez otwarte okna dobiegała muzyka i gwar wielu głosów, a także brzęk tłuczonego szkła. Potem drzwi się otworzyły i Carlo zapytał Malcolma, czy chce dostać w mordę, skoro niepokoi po nocy spokojnych ludzi. Rąbnął drzwiami aż huknęło i wizja się urwała.

***

Carlo odebrał dopiero po dwóch minutach, co dla Antonii było znakiem o wiele bardziej przejrzystym niż popieprzone,przefiltrowane przez jej umysł wizje.
- Robisz imprezy w moim domu - zaczęła bez przywitania.
- Tylko jedną, malutką - Carlo przeszedł od razu do kajania się, co było kolejnym przejrzystym znakiem. Antonia westchnęła i pogodziła się w duchu ze zniszczeniami. No, może nie wszystkimi.
- Nieważne. Słuchaj, czy przyszedł może do mojego domu taki śmieszny gringo - opisała rozwlekle i dokładnie Malcolma. Pominęła tylko garnitur w prążki. Była nieomal pewna, że to pochodziło od niej.
- No nieee, aleeee...
- Żadnych ale, Carlo, kochany. Od dzisiaj siedzisz na dupie i nie wychodzisz za próg nawet, dopóki się nie pojawi. Jak się pojawi i zapyta o mnie, masz się trochę pozapierać, a potem dać mu mój numer telefonu. Pojąłeś.
- Tak, ale ile mam tak siedzieć, jutro jest impra u...
- Żadnych imprez do odwołania. Siedź na dupie i czekaj, jak się uda, to ci to wynagrodzę. To bardzo ważne. To niemal sprawa życia i śmierci.
- Nie wypłacisz się do następnej Gwiazdki - zaznaczył Carlo groźnym tonem.
- Zrobisz, co ci powiedziałam?
- No tak, no pewnie.
- I jeszcze jedno, ty żigolaku. Jeżeli postanowisz zrobić balangę u mnie i podczas impry ktoś stłucze moją porcelanę, odłamki osobiście wetknę ci w zadek. Przez gardło.

***

Ruhl się pakował. Antonia siedziała nieruchomo już czwartą godzinę i hipnotyzowała wzrokiem telefon. Carlo zadzwonił nad ranem z informacją, że gringo się pojawił i Antonia cała w nerwach czekała na efekty.

Poszła do toalety dopiero, gdy się ściemniło. Zaczęła już tracić nadzieję. I kiedy podnosiła opuszczone majtki, rozdzwonił się jej telefon.

Wyleciała z kibla jak wystrzelona z procy i dopadła komórki.
- Halloooo - tchnęła w słuchawkę głosem głębokim i uwodzicielskim. - Malcolm, kopę lat. Właśnie czekałam na telefon od ciebie! Skąd? Moja szklana kula mi mówi, że właśnie zamierzasz obsypać mnie po czubek głowy nowiutkimi dolarami!

***

Christopher Ruhl zarzucił ręce nad głowę, spał w pozie papieża błogosławiącego narody świata. Po jego ustach błądził uśmiech, a po zamkniętych powiekach skakały srebrzyste zajączki, odbicie światła księżyca w kuchennym tasaku, który trzymała w dłoni Antonia, rozebrana do samych pończoch, wcielenie sukkuba.

Normalnie zrobiłaby to, co miała zamiar zaraz uczynić, po długich i wyczerpujących miłosnych zapasach. Ale Ruhl miał jakieś opory, dla Antonii zupełnie niezrozumiałe, wynikające zapewne z ciężkich przeżyć w dzieciństwie. Jednak olbrzym postanowił zostać Dziewicą Orleańską, więc Antonia dosypała prochów do czajnika i wszystkich butelek mineralki w lodówce, a sama piła cały wieczór tylko rum z colą.

Ruhla w końcu zmogło i oto leżał sobie, wydany na pastwę świata zewnętrznego... Antonii nawet przez chwilę przemknęły przez głowę sposoby, na jakie można by ciekawie wykorzystać podobną bezbronność zanim zrobi swoje... Jednak mimo wszystko nie była aż tak zła, przynajmniej we własnym mniemaniu. Prewencyjnie szczypnęła Ruhla w łydkę. Nic. Ani drgnął. Antonia złapała skraj koca i zerwała go ze śpiącego energicznie.

- Majty! - powołała na świadka księżyc zaglądający przez okno. - Jak Boga kocham, majty. Dobrze, że nie pas cnoty!

Wzięła nóż w zęby i na czworaka podpełzła bliżej śpiącego. Usiadła sobie wygodnie pomiędzy nogami mężczyzny i uznała, że w sumie Christopher śpi jak zabity i nie ma się co śpieszyć. Oddała się więc kontemplacji rozciągającego się przed nią krajobrazu mięśni, wzniesień i dolin oświetlonych srebrnym światłem księżyca... Jeszcze się wahała. Nie przed tym, co zamierzała zaraz zrobić bynajmniej. Kiedy Christopher podał jej rękę i przyjął zlecenie, uznała już, że jego życie należy do niej i weźmie sobie z niego co jej się spodoba. Tymczasem podobało się jej wszystko, jednak najchętniej zobaczyłaby to ciało rozciągnięte obok siebie na białym piasku Copa Cabana, pod palącym brazylijskim słońcem. Tymczasem... to! Wszystko szło nie tak, cholera jasna. Antonia w głębi ducha wiedziała, że zaczyna się zachowywać nerwowo i znała dobrze tego przyczynę. Czas. Czas jej się kończył. Oczywiście, nie wyglądała na swój wiek i wiedziała, że nigdy wyglądać nie będzie. Za piętnaście lat zmieni się niewiele lub wręcz wcale. Piękna nie dlatego, że piękna, i młoda nie dlatego, że młoda. Jednego tylko nie da się oszukać - natury. Zegar dla Antonii tykał coraz szybciej i już niebawem Brazylijka straci bezpowrotnie szanse na przerżnięte w młodości szczęście.
Obiekt przemyśleń Antonii zaczął lekko pochrapywać. Po chwili mocniej. Jakby prehistoryczny niedźwiedź warczał w prehistorycznej jaskini, echo niesie się pod sklepieniem... Wszystko szło nie tak! Antonia podjęła już decyzję, ale ta decyzja nie przypadła jej samej do gustu. Walczyła z wyrzutami sumienia, którego na ogół nie używała, więc bolało tym bardziej. Wyrzutami sumienia wobec obcego w sumie człowieka. Obiecała mu tyle rzeczy... I właściwie powinna mu o wszystkim powiedzieć. O tym, że Cold to nie Cold, tylko Malcolm. O tym, co będzie w Wenecji. Jednak uznała, że musi się sprawdzić. Musi przejść przez to sam. Tak jak dziecko wiecznie trzymane za rękę nie nauczy się chodzić i upadać tak, by nie zrobiło sobie krzywdy, tak Ruhl musi sam postawić pierwsze kroki.

Jeśli zaś własne nogi zaprowadzą go do złych miejsc, których po drugiej stronie nie brakowało - Antonia pójdzie za nim i wyciągnie go z piekła za te owłosione giry. Musi go tylko znaleźć, a do tego potrzebowała kilku fantów.

Zsunęła śpiącemu wyszydzane majtki i czas jakiś gmerała mu po ciele, by dobrze chwycić to, o co jej chodziło. Precyzji jej ruchom odejmował fakt, że księżyc zasłoniły chmury, a sama Antonia była niezgorzej nawalona. Wreszcie złapała, co trzeba, i ciachnęła nożem. Ruhl nawet nie drgnął. Prawdziwy bohater.

