lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji z działu Science-Fiction (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-science-fiction/)
-   -   The Big Apple II (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-science-fiction/16549-the-big-apple-ii.html)

Sekal 30-10-2016 23:10


Ferrick, Remo

Godzina 11:34 am czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Chinatown, New York


Zapasowych kompletów ubrań dla ludzi polanych wodą ze spryskiwaczy co prawda na Pace University nie mieli, lecz można się było wsadzić pod gorący prysznic, którego Remo potrzebował bardziej. W końcu w serwerowni wody nie było, jedynie chemia i mróz. Ten drugi zszedł, ta pierwsza pozostała na ubraniach, bardzo mocno sugerując natychmiastowe pranie. Kurtka Ann ochroniła ją dość skutecznie przed wodą, znacznie w każdym razie bardziej niż pozostałych hakerów i Lisę, która natychmiast zaczęła jednakże protestować.
- Nie ma mowy, też chcę wiedzieć co tam siedziało! Tylko doprowadzę się do porządku.
Strażnik nie wnikał. Nakaz to nakaz. Gdyby wnikał, to jeszcze by oznaczało więcej roboty dla niego, a ten poranek i tak miał wystarczająco mocno spieprzony.

Kiedy zebrali się wreszcie w melinie w Chinatown, zbliżało się już powoli południe. Każdy docierał swoją drogą, więc Remo nie czekał na wszystkich - bo i po co. Lisa i Oro gdzieś się zawieruszyli. Podłączył się do decku i z pewnym zdziwieniem zauważył, że pliki zgrane na niego nie są niczym zabezpieczone. Drugie co zauważył, to fakt, że było tego kilka petabajtów - dotyczących dwóch ostatnich lat - co mocno utrudniało przeszukiwanie zawartości. W większości przypadków wyglądało to zresztą jak matematyczny bełkot oparty głównie na statystyce, prawdopodobieństwie i przyjętych modelach.
Dopiero konkretne zapytania wyłoniły jakieś bardziej zrozumiałe odpowiedzi. I co więcej, mocno zazębiające się z tym co już wiedzieli.

"Dzieci Rajneesha" same w sobie generowały niepoliczalną ilość wyników. Izaak White również takie tworzył, co więcej hakerowi udało się wykryć połączenie z zadaniem systemowym opisanym jako "znaleźć przywódcę". Wynik wskazywał też na dwójkę innych ludzi: Ayako Dan oraz Manuela Navarro. Pamięć Ann była niezawodna, pamiętała doskonale, że te same nazwiska pojawiły się przy "cudownych" ozdrowieniach w Nowojorskich szpitalach. Pierwsze łączyło się z czymś nazwanym "Luxury Goods", drugi z nazwą o wiele lepiej znaną, szczególnie dla Remo: "Free Souls". Wyglądało na to, że przyczyną zamieszania w całym Nowym Jorku był zepsuty system oraz trzy różnej jakości prace dyplomowe.
- Biorąc pod uwagę, że sieć na tym uniwerku nadzorował robot to nic mnie nie zdziwi - skomentował Walter, pykając kółka z dymu.

Ciągle jednak mieli głównie zlepek bilionów operacji i symulacji, bez dokładnej wiedzy czego szukają i konkretnych zapytań nic nie dało się wyciągnąć. Co więcej, nawet konkretne pytania nie musiały dawać sensownych wyników. W końcu to efekty działań maszyny na podstawie danych wpisanych przez humanistów. Z tego nic dobrego wyjść nie mogło.
I nie wyszło.


Wierzbovsky


Godzina 11:58 am czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Północno-wschodni Bronx, New York


Kolejka miejska hamowała z piskiem, zatrzymując się na ostatnim przystanku w granicach miasta Nowy Jork. Bronx widać stąd było poprzez kłęby dymu i lekką mgiełkę. Samochody nie wydzielały już spalin, lecz zakłady przemysłowe ulokowane na tym krańcu Bronxu, wcale nie zamierzały przechodzić całkowicie na ekologiczną działalność. Nie było ich dużo, ale tu tworzyły małe zagłębie połączone z elektrownią. Leah nie poświęciła temu zbyt wiele uwagi, ponieważ nie po to przyjechała wraz z Motą w to miejsce. Stacja była tak mała, jak tylko mogła być, lecz nowoczesna i czysta. Umiejscowiona na równi z jezdnią kierującą się dalej na stalowy most oraz obiektem zainteresowań detektywów: olbrzymią, gotycką katedrą. Przybycie tu w dobie braku sieci było jedyną szansą na rozmowę z przywódcą grupy - Izaakiem White'm.

Siedziba "Dzieci Rajneesha" nie stanowiła wiedzy powszechnej, lecz Hawkins zdążył odkryć jej położenie. Nie żeby szczególnie się z tym kryli - budowla była wręcz monumentalna. Ściany nosiły ślady upływu czasu i nie tylko, lecz jednocześnie znać było ludzką rękę niedawno przykładającą się do odnowy tego miejsca. W oknach widać było nowe witraże, lecz Wierzbovsky nie zobaczyła w nich katolickich symboli wiary. Na dachu umiejscowiono lądowisko dla helikopterów, a nowe wejście wykuto w połowie wysokości katedry, tak aby dało się bez trudu podjechać tam samochodem. Na niedużym parkingu stało zresztą kilka aut. I to wszystko nad zrujnowanymi slumsami, najgorszą częścią całego miasta, być może wyjaśniające dlaczego nie zdecydowano się otwierać głównych wrót katedry. Wzrokiem Leah obejmowało ogromne połacie terenu zabudowane głównie rozpadającymi się budami, barakami i innego typu blaszakami, połączonymi w całość i tworzącymi istny labirynt i zlepek. Tu gliniarze się nie zapuszczali. Co zdarzyło się w Śmieciowisku, pozostawało w Śmieciowisku.

- Jakoś nie wierzę, aby ta rozmowa cokolwiek przyniosła. Myślisz, że potrafisz przejrzeć tego faceta? Słyszałem o tym. Nawet w akademii podobno rekrutowali… - Mota ugryzł się w język, a na jego policzki wypełzł delikatny rumieniec.
Nowe drzwi wejściowe pozwalały uniknąć tego syfu i dzięki tej specjalnej stacji dla kolejki miejskiej, wejść do środka bez narażania się na nieprzyjemności. Zaraz za drzwiami trafiało się do niedużego hallu i dalej, do czegoś na kształt całkiem nowoczesnej recepcji. Drzwi w głąb były zamknięte, zresztą trzeba by najpierw ominąć siedzącą za biurkiem, surowo wyglądającą kobietę.
- Dzień dobry - przywitała ich. - Państwo…? - nie dokończyła, pozostawiając to im.



Eleanor 04-11-2016 16:35

Problemy w serwerowni zupełnie nie zaskoczyły Ann. Zdążyła się już przyzwyczaić, że każde najprostsze wydawałoby się zadanie, dostarczało jej ostatnio sporo dodatkowych „atrakcji” Najwyraźniej los stwierdził, że wiodła do tej pory zbyt spokojne życie.
Ponieważ jednak nikomu, poza robotem, który będzie wymagał solidnej konserwacji, nie stało się nic poważnego, można było uznać tę część zadania za zakończona pomyślnie. Zwłaszcza jeśli to, co udało się złapać Remo okaże się interesujące.
Sam Kye wyglądał zdecydowanie najgorzej.
- Co najwyżej fartuchy w laboratoriach. Dobrze chronią przed wodą i zabrudzeniem, ale raczej marnie przed zimnem. - Stwierdziła dziewczyna gdy zapytał ją o ubrania dostępne na uczelni, jednocześnie idąc za ciągnącym ją mężczyzną. - Chyba najlepiej wstąpić do najbliższego sklepu i kupić coś odpowiedniego. Po za tym myślę, że wszyscy powinniśmy się udać do kliniki C-T na odtruwanie. Nie wiadomo jakie świństwo krąży teraz w naszych organizmach.
- Ja wiem co to za świństwo i chociaż nie poprawia mi to samopoczucia - skrzywił się i zakaszlał ponownie - to jestem niemal pewien, że ten gaz nie jest już dla nas niebezpieczny. Dużo dwutlenku węgla i azotu z dodatkami, zazwyczaj w serwerowniach gaz ma pochłaniać ciepło. Sklep brzmi dobrze, nie zniosę swojego smrodu. Pozwól mi się jednak najpierw rozmrozić na jakimś grzejniku.
- Powinny tu gdzieś być prysznice. Ciepła kąpiel będzie skuteczniejszym sposobem ogrzania. - Ann odwróciła się do depczącego im po piętach strażnika z pytaniem o ich lokalizację. - Są tu gdzieś niedaleko jakieś sklepy, w których można się zaopatrzyć w ubrania? - Zapytała go jeszcze.
Wzruszył ramionami z krzywą miną.
- Jakieś się znajdą, zależy czego szukać. Ja tu dojeżdżam, ale naprzeciwko widziałem jeden.
Młoda saperka popatrzyła na mokrych hakerów oceniła i zanotowała w pamięci ich przybliżone wymiary i stwierdziła:
- Moja kurtka jest wodoodporna, więc nie muszę brać kąpieli. Skoro chemia niczym nam nie grozi, ogrzejcie się pod prysznicami, a ja skoczę do tego sklepu i zobaczę czy mają tam coś dla was odpowiedniego.
- Przejdę się z tobą - zasugerował Parkins, który także miał standardową zimową kurtkę z kapturem. - Wiem dobrze jakie sukienki kupić tym sierotom - mrugnął do dziewczyny.
Pozostali postanowili faktycznie skorzystać z pomysłu i spłukać z siebie syf.
- Dla mnie różowa w kwiatki - mruknął Remo do Jonathana. - Idę się rozmrażać. Jak zobaczycie po drodze to zahaczcie o aptekę.

