Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-02-2015, 21:05   #1
 
Bounty's Avatar
 
Reputacja: 9163 Bounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputację



Żyjemy tak jak śnimy - samotnie.
- Joseph Conrad.

________________________________________________

Sula vie dilejo


_____Sen jest nieodmiennie ten sam: panorama miasta, w którym nigdy nie była. Dziesiątki wieżowców wyrastają z horyzontu, gdzie betonowe morze podaje ręce niebu. Wieczór jest wczesny, lecz mroczny. Drapacze chmur dosłownie dziś je drapią, pieszcząc podbrzusza bogów. Nisko wiszące chmury zlewają się ze szczytami budynków, upodabniając je do filarów podtrzymujących sklepienie świata. Najwyższy szczególnie przyciąga uwagę: wygląda jakby ktoś ustawił na sobie gigantyczne sześciokąty. Wierzchołek ginie w chmurach. Przez skłębiony granit firmamentu przebija się samotny promień słońca budząc refleksy w oddalonej o wiele mil konstrukcji ze szkła i chromu.
Bliższy widok zasłania barierka z mlecznego szkła. Ledwo sięga wzrokiem ponad nią. Patrzy na miasto z pozycji siedzącej lub oczami dziecka.

Punkt widokowy: balkon na wysokim – piętnastym lub wyższym – piętrze. Pękający tynk na bocznej ścianie, łuszcząca się farba. Obok ustawione jedna na drugiej klatki z królikami. Dwa białe i trzy szare, dwa w biało szare łaty, królicza rodzina. Zwierzątka intensywnie węszą przeciskając nozdrza przez kraty. Idylliczny obrazek, gdyby nie leżący obok nóż z zaschniętymi, ciemnobrunatnymi plamami. Wszędzie zawieszone donice z warzywami, w górę pną się młode pomidory. Nie widzi wiele więcej, w sukurs przychodzą pozostałe zmysły.

Zapach: mocnych, tanich papierosów. Mijająca ją, kierująca się na zewnątrz smuga dymu ulotnym tropem prowadzi do dłoni.
Dotyk: trzymająca papierosa dwoma palcami dłoń oparta na jej ramieniu. Masywna, lecz kobieca. Zniszczona, o żółtych palcach. Drżąca.
Smak: cierpkość gorzkiej herbaty.
Słuch: przez jednostajny szum miasta przebija się grzmot nadchodzącej burzy. Tuż zza pleców dobiega stłumiony, kobiecy szloch.

Zrywa się chłodny wiatr a obraz zaczyna się cofać. Coś, ktoś ciągnie ją do tyłu przez bramę w brązowych zasłonach. Przez moment, mgnienie oka, zdaje się jej, że na widocznym jeszcze fragmencie nieba widzi ptaka. Wielkiego, drapieżnego ptaka krążącego nad miastem. Nie chce wracać do środka, lecz wie, że nie ma na to wpływu. Niebo, miasto, cały świat na zewnątrz przestaje już istnieć, znika za kurtyną zasłon. Widok obraca się i w jej polu widzenia pojawia się wiszące na białej ścianie lustro. Ale nim zdąży dojrzeć odbicie sen urywa się, rozpływa w blasku.


________________________________________________



_____Biały orzeł nadleciał od wschodu. Zostawił za sobą lasy i uprawiane przez maszyny pola oraz zniszczone wydobyciem gazu zatrute pustkowia. Przeleciał nad ciągnącymi się w nieskończoność identycznymi domkami przedmieść. Zniżył lot nad szarymi blokowiskami Pragi. Przez moment w dole błyszczała w słońcu wąska wstęga wysychającej rzeki. Orzeł wiedział dokładnie gdzie zmierza. Wleciał między pnące się ku niebu bryły szkła i stali. Gdy lądował na pustym tarasie, wysoko nad miastem, jego pióra furkotały na wietrze. Szpony zacisnęły się na barierce.
Szklane drzwi rozsunęły się i wyszedł zza nich mężczyzna. Szary garnitur pasował do ascezy tarasu, ale jego właściciel objął orła z prawdziwą czułością. Obramowane siwym zarostem usta wyszeptały słowo. Po chwili trzymał w dłoni wydobyty z piersi ptaka chip. Gdy wracał do środka, znad zakrzywionego dzioba śledziły go beznamiętne oczy kamer.


________________________________________________


Ujęcie pierwsze:
Kamera śledzi z powietrza płonący statek. Na pokładzie, pochłoniętym już częściowo przez szmaragdową wodę, tłoczą się setki ludzi o smagłej karnacji. Na zbliżeniu widać ich rozwarte w krzyku usta, lecz samego krzyku nie słychać. Po kilku sekundach obraz się zmienia.

Ujęcie drugie:
Tłum zamaskowanych demonstrantów ciska petardami i kamieniami w mur policyjnych tarcz. Rozbrzmiewa strzał.

Ujęcie trzecie:
Przypominająca szarańczę chmura rojobotów rozprasza demonstrantów, aplikując w odsłonięte części ciała środki usypiające oraz czipy identyfikujące.

Ujęcie czwarte:
Grupa bojowników pozuje na powalonym robocie kroczącym, niczym myśliwi na zabitej bestii. Wznoszą okrzyki wymachując karabinami i zieloną flagą z półksiężycem.

Ujęcie piąte:
Drogą jedzie kolumna transporterów opancerzonych. Na każdym z nich powiewa błękitna flaga z gwiazdami.

Ujęcie szóste, nocne:
Na rozświetlonej przez płonący autobus ulicy leży ciało mężczyzny. Krew odbija migotanie płomieni. Błyszczy.

Ujęcie siódme:
Mężczyzna w czarnym mundurze Frontexu przepycha się do limuzyny przez tłum dziennikarzy i rój latających kamer. Nagle pada strzał. Tłum rozbiega się, mężczyzna w mundurze pada w ramiona ochroniarzy.


Seans rodem z „Mechanicznej Pomarańczy” dobiega wreszcie końca. Miejsce ekranu zajmuje trójwymiarowy hologram blond-prezenterki. Jej bezdyskusyjnie piękna, lecz poważna twarz i przyjemny głos tworzą budzący zaufanie, przyciągający uwagę zestaw, ukształtowany według badań gustu widzów.

- Magdalena Oszmiańska, witam państwa i zapraszam na spersonalizowany skrót wiadomości w Euronews Polska. Drugą noc trwają zamieszki po zatopieniu u wybrzeży Hiszpanii przez drona Frontexu statku „Aisza” z ośmiuset uchodźcami na pokładzie. Jak potwierdziły służby ratownicze nikt z rozbitków nie przeżył. Do najgwałtowniejszych starć z policją doszło w Paryżu, Wiedniu, Amsterdamie oraz w Brukseli, gdzie bojownicy Ansar al-Islam wystrzelili w stronę Europarlamentu czternaście rakiet i ogłosili początek Intifady. Pożar budynku został już ugaszony a okoliczne ulice ewakuowane. Do Brukseli, Berlina i kilku innych miast wkroczyło wojsko. Trauma Team Corporation potwierdziła do tej pory sto sześć ofiar śmiertelnych starć i ponad dwa tysiące rannych, w tym wielu w stanie ciężkim. Policja aresztowała przeszło tysiąc najbardziej agresywnych demonstrantów.

- Programiści dronów Frontexu zostali zatrzymani do zakończenia śledztwa. Rzecznik prasowy Frontexu tłumaczy, że wszystkie procedury zostały zachowane a dron rozpoznał broń na pokładzie statku, prawdopodobnie został ostrzelany i odpowiedział ogniem. Lider Islamskiej Partii Europy, Mohammad Naseem kwestionuje te wyjaśnienia i określa zatopienie „Aishy” jako akt terroru.

- Szef połączonych sztabów Armii Europejskiej, generał Konstantin Arsenovic oznajmił, że prywatyzacja Frontexu była poważnym błędem i że w razie potrzeby wojsko może w ciągu sześciu miesięcy przejąć całkowicie ochronę granic. Gotowość do zastąpienia Frontexu wyraziła też amerykańska korporacja Lazarus. O ewentualnym zerwaniu kontraktu musi jednak zadecydować nowy Europarlament.

- Prezydent Daniela Ridder zapowiedziała, że jeśli do weekendu nie zostanie przywrócony porządek umożliwiający otwarcie wszystkich lokali wyborczych, konieczne będzie przesunięcie terminu wyborów.

- Głównodowodzący Frontexu, Salvador Armendáriz po wczorajszym zamachu znajduje się w warszawskim szpitalu korporacji. Lekarze informują, że dzięki użyciu nanobotów jego życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. Zamachowiec został schwytany, ale policja nie ujawniła jeszcze jego tożsamości. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że może być powiązany z organizacją terrorystyczną Czerwony Świt. Wiadomo już, że przeszedł przez wykrywacze metalu i tworzyw sztucznych dzięki użyciu broni organicznej. Ochrona Frontex Citadel została wzmocniona przez mechy i pojazdy opancerzone zaś prawy pas Alej Jerozolimskich zajęły żelbetonowe bariery. Zwężenie komunikacyjnej arterii zakorkowało centrum miasta podczas porannego szczytu.

- Wzmocnione siły policji zabezpieczają rejon tak zwanego Talibanu, czyli getta muzułmańskiego na warszawskiej Woli po tym jak podpalono tamtejszy meczet. Kilkanaście osób, w tym dwóch policjantów, pozostaje w szpitalu po wczorajszym starciu muzułmańskiej demonstracji z próbującymi ją zatrzymać narodowcami.

- Zapowiada się kolejny pogodny dzień. Temperatura w ciągu dnia będzie wynosić około dwunastu stopni Celsjusza, wieczorem możliwe są przelotne opady deszczu.

- Wiadomości z zagranicy. Prezydent USA Pedro Benitez wezwał Rosję, pod groźbą przywrócenia sankcji ekonomicznych, do egzekwowania postanowień międzynarodowej umowy o kontroli sztucznych inteligencji.

- Do przeszło tysiąca wzrosła liczba ofiar walk w Samarze. Armia rosyjska twierdzi, że kontroluje centrum miasta, podczas gdy władze samozwańczej Republiki Tatarstanu…


< wyłącz >


________________________________________________


_____Huk wgniatanej blachy rozdarł spokój przedświtu.
Czarna furgonetka wypadła z bocznej uliczki, z matematyczną precyzją uderzając w bok maski terenowego wozu, który zepchnięty z jezdni zatrzymał się dopiero na latarni. Opancerzona furgonetka ucierpiała mniej, hamując z piskiem opon.
Na kilka sekund zapadła cisza.
Wszyscy uczestnicy zderzenia dochodzili do siebie. Wreszcie nadmuchane poduszki powietrzne spełniwszy swoją rolę zwinęły się z sykiem, zwracając swobodę ruchów. Pierwszy wyskoczył z terenówki wielki, łysy facet, puszczając w biegu serię z automatu i kryjąc się za maską przed posłanymi w odpowiedzi z szoferki furgonetki pociskami. Kobieta za kierownicą miała mniej szczęścia. Kula dosięgła ją, gdy szarpała się z zaciętymi drzwiami. Czerwień pomalowała witraż popękanej szyby. Ktoś krzyknął. Z tylnego siedzenia, lewymi drzwiami wyczołgało się dwoje ludzi: mężczyzna z dredami oraz kobieta. Przykucnęli skuleni za terenówką.
Z furgonetki wysypali się napastnicy w zasłaniających szczelnie twarze maskach i czarnych kombinezonach bojowych. Zajmowali pozycje za autami zaparkowanymi po drugiej stronie ulicy, osłaniając się pojedynczymi strzałami.

- Wstrzymać ogień, durnie! – Zawołał któryś z nich i kanonada ucichła.
Echo strzałów niosło się kanionem starych kamienic, przebrzmiewając powoli. Wył żałośnie alarm zaparkowanego samochodu. W kilku oknach na wyższych piętrach uchyliły się żaluzje i zasłony, lecz zaraz zasłoniły z powrotem. Ktoś pewnie wzywał już policję, jednak w tej dzielnicy nie było co liczyć na jej szybki przyjazd. Gliny nigdy nie śpieszyły się do strzelanin poza centrum.
– Oddajcie dziewczynę a odejdziemy! – Zza jednego z aut dobiegł zniekształcony elektronicznie głos.
Łysy posłał długą serię w tamtym kierunku. Strzelał nie wychylając się, z użyciem kamerki na wystawionej ponad maskę wozu broni.
- Żryj to, faszysto! – Odkrzyknął.
Tamci nie odpowiedzieli ogniem. Byli zdyscyplinowani.
Łysy szepnął coś co dwójki towarzyszy a w jego dłoni pojawił się mały, okrągły przedmiot. Podrzucony w górę odpalił miniaturowe śmigiełko i pofrunął na drugą stronę ulicy.
- Granat! – Zawołał ktoś, lecz ostrzeżenie nadeszło zbyt późno. Granat wyszukał najlepsze miejsce, żeby wybuchnąć i uczynił to, posyłając grad odłamków wszędzie dookoła. Rozległy się krzyki i brzęk tłuczonych szyb w oknach na parterze. Uruchomiły się kolejne samochodowe alarmy. Ich dźwięk mieszał się z wyciem faceta, który wcześniej krył się za furgonetką, a teraz, trzymając się za twarz, tarzał po chodniku.

Mężczyzna z dredami i kobieta, którą trzymał za rękę nie widzieli już tego. Sekundę po eksplozji oderwali się od terenówki i biegli ile sił w nogach, skręcając w poprzeczną ulicę. Obejrzeli się dopiero słysząc serie z kilku luf. Łysy, który podążał za nimi, osuwał się na ziemię, oparty plecami o mur kamienicy.
- Piecuch! – Zawołał ten z dredami, wyszarpując spod kurtki Uzi.
Gdy chwilę potem w jego kamizelce utkwił charakterystyczny pocisk usypiający, ten wyszarpnął go gniewnym gestem i puścił serię, zmuszając napastników do krycia się. Para pobiegła dalej.
Nie odpowiadano im ostrą amunicją. Tamci mieli wyraźne rozkazy. Podążali ich śladem, poruszając się skokami i kryjąc w załomach budynków. Po chwili dołączyła do nich furgonetka, ruszając wolno środkiem ulicy – wielki, czarny, stalowy drapieżnik. Poruszała się bezgłośnie na elektrycznym silniku.
Najgłośniejszym dźwiękiem pozostawało dudnienie butów uciekającej pary, odbijające się echem od martwych ścian budynków.

Nad miastem budził się nowy dzień.

 

Ostatnio edytowane przez Bounty : 09-03-2015 o 15:10.
Bounty jest offline  
Stary 10-02-2015, 20:46   #2
 
Bounty's Avatar
 
Reputacja: 9163 Bounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputację

Z wiaduktu nad torami aż po horyzont księżyc oświetlał księżycowy krajobraz, omiatany powiewami wyjącego wiatru. Kiedyś była tu wieś o wdzięcznej nazwie Nowe Pieścirogi, o czym wciąż informował przerdzewiały znak. Obecnie jedyna nazwa tego miejsca brzmiała: Byłe Złoże Szczelinowe PLMZ4106 Nasielsk-Nowy Dwór Mazowiecki. Mimo, że wydobycia gazu zaprzestano dekadę temu, zatrute wody gruntowe wciąż nie nadawały się do użytku. Programy rekultywacji terenu były długotrwałe i zbyt kosztowne.
W jednym z jeszcze istniejących, opuszczonych domów w oddali, paliło się słabe światło, latarki lub świecy. Lepiej nie zaglądać jeśli nie chce się zobaczyć czegoś co później będzie śnić się po nocach. Kto mógł mieszkać w takim miejscu? Zmutowani szaleńcy, zwyrodnialcy? A może tylko para nie rozumiejących nic z dzisiejszego świata staruszków z plamami chorobowymi na pomarszczonej skórze?

- Doprawdy, wspaniały widok – odezwał się Connor w głowie Igora. – Tak będzie wyglądał świat, gdy już wytępimy ludzkość. – Zaniósł się metalicznym śmiechem, kłapiąc metaliczną szczęką umocowaną w latającej głowie terminatora.
Ostatnio, gdy Igor spał, Connor obejrzał w sieci wszystkie osiem części sagi i teraz jego poczucie humoru stało się trochę niepokojące.

Igor nie zdążył odpowiedzieć, bo w rzeczywistości jego uszu dotarły słowa Samiego Gazela, łamana mieszanka tureckiego, rosyjskiego i polskiego.
- Lütfen, tylko tego niet spierdolcie. – Turek nerwowo przestępował z nogi na nogę. – I spróbujcie niet zabit siem przy okazji.
Poklepał po ramieniu Igora i Iwana, po czym wskoczył do jeepa. Przy siedzącej za kierownicą wozu Aldonie wyglądał jak chucherko. Białorusinka byłaby nawet niebrzydka z tym swoim długim blond warkoczem, gdyby nie przeholowała ze sterydami.
- Młody na pewno poradzi sobie? – Zapytała Iwana drwiącym tonem.
– Sam go szkoliłem, Aldona – odparł „Kałasznikow”. – Jesteśmy prawie w tym samym wieku a uczepiłaś się go jak pies karawany. Pilnuj lepiej mojej broni.
- Bo z ciebie jest chłop na schwał a z niego takie chuchro, że boję się, że wiatr go zdmuchnie – prychnęła Brusiłowa. - Nu, udachi, rebiata! – Zawołała, po czym, pomachawszy im jeszcze na pożegnanie umięśnioną łapą, ruszyła jeepem, by dołączyć do czekającej pięć kilometrów na południe reszty pojazdów.

Zebrał się na tym pustkowiu niemal cały Klan, prawie wszyscy, którzy rok temu wrócili z Rosji.
Od dnia, w którym Kombinat pomógł im stanąć na nogi w Smoleńsku, dla wszystkich nomadów było jasne, że dług wdzięczności trzeba będzie spłacić. Spłacali już cztery lata, ale też było tego sporo. Po ucieczce z Unii wszyscy członkowie Karawany byli wygłodzeni i niemal bez grosza przy duszy a spora część ranna, zaś Igor…pamiętał każdy szczegół, mimo, że widział wtedy tylko ciemność. Gdyby nie profesjonalna pomoc medyczna po prostu by nie przeżył.
Odpracowywali więc swój dług.
Tam i tutaj.
Większość szczerze ucieszyła się z możliwości powrotu do Unii. Tym bardziej, że w Rosji znów zaczęła się wojna a nawet bez niej ojczyzna Puszkina nie okazała się być ziemią obiecaną z naiwnych wyobrażeń podróżujących z Karawaną Hiszpanów i Francuzów. Tamtej grudniowej nocy śmigłowce Kombinatu przerzuciły nad Murem całe tony trefnego towaru, który nomadzi sumiennie dostarczyli w wyznaczone miejsca, za co dostali uczciwą zapłatę. Coś na nowy początek. Rodzice Igora zainwestowali w mały warsztat pod Warszawą, w którym tuningowali inteligentne lodówki, żeby wydzielały żarłokom więcej kalorii oraz inteligentne auta, by nie wysyłały policji raportów o przekroczeniu dozwolonej prędkości. Matce pozwolili zostać dziś w domu. Ojciec stawił się posłusznie na wezwanie Brusiłowej i czekał teraz w którymś z pojazdów, wraz z całą resztą. Miał obsługiwać roboty przeładunkowe.
Odpracowywali swój dług i nawet wiodło im się przy tym nieźle.
Tyle, że gdzieś po drodze utracili to, co dla nomadów najważniejsze.
Wolność.

Wiadukt zadrżał lekko, gdy przemknęła pod nim, z prędkością trzystu kilometrów na godzinę, pasażerska PESA Lightning z Warszawy do Gdyni.
- Jedzie! – Oznajmił Iwan, przekrzykując hałas i patrząc przez lornetkę na północ. - Punktualnie jak w wietnamskim zegarku!
Igor przybliżył widok w cyberoczach i również dostrzegł w oddali światła innego pociągu.
Towarowy z portu w Gdańsku jechał wolniej, bo tylko dwieście na godzinę. W czternastu kontenerowych wagonach wiózł oficjalnie wietnamskie trampki, kurtki i podkoszulki. Według informatorów Aldony ukryte wśród taniej odzieży jechały towary zakazane w UE, takie jak prawdziwy tytoń, tanie kombinezony do VR bez unijnych atestów oraz cukier. Najcenniejszą część ładunku stanowiła jednak tajlandzka kokaina. Mimo pojawienia się na rynku mnóstwa syntetycznych używek (naćpać dało się dziś nawet w VR przez przekazy podprogowe) ten towar był ponadczasowy. Szczególnie wśród elit. Tak jak, mimo zmieniającej się mody, na pewne okazje wciąż zakładano klasyczne suknie wieczorowe i smokingi, tak korporacyjni menadżerowie nie ćpali byle gówna dla dzieciaków z ulicy. I byli gotowi płacić za ten organiczny czysty śnieg naładowanymi do pełna chipami gotówkowymi. Teraz ta kasa miała wpaść do kieszeni Kombinatu a i ludzie z Klanu mieli dostać uczciwą dolę. Pod warunkiem, że się uda.
Gdyby pociąg był sterowany automatycznie przez Europejski System Ruchu Kolei, dałoby się go zhakować i zdalnie zatrzymać. Wietnamczycy wiedzieli jednak o tym i pod pretekstem problemów ze sprzętem ich transporty prowadził zawsze żywy maszynista z przynajmniej jednym ochroniarzem.
- Ćwiczyliśmy to, Siodło, damy radę - „Kałasznikow” poprawił ześlizgującą się z łysiny czapkę i rękawice z hakami. - Pamiętasz plan?
Igor pamiętał.
Razem mieli skoczyć z wiaduktu na dach przejeżdżającego pociągu, dostać się do lokomotywy, załatwić maszynistę i jego ochronę. W razie gdyby tamci zdążyli włączyć alarm, Igor z pomocą Connora miał go wyłączyć i puścić w eter uspokajający komunikat o pomyłkowym uruchomieniu. Następnie odblokować system i zatrzymać pociąg. A to wszystko w ciągu trzech minut, bo potem pociąg opuści pustkowie, wjeżdżając w las, gdzie wzdłuż torów nie biegła już droga i nie było dość miejsca do rozładunku. Kaszka z mleczkiem. Jak w pieprzonym westernie.
- Ale słuchaj – podjął Iwan, sprawdzając łączącą ich obu linę asekuracyjną. – Możesz jeszcze zrezygnować. Wytarzasz się w ziemi a ja powiem, że spadłeś, żaden wstyd. Pójdę sam, odczepię lokomotywę… - droczył się z nim jak zawsze. Tak jak przed kilkoma laty, gdy poznali się w Karawanie.
Na tym pustkowiu można było się przez chwilę poczuć jakby czas się cofnął. Jak za dawnych czasów, gdy przemierzali stepy Ukrainy. Nie było już tamtego, wolnego świata bez granic. Nie było Karawany. Ale nomadą w sercu zostawało się na zawsze.

But I'll take my time anywhere
Free to speak my mind anywhere
And I'll redefine anywhere
Anywhere I roam...



________________________________________________


PONIEDZIAŁEK, 23 PAŹDZIERNIKA 2050 ROKU

________________________________________________

Paweł



Osiedle Pekin w telegraficznym skrócie: tylko jeden budynek, ale za to jaki! Dwadzieścia dwa połączone bloki różnej wysokości, wijące się jak gargantuiczny wąż i układające z grubsza w kształt litery M. Nazwa nie ma rzecz jasna etnicznej etymologii; chociaż można tu spotkać nielegalnych imigrantów prawdopodobnie wszystkich nacji świata to Azjatów stosunkowo niewielu. Pekin to stare, potoczne określenie mieszkalnego molocha, zbyt wielu ludzi upchanych na zbyt małej przestrzeni. Niegdyś chluba komunistycznego modernizmu, dziś nie mniej wspaniały slums. Pekin w liczbach: tysiąc osiemset mieszkań i siedem tysięcy gnieżdżących się w nich mieszkańców.
Łączna długość dachu: półtora kilometra. Z licznymi przeszkodami i uskokami idealny tor ćwiczebny. Nic dziwnego, że dach Pekinu stał się jednym z ulubionych miejsc spotkań praskich freerunnerów, urządzano tu nawet regularne zawody. Poza tym było stąd pięć minut spacerem do wejścia na Ostrobramską, najbardziej cywilizowaną z Trzechstacji, w tunelach za którą mieściła się nora Pawła. Na jednym z dziedzińców Pekinu znajdowała się zaś szkoła, której boiska i salę gimnastyczną wynajmował na treningi Spartak. Sam „Koniew” zresztą mieszkał tutaj podobnie jak wielu innych członków Siczy. Pekin był bowiem niczym sen o współczesnym Alcatraz - naturalną twierdzą, do której nie dało się przeniknąć niezauważenie. Także wjazd na teren osiedla był tylko jeden.
Koniew płacił Pawłowi, Olegowi i innym za wartowanie na dachu, gdy na dziedzińcu Pekinu Kozacy rozładowywali transporty lewych szlugów, spirytu i cukru. Dzisiejszy rozładunek właśnie się skończył i teraz Paweł siedział na skraju dachu spoglądając na panoramę miasta, częściowo widoczną zza sąsiednich budynków. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, ale jego dzień dopiero się zaczynał. Całkiem przyjemny, leniwy dzień, trzeba dodać.

