Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-04-2013, 23:10   #1
 
Sekal's Avatar
 
Strefa Zagrożenia




Godzina 06:12 czasu lokalnego
Wtorek, 15 grudzień 2048
Mogadiszu, Somalia


Fale tłukły o kadłub wielkiego kontenerowca, sunącego przez wodę niczym jakaś majestatyczna bestia. Stalowa, olbrzymia sylwetka nowoczesnej barki, kołysała się powoli, leniwie nawet, poddając się atakom niepowstrzymanego żywiołu. Gdzieś w oddali co chwilę pojawiały się jasne zygzaki błyskawic, gwałtownie rozświetlające czyste nocne niebo. Takie burze, wspomagane przez porywisty, choć ciepły wiatr, nie były w tym rejonie niczym nadzwyczajnym ostatnimi czasy. Nigdy prawie nie przynosiły deszczu, co nie znaczy, że poruszający się po pokładzie marynarze mogli uznać tę noc za suchą. Rozbijające się o burty i siebie nawzajem fale zalewały wodą wszystko na swojej drodze, gdy niewielkie na tym tle sylwetki ludzi kręciły się pośród maszynerii i setek a może nawet tysięcy kolorowych kontenerów, pokrywających nierówno pokład tego statku. Bardzo uważny obserwator, uparty może, który zainteresowany byłby "Bumerangiem", zastanowiłby się nad tym nierównym ułożeniem.

Każdy przecież wie, że odkąd wszedł do użytku ten sposób transportu morskiego, kontenery zawsze ustawiane były jeden obok drugiego, w celu uniknięcia uszkodzeń na wzburzonym morzu. Teraz również tak by uczyniono, gdyby nie fakt, że podczas tego rejsu statek miał posłużyć jeszcze do innego zadania. Marynarze przemierzali więc pokład, z niewyraźnymi minami spoglądając na trzeszczące z wysiłku stalowe liny i zapalając nieliczne światła pozycyjne, pozwalające dostrzec ich z daleka. Zdaniem każdego z nich, robienie czegoś podobnego było szaleństwem. Nikt ich nie słuchał.
Samoloty pionowego startu lądowały na pokładzie dwukrotnie tej nocy, za każdym razem skrywając się za ścianą kontenerów i szybko ponownie startując, znikając w czerni nocy. Szczęśliwie burza nie pokrzyżowała tych planów.

Choć ci, których przewożono we wnętrzach nowoczesnych podniebnych transportowców, mogli mieć bardzo odmienne zdanie i cieszyć się znacznie mniej. Nie wymyślono jeszcze bowiem niczego, co niweluje wątpliwe przyjemności latania pośród burzy.


Zahe

To miał być krótki, jednorazowy kontrakt. Blue Zahe przyjęła go, nie zastanawiając się głębiej nad tym faktem. A może potrzeba opuszczenia pewnych miejsc była silniejsza od zdrowego rozsądku? Powodów mogło być mnóstwo, fakt był jeden. Niedługo po podpisaniu odpowiedniego dokumentu lądowała już na niezbyt dużym lotnisku niedaleko Al Mukalli, największego miasta byłego Jemenu, a teraz Federacji Państw Arabskich.
Nieszczególnie było przyjazne, na szczęście miała spędzić tu tylko kilka godzin. Grudzień zaczął się już jakiś czas temu, tu ciągle jednakże panowały upały, sięgające trzydziestu stopni, co w obecnych czasach zdarzało się coraz rzadziej. Inna sprawa, że zima temperaturę obniżała, na pustyniach w letnie miesiące ciągle nie dało się wytrzymać. A tutaj, wokół pięćset tysięcznego miasta portowego, rozciągało się morze piasku i skały. Te ostatnie, pnące się ostro w górę, otaczały kawałek równego, nisko położonego terenu, gęsto zabudowanego prawie identycznymi, bielonymi domami.
Znalazła się w zupełnie innym świecie. Widziała groźne, nieufne i wściekłe spojrzenia. Lub gorzej, pełne żądzy. Świat arabski, uderzony odejściem od ropy naftowej, staczał się coraz bardziej. Tu, w porcie, ludzie mogli przynajmniej łowić ryby. W miastach głębiej na pustyni biali nie mieli co się pojawiać.

Bezpieczniej było nie opuszczać lotniska, gdzie mogła poczynić ewentualne zakupy. Niewiele wiedziała o tym co będzie musiała robić. Płacono dobrze, pięćdziesiąt tysięcy, w tym pięć zaliczki. Za kilka dni pracy to niewiele, za to wysyłano ją przecież do strefy wojny, tym bowiem było Mogadiszu w obecnych dniach. Może nie otwartej wojny, to afrykańskie miasto z pewnością nie należało do spokojnych, a Blue dodatkowo miała być członkiem większej, dokładnie poinformowanej o szczegółach grupy. Człowiek z którym rozmawiała, niejaki Sato, twierdził też, że jeśli dobrze się sprawi, może liczyć na dłuższe zatrudnienie, także bardzo dobrze płatne.
Czy ryzyko miało się opłacić, to już zahaczało o wróżenie z fusów.
Gdy nadszedł późny wieczór, noc prawie, skierowała się na lądowisko dla helikopterów i samolotów pionowego startu. Znaczyło to, że raczej nie jest planowany turystyczny, bezpośredni lot do stolicy Somalii.


Øksendal

Czasami dobre intencje mają skutek odwrotny do zamierzonego. Bywa również tak, że ostatecznie wcale nie mają nic wspólnego z byciem "dobrymi", nawet jeśli takie okazują się być na pierwszy rzut oka. Dla większego spokoju sumienia można nazwać to pułapką, wtedy znacząco spada ilość winnych. Przyjaciółka załatwiła już wszystko. Tylko wsiąść do samolotu, lecącego na drugi koniec świata. Jeanne Øksendal miała trochę czasu na rozmyślanie o tym, czego się podjęła. Sama jeszcze przecież nic nie podpisywała, czy mimo tego kontrakt już obowiązywał? Zadzwonił do niej człowiek, zupełnie jej wcześniej nieznany. Nawet nie podał firmy, powołując się na klauzulę poufności, jeszcze nie obowiązującą. Przedstawił się jako Qin Sato, wyjaśniając, że faktycznie mają laboratorium, do którego szukają szefa.

Niestety, obecnie była potrzebna zupełnie gdzie indziej. Jej niezwykła wiedza i doświadczenie miały być niezbędne do opanowania pewnego kryzysu w Somalii, gdzie "mógł zdarzyć się wypadek". Lakoniczne nic, choć Sato zapewniał, że to się zmieni po podpisaniu czego trzeba. Czy miała wyjście? Czy chciała teraz zrezygnować? Nie. Podpisała, bo i nie zobowiązała się do niczego nadzwyczajnego. Każdy chronił informacje w obecnych czasach. Jej rozmówca twierdził, że wszelkie informacje będą posiadać ludzie, z którymi właśnie leci się spotkać. Ludzie mający ją wspierać i chronić. Łatwo się było domyślić: najemnicy.

Nie dowiedziała się wiele więcej, zresztą Qin rozmowę przez holofon chciał ograniczyć do minimum. Leciała do Al Mukalla, największego miasta dawnego Jemenu, gdzie kolejny samolot miał zabrać ją dalej, a ostatecznym celem była somalijska stolica - Mogadiszu. Zapewnione miała tylko dwie rzeczy: pięćdziesiąt tysięcy Eurodolarów po ukończeniu tego zlecenia oraz pracę w tajnym laboratorium badawczym na terenie Stanów Zjednoczonych.
Inna sprawa, że tamta część Afryki była strefą wojny, a fakt pośpiechu, którego była świadkiem, popierał tezę o wypadku.
Czy właśnie ryzykowała swoje życie?
Samolot wylądował, a jakiś człowiek w białym, arabskim stroju kazał jej przejść na lądowisko dla helikopterów i samolotów pionowego startu. Nawet jej bagaż pojawił się w rekordowym tempie. Zapadła już noc, a to oznaczało nocny lot. Te z kolei, prowadzone przez sprzęt zwykłe krótszego zasięgu, pozwalały na kolejne, niezbyt przyjemne, domysły.
Klamka jednakże już zapadła. Przyjaciółka wszystko dogadała.


Rusht, O'Hara, Wingfield, Raver

Al Mukalla była praktycznie prowincjonalnym miasteczkiem, zyskała jednak nieco na znaczeniu po zaniknięciu granic pomiędzy poszczególnymi krajami arabskimi. Biorąc pod uwagę Somalię i ciągłe niepokoje w niej, ten port stawał się ostatnim przed wyjściem na Morze Arabskie, albo pierwszym - jeśli się od tamtej strony wracało. Każdy kapitan wolał przepływać bliżej tego wybrzeża, które utrzymywane było w pokoju nie tylko siłami Federacji Państw Arabskich, ale także pompowano tu korporacyjne pieniądze, zniechęcając do działań innych niż pobieranie stanowczo wygórowanych opłat portowych.
Tutaj też trafiła cała czwórka najemników. Peter i Felix nawet znaleźli się w tym samym samolocie. Zlecenie nadeszło od firmy zwącej się Miracle, coraz bardziej znanej na całym świecie - nie tylko z nowych technologii, ale i kilku politycznych zagrań, dających im szansę na obronę przeciw kontrofensywie korporacji, z którymi ponoć związani nie byli. Tyle przynajmniej można było wyczytać w sieci. Fakt był taki, że płacili całkiem sporo, a cała czwórka chwilowo nie miała zajęcia. Gdyby tu uwinęli się sprawnie, zdążyliby jeszcze do domu na święta. O ile ktokolwiek tutaj cokolwiek jeszcze wyznawał. Lub chociaż miał rodzinę.
Niewiele wiedzieli o sobie w takich sprawach, to nie było coś z czego spowiadali się najemnicy. W końcu liczyło się tu i teraz, wspólna akcja i dobra współpraca. Zleceniodawca szukał grupy małej i zgranej.

W największym mieście byłego Jemenu nie przebywali długo. Od razu zostali zidentyfikowani i przechwyceni przez niewyróżniającego się z arabskiego tłumu mężczyznę, który poprowadził ich do części dla startujących pionowo samolotów. Wpuszczono ich do środka, a drzwi zasunęły się bezszelestnie. Przesiadka ta była omówiona od razu, toteż nie czuli zaskoczenia czy tym bardziej strachu. Każde z nich przeżywało już podobne chwile wielokrotnie. Podobnie jak brak wyjaśnień, które miały nastąpić dopiero po tym kolejnym fragmencie podróży. To co mogło tylko lekko zaskoczyć to jakość wykonania tego nowoczesnego pojazdu powietrznego. Wnętrze było luksusowe - skóry, pełna wygoda, ładne drewno. Po dwa siedzenia ustawione naprzeciwko siebie i stolik pomiędzy. Alkoholu nie posiadali, ale bez problemu dało się coś wypić i zjeść, bowiem zostawiono nawet całe gotowe posiłki.
Pośpiech w tej misji bardzo rzucał się w oczy, z drugiej strony chociaż nie żałowali. Już na samym początku spisali listę podstawowego wyposażenia, pytając o nie każdego z osobna. Magazynki do broni czy granaty, miano im dostarczyć za darmo, w żądanej ilości.

Lot trwał dwie godziny i zakończył się mocnymi turbulencjami, kiedy to na środku morza wlecieli w burzę. Porywisty wiatr szarpał samolotem, pilot jednak był pewien. Szybko się zorientowali, że siadają na statku, wielkim kontenerowcu, który na środku przygotowane miał lądowiska. Jedno było puste i na nim lądowali, drugie zajmował zamaskowany bardzo dokładnie helikopter. Zapewne na dalszą część podróży. Zapadł już zmrok, wokół szalała burza, a silniki samolotu zagłuszały wszystko, gdy już otwarto drzwi. Wyskoczyli na zewnątrz, szybko przechwyceni przez ubranego po marynarsku, starszego już człowieka z posiwiałą brodą. Wprowadził ich do nadbudówki, najpierw prowadząc labiryntem między kontenerami.
- Jestem Hans, to wszystko co musicie wiedzieć, podobnie jak mi wystarczy znajomość waszych twarzy. Sprzęt i wytyczne w mesie, nikt nie będzie wam przeszkadzał. Wyruszacie za cztery godziny, dopiero wtedy jesteście proszeni o wyjście prosto na lądowisko. Dalej zabierze was helikopter, wraz z dwoma innymi osobami.
Zamknął za nimi drzwi okrętowej jadalni.