Ferrick popatrzyła uważnie na białego mężczyznę, a potem skinęła głową i ruszyli do wyjścia:
- Naprawdę uważasz, że potrzebna mi pomoc w zakupach czy to ma być prywatne przesłuchanie czy nadaję się dla Remo? - Zapytała wprost spoglądając na niego z lekkim rozbawieniem.
Spojrzał na nią z góry i się roześmiał.
- Pięć kompletów zimowych ubrań? Nie wiem co kryjesz pod tą kurtką, ale to muszą być solidne mięśnie! - Nie wydawał się zrażony jej pytaniem. - Ja nie ojciec Remo, sam wie co dla niego najlepsze. Ale jak chcesz tego uniknąć to trzymaj się z dala od sam na sam z Walterem - dodał ciszej, konspiracyjnym szeptem. Wesoła natura Parkinsa nie była tylko kwestią poprzedniego wieczoru, musiał być taki zazwyczaj.
- Będę o tym pamiętać. - Odpowiedziała mu z uśmiechem. - Choć może zastosuję to w ramach pokuty, za dzisiejsze planowane, spotkanie z moim ojcem. - Mrugnęła do Jonatana.

Lady 05-11-2016 16:44

Dobrze było poczuć się jak nowa… osoba. Stworzenie. Dzieło ręki ludzkiej i boskiego pierwiastka życia, jeśli ktoś jeszcze wierzył w te brednie. Kiedy technologia urosła do takich rozmiarów, wiara się zachwiała. Psyche podejrzewała, że niedługo wystrzeli w górę z niezwykłą siłą, bowiem ludzie potrzebują czegoś więcej.
Ona nie potrzebowała. Takich jak ona wrzucają na złom.
Co nie znaczy wcale, że pragnęła tam trafić. Wręcz odwrotnie, części można wymienić, człowieka nie - ciągle miała więc szanse na życie wieczne na doczesnym świecie. Zabawne.

~Musisz zgłosić pełen raport. Już i tak wie, niedługo przyjedzie…~
Nie. Tego nie dało się zrestartować. Tego kim była, świadomie lub nie. Wszystko się mieszało i gmatwało, w jej głowie i na zewnątrz, gdzie ponownie stała się zimną Psyche. Ubrania już na nią czekały, podobnie jak urządzenia do upiększania. Cudownie. To nie był pierwszy raz w klinice po restarcie, dobrze wiedziała jak się to odbywa. Wiedzieli i oni.
Sprawdziła holofon, dostrzegając od razu ikonkę braku zasięgu.
Jeszcze była szansa.

Wiedziała gdzie szukać. Mały kantorek, jeden człowiek, trochę urządzeń. Zaspane oczy technika i spódnica podwinięta nieco wyżej niż powinna i góra o dekolcie przyciągającym wzrok. Prosta technika, skuteczna na większość normalnych samców.
~I przyjemna, nie ukrywaj tego…~
Nie ukrywała, ciesząc się z tych spojrzeń.
- Potrzebuję, abyście usunęli moją dzisiejszą wizytę z rejestrów - piękny, równy uśmiech. Obietnica ukryta w oczach. O tak, lubiła to. - Jestem w trakcie ściśle tajnej misji związanej również z netrunnerami. Włamali się ostatnio do Corp-Tower, mogą namierzyć również mnie zanim ja namierzę ich grupę. To nie może więc zostać w systemie.
- Ale ja nie mogę bez zgody przełożonego… - spróbował słabo, nie wiedząc na co się gapić w posągowej piękności. Pokazała mu holofon.
- Jak widzisz, nie jest to obecnie możłiwe. Powiadomię go sama. I nie, nie wysyłaj mu wiadomości przez stałe łącze. Żadna komunikacja nie jest bezpieczna. Wiesz, jakie mam uprawnienia.

Udało się. Zdążyła.
Technik też nie żałował, ścierając delikatnymi ruchami szminkę ze swojego policzka, bardzo blisko ust. Potrafiła w końcu okazać swoją wdzięczność, wszystko zależnie od trudności przysługi.


Psyche bez trudu otrzymała potwierdzenie o nadaniu uprawnień i również bez problemu dowiedziała się, że netrunnerów trzymano trzy piętra niżej, na pierwszym poziomie pod ziemią, lecz ich stan jest ciężki i nie nadają się obecnie do mówienia. Wczorajszy wieczorny "atak" uderzył w nich jeszcze mocniej niż w innych zadrutowanych.
- Musimy pogadać z ich lekarzem prowadzącym - oznajmił Mik, który właśnie zjechał windą do recepcji.
Spod za małej, podziurawionej i lekko zakrwawionej kurtki (chyba zdobycznej) wystawała zielona szpitalna pidżama, z nogawkami wetkniętymi w glany. Maroldo był spokojny i poważny, nie zezował nawet na doskonale wyeksponowane kształty Psyche, jak magnes przyciągające wzrok mijających ją mężczyzn. Idealnie w tym pasował do towarzyszącej mu kobiety, która w tym miejscu straciła wszelkie poczucie humoru i swobodę.
- Albo technikiem. Zależy nam na tym, co mają w głowie. W ich obecnym stanie łatwiej byłoby wykraść dane niż próbować rozmawiać.
- Tutejszy personel może mieć opory - stwierdził Mik półszeptem, opierając się o ścianę pustej poczekalni. - To potencjalnie niebezpieczne. Ale możemy tu ściągnąć naszego technika, on zrobi co mu każemy. Jedna sprawa: nie ruszamy Michaela Waylanda, key? W końcu obiecaliśmy Felipie i Jinowi, że o niego zadbamy. Z pozostałą dwójką można zaryzykować. Najpierw jednak zobaczmy co już zdążyli tu ustalić.
Poczłapał wolno przez hol do recepcji, przedstawił i odebrał od pendrive z dokumentacją, po czym dodał zachrypniętym głosem, uśmiechając się do recepcjonistki, mimowolnie zezującej na plamy krwi na jego kurtce.
- Ja i koleżanka - wskazał skinieniem głowy na Psyche - chcemy rozmawiać z lekarzem prowadzącym tych netrunnerów. Potrzebujemy też wyników ich diagnostyki.
Ciemnoskóra pielęgniarka sprawdziła coś na komputerze, szybko przesuwając wzrokiem po holoekranie.
- Niestety doktor Ho nie jest obecny. Diagnostyka i historia nie są dostępne dla ogółu personelu, muszą się państwo udać na piętro minus jeden. Być może tam będą w stanie podać państwu więcej szczegółów.
- A kiedy będzie?
- Następny dyżur ma jutro - odpowiedziała kobieta, tak jakby to wszystko wyjaśniało. Może i Maroldo miał inną twarz, ale pewne rzeczy się nie zmieniały.
Mik skinął głową recepcjonistce, po czym zwrócił się do Psyche.
- Miejmy to z głowy - zaproponował, wskazując na schody.

Krótką rozmowę z recepcjonistką Psyche w pełni pozostawiła Mikowi, skupiona na oglądaniu swoich idealnych, pomalowanych na fioletowo paznokci. Na dole również nie zabierała głosu, wydawała się wręcz… znudzona. Wyniki oględzin trzech netrunnerów potwierdziły przypuszczenia kobiety - nie znalazło się tam nic godnego uwagi. Wszczepy należały do grona tych z lepszej półki, zostały wsadzone w tych ludzi brutalnie i równie brutalnie wykorzystywane. Ich użytkownicy chodzili jak marionetki, nie mogąc się w pełni przeciwstawić obcej woli. Słabe próby zostały zauważone, co dawało wyobrażenie, że byli dobzi w tym co robili. Wieczorny atak sprawił, że zupełnie nie było z nimi kontaktu. Mężczyźni znajdowali się w stanie krytycznym, kobieta doznała uszkodzeń elektronicznych i zaraz mieli ją operować, próbując uratować prawdziwy mózg. Nie mieli wciąż nawet informacji, czy zachowały się jakieś dane w ich głowach. Psyche uważała, że nie, lecz sprawdzenie nikomu nie zaszkodzi. Z tych żywych, w każdym razie.
- Jedno z nich moglibyśmy poświęcić w imię nauki - zaproponowała tonem nie sugerującym nic. Ani jednej żartobliwej nuty. - Lub dziś skierować swoje kroki w inną stronę.
- Nie chcę mieć nikogo na sumieniu. - pokręcił głową cyborg. - W tym stanie samo podłączenie do komputera może ich zabić. Mało kto wie więcej o poświęceniu dla nauki ode mnie, ale ja robię to dobrowolnie. Ci tutaj… to jakby ktoś zgwałcił ich umysły - dodał z odrazą.
- Widziałam w nocy Felipę - zmieniła temat Psyche. - Jak się rozstawałyśmy, wyglądała na osobę mającą wszystkiego dość.
- Wcale się nie dziwię - odparł Maroldo, gdy już zmierzali ku wyjściu. Wcześniej nie mieli okazji pogadać na osobności, bo gdy Psyche zjawiła się w klinice Mik był jeszcze pod narkozą a potem przyjechał Dirkauer. - Miała chyba gorszy tydzień ode mnie a to osiągnięcie. Właśnie miałem spytać co porabiałaś w nocy, bo Alanowi nie powiedziałaś nic nowego a nie wierzę, że się nudziłaś. Nie z Fel. Ale opowiesz po drodze. Podrzucisz mnie najpierw na chatę? Muszę się przebrać - dodał, przed wyjściem przez obrotowe drzwi zapinając kurtkę na pidżamie.
- Sprawy prywatne - ucięła dociekanie Mika. - Felipa trafiła się przypadkiem. Wyskoczyła z TIR’a. - Psyche nadal mówiła oficjalnym tonem. - Ona i jej koledzy zabrali kilka dzieci z elektroniką, ale nie opowiadała mi co robiła. Kolejne miejsce dystrybuujące dzieci zostało usunięte. Mogę cię podwieźć. Ja też muszę wrócić do siebie i przestawić na tryb Marlene, nocny problem wymusił mój restart.

