Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 13-02-2017, 12:09   #11
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 46741 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Nie ruszał się przez dłuższą chwilę, opierając głowę o jej szyję. Wyraźnie słyszała jak oddycha ciężko przy jej uchu. W końcu wysunął się z niej i opadł na sofę, wodząc palcem po jej ciele.
- Chyba czeka nas jeszcze jedna kąpiel - uśmiechnął się szeroko, docierając do sutka.
Prychnęła w odpowiedzi, jednak i na jej ustach malował się uśmiech. Ignorując jego palec, klapnęła obok, rozkładając się wygodnie chociaż w sposób wskazujący na to, że przy owej wygodzie brała pod uwagę igraszki, które właśnie skończyli, w efekcie czego wylądowała nieco na boku z ręką przerzuconą przez oparcie sofy. Coś jej się widziało, że rano będzie miała cholerne problemy z chodzeniem.
- Raczej szybki prysznic - poprawiła go, przyglądając się mężczyźnie z minką najedzonej kotki. - Rano trzeba dupy ruszyć, pamiętasz? - Przypomniała mu z pewną, wyraźnie sadystyczną, satysfakcją. Cóż, była w dobrym humorze.
Sięgnął po szklankę whisky leżącą na stoliku i podał ją Madison.
- Nie psuj chwili. Jak uznam, że i tak się nie wyśpię, to tobie też nie dam spać - powiedział, po czym pocałował ją w szyję, tuż poniżej ucha. Jego palec zataczał naprzemiennie większe oraz mniejsze koła dookoła sutka.
Zamruczała, jednak i tak trzepnęła go w rękę, wyraźnie odganiając od swoich piersi.
- Wystarczy ci tego dobrego - wyszczerzyła się znad brzegu szklanki. To, że nie miałaby nic przeciwko dalszym igraszkom, gdy już nieco odsapną nie znaczyło wcale, że na nie Nick’owi pozwoli. Musiała odpocząć przed kolejnym dniem, tym bardziej, że nic nie wskazywało na to by należał do łatwych. No i, jakby na to nie spojrzeć, sam ją wpakował w te badania w szpitalu. Jeszcze się ci idioci doszukają czegoś, czego się doszukać nie powinni, w czymś co było efektem zarwania nocy i im palma odbije. Lepiej było nie ryzykować. No, chyba że Sanderson zaproponuje coś, czemu nie będzie miała siły się oprzeć, w co jednak wątpiła. Teraz miała już głównie ochotę na to by zwinąć się w kłębek i na dobre pożegnać ten dzień.
- Nie słyszałeś? Co za dużo to niezdrowo - dodała, spoglądając na pustą szklankę. Po namyśle podniosła dupsko i schyliła się po druga, która także świeciła pustką.
- Po drinku na dobranoc? - Zaproponowała, ruszając w stronę kuchni, całkiem jakby była u siebie.
- Jest tylko jeden problem. U mnie jest tylko jedna sypialnia - roześmiał się cicho, lecz kiedy Madison dotarła pod wódkopój, stwierdziła, iż kończą się zapasy. Wystarczyło może na jedną porcję.
- Picie ci się skończyło - poinformowała Nick’a, nieco podniesionym głosem, po czym odstawiła szklanki i sięgnęła po drzwi lodówki. Cóż poradzić, piwo musiało im wystarczyć. Zgarnęła po puszce i ruszyła w drogę powrotną.
- Ja tam problemu nie widzę - stwierdziła. - Jak będziesz niegrzeczny w nocy to naślę na ciebie Kasteta - poinformowała, szczerząc zęby i wyciągając w jego stronę jedną z przyniesionych puszek.
- No to… Za wspólne mieszkanie. Przez jakiś czas - otwierana puszka syknęła przy otwieraniu. Pociągnął potężny łyk, po czym zastanowił się.
- Zaraz… Jak to było? Z procentami się nie… nie schodzi… kurwa… - warknął i napił się kolejny łyk.
Madison ograniczyła się tylko do parsknięcia śmiechem i pójścia w jego ślady. Piwo najlepiej smakowało świeżo z lodówki i szybko traciło swoje walory smakowe jak się je w łapie trzymało bez potrzeby. Szkoda by było je marnować…

Po wypiciu i odstawieniu puszek do eco kosza, który je grzecznie zgniótł i wrzucił do odpowiedniej przegródki, Madison była gotowa by walnąć się do łóżka. Tyle że by ją chyba szlag trafił jakby się tam walnęła bez wskoczenia pod prysznic. Może gdyby się zalała w trupa, to by to jeszcze uszło, ale ona wciąż jeszcze się jakoś trzymała więc cholera wzięła wymówkę. No i trzeba było Nick’a doprowadzić do stanu, w którym dałoby się przy nim usnąć. Co za tym szło…
- Dobra - oświadczyła, wracając z kuchni. - Pora ruszyć dupę pod ten prysznic. Idziesz? - Zapytała, kierując się średnio pewnym krokiem, w stronę łazienki.
- Jeszcze pytasz? - odezwał się, również wstając. Weszli do pomieszczenia, a kiedy River stanęła przed wanną, Nick zapytał:
- Dasz radę wejść czy mam ci pomóc? - roześmiał się cicho.
- Dowcipniś się znalazł - prychnęła, gramoląc się do środka z niekoniecznie damie przystającą gracją. - A ty na co czekasz? - dorzuciła, zbierając się z dna wanny i spoglądając na niego. - Wskakuj - wyciągnęła zapraszająco rękę w jego stronę, szczerząc zęby i chichocząc pod nosem. Tak to już było gdy się mieszało kilka różnych rodzajów alkoholu w organizmie…
Nick również nie bez problemu przekroczył próg wanny, lecz szybko złapał równowagę. Chwycił prysznic i puścił wodę, sprawdzając uprzednio czy ma właściwą temperaturę.
- Odwróć się - powiedział, kierując strumień w dół.
Spełniła jego prośbę, przekładając włosy do przodu. Nie chciało się jej myć ich od nowa, a musiałaby jak je teraz potraktowała wodą. Ot, dla pieprzonej zasady.
Początkowo spływała po niej wyłącznie woda, ale wkrótce dołączyła do niej także ręka Nicka, razem ze strumieniem posuwająca się od góry do dołu na stopach kończąc. Usłyszała jak wstaje z kucków.
- Jeszcze raz się odwróć - poinstruował, zaś kiedy obróciła się przodem do niego i odgarnęła włosy tym razem do tyłu, powtórzył czynność również z przodu, nie zapominając o jej rękach oraz bokach ciała. W końcu skierował prysznic na wewnętrzną stronę jednego oraz drugiego uda. Nagle odwrócił prysznic do góry. Cienkie strumienie uderzały we wzgórek łonowy Cherry. Do strumienia dołączyła dłoń poruszająca się do przodu i do tyłu.
River rozkoszowała się strumieniami wody spływającymi po jej ciele i powoli zaczynała odpływać w senny niebyt gdy Nick’owi się zabawy zachciało. Sapnęła, wciągając gwałtownie powietrze gdy poczuła dotyk, który pochodził nie tylko od wody, między swoimi nogami.
- Nick, do jasnej cholery - jękła wkurzona, chociaż zabrzmiało to słabiej niż powinno. Czy do tego zakutego łba nic nie docierało, a może już całkiem przesunął swój ośrodek myślowy do tej mniejszej głowy? Problemem jednak nie było jego zachowanie, a reakcja jej ciała w odpowiedzi na nie.
- Moja kolej - zażądała, wyciągając dłoń po prysznic i jednocześnie lekko klapiąc tą, która wciskała się jej tam, gdzie zaczynało jej być, znowu, cholernie dobrze.
Sanderson roześmiał się.
- A potem narzekałabyś, że cię niedokładnie umyłem… - wyszczerzył się, lecz ruch jego dłoni nie ustał. Nawet na chwilę wślizgnął się do środka, ale w chwilę później już z powrotem był na zewnątrz i na miejsce między jej nogami spływała już tylko woda.
- Nie bolało, prawda? - oddał jej prysznic, szczerząc się jak głupi.
Miał szczęście że jej było za dobrze i była zbyt pijana żeby się na niego porządnie wkurwić. Tak się właśnie kończyło jak się facetowi na zbyt wiele pozwalało. Przewróciła oczami w odpowiedzi i sama zabrała się za mycie, dłonią pokazując mu żeby z łaski swojej odwrócił się tyłem co też grzecznie zrobił. Na swoje nieszczęście, bo właśnie w tej chwili na twarzy Madison pojawił się wyjątkowo złośliwy uśmieszek.
Zaczęła od góry, wodząc dłonią za strumieniem wody, który wpierw zaliczył barki mężczyzny, następnie prawą i lewą rękę, a dopiero później plecy. Była przy tym cholernie grzeczna, a przynajmniej do momentu, w którym dotarła do pośladków. Przysunęła się nieco bliżej Nicka, tak żeby poczuł jej sutki, które zdążyły stwardnieć, na swojej skórze. Dłoń, która kierowała prysznicem, zatrzymała się tak że woda skupiła się dokładnie między prawym, a lewym pośladkiem. Druga, bez dalszego ostrzeżenia, zsunęła się z pasa podążając za wodą i zagłębiając się pomiędzy. Jej palec przejechał wpierw nad odbytem, a następnie wzdłuż linii pod by w końcu wniknąć ostrożnie do środka, tyle tylko co by zaznaczyć swoją obecność.
Gdyby policjant miał głowę pod wodą, z pewnością by się utopił. Nagle, gwałtownie wciągął powietrze, a mięśnie odruchowo zacisnęły się. By się nie przewrócić wsparł się rękami o ścianę.
Uśmiech na ustach River tylko się pogłębił. Mam cię… Zamiast podążyć dalej z myciem, została na miejscu, rozpychając się delikatnie palcem, to wsuwając, to to wysuwając ale wciąż tylko odrobinę. Pozostałe masowały pośladki i miejsce tuż poniżej tego, w które wnikała. Jej własny oddech przyspieszył nieco. Zabawa wyraźnie zaczynała ją podniecać, co miało wiele wspólnego z reakcją Nick’a. Nie przedłużała jednak przesadnie, chociaż tuż przed tym jak opuściła wrażliwe rejony, wsunęła się w niego powoli, ale na całą długość palca, po czym wysuwając zadbała o to by opuszkiem masować ścianki opuszczanego rejonu.
Po tym, jakby nigdy nic, zeszła na uda, sunąc wpierw po lewym, a następnie prawym. Po nich zaś przyszła kolej na kolana i tak aż do stóp. Kucając, bo tak było wygodnie, przejechała strumieniem wody między nogami gliniarza po czym poprosiła przesadnie słodziutkim głosem by się obrócił. Gdy to zrobił, nie podnosząc wzroku bo jakoś nie była pewna czy nie parsknie pełnym złośliwości śmiechem, zaczęła mycie z powrotem od stóp i powoli, a właściwie to nieznośnie powoli, zaczęła piąć się w górę. I ponownie, nieco dłużej zabawiła w okolicy jego bioder. Gotowy do działania penis mógł mieć z tym cholernie wiele wspólnego. River wpierw przesunęła po nim strumieniem wody, a następnie, jak to miało miejsce z resztą ciała, użyła dłoni. Tu jednak palce zacisnęły się nieco mocniej, obejmując sterczący członek i masując go dokładnie, od czubka aż po podstawę. Wydawało się jednak, że taka forma mycia jej nie wystarcza. Zbliżyła się nieco, otworzyła usta, a następnie musnęła sam czubek językiem. Jej dłoń w międzyczasie nadal pracowała nad tym by utrzymał on swoją sztywność. Słysząc jego jęk, wyszczerzyła zęby do jego mniejszej głowy. Korciło ją by teraz przestać i dokończyć mycie zostawiając go w tym niewygodnym stanie, żeby sobie z nim sam poradził. Problem jednak polegał na tym, że ją to cholernie kręciło. Dlatego poluźniła uchwyt na prysznicu pozwalając mu opaść na dno wanny i korzystając z odzyskanej swobody drugiej dłoni, wsunęła ją Nick’owi między nogi, powracając do badania okolic odbytu. Usta zaś z większym niż wcześniej zainteresowaniem zabrały się do badania główki penisa, otaczając je wargami i przesuwając po niej językiem.


