Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 13-05-2016, 16:26   #21
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 16398 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Ekipa ratunkowa by do niego nie dotarła. Poraziłby ich prąd lub zawróciliby na widok zagrożenia.
- Dziękuje Szambelanie za troskę. Było dużo ciężej niż myślałem. Szeroki zakres napraw i sporo zagrożeń. Na szczęście profesjonalny kombinezon zabezpiecza przed takimi rzeczami. -powiedział Stanton ściągając go powoli. Zamknął go tak by był z powrotem szczelny. - Trzeba by to umyć gdzieś na osobności. I zapakować w jakiś worek. Odkażę go już w domu. Dobrze by było jednak, żeby tylko tak nie śmierdział. - następnie za przyzwoleniem Szablenana udzielił jednemu ze służących instrukcji jak to zrobić. Tak by niczego nie uszkodzić, choć ciężki kombinezon uszkodzić było trudno. Potem Stanton zwrócił się już do szambelana. - Przydałoby się coś do picia i jedzenia oraz medyk. Naprawdę jest tam niebezpiecznie uszkodziłem trochę nogę. Jakieś maści na stłuczenia byłyby mile widziane. Chciałbym wiedzieć Szambelanie czy to z panem mam omówić dalsze szczegóły serwisowania tego miejsca? Czy pani Ali może się znalazł w międzyczasie?

Jakieś pół godziny później siedział już na wygodnej pryczy w jednym z ciepłych, pachnących świeżością pałacyków. Nadworny lekarz inny, niż ten, którego przydzielono rannemu chłopu spryskiwał właśnie jego stopę jakimś drogim specyfikiem, starając się jednocześnie wyczuć w niej ewentualne uszkodzenia. Lekarstwo przyjemnie chłodziło skórę, wyraźnie łagodziło ból i chyba zmniejszało też trochę opuchliznę. Inżynier był po ciepłej kąpieli i szybkim posiłku. Czuł się już znacznie lepiej, choć nadal odczuwał zmęczenie po całej przygodzie.
-Oto wynagrodzenie, które Lady Tianara wyznaczyła za to zadanie. Proszę jeszcze raz przyjąć nasze podziękowania i wyrazy podziwu dla wielkiego technicznego kunsztu. Doniesiono mi już o znacznie większym komforcie domowników, którzy korzystali z pomieszczeń toaletowych.

Stanton spojrzał na papiery bankowe z logiem Sędziów. Opiewały na kwotę 350 feniksów.
-Jeśli pan sobie życzy, mogę też wypłacić kwotę w monecie, tak będzie chyba jednak wygodniej. Co do panicza Aliego, to niestety nie wiem, gdzie obecnie przebywa. Nie gościł już w posiadłości Lady Tinary od wielu dni, uprzedził jedynie służbę, iż pan, panie Walton, zechce podjąć się naprawy i przybędzie niebawem.

Za oknem, na placu między zdobnymi zabudowaniami inżynier dojrzał jakieś zamieszanie.

Lekarz dla chłopów d20(+1 prosta torba lekarska -2 średnodługi czas dowozu rannego)=7 sukces!


Z bliskiego bramy pałacyku wynoszono na noszach rannego brodacza, którego Stanton dowiózł wcześniej do tutejszego lekarza. Zdawał się lekko ruszać, unosił głowę, próbując chyba rozmawiać z niosącymi go służącymi. Wszystko wskazywało więc na to, że wysiłek inżyniera nie poszedł na marne.

Szambelan tymczasem wyjął z pobliskiego kredensu papier i pióro.
-Wspominał pan o ewentualnych dalszych pracach serwisowych i problemach? Niestety Lady Tianara przebywa w podróży i nie udostępniła żadnych dodatkowych funduszy na prace serwisowe, jednak jestem pewny, że rozważy przyszłe zlecenia, skoro wymaga tego sytuacja. Jeśli zechciałby pan nakreślić jaki zakres prac jest potrzebny i jakiego typu zagrożenia mogą się jeszcze pojawić, to z chęcią przekażę tę informację, gdy tylko moja pani wróci.

- To oczyszczalnia nie serwisowana od dziesięcioleci, łatwiej byłoby wymienić co tam jest zrobione, niż jest do zrobienia, drogi Szambelanie. W jednodniowej wizycie zaradziłem głównemu problemowi jaki mi zgłoszono. Pod nami jest jednak spory kompleks. Uruchomiłem ponownie pompy, wymagają one dokładnego przejrzenia i dalszych napraw. Byłem zaledwie w jednym z kilku większych pomieszczeń. W kolejnym są według informacji jeszcze generatory. Może udałoby się je uruchomić i pozyskać więcej energii dla pałacu. A może nic się już nie da zrobić? W dalszych wizytach, Szambelanie, trzeba przeprowadzić w pierwszej kolejności oględziny. By ustalić odpowiedzi na pana pytania. Kategorycznie na chwilę obecną, nie mogą tam schodzić osoby bez stroju ochronnego, takiego jak mój. W wielu miejscach są spięcia, co w mokrym środowisku grozi porażeniem i śmiercią. W jednym miejscu buchał nawet ogień. To niestabilne miejsce. Mogę się jednak nim zająć dalej jeśli takie będzie życzenie Lady Tianary.

Szambelan skończył spisywać uwagi inżyniera mniej więcej wtedy, kiedy i lekarz zakończył opatrywanie spuchniętej stopy.
-Rekomenduję spokój i odpoczynek przez następne dni. Żadnego przesadnego obciążenia tej nogi! - rzucił wysuszony mistrz nauk medycznych, serwując mu spojrzenie, które aż nazbyt wyraźnie mówiło, że i tak nie wierzy, iż inżynier się go posłucha.

(kara przy ruchu zmniejsza się do -1)


Chwilę później na szczęście zawibrowała słuchawka w uchu Stantona. “Ali” powiedział syntetyczny, słyszany jedynie przez niego głos interfejsu. Odebrał bez zastanowienia, wszak nadal nie wiedział, czy mimo całego tego poświęcenia zyska na tej przygodzie tak potrzebny mu szybki transport.
-Mistrzu Stantonie! - rzucił przyjaźnie i lekko prześmiewczo jego szlachecki przyjaciel.- Naprawdę mam nadzieję, że ci się udało, bo już przed faktem przekazałem taką informację memu szlachetnemu ojcu, wybłagując u niego dostęp do tak pożądanego przez ciebie wehikułu! Mam nadzieję, że nie narobiłeś mi wstydu, moja ty głowo przyszłego rodu! Ojciec jest święcie przekonany, że kible spłukują się tam już z siłą midiańskich Mgielnych Wodospadów i będzie mógł wreszcie zapomnieć o tym całym krępującym problemie! Wracaj czym prędzej do Aalen, my jesteśmy już w drodze i będziemy czekać w gwiezdnym porcie, gdzie - jak mam nadzieję - szybko zatankują nam tego demona przestworzy. Nawet nie wiesz ile się dzisiaj przez ciebie nabiegałem! Przez to całe zamieszanie przegapiłem szereg niezwykle ciekawych zajęć… O których opowiem ci po drodze, wszak w tej wspaniale kunsztownej ciasnej puszcze skazani będziemy na wzajemne wielogodzinne towarzystwo! Mam nadzieję, że nie planujesz dużego bagażu!

-Dziękuję za opatrzenie zwrócił się do medyka. - i wycìągnął rękę by uścisnąć mu dłoń. Następnie zwrócił sie do szambelana - Drogi Szabelanie miałbym prośbę, doradzi mi pan gdzie w Aalen zakupić można pierścionek zaręczynowy? Tak by zyskać coś wyjątkowego w rozsądnej cenie?

Elegancki sługa dotknął brody w zamyśleniu.
-Wydaje mi się, że w Aalen jest zakład jubilerski, jednak z tego, co się orientuję został dopiero co otwarty i chyba sporządza biżuterię jedynie na zamówienie. Myślę, że mimo wszystko może pan spróbować, choć większy wybór zapewne będzie w stolicy. Z tego, co mi wiadomo za dwa dni rusza w tamtym kierunku Róża Pustyni, jako przyjaciel panicza Aliego mógłby pan pewnie udać się nią do Teb.

Gdy zawibrowała słuchawka w uchu Stantona ten zbierał się do wyjścia. Odpowiedział przyjacielowi będąc już na zewnątrz.
- Twój ojciec będzie zadowolony a jego honor uratowany. Zaiste woda płynie rzeźko a zapachy przykre poszły w niwecz. Dzięki Wszechstwórcy, tobie i twojemu ojcu ja również nie najem się wstydu. Dotrę do lubej na czas najpewniej.- zaśmiał się do słuchawki. - Po drodze zahaczę o dom muszę wskoczyć w syntjedwab i najlepsze ciuchy. Zabrać jakiś mały bagaż z rzeczami na zmianę na wszelki wypadek. Pierścionek trzeba nam kupić, twe wprawne oko i rada będą nieocenione!

Po zakończeniu rozmowy Stanton poszedł w stronę pojazdu. Odebrał od służby umyty Skafander i poprosił o pomoc w załadowaniu rzeczy do łazik. Nie chciał obciążać nogi, o ile nie było to konieczne. Dokładnie jak miał w zwyczaju sprawdził czy wszystko zabrał i niczego nie zapomniał. Ruszył do miasta po drodze analizując słowa Aliego. Głowa przyszłego rodu? Naprawdę tak by to wyglądało? Do tej pory nie zastanawiał się nad tym. Kochał Jess, ona kochała jego. To się dla niego jedynie liczyło. Ali jednak miał rację coś się tam zmieni chyba. Cholera Jess mu pewnie wszystko wyjaśni. Przyszły teść też chyba będzie pełnił rolę nauczyciela wprowadzającego go w nowy świat. Skoro dali go na pierwszy ogień, nim spotka się z matką Jess, żeby tylko głupoty nie palnął!

Niecałą godzinę później zajechał łazikiem pod swój dom w mieście. Nad dachami widać było ciemne chmury, wiatr duł między budynkami rozpylając chmury białego puchu.

Gdy wpadł do środka domu jego ojciec pracował akurat przy swoim pokazowym projekcie - wspaniale zdobionym robotycznym myszołowie, którego miał zamiar sprzedać za prawdziwą fortunę miejscowym Decadosom. Przynajmniej o ile kiedyś go ukończy. Projekt ciągnął się dwa lata i już dwa razy niezadowolony z rezultatów patriarcha rodu Waltonów decydował się zaczynać prawie od początku. Gdy wchodził Stanton, ojciec właśnie nanosił jedną z delikatnych złotych płytek na skrzydło kunsztownej kreatury.
-Dostaliśmy dwa listy z Gildii Inżynierów. Ja swojego jeszcze nie rozkodowałem, przesyła je Rzemieślnik Gvar, zapewne więc chodzi o coś ważnego. A… I pytał o ciebie jakiś ksiądz. - rzucił przez plecy nie odrywając oczu od misternej, precyzyjnej roboty. Wielki mechaniczny okular tkwił w jego oku ułatwiając mu dojrzenie szczegółów filigranowej maszynerii.
- Jakiś ksiądz? Miał może imię i powiedział gdzie go szukać?- zaśmiał się do ojca Stanton, jednocześnie podniósł ze stolika list skierowany do niego i zaczął go rozkodowywać.
- Ciekawe czego Gvar chce… -powiedział trochę do siebie -Tak w ogóle byłem w pałacu Lady Tinary. Ali załatwił mi tam robotę. Naprawiłem im oczyszczalnie. Wpadło trochę feniksów i najważniejsze ojciec Aliego dał mu Złote Berło. Będę miał czym polecieć do stolicy. Lepiej żebym się nie spóźnił na spotkanie z ojcem Jess. Przydałaby się też jakaś szybka konsultacja, z kimś kto pod względem prawnym doradzi mi z tym ślubem. Może ten ksiądz coś podpowie. Tato ja tylko w przelocie dziś w domu. Przebiorę się, może uda się zahaczyć tego księdza i lecę do kosmoportu. Łazik zaparkuje tam gdzie zawsze. Niech potem Tomi go przeparkuje do domu. Wrócę za kila dni, chyba bo nie wiem czego się tam spodziewać. Jakieś rady?

Inżynier spojrzał na list, widniało na nim zdobione logo Najwyższego Zakonu Inżynierów. Treść spisana była szyfrem. Sam szyfr był zazdrośnie strzeżonym sekretem gildyjnym, baza kodu była stała, jednak podlegał on okresowymi i lokalnym modyfikacjom generowanym według skomplikowanego wzoru, którego uczono ich w czasie studiów i następnych stopni wtajemniczenia w czasie awansu w gildii. W rzeczywistości był to bardziej zabieg rytualny i pewien rodzaj wzajemnej intelektualnej zabawy między inżynierami. Nie był jednak łatwy, w niektórych miesiącach obliczenia potrafiły zajmować i po paręnaście godzin i prowadziły do powstawania wewnątrzgildyjnych rankingów, w których prowadziły najtęższe umysły. Ten obecny wyglądał ambitnie, ale chyba bez przesady. Na pewno przydałaby się do niego maszyna myśląca, Stanton nie miał wszak paru dni, by bawić się w manualne obliczenia.

Gdy Stanton przeglądał szyfr, jego ojciec wstał od stołu i wyjął coś z biurka.
- Chyba nie myślisz, że puszczę cię tak bez niczego, synu. - położył mu serdecznie dłoń na ramieniu. - Mój syn się żeni, no no… - pokiwał głową rozczulony. - Widzę, że ci zależy, ta cała robota ze ściekami… To dobrze, dobrze… - Jego druga dłoń umieściła coś w jego dłoni. Inżynier spojrzał na niewielki przedmiot. Przypominał rozłożysty li halański kwiat róży zrobiony z połyskującej zielonkawo miedzi.


- “Zapach Wiosny” - wyszeptał.
Nagle kwiat zaczął bić kryształowymi refleksami, które zatańczyły po ścianach pomieszczenia. Gdzieś w oddali rozbrzmiał śpiew ptaków, z korytarza za nimi zdawał się dochodzić uspokajający szum wiatru i plusk potoku, a potem nadeszły zapachy kwiecistej łąki. I obrazy, podłoga pokryła się trawą i kwiatami, jedna ze ścian zniknęła w leśnym gąszczu, na suficie pojawił się obraz niebieskiego nieba i puszystych białych chmurek.
-Ładne, nie? - uśmiechnął się ciepło. - Znalazłem go wieki temu, ale nigdy nie miałem czasu zbadać i naprawić. Nawet teraz nie do końca rozumiem jego możliwości. Wydaje mi się, że program da się jeszcze poprawić, można lepiej dopasować go do danego pomieszczenia, choć częściowo zdaje się rozpoznawać je sam. Pewnie przyda się, by wkupić się w łaski szlachciców, gdyby byli oporni, oni lubią ładne rzeczy.
Następnie podniósł z biurka kartkę.
-Brat Natos. - przeczytał. - Jakiś młody Avestianin, całkiem miły nawet, twierdził, że… - ojciec zmarszczył czoło, próbując przywołać słowa obcego. - Został ci przydzielony… - wzruszył ramionami.
 
Icarius jest offline  
Stary 04-10-2016, 15:14   #22
 
Tadeus's Avatar
 
Reputacja: 2054 Tadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputację
Stanton

Stanton na dłuższą chwilę oniemiał. Prezent od ojca był niesamowitym urządzeniem. Delektował się dźwiękiem i widokami. Wszystko wydawało się takie prawdziwe. Robiło ogromne wrażenie i miał nadzieję, że uda mu się ten prezent zachować. Używać do wywołania odpowiedniego wrażenia na rozmówcach. Nie natomiast oddać jako prezent czy łapówkę.
- Ojcze to niesamowite w swoim i Jessiki imieniu dziękuję. -po czym szczerze wyściskał ojca. Ciesząc się z tak niesamowitego daru. O urządzenie na razie nie pytał, podłączy je do maszyny myślącej. Sprawdzi czy są tam inne komendy niż “zapach wiosny” i ogólnie zapozna się z urządzeniem. Był w końcu inżynierem, zwykłe zapytanie ojca od razu o to co wie... Nie wchodziło w grę.
Chwilę później lekko się zafrasował.
-Avestianie z reguły oznaczają kłopoty, nawet Ci mili. Przydzielony brzmi już jak coś poważnego. Mówił gdzie go znajdę?
-Wspomniał, że jeszcze przyjdzie. - ojciec wzruszył ramionami. - Wyglądał chyba na akolitę, raczej nie wyznaczyli go do ważnej roboty, więc nie powinno ci nic grozić. Ale kiedyś trzeba się pewnie będzie z nim spotkać.

- Jeszcze raz dziękuję. Odszyfruje wiadomość, może informacje z gildii dotyczą właśnie Avestian? Cała sprawa wygląda dość dziwnie.
Stanton zabrał maszynę myślącą na górę. Po drodze poprosił Tomiego by zdezynfekował skafander. Włączył własny program do łamania szyfrów i spokojnie czekał na wynik. Gildyjne szyfry komputer łamał dość często, więc czas oczekiwania nie powinien być długi. Jednocześnie podłączył “Różę” jak nazwał urządzenie holograficzne i chciał sprawdzić co ma w interfejsie. Pobieżnie zbadał urządzenie, pomyślał też czy jakieś jego działania bądź technologie jakie mieli w domu i warsztacie podchodzą pod “herezje”. Jako inżynierzy wszak, zajmowali się nią. Mieli przywileje znacznie szersze niż przeciętny człowiek w tym zakresie. I jakoś nie słyszał o inżynierach palonych na stosie o ile nie używali technologi w złych celach.

Po wczytaniu szyfru do komputera, ten zaczął mozolną pracę. Stanton swego czasu stworzył odpowiednie skrypty, które powinny poradzić sobie w końcu z kodem, jednak Inżynierowie znali się na swojej robocie i wiedzieli jak stworzyć odpowiednie wyzwanie dla członków swojej gildii.

Stanton technologia d20(-2 trudny +1 komputer)= 14 porażka


Mijało już 30 minut, a wiadomość nadal nie była rozszyfrowana, za to obliczenia pochłonęły całą moc obliczeniową jego komputera, tak, że nie mógł sprawdzić, co też kryje się w tajemniczym prezencie. Wyglądał na bardzo zaawansowaną i delikatną technologię z Drugiej Republiki. Cud, że nadal działał. Być może przez lata przechowywany był w specjalnym pojemniku statycznym, które w tamtych czasach przeznaczono dla szczególnie wartościowych technologicznych perełek. Nie rozumiał w większości technologii, którą kryła się w tym artefakcie, miał jedynie doświadczenie ze znajdującym się tam miniaturowym źródłem energii i częścią teorii działania tych mikro-projektorów holograficznych.

Przy okazji rozejrzał się po swoim warsztacie. Czy miał się czego bać, gdyby przyczepiła się do niego inkwizycja? Cóż, to nigdy nie było do końca pewne, według buli Patriarchy, oni jako inżynierowie, przebywali w ciągłym stanie pokuty. Czyli, czego by nie zrobili, i tak żyliby w grzechu, tyle że dla większego dobra, czymkolwiek miało by nie być. Wypadało mieć tylko nadzieje, że nikt tego dobra nie zakwestionuje, ani nie zechce wskazać mu o jakie “dobro” dla Kościoła powinien się zająć. Czy jednak w którymś miejscu z tą technologią przesadził? Nie miał człekokształtnych robotów, nie promował technologii mass mediów, niby technologia holograficzna mogła podchodzić pod bluźnierczo omamiającą umysły i dusze, ale była dozwolona przy zamkniętych pokazach dla szlachty, więc nie powinien się bać, o ile nie prezentowałby jej publicznie. Przyczepić się zawsze było do czego, ale niczym konkretnym nie naraził się chyba bardziej niż zwykle.