Chwilę potem Christopher spał sobie dalej, znowu w majtkach i opatulony troskliwie kocem, nieświadomy faktu, że całe zło świata może mu generalnie skoczyć, bo ma Antonię po swojej stronie. Zaś Antonia chowała zdobyty kosmyk włosów w puzderku ze swoimi ulubionymi kolczykami.

Potem zaś wciągnęła spodnie i udała się do nocnego po soki i jogurt. Christopher po takiej dawce prochów, którymi kumpel Antonii, weterynarz, usypiał psy przed operacją, obudzi się niewątpliwie z kacem swojego życia.

***

Gdy był już gotowy, wygładził otwartą dłonią czysty, szorstki materiał po czym rzucił w stronę kobiety pytające spojrzenie.
- Dobrze. Nawet... prawie doskonale - Antonia była zadowolona. Mundur wlazł na turystę i nie poszedł w szwach. - Jak sobie radzisz z bronią?
- Cóż, potrafię to i owo - odpowiedział zdawkowo. Najwidoczniej był z tych, którzy nie zdradzają o sobie więcej niż potrzeba.
- To teraz już doskonale - odparła kobieta i rzuciła mu strzelbę. - Wychodzimy. W korytarzu stoi niejaki Will, łebski gość. Będziesz go słuchał. Nie przejmuj się, że nie rozpoznasz, pójdę z tobą i pokażę ci go palcem. Żadnych durnych samowolek i zgrywania bohatera. Jak tylko osoba, która obecnie jest odcięta w gabinecie naczelnika będzie bezpieczna, wyprowadzę cię na wolność. I jeszcze jedno. Jesteś wsparciem incognito - wyciągnęła przed siebie rękę, z wysuniętego palca zwisała kominiarka. - Unikaj sytuacji, które mogą mnie skłonić do rozsmarowania twojego mózgu na ścianie. Bardzo bym tego nie chciała, wręcz brzydzę się przemocą.
 
Asenat jest offline  
Stary 06-12-2011, 15:41   #8
 
traveller's Avatar
 
Reputacja: 6248 traveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputację
Miesiąc wcześniej. Tokio Metropolitan University.



- Pozwólcie, że państwu przedstawię. Profesor William Eakhardt z Uniwersytetu w Cambridge.

W sali rozległy się głośne brawa po tej krótkiej zapowiedzi. Na podium wszedł zaś mężczyzna o zdecydowanie bardziej Europejskim wyglądzie. Chyba nigdy do tego nie przywyknie. Ciekawe ilu z tu zgromadzonych przyszło tu naprawdę zainteresowanych tym co ma do powiedzenia. Młode umysły, tak bardzo podatne na wiedzę, a jednak wolą zapychać głowy samymi śmieciami. On sam też kiedyś był taki? Był nawet gorszy. Posiadał dwa nałogi: słabość do kobiet i pracę. Bez jednego i drugiego czuł się niekompletny a teraz... Tak naprawdę nie miał żadnej z tych rzeczy. Czuł się jak palacz, który zamiast palić papierosa nakłada plaster antynikotynowy, jak ćpun który zamiast heroiny wstrzykuje sobie cukier i myśli, że oszuka tym umysł, ale jego ciało drży mimo tego.

- Konnichiwa uhm... Arigato za tą życzliwą zapowiedź doktorze Miyoto. Arigato także wam drodzy słuchacze za tak liczne przybycie. To przyjemność być tutaj i móc podzielić się z wami swoimi badaniami.

Powinien dodać - będzie to przyjemnością o ile uczelnia będzie tak hojna jak do tej pory. Rozejrzał się po sali. Rzeczywiście przyszedł spory tłumek. Audytorium było zapełnione w ¾. Nieźle jak na gościa z Anglii, który napisał raptem kilka książek i żadna z nich nie była tłumaczona na japoński. No tak, ale tutaj każdy znał angielski lepiej niż on znał ich język. Na swoją obronę miał to, że zaczął się go uczyć dopiero od kilku tygodni. Wystarczająco żeby kupić chleb i zapytać jak dojdzie do hotelu, ale za mało żeby poprowadzić wykład w ojczystym języku mieszkańców. Niby drobiazg, jednak ludzie patrzą wtedy na ciebie zupełnie inaczej. Jego akcent wciąż zalatywał niestety zachodnim turystą.

- Mogę prosić o slajdy?

Odruchowo przejrzał swoje leżące na podium notatki. Znał wszystko na pamięć, ale czasem zbyt łatwo dawał się rozkojarzyć niepotrzebnymi rzeczami. Po prostu skupiał swój wzrok nie tam gdzie powinien. Młoda studentka w trzecim rzędzie o cudownie kruczo czarnych kręconych włosach, pełnych ustach i zalotnym spojrzeniu była właśnie takim przykładem. Na ekranie projektora w końcu pojawił się obraz. Pierwszym slajdem była mapa Europy, Azji i części Afryki. Napis pod nią głosił: znane granice świata w XIII wieku. W oczy rzucało się jednak co innego. Znajdująca się na niej czerwona przerywana strzałkami linia rozpoczynała swoją wędrówkę od Półwyspu Apenińskiego - a ściślej od zaznaczonej wielką czerwoną kropką Wenecji. Dalej biegła przez morze Śródziemne, Persję dziś będącą Iranem, wszerz terytorium cesarstwa Chińskiego aż w końcu zakręcała z powrotem przy granicy z Pacyfikiem i wracała do punktu wyjścia drogą przez Indie.

- Czy ktoś wie co to jest?

Ktoś w górnych rzędach chrząknął i podniósł do góry dłoń. Jakiś chłopak w wielkich okrągłych okularach wyglądający na znacznie młodszego niż większość obecnych najwidoczniej chciał odpowiedzieć na rzucone w salę pytanie.

- Mapa podróży Marco Polo?

- Bingo. Pokrywa się to z tzw. chińskim szlakiem jedwabnym. Zgadza się panie i panowie. Jest to trasa wyprawy jaką uważa się, odbył nasz podróżnik w swoim pełnym przygód życiu.

Tylko na to czekał. Rzucał im piłeczkę licząc, że ktoś złapie przynętę. Tak właśnie prowadził zajęcia, tak starał się ich skłonić do myślenia. Aktywny udział w lekcji. Może dlatego w w Cambridge był jednym z tych bardziej lubianych przez studentów?

- Przepraszam, ale czemu użył pan zwrotu “uważa się”?

I to wtedy kiedy zupełnie stracił nadzieję, że ktoś zwróci w ogóle uwagę na to niewinnie brzmiące słowo. Było to jego muza z trzeciego rzędu. Odgarnęła kosmyk włosów i zaczerwieniła się lekko pod wpływem jego spojrzenia.

- No właśnie. Dobre pytanie panno...

- Orien Tashuka, studentka II roku kulturoznastwa i historii.

- Śmiem twierdzić, że wbrew temu co możecie przeczytać w książkach do historii, Marco Polo jednak odwiedził Japonię.

Usłyszał podniecone szepty. Chyba mimo wszystko nie spodziewali się takich rewelacji. Wcześniej poinformował jedynie parę osób: rektora uczelni i wąskie grono profesorskie, które zresztą z początku także było sceptyczne.

- Podejrzewam, że podczas swojego pobytu w Chinach na dworze Kublai-Khana, cesarz będąc pod wielkim wrażeniem ludzi zachodu zarekomendował lub opisał w liście swoich wyjątkowych gości do swojego odpowiednika w Cesarstwie Japonii. Oczywistym jest, że obaj panowie i narody nie przepadali za sobą. Dynastia Yuan nieustannie dążyła do podporządkowania sobie wyspiarskiej i niezależnego kraju kwitnącej wiśni. Jeżeli sytuacja ta miała miejsce to pojawiają się kolejne pytania. Czemu Wielki Khan miałby pisać do swojego rywala? Otóż odpowiedź na to pytanie nasuwa się sama. Z powodu zwykłej i tak bardzo ludzkiej pychy. Goście ponad dostojnikami, w pewnym sensie nawet ponad cesarzami, których oba dwory dotąd jeszcze nie widziały. Podejrzewam, wiec że w tym przypadku ciekawość zwyciężyła i Go-Uda zaprosił czcigodnych gości z zachodu na własne podwórko. Jest to oczywiście tylko hipoteza. Do naszych czasów nie zachował się żaden dowód na korespondencję dwóch cesarzy. Hipoteza ta częściowo jednak tłumaczy kolejne pytania na które musimy sobie odpowiedź w związku z tym. Ktoś wie o jakie pytania mi chodzi?