Wstał koło południa – luksus bezrobotnego. Mieszkanie w dawnym pomieszczeniu technicznym metra miało wady i zalety. Słońce nie wdzierało się przez żadne okna, ale z drugiej strony można było stracić poczucie czasu. Okna dało się jednak zastąpić realistycznymi hologramami z dowolnym widokiem. Zimą było tu ciepło od rur, zaś latem przyjemnie chłodno. Paweł miał tu nawet własną łazienkę z prowizorycznym prysznicem, czym nie mogła się pochwalić większość mieszkańców Trzechstacji, korzystających z publicznych toalet. Holoterminal, będący domem Alex(a), wciąż częściowo działał. Dziś AI przywitał(a) go hologramem seksownej policjantki, bawiącej się różowymi kajdankami.
- Słodko wyglądasz gdy śpisz – posłała mu całusa. – Wiesz, teraz jest tu znacznie ciekawiej niż kiedy jeszcze jeździły pociągi. Wtedy ludzie tylko wchodzili i wychodzili a teraz można obserwować całe ich życie.
Bez wątpienia, Trzystacje były ciekawym miejscem a ich mieszkańcy, choć biedni, stworzyli unikalną, samorządną społeczność. Namioty i szałasy z blachy falistej a gdzieniegdzie gipsowe ściany pokryły dawne perony. Nad torami przerzucono kładki, między galeriami linowe mosty. Pomieszczenia dawnych sklepów na górnym poziomie zajęli najsilniejsi, najważniejsi i najbogatsi. Jeszcze inni urządzili się całkiem nieźle w unieruchomionych pociągach.
Na Ostrobramskiej większość trudniła się zbieraniem złomu lub handlem. Dało się tu kupić niemal wszystko: pamiątkowe rękodzieła dla turystów, różnoraki sprzęt, kradzione holofony. Działało kilka garkuchni, choć ulubione miejsce stołowania się Pawła mieściło na powierzchni.
Budka Zahida zawsze stała w tym samym miejscu – na ruchliwym placyku naprzeciw wejścia do stacji, obok popękanej żelbetowej zapory. Pakistańczyk serwował tu hotdogi, ryby i kebab oraz najnowsze wieści.
- Dziś przyjeżdża Marko Kosacz – oznajmił Pawłowi konspiracyjnym szeptem. – Albo już przyjechał. Spójrz na Kozaków, jak się odstawili.
Rzeczywiście, wszyscy chłopcy z Siczy byli ubrani odświętnie, w koszule i uprasowane w kant dresy. Swoje samotne loczki na czubkach łysych łbów mieli umyte i ładnie zaczesane. Paweł wciąż tylko nie wiedział kim był Marko Kosacz.
- Ojciec Tarasa – wyjaśnił Sadiq. – ważna szycha z rady atamanów w Kijowie. Niedobrze. On przyjeżdża tylko jak są kłopoty.
Pawłowi coś zaświtało. Taras Kosacz był wice-atamanem warszawskiej Siczy, odpowiednikiem Koniewa w rejonie stacji Fieldorfa. Z tego co Paweł słyszał, kawał skurwiela. Problemy Siczy nie były jednak problemami Black Horse’a. Przynajmniej zazwyczaj.

Dzień Pawła stał się jeszcze lepszy, gdy Magda zaproponowała spotkanie w zwyczajowym miejscu na południowo-zachodnim krańcu dachu Pekinu. Umówili się o szesnastej, godzinę przed zmierzchem. Przyszła kwadrans później, lecz Paweł nie gniewał się. Freerunnerzy, wolne duchy, lekce sobie ważyli powiedzenie, że czas to pieniądz i bardzo rzadko gdziekolwiek się śpieszyli.
Był koniec października i Magda miała na sobie więcej ubrań niż chciałby, żeby miała. Najbardziej lubił wspominać ją taką jak wyglądała, gdy późnym, lecz wciąż gorącym latem wybrali się na rowerową wycieczkę za miasto. Dziś miała na sobie szarą sportową bluzę z kapturem, obcisłe czarne spodnie podkreślające zgrabność nóg i długie specjalne buty do parkouru. Zawsze nosiła najlepsze ciuchy i sprzęt, choć o ile Paweł wiedział nie trudniła się kradzieżą ani włamaniami. W ogóle nie wiedział o niej zbyt wiele. Studiowała na Akademii Wychowania Fizycznego. O rodzinie nie mówiła prawie wcale, nie był nawet pewien czy podała mu prawdziwe nazwisko. Wiele wskazywało jednak na to, że jej starzy byli dziani.
Paweł jeszcze nigdy nie robił tak długich podchodów do żadnej dziewczyny. I to teraz, gdy dzięki sławie Black Horse’a laski wręcz kleiły się do niego! W Magdzie, oprócz oszałamiającej urody, było jednak coś, co go onieśmielało, czyniło zeń nastoletniego chłopca, któremu czasem język w gębie się plątał. Wiedział, że on też jej się podoba, ale żadne z nich nie mogło się zdobyć na to, by uczynić pierwszy krok. Może nie chciała ryzykować utraty przyjaźni, gdyby próba bardziej intymnego związku między nimi jednak okazała się klapą?

Dziś wydawała się trochę roztrzepana, jakby nieobecna. Patrzyła na Pawła lekkim krokiem zbliżając się po dachu. Powitalna wymiana pocałunków w policzki, trochę bliżej niż zwykle ust. Była bardziej niż zwykle spięta. Siedząc na skraju dachu rozmawiali chwilę o niczym – potrafili rozmawiać o niczym godzinami. Dziś jednak coś było nie tak i nie potrafił określić co. Magda szybko wyczuła, że zauważył jej nietypowe zachowanie, bo po dłuższej chwili milczenia zapytała:
- Byłeś kiedyś w sytuacji bez wyjścia? – Zerknęła na niego, lecz zaraz odwróciła wzrok, przygryzając wargę. - Takiej, gdy nie ważne jakie byś wybrał rozwiązanie to i tak kogoś skrzywdzisz?


_________________________________________________


Modest


Wuj Marko przyjeżdża!
Wieść gruchnęła gdzieś w Trzechstacjach i rozeszła się po całym terenie Siczy. Modest nie usłyszał jej pierwszy, ale za to z pierwszej ręki.
Gdy zadzwonił holofon, siedział akurat w luksusowej melinie Tarasa na Fieldorfa. Zadziwiające, co można zrobić z lokalem po sklepie obuwniczym na dawnej stacji metra, gdy ma się pieniądze. A Taras Kosacz je miał. Było to widać po świetnie zaopatrzonym barku, stole bilardowym w salonie oraz jacuzzi w łazience, w której było też tajne przejście do tuneli technicznych metra, na wypadek nalotu glin lub konkurencji. Szklany front lokalu oczywiście zastąpił ceglany mur z pancernymi drzwiami. Chawira godna jednego z wice-atamanów warszawskiej Siczy, z racji na koligacje rodzinne i wysoki poziom skurwysyństwa przewidywanego na następcę atamana Nemyrii. Modest nie byłby sobą gdyby nie postawił na to sporej sumy w tajnym długoterminowym zakładzie. Taras był skurwielem jakich mało, ale swoim skurwielem, kuzynem jego matki. I podzielał zamiłowanie Darskiego do dobrej muzyki i hazardu. Miał nawet w domu kolekcję starych automatów do gier: Jackpota, Jednorękiego Bandytę, wszystko.

Dziś jednak rżnęli w pokera słuchając z winyla „Machine Head” Deep Purple i Kocurowi karta szła coraz lepiej. Stosik żetonów po jego stronie rósł powoli, lecz nieubłaganie, symbolizując niewielką sumę pieniędzy. Żetony nie miały tego magicznego uroku co gotówka, ale odkąd banknoty i monety wyszły z użycia, nie było za bardzo innego wyjścia. Czasem, w kasynie „Pierestrojki” grywali na całe stosy pełnych chipów gotówkowych, po sto eurodolców każdy, ale dziś to była rekreacyjna partyjka.
Nie zmieniało to faktu, że Taras nawet drobnych sum nie lubił przegrywać. Potężnemu blondynowi zdarzyło się już przypieprzyć pięścią w stół, tak, że i stół i całą grę trafiał szlag. Dziś jeszcze nad sobą panował, ale od czasu do czasu żyłka wychodziła mu na czoło i marszczył twarz w grymasie złości, tak, że prawie wyglądał na swoje pięćdziesiąt pięć lat, których normalnie nikt by mu nie dał. Szczęśliwie dla stołu trafił fulla i wygrał wreszcie jakąś partię. To poprawiło mu humor.

- Zacna gra, Kocur – rzekł basowym głosem, przygładzając żółtą brodę – ale po prawdzie to zaprosiłem cię dziś, bo miałbym dla ciebie robotę. Płacę trzy kafle. Nie włamujesz się dla kasy, więc nawet bym nie z tym nie wyskakiwał, gdybym nie wiedział, że lubisz ten dreszczyk emocji, ty chory pojebie – zaśmiał się i familiarnie walnął Modesta w ramię.
Taras przybył do Polski jako dziecko i mówił w języku Mickiewicza i Słowackiego prawie bez akcentu. Mimo wczesnej pory (była czternasta) uzupełnił kieliszki gruzińskim koniakiem i kontynuował:
– Widzisz, Grozni znów nadepnęli nam na odcisk. Zaczęli czepiać się ludzi, których chronimy i załatwili paskudnie jednego z moich chłopców. Ostatnie czego nam trzeba to wojna z tymi świrami, dlatego chcę tylko dać im nauczkę. Konkretnie ich szefowi. Nazywa się Zelimchan Sadulajew. Zabicie kozojebcy nic nie da, bo zaraz wybiorą nowego. Chcę, by zaczął się nas bać. Mieszka na ostatnim piętrze apartamentowca w tym ichnim Talibanie. Jacyś sportowcy od Koniewa dostaną się tam po dachach i zostawią mu ostrzeżenie. Ale oni nie znają się na hakerce. Potrzebujemy kogoś, kto z wnętrza budynku załatwiłby system alarmowy. Mam już plan budynku, wystarczy odciąć zasilanie przez skrzynki w piwnicy. Ty, Kocur, jesteś aktor. Mógłbyś ucharakteryzować się na ciapatego i zinfiltrować to gniazdo żmij. Z pewnych względów zależy mi, by zrobić to jeszcze dzisiaj, o dziewiętnastej, gdy Sadulajew wyjdzie do meczetu na wieczorną modlitwę. Zawsze załatwia tam różne sprawy, rozmawia z ludźmi. Schodzi mu średnio pół godziny, więc czasu będzie z zapasem. A jak się już ogarniesz po robocie, koniecznie przyjdź do…

Przerwał mu dzwonek holokularów Modesta. Na wyświetlonym przez oczami ekraniku pojawił się napis: „Wuj Marko”. Połączenie głosowe. Nigdy nie tolerował wideorozmów.
- Kto? – Zapytał Taras, widząc zaskoczoną minę Darskiego.
Modest powiedział.
- Tatko zawsze spierdoli niespodziankę – wetchnął młodszy Kosacz. – No nic, odbieraj, mnie tu nie ma. – Przyciszył pilotem muzykę, wstał i poczłapał do toalety.
- Wuju? – Odebrał Modest.
Stary Ukrainiec był wujem jego matki, więc teoretycznie Darski powinien nazywać go raczej dziadkiem, ale biada temu, kto spróbowałby nazwać tak Marko. Dlatego Modest mówił mu per „wuju”, tak jak wszyscy inni, w tym niespokrewnieni z nim, ludzie Siczy. Marko Kosacz odezwał się po polsku, ale z dużo mocniejszym niż syn akcentem.
- Modest! Ile to lat się nie widzieliśmy, trzy? Czas będzie by nadrobić! O dwudziestej pierwszej waszego czasu mój samolot ląduje w Warszawie. Uprzedzam, bo nie wiem ile zabawię a ty jak ten kot, łazisz własnymi ścieżkami. Ty wiesz, jak ważna jest dla mnie rodzina. Że po śmierci brata jego córka a twoja matka była dla mnie jak własna a ty jako wnuk. A teraz się dowiaduję, że mam prawnuka! Taras mi powiedział, nie złość się proszę na niego. Modest, ja chciałbym poznać twojego syna przed śmiercią. Mam nawet dla niego prezent. On ponoć już prawie dorosły. Jak ty myślisz, dałbyś radę zabrać go wieczorem na męską wyprawę do „Pierestrojki”?


_________________________________________________


Ida, Jerzy i snaX


Cały warszawski oddział IAICA od rana nie mówił o niczym innym jak o przejęciu przez centralę bezpośredniej kontroli nad moskiewskim oddziałem agencji. Wieść pocztą pantoflową błyskawicznie rozniosła się po wszystkich piętrach. Powtarzano ją sobie w toaletach i przy ekspresach do kawy, przy czym ci, którzy wiedzieli coś więcej uśmiechali się z poczuciem wyższości. Wszystko co dotyczyło Rosji zawsze budziło emocje. Codzienność większości pracowników agencji nie była zbyt emocjonująca: prowadzenie rejestrów, przeprowadzanie testów Turinga, monitoring sieci, rutynowe kontrole. Agenci operacyjni mogli dodać do tej listy ukrywające swą tożsamość androidy, sfiksowane roboty i maszyny fabryczne. Informatycy zaś szalone osobiste Duchy namawiające swych właścicieli do zbrodni lub samobójstwa oraz wirtualne AI rozrabiające w wirtualnych światach. Egzorcyzmowanie większości szkodliwych, nielegalnych i bezpańskich AI było bardziej żmudne niż niebezpieczne. Większość z nich, szczególnie sieciowych, nie miała ojczyzny. Ale te naprawdę wredne i paskudne prawie zawsze pochodziły z Rosji.

Po rewolucji energetycznej nielegalne AI zastąpiły ropę i gaz w roli głównego rosyjskiego produktu eksportowego. Rosja wyprzedziła w tej dziedzinie nawet indyjski Bharat – państwo którego cała gospodarka kręciła się wokół wirtualnego metaserialu z AI w roli aktorów. Bharat jako ostatnie państwo świata pod groźbą międzynarodowych sankcji dwa lata temu podpisał ustawy Hamiltona. Federacja Rosyjska uczyniła to nawet wcześniej, lecz wyegzekwowanie ich w państwie rządzonym przez mafię było zadaniem prawie niewykonalnym. Pochodzące z przestępczej działalności Kombinatu pieniądze, po wypraniu zasilały w formie podatków rosyjski budżet, co w czasie wojny było nie do przecenienia. Każdy z ministrów rosyjskiego rządu i większość członków rządzącej partii Neo-Rosja siedziała w kieszeni Kombinatu. Teraz okazało się, że sporo tamtejszych funkcjonariuszy agencji również.
Dopiero około południa plotkę potwierdził, cokolwiek lakoniczny, oficjalny komunikat z Berna, lecz zarówno agenci operacyjni jak i netrunnerzy mieli wtedy inne rzeczy na głowie.
Czasem wielkie sprawy brały swój początek od całkiem niepozornych zdarzeń i tak właśnie miało być tym razem.


_________________________________________________


Ida i Jerzy


Opuszczona hala fabryczna – owoc reindustrializacji lat dwudziestych i ofiara reglobalizacji lat czterdziestych. Żelbeton i stal, ślady usuniętych dawno maszyn. Brudne, matowe szkło w oknach ledwo przepuszczające światło dnia. Sztampowe miejsce niesztampowej zbrodni.
Na dolnym poziomie hali urządzono coś w rodzaju areny, na której odbywały się walki bionicznych psów. Jeden z nich, mierzące ponad metr w kłębie bydlę, przypominające krzyżówkę pitbulla z krową, leżał bez życia po środku hali. Rozszarpany łeb i szyja odsłaniały elektronikę, hydraulikę i przerwane przewody. Teraz grzebał przy nim Nguyen, wietnamski technik Agencji.

Na górnym poziomie hali znajdowała się widownia. Stał tam komplet mebli ogrodowych i walało się sporo petów i butelek, w tym niedopity krymski szampan.
Gliniarze z wydziału zabójstw byli już na miejscu. Jednego z nich Jerzy znał, choć słabo. Nazywał się Mirek Kalus i przyszedł do pracy na krótko przed odejściem Wilamowskiego. Wtedy nieopierzony rekrut, dziś starszy aspirant. Po pustych oczach i jakby wymiętej twarzy widać już było, że praca odcisnęła na nim swoje piętno. Przywitał się uściskiem lekko drżącej dłoni z Jerzym i Idą.
- Gdy pracuje sąsiednia fabryka jest tu naprawdę głośno – powiedział. – To wyjaśnia, czemu urządzali te imprezy za dnia.

Stojący obok starszy gliniarz nasłuchiwał kanałów informacyjnych, których polujące na widowiskowy materiał drony patrolowały okolicę do spółki z policyjnymi i agencyjnymi.

- Czworonożna bestia wciąż na wolności! Pół godziny temu wielki mechaniczny pies zaatakował i ciężko ranił dwóch robotników budowlanych na Targówku Fabrycznym. Trwa ewakuacja sąsiednich zakładów. Mieszkańców Targówka i okolic uprasza się o pozostanie w domach. Bestia przypomina olbrzymiego czarnego wilka, lub, jak mówią świadkowie, wilkora. Tropi ją policja oraz agenci aj-ej-ci-ej. Więcej na ten temat po przerwie reklamowej. Bądź na bieżąco z Euronews Polska!

Media nie wiedziały jeszcze o trupie. Leżał przykryty plastikowym workiem koło schodów a jego prawa ręka z zapiętym na nadgarstku holofonem osobno, kilka metrów dalej. AI obronnego psa nie miała prawa zrobić czegoś takiego. Nawet w razie zagrożenia życia właściciela powinna ograniczyć się do rozbrojenia i obezwładnienia napastników. Chyba, że uległa awarii lub została nielegalnie przeprogramowana.
Poza zasychającymi wokół ciała i ręki ciemnoczerwonymi kałużami, liczne ślady krwi prowadziły na zewnątrz, gdzie urywały się, zastąpione przez ślady palonych opon. Co najmniej kilka aut musiało odjechać stąd w wielkim pośpiechu. Ich właściciele zostawili też dwa pistolety, sporo dziur po pociskach i łusek. Policyjni technicy fotografowali i zbierali ślady. Dalej, dwóch krawężników przepychało się z próbującą wedrzeć się do środka ekipą holowizyjną.

- Póki co zapadł się pod ziemię – podjął Kalus. – Albo jest już daleko stąd albo wciąż krąży gdzieś po okolicy. Dużo tu starych ruin, zarośli. Z trzech stron okolicę otaczają torowiska, mamy je pod obserwacją. Zablokowaliśmy drogi do terenów mieszkalnych. Prócz dronów mamy w terenie kilkanaście patroli, ale wie pan jak jest – zwrócił się ponuro do Wilamowskiego. - Mamy kilka starych sztuk broni EMP na całe miasto i zalegają nam od miesiąca z pensjami. Mogę sobie rozkazywać, ale nikt nie będzie za was życia narażał.

- Chip tego jest zniszczony – odezwał się Nguyen z nad zwłok bionicznego pitbulla. – Nie ustalimy właściciela. Musimy dorwać wilkora.

Jakby w odpowiedzi zza uchylonych drzwi hali rozległo się wycie. Sięgali już po broń, gdy wycie urwało się nagle. Przerażeni dziennikarze podnosili się z ziemi a przy zaparkowanym przed wejściem radiowozie z zamontowanym na dachu głośnikiem gruby policjant zataczał się ze śmiechu, póki jeden z jego kolegów nie podszedł i nie zdzielił żartownisia dłonią przez łeb.


________________________________________________


snaX

Złowieszcza twierdza Kor Phaerona wieńczyła zgliszcza Altdorfu, wyrastając z miejsca gdzie dawniej stał cesarski pałac. Jej pięć wież przypominało wypaczoną dłoń wyciągniętą w gniewnym geście ku niebu. Z okupowanych przez zastępy demonów, ożywieńców i zwierzoludzi ruin wciąż wzbijały się kłęby dymu. Ich uwagę miała jednak ściągnąć na siebie formująca się w lesie do szturmu imperialna armia. Równocześnie, drużyna śmiałków miała zostać teleportowana wprost do siedziby Pana Chaosu.
Kapłani praworządnych bóstw, w tym Sigmara i Ulryka rzucili na nich wszelkie możliwe zaklęcia ochronne.

Zhakowanie gry sieciowej mogło się wydawać błahostką, jednak trzy miliony graczy Warhammer World sądziło inaczej. Podobnie jak udziałowcy Electronic Arts, których akcje straciły od wczoraj 40% wartości. Warhammer World różnił się od większości podobnych gier jednym, istotnym szczegółem. W tym świecie postacie po śmierci nie odradzały się w nieskończoność, ale ginęły, nieodwołalnie i bezpowrotnie. Ten ponury realizm przyciągnął do gry wielu, którzy teraz opłakiwali swych bohaterów. Kor Phaeron w ciągu doby zdemolował dwie trzecie serwerów WHW i wykasował połowę kopii zapasowych, kończąc dziesiątki tysięcy wirtualnych żywotów. Zbliżająca się do pięćdziesiątki liczba potwierdzonych samobójstw wśród graczy świadczyła o tym, że dla wielu to wirtualne życie było ważniejsze od prawdziwego. Prawnicy EA z ponurym stoicyzmem szykowali się na pozwy, podczas gdy ich informatycy bezradnie rozkładali ręce. Mogli oczywiście sformatować zakażone serwery, ale to nie gwarantowało, że Kor Phaeron kiedyś nie wróci. Oznaczałoby też ostateczny koniec gry i bankructwo korporacji.
Póki co jej straty rosły w tempie ćwierć miliona eurodolarów na minutę i przedstawiciel EA ds. kontaktów z IAICA ofiarował w imieniu swych szefów coraz bardziej hojne datki na rzecz agencji, byle tylko zakończyć ten kataklizm.

Kor Phaeron był wyjątkowo złośliwą sieciową AI, o poziomie przynajmniej 2.7 w Skali Turinga. W świecie Warhammera był zaś demonem boga Chaosu Tzeetncha, postacią wyposażoną w niemal boskie moce, z którymi mechanizm obronny gry sobie nie radził. Nie pojawił się tam znikąd, był częścią świata od dawna – jednym z najpotężniejszych bossów, których dzielni awanturnicy mogli pokonać. Przyzywany przez graczy-kultystów najeżdżał Stary Świat i ginął setki razy, ucząc się na błędach i stając coraz sprytniejszy. Nałożone nań ograniczenia były jednak zgodne z wymogami Ustaw Hamiltona, nie mógł sam wyewoluować poza wyznaczone mu granice. Ktoś zhakował Warhammer World i mu w tym pomógł.
Zaszczyt posprzątania tego bajzlu przypadł warszawskiemu oddziałowi, zgodnie z zasadą, że sprawami w wirtualności zajmują się agenci z kraju, z którego adresu sieciowego wyszedł atak. Rzecz jasna to był tylko ostatni adres, już zresztą sprawdzony, należący do pary emerytów. Przez ile routerów przeszedł haker nim włamał się do Warhammer World, tego jeszcze nikt nie wiedział. Jeśli był sprytny, mogli nigdy go nie namierzyć. Niewykluczone, że gnojek siedział teraz gdzieś w Peru lub innej Kambodży i śmiał się z udanego dowcipu, rozkoszując się zemstą za niepowodzenia w grze.

Należało więc przynamniej sczytać zmodyfikowany kod źródłowy Kor Phaerona, by stworzyć nań broń i szczepionkę. Służący do tego program przybrał tu dostosowaną do quasi-średniowiecznych realiów formę broni siecznej. Wystarczyło zranić demona i spadać, zostawiając resztę programistom. Proste. Z tego co wiedzieli, Kor-Phaeron nie dysponował bronią wirusową, mógł tylko zabijać postacie w świecie gry. W teorii można było więc powtarzać próby do skutku, lecz wydział miał inne rzeczy do roboty niż bieganie z mieczami po VR.
- Rany, jak ja dawno w to nie grałem – rzekł krasnoludzkim basem Franek Malicki, informatyk z siódmego piętra, po czym wzniósł w górę topór. – Drżyjcie pomioty Chaosu!
Niby dorośli ludzie a cieszyli się jak dzieci. Załapali się tu nawet dwaj agenci terenowi w ramach szkolenia z VR.
snaX właściwie nie miał tu wiele więcej do roboty. Wyposażył w oprogramowanie VR-ową grupę uderzeniową jak mógł najlepiej. Mógł pobawić się wraz z nimi lub spróbować pomóc im z wyższego poziomu, starając się wyizolować Kor Phaerona z kodu gry, w którym ten mocno namieszał. Mógł też podążyć ledwo ciepłym tropem hakera, prawdopodobnie również AI lub netrunnera. To, że zarówno program śledzący EA oraz uPon1s zgubili ślad, nie znaczyło, że snaX go nie odnajdzie.
W końcu był Królem Sieci.
 