- Ojcze było może jakieś pudełko zabezpieczające lub coś ładującego do urządzenia energię?
- zapytał Stanton przyglądając się róży, nie wiedział czy otrzymał już wszystkie elementy. Kod z listu musiał złamać. To była kwestia czasu. Własnoręcznie nanosił poprawki kodu deszyfrującego dostosowując go to indywidualnych właściwości obecnie łamanego szyfru. Urządzenie holograficzne poczeka na swoją kolej. Może po powrocie.

-Było, ale zupełnie zniszczone. - odparł nestor rodu. - To cud, że zawartość tak dobrze przetrwała. Cóż, szczęśliwa rzecz na szczęśliwą nową drogę życia - zaśmiał się ciepło.

Co do szyfru, to nic nie wskazywało na to, by zdążył go rozkodować na szybko. Inżynierowie nie byli głupi, cała zagadka specjalnie konstruowana była tak, by za każdym razem na nowo stanowiła wyzwanie i potrzebowała znacznego wkładu sprytu odbiorcy. Ale póki co zgrał wszystko na komputer, mógł próbować dalej w podróży, baterie w maszynie myślącej starczały na jakieś 10 godzin, a na statku kosmicznym - o ile taki znajdzie - też powinna być możliwość doładowania. Musiał się streszczać, bo czas uciekał nieubłaganie, a Ali i Złote Berło były już pewnie gotowe.

Aleksiej

Aleksiej ruszył pewnym krokiem przed siebie. Nie oglądając się na pielgrzymów, wspiął się na schody prowadzące do świątyni Avestian.
- Witajcie bracia - przywitał się z nimi - Nazywam się Aleksiej Holly i chciałbym się widzieć z Ojcem Biskupem.

Dwójka zakonnych braci sondujących pielgrzymów przy wejściu nie wyglądała na specjalnie zaskoczonych. Cóż, być może wieść o jego przybyciu faktycznie zdążyła się już rozejść. Skinęli tylko ponurymi minami, otwierając przed nim jedno z potężnych skrzydeł katedry. W środku panował półmrok. Było zimno i nienaturalnie cicho, każdy krok odbijał się echem w długich korytarzach i świątynnych zakamarkach. Nad sobą widział bardzo wysokie, ledwo widoczne w słabo rozświetlonym wnętrzu sklepienie, budynek w środku wydawał się ogromny. Być może w godzinach mszy, gdy rozświetlano potężne, wiszące pod sufitem kandelabry całość sprawiała mniej przytłaczające wrażenie, obecnie jednak przypominała ogromną podziemną grotę z setkami zakamarków i wijących się na różnych wysokościach zdobionych przejść i kładek. Cóż, obecnie na Cadavusie mieszkało stosunkowo niewiele ludzi, katedrę zbudowano jednak w czasach, gdy był to kwitnący, zdrowy świat o bogatym przemyśle, wiernych musiało być wtedy znacznie więcej.

W końcu dwójka braci zaprowadziła go gdzieś w boczną nawę, do niepozornej klasztornej celi, takiej w jakich zazwyczaj bytują usługujący przy mszach duchowni. Nawet nie zauważył, kiedy jego eskorta cofnęła się za niego i zamknęła za nim drzwi. W niewielkim pokoju, w którym znajdowało się tylko proste łóżko, szafeczka i stolik z dwoma krzesłami pozostał tylko on i starzec o pociągłej wysuszonej twarzy, odziany w prosty, znoszony przez lata habit.
-Jestem Brat Semiramidius. Mówiono mi, że chcesz się ze mną rozmówić, bracie. - stwierdził tylko, a jego głos był zaskakująco klarowny, donośny i zdrowy, jakby mówił to przywykły do dowodzenia mężczyzna będący w kwiecie wieku, a nie wychudzony, strawiony przez życie starzec.

- Witaj, ojcze - przywitał się grzecznie Aleksiej - Jestem Aleksiej Holly i jestem Eskatonikiem, przybyłem na tą planetę by badać i kronikować. Nie ukrywam, że byłoby mi miło gdybym mógł się schronić w tej świątyni i żyć tu pośród innych braci. Czy mi wolno?

Starzec uniósł krzaczastą brew.
-A cóż chciałbyś badać na Cadavusie? Dlaczego ze wszystkich światów Cesarstwa wybrałeś właśnie tę martwą ziemię?
- Ponieważ jest słabo zbadana, ojcze. Mało wiemy o pierwotnych religiach tego miejsca, uznałem też, że moje talenty medyczno-techniczne mogą uczynić ze mnie dobrego Sługę Bożego w tym miejscu.


Semiramidius pokiwał głową.
-Pierwotne wierzenia tego miejsca zrodziły zło, z którym Prorok przybył tu walczyć, drogi bracie. Z pewnością pozostaje gdzieś tam uśpione, czekając na owładnięty grzeszną ciekawością umysł, który wypuści je ponownie na świat. A w owych czasach nie mamy już Proroka, by z nimi walczyć. Bo chyba nie ma w tobie dość pychy, byś uważał, że będziesz w stanie stawić mu czoła, podobnie jak on uczynił to przed stuleciami?
Westchnął i spojrzał na niego ze szczerym współczuciem.
-Przykro mi, że przybyłeś na darmo. Odmawiam twojej prośbie. Możesz zostać w mieście i cieszyć się naszą gościnnością, możesz też korzystać ze swoich umiejętności, by pomagać tutejszym wiernym, jako głowa tutejszego Wszechświatowego Kościoła zakazuje ci jednak opuszczania granic grodu. Dla twojego dobra. I dobra nas wszystkich. Poproszę bara Nad…
Ktoś uderzył nerwowo w drzwi.
-Wejść! - warknął poirytowany biskup. - Na Święty Płomień, lepiej żeby to było coś ważnego!
Do środka wpadł pokrwawiony duchowny, ciężko sapał i trzymał się za nos, z którego spływały strużki czerwonej wilgoci.
- Bracie Semiramidiusie, kazamaty, Inkwizytor Valijan… to znowu się zaczyna!!! - rzekł z przestrachem.
- O Wszechstwórco! - stary biskup ruszył z miejsca z werwą zupełnie niepasującą do jego zaawansowanego wieku. - Bracie Aleksieju, za mną, to będzie dla was dobra nauka.
 
Tadeus jest offline  
Stary 12-10-2016, 16:40   #23
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 1575 Kaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłośćKaworu ma wspaniałą przyszłość
Pospieszyli do podziemnych, zimnych poziomów ciągnących się pod katedrą krypt, mijali wiele odrzwi okraszonych słowami modlitw i świętych glifów. W końcu dotarli do potężnych, zbrojonych drzwi, przed nimi z zapalonymi miotaczami czuwało dwóch braci-inkwizytorów. Ze środka dochodził nieludzki, niemal zwierzęcy ryk. Na znak biskupa odsunięto wizjer z drzwi. W środku w kręgu świętych symboli stał skrępowany łańcuchami człowiek. Dopiero po chwili dało się dostrzec, że jego nogi unosiły się jakiś centymetr nad kamienną posadzką, z jego oczodołów płynęła krew. Usta człowieka wymawiały niemo jakieś charcząco brzmiące słowa.

- Znowu nabrał mocy! Był w stanie zdalnie poranić jednego z nas! Musimy go spalić! - nalegał jeden ze strażników. Biskup uniósł rękę, pokazując mu, że zrozumiał.

- A ty, bracie? - zwrócił się do Aleksieja. - Co ty byś zrobił?

- Oh Wszechstwórco… - Aleksiej nie wiedział co powiedzieć. To był najwyraźniej albo psionik przesiąknięty mrokiem, albo, co jeszcze gorsze, osoba opętana przez demona. - Ja… przyznam szczerze, to przekracza moje kompetencje - zwrócił się do ojca - Nie jestem egzorcystą i nie wiem jak wypędzać demony. Służę dzieciom Bożym moją wiedzą naukową, opętania wykraczają poza zakres moich zainteresowań. Jeśli mogę coś zasugerować, prosiłbym, by tą osobę postarano się wyegzorcyzmować, choć spodziewam się, że próbowaliście. Wiem, że w Waszym odłamie spalenie kogoś żywcem jest popularne, ale nie jestem pewien, czy dusza opętanego po śmierci nie odejdzie z demonem razem do piekieł. Wolałbym w miarę pokojowe załatwienie tej sprawy, ale… cóż, jak wspomniałem, to wykracza poza moją wiedzę i kompetencje. Zrobicie ojcze co uznacie za słuszne.

Stary Avestianin skinął głową.

- Po waszych słowach widzę, iż jesteście człowiekiem pokoju. Niestety, usilne poszukiwanie na siłę pokojowych rozwiązań sprawia aż nazbyt często, iż rozwiązania niepokojowe, które w końcu stają się konieczne wymagają jeszcze większej bezwzględności. Czasem bycie litościwym oznacza po prostu iż okazaliśmy się zbyt słabi, by zrobić to, co słuszne...

Dał znak jednemu ze strażników, który w międzyczasie wrócił z ciężkim kopcącym już miotaczem płomieni, drugi przygotował się, by otworzyć pancerne odrzwia do celi.

Opętany mnich w środku szarpnął się wściekle i zawył, jakby dokładnie wiedział jaką podjęli decyzję. I wtedy Aleksiej zobaczył coś wśród połów jego spryskanej krwią szaty.

Aleksiej percepcja d20(+2)= 4 sukces!


W jednym z otworów naderwanego płaszcza widać było kawałek jakiegoś… urządzenia? Pulsowało słabym czerwonawym światłem. Ciężko było stwierdzić jak dokładnie trzymało się ciała nieszczęśnika, ale na pewno było aktywne. Niestety, Aleksiej po chwili stracił go z oczu, opętany zaczął bowiem rzucać się jeszcze wścieklej i poły odzienia w zupełności zakryły dziwny obiekt. Mnich wycelował w niego lufę miotacza płomieni, a drugi głośno licytować zaczął Litanię Przeklętych.

- Ojcze, proszę, wstrzymajcie się - Aleksiej wyciągnął swą dłoń. - Widzę jakieś urządzenie, czy też je zauważyliście? Może być cenne i żal byłoby je zniszczyć… przepraszam, to brzmi nieco materialistycznie, ale lubię technologię i naprawdę nie chciałbym, by stała się tu jakaś krzywda. Czy mogę? - spytał, zbliżając się do opętanego.

Biskup Semiramidius uniósł zasuszoną dłoń, pokazując mnichom, by się wstrzymali, najwyraźniej odwaga Aleksieja, który ruszył ku rzucającemu się opętanemu zrobiła na nim wrażenie, a może chodziło o coś innego...

Aleksiej przekonywanie (empatia) d20(-2 trudny)= 5 porażka


Zafascynowany tajemniczą technologią Eskatonik zbyt późno zinterpretował zauważony kątem oka dodatkowy gest starego biskupa. Gdy ruszył ku opętanemu, jeden z mnichów momentalnie doskoczył do niego, zamierzając się w tył jego głowy kolbą potężnego miotacza.

Avestianin WW d20(+2 zaskoczenie)= 5 sukces
Aleksiej obrona WW d20(-2 zaskoczenie)= 5 porażka


Poczuł ogłuszające uderzenie, a potem cały świat okrył całun ciemności, wyczuł tylko jak pada głucho na ziemię. Gdzieś nad nim zaszumiały płomienie i rozległ się nieludzki przepełniony cierpieniem krzyk… coraz cichszy i cichszy…

Z oceanu nicości i sennych widziadeł wybudził go okropny ból głowy i jakieś odległe głosy. Powoli powracały mu zmysły. Otaczała go pachnąca kurzem ciemność przecinana tylko przez wąski pasek wpadającego przez wizjer światła. Gdzieś daleko echem odbił się jakiś pojedynczy ludzki krzyk, gdzie indziej słuchać było miarowe uderzenia metalu w metal, jakby jakiś kowal wykonywał tam swoją monotonną pracę. Wydawało się, że był w jakiegoś rodzaju kamiennej celi, pod dłońmi czuł stare, wilgotne siano. Był nagi i obolały. Gdzieś przed drzwiami jego celi, chyba w ciągnącym się przed nią korytarzu rozbrzmiewały głosy jakiejś szeptanej rozmowy. Wszystko rozbrzmiewało dziwnym dudniącym echem jakby znajdowali się głęboko pod ziemią.

Aleksiej percepcja d20(-2 przytłumione zmysły)= 5 porażka


Nie był jednak w stanie rozróżnić pojedynczych słów, strasznie kręciło mu się w głowie i w żołądku, jego usta i gardło wysuszone były na wiór.

Aleksiej spróbował otworzyć oczy, co przyszło mu z niejakim trudem - jego powieki były ciężkie niczym ołów. Przeczesał dłońmi włosy i wstał z łóżka, rozglądając się wokół za wodą - bardzo chciało mu się pić.

Zanim na dobre odzyskał zmysły, właściciele zasłyszanych wcześniej głosów oddalili się już gdzieś w domniemanym podziemnym korytarzu. Przez moment zapadła całkowita cisza. Po chwili kapłan wychwycił z niej cichy dźwięk delikatnego kapania. Wydawało się, że gdzieś na kamiennym suficie kondensowała się para wodna i od czasu do czasu spadała małą kropelką na podłogę. Cóż, być może była to wilgoć z jego własnego oddechu, która zbierała się tam, gdy był nieprzytomny. A może woda przesączała się jakoś przez nieszczelne mury? Było jej bardzo niewiele, ale była.

Gdy przeczesał włosy poczuł piekący ból. Niewiele było widać, nawet wąski pasek światła wpadającego przez szczelinę był jedynie słabą poświatą. wydawało się jednak, że jego dłoń była poraniona… Jakby oparzona?

Nagle stanęło mu serce i omal by nie podskoczył. Z mroku wypełniającego róg celi nagle rozległ się bolesny jęk.

- Ojojoj… następna duszyczka… Ojojoj… żelazo już czeka… - zawodziła niewidoczna w słabym oświetleniu postać. Po głosie sądzić można było, iż już niemłoda, choć w takim miejscu mogło to być mylące.

- Na Wszechstwórcę! - wykrzyknął Holly - Kim jesteś i co tu robisz? Przeraziłeś mnie!

- Niech się mnie nie boi, gładki i młody, oj nie! - postać poruszyła się nerwowo, w mroku zadzwoniły chyba trzymające ją kajdany. - Taki ładniutki, a takie zamieszanie wywołał! Coś tam na górze zrobił, co? Coś nabroił u braciszków, he? Dawnom nie widział, by tak się nerwili, a wujek widział wiele, oj tak, od dawna korzysta tu z gościny! - tajemnicza postać przerwała swoje gadanie i zaczęła donośnie cmokać i czkać. Najwyraźniej była niemal zupełnie obłąkana.

- Może pomożesz wujaszkowi, co? - zagadała nagle, przerywając dziwaczny koncert. - Wstać nie mogę, słabym okropnie, a o tam nieopodal do dziury bym chciał przejść, pęcherzowi ulżyć! Podparłbyś, pomógł bliźniemu wujaszkowi, co, hę?

Aleksiej nadal mógł tylko domyślać się jak wygląda jego rozmówca, słaba poświata nie sięgała części celi, w której siedział.

- Eeeeem… no dobrze… - kapłan nie był pewien czy to najlepszy pomysł. Bał się zaatakowania przez obłąkańca, ale z drugiej strony nie chciał być niegrzeczny - może nie miał się czego bać? Bardzo ostrożnie, będąc na baczności, podszedł do swego rozmówcy.

Aleksiej percepcja 20(+5 ostrożny -1 osłabione zmysły)= 18 porażka

Podszedł gdzieś w kierunku tajemniczego głosu, wydawało mu się, że ewentualny atak dziwaka zapowiedziany byłby chociaż jakimś szurnięciem, czy zadzwonieniem słyszanych wcześniej łańcuchów, ale nic takiego się nie stało. Rozczochrane straszydło wyskoczyło z mroku błyskawicznie i niemal bez żadnego dźwięku (a może dźwięk był, ale kapłan, ogłuszony, go nie dosłyszał?). Przez to, że dziad w dzikim skoku zbliżył się trochę do wpadającej przez szczelinę poświaty zobaczył jego krwawą, rozoraną (chyba paznokciami?) twarz i krzywe, nienaturalnie szpiczaste zębiska, a także oczy pełne szaleństwa i pragnienia krwi.

Dziad WW d20(-5 osłabiony i częściowo skrępowany)= 16 porażka

Młody kapłan odskoczył przerażony, łańcuchy zadzwoniły, utrzymując straszydło z dala od niego, zdążyło jednak sieknąć go przez obolałe ramię długimi brudnymi pazurzyskami, poczuł ostre pieczenie i pewnie polała się krew.
Sfrustrowany nieudanym polowaniem szaleniec fuknął tylko poirytowany, po czym zaczął szaleńczo chichotać, jakby udał mu się jakiś tylko sobie znany dowcip. Tymczasem, gdzieś daleko w korytarzu rozbrzmiały wolne kroki. Zdawały się powoli zbliżać mniej więcej w stronę ich celi.

Holly usiadł na swojej pryczy, byle z daleka od dziada. Był przerażony. Miał nadzieję, że ktoś szybko do niego przyjdzie. Był w końcu kapłanem i należało mu się jakieś godne traktowanie… prawda?

Kroki zbliżyły się do masywnych drzwi celi, dała słyszeć się ciężka zasuwa.
Brat Miguel! - szepnął dziad z przestrachem, momentalnie milknąć i wsuwając się w kąt.
Światło, które wpadło przez uchylone gwałtownie drzwi nieprzyjemnie zapiekło kapłana w oczy, chwilę później ukazała mu się masywna sylwetka. Zakonnik, pomijając brudną opaskę na biodrach był zupełnie nagi. Miał potężne muskuły i niemal nienaturalnie dużą, łysą głowę, w której gdzieś ginęły małe oczka i wąskie, niewyrażające żadnych emocji usta. Jego skóra poznaczona była bliznami, poparzeniami i w wielu miejscach pokryta chyba… sadzą.
Zabieram cię na męki, Bracie Aleksieju, oby Wszechstwórca okazał łaskę twojej duszy. - wymówił wolnym, chrapliwym tonem, wysuwając potężne łapsko w stronę młodego kapłana i otwierając dłoń, tak jakby grzecznie prosił go do tańca.

Aleksiej percepcja d20= 16 porażka

Nie było jednak wątpliwości, iż nie była to prośba, wyglądał jakby mógł jednym ruchem skruszyć człowiekowi czaszkę.

- Mogę spytać czym wam zawiniłem?- spytał Aleksiej. Nie podał dłoni zakonnikowi. Starał się to ukryć, ale bał się straszliwie - cóż to za męki miały go czekać?cuz even

Olbrzym zmarszczył dziwaczne, niewielkie wargi. Nie wyglądał jakby chciał wdawać się w dyskusję, od razu ruszył ku kapłanowi, jakby jego słowa były dla niego li tylko bzyczeniem much. Najwyraźniej jego ofiary często próbowały słowami odsunąć to, co nieuchronne.

Aleksiej percepcja d20(+2 dłuższa obserwacja)= 12 porażka
Miguel WW d20= 6 sukces
Aleksiej obrona d20=14 porażka

Olbrzym bez żadnych problemów ucapił go swoimi wielkimi łapskami i przysunął do siebie. Następnym, co Eskatonik zobaczył, było błyskawicznie zbliżające się czoło Avestianina, uderzenie było bardzo skuteczne. Momentalnie stracił przytomność.
 