Motor stał tam, gdzie go zostawiła. Do Psyche pasował mniej, za to na oczach Mika nowoczesna tkanina spódnicy zamieniała się w obcisłe spodnie tego samego koloru. Jego pidżama niestety pozostała pidżamą. Naciągnął kaptur na głowę. Gdy wspomniała o dzieciach na nową twarz cyborga wróciły emocje.
- Dorwałyście ludzi porywających dzieci? - spytał zaciekawiony.
- Nie, zaledwie pionki w BloodBoysach - odpowiedziała, zakładając na głowę kask. - Koleś nazywał się Śmieciarz. Handlował i hodował. Miał piwnicę tak jak ten drugi. Felipa mogła wiedzieć coś więcej bo przyjechała TIR’em, który miał zabrać nową dostawę, ale nie zwierzała się.
Wsiadła na motor i odpaliła silnik.
- Posłuchaj. - położył Psyche dłoń na ramieniu, powstrzymując ją przed ruszeniem. Uniósł lekko głos, lecz elekryczny silnik nie był na tyle głośny, by musiał go przekrzykiwać. - Muszę wiedzieć wszystko - zaakcentował słowo “muszę”. - Macie tych ludzi? Wydobyłyście z nich dla kogo pracują?
Przeszyła go ostrym spojrzeniem, zerkając w stronę dłoni. Przez krótką chwilę w jej wzroku pojawiła się stal, ton odpowiedzi mimo to pozostał neutralny i bezemocjonalny.
- Większość zginęła. Nie znali konkretów, każdy miał swój wycinek wiedzy. Pojawić się tu, zabrać to, przekazać wtedy i wtedy. Śmieciarz znał swoją dostawę. Poczekałam na nią i razem z dostawą pojawili się Rustlersi wraz z tą twoją Felipą. Zabrali dzieci, nie interesowało ich za bardzo przesłuchanie. Nie wiem nawet komu mieli przekazać dostawę, była na wczorajszą noc, ale atak sprawił, że byłam na skraju i musiałam udać się do kliniki. Zadowolony? Teraz wsiadaj.
- Nie zadowolony. - zdjął dłoń z jej ramienia. - Wciąż łapiemy płotki, ale nie umiemy ich użyć do dojścia do grubych ryb. Jak się ogarniemy musimy ściągnąć technika, którego obiecał nam Alan. Z jego pomocą przesłuchamy jeszcze raz Higgsa, TechNicksa, tego całego Śmieciarza i kogo tam jeszcze upolowałaś. Wydusimy z kurwich synów wszystko co wiedzą. Dość pierdolenia się. Traciłem już entuzjazm do tej sprawy, ale teraz chcę dopaść wszystkich, którzy mają coś wspólnego z dzieciakami. Nie ważne z jakiego jest kurwa gangu czy korpo...
Westchnął i siadł na motor.
- Mówiłaś, że masz do załatwienia prywatne sprawy a pojechałaś na Bloodboyów - zauważył, gdy odrobinę ochłonął. - Czemu mi nie powiedziałaś?
- Skąd ta troska o bezdomne dzieci? - spytała, wkładając w to pytanie odrobinę ciekawości, która w niej siedziała. - Tego typu procedery istniały od zawsze i będą istnieć. Śmieciarz… zmarł, nad TechNicsem pracuję. To on mi dał namiar na Śmieciarza, ale ten netrunner albo udaje głupiego, albo nie wie wystarczająco wiele. Wczorajszy atak sprawił, że też przestał być użyteczny na chwilę, na szczęście ciągle żyje. - Psyche zawahała się na moment - Moje sprawy to moje sprawy. Oprócz Alana, podobnie jak ty, mam innego szefa. Bardzo… wymagającego - nie udało się w pełni ukryć emocji, kiedy o nim mówiła. I nie była to miłość. - To teraz nieważne. Trzymaj się.

Ruszyła, kierując się na mieszkanie Mika.
- Róg Alexander Avenue i East 139th - podał adres i zamilkł, świadom, że prowadzenie motocykla w obecnych warunkach wymaga pełnego skupienia. Było ślisko, miasto sparaliżowane a musieli przejechać pół Jersey i przeciąć Górny Manhattan. O ile poboczem autostrady jeszcze dało się jakoś jechać, mijając liczne pojazdy rozbite przez nienawykłych do manualnego prowadzenia kierowców to już mosty były całkiem zapchane. Po blisko godzinie dotarli na południowy Bronx, na Mott Haven, w rejon starej dziewiętnastowiecznej zabudowy.
Był to teren The Rustlers a wśród nielicznych przechodniów dominowali latynosi.
- To tu - Maroldo wskazał narożną, czteropiętrową kamienicę z czerwonej cegły. - Dzięks.
Zsiadł z motoru i znów położył Psyche dłoń na ramieniu, bezceremonialnie naruszając jej przestrzeń osobistą.
- Nie chcę zbawiać świata, key? - nawiązał do zadanego pod kliniką pytania. - Ale jak kurewstwo dzieje się mi pod nosem to nie mogę przejść obok. Mam siostrzeńców w tym wieku i z całej rodziny oni jedni mnie jeszcze lubią. Mogę ci pomóc w twoich sprawach jak ty pomożesz mi w tej. Przysługa za przysługę. Co powiesz, Stalowa Siostro?
Nie zdjęła kasku, miał mimo to wrażenie, że Psyche wpatruje się w niego z niezwykłą intensywnością. Milczała dobre dziesięć sekund, zanim odpowiedziała.
- Zastanowię się. Idź się ubrać, poczekam. Mój motor na obecne warunki jest i tak najszybszy.
- Chyba poproszę szefa o jeden dla siebie. – Mik wstukał kod domofonu i zniknął w budynku.
Wrócił po przeszło dziesięciu minutach, ubrany w wytarte dżinsy i ciężki skórzany płaszcz, z przewieszonym przez ramię, pomalowanym farbami w barwne wzory plecakiem.
- Sorki, musiałem zgarnąć parę rzeczy – usprawiedliwił się. – Nie dość, że mnie chuje wczoraj zastrzelili to jeszcze okradli. - pokręcił głową i wsiadł na motor. - Proponuję zacząć od Technicksa, to netrunner, kolejny atak może mu spalić obwody. Dokąd ściągnąć technika?
- Ja proponuję od Higgsa. Do TechNicsa nie potrzebuję technika, tylko pogorszy sprawę. Załatwię to sama. Upewniłam się, że w sprawie dzieci nie wie o nikim oprócz kontaktu, który mi wskazał i poprowadził do Śmieciarza. To był test jego prawdomówności. Jak dziś nie zdradzi mi z kim i jak jego szef umawia się na spotkania z tajemniczym gościem od netrunnerów, wtedy pomyślimy nad technikiem. Na razie on chyba ciągle wierzy, że jeszcze go wypuszczę. Podrzucę cię pod Corp-Tower, wypożycz motor i zabierz ze sobą technika. Wrócę jako Marlene, pasuje? Powinniśmy się spotkać z Jin-Tieo i ustalić dalsze ruchy.
Psyche ponownie odpaliła motor i ruszyła w stronę głównego budynku korporacji.
- W Corp-Tower nie rozdają motorów - zauważył trzeźwo cyborg, nachylając się ku kobiecie. - Magazyny sprzętu są chyba przy firmowych koszarach za miastem a technicy od wszczepów siedzą na labie. Ale Dickauer - zniekształcił swoim zwyczajem nazwisko Alana - wyraźnie mówił, że na czas zadania mamy się trzymać z dala od budynków firmy i w tym akurat przyznaję mu rację. Sprzęt podrzucają nam do wynajętego garażu w Port Morris. Pojadę z tobą, kołacze mi się po łbie parę pytań do TechNicksa. On może nie mieć nic wspólnego z dzieciakami, ale ten cały “zarządca” ma jak nic. W klinice powiedzieli, że wszczepy pochodzą z tego samego źródła.

- I chcesz czekać na motor do jutra? - Psyche była wyraźnie zdziwiona. - Mamy odebrać technika i jechać do Higgsa. Ja wyglądam jak ja, jeśli ktoś mnie śledzi to i tak kojarzy.
Utrzymywała pełne opanowanie, ale ciągoty Maroldo do dzieci wywoływały u niej już zgrzytanie zębów. Nie rozumiał nawet pojęcia trofeum, którym dla niej był TechNics.
- To gdzie cię zostawić? - zapytała, nie mając tym razem zamiaru zabierać go na pełną wycieczkę po mieście i do swojego mieszkania.
- Przy garażu - podał jej adres kilka przecznic od swojego domu, w przemysłowym rejonie nad East River. - Pojazdy dostarczają nam w ciągu kilku godzin, nie zarejestrowane na firmę. Na razie wezmę służbowego vana, na Bronxie da się poruszać autem.
Istotnie, ruch był tu znacznie mniejszy. Większość mieszkańców dzielnicy nie miała samochodów a będąc bezrobotna i tak nie miała dokąd jeździć. Zaś z pośród tych, którzy pracowali w sobotę, wielu wzięło dziś wolne lub wyjechało z miasta w obawie przed wojną gangów.
Po paru minutach zatrzymali się na pustej ulicy pośród fabryk i magazynów. Między nimi znajdował się ogrodzony teren wypełniony rzędami szeregowych garaży.
- Odezwę się jak ściągnę technika - zaproponował Mik zsiadając. - Gdyby komunikacja znów padła będę na chacie. Najpierw Higgs, potem TechNicks. To netrunner, jeśli komuś warto pogrzebać we łbie to jemu.
Subtelne próby spławienia Mika w tej kwestii zdawały się zupełnie doń nie trafiać. Zdolności interpersonalne nie były mocną stroną cyborga, podobnie zresztą jak Psyche. Ich rozmowa na ten temat zaczynała przypominać dialog robotów, z których jeden mówi “0” a drugi “1”.
- Netrunner bez edytora bólu. Był na tyle dobry, że powierzali mu istotne fuchy. W jego elektronicznym mózgu nic nie znajdziesz - powiedziała jeszcze zanim odjechała. - Nie wierzę, że popełniłby taki błąd. Takie rzeczy ukrywa w bezpiecznym miejscu. Popracujemy nad dowiedzeniem się jakim. Do zobaczenia.
Odjechała, nie czekając na odpowiedź. Wzruszył ramionami i pomachał jej na pożegnanie, gdy wykręcała motorem. Patrzył przy tym na skrytą za szybą kasku Psyche trochę dziwnie, marszcząc czoło pod nową blond-czupryną, może zbity z tropu jej uporem w sprawie badania Bloodboya.