Powiódł spojrzeniem po całej sali wyczekując kolejnego przebłysku wśród studentów. Ze zniecierpliwienia klasnął nawet w dłonie. To zdecydowanie był jego żywioł.

- No dalej. Wiem, że to wiecie.

Znajoma dłoń powędrowała niepewnie do góry. Wyglądało na to, że chłopak jest naprawdę niezły.

- Czemu Marco nie opisał nic z tego w swoich notatkach?

- Kolejne dobre pytanie panie Harry Potter.

Aulę wypełnił szczery śmiech a sam pochwalony student spłynął rumieńcem wstydu. Profesor odczekał kilka chwil i podjął i na nowo.

- Ależ właśnie opisał. Właściwie jedynie wspomniał. Cytuję: “złoto było tak powszechne w Japonii, że dach i ściany pałacu cesarza były nim wprost pokryte”. Opis ten uznawany jest jednak za fikcję zresztą są ku temu poważne przesłanki. Marco mógł dowiedzieć się o istnieniu Japonii ze zwykłych rozmów podczas długiego pobytu na dworze Khana. Nie zapominajmy, że w okresie w jakim rodzina Polów przebywali w Chinach miał miejsce co najmniej jeden najazd mongolski na Japonię. Ciężko przypuszczać, że cesarzowi całkowicie udałoby się zataić to wydarzenie przed swoimi gośćmi.

-Czemu zatem pan nie uważa tego za fikcję?

Kolejny głos włączył się do dyskusji i całkiem możliwe, że ubiegł kilka innych.

-Zgadzam się z tym, że Marco mógł przesadzić w swoim opisie. Uważam jednak z całą pewnością, że dotarł do pałacu Go-Uda.

-Zatem dlaczego opis tej jego podróży jest tak mało szczegółowy?

-Podejrzewam, że cesarz nie chciałby się narazić sprowadzając do swojego kraju obcych i to w dodatku bratających się z odwiecznym wrogiem przed którym strach był wciąż żywy. Jeżeli powodem do tego miała by być jedynie rozrywka klasy rządzącej to podniosłaby się wrzawa na wielu prowincjach. Nie zapominajmy, że jest to okres umacniania wpływów szogunatu kosztem pozycji cesarza.

-Wizytę starano by się, więc ukryć.

-Dokładnie panno Tashuka. Dyskrecja byłaby tu jak najbardziej wskazana. Co więcej nawet cesarz Japonii nie zaryzykowałby pokazania swojego kraju i jego sekretów kogoś kto jest ulubieńcem jego największego przeciwnika. Nie zdziwiłbym się gdyby statek Polo cumował w tym czasie w jednym z małych portów będącego całkowicie pod kontrolą cesarza. Najprawdopodobniej do pałacu przewieziono jedynie Polów i to...

-Z zawiązanymi oczami!

Dokończyła za niego kolejna studentka i uśmiechnęła się szeroko w zakłopotaniu z powodu wtrącenia się w zdanie Willowi. Jemu najwyraźniej to nie przeszkadzało bo uśmiechnął się lekko i skinął głową twierdząco.

- Tak jest. Wszystko to jednak nie miałoby znaczenia gdybym nie dysponował jakimkolwiek dowodem na poparcie moich słów. Poproszę następny slajd.

Długo budował napięcie, podnosił ich oczekiwania odnośnie tego jednego momentu. Potrzebował całej uwagi zgromadzonych w tej sali i w tej chwili takową posiadał.

-Zdjęcie, które tu widzimy przedstawia trzynastowieczną japońską kartkę papieru pisaną oczywiście w kanji. Do odtworzenia części zatartych znaków trzeba było specjalnych technik laboratoryjnych. Udało nam się w końcu odtworzyć jego treść. Jest to strona z księgi rachunkowej będącej własnością prywatnego kolekcjonera, który sam nie miał pojęcia jak ważny dokument posiada. Nie jest obecnie wiadomo skąd dokładnie pochodzi ten dokument, ale mam nadzieję, że uda nam się to ustalić w przyszłości.

Całe szczęście, że człowiek ten do tej pory nie ma jeszcze pojęcia o tym co zginęło z jego zbiorów i jak bardzo było wartościowe. To było ryzykowne jak cholera, żeby jednak dostać się do jego kolekcji wziął udział w przeprowadzeniu próby incepcji i to z ludźmi, których język znał tylko szczątkowo. Był zdesperowany odważając się na taki krok. Tym razem mu się poszczęściło, ale nie chciałby tego powtarzać. Jego obawy okazały się słuszne akcja nie przebiegła nawet w połowie tak jak tego oczekiwał. Całe szczęście, że kolekcjoner okazał się człowiekiem interesu i ostatecznie poszedł na układ, udostępniając mu dokumenty. O wynikach swoich badań Will nie miał go natomiast informować. Podejrzewał, że mężczyzna chciałby wykorzystać znalezisko pod bardziej pod kątem biznesowym. Jeśli tak jak teraz ujawniłby to jednak wcześniej i przedstawił go jako bezinteresownego dobroczyńcę... Cóż wtedy może by zachował życie. Grał w cholernie niebezpieczną grę.

-Jest to pozornie zapis zwykłej transakcji biznesowej pomiędzy dwoma stronami. Zwrócić trzeba jednak uwagę na kilka istotnych detali. Tutaj widzimy - Eakhardt wziął drewniany wskaźnik i wskazywał nim fragmenty tekstu o których aktualnie mówił.
-Datowanie na 5 rok, 3 miesiąc ery Kōan. Co daje nam 1284 rok według naszego kalendarza. Pokrywa się także z datami z ekspedycji Marco. Drugą niezwykłą rzeczą jest nazwa osoby kupującej towar. Określono ją mianem: nieznany. To bardzo dziwne w związku z tym, że ze wszystkich zapisów w księdze rachunkowej jest tylko jedno takie określenie. Występuje ono właśnie na tej stronie. Ostatnią rzeczą, która nie ma tu sensu jest wielkość tego zamówienia i rodzaj towarów będących przedmiotem transakcji. O ile towary sprzedawane przez Huan Ho nie wydają się być niczym szczególnym dla trzynastowiecznego Japończyka to te, które oferował mu tajemniczy klient są raczej typowe dla mieszkańców Europy w tym okresie czasowym.

Miesiące spędzone nad notatkami tłumaczeniem setek stron japońskiego na coś się opłaciły. Właściwie nie miał nic poza tą małą karteczką i dopasowaną do niej teorią, ale wystarczyło to na tyle, żeby rozbudzić ciekawość. Wystarczyło na tyle, żeby przyciągnąć sponsorów do dalszych badań. Zamożnych sponsorów.

- Nie ma co prawda jednoznacznego dowodu, że to właśnie statek Marco Polo zagościł do wybrzeży kraju kwitnącej wiśni. Jednak biorąc pod uwagę jego uprzywilejowaną pozycję, zbieżność dat i krótki opis przez niego Cesarstwa Japonii w swoich wspomnieniach wydaje się to wielce prawdopodobne. Nawet jeżeli teoria ta jest błędna to zapis na papierze jest mocnym dowodem na to, że pierwsi ludzie z poza kontynentu Azjatyckiego dotarli tutaj jeszcze na kilka stuleci przed Portugalczykami. Teorię tą postaram się osobiście zweryfikować a póki co dziękuję państwu za poświęcony mi czas i zapraszam w przyszłym tygodniu na dyskusję na temat rozwoju chrześcijaństwa w Azji.