W mesie, prócz standardowego jej wyposażenia, z długim stołem na czele, znaleźli także zamówiony ekwipunek, popakowany do wojskowych, podłużnych toreb. Poza tym znaleźli także urządzenia translacyjne. Valerie otrzymała czip, jako jedyna miała możliwość użycia go. Pozostali niewielkie urządzenia na rękę. Wystarczyło mówić, a sprzęt sam zamieniał słowa na zdefiniowany język. Zaprogramowane były już na lokalny język somalijski oraz arabski. Tłumaczenie zaś oczywiście na angielski. I na odwrót. Poza nimi dostali komplet sześciu dousznych komunikatorów, najnowszego typu. Ponoć z niewykrywalnym sygnałem.
Na środku stołu leżał natomiast przenośny komputer holograficzny, włączony wyświetlił twarz starego Azjaty o przyjaznej, dobrodusznej prawie twarzy. Nagranie zaczęło się odtwarzać.
"Witajcie. Nazywam się Qin Sato. Wybaczcie spotkanie w taki sposób, ale czas nagli i moje stare kości nie pozwalają dotrzeć na czas. Niezależnie od tego, zapewniam, że będziecie mogli zadać dodatkowe pytania za pomocą tego komputera, a także zabrać go ze sobą, będzie nam służył za główną komunikację. Sygnał jest bezpiecznie szyfrowany, wciąż jednak może zostać wyłapany. Do rzeczy jednak, do rzeczy. "

Holograficzna sylwetka zrobiła ruch głową, jakby dając komuś znak. Obok niego pojawiła się mapa z dużą plamą szarych zakłóceń.
"To obraz satelitarny Mogadiszu sprzed dwóch dni. Badając to zakłócenie, natrafiliśmy na obraz samochodów transportowych Umbrelli, zmierzających do portu, skąd zabrał ich prywatny statek korporacji. Po dokładniejszej analizie, doszliśmy do jednoznacznych i pewnych wniosków - nastąpiła ewakuacja tajnej placówki badawczej. Jesteśmy pewni jej istnienia, jesteśmy także pewni, że główne jej wejście znajduje się na obszarze zaobserwowanych zakłóceń. W jaki sposób je uzyskano - nie wiemy. Emitery odbijające kamery satelity to nowoczesna technologia, urządzenia też nie mogły być małe. Zostały wyłączone po ewakuacji. Wasze zadanie jest proste: macie odnaleźć wejście, nie musi być główne. Podejrzewamy, że było ich kilka, by pracownicy nie rzucali się w oczy. Po odnalezieniu, macie dostać się do środka i umożliwić dwóm specjalistom zbadanie sprawy. Musicie także ich chronić. To bioinżynier oraz haker. Obawiamy się, że przyczyna tej ewakuacji może być poważną sprawą. W jednym worku jest specjalistyczny sprzęt, dostarczycie go gościom. Dzięki niemu będziecie mogli także zbadać, czy okolica jest bezpieczna. "

Przerwał na chwilę i ponownie dał komuś znać. Pojawił się portret czarnoskórego mężczyzny.
"To Ghedi LuQman, miejscowy i nasz zaufany człowiek. Będzie waszym przewodnikiem, spotkanie z nim jest umówione na szóstą trzydzieści lokalnego czasu w niewielkiej osadzie na zachód od Mogadiszu, w bezpośredniej jego bliskości. Na wasze konta zostało przelane po dziesięć tysięcy zaliczki, dodatkowe trzydzieści tysięcy na głowę zostanie przelane po sukcesie tej misji. Za każdy dzień poniżej ośmiu każde z was otrzyma kolejne pięć tysięcy. Statek, na którym się znajdujecie, pozostanie w tym rejonie przez tydzień. Jeśli nie uda się wam wykonać zadania w tym czasie, przekażemy zapasowy plan ewakuacji. Podstawowe dane o Somalii i jej stolicy zostały zapisane na dysku tego komputera. Pozostałe informacje przekaże wam Ghedi, dostaliśmy od niego potwierdzenie przygotowania waszej bazy wypadowej. Somalia to ciągła strefa wojny i tak jest również obecnie. Bądźcie ostrożni. Utrzymujcie kontakt i raportujcie się. Zadawajcie pytania. Macie nasze pełne wsparcie, ale mamy tam bardzo ograniczone pole działania."
Nagranie skończyło się i Qin zniknął. Ponownie usłyszeli burzę i szum fal na zewnątrz. Pokład kołysał się lekko. Mieli kilka godzin na podstawowe przygotowania i zadanie pytań. Albo chwilową przynajmniej drzemkę. Nie wiadomo kiedy miała zdarzyć się szansa na następną.


Zahe, Øksendal

Poznały się od razu. Samotne, białe kobiety na pasie startowym, zmierzające z umieszczonymi na wózkach walizkami prosto do podstawionego samolotu. Widok niecodzienny w kraju arabskim. Otworzyły się drzwi samolotu i wyszedł z nich mężczyzna, ubrany jak wojskowy pilot, tylko bez oznaczeń. Uśmiechnął się, bardziej służbowo niż szczerze.
- Zapraszam na pokład. Zaraz odlatujemy.
Nie był zbyt rozmowny, ale cóż mógł poradzić na uśmiech Blue, gdy ta zadała dodatkowe pytanie?
- Przesiadka odbędzie się na morzu, dotrzemy tam za dwie godziny.
Nie było wyjścia. Weszły na pokład, a mężczyzna zabrał bagaże do luku. Odpalono silniki, gdy tylko znalazły się w całkiem przyjaznym, niewielkim wnętrzu samolotu. Wyciszenie było dokładne, słyszały tylko delikatny szum na zewnątrz. Można było rozmawiać. Fotele umieszczone były dwójkami, naprzeciw siebie, oddzielone wysuwanym, niewielkim stolikiem. Wysoka klasa, dużo skóry i wygody.

I krótka holograficzna wiadomość, wraz z plikami zawierającymi podstawowe informacje. Po uruchomieniu pojawiła się satelitarna mapa Mogadiszu i wirujący powoli w rogu symbol korporacji Umbrella.
"Cel: zlokalizowanie i zbadanie próbek z ewakuowanego laboratorium Umbrelli. Zebranie wszelkich możliwych informacji o prowadzonych tam badaniach, odzyskanie danych, infiltracja. Lokalizacja: Mogadiszu lub okolice. Dokładna lokalizacja nieznana. Działalność laboratorium: nieznana. Podejrzewana biotechnologia. Wynajęci profesjonaliści do ochrony i odnalezienia placówki. Przekazane im szczegółowe informacje. Polecane wspieranie ich działań posiadaną wiedzą i umiejętnościami. Wynajęty miejscowy przewodnik."
Nie znały się na takiej pracy, ale przecież obie były inteligentne. To brzmiało dokładnie jak przygotowywana na szybko misja. Sprawa pilna i na wczoraj, mimo, że nie wyznaczono jasnych terminów, przynajmniej im. Kto wie co powiedziano "wynajętym profesjonalistom"? Do informacji dołączono całą potencjalnie istotną wiedzę na temat Umbrelli, łącznie z profilami działalności, wcześniej zaobserwowanych ruchach czy korzyściach z posiadania laboratorium w takim miejscu. Wszystko przypuszczenia, w tej chwili nieistotne. Przypuszczenia zawsze zaburzały wizję i utrudniały myślenie.

Niedługo przed końcem lotu samolotem wstrząsnęły mocne turbulencje. Pojawiła się prośba o zapięcie pasów bezpieczeństwa i pewnie tylko dzięki nim utrzymały się w fotelach. Odezwał się głos z interkomu.
" To tylko burza. Niedługo lądujemy. "
Wyglądało to niemal jak pierwszy test. Targało nimi na wszelkie strony, a w niewielkich okienkach widziały przecinające nocne niebo błyskawice. Najgorszy rodzaj karuzeli, paskudna sprawa dla osób wrażliwych na tego typu doznania. Niedoświadczonych.
W końcu coś się zmieniło, teraz lecieli wyłącznie w dół, a tuż przed lądowaniem zauważyły nieliczne światła wielkiego statku. Kontenerowca.
Samolot "usiadł" na oczyszczonym fragmencie pokładu, a drzwi się otworzyły. Pojawił się znów ten sam mężczyzna, wskazując dłonią prawie niewidoczny w ciemnościach kształt helikoptera, już rozkręcającego śmigła. Huk był teraz nie do zniesienia, a porywisty wiatr mocno utrudniał poruszanie. A to wcale nie był koniec podróży. Do śmigłowca ładowały się już cztery inne osoby.
Nie było odwrotu.


WSZYSCY

Gdy czwórka najemników wbiegła truchtem na ciągle szarpany wiatrem pokład, helikopter na lądowisku nie miał już maskowań. Okazało się, że jest to stary, dobry Black Hawk, nieco tylko podrasowany. Tuż obok lądował właśnie samolot, taki sam, jakim przylecieli, więc kontrast był całkiem duży. Piloci rozkręcali już wirnik, huk był tak duży, że nawet krzyk nie pomagał. Gdy weszli do środka, mogącego pomieścić ośmiu żołnierzy bez dodatkowego wyposażenia lub właśnie sześć osób z bagażem. Z samolotu wychodziły właśnie dwie osoby, kierując się ku helikopterowi. Za nimi podążał kolejny osobnik z walizkami, jak się szybko okazało - dwóch kobiet. Spotkanie najemników i specjalistek odbyło się więc w ogromnym huku i ciemnościach. Przez dłuższy czas nie było nawet szans się przedstawić. Zasunięte drzwi wojskowego helikoptera niewiele zmniejszyły hałas, ale pilot dał znak, by założyć słuchawki. Usłyszeli jego głos.
- Witam na pokładzie. Lecimy tym zabytkiem, by się nie wyróżniać, kilka takich mają siły zbrojne Somalii. Mogadiszu osiągniemy za kilka godzin. Przynajmniej zasięg tego bydlaka mocno wydłużyli.

Roześmiał się, ale raczej nie wszystkim było do śmiechu. Przynajmniej dwie osoby, wśród siedzących bardzo blisko siebie pasażerów, mogły mieć wrażenie, że są zupełnie nie na miejscu. Dla uzbrojonych po zęby, swobodnych najemników nie było to nic nowego. Kilka kolejnych godzin odpoczynku po podróży i zmianie stref czasowych i klimatycznych. Rozmawiać normalnie nie szło, tylko przez mikrofony w słuchawkach, co jednak sprawiało, że słyszeli ich również piloci.
Mogli też przeanalizować dostępne mapy satelitarne Mogadiszu i tych kilka strzępków informacji, które posiadali. Miasto nie rozrosło się jakoś bardzo przez ostatnie lata, zabudowa jednak zgęstniała i stała się wyższa, średnio około czteropiętrowa. Oczywiście wszystkie te budynki pozostawały bardzo podobne, wyglądem przybliżając miasto do opuszczonego przez nich niedawno portu, choć bieda w Somalii była większa. Ludność szacowano obecnie na dwa miliony. Według tych samych podstawowych informacji, obecnie ścierały się tam trzy frakcje: arabska, katolicka oraz pro-rządowa, próbująca teoretycznie zapanować nad tym chaosem. Siły zbrojne wydawały się podobnie podzielone.

Kilka minut po szóstej, gdy do świtu zostało pół godziny, zobaczyli pod sobą ląd. Znów odezwał się pilot.
- Do celu pięć minut. Przygotujcie się.
Nagle helikopterem szarpnęło w bok, głos drugiego pilota rozbrzmiał w słuchawkach wraz z alarmowym dźwiękiem jakiejś kontrolki w kokpicie.
- RPG! Zwiększam pułap, weź większy łuk!
Głośna eksplozja pojawiła się z prawej strony, oślepiając ich na chwilę. Chwilę później coś zadudniło po pancerzu Black Hawka.
- Sukinsyny, nawet nie sprawdzają kto leci!
Wyrwali się z zasięgu tamtych, szybko zbliżając się do miejsca lądowania.
- Ruszyli od strony Mogadiszu, dwa pickupy. Będziecie mieli towarzystwo. Nie wiedzą gdzie dokładnie wylądowaliśmy, jeszcze za ciemno.
Koła dotknęły skalistego podłoża, tnący powietrze wirnik stworzył dookoła chmurę pyłu. Obserwujący otoczenie przez potężny noktowizor pilot wskazał jeszcze na północ.
- Widziałem tam światła samochodowe, może to wasz kontakt. Jeszcze ma kawałek. Do zobaczenia.
Ktoś otworzył drzwi i pierwszy najemnik wyskoczył ze śmigłowca. Dokoła była pustynia, skały, a także osada: lepianki i niskie chaty, rzadko kiedy nawet murowane, rozrzucone luźno i połączone piaszczystymi, ubitymi dróżkami. Niewiele miejsca do ukrycia się.
Gdzieś drogą od strony Mogadiszu jechały zaś dwa pickupy pełne tubylców, mające do nich jeszcze ze dwa kilometry. Do świtu pozostało dwadzieścia minut i słoneczny blask już majaczył na horyzoncie. Gdy wszyscy wyskoczyli, Black Hawk oderwał się od ziemi, kierując na zachód. Drugi pilot jeszcze pozdrowił ich gestem.
Pozostali sami na somalijskiej, bardzo jałowej ziemi.