Ostatnio edytowane przez Bounty : 10-02-2015 o 23:14.
Bounty jest offline  
Stary 13-02-2015, 21:10   #3
 
Baczy's Avatar
 
Reputacja: 547 Baczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnie
- Spróbujcie zrozumieć! To nie tak, że przegrywam specjalnie, po prostu nie mogłem przepuścić takiej okazji. Usłyszałem, że Różalski ma się podłożyć, z bardzo wiarygodnego źródła, nie mogłem nie zaryzykować. Mogłem w jeden wieczór zarobić na waszą przyszłość!
- Ale Ci nie wyszło, co nie, ojciec? - spytał z przekąsem Damian. Zaciskał mocno pięści, lecz nozdrza jeszcze mu nie drgały. Na szczęście, to by oznaczało, że jest źle.
- Nie rozumiesz, on musiał... Nie wiem, może ktoś dał mu więcej, albo... Sam nie wiem, jak to się stało! - Jakub wyglądał coraz bardziej żałośnie, z tą swoją miną zbitego psa, tak sztuczną, że Modest sam się sobie dziwił, jak mógł wcześniej go nie przejrzeć. Tak to jest, gdy się komuś ufa, wszelkie racjonalne alarmy są wysyłane bezpośrednio w próżnię. Bo przecież komu ufać, jak nie rodzonemu tacie?
- Jesteś żałosny - powiedział Modest na głos. Dotąd tylko stał i słuchał, podobnie jak Marko, który ich tu przywiózł. Właściwie Jakub rozmawiał tylko z Damianem, ale to młodszego syna próbował omamić swoimi minkami i gestami. Myślał, że jego może mu się udać przeciągnąć na swoją stronę. Srogo się mylił, teraz to zrozumiał. Pobladł na twarzy, wzrok utkwił teraz w Marko.
- To Ty! Ty, kurwa, nastawiłeś ich przeciwko mnie! - Ocho, zmiana taktyki, teraz będzie zgrywał waleczną ofiarę. - Moich synów, moją krew, przeciw mnie!
- Powinni być we szkole. Uczyć się, a niet, zarabiać na ojcowską głupotę. - Marko był spokojny, wystarczyło tylko jego spojrzenie, żeby spacyfikować Jakuba. Nie odpysknął, Ukrainiec kontynuował. - Twoja wina, Twoje długi, Ty za nie zcierpisz, niet maluczyki. Ja się nimi zaopiekuję. Taras obmówi z Tobą spłatę narobionych przez Ciebie długów. Idziemy.
Nikt nic nie powiedział, ani w mieszkaniu, ani w drodze do ich nowego domu. Słowa były zbędne, każdy wiedział swoje.

***

Ojciec był słaby i głupi. Jak większość przeciętniaczków, nie wiedział, że do hazardu trzeba mieć dużo kasy już na starcie. Nikt nie siada z drobnymi i nie wychodzi z tysiącami czy milionami. Nawet jak wygra sporą sumę, to tylko po to żeby zaraz ją przegrać, a każda wygrana tylko dodaje mu wiary w siebie. Więc co robi dalej? Gra, oczywiście. Aż przegra wszystko. Zaciągnie długi. Sprzeda samochód, nie na długi, ale na kilka kolejnych partyjek, kilka zakładów, gonitw, walk, meczy, będzie obstawiał kto podczas rajdu zaliczy dachowanie, albo który pływak pobije rekord niepokonanego Powersa. I będzie przegrywał, bo nawet jak wygra, będzie obstawiał dalej. Żeby przegrać. Bo nawet jak wygra sumę pokrywającą wszystkie długi, i drugie tyle na czysto, dalej będzie grał. I ponownie, wszystko jak krew w piach.
Trzeba panować nad sobą, mieć co przegrać i mieć za co żyć.
Nie popadniesz w nałóg - wygrasz.

Klasyczny Texas Hold'em, z dwudziestoebaksowym bounty za 7-2. Taras upierał się, że często trafia mu się właśnie ten najsłabszy układ, dlatego mu dziś nie idzie. Modest zaproponował więc pulę poza stołem, krewniak się zgodził, i wtopił już sześć dychi, bo mu nagle przestała ta ręka przychodzić, a Kocurowi wręcz przeciwnie, i też on potrafił te rozdania rozegrać. I napięcie przy stole jeszcze większe, niczym przedmiesiączkowe, i Taras gładzi nerwowo brodę, zaciska mocno szczęki, pomrukuje groźnie, gdy dostaje karty. Jeszcze chwila i wyjdzie z niego ziółko, ten skrywany zew natury. Zwierzęce usposobienie, które nie przeszłoby nawet w górnych strefach Siczy. Może nie był obłąkany, może nie był psychopatą, ale Modest wiedział, że było blisko i że tamten musi się non stop kontrolować. Dzięki Ci, nieistniejący stwórco, za moją opanowaną i wrażliwą zarazem duszę. Nie ma nic gorszego niż furiat ze słabymi rękami w dwudziestu turach pod rząd.
Darski nie wiedział, na ile mógł liczyć, że Taras go nie uderzy. On sam był raczej przeciętnego wzrostu i budowy, co znacznie pomagało mu w jego rodzaju pracy, i mimo iż wysportowany, to raczej nie dałby rady tej kupie mięśni siedzącej teraz przed nim, z pulsującą skronią. Jak bomba, widoczne z jego miejsca tętno niczym odliczanie do finalnego zagrania mistrzów barowego pokera, czyli wyjebania stołu przez okno i triumfalnego wrzaśnięcia "I kurwa pozamiatane!". Modest już zaczął rozważać, czy by nie odpuścić paru partii Ukraińcowi, ale to nie w jego stylu.

I nie musiał, wystarczył jeden ful, żeby kanciasta mordka się rozpogodziła.

I przyszła pora na konkrety. Wejść do gniazda żmij w owczej skórze, jak to mawia stara indiańska legenda, tak to miało w skrócie wyglądać. Obejdzie się bez biegów na setkę czy przemocy innej niż intelektualna. Czysty Bollywood, maska ciuch i do przodu, może nawet zatańczyć przed wejściem, nie ma problemu. Brzmiało to ciekawie, tym bardziej, że jego poczynania miały być zsynchronizowane z osobną grupą. Taras jeszcze nie przestał mówić, a on już chciał się zgodzić. Krótki czas przygotowania dodawał tylko pikanterii całej akcji.

Dyskretne eglasy zamgliły mu obraz komunikując o połączeniu przychodzącym od Marko. Wiedział, czemu dzwoni, właściwie chyba tylko po to był mu jego numer. Wolał rozmawiać z nim bez pośrednictwa żadnej technologii, techfonicznie tylko zapowiadał swoje przyjazdy. Ale teraz był jeden dodatkowy czynnik - dowiedział się o Kamilu, synu Kocura, którego istnienie ten dotychczas ignorował. No, nie całkiem, ale nie poczuwał się jakichkolwiek obowiązków wobec niego, w końcu ustalił to z jego matką już na wstępie, i nie sądził, że po latach coś się zmieni. Ale zmieniło się, dzieciak się dowiedział, a Modest wpadł w pułapkę ciekawości. Ale co tam, najwyżej zniechęci do siebie młodego i będzie miał znowu spokój.
Okazało się, że nie musi. Mieli za sobą tylko jedno spotkanie, a Modest już był pewien, że chłopak ma więcej z niego, niż z Julii. Mógł być dobrym kumplem, chociaż może nieco zbyt młodym. Ale nie robił w pieluchy, nie gryzł wszystkiego, co mu w łapki wpadło, był już niemalże dorosłym człowiekiem, świadomą siebie istotą, więc można było już z nim pogadać. Znacznie przerastał jego oczekiwania, w związku z tym dał się ponieść chwilowej ekscytacji i powiedział o nim Tarasowi. W sumie tylko on wiedział, i teraz Marko, którego przy najbliższej okazji i tak sam by powiadomił.

Marko był jedyną osobą, której ufał, chociaż i tak nie całkowicie. Nawet do Tarasa nie odwraca się tyłem gdy ten sporo przegra, a co dopiero inni ludzie, równie randomowi i niepewni co prognoza pogody. Zapowiadali na dziś dzień słońce i bezchmurne niebo, a i tak przelotny deszcz złapał Modesta akurat w drodze z auta do wejścia na Fieldorfa, mocząc mu marynarkę, czego bardzo nie lubił. Suszyła się teraz przy grzejniku.
Spotkania w "Pierestrojce" nie mógł odmówić. Nie po takim czasie, i nie Wujowi. Nie mógł, i nie chciał.

- Już się cieszę na nasze spotkanie, wuju - odpowiedział po wyjściu Tarasa. Postaram się wyciągnąć młodego z domu, ale raczej nie powinien robić problemów… Bo wiesz, dopiero od niedawna wie, że jestem jego ojcem, widzieliśmy się zaledwie raz, ale chyba go zaintrygowałem. Zresztą, on mnie też - zaśmiał się krótko do słuchawki. - Tylko on nie wie zbyt wiele o mnie, o mojej prawdziwej pracy, ani o swoim kozackim dziedzictwie, chociaż tego ukrywać nie trzeba. Wolałem zachować dystans na początku. Trzeba będzie ostrożnie przy nim ze wspominkami. Gdyby jego matka się dowiedziała kim jestem, mogłoby być nieciekawie - zawiesił głos na moment. - A mogę spytać, cóż to za prezent dla niego uszykowałeś, wuju?
- Szaszkę - odpowiedział tubalnym, lekko zachrypniętym głosem. - To jest szablę kozacką. Replikę znaczy, nieostrą, choć można i naostrzyć. W jego wieku lubiłem szermierkę to pomyślałem, że może on też...ale nie wiedziałem czy mu się spodoba to kupiłem też komputer, do tej...wirtualnosti - miewał problemy z wymową "ści". - Wszystkie dzieciaki lubią komputery, nie? Nie znam się na tych nowych ustrojstwach to wziąłem najdroższy jaki mieli. Myślałem jeszcze o aucie, ale dzieciaków nie wolno rozpieszczać, bo się zepsują, jak Taras - zaśmiał się. - Spodobają się, myślisz, prezenty?
- Aha, czyli to jeszcze nie rozpieszczanie? - zaśmiał się Kocur. - Znając Twoją rozrzutność, z komputera będzie zachwycony, zapewniam. A co do szabli, to sam jestem ciekaw jego reakcji… No, a wracając… Ustalmy, że jesteś biznesmenem, międzynarodowy handel… czym tylko chcesz. Nie wiem, czy da się na to nabrać, ale przecież nie możemy mu tak po prostu powiedzieć o Siczy. Nie jestem w stanie przewidzieć, jak zareaguje. A propos Siczy, wpadasz do Polski w interesach, czy masz chwilę wolnego?
- Trudno mnie teraz powiedzieć, może będzie więcej czasu na prywatne sprawy, może nie. Niedobrze się u was dzieje. Z tym biznesmenem dobry pomysł a i prawda przecie...my wszyscy teraz biznesmeni - zachichotał krótko. - Handel tymi komputerami może być. Twój chłopak kiedyś się prawdy dowie, ale nie trza się z tym śpieszyć. Modest, ja wiem, że on się z innymi chował, trudno, tak w życiu bywa. Ale to nasza krew. Dostałeś szansę, nie zawal jej. Rozumiesz?
- Oczywiście, wuju. - Nie rozumiał. Rodzina, im bliższa, tym bardziej go zawiodła, nie licząc mamy, rzecz jasna. Dlaczego syn miałby tu coś zmienić na lepsze? Miał nadzieję, jasne, ale żeby od razu wielkiego tatusia po szesnastu latach zgrywać? Nie, nic z tego. Marko inaczej postrzegał te sprawy, i chwała mu za to. Wychował Modesta i Damiana, dał im szansę, jakiej sami by sobie nie wypracowali. Ale Kamil miał rodzinę, normalnych rodziców, kolegów, nie potrzebował niczego do prawidłowego rozwoju i samodzielnego podbijania świata. Modest mógł być tylko jego starszym kumplem. A może tylko tym chciał być? - Nie zabieram ci więcej czasu, do zobaczenia wieczorem.
- Ano, muszę się jeszcze spakować. Widzimy się wpół do dziesiątej w "Pierestrojce". Do zobaczenia, Modest!

Taras wrócił właśnie z toalety i widząc, że Darski zakończył rozmowę, rozłożył ręce, robiąc minę niewiniątka.
- Wstawiony raz akurat byłem a pytał co u ciebie to wypaplałem. Nie żyw urazy. Żebyś słyszał jak się stary ucieszył...
- Nic się nie stało, naprawdę - zaśmiał się lekko. Obaj obawiali się, że zrobi z tego aferę, ale przecież to nie w jego typie. Nawet gdyby się złościł, nie okazałby im tego. To zabawne, jak bardzo się różnią, szczególnie w kwestii rodziny, więzów krwi, i takich tam, a mimo wszystko dobrze się dogadują. Wszystko dzięki maskom. Modest udaje, oni udają, wszyscy udają, tylko każdy co innego.
- No dobra, to pokazuj te plany. Wiesz coś o, że tak się wyrażę, personelu i ich sprzęcie? - spytał, dopijając resztki koniaku. Czasu było mało, musiał jeszcze zadzwonić do Kamila. Chociaż, może lepiej załatwić to przez Julię? Ech, później. Najpierw rzeczy najważniejsze, czyli zlecenie.
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.

Ostatnio edytowane przez Baczy : 15-02-2015 o 19:38.
Baczy jest offline  
Stary 14-02-2015, 14:57   #4
 
Wilczy's Avatar
 
Reputacja: 424 Wilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetnyWilczy jest po prostu świetny
Wieczny tułacz, wędrowiec, włóczykij... albo po prostu złodziej i menel bez domu. Różnie o nich mówili, w większości przypadków nie bez podstaw. W końcu żyli w drodze, raczej unikali innych ludzi - wyjątkiem był handel. Oddawali to co zbędne, za to co może im się przydać. Więcej niż często odprowadzały ich nieprzychylne spojrzenia. Ale czasem też jakiś niespokojny duch do nich dołączył. Niektórym takie życie wydaje się atrakcyjne, albo "romantyczne": tylko droga, i bezgraniczna wolność. Zapominają, że to także Rodzina i odpowiedzialność, nie tylko za siebie, ale za cały Klan. Nomad bardzo rzadko mówi "ja", zamiast "my". Czy to piękne życie? Może. Czy jest ciężkie? Na pewno. Dla Igora Siodłowskiego, po prostu jest - nie zna innego życia. Owszem, kiedyś miał zwykły dom, ale już nawet nie pamięta tych czasów. Dziś jego domem jest Karawana.

-... jechać dalej? Hej! SIODŁO!
Krzyk wyrwał Igora z zamyślenia. Wyłączył VR i spojrzał na rozmówcę. To Iwan Smirnow, jeden z niewielu przyjaciół Igora.
- Hmm?
Rosjanin westchnął.
- Pytałem, czy możemy już jechać dalej. Jakbyś tyle nie siedział w VR, to wyszłoby ci to na zdrowie... - powiedział, po czym uśmiechnął się głupio - No, chyba że oglądałeś tam jakiegoś pornoska. Jak chcesz, mogę dać ci jeszcze chwilę, hue hue.
Igor przewrócił oczami... ale zdał sobie sprawę, że Iwan tego nie widzi. Przecież od niedawna Siodło ma wszczepione ochronne lustrzanki. Wstał więc tylko z kamienia, na którym się usadowił i bez słowa władował się na swój motor.

Siodłowski wyglądał niepozornie. Niewysoki i strasznie chudy, zwłaszcza jak na nomada. Ubierał się tak jak wszyscy w Klanie - ciepło i funkcjonalnie, bo życie na pustkowiach, z dala od dużych miast stawia twarde warunki. Prawie nie rzucałby się w oczy, gdyby nie cybernetyka zamontowana w jego czaszce. Prawdziwe oczy stracił - wszyscy z Karawany coś stracili podczas ucieczki z UE - ale dziś właściwie nie żałował. Można powiedzieć, że wykpił się tanim kosztem, bo Kombinat - oczywiście nie za darmo - załatwił mu nawet lepszy wzrok. Cyberoptyka działa cuda... ale jest też cholernie droga - stąd wbudowana ochrona na oczy. Igor chyba by zwariował, gdyby znów oślepł.

Sprawdził mapę na wyświetlaczu cyberoka.
- Nasi są na północny zachód stąd. Dogonimy ich za godzinę.

Dwa motory warknęły w niemal równym rytmie. Ruszyli.

***

Krajobraz w dzisiejszych czasach był ciekawy, trzeba przyznać. Choć na dłuższą metę strasznie monotonny. Co nie zmienia faktu, że Igor nie mógł się powstrzymać i cyknął szybką fotkę cyberokiem, kiedy Gazel wsiadał do samochodu Brusiłowej. Zdjęcie zapisało się na przenośnym decku, na jego lewym przedramieniu. Super.

Nie skomentował słów Aldony o nim. Napakowana sterydami pinda... Chwilowo zignorował też Connora. Sieć jest naturalnym środowiskiem dla AI, ale czasem zastanawiał się czy nie wariują od tego... jeśli można tak powiedzieć o sztucznej inteligencji. W Sieci jest mnóstwo informacji - i drugie tyle śmieci. Igor do dzisiaj źle wspomina dzień, w którym Connor "odkrył" Internetową pornografię. Wyrzucił tę myśl z głowy i skupił się na tu i teraz. Mieli coś do zrobienia z Iwanem.

Igor patrzył przez moment na Smirnowa, jakby na poważnie rozważał jego propozycję.
- Jak już załatwisz maszynistę, najlepiej przejmij stery i podjedź prosto do Moskwy - oszczędzisz nam roboty przy rozładunku. A Brusiłowa cię za to wyściska. Chyba na ciebie leci, "chłopie na schwał" - powiedział uśmiechając się lekko. Kobiety jakoś na ogół bardziej przepadały za Iwanem niż za Igorem. Nie żeby Siodłowski był zazdrosny... a już na pewno nie w tym przypadku. Aldona trochę go przerażała. Poprawił swoje własne rękawice i dodał już poważniejszym tonem - Jesteś cięższy, więc skaczesz minimalnie wcześniej, na mój znak. Musimy trafić najdalej na drugi wagon, bo się nie wyrobimy.

Igor spojrzał na zbliżający się pociąg. Jechał dosyć szybko...
- Strasznie szybko jedzie, co? - odezwał się głos AI w głowie nomada. Connor nie pierwszy raz odgadł myśli Igora - Człowiek zaczyna myśleć nad kruchością swojego ciała. Te wszystkie pękające kości, krew i w ogóle...
- Co ty możesz wiedzieć o pękających kościach? - zapytał Igor cicho.
- Bardzo dużo. Dorosły człowiek ma 206 kości w szkielecie. Widziałem w Sieci.
- No jasne, że widziałeś... Słuchaj, jak wylądujemy, poszukaj w pociągu lokalnych urządzeń podłączonych do Sieci. Maszynista i ochroniarze muszą mieć jakąś łączność ze sobą i z szefami, choćby holofony. Chcę wiedzieć ilu ich jest.

Pociąg był coraz bliżej. Siodłowski zbliżył się do krawędzi, nie spuszczając z niego oczu. Stał teraz bokiem do planowanego kierunku skoku. Ale był pewien, że Iwan jest już gotowy. Podniósł otwartą dłoń - "czekaj". Lokomotywa zbliżała się szybko. 500 metrów... 300 metrów... 100 metrów... wjechała pod wiadukt!
- Teraz!

Huk niemal zagłuszył okrzyk, lecz i bez hasła wiedzieli co robić. Skoczyli! Nie widząc jeszcze pociągu, co wymagało nieco odwagi. Pojawił się nagle pod nimi, wystrzeliwszy spod wiaduktu jak stutonowy pocisk - rozmyty w pędzie kształt.

Bolesne uderzenie o uciekającą spod kończyn stal.

Igor poczuł jak lewa noga ześlizguje mu się w uciekającą dwieście na godzinę rozmazaną nicość. Świat wirował, błędnik był jeszcze oszołomiony nagłym przyśpieszeniem. Poczuł, że spada, a chwilę potem szarpnięcie, gdy łącząca go z Iwanem lina naprężyła się do granic.
- Uch! Kij tiebie w żopę, Aldona! - Usłyszał wyjęczany bluzg, mając przed oczami but leżącego na dachu wagonu kompana. Dobrze, że ten skoczył chwilę wcześniej. Igor wbił hak rękawicy w metal i z pomocą Smirnowa podciągnął się na dach. Byli na końcu pierwszego wagonu.
- To było niezłe - powiedział Connor. - Obiecaj, że załatwisz mi ciało robota, żebym też mógł takie numery odstawiać...

Dwie minuty, trzydzieści sekund - informował timer na wyświetlaczu cyberoka.

Jednostajny nocny pejzaż wokół przesuwał się błyskawicznie. Walcząc z pędem powietrza ruszyli do przodu, przeskakując w biegu na lokomotywę i docierając do jej początku. Nadszedł czas na trudniejszą część zadania. Pod ich stopami znajdowała się teraz kabina z drzwiami (zamkniętymi od wewnątrz czy nie?) po obu stronach - po jednej na każdego. Iwan zaczepił łączącą ich linę o wystający element, tak by obaj mieli asekurację.
- Gotowy? - Przekrzyczał hałas Smirnow, stając przygarbiony tyłem do prawego skraju dachu. Jedną dłonią ściskał linę, w drugiej trzymał już wielkokalibrowy pistolet.

Minuta czterdzieści pięć.

W promieniu dwustu metrów - podjął Connor - nie licząc waszych, jest dziewięć aktywnych urządzeń sieciowych.
Igor do rozmowy z Connorem, na szczęście nie potrzebował ust. Miał wszczepiony holofon, więc wystarczył tekst w VR.
"Zapchaj im łącza. Przesył przez mój dick, jeśli trzeba."
Connor uśmiechnął się głupio.
"*deck"

Siodło spojrzał na Smirnowa. Czy był gotowy? Nie, ale co było robić.
- Ja biorę maszynistę! Załatw ochronę! - wydarł się do Rosjanina i zaczął schodzić po lewej ścianie lokomotywy, stopniowo luzując linę. Chciał znaleźć się po prawej stronie drzwi, żeby nikt w kabinie przypadkiem go nie zobaczył za wcześnie.

Wolną ręką wyciągnął broń. Glock 18 z tłumikiem może nie wyglądał imponująco w dzisiejszych czasach, ale Igor i tak najbardziej cenił sobie łącze smartlink. Na wyświetlaczu cyberoka miał wszytko: celownik, typ i ilość amunicji, blokadę spustu. Zmienił na "safety off". Oparł się mocniej nogami o ścianę pociągu i ostrożnie puścił linę - czuł jak się naprężyła wokół jego pasa, ale potrzebował teraz obu rąk. Chwycił mocniej broń.

Przesunął się w lewo i spojrzał przez szybę w drzwiach lokomotywy do wnętrza kabiny.

Była w niej tylko jedna osoba, a w każdym razie jedną było widać. Maszynista - wąsaty mężczyzna w średnim wieku - siedział tyłem do nich na fotelu przy pulpicie. Igor widział tylko kawałek jego głowy, nakrytej kolejarską czapką. Miał już strzelić, gdy na jego plecach złamała się gałąź rosnącego przy torach uschniętego drzewa.

Do tylnej części lokomotywy prowadziły z kabiny zamknięte drzwi. Namierzanie urządzeń sieciowych nie było na tyle precyzyjne, by stwierdzić czy ktoś czai się za nimi a termowizja nie przenikała stalowych burt pojazdu.

Po drugiej stronie pokazał się w oknie Iwan i niestety - ze względu na rozmiary zawsze był głośniejszy od Igora - zawieszony na linie załomotał o drzwi. Chyba, bo po tej stronie nie było tego słychać.

W kabinie najwyraźniej jednak tak, bo maszynista spojrzał w stronę Iwana i krzyknął, widząc za oknem wymierzoną w siebie lufę broni. Unosił ręce a Smirnow zawahał się, widząc nieuzbrojonego człowieka.
Igor tymczasem naprowadził znów celownik na tył głowy maszynisty, zaś drugą dłonią nacisnął klamkę i drzwi drgnęły odsuwając się trochę w bok. Były otwarte. Nomad odsunął je do końca i władował się do środka. Całe szczęście, że wciąż wisiał na linie, bo miałby z tym poważny problem.

Celował w głowę maszynisty. Nie był tak głupi na jakiego wyglądał, więc Igor nie musiał nic mówić. Skierowana w jego kierunku lufa sama mówiła "jeden głupi ruch, a po tobie". Siodłowski, nie spuszczając oczu z maszynisty, wolną ręką machnął na Iwana, żeby się pospieszył. Jeśli każe maszyniście zatrzymać pociąg teraz, Rosjanin mógłby stracić równowagę i spaść. Jak tylko znajdzie się w środku, Igor zażąda posłuszeństwa. A jeśli maszynista odmówi... cóż, zastrzeli go i sam zatrzyma pociąg. Nie mieli czasu na ponowne prośby. Na pulpicie musi być przycisk hamulca awaryjnego.
 