~Miotasz się we własnych kłamstwach…~
Och, gadaj sobie ile chcesz. Nie chcemy, aby się dowiedział, odkrył ilu rzeczy nie wie.
To była prawda. Niezależnie od przełożonych, Azjatka to as w rękawie. Takich nie wyrzuca się przy rozdaniu za kilka eurocentów. Maroldo potrafił być słodki, zwykle bawił w swoim dążeniu do ukarania winnych rozprowadzania dzieci. Był też jednak bardzo prosty i ślepy. Jak żołnierz, standardowy szeregowy, wciśnięty w nie swój mundur. Nie był przyzwyczajony do odmownych odpowiedzi. Do planów innych od własnych.
Czas najwyższy to zmienić.

Jedno było prawdą w ich rozmowie. Najpierw pojechała do siebie, ostrożnie wchodząc do mieszkania operacyjnego - w kasku i kurtce, aby nikt postronny nie dostrzegł bardziej rzucających się w oczy zmian. Odetchnęła z ulgą, wchodząc do środka. Nie czekał tam na nią. Czuła, że teraz jeszcze bardziej powinna go unikać. Zamontowała przy drzwiach kamerkę i skalibrowała ją ze swoim holofonem. Sieć wracała, mogła więc sprawdzać, czy się pojawi. Nie powinien, kiedy będzie w stanie zadzwonić. Na odległość jednak o wiele łatwiej odmawiać.
~Zdrajczyni! Powinnaś go błagać!~
To stawało się nudne. Te rozpaczliwe błagania i obelgi. Coraz łatwiej je odrzucała.
~Hahahaha...~
Nie. Skup się.

Kryjówka nie leżała daleko od mieszkania. Już w skórach, z długimi włosami, ćwiekami w uszach i kolczykiem w nosie oraz znacznie lżejszym i szybszym krokiem, weszła do środka jako Marlene. Nic się nie zmieniło, dwie postaci siedziały tak jak je zostawiła. Zwykli ludzie nie byli w stanie się stąd samodzielnie wyrwać. TechNics wyglądał lepiej. Napoiła ich i nakarmiła, niczym mamusia swoje niepełnosprawne pociechy. Uśmiechnęła się do netrunnera.
- Czas udowodnić swoją przydatność.
Podłączyła komputer do głowy Ayako, wyświetlając holograficzną klawiaturę przed dłońmi BloodBoya, dzięki czemu nie musiała go w pełni wyswobadzać.
- Czas start - powiedziała słodko i usiadła na krześle.
Odezwał się po raz pierwszy dopiero po chwili.
- Ona ma dobre zabezpieczenia, jaki kurwa czas start! - spojrzał na nią, z grymasem wściekłości na twarzy. - Podłącz mnie chociaż do niej, będzie…
- Nie - przerwała mu. - Pracujesz w ten sposób. Chyba umiesz, prawda?
- To trochę zajmie.
- Poczekam - odpowiedziała mu, nie zmieniając pozycji, śledząc uważnie jego postępy na własnym holoekranie.

Widz 06-11-2016 21:25

- Może warto się skupić na przywódcach. - Odezwała się Ann dla której to co widniało na panelu było jeszcze mniej zrozumiałe niż dla reszty. - Może da się pójść tropem uzdrowień. Jak temu czemuś udało się przeniknąć do szpitali i mózgów wybranych przez siebie liderów. Czy można znaleźć konkretne ślady w tym… - skrzywiła się lekko - chaosie?
- Do szpitali to bez trudu. O ile kojarzę to nawet nie placówki korporacyjne, zabezpieczenia sieciowe są tam teoretyczne - Remo popukał palcami o blat stołu, myśląc na głos. - To coś broniło się, więc równie dobrze było w stanie atakować. O White'cie gadali, że jego rodzina decydowała się na eksperymentalne terapie. Zainstalowali mu wszczep, połączyli z siecią i już. Mamy dostęp. Nie wiem jak z tego co mamy wyciągnąć info jak doszło do faktycznego ożywienia kolesia - przyznał. - Z pozostałą dwójką historia może okazać się bardzo podobna. Ten sam czas, ta sama terapia. I bum, działa, cud! Ja bym chciał dowiedzieć się czego innego: czy ta trójka to jeszcze ludzie obdarzeni własną wolą.
- Przydałyby się jakieś konkretne dowody. Nie możemy nic dowieść bez nich. To mi przypomniało, że ci jeszcze nie powiedziałam co było w informacji zakupionej na aukcji. - Powiedziała Azjatka - Podobno alibi Alexa jest fałszywe. Skoro to cyborg być może był sterowany tak samo jak ten robot w serwerowni. Poszukaj czy nie ma czegoś na ten temat.
- Ten android w serwerowni nie był sterowany, nie wydaje mi się - Walter pyknął kółko z dymu. - Robił swoją pracę, to co działało na serwerach było częścią jego zadań. Dobre opanowanie, swoją drogą - uchylił kapelusza w stronę Ann.
- Kiedy w grę wchodzi sztuczna inteligencja, spodziewaj się wszystkiego - mruknął Parkins, patrząc na ekrany. - Pewnie najpierw musimy określić MAC adresy sprzętu. Tego od androidów albo ludzi, zanim cokolwiek wyszukamy.

Mógł mieć rację. Bez identyfikatora unikalnego nie było wielkich szans na sensowne wyniki wyszukiwania.
- Hmm… żeby dobrać się do adresu najlepiej byłoby chyba dobrać się do pamięci Alexa… - Saperka wyraźnie myślała na głos. - Jeśli rzeczywiście zabił swego pana są dwie opcje. Albo zabił go świadomie i równie świadomie ukrywa prawdę, albo zrobił to pod wpływem działania wirusa i nie ma świadomości tego co uczynił. W przypadku androida kłamstwo jest chyba pojęciem zbyt abstrakcyjnym, a więc nie ma pojęcia o swoich czynach. Mógłby więc się poddać zabiegowi przeszukania pamięci w celu uzyskania tego numeru lub nawet go podać jeśli zażąda tego osoba z odpowiednimi uprawnieniami. Na przykład zarządca majątku Thomsona, sędzia czy policja. Ciekawe czy Danielle mogłaby go do tego przekonać. Swoją drogą prawniczka uważa że jest śledzona. Jeśli tak jest rzeczywiście, a Aleksem kierowała SI, to kto może ją śledzić?
- To niekoniecznie musi dać efekt - Remo odniósł się do słów Ann. - Znam mnóstwo sposobów na to, żeby nie zostać wykrytym i nie zostawić śladów w androidzie po zhakowaniu go. Zresztą to nielegalne bez nakazu. On nam potrzebny będzie tylko do sczytania adresu na razie, wtedy się przekonamy czy miał coś wspólnego z SI z uniwerku. Gdyby podał go dobrowolnie to byłaby duża ulga. "Dzieci Rajneesha" to inna para kaloszy. To grupa złożona z ludzi, niezależnie od tego kim lub czym jest Izaak. Amanda pokazała jak mają wyprane mózgi. Zarówno za atakiem na nas jak i śledzeniem Danieli mogą stać oni. Gdyby to SI śledziła, to ktoś taki jak Morrison nie zorientowałby się w tym. Tu musimy zdobyć MAC'a lub ipv6 White'a. Nie mam pojęcia jak to zrobić na chwilę obecną, bo do tego musi się dobrowolnie podpiąć do kontrolowanego przeze mnie sprzętu.

- Lub musisz wiedzieć, gdzie się podpiął i włamać się do tego - dodał Parkins z uśmiechem. - Co prawda do tego musi wrócić sieć, ale zdaje się, że jest coraz lepiej. Wiecie coś o tym co się w ogóle w tym mieście wyprawia? Wyszliśmy wczoraj po kilku miesiącach, ale chaos jest jeszcze większy niż przy naszej nieszczęśliwej wpadce - wbił jeszcze szpilę w Remo, choć ciągle z uśmiechem i w dość przyjacielskiej formie.
- Próby stworzenia AI są nagminne - wtrącił spokojnie Walter. - Prędzej czy później na coś trafimy, ale to nie było AI. Zdążyłem się przyjrzeć działaniu tych skryptów, nie było uporządkowane i nie nosiło jak na mój gust śladów inteligencji. Roboty podlegają prawnym regulacjom, skoro zdobyłeś nakaz na Pace, zdobądź też na zeskanowanie adresów androidów - zasugerował.
- Nie jestem przekonana, że Amanda rzeczywiście popełniła samobójstwo, więc może ludzie z sekty będą nieco zaskoczeni pewnie mocno wkurzeni, gdy się dowiedzą, że są podmiotami w symulacji stworzonej przez zbuntowany komputer. Tylko trzeba im to udowodnić.
- Udowodnić coś fanatykom? Nie w tym świecie - Remo parsknął, słysząc tę sugestię. - Może wezwiemy kawalerię? - zapytał Ann. - Firma się interesuje tymi rzeczami, a tu wyszła nazwa Free Souls. Przydzielą nam kogoś do zadań specjalnych, aby spróbował podejść White'a. A na początek spróbujemy z robotami, w tym przestrzelonym przez ciebie. Sam jestem ciekaw jak działała ta zabawa i dlaczego nikt wcześniej się nie zorientował.
- Skoro C-T chce informacji o Free Souls mogą nam kogoś dokoptować. Byle nie przypominał Jamesa Shelbiego. Ten był naprawdę dziwny. Możemy wrócić na uniwerek. Mamy jeszcze trochę czasu, a po drodze wstąpić do Danielle i poinformować ją o naszym odkryciu. Może wydusi z Alexa jego numery. Chyba jednak lepiej by nie była przy tym sama. Nie wiadomo jak może zareagować ten zbuntowany system, jeśli nadal siedzi w jego pamięci. - Stwierdziła Ferrick, a potem dodała - Tak z innej beczki próbowałeś nawiązać kontakt z "M" w sprawie Malkolma Alexandra?
- I to wszystko chcesz zmieścić przed obiadem? Kto go ugotuje? - roześmiał się. - Chłopaków w tę sprawę nie mieszamy, Danieli samej też nie. Ochroniarz dodałby jej otuchy. Bez sieci załatwianie tego wszystkiego zajmie wieki. Alexander - podrapał się po policzku, marszcząc brwi. - Coś pisałem, tylko moja pamięć nie jest tak dobra jak twoja. Konkretów nie mam, lecz za tę sprawę co im załatwimy z chłopakami nie powinni robić problemów. Jak komunikacja wróci to się im przypomnę.
W czasie tej rozmowy chodził po pomieszczeniu. Zatrzymał się ostatecznie przy Ann objął bezwiednie.
- Musimy pogadać o studencie. Bierzemy się za to?