 

Ostatnio edytowane przez Sekal : 08-04-2013 o 18:37.
Sekal jest offline  
Stary 07-04-2013, 18:06   #2
 
Eleanor's Avatar
 
Val przeciągnęła się i popatrzyła na zbliżający się szybko ląd. Ponad pięciogodzinny lot do Afryki przespała w całości, na szczęście nigdy nie miała problemów z adaptowaniem się do zmiennych warunków i snem w każdych, możliwych okolicznościach. Nie było w tym jednak nic dziwnego, skoro prawie dwadzieścia ostatnich lat swojego życia spędziła na podróżach. Jakaś dziwna, niewytłumaczalna potrzeba pchała ją ciągle do zmiany i działania. Nigdy nie mogła sobie wyobrazić siebie w roli otoczonej rodziną, statecznej pani domu. Może właśnie dlatego, mimo nacisków ze strony rodziny, starannie wystrzegała się angażowania w poważne związki męsko-damskie.
Zimowe słońce powoli kryło się już za górami. Z poziomu ziemi z pewnością już wcale nie było go widać. Wyruszyła w drogę w środku nocy i znowu następowała wieczorna ciemność. Rozłożone nad brzegiem morza miasto zaczynało rozświetlać się kolorową iluminacją. Valery lubiła spoglądać na świat z perspektywy lotu ptaka, dlatego zawsze wybierała miejsce przy oknie.
Przed nią zapaliło się czerwone światełko oznaczające konieczność zapięcia pasów. Wykonała polecenie i ponownie zerknęła na świat w dole. Nie znała jeszcze szczegółów akcji, ale perspektywa ponownej pracy z Kane'm budziła w niej mieszane uczucia. Po ostatniej akcji i tym co nastąpiło później, nie była do końca pewna czego może się spodziewać.

W samolocie nie było wielu pasażerów, Nikt, bez dobrego powodu nie wybierał się w zimie w okolice objętej działaniami wojennymi Somalii. Wyjęła ze schowka na bagaż podręczny, w połowie tylko zapełniony, wojskowy plecak, zawierający wyposażenie, które zabrała ze sobą. Większość powinna i tak być dostarczona przez zleceniodawcę, zgodnie z jej zamówieniem. Na zwiewna bluzkę bez rękawów narzuciła lekką wojskową kurtkę, pasującą do typowych płóciennych spodni i butów, często noszonych przez najemników w ciepłych rejonach świata.
Szybkim krokiem ruszyła do wyjścia z samolotu, a potem do znajdującego się niedaleko budynku, gdzie już czekała na nią reszta towarzyszy. Skinęła pogodnie głową, podając rękę Peterowi i Felixowi i ściskając ją szybko po męsku. Typowi Anglicy, nie byli tak wylewni jak Irlandczyk, który przytulił ją mocniej na chwilę, a najwyraźniej wyczuwając nagłe, instynktowne spięcie jej ciała szepnął wesoło szczerząc zęby:
- Chyba nie zaczęłaś się mnie naglę bać, aye?
Popatrzyła mu w roześmiane oczy i odprężyła się, najwyraźniej nie powinna z jego strony oczekiwać kłopotów.

Zgodnie z tym co zostało wcześniej umówione, zostali skierowani do kolejnego pojazdu, który miał ich przerzucić dalej. Nikt się nie spodziewał, że dostarczenie grupy białasów do Somalii będzie zadaniem prostym. Zaskoczeniem mogło natomiast być wyposażenie samolotu, którym mieli pokonać kolejny etap trasy.
- Wygląda na to, że nasz zleceniodawca potrafi docenić zalety luksusu – powiedziała dziewczyna z uśmiechem siadając na wygodnym fotelu i z ciekawością rozglądając się po wnętrzu. Miracle – ta nazwa coraz częściej pojawiała się w mediach i internecie, a przecież jeszcze trzy miesiące temu, mało kto miał pojęcie o jej istnieniu. Spektakularna wygrana wyborów na prezydenta NYC, przez kandydata popieranego przez tę organizację, zmieniła jednak ten stan rzeczy. Dzięki opowieści, którą usłyszała od przyjaciółki, Val była szczególnie zaintrygowana zleconą przez nich misją. Jedno już było pewne. Płacili dobrze i nie oszczędzali na wydatkach.

Lot nie był długi i dopiero na końcu wpadli w turbulencje. Jak na to czego miała już nieraz okazje doświadczyć było wręcz idealnie. Niestety wyglądało na to, że to tylko kolejne międzylądowanie.
Mieli jednak nieco czasu, by zapoznać się ze szczegółami akcji oraz przejrzeć otrzymany sprzęt i przepakować go do własnych bagaży. Shade wzięła przygotowany dla niej chip i po odgarnięciu włosów, wsunęła go do pustego portu. Wolała takie rozwiązanie od komunikatorów naręcznych, bo rozmówca nie miał wtedy pojęcia o jej językowej ignorancji. W bezpośrednich kontaktach dawało to bardzo często lepsze wyniki.
Na pierwszy rzut oka zadanie wydawało się proste: Odnaleźć i przeszukać opuszczoną bazę. Miało jednak jedną podstawową wadę. Baza należała do Umbreli, a jej poprzedni właściciele opuścili ją w wiele mówiącym pośpiechu. To mogło oznaczać wszystko, z poważnym zagrożeniem biologicznym włącznie.
Na wzmiankę o specjalistycznym sprzęcie dziewczyna zajrzała do worków. W jednym z nich rzeczywiście znajdowało się coś co wyglądało na skomplikowane urządzenia pomiarowe.
- A co na wypadek, jeśli miejsce jest skażone? Nie widzę tu żadnych skafandrów. - Powiedziała gdy pozwolono im zadawać pytania.
- Jeśli się okaże, że pobyt tam wymaga specjalnych ubiorów, zostaną wam one dostarczone. To jednak dość ciężkie i kłopotliwe w transporcie przedmioty, dlatego nie obciążaliśmy was na razie tym sprzętem.
Uspokojona tym zapewnieniem dziewczyna skinęła głową.

***


Specjaliści okazali się dwoma, młodymi i ładnymi kobietami. Valery pomyślała rozbawiona, że teraz już zdecydowanie ich grupa będzie się rzucać w oczy w miejscu zamieszkiwanym głównie przez czarnoskóry i zarabizowanych mieszkańców. W helikopterze nie było szans na spokojne rozmowy. Wszyscy więc ograniczali się do minimum, nawet kiedy założyli już hełmy. Tłumiły one wprawdzie hałasy, ale za to ich rozmowę mogłyby słyszeć osoby nie zaangażowane bezpośrednio, a więc takie, które zdecydowanie nie powinny nic wiedzieć na ten temat.
- Witam, jestem Valery Rusht, ale możecie mówić do mnie Shade – powiedziała więc tylko spoglądając z ciekawością na nowe towarzyszki. W tej pracy kobiety nie były rzadkością, choć było ich zdecydowanie mniej niż mężczyzn, ale siedzące naprzeciwko kobiety zdecydowanie nie wyglądały na najemników.

Tym razem lądowanie było standardowe, czyli kłopotliwe. Najpierw ledwo umknęli ostrzałowi, a potem okazało się, że będą mieli towarzystwo.
Gdy helikopter odleciał pozostawiając ich niedaleko miasta jak zwykle mieli niewiele czasu by zdecydować co dalej. Spoglądając jednak na stojące niedaleko kobiety, górę sprzętu i bagaż, który mieli ze sobą Val doszła do wniosku, że ruszanie się z tego miejsca przed przybyciem transportu, mogłoby się okazać kiepskim pomysłem. Do dwóch pickupów mogło się w sumie zmieścić jakichś 20 ludzi. Poruszali się po otwartym terenie, a oni mieli ze sobą doskonałego snajpera.
- Około pięciu na jednego. Nie jest tak źle. - Powiedziała spokojnie spoglądając na Kane'a. - A może nasz przewodnik okaże się szybszy?

Wydostanie się stąd bez rozlewu krwi, byłoby przecież rozwiązaniem najlepszym. Rozejrzała się po okolicy w szarym świetle przedświtu można było zobaczyć zarysy niewielkich wzniesień otaczających miejsce, w którym się znajdowali.
Założyła komunikator otrzymany od Miracle i poprawiając plecak wskazała najdogodniejsze miejsce:
- Przejdę się tam i sprawdzę sytuację.
 

Ostatnio edytowane przez Eleanor : 08-04-2013 o 07:58.
Eleanor jest offline  
Stary 08-04-2013, 19:00   #3
 
Widz's Avatar
 
- Znowu się w coś wpakowałeś, widzę to po twojej minie. Taka sama odkąd wróciłeś.
Rzucająca się w oczy, trzydziestoletnia, rudowłosa kobieta patrzyła na niego swoim irytującym, przenikliwym spojrzeniem. Odgarnęła włosy z czoła z irytacją, gdy oparł się wygodniej o fotel z kuflem piwa w jednej dłoni i cygarem w drugiej.
- Daj spokój Lia, od zawsze to samo - odparował. - Ojca też tak zadręczasz codziennie?
Wypuściła wściekle powietrze. Miała swój temperament, typowo irlandzki.
- Nie zmieniaj tematu. Znikasz na miesiąc bez słowa, niektórzy tu się o ciebie martwią! A jak wracasz to nawet słowa nie powiesz!
Jego śmiech rozbrzmiał w pomieszczeniu, Kane z niedowierzaniem potrząsnął głową.
- Wyluzuj, mała - wiedział, że nie lubi tego określenia, mimo, że faktycznie była niska i delikatna z wyglądu. - Czy kiedyś mi się coś stało? Zresztą przyjechałem.
- Odwiedzisz ich?
- Powiedziała jakby łagodniej. - Wiesz, że...
Uniósł dłoń, uciszając ją, co wywołało kolejne westchnięcie irytacji.
- Może jak wrócę z Somalii.
- Skąd?!

Wzruszył ramionami, biorąc łyk piwa.
- Naprawdę musisz wyluzować. Choć, weź to piwo i siadaj tutaj. Opowiadaj co na naszej nudnej wyspie. Mam jeszcze kilka godzin.

***

Jeszcze tego samego dnia ładował się do samolotu. Broń i większość ekwipunku poleciała pierwsza, specjalnym transportem. Pieprzone komplikacje atakowały ludzi jego zawodu na każdym kroku - ze sobą mieć nie było można, za to zgarnięcie broni już na miejscu nie stanowiło dla nikogo problemu, gdy już uiściło się "opłatę celną". Lot bezpośredni do Mogadiszu załatwiłby ten problem sprawniej, czytając jednak trochę o tym kraju i jego obecnej sytuacji, O'Hara sam doszedł do tego, dlaczego nie wybrano takiego rozwiązania. I nie narzekał, czas na narzekanie jeszcze nadejdzie, jak zwykle w krótszej czy dłuższej misji.
Znów na lotnisku patrzyli na niego jak na pospolitego czarnucha-złodzieja lub jakiegoś arabusa-terrorystę, co wszystko chce rozpylić na drobny pyłek. Typowo żołnierski strój, z luźnymi spodniami khaki, ciężkimi buciorami i wojskową kurtką mu nie pomagał, podobnie jak irytujące gapienie się prosto w oczy każdego urzędasa, jakiego na drodze spotykał.
Dlatego właśnie nie było mowy o wywożeniu lub wwożeniu czegoś do Irlandii osobiście. Skurwysyny się uwzięły. Jego nazwisko pojawiało im się na czerwono, pisane wyjątkowo grubą czcionką.

Jemen nie znajdował się po drugiej stronie globu, to i lot nie trwał wcale tak długo. Kane szybko odzyskał swój sprzęt zapakowany w wojskowy plecak i dużą torbę podróżną, wzmocnioną i zabezpieczoną, mimo, że transportowana była bezpiecznym kanałem. Zostawił za to zimową kurtkę, zbędną zupełnie w tych warunkach. I tak miał sporo do zabrania. Wtedy też spotkał się z pozostałą trójką. Dwaj Angole wyglądali tak samo brzydko jak zawsze, Valerie miała za to w oczach coś takiego, na co zareagował trochę inaczej niż przy przywitaniu pozostałych. Pytać nie zamierzał, gdyby chciała mu o tym powiedzieć, to zrobiłaby to sama. Ciekawość w tym środowisku nie należała do dobrze odbieranych.

Skierowano ich do odpicowanego samolotu, lecącego do kolejnego punktu przesiadkowego.
- Jak podsyłają coś takiego, to albo nie udało im się w krótkim czasie skołować niczego bardziej zwyczajnego, albo misja jest tak posrana, że chcą nam umilić ostatnie chwile na ziemi.
Teorię trochę zepsuły turbulencje, burza i cholerny kontenerowiec na pełnym morzu.
- Jasna cholera, dobrze, że nie mam choroby morskiej.
Tyle tylko miał do powiedzenia temu, co ich odebrał. Wszedł do mesy, rzucając sprzęt na ławę i sprawdzając szybko, czy dostarczyli mu to o co prosił. Nawet było kilka drobiazgów więcej. Dobrze. Gadająca holograficzna głowa przedstawiała misję, a Kane zajął się czyszczeniem swojej podstawowej broni, automatycznego shotguna. Nie uwierzył w zapewnienia tego całego skośnookiego, że niby nie miał siły i czasu tu przybyć. Im bogatszy klient tym rzadziej pojawiał się osobiście. Wynajmować ich chciało sporo ludzi, ale już spotykać się oko w oko z takimi szumowinami - prawie nikt. Cholera wie, co mogło im odbić. Irlandczyk roześmiał się w duchu.