Kaworu jest offline  
Stary 14-10-2016, 20:00   #24
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 16398 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
-Życz mi powodzenia - uściskał jeszcze raz ojca i poleciał do pokoju. Szybka kąpiel i dokończył pakowanie. Zabrał komputer, urządzenie holograficzne starannie schował do małego pudełeczka i wyłożył szmatkami. Przewoził tak części do komputerów w przeszłości, grunt to ciasne ułożenie zapewniające dobrą amortyzacje. Schował je do wewnętrznej kieszeni swojego syntjedwabiu. Do tego mała walizeczka. Ciuchy na zmianę kilka narzędzi bez których czuł się jak bez ręki. Po 30 minutach był w drodze na spotkanie z Alim

Wyszedł pospiesznie z domu. Mocno wiało. Nad miastem zalegała gruba warstwa szarych chmur. Mroźne podmuchy powodowały, że latarnie, którymi udekorowane było miasto chwiały się na wszystkie strony, niektóre pozwiewane zostały z uchwytów i toczyły się po ulicach, bądź zalegały już w pół-przysypane w zaspach. Ludzie zamykali okna, spoglądali trwożnie w niebo. Inżynier jednak nie zaszedł zbyt daleko. Zza rogu nagle wyłonił się młody mnich o bladawej piegowatej skórze, pod habitem widać było skrawek rudego loka. Jego piwne oczy zdawały się być bardzo czujne i uważne.

- Walton? - zapytał grzecznie, choć po jego głosie słychać było, iż był niemal pewny, że dobrze go rozpoznał. - Przydzielono mnie jako pańskiego spowiednika. Czy miałby mistrz chwilę, by ze mną porozmawiać?

- Naturalnie, brat Natos prawda? Miło brata poznać. Stanton Walton jak już brat zapewne wie. Wejdziemy? - należało wykazać dobre maniery. Stanton jednak w wolnej chwili planował zniknąć na chwilę, Avestianinowi z oczu i powiedzieć Aliemu o minimalnym opóźnieniu. Spowodowanym obecnością duchownego. Kilka minut ich nie zbawi a brat nie brat, Avestianin czy nie... głupio zbyć drugiego człowieka. Który przyszedł do niego w jakiejś sprawie. Miał nadzieję, że jakoś wyjaśni na jakiej podstawie został mu “przydzielony”. Stanton kompletnie tego nie rozumiał.

Młody zakonnik skinął głową z wdzięcznością i korzystając z zaproszenia wszedł do domu, usadawiając się na wskazanym mu fotelu. Gdy już oboje zajęli miejsca, zaczął:
- Przepraszam, że zjawiam się nie w porę, jednak nie tak łatwo dotrzeć w te wasze północne strony i nie mogłem wybrzydzać w terminach przyjazdu - rozejrzał się z zaciekawieniem po wnętrzu. - Przydzielono mnie mistrzowi na podstawie najnowszej bulli błogosławionego Patriarchy, nie wiem czy ogłoszono ją już na Cadavusie?

Widząc, że rozmówca nie do końca wie, o co mu chodzi, kontynuował. Jego ton głosu był spokojny, wydawał się uprzejmy i otwarty… i dość dojrzały jak na swój młody wygląd.

- Chodzi o zagrożenie dla duszy, na które narażeni są obcujący z zaawansowaną technologią. Według mądrości Patriarchy winni oni posiadać osobistych spowiedników, którzy towarzyszyć im będą w miejscu ich zamieszkania i pracy, by dbać na co dzień o ich… higienię duchową… jeśli wolno mi to tak wyrazić…
Podał Stantonowi plik papierów, z którym faktycznie wynikało, iż regionalny arcybiskup wyznaczył młodego mnicha na oficjalnego spowiednika Inżyniera Stantona Waltona.
- Czystość duchowa. Tak, tak.. zdrowe ciało, czysty umysł i dusza. Z chęcią będę się u brata spowiadał.- spowiednik wcale mu nie przeszkadzał, nie miał nic wielkiego do ukrycia
- Co do bulli i zarządzenia. Mówi brat codzienne towarzystwo zarówno w domu jak i pracy? Trochę to krępujące, - Stanton mówił szczerze. I wątpił by gildia inżynierów pozwoliła na takie zarządzenie. Byłby to bowiem koszmar. Inwigilacja na każdym kroku. Możliwość wglądu i szantażu… To w zasadzie byłoby przejęcie kontroli nad gildią przez Kościół. Co nie odpowiadałoby również szlachcie. Zachwiałoby to bowiem równowagą sił. Coś tu śmierdziało.

- Wymaga również potwierdzenia, zarówno zarządzenia jak i jego interpretacji. Obecnie wyjeżdżam, odwiedzę gildię inżynierów i Sędziów/Szarych Twarzy. Po powrocie z chęcią wrócę z bratem do tematu. Sam brat rozumie czasu mamy takie, że należy potwierdzić każdą informację włącznie z brata tożsamością. Licho nie śpi ale gdzie moje maniery!? Brat może coś zje czegoś się napije, długa droga za bratem.

Młody mnich uniósł uspokajająco dłoń.
- Mistrzu, chyba mnie do końca nie zrozumieliście. Mam być - jak to się mówi - dla was dostępny. Jednak nie macie obowiązku poddawać się na co dzień mojej obserwacji. Raz w miesiącu winnym jednak przesyłać sprawozdania mym kościelnym przełożonym, więc muszę mniej więcej wiedzieć, gdzie się w związku ze swoim fachem udajecie. Jeśli z tych informacji, bądź informacji zasłyszanych z innych źródeł wynikać będzie, że wasza dusza mogła być zagrożona, zobowiązany będę odbyć z wami dłuższą rozmowę i wesprzeć was duchowo.

Tymczasem na zewnątrz wichura nad miastem rozkręcała się na poważnie. Przez okno widać było jak korona pobliskiego iglastego drzewa ugina się pod naporem potężnych podmuchów wiatru, chmury stawały się ołowiane i ciężkie.

- Rozumiem. W takim razie, nie widzę problemu. Jadę z moim przyjacielem Alim do stolicy. Mam tam spotkanie z narzeczoną. Widzi brat ja przepraszam, ale trochę się śpieszę. Pogoda robi się coraz gorsza a Ali zapewnia nam przelot pojazdem jego ojca. Inaczej podróż trwałaby zbyt długo. Opowiem bratu wszystko po powrocie. Nawet się wyspowiadam, choć mam się za dobrego człowieka. Dziewczyna jest w ciąży, chcemy obgadać sprawę ślubu. To zawiły temat, czy możemy przełożyć tę ważna rozmowę na później? Tamta sprawa naprawdę jest pilna i jak brat sam słyszy trochę mnie to stresuje.

Mnich przytaknął, widać było, że nie spodziewał się, iż inżynier tak łatwo i bez oporów podzieli się z nim prywatnymi informacjami. Dopiero jednak po chwili dotarło do niego, iż Stanton chciał w podróż ruszać natychmiast, gdy jeszcze na zewnątrz szalała burza.
- Podróżować w taką pogodę?! - spojrzał przez okno, w stronę kłębiących się nad okolicą chmur. - To nie jest sprawa duchowa, ale naprawdę nie wiem, czy to dobry...

Widząc jednak determinację na twarzy inżyniera opuścił ręce z rezygnacją.
No dobrze… Oby dane nam było się jeszcze spotkać, o moje zakwaterowanie się nie martwcie, miejscowi bracia zaoferowali mi gościnę.
Tymczasem komunikator inżyniera zawibrował niecierpliwie. Niewątpliwie był to Ali.
Gdy wyszedł i był już poza zasięgiem słuchu powiedział.
- Idę już idę, znaczy jadę... jakiś duchowny mnie zatrzymał. Tomi wskakuje zemną do łazika i zaraz będziemy u ciebie.

- Lepiej się pospiesz, ci z lotniska mówią, że za parę minut w ogóle nie będzie się dało już wystartować, ponoć idzie tu znad morza jeszcze gorszy front!

Samochód ruszył pędem przez smagane śnieżną zawieją miasto. Na szczęście większość ludzi pochowała się w domach, nie musiał więc obawiać się, ze staranuje kogoś spacerującego po wąskich, zdobionych uliczkach. Służący Tomi, blady jak ściana, trzymał się kurczowo uchwytu nad sobą, znał już swojego pana wystarczająco dobrze, by wiedzieć, iż nie będzie w stanie mu wyperswadować całego tego szaleństwa.

Gdy wjechali na pas niewielkiego lądowiska w rogu czekał już bogato zdobiony futurystyczny pojazd w kształcie z grubsza przypominającym inkrustowane złotem jajo. Jedna jego strona była otwarta, ukazując pojedyncze wolne miejsce, na drugim siedział już jego szlachecki przyjaciel. Na sobie, poza bogato zdobioną, okrytą futrem szatą miał też staromodnie wyglądającą skórzaną czapkę pilotkę i gogle. Wskazywał ręką nerwowo to w kierunku inżyniera, to w kierunku kłębiących się nad nimi chmur, przez wicher nie dało się dosłyszeć, czy wypowiadał jeszcze zachęty, czy też już rzucał bluzgami. Tomi spojrzał na inżyniera wymownie, w jasny sposób dając do zrozumienia, iż nie pochwala aż takiego ryzyka, ale zgodzi się z każdą decyzją swojego pana.

- Muszę do niej dotrzeć. Odprowadzisz samochód na miejsce powoli jak wsiądę. To szybki statek, powinniśmy szybko wyrwać się z burzy.- powiedział Stanton do Tomiego poczym zaparkował i ruszył biegiem do Aliego i pojazdu.

- Co? Już? Tak szybko? - rzucił sarkastycznie szlachcic. - Nie, spokojnie, nie trzeba było się tak spieszyć! U tego duchownego wszystko w porządku? Wypiliście sobie herbatkę?! - warknął z przekąsem, gorączkowo odpalając po kolei kolejne systemy ciasnego, zaawansowanego pojazdu. Stanton nie mógł nie docenić wielkiej wiedzy jego twórców, z pewnością tylko parę najbardziej zaawansowanych stoczni, bądź w tym przypadku luksusowych pracowni inżynierskich, było w stanie go obecnie wyprodukować. Oznaczało to jednak też niestety, iż filigranowa, super-zaawansowana technologia byłaby ciężka do naprawy, gdyby zepsuło się tam coś w mniej cywilizowanych warunkach. Generator maszyny zaskoczył z przyjemnym wizgiem, na szybie przed pilotem momentalnie wyświetlony został połyskujący złotem, bogato zdobiony holograficzny HUD. Inżynier na plecach poczuł załączające się powoli ogrzewanie, zapewne czujniki monitorowały ciepłotę jego ciała i postanowiły ją w tych zimowych warunkach doprowadzić do stanu optymalnego. Nie dało się jednak nie zauważyć wielkiej nerwowości jego szlacheckiego kompana, który mimo jakichś tam umiejętności, przesadnie wybitnym pilotem nie był i - zapewne nie do końca bez racji - obawiał się, czy sobie poradzą w obliczu tak marnej pogody.
- Gotowy?! - rzucił lekko trzęsącym się głosem, po czym nie czekając na odpowiedź odpalił napęd pojazdu. Jajo poderwało się do góry, czego akurat specjalnie nie poczuli, stabilizatory przy tego typu przeciążeniach działały bardzo dobrze, gorzej, gdy wzniosło się nad poziomy domów, gdy wichry szalały już nie na żarty. Cisnęło nimi jak liściem, opadli niżej, Ali z trudem wyrównał kurs, rozpylony z ogromną prędkością śnieg uderzył masą w szyby pojazdu, utrudniając ujrzenie jakichkolwiek przeszkód. Pojazd wykrył zmniejszoną widoczność, rzucając na szybę projekcję z zewnętrznej, specjalnie ekranowanej kamery. Mignęli nad jakimś domem, skupiskiem drzew, i w końcu, gdy udało się Aliemu opanować stabilizację ciągu, ruszyli ostro w górę. Problem w tym, że by być w pełni bezpiecznymi musieli przebić się przez kłębiące się nad okolicą chmury.

Ali pilotaż d20(+5 systemy statku +2 prosty manewr)= 15 sukces

Tylko dzięki świetnemu oprogramowaniu pojazdu, które raz za razem podsuwało spanikowanemu szlachcicowi odpowiednie do sytuacji korekty parametrów, udało im się wbić w grubą warstwę czarnych chmur, by po paru chwilach pełnych ostrych turbulencji i niepokojącego mroku, wylecieć nad nimi. Zrobiło się nienaturalnie spokojnie i cicho Szalejący żywioł pozostał pod nimi, pozwalając im nacieszyć się pięknem czystego nieba.
- Drogi Stantonie… - wysapał spocony szlachcic, ściągając drżące dłonie z drążków. - Naprawdę, lepiej dla ciebie, by okazało się to najlepszym małżeństwem na świecie, bo jeśli to wszystko miało by być na darmo… - westchnął.

- Zgodziła się, nie wiem co powie jej rodzina. Jednak Jessica postawi na swoim. Trzeba to po prostu z nimi omówić. Mogą nie być zachwyceni ale okoliczności nie zostawiają im wielkiego wyboru. - nie dodał, że zasadniczo Jess nie ułatwiła sprawy nie mówiąc kim jest od początku.- Kocham ja szczerze a ona mnie. Musi się udać i wyjść wspaniale- dodał pewnym siebie tonem. Choć wcale pewny tego nie był.

Szlachcic pokiwał głową prezentując ciężki do rozgryzienia grymas, ni to podziw, ni współczucie.
- Zaprawdę, mój drogi Stantonie, czasem myślę, że Świetlisty Ojciec specjalnie umieścił cię na ścieżkach mego życia, by jasno pokazać mi… czego się wystrzegać! - parsknął. - Słuchaj, a tak na poważnie, pamiętasz Lady Shannarę? Tę o wspaniale smukłej kibici i piersiach stromych niczym masyw Minori? Wyobraź sobie, że nie dalej jak dwa dni temu… - zaczął z werwą i fantazją opowiadać o swoich ostatnich miłosnych podbojach.

Stanton percepcja d20(-2 częściowo zasłonięte chmurami)= 16 porażka

Cóż, mieli parę godzin do zagospodarowania. Pod nimi kłębiły się już trochę bardziej postrzępione chmury, gdzieniegdzie widać było przez nie ciemnogranatowe, wzburzone wiatrem, wody morza Agweńskiego. Trochę dalej dało się dostrzec zarysy nieregularnej linii brzegowej. Poza małym, prawie niewidocznymi z tej wysokości biednymi osadami, co jakiś czas dało dostrzec się też ruiny potężnych starych instalacji przemysłowych. Wieki temu działał tam ciężki przemysł, obecnie zardzewiałe puste szkielety były jedynie monumentami dawnych, minionych czasów. Gdy wytężyło się wzrok, można było nawet gdzieniegdzie zauważyć zniszczone pylony po ciężkiej kolei, którą niegdyś woziła między fabrykami towary.

Stanton wysłuchiwał historii przyjaciela. Komentował, docinał i żartował z nim w najlepsze. Tak im mijał czas, gdy przelatywali nad instalacjami… Inżynier wpatrywał się w nie z rozmarzeniem. Tyle miejsc które można by sprawdzić. W wielu zapewne czaiły się prócz niebezpieczeństw prawdziwe skarby. Obiecywał sobie, że kiedyś do nich wróci. Bardziej od przyszłych możliwości wyczekiwał jedynie spotkania z Jessicą.

Lecieli parę godzin, wszystko wskazywało na to, że pojazd w czasie wichury nie odniósł żadnych uszkodzeń, wszystkie systemy działały optymalnie, a pogoda na tej wysokości nie powinna sprawić im żadnych problemów. W końcu odbili nad stały ląd. Zachmurzenie zmniejszyło się, pod nimi rozciągały się nieskończone jałowe niziny, poprzecinane tylko tu i ówdzie skupiskami ostrych skał. Gdzieś bardzo daleko przed nimi dało się dostrzec potężne słupy dymu bijącego w niebo. To zapewne była stolica planety, jedyne większe skupisko cywilizacji na tym kontynencie. Teby.

Słyszałem, że w tym miesiącu w Purpurowej Masce w Mieście Wewnętrznym grają Żywot Kawalera Luciusa, ponoć to wielce wyuzdany majstersztyk, którego bogate walory estetyczne ustępują jedynie głębokiemu religi… o jasna cho!!!

Coś pod nimi błysnęło. Szlachcic odruchowo ściągnął drążek, ale okazało się, że to nie oni byli atakowani. W skalnym wąwozie rozciągającym się pod nimi, doszło chyba do jakiejś eksplozji. Z tej wysokości ciężko było dostrzec szczegóły, ale wydawało się, że wąwozem podróżowała jakaś grupa ludzi, widać było mniejsze kropki… i większe, które mogły być obleczonymi ładunkiem zwierzętami i niewielkimi pojazdami. Rozpierzchały się na boki. Widać było jakieś mniejsze błyski, może strzelanina? Ali spojrzał w jego stronę z bezradną miną. Nawet jakby chcieli to cóż mieli zrobić? Pojazd nie był ani uzbrojony ani opancerzony.

Tu małe wtrącenie techniczne. Na wiedzę Stantona mamy jakieś głóśniki z których możemy przemówić w dół? I na wiedzę Stantona czy przed bronią typu karabin jesteśmy bezpieczni w takim pojeździe gruba blacha itd… Czy nie? To się wiąrzę z pewnymi deklaracjami które mógłbym wykonać przy sprzyjających okolicznościach.

Stanton popatrzył na towarzysza.
- Przede wszystkim nasze bezpieczeństwo. Więc trzymamy się na dystans. Daj mi chwilę, spróbuję znaleźć częstotliwość okolicznych patroli. Wezwiemy pomoc. - lubił pomagać ludzią. Jak temu chłopu kilka dni temu. Nie był jednak samobójcą.

Urządzenie przez moment skanowało wszystkie dostępne częstotliwości usuwając kanały, na których przekazy były niezrozumiałe i zbyt odległe, bądź mocno zakłócone polami radiacji, które nadal porozrzucane były miejscami po pustkowiach. Znalazło się też parę nowocześniejszych nadajników - zapewne ze stolicy, które były kodowane. W końcu udało się wykryć jakiś sygnał gdzieś w połowie drogi między nimi a miastem. W tle słychać było głośną pracę silnika, sądząc po natężeniu głosu należącego do jakiegoś dużego przemysłowego pojazdu, bądź ich grupy i głosy paru sprzeczających się i chyba zajętych jakąś pracą facetów.
- Nathan do jasnej cholery! Wyłącz to radio i nie zawracaj mi rzyci! Nie będę się znów wracał do miasta! Już wracaliśmy się po twoją spluwę! Poradzimy sobie i bez tego pieprzonego wiertła, mamy dwa zapasowe! Dwa dni drogi! Mówię ci to złoże ropy to pewniak, widziałeś tę starą mapę!!! Tym razem nam się uda! No! To dupa w troki i nie zostawajcie w tyle! Gazu chłopie, gazu!

Drugi sygnał wydawał się dochodzić zaraz spod nich, jednak nie było słychać żadnego głosu, jakby ktoś tylko nerwowo wciskał guzik nadawania i nic nie mówił. A może mikrofon w radiu był już uszkodzony i zostało im tylko przerywanie nadawania guzikiem? Tak musiało być. Sygnał nie zdawał się jednak układać w żaden kod, ale wciśnięcia zdawały się bardzo nerwowe.

