Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-05-2012, 02:58   #1
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
[Gasnące Słońca] Czas Zemsty - sesja (behemot)



Czas Zemsty
Muzyka

Criticorum, to zaledwie skok z Byzantium Secundus, tak blisko stolicy Cesarstwa, niemal w centrum wydarzeń, a jednocześnie bez ciężaru wytężanej uwagi służb bezpieczeństwa, planeta z więlką przeszłością, przez pewien czas uznawana za stolicę Drugiej Republiki, obecnie rządzona przez gościnnych Al-Malików, znanych nie tylko z kwiecistej mowy ale i liberalnego podejścia do niektórych zasad. Planeta przyciągała kupców, przemysłowców, artystów, a także awanturników i spiskowców.

W ostatnich tygodniach uwagę w wyższych kręgach przyciągała aukcja ogłoszona przez księcia Sindbada. Który mimo młodego wieku zdołał już zasłużyć na reputację wiernego syna swego rodu, jako mecenas artystów, podróżnik, łowca zwierząt z światów o których mało kto słyszał. Gromadząc kolekcję niezwykłych pamiątek z całych Znanych Światów i nie tylko. I ta kolekcja miała iść na sprzedaż. Powody tej decyzji pozostawały tajemnicą. Szeptano o romancie z dekadoska księżniczka Aleksandrą, której potrzeby przekraczały możliwości nawet trudniącego się handlem rodu, inni chcąc dodać sobie splendoru opowiadali o niezwykle wystawnych przyjęciach organizowanych przez księcia na których oczywiście byli częstym bywalcem, snuto opowieści o wielkim statku zamówionym u przewoźników, który miał zabrać Al-Malika poza ostatnie wrota, tam gdzie nie dotarł żaden człowiek. Wreszcie wspominano o najbardziej ponurych opowieściach, w których nad księciem wisiała klątwa, a sam szlachcic podejmował ostatnie dramatyczne próby by uniknąć szponów śmierci. Sam książę jak i jego dwór unikali odpowiedzi.
Niezależnie od powodów goście zainteresowani aukcją ściągali licznie, co jeszcze bardziej ożywiło agorę planety - Acheon.

Ale to nie w stolicy miała się odbyć aukcja, wybór księcia padł na znacznie spokojniejsze miasto na dalekim południu planety - Malik Mohatza - skalne miasto wiecznie pogrążone w śniegu, będące cieniem swych lepszych dni.


Pozostał tydzień do aukcji gdy z rezydencji rodowej wyruszył piaskowy galeon Muad-Dib, w którego ładowniach spoczywały relikwie z skarbca al-Malików, by w ciągu kilkudniowego rejsu poprzez pustynię Ahmar dowieźć je bezpiecznie do celu. Sam piaskowy galeon był to potężny okręt unoszący się kilka metrów nad ziemią za sprawą baterii turbin i napędzany głównie siłą wiatru dymiącego w rozłożyste żagle, grube podszycie chroniło pojazd przed przypadkową kolizją z szczególnie wysoką wydmą. Galeon był na tyle pojemny, by prócz ładunku, ludzi księcia oraz drobnej obstawy gwardzistów zapewnić transport również gościom księcia, którzy chcieli dotrzeć do Mohatzy odpowiednio wcieśnie. Sam książe pozostał jeszcze w Achelonie, choć miał przybyć na południe lada dzień.

Sama podróż była dość malownicza, pustynia choć surowa i pozornie pozbawiona życia cechowała się bogactwem form, skał rzeźbionych przez pył niesiony wiatrem, wyschniętych rzecznych koryt, i niekończących się piasków. Sam galeon zapewniał komfort podróży, kilka metrów nad poziomem piasku nie było już tak upalnie, pęd zapewniał niosący ulgę powiew, a wielkie żagle rzucały zbawczy cień na pokład. Część z gości spędzała więc czas na pokładzie podziwiając widoki, lub też oddając się popisom szermierczym, czy też rozmowie.

Evros stał na dziobie okrętu, stąd był najlepszy widok a jednocześnie było najciszej, z dala od silników i gwaru gali jaką co dzień organizowano na środkowym pokładzie, z wyjątkiem dni gdy przechodziła burza piaskowa. Mógł w spokoju podziwiać konstrukcję okrętu i jego walory bojowe, pancerz był dość gruby, radził sobie z hałdami piasku i kule broni automatycznej, lub wiązki energii również nie były dla niego zagrożeniem, wzdłuż burt były dyskretnie rozstawione gniazda karabinów maszynowych, miały specjalnie wydzielone kosze co sugerowało że było pierwotny projekt statku. Dziwił brak cięższych dział, choć jeśli się dobrze przyjrzeć elementy wystające z śródpokłady mogły być pozostałością po dawnej wieżycy. Jednostka musiała kiedyś pełnić funkcję czysto bojowe, z czasem przystosowana do potrzeb reprezentacyjnych. Niepokoić mogła dość szkieletowa obstawa gwardzistów, nie więcej niż dwa tuziny ludzi pod wodzą niezbyt ogarniętego Mata. Książe mógł nie docenić determinacji piratów, o ile któryś z nich usłyszałby odpowiednio wcześnie o transporcie.


Prócz Evrosa na dziobie było jeszcze dwóch mężczyzn, docierały do niego strzępki ich dość żarliwej dysputy. Jeden z nich był dobrze zbudowanym mnichem wojennego bractwa, drugi wywodził się z LiHalan. Stanowili dość ciekawy kontrast niemal pod każdym względem, habit mnicha był jednobarwny, szaty szlachcica we wszystkich kolorach ułożonych w geometryczny ornament, mnich był łysy choć nosił bujną rudą brodę, zaś lihalan twarz miał gładką za to włosy czarne i długie w tej chwili spięte w kok. Ich poglądy również musiały się różnić. Z tego co rozumiał kłócili się o jeden z mitów dotyczących Lexiusa Apostoła, konkretnie przypowieść o spotkaniu z bestią i niuanse tłumaczenia, które mogło oznaczać Lexiusa pogromce, lub też smokobójce. Która to kwestia mogła rozstrzygnąć czy celem świętej wojny jest anihilacja wroga, czy też jedynie zażegnanie zagrożenia. Zahaczyli też o kwestię samego istnienia smoka, i jaka jest była rola bestii w planie Wszechstwórcy.

Ale coś jeszcze przyciągnęło jego uwagę, na horyzoncie wznosiła się chmura kurzu. Czyżby zbliżała się burza? Lepiej było się schować, piaskowe burze rozbijały się o ciężki kadłub okrętu, ale sam piasek wchodził dosłownie wszędzie. Z drugiej strony zbliżali się do kanionu pośród skał, który mógł stanowić ochronę przed wiatrem, piaskiem i słońcem.

Liwia stałą oparta o balustradę, na śródokręciu trwał właśnie koncert harfistki, która radziła sobie nawet dobrze. Można było powiedzieć, że atmosfera w czasie rejsu była wręcz sielankowa. Czuła, że w najbliższym czasie może ją czekać wiele obowiązków reprezentacyjnych. Ponoć przed samą aukcją miał się odbyć bal dla wszystkich gości. Minął zaledwie tydzień odkąd skontaktowała się z nią Proxy, tylko albo aż. Bo jak dotąd nic nie wskazywało, żeby ich misja zmierzała do celu. Owszem potrzebowali ludzi, Proxy zapewniła, że Vladimir wszedł niejednemu w drogę i część z nich będzie skłonna odpłacić mu, a jednocześnie będzie godna minimum zaufania. Dlatego też sama miała dolecieć do Mohatza w innym czasie, tak samo jak i Vladimir. Do tego wyczuwała w powietrzu lekkie zdenerwowanie i niepokój, rozchodzące się od górującego nad pokładem mostka.

Isa siedziała na rufię pożerając wzrokiem Ornitopter. Zwinna maszyna każdego ranka odlatywała z tylnego pokłądu na zwiad, by sprawdzić drogę przez powolnym behemotem. Niestety piloci nie mieli w zwyczaju zapraszać pasażerów na pokazowe loty. W tej chwili technicy kończyli zdanie maszyny po porannym locie. Poza tym wtopienie się w społeczność statku było kłopotliwe, większość osób odnosiło się do niej z rezerwą, nawet nie zawsze ukrywaną. Nie wszyscy oczywiście, małżeństwo Juandastaas było najwyraźniej zainteresowane jej osobą, choć ich fascynacja była wręcz niepokojąca. Gdzieś na horyzoncie pojawiła się burzowa chmura. Może niekoniecznie burzowa, słyszała o wielkich zwierzętach, żyjących na pustyni jak i pod jej powierzchnią, ponoć niektóre z nich w czasie ruchu wzbijały kłęby pyłu. Przybliżyła obraz, niewiele to dało, pył przesłaniał wszystko, mimo to miała wrażenie, że dojrzała coś jak język ognia.