Z każdą chwilą coraz więcej i więcej trafiało w jej usta, w miarę jak dłoń wycofywała się by ustąpić miejsca wargom. Nie pozostała jednak bez zajęcia. Ot, przeniosła się w rejony, które do ust zmieścić się nie mogły, masując je i ugniatając w rytm, który narzucały usta. W międzyczasie palec drugiej dłoni wsunął się delikatnie do wnętrza odbytu, badając je krok po kroku, wnikając głębiej to znowu wycofując się z powrotem na obrzeża, po to tylko by znowu zanurkować do środka.
Nogi przez chwilę zadrżały mu, a on westchnął, kiedy wyraźnie widoczny dreszcz przeszył jego ciało. Wsunął palce we włosy przy potylicy River. Zacisnął dłoń lekko ciągnąc, ale jednocześnie wspomagał jej wytężone działanie. Zamruczał z podniecenia. Nerwowo poruszył biodrami, jakby chciał jeszcze.
I właśnie wtedy, całkiem z siebie zadowolona Madison odsunęła się nieco i ponownie chwyciła za prysznic, wyraźnie zmierzając do tego by powrócić do mycia.
Westchnął z żalem.
- Kurwa… - burknął i zamilkł, czekając na zakończenie mycia.
- Głowa do góry, Nick - pokrzepiła go, sunąc dłonią po jego torsie i nie zapominając o tym żeby zahaczyć o boki. - Jak znam swoje szczęście to jutro też mi będzie potrzebna dobra rozrywka więc się nie martw, nie będziesz stratny - poinformowała go, szczerząc się mu prosto w twarz gdy już znalazła się z powrotem na odpowiedniej wysokości. - I tak na przyszłość - spoważniała nieco, chociaż cholernie trudne to było zadanie bo się jej nieco wanna pod nogami chwiała przez co wszystko było, jakby to powiedzieć, w wersji pokładu na niespokojnych wodach. - Jak mówię szybki prysznic i do wyrka to dokładnie to mam na myśli, ok?
- Jutro jest jutro, a teraz jest teraz - mruknął, samemu zabierając się za to, czego nie dokończyła Cherry. Nie wyglądał na specjalnie zadowolonego, ale szybko straciło to na znaczeniu.

Wzruszyła ramionami. Cóż poradzić… Musiała się, kurwa, wyspać. Chociaż parę godzin żeby odespać picie, które uskuteczniała cały wieczór. No i sam zaczął. Tak, argument był cholernie dorosły ale to akurat River niewiele w obecnym stanie i momencie obchodziło. Zostawiając Nick’a samemu sobie, wydostała się jakoś z wanny i zgarnęła jeden z ręczników by się względnie wytrzeć. Jej wzrok padł na leżące na podłodze bojówki, w których tkwiła papierośnica i zapalniczka. Miała ochotę zapalić i to cholerną. Zamiast tego kopnęła ciuchy nieco głębiej pod ścianę. Facet w końcu mógł przyjąć na siebie tylko pewną dawkę wkurwiania, a sądząc po tonie Nick’a, ten miał obecnie dość.
Nie czekając na niego ruszyła do wyjścia, przy okazji notując w pamięci, że te cholerne drzwi nie mają zamka. Będzie musiała z tym coś zrobić albo przyzwyczaić się do tego, że jej Nick może w każdej chwili wparować gdy będzie w łazience. Albo ona jemu, tak gwoli ścisłości. Ręcznik rzuciła na sofę, obiecując sobie że rano wrzuci go do prania. Podobnie jak poprzedni, który tkwił gdzieś za sofą. Bałagan działał jej na nerwy więc zamiast czekać na Sandersona na sofie, ruszyła w kierunku drzwi do sypialni. Zgadywała, że to one bo jakoś żadnych innych nie było widać. To jednak, co ją przywitało ciężko było nazwać sypialnią. Tak, było tam łóżko, była nawet szafa i to niezłych rozmiarów, wbudowana w ścianę, a na podłodze leżał nawet dywan. Problem w tym, że jak na standardy River to… No, sypialnią się tego nazwać nie dało. Prędzej pokojem z łóżkiem. O, to pasowała jak ulał. Krzywiąc się i marudząc pod nosem ruszyła żeby sprawdzić co w szafie się znajduje. Niestety, jej nadzieje legły w gruzach gdy otworzywszy drzwi zastała ją praktycznie pustą. Po cholerę komuś taki dupny mebel skoro z niego praktycznie nie korzysta?!
Pytania musiały jednak poczekać na czas kiedy będzie przytomna i wyspana, albo chociaż przytomna. Sposób na osiągnięcie tego stanu znajdował się tuż obok, więc Madison z niego skorzystała, waląc się na łóżko i zwijając po swojemu, w kłębek. Pomyślała nawet o tym, żeby zostawić Nick’owi dość miejsca, żeby mógł zmieścić ten swój zaciśnięty tyłek. Zaraz też się wyszczerzyła sama do siebie. Najwyraźniej istniały jednak sposoby by poluzować nieco ten ścisk dupy. Z tą myślą, zanim w ogóle jej obiekt znalazł się w tym samym pomieszczeniu, River odpłynęła w pijacki niebyt, zwany przez niektórych snem.


Nagle Cherry obudził odgłos pukania do drzwi. Szybko jednak poprawiła się. To nie było pukanie. Ktoś napierdalał w drzwi jak wściekły.
- Cisza nocna jest! Pierdolą się i pierdolą! Ciszej! - darła się jakaś kobieta.
Rozszerzona rzeczywistość podpowiedziała jej, że jest 4:33. Z salonu dobiegły poirytowane pomruki oraz pojedyncze słowa:
- …o kurwa, za …ebię sukwę! - mówił głos.
Chwilę później walenie ustało, ale wrzaski baby przybrały na intensywności. Szybko jednak się urwały. Właściwie to przekształciły. River usłyszała wrzask i rumor. Potem wszystko ustało. Pozostało tylko gniewne mamrotanie.
River jeszcze chwilę nasłuchiwała, ciekawa cz babsztyl się jeszcze odezwie ale najwyraźniej ktoś ją uciszył. Rzuciła szybkie spojrzenie na łóżko co tylko potwierdziło tożsamość głosu, który docierał do niej z salonu. Co on do cholery robił na nogach o tej godzinie?! No chyba że mu całkiem odpierdoliło i nigdy nie trafił do łóżka. Pamięć jakoś nie była w tej kwestii usłużna, chociaż nie było się czemu dziwić bo pewnie by nie zauważyła nawet jakby jej się słoń wpakował obok. Klnąc w duchu i nieco pod nosem, zwlekła się i nieco niepewnie stanęła na nogach. Kto normalny funkcjonuje o takiej godzinie?! Madison znałą tylko paru takich typków i żadnego z nich normalnym nie była w stanie nazwać.
Podeszła do drzwi i wychyliła głowę by zerknąć na salon i to, co się w nim działo.
W mieszkaniu panowała zupełna cisza i nic się nie poruszało, ale dostrzegała jakąś zmianę. Coś, co umykało w nie do końca w pełni sprawnym umyśle. Nagle zrozumiała. Zobaczyła rozłożoną sofę, a kiedy podeszła kawałek bliżej, zobaczyła Nicka leżącego pod kocem.
- Co ty tu do cholery robisz? - zapytała cicho, bo jej się nie uśmiechało wabić głośniejszym wyrażaniem swego zaskoczenia tej dziwaczki, która jej zafundowała pobudkę o godzinie, która powinna być zakazana. - Łóżko jest tam - wskazała, chociaż nie była pewna czy jest w stanie zobaczyć jej rękę.
Wydawało jej się, że uśmiechnął się, choć mogła się mylić.
- Jak to co? Zrzuciłem prukwę ze schodów. Pewnie do tej pory czołga się do swojej nory - odparł interpretując pytanie na swój sposób, zaś drugą część jej wypowiedzi całkiem zignorował.
- Gówno mnie ta wariatka obchodzi - zaczęła naprowadzać go na właściwą drogę. - Co ty robisz na sofie? Jak chciałeś spać sam to trzeba mnie było skopać z łóżka, a jak nie to rusz dupę i chodź spać jak normalny człowiek. Na sofie to się może Kastet kimnąć, a nie… - Szlag ją zaczął trafiać, co naprawdę nie było dobre, szczególnie przed południem, a do tego to jeszcze w cholerę daleko było.
Machnął ręką.
- Nie będę ci przeszkadzał - odparł zgryźliwie.
- W końcu musisz się wyspać. A… i obudzę cię za półtorej godziny. Muszę dać ci autoryzację. Także, idź spać, a ja będę czuwał, żeby nic nie zakłóciło twojego snu. Dobranoc - odwrócił się zadając kłam własnym słowom.
- Świetnie - warknęła, wkurwiona na tyle, że nie była wcale pewna czy jej się uda znowu zasnąć. I zamiast obrócić się i odmaszerować, jak pan glina kazał, zrobiła jedyną, rozsądną wedle jej opinii, rzecz. Chwyciła koniec koca, odsunęła go, a następnie wpakowała się na sofę z wyraźnym zamiarem pójścia spać. Jak pan glina kazał.
Nie zmieniając pozycji, odwrócił głowę patrzył na nią przez chwilę, po czym bez słowa położył ją z powrotem. Cherry poczuła jeszcze materiał koszulki, jaką wciągnął na siebie Nick.
No i dobrze… Była wkurwiona i oddychała szybko, jednak złość wyparowywała z niej szybko. Przede wszystkim była bowiem zmęczona. Dlaczego więc nie poszła do łóżka? Z prostej, kurwa, przyczyny. Co innego było zlec w nim na trupa, gdy się wiedziało, że Nick zaraz się za nią wtoczy, a co innego wiedzieć, że idzie się spać samotnie. Cherry zaś, chociaż za cholerę by tego nie przyznała na głos, potrzebowała teraz czuć, że jakiś skończony idiota, który za grosz rozumu nie ma w tej swojej glinianej łepetynie, jest tuż obok. Nie w pieprzonym pokoju obok, ale tuż przy niej. Czy do cholery prosiła o tak wiele? Nie, nie wydawało się jej…
Klnąc nadal w duchu, ułożyła się wygodniej i pozwoliła sobie ponownie odpłynąć.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 16-02-2017, 21:19   #12
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 33244 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację


Światło słoneczne brutalnie opadło na twarz Madison, wbijając się maleńkimi igiełkami przez zamknięte jeszcze oczy prosto w mózg. To jednak były zbyt trywialne przeszkody, by wybudzić jej skacowany umysł.