Z tego, co inżynier się orientował wojsko w stolicy prowadziło nasłuch radiowy okolicy, więc - o ile nikt nie przysnął na stanowisku - również musiało te dwa sygnały odbierać. Problem tylko w tym, że nie widziało tego, co oni, więc mogło zignorować te desperackie sygnały z dołu. Stanton nie mógł co prawda podsłuchać kodowanych częstotliwości żołdaków w stolicy, ale mógł zagadać ich na ich otwartej częstotliwości. Nic nie wskazywało jednak na to, by obecnie jakieś patrole były poza miastem, a przynajmniej nie po ich stronie. Dużo bliżej, sądząc po sygnałach radiowych, zdawali się być domniemani górnicy.

Szlachcic wszystkie te zabiegi obserwował z lekko nerwową miną.
Stantonie! Bohaterze, istoto o złotym sercu! To jakieś miejscowe porachunki! Zawiadommy władze i lećmy dalej! Wszak jesteśmy już w srogim niedoczasie! I tak nie wiemy, czy zdążysz na jakąś gwiezdną krypę!

Spojrzał w dół i zamarł, wyraźnie nie uśmiechało mu się kierowanie delikatnego super-drogiego pojazdu w okolice tego gwałtownego zamieszania.
-Trzeba było spróbować. Nie zamierzam jednak głupio ryzykować- miał dziecko w drodze na ten świat. Nadał ich pozycję przez radio na otwartym kanale i zaraportował sytuację. Tyle mógł zrobić… Spróbował zaznaczyć częstotliwość radia górników w komputerze pokładowym. Nanieść go tak by obserwować ich pozycję, miał nadzieję że to cudo techniki sobie poradzi z takim zadaniem. Co prawda nie wierzył w magiczne mapy ale nie zaszkodzi wiedzieć gdzie się udają. Za członków karawany pomodlił się w duchu. Dając jednocześnie Aliemu znak do odlotu. Nie mili ze sobą ochroniarza Al- Malikow, ani nawet broni. Nie mogli zrobić nic dla biedaków w dole. Poza wezwaniem pomocy.

Ali poklepał go pocieszająco po ramieniu, widział wszak, że przyjaciel chciałby móc zrobić więcej. Wątpili, by posiłki z miasta dotarły na czas, o ile w ogóle któremuś z oddziałów chciało by się mieszać w batalie gdzieś na pustkowiach, z dala od murów miasta, które kazano im chronić. Komputer pokładowy tymczasem zapamiętał parametry nadajnika górników, gdyby jeszcze raz użyli radia mógłby zapewne wskazać ich nową pozycję na mapie.

Śmignęli nad ostatnim pasmem pustkowi dzielących ich od murów i zwolnili szukając dla siebie wolnego lądowiska wśród licznych, otwartych od góry zatoczek rozległego portu gwiezdnego znajdującego się w Mieście Wewnętrznym. Zaprojektowany został w dawnych czasach, gdy technologia była znacznie powszechniejsza, a podróżnicy liczniejsi, obecnie miejsca było aż nadto. Przy okazji szybko rozejrzeli się też po innych lądowiskach w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby zabrać Stantona poza planetę. Wyglądało na to, że obecnie w mieście był tylko jeden transportowiec i właśnie jak w ukropie krzątali się wokół niego załoganci odłączając ostatnie przewody z chłodziwem i ładując ostatnie skrzynie na trap! Na starej potężnej maszynie dało się dostrzec symbol Pośredników.
- Ali to może być mój transport! - powiedział Stanton zrywajac się do biegu. Zabrał swoje rzeczy i czym prędzej ruszył w kierunku statku. Dla pośredników robił różne zlecenia, więc znał nie jednego osobiście. Liczył, że dogada się jakoś na podwózkę. Przedstawiciele ligi byli poniekąd po jednej stronie barykady.
- Panowie zaczekajcie! Księżyc Chons mijacie?
 
Icarius jest offline  
Stary 01-12-2016, 18:44   #25
 
Tadeus's Avatar
 
Reputacja: 2054 Tadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputację
Stanton przekonywanie d20=krytyczna porażka


Inżynier ruszył sprintem w kierunku szykującego się do odlotu frachtowca Pośredników, minął pędem stróżówkę ochrony i punkt celny. Starał się przybrać postawę i minę jakby totalnie miał prawo tam być, ale ciężko było stwierdzić, jak mu to wyszło. Wpadł do zatoczki, która mieściła odlatujący statek gwiezdny i zdążył już nawet zacząć zagadywać jednego z załogantów, gdy od tyłu mocno ucapiły go silne ramiona i szarpnęły w tył.

-Zaraz gagatku! Kontrola celna!

Usłyszał kliknięcie metalu kajdanek, które jeden z trzech celników już najwyraźniej szykował, by wsadzić mu na nadgarstki. Gęby umundurowanych funkcjonariuszy wyglądy na twarde, nieprzejednane i niezbyt skore do negocjacji. Załogant statku pośredników przez ułamek sekundy wydawał się zastanawiać, czy nie cofnąć się i nie pomóc przybyszowi, ale najwyraźniej stwierdził, że nie chce problemów i nie może marnować czasu. Wzruszył ramionami i zniknął mu z pola widzenia oddalając się w kierunku lądowiska. Inżynier usłyszał wizg startujących silników.

Wiedział, że poszło fatalnie. Włączył komunikator by jego kompan słyszał rozmowę. Każdy zwykły obywatel zostałby już zakuty w kajdanki. Które i dla Stantona były już szykowane. Zagrał w ostatnią kartą jaka wpadła mu do głowy. Taki celnik może się obawiać kłopotów i masy papierkowej biurokratycznej roboty. Pokazał mu znak gildii kupieckiej z oznaczeniem inżyniera.
- Panowie jestem inżynierem, w drodze do pilnej naprawy w siedzibie rodu Xantippe. Od tego zależą ludzkie życia! Nie chcecie się później z tego tłumaczyć. Widzicie czym przyleciałem -wskazał palcem na złote berło. Taki cud techniki musiał robić wrażenie. I aż krzyczał do oglądających “posiadacz ma wieeelkie wpływy i kasę”
- Tam idzie panicz Ali Al-Malik on wam wszystko wyjaśni. Puśćcie mnie nie chce mieć kłopotów ze szlachtą i wy też nie.
Patrzył na reakcję celników. I widząc choćby ślad wahania chciał zerwać się do biegu. Póki statek się nie oderwał do ziemi miał szansę.

Słysząc o szlachcicu i członkostwie w Gildii Kupieckiej celnicy jakby złagodnieli, nie mieli jednak najwyraźniej zamiaru złagodzić chwytu na jego ramieniu i nadal trzymali w pogotowiu kajdanki.
- Prawo to prawo - rzekł posiwiały lekko brodacz o rosłej żołnierskiej posturze, który zdawał się być przełożonym pozostałej dwójki. Widząc jednak zbliżającego się w oddali, bogato ubranego szlachcica, który musiał usłyszeć rozmowę w komunikatorze, dodał jednak pojednawczo - Jeśli to sprawa gildyjna, odstąpimy jednak od zatrzymania, jeśli przy poprawnej odprawie celnej nie doszukamy się żadnych nieprawidłowości. - wskazał mu kierunek, z którego przybiegł. - Proszę wrócić do swojego statku, od razu wyślę tam urzędnika, by jak najszybciej załatwić formalności.

W tym momencie przybył też szlachcic i chwyt na ramieniu inżyniera został zwolniony. Problem w tym, że Stanton nie miał już gdzie biec, potężna sylwetka frachtowca uniosła się już nad poziom dachów portu gwiezdnego. Z silników buchnęły jonowe płomienie i pojazd wystrzelił ku chmurom. Zasapany trochę Ali spojrzał ku niebiosom.
- Zaprawdę mało brakowało, nikt nie może ci zarzucić, że nie próbowałeś wszystkiego, by zdążyć, mój ty uskrzydlony miłością przyjacielu.
- To nie koniec. - powiedział Stanton z zacięciem na twarzy. Po czym jego mina złagodniała. - Ja się tam muszę dostać, Ali. Mam dobre kontakty z Pośrednikami zarówno jako członek gildii jak i inżynier prywatnie. Będę szukał transportu do upadłego. Zaraz spróbuję skontaktować się z nimi i z gildią. W stolicy był też jakiś wolny strzelec co stracił robotę u Decadosów. - Stanton nie zamierzał się poddawać.

Ali westchnął tylko ze współczuciem i poklepał przyjaciela po plecach. Piętnaście minut później byli już po odprawie w porcie gwiezdnym.
- Stantonie, nie żebym nie wspierał w pełni twej wzruszającej sercowej krucjaty… Alem zmęczony ponad miarę, odwiedzę rodzinę i znajomych, może przy okazji dowiem się czegoś o jakimś wolnym statku. Jeśli miałbyś już dzisiaj nie znaleźć żadnej okazji do odlotu, to tylko daj znać, a załatwię ci zacne lokum! Ostatnio, gdy tu wizytowałem wskazano mi na usługi Madame La’Dai zmysłowej mistrzyni lihalańskiego masażu relaksacyjnego! Powiadam ci bracie nie z mej krwi! Tego ci właśnie teraz potrzeba, by spojrzeć na całą sprawę spokojniej! Ty się zamęczysz!

- Dziękuję bracie za wszystko. - Stanton serdecznie go uściskał - Miłość ponoć odbiera rozum nie przeczę. Jednak i uskrzydla! - powiedział ze śmiechem - Więc miejmy nadzieję, że wyniesie mnie na księżyc Choms.

Aleksiej

Obudził się z jeszcze większym bólem głowy, przywiązany liną do krzesła. Zamrugał. Miguela chyba nigdzie tam nie było. Bardzo blisko obok niego stały dwa zsunięte, dużych rozmiarów stoły, niemal całe pokryte równo rozstawionymi i pieczołowicie posegregowanymi… narzędziami, niektóre z nich przypominały piły, inne szpikulce, jeszcze inne nie przypominały nic, co kapłan widział do tej pory. Były tam dziwne kule i wymyślne sprężyny… lepiej było nie myśleć o ich zastosowaniu.

Najdziwniejsze było jednak to, że wydawało się, iż poza Aleksiejem nikogo tam nie było. Wydawało się, że gdzieś bardzo daleko rozbrzmiewają jakieś przytłumione nawoływania i krzyki, dał się słyszeć hałas, wszystko było jednak daleko od pokoju, w którym się obecnie znajdował i rozbrzmiewało tylko dzięki echom w korytarzach podziemnego kompleksu.

Aleksiej oddychał szybko i urywanie. Serce biło mu z równie wielką szybkością, wybijając rytm dla jego świszczącego oddechu. Bał się narzędzi wokół siebie, był przywiązany i bezbronny. Samotność cieszyła go, ale wiedział, że wkrótce zostanie poddany torturom i być może nie opuści tego pomieszczenia żywy. W myślach zaczął składać gorączkowe modlitwy do Wszechstwórcy. Wiedział, że niektórzy - bardzo potężni - kapłani byli w stanie przywoływać anioły, by przynosiły pomoc w potrzebie. Teraz potrzebował takiej własnie interwencji.

Modlitwa pomogła mu wyciszyć swój umysł i uspokoić skołatane nerwy. Wydawało się, że jego zmysły znów się wyostrzyły, a serce przestało walić jak młot paraliżując strachem jego członki.

Brak kary do percepcji.

O dziwo jednak jego kat nadal się nie zjawiał. Wcześniej rozbrzmiewał chyba jeszcze jakiś harmider, gdzieś daleko na granicy słyszalności, ale teraz od paru chwil było już zupełnie cicho. Czyżby to było też formą znęcania się nad nim, pozostawienie go sam na sam z narzędziami? Trzeba przyznać, że były jednak zadziwiająco blisko, gdyby rozhuśtał krzesło i rzucił się nim w bok, może udałoby mu się zrzucić coś ostrego ze stołu, tak by wylądowało to koło niego w zasięgu ręki, nogi, czy zębów… z drugiej strony raczej daleko mu było do atlety i mistrza koordynacji ruchowej, jeszcze zrobiłby sobie krzywdę i narobił hałasu powodując, że ewentualne kat byłby dla niego jeszcze mniej litościwy. Serce znów zaczęło mu bić szybciej, jak każdej zwierzynie, która ujrzała - nawet najmniejszą i najbardziej desperacką - ścieżkę ucieczki od okropnego losu.

Aleksiej rozmyślał przez chwilę. Mógł tu czekać na tortury, lub choć spróbować się wyzwolić. Podjął drugą decyzję i zaczął się huśtać, mając nadzieję, że uda mu się przeciąć więzy jednym z ostrych narzędzi.

Aleksiej sprawność d20(+4 łatwy)= 4 sukces!


Poszło mu zaskakująco dobrze! Rozhuśtane energicznie krzesło uderzyło mocno w stół zrzucając z niego parę narzędzi, z których dwa, szpikulec i dziwaczna piła wyglądająca jak przerośnięty nóż do sera wylądowały zaraz koło niego. Udało mu się też z krzesłem upaść tak, by mieć żelastwo z grubsza w zasięgu nogi i dłoni. Narobił trochę hałasu, ale chyba nie za dużo. Pozostało już tylko spróbować użyć skrępowanych członków, by jakoś podsunąć do siebie narzędzia i się nimi posłużyć.

Aleksiej sprawność d20(+4 łatwy +2 za poprzedni sukces)= 20 krytyczna porażka


Próbował, próbował, ale mimo ogromnej koncentracji i wysiłki koncepcyjnego nie był w stanie chwycić narzędzi wystarczająco pewnie, by przeciąć więzy. Na domiar złego w napadzie frustracji odepchnął dziwaczną piłę za daleko od siebie i teraz nie mógł jej chwycić. Leżał tak skrępowany, wyczerpany i bezsilny.

I wtedy usłyszał kroki. Powolne i posuwiste. Szurające. Zatrzymały się przed drzwiami.

Aleksiej percepcja d20= 19 porażka
Aleksiej Teurgia d20= 19 porażka


Klamka drzwi poruszyła się powoli. Do środka, utykającym, chwiejnym krokiem wpadł jego kompan z celi, okropnie zniekształcony przygarbiony dziad. Rzucił się na niego, sycząc przeraźliwie i wymachując pazurzastymi łapskami. Ale to nie był skok! Zatoczył się i padł jak długi, sapiąc z bólu. Całe jego ciało pokryte było świeżymi ranami, niektóre miejsca wyglądały jakby zwierzęta żywcem wygryzły z niego mięso, nie wiadomo jakim cudem miał w ogóle siłę, by się tam doczłapać. Machnął jeszcze bezsilnie pokrzywioną łapą i zamarł. Chyba martwy. Na zewnątrz, za otwartymi drzwiami panowała idealna cisza.

W końcu, po paru chwilach wydających się wiecznością, udało się Aleksiejowi chwycić piłę i dokończyć piłowanie więzów.

Holly powili wstał. Podszedł ostrożnie do dziada i sprawdził czy żyje. Z jednej strony bał się go, z drugiej było mu go żal. Znał modlitwy leczące i był w stanie użyć ich na starcu, nawet, jeśli to nie był zbyt dobry pomysł.

Aleksiej teurgia leczenie d20(-2 poważne rany)= 10 porażka


Wydawało się, że gorąca modlitwa zaczynała działać, niektóre rany na ciele zmasakrowanego dziada zaczynały się lekko zasklepiać, jednak było już za późno. W momencie, w którym dusza opuściła ciało dziwaka, przestała na niego spływać łaska Wszechstwórcy. Pozostał sam na sam ze świeżymi zwłokami.

Aleksiej medycyna d20= 9 sukces


Znał się jednak na ludzkim ciele i mógł spróbować zdiagnozować, co też przytrafiło się nieszczęśnikowi między ich ostatnimi spotkaniami. W dwóch miejscach przy skrajach ran dało się dostrzec ślady ugryzień, niepokojące było to, że wyglądały jakby mogły pochodzić od zębów… ludzkich. Ale nie były to jedyne rany, widać było tam zarówno stłuczenia, jak i długie zranienia sugerujące rany cięte, zadane być może różnymi przedmiotami. Nie widać było ran postrzałowych ani poparzeń. Duża ilość naskórka pod paznokciami dziada mogła sugerować, iż nie poddał się bez walki.

Aleksiej zamknął oczy biedakowi i odmówił krótką modlitwę nad jego zwłokami. Był szaleńcem i chciał go zaatakować, ale Eksatonikowi i tak było go żal.

Po modlitwie Aleksiej uzbroił się w jedno z ostrzy, które miały służyć do tortur i ostrożnie wyszedł z pomieszczenia. Jeśli ktoś czekał na niego za drzwiami, to Holly mógł się przynajmniej bronić.
 
Tadeus jest offline  
Stary 09-12-2016, 19:19   #26
 
Tadeus's Avatar
 
Reputacja: 2054 Tadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputację
Stanton

Szlachecki przyjaciel inżyniera ruszył w kierunku najbliższego powozu, który można było wynająć do poruszania się po najbogatszej części Dzielnicy Wewnętrznej. Stanton musiał teraz zaplanować dalsze posunięcia. Siedziba Zakonu Inżynierów była bliżej, Pośrednicy byli dalej na obrzeżach, potrzebowali bowiem więcej miejsca na place treningowe i garaże dla sprzętu bojowego.

W tym samym czasie przypomniał sobie też o obliczeniach, które zlecił komputerowi dobre parę godzin temu. Wydawało się, że zaszyfrowana wiadomość-zagadka z jego Gildii wreszcie została rozszyfrowana. Była tam mowa o nowym zaleceniu Patriarchy, z którym zapoznał się już z ust jego “spowiednika”, była też informacja bardziej organizacyjna. Mistrz ich oddziału Gildii, magister Ghwalo zaginął w przestrzeni kosmicznej dobry miesiąc temu i mimo nasilonych poszukiwań nie było nadal po nim śladu, a to zgodnie z regulaminem oznaczało, iż rozpoczynał się proces wyboru jako następcy.

Stanton nie miał co prawda wystarczająco wysokiej rangi, by samemu kandydować na to stanowisko, ale jego pozycja dawała mu dwa głosy przy wyborze, a te w stosunkowo niewielkiej enklawie Inżynierów mogły okazać się dla ubiegających się o stanowisko mistrza bardzo ważne. Problem w tym, że wybór nie był łatwy. Bladawy i niski Aldon Vanderi był bardzo ambitny i wprawny w fachu, ale wydawał się zimny i czasem bezlitosny w dążeniu do zwiększania wpływów Gildii i - czasem również - własnych celów. Za to podstarzały już czarnoskóry Karul Vi’Gral był typowym serdecznym dziadkiem, był dobrotliwy i wyrozumiały, do tego niezbyt sprawnie poruszał się w najnowszych odkryciach technologii, preferując przestarzałe metody, a w Gildii chodziło przecież o interesy. Inni członkowie Ligii Kupieckiej z pewnością wykorzystaliby słabość przywódcy Inżynierów.

