Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-12-2011, 01:36   #1
 
Lichtenstein's Avatar
 
Reputacja: 13 Lichtenstein nie jest za bardzo znanyLichtenstein nie jest za bardzo znanyLichtenstein nie jest za bardzo znany
[ORE] Ślepcy

Motyla noga, same kłopoty z tymi nicponiami - Munnleiber zaklął szpetnie i pociągnął łyk z wysłużonej piersiówki. Dzień zaczął się szpetnie, a zapowiadał się jeszcze gorzej.

Ale, ale, po kolei.

Ciepła posadka w Spengler Security nie była tak wygodna, jak się zapowiadała. A wydawała się być wprost stworzona dla Manfreda: przeciętnej klasy firma firma ochroniarska, należąca do potężnej szwedzkiej grupy kapitałowej i wyodrębniona na potrzeby niejasnych machlojek podatkowych zdołała wyżłobić sobie skromne miejsce na międzynarodowym rynku - głównie dlatego, że wszyscy poważni gracze dawno skupili swoją uwagę na daleko intratniejszych kontraktach pozaziemskich. Można powiedzieć, że w tym połączeniu było coś wręcz poetyckiego.

Karzełek w końcu pozazdrościł swoim starszym braciom i postanowił spróbować swych sił pośród obcych światów. Munnleiber, jako najstarszy stopniem wojskowym pracownik z miejsca przejął stanowisko dowódcy sekcji interplanetarnej - choć złośliwi twierdzą, że decyzja księgowych-decydentów miała swoje podłoże raczej w przekonaniu, że weteran z łodzi podwodnej będzie dbał o oszczędne wykorzystywanie przydzielanych zapasów.

Jednak zamiast opędzania się od kształtnych humanoidek i śmiertelnych zapasów z jaszczurami, jak dotąd ta praca polegała raczej na przewalaniu sterty papierów i próbie organizacji bandy gliniarzy na wcześniejszej emeryturze i wojskowych wyrzutków we względnie zorganizowaną siłę bojową.


A kiedy wreszcie złapali pierwszy sensowny kontrakt - żadne tam "przynieś wynieś pozamiataj" - przyszedł Francuz i wszystko spartolił.


Oberleutnant nie mógł wyobrazić sobie prostszej sprawy: wpaść do budynku, rozdeptać po drodze kilka kosmożab, przystawić największej lufę do czoła i pokazać zdjęcie prototypu, pozbyć się świadków. Ale zamiast siedzieć cicho i przetrząsać magazyn z innymi zaczął chrzanić o jakiś konwencjach i jeńcach wojennych.

Wszyscy zaczęli się kłócić, czas uciekał, na miejsce zjechali się żabi gliniarze i wszystko poszło w diabły. Manfred był niemal pewien, że żołnierze celowo spóźnili się z lotem powrotnym, by nie miał jak ich wypytać i opieprzyć przed weekendem.

A kiedy już cierpliwie wyczekał poniedziałku, poskromił kaca, powtórzył wszystkie słowa przyszłej wiązanki upewniając się, że żadne z nich się nie powtarza - na jego biurku wylądował list z centrali i wszystko zmienił.

Pomijając spore ilości korporacyjnego bełkotu i niedwuznacznych sugestii dotyczących szans na podwyżkę po ostatnim "wyczynie" sekcji na Gb17, rozchodziło się o to, że centrala załatwiła jakieś super-hiper zlecenie i stawia wszystkich w stan gotowości. Choć szansa na załatanie budżetu i nadszarpniętej reputacji firmy nie mogła przyjść w lepszym momencie, Munnleiberowi wcale a wcale nie podobała się końcowa część listu. Najwyraźniej przyjeżdżał obcy dygnitarz i jakieś baby z NASA, a on - zamiast dobrać się z miejsca do dupy podwładnym - miał czekać w sali konferencyjnej, opiekować się gośćmi i dbać o życzliwe nastroje i dobry przebieg rokowań.

Na co oni liczą, dancing i wieczorek zapoznawczy?

- * - * - * -

W ciągu całej szesnastogodzinnej podróży Keiko zamieniła z Suzanne jedynie kilka grzecznościowych zdań. Nie chodzi nawet o to, że rozmowa się nie kleiła - po prostu żadna z nich nie miała drugiej nic do powiedzenia. Zresztą, Francuzka i tak większość drogi spędziła z nosem w Nature.

Była nieco zła - nie dość, że Agencja traktowała ją jako dziewczynkę na posyłki, to wysyłała ją na drugi koniec świata, by musiała znosić niewybredne uwagi tępych żołdaków. Z drugiej strony, mogła to być miła odmiana od ciągłego znoszenia niewybrednych uwag tępych bogaczy.

No i jeszcze ten budynek.

To nie jest tak, że był brzydki, czy zaniedbany - w Lozannie mało co było brzydkie - tylko... Skromny. Japonka przyzwyczajona była do pośredniczenia w rozmowach od których ważyły się losy grubych milionów - i ujrzenie po co wysłano ją w taki kawał drogi było co najmniej niesatysfakcjonujące.

Cóż, adres się zgadza, mruknęła Suzanne i weszła do budynku, tocząc za sobą skromną błękitną walizeczkę. Keiko podążyła za nią.

Pod automatem z napojami dwóch żołnierzy żywo wykłócało się o coś związanego z tym o smaku pomarańczowym.

Przepraszam Panów, spytała ich Francuzka, to jest siedziba Spengler Security, prawda? Jesteśmy konsultantkami z NASA, miałyśmy się zgłosić do pana Munnleibera.

Szukacie Burdelmamy, ta? Będzie w swoim gabinecie, chyba że już zaciągnęli go na konferencyjną, odparł czarny gigant.

To jest na drugim piętrze i w prawo, dodał jego rozmówca, dość wyraźnie ucieszony przebłyskami francuskiego akcentu. - A jeśli będzie zamknięte, to z powrotem w lewo i do końca.
 
Lichtenstein jest offline  
Stary 09-12-2011, 09:07   #2
 
Tropby's Avatar
 
Reputacja: 58 Tropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodzeTropby jest na bardzo dobrej drodze
Automat z napojami

Gabriel Kingstone, Vincent Duval, cz. 1

- Mówię ci Vincent, to są zwykłe szczyny!
Murzyn zgniótł niedopitą puszkę napoju, rzucił na ziemię i precyzyjnym kopniakiem posłał do kosza na drugim końcu korytarza.
- Jak rodowity Amerykanin ma zacząć dzień bez szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego, kubka parzonej kawy i jajecznicy na bekonie? A tutaj wszędzie tylko te sztuczne, słodzone, rozpuszczalne, ciągnące się ścierwa w proszku!
Przerwał na chwilę swój wywód, by wskazać drogę Francuzce i jakiejś Azjatce, po czym wrzucił do automatu monetę i zamówił kolejny sok - tym razem winogronowy. Zostały mu już tylko dwa smaki do wypróbowania. Potem zamierzał udać się do stołówki, by po raz kolejny ponarzekać na szwedzką kuchnię.
- Muszę przyznać, Anglicy nieraz potrafią działać mi na nerwy, ale na śniadaniach to się znają jak mało kto. Gdyby tylko jeszcze zamiast tej herbaty potrafili parzyć porządną kawę, to czułbym się u nich prawie jak w domu.
Pociągnął łyk soku i tym razem mało nie opluł automatu. Następna puszka powędrowała do kosza w podobny sposób jak poprzednia.
- A pieprzyć ten automat - na poparcie swoich słów kopnął maszynę z boku, tak że ta mało co się nie przewróciła - chodźmy stąd zanim stracę wszystkie kubki smakowe. Próbowałeś już tutejszych zapiekanek? Oni składają razem dwie kromki z serem, ściskają w opiekaczu i jeszcze śmią nazywać to tostami, uwierzyłbyś!?