Zbliżali się do skalnego kanionu gdy usłyszeli przeciągły świst, a następnie huk eksplozji gdy pierwsza rakieta rozbiła się o kadłub. Drugi pocisk uderzył w nasadę masztu przewalając go. To spotęgowało chaos, spadający takielunek roztrzaskał harfę, omal nie zabijając przy tym samej harfiarki. Długowłosy LiHalan został przygnieciony przez reje. Kilku innych próbowało wydostać się spod żagli, cześć z gości biegło by schronić się pod pokładem, co nie ułatwiało zadania próbującym dostać się do gniazd karabinów gwardzistom. Statek przechylił wykonując relatywnie nagły skręt, pośredniczka która ledwo co wygramoliła się spod żagla straciła równowagę i przekoziołkowała przez pokład w ostatniej chwili łapiąc się relingu i panicznie próbowała wspiąć się z powrotem na pokład. Dopiero po chwili dotarło do nich co tak właściwie się stało, od strony kanionu nadciągała sfora małych śmigaczy wiozących groźnie wyglądających ludzi. Skuterów było kilkanaście, a samych napastników musiało być co najmniej czterdziestu. Co jakiś czas oddawano z strony śmigaczy strzały z wyrzutni bezodrzutowych, ale większość pocisków chybiała. Gdy pierwsze skutery zrównały się z galeonem wzbiły się w powietrze tak, że były teraz nad pokładem statku, skąd mogły prowadzić równą walkę z załogą.

Pierwsze sekundy były nadzwyczaj pomyślne dla rabusiów, zabłąkany oszczep trafił w szyję Mata dowodzącego gwardzistami, długa seria z broni automatycznej położyła pilotów ornitoptera próbujących dostać sie do maszyny. Ale i ze strony okrętu padały strzały i pierwszy ze skuterów rozbił się o piach w fontannie ognia. Wynik starcia jeszcze nie był przesądzony.
 

Ostatnio edytowane przez behemot : 28-05-2012 o 03:00.
behemot jest offline  
Stary 29-05-2012, 01:25   #2
 
Hellian's Avatar
 
Reputacja: 888 Hellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwu
Liniowiec „An-nahda” zakotwiczył na orbicie Criticorum po ocienionej stronie planety. Tu miał przeczekać kilka godzin, tak by manewr lądowania nie zakłócił snu pasażerów. Na razie w metropolii wylądował jedynie prom, przewożący trochę ładunków, kilku członków załogi i dwóch czy trzech pasażerów, którym mimo wczesnej pory śpieszyło się na powierzchnię.

Jednym z nich była Liwia Erigone.

Właściwie nie miała powodów żeby nie czekać do rana. Umówiona była na osiemnastą. Na rozmowę, po której wiele sobie obiecywała. Z kobietą o imieniu Proxy.

Podróżowała w interesach swojej Gildii. Zazwyczaj przewoziła to, co miała w głowie, formuły wymagające zapamiętania, dla których najbezpieczniejszym miejscem był czyjś umysł. Była Aptekarką zaledwie od trzech lat, ale miała wysoki status Magistra Offirmate. Tym samym Gildia miała przed nią niewiele tajemnic. I to mimo faktu, że przeszłość młodej kobiety rozpływała się gdzieś w międzygwiezdnych mrokach. Liwia nie ujawniała nawet planety swego pochodzenia.

Aptekarze w swojej działalności oscylowali miedzy dwoma biegunami. Większość stacjonarnych siedzib zajmowało się handlem i produkcją rozmaitych medykamentów. Wbrew powszechnym mniemaniom naukowcy sensu stricto stanowili mniejszą część wśród członków Gildii. Ale to laboratoria były sercem Gildii. Te najważniejsze zakładano wyłącznie w domenach przyjaznych Aptekarzom rodów, prowadzących politykę tolerancji wobec nauki. I to nowe receptury były źródłem największych dochodów Gildii. Lekarstwa Aptekarze produkowali sami. Inne koncesje zmuszeni byli odsprzedawać. Na przykład tę na korzenne wino kantarydynowe, od trzech sezonów nieodzowny alkohol na przyjęciach możnych.

Liwia zazwyczaj podróżowała miedzy laboratoriami.
Jednak pobyt na Criticorum był inny. Nie wiązał się z ważnym zadaniem. Oczywiście miała zameldować się w siedzibie Gildii i przekazać parę informacji i wymienić kilka uprzejmości, ale de facto Aptekarce udało się przekonać przełożonych do pokrycia kosztów podróży dla własnego kaprysu.

***

- Liczyłam na to, że pani chlebodawczyni pojawi się osobiście – niewidoma rozmówczyni Liwii nie wyglądała jednak na zdziwioną.
Liwia również nie wydawała się zaskoczona przepychem apartamentu, w którym doszło do spotkania, ani panującymi w nim orientalnymi zwyczajami. Swobodnie siedziała na jedwabnej poduszce naprzeciwko nieznajomej. Trzymała w jednej dłoni już prawie pusty kieliszek z czerwonym winem, drugą obracała na szklanej powierzchni witrażowego stolika drobno zapisaną kartkę. Niewidoma odczytała ją przed chwilą za pomocą niewielkiego skanera.
-Jest pani tak doskonale poinformowana, że zapewne wie, że baronowa jest nadal zajęta sprawami spadkowymi. Proces się przeciąga. Nawet w dzisiejszym świecie zbyt wielu osłów wierzy, że linie męskie mają większe prawa do dziedziczenia. Mimo dalszego pokrewieństwa. – Sarkazm w głosie Liwii nie przykrywał wyraźnie widocznej złości.
Proxy wykonała gest jakby chciała jej przerwać. Albo uspokoić.
– Oczywiście pani znajomość szczegółów sprawy przekonuje mnie, że jest pani właściwą osobą.
- Proszę to spalić – dodała po chwili bezbłędnie wskazując na kartkę. Dla drugiej z kobiet przedmiot nie wydawał żadnego dźwięku. W talencie Proxy było coś przerażającego.
Liwia podpaliła kartkę. Paliła się jasnym płomieniem. Papier w najwyższym gatunku.
- Rozumiem, że jest pani zainteresowana współpracą? –Proxy uśmiechnęła się delikatnie.
Liwia napełniła kieliszki. Swój i gospodyni. Ona uśmiechała się szeroko.
-Pod jednym warunkiem oczywiście. Już nigdy nie padnie między nami nazwisko Mercouri.

Obie kobiety wzniosły toast.

***

Zwracała na siebie uwagę, kiedy szła szerokim trotuarem ciriculiańskiej metropolii. Była piękną kobietą o wyniosłej postawie. Ubrana w lekką jedwabną sukienkę z jataganem u pasa, wyglądała na szlachciankę. Jednak jako nieszlachetnie urodzona musiała w większości zwiedzanych miejsc mieć pozwolenie na noszenie broni. Zazwyczaj kupowała je jeszcze przed lądowaniem. Zawsze była przywiązana do tej broni. Należała do jej przodków. Prapra dziadów. Ojciec podarował go jej w dwunaste urodziny. Był niezwykle dumny, gdy sprawdziła DNA swojego sobowtóra. Okazał to w ten sposób. Właściwie w ich wspólnym życiu był to największy dowód przywiązania, jaki spotkał ją z jego strony.
Biedna dziewczynka-sobowtór nie miała oczywiście nic wspólnego z Mercourimi. Zresztą ojciec zabił ją w kilka lat później. Po pierwszej, nieudanej ucieczce córki. Na jej oczach. Miał talent do wymyślania kar. Ale wtedy Aspazja, sama była przekonana, że nie przeżyje i nie myślała zbyt wiele o nieszczęśniczce. Po prostu zamknęła oczy.

Kiedy ustalały, która obejmie spuściznę z łatwością zrezygnowała z zaszczytnego miejsca. Z nich trzech znała Juliusza najlepiej, i zawsze pragnęła mieć z nim jak najmniej wspólnego. Tylko tej broni nie oddała. Dobrała nazwisko do inicjałów na rękojeści. L.E. – Lucjusz Emiliusz. M zatarło się przez wieki.

***

Z sojusznikami miała spotkać się na piaskowym galeonie dopiero następnego ranka. Zatrzymała się więc w pokojach oferowanych przez Gildię. Tutejszy Mistrz, mężczyzna po czterdziestce o al-malickim pochodzeniu, dla genetyka, którym cały czas była, układ kości czaszki był oczywisty, nazywał się Hektor Tourae. Wiedział nawet, że to ona zneutralizowała kantarydynę. Dostała trzypokojowy apartament z ogrodem. Na Ciriculum oszczędzano wodę, a Liwia miał u siebie fontannę. Mile połaskotało to jej próżność. Nadal lubiła przepych.

Proxy wymieniła dwa nazwiska, przy jednym Aspazja prawie wypadła ze swej roli. Na szczęście skończyło się na tym, że jedynie roześmiała się niezbyt wesoło. - Evrosa de Varas kiedyś poznałam –to było dobre wytłumaczenie nagłego zachłyśnięcia się winem – wbrew temu co niektórzy mówią, wszechświat nie jest wcale taki duży.
Niezwykle dłużyła jej się noc w aptekarskich apartamentach. Zmieniła je więc na kasyno. Jak zwykle w tego typu przybytkach najpierw pewną sumę straciła, potem wygrała, choć to ktoś obcy sponsorował jej żetony. Ten akurat, miał nieco hazackie rysy, stalowoszare oczy, dumną postawę i niewątpliwie szlacheckie pochodzenie. Zdecydowanie nie chciała spędzić tej nocy sama. Ale Evrosa w kasynie nie było, a to nie był czas kompromisów.