Gdzieś na krawędzi słyszała nieco głośniejsze odgłosy czegośtam ruszającego się i robiącego hałas, ale... jakie to miało znaczenie? Może było ciut upierdliwe, ale nie wydawało się szczególnie istotne.

- Rusz dupcię, Madison! - zawołał jakiś głos nie starając się nawet brzmieć cicho. Może się zamknie, jak pójdzie spać dalej?

Nagle coś zimnego trzasnęło ją w twarz. Poderwała się gwałtownie wiedziona nieprzyjemnym odruchem.
Szybko zdała sobie sprawę, iż jej twarz jest mokra. Niedaleko stał Nick ze złośliwym uśmieszkiem oraz pustą szklanką.

- Możesz zacząć dzień od wyrażenia wdzięczności, że pozwoliłem ci pospać pół godziny dłużej, ale teraz muszę wychodzić - powiedział, zaś Cherry zauważyła, że Sanderson w istocie jest już całkowicie ubrany i gotowy do wyjścia.

Dostrzegła jeszcze coś, co nie pasowało do ogólnego stanu mieszkania. Na stoliku niedaleko od łóżka stał talerz z parującą zawartością zidentyfikowaną jako jajecznica ze szczypiorkiem. Na osobnym talerzu leżała posmarowana masłem grzanka będąca niegdyś chlebem. Najwyraźniej był tak czerstwy, że nie dało się z niego zrobić niczego innego. Obok znajdował się kubek z gorącą herbatą, tabletki oraz pokaźna butelka wody.

- Jedz zanim wystygnie. A jak nie lubisz, to daj Kastetowi. On się z pewnością ucieszy - rzucił z ledwie wychwytywaną pretensją w głosie.

Nim jednak zdążyła coś odpowiedzieć, tuż przed twarzą pojawiło się okno z prośbą o dostęp od urządzenia "Burdelmama".

- Zaakceptuj - powiedział Nick przestępując z nogi na nogę w trudnym do zrozumienia zniecierpliwieniu.
Poszła za sugestią policjanta i poczuła bardziej niż zobaczyła, że coś ląduje koło niej. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak szlafrok. Na drugi też. Zapewne dlatego, iż faktycznie był to szlafrok.

- Załóż coś na siebie. Wychodzimy na korytarz, system musi cię rozpoznać - wyjaśnił cierpliwie.

W trakcie autoryzowania drzwi mieszkania naprzeciwko uchyliły się. Nick również to zauważył i z wyrazem bezbrzeżnego wkurwienia przełożył rękę przez próg, wyciągając Tima za stylisko. Właścicielka szybko schowała się w środku.

Ostatecznie River dostała w rozszerzonej rzeczywistości komunikat od Burdelmamy, iż autoryzacja przebiegła poprawnie.

- Będę późno - powtórzył stwierdzenie z poprzedniego dnia i bez pożegnania zbiegł po schodach.
Drzwi naprzeciwko ponownie uchyliły się, ukazując pojedyncze, łypiące na nią oko. Jednakże dostrzegając, iż obserwowany obiekt widzi obserwującego, szybko się schowało.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.

Ostatnio edytowane przez Alaron Elessedil : 16-02-2017 o 21:25.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 28-03-2017, 21:21   #13
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 46741 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
- Aha… - mruknięcie pożegnało Nick’a. Mruknięcie niezbyt przytomne, należało dodać, bo Madison przytomna zdecydowanie nie była. Pewnie… Chodziła i wykonywała proste polecenia ale za cholerę nie kontaktowała. Łeb jej nawał tak, że wszystkie dźwięki wydawały się cholernie głośne. Do tego, do cholery, kto to widział żeby wstawać gdy na zegarku migają pojedyncze cyfry?! Nick’owi musiało odpierdolić albo leciał na jakiś prochach. No, albo ten jego zakuty łeb był mocniejszy niż jej. Jakby nie było, fakt pozostawał faktem. River wciąż była pijana i to nie dość pijana by znieczulające działanie alkoholu wciąż miało nad nią władzę.
Niczym zombie, z tych parszywych filmów klasy F albo i niższej, wtoczyła się z powrotem do mieszkania. Kastet zdążył się już dobrać do jajecznicy więc nie musiała mu nawet tego nakazywać. Mądre psisko, znało swoją panią na tyle by wiedzieć, że i tak szans najmniejszych nie było na to, by to ona skonsumowała jedzenie.
- Dobra moooorda… - Pochwaliła psa, ozdabiając tą pochwałę ziewnięciem. Lecąc w pełni na autopilocie, walnęła się z powrotem na sofę i nakryła głowę kocem. Korzystając z reszty względnej świadomości ustawiła budzik na za pięć dziesiąta, po czym zrobiła jedyną rozsądną rzecz, na jaką było ją stać. Usnęła.


Budzik wył i wył, a ją szlag trafiał.
- Spierdalaj - warknęła, obracając się na drugi bok i nakrywając kocem. Ten jednak za cholerę nie chciał się zamknąć. Wkurwiający, popierdolony, sadystyczny skurwiel, który nawet na pieprzoną sekundę się nie zamknie. W końcu nie wytrzymała… No bo do cholery ile można, co? Niechętnie, bo niechętnie ale musiała zwlec dupę z sofy żeby się ten sadystyczny pojeb przymknął. Co ją do cholery napadło żeby instalować to gówno…?
- Tak, tak, wiem - mruknęła do Kasteta gdy już to cholerstwo przymknęło się. No ale skoro już wstała to… Heh, lista rzeczy, które miała tego dnia do załatwienia wywaliła się jej przed ledwie widzącymi oczami i wyglądała jakby ktoś rozciągnął paskudnie przeżutą gumę do niemożliwych długości. I budziła taki sam odruch wymiotny. A skoro o tym mowa…

Była właśnie w trakcie obmywania twarzy gdy ktoś załomotał w drzwi. Jednocześnie w wirtualnej rzeczywistości zamigotało powiadomienie, że przesyłka dotarła na miejsce i może zostać odebrana. No tak, kurwa… Na ich szczęście spóźnili się te dziesięć minut, bo jakby jej ktoś tak zaczął walić w drzwi zanim zwróciła wczorajszą pizzę to by skończył w pięknym, nowym, dość kolorowym mundurku…
Kurierem był młody chłopak, co nieco River zdziwiło bo zwykle takie przesyłki dostarczali jej droidami. Widać po sprawdzeniu do jakiej dzielnicy ma dotrzeć paczka, woleli nie ryzykować utraty maszyny. Ludzie z kolei… Tych nikomu już nie było żal.
Potwierdziła przyjęcie i wpuściła gówniarza do środka co by nie tkwił jak idiota na korytarzu, wystawiony na czujne spojrzenia sąsiadów i sąsiadek. Sąsiadek chyba, o ile dobrze pamiętała co Nick mówił. Chłystek skrzywił się na widok burdelu, co było wyraźnym dowodem na to, że nowy w tej robocie. Dorzuciła mu więc drobny napiwek, po którym od razu humor mu się poprawił i uwinął się z robotą szybciej. Dla swojego własnego dobra, bo to jego “tak, proszę pani”, “nie, proszę pani” i ”zapraszam do ponownego skorzystania z naszych usług”, zaczynało jej poważnie działać na nerwy. Z ulgą więc zamknęła za nim drzwi.
Następne co zrobiła było otwarcie jednej z butelek, które także przyszły z dostawą i popicie jej zawartością tabletek, które Nick dla niej przygotował. Klin klinem, jak mawiał Eros, a póki co nie udało się jej znaleźć lepszej alternatywy na porannego kaca. No, chyba że nie picie poprzedniego wieczoru i nocy, co nawet się jej czasem udawało.

Szybki prysznic później, była już względnie na nogach. Wcisnęła na tyłek świeżo zakupioną bieliznę, dorzuciła bojówki i koszulkę, z której dekoltu lekko wystawała koronkowa oprawa stanika. W końcu trzeba było korzystać ze wszystkich atutów jakimi się dysponowało, wiedział o tym każdy kto w tej robocie siedział. I paru innych, na dobrą sprawę.
Resztę zakupów, w tym porządny zapas czekolady, lodów i popcornu, wsadziła do szafek i lodówki. Tak samo jak obie butelki whiskey. Przy okazji dokładnie przeszukała kuchnię i zrobiła dalszą listę zakupów. Następnie przeszła do salonu i przez chwilę po prostu stała na jego środku, notując co jej będzie potrzebne do tego, żeby doprowadzić to miejsce do jako takiego stanu. Część rzeczy mogła przywlec ze swojego mieszkania, część trzeba by dokupić.
- Kurwa, Nick… Żyjesz w chlewie - poinformowała nieobecnego glinę, kręcąc przy tym głową aczkolwiek w dość oszczędny sposób bo ta nadal łupała tak, że przy każdym ostrzejszym ruchu miała przed oczami pokaz fajerwerków.

Dwie godziny i garść tabletek później, salon wyglądał jak miejsce, w którym dało się żyć. Książki zostały odkurzone, akta pozbierane i posegregowane, śmieci wywalone. Podłoga lśniła, tak samo okna, chociaż z widokiem to już River niewiele mogła zrobić. Do tego wrzuciła pranie i zajęła się tym, które było na suszarce. Posprzątała też kuchnię, przy okazji przyrządzania sobie koktajlu z surowych jajek z dodatkiem dużej ilości cukru. Zadbała też o to żeby wtłoczyć w siebie całą wodę, którą jej Nick przygotował i dorzucić do tego kolejną butelkę. Miała w chuj spraw do załatwienia i potrzebowała być przytomna w trakcie ich załatwiania.