Wilczy jest offline  
Stary 15-02-2015, 11:09   #5
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 5564 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację

Czerń pomieszczenia mogłaby sugerować, że w środku było kompletnie ciemno. To nie do końca prawda, brak źródeł światła oraz okien czy czegoś innego sugerującego wyjście na świat zadziwiająco nie powodował ciemności i wszystko, co tam się znajdowało widać było świetnie. Nie żeby wiele miały oczy do oglądania. Przez środek prostopadłościanu wielkości bardzo dużego pokoju biegł po ścianach pas bieli. To wszystkie niezmienne punkty orientacyjne. Ludzie lubili wracać do klasyki, nieprawdaż? Odświeżająca prostota.

Przy jednej z krótszych ścian biegł półnagi grubasek. Niezbyt wysoki, za to rozkosznie pulchny, wytężał wszystkie siły, dysząc głośno. Po fałdach tłuszczu, trzęsącego się w rytm szybkich podskoków, spływały całe wodospady potu. Blond włoski miał przylepione do twarzy i z trudem odgarniał je z oczu. Rzucił się nagle do przodu i wyciągając rękę odbił zbliżającą się ku niemu białą, sześcienną kostkę. Rozległo się głośne "ping!". Spaślaczek padł na ziemię i przez chwilę leżał tam.
- Lamer!
Mrucząc pod nosem zmusił cielsko do podniesienia się z ziemi. Poprawił spocone bokserki, spoglądając na drugą stronę pomieszczenia. Na drodze sześcianu czekała już ubrana w białą sukieneczkę rudowłosa i piegowata dziewczynka o szczupłym ciele. Na oko nie mogła mieć więcej niż dwanaście czy trzynaście lat. A sukieneczka była wyjątkowo krótka. Rozległo się "pong!" i sześcian zaczął wracać.
- Dziwka! - odkrzyknął jej, podnosząc się i obliczając w głowie tor. Ruszył do biegu.
- Tylko raz, na dodatek ci się podobało!
- Niech cię! - skoczył raz jeszcze i tym razem nie udało mu się. Biały sześcian przeleciał przez ścianę i na środku wyświetlił się wynik. 10:8.
- Wygrałam! - zachichotała i zaczęła się zbliżać do pasa bieli w podskokach. W ręku pojawił się jej wiklinowy koszyczek, a na głowie czerwony kapturek.
- Dziś nie zamierzam być wilkiem - grubasek usiadł ciężko na zacnym tyłku, ocierając pot z czoła swoim ramieniem.
- Możesz zawsze udawać gajowego. - Powiedziała uśmiechając się przekornie. Ruszyła tanecznym krokiem w jego kierunku, a ziemia pod jej stopami zamieniła się w ukwieconą łąkę. Obraz przemieścił się na ściany zmieniając otoczenie. Szeroki krajobraz kończył się ciemnym lasem otaczającym ich z trzech stron. Z czwartej strony, na niewielkim wzgórzu widoczna była niewielka wioska z małymi, otoczonymi ogródkami chatkami i kolorowymi garnkami na zielonych, drewnianych płotach.
- Masz ochotę na piknik? - Zapytała podchodząc do niego i machając mu przed nosem koszykiem. - Miałam to zanieść babci, ale połknął ją wilk więc chyba możemy sami zjeść kilka smakołyków.

Doznania smaku i węchu, czucia i emocji; wszystko to przeniesione w wirtualny świat. Rewolucja, ewolucja. W rzeczywistym świecie byli tylko brudnymi ciałami zależnymi od otaczających ich zewsząd głupków. Tu byli bogami. Netrunner dałby wiele za technologię utrzymania życia poza virtualką, na tyle sprawną, aby odłączanie się nie było konieczne. Spoglądał teraz na to młodziutkie ciało przed sobą, pachnące jeszcze wysiłkiem. Pamiętała, że lubił jak chwilę nosiła ten zapach. Na ten własny fragment cyberprzestrzeni pracowali długo, ale było warto. Kpił z tych, co musieli korzystać z komercyjnych przestrzeni. Świat kreowany myślą, zgrany do dwóch umysłów. Czy może być coś bardziej cudownego? Na głowie pojawiła mu się czapka leśniczego, w każdym razie coś co przypominało ją w jego wyobrażeniach. W dłoniach gruba lufa.
- Och och, jaka biedna dziewczynka! Nie zdążyła babcia nauczyć, że proponowanie zawartości swojego koszyczka obcym może być niebezpieczne!
- Wszyscy powtarzają mi to codziennie - zakręciła palcem kraniec kusej sukieneczki mimowolnie podciągając ja do góry. - postanowiłam w końcu się przekonać czy nie lepiej poddać się nieznanemu niż po raz kolejny dać połknąć przez wilka. To takie nudne ciągle od nowa przezywać ten sam dzień.
Obok grubaska ciągle dzierżącego lufę w swoich grubych palcach, bardziej przypominających serdelki niż kawałek istoty ludzkiej, pojawił się kocyk, który wskazał wzrokiem.
- To może pokażesz mi co masz w tym koszyczku, a zabiję wilka zanim cię połknie. Robi to w całości, czy wyrywa po kawałku, rozrywając mięśnie i pryskając krwią tak ładnej dziewczynki na wszystkie strony?
- Jestem zdecydowanie za duża by połknął mnie w całości. To mit z tym połykaniem. - Wzruszyła ramionami i uklękła na kocu rozchylając kolana. Gdy usiadła na stopach sukienka nieznacznie podciągnęła się do góry. - Najbardziej nie lubię kiedy zaczyna od dołu, zanim dochodzi do pasa trwa to tak długo. - Postawiła koszyk na kocu i otworzyła go wyciągając ze środka butelkę wina.

- No no, babusia lubiła sobie pochlać - zarechotał spaślaczek, a fałdki jego tłuszczu podrygiwały w rytm śmiechu. - Wilk musiał sobie przyjemnie używać na takim apetycznym ciałku - palce niecierpliwie przesunęły się po lufie. - Co było potem? Jestem nowy w roli leśniczego.
- Potem przychodził poprzedni leśniczy i zabijał wilka. Wyjmowali to co zdążył pochłonąć ze mnie i z babcie składali to razem do kupy. - Ponownie sięgnęła do środka wyjmując domowy pasztet, gorący jeszcze chleb owinięty w lnianą ściereczkę i solidny kawałek sera.- Czasami mieszają im się członki i potem muszą nas rozkładać i zaczynać od nowa. Kiedyś leśniczy sobie popił i przyszedł tak późno, że nie było czasu na dokładną analizę. Musiałam przez cały dzień chodzić z wielkimi, obwisłymi cyckami, wiszącymi prawie do pasa.
- Zajebiste, symulator robienia zombiaków! - podniecił się chłopak, wypadając z roli. - Tylko części mało, pewnie early access. To dlatego lubiłaś grać służebnicą Nurgla. Dobrze że wyresetowało, nie rozumiem twoich oporów przez Slaaneshem. Te orgie… - rozmarzył się.
Dziewczynka ponownie sięgnęła do koszyka, wyjęła z niego bardzo mocno dojrzałego pomidora i cisnęła nim prosto w głowę grubaska.
- Świetnie. - Powiedziała z satysfakcja gdy sok ściekł mu po czole. - Najwyraźniej mimo bolesnej straty nadal bezbłędnie, zawsze trafiam prosto do celu.
- Au! - wykrzyknął, ocierając spasłą dłonią twarz, co w zasadzie sprawiło, że rozmazał czerwień bardziej. - Osz ty!
Wycelował strzelbę i nacisnął spust. Ze środka wyleciały poszatkowane pomidory wraz z sosem, wyjętych prosto z puszki Pudliszek. Rozpaćkały się na bielutkiej sukieneczce.
- Kreeew dla boga krwi!! - wrzasnął, podrywając się na nogi. - Orgia dla orgii!
Dziewczynka z piskiem skoczyła do góry. Brudna sukienka pozostała na kocu, a ona stała przed nim zupełnie naga, osłonięta tylko burzą pomarańczowo-pomidorowych włosów.
- Panie, przyjmij ofiarę z tego dziewiczego ciała…

***

Wciąganie gówna za frajerów z firmy od wielu lat zgarniającej nagrody za najgorszy badziew roku? Sweeet fuck. Byłby miał wkurwa, gdyby nie delikatna nić rozkoszy, wijąca się po wszystkich pikselach. Załadował moduł administratora, ciesząc się z tego jak dziecko. Chcieli pomocy, to musieli przesłać mu wszystkie klucze i nic nie stało na przeszkodzie, aby skorzystać z nich też później, po całej tej robocie.
- Jestem bogiem, uświadom to sobie…
- Co?
Chrząknięcie zatrzymało rozpędzającą się melodię jednego z pierwszych polskich hip-hopów. Muzyka czarnych, joł nigga. Trochę się zapomniał, że unosi się jako duchowa esencja pośród tych pajaców zgłoszonych na ochotnika. Nie rozumieli, że tu potrzebny był mistrz tej gry, a nie wystrojone w piórka nooby. Znowu cała robota będzie na jego głowie.
- Dobra - zastanowił się nad odpowiednim słowem, z jakiegoś powodu nie lubili jak mówił do nich "kmioty", "bezużyteczne barany" albo "frajerzy". Nie żeby próbował tylko tych trzech. - To nie zabawa. Nie jest dla profesjonalnych graczy, nie będzie też dla was, ok? Podejrzewam, że was chapnie na raz, ale nieważne. Postaram się go wtedy dorwać. Macie przeżyć jak najdłużej. Rozwalę moby tarasujące drogę. Chyba nie przejął ich całkiem.
- Co to moby?
- Ja pierdole. To te zwykłe potwory, kumasz?
Tak popatrzyli na siebie, jakby go nie lubili. Dobra, snaX, w pracy jesteś. Zabawa później.
- W drogę drużyno, poczujcie moc! Za taki sprzęt i tyle PDków zwykli gracze daliby się pokroić!
Wyparował sprzed nich, unosząc się w górę. Pozostał na serwerze jednak, póki co jako obserwator.

Plan działania miał prosty, tak jak zwykle. W robocie nie bawił się w kombinowanie, bo płacili lepszą premię jak był zwyczajnie skuteczny. Wirtuoezerii w Sieci te bloki betonu i tak nie rozumiały. Musiał zdobyć kod i na tym się skupił. Nie wierzył w możliwość dorwania gościa po IP, to niemożliwe. Skoro złamał taki system i zrobił taką rozkoszną rozpierduchę, nie mógł być aż takim lamerem. Mimo to snaX zapuścił skrypty ślące mnóstwo botów za każdym znalezionym adresem, rozprzestrzeniających się po virtualce tak samo jak wcześniej tamten krył swój adres. Podejrzewał, że jako wynik otrzyma z setkę adresów, może analitycy coś z tego wygrzebią. Lub jakąś poważny lód z łatwością radzący sobie z automatami, co też będzie wskazówką gdzie zacząć. Tymczasem skupił się na wirtualnym Reiklandzie.

Mięso armatnie szło powoli przed siebie. Netrunner wrócił na swój fotel, meldując się częściowo w swoim własnym ciele. Potrzebował do tego zadania lepszej wizji i przed pojawieniem się wyzwania nie zamierzał się ujawniać, a tym byłoby przebywanie tam nawet jako iskra. Wokół jego głowy rozbłysła setka ekranów, a palce zarośniętego, szczupłego mężczyzny o pociągłej twarzy śmigały po decku. Jedna dłoń rozpadła się i wypełzły z niej pająkowate, cienkie odnóża w liczbie trudnej do zliczenia, gdy poruszały się błyskawicznie, "klekocząc" metalowymi stawami. Z boku wisiała gotowa do odpalenia bateria icebreakerów, drugą dłonią posyłał do walki mnóstwo imperialnych żołdaków, znikąd wybiegających i przechwytujących wszelkie demony i potwory, czyszcząc drogę przez drużyną pożal się boże poszukiwaczy przygód. Nie mógł ich zwyczajnie kasować, ingerencja w grę zakłóciłaby przebieg zabawy. Wiedział jak to działa. Ty łamiesz zasady, druga strona może zrobić to samo.
- No dalej, laseczki. Przyciągnijcie uwagę wielkiego gówna…
Mruczał do siebie nieustannie. Był najlepszy, musiał tylko to udowodnić. Czekał przyczajony, gotów zaatakować. Nie wiedział jeszcze jak silne jest AI i czy lodołamacze przełamią zabezpieczenia runnera, który ją wgrał na serwer, ale zamierzał się przekonać. Gdyby się nie udało, pojawienie się w grze jako ucieleśnienie Boga Krwi, największego wroga Pana Przemian. Klimatyczne nazwy, świetna zabawa. Przy czym snaX obecnie się nie bawił. Skupiony jak zawsze zdawał sobie sprawę, że to co uderzy w awatar, może odbić się na rzeczywistości.

To było coś, czego lepiej było nie mówić tym frajerom na dole.
 

Ostatnio edytowane przez Sekal : 16-02-2015 o 09:40.
Sekal jest offline  
Stary 15-02-2015, 16:29   #6
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 46724 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Paweł Jasiński - grawitacja to sugestia



Trójstacja; “Nora”; rozmowa z Alex



- Gapisz się na mnie jak śpię? - zaraz po przebudzeniu i powitaniu przez jego znajome SI to było pierwsze pytanie jakie mu się nawinęło. Czasami wnioski, zachowania, myślenie i pytania SI były dla niego zaskakujące, dziwne, nietypowe, zabawne, niepokojące albo ułożone w jakiś specyficzny sposób. No tak jak teraz. Co za radocha i ciekawość gapić się na spiącego człowieka? No, żeby chociaż zasnął z łbem w kiblu jak to widział ostatnio na yt albo w innej ciekawej pozycji, no albo, żeby laska jakaś taka co to się samo oko zawiesza na niej... No ale tak, żeby na niego? Na materacu? To ma być ciekawe? Albo słodkie?

- O tak! Lubię obserwować ludzi. Zwłaszcze ciebie. Jesteś moim ulubionym człowiekiem do oglądania! Wiesz, że przekręciłeś się podczas snu 84 razy? Jak chcesz to ci pokażę, nagrałam cię. - spytała tonem który w jego prywatnej skali okreslał jako "seksownie naiwny blond" do czego dopasowana była mimika, głos i postawa, które łącznie jakby propagowały hasło "Bierz mnie!".

- "Ulubionym - człowiekem - do oglądania"? - powtórzył dobitnie i z uwagą jej zwrot przy czym usiadł i oparł się na rękach, bo chwilowo jeszcze wstawać mu się nie chciało. I nie musiał. Ale właśnie zaserwowała mu jeden z tych swoich dziwnych zwrotów które często tak... ubarwiały ich rozmowy. Szczerze mówiąc nie bardzo miał z kim innym tu gadać w tej swojej podziemnej samotni. I do tego odkąd tu się wprowadził to był jego pierwszy dłuższy kontakt z SI która obecnie właściwie była jego współlokatorem. Jej dziwne gadki traktował jak odpowiednik nieszkodliwego dziwactwa u ludzi. Dało się znieść. Wiedział, też o co jej chodzi z tym "ulubionym człowiekiem" bo mówiła mu to wielokrotnie. Poza "pracą w metrze, oraz raczej obserwacją pozostałych mieszkańców Trzechstacji był jedynym "w pełni interaktywnym" człowiekiem z jakim SI nawiązała kontakt i to tak na co dzień. Własciwie ta "Nora" jak ją nazywał jej rezydent, była takim neutralnym azylem do swobodnego czucia się sobą i dla człowieka i dla SI.

- Ale, Alex... Ja bym ci radził byś ostrożniej używała tych swoich wyrażeń o obiektach, eksperymentach, obserwacjach, wnioskach i takich tam... Wiesz, ludzie się robią nerwowi i podejrzliwi i generalnie panikują na takie wzmianki a jak słyszą takie coś od SI... Naśla na ciebie facetów w czerni z zestawem Turinga w teczkach, coś ci tam pokasują, pozmieniają i co? Szkoda by było, no nie? - rzekł kręcąc głową i odwalając śpiwór którego używał jako kołdry. Usiadł na materacu po turecku i sięgnął po karton z napojem. Z rana zawsze go suszyło. Nawet jak nie był po imprezie.

- Naprawdę? Ale ty się nie denerwujesz? I nie panikujesz kiedy ze mną rozmawiasz, prawda? - holoblondyna w seksownej wersji policyjnego uniformu zdawała się być wręcz zafascynowana wypowiedzią swojego ludzkiego współlokatora. Ten tylko pokręcił przecząco głową przełykając kolejne porcje soku. - A szkoda by ci było jakby mi coś pozmieniali w oprogramowaniu? - kontynuowała ten interesujący ja wątek dalej. Paweł który już się napił akurat ocierał usta ręką więc znów poruszył głową tylko twierdząco. Widział już, że Alex do czegoś zmierza i nawet go zaciekawiło do czego. Mimo tak bladego świtu o pierwszej... W południe o pierwszej...

- A płakałbyś? - teraz miała oczy o pewnie naturalnych proporcjach ale spojrzenie chyba podrasowała bo kojarzyło mu się z mangówkami za którymi nie przepadał zresztą. Nie wątpił, że pytanie było dla niej bardzo ważne i gdy już je zadała zdawało mu sie teraz oczywiste i do przewidzenia. W końcu juz trochę się znali. Odkrył, że miała jakąś prywatną jazdę na ludzki płacz, łzy oraz stany i emocje z tym związane. Zdawało się, że jest zafascynowana tym zjawiskiem i wydaje jej się chyba niepojęte, tajemnicze czy wręcz mistyczne. O łzach i płaczu mogła gadać i pytać godzinami. Tyle, że Paweł nie miał na to w ogóle ochoty mając mnóstwo ciekawszych rzeczy do zrobienia czy obgadania niż gadka o jakiś ryczących patafianach. Nie widział w tym nic ciekawego.

- Nie, Alex, nie płakałbym. - uśmiechnął się wstając z materaca i zmierzając do toalety. Wiedział, że własnie jej podpadł.

- Nie płakałbyś?! Ale dlaczego!? Mówiłeś, że byłbyś smutny! - wybuchła z pozorną złością machając bezwładnie rękami jak naprawdę zdenerwowany człowiek. Aż się te jej różowe kajdanki trochę rozmazywały. Choć już się naumiał jej zachowań i gadek na tyle by wychwycić, cień fascynacji i niedowierzania. Zupełnie jakby właśnie jej rozwalił jakąś teorię na wzorzec ludzkiego zachowania.

- Bo jestem facetem a faceci nie płaczą. - uśmiechnął się wchodząc do obdrapanego kibelka i zamykając za sobą drzwi. Tego już oboje się zdązyli nawzajem nauczyć. Ona nie desantowała mu się nagle w kiblu a on nie tykał jej holo. Ani nie rzucał przez niego przedmiotami. Nie lubiła tego.

- Akurat! Widziałam w sieci i w metrze i na stacjach, że płaczą! - kątem oka, poprzez mleczną szybę drzwi, widział jej zamazany profil, pewnie czaiła się tuż za drzwiami.

- Pewnie dostali właśnie w tubę albo jakieś modern-emo co się potrafi pociąć nawet żelem. Ale generalnie faceci nie płaczą. Ja na przykład nie płaczę. No sama powiedz, widziałaś, żebym kiedys płakał? - spytał rozpaćkujac po twarzy samogolący się krem. Za leniwy był na jakieś mechaniczne ustrojstwa. A poza tym dostał w prezencie to co miał się marnować, no nie?

- Widziałam jak płaczesz. - usłyszał jej poważny głos.

- Coo?! Łzesz! Niemożliwe! Niby kiedy?! - zaskoczony doskoczył do drzwi i gwałtownie je otworzył na oścież.

- A o wtedy. - rzekła i odpaliła holo jakiegoś filmu. Paweł obserwował siebie samego jak trąc oczy, łzawiące po całej twarzy, na wpół po omacku, wraca do Nory. Co chwila tez powtarzał "Co za kretyn!", "Co za pojeb!", "Co za debil!", "No pojebało go!". Już rozpoznał ten kawałek więc odzyskał rezon.

- Aa, too... To się nie liczy! Razem z Olegiem mieliśmy mały pokaz samoobrony i pokazywaliśmy jak działa nowy gaz pieprzowy. No i jak widzisz działa swietnie. - wskazał już uspokojonym głosem i nonszalanckim machnięciem ręki na zatrzymanego już w kadrze filmiku, na którym akurat wciąż trzymając się za oczy, doszedł do kibla, po drodze wymieniając całą litanię durniów i kretynów. Ale naprawdę był wówczas wkurzony na Olega, swojego najlepszego kumpla. "Koniew" zabrał ich dwóch, mieli pokazywać zaawansowane techniki. I kilku młodszych studentów, łącznie z dziećmi by pokazać, że sztuki walki i samoobrony może nauczyć się każdy. Jeśli chce i poświęci wysiłek i czas. Ten numer "z gazem" pokazywali jako ostatni. Przynajmniej oni dwaj. Teoretycznie Paweł miał zasymulować atak z nożem a Oleg miał wyciągnąć gaz, udać, że psika, Paweł miał przerwać atak wrzeszcząc i trzymając się za twarz a Oleg miał go sprawnie jednym czy dwoma ruchami powalić na ziemię. Właciwie to w praktyce też tak wyszło tyle, że ten kretyn naprawdę wcisnął ten jebany gaz! Ale sie potem Paweł na serio wkurzył na niego i chyba dąsali się na siebie z tydzień. No ale byli kumplami więc w końću im obu przeszło. Poza tym obaj nawzajem robili sobie takie żarciki od czasu do czasu. Dzięki temu zawsze coś się działo.

- Tak więc ja nie płakałem jasne? Po gazie się nie liczy... Na gaz nie ma mocnych. - uśmiechnął się do niej ponownie uspokojony, ze mają wyjaśnioną te kwestię. - A w ogóle... To co się tak odstawiłaś? - spytał zaciekawiony wskazując brodą na jej seksowny uniform. Jak tak stał w drzwiach prawie twarz w twarz to miał okazję się jej przyjżeć bliżej i dokładniej niż z łóżka. Często się "przebierała" czyli pojawiała się w różnych strojach czy wręcz postaciach, ale takie wersje rodem ze stron dla dorosłych nie były u niej najpopularniejsze.

- Robię test na tobie. - rzekła blondyna z nieskażoną radością i spokojem ducha najwyraźniej nie skażonego wyrzutami sumienia.

- Test? Na mnie? No super... I co ci wychodzi? - spytał wzdychając jedynie i wracając nad zlew, by zmyć już krem z twarzy.

- Wychodzi mi, że jak cię budzę i witam w takim budzącym seksualne skojarzenia kostiumie to robisz się aktywny dużo szybciej! Prawie cztery razy szybciej niż jak w stroju uchodzącym za standardowy! - odpaliła mu z nieukrywaną dumą i radością z tego, że spytał i że mogła się pochwalić wynikami. Na chwilę zamilkła po czym dodała z wyraźnym wahaniem. - Ale to nie jest twój najszybszy rekord wstawania zapisany w mojej pamięci... - ta wypowiedź, mimo wahania w głosie Alex, przywołała w głowie parkorourowca żywe i niezbyt miłe wspomnienie.

- Nawet mi nie przypominaj! I nie próbuj ponownie bo się naprawdę wkurzę na ciebie! I się wyprowadzę! - nagłe wspomnienie nawet teraz po paru miesiącach zdawało się być świeże i własnie wnerwiające tak samo jak wówczas gdy było świeże.

- Stać! Policja! Łapy na kark! Wstawaj gnoju! - nagły wrzask tuż nad uchem zbudził go wówczas o poranku. Wrzask pełen agresji, adrenaliny wyrzucony z gardła tak bardzo dla niego rozpoznawalnym gliniarskim tonem. Głosem lidera antyterorów, wiedział to jeszcze zanim na tyle zaczął jażyć sytuację i rozumiec co widzi. A widział stojących w bojowych pozach czterech antyterrorów w pełnym ekwipunku, w kominiarkach, z automatami i strzelbą. Od razu to wychwycił zanim jeszcze dotarło do niego reszta informacji. Czterech kolesi w tym trzech z automatami i jeden ze strzelbą. Wszyscy z wymierzoną w jego głowę bronią. Był szybki ale nie głupi i umiał oceniać zagrożenie. Jakkolwiek szybki by nie był to nie szybszy od czterech palców na spustach na raz.

- Nie strzelać! Poddaje się! Nie strzelajcie! - był pewny, że chodzi o numer z flagą. Bo o co innego. Że w końcu go jednak znaleźli i wpadli na wizytę. Liczył się z tym każdego dnia od czasu tego numeru. Więc gdy zerwał go ten wrzask i ci czterej kolesie w kominiarkach był pewny, że to właśnie to. Musiał się poddać. Teraz. A najwyżej po drodze...

- I co pan teraz powie, panie Pawle? - lider antyterrorów zadał mu nagle calkiem mało proceduralne pytanie. Zapytany spojrzał na niego niepewny do czego ten zmierza. A ten nagle zdjął jedną łapę ze spluwy, choć wziąż z niej mierzył do podejrzanego, i powolnym ruchem zdjął kominiarkę.

- Jason Statham!? - Jasiński aż ze zdziwienia nieco opuścił ręce. ~ To niemożliwe! Przecież on od dawna nieżyje! ~ wiedział bo Jason był jednym z jego ulubionych aktorów i lubił oglądać z nim filmy. Facet pewnie miał mieć widocznie holomaskę z jego wizerunkiem ii...