Zadawanie pytań w dowolnym miejscu i o dowolnym czasie było przyjemną, rzadko się pojawiającą w życiu najemnika, odmianą. Akcję należało przemyśleć, na miejscu, mając więcej czasu i specjalistów na miejscu. O'Hara w chwili obecnej nie miał pojęcia czego tamci będą potrzebować. Cywile, których trzeba ochraniać, to zawsze był problem. Podrapał się po dwudniowym zaroście na twarzy i zadał swoje pytanie, gdy pojawiła się odpowiedź na to od Shade.
- Co z wydatkami operacyjnymi? Może się pojawić konieczność przekupienia kilku ludzi dla zdobycia niezbędnych informacji.
Odpowiedziano niemal natychmiast.
- Wasz przewodnik będzie posiadał dziesięć tysięcy Eurodolarów, również w lokalnej walucie. W Mogadiszu używa się ciągle także papierowych pieniędzy, a nawet handlu wymiennego. W razie konieczności mogą zostać udostępnione dodatkowe środki, ale pamiętajcie, że koszty życia tam są znacznie niższe i łapówki także powinny być niższe.
Czy oni wiedzieli z kim gadają? O'Hara prychnął i zaklął cicho. Mimo tego spytał jeszcze:
- Dla jasności, możecie nam dostarczyć każdy potrzebny sprzęt? Czy coś jeszcze będziecie mogli zrobić? Wpłynąć jakoś na ludzi rządzących tym miastem?
Tym razem na odpowiedź poczekał nieco dłużej.
- Sprzęt i inne środki materialne możemy dostarczyć, prawdopodobnie będzie to od was wymagało tylko opuszczenia miasta i przebywanie w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Co do innej pomocy to wolelibyśmy nie zdradzać swojej obecności i zainteresowania tematem. Miejcie świadomość, że zareagujemy dopiero w bardzo krytycznej sytuacji.
To było dość jasne. Najemnicy zawsze zdani byli na siebie. Kane nie pytał więcej, poświęcając kolejne dwie godziny na sen, a ostatnią na trochę fizycznych ćwiczeń, by rozruszać mięśnie i kości. Założył też ciężką kamizelkę kuloodporną, resztę sprzętu wkładając do torby i plecaka.

***

Poklepał z uczuciem poczciwego Black Hawka, dedukując czy poskręcali ten antyk wystarczająco mocno. Słowa pilota nie zdziwiły go aż tak bardzo, sprzedawanie przestarzałych pojazdów do krajów afrykańskich było starą praktyką. Tylko przesiadka z luksusowego samolotu do czegoś takiego potrafiła zaskoczyć nawet starego wygę. Już widok dwóch ładnych kobiet, wchodzących na pokład, poruszył go mniej. Oko zawiesił na dłużej, cierpliwie czekając aż założą na uszy słuchawki. Pierwsza odezwała się Shade, a po niej Irlandczyk. W słuchawkach rozległ się jego, pełen irytującego niektórych akcentu, głos:
- Ja mam na imię Kane. Ci dwaj angielscy sztywniacy to Wig i Fox - wyszczerzył się do nich wesoło, prawdziwych imion i nazwisk nie podawał, ich wola jak sami zechcą. - Dla własnego bezpieczeństwa, od czasu jak dotrzemy na miejsce, powinnyście słuchać naszych poleceń, zwłaszcza moich. Kazano nam was pilnować, więc zadanie wykonamy.
Głos miał pogodny, może co najwyżej w oczach kryło się prawdziwe przesłanie: wykonamy, niezależnie od tego, czy będziecie współpracowały, czy będziecie do współpracy zmuszone. Ciemność dookoła jednak nie pozwalała przyjrzeć się nikomu dokładniej.
- Jeśli jesteście w stanie, radzę zaznać kilku godzin snu.
Sam bardzo szybko zastosował się do swojej rady.

Obudził go głos pilota. Gdzieś obok majaczyły już nieliczne światła Mogadiszu, a wszędzie wokół, gdzie nie było wody - pustynia. Nawet nie zdążył nic powiedzieć, gdy helikopterem wstrząsnęło, a kilka kul zaterkotało po pancerzu.
- Nieźle walą. Ciekawe czy ciągle używają żelastwa z dwudziestego wieku, prosto od ruskich.
Trochę kulek, gdy siedział w wojskowym śmigłowcu, to trochę za mało, by poruszyć. Przygotował sprzęt, dając znak Shade. Zwiadowczyni zawsze wychodziła pierwsza, potem Wig. Kilka utartych schematów, nastawionych na różne sytuacje. Gdyby byli pod ostrzałem, to najpierw wyskoczyłby Kane, który teraz osłaniał kobiety. Black Hawk odleciał, a Irlandczyk rozejrzał się, nie dostrzegając zbyt wiele szczegółów, co najważniejsze - nie dostrzegając także poruszających się, potencjalnych problemów.
- Może to za mało, Shade. Zasuwaj tą ścieżką do tej bardziej głównej drogi, powinno być coś z niej widać. Chcę wiedzieć ilu ich jest i kto będzie tu pierwszy. Fox, znajdź sobie miejsce na jakimś dachu, w dobrym miejscu. Będziesz nas osłaniał, jeśli Valerie nie będzie pewna, że przewodnik zdąży. Uwaga na tubylców.

Zarzucił plecak na jedno ramię, a z torby najpierw wyjął strzelbę, zanim wziął ją na drugie. Podał specjalistkom niewielkie komunikatory.
- Włóżcie to sobie do uszu. W razie strzelaniny, szukajcie osłony. Gdy nie będzie, ja nią jestem. Wig, idziemy z paniami na północny-wschód. Żwawo. Spróbujmy stąd zwiać bez zostawiania trupów. Starajcie trzymać się za budynkami i skałami, może nas nie dojrzą, póki słońce nie wstało.
W jednej ręce trzymając broń, drugą jeszcze mógł pomóc z bagażami kobiet, tyle, że nie zamierzał sam tego proponować. W trakcie walki walizki były najmniejszym zmartwieniem.
 
Widz jest offline  
Stary 09-04-2013, 13:11   #4
 
Tom Atos's Avatar
 
Pokonywanie stref klimatycznych stanowiło pewną niedogodność. Gdy opuszczał Londyn padał deszcz ze śniegiem. Typowa grudniowa pogoda na Wyspach, a gdy dotarł do Al Mukalla z bezchmurnego nieba lał się prawdziwy żar i zimowa kurtka wyglądała dość nie na miejscu. Wig przy pierwszej nadarzającej się okazji przebrał się w coś bardziej stosownego. Wciąż to były jednak cywilne ciuchy. „Strój roboczy” wraz z paroma „narzędziami pracy” poleciały osobno. Przy sobie miał tylko swoje fetysze. Odznakę royal marines i mosiężny guzik z munduru galowego oba bezpiecznie schowane.

Na zwiedzanie Al Mukalla nie było wiele czasu. Z resztą odkąd Zachód przestał potrzebować ropy Arabowie wrócili wreszcie na swoje miejsce, to jest do namiotów i wypasania kóz, i zdaniem Wingfielda bardzo dobrze. Jeśli istniało coś takiego jak sprawiedliwość dziejowa, to właśnie byli jej świadkiem.

W Jemenie spotkali się z resztą ekipy. Resztą, bo Felix leciał z nim w tym samym samolocie i mogli zamienić parę słów wcześniej. Przywitał się krótkim uściskiem dłoni wpierw z O’Harą, a potem Shade. Pozwolił sobie na krótki komentarz widząc wylewne powitanie tej dwójki.
- Dzięki bogu Felix, że nas tak nie przytulał. Cóż za troskliwy dowódca, nie sądzisz? Czuły niczym teletubiś. Taka militarna wersja Tinky Winky można by rzec.
Choć ewidentnie żartował, jego twarz została nieruchoma.

Kolejny etap podróży przyszło im spędzić w rzadko spotykanym w ich fachu luksusie. Pojazd był elegancki i klimatyzowany. Wig zamówił herbatę i frytki z rybą. Nie był specjalnie głodny, ale lubił wykorzystywać okazje na dobre posiłki. Przy okazji zamówień poprosił też o kilka innych drobiazgów, jak zapalniki, detonator, semtex, c4, granaty, amunicję i maskę przeciwgazową.

Luksusy się skończył, gdy wylądowali na statku. Paradoksalnie Wig bardziej poczuł się, jak w domu, gdy stanął na chwiejnym pokładzie. Co by nie mówić był jakby pół marynarzem.
Tym razem w mesie przyszedł czas na konkrety. Prócz jego rzeczy był też tam komputer holograficzny i wiadomość od zleceniodawcy.

Szybko założył swoje stare wojskowe łachy. Stare nie znaczyło jednak zaniedbane, czy brudne. Mundur i buty były czyściutkie. Pustynny DPM sprawdzał się zawsze. Podobnie jak piaskowego koloru chusta na głowę i czapka z daszkiem. Kompletu dopełniała kevlarowa kamizelka i pas z szelkami. Oczywiście miał także plecak, a w nim zamówione prezenty od Miracle. Prawdziwy cud. Jeszcze tylko sprawdzenie broni i był w zasadzie gotów do działania i … zadawania pytań.
- Czy Umbrella współpracuje z rządem somalijskim? Jakie korporacje mają tam swoje wpływy?
Padły pierwsze pytania.
- Nie ma o tym jawnej wiedzy. Wcześniej nie interesowaliśmy się sytuacją tam, czasu było zbyt mało, by zdobyć istotne informacje. Będziemy drążyć temat i jak najszybciej damy odpowiedź, teraz wolelibyśmy nie wprowadzać w błąd. Istnienie laboratorium w tamtym rejonie umożliwia jednak podejrzenia co do tego, że znajdują się tam przynajmniej czujki innych korporacji. – padła mało konkretna odpowiedź.
- Wsparcie ogniowe z powietrza?
- Nie, to nie wojna, nie chcemy się wtrącać.
- Doprawdy? –
zdziwił się uprzejmie Peter.
- Nie wiadomo co jest w laboratorium, ale czy Miracle ma jakieś podejrzenia? – spytał próbując cokolwiek wyciągnąć od korporacyjnego sztywniaka.
- Podejrzenia to zwykłe domysły, nie chcemy podawać domysłów. Szukamy konkretów.
- Ja także, ale najwyraźniej nie tym razem. Nie mam więcej pytań. –
skończył indagację.
Wyposażony jak należy, choć ledwie z garścią najpotrzebniejszych informacji ruszył z resztą dalej.

A dalej był Black Hawk, piekielny hałas, dwie specjalistki, które mieli chronić i bronić, oraz lot do Somalii.
Przedstawiony obu dziewczynom przez Kane’a skłonił się lekko i powiedział głośno:
- Lepiej być sztywnym Anglikiem, niż małym miękkim Irlandczykiem. – uśmiechnął się kącikiem ust. Ledwo ledwo.
- Peter Wingfield. Sekcja rozrywkowa.

Godziny lotu mijały spokojnie, jeśli nie liczyć ostrzału, gdy dolecieli do lądu. Gorzej, że według relacji pilota od Mogadiszu jechały na ich spotkanie dwa pickupy pełne dzikusów.

Wyskoczył z helikoptera, jako drugi. Potem zgodnie z poleceniem dowódcy ruszył na północny wschód. Nie brał walizek od dziewczyn, ale gdyby opóźniały marsz gotów był to zrobić.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 12-04-2013, 01:24   #5
 
Cybvep's Avatar
 
Zapalone światło dało znać, że można opuścić swoje miejsca w samolocie. Dopiero co opuścili Heathrow i lecieli gdzieś nad Kanałem Angielskim. Znajomy głos wyrwał Felixa z zamyślenia.
- Fox - Peter podszedł do mężczyzny siedzącego kilka rzędów dalej i wyciągnął rękę w powitaniu. - Witaj. Ciągle słuchasz chłopców z Liverpoolu? Jakoś nie widać, żebyś się strzygł na bombkę?
Twarz Wiga nie wyrażała nic poza zdawkową uprzejmością, choć jego oczy zdradzały rozbawienie.
- Cześć, Wig - rzucił Raver, podając koledze rękę. - U mnie chłopców trzeba słuchać choćby dla odtrutki. Gdybyś to słyszał, co puszczają sąsiedzi. I na czym - dodał, zdejmując swoje okulary i uśmiechając się pod nosem, po czym wskazał wolne siedzenie obok.
- Widziałeś te liczby? Coś mi mówi, że może być jak ostatnio.
Fox cały czas utrzymywał luźny ton, dziwiąc się, że takie gierki zawsze go bawiły. To musiała być jakaś angielska przekora.
- O, nie było tak najgorzej - stwierdził Peter, siadając obok. - Przeżyliśmy, a że były straty w cywilach? No cóż, to ryzyko zawodowe na które jestem gotów. Jednakże w kwestii naszego chlebodawcy ...
Wig przerwał by zatrzymać przechodzącą stewardessę i zamówić herbatę.
- To prawdziwy cud, że nikomu nieznana firemka robi tak oszałamiającą karierę. Nie sądzisz? Zapewne fundusz założycielski pochodził z bardziej znanych źródeł.
- To kwestia tego, czy wierzysz, że są tacy niezależni, za jakich się podają - odparł Felix. - Ilu nowych graczy pojawia się na rynku? A ile razy okazuje się, że to ciągle te stare wygi, ale pod nowymi nazwami?
Fox rzucił Wigowi wymowne spojrzenie. Po chwili ujrzał nadchodzącą stewardessę i z trudem powstrzymał chichot.
- Herbatka, Wig? Niech zgadnę - Earl Grey? Heh, brakowało mi tego. Spokojnie, jeszcze się rozgrzejesz.