Dokładnie pół godziny po dwunastej zgarnęła smycz Kasteta i ruszyła do wyjścia zadowolona, że przynajmniej część z rzeczy do załatwienia, zostało już załatwione.
Drzwi posłusznie usunęły się z drogi, lecz zamiast przejścia stała w nich… sąsiadka.


Nic nie rzucało się w oczy tak mocno jak połamane zęby oraz sztuczne oko. Pomarszczona rodzynka twarzy zwrócona była w kierunku Madison z wyrazem świadczącym o bolesnym zaparciu lub skretynieniu umysłu.
- Ładna cizia, ładna - odezwała się chrapliwym, świszczącym głosem. Kobieta bez przebrania mogłaby z powodzeniem być straszydłem podczas halloweenowej nocy.
- Dzidzia ładna… - mlasnęła, nie spuszczając wzroku z Cherry.
- Dzidzia kurewsko spóźniona - odpowiedziała jej River, spoglądając na babsztyla z równą dozą zniecierpliwienia, gniewu i rosnącego obrzydzenia. Nie miała dziś najlepszego humoru do radzenia sobie z nachalnymi babsztylami, a ta sprawiała wrażenie kurewsko nachalnej. Do tego blokowała jej drogę, co ni w chuj pasowało do jej rozkładu dnia, z którym była dobre dwie godziny na bakier. Jak nie więcej…
- Więc jakby pani była taka miła i się ruszyła sprzed drzwi…? - zaczęła, jak na siebie i swój stan to nawet bardzo milunio ale podobno dobrze było znajomości zaczynać od dobrej stopy i powoli schodzić w dół, aż do kopania dupy. Lub zrzucania ze schodów.
- Cizia głośna. Spać nie daje, jeno ruchać się chce. A kobiecie spać nie daje. Ładna cizia - mlasnęła ponownie, opluwając się lekko spienioną śliną. Ta strużką ściekała po Wielkim Kanionie zmarszczki, ale sąsiadka nie zwracała na to uwagi. Nie wyglądało również na to, by zamierzała ruszyć się z przejścia.
- Cizia korzysta póki może, a że przy okazji w dupę daje tym co już nie, to nie moja sprawa - odpowiedziała, spoglądając na kobietę ze zdecydowanie mniejszą dozą życzliwości. O ile w jej spojrzeniu kiedykolwiek życzliwość się pojawiła. No, w przypadku tej starej pruchwy.
- Rusz dupę kobieto, spóźniona jestem - dodała, a raczej warknęła, którym to warknięcia i Kastet by się nie powstydził. - Albo psem poszczuję - dorzuciła, uznając to za mniejszą groźbę od stłuczenia pruchwy bejsbolem.
Spojrzała szybko na psa, lecz ten najwyraźniej nie był zainteresowany byciem groźnym. Z wyszczerzonym w uśmiechu pyskiem spoglądał w kierunku swojej właścicielki nie mogąc się doczekać spaceru. Sytuację pogarszały zamaszyste ruchy ogona oraz cała uwaga skupiona na River.
Mimo wszystko Fisher cofnęła się o niewielki krok.
- Niemiła cipcia. Ładna. Niemiła - burknęła oblizując suchary warg językiem podobnym do kabanosa.
- Zdrajca - mruknęła do psa, który zamiast pokazać pełnię swojego uzębienia, wydawał się nawet słodszy niż zwykle. Przez to też nijak nie była w stanie się na niego złościć. Ale spokojnie, miała idealny obiekt do tego, żeby się na kimś powyżywać.
- Kurwa… Rusz się do cholery albo nie wytrzymam i ci przypierdole - postawiła sprawę jasno, sięgając ręką w bok by wymacać rączkę bejsbola. Nie żeby go potrzebowała bo pewnie takiej pruchwie byłaby w stanie kości poprzestawać i bez dodatkowych narzędzi, ale liczyła trochę ze stara dupa ruszy się na sam jego widok, zanim River będzie zmuszona ją do tego nieco dosadniej przekonać.
Oczy Fisher stały się wielkie i okrągłe jak spodki pod filiżankami. Kłaniając się zaczęła tyłem, po omacku, szukać drzwi swojego mieszkania.
- Dzień dobry, Jim. Jak mija dzień? Mam nadzieję, że dobrze - paplała, opluwając przy tym podłogę korytarza. W końcu trafiła.
- Do zobaczenia, Jim. Miłego dnia.
Kłaniała się kijowi baseballowemu aż przejście do mieszkania naprzeciwko zamknęło się.
Cherry patrzyła za nią jeszcze przez dobrą chwilę, mając przy tym wrażenie, że jej szczęka znajduje się gdzieś w okolicy podeszw.
- Nooo… dobra… - mruknęła, spoglądając na Kasteta. - Ty też to widziałeś, nie?
Psiak jednak wyraźnie nie wydawał się zainteresowany ani pałką w dłoni właścicielki ani pruchwą, która sobie wreszcie poszła. Za to zdecydowanie był zainteresowany spacerem, który się opóźniał.
- Dobra… Dodajemy do listy zakupów taką laseczkę i chyba trzeba będzie dopytać Nick’a co takiego tej purchwie nią zrobił - dodała, odkładając bejsbola na miejsce i wychodząc na korytarz.


Wysiadając z taksówki z przyjemnością wtoczyła w płuca znajomą woń. Nie taką cukierkowo czysta i porządną jak w centrum ale już nie tak cuchnącą, że człowiek się od smrodu zataczał. Ta… To był dom.
Pełna pozytywnego nastawienia ruszyła w kierunku wejścia, a po potwierdzeniu tożsamości udała się na swoje piętro korzystając z szybkiej i czystej windy. Cywilizacja miała jednak swoje dobre strony, gdy się jej pozwalało na wkroczenie do akcji. Będzie musiała o niej poinformować Nick’a bo facet najwyraźniej miał tendencje do zapominania o tym drobnym fakcie. No ale jak ktoś mieszkał w zwierzyńcu i to takim dla zdrowo pierdolniętych, to nie powinno dziwić, że tracił pojęcie o niektórych wartościach życiowych. Jak wygoda, chociażby. Albo czystość, przynajmniej ta pokojowa. No ale póki była poza jego lokum, musiała się zatroszczyć o swoje, a to oznaczało rozmowę z ubezpieczycielem, na którą wcale nie miała ochoty, a którą trzeba było w końcu odbyć jak chciała zobaczyć swoją kasę. Za coś trzeba było to nowe mieszkanie kupić.
Jeśli liczyła na to, iż wejdzie do obecnego bez najmniejszego problemu, to szybko zorientowała się, że nie będzie to tak proste. Od razu po wejściu na własne piętro dostrzegła taśmę w poprzek wejścia stanowiącą rzeczywistą barierę wspomaganą przez wypukłą, błękitną powierzchnię zagradzającą jej drogę do środka.


