Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-08-2012, 23:03   #1
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 7648 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
The City That Never Sleeps



The City That Never Sleeps
Część I: Przesyłka


”...Witajcie ludziska, tu wasz ulubiony Co-show, w Radiu CORP New York, a ja jestem John Letterman! Mamy niezbyt piękny wrześniowy poranek, a strugi deszczu zalewają ulice, ale głowy do góry! Już za kilka minut opowiem o kilku nowinkach prosto od C-T, a jest na czym zawiesić oko! Myślę, że mogą przebić sezonowe wszczepy jędrnych piersi z których można wysysać dowolny alkohol, nieźle, nie? Ale to dopiero za chwilę, na razie przypominam o zbliżających się wyborach. Czy Micheal Gutterman wygra po raz kolejny? Kilku kandydatów depcze mu po piętach. Zapraszam do dzwonienia i dzielenia się swoimi domysłami! A tymczasem, coś na pobudzenie...”




Godzina 6:30, środa, 2 wrzesień 2048
54 piętro, Corp-Tower
Manhattan, New York City
6 dni do wyborów


Nawet jeśli Corp-Tech nie miało najpiękniejszego budynku w Nowym Jorku, to miało niepodważalnie najwyższy. Wysoka na ponad tysiąc metrów, szklano-stalowa bryła wznosiła się ponad wszystko inne. Główna siedziba tej korporacji musiała onieśmielać i rzucać cień na pozostałe budynki, zwłaszcza te należące do konkurencji. Zwykły prestiż, z którym nikt konkurować nie chciał, ale i nikt inny w tym mieście nie założył tu swojej głównej kwatery. Delikatny zielony odcień powoli przechodził w biel, aby w końcu utworzyć litery składające się na pierwsze litery nazwy.
Niewielu lubiło ten wieżowiec, majestatyczną bryłę. Niektórzy za to, kto znajdował się w środku, ale byli też tacy, którzy doskonale wiedzieli, że został wybudowany na strefie zero i na dodatek pamiętali, co ta strefa oznaczała. Z drugiej strony było ich niewielu, wydarzenia z 2016 roku zmieniły bardzo wiele i już tylko starsi ludzie burzyli się na fakt, że CORP-TOWER stało na zgliszczach dwóch wież WTC.
Wśród tych, którzy znaleźli się na pięćdziesiątym czwartym piętrze tego budynku, zebrani w niewielkiej, wyposażonej w interaktywny stolik i wygodne kanapy poczekalni, prawdopodobnie nie było ani jednej takiej osoby.

Nie musieli się nawet sobie przedstawiać. Gdy tylko każde z nich siadało, przed nim pojawiało się imię i nazwisko, a wirtualny stolik proponował podstawowe rozrywki, wraz z podłączeniem do interfejsu. W tle rozbrzmiewało radio, oczywiście pro-korporacyjne, a drzwi do gabinetu dyrektorskiego nie przepuszczały nawet najmniej dyskretnego “wzroku”, jaki można było sobie zamontować w ciele. Elektroniczna tabliczka na drzwiach wyświetlała “Alan Dirkuer”, ich szefa na czas trwania tej operacji, niezbyt wysoko postawionego jak się zdawało - w końcu było to “jedynie” pięćdziesiąte czwarte piętro, którego okna wciąż wychodziły na inne wieżowce, nie dając możliwości podziwiania panoramy Big Apple.
Nie wszyscy pasowali do tego miejsca. Kye wyglądał dość niedbale, w starych ciuchach jeszcze chyba z zeszłej epoki i brodzie na której pojawiały się pierwsze oznaki siwizny. Murzyn był tu chyba najstarszy, ale przecież w tych czasach różnie bywało. Felipa, znacznie młodsza i o tylko trochę jaśniejszej cerze, ubrana swobodnie, także niezbyt pasowała do oszczędnej i chłodnej stylistyki korporacji. Dwie następne kobiety, Ann oraz Jack, wyglądały na różne od siebie, ale i one wcale nie zamierzały ubierać się oficjalnie, a co ciekawe - obie prezentowały raczej wojskowy styl, chociaż najwyraźniej nie znały się i tylko Evans mogłaby swoją posturą i wzrostem sugerować, że pracuje w wojsku - drobna, niska i krucha Ann wręcz temu przeczyła. Drugi z mężczyzn, ten o nazwisku Walters, był jednoznacznie przypisywany do roli najemnika. Wyraźny wszczep oka cholernie to sugerował, nawet jeśli nie była to prawda. I tylko ostatni z nich, Terrence, gładki i wystrojony w jednej z tych idealnie dopasowujących się do ciała garniturów, przypominał osobę żywcem wziętą prosto z tego właśnie, na wskroś korporacyjnego budynku.

Nie musieli czekać długo. Drzwi rozsunęły się bezgłośnie i zaproszono ich do środka.




Biuro Alana Dirkuaera nie różniło się od wyobrażeń o typowym miejscu tego typu. Duże okno, szaro-bure barwy z odcieniami bieli i zieleni, głównie na znajdującym się na ścianie logo, kilka prostych biurowych mebli, a także duże biurko, za którym zasiadał mężczyzna wcale nie zamierzający zadawać kłamu opiniom o typowych pracownikach jednego z rządzących światem molochów. Idealnie skrojony garnitur, dokładnie wymodelowany, być może wcale nie naturalny zarost i włosy, pociągła twarz i tylko to spojrzenie, lekko niepewne, zaburzało tą wizję.


Podobnie jak sześć krzeseł ustawionych przed tym biurkiem, nie było to jakoś bardzo profesjonalne, nawet jeśli większość z zaproszonych tutaj ludzi wcześniej z czymś takim i tak się nie spotykało. Za to odprawa odbywająca się w taki sposób, bardziej wyglądając jak uczniowie na dywaniku dyrektora, trochę nie pasowała. Z drugiej strony, mężczyzna przed biurkiem był młody, ileż to lat mógł mieć? Operacje plastyczne, kilka prostych zabiegów i już nie dało się tego określić. Mieli tylko wrażenie, że ten tutaj postarzył się zamiast odmładzać, chcąc wyglądać profesjonalnie. Inna sprawa, że istotne były szczegóły. Nie wstał, gdy wchodzili, wskazując im tylko krzesła.
- Siadajcie. Jak już zapewne wiecie, nazywam się Alan Dirkauer, to mi nakazano zajęcie się nadzorem tej misji. Zaraz wyjaśnię o co chodzi.

Przyjrzał im się wszystkim po kolei, dłużej zatrzymując wzrok na Felipie a przy Remo krzywiąc się prawie niedostrzegalnie. Jego ręce pracowały na holograficznej klawiaturze, która pojawiła się nad blatem biurka i chwilę potem na ścianie, z boku pomieszczenia, pojawił się obraz, przedstawiający pojemnik. Gdy Alan znów się odezwał, jego głos był dźwięczny i starał się brzmieć pewnie, ale wyczuwali, że nie czuje się swobodnie z nimi w swoim gabinecie.
- Tak mniej więcej wygląda nasza zguba. To pojemnik z systemami chłodzenia, którym zostało mocy na jeszcze... - zerknął na wyświetlacz przed sobą -... sześćdziesiąt siedem godzin działania. Dano mi do zrozumienia, że niedopuszczalne jest przekroczenie tej granicy, ale nie podzielono się informacją co znajduje się w środku. Pojemnik ma nieusuwalne logo Corp-Techu, posiada także zabezpieczenia przed otwarciem i kilka namierzalnych nadajników, które jednoznacznie go identyfikują. Jego kod to CT09731933. Niestety wszystkie zostały zagłuszone w chwili, gdy straciliśmy przesyłkę z oczu.

Odchrząknął i znów nacisnął kilka przycisków, obraz zmienił się na zdjęcie satelitarne Nowego Jorku, przedstawiające kilka ulic. Wskazał punkt przecięcia się dwóch z nich, oznaczonych jako 80th Avenue oraz stanówki 678. Gdy poszerzył obraz, wskazał on wielki węzeł komunikacyjny.
- To tutaj straciliśmy kontakt z kurierem. Węzeł w Queens. Dwadzieścia sześć godzin temu, wszystko zamilkło, kamery przestały cokolwiek widzieć, kurier przestał odpowiadać. Robota zawodowców, którzy musieli mieć cynk, tego jestem pewien. Dokładnie sprawdziliśmy to miejsce i nawet nie uzyskaliśmy wskazówki, gdzie mogli się udać. Pozostał tylko wyczyszczony, pusty wóz kuriera, wciąż go sprawdzamy. Uprzedzając pytanie, sam kurier był pewniakiem. Pewnie się zastanawiacie, dlaczego wy tu jesteście i jak możecie pomóc? Jasna sprawa, też bym się zastanawiał. Potrzebowaliśmy osób różnych specjalizacji i o kontaktach w wielu miejscach.

Zrobił w swoim mniemaniu efektowną pauzę, po czym przełączył obraz na dane jakiegoś człowieka.
- Spiridon, trzydzieści cztery lata, pomniejszy fixer. Zgłosił się do nas kilka godzin temu, z informacją, że wie kto zwinął przesyłkę. Jesteśmy w stanie mu... uwierzyć. Facet jednak kryje się całkiem dobrze, nie dogrzebaliśmy się jeszcze do jego zdjęcia i adresu zamieszkania, ale to kwestia czasu. Obecnie wiemy, że obiecał spotkać się z nami w pubie “Pink Gloom”, jeden z tych punkowych wymysłów, gdzieś w Brooklynie. Godzina dwunasta, bez kombinacji i takich innych. Pewnie ma tam znajomych.
Alan wzruszył ramionami i wyłączył wyświetlacz, wstając ze swojego fotela i na nieco sztywnych nogach podchodząc do okna.
- Nie wiemy ile wie, ile sam wydedukował. Proszono mnie, abym... zasugerował wam, że to cholernie delikatna misja, z którą nie powinno wiązać się Corp-Techu, nawet poświęcając przesyłkę, jeśli w innym przypadku to miałoby się rozejść. Dostaniecie dziesięć tysięcy eurodolarów na wydatki związane z tym zadaniem, Spiridon w końcu robi to dla pieniędzy. Powiedziano mi, że każdy dostał także indywidualny kontrakt, musicie tylko podpisać klauzulę poufności. Czy macie jeszcze jakieś inne pytania?
Ich krzesła wyświetliły holograficzne umowy, z klauzulą poufności, która zabraniałaby rozpowiadać o wszelkich powiązaniach tej sprawy z Corp-Techem, ujęte w kilkudziesięciu różnych wariantach. Podpis był oczywiście elektroniczny, wystarczyło użyć oka lub połączyć z własnym urządzeniem mobilnym, elektronicznym paszportem czy prawem jazdy.
 