- Obiad będzie serwowany z restauracji. Zapłaciłam za niego wraz z obsługą. - Dziewczyna mrugnęła do niego wesoło. - Może oddam Danielli Dru? Powinien się jej spodobać. Podjedziemy po drodze do mnie. Może tam czeka, to od razu się to załatwi. Podczas pracy przy robocie z serwerowni możemy się zastanowić nad studentem.
- Nah, to robota dla nas - Parkins skinął głową na pytanie Remo.
- Zgadzamy się na warunki twoich znajomych - dodał Walters. - Ale sprawę należy dobrze przemyśleć zanim podejmiemy pierwsze kroki. Według raportu student jest nieuchwytny i komunikuje się ze światem prawie wyłącznie przez swoich pośredników. Według mnie musimy ich namierzyć i ustalić w jaki sposób przekazuje im wiedzę i polecenia. To pierwsze pytanie stawiane przez raport.
Drzwi otworzyły się nagle i do środka weszli Oro i uśmiechnięta Lisa, rozglądająca się ciekawie po pomieszczeniu. Błysnęła zębami widząc wszystkich w środku i zdjęła kurtkę. Wyglądała jakby po złym samopoczuciu nie pozostało już śladu.
- Ładnie się tu urządziliście. Takie rzeczy widziałam tylko na starych filmach, wow - rzeczywiście wyglądała na zauroczoną i podekscytowaną. - Zaczynam lubić wasz styl, nawet jak brak wam fantazji.
- Dobrze, że na motorze nie mogła tyle gadać - skomentował Azjata, zamykając za nimi drzwi.
- Późno w nocy poszłabym sprawdzić co nagrało się na ustawionych wczoraj kamerach. Może to co się tam nagrało pozwoli nam złapać jakiś ślad. - Powiedziała Ann ignorując pełne entuzjazmu uwagi Lisy, które przecież nie były przeznaczone dla niej, a sama dziewczyna jakoś dziwnie działała jej na nerwy. Ann nie potrafiła uzasadnić tego uczucia, bo przecież dopiero co dziewczynę poznała. Może był to fakt, że z takim zachowaniem, wydawała jej się bardzo dziecinna. Z drugiej znała podobne osoby, które przecież nie wywoływały w niej równie negatywnych uczuć.

- O ja naiwny, miałem nadzieję na przyjemniejszą noc - Remo teatralnie wypuścił powietrze z płuc, zezując na Ann. - Roy by nam się przydał do tej sprawy, on ma wiedzę której może brakować naszym znajomym. Wczoraj śledziliśmy jednego z potencjalnych ludzi studenta - powiedział na użytek pozostałych. - Od tego można zacząć. Zróbcie listę miejsc i ludzi z raportu, być może uda się cokolwiek wygrzebać. Zgadzam się, że pośpiech nie jest tu wskazany. Ta sprawa jest poza tobą, Harris - dodał tonem kierownika.
Lisa zrobiła zawiedzioną minę, ale nie skomentowała tego polecenia. Obecnie ciągle nie za bardzo miała pojęcie o czym rozmawiają. Walter natomiast krótko skinął głową.
- Dobrze. Zacznijmy od tego co mamy i zobaczymy ile uda się wycisnąć.
- Dopóki nie wróci sieć to i tak nic nie zdziałamy - Oro wrócił do rozgrzebanego wcześniej sprzętu, Harris ciekawie zaglądała mu przez ramię.
- No i musimy zmienić miejscówkę zanim zaczniemy szukać informacji. Fale radiowe powoli wracają do normy, więc kontakt mamy. W razie czego zawsze wracamy tu - dodał Parkins.
- Dobra, to dziś odpuszczamy ostrzejsze akcje - zgodził się Remo. - Odezwę się wieczorem. O ile przeżyję - zerknął z rozbawieniem na Ann. - Idziemy?
Odpowiedziała mu wesołym mrugnięciem:
- Popatrz na to z jasnej strony: To ja będę pielęgnować twoje ewentualne rany... - Parsknęła i skinęła reszcie opatulając się szczelnie kurtką, owijając szalikiem, a na głowę naciągając ciepłą czapkę. Jeżdżenie na motorze w zimie nie było szczytem wygody, ale przynajmniej dawało gwarancję dotarcia do różnych miejsc, niezależnie od wielkości ulicznych korków.
- Zakładasz, że ty wyjdziesz z tego bez obrażeń? - w głosie Remo zabrzmiało zdziwienie, kiedy też się ubierał. - Jedziemy tym twoim motorem, jestem za duży na udawanie Chińczyka.
Gestem pożegnał pozostałych, przepuszczając Ann przodem. Gdy wyszli na zewnątrz odwróciła się do niego, wzięła go za rękę i przytuliła do swego policzka:
- Zakładam, że miłość w naszej rodzinie jest ponad inne uczucia. - Powiedziała poważnie patrząc mu prosto w oczy.
- Morderstwa z miłości również się zdarzały - odpowiedział nie tak poważnie jak ona, uśmiechając się. - To gdzie najpierw? - wyświetlił mapę Big Apple, wytyczając palcem trasę zakładającą jak najkrótszą łączną drogę w te kilka miejsc, do których mieli zajechać.

Remo wziął ze sobą deck. Miał kilka pomysłów na przeszukanie zebranych danych, wolał jednak zrobić to dopiero po zdobyciu odpowiednich namiarów. Napisał i wysłał wiadomości do Maroldo i Psyche, decydując się na razie zignorować Alana i Hujstona. Uczelnia. Mieszkanie Ann. Później przypomnieć o Alexandrze i zastanowić się co dalej. Do tego wszystkiego wizja bycia śledzonym, nie poprawiająca nastroju. Zapowiadały się mało spokojne święta. Było tego tyle, że miał problemy z uporządkowaniem mętliku w głowie. Dobrze, że dotyk Ann jak zwykle uspokajał, a nie jak miały w zwyczaju dziewczyny w jej wieku - dodawał chaosu. Wsiadł na wypożyczony przez nią motor, wskazując miejsce za sobą. Może i umiała konstruować urządzenia, ale to on lepiej nimi kierował.