Francuz jednym uchem słuchał prostodusznych narzekań olbrzyma, którego od kiedy mieli okazję niedawno lepiej się poznać nie mógł nie lubić. Zrzędliwość miał za godną pochwały cechę charakteru, która pozwalała dostrzegać sporo istotnych uchybień... we wszystkim. Teraz jednak, wiedząc, że może sobie na to pozwolić patrzył za odchodzącymi... “konsultantkami z NASA”, cokolwiek to w praktyce oznaczało.
- Naprawdę? - zapytał w końcu, gdy litania niezadowolenia przeobraziła się w jednolitą formę bolesnej akceptacji, trudnej rezygnacji i pytania retorycznego. - Byłem pewien, że ser kładą pomiędzy stary, bardziej zeschły ser, nie wiedziałem, że to chleb. - uśmiechnął się do wielkiego towarzysza. - Ale zdajesz sobie sprawę - zmienił temat jak tylko zwrócił uwagę towarzysza - że właśnie udzieliliśmy wskazówek kobietom? Nigdy nie widziałem tu wcześniej kobiety... Znaczy, nigdy nie miałem stuprocentowej pewności że były to kobiety, ale tamte nie wyglądały, jakby miały wielkością spluwy nadrabiać braki w kroku. - jak gdyby nigdy nic, podszedł do automatu i wrzucił kilka monet drobnymi, zamawiając nawet nie skrytykowany sok z winogron.
- Hę? - czarnuch obejrzał się za siebie. - Mówisz o tamtych dwóch? Jak tak się zastanowić to rzeczywiście nie za dużo tu normalnych kobiet. To znaczy kobiecych kobiet. Chociaż te wyglądały bardziej na jakieś jajogłowe, niż laski z którymi zwykle się umawiam.
Mówiąc to zamyślił się i jakby trochę rozmarzył.
- Zaraz! Czy one nie mówiły że są z NASA? Myślisz, że to oznacza dla nas nową misję? - wyraźnie się podniecił, gdy Francuz skinął jedynie głową w zamyśleniu - Co ja bym dał żeby po raz kolejny skopać dupę paru alienom! Mówiłem ci? Byłem już na dwóch misjach w kosmosie, a na następnej mam dostać po raz pierwszy własnych ludzi! Mam tylko nadzieję że nie będą to jakieś ciamajdy, które ledwo ukończyły szkolenie. Ale wiesz co w tym wszystkim najlepsze?
Nachylił się w stronę Vincenta i zasłonił usta wielgachną dłonią.
- Udało mi się wytargować u zaopatrzeniowca coś dużego. Znacznie większego niż te pukawki, które zwykle nam przydzielają. Normalnie nie dają nam czegoś takiego żeby nie przechwyciły tego ufole.
Wyprostował się i założył ręce pod boki.
- Ale ja myślę że po prostu boją się, że wszystkich rozwalę i nie będą mieli od kogo wycyganiać nowych technologii. Ha! Kto potrzebuje nowych technologii, kiedy już jesteśmy najbardziej zabójczą rasą w kosmosie? Wystarczy, że przestaniemy trząść portkami, a rzucimy cały ten anemiczny i ślamazarny wszechświat na kolana!
Zaśmiał się rubasznie i poklepał Francuza po plecach.
Vincent wyszczerzył zęby w uśmiechu, ceniąc pewną prostoduszność, ale i humor towarzysza. - Bez kitu, dobrze, że załatwiłeś konkretny sprzęt. Szacowni dystrybutorzy służbowego oporządzenia terenowego - przypomniał komiczny eufemizm - mają łby z ołowiu, bo nic nie przenika przez nie, nie dociera, że w razie co rozkładamy broń i neutralizujemy. A trząść portkami, tam znowu, normalne, że rządy chcą wycisnąć w sposób bezkrwawy naszych obcokrajowców w kosmosie jak cytrynę, to samo ze mną robił mój rząd. Może i można ich podbić, ale na cholerę? Nie przyjemniej umawiać się z laskami, skoro żeś o tym wspomniał? Chyba czeka cię prawdziwy post. - trącił łokciem olbrzyma - I chodźmy na te zapiekanki, bo jak zauważyłeś, obecność kobiecych kobiet oznacza, że wnet poczujemy się jak na koloniach... - zażartował dwójnasób, nie precyzując, że mowa o dawnych koloniach francuskich w których tacy jak on byli szkoleni... i na których samo wspomnienie sprawiało, że robiło mu się słabo.
- Może i przyjemniej, ale nawet wpieprzanie codziennie szarlotki może się w końcu znudzić. Prawdziwy facet potrzebuje od czasu do czasu trochę mięsa i flaków.
Umilknąwszy nareszcie udali się do firmowej stołówki i stanęli przed ladą, oglądając co jest w dzisiejszym menu.
 

Ostatnio edytowane przez Tropby : 11-12-2011 o 13:23.
Tropby jest offline  
Stary 10-12-2011, 14:27   #3
 
Akhay's Avatar
 
Reputacja: 66 Akhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znanyAkhay wkrótce będzie znany
Szczerze powiedziawszy Susanne wolała siedzieć w swoim laboratorium i badać to, co jej podsunęli pod nos niż tułać się na drugi koniec świata z jakąś tam Japonką, ale z drugiej strony podróż ta rozpoczynała tak jakby nowy rozdział w jej życiu. Dzięki kontaktom z tą nieco osobliwą firmą może wreszcie na własne oczy będzie mogła zobaczyć ogrom wspaniałych rzeczy jakimi dysponują obcy. Kto wie może nawet spotka kiedyś jakiegoś kosmitę...


Ruszyła więc w podróż pełną nadziei i obaw zaopatrując się uprzednio w nie byle jaką lekturę do poczytania w drodze. Każda minuta poświęcona nauce była cenna, a ona miała aż szesnaście godzin. Oczywiście część podróży pewnie prześpi, ale będzie miała dużo czasu na przejrzenie tego, do czego normalnie nie ma czasu zaglądać. Nie sądziła też by miała wiele do powiedzenia Japonce i faktycznie poza powiedzeniem sobie „Dzień dobry” i tym podobnych grzecznościowych formułek Susanne nie odezwała się do Keiko. Zdawała sobie sprawę, że owa dziewczyna jest osobą ważną i zapewne ogólnie szanowaną ze względu na swoje umiejętności, ale młodej Francuzce jakoś nie specjalnie zależało na nabywaniu bliższej znajomości. W ogóle Susanne była raczej osobą mało kontaktową, ciężko nawiązywała szczersze i trwalsze znajomości. Najczęściej udawała, miły uśmiech i te sprawy, myślami jednak była bardziej przy „wypchajcie się wszyscy”. Ta strategia, opanowana przez nią perfekcyjnie, była bardzo wygodna. Pozwalała szybko „zaprzyjaźniać się” z odpowiednimi osobami. W tym wypadku jednak Francuzka nie widziała takiej potrzeby. Wolała całkowicie poświęcić się lekturze, co sprawiło także, że podróż minęła nadzwyczajnie szybko.


Susanne stanęła przed budynkiem agencji „Spengler Security” z wyraźnym zamyśleniem. Spodziewała się czegoś bardziej imponującego, a zastała raczej dość skromny i niepozorny budyneczek ukrywający się wśród innych sobie podobnych kamienic.
-Cóż adres się zgadza.- mruknęła do siebie i swoim najdostojniejszym krokiem ruszyła w stronę wejścia. Zamierzała zaprezentować się jak najlepiej w obcym miejscu. Równocześnie ciekawiło ją także to, dlaczego owa firma wybrała właśnie ten budynek, czy był jakiś specjalny, czy chodziło o to, żeby firmy nie dało się znaleźć? Pytania jednak musiały chwilę zaczekać. Priorytetem było znalezienie Munnleibera, który był jakimś „kimś” w „Spengler Security”.

Weszła więc do środka, a za nią z łoskotem potoczyła się jej mała błękitna walizeczka. Zaraz za wejściem jak to często bywa znajdował się automat z napojami przy którym stało dwóch mężczyzn, którzy żywo o czymś rozmawiali. Byli oni jednymi z tych, z którymi jakiekolwiek sprzeczki kończyły się co najmniej złamanym nosem, a zazwyczaj znacznie większymi ubytkami zdrowotnymi. Takie wrażenie sprawiał szczególnie mężczyzna o czarnym kolorze skóry. Jednym słowem byli to idealni kandydaci do wskazania, gdzie właściwie kobiety mają się teraz udać. Z pewnością byli pracownikami agencji. Susanne podeszła do nich i lekko się uśmiechnęła. Po zamienieniu paru zdań dowiedziała się, gdzie może znajdować się Munnleiber przez jednego z mężczyzn nazwany „Burdelmamą”. Skoro tak go nazwali, to szczerze powiedziawszy wolała nie wiedzieć jaki tu obecnie panuje chaos...