Ostatnio edytowane przez Sekal : 01-09-2012 o 12:25.
Sekal jest offline  
Stary 30-08-2012, 18:52   #2
 
Nadiana's Avatar
 
Reputacja: 593 Nadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemuNadiana to imię znane każdemu
Spóźniła się. Oldschoolowy zegarek bezlitośnie pokazywał trzy po, kiedy parkowała swoje cacko na miejscu wskazanym przez komputerowego ciecia. Jaskrawo czerwone litery nie pozostawiały wątpliwości: „Parking dla gości”. I to dla tych gorszego sortu, bo drugiego piętro podziemnego parkingu od windy dzielił jeszcze spory kawałek.
Dla Jack nie był to specjalny problem, podobnie jak rewizja osobista i przeszukanie torby na parterze, ot uroki korporacji.

W rezultacie, gdy dotarła już na miejsce wszyscy już tam byli i nie potrzebowała instrukcji sztywnej sekretarki by widzieć, gdzie usiąść.
Stolik zresztą zaraz wyświetlił jej imię, oczywiście w pełnej formie. Pieprzone C-T; nigdy się nie nauczy. Skrzywiła się nieładnie by zaraz wzruszyć ramionami i skupić się na czym innym.

Elektroniczny papieros? Wielkie czerwone nie.
Szklaneczka Whisky? Podobnie.

Niech jej ktoś jeszcze raz powie, że one spełniają wszystkie potrzeby.
Odrywając wzrok od pulpitu Jack otwarcie rozejrzała się po pozostałych. Tylko jeden garniak, wyśmienicie. Stosunkowo duża liczba kobiet, to gorzej. Wolała pracę z mężczyznami, byli mniej chimeryczni.
Na dłużej zatrzymała wzrok na kobiecie pokrytej tatuażami. Tak o pomyłce nie mogło być mowy, ciekawe w sumie.

Po tej krótkiej lustracji Evans rozluźniła się wyraźnie i rozsiadła nieelegancko acz wygodnie. Gdyby ktoś teraz jej się przyjrzał zobaczył by dobrze zbudowaną, wysoką blondynkę o włosach przyciętych krótko i niedbale.
Pod czarną motocyklową kurtką miała zgniłozielony podkoszulek, pod którym znać było jakieś metalowe blaszki. Na nogach Jack nosiła wysoko wiązane wojskowe buty, do których wpuszczone były bojówki moro. Na ustach kobiety błąkał się lekki uśmiech sprawiający równie nonszalanckie wrażenie co jej pozycja. Zmieniła ją dopiero wtedy, gdy poproszono ją do środka, ale i wtedy w miarę wygodnie rozgościła się na krześle. Później zaś wyjęła holo komputer i całą uwagę skupiła na średnio imponującym Alanie.

67 godzin, trochę ponad dwa dni. Wystarczająco wiele, jeśli się wie gdzie zacząć. Jack szybko notowała informacje, które uznała za ważne.
Gdy pojawił się kontrakt ustawiła go pod wygodnym kątem i rozpoczęła dokładną analizę. Skrzywiła się parokrotnie na prawniczy bełkot, ale wszystko wyglądało mniej więcej ok. Nic nie wskazywało, że będzie musiała się zgodzić na eksperymentalne biowszczepy po podpisaniu tego.
Po chwili grzebania w torbie wyjęła prawo jazdy i odbiła je w odpowiednim miejscu. Nie lubiła podłączać swojego komputera do sieci korporacyjnej, nawet mimo świadomości, że średnio utalentowany haker byłby w stanie w pięć minut obejść jej zabezpieczenia.
Po co jednak ułatwiać im sprawę?

Swoją drogą Alan nie powiedział kto jest szefem, a zawsze ktoś musi być szefem. Jack rozejrzała się po zebranych by ocenić kto się nadaje na bossa. Obstawiała azjatkę lub czarnego. Byle by nie garniak.
Zresztą takie sprawy lepiej rozwiązywać na bieżąco.
- W warunkach polowych mamy szefa z przydziału czy trzeba ciągnąć słomki? Po drugie możemy dostać zdjęcie tego cacka?
- Myślę, że się dogadacie, prawda? Nie mi mówić, kto i czy ktoś w ogóle ma rozkazywać. Co do zdjęć, to to co widzieliście to tylko analogiczny pojemnik do przewożonego, nie otrzymałem dokładnych zdjęć poszukiwanego, prócz informacji, które wam przekazałem.
- Mhm- skrzywiła się lekko. Trąciło to straszną amatorką, ale niech będzie. Nie miała za wiele opcji.
 

Ostatnio edytowane przez Nadiana : 30-08-2012 o 19:03.
Nadiana jest offline  
Stary 30-08-2012, 19:47   #3
 
Reinhard's Avatar
 
Reputacja: 7330 Reinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputację
Dwa światy. Jeden, pomiętej pościeli, niepotrzebnych dokumentów, pieczołowicie zniszczonych rodzinnych zdjęć i pogniecionych opakowań po fast foodach. Jego świat. I drugi - garderoba i łazienka, biuro - wszystko według najnowszej aktualizacji korporacyjnego dress code.

A co najpiękniejsze - ten magiczny moment przejścia ze sfery personalnego nieporządku do świata korporacji, wyznaczony wstrzyknięciem "Mr Success". Zupełnie, jakby od dozownika począwszy świat stawał się symulatorem, w którym nawet porażka prowadzi do zwycięstwa.

Po krótkiej jeździe Terry zaparkował samochód w garażu podziemnym i wjechał na wskazane przez naręczny komunikator piętro. Siadł wśród zgromadzonych, na chwilę włączył opcję nagrywania w okularach, by uchwycić ich sylwetki i twarze, po czym oddał się kontemplacji miło mijającego poranka.

Twarz Terry'ego wzbudzała zaufanie, a dłonie - dość zaskakująco - miały lekko chropawą fakturę, bardziej jak u robotnika, niż urzędnika. Firmowy garnitur według wewnętrznych zaleceń wskazywał na pozycję autonomicznego specjalisty. Garnitur był znakomicie skrojony. Twarz i dłonie podobnie.

Narzędzie przeznaczone do efektywnych relacji interpersonalnych.

Okulary były podłączone do łącza za uchem, a rękawy wybrzuszały się na przedramionach. Terry odsunął lewy rękaw i zerknął na ekran wielofunkcyjnego komunikatora sił bezpieczeństwa CT. Krój garnituru przy uważnej obserwacji nie mógł do końca ukryć wypukłości pod lewym ramieniem.

Kiedy zostali poproszeni do wnętrza, Terry uważnie słuchał wywodu szefa i obserwował wizualne pomoce. Funkcja nagrywania pracowała w okularach, ale jeśli Dirkuaer umieścił jakieś urządzenia uniemożliwiające nieautoryzowane pozyskiwanie danych, to lepiej było wszystko zapamiętać.

Przyłożył kontrakt do komunikatora, przesyłając swój podpis. Nadszedł czas pytań.

-Czy możemy dostać listę osób zaangażowanych w organizowanie zadania kuriera? Przydałaby się również lista podmiotów gospodarczych, których kamery przemysłowe mogłyby obserwować okolicę zaginięcia. I czy moglibyśmy mieć dostęp do raportu z czynności operacyjnych na miejscu zniknięcia.

-Mam to samo pytanie co Evans. Potrzebujemy dowódcy operacyjnego. Ja zajmuję się organizacją ochrony, mam ograniczone doświadczenie w organizowaniu dochodzeń. Kto się na tym zna?
 
Reinhard jest offline  
Stary 31-08-2012, 04:51   #4
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 21130 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
Ed wyszedł z podziemi wraz z płynącym tłumem ludzkich mrówek. Szerokie, jednokierunkowe ulice powoli zapełniały się ruchem. Rynsztok deszczem, który niósł ze sobą wszechobecne odpady cywilizacji. Reflektory pojazdów sennie patrzyły przed siebie. Wycieraczki zamiatały. Dominowały taksówki i auta tych, co wyjadą z dolnego Mathattanu po zmroku, póki co parkując swe cacka w wysuwane spod ziemi i chowające się pod nią na setki stóp, szufladki miejsc garażowych. Na bruku parkowały się tylko śmieci, toczone wiatrem gazety i żebrający bezdomni, narkomani, co jak zombie snuli się między sznurami opływowych aut. Trzeba było włóczyć nogę albo wyginać się jak paralityk, żeby jeśli nie wzbudzić litości, to chociaż przyciągnąć kogoś zainteresowanie. Każdy w ręku trzymał jakiegoś rodzaju narzędzie pracy. Jeden kawałek opisanego kartonu, inny wyświechtaną wojskową czapkę, jeszcze inny zdezelowany tablet z migającym napisem potrzeb. Słońce zaraz miało wzjeść , lecz wiadomym było, że jego krwista łuna nie przebije się na dno Nowego Yorku przez wyciągające się ku niebu bryły. Kolosy z betonu, stali i szkła. Jeszcze kwadrans a morze setek tysięcy przechodniów zaleje wyspę i sparaliżuje wszystko jak szarańcza. Skręcający w prawo mogą zapomnieć o byciu na czas w miejscu przeznaczenia, jeżeli jeszcze jest w mieście ktoś, kto trzyma się reguł punktualności.
Ed szedł pewnym krokiem zwinnie lawirując między garniakami, którzy płynęli z parasolami w garści, w większości w tym samym kierunku co on. O tej porze niewielu schodziło do metra, jeśli nie liczyć tych co wracają z nocnej zmiany, mają przesiadkę lub nie mają w życiu nic do roboty, a nie chcą zmoknąć.

Budynek Corp-Techu był dwie przecznice dalej, gdy Walters przecisnął się na druga stronę ulicy depcząc wojskowym butem kolorową kałużę na chodniku. Z lekko pochyloną głową, jak reszta zaspanych mieszkańców i pracowników Manhattanu płynął przed siebie. Chyba tylko on zwracał uwagę na to co się dzieje wokół niego. Moduł oka przetrawiał dane okolicy, kiedy mężczyzna z postawionym kołnierzem skórzanego płaszcza, zdawał się mieć zdrowe oko wlepione w długie nogi zakończone jędrnymi pośladkami, co na wysokich szpilach stukały o bruk tuż przed nim.