***

Wchodząc na statek zapytała o obydwoje sojuszników. I obydwoje już byli. Ruszyła za majtkiem tam gdzie znajdował się de Varas. Mężczyzna patrzył w inną stronę.
Podeszła do niego zdecydowanym krokiem. Odwrócił się. Nie dopuściła go do głosu.
- Liwia Erigone –wyciągnęła do mężczyzny w geście powitania rękę – ale zdaje się że pamiętasz.
Tak jak ona pamiętała. Zwłaszcza ten ostatni wieczór, kiedy wreszcie zapukała do jego kabiny, i noc, aż do białego rana, kiedy tańczyli na przyjęciu u szejka i potem, decyzję, gdy zabierając tylko niewielką torbę uciekła z „Rybki”.
Minęły trzy lata. W tym czasie odkryła że ma dwie bliźniacze siostry, wspólnie z nimi zamordowała ojca oraz wyrzekła się swego dziedzictwa i nazwiska. To wszystko musiało się stać.
Żaden Hazat by tego nie zniósł.

***

Gdyby nie dłoń, którą położyła się na rękojeści szabli można by sądzić że kobieta z jakiegoś dziwnego powodu nie zauważyła ataku. Cały czas z tym samym co wcześniej zainteresowaniem, patrzyła na harfistkę, nie napięła mięśni, nie krzyknęła, nie westchnęła nawet. Wyglądała na zupełnie spokojną.
Niemniej Liwia właśnie liczyła atakujących. Dotykała ich, każdego, lekko i niezauważalnie, i bezbłędnie wyczuła najsłabszego. Nagle jeden ze skuterów wykonał gwałtowny manewr. Zawrócił, uderzył w innego, prowadzącego mały klucz sojusznika. Jeden pojazd uderzył w następny. Trzy skutery stanęły w płomieniach.
Aspazja nadal nie podnosiła w górę wzroku. Szukała następnej ofiary.
 
__________________
"Kobieta wierzy, że dwa i dwa zmieni się w pięć, jeśli będzie długo płakać i zrobi awanturę." Dzienniki wiktoriańskie
Hellian jest offline  
Stary 08-06-2012, 10:13   #3
 
Rudzielec's Avatar
 
Reputacja: 38 Rudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodze
Podobały jej się te samolociki, „ornitoptery” jak mówiła na nie załoga. Przychodziła patrzeć jak startowały i lądowały już od pierwszego dnia rejsu. Czasem lądowanie wymagało sporych umiejętności, Muad`dib rzadko zwalniał a wiatr potrafił być kapryśny i część pasażerów robiła już zakłady kiedy w końcu zwiadowcy rozbiją się o pokład. Najpewniej przez trudne warunki kapitan zabronił zabierać pasażerów na pokład w czasie lotów rozpoznawczych. Tłumaczenie czemu gość Księcia zginął w poskręcanym płonącym wraku widocznie nie znajdowało się na liście skrytych marzeń kapitana i wolał tego uniknąć wymawiając się kwestiami bezpieczeństwa, co niestety oznaczało, że i ona przykuta była do pokładu jak reszta. Ale czego by nie dała żeby polatać tym maleństwem, wprawdzie najlepiej czuła się za sterami pojazdów zdolnych do lotów kosmicznych. Ale w Akademii nauczono ją także podstaw latania wszystkim łącznie ze sterowcami. Była zresztą pewna, że dałaby sobie radę, no w każdym razie nie stałoby się nic czego nie mogłaby potem naprawić…

Rozległ się kolejny okrzyk.-Napinaj!-potem dźwięk małej katapulty i strzał. Jeden z pasażerów stary pierdziel najwyraźniej pasjonował się marnowaniem amunicji próbując strzelać do rzutek. Szło mu genialnie, z piętnastu pudełek amunicji jakie miał przed sobą wystrzelał już dziesięć, zaś liczba trafionych rzutek nadal wynosiła zero. Isa zastanawiała się jak można być tak tępym by nie pojąć aluzji matki natury, że nie jest się następnym wcieleniem boga łowów i nadal pomstować na wiatr, złą strzelbę, tych miał tylko pięć na ładnym drewnianym stojaczku, czy wreszcie zwykłego pecha. Jak zwykle po krótkiej chwili rozległ się irytujący głos amatora strzelectwa pomstujący, tym razem, na chłopaka obsługującego katapultę. Czemu miał być winny Isa już nie usłyszała, teraz miała kolejne piętnaście minut gdy szlachetnie urodzony raczy ukoić swe nerwy herbatką i ciasteczkami nim znowu postanowi pokazać swą maestrię we władaniu bronią palną. Kątem oka ujrzała znajomą jej parę, Państwo Juandastas schodzili pod pokład, albo na obiad albo aby skryć się w zaciszu swej kajuty.

Polubiła swych byłych pracodawców podczas dwudziestodniowego rejsu ich prywatnym jachtem, prawdziwym cackiem jeszcze z czasów Drugiej Republiki. Dobrze zrobiła, zgadzając się przewieźć państwo Juandastasów z Gwynneth gdzie odwiedzali swego wuja Hrabiego Philipe`a na Criticorum. Stało się to głównie dzięki Proxy która jakoś dowiedziała się o chęci uczestnictwa tej dwójki w aukcji organizowanej przez Księcia Sindbada Al-Malik i poszukiwaniu przez nich pilota o czym też poinformowała młodą ukaryjkę. Isa nie czekając wysłała list do sekretarza Hrabiego Philipe`a przedstawiła się w nim, zgodnie zresztą z prawdą, jako pilotka Gildii z dużym doświadczeniem, poszukująca zatrudnienia po utracie statku w zasadzce piratów, słysząc zaś o uczciwym i sprawiedliwym traktowaniu jej ludu w dominium hrabiego postanowiła zaoferować mu swoje usługi. Baron wraz z małżonką odpisali na jej list nim zdążyła zjeść obiad, Isa do tej pory była zadziwiona sprawnością sekretarza pana Hrabiego, zapraszali ją na rozmowę. Posiadali swój statek ale ich pilot okazał się być człowiekiem podłego charakteru, jak wynikło z późniejszych rozmów miał długi karciane które spłacał kradnąc rzeczy z ich posiadłości. Z radością więc wynajmą kogoś na jego miejsce byleby uniknąć wstydliwej konieczności podróżowania „zapchlonym liniowcem” i opowiadania w towarzystwie o swej pożałowania godnej sytuacji. Byli jeszcze bardziej zadowoleni gdy w końcu poznali Isę osobiście, owszem może była niższa niż przeciętnie ale miała bardzo kobiecą sylwetkę, krągłe biodra, wąska talia i biust na którym miło było zatrzymać wzrok, które to cechy doskonale poprawiały jej samoocenę. Widząc spojrzenia pana Barona i jego małżonki Isa wiedziała, że nadchodzący rejs nie będzie się jej dłużył. Po kilku nieporadnych próbach i aluzjach z ich strony uznała, że zlituje się i po prostu poszła do ich łaźni gdzie bez krzty pruderii zaproponowała obojgu żeby zostali jej Rinsada. Słowo to oznaczało w Ukaryjskiej kulturze towarzyszy broni jak też i kochanków bez zobowiązań. Skończyło się to jak można było się spodziewać namiętnym seksem który bardzo miło zapisał się w pamięci Isy bowiem Eloise wykazała się niezwykle czułym dotykiem i znajomością ukaryjskiego pisma. Bycie „czytaną” przez jej delikatne palce było zdumiewająco przyjemnym doświadczeniem, jak zresztą większość rzeczy które robiła Eloise. Natomiast Ethienne, mężczyzna o gracji tancerza i ciele wojownika, był naprawdę doskonałym kochankiem, delikatnym gdy bawili się w delikatność i prawdziwie władczym a wręcz groźnym gdy próbowali bardziej niegrzecznych fantazji, gładko wpasowywał się w dowolną rolę. Fakt, że Matka Natura szczodrze go obdarowała był już po prostu czystą złośliwością wobec kobiet które nie miały na własność podobnego faceta. Isa autentycznie zazdrościła Eloise jej męża i niemal zgodziła się z nimi zostać widząc spojrzenie baronowej która proponowała jej kontrakt bezterminowy. Ale nie mogła, a przynajmniej nie dopóki nie pomści Deidree, zresztą coś jej mówiło, że to było zbyt piękne. Czuła też albo swą kobiecą intuicją albo może za pomocą innych zdolności tak rozwiniętych w jej rasie, że Eloise czegoś od niej chciała ale bała się nawet zapytać. Dlatego starała się unikać swych byłych pracodawców mimo, a może właśnie, ze względu na sympatię jaką ich darzyła. Co nie było trudne gdyż jej kajuta była w zupełnie innej części niż ich luksusowe apartamenty, a pokłady przeznaczone dla szlachty i tak były nieciekawe. No poza momentami gdy jakiś steward próbował ją przepędzać jak bezdomnego rikti, pokazywała wtedy swoje Klucze gwiezdne i mówiła gdzie, co, jak często, w jakiej pozycji i z którymi członkami swej rodziny i/lub przykładami miejscowej flory bądź fauny dany interesant może robić zamiast zawracać jej głowę.