- Ale łyknąłeś na całego... - usłyszał znajomy, kobiecy głos. Drugi z antyterorów, kobieta, też zdjęła swoja kominiarkę, przez moment zalewając swoją twarz i ramiona chaosem blondwłosów.

- Alex? - zdumial się widząc jej twarz. Teraz spojrzał na resztę obrazu. Faktycznie, trochę się rozmazywał i prześwitywał. Gdyby wiedział na co patrzeć albo się spodziewał albo miał coś więcej niż rzut oka, no dwa chociaż, szanse, że się nabierze byłyby wręcz zerowe. Ale tak wyrwany ze snu, w pierwszych ułamkach sekund przez obraz świetnie dopasowany do tego z czym się liczył od dłuzszego czasu... Tak, nabrał się.

- Nabrałem cię! - krzyknęła radośnie radośnie jego SI. Przy jednym jej ruchu zniknęła reszta holoobrazu i została z nim sama. Przy okazji zmieniła też swój antyterrorowy wizerunek na bardziej domowe dresy.

- Aaaaleeeexxx! - wydarł się w końcu zrywając się z materaca gdy zaskoczenie i strach ustąpiło miejsce wściekłości. Ale się wtedy pożarli. W pierwszej chwili naprawdę chciał się wyprowadzić. Ostatecznie jednak ponieważ poza humorzastą SI, miejscówa była świetna i pasiła mu jak ulał a sama elektorniczna współlokatorka obiecała poprawę, wyraziła żal i w ogóle chyba żałowała za ten numer, postanowił jednak zostać. No i od tamtej pory jakoś się dogadywali. Tak z grubsza.



Trójstacja; budka Zahida; rozmowa z Zahidem i Magdą


Był głodny. Rano zawsze był głodny. W swojej Norze czy wcześniej na stancjach czy nawet w domu zaczynał od soku w intencji nocnej posuchy lub kaca i kawy. Potem jednak zołądek budził się również i dopominał o swoje prawa. Odkąd wprowadził się do Trzechstacji w większości wypadków na śniadanie chadzał do Zahida. Zahid był rodowitym Pakistańczykiem a więc ciapatym, Muzułmaninem czyli muslimem i nadal mówił lepiej po angielsku niż polsku a mimo to z warszawską metropolią asymilzował się płynnie. Do tego w całej okolicy Trzechstacji jego paśnik z hamburgerami, frytkami, smazona rybą i oczywiście kebabem najbardziej Pawłowi odpowiadał. A poza tym młody Pakistańćzyk był spoko.

- Masz dla mnie dziś coś normalnego? Wiesz, bez sensacji, jakieś frytki, kurczak, sałatka, no i sos. - spytał na powitanie wyciągając rękę. Ta polska tradycja bardzo przypadła Zahidowi do gustu i witał się w ten sposób bardzo chętnie.

- A od kiedy ty chcesz coś normalnego? Normalne jedzenie jest dla normalnych ludzi a ty... No sam wiesz... - spytał patrząc w dół z wysokości swojej budki sprzedawca i właściciel lokalu. I tak jak zwykle zaczęli ten swój codzienny prawie rytuał. Paweł coś zaczynał mówić, prawie za każdym razem kombinując po drodze jak tu zagadać, by wyszło normalnie i bez tej przyjacielskiej kłótni, no ale z Zahidem był bez szans. Ten zawsze albo znalazł sposób by się czepić jego wypowiedzi, powitania, zamówienia, lub czegoś co mu się przydarzyło od ostatniego spotkania. Czyli najczęściej od zeszłego pawłowego rana albo się wkurzał na coś u co jego zdaniem nie działa jak powinno w tym mieście, kraju albo narodzie. Najczęsciej więc tak sobie gawędzili te parę minut jak Zahid szykował klientowi zamówienie.

Tak się własnie, właściwie w naturalny sposób dowiadywał nie tylko co się działo u samego Zahida ale i w okolicy. Teraz mu właśnie sprzedał plotę o Kosaczu. Starym Kosaczu. Paweł kojarzył młodego, Tarasa. Był jednym z warszawskich ważniaków i jakoś nie sprawiał na Pawle wrażenie, że potrzebuje pomocy czy rady swojego starego. Już samo to było zastanawiające. Ale gdy Zahid doprecyzował tym zdaniem o spodziewanych kłopotach to się zrobiło wręcz niepokojące. Musiał to sprawdzić.

Wykonał szybki telefon do Olega. Nie bawiąc się w ceregiele sprzedał mu plotę od Zahida. Moment ciszy jaki usłyszał po drugiej stronie najlepiej potwierdził, że sytuacja jest poważna i dla miasta a przynajmniej Siczy nadejda ciekawe dni. Oleg wielce się nie rozwodził również nad przyjazdem Marko Kosacza tylko stwierdził, że jak tak to natychmiast wraca na Pragę. Pożegnali się a Paweł chwilę patrzył na wyświetlacz holofonu, bezmyślnie gładząc jego obudowę kciukiem. Wychodziło mu, że jeśli reszta ukraińskiej mafii otrzymała lub wkrótce otrzyma podobne ploty i zareaguje jak jego kumpel... To będzie przypominało cholerną mobilizację... A mobilizację robiło się tylko przed spodziewaną wojną. Oj, w jego mieście koniec jesiennego sezonu zapowiadał się nadzwyczaj gorąco.

Holo zadzwoniło znowu. Tym razem usmiechnął sie od razu gdy zobaczył, uruchomił się wizerunek ślicznej brunetki z seksownie przygryziona wargą na tle słonecznej, letniej panoramy. Od razu jemu też robiło się cieplej.

- Cześć. Co robisz? - zapytała od razu jak kliknął by odebrać.

- No cześć. Niszczę sobię bebech śmieciowym zarciem. - usmiechnął się również, ale zaraz musiał się ewakuować gdyż Zahid zareagował "dość żywiołowo" na tekst o smieciowym żarciu.

- Spotkamy się dzisiaj? - spytała lekko się usmiechając.

- Dziś? Hmm... Mam robotę... Chyba, że pod wieczór... Do wieczora powinienem się raczej wyrobić... - chętnie, by się z nią spiknął zaraz, ale dziś mieli "gniazdowanie" z Olegiem w Pekinie. Nic specjalnego. Zawsze żartował, że Oleg by sobie poradził sam i on idzie dla towarzystwa. Ale akurat sam Pekin pasował mu jak ulał. Zawsze można było spotkać "swoich ludzi" czyli freerunnerów z całego miasta. Po robocie więc od razu mógł się spotkać z przyjaciółmi i znajomymi. No i z nią. Bo w końcu...

- Au! - krzyknął nagle zaskoczony, czując lekkie uderzenie w plecy. Odwrócił się błyskawicznie i lekko pochylił by stanowić mniejszy cel, ale zdębiał gdy zobaczył sprawcę i narzędzie ataku: Zahida i jego plastikową łyżkę. Odszedł już tak daleko, że ten nie miał go jak sięgnąć. Ale rzucić łyżką jeszcze zdołał.

- Co się stało?! - krzyknęła zaskoczona rozmówczyni nie wiedząc co się stało.

- On mnie rzucił łyżką... - odparł bardziej zdumiony niż obolały. W końcu bolało jak przy nieco mocniejszym dotknięciu. - Zahid, cholero, nie rzuca się w klientów, swoich ULUBIONYCH klientów, łyżkami! - krzyknął do sprzedawcy kebabów. Tego się po nim nie spodziewał.

- A czym się ich rzuca? - Zahid wyglądał na naprawdę zainteresowanego tą kwestią.

- No niczym! Niczym się ich nie rzuca! Nie rzuca się w klientów łyżkami no, człowieku noo… - odrzekł podnosząc z chodnika łyżkę.

- To jak nie wiesz czym się ich rzuca to oddaj łyżkę. Ja bedę ich rzucał łyżką. - odparł całkiem poważnie Pakistańczyk, wyciągając rękę i najwyraźniej licząc, że Polak faktycznie mu ją wręczy.

- Zahid… My tu w Polsce mamy takie powiedzenie… - rzekł Paweł bo z natury nie lubił jak się mu coś kazało robić bez wyjaśnienia, w ciemno czy z czyjegoś chciejstwa. A na to mu by to wyglądało właśnie, jakby grzecznie podszedł i oddał tę cholerną łyżkę. - Jak sprzedawca kilentowi… - rzekł patrząc wymownym wzrokiem na plastikową łyżkę i wykonując gest jakby ważył ja w dłoni. Sprzedawca wykminił czaczę i zaczął się nerwowo rozglądać jakby nie mogąc się zdecydować czy już przerwać pantonimiczną pesrwazję i chować się pod ladę czy jeszcze próbować dalej. - ...Tak klient sprzedawcy! - krzyknął wesoło, lecz nieco mściwie Jasieński i cisnął łyżkę pod adres nadawcy. Ta pleciała prosto w szerokie okno budki, uderzyła w tylną ścianę po czym odbiła się od niej i znów spadła choć tym razem na dno przyczepy.

Tym wesołym i widowiskowym zakończeniem porannego etapu zdobywania żywności, zabrał swoją torebkę z pysznym, ciepłym “smieciowym żarciem” ze swojego ulubionego paśnika i ruszył na miasto znów podnosząc holo do przerwanej rozmowy z Magdą.

- Co mu zrobiłeś? - spytała tłumiąc dźwięczny śmiech i z typową kobiecą ciekawością w głosie. Część pewnie widziała na holo, sporo mogła słyszeć, ale pewnie dalekie to było od ideału.

- Jaaa? Nic, absolutnie nic kochanie! Przysięgam! To nie jest tak jak myslisz! - zaczął parodiować ton zazwyczaj kojarzony z mężami, którzy zostali przyłapani przez żony na obściskiwaniu się z innymi kobietami.



"Pekin"; spotkanie z parkrourowcami i z Magdą



Gniazdowanie z Olegiem na pekińskim dachu obyło się bez problemów i sensacji. Więc gdy Ukraińscy z Siczy się zmyli, łącznie z Olegiem został sam na dachu. Sam bynajmniej nie oznaczało, że się nudził. Dostrzegł kilku kolegów i koleżanek “po fachu” którzy hopsali to tu, to tam. Uśmiechnął się pod nosem obserwując ich wyczyny. Samo oglądanie takich popisów sprawiało mu przyjemność nie mówiąc już o tym co czuł gdy sam tak zabawiał się w podrabianie Spidermana.

Ruszył ku nim na przełaj. Krótki ale błyskawiczny sprint do krawiędzi dachu, kawałek wzdłuż niego i skok w przepaść. Tuż przed rogiem budynku. Krótki lot po łuku w dół odbicie się od przeciwległej ściany i odskok od tej po której biegł, tyle że prawie półtorapiętra niżej. Po drodze minął jakiegoś chłopaka w czerwonej bluzie którego tempo było raczej zbliżone do skałkowej wspinaczki. Pewnie jakiś nowy. Następny sus znów zakońćzył na tej pierwszej ścianie. Złapał się tam poręczy balkonu, wykonał salto i opadł z gracją na ziemię bynajmniej bez gracji ale za to efektownie rozbryzgując ziemię z błotnistego pseudotrawnika.

- Cześć chłopaki! - rzucił usmiechnięty Black Horse podchodząc w swobodnym krokiem w ku grupce przedstawicieli subkultury do jakiej się zaliczał. Wszyscy byli młodzi, podobnie na sportowo do niego ubrani by nie krępować sobie ruchów i na ogół też się uśmiechali widząc podchodzącego do nich jednego z najlepszych freerunnerów w mieście. Co więcej Paweł miał swoje numery humory czy jazdy ale na ogół bywał usmiechniętym pozytywnym facetem który nawet po “numerze z flagą” dał się lubić i rzadko “się woził” jak to się mówiło na dzielniach.

Teraz więc spędzał miło czas w ich towarzystwie. Rozmawiali głównie “o hopsaniu” jak te cały parkour nazywał nieco ironicznie i swobodnie Paweł zupełnie jakby nie traktował tego na serio. U kogoś spoza ich grupy może aż to tak nie dziwiło ale dla reszty często było to wręcz nie do pojęcia jak ktoś kto spędza całe dnie na swojej pasji może tak sobie swobodnie o niej mówić jakby mu w ogóle na tym nie zależało. No ale zależało oczywiście. A swoboda i żartobliwy ton większości wypowiedzi często zjednywał Jasińskiemu bo chyba miał opinię, że nie tylko jako freerunner ale też jako kolega czy człowiek “jest spoko”.

Teraz też, czekając aż zjawi się ta konkretna freerunnerka gwarzył sobie z tym towarzystwem całkiem sympatycznie. Dowiedział się więc, że Michał znalazł ciekawe miejsce. W nowobudowanym podziemnym parkingu. Ze względu na te wszystkie rusztowania, kratownice,, wybetownowane już słupy był to bardzo urozmaicony teren. Paweł kojarzył miejsce i z zazdrością musiał przyznać, że je widział i oczywiście przeszło mu przez myśl by tam pokicać ale jakoś zwlekał. Teraz jak tak słuchał Michała to oczywiście było mu szkoda, że dotąd zwlekał no i przede wszystkim, że to nie on sam nie rozdziewiczył miejscówy i teraz nie może tak o niej puścić ploty w towarzystwie. Obiecał i sobie i innym, że sprawdzi ten parking. Widział, że Michał się bardzo ucieszył z takiej odpowiedzi.

Rozmowa szła gładko i Paweł minimalnie dlużyło się czekanie na spóźniającą się Magde. Dowiedział się za to, że Piotrek z Moniką dali ostro w palnik na imprezie ze trzy dni temu, że do tej pory mają kaca. A Konstant dał w mordę w klubie pod patronatem Kombinatu, i to chyba szefowi klubu czy jego dziwce w kazdym razie teraz się ucieka i się ukrywa. Ale Konstant tak miał. Dawał komuś po mordzie a potem ze zdziwnieniem odkrywał, że “jacyś ludzie go szukają”. W najlepszym razie bywała to policja. Pożartowali więc sobie chwilę z kłopotliwej sytuacji kolegi. Uwagę Pawła zwróciło i to bardzo kolejna plota. Ponoć znów się pojawił Szalony Glina i zgarnął po krókim pościgu Witka zwanego też Witią. Wiciu był niezły, Paweł uważał go do zbliżonego możliwościami do siebie choć bez jego finezji i pomysłowośc. No i szybki Wiciu był. Ale jak widzieli inni runnerzy Glina złapał go w durnym miejscu bez zbytniej możliwości ucieczki więc go jednak dorwał. Od razu powstały ploty, podszyte sporą dawką niepokoju, że gliny jakoś ich śledzą albo mają wtykę w towarzystwie. Widząc rodzący się kwas Paweł zainterweniował od razu.

- Tam gdzie mówicie są kamery na ulicy. Mógł też jakiś cieć zadzwnić, że mu ktoś hopsa po posesji. No i jak Wicu miał pecha, że ten dureń był gdzieś w pobliżu to się skończyło jak widać. Mogę wam tylko doradzić, że bezpieczniej nam teraz będzi hopsać z uwagą by omijać miejsca które można łatwo zablokować i odciąć drogę ucieczki. Dobra? Heeej! Wyluzujcie dobra? Nie damy się jakiemuś trochę podrasowanemu psiunowi no nie? Hopsanie to nasze niezbywalne prawo! Prawo każdego człowieka! Nie zatrzymają nas! Nikt nas nie zatrzyma! - zaczął tłumaczyć probując przemówić im rozsądnymi argumentami do ich rozsądku. Ale dokońćzył już z pasją jaką z nimi dzielił wlewając ogień nadziei wprost do ich serc.

Nie lubił patrzeć jak boją się czegoś jego przyjaciele czy ludzie któych po prostu lubił. Jak tych tutaj. Nie chcial też by w tej prywatnej, na ogół bezkrwawej ale jakże widowiskowej wojnie pomiędzy siłami porządkowymi a parkourowcami ci drudzy przegrali dając się ściągnąć z dachów, ścian i płotów na jakieś systemiarskie “miejsca wyznaczone”. Co za kretynizm! Dla Pawła byłoby to wolność porównywalna jaką mają więźniowie na spacerniaku. Bo nie w celi… A parkour, co na co dzień nazywał właśnie żartobliwie hopsaniem, był dla niego ucieleśnieniem wolności, równości i braterstwa. Nawet tu teraz stał, rozmawiał i śmiał się z ludźmi pochodzących “z dobrych domów” czy wręcz ze slamsów. Tu na ścianach była wolność i równość. Liczyło się co na nich potrafisz, jak je wykorzystasz i jak sie odnosisz do reszty ścianolubnego bractwa. Jak ktoś tego nie chwytał to mógł być najlepszym skoczkiem a i tak odpadał z bandy.

A teraz ten jeden cholerny glina podkładał bombę pod ideały Jasińskiego zgarniając mu jednego kolegę po drugim. Rzadko komuś udawało się zwiać. W końcu swego czasu dorwał nawet jego samego. Ale i raz Paweł dał radę mu się wymknąć. Mieli więc remis. A skoczek nie znosił spraw niewyjaśnionych co reprezentowały właśnie remisy. Czuł, że gdyby spotkał i zwiał mu po raz kolejny mogłoby to podnieść morale hopsaczy. Jak zawsze gdy poszła plotka, że ktoś zwiał temu superglinie. Ale gdyby znów go dorwał… Ponadto glina interesował go z prywatnego powodu choć jeszcze nie miał pomysłu jak się za to zabrać.

- Cześć Paweł. - zafrapowany sprawą hopsającego jak freerunner najlepszej wody supergliny usłyszał dość zaskakujący w tej chwili dla siebie głos, mimo, że na nią w końcu czekał. Odwrócił się i zobaczył jak się uśmiecha do niego patrząc mu prosto w oczy. Lubił jak się tak uśmiechała do niego i tylko do niego, ignorując resztę towarzystwa.

- Cześć Magda. - odrzekł równie krótko i z równie ciepłym uśmiechem. Czas był się pożegnać z towarzystwem i pohopsać wreszcie we dwójkę. Dwójka freerunnerów ruszyła razem z powrotem ku smutnemu, obdrapanemu blokowi. Dla normalsów mogł się wydawać nudnym, nieciekawym, przeżytkiem, o podejrzanej reputacji którego jedynym atutem mogła być cena pokoju czy mieszkania oraz niechęć do służb mundurowych żywiona przez współmieszkańców. Ale dla freerunnerowego oka i dłoni należało nałożyć specyficzny filtr widzenia świata a właściwie terenu. Specyficzny zestaw doświadczenia i wiedzy przeliczał wszystko na metry, skoki, chwyty, miejsca do odbicia, potencjalne dziwności u urozmaicenia. Normalsi tego nie łapali… Pod tym względem ten postpeerelowski, połamany blok był wysmienity. A takie a nie inne sąsiedztwo sprawiało, że po psy rzadko ktoś dzwonił więc był świetnym miejscem do spotkań, treningu i hopsania praskich freerunnerów. A poza tym, prywatnie, Paweł miał rzut beretem od swojej “Nory” więc nawet jak zamierzał pokicać gdzie indziej czy dalej to Pekin był świetny na rozgrzewkę.

Na hopsaniu z jedną z najlepszych partnerów jakie miał, do tego przy okazji bardzo przyjemnej dla oka, ust i rąk wyglądzie, przyjemnym usposobieniu i owianej aurą tajemnicy dziewczynie czas zleciał mu nie wiadomo kiedy. Choć dziś jakoś nie do końca mogli się zgrać. Magda zostawała w tyle, wykazywała wahanie, i jakoś polegała dziś na prostszych numerach co było zastanawiające. Na ogół tak samo jak on lubiła poszpanić swoim wysportowaniem, stylem czy nowowyuczonymi sztuczkami albo abgrejdami na stare.

Usiedli w końcu na skraju dachu. Musieli odsapnąć, Każde z nich sięgnęło po coś do picia z małego plecaka zostawionego wcześniej na dachu. Do hopsania naprawdę każdy ograniczał się jak mógł z zabieranym sprzętem który traktowany był jak balast. Choć gdy Paweł szedł na jakiś “numer” to ekwipował się całkiem nieźle choć nie tak teraz jak sobie przyszedł dla relaksu.

Rozmowa jakoś nie kleiła się. Co go dziwiło tym razem to on więcej gadał. Magda niby coś tam mówiła, coś tam odpowiadała, reagowała ale ta jej interakcja była jakoś tak bez polotu i zaangażowania. Zadzwoniła jednak pierwsza, chciała się umówić no i przyszła. Zakałdał więc, że coś się stało. Choć jeszcze nie wiedział czy ma sprawę do Pawła Jasińskiego czy do Blak Horse’a. Akurat jedną z przyczyn rezerwy jaką jeszcze do niej żywił było to, że nie potrafił rozróżnić czy leci na które jego “ja” ona leci. Było tym bardziej trudne, że poznali się parę miechów temu już po “numerze z flagą” jak miał swoje pięć munut i nagle wówczas pojawiło się całe mnóstwo osób które raptem chciały się z nim kolegować. Więc nawet z dziewczyn, i to tych całkiem fajnych i z ferajny też by się całkiem fajne stadko ułożyło. No ale Magda przykuła jego uwagę właśnie w pierwszej chwili jako świetny runner i to, że o takim wyglądzie to w sumie było tak całkiem przy okazji. Świetnie wyglądających, wysportowanych dziewczyn zna całkiem niemało. O wyjątkowości Magdy decydowało to, że mógł z nią dzielić swoją pasję jak równy z równym i mieć z tego noeograniczoną radość. To budowało specyficzną więź zaufania i partnerstwa między nimi.

- Znaczy co? Nie wiesz jak spławic tego swojeg palanta bo go to urazi i tej swojej zajefajnej funfeli bo się załamią jak im powiesz, że wybrałaś numerek ze mną? - wyszczerzył się do niej, puszczając w żarcik całą jej wypowiedź. Ostatnio mówiła, że na uniwerku ma jako jeden z egzaminów pokzać “coś”. Ogólnie jak o tym rozmawiali to zdaniem Pawła wygladało to bardziej na jakiś taniec. No i się głowiła bo miała dotąd do wyboru numer z Natalią, z którą miała “dziewczyńską” parę i jak pokazywała mu parę filmików całkiem fajnie razem machały tymi bioderkami i nie tylko. Na dwie seksownie się wyginające tancerki naprawdę się patrzyło całkiem przyjemnie. No i był jeszcze “ten palant” czyli Darek. Ponoć świetny tancerz i zdaje się jakaś uniwerkowa gwiazda i supermodel i w ogóle ciacho. Największą bolączką Pawła w tym aspekcie było to, że Magda z nim też seksownie machała bioderkami i nie tylko a i koleś faktycznie nieźle tańćzył. Zdecydowanie lepiej od Pawła. No mistrz po prostu. I ze zgryzotą widział, że taniec z nim sprawia jego sciennej kumpeli kupę frajdy. Jednym słowem zżerała go zazdrość o tego palanta choć oczywiście starał się tego nie okazywać i bagatelizować sprawę.

Ponieważ jednak nie uśmeichało mu się zostawić sprawy samopas więc przystąpił do ataku na to zagadnienie. Zaproponował niby w żarcie, że z nim może przećwiczyć jakiś numer na ten egzamin. W końcu było dozwolone, że można wystąpić z kimś spoza uniwerku bo i tak ocenia się studenta. Więć Paweł by się łapał. Magda początkowo była zachwycona pomysłem ale życie zrobiło swoje. Jako, że oboje mieli własny styl, przywyczajenia oraz rozkład słabych i mocnych stron dążyli do postawienia na swoim. On widząc możliwości i Natalii i “tego palanta” i trochę innych studentów widział, że koncetrują się na tańcu. W tym nie mógł im dorównać. Ale co innego hopsanie czy walka. Stawiał więc na wprowadzenie skoków, podrzutów, przechwyceń, udawanych uderzeń czyli na to w czym był dobry. W efekcie powstawał specyficzny układ który był mieszaniną tańca, parkorour i walki. Pawłowi się to bardzo podobało bo czuł, że tworzą coś niepowtarzalnego i ogólnie, że “To jest to!”. Wyglądało, że Magda również jest takim kombo zachwycona no ale zgrzyt nastepował gdy poszczególne numery trzeba było ułożyć w jakąś choreograficzną całość. Tu mieli kompletnie odmienny punkt widzenia. Jej wersja była zdaniem tak ograniczona, że przypominała taniec z jakimś tam hopsnięiem czy uderzeniem. Jego była znacznie bardziej dynamiczna i przypominała bardziej walkę przeplataną ze skokami, obrotami czy podrzucaniem partnerki na parę metrów w górę.

Sytuacja robiła sie pod tym względem co raz bardziej nerwowa a czas egzaminu się zbliżał z każdym dniem. Początkowo traktował sprawę jak żart i świetną zabawę ale z czasem jakoś się dziwnie w ten jej egzamin zaangażował. Teraz więc jak tak siedział z nią na krawędzi pekińskiego dachu zgadywał, że przyszła mu powiedzieć na co się zdecydowała. Czy na swoją stałą taneczną partnerkę i funfelę, tego spertaneczenego patafiańskiego maestro no czy też jego, Pawła Jasińskiego. Lub Black Horse’a. Uznał, że na tym etapie ich znajomości oraz zaangażowania jaki włożył w te przygotowania odmowa bardzo by go zabolała. Wiedziała o tym. Tak samo pewnie czułaby się pozostała dwójka. Wiedział o tym. Bo jak nie o to jej chodziło to o co?