Garniaki zaczęły wspinać sie po schodkach siedziby korporacji do przestronnego, lecz solidnie ufortyfikowanego wejścia. Ed poszedł przed siebie. Skręcił w alley za rogiem. W połowie uliczki furgonetka na awaryjnych blokowała przejazd. Przecisnął się między autem a kubłami na śmierci. Nikt nie widział jak zniknął w rozładowczej przystani, gdzie w zacienionej wnęce były solidne drzwi, z takich nie do sforsowania. Przystawił zdrowe oko do wbudowanego przy framudze skanera. Ciche kliknięcie i drzwi pchnięte otworzyły się, a on zniknał w nich strzelając za siebie z niedopałka papierosa. Po chwili jechał na górę windą towarową dla personelu obsługi budynku i zaopatrzenia.

Kiedy rozsiadł się wygodnie na kanapie zakładając ochlapane buty na stolik, słońce wschodziło już od pięciu minut. 6.30am. Mimo dominującego krajobrazu drapaczy chmur, można było cieszyć się widokiem krwistego nieba. Dzisiaj będzie dobry dzień - uśmiechnął się czując na twarzy jego ciepłe promienie.
W poczekalni przed gabinetem na 54 piętrze było pusto i tylko CTPR, czyli Corp-Tech Public Radio truło znowu o zbliżających się wyborach. Nie było nikogo prócz niego. Nie żeby kogoś się spodziewał. Bynajmniej. Wystarczyło, że miał spotkanie z kimś kogo nie znał. „Alan Dirkuaer”. Who the fuck is Alan Dirkuaer? Kiedy zobaczył schodzące się towarzystwo przez chwilę zastanawiał się, czy nie pomylił pięter. Nie. Raczej nie. Coś musiało się zesrać...

Na siedzących wraz z nim ludzi nie zwracał pozornie uwagi, uważnie rejestrując każdego tylko zanim zajął miejsce przy stoliku. Uniósł brew zaciekawienia słysząc w radiu nazwisko faworyta na majora miasta, a wzrok jego jakby zawisł w przestrzeni, gdzieś między przesuwanymi drzwiami gabinetu a hologramem wodospadu oprawionego w metaliczne ramki obrazu. Laski były jedna fajniejsza od drugiej. Garniak był garniak, a murzyn był czarny. Ziewnął przeciągle znudzony pitoleniem korporacyjnych wieści i od niecenia postanowił pobawić sie interaktywnym stolikiem. Po chwili wyświetlił się hologram z o kilka decybeli głośniejszą fonią, niźli może by sobie korporacyjne korytarze życzyły.


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=a_426RiwST8[/MEDIA]




* * *





Walters wysłuchał przemowy srającego po gaciach sztywniaka. Pewnie miał świeże kończyny, na których stąpał niczym pijany baletmistrz tudzież cyrkowiec na szczudłach. Widać jeszcze się nie przyzwyczaił.

- Nic się bój Alan. – Ed skwitował jakby beztrosko, a może tylko cynicznie, wyraźnie skrępowanego, korporacyjnego łosia na ścieżce zdrowia biurokratycznej kariery. – Jak się da, to się znajdzie.

Rzucił okiem na kontrakt gwizdnąwszy z dwa razy i raz uśmiechając się pod nosem podczas jego czytania. Podpisał plik skanując siatkówkę.

Po pytaniu uroczo-krótkowłosej Evans o wyznaczenie szefa ich „gangu”, głębiej wcisnął się w fotel, jakby przez to miał się zrobić mniejszy. To, że w ogóle do przechwycenia fantu zebrała się cała gromadka to nie był jego problem. Na samą myśl, paradowania z nimi po mieście autentycznie czuł się jednocześnie zakłopotany i rozbawiony. Z pewnością nie miał zamiaru nikogo prowadzać za rączkę, ani za nikogo być odpowiedzialnym. Choć nie wątpił, że każde z nich mogło sobie dać radę w każdych okolicznościach osobno, to w grupie nieznających i nieufających sobie obcych, było zupełnie inaczej. Gdyby miał głosować, to zdecydowanie oddałby się w ręce płci pięknej.

- Nom... – odezwał się Ed zaraz po gładko uczesanym panu w garniturze. – Przydałby się też stół operacyjny, nie? - wypalił krzyżując glany załozywszy nóżkę na nóżkę. - To mamy już plecy... - z szerokim uśmiechem na twarzy skinął głową gorylowi. - tylko kto teraz będzie generałem? A kto sanitariuszką?

Nie miał najmniejszego zamiaru tracić czasu na analizę danych zablokowanych kamer. Profesjonaliści to profesjonaliści. Jak Corp-Tech niczego nie znalazł, to znaczy, że tak było, albo być musiało. Po to jaśnie panująca korporacja wezwała Eda Waltersa.

- Jak na ulicy jest jaki przeciek, cokolwiek, to może pozbieram ten cynk Spiridona bez problemu do dwunastej.
- ostatnie zdanie powiedział już całkiem poważnie.

Lunch w "Pink Gloom"... - zamyślił się szperając w pamięci dane tego sektoru Brooklynu.
 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 31-08-2012 o 05:17.
Campo Viejo jest offline  
Stary 31-08-2012, 15:23   #5
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 10502 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
- Pro-szę po-dać kon-takt.
- Vay-land.
Ręczny komunikator stylizowany na archaiczny elektroniczny zegarek rozświetlił się feerią kolorowych diod w wyrazie arbitralnej dezorientacji. Dla Felipy De Jesus nie stanowiło to większego zaskoczenia, raczej zwyczajowy irytujący wynik pierdolonej globalizacji. Standardowy komunikator miał problemy ze zrozumieniem jej mocnego latynoskiego akcentu i zwykł głupieć przy tak prostej czynności jak werbalna identyfikacja.
- Kon-takt nie-zde-fi-nio-wany. Pro-szę po-wtó-rzyć. – dźwięczny acz bezmyślny baryton wyrzucił anons pretensjonalnymi monosylabami. Chińska tandeta. Kiedyś kupi sobie coś porządnego, full wypas i zapas bajerów. Jak na razie musiała zadowalać się chłamem, który był śmieciem podkręconym przez lokalna złotą rączkę aby jeszcze trochę posłużył spłukanej istocie jej pokroju.
- Waaaay-lant – tym razem się przyłożyła. Zaakcentowała podręcznikowo a przynajmniej tak się jej wydawało.
- Kon-takt nie-zde-fi-nio-wany. Pro-szę po-wtó-rzyć.
- Wayland!
- Roz-po-zna-no. Trwa prze-kie-ro-wa-nie...

Felipa odebrała od ulicznego sprzedawcy dawkę syntetycznego białka pod dumną nazwą „hot-dog”, choć każdy kto miał choć dwa neurony wiedział, że zarówno z psem jak i z parówką to żarcie miało tyle wspólnego co sportowe sneakersy z szytym na miarę gajerem.
- Słucham?
- Wayland? - wyrzuciła z pełnymi ustami, zaskoczona, że tak szybko odebrał. - Zapytaj gdzie jestem!
- Co?
- Zapytaj gdzie jestem amigo, taaa-daaam! – Felipa zaświergotała po raz wtóry z młodzieńczym entuzjazmem, zresztą kiepsko i z premedytacją udawanym.
- Mam od zajebania roboty. „Amigo” – powiało arktycznym chłodem.
- Łał. W ostatnie słowo włożyłeś sporo złośliwości jak na osobę, która ma podstawowe problemy z emocjonalną ekspresją. No dalej, nie bądź cyniczny. Spraw mi frajdę – bąknęła przełykając śniadanie, a raczej późną kolację. Piąta rano. W jej dzielnicy o tej porze było nie tyle za wcześnie aby wstawać. Było za wcześnie aby się kłaść.
- No dobrze – poddał się walkowerem. - Gdzie jesteś Felipa?
- W drodze do Corp-Tower, wyobraź sobie. Wybiegniesz mi na spotkanie?
- Mówiłem, mam robotę – dla potwierdzenia w tle było słychać rytm wystukiwany palcami po panelu klawiatury. - Cholernie dużo roboty...
- Mam nadzieję, że płacą ci nadgodziny carino – wepchnęła do ust ostatni kęs, oblizała koniuszki palców i nałożyła kask wymalowany w fantazyjne fluorescencyjne motywy. - Swoją drogą, wyprowadziłeś się czy po prostu straciłeś poczucie czasu?
- Co? - stukanie palcami się nasiliło a Felipa rozpoznała po tonie, że Wayland jej zwyczajnie nie słucha. Od zawsze miał ten nieznośny męski brak podziału uwagi. Gapił się w ten pieprzony wyświetlacz i świat poza nim nie istniał. Każdemu zajęciu oddawał się jak dziwka. Z szeroko rozłożonymi nogami. Nienawidziła w nim tego. Absolutnego zaangażowania we wszystko czegokolwiak się dotknął.

- Pytałam czy nadal z nami mieszkasz? Nie wróciłeś do domu dwie noce z rzędu. Jesteś świadomy, że to w czym uczestniczysz to współczesne legalne niewolnictwo?
- Szlag...
- Co?
- Mam tu problem. Felipa... muszę kończyć. Oddzwonię.
- Moment! Nie waż się! Chciałam zapytać...
- Po-łą-cze-nie przer-wa-ne – oświecił triumfalnie program wgrany w kom.
- ...czy to... ty mi nagrałeś tą robotę? – Felipa dokończyła zdanie mimo że było to już bezcelowe. Uwielbiała prowadzić z Waylandem dialogi. Uroczo ocierały się o monologi a przecież każda kobieta uwielbia sobie bez sensu pogadać z ścianą. Bardzo ceniona w mężczyznach zdolność. W-nic-się-nie-wpieprzanie.

* * *

Felipa pojawiła się w lobby 54-ego piętra budynku Corp-Techu równą minutę przed godziną szóstą. Kobieta zrzuciła w ramion nieco przydużą skórzaną kurtkę, która była w znacznym sensie jej identyfikatorem i symbolem przynależności. Na plecach srebrne nity i kolorowe ściegi układały się we wpisane w półokrąg litery – THE RUSTLERS a pod nimi pysznił się profil sunącej na motocyklu postaci.