Była tak pogrążona w myślach, że pierwszą eksplozję uznała za daleki grzmot a wstrząs za kolejną wydmę jaką przeorał Muad`dib. Dopiero drugi wybuch połączony ze zgrzytem metalu i krzykami paniki ostatecznie wyrwał ją z zadumy. Przechył rzucił ją o burtę ale bez trudu złapała się barierki, opasły amator ciasteczek i broni palnej nie miał tyle szczęścia już upadek na piasek połamałby mu kości, a nieszczęśnik trafił na skały…
~Pustynni piraci?!~ Jej pierwszą myślą gdy zobaczyła napastników było wskoczyć do ornitoptera i pokazać co potrafi ale zaraz odrzuciła tą myśl, nawet jeśli nie rozwaliliby jej przed startem to stałaby się natychmiast celem numer jeden dla każdego z tych piratów posiadającego coś więcej niż pistolet i ćwierć mózgu. A poza tym nie chciała się tłumaczyć albo co gorsza stawać bohaterką. Drugi pomysł, czyli zebranie tępych owiec w mundurach gwardzistów i popchnięcie ich do czegoś sensownego, odrzuciła jeszcze szybciej, jeszcze by któryś spanikował i poczęstował ją ołowiem. Może gdyby miała swój mundur mogłoby się udać…
Jej wzrok powędrował do miejsca gdzie świętej pamięci hrabia spaślak rozłożył swe stanowisko bojowe, stojak na broń wprawdzie się przewrócił ale strzelby nadal były na pokładzie. Skoczyła szybko w ich stronę, zjeżdżając po schodach na pokład niżej i złapała na chybił trafił pierwszą z brzegu.
~Nic dziwnego że pajac nie mógł trafić, to nie strzelba tylko sztucer!~ pomyślała sprawdzając czy broń była nabita, właściwie był to dwulufowy sztucer o konstrukcji dubeltówki przyjmujący naboje zespolone i to zdecydowanie nie standardowego kalibru, na oko wyglądało to jak naboje do ciężkiego karabinu maszynowego. ~ Dziwny sposób rekompensowania kompleksów, ale przydatny.~ uznała ładując paczkę nabojów do kieszeni kurtki i wybrała cel mierząc spokojnie, a w każdym razie najspokojniej jak potrafiła. Odrzut miała ta zabawka pokaźny ale widok małej eksplozji silnika jednego ze skuterów zakończonej malowniczym zderzeniem z ziemią był więcej niż satysfakcjonujący. ~Jeszcze parę takich strzałów i ramię mi odpadnie.~ pomyślała potrząsając ręką aby pozbyć się mrowienia, po czym aktywowała tarczę, tak na wszelki wypadek.
 
__________________
Kasia(moja przyszła MG)-"Ale ja nie wiem czy pamiętam jak prowadzić sesje!"
Sebastian(mój kuzyn)-"Spoko to jak jazda na jeżozwierzu, tego się nie zapomina."
Rudzielec jest offline  
Stary 15-06-2012, 21:39   #4
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 4564 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Evros stał wpatrzony w piętrzące się falami piaszczyste wydmy pustyni. Cień statku leniwie przesuwał się po ich szczytach, niczym rzucany przez wielkiego drapieżnika. Gorąco wydawało się nie mieć wpływu na rosłego Hazata, był przyzwyczajony do niewygód i częstych zmian środowiska. Z zaskoczeniem zarejestrował dotyk czyjejś ręki na swoim ramieniu. Odwrócił się oszczędnie i powoli, przeklinając się duchu, że tak pochłonęła go obserwacja morza pisaku.

Kiedy ujrzał kobietę, stojącą za jego plecami zapomniał języka w gębie. Przez chwilę wydawało mu się, że w Otchłani jakieś słońce musiało zgasnąć na tę okazję. Gniew, wściekłość, dawno pogrzebane uczucie, to wszystko wymieszało się ze sobą, czuł, jakby ktoś zabrał mu nagle deski pokładu spod nóg.

Szybko jednak doszedł do siebie, przynajmniej takie miał zamiar sprawiać pozory:
- Więc teraz tak się nazywasz? - głos miał nieprzyjemny, niczym zgrzyt stali. - A jutro? Jutro jak planujesz się nazywać? - chciał być dla niej uprzejmy, jednak ognisty temperament, przez tyle lat hartowany ciężkim, żołnierskim życiem dał o sobie znać.


Nic się nie zmienił. To samo poważne, dumne spojrzenie. Postawa, głos, mocne dłonie. Aspazja zapragnęła, żeby ta rozmowa trwała jak najkrócej, ale jednocześnie nie mogła oderwać od Hazata wzroku.
- Tak samo. Spróbuj… -zamilkła. Przez chwilę zastanawiała się nad następnymi słowami – Będziemy znowu współpracować. Nasze relacje mogą znowu być … bardzo dobre. Jeśli zechcesz.- Rozumiem, że Ty jesteś jedną z tych osób od Proxy? - zawiesił przez chwilę pytanie w próżni. - I mamy współpracować? Na Wszechświat... - zabrakło mu przez chwilę słów. - Relacje mają być dobre?... Rozumiem, baronówno Mercouri, że słowo zaufanie jest dla Ciebie obce? To od niego zależą “dobre relacje”.- Nigdy nie nazywaj mnie tym nazwiskiem. –powiedziała cicho kobieta - Bo starczą jedne niepowołane uszy i może się to dla mnie skończyć tragicznie. A niezależnie od tego jak wielką darzysz mnie niechęcią, wierzę jednak, że nie pragniesz mojej śmierci. - Odsunęła się od Evrosa na dwa kroki. - Mówiąc dobre relacje miałam na myśli, co innego. I nadal mam. Choć prawdopodobnie nic nie dam rady poradzić na to, że mi nie ufasz. Bardzo mi ciebie brakowało. I żałuję, że wszystko musiało się tak potoczyć. – Zamilkła na chwilę po czym wyrzuciła z siebie już nie patrząc na mężczyznę – Spróbuj mnie nie oceniać. Proszę.

- Nie mam zamiaru, odebrałaś mi prawo do tego jakieś trzy lata temu. Co takiego musiałaś zrobić, albo do kogo uciec, że zabawiłaś się ze mną jak z głupcem? - ściszył głos, co do jednego miała rację, nie byłby w stanie jej skrzywdzić.

Liwia poczuła złość. Zapomniała jaki był zasadniczy. Uparty niczym osioł. Ślepy jak kret.
-Zabawiłam? Kochałam cię durniu.

Odwróciła się na piecie i odeszła.

Chciał za nią zawołać, już wyciągnął rękę żeby ją zawrócić, ale opuścił ją widząc, jak kobieta odchodzi. Ostatnie jej słowa kołatały mu się w głowie, sprawiając ból niczym niewidzialne szpile, wbijane w mózg przez upiornego chirurga. “Kochała mnie...” - może był dla niej zbyt ostry... nawet nie dał się jej wytłumaczyć. Z drugiej strony nadal był na nią wściekły i jej ponowne spotkanie roznieciło w nim złość jeszcze bardziej. Miał miał na przemian ochotę ją uściskać i udusić... “Jakie to wszystko popieprzone.

- Niech to szlag! - jego pięść spotkała się ze zdobionym relingiem pokładu, misterna konstrukcja zatrzeszczała, kierując zainteresowanie postronnych na jego osobę.

Stał na dziobie, rozmyślając cały czas o ponownym spotkaniu z Aspazją, kiedy ujrzał smugi pocisków rakietowych wystrzelonych w kierunku ich statku. Piaskowy galeon zatrząsł się od uderzenia rakiety, która wyrwała solidną część nadburcia. Z kanionu, usytuowanego na wprost ich kursu, zmierzało stadko zwrotnych, szybkich skuterów. Piraci anosnowali swoje przybycie jeszcze kilkoma wystrzelonymi rakietami, które w większości jednak nie trafiły w cel. Na szczęście.

Sięgną ręką do kabury po pistolet maszynowy, który na szczęście zabierał zawsze ze sobą. Pod koszulą czuł przyjemny chłód rękojeści monomiecza. Teraz pozostało tylko czekać na okazję. Zwrotne maszyny napastników krążyły wokół giganta, ostrzeliwując pokład z broni krótkiej, gdzieś za nim usłyszał solidny wystrzał z broni dużego kalibru, jeden ze skuterów zniknął w kuli ognia.