Wewnątrz dostrzegła policyjnego drona patrolującego. Rozszerzona rzeczywistość podpowiedziała jej o wmontowanym, szerokokątnym obiektywie oraz wyposażeniu w broń ogłuszającą.
- Miejsce zbrodni. Proszę nie wchodzić na teren zastrzeżony. W imieniu DCPD przepraszam za utrudnienia - odezwał się dron skierowany wprost w kierunku Madison.
I jak tu nie klnąć? No jak? Kiedy nawet do własnego mieszkania wejść spokojnie nie można? No ok, było to dobre ze względu na dobytek, który w nim został, ale do cholery teraz tego dobytku potrzebowała i nie miała się ochoty użerać z głupim dronem by się do niego dostać. Szlag by to trafił…
- Tak, cudnie, rozumiem do cholery, tyle że to jest moje mieszkanie, w którym znajdują się moje rzeczy, które to rzeczy obecnie są mi potrzebne. Sprawdź tożsamość durna puszko i przestań sprawiać problemy. Albo lepiej, skontaktuj się z kimś, kto zamiast cyfer i kabli ma we łbie mózg… - wywaliła z siebie część frustracji, patrząc na cholerną przeszkodę wzrokiem, który, była tego pewna, mógłby zabijać.
- Dowody nie mogą być usunięte. Ślady nie mogą być zatarte. W imieniu DCPD przepraszam za utrudnienia.
- Tak, tak, znam zasady - warknęła. - Ciuchy jednak to nie dowody, do cholery. Miska psa też nie. Jego jedzenie też nie. Łącz mnie do cholery z jakimś komisariatem - zakończyła tyradę, starając się wykorzystać znaną metodę liczenia do dziesięciu żeby uspokoić nerwy. Nie pomogło. Na dobrą sprawę to chyba nawet pogorszyło sytuację. Nie miała, do cholery, czasu na te bzdety.
- Nikt nie może wejść. W imieniu DCPD przepraszam za utrudnienia.
- Szlag by cię trafił ty zardzewiała puszko po spagetti - wkurwiona nie na żarty, przez krótką chwilę zastanawiała się nawet czy by nie zaryzykować i nie usunąć przeszkody fizycznie, no bo to już przekraczało wszelkie granice. Problem polegał na tym, że dość już miała kłopotów i wydatków na głowie, żeby jeszcze obciążać konto opłata za zniszczenie drona i dodawać sobie cegiełkę do kartoteki. Zamiast tego zrobiła to co zawsze gdy miała problemy ze sprzętem pochodzenia gliniarskiego. Zadzwoniła do Nick’a. Ten jednak, oczywiście, postanowił sobie zrobić wolne na kawkę i zapomniał przy okazji jak się połączenia odbiera.
- Prośba o kontakt z komisariatem - zaczęła więc z innej beczki, wcześniej biorąc wdech czy dwa… Czy kilka. No, coś musiało tą puszkę ruszyć. Tyle że nie ruszyło. No pewnie, że nie. W końcu policja to takie pomocne skurwiele, że niczego innego się spodziewać nie powinna. Z wszystkich opcji zostały jej trzy. Pierwsza odpadła już jakiś czas temu, druga została odłożona na czarną godzinę, a Cherry skorzystała z trzeciej, sama dzwoniąc do tych od mundurków. Byłoby całkiem miło, gdyby nie solidaryzowali się oni z Sandersonem. Sygnał zwiastujący próbę połączenia nie kończył się odebraniem przez kogokolwiek.
W końcu, gdy już miała się rozłączyć, coś się zaczęło dziać.
- Wień wobły, DCPD - odezwał się policjant z pełnymi ustami.
- W czym pomóc? - zapytał już wyraźniej, choć ton jego głosu wskazywał na to, iż wcale nie miał zamiaru nikomu pomagać. A już w szczególności osobie, która przerywa mu jedzenie.
River nie miała zamiaru przepraszać, za to, ze się jakiemuś dupkowi wpakowała w trakcie obiadu. Gówno ją to obchodziło.
- Mam problem z jednym z waszych dronów - poinformowała, starając się brzmieć milusio, bo jakby nie spojrzeć facet to facet. - Nie pozwala mi wejść do mieszkania - dodała, dorzucając do tego szczyptę żałosnych tonów w głosie.
- Adres - rzucił opryskliwie, choć za pewien postęp należało uznać to, iż w ogóle postanowił zaangażować się nieco mocniej.
- Pani… River, ta? - zapytał retorycznie po kilku chwilach od usłyszenia adresu.
- W pani domu wybuchła bomba. Prowadzone jest dochodzenie i zbierane są wszelkie ślady. Za kilka dni będzie pani mogła wejść - poinformował.
Panna, do cholery… Panna… Skąd tego idiotę wytrzasnęło? River nie miała zwyczajnie sił na to, żeby się z takimi imbecylami użerać, ale najwyraźniej złośliwy los miał inne plany co do tego dnia.
- Żeby przetrwać te kilka dni będę potrzebowała kilku rzeczy z mieszkania - starała się mówić spokojnie i oddychać przy tym równomiernie. Było to jednak nieco trudne, gdy się jednocześnie przygryzało język by nie wygarnąć tego, co się miało na myśli.
- One nawet nie znajdują się w salonie, gdzie do wybuchu doszło. Obiecuję, że nie tknę niczego co może stanowić dowód. Możecie wysłać ze mną tego drona, który tu pilnuje, żeby mieć dowód - zaproponowała, planując już kolejne połączenia z Sandersonem bo jakoś wątpiła by z tym dupkiem, z którym obecnie rozmawiała, przyszło się jej dogadać. Boże, skąd tacy się w ogóle brali na tym świecie.
- Pani River, prosi pani o złamanie protokołu numer… eeee… numer… eeee… eeee… pięć kropka jeden - zakomunikował w końcu. W rozszerzonej rzeczywistości Cherry otworzyła wspomniany przez policjanta dokument. Istotnie, zapis taki został umieszczony, lecz w całkiem innej sekcji i oznaczony był jako K9.
Przez dobrą chwilę zastanawiała się czy poprawić imbecyla czy po prostu się rozłączyć. Po kolejnych kilku wdechach doszła do wniosku, że nie ma na to siły i przerwała połączenie.
- Powiedz ty mi mordo, skąd się tacy ludzie biorą? - Zapytała Kasteta, który posłusznie siedział przy jej nodze, chociaż nie trzeba było geniusza by się domyślić, że psisko wolałoby już wcisnąć pysk w swoją michę. W michę, do której dostępu broniła głupota z prawdziwego zdarzenia. No i puszka złomu, oczywiście.
Niestety, wyglądało na to, że Nick uparł się nie odbierać jej telefonów. Dzwoniła jednak uparcie, raz po raz próbując nawiązać połączenie, bez skutku. Czymkolwiek zajmował się ten jej upierdliwy glina, najwyraźniej nie był w stanie odebrać durnego połączenia. Dopiero za szóstym razem dotarło do niej że przecież dzwoni na jego prywatny numer, który wybrała z przyzwyczajenia.
- Chyba jednak muszę się napić - stwierdziła na głos, wyszukując jednocześnie jego służbowy numer i próbując tej metody.
- Dzień dobry, sierżant Ronald West. W czym mogę pomóc? - zapytał znudzony funkcjonariusz.
- Chciałabym rozmawiać z Nick’iem Sandersonem, jeżeli można - poinformowała River, nieco zdziwiona, że to nie jej glina odebrał. Widać numer był przypisany do grupy funkcjonariuszy. Nie miała pojęcia bo zwykle z niego nie korzystała, a jakoś nie było potrzeby pytać o to Nick’a. Starała się też brzmieć w miarę uprzejmie i nie zgrzytać zbytnio zębami bo raz - było jej szkoda na dentystę, dwa - West mógłby owe zgrzytanie usłyszeć.
- Bardzo mi przykro. Nie ma go. Może będę w stanie jakoś pomóc? - odparł tonem, w którym nie było nawet cienia żalu czy smutku.
- To zależy - odparła, mierząc puszkę złym spojrzeniem. - Zna pan jakiś dobry sposób na ominięcie protokołu K9? - zapytała niewinnym głosikiem, który był tak szczery jak uśmiech który posłała dronowi.
- W jakim celu? - zapytał podejrzliwie. Niemal fizycznie poczuła jak West od tonu “rozmawiam, bo mi kazali, ale rozłącz się, bo oglądam filmiki w internecie” przeszedł do ostrożnego zainteresowania.
- Pomyślmy… - zaczęła, przewracając oczami. - Celów jest kilka. Jednym z nich jest szuflada z bielizną, kolejnym szafa z ubraniami. Następna będzie łazienka, a na końcu posłanie i miska dla psa. Taak… to by chyba było tyle - zakończyła nieco ironicznie, ale wciąż bez bijącego po oczy sarkazmu, za co powinna chyba jakąś nagrodę dostać. - Dodam, ze wszystko to znajduje się w moim mieszkaniu i jest mi potrzebne żeby przetrwać… zaraz, jak to było…. “Kolejnych kilka dni” - zacytowała poprzedniego glinę i tym razem bez wątpienia włączył się jej sarkazm.
- To niemożliwe bez funkcjonariusza nadzorującego - poinformował ją Ronald, choć zdawał się coś sugerować. Jego odpowiedź z całą pewnością nie była odmowna, co River czuła za każdym razem, gdy ktoś chciał od niej pieniędzy.
No tak, nic za darmo… Tylko czy jej się to opłacało? Tak, jak cholera. Musiała się dostać do mieszkania i wcale nie chodziło o zabranie z niego majtek na zmianę.
- Jestem pewna, że dałoby się to jakoś załatwić - odezwała się przymilnym głosikiem, zapraszającym do podania ceny. Fakt, mogła sobie darować tą całą pieprzoną szopkę, tyle że jej glina miał tego dnia alergię na telefony. No, chyba że miał alergię tylko na jej telefony co mniej więcej na jedno wychodziło, przynajmniej dla niej. Nie miała czasu czekać aż Nick łaskawie odbierze.
- No nie wiem, nie jestem pewien czy mogę - powiedział, dość nieporadnie udając wahanie.
- Oddzwonię do Pani za dziesięć minut - dodał, po czym rozłączył się. Niemal natychmiast w rozszerzonej rzeczywistości pojawił się anonimowy komunikat przedstawiający wyłącznie cyfry. Nie miała najmniejszych wątpliwości co one oznaczają. Pierwsze trzy mówiły o wpłaceniu 300 dolarów, zaś pozostałe, oddzielone spacją, to numer konta. Madison nie miała również wątpliwości, iż sierżant oddzwoni, gdy tylko pieniądze zasilą wskazane konto.
Trzy stówy… Cherry aż jęknęła widząc ile będzie ją kosztowała wczorajsza bezmyślność i dzisiejszy brak dostępu do Nick’a. Nie, nie sądziła, że West zażąda aż takiej kwoty. pewnie, była w stanie zabulić trzy stówy, tyle że to była niemal połowa honorarium za dwie z jej obecnych robót. Robót, których jeszcze nie skasowała bo jej coś jebło w mieszkaniu. Jako jednak, że kolejne próby skontaktowania się z Nick’iem skończyły się klęską, nie widziała innego wyboru jak zabulić. Potrzebowała swoich gratów, a nie miała czasu bo trzeba się było zająć innymi sprawami. W tym tymi robotami, które pokryją koszta wejścia do mieszkania. Dlatego też przesłała żądaną kwotę na podane konto i czekała.
- Dzień dobry ponownie, pani River - odezwał się sierżant West, tym razem znacznie uprzejmiej niż poprzednio. Najwyraźniej pieniądze doszły.
- Niestety, nadzoru funkcjonariusza podczas takiego wejścia jest nie do ominięcia, dlatego proszę się nie rozłączać. Będę panią widział dzięki dronowi - poinformował kobietę. Tarcza błękitnego obszaru zastrzeżonego zniknęła z rozszerzonej rzeczywistości, pozostawiając wyłącznie taśmę policyjną.
- Grunt żeby tam wejść - odpowiedziała mu, ruszając prosto do drzwi mieszkania. Czy raczej do dziury która po nich została. Cholera, to były dobre drzwi, solidne i nigdy nie sprawiające kłopotów. Słono za nie zapłaciła… No cóż, przyjdzie jej zabulić także za nowe. Ostrożnie, by czasem nie stanąć na jakimś ostrym odłamku, weszła do środka, powstrzymując lekko Kasteta, który nader ciekawsko węszył wokoło i sprawiał wrażenie jakby chciał dać szczupaka do środka.
- Spokojnie stary, my tu tylko na chwilę - przytemperowała zwierzaka dopóki nie upewniła się że wszystko wygląda mniej więcej tak jak wyglądało wczoraj. Dopiero wtedy wpuściła zwierza do mieszkania, a sama ruszyła prosto do lodówki. No bo skoro już przeżyła tą całą batalię z idiotami to i napić się trzeba było. Wyciągając przyjemnie schłodzoną butelkę whiskey, śledziła poczynania Kasteta. Psiak węszył wszędzie i zaglądał w każdy kąt, jakby miał nadzieję znaleźć tam coś niezwykle ciekawego. W końcu jednak poczłapał do swojego legowiska. Jego spojrzenie wyraźnie mówiło, że to jest dom i tu powinni zostać. Niestety nie było to takie proste jak to sobie słodziak wymyślił.
- Tylko mi się nie rozwal, zaraz się zbieramy - powtórzyła, odkręcając butelkę i pociągając solidny łyk. Taaaak, tego jej było trzeba. Ze znacznie lepszym humorem, ignorując całkiem nadzorującego ją glinę, ruszyła do sypialni. Najpierw zajęła się wygrzebaniem odpowiedniej torby. Po namyśle zgarnęła też plecak, bo tak będzie jej wygodniej nieść te wszystkie graty, które zamierzała zabrać z mieszkania. Najpierw zgarnęłą jakieś tam ciuchy, które się jej nawinęły, a które wyglądały na w miarę zdatne do ubrania, po czym przeszła do solidnej szafki z szufladami. Mebel ów robiony był na zamówienie, wedle jej projektu. Każda z szuflad miała podwójne dno, zaprojektowane tak że dało się je otworzyć jedynie przy wykorzystaniu jej kciuka, z którym z zasady się nie rozstawała. Na wypadek jednak gdyby jej go odcięli, co mogło się zdarzyć, skrytki były też chronione drugorzędnym zabezpieczeniem wymagającym specjalnego klucza, który miała wbudowany w lewą rękę. O zabawki bowiem należało dbać.
Kładąc torbę na podłodze przy szafce, otworzyła najniższą szufladę. Tam znajdowała się ciężka artyleria. Na odgłos sapniecia, który wydał glina, tylko się uśmiechnęła pod nosem, ładując do torby jej ukochany granatnik, który niekiedy był zwyczajnie niezbędny.