Z chwili na chwilę Felixowi wyraźnie poprawiał się humor. Lot był spokojny, ale dość długi. Dobrze mieć było kogoś, z kim można było pogadać.

Al Mukalla okazała się być zwykłym zadupiem, ale przynajmniej pobyt w niej był krótki. Czarną skórę Felix wymienił już dawno na prostą koszulę i kamizelkę, spodziewał się bowiem różnicy temperatur. Nie oznaczało to jednak, że mu ona odpowiadała – przeciwnie, już pierwszy podmuch gorącego powietrza wywołał grymas na jego twarzy. Pocieszył się tym, że nie musiał taszczyć swojego sprzętu, który został wysłany osobno.

Powitanie z resztą najemników było krótkie i mało wylewne, a przynajmniej tak było w przypadku Ravera. Fox prychnął pod nosem, słysząc komentarz Petera na temat O’Hary. Potem powitało go bogato wystrojone wnętrze samolotu pionowego startu, do którego skierował grupę jakiś Arab. Kane jak zwykle z wytrawnością mistrza stwierdził rzecz całkowicie oczywistą… Felixowi te luksusy nie odpowiadały wcale i w zasadzie trochę drażniło go to, że prawie nic nie wiedział o tym całym Miracle. Minęły czasy, gdy kompletnie nie przejmował się, dla kogo pracuje. Myślał o tym przez chwilę, jedząc krakersy, dopóki widok Wiga z tradycyjnym fish and chips i herbatą nie spowodował, że o mało się nie zakrztusił. To zabawne, że w dzielnicy portowej w Liverpoolu rzadko widywał tak odżywiających się ludzi, ale biorąc pod uwagę liczbę imigrantów, w zasadzie nie powinno to nikogo dziwić. Turbulencje, które wystąpiły pod koniec lotu, nie zaniepokoiły Foxa nawet w najmniejszym stopniu. To akurat była normalka.

Kolejna przesiadka i tym razem trafili do mesy. Fox od razu zabrał się za rozpakowywanie swojego ekwipunku, założył też naręczny translator. Następnie pojawiła się twarz niejakiego Qina Sato i to był ostateczny sygnał mówiący o tym, że właśnie zaczynała się pierwsza faza misji, którą Felix określał jako rozpoznanie. Wiedział, że od tego momentu zaczynają się liczyć tylko konkrety i na myśl o tym odczuł lekki dreszcz ekscytacji. Starzec na szczęście nie należał do tych, którzy tracili czas na pieprzenie, i szybko przeszedł do rzeczy. Stały kontakt, świetnie. Anomalie obrazu. Umbrella i tajna placówka badawcza. Emitery. Znaleźć dowolne wejście do placówki, dostać się do środka, osłaniać bioinżyniera i hakera. Jest i przewodnik. Kwota niezła, ale to już wiedział. Wygląda na to, że warto będzie się przyłożyć, by uwinąć się ze wszystkim w ciągu tygodnia. Felix miał jednak wrażenie, że będzie to trudniejsze, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać – misję szybko bowiem zaszufladkował jako tę z „niespodziankami”, a to rzadko wróżyło łatwą robotę.

Gdy przyszedł czas na pytania, Fox nie rzucił się z nimi pierwszy, tylko poczekał, aż inni zaczną zadawać swoje, uważnie wszystko analizując w głowie. Najbardziej interesujący był fragment dotyczący wpływów innych korporacji. Odpowiedź wydała się mu zdawkowa i mało przekonująca – pośpiech był co prawda widoczny, ale w to, że Miracle wcześniej nie interesowała się sytuacją, po prostu nie wierzył. Na tym etapie bardziej skłaniał się ku temu, że od dłuższego czasu czegoś szukają, a Umbrella do niedawna była po prostu o krok do przodu. Pytanie, co takiego ją zdradziło.

Miracle zapewne dysponuje niebagatelnymi środkami, bardzo łatwo im też przyszło ustalenie istnienia tajnego laboratorium. Nie da się jeszcze definitywnie określić, czy któryś z dużych graczy stoi za Miracle, ale stwierdzenia w rodzaju „(…) umożliwia jednak podejrzenia co do tego, że znajdują się tam przynajmniej czujki innych korporacji” można między bajki włożyć. Umożliwia podejrzenia... czy oni uważają nas za amatorów? Uwadze Felixa nie umknęła także wyraźna pauza po pytaniu Kane’a dotyczącego możliwości wywierania wpływów w stolicy Somalii i bardzo ostrożna odpowiedź.

Dobra, to tyle inni, teraz czas dorzucić własną cegiełkę – powiedział sobie w myślach.
- Czy znany jest dokładny moment pojawienia się anomalii?
- Systemy detekcyjne zauważyły zakłócanie około godziny 14 czasu Mogadiszu, 13 grudnia. Kiedy zaczęły występować dokładnie, nie wiemy.
- Czy dostępny jest obraz miasta tuż przed wystąpieniem zakłóceń?
- Są mapy satelitarne Mogadiszu sprzed 13 grudnia, nie ma dokładnych nagrań.
- Czy w ciągu ostatnich trzech miesięcy zaobserwowano jakieś inne zakłócenia? Jeżeli tak, to kiedy?
- W Mogadiszu nie wykryliśmy nic tak silnego w ostatnim czasie. Może pojawiały się mniejsze, pojedyncze zakłócanie, zbyt małe i krótkie, by wykryć.

Uzyskane odpowiedzi potwierdzały wstępne wnioski, ale Raver wolał jeszcze niczego nie przesądzać - na to było zdecydowanie za wcześnie. Resztę czasu w mesie spędził na odpoczynku.

Black Hawk był wprost uroczy, Felixa najbardziej jednak rozwaliło określenie „siły zbrojne Somalii”. Rządy w wielu państwach formowały się, upadały i odradzały na nowo, ale od kiedy Fox pamiętał, sytuację w Somalii zawsze określano jako stan zbliżony do anarchii. Poza odwieczną biedą, był to zdecydowanie jeden ze stałych elementów współczesnej historii regionu. Wreszcie przyszło im spotkać ludzi, których mieli chronić. Podał obu kobietom po kolei rękę, rzucając przy tym sucho „Felix”. Czuł się dość swobodnie, ale podczas misji nie miał ochoty na wygłupy czy inne popisy. Był jednak ciekawy, kim były te specjalistki, więc obserwował je dość uważnie, unikając jednak przy tym wlepiania wzroku. Wyglądały na zdenerwowane, nie chciał ich więc dodatkowo peszyć. Żadna nie przypominała Jane nawet w najmniejszym stopniu. Odruchowo wręcz spojrzał na Valerie, która kojarzyła mu się z Jane znacznie bardziej, zwłaszcza gdy w jej dziwnych oczach odbijał się ten zielony odcień, a niewielkie natężenie światła przyciemniało włosy, tak jak teraz. Wszystkie były jednak pewnie od Jane młodsze, chociaż w dobie implantów, określenie wieku kobiety mogło być dość trudnym zadaniem.

Felix momentalnie się poderwał, gdy helikopterem wstrząsnęło. A jednak będzie ostre zejście – przemknęło mu przez myśl. Spodziewał się tego, ale ilekroć znajdował się w takiej sytuacji, miał wrażenie, że role są nienaturalnie odwrócone, jako iż zazwyczaj to on nadawał ton starcia. Zaczął rozglądać się za odpowiednią pozycją, jak tylko znaleźli się na ziemi, jeszcze zanim Kane wydał swoje polecenia. Rozglądając się po okolicy, szczególną uwagę zwracał na odległości między poszczególnymi obiektami i ich wielkość. Z Kanem znali się nieźle, Felix wiedział więc, co robić. Mimo to, określenie „dach” w tym przypadku wydawało mu się zdecydowanym nadużyciem. Lepianki zapewne nie zapewniłyby żadnej ochrony, nie oferowały także przewagi wysokości. Skierował wzrok na skały. Cholera! Było ich za mało i znajdowały się za daleko, to znaczy, głównie na obrzeżach wioski, a Fox nie zdążyłby wtedy dobiec do samochodu przewodnika. Wreszcie dostrzegł jeden z nielicznych w okolicy, kamiennych budynków. Był dość wysoki, a płaski dach wyglądał na wystarczająco solidny, powinien się więc nadać. Rzucił się w stronę tej konstrukcji, biegnąc równym rytmem. Robił to tysiące razy – wdech, wydech, wdech, wydech, potem szybkie zajęcie pozycji, przygotowanie snajperki, ponowna regulacja oddechu i poszukiwanie celu. Felix nigdy nie mógł być pewien, ile strzałów będzie w stanie oddać z danej pozycji, więc ten pierwszy często był najbardziej kluczowy. W razie konieczności i ilekroć to możliwe, na pierwszy ogień zawsze szedł ważniak – ktoś, kto kierował grupą lub przynajmniej koordynował jej działania. Drudzy w kolejności byli inni strzelcy z bronią długodystansową, którzy zazwyczaj stanowili najbardziej bezpośrednie zagrożenie. Fox nie zamierzał jednak atakować bez potrzeby i w pełnym skupieniu czekał na rozwój wypadków oraz raporty reszty grupy.
 
Cybvep jest offline  
Stary 12-04-2013, 13:53   #6
 
Efcia's Avatar
 
W drodze do Al Mukalla Jeanne prawie wcale nie spała. Była zbyt przejęta, a do tego jednak siedzenia w samolocie pasażerskim nie są najwygodniejsze.

Zmęczenie poczuła dopiero po przesiadce. A że wystrój samolotu bardzo, ale to bardzo zachęcał do tego by zamknąć powieki i odpłynąć w objęcia Morfeusza, toteż Jeanne przysnęła tuż po odsłuchaniu wiadomości. Zdążyła jeszcze tylko przedstawić się z imienia i nazwiska swojej towarzyszce.

- Jeanne Øksendal.

Wstrząsy spowodowane turbulencjami wyrwały ją z miłego snu.

- Co, co, co się dzieje?? - Zaczęła nerwowo rozglądać się po kabinie.

Pilot łaskaw był odpowiedzieć na jej pytanie, chociaż słyszeć go nie miał prawa.

Wylądowali na jakimś statku, pilot coś o tym wspominał, że czeka ich przesiadka na morzu. I rzeczywiście ich kolejny środek transportu już czekał. I grupa mająca je ochraniać. Jeanne chwilę lustrowała otoczenia, ale nie za długą. Jakoś okoliczności przyrody szybko skłoniły ją do tego by razem ze swoją walizką wpakować się do śmigłowca. Przy sobie miała tylko rzeczy osobiste, sprzęt specjalistyczny, który zamówiła powinien być dostarczony przez zleceniodawcę.

***

Czworo najemników, w tym jedna kobieta. Zapewne by ochronić je dwie przed jakimiś dzikimi zwierzętami i ewentualnie przed ograbieniem z drogie sprzętu i rzeczy osobistych jaki miały przy sobie. To dodawała trochę otuchy. Trochę, bo cała sytuacja zaczynała coraz mniej podobać się pani biolog. Miła być praca w laboratorium, a okazało się, że owszem, laboratorium jest, ale trzeba je znaleźć i zbadać. Nie tak to sobie wyobrażała. Niestety w tej chwili odwrotu nie było.

- Jeanne Øksendal. - Przedstawiła się gdy usiadła na wolnym miejscu. Wyszukała takie by jednak nie siedzieć zbyt blisko tej czwórki. Wysiliła się nawet na uśmiech.

Kobieta miała na dobie długie płócienne spodnie w kolorze écru. Żakiet miał ten sam kolor co spodnie, ale mankiety rękawów i kołnierz były czarne. Zapinany był na jeden duży błyszczący guzik. Z pod tego ledwo co wystawała bluzka z dużym dekoltem, w równie jasnej tonacji. Wszystko to wyraźnie podkreślało ciemną karnację. Kilka pojedynczych czarnych loków wystawało spod narzuconego na głowę fularu z kolorowymi, kwiatowymi motywami. Wysoko nad czołem osadzone miała okulary przeciwsłoneczne, której bardziej służył jako ozdoba.

Z dobrej rady jednego z nich nie skorzystała. W helikopterze spać się po prostu nie dało. Nie był już taki przytulny jak samolot, który przywiózł je na statek. W porównaniu z tym, to nawet ten rejs do Al Mukalla wydawał się czterogwiazdkowym hotelem.

Kilka godzin siedziała wśród tych ludzi, nawet trochę im się przyglądała i zastanawiała się jako oni mogą spać. Raz też się zdrzemnęła, ale na krótko, gdyż odgłosy silnika nie szybko ją wybudziły. Dlatego z wielką ulgą przyjęła informację podaną przez pilota, że zaraz lądują. Będzie można kości rozprostować. Miała też nadzieję, że przed dalszym etapem podróży będzie można się nieco odświeżyć.