Obejrzał się za siebie i ujrzał drobną ukaryjkę z wielkim sztucerem myśliwskim, z którego lufy unosiła się jeszcze smuga dymu. Schylił głowę, bo zbliżający się pirat posłał w jego kierunku serię z karabinu, pociski zrykoszetowały po stali nadburcia, a na niego posypały się odłamki.


Wychylił się ostrożnie i zobaczył, że ostatni ze skuterów w formacji pirackiej sunie bardzo blisko galeonu. Chwycił się mocniej poręczy relingu w myślach obliczając odległość do pirackiego pojazdu. Kiedy bukanier go mijał odbił się od pokładu z całej siły. Znalazł się za plecami piaskowego rozbójnika. Pistolet zwisał na pasie taktycznym a w ręce zamigotało światło ostrza monomiecza. Delikatny błękit rozdarł klatkę piersiową nieprzyjaciela, po szybki sztychu w plecy. Zrzucił bezwładne ciało w dół i szybko przejął stery skutera. Reszta piratów chyba nie zorientowała się, że ich zamykający szyk towarzysz nie żyje. Zrobili zwrot by zaatakować ponownie.

Pochylił głowę by atakujący przedwcześnie go nie zauważyli i kiedy znalazł się na ich tyłach rozpoczął ostrzał, starannie przymierzył i dwóch poprzedzających go rabusiów zwaliło się wraz ze swoimi maszynami w dół, dwa płomienie podrywające się z wydm zaalarmowały resztę, że ktoś ich atakuje.

Posypały się na niego serie z pistoletów maszynowych, oddawane na oślep do tyłu. Na szczęście nieskuteczne. Był już na wysokości galeonu, zadziałał więc błyskawicznie. Magnetyczny granat przyczepił do baku maszyny, dodał gazu i rzucił się w kierunku burty. Złapał się krawędzi i podciągał się kiedy zgrzyt metalu i wybuchy poinformowały go, że jego szaleńczy plan się powiódł. Kilka maszyn piratów - wybuch granatu i baku pełnego paliwa zabrał w dół, ku piaszczystym wydmom. Kiedy wczołgał się na pokład poczuł lepką ciecz spływającą po jego lewej ręce, rozdarta kurtka i piekąca szrama wzdłuż ramienia aż nadto mówiły mu, że oberwał.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 19-06-2012, 01:41   #5
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
Hałas był ogłuszający, strzały, wybuchy, krzyki... a wszystko to w przesłonach czarnego dymu i wzbijanych tumanów piasku. Statkiem ponownie zatrzęsło gdy kolejna rakieta trafiła w turbiny pozbawiając statek nośności. Olbrzymi kolos wbił się dziobem w piaski grzęznąc tam na dobre. Widząc to piraci krzyknęli tryumfalnie. Niektórzy z nich coraz śmielej podlatywali do pokładu i zeskakiwali nań by walczyć z bliska.

Isa nie dawała za wygraną, strzelając z sztucera jak wytrawny żołnierz, choć ciężki kaliber ciążył już jej w ramionach. W końcu jednak dłoń sięgając po kolejny pocisk natrafiła na pustkę. Rozejrzała się w za lepszą strzelbą, ale pierwsze na co zwróciła uwagę był zarośnięty pirat, w goglach i czymś na kształt turbanu, który szczerząc się podle zbliżał się do niej obracając w dłoniach miejscową odmianą młota bojowego. Odskoczyła na bok przed ciosem, po to tylko by jej stopy zaplątały się w rozrzucone liny, kolejny cios musiała już parować sztucerem. Każdy strzał przypomniał teraz o sobie bolesnym kłuciem. Siła ciosu jednak rzuciła nią na pokład. Napastnik szykował się do ostatecznego ciosu, gdy nagle zastygł. Z jego slotu słonecznego wystrzeliło ostrze katany, szybko i krwawo jak Symbiot w Ruchomych Obrazach klasy Beta. Ciało ześlizgnęło się po ostrzu, ponad nim stał uzbrojony lihalańczyk w pstrokatych szatach, który zasalutował kobiecie bronią i zniknął w kłębach dymu.

Mniej trudności napotkała Liwa. Nikt jej niepokoił, skryła się między takielunkiem z dala od walczących, niepozorna, a jednak groźna. Cichy bohater starcia, na którego nikt nie zwrócił uwagi. Taką przynajmniej miała nadzieje.

Gdy Evros wczołgał się na pokład zaraz podbiegł do niego pokładowy sanitariusz, byli też inni ludzie, tylko czemu nie walczyli? Miał wrażenie, że wszyscy zgromadzili się wokół niego i śmieją się - nie - wiwatują. Czy to oznacza, że wygrali? Poczuł ukłucie injektora użytego przez sanitariusza. Świat rozpłynął się jeszcze bardziej, aż znikł w ciemnościach i nieświadomości.

***

Obudził się w lazarecie, zabandażowany i z dość dobrym samopoczuciem. Powitał go sanitariusz:
- Cieszę się, że jesteś znów Panie. Pańskie rany goją się szybko, nie żałowałem eliksiru. Wkrótce nie powinno zostać śladu po ranach. Gdy tylko poczuje się Pan lepiej może ruszać, ja zrobiłem co mogłem. Również chciałbym poinformować, że Szambelan Ackbar chciał się widzieć z Panem gdy tylko będzie to możliwe. - Evros rzeczywiście czuł się dobrze, a nawet lepiej niż przed samą walką, jakby mógł przenosić góry - efekt uboczny przedawkowania eliksiru - sam Ackbar był formalnym kierownikiem karawany, przedstawicielem samego księcia Sindbada. Więc gdy tylko się ogarnął nie kazał szambelanowi długo czekać.

Kajuta Szambelana pełna była almalickiego przepychu. Grube dywany, złoto, porcelana, wszystko przytłaczało gościa. Sam zaś gospodarz miał już wiele lat na karku, jednak widać było, że były to lata dobre i mu się powodzi na dworze Al-Malika.
-Witam mego zbawce. - zaczął gospodarz i ruszył w stronę Hazata z zamiarem uścisku - Nie ma słów by opisać mą wdzięczność, za wizytę, proszę spocznij. - wskazał górę puf przypominających nieco koci zamek. - Wina? Nektaru?
Jestem odpowiedzialny za dobre samopoczucie gości ksiecia na tym statku, które niestety mogło ulec pogorszeniu poprzez dzisiejsze zajście. Na szczęście dzięki postawie dzielnych ludzi piraci uciekli tam skąd przyszli, a Pańskie dokonania są najjaśniejszą gwiazdą. Chciałbym więc prosić o jeszcze jedną przysługę. Widzisz dobry Panie, jestem wiernym sługą księcia, odpowiedzialnym nie tylko za delikatne misje takie jak ta, ale również za spełnianie życzeń, które nigdy nie zostały wypowiedziane, albo pomyślane. Jeśli wiesz o czym mówię. Po prostu są rzeczy, które muszą zostać zrobione bez zbędnego rozgłos. Otóż zdarzyło się, że książę ma pewien problem na swych włościach, konkretnie zarazę, zupełnie nieznaną, a towarzyszą jej plotki o krążących po oazach Ghulah. Są to... demony można powiedzieć. Kościół zapewnia, że to folklor i zabobon, jednak w wielu mieszkańcach planety wzbudza ono strach. Pomyślałem więc, ktoś o pańskiej odwadze i szybkości działania mógłby rozejrzeć się. Niezależnie od wyniku poszukiwań poświęcony czas zostałby wynagrodzony. Gdyby zaś udało się rozwikłać zagadkę zyskałbyś nie tylko wdzięczność moją, ale i samego księcia.


***

Liwia była wycieńczona, nie tyle fizycznie ile psychicznie, próby manipulacji piratami z tą samą siłą odcisnęły się na jej woli. Minęło kilka godzin od ataku, po szaleńczym ataku Evrosa piraci zawrócili do swoich wąwozów równie nagle jak się pojawili pozostawiając za sobą martwych i rannych. Teraz sytuacja była już opanowana, choć technicy nawet pracowali nad przywróceniem sprawności turbinom. Mogła pomyśleć...
- Czy chciałabyś porozmawiać o zbawieniu nieśmiertelnej duszy? - zabrzmiał głęboki głos zza jej pleców. Odwróciła się:
- Przepraszam ale w czym mogę pomóc... Ojcze? - stał przed nią rosły, łysy choć brodaty mężczyzna noszący habit wojennego bractwa.
- Nazywam się Henry de Terbes, akolita Wojennego Bractwa. Chciałem tylko zapytać czy nie potrzebuje pani modlitwy. Czasem wielkie możliwości są dla nas ciężarem, a z moc tworzy również pokusy. A pani jest przecież osobą niezwykłą, przysłowie mówi, że przez kobietę padają imperia, ale nie słyszałem takiego który mówił o śmigaczach. Spokojnie, pochodze z deMoley a nie Pyro. - mężczyzna był przekonany, że widział coś czego nikt nie powinnien zauważyć. Tylko co chciał zrobić z tą wiedzą?