Kobieta zdjęła przeciwsłoneczne okulary, rzuciła je niedbale w ślad za kurtką i przemaszerowała całą długość korytarza w tą i z powrotem bacząc na wszystko, od elementów wystroju po system monitoringu i twarze zgromadzonych w poczekalni indywiduów. Nawyk. Zawsze chłonęła otoczenie, memoryzowała detale i szacowała w głowie potencjalną wartość przedmiotów. Obracała właśnie w palcach niewielką ceramiczną wazę, która pełniła funkcje dekoracyjne próbując wywnioskować czy i za ile byłaby w stanie to opchnąć.

Felipa poruszała się giętko. Jej biodra kołysały się wdzięcznie podczas tej nikłej ekskursji a włosy przelewały się przy każdym ruchu głowy jak płynna lśniąca smoła. Odgarniała je rutynowo, pozornie niedbałym ruchem za ucho ale gest ten niósł z sobą ukrytą zmysłowość, aluzyjną i niejasną, jak podprogowy przekaz wszyty w zmontowany obraz.

Latynoska emanowała pieprzną mieszanką sensualnej kobiecości, nieposkromionej swobody i aury niepraworządności. Była zaprzeczeniem wszystkiego co wpisywało się w schemat korporacyjnych murów.
Największą tajną broń zaprezentowała jednak siadając wreszcie na sofie i rozciągając z nonszalancją wytatuowane ramiona po całej rozciągłości oparcia. Zogniskowała kocie spojrzenie kolejno na każdym z zaproszonych i posłała im szeroki nieformalny uśmiech. Zęby, równe jak od linijki, niemal raziły bielą na tle śniadej skóry. Sprowadzały skojarzenie z czymś słodkim i apetycznym, jak pasek mlecznej pianki na wierzchu latte macchiato.

- Hola – mruknęła pogodnym tembrem podszytym delikatną chrypką.
Dla zabicia nudy przez kolejne minuty układała pasjansa na podręcznym datapadzie.

* * *

Korporacyjny pionek, który objaśniał im sedno zadania sprawiał wrażenie nieco zagubionego a to z kolei rodziło lukę, w której Felipa upatrzyła okazję. Tym się w końcu zajmowała – wyszukiwaniem okazji.
- A co z zaliczką? - kiedy przechdziła do interesów głos jej twardniał i przesiąkał pewnością siebie. - Pięć stów na głowę, panie Dirkuarera, wydaje się rozsądną kwotą.
- Zaliczką? - korporacyjny niemal zakrztusił się na tak skonstruowaną impertynencję. - Dostajecie dziesięć tysięcy jako fundusze operacyjne, te nie wydane wracają do nas. Sprawę rozliczeń za wykonanie zadanie każdy omawiał osobiście.
- Właśnie, senior Dirkuarera. Dziesięć kafli na odzyskanie przesyłki. Ja mówię o zaliczce na poczet zlecenia. Bierzecie przecież poprawkę, że ktoś z nas może przypłacić tą robotę życiem. Wtedy nie upomni się o salario, korporacja zaoszczędzi na jego doli. To mi wygląda na niebezpieczną trabajo senior. Zaliczka to zapewnienie, że nie wyjdzie się z pustymi rękami. Gwarantowane minimum.

Zleceniodawca pokręcił zdecydowanie głową.
- Nie, dostałem wyraźne zalecenia. Dostajecie do rąk fundusze Corp-Tech i choć będziemy potrafili je w razie czego odzyskać, to skąd mamy wiedzieć, że ktoś jednak nie spróbuje? Płatne tylko za wykonanie zadania. Jeśli polegniesz, a sprawę uda się rozwiązać jak trzeba, możesz wskazać w umowie osobę, która otrzyma wtedy wynagrodzenie. Nie ma pieniążków za nic, seniorita.
Ostatnie słowo mocno zaakcentował. Może nie był doświadczony w zarządzaniu, ale najwyraźniej nie znosił, jak ktoś próbował z nim pogrywać.

Ehhh. Korporacyjni i ich sztywny finansowy kręgosłup, który miał zakończenie w samym środku zwieracza. Felipa kilka razy wykonywała dla kogoś z korporacji pomniejsze usługi ale nigdy nie chcieli płacić z góry. Nie żeby ktoś rozsądny z góry płacił ale Felipa lubiła się upewnić, że – A – nie ma szans aby wycisnąć wyższą kwotę za kontrakt, B – nie ma szans aby wycisnąć coś od od razu. Pieniądz na twoim koncie to pewny pieniądz, suma zapisana na umowie to jedynie perspektywa, obiecująca acz wątpliwa. No cóż, i tak gra była warta świeczki. Porażkę w kwestiach finansowych momentalnie odłożyła na bok i przeszła do samego zlecenia.

- Byli jacyś świadkowie?
- Nawet jeśli byli, nic o tym nie wiemy - wzruszył ramionami.- W końcu to Queens. A i miejsce dobrane dobrze.

- Powiedział pan, że - zacytowała z pamięci, tyle że w ustach Felipy słowa zniekształcił silny latynoski akcent - kamery przestały cokolwiek widzieć. O jakie konkretnie kamery chodzi? I o której dokładnie godzinie odnotowano zakłócenia?
Spojrzał raz jeszcze na swój wyświetlacz.
- Dokładnie 4:28 w nocy, mam na myśli kamery na ulicach, przy niektórych budynkach a także tę w samochodzie kuriera. Wszystko co mogłoby nagrać to zdarzenie.
- Haker albo urządzenie zagłuszające sygnały audiowizualne - zastanawiała się na głos. - Sprawdzaliście pozostałe kamery w nieznacznym promieniu od miejsca zdarzenia patrząc wstecz od rzeczonej 4:28?
- Mamy nagrania z nich wszystkich, wszystkie dokładnie w tym samym momencie tracą obraz.
- Dokładnie o to mi chodziło, dziękuję – Latynoska stuknęła palcem w poręcz krzesła. - Istotnie akcja wygląda na dobrze przemyślaną i dopracowaną. A satelita? Czy satelita Corp-Techu nie zarejestrowała zdarzenia? Nie ma szans żeby obraz satelitarny uległ podobnym zakłóceniom.
Pokręcił ponownie głową, splatając ręce na piersi.
- Gdyby tylko jakiś satelita go wtedy śledził to tak, ale tak nie było. A w każdym razie nie nasz.

Śledzić? Do Felipy ten argument nie przemawiał. Mieli 2048 rok. Była przekonana, że satelity były w stanie objąć swoim zasięgiem całe miasto, rejestrować wszystko choćby we fragmentarycznych odstępach czasowych i później odgrzebywać pożądane miejsce i czas, robić zbliżenia, kadrować. Korporacje nie obnosiły się co prawda z technologiami jakimi dysponowały ale Felipa była przekonana, że mają na koncie spory wachlarz bajerów. Może ta sprawa nie ma aż tak wysokiego priorytetu a może po prostu oni nie są na tyle zaufanymi ludźmi aby dzielić się wewnętrznymi możliwościami korporacji.

- Czy mogłabym otrzymać zapisy z kamer w okolicy zdarzenia oraz zdjęcie i dane kuriera? Czy to był ktoś istotny? Mamy do czynienia albo z amatorami pacyfizmu albo człowiek ma jakąś wartość. Widać gołym okiem, że nie chcą świadków. Nasuwa się pytanie czemu go nie zabili?
- Nie wiemy czy go nie zabili, nie znaleźliśmy tylko ciała. Prześlę wam zapis z kamer i dane kuriera na wasze komunikatory. To nie był nikt znaczący, ale pracował w tym fachu przez 10 lat, cały czas dla nas, nie muszę też dodawać chyba, że był dokładnie sprawdzany, bardzo regularnie.

Potem padło pytanie o przywódce ich osobliwej ferajny ale Felipa zupełnie zignorowała temat. Poza tym to nie była kwestia najbardziej paląca a i pomysł podporządkowania komuś kogo nie znała i mu nie ufała niespecjalnie ją kusił.
Do dwunastej był szmat czasu. Do tej pory chciała zasięgnąć języka, posłuchać plotek o owym Spiridonie i przede wszystkim zarzucić sieć odnośnie przesyłki Corp-Techu. Ktokolwiek widział, ktokolwiek słyszał...

Trzeba też przejrzeć nagrania z kamer. Obstawiała, że te przestały działać symultanicznie po wysłaniu impulsu zakłócającego ich pracę w danym promieniu. Jeśli uda się prześledzić zasięg zakłóceń może określi się jego centrum i oszacuje źródło. Taki sprzęt nie mógł być wielkości babskiej puderniczki. Van, może truck?
Pracownicy Corp-Techu przeglądali już co prawda ten materiał ale Felipa niejednokrotnie przekonywała się, że garniaki i ludzie ulicy mają inny sposób postrzegania i przetrawiania informacji. Może zauważy coś co przeoczyli oni. Warto spróbować.



 

Ostatnio edytowane przez liliel : 02-09-2012 o 00:49.
liliel jest offline  
Stary 01-09-2012, 01:38   #6
 
Widz's Avatar
 
Reputacja: 1645 Widz ma wyłączoną reputację
Laski, dragi i kasa, tak miało wyglądać życie, gdy skończy czterdziestkę. Nie był nawet blisko! Wszystko przez jeden podpis, jedną głupotę, pieprzone szaleństwo, którego ogarnęło go, gdy jeszcze był szczylem. Jakże klął na tamten dzień, nawet jeśli nie zawsze. To były tylko chwile, łomotanie w napchany bajerami łeb, w którym nie zostało miejsca na cholerny mózg. Pokojowy piesek na smyczy, walący pod siebie i warczący na inne pieski obsikujące jego tereny łowieckie, jakim były co najwyżej kępki obesranej zieleni w central parku. Tak się czuł, gdy zadzwonili w środku nocy, twierdząc, że jest niezbędny. Zawsze tak było, niezbędny, niech ich szlag! Najpierw zatrudniają patałachów a potem nie dość, że każą posprzątać to jeszcze zwalają na ciebie winę. Przed szóstą to on się budził tylko w takich właśnie dniach. Niezbędny. Urwałby jaja tamtemu, gdyby tylko mógł po nie sięgnąć przez ten holofon.
Nie przeczył, dawali możliwości. Pozwalali dobrze zarobić.
Tylko dlaczego nigdy nie udawali, że jest się na krótkiej smyczy, kurwa! Ponad piętnaście lat tego samego. I nawet nikt nie mógł zaprzeczyć, że nie próbował. Tyle, że jeszcze nie nadszedł ten czas.