Oczami wyobraźni już widziała wannę z gorącą, parującą wodą. Niestety do rzeczywistości przywrócił ją głos pilota informujący o ostrzale.

Strzelali do nich. Strzelali do śmigłowca, którym lecieli, ale pilot podchodził do lądowania jak gdyby nigdy nic.

Ktoś otworzył drzwi. Najemnicy zaczęli wysiadać. To oznaczało, ze jednak będą musieli opuścić w miarę bezpieczny śmigłowiec i ukryć się w tej głuszy przed nadciągającymi od strony Mogadiszu pojazdami.

Wysiadła ze śmigłowca trochę niezdarnie. Owszem, wielokrotnie podróżowała takim środkiem transportu, no dobrze nie taki, dużo bardziej nowoczesnym i komfortowym, zawsze też pilot lub obsługa naziemna pomagała jej wysiąść podając rękę, a tutaj trzeba było sobie radzić samej.

Włożyła urządzenie do ucha.

- Strzelali do nas. - Odezwała się stojąc ciągle w miejscu.

Ledwo co się tu zjawili, a ktoś już do nich strzelał.

- Oni do nas strzelali. - Powtórzyła głośniej, gdyż zajęci swoją robotą uzbrojeni ludzie nie zwrócili na nią najwyraźniej uwagi.

Mocniej zacisnęła dłoń na rączce swojej walizki, a jej kostki zbielały. Stałą tak patrząc z niedowierzaniem jak helikopter odlatuje i zostawia ich na pastwę losu. - Przecież nic im nie zrobiliśmy. - Przeniosła pytające spojrzenie na tego, który wydawał tutaj rozkazy pozostałej trójce, O’Hara chyba miał na nazwisko. - Helikopter odleciał zostawiając nas tutaj, samych. - Wskazała ręką na niewielki czarny punkt na niebie, który był śmigłowcem.
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny
Efcia jest offline  
Stary 12-04-2013, 20:50   #7
 
kanna's Avatar
 
- Blue! – krzyknął Zak – Dajesz!

Spojrzała przez ramię na chłopaków, uśmiechając się.
Wybiła się pionowo do góry, łapiąc lewą dłonią za aluminiowy reling. Zawisła przez sekundę, dołączyła prawą dłoń, przerzuciła ciało i oparła stopę na niewielkim reflektorze. Ugruntowała się i wyciągnęła znów dłoń do góry szukając następnego uchwytu. Znalazła, podciągnęła się sprawnie i szybko. Dopiero kiedy znów ugruntowała ciało, na dwóch kolejnych ledowych reflektorach, spojrzała w dół. Chłopaki stali jakieś trzy metry niżej, na małej – technicznej - galeryjce biegnącej wokół najwyższej wieży kasyna. Pod nimi rozciągało się rozświetlone milionami świateł Vegas. Spojrzała w górę. Do szczytu zostało jej 10, może 12 metrów.

Budynek zatrząsł się nagle gwałtownie, stopa ześlizgnęła się jej z osłony reflektora, zawisła na dłoniach. Zaczęła szukać podparcia dla stóp, nie stresowała się, wiedziała, że bez problemu utrzyma się na samych rękach, nawet przez dłuższy czas. Kasyno jednak zatrzęsło się znowu, otrząsnęło, jakby próbując zrzucić z siebie dziewczynę.

Nie miała szans z miotającym się budynkiem. Dłonie ześlizgnęły się jej z obłej osłony, i poczuła, ze spada. Krzyknęła krótko.

----

Obudził ją jakiś krzyk. Otworzyła oczy, w mgnieniu oka przypominając sobie wszystko. Zapięła pas.
" To tylko burza. Niedługo lądujemy. " głos pilota brzmiał uspokajająco. Uśmiechnęła się do Jeanne, choć otuchy próbowała dodać samej sobie. Rozluźniła ciało, czyniąc je bardziej powolnym.
- To tylko burza –powtórzyła – Zwykłe turbulencje.
Sięgnęła do schowka po płaski plecak z kelvaru, o kroju kamizelki , w którym przechowywała holograficznego laptopa. Jej narzędzie pracy, z którym nie rozstawała się praktycznie nigdy.

Ściągnęła sportowa bluzę i zapięła paski plecaka na białym, obcisłym podkoszulku. Sportowe spodnie i buty, jednej z ekskluzywniejszych marek, specjalizującej się w funkcyjnej odzieży dla profesjonalistów, z dyskretnym logo na samym dole nogawki, dopełniały jej strój.

Helikopter wylądował, wyskoczyła sprawnie, nie korzystając z pomocy pilota i, przykulona nisko przy ziemi, żeby wiatr mniej mógł nią miotać, pobiegła we wskazanym kierunku. Co to, do jasnej cholery, było?! Nocne manewry?

----

- Blue Zahe! – przedstawiła się, bez większej nadziei, że ktokolwiek ją usłyszy w tym huku. Źle reagowała na hałas, robiła się nerwowa, spięta. Nawet słuchawki nie pomagały. Najlepiej pracowała się jej w całkowitej ciszy. Miała nadzieję, ze w tym.. czymś, samolocie wojskowym, nie przyjdzie jej pracować.
Maszyna podniosła się do góry. Przymknęła oczy i skoncentrowała się na oddechu, próbując uspokoić myśli. Coś było, kurwa, nie tak. Bardzo nie tak. „Spokojnie Blue " – usłyszała w głowie głos senseia – „Odpręż się i oddychaj”. Taa… chyba nigdy nie medytował w takich warunkach. A może medytował. Był zdolny do wszystkiego.

----

Wyskoczyła z samolotu, zaraz a innymi. Strzelali do nich. Jak do kaczek, oślepiający błysk ciągle pulsował jej pod powiekami. Spokojnie. Spokojnie. Oddychaj.

Kane wcisnął jej do ręki komunikator. Włożyła go do ucha, znała podobny sprzęt, często używali go w SkyFall w czasie akcji. Schowała rączkę niewielkiego plecaka na kółkach – nie miała dużo rzeczy – i założyła go na ramiona. Pobiegła za mężczyzną we wskazanym kierunku.

Na pytania przyjdzie czas potem.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
Stary 14-04-2013, 00:30   #8
 
Sekal's Avatar
 
Godzina 06:43 czasu lokalnego
Wtorek, 15 grudzień 2048
Mogadiszu, Somalia





- Helikopter odleciał zostawiając nas tutaj, samych - wskazała ręką na niewielki czarny punkt na niebie, który był śmigłowcem.
Wraz z niknięciem tej sylwetki, słowa zaczynały być słyszalne. Valerie i Felix biegli już na pozycje, nie zwracając uwagi na specjalistki. Te przecież miały dwóch innych ochroniarzy. Kurz, pył i piasek pustyni opadały powoli wokół nich, poruszone potężnym wirnikiem Black Hawka. Sprzymierzeniec i wróg. Nikt nie wiedział co dokładnie się wydarzyło. Każdy widział gdzie. Ciemność jeszcze nie została rozproszona, Jeanne w końcu dostrzegł Kane, puszczając Petera i Blue przodem. Podbiegł do zszokowanej, z Jackhammerem przewieszonym przez ramię, by uwolnić obie ręce. Jedną złapał kobietę, drugą jej walizkę.
- Strzelali do nas, bo myślą, że jesteśmy z ich rządu! Musimy się pospieszyć, zanim odkryją swoją pomyłkę! No już, pytania potem.
Pociągnął ją za sobą, bezwolną i ciągle niedowierzającą. To nie był jej świat. Ani trochę. Z szoku jednakże przecież wyjdzie. Inteligencja weźmie górę, powtarzając jej jak mantrę, że na pięciogwiazdkowy hotel nie ma co liczyć i należy działać, by wydostać się z piekła. Oby, bo komu potrzebny specjalista z szeroko otwartymi oczami, bez ruchu obserwujący wydarzenia wokół?

Shade podbiegła do jednej z rozwalających się lepianek. Ściana bez okien skutecznie ukryła ją przed ewentualnymi ciekawskimi oczami spoglądającymi z wewnątrz. Choć nie miała problemów ze skromnością, wolała by nikt z tubylców nie widział jej kombinezonu.
Szybko zdjęła kurtkę i spodnie, wyjmując z plecaka starannie poskładany ubiór ochronny. Włożyła go pospiesznie upychając ubrania do środka. Na szyi zawiesiła lornetkę i ruszyła dalej w drogę. Na razie nie uruchamiała kamuflażu. Pickupy były jeszcze zbyt daleko by ją wyśledzić na burej pustyni, we wszechogarniającej szarości świtu. Była teraz czarną sylwetką z dużym plecakiem, przemykającą od domu do domu. Pojawiał się pierwszy ruch, czy sprowokowany łuną na wschodzie, czy może odgłosem helikoptera, niewątpliwie muszącym obudzić większość tej osady. Według mapy należącej do Mogadiszu, w co z trudem wierzyło się rozglądając na boki. Zgrabnie wymijała te budynki, gdzie zapalało się światło czy w oknach pojawiały się ciekawskie twarze, klucząc i szybko zbliżając się do pozycji bliżej głównej drogi, gdzie mogłaby zająć pozycję umożliwiającą wykonanie rozkazu.

Fox zdał sobie sprawę, że biegi z pełnym ekwipunkiem w pustynnych warunkach, mogą wykończyć ich wszystkich bardzo szybko. Szybkim ruchem dłoni przetarł oczy w próbie pozbycie się pyłu i piasku, który dostał się do nich przy okazji lądowania. Tu chyba trzeba byłoby mieć szczelne gogle, aby cokolwiek zabezpieczyć. Dopadł do jednego z tych kamiennych, wyższych budynków, bielonych byle jak i najtańszym możliwym kosztem. Szczęśliwie nie dojrzał w nim ruchu, nie zapalono też świateł. Podskoczył i złapał się krawędzi, z dużym trudem podciągając się na dach i ostrożnie stąpając po niezbyt solidnie wyglądających deskach, tworzących tutaj dach. Pokryte jakąś mazią do ochrony przed deszczem, trzeszczały niemiłosiernie w uszach najemnika. Szybko położył się na płask, licząc na to, że ludzie w środku bardziej zainteresowani będą przeżyciem niż sprawdzaniem co się dzieje. Ułożył karabin, przykładając lunetę do oczu.

Najpierw, po krótkim przeczesywaniu terenu ze względu na ciągle panujący półmrok, dojrzał obłok pyłu, przesuwający się w ich stronę. Zwiększył powiększenie, kierując celownik prosto na prawie niewidoczne w tym tumanie kurzu samochody. Zawierały to, czego się spodziewali. Chyba po trzech ludzi z przodu i jeszcze kilku z tyłu. Na pace jednego również zamontowany karabin maszynowy, ciężko poznać było jaki. Wszystko to czarni jak noc tubylcy, ubrani w niedopasowane, różnokolorowe ubrania. Każdy uzbrojony, zwykle w ręczną broń automatyczną. Brylowało klasyczne AK, był prawie pewien, że przynajmniej jeden model pochodził jeszcze z dwudziestego wieku. Poza tym kilka innych mało kosztownych modeli, jak choćby mający już z kilkadziesiąt lat Sig. No i łatwo rozpoznawalne RPG, w akcji już dziś widziane.

To samo dostrzegła już również Valerie, podobnie jak Raver wchodząc na dach jednego z budynków przy drodze. W przeciwieństwie do snajpera nie potrzebowała się na nim kłaść, a tylko powiększyć swoje pole widzenia. Trzymając się jedną ręką, drugą przykładała lornetkę do oczu. To co kobiecie rzuciło się dodatkowo w oczy, to fakt, że pickupy kiepsko radziły sobie na piaszczystej drodze. Zbyt obciążone jechały wolno. Przeniosła wzrok na światła zbliżającego się z drugiej strony samochodu. Pojedynczy, nieuzbrojony van. Jeśli to nie był przewodnik, to mieli problem. Jechał jednakże znacznie szybciej, miała pewność, że to on na miejscu spotkania pojawi się pierwszy. Przekazała wiadomość przez komunikator.
- Przewodnik będzie tu jako pierwszy, ze sporą przewagą.
- Wszyscy na miejsce zbiórki, przechwycimy go
- odpowiedział jej głos Irlandczyka, słyszany przez wszystkich w dousznym komunikatorze.



Wykonanie tego polecenia okazało się dość proste, choć bieg wąskimi, piaszczystymi ścieżkami i kluczenie między nędznymi domostwami, ujawniło, z czym będą mieli do czynienia podczas swojej wizyty w Mogadiszu. Przede wszystkim, pozytywnym akcentem były zima, panująca tutaj tak jak i wszędzie na północnej półkuli oraz bliskość morza. Obie te rzeczy obniżały temperaturę do prawie dwudziestu stopni w cieniu. Teraz, tuż przed świtem, zimny wiatr atakował ich ciała z dość dużą siłą, wywołując czasami i dreszcze, w nocy musiało być około dziesięć, albo i więcej, stopni mniej niż w trakcie dnia. Do końca grudnia panowała tu także pora deszczowa - tu jednakże nie mieli co się oszukiwać. Jeśli doczekają się choć jednej porządnej ulewy, to będzie dobrze.
Najgorsze, czego obecnie doświadczali, to trudy poruszania się. Z pełnym ekwipunkiem, starając się utrzymać tempo, czuli jak stopy zapadają się w piasek i zsuwają po niewielkich jego usypiskach. Podążanie drogą nie pomagało wiele, piach był wszędzie i koniec.
Co więcej, osada się budziła.