Stosując się do wskazówek Francuza, rozpoznała go po charakterystycznym akcencie, udała się w odpowiednim kierunku. Mężczyźni dalej prowadzili rozmowę, jak jej się udało usłyszeć, o jakimś jedzeniu. Nie wsłuchiwała się jednak za długo w ich paplaninę. Najważniejsze to znaleźć Munnleibera.- ponaglała siebie w myślach. Wyprostowała się i dosyć pospiesznym krokiem przemierzała korytarz. Nie wyróżniał się niczym spośród tych, które Susanne często widywała w Amerykańskich biurowcach. Ściany były z jakiegoś ekologicznego tworzywa, które nie wyglądało na jedno z tych solidniejszych. Co jakiś czas pojawiał się na nich jeden z bardziej kiczowatych landszaftów. Podłogę pokrywała granatowa wykładzina. Naprawdę nic ciekawego. Po jakimś czasie zauważyła, że nie ma tu żadnych ciasnych przestrzeni z komputerkami, które stanowią miejsce pracy większości z zatrudnionych. Może agencja nie była aż tak duża, że potrzebowała takiego rozwiązania na brak miejsca.

Wreszcie wczołgała się po schodach na drugie piętro i jak radził Francuz skierowała się w prawo. W oknie zobaczyła kawałek jeziora genewskiego, był to chyba najciekawszy widok jaki pracownikom fundowała agencja w czasie przerw.

Wszystkie drzwi, które dotychczas mijała były wykonane z matowego szkła, te natomiast, które tu spotkała drewniane. Z pewnością to właśnie drzwi do biura Munnleibera. Podeszła i przyjrzała się im bliżej. Framuga była cała poobijana, co świadczyło o tym, że drzwi wiele razy brutalnie zamykano. Susanne zaraz także nasunęło się na myśl, że właściciel biura musiał być człowiekiem nad wyraz gwałtownym i groźnym. Zapukała lekko, jednak nikt się nie odezwał. Powtórzyła trochę głośniej. Tym razem też nic. Szarpnęła za klamkę, jednak nie przyniosło to żadnego efektu. Drzwi były zamknięte. Munnleiber najwyraźniej czekał już w sali konferencyjnej. Susanne odwróciła się więc i poszła w przeciwnym kierunku. Kiedy doszła do końca korytarza jej oczom ukazała się sala konferencyjna.

Weszła bez pukania. Pierwsze, co rzuciło się jej w oczy to brak okien. Dziwne, bo zazwyczaj w takich miejscach znajdowało się ich mnóstwo żeby zapewnić odpowiednią ilość światła w dzień. Na ścianie wisiała duża tablica, a obok niej zwinięty ekran do rzutnika. Ogólnie całe wyposażenie było nowe. Pod przeciwległą ścianą znajdowały się składane krzesła w liczbie dużo. Było to zastanawiające, bo w salach konferencyjnych zazwyczaj spotykało się paru ludzi zasiadających przy podłużnym stole i rozprawiających o nikomu nie potrzebnych rzeczach. To miejsce przypominało Susanne bardziej jakąś salę odpraw albo małą amatorską salę w której zazwyczaj oglądało się filmy. Obecnie znajdowało się tam dwóch pracowników czyniących jeszcze ostatnie przygotowania i niski blondyn, który zapewne był poszukiwanym przez kobiety Munnleiberem. Susanne podeszła do tego człowieka.
-Witam. Pan Munnleiber, czy tak?- uśmiechnęła się miło do mężczyzny.-Ja jestem Susanne Lemaire, a to jest Keiko Hikawa.- powiedziała wskazując na Japonkę.-Jak zapewne panu wiadomo jesteśmy konsultantkami z NASA.- powiedziała oczekując przywitania ze strony Munnleibera oraz rychłego przejścia do spraw konkretnych dla których przemierzyły tak długą drogę z Ameryki.
 

Ostatnio edytowane przez Akhay : 10-12-2011 o 14:32.
Akhay jest offline  
Stary 10-12-2011, 14:46   #4
 
Tevery Best's Avatar
 
Reputacja: 184 Tevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie coś
Manfred von Munnleiber

Miał jeszcze czas. Może niewiele, ale nie było sensu się od razu poddawać! Bywało przecież gorzej, i to żeby tylko raz... Wyciągnął się na krześle i odpalił jeszcze jedną partię sapera. Konferencyjna poczeka, goście mieli być dopiero za 25 minut.

To była najgorsza część tej roboty. Na okręcie zawsze było coś, czym trzeba było się zająć, albo przynajmniej coś, czym można było się zająć, a po powrocie do portu było zarówno na co czekać, jak i po czym odpoczywać. Tutaj nie, tutaj przez większość czasu siedziało się za biurkiem. Ale było warto dla tych paru chwil na akcji, w prawdziwej, a nie tylko symulowanej sytuacji bojowej, gdzie od jego komendy potrafiło zależeć wszystko! Tym bardziej frustrowały von Munnleibera fiaska takie, jak to ostatnie - francuski piesek, chwila nieuwagi i nagle wszędzie pierdolone ufole. A miało być tak pięknie.

Cholera, znowu zabrakło dwóch sekund do rekordu. Manfred zaklął cicho, zgasił komputer i wstał od biurka. Wziął ze stojącego w kącie krzesła marynarkę i założył ją. Przez przeszkloną ścianę widział park po drugiej stronie ulicy. Pogoda nie zachęcała do spacerów, ale mimo to włóczyło się po nim bez celu paru emerytów z wnukami, jakieś dzieciaki próbowały grać w gałę w kałuży błota. Jakoś żyli.

Były oficer wziął z biurka firmowy długopis i schował go do kieszeni. Poprawił krawat, złapał wczorajszy "Tageszeitung" i wrzucił do kosza na śmieci. Wyszedł z biura i zamknął drzwi.

Idąc korytarzem zauważył stojącego przed drzwiami sali konferencyjnej korporacyjnego japiszona. Od razu wydało mu się to podejrzane. Czego mógł chcieć? Koleś był młodziutki, jakieś dwadzieścia lat, pewnie pierwsza praca po tym, jak go wywalili ze studiów. Uśmiechał się szeroko do przełożonego. - Dzień dobry, panie Munnleiber! Jak się pan dzisiaj...
- Von Munnleiber - odwarknął Manfred. Koleś blokował mu wejście, co nie umknęło uwadze podwodniaka. - Co jest?
- Chciałem tylko panu wspomnieć o tym, że wszyscy w firmie...
- Odsuń się. Sala gotowa?
- Tak, tylko panie Manfredzie...
Zdenerwowany Niemiec odepchnął gnojka na bok, po czym otworzył drzwi do sali. Tam natychmiast przylgnęło do niego spojrzenie na wpół roznegliżowanej parki, nerwowo wciągającej na siebie ubrania.
- Co to ma być, do jasnej cholery?! Nie macie kiedy się gzić, zasrańcy?! Za dwadzieścia minut przyjeżdżają tu jebani obcy, oficjele z pierdolonego NASA i chuj wie, kto jeszcze, a wy sobie urządzacie seksparty?! Miałem mieć tutaj dwójkę stażystów do pomocy, kto jest nadmiarowy?
Pochlipująca cichutko dziewczyna podniosła leciutko rękę.
- Natychmiast wracać do swojej roboty. I zabierz ze sobą to nieszczęsne upierdolone krzesło, zanim ktoś je zobaczy! Nie, gówno mnie obchodzi, co z nim zrobisz, masz je zabrać ze sobą, słychać?
Po chwili zamknęły się za nią (i krzesłem) drzwi. - Do roboty - rzucił do korpoludków. Podczas gdy oni zajęli się ustawianiem krzeseł, sprzątaniem po sobie i ogólnym doprowadzaniem sali do stanu używalności, Manfred usiadł za stołem, sprawdził działanie projektora i rzucił okiem jeszcze raz na listę gości. Powinni tu zaraz być.