Wszedł do budynku nie zwracając uwagi na otoczenie. Ktoś go potrącił, wpadł na jakąś kobietę, która chyba była tu pierwszy raz, bo rozglądała się z rozdziawioną japą, warknął na jakiegoś frajera w garniaku. Nienawidził tego miejsca, przyzwyczajenie nie miało tu nic do rzeczy. Przeszedł obok bramek, machając strażnikowi identyfikatorem. Nie interesowało go jak na niego patrzyli. Jeden z niewielu tu czarnych, krótko ostrzyżony, z brodą domagającą się golenia i lekkimi śladami przedwczesnej siwizny, którymi nie chciało mu się nigdy zająć. Całkiem wysoki, o zdecydowanym kroku i takich ruchach, bez śladu tłuszczu pod starym, pomiętym i niedbałym ubraniem. Nawet przeciwsłoneczne okulary wyglądały na starodawne, kryjąc oczy średnio skutecznie. Nie to co te nowoczesne cudeńka, co przyczepiały się do skóry, dostosowując do kształtu twarzy. Nosił także plecak przewieszony przez ramię, co pasowało do tych wymuskanych korporacyjnych bubków tak samo, jak cała jego postać. Przynajmniej mordę miał tu rozpoznawalną, to i nie musiał się z niczego tłumaczyć.

Gdy superszybka winda wypluła go na odpowiednim piętrze, zorientował się, że nie jest ani za późno, ani za wcześnie. Opadł na krzesło bez słowa, tylko zerkając przelotnie na twarze już zebranych osób. Bardziej interesowały go ich dane, podobnie jak informacje o tym dyrektorku, który tu na nich czekał. W tym przypadku nie ucieszyło go to co znalazł. Przymknął oczy wyglądając jak ktoś korzystający z ostatnich chwil spokoju, ale jego wewnętrzna baza danych rozrzażyła się do czerwoności. Wyświetlacz ciskał mu przed oczy kolejne informacje, śladowe i podstawowe dane, które miał w systemie. Profile, niektóre puste, przesunęły się błyskawicznie i zniknęły, pozostawiając go z wiedzą. Palce mignęły na klawiaturze pod prawą ręką i muzyka zamilkła. Remo westchnął z ulgą i zanurzył się w fotelu, aż do momentu, gdy drzwi dyrektorskiego gabinetu się otworzyły i ich wpuścimły.
Wtedy zmienił miejsce i zrobił to samo, wyglądając na cholernie mało zainteresowanego. Tylko palce jego dłoni poruszały się jak kierowane własną wolą, gdy laluś pierdolił swoje. W wieku takiej technologii nie mogli się obyć bez tych pierdół, bo jakiś wysoko postawiony tatuś zrobił sobie pieprzonego synusia.

Remo nie zamierzał działać w oparciu o to, co koleś zechciał im łaskawie powiedzieć. Zwykle sieci były nie do złamania w krótkim okresie czasu, tyle, że ta tutaj była w dużym zakresie jego własnym dziełem. Tylko idiota nie zostawiłby sobie furtki, a jeszcze na taką odległość, gdy dyrektorek korzystał z przenośnego nośnika danych, to była prościzna. Zanim jeszcze tamten skończył opowiadać o miejscu, Kye miał już wszystko, przypatrując się temu co “znalazł”.
Cholera, jemu faktycznie nic nie powiedzieli!

Uniósł wzrok, wreszcie przyglądając się Alanowi dłużej, bez zbytniego przekonania. Pojawiły się dokumenty i pierwsze uwagi. Jaki słodki odgłos ludzkich głosów! Laski były jednak gorące, nawet jak nie dla niego, to miło było popatrzeć, zwłaszcza na tę z tatuażami. Miała coś w sobie, te kocie ruchy. Prychnął, tłumiąc śmiech z samego siebie i także pierwszy raz się odezwał, odpowiadając na gadkę tego z napakowanym oczkiem.
- Sanitariuszka to będzie ta tutaj - wykonał niewielki gest w stronę Jack. - A generałem pewnie ta - wzrok skierował na Ann. - Co nie zmienia faktu, że nie żadne z nas nie posłucha rozkazu obcego.
Wyświetlił sobie informacje o pubie. Mieli nawet menu. Gwizdnął na coś, czego inni widzieć nie mogli.
- No proszę, piliście kiedyś “Dziką Dziwkę”? Chyba lubię ten bar. To ja szefuniu już sobie pójdę. Mamy się spowiadać?
Błysnął zębami w kierunku Alana, zadając to pytanie w bardzo prowokujacy sposób. Przeciągnął umowę przed okiem. Wstał i rozprostował się.
- Mam wszystko co on nam może dać. Odwiedzę miejsce napadu, ktoś leci ze mną? Spotkanie pół godziny przed dwunastą styka, nie? Na holo macie mój numerek, dajcie znać gdzie.
Skierował się do wyjścia, nie mając już ochoty patrzeć na lalusia. Ani czekać na jakieś pieprzone oficjalne pozwolenie.
 
Widz jest offline  
Stary 01-09-2012, 12:04   #7
 
Eleanor's Avatar
 
Reputacja: 5367 Eleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputację
- Sierżancie! Mam dla was nowe zlecenie – Nathaniel Ferrick oparł się swobodnie o futrynę drzwi i przez chwilę patrzył z uśmiechem na idealną baddha konasana.
Ann nie przerwała ćwiczenia. Wykonała je do końca i wtedy dopiero popatrzyła na stojącego w drzwiach mężczyznę. Mimo prawie pięćdziesięciu lat, był nadal takim przedstawicielem męskiej płci, za którym kobiety oglądały się z prawdziwą przyjemnością niezależnie od wieku. Doskonale wiedziała, że regularne rysy, wysportowana sylwetka i widoczna w każdym ruchu pewność siebie, nie były wynikiem technologicznych poprawek czy biowszepów.
Nathan, jako jedyny w całej rodzinie nie dał się przekonać do eksperymentów na swoim ciele i umyśle.
- O tej porze pułkowniku? - Dziewczyna popatrzyła na holograficzne cyfry lewitujące nad nocnym stolikiem, układające się w wyraźną liczbę 00:12. - To musi być coś interesującego, skoro wyciągnęło z łóżka korporacyjnych ważniaków – odpowiedziała z uśmiechem.
- Poprosili mnie o przysługę. Nie dostałem konkretnych informacji... - zastanowił się chwilę – doszły do mnie informacje, że ktoś buchnął C-T coś naprawdę ważnego. Może ma to z tym coś wspólnego.
- Ciekawe.
- To tylko moje spekulacje. Może chodzić o coś zupełnie innego. Jeśli dowiem się więcej dam Ci znać. W każdym razie masz się zgłosić w Siedzibie na 54 piętrze o 6:30.
- Fiu fiu! To rzeczywiście musi być coś na czym im zależy, skoro stawia na nogi o takiej porze, kogoś powyżej trzydziestego piętra.


***

Ann patrzyła z przyjemnością na rozciągającą się od strony rzeki Hudson panoramę Manhattanu. Jej niezwykłe, jak na kogoś o wschodnich rysach, jasnozielone oczy, błyszczały radością. Nawet w strugach deszczu, dumnie wzbijające się w niebo sylwetki drapaczy chmur, wyglądały imponująco. Zawsze lubiła ten widok, a podróż poduszkowcem po wodzie, była o niebo przyjemniejsza niż mordowanie się w korkach na ulicach miasta.
Dziś miała dla siebie całkiem pusty górny pokład. Było jeszcze za wcześnie dla większości pracowników C-T mieszkających na State Island, a ci którzy musieli wstawać o tej porze, woleli tłoczyć się na dole w zamkniętym wnętrzu, niż wystawiać na podmuchy zacinającego deszczem wiatru.
Odgarnęła z twarzy mokre kosmyki włosów. Zdecydowała się na opadające poniżej ramion, klasycznie czarne, proste włosy, typowe dla przedstawicieli azjatyckiej rasy. Na początek raczej nie należało zbytnio zaskakiwać innych.
Jeśli to było możliwe, wolała nie przyciągać nadmiernie uwagi. Pewnie dlatego chodziła zazwyczaj w pseudowojskowych ubiorach, skutecznie tuszujących jej prawdziwe kształty. Zwłaszcza parka robiła doprawdy imponujące wrażenie, tym bardziej, że wyglądała na mocno wypchaną od środka, przedmiotami o raczej dziwnych gabarytach.
Ktoś znający się na rzeczy mógł zauważyć, że nie była to podróbka, ale autentyczna kurtka wojskowa, choć pozbawiona insygniów i pasująca zdecydowanie bardziej na wysokiego, barczystego mężczyznę niż na niezbyt wysoką, drobną i szczupłą dziewczynę.

Od kontemplowania widoku oderwał ją sygnał w holophonie o nadejściu wiadomości.
Przejrzała plik z informacją o innych osobach, które miały brać udział w zleconej jej sprawie. Dobór towarzystwa był nieco zaskakujący. Czy był to wynik pośpiechu w jakim zorganizowano spotkanie czy rzeczywiście wyniknęła potrzeba ściągnięcia ludzi o dość różnorodnych talentach, o tym miała się wkrótce sama przekonać.
Jej uwagę przyciągnęło jedno nazwisko: Kye Remo. Według Kennetha był chodzącą legendą. Hmmm... Ciekawie będzie obejrzeć sobie legendę.

Przepustka pozwalała wejść wszędzie, gdzie nie było specjalnych ograniczeń dostępu. Miała jeszcze trochę czasu, więc przed spotkaniem skorzystała z salki fitness na czterdziestym piętrze. Kilka relaksacyjnych ćwiczeń pozwalało się wyciszyć i uspokoić umysł.
Na miejscu pojawiła się na minutę przed wyznaczonym terminem. Nie było wiele czasu na przyglądanie się innym przed wejściem do gabinetu Dirkuera, po wejściu miała jednak wystarczająco dużo możliwości by się napatrzeć i pomyśleć. Jej odczucie dziwaczności doboru tylko się pogłębiło.
Skupiła się na informacjach o misji, dokładnie zapamiętując wyświetlane obrazy i słowa oraz kwestie poruszane przez innych.