Pierwsza spotkała się z tym Blue, utrzymująca równe tempo tuż obok Petera. Jakieś prawie nagie dziecko wybiegło z drzwi, którymi była tylko brudna płachta materiału, wpadając na nią i niemal przewracając. Przewróciło się, patrząc na nią szeroko otwartymi w szoku oczami. Przez ułamek sekundy tylko, bo potem już wrzeszczało, przywołując innych. Na zewnątrz wybiegł nawet jakiś niski, czarny jak noc mężczyzna z czymś na kształt maczety w rękach. Wylot lufy automatycznego shotguna, mimo, że nigdy w życiu takiej broni pewnie nie widział, zmusił go do szybkiej rejterady. Być może właśnie ta trzymana przez najemników broń zniechęciła innych do wychodzenia na zewnątrz, bo dotarli do skrzyżowania bez dalszych incydentów. Światła samochodu były już bardzo niedaleko. Na wschodzie było już widać unoszące się nad horyzont słońce. Nie zatrzymali się, sami także zmniejszając dystans do zbliżającego się pojazdu. Teraz śledziło już ich wiele par oczu, było jasne, że jadący od południa tubylcy szybko dowiedzą się, kto wysiadł z helikoptera.

Wreszcie pojawił się przewodnik. Łatwo było mu poznać osoby, z którymi kazano mu się tu spotkać. Zawrócił starego vana i zatrzymał się. Z okna od strony kierowcy wyłoniła się głowa murzyna, dokładnie odpowiadająca tej, którą im pokazano na odprawie. Mężczyzna odezwał się w łamanym angielskim, z bardzo wyraźnym afrykańskim akcentem.
- Ja Ghedi LuQman. Pracuję dla pana Sato. Wsiadać. Nie ma czasu.
Nie ustalano żadnych haseł, tutaj jednak nie było mowy o pomyłce. Odsunęli drzwi i wsiedli, mieszcząc się bez problemu w niezbyt czystym i ładnie pachnącym samochodzie, który z tyłu zamiast foteli miał tylko drewniane ławki. W kącie leżała spora sterta jakiś białych i szarych szmat.



Gdy tylko wsiedli, van ruszył, szybko nabierając prędkości. Szybko wyjechali z zabudowań, obserwując je jeszcze przez tylne szyby. Wyglądało na to, że pickupy zatrzymały się, przynajmniej na jakiś czas, więcej nie dało się dostrzec. Droga prawie zniknęła, przedzierali się przez uklepane i wyjeżdżone nieco piaski. Aż dziwne, że samochód sobie radził, za to trzęsło nimi straszliwie, na twardych ławeczkach z trudem mogli się utrzymać. Ghedi starał się utrzymywać neutralną minę, doświadczeni najemnicy potrafili jednak wyczuć, gdy ktoś denerwował się na akcji. Ten tutaj właśnie taki był, nawet jeśli ruchy miał pewne. Za to był komunikatywny.
- Zły czas na przylot do Mogadiszu. Zły czas. Wojna. Na ulicach źle. Po tej stronie Czerwoni, tutejsi, chrześcijanie. Wy rządowym helikopterem, dlatego strzelali. Z drugiej strony miasta araby z północy. A w środku rząd, wojsko tam. Nie można się dostać, bez przepustek.

Wjechali na pustynię, po bokach nie było zupełnie nic oprócz skał i wyschniętej, nielicznej roślinności. Van wył, na najwyższych obrotach przedzierając się wyjeżdżonymi w piasku śladami.
- Muszę was zostawić, tu poza Mogadiszu. Jest miejsce, zapłacone. Przebieżcie się w te stroje, ukryjcie broń - wskazał na leżące z boku szmaty, które okazały się długimi, luźnymi szatami i tkaninami na twarz, w których z daleka każdy mógł wyglądać na tutejszego, nawet jak ubierali się tak tylko Arabowie. - Wypuszczę was i pojadę dalej. Oni ścigać samochód. Wrócę później. Do Mogadiszu nie można. Na drogach bojówki i wojsko, zależy jaka droga. Nocą, przez pustynię tak. Na drogach trzeba przepustki. Pytają o wszystko. Kobiety sprawdzają, bardzo dokładnie.
Znacząco spojrzał na Jeanne, mimo ciemniejszej skóry jakże bardzo wyróżniającą się z otoczenia.

Kilka minut później pojawiły się następne zabudowania, już od początku wyglądające na nieco lepsze od tych, które opuścili. Tylko nieco. Duża część z nich zbudowana była z blachy falistej lub czegoś podobnego, nie dając za wiele ochrony czy intymności. LuQman skręcił w bok, a przez okna zdążyli jeszcze zobaczyć zbliżającą się chmurę pyłu, oznaczającą dalszy pościg prowadzony przez pickupy. Świt już nastał, widoczność znacznie się zwiększyła.
- Spróbuję ich zgubić. To już nie Mogadiszu, tu nie mają tyle siły - przewodnik w swoich wypowiedziach wyraźnie szukał prostych słów. - Nie wychodzić z kryjówki. Przyjdę szybko. Do Mogadiszu tylko nocą.
Podjechał do jednego z piętrowych domów, umiejscowionych na jednym z gęściejszych osiedli. Wypuścił ich prawie prosto do drzwi, z narzuconymi na ubrania szmatami przez tę chwilę spokojnie mogli uchodzić za tutejszych. Szybko odjechał, pozostawiając za sobą kurz.

W środku było zdecydowanie ubogo. Proste wyposażenie, nieliczne zresztą, odrapane ściany, brudny chodnik i zadymiona kuchnia, w której ciężko wyglądać choćby prostej kawy, nie mówiąc już o nowoczesnych produktów z krajów rozwiniętych. Niemal wpadli, na stojącą na środku, niską dziewczynę, a może już nawet kobietę, która wskazała im na nierówne schody na górę. Z bocznego pomieszczenia wyjrzało jakieś dziecko. Øksendal mogła sama być przestraszona, za to po spojrzeniu w jej oczy poznała, jak bardzo boi się ta tutaj.
Weszli na górę, do niewielkiego pomieszczenia o surowych ścianach. Dwie prycze, w tym jedna piętrowa. Mały stolik, do tego dwa stołki. Stary dywanik na wysuszonych deskach podłogi. Tu mogli porozmawiać, zastanowić się co dalej. Dwa małe okienka, po przeciwnych stronach pokoju pozwalały wyjrzeć na zewnątrz, ale same nie miały nawet improwizacji firanek.
Kilka minut później usłyszeli dwa samochody, przejeżdżające jakąś nieco oddaloną od kryjówki drogą.
 

Ostatnio edytowane przez Eleanor : 14-04-2013 o 01:07.
Sekal jest offline  
Stary 17-04-2013, 22:30   #9
 
Eleanor's Avatar
 
Ponieważ przewodnik przyjechał pierwszy ominęła ich potyczka zaraz w pierwszych minutach pobytu na somalijskiej ziemi. Niestety, czarnoskóry mężczyzna pościg na ogonie uznał za powód, by nie dowozić ich od razu do samego Mogadiszu, a płynące z jego ust słowa świadczyły że jest poważnie przestraszony zadaniem, które zostało mu przydzielone.
- Możesz załatwić przepustki? Musimy się dostać do części arabskiej i musimy mieć możliwość poruszania się tam w miarę swobodnie. - Valerie przejrzała ubrania wybierając tradycyjnie czarną abaję i także nekab w ciemnoszarym kolorze, zakrywający dokładnie zarówno włosy jak i twarz. Gdy włożyła go na głowę widać było jedynie oczy i odrobinę jasnego ciała wokół nich - Trochę ciemnego fluidu i da się w tym udawać arabkę - powiedziała patrząc na Kane'a, a potem by wypróbować działanie chipu, ponownie zwróciła się do przewodnika tym razem po somalijsku, jak najstaranniej próbując naśladować dźwięczący jej w głowie akcent. - W jaki sposób sprawdzają kobiety?
- Przepustki trudno. Trzeba dużo zapłacić. Albo ważna przysługa. I tylko dla jednych z nich, nie wszystkich. Nawet wtedy, bez broni do miasta. I oni pytać. Każdy pytać, bo złe czasy, niepewne.

Nawet jak Ghedi zdziwiły słowa wypowiedziane w jego rodzimym języku, to nie dał tego po sobie poznać. Pewnie słyszał okropny akcent Shade.
- Przeszukiwać dokładnie. Pod ubraniem. Macać. I coś więcej, jak czują się pewnie. Białe kobiety atrakcyjne. Lub złe i trzeba nawrócić. To zależy na kogo się trafi.
- A ubrane po arabsku? W tradycyjne stroje? Też je tak obmacują?
- Pytała dalej po somalijsku. Zdawała sobie sprawę, że marnie jej to idzie, ale trzeba było się wprawiać. - Ile to znaczy dużo zapłacić?
- Zaraz, zaraz
- wtrącił się Felix - jak dokładnie wygląda sytuacją nocą? Jak często można natknąć się na patrole? Ile będziemy mieli czasu?
- Te po arabsku najpierw. Za łatwo przebrać
- odpowiedział murzyn. - Sto dolarów na osobę, jak będzie dobrze. I wtedy i tak bez broni. I innych technologii - pokręcił głową, odwracając się na chwilę w stronę Foxa.
- Noc długa, a patrole rzadko. Za dnia zobaczą, w nocy nie. Przeprowadzę.
- A jak wygląda sytuacja w samym Mogadiszu jak już się tam dostaniemy? Poruszająca się po mieście grupa białych ludzi szybko zostanie zauważona. Jak nas potraktują bez dokumentów? Nie mówiąc już o o fakcie, że będziemy mieli przy sobie broń i zaawansowane technologicznie sprzęty?
- Shade, Shade
- zaczął Fox, kiwając głową. - Nie słyszałaś? “Noc długa, a patrole rzadko” - rzucił, szczerząc zęby. Bardziej bym się martwił o to, jak rozegramy sprawę auta. Trzeba będzie znaleźć jakieś stałe miejsce spotkań, bo inaczej ugrzęźniemy w mieście na dłużej, niż byśmy chcieli. Ten wóz nie dysponuje, ekhm, technologią stealth...
Valerie westchnęła:
- Nie zapominaj Fox, że nie mamy pojęcia gdzie szukać, a teren do rozpoznania jest rozległy. jak to sobie wyobrażasz? Chodzimy nocą po mieście i sprawdzamy wszystkie wejścia, bo może przypadkiem prowadzą do tajnego laboratorium?
- W mieście różnie
- przewodnik włączył się do tej wymiany zdań, choć z trudem pojmował dokładne znacznie szybko wypowiadanych po angielsku słów. - Przy granicach stref niebezpiecznie. Głębiej lepiej, o ile macie przepustkę lub inne pozwolenie lub omijacie posterunki. Broni na widoku nie nosić, zdecydowanie nie. Wyście biali, zwracacie uwagę. I wasza broń też. W nocy w mieście niebezpiecznie. Walki. Rabunki. Jest miejsce w Mogadiszu. Przygotowane. Zaprowadzę. Jak się tam dostaniemy.
- Jakie miejsce? Poza tym, z tego co mówisz, dla mnie noc wydaje się bezpieczniejszą opcją. Walki, tak? I ciemno. Bardzo, bardzo ciemno. Tylko broń może zwracać uwagę... zakładając, że będziemy często z niej korzystać... albo nią wymachiwać
. - Fox parsknął. - Co do szczegółowych ustaleń, Shade, to tym zajmiemy się później. Najpierw podstawy. Tu i teraz, z przewodnikiem.
- Ghedi
- Valerie postanowiła nie wdawać się w dyskusję z Foxem, na temat sposobu zdobywania informacji. To nie był dobry czas na takie rozmowy. - Będziemy potrzebowali przepustek umożliwiających swobodne poruszanie się po dzielnicy arabskiej. Cena, którą wymieniłeś nie stanowi problemu, ale liczy się czas. Tam też najbardziej pasowałoby się nam zatrzymać, by nie przekraczać granicy stref.
- Stąd nie załatwię
- odpowiedział tubylec. - Tu tylko przepustki wejścia do Mogadiszu, do strefy z tej strony. Czerwoni kontrolują, z nimi mi najłatwiej rozmawiać. W tej części też przygotowana kryjówka. Inne przepustki na miejscu. Do arabskiej tylko pośrednicy, ja nie mam.