I faktycznie, po paru minutach nagle usłyszał otwierane drzwi. Odwrócił się szybko i zauważył dwie kobiety, zauważalnie lepiej ubrane, niż ktokolwiek w tym nieszczęsnym budynku. Konsultantki z NASA! Pozostawało mieć nadzieję, że był tu za wcześnie, żeby usłyszeć jego jednostronną kłótnię z tymi korporacyjnymi niedojdami.

-Witam. Pan Munnleiber, czy tak? - uśmiechnęła się miło brunetka. -Ja jestem Suzanne Lemaire, a to jest Keiko Hikawa - powiedziała, wskazując na Japonkę. - Jak zapewne panu wiadomo, jesteśmy konsultantkami z NASA.
- Właściwie von Munnleiber - odparł podwodniak, siląc się na to, aby wypaść możliwie uprzejmie. - Witam panie w Spengler Security! Niestety, pozostali goście nadal się nie pojawili, więc jestem zmuszony poprosić panie o cierpliwość. W międzyczasie - kawy, herbaty?
 
__________________
"When life gives you crap, make Crap Golems"
Tevery Best jest offline  
Stary 10-12-2011, 20:33   #5
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 45177 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Gdy po powrocie z treningu zastała w swoim pokoju Elizabeth wiedziała, że nie dane jej będzie odpocząć i pocieszyć się zregenerować siły po ostatniej wyprawie. Kolejne zlecenie wydawało się bardziej pasować, do któregoś z pozostałych mieszkańców IDUP czyli Instytut Dla Uzdolnionych Paranormalnie. Żarty dotyczące skrótu od tej nazwy jak i jej samej krążyły wśród jego mieszkańców odkąd tylko oddano go do użytku. Budynek był okazem nowoczesnej sztuki architektonicznej, wyposażony w sale z najnowszymi nowinkami w tej dziedzinie oraz luksusowe apartamenty dla jego mieszkańców. Wszystkie te informacje można było przeczytać na oficjalnej stronie Ośrodka Badań Nad Zjawiskami Paranormalnymi. To, czego tam nie napisano i czym tak naprawdę było IDUP, brzmiało znacznie mniej przyjemnie. Dopóki jednak firma utrzymywała dobre stosunki z rządem i udostępniała swoje okazy badań po zaniżonej cenie, nikt nie kwapił się by zajrzeć pod elegancką fasadę. Keiko jako stały mieszkaniec, aż za dobrze znała zasady i realia rządzące tą placówką.

Siedząc w samochodzie mającym dowieźć ją i jej towarzyszkę na miejsce spotkania z przedstawicielami Spengler Security, nadal nie posiadała odpowiedzi na swoje pytania. Zadanie powinno zostać przydzielone komuś innemu. Nie było ani jakoś szczególnie lukratywne ani też istotne dla pozycji OBNZP. Może Annie, która była u nich najkrócej. Ona powinna wystarczyć do załatwienia tej sprawy pozwalając Keiko na chwilowe zniknięcie z celownika rady nadzorczej. Dlaczego więc to ona siedziała teraz we wnętrzu pojazdu łamiąc sobie głowę domysłami? Może to jeden ze sprawdzianów? Test, którego zasad wciąż nie udało się poznać, a co za tym idzie nie miała jak się do niego przygotować? Miała nadzieję, że nie...

Budynek przed którym zatrzymał się samochód nie wzbudził w dziewczynie pozytywnych odczuć. Nie, raczej dodatkowo pogorszył jej nastrój. Może to kara? Tylko niby za co? Wiedząc, że takie zgadywanie do niczego jej nie doprowadzi na tym etapie, idąc za przykładem panny Lemaire ruszyła w stronę wejścia. Jej torba podróżna nie miała kółeczek ani nie była tak elegancka jak ta, która posiadała Suzanne. Ot, zwyczajny worek marynarski jakich wiele w sklepach ze sprzętem sportowym.
Gdy kobieta, która sprawiała wrażenie przyzwyczajonej do grania pierwszych skrzypiec, zapytała o drogę, Keiko tylko przystanęła na chwilę by skinięciem głowy podziękować za odpowiedź którą otrzymały. Żołnierze zawsze wzbudzali w niej sympatię. Nie była pewna dlaczego, gdyż nie przepadała za przemocą. Może chodziło tu o pewne podobieństwo łączące służbę wojskową z jej życiem w IDUP. W końcu oni też, podobnie jak ona, musieli wykonywać rozkazy tych, którzy zajmowali wyższe stanowiska. Jednak w przeciwieństwie do niej, oni zazwyczaj wyrażali zgodę na taki styl życia.

Posłusznie podążając za Suzanne starała się wyczuć czy w pobliżu znajduje się ktoś jeszcze obdarzony telepatycznymi zdolnościami. Evansowie zawsze powtarzali jej by nie marnowała żadnej okazji do poznawania i rozwijania swoich zdolności. Z ulgą stwierdziła, że nie wyczuwa nikogo takiego. To wykluczało konkurencję, której miała już po dziurki w nosie oraz ewentualne zagrożenie ataku na poziomie mentalnym. Telepatia była w cenie, a to zawsze prowadzi do nieczystej walki między “wybrańcami”. Wiedziała o tym więcej niżby chciała i wciąż nie potrafiła tego zrozumieć. Gdyby tylko mogła zamienić swój dar na wolność i spokojne życie w jakimś zapomnianym przez świat miasteczku...

Odgoniwszy niepotrzebne rozważania o rzeczach, które w jej przypadku nie miały szans zaistnienia, skupiła się na pomieszczeniu będącym salą konferencyjną. Widziała lepsze, chociaż nie mogła też powiedzieć by było jakoś szczególnie obskurne. Czyżby życie jakie wiodła całkiem ją rozpuściło w tej materii?
Panna Lemaire po raz kolejny przejęła dowodzenie ich dwuosobowym oddziałem przedstawiając je jasnowłosemu mężczyźnie w garniturze. Keiko nie pozostało więc nic więcej poza pochyleniem głowy w geście powitania. W końcu nie przysłano jej tutaj na pogaduszki z ludźmi. To mogła śmiało zostawić swej towarzyszce, która z pewnością świetnie sobie z tym poradzi. Zamiast tego skupiła się na oczyszczeniu umysłu i przygotowaniu go na zbliżające się spotkanie.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”

Ostatnio edytowane przez Grave Witch : 10-12-2011 o 20:46.
Grave Witch jest offline  
Stary 11-12-2011, 01:48   #6
-2-
 
-2-'s Avatar
 
Reputacja: 516 -2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie
Stołówka

Gabriel Kingstone, Vincent Duval, cz. 2

- Oho, musisz tego spróbować! - murzyn wskazał palcem na ciasto podpisane “Lussekaka”.
Francuz grzecznie odmówił z kolei ciasta, tłumacząc, że na lekkim głodzie jest się sprawniejszym i wysłuchał ozdobionego obszernym komentarzem pytania najemnika.
- Może i brzmi jak ktoś mający rozwolnienie, ale smakuje jak niebo w gębie. Ja stawiam.
Prócz ciasta zamówił standardowe śniadanie na które składały się jajka z proszku, zapiekanki z serem zwane “tostami” i kawa rozpuszczalna, po czym udał się do najbliższego stolika.
- No więc - zaczął, biorąc najpierw solidny łyk kofeiny - może powiesz mi jak to jest z tą legią? Słyszałem, że idą tam tylko największe hardkory. Nawet zastanawiałem się czy się do niej nie zaciągnąć, ale stwierdziłem że jestem już na to za stary. Chyba wolą przyjmować przyjmować dobrze zapowiadających się młodzików, niż emerytowanych zapaśników. Zresztą, nie lubię wojskowego drylu. Wywaliliby mnie stamtąd zanim bym awansował na kaprala. Za to dla najemników liczą się efekty, a nie koniecznie dyscyplina i przestrzeganie łańcucha dowodzenia. Dlatego właśnie ostatnio dostałem awans i przenieśli mnie tu. Kogo obchodzi czy zbluzgałem swojego dowódcę, wyzwałem go od tchórzliwych ciot i zignorowałem jego rozkazy, skoro zaraz potem sam podziurawiłem tych kilkunastu ufoli i pięciu ludzi którzy ich ochraniali? Co prawda tamci wyglądali na zwykłych rekrutów, ale kosmici i tak pewnie nie zauważyliby różnicy, więc któraś agencja musiała im ich wcisnąć na odwal.