Skrzywiła się na wzmiankę o „generale”. Co do jednego Remo miał rację. Nie wyglądali na takich, którzy mieliby ochotę posłuchać czyichś rozkazów.
Już wcześniej przywołała w pamięci mapę tej części Brooklynu i kiedy słynny hacker wstał i ruszył do wyjścia, podniosła się także z fotela i powiedziała spokojnie:
- Proszę poczekać panie Remo. Zabiorę się z panem. - Potem obrzuciła spojrzeniem resztę – Myślę, że należałoby porozmawiać i ustalić szczegóły zanim udamy się na umówione spotkanie. Proponuję Gialeti's Cafe inc. To jedną przecznicę od Pink Gloom.
 

Ostatnio edytowane przez Eleanor : 01-09-2012 o 12:18.
Eleanor jest offline  
Stary 03-09-2012, 23:50   #8
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 7648 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Godzina 11:26, środa, 2 wrzesień 2048
Gialeti's Cafe
Brooklyn, New York City
6 dni do wyborów, 62 godziny do wyczerpania się akumulatora


Alan z każdą chwilą tego spotkania wydawał się wyglądać gorzej. Widział doskonale jak skąpymi dysponuje danymi, mimo pracy w tak wielkiej korporacji. Poznawał właśnie te gorsze strony bycia dyrektorem - wiedział dokładnie tyle, ile mu przekazano, a jednocześnie musiał świecić oczami, że to już wszystko co mogą dać ludziom wyznaczonym do wykonania roboty. Tak było zawsze i to najwyraźniej wcale nie miało się zmienić, niezależnie od czasów, w których się żyło. Dlatego odetchnął niemalże z ulgą, gdy odprawa kończyła się, a wszyscy zgodzili się z warunkami umowy i klauzuli poufności. Na słowa Kye’a niemal stracił kontrolę nad sobą, ale w ostatniej chwili powstrzymał wybuch.
- Tak, panie Remo. Chcę wiedzieć o wszystkich zebranych informacjach i waszych poczynaniach, jeśli będą mogły one mieć jakieś poważniejsze konsekwencje. Z mojej strony możecie liczyć na wszelką pomoc, którą będę w stanie udzielić. Przekażę wam jeszcze dane z oględzin miejsca zdarzenia i zapis z kamer. Bezpośrednio nie musicie się tutaj meldować przed zakończeniem misji. Jeśli będą jeszcze jakieś pytania to macie już moje namiary. Terrence otrzyma środki pieniężne, o których rozmawialiśmy.
To było wszystko, zresztą już większość niezbyt go pewnie słuchała. Kye już nawet zdążył wyjść zatrzymując się tylko ze względu na słowa Ann, chcącej do niego dołączyć. Potem przystała na to także Felipa. Pozostali opuścili Corp-Tower pojedynczo, chcąc najpierw pozałatwiać swoje sprawy, skorzystawszy przy okazji z własnych źródeł informacji.

Najpierw mogli sprawdzić informacje, które przesłano na ich holofony. Pierwszy był tam zapis z pięciu kamer. Trzy z nich znajdowały się bezpośrednio na węźle, pokazując oświetlone ulice, którymi przejeżdżały dość nieliczne o tamtej godzinie samochody. O 4:28 wszystkie zgasły i choć przyglądali się uważnie, nie dostrzegli istotnych szczegółów mogących wskazać na sprawcę. Na jednej z nich ktoś oznaczył markerem zbliżający się czarny van kuriera, ale obraz zniknął przed pojawieniem się szczegółów. Obraz zbliżono maksymalnie, ale to wciąż były chwile przed atakiem, więc nie zawierały istotnych informacji. Gdy obraz wrócił, było już po wszystkim. Jedna z kamer miała w obiektywie porzucony samochód kuriera, Stojący na bocznym pasie drogi nr 678, dokładnie dziesięć minut po tym, jak kamery zostały wyłączone. Były jeszcze dwie inne, również zagłuszone przez ten czas. Jedna znajdowała się po północnej stronie węzła, przy jednym z budynków, ale nawet nie obejmowała swoim obiektywem miejsca zdarzenia, zasłonięta przez wiadukt. Druga była umieszczona przy stacji kontroli pojazdów, miała mechanizm poruszający ją nieregularnie, sam sprzęt także był znacznie nowszej generacji niż pozostałe kamery. Rzecz jasna został równie skutecznie zagłuszony, tyle, że obiektyw skierowany z boku na trasę obejmował całe miejsce zdarzenia pod niezłym kątem. Nie spostrzegli nigdzie podejrzanych zaparkowanych pojazdów, prócz parkingu przy samej stacji, ale te wydawały się puste. Za vanem kuriera jechał jeszcze jeden pojazd, srebrny Ford Tatsujin, model sprzed co najmniej kilku lat, zasilany elektrycznie. Van był modelem na zamówienie, ciężko było stwierdzić na czym jeździł. W każdym razie wydawało się przez krótką chwilę, że oba samochody zwalniają, gdy obraz z kamery zniknął. I to było wszystko.

Lee Huang, kurier, również nie pomógł. Jego profil był wręcz nudny, chociaż on zam był zambo, dziwnie wyglądającą w jego przypadku mieszanką żółtej i czarnej rasy. Wydatne wargi i skośne oczy średnio do siebie pasowały. Pracował dziesięć lat, zdobywając kolejne poziomy wtajemniczenia, a robił to od osiemnastego roku życia, więc C-T już dawno go całkowicie sobie podporządkowało. W tym co dostali nie było zupełnie nic, co mogłoby stawiać go w marnym świetle... ale oczywiście gdyby było, to nigdy nie powierzono by mu takiej misji. Ciekawe czy prawda była inna.
Otrzymali także zebrane na szybko informacje na temat “Pink Gloom”. Część informacji była zresztą dostępna w chmurze, globalnej sieci informacyjnej i reklamowej. Był to bar punkowy, utrzymany w klimatach ulicznych z masą neonów atakujących ze wszystkich stron wraz z ciężką, wydającą się nie mieć sensu muzyką. Po części była to tylko przykrywka. Cały lokal był zadrutowany i zabezpieczony. Zapewniał dyskrecję i możliwość ustawienia spotkania, wielu nazywało go wręcz terenem neutralnym. Nie działała tam żadna aparatura “z zewnątrz”, a wszelkie próby były monitorowane. Spiridon nie wybrał tego miejsca bez powodu.


MADSEN

Dotarcie do domu, przebranie i cała reszta pomniejszych spraw zajęła mu trochę czasu. Poruszanie się po Manhattanie w tych godzinach było koszmarem, ale dzięki temu doczekał się na swoim holofonie dalszych danych, chociaż informacje były wyjątkowo skromne. Lista osób mających informacje o planowanym przerzucie paczki zawierała tylko trzy nazwisko, wszystko jedna komórka, nisko dość postawiona w strukturze Corp-Techu. Czego w sumie się spodziewał? Przynajmniej kilku osobników “z góry” musiało być pośrednio lub bezpośrednio zaangażowanych to, lub poinformowanych, tyle, że Terrence był zbyt małym pionkiem, aby takie informacje mu powierzać.
Nie lepiej poszło z informacjami o współpracownikach przy tej misji. W przypadku Ann i Jack były to podstawowe informacje o ich specjalizacji, w pierwszym przypadku saperskiej, w drugim - medycznej o kierunku cyberwszczepów. O Edzie czy Felipie nie było tu ani słowa, a przy profilu Kye’a otrzymał tylko informację “sprawdź swoją dupę”, co także było pewnym wyznacznikiem, bo baza była ogólnym spisem pracowników i współpracowników C-T, dostępnym tylko dla wybranych osób.
Dostał także mapę, z wyliczonym przez komputer zasięgiem i wysokościami, co dawało wynik dwudziestu trzech budynków, z których było widać miejsce zdarzenia. Wykluczając te znajdujące się dalej niż dwieście metrów, wciąż pozostawało ich dziewięć. Zaczynając od znajdującej się najbliżej stacji kontroli pojazdów, kilku mieszkalnych molochów oraz jednego znajdującego się na północ zakładu przemysłowego, według oficjalnych informacji zajmującego się przetwarzaniem tłuszczów roślinnych.


EVANS

Pub Tommiego był całkiem pusty o tej porze. Tylko jego właściciel siedział za barem, grubym tyłkiem ledwo mieszcząc się na wysokim stołku i bez większego zainteresowania wpatrywał się w ogromny wyświetlacz na ścianie, gdzie właśnie leciały jakieś wiadomości. Pani o idealnej prezencji właśnie prowadziła wywiad z jednym z kandydatów na burmistrza. Metys, z którym rozmawiała, nie był aż tak idealny i wymuskany, ale z twarzy wzbudzał zaufanie. Jack nie słuchała zbyt uważnie, ale i tak do jej uszu dotarły urywki wypowiedzi.
...chciałbym przywrócić jedność naszemu miastu, przestać dzielić je na korporacyjne i biedne, niezależnie od koloru skóry i pochodzenia... wystarczy zobaczyć co się dzieje w niektórych dzielnicach...
To nie do końca była zwykła gadka, prawie nigdy nie zdarzało się, aby kandydat zgłaszał coś takiego, zwykle bowiem popierali którąś z korporacji, ewentualnie jeszcze rząd wchodził w rachubę. Tommy wreszcie zobaczył gościa i uśmiechnął się. Znał wszystkich stałych gości.
- Jack! O tej porze? To jeszcze chyba kaca nie złapałaś, może więc coś na ząb najpierw?
Roześmiał się, ale potem wyjaśniła mu po co przyszła, ale szybko rozłożył ręce.
- Imię mi nic nie mówi, nie bywa tu taki. A i Queens daleko, maleńka, jeśli wieści dotrą to dopiero za jakiś czas.