Stanton stał przed kolejnym wyborem. Aldon byłby lepszy dla ogółu gildii, owszem dbałby z pewnością o własne interesy… tak robi każdy. Jednak najpewniej robiłby to umiejętnie i z korzyścią dla wszystkich jej członków. Inaczej wygryziono by go ze stołka jaki zajmuje. Nie pasowała mu jego bezwzględność w dążeniu do celu… Jednak czy mógł być ślepy na oczywistą prawdę? Świat bowiem właśnie taki był! Okrutny i bezwzględny, pozbawiony empatii… wielka arena walki o wpływy i władzę. Ziemia po której stąpał, Cadavus był tego najlepszym wszak przykładem. Gdy inkwizycja zapuka do drzwi gildii, lepiej jest mieć po swojej stronie energicznego przywódcę… Wilka wysyła się przeciw wilkom, owca może się nie sprawdzić. Stanton znał te wszystkie gorzkie prawdy. Bolesne, trudne, niesprawiedliwe. Sam starał się taki nie być. Z ostateczną decyzją powstrzyma się jednak do póki nie porozmawia z Aldonem. Z chęcią wysłucha jego planów, jego namiastki programu wyborczego. Jako przyszły ojciec, zapewne rozejrzy się też za wyborczą kiełbasą. Sytuacje jak ta generowały możliwości. Na miejscu wybada też sprawę transportu.

Na szczęście na dotarcie do siedziby swojej Gildii nie musiał marnować dużo czasu, znajdowała się dosłownie za rogiem po wyjściu z portu gwiezdnego. Minął bogato zdobioną, reprezentacyjną bramę przeznaczoną dla zamożnych gości i skierował się “na podwórko”. Tam na rozległym zapleczu mieszczącym szereg pół-otwartych warsztatów parunastu młodych czeladników i pracowników najemnych zajmowało się prostymi pracami konserwacyjnymi. Niektórzy go rozpoznawali i z szacunkiem skinęli głową, innych widział po raz pierwszy. Słyszał, że Gildia potrzebowała ich więcej, od kiedy część jej wysiłków skoncentrowała się na podwodnej eksploracji wokół tajemniczych kraterów morza Medikawańskiego.

Było późne popołudnie, powoli robiło się zimno, choć dużo tu brakowało do mrozów odczuwanych na północy, z której przybywał. W powietrzu zalegała lekka szaro-rdzawa zawiesina będąca w tych stronach mieszaniną mgły i pyłu nawianego przez lata z otaczających miasto pustkowi.

Wpierw natknął się na Karula, który od razu zauważył go, unosząc pomarszczoną twarz znad manifestu przewozowego, wszędzie wokół niego stały kontenery i kręcili się pomocnicy.

- Stantonie! Cieszę się, że jesteś! Jak tam ojciec? Wszyscy w zdrowiu? Posłuchaj mnie chłopcze, musisz to zobaczyć! Ty zawsze miałeś dobre oko do szczegółów.
Wyciągnął w jego kierunku jakiś wydruk, prawdopodobnie z sonaru. Jakość była jednak kiepska.
- Czy ty to widzisz? - oczy starca lśniły z ekscytacji. Stanton mimo najlepszych chęci i jako takiego obycia z podobnymi zdjęciami nie widział tam jednak nic poza pofałdowanym nieregularnym dnem… zapewne morza.
- Te nowoczesne zabawki naszego przyjaciela Aldona nic tam nie wykryły! - kontynuował stary mistrz. - Ale mój sonar tak. Zobacz tylko na te linie! One nie mogą być przypadkowe! Nie możemy przestać szukać w tym miejscu! Od początku mówiłem, że moja intuicja nie zawiedzie!

Stanton wpatrywał się i wpatrywał, ale jeśli były tam jakieś drobne nieregularności, to trzeba było mieć naprawdę dużo dobrej woli, by od razu uznać, że to coś nienaturalnego. Poza tym, cóż, przy takiej jakość nie można było dużo powiedzieć.
- Słuchaj Stantonie, ja wiem, że nie wypada tak po prostu pytać… - wyraźnie się zawstydził. - Może chodźmy do mnie, Martha upiekła wspaniałe ciasto...
Usadowił go w swoim gabinecie pełnym pamiątek z przeszłości, ciasto smakowało jakby zrobione zostało na bazie terrańskiego kakaowca i faktycznie pachniało wspaniale.
- Potrzeba mi pieniędzy, by kontynuować badania w tamtym miejscu… - wyznał. - Ja naprawdę nie ch...
Przerwały mu otwierające się drzwi do gabinetu

Aleksiej

Kamienne korytarze rozciągające się pod starą katedrą były puste i mroczne, gdzieniegdzie rozświetlały je pojedyncze, słabe płomienie świec i pochodni. Eskatonik dojrzał obok następne drzwi, prowadzące zapewne do pomieszczenia podobnego jak to, z którego wyszedł, jednak te okazały się zamknięte. Na podłodze widać było słabe czerwone smugi, jakby od dłuższego czasu wciągano tam i wyciągano stamtąd pokrwawionych nieszczęśników. Ścisnął mocniej w dłoni improwizowaną broń zabraną ze stołu tortur. W oddali widział rozgałęzienia korytarzy. Z tego, co był w stanie ustalić w półmroku, miał co najmniej trzy drogi, które mógł wybrać. Żadna z nich nie wyróżniała się jednak nie czym wyjątkowym.

Aleksiej teurgia d20(+1 dłuższy kontakt)= 1 krytyczny sukces


Nie tylko jednak naturalne zmysły Eskatonika mówiły mu, że coś tam nie było w porządku, również jego jaźń wyczulona na obcowanie z nadnaturalnymi energiami biła na alarm. Czuł dziwną, złowrogą obecność, było w niej coś… Tak, podobną energię czuł w pobliżu dziwnego opętańca, do którego go sprowadzono i w obliczu którego został powalony. Tu była jednak znacznie słabsza i bardziej subtelna.

I wtedy w jednym z korytarzy, gdzieś w mroku rozbrzmiał przytłumiony hałas, jakby ktoś zrzucił metalowy pucharek ze stołu, coś małego metalicznego głucho zadzwoniło o kamienną podłogę i kawałek się po niej potoczyło. Zamarł. Nic więcej nie usłyszał. Powietrze w podziemnych korytarzach było duszne i kleiste, drażniło go w płucach.

Aleksiej wziął parę głębszych oddechów. Ruszył korytarzem naprzeciw siebie - miał jakiś inny wybór? Powoli i ostrożnie posuwał się naprzód, modląc się w duchu, by nikt go nie zatrzymał.

Aleksiej percepcja d20(-1 półmrok)= 16 porażka


Brnął starym kamiennym, pogrążonym w półmroku korytarzem, jego zmysły były wyostrzone do granic możliwości, a mimo to za późno usłyszał postać czającą się w mroku. Zauważył jej sylwetkę już blisko siebie, niemal na wyciągnięcie ręki, skuloną pod ścianą i wstrząsaną spazmami. Z jej ust wydobywało się rzężenie i potok cichych nieskładnych szeptów. Na sobie miała resztki poszarpanego odzienia, widać było ślady krwi.
- Ohh nie… jaa muszę… oh.. muszę… nie mogę… on czai się w snach… jaAAAAA!!!
Gwałtownie powstał, jakby chciał rzucić się w stronę kapłana, ale powstrzymał się ostatkami siły woli.
- Uciekaaaaaaaj! - zawył, łamiącym się głosem, w którym przebijała się jakaś demoniczna nieludzka nuta.
 
Tadeus jest offline  
Stary 11-12-2016, 01:55   #27
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 16398 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Stanton od razu poznał tę sylwetkę, zgrabnej dziewczyny w roboczym kombinezonie i przypiętych do narzędziowego pasa okularów do spawania. Uśmiechnęła się promiennie.

- Stanton!!! - podskoczyła i dała mu całusa. - Wieki cię nie było! Przyjechałeś pomóc mi i Karulowi w badaniach? Widziałeś te zdjęcia? Są niesamowite! Teraz naprawdę bardzo przydałaby nam się twoja pomoc!
- Jestem w podróży na księżyc Chons.- stwierdził rzeczowo Stanton nie dając się oczarować dziewczynie do której miał słabość z młodzieńczych lat. Zresztą z wzajemnością. - Mam tam ważne sprawy. Zajrzałem w drodze by zobaczyć co w moim domu. U was i w gildii jako takiej. - wyściskał kobietę i również ją pocałował.
- Przy okazji również oddać swój głos na nowego lidera. Widzę i słyszę, że nie próżnujecie. - uśmiechnął się - Ba Mistrz Karul poza ambicjami badawczymi ma również polityczne! Czemu to Mistrz się zdecydował? I jak idzie kampania wyborcza?

- A tam, polityka! - stary mistrz zaśmiał się serdecznie i machnął ręką. - Po prostu szkoda mi was, porzuconych owieczek. Wciąż wierzę w to, że ten hultaj Ghwalo gdzieś tam utknął i tylko trochę was popilnuję do jego powrotu. Ale jeśli nie… - zamyślił się. - Znasz mnie Stantonie, jestem tu już długie lata, nie mieszałem się do spraw administracyjnych, ale zawsze starałem się stać na straży naszych wartości... Aldon… Aldon... jest wspaniale utalentowanym młodym człowiekiem, ale… nie jestem pewien, czy ambicja nie przysłania mu rzeczy, które są ważniejsze w życiu…
Trzeba przyznać, że różnie z nim bywa..
- dodała dziewczyna. - Czasem wydaje się, że poświęciłby wszystko dla innych członków Zakonu, kiedyś sama uważałam, że jest super! Ale czasem… czasem jest jak golem, nie mogę go rozgryźć - zagryzła usta. - Ale co my tu zanudzamy cię lokalnymi problemami, mówisz, że ruszasz w kosmos? Chons? Ha, no ostatnio ciężko z podwózką. Pośrednicy mają jakiś problem przy wydobyciu… chyba z dyscypliną pracowników, podobno w systemie nie jest też do końca bezpiecznie… Może spróbujesz jednak u Sędziów? Aldon chyba właśnie szykuje jakiś pakiet dokumentów, którzy oni mają dostarczyć poza system. Może załatwi ci przy okazji podwózkę? A i masz to! Zastanów się, to świetna okazja!

Wcisnęła mu w rękę kolorową ulotkę reklamującą inwestycję w przedsięwzięcie eksploracyjne profesora Vi’Grula i jego badaczy. Po zdobionej czcionce dało się wywnioskować, że prospekt przeznaczony był też dla ewentualnych szlacheckich sponsorów chcących ulokować swoje pieniądze. Ponoć spodziewany zysk wynosił do 30% w przeciągu pierwszego pół roku.
- Sama zaprojektowałam - rzuciła dumnie. - Starałam się nie przytłaczać technicznymi faktami, ale znajdziesz tu podsumowanie naszych odkryć z ostatnich tygodni! Będziesz miał co czytać po drodze!
- Tak zrobię moja droga, tak zrobię- uśmiechał się na widok przyjaciół. Schował ulotkę i materiały pod płaszcz - Wyborne ciasto Mistrzu, małżonka wciąż jest boska kucharka. Wielki talent - powtarzał między kęsami. - Mistrz coś zaczął tłumaczyć, mówcie śmiało nie wiem czy będę mógł pomóc ale z chęcią wysłucham. Macie jakieś konkrety w tej wyprawie? Wynik z tego sonaru, mówię to szczerze jest niejednoznaczny. Przeczucie i intuicja to ważne rzeczy Mistrzu, nie wiem tylko czy przekonają inwestorów. -podzielił się szczerze obawami.

Dziewczyna popatrzyła na niego krzywo.
- Aleś się sztywny od tego twojego mieszkania na północy zrobił! - wydęła usta, choć widać było, że tak naprawdę zdawała sobie sprawę z tego, że w tym, co powiedział było sporo racji. - Mamy odłamki tych datowanych na setki tysięcy lat ceramicznych figur, od których całe te poszukiwania się zaczęły. Więc tam musi być coś więcej! - podkreśliła.
- Tyle, że spór w obrębie gildii toczy się o to, gdzie i z jakim nakładem środków ich szukać. Aldon twierdzi, że mogą pochodzić skądkolwiek w obrębie morza, planeta w ostatnich tysiącleciach przeszła znaczne zmiany geologiczne, więc jest za szybkim, powierzchownym przeczesaniem jak największej powierzchni. Ale nie tak mamy w zwyczaju pracować, jesteśmy naukowcami! Poza tym nie mamy tylu ludzi. I Aldon też to wie i ponoć pertraktuje już z Pozyskiwaczami. - dziewczyna westchnęła jakby nie chciała o tym słuchać.
- Pozyskiwacze, rozumiesz. Hieny cmentarne! Trzeba im przyznać, że są sprawni, ale nawet jak coś znajdą to połowa z tego w dziwnych okolicznościach zniknie i pojawi się na targach na innych planetach!
- Rozumiem Cię -pokiwał głową Stanton - weźmy jednak pod uwagę warunki pracy. To Cadavus, jeśli wybierzemy metodę punktowego szukania bez pomocy z zewnątrz… odkryć możemy nic. I taki scenariusz dominuje. Za małe środki, za mały teren. Jeśli skorzystamy z metody Aldona, z pomocą tych hien pozyskiwaczy. Zyskamy coś, na znacznie większej szansie. Podejdź do tego naukowo, oceń prawdopodobieństwo. Lepsza połowa znaleziska niż nic.

Dziewczyna wyglądała jakby już chciała jakoś kąśliwie skomentować przesadnie racjonalne podejście do sprawy, jednak tylko opuściła ręce i popatrzyła na niego krzywo.
- Zmieniłeś się. - rzuciła nie wiadomo, czy z podziwem, czy naganą.
- Najgorsze jest to, że chyba masz rację. Wiesz… Nie interesuję się specjalnie sprawami finansowymi Gildii, ale podobno ogólnie nie jest dobrze. Pamiętasz Magistra Ghwalo, był pasjonatem i odkrywcą, potrafił zaangażować cały budżet w jakieś szalone badania…
Spojrzała na niego, jakby starała się wyczytać coś w jego twarzy…
- Ale to skomplikowany temat, a tobie się chyba spieszy. Jeśli chcesz dostać się na ten statek Sędziów to pędź do Aldona! O reszcie pogadamy innym razem. - popchnęła go mocno w stronę korytarza.

- Znajdziemy czas innym razem - pocałował ją w policzek na odchodne.

Cóż, nie musiał długo szukać, korytarz przed biurem Vi’Grula szybko przemierzał właśnie rzeczony pretendent do tronu Gildii. W dłoni trzymał grubą, wypchaną dokumentami teczkę. Aldon widząc Stantona zwolnił i kiwnął głową na powitanie, jednak nie wyglądał jakby miał zamiar się zatrzymywać, wskazał tylko trzymane dokumenty sugerując, że to ważna sprawa i ewentualnie później się zgadają. Chwilę później przypadło do niego dwóch jego ulizanych asystentów podsuwając w biegu jakieś rzeczy do podpisywania i dogadując biznesowe sprawy.

-Mistrzu Aldonie - zwrócił się stan jednocześnie podchodząc do niego. -Wiem, że Mistrz ma pilną sprawę - wskazał głową na dokumenty.
- Ja mam jednak równie pilną. Chciałbym zamienić z Mistrzem kilka słów o moich głosach wyborczych. Mego ojca zresztą też - podkreślił zarówno posiadanie dwóch swoich głosów. Jak i wspomniał o ojcu których miał ich tyle samo jeśli nie więcej. - Ponadto statek sędziów ponoć niebawem odlatuje, chciałbym skorzystać z ich pomocy przy transporcie. Muszę się dostać na księżyc Chons. Poświęci mi Mistrz chwilę na osobności?

Mężczyzna zatrzymał się i dokładnie przyjrzał się Stantonowi.
Ale oczywiście, panie Walton. Jeśli to ważna sprawa, to znajdę dla pana chwilkę. Gestem dłoni wskazał mu swoje biuro, pokazując jednocześnie asystentom, że później zajmie się ich sprawami.

Pomieszczenie, które wcześniej należało do magistra Ghwalo obecnie było uprzątnięte prawie do zera, było czysto i schludnie. Zupełnie nie jak u Inżynierów, który najczęściej wszędzie porozrzucane mieli plany swoich aktualnych badań i schematy niezliczonych - często niekończonych przez lata - wynalazków. Iście jakby Aldon praktykował u suchych i rzeczowych Sędziów. A może tak było? Ponoć w czasach akademickich znikał na całe miesiące, powracając z wieloma cennymi koneksjami.

Gospodarz wskazał mu miejsce po drugiej stronie biurka, chowając dokumenty do zamykanej na klucz metalowej szafki.
- Cieszę się, że zechciał pan porozmawiać ze mną o nadchodzących wyborach. To bardzo ważny czas dla Zakonu Inżynierów na Cadavusie. Przedłużający się brak przywódcy powoduje, że marnujemy liczne, cenne okazje. Mam już parę ciekawych projektów, które tylko czekają na odpowiednią autoryzację przez przyszłego mistrza - chrząknął, jakby zupełnie nieoczywistym było, że to właśnie sam widzi się w tej roli i chętnie by te papierzyska podpisał.
- Gdy uda się zamknąć albo outsourcować ten słabo rokujący projekt z podwodnymi poszukiwaniami będziemy mogli relokować naszą siłę badawczą do bardziej interesujących rzeczy… Pojawią się też ciekawe posady kierownicze, które chciałbym obsadzić doświadczonymi członkami Zakonu... - spojrzał na niego bystro. - Czy wspominał pan o księżycu Chons? Tak się składa, że w jednym z planów przydałaby się bardzo współpraca zamieszkującego go rodu. Niestety szlachetni Xanthippe nie są zbyt skorzy do współpracy pod względem technologicznym, a dużo moglibyśmy na tym zyskać… Jeśli udałoby się panu nawiązać dobre stosunki, to być może okazałoby się to w przyszłości bardzo korzystne…
- Prosiłbym o szczegóły tego projektu z Xanthippe. Jeśli mam pozyskać ich przychylność przydałoby się więcej informacji. Ten podwodny projekt, moja ognistoruda przyjaciółka i twój główny konkurent panie. Wiążą z nim duże nadzieje. Dyplomatycznie byłoby dać im możliwość badania tamtego obszaru. Ktoś w końcu musi nadzorować grupę Pozyskiwaczy. Do innych projektów mogą nie mieć tyle serca, więc sugeruję kompromis ze wskazaniem na rozsądek. Ograniczone środki, wspólnicy… Kto wie może coś się z tego wykluje. O jakich stanowiskach mówimy?- podrapał się po kilkudniowym zaroście.

Aldon popatrzył uważnie na młodego inżyniera.
- Co do podwodnych poszukiwań… Nie podjąłem jeszcze decyzji i nie wiem, czy ja będę miał na to wpływ, nie wyobrażam sobie jednak współpracy mistrza Vi’Grula z kontraktowymi pracownikami z innych frakcji… To będzie jeszcze kwestia do przemyślenia, nie chcę ubiegać faktów… Co zaś tyczy się rodu Xanthippe. Zakon nie ma zbyt dobrych doświadczeń z tym rodem, są wręcz chorobliwie skryci jeśli chodzi o ich technologię, a ostatnio okazało się, że na poznaniu tych sekretów moglibyśmy sporo zyskać… Zapewne wie pan, że spora część tego ich księżyca to w rzeczywistości elektrownia solarna, do tego dysponująca pamiętającym czasy Drugiej Republiki eksperymentalnym emiterem wiązki przesyłowej. Używają go, by zasilać stację na księżycu obok, ale historyczne zapiski pokazują, że w przeszłości rozważano użycie jej do zasilania osad na Cadavusie… bądź… jako broni… - splótł wymownie palce. - Jeśli udałoby się nawiązać współpracę, cały, niewątpliwie bardzo dochodowy projekt potrzebowałby oczywiście kierownika badań… No i pozostałby jeszcze prestiż związany z udostępnieniem Zakonowi tak rzadkiej technologii…

Stanton chwilę się zastanawiał.
- Powiem wprost. Mistrzu Aldonie chodzą słuchy że bywa Mistrz bezwzględny w dążeniu do celu. Zarówno własnego jak i Zakonu. Na takich planetach jak Cadavus potrzeba jednak silnego przywództwa. Jestem człowiekiem słownym a Mistrz będzie potrzebował sojuszników. By budować pozycję i potęgę własną jak i Zakonu. Oddam na Mistrza głos, spróbuję wybadać Xantippe podczas mojego pobytu na ich księżycu. Dla dobra Zakonu ma się rozumieć. Chcę jednak od Mistrza słowo, że podwodna ekspedycja się odbędzie. Cenie wartość przyjaźni i nie chciałbym być przyczyną stłamszenia marzeń moich bliskich. Proponuję zatem sojusz moje głosy… ale za kompromis. Zyska Mistrz również w ich oczach scementuje zakon. Jeśli mamy uzyskiwać wpływy na planecie zwarcie szeregów dobrze nam zrobi.