- Cóż, Legia to w zasadzie są najemnicy i też liczą się efekty, a dryl to sposób na jego osiągnięcie. Dowódcom zależy na minimalnych stratach własnych i maksymalnej skuteczności, dlatego, jak to mówią, współpracujemy jako duże grupy bojowe. - przez chwilę Vincent wspominał ciekawsze momenty swojej służby, z opuszczoną głową i wzrokiem utkwionym w puszce. W końcu zdecydował się wziąć łyk, wymamrotał “Wino to to nie jest” i kontynuował.
- Generalnie cisną nas tylko dlatego, że tam jesteśmy. Nie chcą mieć sprzeczek ani żadnych tarć wynikających z szoku kulturowego, wszystko ma działać w zegarku, więc jak to obrazowo opisał mój dawny sierżant, portugalczyk nomen omen, mielą nas, wciskają niczym farsz do miksera i mieszają. Wspólne ćwiczenia jednoczą, ale to co my mieliśmy jednoczy jeszcze lepiej. Ty zaś odnoszę wrażenie lubisz działać sam.
Murzyn pokiwał głową z ustami pełnymi jajek, po czym dopił kawę i przeciągnął się.

- Ah! W końcu udało mi się dobudzić! - powiedział to tak jakby do tej pory działał jedynie na pół gwizdka. Następnie spojrzał już z większym skupieniem na Francuza.

- Rozumiem o co ci chodzi. Nie mówię, że dyscyplina i współpraca nikomu się nie przydają. Po prostu mi one nie służą i zwykle mam po nich zgagę - mówiąc to poklepał się po brzuchu i beknął donośnie.
- Co powiedziałbyś na mały wycisk? Skoro tak lubisz wspólne ćwiczenia, to zauważyłem że mają tu całkiem nieźle wyposażoną siłkę. W końcu trzeba jakoś zabić czas zanim przydzielą nas na jakąś misję.

- Szczerze, chętnie, ale innego dnia. To znaczy, jeżeli pójdziesz, to może dołączę, ale wolę być gotowy z beretem na głowie. - z uśmiechem pokręcił głową Francuz - Munnleiber jest chyba ostro cięty na ostatnią akcję z mojego powodu, więc lepiej będę w stanie gotowości. Jak mi łba nie urwie, to jutro siłka, a pojutrze ja zaproponuję marsz jakąś bardziej na dziko trasą i zobaczymy, co jest wyciskiem. - przekornie dodał Francuz, wiedząc, że obaj będą mieli przyczynek do zdrowej rywalizacji na jakiś czas - Miłego treningu.
 
-2- jest offline  
Stary 14-12-2011, 15:14   #7
 
Tevery Best's Avatar
 
Reputacja: 184 Tevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie cośTevery Best ma w sobie coś
Sala konferencyjna

- Witam. Pan Munnleiber, czy tak? - uśmiechnęła się miło brunetka. - Ja jestem Susanne Lemaire, a to jest Keiko Hikawa - powiedziała, wskazując na Japonkę. - Jak zapewne panu wiadomo, jesteśmy konsultantkami z NASA.
- Właściwie von Munnleiber - odparł podwodniak, siląc się na to, aby wypaść możliwie uprzejmie. - Witam panie w Spengler Security! Niestety, pozostali goście nadal się nie pojawili, więc jestem zmuszony poprosić panie o cierpliwość. W międzyczasie - kawy, herbaty?
- Och, bardzo przepraszam. - powiedziała. Uśmiech nie znikał z jej twarzy.- Chętnie napiję się herbaty. Mam nadzieję, że nie nadużyjemy pańskiej gościnności, panie von Munnleiber.- zastanawiała się czy mężczyzna posiadał jakiś tytuł wojskowy, nie powierzaliby chyba tak ważnego stanowiska osobie bez doświadczenia.
- Wystarczy woda, o ile nie sprawi to zbytniego kłopotu - dodała Keiko. Nie przepadała za kawą, a wątpiła by potrafili tutaj dobrze zaparzyć herbatę, nie mówiąc już o tym, że zapewne nie mieli zielonej. - Miło mi pana poznać - dodała, by nie wyjść na osobę źle wychowaną.
- Już podaję - Manfred sięgnął po stojącą na stole butelkę wody i kubeczek. - A po herbatę pobiegnie stażysta. Nie ty, ten drugi - rzucił do pracowników. Nie chciał, żeby ten gość dotykał się do jakiegokolwiek jedzenia, czort wie, co ma na łapskach.
- Czym tak właściwie na co dzień się zajmujecie?- spytała grzecznie Susanne. Nie lubiła dużo mówić, ale chciała podtrzymać rozmowę. Potrzebny im był dobry kontakt z tutejszymi pracownikami. To mogło znacznie ułatwić kobietom pracę w późniejszym czasie. Francuzka była też ciekawa, kto tak właściwie miał się tu jeszcze za chwilę pojawić i dla kogo ów ktoś pracował. Spojrzała na Keiko próbując wyczytać coś z jej twarzy. Po raz pierwszy za interesowała się tym co tak właściwie Japonka sądzi o całej tej “misji”.
- Na co dzień? Właściwie... - Manfred miał już powiedzieć “mordowaniem ufoli”, ale ugryzł się w język. - Ochroną działalności ziemskiej i pozaziemskiej - w ostatniej chwili przypomniał sobie tekst z firmowej ulotki. Słaby eufemizm, ale zawsze.
- Cóż, rozumiem.- powiedziała rozglądając się po sali.- Jeżeli można spytać, na kogo my tak właściwie czekamy? - jej ciekawość zwyciężyła nad powściągliwością. Była już nieco zniecierpliwiona, bo najpierw tłukły się tu samochodem przez szesnaście godzin, a teraz znowu musiały czekać.
Przez chwilę Keiko musiała walczyć z dość dużą pokusą by nie zabierać głosu, tylko jak zwykle spróbować “zniknąć”, stać się tylko jednym z elementów wystroju sali. Jednak odpowiedź na pytanie była tak oczywista, że sama spłynęła jej z ust.
- Na kogoś od nich. Na obcego. W innym wypadku po co potrzebowaliby kogoś takiego jak ja? Prawda? - zmierzyła wzrokiem blondyna. Ten zawahał się.
- Obawiam się, że jeżeli nie zostały panie powiadomione przez swoich przełożonych, to ja nie mogę udzielić takowej informacji - szukał wzrokiem odpowiedzi gdzieś powyżej prawego ramienia Keiko. Usta mówiły “nie powiem”, ale każdy widział, że odpowiedź brzmi “tak”. Dziewczyna poruszyła się niespokojnie. Nie przepadała gdy ktoś spoglądał w jej stronę, nawet gdy omijał ją nieco i szukał natchnienia w powietrzu które ją otaczało. Sama jednak była sobie winna zabierając głos nieproszona. By nieco zmniejszyć uczucie dyskomfortu podeszła pod ścianę i oparła się o nią zrzucając przy tym worek na podłogę.
- Już pan to zrobił - poinformowała uprzejmie. - Informacje są zbyt cenne by dzielić się nimi z każdym, kto o nie zapyta. Znacznie lepiej jest poczekać i zobaczyć jak niedoinformowana osoba zareaguje i dzięki temu zdobyć kolejne informacje do kompletu. - Jej usta wygięły się w lekki, nie pasujący do młodego wieku, ironiczny uśmiech. - To gra stara jak świat. - Pochyliła głowę wbijając wzrok w czubki swoich mokasynów. Możliwe, że podróż zmęczyła ją bardziej niż sądziła skoro zamiast siedzieć cicho wdaje się w dyskusję, która tak naprawdę niewiele ją interesuje.
Keiko zepsuła plan Susanne, przynajmniej w jej mniemaniu. Udawanie miłej, mało spostrzegawczej osoby o mózgu wielkości orzeszka było ostatnio główną domeną Francuzki. Po co zdradzać komuś, że coś się wie? Dowodzić swojej bystrości umysłu. Lepiej zadawać dużo bezsensownych pytań i udawać “słodką idiotkę”, a jeżeli po skończonej konwersacji rozmówca może powiedzieć o tobie tylko tyle, że jesteś miła to wtedy odnosisz największy sukces. Takie zdanie wyrobiła sobie Susanne podczas rozmów z wieloma wpływowymi osobami. Nie warto było ujawniać swojej inteligencji. Na bystrych uważają, głupkom pozwalają chodzić gdzie chcą. Przynajmniej teraz Susanne wiedziała, że jej towarzyszka jest znacznie mądrzejsza niż jej się zdawało na początku. Dalej uśmiechała się miło do blondyna.
Niemiec wzruszył ramionami. - Pani to powiedziała, nie ja. A tak właściwie, bagaże będą paniom do czegoś potrzebne, czy można je odstawić gdzieś na bok?
No tak, zapewne rzucony pod ścianą worek mógł niezbyt korzystnie wpłynąć na ogólnie niezbyt korzystny wygląd sali konferencyjnej. Czyżby ich gospodarz bał się wypaść mało profesjonalnie na tym spotkaniu? W końcu nieumiejętnośc utrzymania kontroli nawet nad tak banalną rzeczą jak bagaże nie była zapewne mile widzianą cechą. Tylko dlaczego aż tak się stara? Rozkazy czy jego własna inicjatywa mająca na celu pozyskanie dobrych stosunków z delegatami? Może jedno i drugie, a może zwyczajnie był facetem, który troszczył się o swych gości. Nie powinno jej to interesować. Był tylko jednym z wielu...
Pochyliła się i podniosła worek. - Mój nie będzie potrzebny, panie Munnleiber - odpowiedziała grzecznie z ledwie wyczuwalnym rozbawieniem w głosie.
Susanne spojrzała na Keiko, po czym znowu przeniosła wzrok na niskiego mężczyznę. Bagaż nie był jej w sumie teraz potrzebny, a rzeczywiście wyglądał dziwnie na sali konferencyjnej. O ile pomieszczenie w którym się znajdowali można było tak nazwać.
- Sądze, że mój także nie będzie mi w tej chwili potrzebny.- powiedziała po czym jeszcze raz rozejrzała się po sali. Zatrzymując dłużej spojrzenie na krzątającym się stażyście.
- Świetnie. Tamten pan się zaopiekuje państwa rzeczami. Proszę siadać, zaraz powinien przyjść człowiek z herbatą.
Panna Hikawa oddała swój bagaż młodemu mężczyźnie nie zwracając na niego większej uwagi. Wystarczyło, że zmierzyła go wzrokiem wchodząc do tego pomieszczenia i słyszała słowa jego przełożonego. Mieszanie się w cudze kłopoty nie należało do jej obowiązków.
Wybierając krzesło postarała się by nie było ono umiejscowione za blisko drzwi i by te były w miarę dobrze widoczne. Siedzenie tyłem do wchodzących gdy było tyle miejsca wolnego by przywitać ich twarzą w twarz mogło wyglądać na chęć uchybienia ich godności. Był to jednak tylko jeden z wielu powodów dla których wybrała tak, a nie inaczej.
Suanne spojrzała na odchodzącą w stronę krzeseł Japonkę. Za jej przykładem także oddała swoją walizeczkę pod opiekę młodego stażysty. Keiko zdążyła już zająć miejsce, więc Francuzce nie pozostawało nic innego jak zająć to obok niej. Nie wiedziała jaką panna Hikawa przyjęła taktykę co do usadowienia się w tej części sali, ale sądziła, że nie był to przypadkowy wybór. Japonka była zbyt inteligentna i przewidująca, żeby wybierać miejsce na ślepo. Susanne usiadła koło niej i rozejrzała się po sali. Wiedziała już chyba dlaczego Keiko wybrała właśnie to miejsce... Teraz pozostawało im już tylko czekać.
 