***

Isa wyszła z starcia obolała i niedoceniona. Całą chwałe zdobył Hazat. Jej zaś pozostało ponaglenie:
- Jak skończysz wypoczywać, dołącz do techników pracujących przy turbinach. - co też zrobiła. Gdy zeszła na dół młody czeladnik powitał ją kolejnym szyderstwem: - Jak miło, że obca królewna w końcu zbudziła się ze swego snu.
- Zawrzyj gębę Rob i sam się ruszaj.
- przerwał mu pokładowy szkutnik Isaak. - Przydaj się na coś i skocz do magazynu po pas transmisyjny do galionu, a potem przymocuj go bo się poluzował. I to w podskokach. Jak nie wiesz jak to zrobić, to zapytaj kogoś innego, że też muszę ci wszystko tłumaczyć. - obserwował z uśmiechem jak czeladnik w podskokach wraca na statek. Po czym zwrócił się do Isy:
- A pierdolnij sobie, tu i tak nie ma miejsca na 4 ręce. - wskazał nagrzany kamień. - Daj pogadać staremu. Byłaś kiedyś w Mohatza? Niewielka mieścina, ale kiedyś... kiedyś ciągnęła się na wiele mil. Wieżowce w górach, ulice w skale, zamki w chmurach... wszystko opuszczone na wieść o symbiotach w ciemnych wiekach. Podziemia pełne tajemnic i fantów z drugiej republiki. Gdy dobijemy do miasta minie parę tygodni nim statek ruszy ponownie, a miejscowa gilda pewnie nie da skrawka zlecenia obcym takie to już braterskie sukinsyny. Nic tylko pić po tawernach, nie żebym miał coś przeciw, ale... mam też taką myśl, by wypuścić się w te korytarze, i kto wie może i coś wykopać. Ale do tego potrzeba zmyślniejszych niż ten od galionu. Ktoś taki jak ty. Pomyśl więc. Jak będzie ci się nudziło w mohatza to zapytaj o mnie w Gnieździe.
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 19-06-2012 o 01:48.
behemot jest offline  
Stary 20-06-2012, 21:36   #6
 
Hellian's Avatar
 
Reputacja: 888 Hellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwu
Była cholernie zmęczona. Zazwyczaj prosta jak struna, teraz pochyliła drobne ramiona i stała tak długie minuty, oparta o burtę, w miejscu gdzie pięść Evrosa zaznaczyła reling. Krzywy uśmiech nie schodził jej z ust. Sondowanie cudzych umysłów przypominało chirurgię, trzeba było w nie włożyć mnóstwo siły i równie dużo precyzji. W powszechnym, trywialnym wyobrażeniu tej zdolności, człowiek nią obdarzony czytał cudze myśli. A przecież ludzkie myśli to bełkot, gdy próbujesz poznać je wszystkie, zwyczajnie toniesz w mętnych wodach. Dobrze, jeśli nie dostaniesz przy tym niestrawności. Dlatego raczej wychwytuje się emocje, albo szuka konkretnego słowa, a potem trzeba się go trzymać, żeby chwycić nitkę sensu. Bo w labiryncie, bez praktyki, zrywasz nić. Czasem tak właśnie kończyły się zdolności psi … obłąkaniem. Akurat z pilotami skuterów było stosunkowo łatwo. Szukała dwóch emocji, strachu i spokoju. Granica i gradacja były przejrzyste, nie pomyliła się ani razu. Ale dawno tego nie robiła. Nadal czuła cudzy strach.

Wcześniej odprowadziła wzrokiem pielęgniarzy odnoszących Evrosa. Jego szaleńczy wyczyn zakończył ten nieudany rabunek. Odwaga Hazatów nie bez przyczyny była przysłowiowa. Zapomniała zapytać go o przyczynę, dla której tu jest. O to, co wie o Vladimirze. I bardzo chciałaby wiedzieć, co robił przez te trzy lata. Czy jej szukał. Ale o to nie zapyta na pewno.

Niewiele widziała z walki Ukaryjki. Tego żałowała. Teoretycznie kobieta mogła zostać zwyczajnie wynajęta, choć z rozmowy z Proxy Liwia wnioskowała raczej, że będą tu osoby bezpośrednio zainteresowane eliminacją arystokraty. W opłacaniu ukaryjskiego skrytobójcy byłoby zresztą coś zbyt oczywistego, prymitywnego. Nie pasowało, ale było możliwe.

Skrzeczały mewy. Ziemskie ptaki, które bez problemu zaadaptowały się do warunków większości planet, na których była jakakolwiek woda. Liwia położyła na listwie przed sobą kawałek chleba. Czekała. W końcu ptak odważył się. Podfrunął, chwycił zdobycz w dziób. Kobieta błyskawicznym ruchem wyciągnęła jatagan. Ptak runął w dół. Głowa oddzieliła się od korpusu dopiero uderzając o piasek.

Liwia zabiła dziś pięć osób. W jej głowie brzmiały ich niewyartykułowane krzyki. I za każdym razem to samo żałosne westchnienie: mamo.

W złym momencie przyszło jej poznać Henry’ego de Terbes. Nie przedstawiła się. Uśmiechnęła się wyniośle. Wyprostowała. Wysłuchała, co miał do powiedzenia. Uważnie i bez zażenowania obejrzała rosłą sylwetkę. Pokazała na wraki śmigaczy. Na miejsce na śródokręciu gdzie zaniesiono zwłoki Mata i innych poległych załogantów.
-Sermones ad mortuos. – W końcu odpowiedziała. – Ja się bez nich obejdę.
 
__________________
"Kobieta wierzy, że dwa i dwa zmieni się w pięć, jeśli będzie długo płakać i zrobi awanturę." Dzienniki wiktoriańskie

Ostatnio edytowane przez Hellian : 21-06-2012 o 14:08. Powód: geologia
Hellian jest offline  
Stary 25-06-2012, 00:08   #7
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 4564 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Wnętrze komnaty szambelana al-Malików, skąpane było w półcieniach, wypełnione niezliczonymi zasłonami, sofami i zwisającymi z sufitu lampionami. Nie wiedzieć dlaczego, takie aranżacje nieodmiennie kojarzyły się Evrosowi z domami rozpusty, które w czasie służby wojskowej nazywali ni mniej ni więcej jak tylko burdelami. Cóż, taka była chyba przypadłość Wysokich Rodów, przepych, czasami pomieszany z kiczem, a al-Malikowie w tym przodowali niestety.

- Włościach? To chyba dość szerokie określenie, jeśli chodzi o posiadłości Księcia? - retorycznie zapytał Evros, przyjmując z rąk szambelana kielich z winem. - Jak wielka jest skala problemu? Żeby zgodzić się na tę propozycję chciałbym usłyszeć nieco więcej. Byłoby to z mojej strony wysoce nieprofesjonalne, gdybym nie zapytał się o szczegóły, zgadzając się wykonać zadanie. Nie podejmuje się pracy, której nie mógłbym wykonać?

- Proszę pytać, ja odpowiem. Problem dotyczy 12 oaz, jednakże obejmują one dość znaczny teren, jak również leżą na przecięciu ważnych szlaków handlowych. Jak również mają tendencję zwyżkową, kolejne osady wymierają. Kupcy do których dochodzi ta wieść są przestraszeni, zaczynają szukać innych szlaków, lub wręcz rezygnować z drogi lądowej na rzecz powietrznej. - sługa Księcia i kierownik karawany w jednym był najwyraźniej poruszony.

- Czy te oazy leżą przy jednym szlaku? Czy raczej są rozproszone? Jak wyglądają objawy zakażenia? Co mówią gildie Aptekarzy, czy inni specjaliści? - te pytania wydały się Hazatowi najbardziej oczywiste, co raz bardziej ta sprawa zaczynała przypominać epidemię z jaką mieli okazję się zetknąć na Madoku.

- Epidemia koncentruje się na szlaku między Isfahan a Savpna na pustyni Rahmat. I to jest najdziwniejsze, nie ma objawów ludzie po prostu umierają. Wysłany tam Aptekarz stwierdził, że osadnicy po prostu odeszli we śnie, a on nie zamierza pozostać w tym miejscu ani chwili dłużej, i żadne pieniądze nie zdołają go przekonać, że jest inaczej. Jak mówiłem siła przesądów jest dość znaczna.

- A czym są te ghulah? Można je jakoś zabić? One pojawiły się wraz z zarazą?

- Ghule to mityczny zły duch, wedle wierzeń sprzed Ortodoksji są to martwi ludzie, którym odmówiono godnego pochówku. Nie można ich zabić, gdyż są... martwe. By się ich pozbyć można oczyścić domostwo, wówczas jako istoty nieczyste nie będą miały tam wstępu. Można również dopełnić obrządku pochówku. Wówczas uwięziona w martwym ciele uwolni się i wyruszy w zaświaty.Dopóki ciało istnieje dusza musi w nim pozostać. - szambelan dawał przykłady kwiecistości mowy swojego rodu.

- Czyli trzeba zniszczyć to co z ciała pozostało? Spalić na przykład?

- Można spróbować. Jeżeli oczywiście spotkasz Ghule.