Za granatnikiem poszły same granaty, które czule nazywała tamponami i taką właśnie odpowiedź udzieliła przyglądającemu się jej dupkowi, gdy otworzył tą swoją morde z pytaniem co tam jeszcze ładuje. Kurwa, że też tacy się jeszcze rodzili… Ignorując fiutka, przeszła do drugiej od dołu szuflady, w której drugim dnie tkwiła elegancka walizka, a w niej jej słodkie cudeńko od załatwiania spraw na odległość i z zabójczą precyzją.


Snajperka była jej oczkiem w głowie, chociaż nieczęsto z niej korzystała. Jakby nie spojrzeć jej robota polegała na zbieraniu informacji i przytaszczaniu gnid żywych przed oblicze prawa. Zwykle tego, którym rządziła się ulica. Niekiedy jednak zlecenie miało ową przyjemną klauzulę “... lub martwy”, co często wychodziło o wiele taniej, nawet jak się policzyło zniżkę, którą status martwego często oznaczał. Gdy zaś chodziło o zbieranie informacji, nieocenione były dla niej noże. Te śliczne cudeńka tkwiły w trzeciej szufladzie, ułożone wygodnie w swoich pokrowcach, gotowe do tego by ich ostrza nabrały odcieni szkarłatu.


Jeżeli snajperka była jej oczkiem w głowie, noże były jej miłością. Z tego też powodu zamiast wylądować w torbie czy plecaku, zostały od razu przypięte do pasa i zabezpieczone. River od razu poczuła się lepiej, czego nie można było powiedzieć o sierżancie. Coś się jej zdawało, że następnym razem jak na niego trafi to nie policzy jej trzystu, a znacznie, znacznie więcej. Tyle tylko, że nie planowała następnego razu. Niektórzy faceci już tak mieli, że nadawali się tylko na pojedynczy wyskok.
Na zakończenie zgarnęła z górnej szuflady drona, kasetkę z pluskwami i poręczne gnaty.


No i co by nie było, dorzuciła też wspomnianą bieliznę. Tak, co by nie było że łże. W końcu powiedziała, że potrzebuje ją zgarnąć, co nie? Nikt się przyczepić nie mógł, wszyscy byli, kurwa, szczęśliwi. Ona z pewnością, nawet posłała szeroki uśmiech West’owi. Coś jej się zdawało, że ją Nick później zajebie za wkurwianie koleżki po fachu, ale gówno ją to obchodziło. Mógł skurwiel odebrać jak dzwoniła…
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 28-03-2017, 21:25   #14
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 46741 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Spakowanie reszty gratów, wśród których nie było już chyba niczego co można by nazwać groźnym, przeleciała wzrokiem mieszkanie, które tak dobrze jej służyło przez ostatnie lata. Żal jej go było i to cholernie, no ale jej fach miał swoje minusy, chociaż nie spodziewała się, że uda się jej kiedyś zaleźć komuś za skórę do tego stopnia żeby chciano ją wysadzić w powietrze. Jak nic będzie teraz musiała podnieść swoje stawki, która to myśl przywiała na jej twarz szeroki uśmiech.
- To by było na tyle, panie władzo - poinformowała glinę, nadal się szczerząc i zgarniając posłanie Kasteta. Była kurewsko obładowana co jak nic wiązało się z koniecznością powrotu do siedziby Nick’a. Pewnie nie miała na to czasu ale pieprzyć, najwyżej daruje sobie szpital. O ile wiedziała, te nie miały zwyczaju uciekać.

West na szczęście nie robił jej więcej problemów, za co była mu niezwykle wdzięczna. Ten dzień już sam w sobie był do dupy więc nie potrzebowała dodatkowo by jej jakiś glina jęczał nad uchem. Pożegnała się z nim siląc na uprzejmość po czym zostawiła swoje mieszkanie pod opieką upierdliwego drona. Najważniejsze rzeczy miała w końcu ze sobą, wszystko zaś co zostało dało się łatwo zastąpić w razie gdyby kolejnej osobie udało się przecisnąć do strefy w której przecież nikt nie powinien być dopuszczony.