__________________
"When life gives you crap, make Crap Golems"
Tevery Best jest offline  
Stary 14-12-2011, 16:47   #8
 
Lichtenstein's Avatar
 
Reputacja: 13 Lichtenstein nie jest za bardzo znanyLichtenstein nie jest za bardzo znanyLichtenstein nie jest za bardzo znany
Grafitowy van zatrzymał się na krawężniku naprzeciw siedziby Spengler Security. Kierowca opuścił przyciemnianą szybę i zawołał jednego z pracowników, który spokojnie palił papierosa przed wejściem do budynku. Po serii krótkich, urywanych w połowie zdań i ożywionych gestów pojazd został skierowany za róg ulicy, skąd mógł wjechać na zaplecze placówki.

- - -

- Sio, sio, sio, zmykamy panienki! - wołał Darcy, przeganiając kilku przypadkowych żołnierzy i "serwerowego goblina" do stołówki. Po chwili sam pojawił się w drzwiach i nie zmieniając w najdrobniejszy sposób znudzono-zniecierpliwionego tonu dodał:
- Dobra chłopcy, kupcie sobie jeszcze jedną colę, bo musimy chwilę tu posiedzieć. Góra robi jakiś biznes z ufolami i tajniaków będą strasznie bolały dupki, jak im nie oczyścimy korytarza. I to jest wszystko zajebiście tajne i wam nic o tym nie powiedziałem, jasne?

Jak to miało miejsce przy każdym obwieszczaniu zasad, z sali dobiegły ciche pojękiwania i dość niewybredne żarty. Darcy zamrugał kilka razy, wpatrując się w Gabriela, jak gdyby dopiero teraz zauważył że olbrzym stał naprzeciw, próbując wyjść z sali.

- Cholera, Gort, Vincent, nie spodziewałem się że jeszcze was zobaczę żywych. Co wyście tam odpierdolili w kosmosie? Po tym jak mama się wścieka, zapowiada się kawał niezłej historii.

- - -

Rozumiem, że to z Tobą będziemy rozmawiać? rozbrzmiało w głowie Keiko.

Japonka wzdrygnęła się w miejscu i niemal zakrztusiła wodą z zaskoczenia. On tu był, oni już tu byli. Źle. Stała się nieostrożna. Albo może ci goście byli naprawdę cwani? Albo... Nieważne, musisz wziąć się w garść dziewczyno.

To chyba znaczy, że tak - dodał głos z odrobiną zmieszania, czy też może po prostu zwykłej niepewności. - Możemy przejść do rzeczy, czy musimy czekać aż dowloką się z nami ci człowieki i każą Ci powtarzać grzecznościowe formułki?
 
Lichtenstein jest offline  
Stary 21-12-2011, 00:28   #9
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 45177 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Sala konferencyjna - post wspólny