-Panie Walton… - Aldon zaczął znowu używając “biznesowej” formy zwracania się do rozmówcy, która w kontaktach wewnątrz Zakonu raczej nie była praktykowana. Najwyraźniej faktycznie często miał do czynienia z przedstawicielami innych frakcji w obrębie Ligii Kupieckiej. - Cieszy mnie zdroworozsądkowe podejście do sprawy i pana poparcie, jednak w przypadku poszukiwań nie jest to kwestia mojego kaprysu. Obecnie Zakon na Cadavusie nie ma środków, by prowadzić i poszukiwania podwodne i angażować się jednocześnie w inne ambitne projekty. Przypominam też, że wraz z tragedią mistrza Ghwalo straciliśmy jedyną jednostkę gwiezdną i dopiero co wydaliśmy sporą część oszczędności, by zamówić nową na Criticorum. Albo mistrz Vi’Grul znajdzie dodatkowe finansowanie, albo podpiszemy kontrakt na obsługę tych poszukiwań z frakcją, która zrobi to taniej... W obu przypadkach gotów jestem pozostawić mu kierownictwo nad poszukiwaniami, ale innego wyjścia nie widzę, jeśli nie chcemy jako gildia popaść w stagnację, zamrażając większość naszych środków w tym jednym projekcie. Nie będę w stanie spełnić pana oczekiwań, co do wzmocnienia pozycji Zakonu, jeśli do tego dojdzie.

- Rozumiem, dziękuję z otwartość w dyskusji. Jaka suma jest wymaga żeby odbyć tą ekspedycję? Chciałbym się również zapoznać z pana wizją na naszą przyszłość. Słyszałem na razie o księżycu Chons. Co jest w dodatku utrudnione o niekorzystną relację z Xantippe. Co z celami które chciałby pan wznieść na sztandary, że tak powiem? Rozumiem, że znalazłby się dla mnie transport na pokładzie statku sędziów. Skoro mam się tam podjąć również spraw Zakonu.
- Obecnie podwodne prace badawcze kosztują nas około 2 tysiące feniksów tygodniowo, oczywiście w zależności od nasil… BUUM!
Gwałtownie poderwali się z krzeseł. Na korytarzu na zewnątrz coś huknęło, rozległy się paniczne krzyki i głośny zgrzyt metalu.


Stanton percepcja d20= 16 porażka


Stanton mimo wysiłku nie był w stanie wyłapać z rozbrzmiewających na zewnątrz krzyków nic konkretnego Wydawało mu się jednak, że głośny zgrzyt i towarzyszący mu huk stawały się coraz głośniejsze, jakby ich źródło zbliżało się w ich kierunku!

Aldon momentalnie skrył się za biurkiem pokazując inżynierowi gestem, by spróbował tego samego, nie wiadomo kiedy w dłoni chudego niewysokiego człowieka znalazł się też mały pistolet laserowy, musiał go trzymać pod biurkiem. Po jego minie widać było, iż podobnie jak Stanton, nie miał zielonego pojęcia, co na zewnątrz się właściwie dzieje.

Stanton momentalnie uruchomił komunikator i spróbował nawiązać kontakt na wewnętrznych kanałach gildyjnych.
- Tu Mistrz Stanton Walton. Czy ktoś wie co się dzieje na zewnątrz? Co to za hałasy? - pytał wyraźnie zaniepokojony. Siedział jednak wygodnie na krześle i nie panikował.

Komunikator nie zdążył nawet na dobre połączyć się z wewnętrzną siecią komunikacyjną, gdy coś z ogromnym impetem wpadło w drzwi gabinetu i oddzielającą go od korytarza ścianę. Zdobione drewniane odrzwia dosłownie rozpadły się na strzępy, drzazgi i okruchy muru poleciały z wizgiem w stronę Stantona i kryjącego się za biurkiem Aldona.


Stanton sprawność d20=4 sukces


Inżynierowi w ostatnim momencie udało się paść na ziemię, unikając spotkania z pociskami. Zobaczył całe morze chaotycznie poruszających się metalicznych manipulatorów, ostrz, wiertł i spawarek. Wyglądało na to, że jeden z przemysłowych naprawczych robotów, które oddano Zakonowi do serwisowania zwariował. Za nim, przez unoszącą się chmurę pyłu, widać było ślad zniszczenia, poharatany korytarz, zniszczone skrzynie z zapasami, rannych pomocników i jakiś drobny pożar, być może wywołany uszkodzeniem pojemników z łatwopalnymi cieczami. W wewnętrznej sieci słychać było desperackie próby koordynacji działań, wezwano już straż Wewnętrznego Miasta.

Na szczęście wyglądało na to, że robot nie był zainteresowany mordowaniem konkretnie ich, zawinął dziwnym nieskoordynowanym ruchem wokół własnej osi, odbijając się ze zgrzytem od przeciwległej ściany i pognał dalej młócąc niebezpiecznymi odnóżami jak cepami. Nad ramieniem Stantona błysnęła wiązka lasera


Aldon strzelanie d20(+2 za pistolet -2 za zaskoczenie i pył -2 za pancerz robota)= 15 pudło.

Jednak było za późno, Aldon spudłował i metalowy behemot pognał gdzieś dalej.

- Zatrzymajcie go! On pędzi w stronę sklepu!!! - rozbrzmiało w wewnętrznej sieci komunikacyjnej Zakonu.
Faktycznie, nie była to najlepsza wiadomość. “Sklep” był częścią kompleksu dostępną dla bogatych gości i klientów z Wewnętrznego Miasta, niewątpliwie szalejąca tam maszyna nie pomogłaby ich reputacji. Stanton wyjrzał na zewnątrz, na szczęście robot wydawał się poruszać niemal zupełnie losowo, co chwila obijał się o ściany i wpadał na jakieś sprzęty, mieli więc parę chwil zanim dotrze do drzwi sklepu. Po chwili Stanton dojrzał też skąd zwariowany konstrukt się wziął. Na początku ścieżki zniszczenia jakiś czerwony z wysiłku i paniki asystent usilnie i pospiesznie próbował wpisywać komendy na trzymanym w dłoni przenośnym panelu zdalnego sterowania.

Wydawało się jednak, że beznadziejnie mu idzie, łzy desperacji pojawiały mu się już w oczach, niewątpliwie doszło do jakiejś awarii. Koło niego widać było wózek transportowy na którym wcześniej w zwiniętej, kompaktowej postaci spoczywał robot. Na wózku obok dało się dostrzec taką samą, tylko nieaktywną jednostkę.

Stanton biegiem rzucił się w stronę asystenta, liczył że jako doświadczony inżynier zapanuje nad maszyną. W sumie najłatwiej byłoby ją chyba wyłączyć. Akurat gdy dopadł do spanikowanego młokosa, gdzieś za nim rozbrzmiał wysoki świst wiązki laserowej. Aldon najwyraźniej nie chciał dać za wygraną, cóż, zapewne wiedział, jaki wpływ na jego karierę mogłoby mieć dotarcie oszalałego robota do pomieszczeń dla klientów.


Aldon strzelanie d20(+2 za pistolet -2 za pancerz robota)= 15 pudło


Niestety niecelna wiązka jedynie niegroźnie zasyczała, wtapiając się w jeden z poderwanych, koziołkujących kontenerów, w które właśnie wpadła maszyna. Szanse na powstrzymanie jej takim ostrzałem były raczej małe, szczególnie, że niewielki przyboczny pistolecik pewnie już powoli osiągał granice wydajności ogniwa, następne strzały mogły być coraz słabsze.

Stanton zdecydowanym ruchem przejął tablet i szybko zbadał stan urządzenia. Kątem oka zauważył wybiegającą w jego kierunku Rudi, z którą wcześniej rozmawiał. Na szczęście była blisko, z dala od robota. Dziewczyna podbiegła do rannych i zaczęła pomagać im opuścić korytarz, w końcu nie można było mieć pewności, że robot nie wróci.


Stanton technologia d20(-4 trudny i mało czasu)= 18 porażka


Mimo najszczerszych chęci nie był w stanie pokonać usterki, za każdym razem, gdy z listy dostępnych robotów wybierał tego oszalałego, cały program zawieszał się i restartował, próbował z trybu administratora, ale wynik był taki sam. Samo zdalne sterowanie wydawało się sprawne… wykrywało koło niego jeszcze sygnał drugiego robota, tego, który spoczywał obok w stanie spoczynku.

Sytuacja stawała się prawie beznadziejna. Nieliczny zakon na Cadavusie nie miał wewnętrznych sił ochrony, polegał na złożonym systemie alarmowym i zabezpieczeniu wejść z zewnątrz. Gdy zagrożenie dostało się już do środka mogli czekać tylko na świetne wyszkolonych i wyposażonych gwardzistów Wewnętrznego Miasta (na których się zresztą zrzucali płacąc ogromne podatki). Pytanie tylko, czy żołnierze - nawet jeśli zdążą - nie urządzą w środku strzelaniny. Ostatecznie pozostawała jeszcze próba dogonienia robota i dobrania się do jego skrzynki kontrolnej, jednak oczywiście byłoby to szalenie ryzykowne, o ile w ogóle starczyłoby czasu.

Stanton postanowił sprawdzić ustawienia drugiego robota. Odpalić diagnostykę i upewnić się, że nie ma krytycznych błędów. Po tym szybkim zabiegu o ile byłby pomyślny, zamierzał z pomocą drugiego robota unieszkodliwić pierwszego. Na pewno miał ku temu predyspozycje, patrząc na zniszczenia jakich dokonała pierwsza jednostka. Nie miał wiele czasu, szybko przełączył się na drugą jednostkę… Minireaktor spoczywającego koło niego robota obudził się z wizgiem. Miał tylko jeden problem, oprogramowanie chciało wymusić start z pełnym, długim trybem diagnostycznym, a on nie mógł pozwolić sobie, by tyle czekać. Natychmiastowe wybudzenie z jedynie pobieżnym sprawdzeniem błędów mogło robota uszkodzić, ale jaki miał wybór?


Stanton technologia d20(-1 na szybko)= 17 porażka


Zajęło mu to zbyt długo, gdy wreszcie obszedł zabezpieczenia i metaliczny golem ruszył w kierunku swojego oszalałego pobratymca, było już za późno. Pierwszy robot wpadł z impetem na drzwi prowadzące do sklepu.

Oszalały robot WW d20(+2 znaczna masa i rozpęd)= 7 sukces!


Rozległy się paniczne wrzaski i… strzały z broni maszynowej. Najwyraźniej ostrzeżona straż Wewnętrznego Miasta jednak zjawiła się na miejscu, choć ciężko było stwierdzić ilu ich dotarło na czas i czy będą w stanie wystarczająco szybko powalić felerną maszynę. Wydarzenia były już za daleko, by Stanton mógł śledzić je własnymi oczami, jednak miał kamerę w kierowanym robocie, z której obraz mógł wyświetlić sobie na trzymanym panelu zdalnego sterowania. Jego robot dotarł właśnie do wyważonych przez jego poprzednika drzwi, pytanie tylko, czy ewentualni żołnierze nie wzięliby go za dodatkowe zagrożenie. Stanton westchnął jego wysiłki raz po raz szły na marne. Sam skierował się biegiem w stronę zniszczonych drzwi. Warcząc tylko na asystenta.
- Ruszaj tyłek, zobaczymy co narobiłeś.
Nie chciał wprowadzać drugiego robota w pole ostrzału. Zbędna strata. Musi zobaczyć co tam się dzieje na własne oczy. Robota skierował poleceniem za zakręt by nikt nadgorliwie go nie zniszczył. Sam chciał delikatnie wyjrzeć zza ściany. By zbędnie się nie narażać. Już i tak robił sporo.

Chudy młokos posłusznie kiwnął głową i ruszył za nim. Miał aż nieprzyzwoicie modną i pieczołowicie splecioną fryzurę, a do tego gładką, wypielęgnowaną skórę i dłonie, niewątpliwie był to jakiś szósty, czy siódmy syn szlachcica, który nie miał szans na dziedziczenie i swojej przyszłości desperacko szukał w gildiach… No cóż, może nie była to jego wina… Do pędzącej ku sklepowi dwójki dołączył też Aldon, młody mistrz miał nietęgą, choć zdeterminowaną minę, szczęka nerwowo chodziła mu pod bladą skórą twarzy. Najgorsze było to, że gdy dobiegali na miejsce, nadal rozbrzmiewały strzały, co mogło oznaczać, że sytuacja była daleka od opanowanej. Rzeczy, które zobaczyli po przekroczeniu progu, nie napawały ich optymizmem. Wpierw ukazał im się strzaskany rząd reprezentacyjnych kantorków z drogocennego drewna i o (niegdyś) bogatych złotych zdobieniach, których odtworzenie kosztować będzie zapewne fortunę, następne ujrzeli “plecy” wściekle obracającego się i młócącego odnóżami robota i zamontowaną tam zamkniętą skrzynkę kontrolną, a potem… Dyndającego w powietrzu i strzelającego jedynie z grubsza w kierunku wroga żołnierza, którego robot trzymał jedną parą manipulatorów i szarpał na wszystkie strony. Po drugiej stronie sklepu dało się dostrzec drugiego żołnierza, który desperacko próbował opanować panikę tratujących się przy wyjściu gości i ich licznej służby. Wyraźnie bał się strzelać do robota, by nie zranić towarzysza, dodatkowo miał pełne ręce roboty z powstrzymaniem uciekinierów przed zrobieniem sobie nawzajem krzywdy.

-Zajebie ich - uniwersalne określenie na zastany stan rzeczy. Nie było na co czekać ani co ryzykować. Mógł co prawda wysłać Młokosa zamiast siebie. Wolał jednak inne inwazyjne rozwiązanie. Ze skrzynką mógł być problem. Mogła się nie otworzyć, kabel mógł być nie ten… Olbrzymie wiertło górnicze powinno skutecznie zniszczyć źródło zasilania. Stanton chciał zadbać żeby jego akcja nie zaszkodziła żołnierzowi duszonemu przez maszynę. Użył panelu sterowania i wydał komendę drugiej maszynie.
Aldon po szybkim zorientowaniu się w sytuacji najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie będzie tam w stanie nic zdziałać.
- Panie Walton! Biegnę do sterowni, jakby miało się nie udać, niech pan da znać przez radio, zatrzasnę pancerne żaluzje na froncie sklepu, by ten przeklęty robot nie wydostał się przypadkiem na miasto! - rzucił, znikając znowu na zapleczu budynku. Stanton słuchał go tylko połowicznie, gdy Mistrz Zakonu skończył swój wywód, on już wprowadził do sterowania szereg komend. Potężny, serwisowy droid wtoczył się z impetem do środka, kierując się prosto ku plecom swojego zbuntowanego pobratymca.


Żołnierz1 sprawność d20= 2 sukces


Na szczęście szarpanemu żołnierzowi udało się jakoś wyswobodzić z pancernego chwytu maszyny, choć musiał w tym celu odrzucić swoją broń, by móc posłużyć się obiema rękami. Odtoczył się od metalicznej bestii chowając za resztkami kantorka. I wtedy Stanton zaatakował, a przynajmniej się starał. Robot nie miał oprogramowania bojowego, więc odpowiednie ruchy musiał składać w sposób improwizowany z zupełnie nieprzeznaczonych do tego komend technicznych.

Stanton pilotaż (+5 za wysoką technologię)= 3 sukces!
Robot obrona WW d20(-2 brak oprogramowania bojowego)= 4 sukces!


Golemy zwarły się w morderczym uścisku siekając się nawzajem technicznymi odnóżami, Stanton usilnie próbował nakierować wiertło na skrzynkę kontrolną, jednak wydawało się, że intensywny bodziec ataku jeszcze bardziej wzmożył nieskładne, chaotyczne i gwałtowne ruchy uszkodzonej maszyny, zaczęła wirować i ciąć wszystko dookoła.


Stanton pilotaż (+5)= 7 sukces


Inżynierowi jakoś udało się uniknąć uszkodzenia swojej jednostki, jednak sam również nie był w stanie trafić w mały i szybko poruszający się punkt. Stalowe potwory ścierały się w tytanicznej, głośnej (i trochę nieporadnej) walce. I wtedy Stanton usłyszał krzyk
- Odsuń się, będę strzelał!!!
Żołnierz, który wcześniej się odturlał dotarł do swojej broni, jednak najwyraźniej bał się, że seria z jego karabinu może przypadkiem trafić i samego inżyniera. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu to, że na pewno trafi i drugiego robota. Stanton uskoczył za róg. Chwilę później wydał “swojemu” robotowi dalsza komendę walki. Wolał poświęcić drugą jednostkę niż narazić żołnierza na kolejny atak maszyny. Groza sytuacji odcisnęła swe piętno na inżynierze. Stróżki potu ściekały mu po twarzy. A ręce choć sprawnie wpisując komendy już lekko drżały.

Żołnierz1 strzelanie d20(+2 za karabin -2 za pancerz robota +1 za zajętego wroga)= 3 sukces


Robot sprawność d20= 13 porażka
Robot -5 do wszystkich akcji


Seria z karabinu szturmowego uderzyła w oszalałą maszynę, gdy tylko Stanton schował się za rogiem, z tej pozycji do dyspozycji miał tylko kamerę robota, nie mógł więc tak dobrze panować nad starciem jak poprzednio, gdy obserwował całe pole bitwy, ale przynajmniej nie miał też szans stać się tarczą strzelniczą. Na szczęście wyglądało na to, że żołnierz wiedział co robi, pociski trafiły tylko felernego robota, nie czyniąc krzywdy jego jednostce, z metalowego korpusu sypnęło iskrami, buchnął czarny dym zasłaniający widoczność, poleganie na kamerce stało się jeszcze bardziej kłopotliwe.

Stanton pilotaż (+5 za wysoką technologię -2 za dym i kontrolę zdalną) = 5 sukces!