Dotarcie do szpitala zajęło jej trochę czasu. Budynek był stary, odrapany i pokryty częściowo neografitti; chociaż był powiązany z Corp-Techem, to w tej dzielnicy dotacje nie były duże i wszystko szło na sprzęt i ludzi, a nie wygląd. Bez tych dopłat wszystko rozpadłoby się dawno, prywatne szpitale w takich miejscach miejsca bytu nie miały. Personel składał się głównie z kolorowych, Jack była jedną z bardzo niewielu białych, których procentowo wśród pacjentów było chyba jeszcze mniej. Dawno przestała się tym przejmować, w końcu liczyło się to co robiła, a akurat sprzęt, którego korzystała, wciąż był w znośnej kondycji. Tylko nie należało zaglądać na ten przykład do szpitali w centrum Manhattanu bądź New Jersey City, gdzie mieściły się domy co bogatszych ludzi korporacji, wtedy różnica stawała się wyraźna. Tutaj, na granicy Bronxu, wszystko wyglądało inaczej. Ale nie kiblowała tu w nagrodę, bo i na nią niezbyt zasłużyła z punktu widzenia szefów w Corp-Techu.
Dziś znów miała dyżur, chociaż dopiero nocny, co nie zmieniało faktu, że powinna załatwić sobie zastępstwo i powiadomić szefa. Pewnie wystarczyłoby to drugie, skoro została zatrudniona oficjalnie przez C-T, co powinno bez problemu zwolnić ją ze zwykłych obowiązków. Zabrała potrzebne rzeczy, takie na które wystarczyło zwykłe pokwitowania. Torba była spora, większość sprzętu medycznego, który w niej nosiła, było łatwo dostępna, ale miała też kilka środków, których nie można było ot tak nabyć w aptece. Na błyskawiczne leczenie ran w ogniu walki liczyć nie było co, takie zabawki były cholernie drogie a szpital trzymał je w specjalnych pomieszczeniach.


WALTERS

Walters miał do załatwienia przynajmniej kilka spraw, ale w końcu i tak skierował się do klubu, w którym pracowała także Audrey. O tej porze ta dziura była zamknięta dla obcych, a Ed i tak miał jeszcze kilka godzin, po tym jak przebrał się i załatwił rzeczy, które mógł zrobić na odległość. Wszedł do środka tylnym wejściem, od razu kierując się na zaplecze baru, skąd już od wejścia słyszał głosy i czuł zapach dymu. Zastał tam trzech członków Bezsennych Aniołów tnących w karty za zastawionym alkoholem i fajkami. Technologia mogła iść do przodu, ale to nigdy się nie zmieniało. Jarvis i Roy robili tu często za ochroniarzy, więc ich widok nie dziwił, ale Szwagier raczej powinien być raczej gdzieś indziej. On też palił coś innego od tytoniu. Dostrzegł Eda i machnął mu ręką, wskazując czwarte, puste miejsce przy stoliku.
- Przyda nam się czwarty, siadaj! Co tam?
Był już trochę zjarany, dwaj pozostali lekko podchmieleni, do upicia brakowało im jeszcze dużo. Kilka rozdań i od słowa do słowa przeszedł do ciekawiących go rzeczy.
- Akcja w Queens? Ta, mówią, że zawodowcy, a potem zjawiły się zjeby z CiTi i pozamiatały. Nawet nikt nie pierdnął, mówię ci.
Zaciągnął się porządnie, kręcąc głową.
- Mówią, że coś buchnęli, ale to nie wypłynęło. Pewnie myślą jak się pozbyć znaczków korporacji ze sprzętu. Na naszym terenie, odważne sukinsyny!
Jarvis pokręcił głową, rzucając kolejną kartę na stół. Był wielkim facetem, talia wyglądała w jego wielkiej jak bochen łapie jak zabaweczka dla niemowlaka. Nie był zbyt wygadany, chociaż w małym gronie przy swoich był czasami bardziej gadatliwy od Roya, który głowił się nad następnym ruchem.
- Mieli cynk, zwinęli co chcieli i ich już nie zobaczymy, takie moje zdanie. Zdarzało się już kilka razy. Kiedyś podpieprzyli całą furgonetkę Umbrelli, pamiętacie?
Roy przytaknął, rzucając kartę, a potem sięgając po szklankę.
- Ta, bo to kurwa jakaś chłodnia była i nie mogli przepakować na miejscu. Ile to było, z miesiąc temu? Niewiele się tym interesowaliśmy, bo to już prawie nie u nas. Ciekawe czy to ci sami.
Grali dalej, pozostawiając Eda z jego własnymi myślami. O Spiridonie nic nie wiedzieli, ale kilka telefonów pozwoliło zidentyfikować gościa jako śliskiego typka z Brooklynu, mało się wychylającego i drobnego fixera. Nic spektakularnego nie zrobił, żył też zgodnie z zasadami panującymi w okolicy, może nawet kiedyś współpracował przez chwilę i z Aniołami. Oba bary były zaś znane nawet samemu Waltersowi, gdy już wytężył pamięć.
Pink Gloom faktycznie było terenem neutralnym, jak określili to ludzie z CT. Elliot Hammers pilnował, aby tak zostało, nie mając oporów przed płaceniem, gdy tego wymagał obrót spraw, ale dbał równie mocno o to, aby nie być w strefie wpływów tylko jednego z gangów i z żadnym nie być bezpośrednio powiązanym. Neutralność w końcu mówiła sama za siebie. Gialeti Cafe było natomiast podległe Aniołom, ale to było wszystko, co sobie Ed o tym przypomniał. To i fakt, że było prowadzone przez jakiegoś świra z manią na punkcie “włoskości”. Ferrick raczej nie wybrała tego z innego względu od tego, że było blisko miejsca spotkania ze Spiridonem.


FERRICK, JESUS, REMO

Remo posiadał Mustanga, który mimo elektrycznego silnika drżał i wydawał dźwięk analogiczny do tego, jakie wydawały stare diesle, które już po ulicach nie jeździły. Nie przewoził pasażerów zbyt często, ale teraz przynajmniej miał tu dwie niezłe laski. One widziały to nieco inaczej - Kye raczej nie sprzątał tu zbyt często, mimo braku brzydkiego zapachu, to trzeba było zrzucić kilka rzeczy z siedzeń, aby w ogóle móc usiąść. Droga do Queens była stąd długa, ale mieli czas.
Felipa wykorzystywała go do nieustannego rozmawiania przez telefon. Ilość jej znajomości była zdumiewająca, ale wszystkie pytania, które zadawała, prostą czy okrężną drogą, były takie same. Niestety odpowiedź prawie zawsze również była taka sama. Tylko jeden z jej kontaktów natknął się na kogoś o imieniu Spiridon, drobnego fixera. Podobnie jak tylko dwóch słyszało w ogóle o akcji w Queens, zasłyszawszy wieści w zupełnie innym miejscu. Ale to było tyle, w Bronxie nie interesowali się zbytnio szczegółami życia innych dzielnic, zwłaszcza jeśli zupełnie nie dotyczyło to ich samych. Po tych rozmowach była pewna, że na terenie jej gangu nie wypłynął podejrzany towar, a także faktu, że Spiridon w jej dzielnicy nigdy nie działał. Co nie dziwiło, fixerzy rzadko zapuszczali się poza swój teren.
Kye zapuścił pytania do sieci, prostym skryptem rozpraszając je po różnych jej zakątkach. Odpowiedzi były szybkie, chociaż tym razem nie używał swojego imienia i nazwiska, posługując się pseudonimem. Znalazł się ktoś, kto kiedyś korzystał z usług Spiridona, uważając, że gościu jej godny zaufania, chociaż jego skuteczność nie była duża. Znacznie ciekawiej było po pytaniu o “dziurze w komunikacji’ w Queens. Obejmowała cały obszar węzła i jego okolic, a dla hakerów zawsze był to dobry temat do rozmów. Nikt nie miał pojęcia czego użyto, ale sprzęt musiał być absolutnie najnowszej generacji, bowiem padło wszystko, co do komunikacji potrzebne. Nawet sprzęty domowe ześwirowały. Na podstawie tych informacji i mapy doszli do wniosku, że mogło mieć promień trzystumetrowy, tak tylko zahaczyłoby o istotną ilość mieszkalnych wysokościowców. Jako najczęstszą powtarzaną przyczynę zakłóceń podawano impuls EMP, zastanawiając się tylko dlaczego trwało to dokładnie dziesięć minut.

Węzeł był jednym z tych wielkich drogowych rozgałęzień i połączeń, których w NYC było co najmniej kilkanaście. Tutaj łączył drogę stanową z tutejszymi, pozwalając tej pierwszej bezkolizyjnie i bez udziału świateł mijać miasto. Teraz panował tu duży ruch, nie było też mowy, aby kręcili się tutaj piesi. Miejsce przejęcie znajdowało się tuż przy zjeździe z 678, Remo musiał się nieźle nagimnastykować i wykorzystać GPS-a, aby wykręcić odpowiednio i podjechać z dobrej strony, zatrzymując się w zupełnie nielegalnym miejscu, ale dokładnie tam, gdzie znaleziono vana. Włączył awaryjne, ale nie mogli liczyć na znalezienie tu niczego. Nie użyto w tym miejscu ładunków wybuchowych ani chemikaliów, nie było śladów spalenizny ani nawet jakiegoś ostrego hamowania. Nic. Według informacji, które otrzymali, znaleziony samochód pozbawiony był wszelkich uszkodzeń, nawet śladów potencjalnego włamania, niczym idealna robota “od wewnątrz”. Z miejsca w którym się znajdowali widzieli stację kontroli pojazdów na południu i zakłady przemysłowe na północy, wraz z ich wysokimi kominami. Trochę dalej na południu były budynki mieszkalne, typowe wielkie bloki betonu i żelaza. Budynki z innych kierunków były znacznie dalej, wszystko także mieszkalne wysokościowce. Aby coś widzieć stamtąd, trzeba było mieć lornetkę i śledzić przebieg akcji. Nie było też mowy, żeby z poziomu ulicy zauważyć co tu się działo. Miejsce było wybrane niemal idealnie. Zarówno Remo jak i Felipa mieli mnóstwo możliwości, aby zacząć je sprawdzać... tylko czy jakaś z nich doprowadzi do jakichś konkretów? CT podobno wypytało już ludzi z pobliskich budynków. Biorąc poprawkę na czas potrzebny na dojazd do miejsca spotkania z pozostałymi, mieli jeszcze dwie godziny na pochwycenie tropu.