Kane słuchał rozmowy, podskakując na twardej ławce i próbując przy tym założyć wielki kawał materiału z kilkoma dziurami. Nie chciało mu się sprawdzać wcześniej jak miejscowi nazywają ten strój, kojarzył się jednoznacznie z arabusami. Odezwał się po kolejnej odpowiedzi murzynka. Nie zamierzał z nim tu i teraz dyskutować.
- Załatw te co możesz, w razie czego. Nie wierzę, że w dzień się tam dostać nie da, nie trzęś portkami, kolego. Zostaw nam też trochę lokalnych, papierowych pieniędzy.
Widząc, że dalsza dyskusja jest w chwili obecnej bezcelowa, Felix zainteresował się leżącymi obok szmatami. Nie bardzo podobało mu się to, że musiał przebierać się w takie łachy, ale innego wyboru za bardzo nie było. Czuł, że i tak będą mieli wiele problemów z unikaniem niechcianego towarzystwa...
Ghedi szybko pokiwał głową, na znak, że rozumie.
- Zrobię co będę mógł, znam trochę Czerwonych.
Wyjął niewielki plik wymiętych banknotów i wręczył go O'Harze.
- To szylingi somalijskie. Mniej więcej dwadzieścia szylingów to jeden eurodolar, ale tu nikt tak nie przelicza. Wszystko tańsze, jeśli nie z zagranicy. Za takie trzeba płacić twardą walutą. W dzień się da. W dzień tylko niebezpiecznie. Ja nie ryzykować, gdy nie trzeba.
Zostawił ich w jakiejś ruderze cztery kilometry od granic Mogadiszu, a potem zniknął w tumanie kurzu. Cholera jasna!

***


Shade uśmiechnęła się tylko słysząc docinki grupy. Skoro miała iść na zwiad musiała się przygotować. Z plecaka wyjęła swoje noże. Jeden, zamocowany w specjalnej pochwie, przypięła do uda. Umieszczając od jego wewnętrznej strony. Do rękawów kombinezonu przymocowała jeszcze po dwa. Wolała je od broni palnej, robiły mniej hałasu i łatwiej było je ukryć na ciele. Poza tym nic nie robiło takiego wrażenia na mężczyźnie jak kawałek ostrej stali przytulonej do jego genitaliów. Ostatecznie postanowiła zrezygnować z udawania arabki na dłuższą metę. Takie przebranie natychmiast przestałoby mieć sens, gdyby ktoś podszedł blisko i zwrócił się do niej bezpośrednio. Jej oczy były zbyt jasne, a akcent naprawdę marny, więc mistyfikacja byłaby zbyt łatwa do odkrycia. Jednak z daleka kamuflaż mógł się udać, a noszenie nekabu nie było zabronione. Na razie więc pozostała w tych szatach nieco tylko go modyfikując. Szybkim pociągnięciem noża rozcięła wszytą od spodu szaty kieszeń, by mieć bezproblemowy dostęp do noża i przycisków na kombinezonie. Do do drugiej włożyła lornetkę, dokumenty, a od Kane'a nieco pieniędzy z tych zostawionych przez przewodnika.
Potem śladem jednej ze specjalistek opuściła pokój. Dziewczyna, którą spotkali przy wchodzeniu nadal znajdowała się w tym samym miejscu. Valery podeszła do niej i powiedziała w swoim marnym somalijskim:
- Dzień dobry. Jak masz na imię? Ja jestem Val. - Uśmiechnęła się przyjaźnie, choć tego uśmiechu rozmówczyni mogłaby się domyślić tylko po oczach.
- Amina - odpowiedź była sucha i krótka, a dziewczyna nie spuszczała oczu z najemniczki.
- Chciałabym iść na targ. Możesz mi powiedzieć jak się tam dostać? - Zapytała - Może mogłabyś mi pożyczyć kosz na produkty?
Dziewczyna pokręciła głową.
- Będzie mi potrzebny. Targ pół godziny, tam.
Wskazała dłonią na północny zachód, w stronę przeciwną do Mogadiszu. Valery postanowiła być bardziej przekonująca.
- Jeśli mi go pożyczysz na dwie godziny. Mogę też kupić coś dla ciebie...
To wywołało jeszcze gwałtowniejsze przeczące ruchy głowy. Teraz Shade poznała, że dziewczyna jest bardzo mocno przestraszona choć ukrywa to nieźle, więc wyciągnęła wolno rękę i lekko dotknęła jej dłoni:
- Nie musisz się bać. Nie zrobimy ci nic złego i postaramy się odejść jak najszybciej.
Dziewczyna odsunęła się i spuściła wzrok.
- Kosz można kupić. Idź już.
Val westchnęła. Dalsze naciskanie nie miało sensu. Skinęła więc tylko głową i wyszła na zewnątrz.

Miasto, w promieniach wschodzącego słońca nie wyglądało przyjaźnie. Dwu, trzykondygnacyjne domy najwyraźniej kilkukrotnie w ciągu ostatnich lat były odbudowywane i łatane, po kolejnych zniszczeniach, teraz stanowiły dziwaczną zbieraninę przeróżnych, czasami marnie do siebie pasujących elementów budowlanych, wśród których kręcili się budzący dopiero ze snu mieszkańcy. Czy przyczyną zniszczeń były stałe od ponad pięćdziesięciu lat walki, czy nawiedzające te tereny z dużą częstotliwością trzęsienia ziemi, nie miało znaczenia. Faktem było wszechobecne ubóstwo i tragedia ludzi żyjących w tym miejscu. Przynajmniej teraz, zimą nie nękała ich susza, wracająca systematycznie co roku, wraz z początkiem pory suchej. Jednak strach nie opuszczał ich nigdy. W czasie swoich podróży Shade widziała niejedno takie miejsce w różnych rejonach świata. Spojrzenia ludzi, wszędzie były takie same. Puste, pozbawione nadziei na zmianę losu i pełne z trudem skrywanego lęku jak oczy Aminy.
Jedyną metodą by znosić to spokojnie było ignorować. Nie dawać się wciągnąć w cudze problemy. Nie zaprzyjaźniać się, nie zawiązywać więzów. Mimo przyjaznej postawy i otwartości, Shade zawsze zachowywała dystans umożliwiający jej trzymać uczucia na wodzy. Dystans, który pozwał ignorować brutalność i niesprawiedliwość świata.

Najpierw postanowiła przejść się w stronę Mogadiszu i rozejrzeć po pustyni. Gdyby ktoś ją zaczepił postanowiła udawać, że zgubiła drogę. W tym rejonie pustynia nie była całkowicie pozbawiona roślinności. Rozsiane dość często skupiska drzew mogły dawać niewielką ochronę przed ciekawskimi oczami. Problem stanowiły pozbawione roślinności odcinki między nimi, które ciężko byłoby pokonać, nie narażając się na wykrycie. Może poradzili by sobie z tym wyszkoleni najemnicy. Miała jednak wątpliwości co do dwóch dziewczyn, które przydzielono im do grupy.
Przede wszystkim postanowiła sprawdzić patrole, o których z takim lękiem opowiadał przewodnik. Znalazła niewielką niszę w jednym z domów usytuowanych na krańcach miasta i usadowiła się w niej wygodnie. Ukryta dyskretnie przed większością ciekawskich oczu, przez jakiś czas obserwowała tylko okolicę, próbując stopić się z otoczeniem. Nikt nie zwracał na nią uwagi, więc wyciągnęła lornetkę i zaczęła przepatrywać zarówno domy w okolicy jak i dokładnie przeczesywać pustynię. Ciekawa była ilu ludzi patroluje tę okolicę i czy poruszają się z konkretna częstotliwością. Czy mają jakieś stałe trasy. Jak blisko podchodzą do miasta, a także kto jeszcze swobodnie porusza się po okolicy.

Zbyt długie przebywanie w tym miejscu mogłoby w końcu wzbudzić czyjeś zainteresowanie, więc kiedy zgromadziła część danych ruszyła w kierunku targu. Zgodnie z tym co mówiła Amina dotarła tam po około pół godzinie i bez problemu zakupiła spory kosz przystosowany do noszenia na głowie. Choć sprzedawca początkowo patrzył na nią podejrzliwie, gdy zaczęła się targować z wprawą świadcząca o latach doświadczeń, zapomniał o ciekawości i ewentualnych kłopotliwych pytaniach. Wszystkie targi w i wszyscy sprzedawcy w Afryce byli tacy sami, targowanie wyniesione do poziomu sztuki, zawsze wzbudzało ich szacunek.
Następnie kupiła kiść bananów i kilka owoców kiwano, a także świeże daktyle, które były w tych rejonach największym przysmakiem. Uśmiechają się pod szatą na myśl o minach towarzyszy zakupiła pół uncji tutejszej herbaty. Potem skierowała się do miejsca gdzie zgromadzili się handlarze ryb. Przejrzała dokładnie towary i w końcu wskazała tę, która wydawał jej się najbardziej świeża.
- Czy to z dzisiejszego połowu? - Zaczęła niewinnie rozmowę. Skoro ci kupcy dowozili na ten targ ryby, najwyraźniej złowione nocą przy brzegach Mogadiszu, musieli mieć możliwość prostego przemieszczania się na wybrzeże i z powrotem. Może to był sposób na szybkie i w miarę bezproblemowe dostanie się do miasta?
 
Eleanor jest offline  
Stary 18-04-2013, 11:18   #10
 
Tom Atos's Avatar
 
Ich czarnuch okazał się jedynie odrobinę pomocny. Peter wraz z innymi trząsł się niemiłosiernie w vanie próbując, w tym czasie nie lada sztuki przebrania się w miejscowe ciuchy.

Jakoś nikomu nie przyszło do głowy, by w ten prosty sposób zamaskować swoje pochodzenie. Może dlatego, że w połowie XXI wieku wszyscy zakładali, że nawet tutaj nosi się cywilizowane, europejskie stroje. Niesłusznie jak się okazało. Z drugiej strony wypadało się cieszyć, że to nie dżungla, gdzie jedynym ludowym strojem mogła być kusa spódniczka z liści. Pod czymś takim, to nawet Shade nie ukryłaby karabinu.

Z paplaniny Ghedi LuQman wydobył istotną informację, że Mogadiszu jest podzielone na strefy, a oni mają najbliżej do terenu opanowanego przez Czerwonych, z północy są Arabowie, a w centrum rząd. Problem był w tym, że oni musieli się dostać do obszaru, którego satelitarny obraz został zakłócony przez Umbrella. Wyglądało na to, że ten teren opanowali właśnie Arabowie. Jednak Mister LuQman tam już niewiele mógł.

Mógł za to ukryć ich w jakimś domku, w jakiejś wiosce. Co zrobił opuszczając ich w tumanach wzbijanego kurzu. Poszli na pięterko. Pokoik był licho umeblowany, ale przynajmniej było gdzie usiąść i gdzie się położyć. Wiga zainteresowały dwa niewielkie okienka. Przez jedno z nich, choć nie bezpośrednio zobaczył mijający ich pościg. Peter przespacerował się po pokoiku przy okazji rozmawiając z towarzyszami o planach na przyszłość. Konwersacja była wielce interesująca. Zwłaszcza ze specjalistkami.
- Nie ma wyjścia na dach … - zauważył obserwując sufit – nie da się przeskoczyć na budynki obok.
Zawiesił głos spoglądając na resztę.
- Macie czasami wrażenie, że znajdujecie się w pułapce?
Jak by nie patrzeć, to miejsce było niezwykle kiepskie do obrony.
- Musimy wystawić warty. – zaakcentował pierwsze słowo.

Dyskusja w zasadzie popłynęła w kierunku wniosku, że muszą zaczekać do zmroku na przewodnika i spróbować dostać się do miasta. Peterowi jednak przyszło coś innego do głowy.

- A w zasadzie dlaczego musimy przebijać się przez strefę Czerwonych? Czyż nie można pustynią obejść miasto i dostać się bezpośrednio do strefy arabskiej? – zadał pytanie.
Kwestia była do przedyskutowania, a w każdym razie warta rozważenia.

Nie tylko Shade miała ochotę wybrać się na miasto.
- Z jednym się z Tobą zgadzam Kane. – powiedział do Irlandczyka. - Nie możemy tu siedzieć bezczynnie. Dobrze byłoby znaleźć jakąś inną kryjówkę w pobliżu. Najlepiej taką, z której byłoby widać nasz uroczy domek. Takie małe zabezpieczenie na wypadek, gdyby na czarny przyjaciel Ghedi zechciał zmienić barwy klubowe. Poszukam czegoś odpowiedniego. Jak mawiają karaluchy: „jakby co to będziemy w kontakcie”.
- Moje Panie. –
skłonił się lekko w stronę Jeanne i Blue. – Miło było porozmawiać. Na pewno jeszcze będziemy mieli okazję pogawędzić. Tymczasem.

Przywdział arabskie „maskowanie” i wyszedł. Czego szukał? Jakiejś opuszczonej rudery w pobliżu. Jego najemniczy instynkt mówił mu, że nie należy postępować tak, jak się tego spodziewa imć Ghedi. Po za tym źle znosił miejsca, z których nie było ucieczki. Chciał się gdzieś zaszyć i spokojnie poczekać na powrót LuQmana.
- Shade? Tu Wig.– powiedział korzystając z komunikatora – Wyszedłem na zewnątrz, szukam innej kryjówki. Dam Ci znać jak coś znajdę. Nie powinniśmy wszyscy przebywać w jednym miejscu. Zauważyłaś coś podejrzanego?
 
Tom Atos jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168