Pozwolił sobie na jedynie na krótki uśmiech. Zdecydowanie za wcześnie żeby otwierać szampana. Z sali co chwila błyskał jakiś flesz. Widocznie władze uczelni poinformowały prasę, albo dowiedzieli się w trakcie jego krótkiego przemówienia. Podejrzewał jednak, że jego telefon wkrótce się rozdzwoni z propozycjami wywiadów, występów w programach historycznych, wykładów a może nawet jakiegoś lokalnego talk-show? Wkrótce sala zaczynała pustoszeć. Podpisał kilka swoich książek, rzucił kilka zdań do gazet i trzeba było się zbierać. Kiedy zabierał ze sobą notatki dostrzegł małą pojedynczą karteczkę z pismem, którego w żadnym razie nie przypominało jego własnego.

---

Stacja metra. Tokio Opera City. 18:30.

Co on tu właściwie robił. Miał złe przeczucia. Kto by chciał się tak spotykać? Podejrzewał, że to ma związek z tym co stało się na Kuwejimie w domu tego dziadka. Jeśli tak w istocie było to mógł spodziewać się szantażysty albo nawet zemsty jeśli okaże się, że schrzanili robotę. Ludzie w metrze mijali go tłumami wracając do domów, spiesząc się zakosztowania nocnego życia miasto lub po prostu szwendając się jak to mają w zwyczaju małolaty. Tokio był jednym z tych kilku miast na świecie posiadających swój własny pierwiastek niepowtarzalności, którego brakowało reszcie. Ludzie nie rozumieją Japończyków dopóki nie spędzą z nimi przynajmniej kilku miesięcy. Jeżeli po tym czasie dalej ich nie zrozumieli to czas, żeby pakowali walizki i wracali do domu. Pomijając już nawet nietypowe zwyczaje, postacie rodem z mangi przechadzające się bez skrępowania na ulicach, muzykę, której krótko mówiąc nie był zbyt wielkim fanem. Samotność po prostu nigdzie nie miała takiego smaku jak tu w sercu tej wielomilionowej metropolii. Człowiek mógł wsiąknąć tu na dłużej i nawet nie zauważyć, że to miasto neonów stawało się jego nałogiem. Poza tym nic nie przebije ryby od Sempai, ludzie byli tu dla niego raczej życzliwi i wciąż chciał zobaczyć kwitnącą sakurę.
Zerkał na zegarek podobnie jak przez ostatnie dziesięć minut. Minuta po czasie. Facet albo celowo się spóźniał, albo był idiotą. W dodatku miał on tą przewagę, że dokładnie wiedział jak wygląda William Eakhardt. Profesor natomiast nie miał pojęcia czego się spodziewać. Na pewno nie szturmowca imperium, który jak gdyby nigdy nic przeszedł koło niego. Co dziwne nikt poza Willem nie zwrócił na niego uwagi. Może właśnie za to tak polubił ten kraj.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=t7X9MQi7uOU[/MEDIA]

Z rozmyślań wyrwał go dotyk czyjejś dłoni na jego ramieniu. Eakhardt odwrócił się błyskawicznie przygotowany na konfrontację. To co go zobaczył wytrąciło go jednak z tego zamiaru. Prawie od razu rozluźnił się chociaż częściowo.

-Witam Profesorze. Spokojnie! To przyjacielska wizyta.

Wygląd człowieka stojącego naprzeciw niego wydawał się znajomy. Rozpoznał go jednak bardziej po czymś innym. Znał ten głos. Słyszał go czasem w snach. Przynajmniej w tych zwykłych snach jakie mają zwyczajni ludzie. Obaj mężczyźni nie byli jednak zwyczajni pod wieloma względami.

-Malcolm.

Nie spodziewał się tu samego Ekstraktora. Do głowy nie przyszłoby mu, że mogą chcieć go odszukać. Może wcale nie miał, aż tak rozwiniętej wyobraźni jak myślał.

-Niezła prezentacja. Nie myślałem, że historia jest taka ciekawa.

Przyjął ostrożną postawę trzymania rozmówcy na dystans. Z takimi ludźmi trzeba postępować ostrożnie. Pomógł mu co prawda wcześniej, ale nic o nim nie wiedział. Poza tym jego grupa działała na zlecenie a nie z altruistycznych pobudek

-Dzięki, ale chyba nie jesteś na końcu świata tylko dlatego?

-Nie, nie jestem. Myślę, że wiesz czemu naprawdę tu jestem.

Ton głosu mężczyzny był rozbrajająco szczery. Zachowywał się jakby go znał i może częściowo tak było w końcu kiedyś był jego celem. Nie wiedział czy ta myśl bardziej go cieszy czy niepokoi.

-Domyślam się i nie jestem zainteresowany. Słuchaj naprawdę dziękuję za waszą pomoc wcześniej, ale...

- Nie wciskaj mi tylko kitu z uczciwą pracą to się mylisz. Prywatny kolekcjoner? Jak zdobyłeś ten twój sensacyjny dowód Will?

On wiedział. Włosy zjeżyły mu się na karku a na czole pojawiły się kropelki potu. Oczywiście, że wiedział, był przecież profesjonalistą. Wątpił, żeby ktoś taki nie przygotowywał się na takie spotkanie.

-Rozmowa skończona. Powodzenia.

Nie czekając na reakcję swojego rozmówcy Profesor po prostu odwrócił się i odszedł w stronę przejścia na perony. Nie miał zamiaru słuchać mężczyzny mając tak dużo do stracenia. Zaraz wskoczy w pociąg i wróci do swojego życia.

- Jesteś tu na zesłaniu Will. Wydruk stanu twojego konta bankowego mówi mi, że twoje fundusze są raczej dość kruche. To co tu zaczynasz to ciekawa sprawa, ale bez poważnego kapitału wejściowego sprawa będzie się ciągnąć latami. Jak myślisz gdzie będą wtedy twoje dzieci? Pomyślałeś o tym?

Kilka osób odwracało się za Ekstraktorem, który teraz prawie już krzyczał do oddalającego się Architekta. Po ostatnich słowach zatrzymał co zaowocowało zderzeniem z młodą dziewczyną w rzucających się w oczy kolorowych rajstopach i różowych włosach. Iphone wypadł jej z ręki i wyłączył się przy zderzeniu z ziemią. Japonka pokazała nazwała go tylko słowem, którego nie rozumiał, ale miał dobre podstawy sądzić, że było mało cenzuralne.

-Wysłuchasz mnie chociaż? Pięć minut to wszystko o co proszę.

-Masz dwie.

Wygląda na to, że w najbliższym czasie nie skorzysta z numeru panny Orien Tashuki tkwiącego mu na kartce papieru w wewnętrznej kieszeni jego marynarki.
 
__________________
Even a stoped clock is right twice a day

Ostatnio edytowane przez traveller : 07-12-2011 o 09:03.
traveller jest offline  
Stary 06-12-2011, 15:45   #9
 
traveller's Avatar
 
Reputacja: 6248 traveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputację
---

Czasy obecne.

Czekali spokojnie w więziennej szatni na komendę do przeprowadzenia akcji. Potem jednak wpadł McBride i wszystko dosłownie się posypało. Miał nadzieję, że to wszystko tylko sen. Tylko sęk w tym, że to był sen. Jego sen. Jak tylko usłyszał, że coś się chrzani to wiedział kto jest za to odpowiedzialny.

- Dzięki, stary. Świetna robota!