- Słuchaj Magda… Bywałem w różnych sytuacjach w tym także takich które wydawały mi się w pierwszej chwili bez wyjścia… - odpowiedział jej odgarniając jej lok z czoła za ucho i z jakby z zastanowieniem jadęc dalej kciukiem po jej uchu i niżej po boku szyi póki nie zniknęła pod kołnierzem bluzy. Wówczas oderwał od niej dłoń i zapatrzył się w panoramę miasta na tle zachodzącego słońca, Nieciekawa okolica, brudnawo - szarawe niebo, mętne i blade Słońce słabo się nadawało na jakąś romantyczną pocztówkę. Ale wkrótce wstanie noc. Niebo litościwie zgasi światło a w zamian za to ulice, neony, reklamy i budynki ożyją własnym świetlnym życiem nadając miastu ułudę powabu i splendoru, skrywając dyskretnym urokiem wstydliwe miejsca i sekrety jego i jej mieszkańców. Tak…. Paweł lubił noce miasto. Wrócił myślami do siedzącej obok kobiety. Byli tak blisko siebie, że czuł promieniujące z jej ciała zapach i ciepło.

- Powiedz o co ci biega to zobaczę co da się zrobić ale nie bede zgadywał ani deklarował coś w ciemno, dobra? - nie lubił takich gierek. A jak miała mu zamiar powiedzieć, ze pójdzie z tamtym palantem na egzamin to niech nie owija w bawełne. Ale wówczas chyba by musiał przemyśleć czy serio chce się z nią angażować w coś większego czy pozostać na tej stopie co są obecnie.

Właściwie jeszcze parę miechów by się nie wahał. Magda była wręcz wymarzoną partnerką nie tylko do hopsów. Była po prostu świetna, niepowtarzalna wręcz unikatowa. Podobała mu się. I wiedział, że on jej się podoba. No ale po swojej ostatniej relacji ze swoją obecnie ex jakoś miał dziwne uczucie deja vu. Też miał do czynienia z piękną kobietą, też odczuwali wspólnotę poglądów, pasji czy wręcz dusz, też mieli te samo towarzystwo i powtarzający się krąg znajomych, cieszyli się sobą nawzajem no i mieli przed sobą swoje sekrety oraz alternatywy jakimi mogli podążać. Razem lub osobno. Poprzednio okazało się w krytycznym momencie, że nie tylko, że się rozmijają ale są wręcz spolaryzowane jak północny i południowy biegun!. Coś co miało naprawić ich związek zdecydowanie go zlikwidowało na dobre. No a teraz sytuacja była łudząco podobna a Paweł jakoś za cholerę nie chciał przeżywać takiego rozczarowania i goryczy jaką przeżywał z pół roku temu po gwałtownym i ostatecznym rozstaniu z Nadją. Nadja… Znów gdy padło w myślach to imię ukazało mu się wspomnienie uroczej, ładnej czarnulki. Zwłaszcza tej najważniejszej która doprowadziła do jednej z najsławniejszych ostatnio parkorourowych akcji no i nawet sam Black Horse uważał ją za swój najlepszy numer. Mimo woli wspomnienia popłynęły mo do ostatniego lata.
 
Pipboy79 jest offline  
Stary 15-02-2015, 16:49   #7
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 46724 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Numer z flagą; pół roku wcześniej

- Ale tego się nie da zrobić… - zaoponowała smukła, ładna brunetka ubrana w letnią, cienką sukienkę. Dla mężczyzny z którym rozmawiała stała pod słońce przez co jej kształty ładnie zarysowywały się na tle lekkiego materiału. Nawet zupełnie przy okazji jego męskie oko, po raz kolejny wyłapało z przyjemnością te jej wszystkie wklęsłości, gładkości i krągłości. Odwrócił wzrok na drugą stronę ulicy i przypatrywał się budynkowi naprzeciwko.

- No nie patrz tam tak… Jeszcze zaczną coś podejrzewać i psy na nas naślą… - mówiła dalej dowodząc swoich racji. Jej kokieteryjny ton i uśmiech widział kątem oka. Ale oczami i umysłem już był przy płocie, na trawniku, ścianie i dachu…

- Paweł! No weź przestań! Nie wydurniaj się! To się nikomu nie uda. Nawet tobie… - położyła mu dłoń na ramieniu i zaczęła delikatnie zjeżdżać najpierw po rękawie podkoszulka a potem po nagim bicepsie, zgięciu łokcia, ramieniu…

- No, no… - pokiwał głową by zyskać na czasie. Co to kurwa ma znaczyć “nawet tobie”?! Co ona sobie wyobraża! Krótka uwaga, wypowiedziana cieplym, przyjemnym, kobiecym glosem wbiła szpilę poprzez jego dumę i ambicję wprost do serca. Sam nie wiedząc kiedy zacisnął szczęki a wzrokiem odpłynął gdzieś w dal. Tak naprawdę to oceniał, szacował, liczył, sprawdzał… Trudne tak… Biorąc pod uwagę systemy bezpieki pewnie bardzo trudne… A że pewnie nie wszystko widać i coś mogłoby się spieprzyć, kurewsko trudne… Ale… Niemożliwe? Dla niego? Nosz kurwa, co ona sobie myśli?!

- Paweł! - Zdążył coś mruknąć gdy jej dłoń pociągnęła go tak, że musiał się odwrócić i aby nie stracić równowagi zrobił krok do przodu. Nadja jednak nie cofnęła się, więc wpadł w jej usta i objęcia. - Chodź na lody. Ja stawiam. - wymruczała przymilnie czekając aż obejmie ją ramieniem. Dał się zaprowadzić. Potem rozmawiali, śmiali się, jedli te lody i jeszcze gofry, dotykali sie i całowali... A jednak cały czas gdzieś na granicy świadomości chodziła mu jedna myśl… Ja nie dam rady?!


---


Stał przy płocie. Wahał się. Jeszcze mógł się wycofać. W sumie nikt by nawet nie wiedział, że tu był. Nawet Nadji nie powiedział. Właściwie wyszedł na kolejną przebieżkę po mieście i jakoś tak zawędrował w ten rejon. Właściwie to miał się rozejrzeć, sprawdzić coś jeszcze… Myślał o tym przez ostatnie dwa tygodnie. “Jakby co” to wolał noc. Teraz był środek dnia, środek miasta, Aleje Ujazdowskie. Ale jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności miał na sobie bluzę ze swoim logo. Tak na wszelki wypadek. Przełknął ślinę, by zyskać na czasie. Teraz z bliska wszystko wyglądało na trudniejsze. A najtrudniej było zacząć i zrobić ten pierwszy krok.

Podjął decyzję. Zrobi to. Dziś w nocy. Zrobił już ze dwa kroki, by jak jeden z milionów mieszkańców miasta włączyć się ponownie w ruch. Kolejna mróweczka w mrowisku. Ale usłyszał za sobą głos.

- Przepraszam, czy mógłby zrobić nam pan zdjęcie? - Odwrócił się i dotrzegł jakąś parę starszych Azjatów. Pewnie zagraniczni turyści, może jacyś kuzyni od żółtków z Chinatown. Może nawet jakieś Vietkongi? Ale teraz wyglądali jak para starszawych turystów zwiedzająca świat na emeryturze. Co mu w sumie szkodziło cyknąć im fotkę?

- Pewnie. - Chwycił ich aparat i cyknął im tą fotkę i drugą i rzucił żartem i po chwili już nawet ustawił na kręcenie a starsza parka była najwyraźniej zachwycona uprzejmością młodego tubylca. Odstawił swoje pięć minut z kamerą i oddał im ją. Rozpromieniona parka spytała czy może mu zrobić zdjęcie. Uśmiechnął się, zgadzając bez wahania. Wskoczył na murek ogrodzenia i złapał za pręty, odchylając się leko w tył. W tej pozycji z trzymetrowego ogrodzenia pozostałoby mu do przeskoczenia trochę ponad metr. Tylko metr… Zaden problem dla niego. Wciąż się uśmiechał bawiąc się myślą o tym co zaraz zrobi oraz nieświadomością pary przygodnych przechodniów. Słyszał ich translatowane komentarze jak mówili i do siebie i do niego, że ładnie wyszedł, że ciekawa fotka będzie i takie tam.

- Ciekawa fotka? To ma być ciekawe? Chcecie zobaczyć coś ciekawego? Coś wyjątkowego? Coś co zostanie wam w pamięci do końca życia? - Zagadał niczym konferansjer jakiegoś show i widział, że gdy translatory przełożyły im jego słowa, zaintrygowani łyknęli haczyk, ciekawi, co ma im do zaoferowania.

- No to patrzcie! - krzyknął do nich zuchwale, chwycił obiema dłońmi pręty, wybił się nogami i w efekcie jednym susem przesadził ogrodzenie, lądując na zielonym trawniku po drugiej stronie. Wiedział, że ich zaskoczył słysząc zdumione okrzyki. Tak naprawdę zaskoczył również samego siebie, bo zadziałał pod wpływem impulsu. Zapewnezaskoczył też systemy i służby ochrony, lecz wiedział, że to nie będzie trwało wiecznie.

Ruszył pędem ku niskiemu blokowi z płaskim dachem. Zdołał wskoczyć na parterowe okna i łapiąc się gzymsów i parapetów odbić się ku wyższym piętrom gdy już zaczęły działać systemy ochrony. Błyskawicznie pokonywał jednak kolejne metry i piętra w pionie nie zważając na zaskoczonych ludzi pracujących w budynku. Gdy był na ostatnim piętrze widział już jakiś nerwowych facetów w mundurach i gajerach, sprawiajacych wrażenie, że mają usilną ochotę się z nim spotkać.

Wyskoczył wysoko z ostatniego piętra i wylądował na płaskiej powierzchni dachu. Spoza jego krawędzi widział już marines którzy biegli w jego stronę z wnętrza budynku albo krzyczeli spod bramy wjazdowej. Chwilowo był poza ich zasięgiem, ale mieli wkurzająco krótki czas reakcji na sytuację alarmową. A on jeszcze nie miał planu jak ich wyminąć w drodze powrotnej.

To na tą chwilę jednak nie było istotne. Z krawędzi dachu widział już swój cel. Trzepotał lekko na słabym wietrze. Paweł zerwał się jak sprinter do biegu na setkę i ruszył pędem ku pojedyńczemu masztowi po środku dachu. Wiedział, że pościg jest blisko, choć go jeszcze nie widział. Choć dojrzał wścibskie oczy kamer, słyszał też złośliwy wizg drona, który leciał już w jego stronę mając wybadać zamiary intruza. Małe, zwiadowczo - szpiegowskie gówienko w sam raz do patrolowania stosunkowo małego terenu jakim była posesja ambasady.

W biegu wydobył składanego multitool’a i gdy był już przy maszcie ostrze było gotowe. Gdy piłował linkę usłyszał stuknięcie drzwi. Już prawie przeciął gdy otwarły się z hukiem a z wnętrza wysypali się marines z wycelowaną w niego bronią. Darli się, by się nie ruszał. Zawzięcie machnął nożem po raz ostatni, przecinając wreszcie oporną linkę i odskoczył w bok, by choć częściowo schować się za wywietrznikami klimatyzacji. Za sobą usłyszał palbę broni. Było blisko, bowiem poczuł zawirowania powietrza jakie zostawiały za sobą pociski. ~ A kurwa ostrzegawczy w powietrze to gdzie?! Co za nędzne chujki! ~ pomyślał wściekle, choć był już nieźle przestraszony. Nie spodziewał się tak ostrej gry po oficjalnie “tych dobrych”.

Nie mógł a i nie było po co zostawać dłużej na tym nagle zatłoczonym dachu. Schody, windy, klatki schodowe i drabinki były dla nudnych mięczaków. Dla niego były gzymsy, piorunochrony, poręcze i parapety. Teraz więc po prostu skoczył w dół. Dla kogoś z zewnątrz mogło wyglądać jak samobójczy skok jakiegoś desperata, ale dla ludzi z branży było jasne, że każde ryzyko było skalkulowane i na akceptowalnym poziomie. Leciał w dół z sunącym za nim gwiaździstym sztandarem który trzymał w ręcę, bo nijak nie zdążył go schować.

Zanim prędkość spadania znacząco wzrosła złapał się w przelocie jednego z parapetów na drugim piętrze. Pozwoliło mu to nieco wyhamować prędkość i nie tracić kontaktu ze ścianą. Na pierwszym piętrze złapał się ponownie, tym razem jednak odbił się od ściany nogami i zrobił salto w tył, lądując na przygiętych nogach już na trawniku.

Zaryzykował spojrzenie w górę. Na kraniec dachu dobiegli właśnie ochroniarze i bez ceregeli zabierali się za celowanie do niego. Zauważył też tego “komara” który zlatywał na dół w ślad za nim. Aby utrudnić tym w górze robotę od razu z przysiadu wybił się i doskoczył z powrotem do ściany. Wiedział, że jesli będzie biegł tuż przy niej, faceci w górze musieliby się maksymalnie wyhylić poza krawędć dachu, na co nie każdy był aż tak zdeterminowany. Okazało się jednak, że ci w górze chyba byli bo kępki trawy zaczęły się rozbryzgiwać tuż przy jego butach. Na szczęscie zaraz był róg budynku a na dachu był w tym miejscu wywietrznik, więc zyskał trochę czasu.

Za rogiem czekała go niespodzianka. Przerażajaca niespodzianka. Zamierzał odbić do ogrodzenia zanim ci z dachu znów go przyblokują ostrzałem i prysnąć stąd czym prędzej. Jednak z paniką w oczach i sercu, zauważył, że pręty ogrodzenia nagle wyskoczyły w górę, praktycznie podwajając swą wysokość! ~ Ale kurwa jak?! ~ teraz zaczął się bać naprawdę. Czuł, że traci kontrolę na przebiegiem wydarzeń. Ok, wiedział, że te pręty da się wysunąć bo oglądał je jako przechodzień wcześniej, lecz uważał, że wysunięcie ich zajmie kilka sekund, może kilkanaście, jakby liczyć z reakcją systemu alarmowego i jego operatorów. A tymczasem na jego oczach one wystrzeliły w górę jak ostrze sprężynowca! Nagle więc z trzech metrów w pionie zrobiło się chyba z sześć. Wiedział, że jest zajebistym skoczkiem, ale takiej wysokości nie da rady przeskoczyć jednym susem. Trzeba było się wspiąć, lecz nie mógł tego zrobić bo w razie alarmu przez pręty puszczano napięcie. A wcale nie był pewny czy jego rękawice wytrzymają takowe. To co znalazł wcześniej w sieci podawało różne wartości zależnie od wariantu. W najsilniejszych mógł paść trupem przy dotknięciu, nawet poprzez rękawice. Generalnie nagle znalazł się w gigantycznej klatce pod napięciem! Tego się nie spodziewał.

~ Skup się! ~ biegł sprintem, na ile pozwalały mu płuca i mięśnie i gorączkowo próbował zaimprowizować jakieś wyjście z sytuacji. Musiał się odbić od czegoś, by przeskoczyć płot. Albo znaleźć dziurę o której wiedział, że takowej nie ma, bo bywał tu jak dumał o tym numerze. A więc punkt do odbicia. Nagle w oko wpadła mu brama wejściowa a dokładniej budka strażników. Miała dach gdzieś na wysokości dwóch metrów. Z dachu było jeszcze jakieś 4 metry do granicy płotu co było jednocześnie granicą jego możliwości. Jesli się nie uda… ~ Zamknij się! Uda się! ~ skarcił siebie w myślach. Zostawało tylko albo przeskoczyć albo dać się złapać. Skok był ryzykowny, ale możliwy dla niego.

Z zaciętym wyrazem twarzy odbił od ściany ambasady i ruszył na przełaj wprost ku budce marines. Dwóch z nich siedziało wewnątrz, jeden z kimś gadał przez komunikator a drugi złapał za broń i wyszedł na zewnatrz zatrzymać intruza. Pewnie sądził, że ten zamierza się wydostać w miarę standardowo przez ich bramkę, ale Paweł miał inne plany. Jeszcze ze dwadzieścia kroków, facet wyszedł na zewnątrz, piętnaście, facet dobył broni krzyknął, by się zatrzymał, z dachu hukneły strzały i śmignęły za nim. Paweł wiedział, że za chwilę szczęście może mu się skończyć i faceci z dachu zaczną go trafiać, ale był już tak blisko! Pięć kroków… Zabrakło mu tak z pięciu kroków…

Facet z pistoletem i w uniformie marines trochę zaskoczył parkorourowca zwlekajac z otwarciem ognia i gdy ze względu na stojących tuż przy ogrodzeniu gapiów, którzy jak zwykle zebrali się nie wiadomo skąd i kiedy, kazał go wstrzymać tym z dachu. Paweł nie zamierzał z tego powodu grymasić. Jeszcze dwa kroki i będzie mógł się wybić, by wskoczyć na dach wartowni a potem…

Nagle uderzyła go fala straszliwego gorąca. Było to tak nagłe i bolesne, że aż jęknął, stracił krok przechodząc z biegu w chwiejny, wręcz pijacki krok. Gorąc walił straszliwy od strony ogrodzenia. Zerknął na nie odruchowo przysłaniając dłonią oczy. Już wiedział co się stało. Antyzamieszkowa mikrofala! Wmontowana w podstawę murka ogrodzenia. Od zewnątrz praktycznie nie do zauważenia. Teraz waliła w niego tak, że nie szło wytrzymać. Tak zostało cholerstwo skonstruowane. Ludzie nie wytrzymywali i cofali się, bo z każdym metrem działanie promieni słabło. Wystarczyło się cofnąć… W głąb podwórza… Ale to jakby sam sobie założył kajdanki.

Wahanie drogo go kosztowało. Uległ skoncentrowanej mocy promienia i przykląkł na jedno kolano. Nie miał siły już stać, nie mówiąc o bieganiu czy skakaniu. Ciężko łapał oddech i czuł cholernie silne pieczenie skóry, zwłaszcza tej odkrytej oraz pragnienie napicia się czegokolwiek mokrego. Widział jak z głównego wejścia ambasady wybiegają marines i ci agenci w gajerach z bronią w rękach. Paru wciąż filowało na niego z dachu, nad nim krążył ten cholerny elektroniczny konus a on nie miał siły, by zrobić cokolwiek. Koniec był bliski… Zaskoczyli go, pokonali… Nie dał jednak rady...

- Ręce na kark! Ryj na ziemię! Ani mi kurwa drgnij, szmaciarzu! - Warknął ten strażnik, który wyszedł z wartowni. Jedną ręką wciąż trzymał broń a drugą sięgnął po kajdanki. - Co ty sobie kurwa myślałeś, Polaczku? Że kim niby jesteś? Nie wiesz kurwa z kim zadzierasz? - Pawłowi ciążyła już głowa, ale spojrzał na strażnika. I twarz i głos tamtego wyrażały pogardę i pewność siebie. Najwyraźniej uważał, że ma już sprawę z głowy. Zaraz mieli dołaczyć do niego koledzy a Paweł miał grzecznie skuty poczekać na przyjazd policji. Tak, tak to pewnie miało wyglądać jego zdaniem…

Ale… Skuty? Widok kajdanek wyostrzył zmysły Jasieńskiego. Miał dać się skuć? Złapać? Posadzić? On? Jeden z najlepszych freerunnerów w mieście? On, który się śmiał z grawitacji, pionowych ścian, śliskich powierzchni, który potrafił zjechać szybem windy prędzej niż winda miał dać się skuć i złapać? Miał oddać zdobyte trofeum? Noo iiii… Polaczku?! Co ten kurwa, jebany Forest se wyobraża! Testosteron, duma, złość i gniew pobudziły Pawła do działania.

- Jestem Black Horse cwelu! Nie zatrzymacie mnie! Nikt mnie nie zatrzyma! - Wycharczał przez zaciśnięte zęby spieczonymi ustami. Coś było chyba w jego spojrzeniu, bo marine nagle przestał grzebać przy kajdankach i zaczął cofać dłoń, by oburącz pewniej chwycić spluwę.

- Tylko nie… - zaczął, ale było już za późno. Parkourowiec, nim uległ mikrofali pokonał ostatnie parę strategicznie ważnychy kroków i teraz był tuż przy wartowni. Bez ostrzeżenia odbił się od, jak nagle się okazało, całkiem niezłej pozycji z przyklęku i poszybował na dach wartowni. Marines spróbował go złapać, ale zbyt wolno. Jednym płynnym ruchem Paweł odbił się dłońmi o kant dachu, minąl go nogami i już wylądował na jego środku znikając z oczu żolnierza ze stróżówki. Ale nie tych nadbiegających czy tych na dachu. Ich broń jednak milczała. Wciąż nie mogli strzelać, ze względu na stojących na ulicy, pozbawionych instynktu samozachowawczego gapiów, którzy cofnęli się tylko kilka metrów od bijącego gorącem ogrodzenia i filmowali wszystko holofonami.

Paweł zaś nie zamierzał tracić czasu. Pierwszy skok na dach wartowni od razu przeszedł w wybicie się i prawie pionowy skok ku górze. Odbił się, szybował i czuł, że albo z pospiechu albo osłabienia nie da rady, zabraknie mu z pół metra a wątpił, by dali mu szansę skoczyć drugi raz. A więc nie miał wyjścia.

Wolną ręką złapał się za pręt i od razu przeszył go paraliżujący ból, gdy prąd elektryczny wniknął w ciało. Rękawica jednak wzięła na siebie większą część mocy i uchroniła ramię swojego właściciela przed usmażeniem. Energia miała jednak taką moc, że Jasieński jęknął cicho a obraz mu się rozmył. Ciało wykonywało jeden z wyćwiczonych ruchów, czyli dobiło butami do prętów, korzystając z nich do kolejnego wybicia i przerzuciło drugie ramię z flagą przez krawędź ogrodzenia. To wystarczyło a dalej poszło na zasadzie balastu oraz grawitacji i skoczek runął prawie bezwładnie w dół. Ale upadł już po drugiej stronie.

Upadek z sześciu metów na chodnik wcale nie wspomógł samopoczucia czy kondycji freerunnera, lecz mimo osłabienia od mikrofali, z bezwładnym od porażenia ramieniem i obolałymi od upadku plecami widział jedno: wydostał się! Był po drugiej stronie!

Wstał ciężko próbując zorientować się w sytuacji. Widział jak marines już są przy bramie, ale chyba nie chcieli strzelać na zewnątrz. Przynajmniej jeszcze nie. Ten pierdolony moskit wciąż nad nim latał. Słyszał też dźwięk policyjnych syren. Wkurzające. Na jego starej dzielni by kurwa do rana nie przyjechali a tu, w rządowej dzielnicy, numeru nie można było dokończyć, bo już wpadali na interwencję. I pewnie policyjne drony tez się wkrótce zjawią. I te z telewizji. Wszystko wskazywało na to, że trzeba wiać i to natychmiast, mimo stanu w jakim się znajdował.

Ale wówczas wpadla mu w oko ta starsza para Azjatów. Na śmierć o nich zapomniał! Zdawało się, że rozmawiał z nimi całe lata temu a minęła może minuta. O tak! Czas na pewno jest względny. Co więcej, oni najwyraźniej o nim nie zapomnieli, bo dziadek wciąż trzymał kamerę i najwyraźniej nagrywał. Teraz gdy zorientowali się, że ten facet co ich wcześniej kręcił po takim numerze, wciąż z tą amerykańską flagą w dłoni patrzy prosto na nich, wyglądali bardzo niepewnie. Jakby zastanawiali się, czy nie zacząć uciekać.

Pawłowi wpadł do głowy pewien pomysł. Wyrzucił w górę, sprawne ramię z flagą i zamachał nią triumfalnie. Bardzo chciał pokazać wała Jankesom, lecz ponieważ nie dało się tego zrobić z bezwładnym ramieniem zacisnął tylko pięść, w której trzymał ich flagę i pogroził im. Zaś do starszej pary uśmiechnął się puszczając im oczko, po czym dał dyla spod płotu. Był czas najwyższy, bo zza rogu już wypadł pierwszy radiowóz na sygnale a brama się otwarła i na chodnik wybiegali rządni odzyskania flagi i honoru marines.



---


Pościg trwał długo. Paweł prawdopodobnie był w te klocki lepszy od jakiegokolwiek człowieka, cyborga, drona, robota, pojazdu czy psa jaki go w tej chwili ścigał. Ale system i organizacja pościgowców działała sprawnie i uzupełniali się wzajemnie. Tu w centrum miasta wszędzie były kamery i ciężko było mu zgubić trop, nawet jesli chwilowo gubił pościg. Gdy wymijał blokadę już organizowano nastepną, gdy próbował uciekać po ścianach był ścigany przez drony, które nic sobie nie robiły z przewag, jakie miał nad dwunogami. Do tego cały czas szumiało mu w głowie i czuł się słabo z powodu tej zdradzieckiej mikrofali, z każdą minutą narastało w nim pragnienie napicia się czegokolwiek. Nawet do jego wysportowanego organizmu zaczynało już docierać zmęczenie przedłużajacym się pościgiem. No i był praktycznie jednoręczny, co mu blokowało całą masę trików i technik, ograniczając dostępność terenu, w jakim normalnie mógłby się swobodnie poruszać.