Oszalały robot obrona d20(-2 brak oprogramowa - 5 uszkodzenia)= 20 krytyczna porażka


Mimo wszystko osłabienie robota było idealną szansą, by zakończyć tę przykrą sytuację, jeszcze raz pokierował ramionami swojej jednostki, wyprowadzając cios skierowany w skrzynkę kontrolną. I trafił! Szalenie wirujący stalowy golem niemal sam obrócił się pod wiertło. Zasyczało i rozległ się wizg, który po chwili utracił na sile, aż całkowicie przebrzmiał. Robot wyłączył się. Żołnierz opuścił broń i spojrzał na swojego kompana, który właśnie pomagał wstać ostatniemu słudze, który jeszcze nie zdążył opuścić sklepu. Bitwa była wygrana, choć nie bez kosztownych strat. Na szczęście wydawało się, że nikt nie został poważniej ranny, choć otarć i stłuczeń pewnie było niemało. Stanton wpisał ostatni ciąg skomplikowanych komend… i robot zasalutował żołnierzowi. Włączając się w tej pozycji, drobny gest ze strony inżyniera dla odważnego żołnierza. Stanton włączył radio i nadał komunikat do Aldona.
- Sytuacja opanowana. Unieszkodliwiłem uszkodzoną jednostkę. Rolety opuść, sklep musi zostać chwilowo zamknięty a widok tutaj nie jest dla postronnych. - nadał na odpowiednim kanale. Walton skierował się następnie w stronę żołnierzy.
- Dziękujemy panowie za interwencję. Wystąpiła jakaś krytyczna usterka w tej maszynie. Poprowadzimy wewnętrzne postępowanie w celu wyjaśnienia sprawy. - czekał na odzew żołnierzy, następnie miał zamiar wraz z asystentem obejrzeć sklep. I zabezpieczyć rzeczy znajdujące się w nim które mogły ulec uszkodzeniu, będąc potencjalnie niebezpieczne. Rozglądał się też w poszukiwaniu czegokolwiek niepokojącego.

Żołnierz nadal drżał od adrenaliny, gdy opuszczał progi zdemolowanego sklepu. Na odchodnym rzucił za siebie jeszcze coś w stylu:
- Przyślemy jeszcze kogoś, by spisał raport...
I tyle go widzieli. Wydawało się, że mogło pójść dużo gorzej i nie wiadomo, co by się stało, gdyby Stanton nie związał oszalałej maszyny walką i ta na przykład wydostała się na ulice... Tak, czy inaczej. Można było być pewnym, że plotki o wydarzeniu i tak szybko rozniosą się po Tebach. Choć będzie dobrze jeśli skończy się tylko na tym i dodatkowo żaden z poturbowanych klientów nie zechce ich zaskarżyć za poniesione szkody... Gdy tylko żołnierz zniknął w drzwiach trzasnęły uchwyty pancernych rolet i te zaczęły powoli odcinać sklep od świata zewnętrznego. Od tych wszystkich emocji Stanton prawie nie zauważył, że na zewnątrz było już prawie ciemno! Czas płynął nieubłaganie, a okienko czasowe, w którym mógł zdążyć na księżyć było już przerażająco wąskie. By przejrzeć cały zdemolowany sklep potrzebowałby wiele długich chwil. Na pierwszy rzut oka nigdzie wśród potrzaskanych mebli nie czaiły się dodatkowe zagrożenia, ale bez żmudnego, pieczołowitego przeszukania nie można było być pewnym. Na szczęście po chwili w pomieszczeniu pojawiło się sporo technicznych asystentów, którzy zabrali się za to zadanie. Dojrzał też tego, którego pierwszy raz zobaczył, gdy ten trzymał zdalne sterowanie.
- Ja naprawdę nie wiem jak... Ja... on był nieaktywny... Nie włączałem go, nie wiem jak...
Wydukał próbując tłumaczyć się Stantonowi.
- Jak masz na imię? - zapytał Stanton. - Powiem ci tak, poproszę moją przyjaciółkę Rudi, żeby zbadała tego robota. To sprawna Rzemieślniczka jak ja. Potrzebujesz chłopcze dowodu, że to nie twoja wina. Inaczej - rozpostarł ręce, ukazując skalę zniszczeń - obciążą cię kosztami tego zamieszania. I będziesz dłużnikiem gildii do końca życia, zresztą twoje dzieci i wnuki również. Jesteś szlachcicem wiesz jak jest. Pomożesz Rudi opowiesz jej wszystko. Od tego zależy twoje pierdolone życie. Spokojnie Gildii też byłoby na rękę obciążyć kosztami tego zamieszania kogoś…. bardziej wypłacalnego. Teraz zmiataj i bądź przydatny dupę uratował ci Stanton Walton powtórzysz to Rudi. Spojrzy na ciebie przychylniej. - gdy młodzieniec odszedł ponownie nawiązał kontakt z Aldonem.
- Cieszę się, że mogłem pomóc Aldonie. Statek sędziów niedługo odlatuje pomożesz mi załatwić formalności? Trochę mi się śpieszy. Przydałby mi się też ładny pierścionek zaręczynowy. - zażartował na koniec. - To zamieszanie może być problematyczne jeśli nie wezmę się w garść i nie przyspieszę. - liczył, że jakieś minimum wdzięczności za uratowanie sklepu Inżynierów mu się należy.

Stanton przekonywanie d20(+2 za sytuację)=3 sukces


Wydawało się, że sugestywne nakreślenie potencjalnie mrocznych przyszłych losów ucznia zdecydowanie trafiło do jego wyobraźni.
- Tromir, panie! Mam na imię Tromir! - aż zbladł słysząc grożące mu konsekwencje, mimo wszystko następne słowa Stantona tchnęły w niego chyba trochę nadziei. - Dziękuję, powołam się na was! Stanton Walton, zapamiętam!

Jego pokora było lekko zaskakująca, wszak wielu szlachciców, nawet tych biednych, nie lubiło się przyznawać do własnych błędów. Cóż być może Stanton będzie w stanie kiedyś wykorzystać tę wdzięczność. No chyba, że tego biedaka wywalą...

Stanton przekonywanie d20(+5 za zasługi)= 7 sukces


Ale czy tak samo łatwo poszłoby z kalkulującym na zimno mistrzem?
- Już sporządziłem pismo - ogłosił jego rozmówca, odnosząc się do organizacji transportu dla Stantona - Powołałem się na naszą długą współpracę z Sędziami, znaczne kwoty wpłaconych prowizji i tak dalej... Jak powszechnie wiadomo są jednak bardzo przywiązani do swoich procedur, nie wiem więc czy to wystarczy, jeśli się zgodzą, to w piśmie wspomniałem o tym, że oczywiście Zakon gotowy jest pokryć koszty pańskiego transportu... co do dalszych gratyfikacji... zawiesił głos. Przy obecnej sytuacji nie mogę wypłacić ich z kasy Zakonu. Po tych wydarzeniach odbudowa sklepu... i naszej reputacji wymagać będzie znacznych nakładów finansowych. Wypłacając teraz jakiekolwiek premie działałbym na szkodę Gildii. Jeśli jednak wszystko się ustabilizuje gotowy będę z mistrzem Vi'Grulem przedyskutować... Na przykład zwolnienie z części opodatkowania na jakiś okres czasu? Z tego, co wiem, nie rozliczył się jeszcze pan z zarobków osiągniętych na lennach północnych? - zakończył wypowiedź wiszącym w powietrzu niewygodnym pytaniem.*
- Dziękuję za pomoc z transportem. Podatki mam opłacone, prócz 55 feniksów należności za pracę wykonaną w ostatnim okresie. Trzyletnie zwolnienie z podatków brzmi jednak uczciwie i kusząco. To dobry początek wspólnej współpracy. Nie sądzi Mistrz? Damy radę podesłać kogoś z pismem i kto pomoże mi chociaż namierzyć jubilera na odpowiednim poziomie. O ile zdążę, nie wiem kiedy statek odlatuje moglibyśmy coś załatwić przez radio? Stanton widział, że ocalił Zakon przed olbrzymią katastrofą. Aldon natomiast wyglądał na człowieka praktycznego. Stąd liczył, że bez trudu dojdą do porozumienia. Żądał jednak sporo.

Wydawało się, że Stanton jednak trochę źle ocenił swojego rozmówcę. Inżynier na własnej skórze odczuć mógł to co, mówiło się o Aldonie Valderi, był zimny, stanowczy i ciężko było coś u niego uzyskać nie mając w dłoni wszystkich atutów. Wiedział, że inżynier się spieszy i wyraźnie grał na czas, nie będąc gotowym do żadnych obietnic. Wyliczył mu za to, że przy średnich wpływach z podatków ostatnich miesięcy Stanton w wyniku tych zwolnień podatkowych zyskałby ponad 1400 feników! I trzeba było przyznać, że była to faktycznie zapłata godna samego Cesarza, jeśli wziąć pod uwagę, że miała mu się należeć za niecałe 15 minut roboty, nawet jeśli była niebezpieczna i cenna. Do tego ciągle apelował do jego gildyjnego patriotyzmu zapewniając, że jego podatki będą Zakonowi potrzebne jeśli ma się w przyszłości rozwijać. Gadanie, gadaniem, a czas mijał…

W końcu stanęło póki co na odpuszczeniu mu podatku z ostatniego miesiąca, opłaceniu lotu na księżyc oraz przydzieleniu asystenta, który dostarczyłby do Sędziów dokumenty, w czasie gdy Stanton będzie biegał po jubilerach. O dodatkowych zwolnieniach podatkowych miała być mowa dopiero za jakiś czas, po konsultacji z drugim mistrzem i prawdopodobnie dopiero po wyborach i ustabilizowaniu się sytuacji w gildii.

Stanton znał się na negocjacjach i wiedział, że jeśli chce się uzyskać dobrą cenę. Należy zacząć negocjacje z wysokiej stopy. Transport na księżyc Choms mógł negocjować służbowo… Od momentu gdy miał tam próbować ugrać coś dla gildii było mu to w pewnym sensie należne. Zwolnienie z miesięcznego podatku było natomiast skromną zapłatą. Propozycja Stantona badaniem gruntu. Inzynier był już w drodze do jubilerów. (półbiegiem bez mała) Jednocześnie rozmawiając z Aldonem. Obaj rzucili skrajne propozycje. Co było elementem, tej samej strategii.
- Dobry z przyszłego - podkreślił to słowo - Mistrza negocjator. Dobrze robię oddając na Mistrza głos. Trzy miesiące? - spróbował urynkowić swoją propozycję.
- Omówię to. - rzucił Aldon sucho i rozłączył się. Stanton akurat wpadał do trzeciego z rzędu salonu jubilerskiego, poprzednie okazały się jedną wielką porażką, prawdopodobnie przesadna, kłująca w oczy ornamentyka i epatowanie ogromnymi kamieniami szlachetnymi było u Decadosów w modzie, ale dla niego, który patrzył na świat trochę trzeźwiej było po prostu bezguściem. Ostatni sklep, do którego obecnie wchodził był skromniejszy, przypominał dobry zakład rzemieślniczy z tradycjami, był już też zamykany, na zewnątrz już tylko zdobione antyczne latarnie rozświetlały mrok uliczek Wewnętrznego Miasta. Pracownicy sprzątali już ekspozycję zamykając biżuterię w pancernych, oznaczonych kodami pudełkach. Na szczęście jeszcze nie ze wszystkim zdążyli. Były pierścionki i parę z nich mu się nawet podobało, różnice w cenie pomiędzy poszczególnymi modelami były jednak znaczne, od 50 feniksów do ponad 350!

Stanton wybrał taki jaki podobały się Jessice. Wykorzystał fragmentaryczna wiedzę o jej upodobaniach, dołożył swój gust i zakropił 150 feniksami w papierach sędziów. Co przy jego zniżce gildyjnej dawało pierścionek z górnej półki. Następnie biegiem rzucił się już w stronę swojego przyszłego transportu. Nie miał już ani chwili na obijanie się. Po drodze przez komunikator opowiedział Aliemu o sytuacji.



 

Ostatnio edytowane przez Icarius : 11-12-2016 o 02:39.
Icarius jest offline  
Stary 12-12-2016, 03:24   #28
 
Tadeus's Avatar
 
Reputacja: 2054 Tadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputację
Stanton
Stanton wybrał w końcu pierścionek. Taki jaki powinien podobać się Jessice. Wykorzystał fragmentaryczna wiedzę o jej upodobaniach, dołożył swój gust i zakropił 150 feniksami w papierach sędziów. Co przy jego zniżce gildyjnej dawało pierścionek z górnej półki. Następnie biegiem rzucił się już w stronę swojego przyszłego transportu. Nie miał już ani chwili na obijanie się. Po drodze przez komunikator postanowił skontaktować się z Alim.

Miał szczęście, że sklep faktycznie podpisał odpowiednie umowy z Ligą Kupiecką i mógł tam skorzystać ze swoich gildyjnych rabatów. Trzeba było przyznać, że perścionek prezentował się naprawdę bardzo dobrze, była spora szansa, że się spodoba. A przynajmniej taką miał nadzieję. Wywoływany w biegu Ali, jak to często bywało, nie odpowiadał. Czyżby korzystał ze wspomnianych wcześniej egzotycznych masaży? Cóż, było już po zmroku, znając jego można było spokojnie założyć, że nie spędzał wieczoru sam.

Stanton wpadł zasapany do miejscowego oddziału Gildii Sędziów, od tego całego pośpiechu rozbolała go znowu kostka uszkodzona podczas podziemnych inżynieryjnych prac jeszcze na północnych lennach, ta, której obiecał nie nadwyrężać.

Przejściowo -1 do testów związanych z ruchem


W Hangarze Sędziów czekał już ich kurierski statek. Wydawał się strasznie ciasny i nieprzystosowany do transportu ludzi i cóż… Tak się w rzeczywistości okazało.



Wciśnięto mu do ręki plik papierów, w których potwierdzić musiał, że podróżować będzie w luku bagażowym i zdaje sobie sprawę z licznych związanych z tym zagrożeń, oraz nie posiada żadnego z dwóch tuzinów wypisanych tam schorzeń, które mogłoby wywołać jego nagły zgon w takich warunkach podróży. Dodatkowo musiał zgodzić się na odebranie mu wszystkich jego posiadłości, które miały mu zostać zwrócone po przybyciu na miejsce. Jak go poinformowano, w luku wraz z nim podróżowały zastrzeżone dokumenty i kości pamięci z poufnymi danymi. Wszystko niby zamknięte w pancernych masywnych kasetach, ale wszak któryś z jego przedmiotów mógł być zakamuflowanym urządzeniem do ich kradzieży. Tak więc musiał pozostać w samym ubraniu, a do tego dostałby tylko aparat tlenowy (jak mu powiedziano - atmosfera w luku bagażowym mogłaby stać się rozrzedzona).

A no i pozostało wykupienie dodatkowego drogiego ubezpieczenia od ewentualnej utraty życia i zdrowia, na szczęście płatnikiem miał być Zakon Inżynierów. Co było śmieszne, ewentualnym beneficjentem polisy nie byli spadkobiercy Stantona ani Zakon Inżynierów, tylko… sami Sędziowie, miało służyć do tego, by sfinansować wydatki związane z dokumentacją okoliczności jego ewentualnego zgonu bądź ciężkiego uszkodzenia ciała oraz pokryć ewentualne straty czasowe i biznesowe związane z przestojem w działalności, który mógł dla Sędziów wyniknąć, gdyby do tego doszło.

Ach tak, robienie biznesu z Szarymi Twarzami było samą przyjemnością...

To wszystko przekazał i podał mu blady urzędnik o zasuszonych, ostrych rysach twarzy, który obecnie niecierpliwie potupywał nogą, patrząc się na inżyniera wyczekująco. W drugiej dłoni przygotowane miał urządzenie, które było chyba jakiegoś rodzaju detektorem, najwyraźniej miał też obowiązek przeskanować pasażera dla pewności, nim ten wsiądzie do środka.

Skrupulatnie spisał rzeczy jako oddaje w depozyt. Wątpił żeby przedstawiciele sędziów jawnie okradli innego członka gildii kupieckiej. Strzeżonego jednak, Wszechstwórca strzeże. Jak usłyszał kiedyś od kaznodziei. Najbardziej zabezpieczonym przedmiotem był komputer. Walizka w której się znajdował była wzmacniana, wodoodporna i zabezpieczona przed czynnikami zewnętrznymi. Skomplikowany autorski zamek był tego uwieńczeniem. Nigdy nie wiadomo gdzie przyjdzie pracować takiemu człowiekowi jak Stanton “Szary” Walton. Gdy ją testował wytrzymywała nawet strzał z pistoletu Abdula. Co prawda byli wtedy lekko wstawieni walizka pusta, a Ali już się zakładał, ze Stantonem czy wytrzyma czy nie… Jednak test zdała pomyślnie, zostało jej na pamiątkę malutkie wgniecenie z boku. Walizka miała wewnętrzne boczne drobne kieszenie na wrażliwe drobiazgi, w jednej ukrył pierścionek i w drugim różę. Spytał czy może zostawić komunikator żeby mieć kontakt z załogą, gdyby nie daj Boże w luku coś mu się działo. Całość depozytu poprosił spisanego na papierze z pieczęcią sędziów. Standardowa procedura. Papier wsadził do majtek, skreślił też kilka słów do Aliego i nadal kurierem. Był gotów do odlotu.

- Żadnych przedmiotów, panie Walton - odpowiedział sucho urzędnik, na jego pytanie o komunikator. Dostał potwierdzenie depozytu oraz wysłania wiadomości, został należycie przeskanowany i... Mógł wsiadać.

Wnętrze było ciasne i klaustrofobiczne, większość komory zajęta była pancernymi kieszeniami z wsuwanymi sejfami. Jemu samemu został mały wycinek podłogi pod niskim, skośnym sufitem, pod ścianą było skromne, opuszczane ze ściany siedzisko i zestaw pasów bezpieczeństwa. W całym przedziale paliło się tylko jedno małe światełko, podobne do takich montowanych w bagażnikach mniejszych pojazdów. Miał tylko nadzieję, że nie zgaśnie, gdy zamkną za nim klapę. Nie zgasło. Gdy komora została zatrzaśnięta rozbrzmiał skomplikowany mechanizm wieloetapowego antywłamaniowego zamka. Oczywiście, z tego, co widział, nie było żadnej możliwości otwarcia go od środka.

Nie zdążył się jeszcze porządnie przypasać, a wszystko wokół niego już zaczęło wibrować. Komora znajdowała się na rufie, blisko potężnych turbin napędu statku kurierskiego. Hałas i wibracje stawały się coraz intensywniejsze. Poczuł ruch pod sobą... kołowali, od nierówności w pasie startowym wibrować zaczęło tworzywo pod jego tyłkiem. Hałas silników przeszedł w jednostajny, świdrujący jego głowę pisk. I wtedy gwałtownie ruszyli do przodu, poczuł jak przyspieszenie niemal odbiera mu świadomość. Pociemniało mu przed oczami. Chwilę później żołądek podszedł mu do gardła, gdy spóźniony już zapewne mocno pilot poderwał maszynę od ziemi, gwałtowna zmiana ciśnienia spowodowała ból w uszach. Dodające mu otuchy światełko zamigotało, ale nie zgasło.

Opuszczał Cadavusa. I to bardzo pospiesznie.

+1 Punkt Doświadczenia



Aleksiej
Aleksiejowi nie trzeba było powtarzać ostrzeżenia dwa razy. Z jednej strony żal mu było człowieka i chciał mu pomóc, ale podejrzewał, że jest opętany przez demona, a na to nic poradzić nie potrafił. Odwrócił się i uciekł w mrok tak szybko, jak tylko potrafił.