Zdawało mu się, że słowa atrakcyjnej kobiety przeczą temu co naprawdę myśli. Działała emocjonalnie, ale nie winił jej za to. Nie każdy umiał trzymać uczucia w ryzach w sytuacji stresowej. Poza tym chyba sobie zasłużył. Oczywiście zawsze istniała możliwość, że to wcale nie było jego winą. Przeczucie podpowiadało mu, że tym razem było inaczej.

- Nie przejmuj się, i najlepszym zdarzają się wpadki. Kobiece skrzydło jest najmniej ważne w tej chwili. Jak stracimy nasze panie przez czyjś brak profesjonalizmu, to tragedii nie będzie. Jak stracimy wszystkich innych, to będzie problem. Czas się też odliczyć. To kto na ochotnika idzie do Malcolma?

Architekt czekał spokojnie, aż kobieta będąca Chemikiem grupy wreszcie się uspokoi. Właściwie to przez większość czasu nie zwracał zbytniej uwagi na to co mówi. Usilnie myślał nad tym czego byli przed chwilą świadkami a właściwie szukał rozwiązania, które wyciągnęłoby ich z tego bagna.

-Nie rozumiem... Nie powinno być takich komplikacji. To rzeczywiście trochę utrudnia nam pracę.

Właściwie blefował, miał dobre pojęcie o tym co mogło być przyczyną zmian, ale w tej chwili to nie było istotne. Wprowadziłoby raczej atmosferę nieufności a musieli pozostawać w ciągłym skupieniu na czas trwania roboty. Poza tym nie zamierzał pozwolić, żeby ktoś podważał jego autorytet i trzeba było rozegrać to w przekonywujący sposób.

-Ja robię to co do mnie należy. Robię to dobrze, więc proponuje, żeby każdy zajął się tym za co odpowiada.

Ton jego głosu się nie zmienił. Był wciąż opanowany, starał się nie zdradzać emocji. Słowa kierował wyraźnie w stronę kobiety, ale nie wyglądało na to, że chowa jakąkolwiek urazę. W rzeczywistości denerwował się jak cholera, ale nie mógł pozwolić żeby w tej chwili ulegać emocjom. Skupił zatem swoją uwagę na towarzyszącym im mężczyźnie.

-Anthony? Co robimy? Powinniśmy kontynuować plan czy zwijać się całkowicie?

Całe szczęscie, że Point Man wydawał się mieć głowę na karku. Z drugiej strony Will nie wiedział czy poważnie traktować jego uwagę na temat stroju będąca tu lekko nie na miejscu.

-Ciut większe następnym razem.

Zaraz jednak podjął wątek zdecydowanie bardziej na czasie niż krój uniformu strażnika więziennego.

- Chyba sobie jaja robisz. Jeśli teraz mamy się wycofywać, przy takich drobnych niepowodzeniach, to co będzie... Z resztą nieważne-machnął tylko ręką zdecydowanie odrzucając ten pomysł.

- Tamten co wyszedł gadał całkiem do rzeczy, szczególnie jeśli brać pod uwagę, że nie wszystko poszło jak należy - nie trzeba było Profesora ani Inżyniera żeby do tej dojść.
- Jest bunt, najprawdopodobniej jest broń. Jest broń, jest niebezpiecznie, a w Południowym mamy dwójkę naszych. Jeśli tam są. Idźcie do zbrojowni i nie żałujcie sobie broni. Szczególnie gazów łzawiących i maski. A jak nie ma, to mam nadzieję, że sobie je wyobrazisz-w ostatnim zdaniu zwrócił się do Williama.

- Czy mam wam je wyjąć z którejś z szafek?

Will przyglądał mu sie uważnie. Wyglądało na to, że człowiek ten ma nie tylko odpowiednią wiedzę w temacie, ale także sporą wyobraźnię.

-Nie będzie takiej potrzeby. Damy sobie radę prawda?

Sam robił dobrą minę do złej gry, ale jeżeli człowiek już zaczyna...

- Nie wiem jak wy. Ja na pewno.

Ich Chemik wydawała się rzeczywiście pewna swego. Natomiast deklaracja Architekta widocznie wywarła pewne wrażenie na Anthonym.

- Nie wiedziałem, że znasz konstrukcję tych malutkich pojemniczków z sympatycznym, gazowym przyjacielem. Bardzo dobrze. Przyda sie.

-Można powiedzieć, że mam ciekawe hobby - William uśmiechnął się znacząco. Po czym podjął kolejną kwestię.
-A ty w tym czasie gdzie będziesz?

-Ja zajmę się dziedzińcem. Poradzę sobie z uspokojeniem kilku nadgorliwych więźniów, a w razie problemu, wywołujcie mnie. Wtedy postaram się pospieszyć-powiedział, wskazując na krótkofalówkę przy pasie.
Will skinął w odpowiedzi głową z pełną powagą.

-Co z Ekstraktorem?

-Pewnie siedzi wygodnie na swoim fotelu i oczekuje nas. Będzie musiał jeszcze trochę się ponudzić, bo nie dojdę do niego tak prędko.

Eakhardt zastanowił się przez moment jakie to myśli chodzą po głowie Anthonego. Ludzie tacy jak on są widocznie przygotowani na takie sytuacje.

-Czyli co? Zgarnąć go przy okazji?

Profesor wiedział, że dobra reorganizacja planu będzie tutaj niezbędna dlatego postanowił, że ustalą to co mogą póki jest na to czas. Rzucił dezaprobujące spojrzenie Antoni, która zdawała niezbyt zainteresowana rozmową.

-Spotkamy się w pokoju Naczelnika, więc on nie bardzo ma się jak ruszyć. Możemy spróbować kontaktu przez krótkofalówki. Dałeś Malcolmowi taki gadżecik?

Architekt tylko zmarszczył brew. Przecież pomyślał o każdym małym detalu. Co mogłoby pójść nie tak? Miał jednak dziwne uczucie, że nic nie jest do końca pewne.

-Jasne, zadbałem o to, żeby każdy z nas miał jedną.

Smith pokiwał głową, wyciągając swoją zza pasa.

-Jeszcze jakieś pytania?

Profesor podniósł się z ławki zapinając mundur i nakładając niebieską czapkę z szarym paskiem.

-Spokojnie jakby co będziemy w kontakcie. Idziemy proszę pani?

Otworzył drzwi szatni i zapraszającym gestem dłoni zachęcił Chemiczkę do wyjścia.

-Damy mają pierwszeństwo.

Może i mają bunt, ale to nie znaczy, że można zapomnieć o dobrych manierach.

- Damą to była twoja mamusia, Brytolu. Może. Nie obrażaj mnie, mam tkliwą naturę - parsknęła w odpowiedzi.

-Charakterek co? Może być ciekawie.

Nie ma co babka rzeczywiście go miała. Mogło to sprawić im trochę trudności. Przeszła przez otwarte drzwi z taką manierą, że Will zastanowił się czy w rzeczywistości nie jest jakąś rozpuszczoną hrabiną. Trzymał jednak język za zębami. Tak jak mówił. Trzeba robić swoje. Nie będzie miał zastrzeżeń o ile Antonia będzie robiła to co do niej należało. Profesor wyszedł z szatni zaraz za nią.

-Jazda!-rzucił na pożegnanie Point Man.

Może za bardzo wczuwał się w rolę? Anglik pierwszy raz zastanowił się czy nie mają może do czynienia z typem rambo. Poświęcił Point Manowi tylko jedno ostatnie spojrzenie następnie spokojnie wyjął klucz i zamknął szatnię. Takie metodyczne działanie pozwalało mu skupić się nad tym co było naprawdę ważne.
Odchodząc usłyszał jeszcze jak mężczyzna wywołuje Ekstraktora przez krótkofalówkę. Odpowiedź pozbawiła go tchu tak jakby ktoś zanurzył go nagle w wiadrze pełnym lodowatej wody. Zdecydowanie głos po drugiej stronie należał do kogoś dobrze mu znajomego. Z trudem opanował emocje i zmusił je, żeby kontynuować plan. Podejrzewał, że pani Chemik także usłyszała to samo co on, więc mógł spodziewać się z jej strony kolejnych kłopotliwych pytań. Postanowił je ubiec.