Czekając na taksówkę układała sobie grafik na resztę dnia. Musiała skontaktować się z ubezpieczycielem, musiała sprawdzić co ma dla banku, chociaż wiedziała doskonale że nic nie ma. Zastanawiała się nawet czy nie rzucić tej roboty ale sprawa zrobiła się osobista, co znaczyło że i tak nie odpuści tropu więc równie dobrze mogą jej za to zapłacić. Ile? Z pewnością nie tyle ile obiecywali, jednak liczył się każdy grosz. Pasowałoby jeszcze podokańczać pozostałe dwie sprawy ale nie wiedziała czy znajdzie aż tyle czasu. No i trzeba by znaleźć kogoś do opieki nad Kastetem. Wizja oddania go do psiego hotelu robiła się coraz wyraźniejsza. No chyba żeby Xander… Myśl ta sprawiła że River natychmiast skierowała się pod drzwi sąsiada. Nie była pewna czy czasem nie był akurat w robocie ale spróbować nie szkodziło.
- Już, już, już! Moment! - dobiegło ją wołanie, lecz po żadnym momencie, dwóch ani nawet trzech drzwi się nie otworzyły.
- Idę! - zawołał kolejny raz, ale River nie słyszała, by rzeczywiście tak było.
- Jeszcze chwila… A niech to szlag! - w końcu wewnątrz mieszkania rozległy się jakieś inne odgłosy niż nawoływanie.
- O… Dobrze cię widzieć. Przepraszam, aukcja… - wskazał kciukiem za siebie.
River powstrzymała się od warknięcia. Wystarczyło, że musiała się zdać na tego typka w sprawie Kasteta, wyczekiwanie pod drzwiami było tylko oliwą do ognia jej niechęci, którą pewnie ktoś bardziej obyty w sprawach i nie zaangażowany, nazwałby zwykłą zazdrością o względy czworonoga.
- Zajmiesz się Kastetem? - wypaliła od razu bo jakoś się jej nie chciało babrać w miłe gadki.
- Oh… Tak, jasne. Domyślam się, że będziesz miała teraz sporo roboty z… tym wszystkim. Może wejdziesz? - zapytał z lekką nadzieją w głosie.
River rozważała propozycję. Rozważała ją dłuższą chwilę i to nawet poważnie, a nie jak zwykle pozwalając by wpadła jej jednym i wypadła drugim uchem.
- Chwilę - zdecydowała w końcu, uznając że przy okazji mogła go podpytać czy czasem nie widział ostatnio kogoś podejrzanego, kto by się kręcił w okolicy budynku. No i była też ciut ciekawa jak wygląda nora Xaviera. Facet może i zajmował się Kastetem już od jakiegoś czasu ale jakoś wcześniej usilnie nie było okazji by mu na chatę wparować. No to się nadarzyła…
Kiedy weszła do środka, od razu wiedziała gdzie co jest, ponieważ układ jego mieszkania niemal do złudzenia przypominał jej lokum. Różnicą było… wszystko inne zaczynając od beżowych ścian, przez leżący na podłodze parkiet po niewątpliwie bardzo miękkie obicia. Od razu rzuciło jej się w oczy wiklinowe posłanie z całą pewnością przeznaczone dla Kasteta, ponieważ sam właściciel nie posiadał zwierząt. Posiadał za to hopla na punkcie drewna i wszelkich barw z nim związanych. Ramki z e-zdjęciami, meble, zegar na ścianie, biurko, a nawet kubek na nim stojący.
- Napijesz się czegoś? - zapytał, zaś Cherry rzuciła okiem na jeden z nielicznych elementów nieporządku w lokalu, czyli ubranie leżące na kanapie oraz buty stojące obok niej. Na ich widok nasuwało się tylko jedno określenie: skrajnie pedalskie. Obcisłe, czarne spodnie oraz biała koszula z bufiastymi rękawami i dekoltem do pępka. Do tego błyszczące jak psu jajca lakierki.
- Cokolwiek byle było mocne - rzuciła swoją standardową w przypadku tego typu pytań, odpowiedź. Jej wzrok błądził po mieszkaniu, a ona sama nie mogła się zdecydować czy to co widzi się jej podoba czy nie. W końcu doszła do wniosku że jednak woli szkło i metal, niż podatne na korniki drewno. No i na litość boską, czy on czasem nie przesadzał z jego ilością? Miało się wrażenie, że się do pieprzonej dziupli wlazło zamiast do mieszkania faceta. Z tym facetem to też musiała się chwilowo wstrzymać widząc porzuconą garderobę. Nosz kurwa, znała go przecież trochę. Pobieżnie i z lekceważeniem ale żeby jej taki szczegół umknął? Nie… Pokręciła głową, po czym postawiłą ostrożnie swoje bagaże pod ścianą, a następnie pewnym krokiem ruszyła w stronę sofy.
- Nieźle się tu urządziłeś - pochwaliła wyjątkowo nieszczerze, sadowiąc tyłek i wywalając nogi na stolik. Jeżeli oczekiwał od niej dobrych manier to z tymi nadziejami powinien wrócić do ich pierwszego spotkania kiedy to dość wyraźnie je rozwiała. Jej własne, które obecnie plątały się pod wiśniową fryzurą, dotyczyły szans na solidnego drinka. Niby zapijanie dupy przed ważnym spotkaniem nie było najrozsądniejsze ale obiecała sobie, że to będzie ostatni. No, o ile będzie dobry.
- Mieszkanie jak mieszkanie - odparł skromnie z szerokim uśmiechem, zaś Kastet natychmiast poczłapał na przeznaczone dla niego posłanie i opadł na nie ciężko, przyglądając się wszystkiemu z pozycji leżącej. Xander tymczasem zniknął w kuchni.
- Mam kawę, herbatę, sok i… wodę. Chcesz coś zjeść? - zapytał nie pokazując się.
Cherry słuchała i nie była do końca pewna czy dobrze słyszy. Seeerio? Sok? Woda? Herbata?! Kawa jeszcze by uszła ale…
- Za co ty go do cholery lubisz? - rzuciła szeptem do rozwalonego na posłaniu zwierza. Ona jakoś nie była w stanie dostrzeć niczego co by budziło jej sympatię. No ok, niezła dupa z niego była ale poza tym… Woooda… Jęczeć się jej chciało.
- Moze być kawa - poinformowałą go głośniej, podnosząc się z sofy i fatygując do zostawionych pod ścianą rzeczy, z których wygrzebała nadpitą butelkę. Skoro Xavier nie wie czym się ludzi częstuje to sama o siebie zadba, a kawa w sumie i tak się jej przyda.
- I jak masz coś ostro słodkiego i ekstremalnie niezdrowego to też może być - dorzuciła do zamówienia, chociaż jej nadzieje w tej kwestii były doprawdy znikome. Skoro nie miał w mieszkaniu niczego sensownego do picia to do jedzenia też pewnie nie miał.
Kastet podniósł łeb i wyszczerzył się w szerokim uśmiechu do swojej pani.
- Mogą być babeczki z chilli? - zapytał, zaś po chwili wyszedł z kuchni, odpowiadając na zadane szeptem pytanie poprzez to, co niósł w dłoni. Nie była to kawa. Czajnik w kuchni pracował. Nie były to też babeczki.
Mężczyzna podszedł do psa, podrapał za uchem i podsunął pod pysk kawałek kiełbasy i ponownie zniknął w kuchni. Szeleszczenie w towarzystwie stukania zwiastowało zbliżanie się momentu podania zaproponowanego poczęstunku. W tym czasie wzrok River padł na to, co działo się na e-zdjęciach. Na większości pojawiał się Xander z różnymi ludźmi. Z mężczyznami w równie pedalskich wdziankach oraz kobietami ubranymi jak ekskluzywne ladacznice. Obrazy poruszały się, ukazując roześmiane twarze ludzi poklepujących się po plecach i nieudolnie starających się pozować.
Zatem Xander był tancerzem…
River przyglądała się temu z dużą dozą zdziwienia. Co rusz dowiadywała się coraz to nowszych rzeczy o facecie, o którym przecież powinna wiedzieć wszystko skoro oddawała w jego ręce swój największy skarb. Najwyraźniej jednak nie wiedziała nic. Weterynarz i do tego tancerz? Przynajmniej jednak nie ciota, co sprawiło że nieco jej ulżyło. No bo jakby i z tym dała ciała to by ją chyba szlag trafił i zaczęłaby szukać roboty w klubie ze striptizem. Zrozumiała też od razu dlaczego Kastet tak Xaviera uwielbiał. Nic dziwnego skoro był tak rozpieszczany. Sama też poczuła, że z chęcią by wbiła zęby w jakiś solidny kawałek mięsa, ale na to trzeba będzie poczekać aż się ulotni odbębniwszy poważną rozmowę z sąsiadem. No bo właśnie doszła do wniosku, że trzeba będzie mu zostawić psisko na dłuższy czas niż dzień czy dwa. Najlepiej do chwili znalezienia nowego lokum. Już ją szczęka zaczynała boleć od tych uśmiechów którymi pewnie będzie musiała częstować Oliviera żeby się zgodził. A może nie? Facet też zwierza lubił więc może starczy że mu zwróci za żarcie? Jakby nie było trzeba się było odpowiednio zaprawić przed rozmową więc pociągnęła solidny łyk ponownie rozwalając się na sofie i czekając na swoją przekąskę. Co prawda wolałaby coś słodkiego ale ostre też może być, byle nie było zrobione z jakiś kartonowych syfów bez dodatku białego złota bo się chyba porzyga.
- Proszę - postawił przed Madison filiżankę z kawą oraz cukiernicę. Za chwilę wrócił z małym dzbanuszkiem z mlekiem oraz tacką babeczek owsianych z chilli. Sam usiadł niedaleko z filiżanką herbaty.
- Masz się gdzie podziać? - zapytał z troską.
Nie odpowiedziała od razu przyglądając się postawionym przed nią babeczkom. Nosz kuurwa… Za jakie grzechy ją to spotykało? Już by się wolała z Kastetem na miejsca zamienić.
- Co jest z tobą i tym żarciem? - wypaliła pytaniem, odkładając butelkę na stolik i wrzucając pierwsze kostki cukru do kawy. Pierwsze z wielu. No jakoś musiała podnieść sobie poziom cukru, a sądząc po babeczkach, nie miała raczej co liczyć na dużą jego w nich zawartość.
- Mam, mam, tyle że nie bardzo jest tam miejsce dla Kasteta, stąd moja wizyta - odpowiedziała, zostawiając cukierniczkę w połowie pustą i dolewając mleka do przesłodzonej czerni. - Nie chcę żeby siedział całymi dniami sam tym bardziej, że okolica jest niepewna. No i biedaczysko potrzebuje teraz szczególnej uwagi po tym pierdolnięciu, a ja muszę się zająć papierkową robotą i skopać kilka dup. - Postawiła sytuację w wersji w miarę przejrzystej po czym upiła łyk kawy i westchnęła z zadowoleniem. Tego jej było trzeba.
Oliver tymczasem kiwał głową.
- No dobra, to my sobie tu jakoś poradzimy, nie Kastet? - zapytał, zaś pies łypnął na niego i ponownie zamknął oczy.
- W razie czego zabiorę go do lecznicy. Tam też ma swoje legowisko - uśmiechnął się promiennie błyszczącymi, śnieżnymi zębami.
- Świetnie - ucieszyła się River i od razu jakoś tak rozluźniła skoro sprawa była właściwie załatwiona. - Podrzucaj mi rachunki za żarcie i co tam mu będzie potrzebne - dodała, no bo jakby nie spojrzeć słodziak był jej więc to na jej głowie było płacenie kosztów utrzymania. No i nie chciała być winna Xavierowi więcej niż to absolutnie konieczne.
- A zmieniając temat - przeskoczyła od razu do kolejnej sprawy. - Nie zdarzyło ci się widzieć nikogo podejrzanego ostatnimi czasu? Pewnie gliny będą o to pytać o ile jeszcze nie pytali ale moja wiara w ich możliwości jest raczej znikoma, więc… - spojrzała na niego wyczekująco znad brzegu filiżanki.
- Nie, raczej nie - odparł po chwili zastanowienia.
W sumie nie zdziwiła się słysząc taką odpowiedź. Spróbowała przynajmniej. W końcu nigdy nie było wiadomo skąd mogła napłynąć istotna informacja.
- No trudno - odstawiła niedopitą kawę i chwyciła butelkę, nie po to jednak by znowu skorzystać z jej zawartości, a by ją zakręcić. - To ja się będę zmywać. Moje namiary masz, rzeczy Kasteta zaraz wypakuję i… To chyba wszystko - zakończyła, nie bardzo w sumie wiedząc co jeszcze miałaby dodać.
- Gdybyś miała ochotę wpaść do mnie któregoś dnia, to daj znać, żebym nie był w lecznicy i zapraszam - rzekł na odchodne, zaś pies podniósł głowę słysząc wzmożony ruch. Szybko ją jednak opuścił, obserwując z poziomu podłogi.
- Tak, tak, pewnie - rzuciła, słuchając jednym i gubiąc informacje drugim uchem. Że wpadnie to jednak było pewne, w końcu nie zamierzała porzucić psiaka całkiem, a jedynie wypożyczyć go na jakiś czas Xavierowi. Przynajmniej tak to wyglądało z jej punktu widzenia. No i musiała kontrolować czy się czasem zbytnio ze sobą nie zżywają. Morda była jej i oboje powinni o tym pamiętać.

Pospiesznie wypakowała dopiero co spakowane rzeczy takie jak suchą karmę, jego ulubione miski i kilka puszek z żarciem. Posłanie też zostawiła bo przecież nie będzie go taszczyć niepotrzebnie do mieszkania Nicka. Mając tą cześć odwiedzin za sobą, podeszła jeszcze do Kasteta i wydrapała go za uszami mrucząc do niego pieszczotliwie i obiecując że wpadnie najszybciej jak da radę, po czym ruszyła do wyjścia po drodze zbierając swoje graty.
- Tylko go nie rozpuść - ostrzegła Oliviera, na wpół żartem, już będąc na korytarzu.

Mając problem opieki nad Kastetem z głowy dała sobie też spokój z czekaniem na taksówkę i ruszyła prosto do garażu. No bo skoro czworonoga zostawiła za sobą najlepszą opcją było posadzenie tyłka na własnym siodełku. Torbę od biedy mogła jakoś przymocować, a plecak problemem nie był i po krzyku. Gorzej z miejscem parkingowym ale na tamtym zadupiu musiało chyba jakieś się znajdować. Tym jednak mogła się zająć później, jak już się skontaktuje z Nickiem, który to powinien być najlepiej zorientowany w sytuacji. Teraz trzeba było przede wszystkim dotrzeć do tej zapyziałej dziury.
Na widok znajomej maszyny na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. I to był środek transportu, a nie jakiś powolny grat. Powolny, ale wygodny, to musiała przyznać, co jednak nie zmieniało jej pasji do szybszych środków transportu które człowieka nie ograniczały tak, jak ograniczał samochód. Przynajmniej wedle jej mniemania. Sprawnie zaparkowała swoje rzeczy, upewniła się że torba nie postanowi wybrać się na spacer w trakcie jazdy, po czym z prawdziwą przyjemnością odpaliła silnik i wypełniła uszy jego przyjemnym pomrukiem. Nie marnując więcej czasu ustaliła trasę do mieszkania Nicka, po czym wystartowała z piskiem opon. Na miejsce dotarła w znacznie krótszym czasie niż ten, który straciła jadąc taksówką. Zaparkowała motocykl najbliżej jak się dało, po czym rozejrzała się po zadupiu sprawdzając czy będzie się dało zostawić maszynę na chwilę bez opieki.