Keiko nie zwracała już więcej uwagi na obecnych w sali ani na samo pomieszczenie. Jej towarzyszka zajęła miejsce obok niej, jednak dziewczyna nie zamierzała nawiązywać z nią kontaktów. Ich gospodarz, wciąż uprzejmy i profesjonalny, znajdował się poza zasięgiem jej wzroku. Nic w tym dziwnego jeśli się weźmie pod uwagę, że siedziała z pochyloną głową bezmyślnie wpatrzona w fragment stołu, który miała przed sobą. Nic bardziej mylącego. Jej umysł pracował na swoich zwyczajowych, dość wysokich obrotach. Myśli wędrowały beztrosko wokół jej świata i kolejnej misji, o której wiedziała tyle co o innych. Przyjedź, pozwól by obcy wlazł ci buciorami do głowy i wróć. Nic trudnego, sama przyjemność, na której robi się dobrą kasę. Problem w tym, że to ci inni ją dostawali, a ona lądowała z pogwałconą prywatnością i śladami błota w głowie.
Sięgnęła po butelkę i upiła z niej pierwszy łyk. Ludzie zdecydowanie nie doceniają walorów wody jako napoju. W obecnych czasach częściej sięga się po chemicznie udoskonalane bąbelkowe twory zapominając przy tym o potrzebach własnego organizmu. Keiko dbała o takie zapomniane drobnostki. Było to konieczne i zarazem przyjemne, chociaż często spotykało się z brakiem zrozumienia u innych. Kawa, herbata, popularna pepsi czy coca cola... To każdy potrafił zrozumieć. Woda? Wodę przecież piją tylko zwierzęta. Gdy jednak spokojnym głosem przypominała, że przecież ludzie także się do nich zaliczają, niektórzy nawet nieco bardziej niż inni, tylko niewielki odsetek jej słuchaczy nie unosił się świętym oburzeniem.
Uśmiechnęła się lekko. Ciekawiło ją jak na takie słowa zareagowałaby siedząca obok Susanne. Uniosła dłoń trzymającą butelkę by ponownie skosztować życiodajnego napoju. Przyjemnie chłodny strumień wypełnił jej usta czekając cierpliwie aż dane mu będzie spłynąć dalej, gdy niespodziewanie w jej głowie rozbrzmiał nieznany głos. Pospiesznie przełknęła nagle zbyt dużą ilość wody i przez chwilę walczyła o oddech. Odstawiła butelkę, może nawet nieco zbyt głośno, po czym pospiesznie zaczęła oczyszczać umysł z niepotrzebnych myśli chowając je w stworzonych w tym celu zamkniętych przestrzeniach. Sala, ich gospodarz, panna Lemaire, przestali dla niej istnieć. Wyprostowała się i niczym wzorowa uczennica otwarła swój umysł ułatwiając do niego dostęp i rozpoczynając swoją pracę.
Po chwili uniosła głowę i skierowała swe spojrzenie wprost na von Munnleibera.
- Nasi goście to przedstawiciele magistratu XVlll sektora Imperium. Potrzebują pomocy waszych specjalistów w odnalezieniu jednego z ich nawigatorów. Sprawa ta jest dla nich niezwykle ważna i wymaga dyskrecji na wysokim poziomie. Co powinnam przekazać? - Co prawda wiadomość nie brzmiała dokładnie tak jak przedstawiła ją dziewczyna ale ogół się zgadzał a o to w końcu chodziło.

Susanne odkąd zajęła miejsce koło Japonki cały czas się jej przyglądała. Przez większość czasu Keiko zdawała się tępo patrzeć w stół o niczym nie myśląc. Francuzka wiedziała jednak, że tak nie jest. Naukowcy, wśród których spędziła znaczną część swojego życia, często tak robili. Susanne sama spędzała godziny na nudnych wykładach z nosem utkwionym w indeksie i spojrzeniu nie za wiele różniącym się od tego, które obecnie obserwowała u młodej Japonki. Panna Lemaire nawet za dobrze wiedziała, jaki stan może wyrażać takie spojrzenie. Keiko sięgnęła po butelkę z wodą. W pewnym momencie uśmiechnęła się chyba, przynajmniej tak się Susanne wydawało. Panna Lemaire była ciekawa, co wywołało tą zmianę wyrazu twarzy. W każdym razie kolejny dowód na to, że Japonka jednak o czymś myśli. Nagle Keiko zakrztusiła się wodą. Nie był to jakiś nadzwyczajny fakt, ale zaraz potem wyprostowała się na krześle. Coś się działo. Susanne była o tym przekonana. Czyżby już się zaczęło? Przemknęło jej przez myśl. Wypowiedziane po chwili słowa Japonki potwierdziły jej przypuszczenia. Spojrzała pospiesznie na von Munnleibera i czekała na jego odpowiedź. Na reszcie coś zaczynało się dziać. Myśli Susanne pomknęły w kierunku niepoznanych przestrzeni kosmicznych i zamieszkujących w nich obcych. Kto wie, może nie byli wcale obcy.

Manfred znowu się zawahał. Rzucił szybko okiem w kierunku drzwi, licząc, że wkroczy przez nie reprezentacja firmy, ale nic z tego. No cóż... Nagle podjął decyzję. Pokazał stażystom na migi, że najwyższa pora zmiatać z pomieszczenia, po czym przysunął sobie krzesło i zwrócił się do Japonki. - Przekaż, że ja mogę rozmawiać o sprawach, hmm, technicznych. Szczegóły umowy będą mogli dogadać z kierownictwem, jak tylko się ono pojawi - spojrzał niecierpliwie na dziewczynę.

Odpowiedź blondyna została przekazana niemal dokładnie co do słowa. Keiko nie widziała powodów by cokolwiek w niej zmieniać. Tym bardziej, że zdobyła dzięki niej kilka informacji na temat siedzącego naprzeciw niej mężczyzny. Jego niecierpliwość delikatnie zburzyła jej koncentrację wywołując krótki przebłysk gniewu, który przebił się przez obojętny profesjonalizm. Była zmęczona... To nie był dla niej dobry moment na negocjacje.
- Chcą byście odnaleźli wcześniej wspomnianego nawigatora zanim jego umiejętności przysłużą się nie tym co trzeba. Ich wiara w wasze możliwości pozostawia jednak tylko niewielki margines szansy na pełny sukces akcji i odzyskanie zguby żywej. Nie stanowi to jednak problemu dopóki dopilnujecie by żadne siły wywrotowe nie zyskały do niego dostępu.
Ponownie przekazała tylko częściowe informacje zostawiając część tylko dla siebie. Możliwe, że w dalszej części rozmowy padną zatajone nazwy. Póki co jednak nie widziała powodu by je podawać przed przybyciem wspomnianego przez Munnleibera kierownictwa.

“No cóż” - pomyślał Munnleiber - “przynajmniej nie mają wygórowanych oczekiwań”. Przez chwilę chciał odpyskować alienowi, ale się częściowo opanował. - W takim razie podkreślę jedynie, że zawsze staramy się przekraczać oczekiwania naszych kontrahentów - odparł ze słabo, ale jednak widoczną nutą rozdrażnienia. - Rozumiem, że pozostała część informacji “technicznych” jest niedostępna na tym etapie negocjacji. Dziękuję zatem za ten skrót i proszę o cierpliwość, kierownictwo będzie tu dosłownie za moment.
Susanne siedziała cicho przysłuchując się rozmowie Keiko i Munnleibera, a właściwie kosmitów i Munnleibera. Panna Lemaire zauważyła, że Japonka jest niezwykle opanowoana i spokojna, nie zdziwiło jej to jednak. Wiedziała, że Keiko jest jedną z najlepszych osób w swoim fachu i spodziewała się po niej pełnego profezjonalizmu. O ile Japonka nie pozostawiała żadnych wątpliwości co do tego, że znajduje się na właściwym miejscu to Munnleiber okazał się wielką niespodzianką. Jasną była sprawa, że od osoby pokroju Munnleibera oczekiwało się precyzji, pewności siebie, umiejętności dyplomatycznych i wielu innych tym podobnych, toteż dla Francuzki było wielkim zaskoczeniem, że, mówiąc krótko, nie za dobrze sobie radził. Susanne miała nadzieję, że kierownictwo firmy nie jest z tego samego laikatu co ten niski blondyn i okaże się lepszym negocjatorem z obcymi.