-Zaraz czy to nie głos naszego Fałszerza? Cholera.

Miał szczerą nadzieję, że Brazylijka złapie przynętę i tak też się stało. Nie bez powodu brał udział w kółku teatralnym. Trzeba było go zobaczyć jak grał króla Leara.

- Ty chyba naprawdę nie widziałeś, jak coś się dogłębnie sypie i pieprzy, prawda? - ton jej głosu był przy tym wyjątkowo spokojny, wręcz nienaturalnie miły i to mimo użytych przez nią słów. Kobieta umiała komuś dowalić kilkoma zdaniami kiedy chciała.
- Nie przejmuj się, to jest pestka - złapała Architekta za rękę i zatrzymała. - Zaraz tam pójdziemy. A teraz popatrz na mnie. Na twarz. Widzisz coś niezwykłego? Przypatrz się dokładnie, to wbrew pozorom jest ważne. Coś dziwnego? Przebarwienia, nierówności skóry? Cokolwiek?

Przyglądał jej się przez chwilę w skupieniu. Co ona mogła przez to rozumieć? Na pewno coś niedobrego i czegoś co miało związek ze stabilnością snu. Może bała się, że sama popełniła błąd przy wprowadzaniu grupy w sen? W każdym razie lepiej było nie insynuować tego typu zagrywek jeśli nie miał żadnych dowodów. Odpowiedział jedynie zgodnie z prawdą.

-Hmm? Urocza jak zawsze. Nie widzę nic szczególnego. Nie chciałbym przerywać tej pasjonującej wymiany zdań, ale mamy robotę do wykonania.

Brazylijka wyraźnie się rozluźniła. Może aż za bardzo. Przybliżyła się do niego zostawiając mu na policzku nieoczekiwaną niespodziankę. Will był zbyt zdumiony, żeby zrozumieć o co chodziło dziewczynie. Ta w dodatku zaczęła gadać bez ładu i składu.

- To cudownie! Nie masz pojęcia, jak się cieszę!

Dotknął miejsca na którym wciąż czuł dotyk kobiecych ust. Uczucie na pewno było przyjemne. Uśmiechnął się przy tym na pewne odległe wspomnienie.

-Tyle jeśli chodzi o to, że się starzeję Susan.

Powiedział bardziej do siebie niż do towarzyszki a jego twarz zdradzała nieznaczne oznaki zadowolenia z siebie. Jej postępowanie nie było dla niego do końca jasne, ale kolejny raz przyjmował bez gadania to co się działo. W końcu to i tak był sen. W dodatku jego własny. Mała fantazja tu i tam dodawała do tego wszystkiego odrobinę pewnego smaczku

-Nie wiem czym sobie zasłużyłem... Zdecydowanie lepiej dokończmy tę rozmowę później.

W tej chwili nie mógł skupić się na niczym innym niż Amy. Nic więc dziwnego, że mógł wydawać się mamroczącym bez ładu idiotą.

- Ej, gdzie się podziała słynna angielska flegma? - żart całkiem na miejscu. W dodatku za nim poszedł mocny uścisk zaskakująco ciepłej dłoni. Może źle ją ocenił? Chyba jakoś się dogadają. Czym prędzej udali się do zbrojowni żeby wprowadzić plan Point Mana w życie.

Mimo, że nie znał za bardzo towarzyszącej mu kobiety to jednak dobrze było nie być samemu podczas przechadzki więziennymi korytarzami. Nie kojarzyły mu się one zbyt dobrze. Profesor wyjął po drodze krótkofalówkę i złapał interesującą go częstotliwość. Po chwili usłyszał z głośnika nadawaną do wszystkich informację o sytuacji w więzieniu. Zaraz jeszcze w eterze rozległ się głos Smitha.

-Antonia, William, jeśli jeszcze nie biegniecie, to lepiej zacznijcie. Pani naczelnik Fox będzie miała problemy.

Architekt podniósł krótkofalówkę do ust i nacisnął przycisk pozwalający na
rozmowę.

-Domyślam się, że będzie miała. Postaramy się coś z tym zrobić.
Kolejne słowa skierował już tylko do Antoni.
-Nie jest dobrze. Miejmy nadzieję, że Fałszerz nie siedzi w tym gabinecie bezczynnie na dupie.

Nie chciał dać po sobie znać, że coś więcej łączy go z kobietą, która jakimś cudem znajdowała się w centrum całego zamieszania. Mimo to martwił się jak jasna cholera i wiedział, że konsekwencje tego wszystkiego odczują prędzej czy później. Biorąć pod uwagę sytuację w Południowym Skrzydle obstawiał, że będzie to raczej prędzej. Zastosował się, więc do rady i zaczął biec. Za chwilę jednak głos Anthonego rozległ się ponownie.

-Antonia, William, zbierajcie oddział. Dowodzicie. Nie nawalcie. Kontakt w przypadku problemów.

Will dał mu tylko znak, że przyjął to do wiadomości. Wyglądało jednak na to, że biegnąca z nim ramię w ramię dziewczyna miała pewne zastrzeżenia.

- Ekhm, nie żebym się wtryniała do waszych perfekcyjnych po męsku planów...ale po kiego licha my do tej zbrojowni idziemy? Tracimy czas. Jestem z Rio, pierwszego obrzyna dostałam na komunię. Wymyślmy sobie po gnacie zamiast ganiać jak suki z cieczką.

Po tych słowach Anglik w duchu dziękował Bogu za swoje nudne dzieciństwo. Antonia natomiast w niedyskretny sposób pokazała, że odczuwa dyskomfort swojego stroju, który zaprojektował mężczyzna biegnący obok. Niedyskretny, ale z całą pewnością skupiający uwagę.

- Te majtki są z koronek. Nienawidzę koronek, wrzynają mi się w tyłek - poskarżyła się.

Kobiety zdecydowanie są mistrzyniami w odwracaniu uwagi facetów.

-A kto powiedział, że będziemy potrzebowali obrzyna? Zaufaj mi. Mój sen, zrobimy po mojemu. W czasie akcji chciałbym tworzyć najmniej jak się da. Poza tym już zaraz jesteśmy.
Will przerwał wyjaśnianie i po namyśle dodał jeszcze:
-Masz najbardziej wygodne gacie jakie mogłem sobie wyobrazić. Daj mi igłę z nitką to po powrocie stworzę Ci naprawdę szałową koronkę. No co? To wbrew pozorom bardzo męskie zajęcie.

- Ależ... ufam ci całkowicie - zełgała Antonia z wielkim przekonaniem. - Ale koronkową bieliznę robi się na szydełku, nie igłą.

-Spryciula.

Odpowiedział jej krótko lekko zbity z tropu nie zwalniając nawet kroku.
 
__________________
Even a stoped clock is right twice a day

Ostatnio edytowane przez traveller : 06-12-2011 o 18:27.
traveller jest offline  
Stary 06-12-2011, 15:46   #10
 
traveller's Avatar
 
Reputacja: 6248 traveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputację
---

Kiedy oboje z Antonią znaleźli się na parterze w części przeznaczonej dla pracowników więzienia emocje wyraźnie wisiały w powietrzu. Spotykali coraz więcej sennych projekcji z jego wyobraźni. Niektóre rzucały w stosunku nich kilka słów większość jednak zachowywała się tak jak strażnicy na wypadek buntu, przynajmniej zdaniem Eakhardta. Zdenerwowani, ale zniecierpliwieni oczekiwaniem na akcję. Złe połączenie. Ten cały bunt mógł skończyć się masakrą a oni byli w samym środku wydarzeń.