Biegł przed siebie ile sił, coraz to boleśnie wpadając bosymi stopami na jakieś porozrzucane w półmroku sprzęty, za sobą słyszał krwiożerczy charkot, nie wiedział, czy to ten opętaniec, który go ostrzegł w końcu nie wytrzymał i rzucił się w pogoń, czy może jakiś inny biedak dołączył do polowania słysząc wydawane przez Eskatonika dźwięki. Kamienne ściany przemykały wokół niego jak w kalejdoskopie, coraz to skręcał, mijał skrzyżowania i odbijał od ślepych zaułków i zamkniętych ciężkich drzwi, nie mając zielonego pojęcia, czy zatraca się coraz głębiej w starożytnym podziemnym labiryncie, czy może brnie ku zbawiennemu wyjściu. W końcu dźwięki za nim ustały. Ciężko sapał.

Aleksiej sprawność d20=4 sukces
Brak kar do działania


Jakimś cudem nadal miał jednak siłę ustać na nogach i zebrać swoje myśli. Rozejrzał się po korytarzu, dostrzegając, że jedne z pobliskich starych, porośniętych pajęczynami odrzwi były lekko uchylone. Zajrzał do środka, niewiele widział, jednak wydawało się, że w środku pod ścianami stłoczone były hałdy jakichś… urządzeń z tworzyw sztucznych? Było to dość niecodzienne we wnętrzach Avestian, którzy preferowali klasyczne materiały. Niektóre z kompozytowych skorup tajemniczych przedmiotów wydawały się strzaskane. Ciężko było jednak dostrzec coś więcej bez wniesienia do środka olejowej lampy, która wisiała na korytarzu. Nie wiadomo jednak było, czy poruszające się źródło światła nie przywiodłoby tam jakichś szaleńców.

Aleksiej myślał przez chwilę. Chciał się wydostać na zewnątrz i nie marnować czasu, ale z drugiej strony, ciekawość go zżerała. Był bardzo ciekaw co u Avestian robią materiały sztuczne, istniała też niewielka możliwość, że znajdzie tam coś, co mogłoby mu pomóc w jego obecnej sytuacji (aczkolwiek nie wierzył w to zbytnio). Powoli i ostrożnie chwycił lampę i udał się z nią do pomieszczenia, stąpając na palcach.

Ostrożnie zdjął lampę z haka, cienie, rzucane przez poruszony płomień zatańczyły dziko na kamiennych ścianach, był pewny, że poruszenie widoczne było też z najbliższych korytarzy.

Szansa na spotkanie w obecnej strefie 10% d100=87
Brak spotkania


Póki co wydawało się jednak, że nikt… ani nic, na ten ruch nie zareagowało.
 
Tadeus jest offline  
Stary 15-12-2016, 01:44   #29
 
Tadeus's Avatar
 
Reputacja: 2054 Tadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputacjęTadeus ma wspaniałą reputację
Marina Mardock

No i znaleźli nieszczęsnego Baxtera. A przynajmniej to, co z niego zostało. Stary materac, na którym leżał gnijący trup już nasączył się zielono-żółto brązową breją płynącą zapewne od długich dni z jego rozpadającego się ciała. Ciasna kanciapa, która służyła za jego kryjówkę rozświetlana była tylko paskami słabego cadaviańskiego słońca ledwo przedzierającego się przez wąskie szpary w grubych, żelaznych żaluzjach. W powietrzu wirowało pełno pyłków kurzu... i zapewne też zarodników pleśni, która pięła się na sufit po pobliskiej podrapanej ścianie. W środku było nieprzyjemnie duszno. Miejscówka, jak wiele innych, zbudowana była nielegalnie, przy samym murze technicznym, za którym kryła się maszyneria miejskich turbin prądotwórczych. Biło od niej gorącem. Odór był nie do wytrzymania.

Łysiejący już mocno, pucułowaty pomocnik pani komisarz wyprostował się do pionu, ocierając usta z wymiocin, którymi właśnie udekorował kawałek kwiecistego dywaniku przy łóżku. Spojrzał przepraszającym wzrokiem na swoją przełożoną, szybko wyciągając zza płaszcza pokreślony krzywym pismem notatnik.
- Baxter Dirton, 35 lat, elektryk, samotny, niezameldowany, oskarżony o dwukrotne unikanie opodatkowania... Z odsetkami to będą prawie 72 feniksy - odczytał. - To ten suczysyn, który miesiąc temu przy kontroli zwiał Kardenowi po dachach! - dodał z przejęciem. - Stary strażniczyna prawie porachował kości próbując go gonić! Do dzisiaj pokazuje ludziskom szramy na d... - zamilkł, widząc minę pani komisarz. - Ja... ten tego, nie wygląda na to, by miał czym spłacić zaległość miastu.... - rozejrzał się po ubogiej podniszczonej kanciapie.

Marina percepcja d20=14 porażka


Cóż, faktycznie, poza górami zalegających wszędzie gnijących śmieci i hałd złomu nie widać było tam nic cennego.

Na zewnątrz rozbrzmiewał gwar ulic Zewnętrznego Miasta. Na Cadavusie rozpoczynała się Pora Łagoda, co oznaczało, że już za kilka dni nastąpi wielki eksodus stłoczonej przez miesiące w mieście hołoty i wszelkiego tatałajstwa.


To był dla wielu ostatni dobry moment, by wyrównać porachunki i zdemolować miasto, nim większość mieszkańców rozjedzie się po jałowych pustkowiach i martwych górskich dolinach, by szukać tam szczęścia i środków do przeżycia następnego roku.

Był to też okres, w którym dochodziło do wielu podejrzanych wymian handlowych, gwałtownych kłótni i kradzieży, każdy chciał bowiem zaopatrzyć się w jak najlepszy sprzęt, nim wyruszy w nieznane.
- Pani komisarz? Co robimy? Mamy jeszcze cztery interwencje na planie... - zagaił jej pomocnik.
 

Ostatnio edytowane przez Tadeus : 15-12-2016 o 02:00.
Tadeus jest offline  
Stary 18-12-2016, 02:48   #30
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 16398 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
W luku najpierw powtarzał sobie, że sędziowie go nie okradną. Później gdy statkiem trzęsło, podpowiadał, że to nie atak kosmicznych piratów. Modlił się żeby dolecieć w jednym kawałku i bez przeszkód na księżyc Choms. Przed oczami stawała mu Jessica czy nawet ich nienarodzone dziecko. Którego nie znał nawet płci a już je widział… Co ciekawa klaustrofobia pomieszczenia była najmniejszym problemem. Jako inżynier bywał w wielu ciasnych miejscach. Od ciasnych przewodów wentylacyjnych w których nieraz się czołgał, po szpary pod pojazdami… bądź w ich wnętrzu. Wyobraźnia i przeciążenia robiły jednak swoje. Byleby w końcu wylądować.

Wydawało się, że trwało to w nieskończoność, a niedogodności z czasem tylko się namnażały. Już wkrótce po starcie w środku zaczęło robić się gorąco i duszno. Luk bagażowy nie miał dodatkowej klimatyzacji, tak więc raz, że zaczynało się w nim zbierać coraz więcej dwutlenku węgla, a coraz mniej tlenu, a dwa, że znajdujące się niedaleko potężne turbiny silników strasznie rozgrzewały wnętrze. Nie dość więc, że bolały go plecy od niewygodnej pozycji pod niskim sufitem i musiał pociągać sztuczny kwaśnawy tlen z butelki, to jeszcze zaczął pocić się jak bóbr.

Szansa na wydarzenie
1-75 brak 76-96 opóźnienie 97-100 tragedia
d100=5 brak wydarzeń


Na szczęście nie trwało to dłużej niż dwie-trzy godziny. W końcu znowu poczuł siłę ciążenia i uderzenie kół w powierzchnię lądowiska. Charakterystyczny dźwięk otwierania skomplikowanego zamka komory ostatecznie oznaczał koniec jego podróży. Wdzierający się do środka jasny blask reflektorów niemal go oślepił, w uszach nadal dzwoniło, tak, że większość dźwięków póki co słyszał tylko w ich stłumionej wersji.

przejściowo -1 do percepcji

Młody mężczyzna, który otworzył mu wyjście zdjął z głowy granatowy hełm pilota i przeczesał spocone włosy. Miał pogodne, śmiejące się oczy i pokryte piegami policzki.
- Aleś se pan przejażdżkę wykupił - gwizdnął z podziwem, nie wiadomo czy podziwiał jego odwagę, czy poziom masochizmu.

Wskazał na rzeczy inżyniera odstawione obok na betonowej płycie lądowiska i podał papiery do pokwitowania.
- Jeśli można to myk-mykiem, już powinno mnie tu nie być.

Wyglądało na to, że wszystko było w porządku, przynajmniej z bagażem. Znajdowali się w niewielkim hangarze, oświetlonym mocnym, jarzeniowym światłem. W zasadzie było nawet przesadnie mocne, a lampy były liczne i ciasno upchane, przedmioty w środku nie rzucały prawie cieni.

Po jednej stronie widać było ogromną przemysłową śluzę, którą zapewne wlecieli albo zjechali tam z powierzchni księżyca, po drugiej widać było palety ze skrzyniami towarowymi oraz pancerne stalowe drzwi, prowadzące zapewne gdzieś w głąb kompleksu. Wysoko nad drzwiami i trochę w prawo widać było podłużną, wąską szybę prowadzącą zapewne do pokoju kontroli lotów. Była on lustrzana od strony hangaru, tak że nie widać było, czy ktoś znajdował się w środku.

Przy drzwiach po ich prawej i lewej stronie, w stalowej podłodze widoczne były charakterystyczne kopuły, które mogły oznaczać, że w razie potrzeby z podłogi wyjechać tam mogły jakieś urządzenia. Może wieżyczki, strzelnicze, może jakieś skomplikowane skanery. W oddali pod ścianami widział podobne kopuły i znowu ciężko było mieć pewność, czy to broń, czy na przykład dysze systemu gaśniczego.

Stanton wziął kilka wdechów. I zwalczał nudności oraz kręcenie w głowie. Dolecieli nikt go nie okradł ani nie napadł. Zakładał, że pilot zapowiedział ich przybycie. Stąd czekał grzecznie aż ktoś się pojawi. Obejrzał swoją walizkę była zamknięta. Mimo to Stanton otworzył ją i upewnił się, że pierścionek i róża są na miejscu. Dwa bardzo ważne atrybuty jego wizyty. Dopiero gdy upewnił się, że wszystko jest wporządku podpisał dokumenty. Wręczył też pilotowi 10 feniksów. Za szczęśliwe dowiezienie jego osoby. Na butelkę czegoś dobrego po locie. Włożył komunikator do ucha. Gdy spotykał się z Jessicą na planecie zawsze rozmawiali i umawiali się przez komunikatory. Ona miały niemal identyczny jak on. Co prawda wątpił by była na nasłuchu ale i tak odezwał się na “ich” częstotliwości.
- Jessico Xantippe, przybyłem na twój księżyc. - powiedział głosem niemal czułym, jak podejrzewał w pustkę. Pozostawało mu czekać, aż ktoś się pojawi.

Młody pilot zasalutował mu przyjaźnie, chowając złote monety w kieszeni kombinezonu. Machnął ręką na pożegnanie i zaczął gramolić się do kokpitu swojej maszyny. Po zastanowieniu odwrócił się jeszcze w stronę inżyniera i na odchodnym rzucił:
- Tylko pan na siebie uważa, dziwne rzeczy się o tutejszych gada, drugi raz tu jestem, a jeszcze żadnego na oczy nie widziałem. Wysyłają tylko powiadomienia tekstowe na komputer!
Wzruszył ramionami i zniknął w środku maszyny.

Tymczasem transmisja Stantona pozostawała bez odpowiedzi. W końcu, po wielu długich chwilach... Nadszedł sygnał uruchomienia rozmowy po drugiej stronie.
- Stanton... - rozpoznał głos Jessici, drżał od intensywnych emocji. - Stanton... ja... muszę kończyć...
Rozmowa została przerwana.

Drzwi do wnętrza kompleksu otworzyły się akurat, gdy statek kurierski zaczął obracać się wokół własnej osi, by wlecieć znowu do śluzy.

- Rzemieślnik Stanton Walton? - z drzwi rozbrzmiał znany już inżynierowi głos. Rozmawiał z nim przez radio, jednak po samym głosie spodziewał się kogoś innego. Sam, nie wiedział, może postawnego silnego mężczyzny o szlachetnej aparycji, kogoś podobnego do pięknej, promieniującej zdrowiem i chęcią życia Jessici? Zaś człowiek, który stał w drzwiach okazał się zupełnie inny. Był bardzo szczupły, miał bladą skórę i niemal przesadnie ostre rysy twarzy. Ciężko było odgadnąć, w jakim tak naprawdę był wieku. Mógł mieć równie dobrze trochę ponad trzydzieści, jak i pięćdziesiąt lat. Oczy wydawały się stare. Na sobie miał prosty mundur taki, jaki zwykli nosić koloniści, bądź personel stacji kosmicznych. Przy pasie widoczna była kabura, z której wystawała rękojeść jakiegoś pistoletu, sądząc po zaawansowanym kompozycie, pewnie laserowego.



Gdy Jessica się odezwała serce Stantona zabiło szybciej. Był pełen emocji, które pogłębiał szok po jej nagłym rozłączeniu się. W głowie miał wiele pytań a sytuacja stawała się coraz bardziej zawiła. Już wcześniej zadawał sobie pytania. Dlaczego on? Czemu ta tajemnica z tożsamości Xantippe? Nie była przecież córka cesarza. Księżyc może był tajemniczy ale żeby aż tak? Sytuacja w słowach pilota i pierwszych widokach przypominała nieco horrory które czytał. Nie wpływała też na ukojenie nerwów.
- Tak, Stanton Walton. Miło mi z kim mam przyjemność?

Mężczyzna zamilkł na chwilę, sondując przybysza wzrokiem. Jego mina nie wyrażała zbyt wielu emocji.
- Ganthar Ilonday Xanthippe, jestem jednym z nadzorców tego kompleksu... oraz ojcem Jesssici.
Wskazał mu, by podążał za nim.
- Rozmawialiśmy przez radio, panie Walton. Nie spodziewałem się, że uda się panu przybyć w porę. Jessica nadal rozmawia z Elorą, jej matką.

Wprowadził go do wąskiego, segmentowanego korytarza z tworzyw sztucznych. Co parę segmentów w ścianę wstawiono wąski wizjer, tak, że Stanton mógł rzucić okiem na otwartą skalistą przestrzeń księżyca. Wyglądała na wrogą życiu, w pozbawionej tlenu atmosferze tańczyły małe wiry wznieconego ostrym wiatrem czarnego pyłu, zza poszarpanego formacjami skalnymi horyzontu wyłaniała się wielka rdzawa kula Cadavusa . W oddali widział następne zabudowania odznaczające się od ciemnej gleby białym kolorem kompozytów. Wydawało się, że sieć habitatów połączonych wąskimi tunelami rozciągała się na znacznym obszarze. Gdy tylko oddalili się od hangaru stało się jeszcze coś, przestała działać sztuczna grawitacja. Przyciąganie księżyca wydawało się minimalne, toteż najmniejsze wybicie starczyło, by zacząć unosić się jak w stanie nieważkości. Na szczęście tunele miały w tym celu odpowiednie rzędy uchwytów. Stanton nie mógł nie zauważyć, jak zwinnie w tych warunkach poruszał się jego przewodnik, wydawało się wręcz, że preferował je od pełnej grawitacji.

- Nasze księgi historyczne głoszą, że wywodzimy się od pierwszych ludzkich kolonistów, którzy tysiące lat temu osiedlili się na Lunie - rzucił Ganthar nie odwracając się nawet do inżyniera. - Osobiście wątpię, by tak było, jednak z pewnością jesteśmy spadkobiercami bardzo długiej tradycji kolonizacji miejsc, takich jak to.

Tunel chyba zaczął schodzić pod ziemię, bądź wszedł w jakąś górę, bowiem widoki powierzchni zastąpione zostały widokami skalnych ścian bezpośrednio przylegających do korytarza.
- A pan, panie Walton, skąd się pan wywodzi? Czy członkostwo w Zakonie Inżynierów jest dla pana satysfakcjonujące?
Tym razem Ganthar nawet odwrócił się w jego stronę, choć po wyrazie twarzy miejscowego nadal ciężko było ocenić, czy pytanie wiązało się z prawdziwą osobistą ciekawością, czy służyło jakimś innym celom.
- Criticorum. Jeśli patrzeć na to mocniej wstecz. Choć przyznam że nie prowadzimy w rodzinie wielopokoleniowych ksiąg. Wiem o ojcu dziadzie a nawet pradziadzie. Jednak dalej jest przeszłość która nie wzbudzała mojej ciekawości. Zakon? Wie pan w jakim świecie żyjemy. Lubię swoją pracę. Proces naprawy czy kreacji. Będąc członkiem Zakonu mogę się w tym doskonalić i pracować bez przeszkód. - rozglądał się po kompleksie.Wiedział że będzie duży ten wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Stanton dalej podążał za swoim przewodnikiem.

Ganthar westchnął.
- Panie Walton, sprawia pan wrażenie porządnego człowieka, dlatego nie chciałbym byśmy się źle zrozumieli.
Pierwszy raz na jego twarzy pojawiły się jakieś emocje i niestety wydawały się negatywne.
- Źle się stało, że doszło do tego... Incydentu, między panem, a moją córką. Jessica jest doskonale zapowiadającym się członkiem naszej wspólnoty, znajduje się w samym środku bardzo wymagającego procesu szkoleń i niebawem pow...
W korytarzu rozbrzmiała charakterystyczna sekwencja bipnięć.
- Nadzorca Ganthar Ilonday proszony jest do stacji kontroli w siłowni emitera. Kod 6-B, powtarzam Kod-6B.

Ojciec Jessici zaklął pod nosem.
- Pan wybaczy, panie Walton, ale będę musiał pana na parę chwil zostawić samego. Proszę za mną.

Skręcił w jedna z odnóg korytarza i szybko otworzył śluzę, za którą rozbrzmiał gwar rozmów. Znajdowali się w dużej jasnej sali, która, podobnie jak korytarze, pozbawiona była prawie zupełnie grawitacji. Wyglądała na przestrzeń rekreacyjną powiązaną z mesą, na trzech rozległych tarasach między którymi "latali" w powietrzu mieszkańcy stacji znajdowały się liczne stoły i fotele, dystrybutory żywności, szuflady z książkami, automaty do gry oraz dziwne, unoszące się w centrum pomieszczenia sferyczne akwarium, w którym tańczyć zdawały się tajemnicze świetlne fantomy.

Po podróży wąskimi, pustymi korytarzami duża ilość otwartej przestrzeni i ludzi skupionych w jednym miejscu zdawała się wręcz nienaturalna. Koło nich przemknęło szybko sześciu nastolatków w obcisłych czarnych kombinezonach treningowych, w locie wykonywali iście popisowe akrobatyczne przewroty i beczki. Odbili się od uchwytu na jednej ze ścian i zniknęli w pobliskiej śluzie.

- Wrócę za jakieś 15 minut - rzucił Ganthar, wyraźnie się spiesząc.

- Może mogę jakoś pomóc? - zapytał odchodzącego Ganthara. W końcu jako Inżynier był przydatny przy wszelkich awariach

Ganthar uniósł brew. Wyglądał jakby zszokowany był samą myślą o dopuszczeniu inżyniera do pomocy na miejscu.
- Nie, panie Walton. To niestety jest zdecydowanie niemożliwe.

W tym samym czasie inżynier poczuł na sobie jakieś spojrzenie, dostrzegł małą dziewczynkę o dużych czarnych oczach wpatrzoną w niego jak w obrazek. Na sobie miała miniaturową wersję tamtejszego munduru.
 

Ostatnio edytowane przez Icarius : 18-12-2016 o 02:52.
Icarius jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:38.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166