Gialeti's Cafe kiedyś może faktycznie było włoską kawiarnią, teraz zaś było... ciężko powiedzieć czym. Włochy jako kraj obecnie nie istniał, tutejszy właściciel, Johnny Eppsi z Włochami nie miał nic wspólnego, ale za to miał wyraźną ochotę podążać za swoimi wyobrażeniami. Było więc jaskrawie - różowo, neony w kształcie serduszek witały już na progu. W środku witała skoczna muzyczka, chyba mająca być włoską, a także szum morza i wystrój będący połączeniem plaży i wszelkich zabytków z tego europejskiego kraju. Także morda samego właściciela witała od progu, wyświetlana na hologramach, witająca i szczerząca białe ząbki. Trzeba przyznać, że tu się Johnny postarał - miał okrągłą, ciemną twarz, czarne włosy i lekko pękaty brzuch, niemal jak idealny stereotypowy Włoch, tak jak go sobie tu wyobrażano. Co więcej, kelnerki także temu nie ustępowały. Długonogie, o pociągłych twarzach i długich czarnych włosach wyglądały jak rodzone siostry po zbyt długim podgrzewaniu na solarce. Chodziły sztywno, cały czas starając się pokazywać zęby w uśmiechu. Operacje, które im zaserwowano, chyba obejmowały tylko wygląd zewnętrzny, pozostawiając niepełną sprawność ciału.
Nie było to może najlepsze miejsce, ale za to znajdowało się nieopodal miejsca ich docelowego spotkania, a na dodatek można było tu spokojnie porozmawiać. Miejsce przyciągało podobnych do właściciela świrów, a także wielbicieli włoskich potraw, czy przynajmniej wyobrażenia o włoskich potrawach. W końcu zjawili się tu wszyscy z ich grupy. Terrence i Ed przebrali się, choć ten pierwszy prawie niezauważalnie. Chodzenie w garniaku musiało być jego drugą naturą. Walters natomiast strojem przypominał teraz trochę wygląd Felipy, chociaż oczywiście nie było mowy o choćby zbieżności nazw na kurtkach.
Było pewne jedno: jeśli Madsen wejdzie do “Pink Gloom” to będzie się tam wyróżniał jak biały w dzielnicy czarnych późnym wieczorem.
 

Ostatnio edytowane przez Sekal : 09-09-2012 o 14:11.
Sekal jest offline  
Stary 07-09-2012, 08:48   #9
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 21130 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację





Ed siedział naprzeciw starszego faceta, który mimo słusznego wieku i dzięki technologii, wciąż trzymał się życia niczym stary i groźny niedźwiedź górskiego lasu.
- Fuchę mam szefie na boku, to i wolne wziąć chciałem. Junior poradzi sobie beze mnie. Towar już niemal gotowy. Zostały detale. Materiał jest czysty jak łzy panienki przenajświętszej.
- Że jaka to robota mówiłeś? – zapytał stary Jorgensten przelotnie patrząc na Waltersa między gaszeniem skręta a odpalaniem kolejnego peta. Ponoć palił jak piec martenowski odkąd wszczepili mu nowe, nie do zdarcia płuca.
- Nie mówiłem. – uśmiechnął się krzywo Ed. – Sprawa jest błaha, zresztą wolałbyś nie wiedzieć. Pomagając komuś mam okazję wyrównać rachunek z kicia. I jeszcze nieźle zarobić.
- Jak mówisz, że Junior se poradzi, to niby nie ma sprawy... Ale chłopaków nie potrzebujesz?
- Nie. Będę wycierał się po mieście przez kilka dni z kolorowymi. – parsknął śmiechem. - Ponury dzień. Słota. - rozłożył ręce.
- Biznes jest biznes. – Swen pokiwał głową. – Znałem kiedyś jednego smolucha, co mi w pamięci szczególnie został.

O nie! – Walters sięgnął w stronę papierośnicy obróconej ku niemu przez szefa. – Kurwa tylko niech nie zaczyna znowu pierdolić o tym co było chuj wie ile lat temu... – Ed uśmiechnął się przeciągając w palcach skręta.

Jednak Jorgensten tylko spojrzał jakby przez szczerbinkę z założonych w krzyżaczek na stół harleyowych butów, na wiszącą nad zasłoniętymi żaluzjami gablotkę, w której za szkłem wisiała czarna kurtka motocyklowa z tagiem Sgt at Arms, lecz nic więcej nie powiedział. Walters odpalił fajkę nie przeszkadzając w zadumie starego.
- Taaak. – Jorgensten ocknął się kiedy żar przypalił mu palec. – Tylko smrodu dla Aniołów nie narób. – poradził spokojnie, lecz Ed nie jeden raz słyszał ten jego ton głosu, który bynajmniej sugerował lekkość wypowiadanych słów.
- Jasne.
- Coś jeszcze?
- Nie. A właściwie tak. Słyszałeś o dzisiejszych kangurach przed świtem.
– wyraźnie stwierdził Ed. – Chcesz żebym kazał chłopakom powęszyć, kto zaczyna regularnie u nas homeruny zapierdalać?
Jorgensten przyjrzał się mu poważnie, że aż trochę gorąco się Waltersowi zrobiło.
- Nie, no spoko, tak tylko pomyślałem, że trzeba im szybko łeb ukręcić, dla przykładu.
- Chłopaki mają co robić. Będziesz się szwendał na mieście to sam się rozejrzyj.
– zawyrokował starszy gość o pokrytej zmarszczkami i bliznami twarzy.
- Ja? – bardzo chciał aby aby jego mina sugerowała, że się wolałby w język ugryźć niż tym zajmować.
- No chyba, że nie ja. – Jorg uniósł siwą brew marszcząc czoło. - Jak co znajdziesz to melduj dla Juniora. Chcę wiedzieć kto i co pierdolnął z tego wozu dla naszego kochanego „Korpu”. Jaja im urwę.
- Okay. – Ed zgasił niedopałek w mosiężnej popielnicy. – Jak się da to się zrobi.



***



Wsiadł na motor, który stał w rzędzie kilkudziesięciu mu podobnych, ustawionych wzdłuż chodnika. Zakładając kask dostrzegł w oknie na piętrze znajomą sylwetkę Audrey. Blondynka posłała mu wraz uśmiechem całusa zdmuchniętego z otwartej dłoni. Puścił jej oczko. Głupia dupa, pomyślał odjeżdżając.

Zaparkował przed wejściem do włoskiej spelunki. Kiedy stanął w drzwiach, właściciel na jego widok uśmiechnął się przymilnie.
- Bongiorno!
- Sie masz... – Ed zawiesił głos w pamięci szukając imienia pseudo italiańca – ... Gialetti?
- Johnny, Eppsi... – szybko poprawił go facet, na co Walters przepraszającym gestem teatralnie pacnął się dłonią w czoło, jakby doprawdy mógł to zapomnieć! - Bene, bene! – Johnny wytarł spocone ręce w czarny garnitur z połyskiem. - Zapraszam!

Ed rozejrzał się po knajpie szukając wzrokiem znajomych twarzy. Musiał chyba być pierwszy. Od razu wpadł mu w oko stolik w kącie pod oknem z tabliczką „Reserved”. Mijając ludzi podszedł do upatrzonego miejsca i przetrącił rezerwację. W dupie miał, że mogła nie być jego nowych kolegów i koleżanek. On przecież nie rezerwował żadnego stołu. W powietrzu unosiła się włoska melodia rodem z głośników italiańskiego sklepu spożywczego, jakich jeszcze kilka z sentymentu było w Małej Italii. Tutaj ten joint był jednym z reliktów makaroniarzy mieszkających na Brooklynie.




***



- Spiridion... Jak to ten sam, to szczurkowata gadzina od małych przekrętów. Działa na tym terenie. Jak go zobaczę to rozpoznam raczej na pewno. Albo głupi jest frajer, że palce macza w tym towarze bez wiedzy i zgody Aniołów, albo ma naprawdę duże facet jaja... albo plecy... – Walters wzruszył ramionami. - Na mieście nie wiadomo kto rąbnął przesyłkę. Miesiąc temu ktoś zrobił Umbrellę, też na samowolkę na tym terenie... Może to ta sama ekipa. No i znaleźliście tam coś na rozjazdach? – zapytał Ed posilając się zamówioną lazanią. – Czy pozamiatali koncertowo? - wypełnił swój kufel po brzegi z pękatego pichera patrząc po twarzach nowych znajomych. Czarnego, Rustlera, Żółtej, Krótkowłosej i Gajera.
 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill
Campo Viejo jest offline  
Stary 07-09-2012, 08:54   #10
 
Reinhard's Avatar
 
Reputacja: 7330 Reinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputację
Czas gonił.
Madsen przejrzał dane. Musiał sprawdzić, czy ktoś ze znajomych nie pracował w ochronie stacji pojazdów lub zakładu przemysłowego, ale nie nastawiał się na oszałamiający sukces. Więcej szans miał przy blokach mieszkalnych.
W tego typu molochach mieszkają dilerzy i ripperdocowie, korzystając z mieszanki anonimowości i dostępności. Jedyne osoby, które mogą zaobserwować ich działalność, to sprzątaczki i bezrobotni dziwacy, którzy nie korzystają z Sieci - no i oczywiście klienci. By przetrwać w interesie wystarczająco długo, montują własne kamery, które ostrzegają ich o zbliżaniu się policji lub innych niebezpieczeństw. Węzeł komunikacyjny będący główną drogą dojazdu do bloku zapewne zasługiwał na monitorowanie.
Oczywiście policja używa zagłuszaczy sygnału, więc kamery przynajmniej niektórych z "prywatnych przedsiębiorców" są zabezpieczone na tę okoliczność. Pytanie, czy jego powiązania wystarczą, by zlokalizować taką kamerę, i czy nagranie będzie zawierało jakieś informacje.
Wysłał kilka komunikatów z prośbą o kontakt. Na uruchomienie informatorów teraz nie było czasu. Zresztą, może na spotkaniu czegoś się dowie.

Starym zwyczajem, docierając do miejsca przeznaczenia, zrobił rundkę po okolicach lokalu. Nie pasował do wystroju, ale w końcu to Nowy Jork a nie jakieś Smallville. Wszedł do lokalu. Nie sposób było nie spostrzec szczęśliwego inaczej Waltersa. Przysiadł się i zamówił specjalność zakładu.
 

Ostatnio edytowane przez Reinhard : 07-09-2012 o 09:14.
Reinhard jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:10.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170