Telepatka przekazała odpowiedź blondyna. Według niej ta rozmowa nie miała sensu. Ich gospodarz wykazał co najwyżej minimalne zaangażowanie w rozmowy i najwyraźniej nie posiadał wystarczającej władzy by w ogóle je rozpoczynać. Tracił tylko czas, a co za tym idzie zmuszał ją do dodatkowego wysiłku. Nie mogła powiedzieć by była mu za to wdzięczna. Jej opini co do jego profesjonalizmu nie poprawiało widoczne rozdrażnienie którym emanował. Zupełnie jakby jego niepowodzenie było jej winą. Ciekawe czy wrzeszczy na telefon za każdym razem gdy dostanie odpowiedź, która mu się nie spodoba. Przynajmniej jej towarzyszka zachowywała się jak należy czyli milczała. Może jedynie jej wzrok, który co chwilę wyczuwała na sobie był nieco zbyt niekomfortowy i utrudniał skupienie się. Możliwe jednak, że to Keiko stawała się coraz bardziej drażliwa i niespokojna, wyszukując kolejne niedociągnięcia w osobach, które jej towarzyszyły.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 21-12-2011, 20:09   #10
-2-
 
-2-'s Avatar
 
Reputacja: 516 -2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie
Stołówka

Gabriel Kingstone, Vincent Duval

- Świetnie, w takim razie jutro zobaczysz na co stać byłego wicemistrza Europy w Mieszanych Sztukach Walki - Gabriel bynajmniej nie wyglądał rozczarowanego.
Wstał i odniósł tacę na miejsce, po czym udał się w stronę wyjścia. Jednakże gdy próbował opuścić stołówkę ktoś zastąpił mu drogę. W pierwszym momencie odruchowo chciał go odepchnąć, gdyż facet (jak większość ludzi których spotykał) był od niego niemal o głowę niższy, więc jak zwykle w takich sytuacjach, wielkolud nie zamierzał uznać jego zachowania za wyzwanie.
- Darcy? - zauważył dopiero, gdy ten skończył mówić - Hej, koleś! Dawno żeśmy się nie widzieli.
Darcy zapytał co poszło nie tak na ich ostatniej misji. W tym momencie Gort mimowolnie podrapał się za głową i odwrócił wzrok. Bez problemu znosił opieprz ze strony przełożonych - podobnie jak swego czasu od jego menadżera i trenera. Nie cierpiał za to opowiadać o porażkach swoim znajomym i kolegom.
- Heh, znasz Manfreda, zawsze lubi wszystko wyolbrzymiać. W zasadzie nie było tak źle. Wiesz jak jest. Zrobiliśmy co do nas należało.
Darcy wpatrywał się w milczeniu w Murzyna tym samym wątpiącym spojrzeniem - z tym samym ukradkowym w kąciku ust, jak wtedy gdy Munnleiber zaczął go strofować o przepisy bhp w trakcie patrolu.
Stał tak przez chwilę zastanawiając się co dalej powiedzieć, gdy w końcu poddał się i spojrzał zrezygnowany na Darcy'ego.
- Nie kupujesz tego, co? Cóż, to była moja pierwsza misja zakończona niepowodzeniem. Powiedziałem już, że całą winę biorę na siebie, ale mamuśka najwyraźniej w to nie uwierzyła.
Wzruszył ramionami.
- Vincent to dobry żołnierz i każdy w sekcji to potwierdzi. Czasem tylko różnimy się nieco w podejściu.

- W zasadzie ja napsociłem. - stwierdził z uśmiechem Francuz, podchodząc do rozmawiających - Pokłóciłem się z Munnleiberem przez radiostację o prawa wojenne. I w ogóle poszanowanie gości, których napadliśmy. Jeżeli zostawić ich w spokoju a zabrać co mieliśmy, wszystko poszłoby jak trzeba i cieszyli by się, że krzywda ich nie spotkała w kontaktach z ludźmi. A jakby ich zabić... cholera, ludzie robią się naprawdę cięci gdy przychodzi do pomszczenia bliskich czy kumpli, tę jedną lekcję wyniosłem z poprzedniego miejsca pracy. Podejrzewałbym obcych o to samo.

- Na moje oko jesteś zbyt wyrozumiały. Te gnojki przerobiłyby Cię w samobieżną tace na drinki i mokre ręczniczki w sekundzie, w której otrzymałyby szanse. Z drugiej strony, milo jest mieć świadomość, ze nie pracuje z samymi zbrodniarzami wojennymi - jak to często bywało z Darcym, tylko nieliczni potrafili ustalić kiedy zaczyna i kończy ironizować. - Przynajmniej może teraz to mi będą rzucać te proste zlecenia. Po tym jak wrobili mnie w konwoje w Sudanie, trochę mi tęskno do nieuzbrojonych wrogów. Ale, ale, im bardziej się tłumaczycie, tym bardziej jestem przekonany ze to niezła historia. No, nie wstydź się, Duval, to może zapomnę ze wisisz mi piwo.

- Z przyjemnością, ale co panowie, będziemy tak stali w korytarzu? Usiądźmy albo przejdźmy się dalej - skinął głową w stronę korytarza wychodzącego ze stołówki -i wytnijmy tajniakom kawał, udając profesjonalną ochronę, którą w sumie jesteśmy. To jak, panowie?

Darcy’emu błysnęło coś w oku. Marburg, odpowiadasz za resztę swoją dupą - ryknął do jednego ze zdezorientowanych żołdaków.

- W końcu za to nam płacą, co nie? - dodał Gort obojętnym tonem. Wyglądało na to, że z dzisiejszej siłki nici. Wyszedł więc pierwszy na korytarz z rękami w kieszeniach spodni moro, a za nim pozostała dwójka. Gdy przeszli już kilkanaście metrów, zerknął wreszcie za siebie i odezwał się do Darcy’ego.
- No więc, było tak jak mówi Vincent - zaczął. - Wparowaliśmy tam bez problemu, utłukliśmy kilku ufoli którzy próbowali nas zaatakować, a resztę zapędziliśmy w jeden kąt i pilnowaliśmy z Vincentem. Początkowo zamierzałem wszystkich rozstrzelać i zostawić tylko tego największego, tak jak mówiły rozkazy, ale Vincent chciał to jeszcze raz przenegocjować z Manfredem, a ja się zgodziłem. Nie lubię dobijać kogoś kto już się poddał - to zwyczajnie niehonorowo. Rekruci w tym czasie przeszukiwali magazyn. W międzyczasie pokazywałem po kolei wszystkim złapanym przez nas alienom zdjęcie prototypu, ale bez telepaty niewiele mogłem z nich wyciągnąć. Próbowałem nawet paru z nich obić mordę (a przynajmniej to co najbardziej mordę przypominało), ale najwyraźniej albo nic nie wiedzieli o prototypie, albo zwyczajnie nie umieli wykrztusić słowa w ludzkim języku. W tym samym czasie Vincent nieźle się rozkręcił, a wyglądało na to że mamuśka również nie popuści. Gdybyśmy ich wszystkich podziurawili, to może gruba ryba ze strachu wskazałaby nam gdzie ukryli prototyp? Ale niestety zabrakło nam czasu. Rekrut pilnujący korytarza zaraportował że zbliżają się posiłki kosmożab, więc musieliśmy stamtąd czym prędzej zawijać. A potem wszystko już poszło się jebać.
Murzyn spuścił wzrok na idealnie wypolerowaną posadzkę, nie zwalniając przy tym tempa.
- Gdybym tylko był bardziej stanowczy, to wszystko mogłoby się udać.
Wyciągnął ręce z kieszeni i walnął pięścią w otwartą dłoń.
- Następnym razem podejmę właściwą decyzję i nigdy więcej nie dam się pokonać jakimś meduzopodobnym glutom - mówił to tak jakby opisywał walkę na ringu, co nieraz mu się zdarzało gdy opowiadał o swoich misjach. - Jeszcze im pokażę kto tutaj jest prawdziwym mistrzem.
- Następnym razem Munnleiber się sprecyzuje od początku i nie będzie ani opóźnień, ani niejasności. - dodał Vincent - Dostaliśmy niemożliwe rozkazy bez wiedzy o kosmitach i możliwych posiłkach, nie wiedzieliśmy dlaczego te się pojawiły bo nie pozwoliliśmy żadnemu uciec, nakazano nam złamać wszelkie konwencje podczas misji, nie wydzielono nam telepaty a gość z wydziału technicznego nie umiał znaleźć prototypu a nawet wówczas najpewniej nie byłby w stanie potwierdzić, że to prototyp. - wzruszył ramionami. - Za bardzo się przejmujesz, Gort. Wyprowadziłeś nas bez ofiar w takich warunkach. Moim zdaniem kawał świetnej roboty.
Murzyn prychnął na Francuza.
- Wymówki, wymówki. Chociaż szukanie kosmicznych urządzeń i całe to technicznego mambo jambo to rzeczywiście nie moja broszka... Ale zmieńmy w końcu temat! Darcy, mógłbyś nam powiedzieć więcej o tej tajnej naradzie z ufolami? Wiedziałem, że te jajogłowe z NASA coś kombinują. Może tym razem wyślą nas na jakąś ciekawszą misję, jak myślisz?
- I najważniejsze, na ile zajmie to Manfreda. - dodał drugi żołnierz.
 
-2- jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:59.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169