-Za bardzo ich ręce świerzbią żeby użyć tych gnatów. Chodźmy tędy.

Architekt wskazał na schody pomiędzy dwoma biurowymi pomieszczeniami.
Zbiegli szybko w dół wymijając w przejściu większą grupę strażników. Teraz znaleźli się w podziemiach. Idąc na lewo dotarliby do dyżurek i wyjścia na dziedziniec. Po prostu pobiegli, więc na prawo wzdłuż długich czerwonych rur biegnących nad ich głowami aż końca korytarza. Po drodze minęli jeszcze kilka par starych obdartych drzwi służących za pomieszczenia innego typu. Minęli je bez wahania dochodząc wreszcie do pierwszego przystanku - zbrojowni. Ich pojawienie nie umknęło uwadze strażnika, który odpowiadał za wydzielanie broni i więziennego oporządzenia.

-Ralph. Potrzebujemy, żebyś wydał nam wyposażenie.

-Jasne Will. Już się robi.

Mężczyzna będący lekko przy tuszy, z pierwszymi oznakami łysiny nawet nie spojrzał na kobietę. Trudno powiedzieć czy zadziałał na niego więzienny autorytet Williama czy stresująca sytuacja w kobiecym skrzydle. Niektórzy źle znosili takie rzeczy. Po chwili duże obite drzwi stały otworem a oni oboje znajdowali się wewnątrz dość sporej więziennej zbrojowni.

Można było znaleźć tu: solidne kaski z ochronną podnoszoną do góry szybką i granatowe kamizelki kuloodporne. Niestety nie było tego na co liczył. Poza tym mimo tego, że wielu strażników biegało po reszcie więzienia już uzbrojona to w pomieszczeniu zostało wciąż wiele arsenału. Pod ścianami piętrzyły się rzędy kartonów z amunicją. Z broni były tu szwajcarskie SIG-i p226, standardowe Glocki 17, Remingtony 600 używane przez strażników na wieżach oraz broń idealnie stworzona do opanowywania niemożliwych sytuacji - szybkostrzelne strzelby Remington 870 z metalowymi częściami pomalowanymi na niebiesko.

- Masz swoje obrzyny. Tylko uważaj gdzie celujesz.

- To nie obrzyny. Ale się nadadzą. Dobra robota.

Zwrócił uwagę na jej dłonie. Był prawie pewien, że tego złotego ozdobnika jeszcze przed chwilą nie miała na paznokciach. Na ten widok stwierdził, że jest daleko w tyle z modą. Od straty żony nie przejmował się wyglądem w takiej mierze jak wcześniej.

-Odwrócisz uwagę Ralpha moja droga? - powiedział prawie szeptem podchodząc do dziewczyny na odległość kilku kroków.
-Muszę stworzyć dla nas coś przydatnego a nie chcę, żeby ktoś przypadkiem tu zajrzał. Poza tym jak wyniesiemy to stąd to nikt nie powinien się dziwić.

Wyglądało na to, że Brazylijka tylko czekała na możliwość wykazania się. Pomysł najwyraźniej bardzo przypadł jej do gustu bo z entuzjazmem zabrała się za jego wykonanie. Górne guziki od jej munduru odskoczyły w bok zostawiając spore pole do popisu dla wyobraźni.

- Takim zakompleksionym grubaskom odgryzam głowy na jeden raz.

Will musiał przyznać, że ten widok robił wrażenie. Mógłby zadziałać nie tylko
na kogoś w rodzaju Ralpha. Uśmiechnął się tylko, próbując nie zachowywać się tak jak zrobiłby to może z dwadzieścia lat wcześniej.

- W takim razie chyba dobrze, że nie mam problemów z nadwagą prawda?

Chemiczka załadowała potrzebne jej rzeczy do torby i wyszła z pomieszczenia do - Anglik dałby sobie głowę uciąć - najprawdopodobniej wkrótce bardzo szczęśliwego strażnika zbrojowni.

Kiedy został sam zamknął oczy i odprężył się. Szybko poszło mu z dwoma maskami przeciwgazowymi S10 produkcji brytyjskiej. Dla pewności stworzył jeszcze jedną i wypchał ją wewnętrzną stronę uniformu. Trudniejsze było stworzenie granatów gazowych. Wyobraził sobie małą białą puszkę przecinaną czerwonym paskiem. Nie pamiętał dokładnych oznaczeń modelu, więc skupił się na literach CS oznaczających konkretny rodzaj gazu. Przypomniał sobie przekroje takiego granatu, którego nigdy wcześniej nie trzymał w dłoni. Zawleczka połączona z mechanizmem uwalniającym. I przede wszystkim skład samego zabójczej mieszanki chemicznej. Wiedział dokładnie jak powinien zadziałać, nie ma tu mowy o błędzie. Konstrukcja musiała być szczelna a mechanizm właściwy. Gaz łzawiący często używany podczas buntów i zamieszek przez policję z całego świata. Nada się idealnie do sytuacji w której się znaleźli. Po chwili ściskał w dłoni pierwszą puszkę. Mając w głowie model jednej, łatwo stworzył pięć kolejnych. Miał tylko nadzieję, że to zadziała chociaż do końca nie mógł być pewny. Na koniec wyobraził sobie jeszcze zieloną torbę podróżną i zapakował do niej maski i granaty. Nic więcej nie było mu potrzebne. Poza tym nigdy w życiu nie korzystał z broni palnej. Prędzej zrobiłby sobie krzywdę samemu. Czas się zbierać, pomyślał wychodząc ze zbrojowni. Włączył krótkofalówkę, w jednej ręce pewnie trzymając torbę.

-Antonia idziemy.

Nawet nie spojrzał na Brazylijkę. Wystarczyło, że ją słyszał i to jeszcze w zbrojowni by wiedzieć, że dobrze sobie poradziła. Po jego słowach zostawiła nieszczęśnika ze złamanym sercem. Współczuł mu nawet przez chwilę chociaż był on tylko jedną z wielu projekcji.

- Udało się? - zapytała szeptem już na korytarzu, kiedy szybkim krokiem szli w stronę gabinetu naczelnika.

- Jak najbardziej młoda damo.
Will podniósł na moment torbę tak, żeby Brazylijka zwróciła na nią uwagę.
-Mamy wszystko co trzeba.

Sam zwrócił uwagę na co innego. Spod rozpiętej kurtki munduru Antonii wystawała obcisła bluzka w lamparcie cętki, zdecydowanie nieprzepisowa. A kiedy obróciła się w stronę Architekta, na jej szyi oprócz srebrnego łańcuszka z medalikiem wisiał także naszyjnik z muszli i rzeźbionych kości. Kości niepokojąco i upiornie przypominających te z ludzkich palców.

- Nie przejmuj się tym - machnęła lekceważąco złotymi tipsami. - To nie ty. To ja. Mnie nie można trwale zmienić, wsadzić w inne buty, każde przebranie prędzej czy później spada. Forgerzy zmieniają się w kogo chcą, a ja zawsze w samą siebie.

-Tak, ja zdecydowanie zbyt mało znam się na modzie by stworzyć coś...
Mężczyzna szukał przez moment odpowiedniego słowa, ale po chwili jednak spasował.
-Coś.
Wzruszył tylko ramionami w rozbrajającym geście szczerości.

Następnie przeklął w myślach to co musiał zrobić teraz, Podniósł drugą dłoń do ust i zaczął mówić do małego głośniczka z nadzieją, że Amy wciąż gdzieś tam ma swoją krótkofalówkę pod ręką.