liliel 06-11-2016 23:16

Świątynia Dzieci Rajneesha

- Dzień dobry - w recepcji natknęli na surowo wyglądającą kobietą.. - Państwo…?
Leah rozłożyła legitymacją z blachą.
- Detektywi Wierzbovsky i Mota. Chcemy się widzieć z Izaakiem Whitem.
- Pan White jest bardzo zajętym człowiekiem. Z tego co widzę, nie są państwo umówieni? - zadała pytanie retoryczne, tonem znudzonej biurwy. Trochę jakby miała reakcję alergiczną na gliniarzy. - W jakiej sprawie państwo przychodzą do pana White'a?
- W sprawie państwa Tomkins - Leah wsunęła futerał z odznaką do wewnętrznej kieszeni kurtki. - Rozumiem brak czasu. Tym bardziej w interesie pana White’a leży by przyjąć nas tu, na miejscu. W przeciwnym razie dostanie wezwanie na komendę w celu złożenia zeznań, a proszę mi wierzyć, przebijanie się przez kilka dzielnic zajmuje sporo czasu, szczególnie w tych dniach komunikacyjnego chaosu.
- Ależ proszę pani, wezwanie na komendę musi być udokumentowane oraz wskazane muszą zostać przyczyny. Szczególnie, że państwo już pana White'a wzywali kilkukrotnie w ciągu ostatniego tygodnia. Może powinni państwo współpracować między swoimi wydziałami? - grzecznościowy ton tylko zwiększał ilość jadu, jaką wylewała kobieta. - Szkoda, że nasze prośby nie są rozpatrywane tak gorliwie. - Nie…
Nie zdążyła dokończyć swojej tyrady, kiedy drzwi się otworzyły i przeszedł przez nie średniego wzrostu mężczyzna o przyjaznej twarzy. Uśmiechnął się do kobiety za biurkiem, a następnie do detektywów.
- Jeanne, nie ma potrzeby się denerwować. Państwo z policji na pewno chcą tylko zadać kilka nieszkodliwych pytań, a my nie mamy nic do ukrycia. Zapraszam.
Wskazał na drzwi, a kiedy się zbliżyli, podał dłoń na powitanie, najpierw Leah.
- Izaak White. Miło mi państwa poznać. Pierwszy gabinet na lewo - wskazał na krótki korytarzyk z trzema drzwiami. Za tymi wskazanymi znajdował się prosty gabinet, z biurkiem, szafką, dwoma kanapami i stolikiem. - Proszę spocząć. Tak jak Jeanne wspominała, rozmawiałem z policją już kilkukrotnie w tym tygodniu.
Mota niczym posłuszny uczniak ciągle pozwalał rządzić Leah, najpierw czekając na jej ruch. Trema nie schodziła z młodego latynosa.
- Detektyw Wierzbovsky - Leah uścisnęła podarowaną prawicę. - A to detektyw Mota.
Przyglądała się intensywnie twarzy White’a chcąc wyrobić sobie osąd z pierwszego wrażenia.
- Jesteśmy tu z powodu państwa Tomkins. Chcielibyśmy zadać kilka pytań, w szczególności o charakter pana znajomości z Amandą oraz jej przynależności do pana… - Leah szukała dyplomatyczny zamiennik na “sektę”. - grupy wyznaniowej.
- Był tu już ktoś w tej sprawie. Detektyw… - White zastanawiał się chwilę - ...Hawkins o ile mnie pamięć nie myli. Jemu opowiedziałem o wszystkim - odparł z lekkim uśmiechem. Nikt nie lubił się powtarzać, a przecież Leah nikomu nie próbowała nawet tłumaczyć dlaczego policja wypytuje po kilka razy o to samo. - Proszę nie zrozumieć mnie źle, chętnie opowiem, czuję się tylko lekko zaskoczony. Amanda była jedną z najbardziej gorliwych dziewczyn. Obawiam się, że przez naciski swojego ojca, pewne wartości pojęła inaczej niż byśmy chcieli i inaczej, niż ją uczyłem. Stąd tak gwałtowna reakcja i… nieodpowiedzialność. Jej śmierć dla nas jest wielką stratą, pani detektyw. Byłem jej osobistym mentorem i zawiodłem w tej jednej kwestii.
- Przykro mi, że musi się pan powtarzać. Ja i mój partner przejęliśmy sprawę Tomkinsów, a aby w sprawę wejść muszę powtórzyć robotę detektywa Hawkinsa. Inaczej nie dowiem się, czy czegoś nie przeoczył. - Jej zestaw firmowy, notes w skórzanej okładce i eleganckie pióro, pojawiły się w rękach. - Wydaje się, że pan i Amanda byliście zżyci. Czy nie zauważył pan czegokolwiek, co mogłoby sugerować zamiary Amandy? To nie jest proste zadanie, przygotowanie zamachu na taką skalę. Ktoś jej musiał pomagać. Ktoś zaznajomiony z materiałami wybuchowymi.
- Bardzo bym chciał wiedzieć o tym wcześniej - rozłożył bezradnie ramiona - lecz owieczek w moim stadzie jest bardzo dużo. Byłem świadomy jej zdenerwowania w związku z bezpodstawnym procesem, jaki nam wytoczył jej ojciec. Powinienem bardziej ją naciskać na opowiedzenie o planach, wtedy byłbym w stanie odwieść ją od tego zamiaru - Izaak mówił gładko, bez zająknięć, głosem charyzmatycznym, pewnym, lecz niezbyt głośnym. - Niestety, jak wspomniałem, zawiodłem w tej kwestii. Od tego nieszczęśliwego... wypadku baczniej zwracamy uwagę na słowa i zachowania naszych wiernych.
- Amanda mieszkała tutaj? Była z kimś spośród was wyjątkowo blisko związana?
- Miała tu swoje miejsce, ale pomieszkiwała także u innych - Izaak skinął głową. - O ile mi wiadomo najwięcej czasu spędzała z Moniką. Moniką Rukh, jedną z moich najstarszych przyjaciółek wśród naszej grupy. Było też kilkoro innych, lecz proszę pamiętać, że miała własną wolę. Nie kontrolowałem tego z kim się spotykała i przebywała. Jedyne co mamy zarejestrowane to daty i osoby pojawiające się na naszych spotkaniach w całym mieście.
- Oczywiście - przyznała, jakby rzeczywiście była daleka od oskarżania go o cokolwiek. - A co właściwie robią państwo na takich spotkaniach? Jaka jest filozofia Dzieci Rajneesha i pana rola w nich?
- Tu musiałbym panią zaprosić na jedno ze spotkań - Izaak błysnął zębami w uśmiechu. - Wiele zależy od tego, które to spotkanie. Zgłębiamy wiedzę, rozmawiamy, wymieniamy się opiniami. Na pierwszych spotkaniach zwykle jest to tylko opowieść o nas i o tym w co wierzymy, w nasze samodoskonalenie się. Ja jestem jedynie mentorem, wskazuję zagubionym drogę do wieczności, pani detektyw. Uważają mnie za przywódcę, owszem, lecz staram się nie posługiwać takimi… przyziemnymi określeniami. Tylko osoba w pełni świadoma siebie może osiągnąć zbawienie.
- W takim razie, kim jest Rajneesh? - odwzajemniła uśmiech. Jej nie był tak ciepły jak White’a. Nie dlatego, że nie miał takim być, ale po prostu brakowało jej tego wewnętrznego blasku. Charyzmy.
- Tym, który wiele lat temu przetarł ścieżkę i pokazał, co należy czynić. Nie został zrozumiany, może i sam nie rozumiał siebie. My jednak wyciągnęliśmy lekcję i wiemy co czynić. Jesteśmy jednak jego dziećmi, niedoskonałymi ciągle, lecz nie ustającymi w próbach stania się lepszymi - odpowiedział bez najmniejszego zawahania Izaak.
- A pan, kiedy doznał religijnego oświecenia i zrozumiał co należy czynić? Czy stało się to niebawem po wybudzeniu ze śpiączki? A może w jej trakcie?
- Wypadek zmienił moje życie, pani detektyw - odparł White. - Zrozumiałem, że muszę stać się kimś innym niż byłem, podążyć lepszą ścieżką.
- Tak, po prostu? Zasypia pan jako beztroski nastolatek, który spadł z deskorolki, a budzi się jako oświecony guru? - Wierzbovsky emanowała bezwolnym sceptycyzmem. - Dość trudno w to uwierzyć.
- A przeżyła pani śmierć kliniczną i wyszła z długiej śpiączki, aby to oceniać? - odbił piłeczkę. - Są wydarzenia, które zmieniają ludzi. To zmieniło mnie.
- To brzmi interesująco. Jakby pan wiedział coś, co reszcie umyka - Leah wysupłała z kiszeni kurtki paczkę papierosów,ujęła jednego w palce i pytająco uniosła w górę. - Może mogłabym przyjść na jedno z waszych spotkań? Takie, gdzie pan mówi i robi te wszystkie objawione rzeczy, które zmieniają ludziom życia i sprawiają, że otaczają pana rzesze wyznawców.
Roześmiał się, chyba nawet szczerze. Jego wzrok z dezaprobatą wychwycił papierosa, lecz nie protestował. Palenie w pomieszczeniach w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach budynków było już w NYC od wieków zabronione, ale na terenie prywatnym gospodarz podejmował decyzje.
- Pani detektyw, zabrzmiało to nieprofesjonalnie. Chce się pani przekonać, czy jesteśmy zdolni do zbrodni, nie winię pani za to. Upewnię się, kiedy jest następne spotkanie na którym mogę pojawić się osobiście i jeśli zostawi pani swoje namiary, wyślę wiadomość. Każdy nie związany z nami na początku musi przebyć pełną drogę, aby wiedzieć na co się decyduje i co będzie musiał poświęcić w imię samodoskonalenia.
- Byłabym wdzięczna. Tym bardziej, że nie leży w mojej mocy nakazanie tego panu. Ale jestem szczerze ciekawa. Po prostu proszę mnie potraktować jako widza - odpaliła zapalniczkę, powietrze nasycił zapach nikotyny. - Proszę mi wybaczyć ostatnie pytanie, ale taka procedura. Co robił pan w czwartek, między ósmą a dziewiątą rano?
- Byłem tutaj, przygotowując się do spotkania i medytując - odpowiedział.
- Ktoś może to potwierdzić?
- Moi rodzice a także dwie inne osoby, z którymi krótko rozmawiałem mniej więcej o tej porze.
Leah odnotowała ten fakt w notesie.
- Dziękujemy za poświęcony czas. Czy moglibyśmy zobaczyć teraz lokum Amandy, gdy przebywała w świątyni? I pomówić z Moniką Rukh?
- Odnośnie rozmowy z Moniką, to niestety nie wiem gdzie obecnie przebywa. Mogę dać państwu jej numer. Jeśli chodzi o pokój Amandy, to... - zawahał się - ...dzieliła pokój z dwoma innymi osobami. Nie możemy naruszać tak niespodziewanie ich prywatności. Niektóre ćwiczenia, które stosujemy, wymagają dużej koncentracji. Jestem jednak pewien, że możemy umówić to na odpowiednią godzinę - powiedział gładko, między wierszami sugerując, że Leah nie ma nakazu na zwiedzanie prywatnych kwater "Dzieci Rajneesha" i jednocześnie on nie ma ochoty jej po nich oprowadzać.
- W takim razie, może ktoś zbierze rzeczy osobiste Amandy i wyśle mi je pan na komendę? - spróbowała wyjść mu naprzeciw we wzajemnym kompromisie. Poza tym, jeśli w interesie White’a leżało usunięcie z tych przedmiotów jakiś dowodów to miał aż za wiele okazji by to zrobić.
- To także mogę zrobić - skinął głową. - Poprzedni detektyw oglądał już jednak jej pokój, jeśli to panią uspokoi.
Zanotowała numer do Moniki Rukh, przesłała White’owi elektroniczną wizytówkę do siebie.
- Przykro mi, że znów musiał pan odpowiadać na te same pytania - wyciągnęła mu dłoń na pożegnanie. - Obawiam się również, że gdy urodzą mi się dodatkowe pytania, będę pana ponownie nachodzić - uśmiechnęła się przepraszająco. - Taka praca.
Wstał i uśmiechnął się naturalnie, podając jej dłoń.
- Nie ma sprawy, mi także zależy, aby oczyścić nasze imię jak najszybciej. Czy mogę wiedzieć co się stało z detektywem… - zmarszczył brwi przypominając sobie nazwisko - ...Hawkinsem?
- Próbowano ich zabić - odparła próbując wyczytać emocje z twarzy White’a.

Wychodząc Leah zgarnęła naręcze kolorowych ulotek, będzie miała co czytać do poduszki.
Przed świątynią zapaliła papierosa zastanawiając się co do dalszych kroków. Mieli jeszcze trochę czasu do końca dnia.
- Chyba czas by przesłuchać ostatnie osoby, z którymi widział się Tomkins. Ann Yui Ferrick, Kye Remo, James Shelby i Daniela Morrison - zerknęła do swoich notatek. - Przejadę się do tej Ferrick, ty odwiedź Shalby'ego. Widzimy się jutro rano na komisariacie. Jeśli wróci komunikacja skontaktujemy się z pozostałą dwójką i każemy im, po ludzku, stawić się na komisariacie.
Postawiła wyżej kołnierz i ruszyła w stronę metra. Zastanawiała się czy w ogóle zastaną świadków w domu, czy serwują sobie jedynie zbędny spacer. Niemniej warto było zaryzykować.