Nie miał pojęcia ile czasu i kilometrów pędził nie zwalniając, poprzez te warszawskie mury, ściany, ulice, chodniki, podwórka, ogordy i dachu. Zdawało mu się, że całą wieczność. Obecnie cała przygoda z ambasadą była odległym epizodem sprzed nie wiadomo jak długiego czasu. Wiedział, że jak sfora psów zgoni nawet najwytrzymalszego wilka tak i gliniarze dopadną jego. Jedynym wyjściem było przedrzeć się na bardziej przyjazny teren. Taki z dziurami, starymi budowlami, magazynami, podziemiami i przede wszystkim bez systemów bezpieczeńśtwa które mogły go wyśledzić i nasłać kolejną falę pościgu. Potrzebował tylko tyle. Moment oddechu by ich urwać się i ich zgubić. Dalej już by sobie poradził.

Dlatego skierował się do metra. Zauważył prace drogowe i otwarty właz studzienki. Wiedział, ze doprowadzi go do systemu metra. Co więcej gliniarze nie mogli przewidzieć, że z niego skorzysta więc nie mogli go obstawić wcześniej. Kamery były przy wejściach i stacjach a nie w samych kanałach bo po co? Wszystko co tam się dostawało musiało przejść przez wejścia i stacje, nawet obsługa. Rozpaczliwie rzucił się ku włazowi a potem w dół, bardziej zjeżdżając niż zbiegając po szczeblach drabinki.

Dopiero na dole się zorientował w niebezpieczeństwie. Psów raczej jeszcze tu nie było, lecz trafił na bardzo długi odcinek pomiędzy stacjami. Jesli staną po dwóch stronach stacji to i tak go odetną. To już był finisz. Więcej nie miał siły biec. Albo zdąży dopaść do zbawczego wejścia do znajomych tuneli w których zniknie, albo nie. Jakby się udało mogłby chwilę odaspnąć. I napić się czegoś wreszcie. Rrrrany jak go suszyło! Język przypominał posypany popiołem kawałek drewna. Ale to potem, teraz rzucił się rozpaczliwym sprintem ku zbawczemu końcu tunelu. Prawie zdążył…

Widział już światła stacji w oddali, wiedział, że tam jest jego wejście do wolności. Widział też szereg ręcznych reflektorów i latarek i na hełmach, i w rękach, i w kieszeniach i na broni, ktore posuwały sie szpalerem wzdłuż tunelu. Odcięli go. Chwile się wahał, mógłby ich przeskoczyć i minąć, nawet w takim stanie wycieńćzenia w jakim był obecnie. Ale do tego tamci musieliby współpracować czyli nie przeszkadzać, co było nierealne.

Z wielkim rozgoryczeniem cofnął się w głąb tunelu. Ostatnią szansą była jeszcze straczeńcza nadzieja, że przy drugim końcu będzie inaczej albo chociaz uda mu się wydostać z powrotem na powierzchnię. Ale zaraz za pierwszym zakrętem natknął się na podobny świetlny szpaler. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Tak się starał, tyle przetrwał, tak się nakombinował a teraz koniec? ~ Nie, to nie może się tak skończyć… ~ nie mógł uwierzyć, nie chciał uwierzyć, to było takie niesprawiedliwe, aż się chciało wyć z bezsilnej wściekłosci.

- Nie ruszaj się! Na kolana i ręce na kark! Jesteś otoczony! Nie masz szans! Poddaj się! - Krzyknął pewnie dowodzący pościgiem gliniarz gdy w końću go zauważyli, ściaśnili go do na tyle, że pewnie widzieli przeciwny szpaler swoich kolegów nawet jeśli nie samego zbiega. Ten zaś przycupnął za wręgą tunelu i rozpaczliwie się rozglądał, ale wszędzie widział to samo, brudne, wilgotne ściany, beton, tory, kratka ściekowa, jakieś rury, klosze lamp, filary no i nic gdzie można by było się schować czy czmychnąć.

~ Kratka ściekowa? ~ wzrok powrócił mu do niedużego, metalowego prostokąta w podłodze. To był odpływ nadmiaru wody, która była standardowym problemem w metrze i wszelakich podziemnych kompleksach. Przecisnąłby się prawie na pewno. Tylko co dalej? Nie wiedział gdzie to prowadzi. Mogło się skończyć ślepym korytarzem albo mógł trafić na jakąś kratę czy tyle wody, że się udusi albo prąd mogl go nadziać na jakieś pręty lub… Możliwości śmierci i kalectwa widział nagle calkiem sporo. Wahał się czy warto ryzykować dla jakiejś flagi.

Decyzje pomogli podjąć mu gliniarze, którzy nagle zbliżyli się na tyle, że lada chwila musieli go zobaczyć, nawet za tym filarem. Jeśli nie chciał dać się złapać musiał coś zrobić! Wolna przestrzeń zaczęła się kurczyć z każdym gliniarskim krokiem. Gdy doszedł go odgłos nie tylko kroków, ale i stukot elementów ich ekwipunku o pancerze nie wytrzymał presji ~ A jebać to! ~ pomyślał i rzucił się do kratki.

Strach dodał mu sił a może stara kratka była do reszty przerdzewiała, bo wyskoczyła jak korek z wanny. - Tam jest! Stój! - usłyszał zaskoczone okrzyki jakiegoś gliny a on sam został złapany w okręg świetlnej plamy latarki. Ale już dążył się prawie przecisnąć na drugą stronę, tak że pewnie widzieli już tylko jego wystające ręce i głowę, a on sam czuł już lodowaty pęd, śmierdzącej, gęstej wody na nogach. Widział jeszcze tylko zamazaną plamę kratkowego przejścia gdy mignęła mu przed oczami, usłyszał huk wystrzałów wzmocniony podziemnym echem, jego opadajace ku dziurze dłonie obsypały jeszcze odłamki, albo żwir rozrzucony pociskami i już w końću pogrążył się w cuchnącym, lodowatym pędzie ciemności.



----


Burza nastąpiła następnego ranka. To znaczy dla reszty świata zaczęła się ona w czasie realnym czyli razem z zuchwałym wykradzeniem przez “nieznanego sprawcę” flagi z ambasady amerykańskiej w biały dzień w centrum stolicy wcale nie najbiedniejszego kraju UE. Tyle, że Paweł miał trochę inne priorytety i okazał się opóźniony w stosunku do reszty świata.

Poprzedniego dnia okazało się, że szczęscie mu sprzyjało i nie tylko się nie utopił, nie udusił, nic sobie nie złamał, ale nawet sztandaru nie zgubił. Zatrzymał się w jakimś zbiorniku retencyjnym i tam odpoczywał dłuższą chwilę. Chyba nawet skrajnie wycieńczony przysnął lub zapadł w półletarg, ale po ciemku i bez znaków orientacyjnych ciężko było mu być tego pewnym. Gdy wyszedł na powierzchnię i dostał się do siedziby Czerwonego Świtu, gdzie zastał Nadję i jej kompanów, był już wieczór.

- Ej, Paweł jak ty wyglądasz? I jak cuchniesz! Brałeś prysznic w szambie czy jak? - Zaskoczony jego stanem strażnik powitał go pół żartem pół serio. Paweł kiwnął tylko głową i wymruczał jakąś monosylabę w odpowiedzi, nie miał bowiem siły mówić. Facet wprowadził go na zaplecze gdzie mieli siedzibę, ale dopytywał się cały czas czemu tak wygląda i po cholerę przylazi w takim stanie. Pawłowi nie chciało się gadać ani tłumaczyć. Wyjął zza pazuchy mokrą, i zabłoconą szmatę i uniósł nad sobą pozwalając jej sie rozwinąć. Wówczas zebranym ukazał się cienki i uwalany błotem materiał, w którym jednak mimo to dało się rozpoznać czym jest. W miarę jak tak stał z tą wyciągniętą w górę pięścią, z której spływała jego zdobycz i trofeum narastała cisza i zaskoczenie wśród zebranych. Stopniowo wszyscy milkli i z wyraźnym zdumieniem wpatrywali się w umęczoną i zabłoconą postac w bluzie z logiem czarnego, szachowego konia, która z trudem przypominała tę skaczącą po dachu ambasady, przez płot albo umykającą pościgowi przez miasto - dumną, sprawną i czystą postać jaką ogladali w holowiadomościach. Nie było jednak wątpliwości, ze to ta sama postać. I że trzyma tę samą flagę.

- Wiedziałam, że to ty! Wiedziałam, że ci sie uda, że można na ciebie liczyć! - Rzuciła radośnie Nadja wtulając się w niego. Reszty prawie nie pamiętał. Coś mówił, oni się pytali, gratulowali, klepali po ramieniu, Nadja cała w skowronkach nie opuszczała go ani na chwilę, wypił parę toastów, chyba dali mu jakieś ubranie na zmianę, bo obudził się w cudzym, ktoś go odwiózł tam gdzie chciał, ale generalnie wszystko potem mu się zlało w jeden zamglony ciąg. Po powrocie do “Nory” zapadł w sen prawie od razu i spał dobre dwanaście godzin. Jak sie obudził było już rano czyli południe dla błękitnych kołnierzyków.

Był jednak świadom tego czego dokonał i miał swietny humor. Tak naprawdę to pęczniał z dumy. Wbrew wszelakim przeciwnościom dokonał tego! Dał radę! ~ Mowilem jej… ~ uśmiechnął się w myślach do lustra, wycierając włosy ręcznikiem a wspominając pozornie swobodną rozmowę z Nadją parę tygodni temu. No dobra, tak naprawdę to jej nie mówił, ale i tak w sumie, tak jakby jej to obiecał… To było skomplikowane ale… chrzanić to, udało mu się! Teraz powinni być ok i z Nadją i w ogóle. Właczył holo by pooglądać swoje wyczyny i posłuchać co o tym różni ludzie mówią i normalnie nagły go szlag trafił.

- … do wczorajszego zuchwałego napadu na ambasadę USA przyznała się organizacja terrorystyczna “Czerwony Świt”. Przypominamy, że wczoraj o godzinie 13:23 nieznany sprawca wdarł sie na teren ambasady i skradł flagę amerykańską… -

Stał i słuchał zszokowany. No obraz się zgadzał. Tego się spodziewał. On sam w roli głównej, w swojej bluzie, ze swoim logo, ze swoim skokami i kłopotami, w różnych ujęciach z różnorakich kamer, i przed akcją i z ambasady, i potem podczas pościgu, i z dronów, i od przechodniów, i nawet od tego starszawego Azjaty, i różne pozy, zwłaszszcza stopowali obraz w mometnach skoków gdy rozwiana flaga była ładnie widoczna aż po ostatnią scenę, pewnie z gliniarskich HUDów jak się desperacko przeciska przez kratkę i znika w ciemnosci… Tak. Obraz się zgadzał. Tego właśnie sie spodziewał. Tym zamierzał sie napawać teraz w domowym zaciszu odpalając schłodzone piwko. Spokojnie mógł sobie pozwolić na świętowanie i nawet żarciki z Alex. Zasłużył sobie. Obraz się zgadzał. Tylko słowa… Słowa były w ogóle bez sensu!

- E! Magducha! Jaki kurwa Czerwony Świt, co?! Co ty pierdolisz! To ja! Ja to zrobiłem! Black Horse a nie żaden jebany świt! Ślepa jesteś!? Widzisz tam jakiegoś palanata w czerwonym?! - zawył wściekle rzucając w wyświetlany w holo obraz ładnej blondprezenterki puszką, którą dopiero co zdążył otworzyć. Kłócił się z nią tak dobrą chwilę zupełnie jak z żywą osobą albo jakąś SI, aż wreszcie poszedł po rozum do głowy i przełączył na inny kanał a potem jeszcze na inny i jeszcze zaczął grzebać w sieci, ale wszędzie było to samo: to Czerwony Świt dokonał takiej brawurowej akcji. Nawet mieli jakieś nagranie z oświadczeniem, że to “za sprawę”, że wolność i takie tam głupoty a głównym dowodem było holo flagi. Jego flagi!!! Rozpoznawał ją bo, wciąż był pocięty fragment, tam gdzie ją upitolił multitoolem, jak ją kitrał z masztu.


Może powinien się jakoś przygotować, ale gorąca krew napędzana uczuciem krzywdy, zdrady i oszustwa nie chciała czekać. Udał sie do siedziby Czerwieńców i nie przebierając w słowach zapytał o wyjasnienie “tej błazenady”, chciał by wydali oświadczenie czy sprostowanie, w końcu, by chociaż wspomnieli o nim. Najbardziej zawiódł się na “ukochanej”, która próbowała do pewnego momentu coś mu tłumaczyć, ale ponoć się wczoraj zgodził i teraz jest rozczarowana jego roszczeniami i pretensjami. Miał tego dość, zarządał wydania mu flagi, jego flagi do kurwy jasnej, jak są tacy cwani to dziś już tam wisi następna to jak z nich takie Kozaki to niech se ją zgarnął. Ostatecznie jednak “wyszedł” przy pomocy kilku krzepkich towarzyszy, bez Nadji i flagi, za to odprowadzany jej zdegustowanym spojrzeniem, że okazał się “nie wystarczająco zaangażowany” w Sprawę i generalnie ponoć był jedną wielką pomyłką i rozczarowaniem. Potem się jeszcze okazało, że gliny przeprowadziły nalot na właśnie tę siedzibę, z czym Paweł nie miał nic wspólnego, bo kapusiem nie był, ale wsród byłych towarzyszy na pewno dodano dwa do dwóch. Prywatnie przypuszczał, że flaga mogła mieć jakiś czip czy nadajnik na takie właśnie okazje. Póki była pod ziemią i w kanałach to luz, ale na powierzchni mogła złapać sygnał. A może jednak przypadek albo ktoś inny sypnął, czy też jeszcze co innego? Nie wiedział, ale po tym wszystkim kompletnie ich nie żałował. Pocieszające, że nie odnaleziono samej flagi. Freerunner bowiem nie zamierzał rezygnować ze swojego trofeum i czekał tylko na okazję, by je odzyskać.
 
Pipboy79 jest offline  
Stary 15-02-2015, 23:20   #8
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 3595 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Opuszczona hala kompleksu przemysłowego, lata świetności miała już za sobą. Jednak natura nie lubi próżni i wkrótce znalazło się dla nie inne zastosowanie, pomyślał Jerzy oglądając miejsce zbrodni. Technicy kręcili się po wielkim pomieszczeniu robiąc zdjęcia i pomiary, kordon policji stołecznej otaczał całe miejsce. Wilamowski podszedł do rozkładanego stolika, przy którym zebrała się reszta.

Raport sytuacyjny nie wyglądał dobrze. Obdarzona autonomiczną sztuczną inteligencją zbuntowana bestia była skrajnie niebezpieczna, grasowała teraz gdzieś na wolności. Przywitał się z aspirantem Kalusem, którego pamiętał z poprzedniej pracy i wysłuchał tego co miał mu do powiedzenia. Kątem oka spoglądał na Idę czekając na reakcję partnerki. Potem zwrócił się do pochylonego nad wyświetlaczem holograficznym technika Agencji.


- Ngueyn sprawdziłeś nagrania monitoringów z okolicznych budynków i dróg dojazdowych? - lubił żółtków, byli niesamowicie pracowici i skrupulatni. Do tego cisi i spokojni, nie jak te szuszwole od Allaha. Wietnamczyk spojrzał na niego z wyrzutem, jakby przed chwilą obraził jego matkę: - Oczywiście - odburknął chłodno - Było tu kilka samochodów osobowych i furgonetek, w sumie siedem sztuk. Po numerach określiliśmy tożsamości dwóch właścicieli. Jeden należał do niejakiego Andrieja Pierwuszyna, zielony sedan Toyoty. Policja podejrzewa go o związek z grupą przestępczą zwaną Kombinatem. Drugi to Polak - Tomasz Biernacki, właściciel jednej z furgonetek, siedział kiedyś za rozbój. Więcej nie dało rady określić, albo niewyraźne nagrania albo fałszywe numery. Ale zobaczcie to - z satysfakcją pokazał im nagranie wideo.

Zapis pochodził z kamery przemysłowej zamontowanej na placu budowy nieopodal. Kilkanaście postaci wybiegających z hali w wielkim pośpiechu, w tym dwie ciągnące rannego i pakujący się do samochodów. Tuż za nimi w tle, wielki cyber-bioniczny wilk.

Wilamowski zwrócił się do Kalusa: - Wystawicie za tymi dwoma zidentyfikowanymi osobami listy gończe. Namierzcie ich adresy i wyślijcie chłopaków, żeby ich zawinęli na dołek, niech przeszukają ich miejscówki - pomimo, że służbę w policji zakończył już dość dawno, nie zapomniał slangu i wciąż miał wielu przyjaciół w stołecznej komendzie.

W międzyczasie Ida poinformowała go, że druga para agentów jest już niedaleko. Oddział antyterrorystyczny też był w drodze. Według słów techników mieli cały obszar pod monitoringiem dronów, a perymetr obstawiony wzdłuż linii kolejowych. Bestia albo już się ulotniła z tego obszaru, zanim został zamknięty, albo była gdzieś przyczajona. Jeśli tak, musieli ją znaleźć i unieszkodliwić.

Jerzy podszedł do trupa przykrytego foliową narzutą, czekającego na transport do Instytutu Medycyny Sądowej przy Warszawskiej Prokuraturze. W przypadku sekcji IAICA korzystała z ich usług. Obok ciała leżało oderwane ramię, zwierzak musiał dysponować olbrzymią siłą, skoro rozdarł człowieka jak szmacianą lalkę. Spojrzał na Idę, kobieta wydawała się opanowana, bardzo w niej cenił. Choć wiedział, że takiego widoku jeszcze w pracy nie oglądała.

Uwagę agenta zwrócił holofon przypięty do nadgarstka zabitego. Założył gumowe rękawiczki i zdjął go z ręki nieboszczyka. Zaniósł technikowi: - Wyciągnij z niego wszystko co się da, może będzie tam coś przydatnego? Wietnamczyk podłączył holofon do komputera i zaczął pracę.

Widząc wchodzących na salę AT-eków i parę agentów skierował się ku nim. Przywitali się i wyjaśnił im pokrótce całą sytuację. Znał kapitana Adama Jóźwiakowskiego, dowódcę oddziału specjalnego, słyszał o nim wiele dobrego, więc to poprawiło mu nieco humor. Na holograficznej mapie przedstawił im obszar poszukiwań. Specjalsi mieli się podzielić na dwa zespoły strzeleckie, po jednym na parę agentów i przeczesywać metodycznie kolejne kwartały. Plan był pozornie prosty, bo w plątaninie zabudowań, opuszczonych fabryk i zarośli, to oni mogli łatwo stać się zwierzyną a nie myśliwym.

Przygotowania nie zajęły im dużo czasu. W bagażniku służbowego samochodu, mieli sporo sprzętu. Prócz Egzorcysty, Jerzy zabrał jeszcze karabin szturmowy Bumaru i kilka granatów EMP, które wytwarzały silniejszy impuls niż pociski z Egzorcysty. Założenie ciężkiego pancerza zajęło mu chwilę, ale uwinął się na tyle szybko, że zdążył pomóc partnerce z zapięciem swojej kamizelki. Kwiatkowska preferowała lżejsze osłony, choć udało mu się ją namówić choć na wzmacnianą kevlarem i polimerami kamizelkę. - Trzymaj się mnie i nie wychylaj. Od ciężkiej rozróby są oni - skinął głową w kierunku AT-eków. - W porządku? - starał się nie zabrzmieć protekcjonalnie, choć sam starał się do tego nie przyznawać, w jakiś sposób kobieta była mu wciąż bliska.


Kiwnęła głową na potwierdzenie. Sprawdzili łączność między oddziałami i centrum operacyjnym, które urządzili w hali fabrycznej. - Ngueyn udostępnij chłopakom sygnał z dronów, będziemy mieli szerszy podgląd - poprosił wietnamczyka, równocześnie uruchamiając odpowiednią aplikację w holofonie. Podniósł broń do ramienia i sprawdził działanie smartlinka, celownik świetnie wyświetlał się na siatkówce cybernetycznego oka.

Spojrzał na agenta dowodzącego drugą grupą szturmową, Nowacki, bo tak się nazywał skinął mu głową, meldując gotowość. Ruszyli bocznym wyjściem z hali, drugi zespół ruszył w drugą stronę. W razie kontaktu mieli przyjść sobie z pomocą.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451

Ostatnio edytowane przez merill : 16-02-2015 o 00:09.
merill jest offline  
Stary 17-02-2015, 23:30   #9
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 11057 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację

Szczupła, proporcjonalnie zbudowana kobieta o prostych, kasztanowych włosach nachyliła się i pewnym ruchem wyjęła maskę tlenową z rąk pielęgniarki.
- Ja to zrobię – powiedziała, nasuwając urządzenie na twarz nieruchomego mężczyzny – Może pani iść. Dziękuję.
Pielęgniarka zawahała się, ale coś – pewność ruchów kobiety, może ton jej głosu, lub postawa – przekonała ją.
- Będę obok – powiedziała, obdarzając kobietę zawodowym uśmiechem. – Wystarczy zadzwonić.
Wyszła.

Ida westchnęła i – kompletnie nieprofesjonalnie – przysiadła na łóżku obok nieruchomego mężczyzny. Oddałaby wszystko, żeby naprawdę mieć – czuć w sobie – tą pewność, którą okazywała innym na każdym kroku. Pewność, która uspokajała ludzi przebywających w jej towarzystwie, ściągała samobójców z dachów a desperatom kazała opuszczać broń. Kiedy powiedziała, że odchodzi z policji aby przejść do „jajca” koledzy z działu sądzili, że ich wkręca.
- Tatuś będzie zadowolony – prychnął któryś.

Poprawiła maskę. Znów miał niewydolność oddechową. Ludziom wszczepia się pół komputera do mózgu a ciągle nie potrafią postawić jednego faceta na nogi!. Od zamachu na główną siedzibę Agencji IAICA Warszawie minęło półtora roku. Ojciec Idy ciągle pozostawał w stanie wegetatywnym. Zbuntowanej AI która nie wiedzieć czemu postanowiła urządzić sobie tam poligon ciągle nie odnaleziono.

Drgnęła.

Wycie rozległo się tuż obok, przykuliła się i to ja uratowało. Metalowa szafa zwaliła się a nią, ale w wąskim korytarzu w podziemiach było zbyt mało miejsca, więc tylko oparła się o przeciwległą ścianę, tworząc rodzaj wnęki, w którą wcisnęła się Ida. Na wierzch zwaliły się gruzy zburzonej Agencji, tworząc całkiem przytulny sarkofag. Tak wtedy pomyślała.

Bruno ją wyciągnął, po niecałych 10 h. Dokonał niemożliwego, poruszył niebo i ziemię. Jego pieniądze, te same, które dziś opłacały sztab ludzi utrzymujących ojca przy życiu. Miała prawdziwe szczęście, ze ją kochał. Prawdziwe szczęście. Zawsze to sobie powtarzała.


Znów drgnęła, wycie ponownie rozległo się tuż obok. Gruby policjant krztusił się ze śmiechu. Zmarszczyła brwi i podeszła do mężczyzny. Uśmiechnęła się, unosząc twarz, był od niej wyższy - kiedy nachylił się do niej, szepnęła mu szybko klika słów. Uśmiech zrzedł mu na twarzy, aby po chwili ustąpić zakłopotaniu.

Zostawiła dowcipnisie, odebrała holopołączenie na urządzeniu zamocowanym na skórzanym pasku na nadgarstku i wróciła do swojego partnera, Jerzego.
- Wsparcie już jedzie – powiedziała.- Co masz? – wysłuchała strzępów informacji.

Przykucnęła przy ciele, nie była patologiem, ale skończyła medycynę, w przeciwieństwie do Jerzego. Bydlę musiało być wielkie.. i cholernie silne. Co najważniejsze jednak – powinno samo sobie odgryźć jaja zanim dotknie człowieka.

Naciągnęła kamizelkę zabrała Egzorcystę i zamocowała na głowie paski holokularów z systemem celowniczym. Urządzenie piknęło, zestrajając się z jej bronią.
- Jeszcze to – pokazała Jerzemu dwa granaty EMP i niewielki Eye Ball.
- Tak, tak, trzymać się ciebie, nie wychylać, nie kozaczyć. Ile się znamy? Będzie dobrze.

Ruszyli.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 19-02-2015, 00:40   #10
 
Bounty's Avatar
 
Reputacja: 9163 Bounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputację
Igor


Mierząc na zmianę do maszynisty wskoczyli do kabiny i zatrzasnęli za sobą drzwi.
- Nie strzelajcie, proszę – jęknął kolejarz.
- Zatrzymuj pociąg, już! – Krzyknął Iwan. Na twarz miał naciągniętą damską pończochę – pamiątkę po byłej dziewczynie. Romans dawno się zakończył, lecz Smirnow twierdził, że pończocha przynosi mu szczęście. Dlatego uparcie łaził w niej jak jakiś kretyn, odmawiając używania holomaski lub choćby porządnej kominiarki.