- Dobrze zatem, rozumiem, że jeśli dotrzemy do celu podróży przekażesz mi więcej szczegółów? Rozumiem, ze wszystko będę załatwiał z Tobą, Szambelanie? - pytanie było zbędne, Evros już znał na nie odpowiedź. Książę nie za bardzo chciał się pewnie chwalić, że na jego szlakach, kupcy mogą spodziewać się niemiłej niespodzianki.

- Tak najlepiej ze mną. Co do szczegółów, to niestety niewiele wiem. Wszystko co ważne już przekazałem.

- Chodziło mi o miejsce w którym mam zacząć swoja pracę? Jakie środki transportu są dostępne? I kwestia najważniejsza, zapłata. Wolałbym usłyszeć konkrety.

- Tak ornitopter jest do Twojej dyspozycji, takoż ludzie, mam nadzieje że uda mi się znaleźć kilku z których będzie pożytek. - Były Gwardzista Feniksa domyślił się, że kierownik karawany mówi o tej maszynie latającej dokującej na pokładzie piaskowego liniowca.

- Chyba, że sam kogoś znajdę?

- Oczywiście mogą być to wybrani przez Ciebie Szlachetny Hazacie ludzie. Lub obcy. Bądźmy tolerancyjni. Zaś jeśli chodzi o zapłatę, to tysiąc feniksów za każdy dzień. Dodatkowe pięć jeśli uda się rozwikłać zagadkę zarazy, i kolejne pięć jeśli zostanie ona zakończona. - Oferta wydawała się Evrosowi aż nadto atrakcyjna, przy okazji może udałoby się dostać w bliższe otoczenie Księcia, który organizował aukcję. Aukcję, z której mili zwinąć cenny artefakt, którego tak pożądał znienawidzony Vladimir. Kąciki ust Hazata delikatnie się podniosły na samą myśl. Nie dając po sobie nic poznać odpowiedział: - Widzę, że Książę jest bardzo szczodry, albo... - zawiesił an chwilę głos - ... albo problem jest bardzo palący. Sprawdzę co się tam dzieje i postaram się wrócić z informacjami, albo zakończyć ten "problem". Jeśli to wszystko to chciałbym już odejść Szambelanie. - odkłonił się, niezbyt nisko i raczej mało dwornie, ale w końcu nie tego go uczono w młodości, a później miał mało okazji by bywać na dworskich salonach. Czuł pewną ulgę, gdy opuszczał tę pełna dusznego przepychu komnatę.

Teraz musiał tylko znaleźć pilota i chyba porozmawiać z Aspazją... to znaczy “Teraz chyba z Liwią...”.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 25-06-2012, 00:30   #8
 
Hellian's Avatar
 
Reputacja: 888 Hellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwuHellian jest godny podziwu
Zeszła do lazaretu zaraz po tym, jak Hazat go opuścił. Odprowadziła mężczyznę wzrokiem sama niewidziana. Słyszała jak pytał o Ukaryjkę. Skrzywiła się wtedy, jakby piła sok z cytryn. Na dole zaczepiła sanitariusza, dopytała, czy nie potrzebują jej pomocy. Wysoki, chudy mężczyzna popatrzył na nią dobrotliwie. Wymowne, chociaż nie mocno złośliwe uśmieszki innych, świadczyły o tym, że Aptekarka pyta nieco za późno. Ale Liwia nie zraziła się. Zresztą ani trochę nie chciała pomagać w opatrywaniu rannych. Zrobiła już swoje, a nie była chirurgiem imperialnej klasy i ani trochę nie lubiła smrodu operacyjnego łóżka. Chyba tylko gdyby został ranny jakiś obcy zjawiłaby się tu wcześniej, z niechęcią, z absurdalnego poczucia obowiązku. Ksenobiologia była nauką rozwijaną w atmosferze podejrzliwości. Wątpiła, żeby na Maud’dibie był ktoś tej specjalizacji. A tak, honor nakazywał jej jedynie unikać Hazata. Teraz uśmiechała się do medyków ładnie, nieśmiało. Wyglądała na kogoś, kim w żadnym razie nie była. Któryś z sanitariuszy podsunął jej krzesło, inny zapytał czy dobrze się czuje. Pozwoliła zająć się sobą. Przyznała, że jest trochę wstrząśnięta, przeprosiła, że zawraca głowę. Część jej natury była na wskroś fałszywa. Jakby oglądała spektakl z wyznaczoną w nim dla siebie rolą. Na proroka, wiedziała, że Hazat ma rację. Nie można jej ufać, jeśli nie jest się nią samą. Rozmowa przybrała bardziej nieformalny charakter. Liwia głównie słuchała. Piękna, uśmiechnięta, zachęcała do rywalizacji w pogaduszkach. Plotki o aukcji i o jej organizatorze. I o oczekiwanych klientach. Zadała czasem pytanie. O Tarczę, za ile pójdzie, kto ją kupi, czy ten Decados jest poważnym kontrahentem.

Dopiero teraz dotarło do niej, że de Terbes najprawdopodobniej łgał. Nie miał żadnych odpowiednich zdolności, żeby wykryć jej działanie, a ona była naprawdę niezła w sztuce kamuflażu. Chyba, że wojenny brat sam miał zdolności psi. Albo był tak obrzydliwie pobożny. To ostatnie nieco kłóciło się jednak z jego grzecznym potraktowaniem Liwii.

Swoją drogą w trakcie tej napaści przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że to sprawka Vladimira. Pechowe było, że nie miała dostępu do żadnego z więźniów. Akurat na nieszkolonych umysłach prawdę nadzwyczaj łatwo było wymusić farmaceutykami. Ale z tego, co wiedziała o Vladimirze w takich akcjach sam chętnie brał udział. Tu nigdzie nie wyczuła niepospolitego umysłu. Być może stawka była za wysoka, żeby się pojawił. Tarcza Lexiusa. Ona czuła, bez wątpienia lepiej było się do tego nie przyznawać, wstręt na myśl o artefaktach Proroka. Wiedziała skąd to się bierze, istoty rozumne mają tendencję do uogólniania swoich nieszczęść, jej wynikały z ustalonego porządku religijnego. Była człowiekiem. Wiedziała to. I jednocześnie miała wątpliwości. Przez Niego. A przecież wszystko było interpretacją. Prorok powiedział El czy el? Zakazane, czy dodane? Jedna litera zmienia wszystko.
Jak niczego na świecie potrzebowała usankcjonowania swojej odmienności. I wiedziała, że go nigdy nie dostanie.

Mimowolnie pomyślała o Kano i uśmiechnęła się do siebie. Ciekawe gdzie go zaprowadziły ścieżki wiary. Miała nadzieję, że żył. Ciekawa była, czy wyewoluował. Czy był istotą z duszą?

Gdy Hazat podszedł do niej, nadal miała na ustach ten fałszywy, łagodny uśmiech.
-Oczywiście, zbadam tę sprawę, z Tobą. –pozwoliła żeby usłyszał tę dużą literę – Poprosiłeś o pomoc również Ukaryjkę?
Nie poczekała na odpowiedź.
- Przede wszystkim jednak Vladimir.- Przybrała zasadniczy ton. - Proponuję jeden dzień w Mohatza. Potem dwa na sprawę. Potem, czwartego jest chyba aukcja i trzeba nam na nią wrócić. –Uśmiechnęła się jeszcze łagodniej – czy pozwolisz, że zapytam obecnego tu Henry’ego de Terbes czy nie wziąłby udziału w tej wyprawie? Potrzebuję dowiedzieć się o nim, kilku rzeczy. Bliskość sprzyja zwierzeniom. –uśmiechała się. Zaakcentowała słowo bliskość.
Oddychała równo i powoli. To była starożytna technika jogiczna. Oddech, który uruchamiał całe ciało i cały umysł. Poruszał wszystkie czakry. Liczyła do dziesięciu. Potem znowu. Jeszcze raz do dziesięciu, nie przerywając krótkiej rozmowy.

To nie była najgorsza rzecz, jaka przytrafiła jej się w życiu. Powiedziała mu, że go kochała, ale… może zwyczajnie się pomyliła. To był tylko wcielony arystokrata, odważny i przystojny, idylliczny… trochę, i idealnie wpisujący się w nurt najmodniejszych mydlanych oper. Uległa wszechobecnym memom. Jej wina.

***

Musiała chwilę poczekać. Z filiżanką mocnej kawy, w przejściu na niższe pokłady, znowu nie chodziło o wzrok. Przepuściła wszystkich, którzy z jakichś powodów mogliby ją rozszyfrować, przynajmniej tych, o których mogła to wiedzieć, na przykład wrażliwą na psi Ukaryjkę. De Terbes był na pokładzie, dotknęła go, umysłu uśpionego od jakiegoś czasu psiona.
 