Sekal 07-11-2016 23:38






"Doszły nas słuchy, że osoby z Nowego Jorku zaczynają nas widzieć. Doskonale! Witamy ponownie w wielkim świecie!"
Idealnie wymodelowana twarz na holoekranie błysnęła zębami w uśmiechu równie sztucznym jak jego właściciel.
"Przypomnijmy, że wczorajszego wieczora doszło do ciągle niewyjaśnionego zjawiska, w którym wszyscy posiadacze wszczepów odczuli poważne zakłócenia urządzeń, które wywoływały ból. W niektórych przypadkach kończyło się to poważnymi uszczerbkami na zdrowiu. Jak to mawiają: nie jedz za wiele metalu bo się udławisz!"

Ktoś musiał się z tego śmiać. Pewnie nawet wielu. Inaczej tego typu żarty nie pojawiałyby się w holowizji.
"Zostały też odcięte wszystkie bezprzewodowe urządzenia sieciowe. Jak łatwo się domyślić, spowodowało to ogromny chaos w mieście i nie tylko. Zamknięto lotniska, ujęcia z ulic pokazywaliśmy państwu przed godziną. Obecnie na szczęście sytuacja się już normuje, ale informujemy, że wjazd do miasta ciągle jest bardzo utrudniony i mówi się, że lotniska nie zostaną dziś otwarte. Burmistrz miasta zapewnia…"
Dalej ciągnęło się to w podobnym tonie. Sensacje miały być jeszcze odkryte przez milionami wiernych widzów. Chaos to nie tylko korki.


Ferrick, Remo

Godzina 2:48 pm czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Manhattan, New York


Na uczelni zastali już ekipę, w zasadzie kilka ekip - głównie tych sprzątających. Zjawili się też technicy, w tym policyjni, badając sprawę serwerowni i "zastrzelonego" androida. Ann i Kye wpadli więc od razu w imadła organów prawnych, gdzie Azjatka musiała pokazywać pozwolenie na broń oraz specjalne pozwolenie na noszenie jej, a Remo odpowiadać na sporą ilość pytań odnośnie całej sytuacji. Tu na szczęście w dużej mierze mógł odesłać ich do przełożonych, którzy wystawiali nakaz na działania w serwerowni. Procedura się jednakże dopiero zaczynała i pewne było, że w ten czy inny sposób będzie się ciągnęła niczym smród za skunksem. Zawsze tak było, jak gliny natrafiały na coś, co nie do końca rozumiały. W pewnym sensie nie ma co ich obwiniać, w mieście działo się tyle, że i tak dziwne, że było komu przyjechać do tego zgłoszenia. No i również dzięki temu te wstępne przesłuchania trwały bardzo krótko - tracenie czasu tam gdzie nie ucierpiał człowiek było zbędne. Więcej gimnastyki wymagało uzyskanie adresów MAC i IPv6 zniszczonego robota, odwołując się do ciągle obowiązującego nakazu.

Kiedy wreszcie się udało, Remo nie miał problemu z przedarciem się przez dane i uzyskaniem jakichś wyników. "Jakichś" dobrze to definiowało. Bez zaskoczenia pojawiły się odwołania do androida pracującego w serwerowni Pace University, ale każde polecenie było wydawane binarnie w kodzie standardowym standardowej elektroniki, wywołującym odpowiedni funkcje. Tak jak robot sprzątający w nowoczesnym mieszkaniu włączał się w pewnych okolicznościach kiedy otrzymał sygnał do pracy, w ten sam sposób przychodziły polecenia do androida. Nie było w tym znać ani odrobiny ludzkiej ręki - haker doskonale wiedział, że gdyby sam miał zhakować robota, użyłby do tego zapisywanych przez klawiaturę poleceń, które dopiero na poziomie systemu urządzenia byłyby tłumaczone na kod binarny. Tu kod binarny został użyty od razu, co dawało ogromne ilości zer i jedynek, przez które przeplatały się także kwantowe kubity, dodając swoje do zaciemnienia całego obrazu. Część to były polecenia, bez wątpienia, ale wyszczególnienie ich wymagało porównania ze specyfikacją androida lub trzeba było testować je na "żywym" organizmie.

Dru nie było przy mieszkaniu Ann, lecz ta zdążyła zebrać porządny opieprz od ojca. I sądząc z wiadomości, jego dalsza część nastąpi popołudniem, kiedy już nie będzie mogła uniknąć ani rodziny, ani potencjalnego ochroniarza. Niestety nijak nie dało się przekierować tej ochrony na inną osobę. Danielę zastali w jej mieszkaniu, wcale nie wyglądała lepiej niż rano. Przywitała się serdecznie z Remo, jakby z ulgą widząc także jego osobę, lecz pomysł, aby wydobyła dane od Alexa nie przypadł jej do gustu. Zakładał opuszczenie mieszkania.
- Może udostępni te informacje na odległość? Napiszę do niego. Zastanawiałam się kilka razy czy androidy mogą kłamać? Bo jakby podał nieprawidłowe adresy, nie miałabym jak tego sprawdzić - powiedziała po usłyszeniu propozycji, nerwowo pocierając ręce i przygryzając policzek.


Wierzbovsky

Godzina 3:23 pm czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Osiedle na południe od New Jersey


Pożegnali się i opuścili katedrę. Leah nie dowiedziała się więcej od tego, co mogła wydedukować sama, lecz zapoznawała się ze sprawą coraz głębiej. Jasne już było, że nic nie jest jasne. Izaak był dobrym mówcą, pewnym i wierzącym we własne słowa. Takich ludzi nie dało się przejrzeć podczas jednej krótkiej rozmowy. Mota wydawał się jeszcze bardziej niepewny kierunku w jakim może pójść śledztwo, ponownie nie odzywając się w trakcie przesłuchania.
- Nie odzywam się, żeby nie palnąć jakiejś gafy - powiedział, kiedy już czekali na kolejkę podmiejską. - Uczyli mnie, abym najpierw słuchał - uśmiechnął się przepraszająco. Jak na razie była z niego spora klucha, trochę też dosłownie, ale hej, sama Leah też miała ciężki początek. Jak każdy.

Zgodził się rozdzielić, choć i tak przypadła im wspólna droga niemal pod sam komisariat. Ann Yui Ferrick mieszkała bowiem poza Nowym Jorkiem, w jednym z bogatych, zamkniętych osiedli na południe od New Jersey. Trzeba było zabrać samochód, a w obecnych warunkach oznaczało to długie stanie - szczególnie na moście. Leah miała wrażenie, że calutki dzień spędza w podróży, a przecież przemierzała tylko jedno miasto. Kiedy wreszcie dotarła na miejsce, to znaczy pod bramę podobną do tej widzianej wcześniej w Inner City, to odbiła się od niej niczym piłeczka. Strażnik, milszy niż ci poranni na drugim osiedlu, sprawdził jej odznakę i wykonał jeden telefon, sprawdzając coś na monitorze.
- Przykro mi, nikogo z państwa Ferrick nie ma obecnie w domu. Nie zgłosili dłuższego wyjazdu, prawdopodobnie wrócą więc wieczorem.
No tak, ale wieczór to pojęcie względne. Godzina czekania. Albo pięć.
Przynajmniej okolica była milsza.

Zanim podjęła decyzję, otrzymała wiadomość na holo. Od Arturo, który wysłał jej zdjęcie zdemolowanego mieszkania i wyważonych drzwi.
"Mieszkanie Jamesa Shelbiego. Drzwi były przymknięte, nikt nie zgłosił, sąsiedzi twierdzą, że nic nie słyszeli. Uważam, że kłamią, to nie najlepsza okolica. Nikogo w środku, dużo zniszczeń, trudno określić czy walczono. Nie znalazłem krwi ani śladów po kulach. "
Nic nigdy nie szło łatwo.


Psyche

Godzina 4:30 pm czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Safehouse, Queens, New York


TechNics pracował uczciwie, nie mogła mu tego odmówić. Dan nie mogła nic zrobić, przywiązana mocno do ciężkiego krzesła, to jednak nie znaczyło, że tym razem nie próbowała. Szarpała się i wrzeszczała w knebel, usiłując się oswobodzić lub przynajmniej nie dopuścić do mieszania sobie w głowie. Bez skutku, wtyk trzymał dobrze, a netrunner docierał coraz to dalej w warstwach zabezpieczeń. Trwało to kilkadziesiąt minut, zanim przełykając głośno ślinę zamarł i wgapiał się przez kilkadziesiąt sekund w ekran, po którym przesuwały się rzędy cyfr. Psyche znała się trochę na komputerach, ale o wiele za mało, aby wiedzieć co dokładnie robił BloodBoy i na co właściwie obecnie patrzyli.

- To są dane, które wędrują do głowy tej kobiety i potem w zmienionej formie wracają. Tu jest zagłuszanie, więc ta druga opcja odpada na razie. To zadziała w dwie strony, my możemy się dowiedzieć gdzie to ma trafić, a ten ktoś z drugiej strony - skąd.
TechNics spojrzał na Psyche. Praca go musiała uspokoić, bo zniknęło nawet drżenie jego dłoni.
- Mamy dostęp do tego co do niej trafiło. Powiem tak: to wygląda jak obsługa pieprzonego androida. Do procesora trafia szereg komend binarnych, kompletnie dla mnie niezrozumiałych. Procesor to tłumaczy na język biologicznego mózgu i potem, jak zakładam, ta kobieta wykonuje te polecenia. Tak, właśnie tak, jak zdalnie sterowany robocik. Mogę się mylić, może mieć własną wolę, a to co przychodzi to jedynie jakiś rodzaj… rozmowy? - spróbował, krzywiąc się, niepewny tego co widzi. - Nie rozumiem języka, w jakim się porozumiewają. To sygnały, ale nie mam dostępu do tablicy kodowej. Ktoś sobie wyhodował człowieka, laleczko. Stąd bez dodatkowych informacji nie jestem w stanie wyciągnąć nic więcej - znowu przełknął ślinę, wracając spojrzeniem na ekran. - I nie dlatego, że jestem słaby - dodał szybko. - Nikt by nie był w stanie bez posiadania szyfru.