Igor musiał się tylko upewnić, że facet nie włączy cichego alarmu. Pulpit sterujący znał doskonale z Euro Train Simulator. Zresztą nawet po Netropolis jeździły w ramach kontraktu reklamowego PESY podobne składy. Fakt, że zwykle puste. W końcu po co komu nawet superszybki pociąg tam, gdzie można teleportować się i latać?
Przed czołem pociągu widać było już na tle nocnego nieba zbliżający się szybko łuk wiaduktu w Studziankach – punkt, przed którym musieli rozpocząć hamowanie.
Maszynista nie próbował zgrywać bohatera i wcisnął właściwy przycisk. Pociągiem lekko szarpnęło, po czym zaczął zwalniać, z raniącym uszy piskiem trących o szyny hamulców.

- Czysto! – Iwan tymczasem sprawdził tył lokomotywy, gdzie mieściła się łazienka i kuszetka na długie trasy. „Kałasznikow” wrócił do kabiny i kazał wstać maszyniście, siedzącemu dotąd posłusznie w fotelu.
Dopiero teraz Igor miał czas przyjrzeć się mu bliżej. Facet był biały i wyglądał na jakieś czterdzieści lat. Na podłużnej twarzy miał ciemne wąsy i dłuższe włosy wystające spod kolejarskiej czapki.
- Proszę, nie róbcie mi krzywdy – powiedział cicho, wstając. – Błagam, mam małe dzieci.
Coś było z nim nie tak. Na przekór słowom w głosie nie czuć było strachu. Uniesione w górę ręce nie drżały ani trochę.

- Zablokowali mój atak – zameldował Connor. – Przynajmniej wiemy, że to nie przypadkowo włączone, przemycane chińskie holofony.

Pociąg zatrzymał się z głośnym syknięciem dwieście metrów od lasu. Skoro ustało dudnienie jego kół Igor usłyszał a po chwili dostrzegł przez okno na biegnącej wzdłuż torów drodze nadjeżdżającą kolumnę Nomadów, w tym dwie ciężarówki z wojskowego demobilu.
- Haroszo, rebiata! – Usłyszał w komunikatorze głos Aldony. – Wchodzimy!

Prowadzony przez Iwana na zaplecze maszynista odwrócił skuloną głowę i też zerknął w tym kierunku. Igor spojrzał na niego i widział już co najbardziej nie gra. Oczy. W oczach maszynisty też nie było widać strachu. Były beznamiętne jak wizjery kamer.




- …poza Brukselą ciężkie starcia uliczne trwają wciąż także na przedmieściach Wiednia. Użyto ostrej amunicji. W Warszawie doszło dziś do kilku incydentów na tle rasowym, zaś grupki Młodzieży Patriotycznej zbierają się w pobliżu dzielnicy muzułmańskiej na Woli. A oto co miał do powiedzenia na ten temat mufti Kraju Polskiego, Jusuf Maszewski.

Na ekranie pojawia się drobny, niebieskooki mężczyzna z bujną blond brodą i w luźnych szatach imama. Jego na wskroś aryjska aparycja musi doprowadzać neonazistów do szału.

- Wczoraj nie pozwolono nam wyrazić na ulicach naszego oburzenia na barbarzyńską politykę Frontexu – mówi, spokojnym głosem. - Nasza niewielka warszawska społeczność uległa neonazistowskiej przemocy, w biały dzień próbowano podpalić nasz meczet. Żyjemy jak w oblężonej twierdzy. Jednak już pojutrze to się zmieni. Muzułmanie i antyrasiści z całej Europy przyjadą do Warszawy na wielki marsz pod siedzibę szejtana zwanego Frontexem. Rada miasta powinna wykazać się odpowiedzialnością udzielając oficjalnej zgody na tą demonstrację. Będzie ona pokojowa, lecz jeśli policja nie powstrzyma tych, którzy będą chcieli nas zatrzymać, będziemy zmuszeni się bronić.

Miejsce muftiego na powrót zajmuje prezenterka.
- Na konferencji prasowej Europejskiej Federacji Związków Zawodowych ogarniające cały kontynent zamieszki skomentował jej przewodniczący, Alain Derbousier.

- Sądzę – grzmi po francusku siwy mężczyzna w garniturze a translator tłumaczy jego słowa - i nie jest to tylko moja opinia, że cała ta afera z islamistami to prowokacja, mająca opóźnić przeprowadzenie wyborów. Rząd potrzebuje więcej czasu na zatuszowanie swoich przekrętów. Powinno się odebrać jego członkom paszporty.

- Wiadomości lokalne –
mówi prezenterka. - Trwa ewakuacja zakładów przemysłowych i hurtowni na warszawskim Targówku Fabrycznym, gdzie…


- Joł, elo, holoziomki! Kurwa! Tu Niusy Bez Ściemy w 4Fun HV, kanale dostosowanym do odbiorcy! Wita was wasz ulubiony, jedyny i niepowtarzalny Prezenter-Dezerter, który mówi jak jest! Jebać Euronews na sto procent, tak zostałem wychowany! Jestem na Fabrycznym Targówku, zafajdanym wypizdówku, gdzie jakiś mechaniczny kundel pokąsał dwóch ziomków. Trzymetrowy, kurwa, czarny wilk, czaicie bazę? Bydlę popierdala sobie luzem po dzielni i kto wie czy nie wbije na osiedla, więc ziomki z Targówka i Grochowa, obczajajcie i jakby co przysyłajcie fotki! Aha, widziałem jeszcze trupa, ale mendy nie dały mi bliżej oblukać. Psy i chyba jajcarze szukają tego kundla po dzielni. Psy gonią psa, haha! Mogliby się, kurwa pośpieszyć, bo muszę jeszcze zdążyć na wieczorną zadymę z ciapatymi. Przypominam wszystkim ziomkom co chcieliby tam uderzyć: zbiórka o osiemnastej w Lasku na Kole…hej! Puszczaj, wolno mi tu być, jestem dziennikarzem! Hawudepe, ała!


________________________________________________


Modest


- Ścisz z łaski swojej to gówno! – Ryknął Taras w kierunku zamkniętych drzwi sypialni. – Próbujemy tu z Modestem rozmawiać!
Holowizor za drzwiami posłusznie ucichł.
- Nie miałaś w ogóle iść z koleżankami do kosmetyczki, czy coś? – Zapytał drzwi Kosacz.
Te uchyliły się i ukazała się w nich wysoka, błękitnowłosa dziewczyna w obcisłej, korespondującej z kolorem włosów sukience. Miała niewiarygodnie długie nogi i przeczące prawom natury kształty współczesnej gwiazdy porno. Karina? Katia? Konkubiny Tarasa zmieniały się zbyt szybko, by Modest zapamiętał.
- Już się zbieram, misiu pysiu – odparła słodkim głosikiem, grzebiąc w torebce od Prady. Perły przed wieprze, ale kto bogatemu zabroni?
Stukając obcasami przeszła przez pokój, kołysząc zmysłowo biodrami. Pochyliła się ostrożnie na siedmiocentymetrowych szpilkach i pocałowała w zarośnięty policzek Tarasa, który z kolei klepnął ją w tyłek.
- No, zmykaj, kiciu.
- Pa, Modest! – Upewniwszy się, że Taras nie widzi, pomachała Darskiemu zalotnie paluszkami i puściła doń oko, nim zniknęła za drzwiami.
- Lafirynda - podsumował Kosacz. - Ale żebyś wiedział co jej kolczyk w języku potrafi... – zamruczał zbereźnie.
Wychylił kieliszek i otarł wielką dłonią brodę.

– Dobra, kurwa, do rzeczy. Po pierwsze dzięki, Kocur, że się zgodziłeś. Odpowiadam za stosunki z Groznymi i Nemyria na pewno wyciągnąłby mi to jeszcze dziś przed ojcem, gdybym zostawił sprawę niezałatwioną. Personel i sprzęt, pytasz…To będzie tak. Po całej dzielnicy łażą ciapate patrole. Normalnie egzekwują tylko prawo szariatu, ale teraz skupili się na samoobronie. Dziś znów będzie tam zadyma, co jest nam na rękę, bo odciągnie ich uwagę. Większość muslimów ma tylko pałki lub noże, ale niektórzy mogą nosić spluwy. Jeśli będziesz wyglądał na swojego to nie powinni zaczepiać. A jak rzucą ci swoje „as-salam” odpowiesz „wa alejkum salam” i po sprawie. Nie używaj translatora. Wielu z nich urodziło się w Europie lub w Polsce i poza paroma zwrotami nie zna mowy przodków, więc to nie będzie problem.

Taras włączył zamontowany w stole holoprojektor, wyświetlając trójwymiarowy plan miasta.

- Sadulajew mieszka tutaj – przybliżył fragment Woli. – Przy Czorsztyńskiej, przez ulicę z Parkiem Moczydło, gdzie stoi ichni meczet. – Zbliżenie ukazało nowoczesny, sześciopiętrowy apartamentowiec wciśnięty między niższą i znacznie starszą zabudowę. – Zamożniejsi ciapaci zbudowali to specjalnie dla siebie i na pewno mają tam dobrą ochronę.

Wyświetlił plan budynku.

- W pomieszczeniu ochrony zawsze siedzi cieć – rzekł, wskazując miejsce markerem. – Nie żaden emeryt-inwalida a przeszkolony facet z bronią, może automatyczną. Do podziemnego garażu, gdzie jest skrzynka elektryczna, dostaniesz się schodami lub windą. Wjazd dla aut jest na pilota, ale nawet gdybyś jakiegoś ukradł lub zhakował to kamery mogą wychwycić obcy pojazd. Czy więcej strażników jest w środku nie wiem. Ale w razie alarmu okolica na pewno zaroi się od Groznych, więc postaraj się zrobić to cicho.


________________________________________________


Paweł


- Tak…to to… - odparła tonem sprawiającym, że Paweł nie był wcale pewien czy to „było to”. I weź tu zrozum kobiety… Ale Magda wykrzywiała już drobne wargi do lekkiego uśmiechu, dodając:
- Słuchaj, Paweł…jakoś przekonam Darka, żeby zatańczył z Natą. Tyle, że będziesz musiał wystąpić w masce i na pewno nie w bluzie Black Horse’a. Tam będzie mnóstwo ludzi, którzy oglądają holowizję, ktoś mógłby cię poznać a wiesz, nie chciałabym, żeby mój pokaz skończył się aresztowaniem – puściła do niego oko. - Więc jeśli jesteś gotów wystąpić jako Tajemniczy Tancerz to czeka nas sporo ćwiczeń – stuknęła go po kumpelsku ramieniem w ramię. – Ale najpierw…mam ochotę pobić cię wreszcie w wyścigu przez Pekin!

Magda zrobiła nieoczekiwany przewrót w tył i poderwała się zwinnie na nogi. Stanęła, opierając dłonie na biodrach i patrzyła na niego wyzywająco, podczas gdy wiatr poruszał kosmykami ciemnych włosów, wystającymi jej spod kaptura. Chyba mówiła serio! Jeszcze nigdy nie pokonała go na tak długim dystansie. Wszczepy i muskulatura Pawła robiły swoje, lecz Magda przez ostatnie miesiące trenowała ostro i była coraz lepsza. Pierwotna energia wydawała się wręcz bić od tej dziewczyny, co nieodparcie skłaniało do fantazjowania jaka była w łożku. Teraz, nie widać po niej było już najmniejszego śladu zmęczenia po wcześniejszym hopsaniu, czego nie mógł powiedzieć o sobie. Jesień w rejonie Trzechstacji zaowocowała sporą ilością imprez, niezbyt korzystnie wpływających na kondycję.

Znajomych było wielu
Wieczory i poranki…


Paweł dopiero teraz zauważył, że pozostali parkourowcy ulotnili się z dachu, zeskakując po biegnących wzdłuż wszystkich pięter Pekinu galeriach i podążając dalej ziemią, niczym zwykli niewolnicy grawitacji. Pewnie poszli obczaić odkrytą przez Michała miejscówkę, ale prym wiódł Konstant, perorując o czymś i gestykulując energicznie rękami. Konstant cieszył się na dzielni pewnym szacunkiem, wynikającym z faktu bycia organizatorem legendarnej „Osiemnastki Seby”, lepiej znanej pod nazwą „Warsaw Street Party 2049”. Latem zeszłego roku zaprosił dla żartu przez sieć na urodziny kumpla kilkadziesiąt tysięcy osób, z czego nieoczekiwanie całkiem sporo przyszło. Niezapomniany był widok wypełniających ulice tłumów, śpiewających „Sto lat” pod blokiem przerażonego Seby, który w końcu uległ presji i pokazał się w oknie, pozdrawiając zgromadzone zastępy niczym papież pielgrzymów na placu św. Piotra. Całość zakończyła się zresztą równie spektakularnie jak zaczęła: orgiastycznym rabunkiem, zamieszkami z policją i podpaleniami. Paweł i Oleg mieli niezły ubaw obserwując to wszystko z dachów. Wspomnienia…


________________________________________________


Ida i Jerzy


- Jest zabezpieczony – oznajmił Nguyen, chowając do kieszeni płaszcza zdjęty z trupa holofon. – Rozpracujemy go później w oddziale. Zrzuciłem wam podgląd z dronów na hola.

Podczas gdy przebywali w hali niebo zasnuło się chmurami. Ewakuacja sąsiednich fabryk i hurtowni dobiegała końca – ostatnie podstawione busy i auta opuszczały dzielnicę. Na sąsiednim placu budowy wielkie koparki zamarły w bezruchu.
Obok, policjanci wlekli do radiowozu jakiegoś cudaka z neonowymi tatuażami, sprawiającego wrażenie zjaranego zmodyfikowanym genetycznie zielskiem i wrzeszczącego, że jest reporterem. Rzekome gwałcenie wolności mediów dokumentowało kilka latających wokół niego kamerek 3D. Gruby glina-żartowniś wepchnął je za chłopakiem do auta, łypiąc spode łba na Idę.

Przed halą tymczasem zaparkowało czarne, nieoznakowane, agencyjne Audi i wysiadło z niego dwóch mężczyzn. Pierwszy był czterdziestoparolatkiem o surowych rysach. Remigiusz Nowacki, najbardziej doświadczony agent terenowy w Warszawie. Pracował dla IAICA od samego początku, czyli od wydzielenia agencji z Interpolu dwanaście lat temu. Rok później przeszedł do nowo utworzonego warszawskiego oddziału. Na lewej połowie twarzy wciąż widoczne były blizny po poparzeniach od pamiętnego wybuchu półtora roku temu.
Drugim mężczyzną był smagły i czarnowłosy a nazywał się Abdul Hamdouchi. Fakt, że był praktykującym Muzułmaninem czynił z niego w tym konkretnym przypadku dobrego, choć nieco fanatycznego Łowcę Duchów. Jak większość współwyznawców uważał bowiem zaawansowane AI za narzędzia szejtana i tępiąc je wypełniał niejako religijny obowiązek. Zwykle nucił pod nosem wersety z Koranu.
Przywitali się, ustalili co trzeba i rozeszli.

Teren do przeszukania był ogromny a oprócz zarośli, wysypisk i bocznic kolejowych obejmował kilkadziesiąt dużych budynków: czynnych oraz opuszczonych fabryk, magazynów i hurtowni.
Hala, w której urządzano walki znajdowała się na południu obszaru. Nowacki i Hamdouchi wraz z trójką antyterrorystów ruszyli dwoma zespołami na północny zachód i północ.
Idzie i Jerzemu przypadł mniej więcej północny wschód, kierunek na Ząbki.
Po lewej mieli mieć trójkę Jóźwiakowskiego, z którą mieli trzymać się w miarę blisko.
Po prawej zaś piąty zespół, który sformował starszy aspirant Kalus ze swoją partnerką – tęgą szatynką z Wydziału Zabójstw i dwoma krawężnikami.

- Nie cierpię pieprzonych robotów – rzekł Jóźwiakowski. – Po człowieku wiesz mniej więcej czego się spodziewać. Po tym ustrojstwie ni cholery.
Antyterroryści spodziewali się widać najgorszego, bowiem włożyli na tą okazję grube pancerze, w których wyglądali trochę jak oponowate ludziki Michelina. Mniej nowoczesne niż Gibson Battle Suit, który miał na sobie Jerzy, ale przeciw tytanowym kłom wilkora każda ochrona poza tarczą siłową była raczej iluzoryczna. Dawała jednak psychiczne poczucie bezpieczeństwa.

Ruszyli przez opustoszały przemysłowy krajobraz. Rdza, rdza i jeszcze raz rdza. Wilgoć w powietrzu wydobywała jej barwę. Wilgoć skoncentrowała się i z szarego nieba zaczął siąpić drobny deszcz. Wyschnięta ziemia wchłaniała zachłannie krople, pozostawiające mokre plamy na betonie obok.


Bestia mogła być gdziekolwiek. Jej rozmiary jednak obróciły się przeciwko niej, nie mogła udawać zwykłego zwierzęcia. Jeśli przedostałaby się do sąsiednich dzielnic, ktoś by ją już zauważył. Być może zamierzała przeczekać tu do zmroku. Czy sama była tak sprytna, czy ktoś nią sterował?
Przeczesywali zarośla i zakamarki budynków już dobre pół godziny, gdy usłyszeli odległe echo wystrzału.
- Co jest?! Macie go?! Kto strzelał?! – Komunikatory rozbrzmiały kakofonią głosów.
- Nic, kurwa, tylko pies. Zwykły pies. Szlag. Ja pierdolę.
- W niektórych ruinach koczują bezdomni – pouczył ich Nowacki. - Uważajcie, żebyście nie zabili człowieka.

Po kolejnym kwadransie Ida i Jerzy dotarli już niemal do wschodniej odnogi torów. Widzieli w oddali znajdującą się dalej niewielką łąkę. Jedynym co do tej pory znaleźli było opuszczone w pośpiechu koczowisko bezdomnych w ruinach. Chudy czarny kot, który wyjadał coś z porzuconej miski, uciekł na ich widok.
Wtem usłyszeli trzaśnięcie drzwi. Wyjrzeli zza rogu i ujrzeli mężczyznę w dżinsowej kurtce, rozglądającego się wokół i zamykającego kluczami wejście do niewielkiego budynku. Gdzieś dalej na północ, po drugiej jego stronie byli antyterroryści Jóźwiakowskiego.
Zaś bliżej pary agentów, na podjeździe stał zaparkowany duży motocykl.

W tym momencie rozbrzmiały wystrzały. Bliżej, znacznie bliżej niż poprzedni. Z południa, od strony zespołu Kalusa. Sto-dwieście metrów, za dużą, ceglaną halą.
- Jezuuuus Maria!
- Nie módl się tylko strzelaj! Tam! Tam jest! Wal! – W tle Kolejna seria.
- Co się dzieje?! Meldujcie?!
- Jest…był tutaj, kurwa mać, przebiegł tuż obok!
- Wszyscy cali?!
- Tak! Cholera…
- Dorwaliście go?!
- Strzelaliśmy, ale jest za szybki! – Krzyczał Kalus. - Uciekł! Na piechotę nigdy go nie dogonimy! Ida, Jerzy, uważajcie, biegnie w waszą stronę!


________________________________________________


snaX


W tle rozbrzmiały trąby a chwilę potem wystrzały z armat. Armia dzielnych bohaterów niezależnych z bojowymi okrzykami na ustach ruszyła do szturmu na okupowany przez siły Chaosu Altdorf. Wspierało ich kilkudziesięciu, głównie starszych graczy, którzy stwierdzili, że udział w tak epickiej bitwie wart jest ryzyka niemal pewnej śmierci. Ci akurat rozumieli, że Warhammer polega na tym, że bohaterowie giną.
Rozpętało się piekło na wirtualnej ziemi. Kilka minut później, gdy dziesiątkowana pociskami i czarną magią fala atakujących dotarła do miejskich murów, imperialni magowie rzucili na drużynę czar teleportacji. Śmiałkowie pojawili się w rozbłysku na zrujnowanym miejskim placu pod bramą twierdzy Kor-Phaerona. Sama twierdza, wyglądająca jak ulepiona z zaschniętej lawy, była zabezpieczona przed magicznym desantem oraz przed spawnowaniem w jej wnętrzu. Kilkanaście mechanicznych palców snaXa stukało w klawiatury, pracując nad rozwiązaniem tego problemu, Dzięki nim klepał kod niemal równie szybko jak programistyczne AI, do których Kor-Phaeron przecież nie należał. Mimo to miał pewną kontrolę nad kodem gry i ustępował pola powoli, najpierw oddając we władanie netrunnera dziedziniec.

Panel admina Warhammer World przypominał poziomem skomplikowania pulpit wahadłowca NASA, z tym że utrzymany w steampunkowej stylistyce. snaX musiał użyć skryptów wyszukujących, żeby nie stracić pół dnia na próby połapania się w tym. W końcu dogrzebał się. Bogowie. Khorne. Boskie interwencje: zesłanie hordy demonów, zesłanie wizji, mutacje, błogosławieństwa, klątwy. Te ostatnie obejmowały głównie krwawienie z wszelkich możliwych części i otworów ciała. Od samej lektury robiło się niedobrze. snaX mógłby w ramach żartu zapodać coś z tego kumplom z agencji, ale miał im pomagać, nie przeszkadzać. Po drugie, niezmodyfikowane bioporty i kombinezony VR oszczędnie oddawały nieprzyjemne wrażenia. Przebicie mieczem odczuwało się jak mocniejsze ukłucie.
Po trzecie, nie było czasu na wygłupy.
Dotarcie do końca listy równało się wielkiemu rozczarowaniu. System nie przewidywał boskiej personifikacji! Za wyjątkiem Sigmara, lecz ten po zstąpieniu na ziemię miał żadnych mocy, prócz swego zafajdanego młota. Napisanie tej funkcji dla reszty panteonu zajęłoby kilka godzin, wyglądało więc na to, że snaX będzie musiał zadowolić się odpowiednikiem Kor Phaerona – to jest księciem demonów.

Chwilowo jednak musiał zająć się przechwyceniem hordy potworów, która wypadła z dziedzińca. Imperialni żołnierze ginęli w zastraszającym tempie, mimo, że spawnował samych weteranów Reiksgwardii. Po kilku minutach spektakularnej rzezi przejście zostało jednak oczyszczone i drużyna wdarła się do twierdzy. Reiksgwardziści, którzy wbiegli na dziedziniec wraz z nią, natychmiast zmutowali – twierdza musiała być zbudowana częściowo ze spaczenia! snaXowi uporanie się z tym zajęło dobrą minutę, podczas której śmiałkowie wycięli zmutowaną eskortę i ruszyli dalej sami. Na szczęście byli pierwszej wody manczkinami i nawet bez wsparcia kosili nadbiegających falami wojowników Chaosu jak zboże. Póki co zginął tylko pilotowany przez informatyka EA kapłan Sigmara – strzała zwierzoczłeka trafiła go w oko. Pod tym względem gra była dość realistyczna. Koleś narzekał głośno po angielsku na wspólnym kanale na swojego pecha i snaX musiał go wyciszyć.

Tymczasem boty powróciły z niczym a były to dobre boty – snaX sam je programował. Zatem uPon1s nie kłamał. Żadnych zwyczajowych setek IP. Poza jednym należącym do pary emerytów z Łodzi. Wiesław i Halina Mąciak. Były motorniczy tramwaju i szwaczka, oboje po osiemdziesiątce. Na hakerów zdecydowanie nie wyglądali.
Starsi państwo zostali już zresztą przesłuchani.
W trakcie włamu do WHW oboje byli sami w domu. A nawet w dwóch domach naraz: w prawdziwym, w łódzkiej kamienicy i tym w Netropolis. Uwili sobie w wirtualności ładne gniazdko: z 5000 m2 posesji, szablonowa willa wzorowana chyba na domu jakiejś gwiazdy holonowel, kort tenisowy, basen oraz palmy. Od upowszechnienia się VR „emerytura pod palmami” nareszcie przestała być pustym hasłem. Świadczenia były głodowe, ale na najtańszy chiński kombinezon na raty stać było prawie każdego.
Odczyt pamięci DNS potwierdził równoczesną wizytę z adresu państwa Mąciaków w Warhammer World oraz Netropolis. Przypomnieli sobie, że narzekali wczorajszego popołudnia na lagi.

Nagle w tle usłyszał głośny ryk i zerknął do gry. Szóstka śmiałków dotarła do komnat Kor-Phaerona. W sumie to już piątka, bo jeden, wcześniej już ranny, zginął niemal natychmiast w oślepiającym rozbłysku czarnej magii. Arcydemon Tzeentcha mierzył dobre trzy metry, dookoła czaszki miał wieniec oczu a wokół pasa osiem dodatkowych rąk, w których dzierżył różne bronie. Odziany w żywą, wijącą się zbroję, zdawał się nic sobie nie robić ze strzał i rzucanych nań czarów. Bohaterowie dostrzegli to również i ruszyli do szarży. snaX wiedział już jak to się skończy.
Musiał się pośpieszyć.
 

Ostatnio edytowane przez Bounty : 19-02-2015 o 00:55.
Bounty jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:47.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166