__________________
"Kobieta wierzy, że dwa i dwa zmieni się w pięć, jeśli będzie długo płakać i zrobi awanturę." Dzienniki wiktoriańskie

Ostatnio edytowane przez Hellian : 26-06-2012 o 15:54. Powód: więźniowie
Hellian jest offline  
Stary 25-06-2012, 21:35   #9
 
Rudzielec's Avatar
 
Reputacja: 38 Rudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodzeRudzielec jest na bardzo dobrej drodze
- Nie boli Cię ramię?- zaczął Evros z uśmiechem -Solidny kaliber broni wybrałaś tam na górze podczas walki. Gratulacje celnego oka. Wiem, od Proxy, że mamy wspólnie pracować, ale mam małą propozycję pracy, która być może przybliży nas w okolice księcia prowadzącego aukcję. Robota zajmie kilka dni, a jeśli uda nam się wykonać zadanie to być może zdobędziemy jego względy i przychylność? 300 feniksów dziennie, plus premia od wykonanego zadania. Zwracam się do Ciebie bo potrzebuję pilota, a mam do dyspozycji ornitopter z Muaddiba. Nasza wspólna znajoma wspominała, że znasz się na tych maszynach?

-Tak, trochę się przetrenowałam z tym sztucerem, ale czy akurat wy wasza jasnie- odważność nie powinniście się skupiać w tym momencie na jakichś ranach postrzałowych albo połamanych kościach? Byłam troszkę rozproszona ale widziałam co nieco z tego co się działo...-Odparła z cieniem kpiącego uśmieszku na ustach, dziwne że ludzie zawsze uznawali jej drobną budowę za oznakę delikatności. Ukari już dawno zrozumieli, że małe nie znaczy słabe czy raczej niegroźne, w końcu nawet dziecko może ci wbić nóż w plecy albo wyciągnąć zawleczkę od granatu....
-Ornitopter? O tyle o ile, znam podstawy i jestem dobra ze wszystkim co ma silnik i jeśli nie jesteście samorodnym talentem w dziedzinie pilotażu to na pewno jestem lepsza od was. Ale moja specjalność to statki kosmiczne i tym podobne. Swoją drogą co właściwie musimy zrobić żeby komuś chciało się zapłacić aż 300 ptaszków?

- Dziennie, trzysta ptaszków i może skończmy z tymi Jaśnie Panami - wyciągnął do niej rękę - Evros wystarczy. Mamy zbadać kilka oaz należących do Księcia, przy ważnym szlaku handlowym, ponoć dzieją się tam niepokojące rzeczy. Już kiedyś zajmowałem się czymś takim. Więc jaka twoja odpowiedź?

-Isa`nir`elikh.-powiedziała potrząsając podaną ręką.-I unikasz odpowiedzi Evrosie. Co to za niepokojące rzeczy? Wielbłądy nie chcę się ruchać czy może coś bardziej w stylu piratów pustynnych na ścigaczach? A Moja odpowiedź w dużej mierze zależy właśnie od Twojej odpowiedzi więc nie wstydź się i nie omijaj co bardziej pikantnych szczegółów.

- Ponoć oazy są nawiedzane przez Ghula. Wg. miejscowych wierzeń, to swego rodzaju demony. Szczerze mówiąc wątpię by tak było. Z reguły takie sprawy są przez ludzi wyolbrzymiane, więc myślę, a przynajmniej mam nadzieję, że przyczyną niepokojów w osadach są czynniki bardziej przyziemne. Może nie chodzi o impotencję wielbłądów -
zaśmiał się szczerze. - W każdym razie wolałbym, żeby czynnik sprawczy kłopotów nie był niczym, czego by się nie dało pozbawić życia ołowiem.

-Płatności jak rozumiem o ile się uda i nic nas nie zagryzie?-Skinięcie głową wystarczyło za odpowiedź.- W takim razie gratuluję panu wynajęcia pilota panie Evros.-Powiedziała z uśmiechem Ukaryjka, ciężko było stwierdzić ironicznie czy szczerze.

***

Po powrocie do ekipy naprawczej Isa wraz z resztą marynarzy wyśmiała czeladnika Roba który, ociekając potem, przytaszczył właśnie pas transmisyjny z magazynu. Było to prawdziwe dzieło sztuki rymarskiej ważące bagatelka czterdzieści kilo, wedle instrukcji Izaaka mające mieć coś wspólnego z galionem, tj. figurą dziobową statku. Zważywszy na fakt iż pracowali nad turbinami, znajdującymi się na rufie była to wręcz podręcznikowa lekcja pokory dla pyskatego gnojka z jasnym przesłaniem: „Nie pyskuj i zacznij myśleć tępaku”. Jeśli tego nie pojmie to rejs będzie miał bardzo ciężki i zapewne po jego zakończeniu już na statek nie wróci. ~Cóż, niewielka strata.~ pomyślała Isa,~Musiał tu nieźle wszystkim zaleźć za skórę zważywszy na fakt, że nie dostał nawet wózka od kwatermistrza żeby to cholerstwo przewieźć. ~ Ale teraz koniecznie musiała postawić coś mocniejszego szkutnikowi Izaakowi, w tej akcji widać było profesjonalizm a wręcz artyzm, aż miło było popatrzeć. Ona sama myślała raczej o nieszczęśliwym wypadku z nieizolowanym przewodem albo parą pod ciśnieniem, nic poważnego ot żeby popieściło i poswędziało parę dni ku przestrodze. W zdecydowanie lepszym humorze zanurkowała pod obudowę olbrzymiej turbiny szczęśliwa, że jednak zapakowała kombinezon roboczy, i skoncentrowała się na czekającym ją zadaniu.

***

Gdy dotarli do Mohatza odnalazła Evrosa ten zaś skierował ją do hangaru gdzie czekał na nich obiecany ornitopter. To nie był mały zwiadowca jak te na Muad`dibie, to był model szturmowy, Isa z lubością czytała podane przez szefa obsługi naziemnej Yusufa specyfikacje, ciąg, udźwig, spalanie i zasięg przy pełnym załadunku, możliwa prędkość bojowa po prostu ideał na tego rodzaju misję. ~Ciekawe czy książę sam ma jakieś doświadczenie bojowe czy zaproponował to któryś z jego dowódców? ~Zastanawiała się Isa sprawdzając wyposażenie. Wprawdzie ich model odchudzono jeśli chodzi o broń aby zwiększyć zasięg ale nadal posiadał dość żelastwa aby poradzić sobie na pustyni, a po ostatnich doświadczeniach z piratami wolała mieć czym ich przywitać. Wydarła więc niemal przemocą dwa podwieszane karabiny maszynowe 12,7mm, 30mm działko automatyczne w wieżyczce pod kokpitem z amunicją rozpryskową, cztery pociski kierowane typu Lanca i prawdziwy rarytas: dwa zasobniki niekierowanych rakiet 80mm, 38 sztuk każda. Isa raz widziała jedną salwę z takiej broni która zmieniła kolumnę transportową dwunastu ciężarówek i czterech transporterów w masę poskręcanego metalu. Gdyby znowu mieli ich zaatakować pustynni piraci, po jednej salwie nie byłoby czego zbierać. Co więcej przeładowywanie takich wyrzutni było całkiem proste w odróżnieniu od działka wymagającego specjalnej ładowarki, gdyż można było posłużyć się przygotowanym wcześniej zestawem, o ile miało się czas wylądować.

Załoga naziemna właśnie kończyła załadunek amunicji i zestawów przeładunkowych do zasobników, inni krzątali się przy pakowaniu prowiantu i innych z tyłu podjeżdżał Łazik o którego musiała niemal stoczyć walkę na noże z Hamidem, służącym zajmującym się zaopatrzeniem ich na czas wyprawy. Wydawał się on całkiem pewien, że sam fakt wypożyczenia ornitoptera i zapewnienia prowiantu powinien był załatwić sprawę, więc gdy zobaczył pełną listę jaką przedstawiła mu Isa niemal dostał zawału. Dziewczyna rozsądnie zawyżyła ilość wszystkich przedmiotów na liście i dodała nawet kilka których na pewno by nie dostali tylko po to aby Hamid mógł się z nią wykłócać dobrą godzinę i rwąc włosy z głowy jęczeć nad każdą sztuką amunicji, koniec końców oboje byli nawet zadowoleni. Ona miała prawie wszystko z tego co zaplanowała, on zaś udowodnił jak bardzo dba o własność swego pana. Najtrudniej było z uzbrojeniem, na szczęście udało jej się uświadomić mu, że im lepiej będą uzbrojeni tym większa szansa na to że wrócą bezpiecznie z całym wypożyczonym dobrem jego pana.

Dopasowanie przyrządów celowniczych i zaznajomienie z awioniką nie zajęło jej dużo czasu, właściwie uznała układ oprzyrządowania za niezwykle wygodny. Sprzężony system celowniczy w hełmie uznała za dziwnie obcy ale dało się z niego korzystać. Ogólnie była zadowolona, miejsca starczyło jeszcze na trzy prycze i nie trzeba było się deptać a klimatyzacja powinna przynajmniej uchronić ich przed ugotowaniem.
-Jesteśmy gotowi kiedy tylko dasz znak do odlotu.-zgłosiła Evrosowi.- Powiedz tylko dokąd, żebym mogła skonsultować się z mapą.
 

Ostatnio edytowane przez Rudzielec : 13-07-2012 o 12:29.
Rudzielec jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:05.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170