Ledwie zsiadła z motoru, gdy zainteresował się nią człowiek o paskudnej fizjonomii. Już nawet nie chodziło o łysą czaszkę, obrzydliwe tatuaże na mordzie czy wytatuowaną na czarno gałką oczną, co o wieśniacką, rudą brodę świadczącą o skrajnym bezguściu i komicznie odstających uszach.
- Zabłądziłaś, laluniu? - zapytał podchodząc z rękami w kieszeniach.
- A wyglądam? - warknęła w odpowiedzi bo nie lubiła gdy jej byle facio przeszkadzał twierdząc, że zrobiła coś czego z pewnością nie zrobiła, a przynajmniej GPS twierdził że nie. No i do cholery co go to obchodziło? Zmierzyła go niezbyt przychylnym spojrzeniem, ostrzegawczo kładąc dłoń na kaburze.
- Znikaj zanim mnie dobry humor opuści - poradziła, bo tego dnia miała owego humoru dość skrajne skoki, a wolałaby jednak uniknąć kolejnej jazdy w dół. Jeżeli gostek cenił swoje zdrowie i życie powinien jej posłuchać. Jeżeli nie to… No przecież sam się prosił, nie?
- Tu jest opłata za przebywanie - w dłoni faceta otworzył się składany nóż.
- Ale możemy też załatwić to na osobności. Nie chcielibyśmy, żeby tak urocza buźka skończyła pocięta, prawda? - przekrzywił głowę nie przestając się zbliżać.
Cóż, najwyraźniej facet miał w dupie swoje zdrowie i życie, skoro się nie odpierdolił gdy mu dała ku temu sposobność. Usta Madison ułożyły się w wyrażający zadowolenie uśmieszek. Nick ją pewnie później zamorduje za robienie burd na jego terenie, no ale przecież nie dano jej wyboru, nie?
- Czemu by nie - odpowiedziała słodko, przeciągając się leniwie, nie spuszczając jednak przy tym wzroku z faceta. To, że przy okazji poły kurtki lekko się rozsunęły ukazując tkwiącego w kaburze gnata, było jedynie przypadkowym daniem szansy gnojkowi. Takiej ostatniej, po której jego śliczna buźka miała na zawsze zmienić swój wygląd, co by na przyszłość wiedziano, że się jej nie wkurwia.
- Prowadzisz, słodziutki - dodała, nie przejmując się trzymanym przez niego nożem. Arsenał, który miała pod ręką i to w wersji dosłownej, pozwalał jej na nieco beztroski. Wątpiła by to jego ostrze było w stanie przebić jej tarczę, a i gostek nie wyglądał na takiego co ma przy sobie coś o mocniejszym łupnięciu. Ciekawa przy tym była ilu mieszkańców tej dziury ich teraz obserwowało.
- Bardzo dobry wybór. Będziesz moją dziewczynką - oblizał się się lubieżnie i wskazał na ciasny zaułek między blokami.
- Idziemy, laluniu.
River westchnęła przeciągle. Próbowała, nikt jej nie mógł zarzucić że nie. Zrobiła krok do tyłu, drobny, ot co by nogi dobrze rozstawić. Powolnym ruchem, co by faceta nie prowokować, zdjęła kurtkę i przewiesiła przez kierownicę motocyklu. Nie powinien mieć nie przeciwko, biorąc pod uwagę że jego procesy myślowe przeniosły się w okolice krocza.
- Wiesz co, jednak mi przeszła ochota - stwierdziła, a jej słodki uśmieszek zmienił nieco wyraz. Aktywowała tarczę, która z cichym sykiem rozwinęła się, tworząc śliczny, tytanowy talerz, który spokojnie mógł sobie poradzić z nożem i w sumie nie tylko. W końcu nie po to zabuliła za ten dodatek tyle ile zabuliła, by byle jaki kawał metalu był w stanie się przez nią przedostać. Prawa dłoń z kolei powędrowała w stronę gnata. Przez jedną sekundę rozważała czy by nie sięgnąć do jednego z noży ale w razie potrzeby tak czy siak miała jeden po który sięgać nie musiała a siła ognia niekiedy lepiej przemawiała do zakutych łbów o skłonnościach samobójczych, jakiego przykład miała właśnie przed sobą. Starała się też przy tym uważać na otoczenie bo takie typy lubiły działać w towarzystwie, a jej jakoś nie uśmiechało się zostanie “dziewczynką” dla kilku śmierdzących gnoi. Przynajmniej dopóki jej za to nie płacono.
Facet wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.
- To taki żarcik był. Ja nic złego. Taki żarcik. Na przywitanie. Dzień dobry. Miło widzieć na naszym osiedlu - mówił plącząc się nieco.
Skrzywiła się. Liczyła chyba na zbyt wiele, facet najwyraźniej nie miał jaj i tylko korzystał z łatwych okazji. Ciekawiło ją ile razy udało mu się przy okazji zaliczyć, a ile razy mu za nie zaliczenie zapłacono. Po cichu liczyła też, że z kilka razy mu dupę skopano ale biorąc pod uwagę, że lekcji z takiego ewentualnego kopania nie wyniósł żadnej to albo go nie było, albo było za słabe. Nie traciła jednak czujności. Wypadki ostatnich dni wymusiły ją na niej. Jeszcze tego by brakowało by przez własną nieuwagę wlazła w gówno, które ktoś dla niej zostawił. I huj z tym, że przy okazji sprawiała wrażenie paranoiczki. To ją będzie później dupa bolała, a nie tych co opinię wydają.
- Znikaj - rzuciła, wyraźnie zniesmaczona i wcale nie sprawiająca chętnej do schowania zarówno tarczy jak i gnata. - I żebym cię więcej nie widziała, bo mnie może krew zalać i palec przypadkiem omksnąć - dodała, mierząc dupka wkurwionym spojrzeniem.
- Tak, oczywiście - wycofał się pospiesznie, składając nóż. Pokłonił się przy tym kilka razy i zniknął za rogiem jednego z budynków.
Jeszcze przez chwilę spoglądała w kierunku, w którym oddalił się typem, po czym złożyła tarczę i wsadziła gnata do kabury. Ręką odsunęła włosy do tyłu i westchnęła. Ten dzień jakoś tak nie zaczął się dla niej szczególnie dobrze. Jeszcze kilka takich spotkań, a faktycznie pośle kogoś do szpitala i to w najlepszym wypadku. No ale nie miała czasu na stanie i użalanie się nad sobą. Zamiast tego zgarnęła swoje graty, zabezpieczyła maszynę i ruszyła w stronę mieszkania Nick’a, rzucając wokoło wrogim spojrzeniem. Tak się jednak złożyło, że nie trafiła na nikogo, komu to spojrzenie by przeszkadzało. W ogóle na nikogo nie trafiła, przez co nerwy w niej buzowały gdy w końcu weszła do mieszkania. Odstawiwszy torbę i plecak na sofę, sięgnęła do tej pierwszej by wyjąć z niej nadpitą butelkę i strzelić sobie coś na uspokojenie. Najchętniej zalałaby się w trupa i o mały włos, a by uleła pokusie. No bo chyba się jej należał dzień wolnego po tych cholernych atrakcjach… Tyle, że dnia wolnego nie miała, a wręcz przeciwnie. Z tego też powodu odsunęła szyjkę od ust, grzecznie zakręciła butelkę i postawiła na stoliku.
- Kaaawy - jęknęła, kierując się w stronę kuchni. Solidna dawka czarnego złota powinna ją odpowiednio pobudzić. Nie żeby pobudzenia potrzebowała, bo tego w sumie to chyba nawet miała w nadmiarze, ale tak jakoś się składało, że kawa zwykle minimalizowała złe wpływy alkoholu na jej procesy myślowe, a te powinny być teraz na najwyższych obrotach, a nie lecieć na pół gwizdka. Sprawdziła przy okazji godzinę is twierdziła, że trzeba by ruszyć dupę. Potrzebowała zafundować sobie solidną dawkę kalorii, odwiedzić Josha Armstronga, zadzwonić do ubezpieczalni, a na koniec przygotować się do nieprzyjemnej rozmowy w sprawie bankowego zlecenia. Na koniec zamierzała skoczyć na małą rundkę do kasyna. W końcu robota miała to do siebie, że z zasady nie robiła się sama, tylko trzeba było ruszyć dupę. Zanim jednak cokolwiek, sprawdziła skrzynkę mailową, na którą powinno już przyjść obiecane nagranie z “Lush”. Nie, nie zapomniała o gostku z klubu. Ot, chwilowo zszedł nieco na drugi plan…
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 03-05-2017, 01:22   #15
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 33244 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Okno rozszerzonej rzeczywistości natychmiast wjechało jej przed oczy, gdy otworzyła skrzynkę mailową, lecz nie było na niej ani jednej wiadomości pochodzącej od Fahrenheita, Zgrzyta albo Lush.
Była za to reklama rewelacyjnego środka na przerost prostaty czy malowniczy wypad na weekend do jakiegoś zadupia między wiadomościami w stylu "Madison, przemysł pornograficzny jej nienawidzi! Poznała sposób na ekstremalny orgazm.", rewelacyjnymi, niepowtarzalnymi, unikatowymi zniżkami tylko dla niej, wysyłanymi każdemu, kto miał maila oraz ogłoszeniami zakładu pogrzebowego "Nogami do przodu".

Niemniej jej uwagę przyciągnęła oferta sklepu z akcesoriami szpiegowskimi "Wielki Brat" przedstawiająca czujnik termiczny oferujący odczyty w stopniach Fahrenheita. Nie chodziło tutaj o treść, ale o wielkość znacznie przewyższającą klasyczne wiadomości tekstowe.
Kiedy pobrała załącznik okazało się, iż rzeczywiście wszystko nie było jednym, wielkim zbiegiem okoliczności. Dostała starannie wyselekcjonowane nagranie wycinków z tego, co widziała szerokokątna kamera. W zasadzie to może dostała najwyżej 1% całego nagrania, ale ten najbardziej ją interesujący, ponieważ przedstawiał Szczurkowatego.

Wszedł do lokalu dokładnie godzinę i dwadzieścia trzy minuty przed nimi, nie spodziewając się, że nieco ponad półtorej godziny później będzie jechał na sygnale do "Świętego Jana".
Nie było czasu na oglądanie całego tego czasu minuta po minucie, więc dość drastycznie przyspieszyła nagranie, przez co ruchy facecika wyglądały na jeszcze bardziej pokraczne i groteskowe niż w rzeczywistości. Zajmował się głównie gadaniem z barmanem, o ile jednostronny monolog można było nazwać rozmową. Pracownik nie wydawał się tym w najmniejszym stopniu zainteresowany. Jeśli słuchał. Potem trochę potańczył, a raczej pobujał się jak małpa po amfetaminie i pragnął wrócić do monologu z barmanem. Wtedy się zaczęło. Kamery zarejestrowały również cały pościg. Cały. Z każdym szczegółem. Materiał skończył się dopiero wtedy, gdy znaleźli się poza klubem.

Niemniej obecnie była to sprawa drugorzędna. Wyszła z mieszkania i bez przeszkód dotarła do swojego środka lokomocji, choć miała wrażenie, iż jest obserwowana. Nic się jednak nie stało.
Bezzwłocznie udała się do Henry Ford Macomb Gynecology. To tam pracował Josh Armstrong i sądząc po godzinie, właśnie tam najprawdopodobniej znajdował się w tej chwili.

Unikając starej samobójczyni z charczącym karaluchem na smyczy i rozstając się na skrzyżowaniu z opasłym, włochatym knurem z kabiny ciężarówki, który to szczerzył się obleśnie w jej kierunku ostatecznie udało jej się dotrzeć do celu.

 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170