-Pani naczelnik słyszy mnie pani? Mówi strażnik, którego wyznaczono do posprzątania tego cholernego bajzlu.

Celowo nie użył swojego imienia. Nawet zmienił ton głosu na bardziej głęboki. Miał nadzieję, że nie uda jej się go rozpoznać. Nie wiedział jak zareaguje Amy na wieść, że on jest w to wszystko wmieszany. Stwierdził, więc że uniknie tego póki jeszcze może.

-Trzymajcie się, idziemy po was.

Wizja tego, że mogłoby stać się coś Amy Fox nie opuszczała go ani na moment. Nawet świadomość tego, że to sen zbytnio nie pomagała. Poza tym ból wszędzie boli tak samo.

- Twoim zdaniem zdążymy? - zapytała Antonia. - Jeśli czasu jest za mało, może lepiej... zlikwidować drzwi w gabinecie. Zastąpić ścianą.

Profesor nie miał już czasu zastanowić się nad odpowiedzią na to pytanie.
Na moment zwolnili, bo wraz z ostatnimi słowami Brazylijki gdzieś z dziedzińca poniósł się przytłumiony huk wystrzału. Zaraz nastąpił po nim jeszcze jeden.

Pędzli po schodach na górę, byli już w części budynku przeznaczonej dla strażników. Architekt prowadził, omijając bokiem posterunek i kancelarie znajdujące się na parterze, przez osobną klatkę schodową. Wszędzie leżały niedopałki papierosów.

- Will?! - zdenerwowany, zniekształcony głos Amy z krótkofalówki odbił się echem od odrapanych ścian wąskiej klatki. W tle było słychać jakieś słabo odróżnialne hałasy i miarowe, mocne walenie w coś twardego.

Zaklął cicho słysząc odpowiedź starej znajomej. Zdecydowanie było to coś co na pewno nie wypadało dżentelmenowi. Zastanawiał się co zrobić, ale nie było czasu na gierki.

-Tak Amy. Będę tak szybko jak tylko się da.

Wyłączył krótkofalówkę z jednej strony trochę spokojniejszy, z drugiej poczuł się głupio tak ucinając rozmowę. Nie było czasu na wyjaśnianie wszystko.
Projekt więzienia miał w głowie, sam je przecież stworzył. Za zwyczaj nie odtwarzał czegoś z pamięci. Wiedział, że to niebezpieczne po rozmowie z Malcolmem i Anthonym. Tutaj jednak po prostu odtwarzał z pamięci własny sen. No może lekko zmodyfikowany na potrzeby akcji sen. Wybierał najkrótszą drogę. Zresztą i tak wystarczyło podążać jedynie za innymi biegnącymi strażnikami. Zbliżali się już do celu. Ponad nimi słychać było odgłosy walki, co jakiś czas padał wystrzał z broni albo krzyk wybijający się na tle innych głosów. Wpadli na szerokie metalowe schody pnące się do góry i po chwili byli już na drugim piętrze. Bramkę oddzielająca przejście pomiędzy piętrami pilnowała dwójka strażników, którzy zaraz przepuścili ich wraz z resztą posiłków. Tutaj zaczynało robić się już gorąco. Żeby to ogarnąć należało wykorzystać pomoc pracowników więzienia. Zanim jednak zdążył wprowadzić swój plan w życie uwagę Brazylijki pochłonęło coś zupełnie innego. Mężczyzna przykuty do barierek w więziennym pasiaku. Architekt rozpoznał go prawie natychmiast. Chwilę wcześniej, która teraz wydawała się dość odległa eskortował go znalezionego na plaży. Turysta, mało kto lubił jemu podobnych. Will na pewno za nimi nie przepadał. Antonia wydarła się na pilnującego go drągala i wymusiła na nim uwolnienie więźnia, następnie skazała Profesora na jego niezbyt miłe towarzystwo.

Will kolejny raz musiał przyznać, że babka miała temperament. Nie miał jednak zamiaru dawać strażnikowi niczego z torby. Właściwie to nie miał nawet nic co ten mógłby skutecznie użyć. Miał już w głowie koncepcję tego jak rozwiązać tą całą sytuację i liczył, że to wystarczy.

-Eee Profesor? Śpisz? To masz tam coś dla mnie czy nie?

-Luis. Mam dla ciebie coś innego. Zbierz tylu ludzi ile możesz. Musimy dostać się do gabinetu pani naczelnik.

Strażnik przyglądał mu się wzrokiem kogoś kto nie lubił być chłopcem na posiłki. Naprawdę to moja własna projekcja? - przeszło tylko przez myśl anglikowi. W tym czasie ich Chemik zniknęła w głębi jakiegoś pomieszczenia. Wiedział kto jej towarzyszy. Tym bardziej mu się to nie podobało. Nie wiedział za to czemu traci czas z kimś takim. Zdziwiony zorientował się, że jego rozmówca wciąż czeka w tym samym miejscu niepewny czy to już koniec ich krótkiej konwersacji. Może czekał na jakieś rzeczowe podsumowanie? Sygnał do ataku? Nie miał pojęcia na co on do licha mógł czekać, ale postanowił go nie zawieść.

-Skopmy babom te ich... Chude tyłki!

Stwierdził, że w jego ustach zabrzmiało to trochę sztucznie, ale najwyraźniej mężczyzna kupił to i z nową energią zerwał się do pracy.

-Ihaaaa. Akcja bejbe! Się robi profesorze!

Mimo tej pozy, widać było że nadrabia miną. Bał się. Tam dalej działo się dużo i na ostro. Anglik pokręcił tylko smutno głową zastanawiając się czemu Antonia nie uporała się jeszcze z Turystą.

---

W końcu drzwi pomieszczenia w którym znikła Antonia z Turystą ubranym w więzienny pasiak stanęły otworem. Członek SWAT-u? Wyglądało na to, że dziewczyna stwierdziła, że przyda im się dodatkowa pomoc, albo było jeszcze coś o czym Will nie miał pojęcia. Czas jaki tam spędzili pozwolił Luisowi na zebranie sześciu innych strażników wyposażonych w kamizelki kuloodporne, kaski, pałki i broń.

-Nie spieszyliście się gołąbeczki. Mam tylko nadzieję, że wiesz co robisz.

Zwracał się oczywiście do Chemika. Turystę uważał po prostu za niepotrzebną cyfrę w tym równaniu.
- Improwizuję na poczekaniu - przyznała Antonia bezwstydnie. - Will, to jest nie wiadomo kto. NN, to jest Will, którego będziesz słuchał.

Profesor zmierzył mężczyznę szybkim, przenikliwym spojrzeniem i tylko skinął mu głową. Bezimienny odwzajemnił przywitanie równie oszczędnym ruchem głowy.

- Po prostu nie narób jeszcze większego bałaganu synu. Możemy już iść?

- Taaa - Chemiczka skinęła mu głową.

- Okay. Luis - Will zawołał do biegającego po korytarzu mężczyzny.
- Zbierz swoich ludzi. Idziemy po panią naczelnik.

Kiedy wszyscy znajdowali się już w zasięgu głosu Willa, Profesor przedstawił im swój plan.

-Idziemy prosto przed siebie w zwartej kolumnie. Chodzi o to, żeby dostać się na drugie piętro i uratować naszych od tych wariatek. Nie zatrzymujcie się po prostu przyjcie do przodu. Blackwood po mojej prawej, Antonia po lewej, ty Luis idziesz przed nami. Reszta otacza nas pierścieniem i odpycha te suki na boki. Możecie oczywiście użyć siły, ale powtarzam goni nas czas i w tej chwili mamy inne priorytety zrozumiano?

Strażnicy zakrzyknęli twierdząco chórem i zaczęli ustawiać się na przydzielonych im pozycjach.
 
__________________
Even a stoped clock is right twice a day
traveller jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:55.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166