Maroldo, Psyche

Godzina 6:04 pm czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Bronx, New York


Technik okazał się kobietą. Nijak nie pasowała do standardowego opisu "korporata", ale w końcu Mik także nie. Ani dla ścisłości Psyche pracująca akurat jako Marlene. Była biała, więc razem we trójkę stanowili niecodzienny na Bronxie widok.
- Jestem Loop - przedstawiła się, zarzucając na ramię plecak. - Dostałam cynk, że potrzebujecie coś rozbebeszyć - uśmiechnęła się półgębkiem. Nie zabrała swojego transportu - być może wiedząc, że mają nie rzucać się w oczy, więc Mik musiał ją podwieźć furgonetką. O motorze ciągle mógł jedynie pomarzyć, na szczęście korki w mieście rozładowały się do przyzwoitych rozmiarów przez cały dzień. Obecnie każdy o zdrowych zmysłach nawet nie wsiadał do samochodu.
Z drugiej strony, zakupy świąteczne zrobić należało.

Higgs czekał. Odwodnienie, głód, niewygoda, zimno i kilka innych czynników, nie wpłynęły na jego stan. Ot, siedział związany, jakby wcale się nigdzie nie spieszył i było mu wręcz wygodnie. Knebla nie miał, więc kiedy weszli, powitał ich szerokim uśmiechem.
- Bobasy wróciły. I przyprowadziły nową kruszynkę!
Loop posłała Maroldo pytające spojrzenie, uważnie przyglądając się wielkoludowi. Widać było, że czuje dość poważny respekt przez murzynem, odwrotnie do obojętnej Psyche, która dołączyła do nich niewiele później. Na motorze poruszała się szybciej niż oni w vanie.
- Co mam z nim zrobić? - technik zapytała, wyjmując sprzęt.

Na pierwszy ogień poszedł pełen skan. Przenośne urządzenie nie było tak szybkie jak maszyny, których używano w labach, lecz niemal równie skuteczne. Loop w dość krótkim czasie miała spis wszystkich modyfikacji i innych dupereli, co głosowo notowała skrzętnie w holo na swoim nadgarstku. Higgs rzeczywiście miał jeden edytor bólu.
- Mogę go wyłączyć bez… eee… interwencji w jego ciele - zaproponowała. - Oprócz tego ma wzmocnione kości, modyfikacje dłoni a pod skórą w kluczowych miejscach grafenowe nakładki. Do łba nic sobie nie wsadził, to znaczy żadnego procesora. Na łapach ma jeszcze wtryski do chemii, pewnie wspomagaczy.
- Ty myślałeś, że jestem pierdolonym robotem jak ty? - parsknął Higgs, patrząc na Mika. - Wy jesteście zwykłe cipki.



liliel 13-11-2016 20:18

Leah obiecała Mocie, że zaraz do niego dołączy. Chciała obejrzeć mieszkanie Shelbiego na własne oczy.
Cieciowi przy bramie wręczyła elegancką papierową wizytówkę. Na białym tle widniały tylko dwa rządki schludnych liter. Detektyw L. Wierzbowski i numer holofonu.
- Proszę powiedzieć pani Ferrick żeby się ze mną pilnie skontaktowała.
- W jakiej sprawie? - dopytywał wścibski dozorca.
- Pani Ferrick dowie się tego ode mnie.
Ponad godzinę wlekła się samochodem na Queens. Podła dzielnica przywitała ją mrowiem podejrzanych gęb i każda z nich zdawała się odnotować obecność Wierzbovsky. Mota dokonał wstępnego przeszukania. Mieszkanie było w nieładzie ale nie przedstawiało jednoznacznych śladów walki. Ktoś mógł się włamać i je przetrząsnąć. Technicy powiedzieliby więcej ale sprawa aż tak priorytetowa nie była a kapitan wygłosił swoją nudną przemowę o cięciu kosztów. Mogli, jak zwykle, liczyć wyłącznie na siebie.
Nie znaleźli niczego co miałoby związek z Tomkinsem. Rezultatów nie przyniosły też przesłuchania sąsiadów, jawnie niechętnych względem policji. Monitoring kiedyś działał, ale musiało to być w innej epoce.
Po powrocie na komisariat Leah przyjrzała się osobie Shelbiego. Jego konto świeciło pustką, oscylowało wokoło zera. Przykuła jej uwagę transakcja opiewająca na tysiąc eurodolarów. Przelew z konta Tomkinsa. W bilingu powtarzało się kilka tych samych numerów. Była żona, jakaś inna kobieta, Corp-tech, w tym znani już Leah Remo i Ferrick, kilka numerów ze SWAT'u. Jak wynikało z kartoteki – znajomi z poprzedniej roboty.
Numer Shelbiego milczał. Poza siecią lub wyłączony. U jego byłej żony usłyszała sygnał dostępności ale problemy z siecią uniemożliwiły rozmowę. Wysłała jej wiadomość tekstową z prośbą o kontakt.

Był wieczór gdy Leah zdołała wreszcie dotrzeć do domu.Obładowana naręczem akt i torbą zakupów lawirowala między kolejnymi drzwiami i elektronicznymi zamkami. Zatrzymała się na korytarzu przed drzwiami Jacka nasłuchując czy ten jest w domu. Nic nie usłyszała, ale też Jack miał dobrze wygłuszone mieszkanie. Właściwie korciło ją aby zapukać ale i najpierw chciała pozbyć się balastu. Poza tym nie potrafiła pozbyć się uczucia wyrzutu, który każdorazowo towarzyszył jej w obecności Caldwella, jakby samym pukaniem do jego drzwi robiła coś przeciw Scottowi. Odwróciła się na pięcie do drzwi swojego mieszkania.
Za progiem wykrzyczała zdawkowe “Wróciłam!”. Odstawiła akta i zakupy na podłogę. Sięgnęła po jeszcze ciepłe pudełka z chińszczyzną i czteropak piwa i ruszyła by odnaleźć Scotta. Ten poczuł się już zdecydowanie lepiej. Lub po prostu się nudził. Siedział na kanapie, ekrany otaczały jego głowę, a dłonie pracowały na klawiaturze. Wszystko to zniknęło, kiedy zobaczył wchodzącą Leah. Wstał i podszedł, odbierając od niej część rzeczy.
- Nowa ciężka sprawa? - spytał, widząc grubość teczek, które przytargała.
- Nowa sprawa i nowy partner - objęła go w pasie i pocałowała mocno. Dopiero po dłuższej chwili odpuściła ten forsowny atak i ciągnęła dalej. - Pamiętasz tą bogatą dziewczynę, która wysadziła się w sądzie? Jej ojciec wytoczył sprawę Dzieciom Rajneesha i teraz on również nie żyje - poklepała warstwę makulatury opatrzoną odręczną sygnaturą sprawy.
- Ta, byłoby o tym ciągle bardzo głośno, gdyby nie problemy z siecią - mruknął, ciągle zaskoczony pocałunkiem. Mimo miesięcy, ciągle jeszcze nie przywykł do bliskości innej osoby. - Niezły syf. Dlaczego ty? I kto jest szczęśliwym wybrankiem? - ciekawość obudziła się w Ferro momentalnie.
- Dlaczego ja? - zaskoczyło ją to pytanie. Nie zastanawiała się nad tym. - Nie szukałam przyczyn. Powinnam?
- Nie, po prostu jestem zdziwiony. Poprzedni przydział musiał zawalić sprawę, skoro dali to teraz tobie, tak w środku śledztwa - Scott przyniósł sobie sztućce, nigdy nie próbował nawet dotykać pałeczek.
Odkręciła butelki piwa, wybebeszyła kartoniki z chińskimi specjałami.
- Poprzednicy wylecieli w powietrze. Śledztwo jest niewygodne, są podejrzenia, że to z jego powodu podłożono gliniarzom ładunek pod samochodem, więc lepiej mieć się na baczności. I to również tyczy się ciebie, skoro mieszkamy razem.
- Szlag - skomentował cicho.
- Partnerem jest Arturo Mota. Świeżynka. Nauczy się.
Upiła łyk piwa, sięgnęła po pałeczki.
- Jutro podeślę ci androida do przeskanowania. SI. Prywatna własność ofiary, twierdzi, że wyszedł na chwilę do apteki zrealizować recepty Tomkinsa. Myślisz, że może kłamać?
- Nie - wziął pierwszy kęs. Chyba jak zwykle zapomniał o żarciu przez cały dzień. - I tak. Po tym co widzieliśmy wtedy przy hakowanych androidach niczego już nie jestem pewien jeśli chodzi o nie. Protokoły zabezpieczeń powinny uniemożliwić mu kłamstwo, ale jak sama wiesz można je obejść.
Zapominał się momentami i mówił z pełnymi ustami.
- Tamta luka została załatana, ale dobry haker nakłoni androida do czego tylko zechce. Taki to problem z robotami, zawsze był. Dlatego są monitorowane, a zasięg ich wi-fi został zmniejszony. Jak coś pomieszało w elektronicznym łbie tego twojego, to to znajdę.
- Tym bardziej, że ten także wyszedł zza lady House Robotics - Leah miała niestety podobne skojarzenia, co Scott. - Mogłabym poprosić Caldwella o jego dane techniczne z czasu sprzedaży, ma u mnie dług. Mógłbyś porównać dane, łatwiej wyłapać zmiany. Co więcej, modus operandi przy śmierci starego Tomkinsa zatrważająco przypomina ten od Novej. Ślad po nakłuciu, nic więcej.
Leah również mówiła i jadła jednocześnie, przez co poparzyła sobie usta. Odziedziczony po ojcu pracoholizm nie pozwalał jej marnować czasu na tak trywialną czynność jak posiłek.
- To akurat jest ciekawe - wykonał kilka kółek widelcem z nabitym na niego kawałkiem kurczaka. - Szczegóły tamtych morderstw nie wyciekły do prasy, więc wątpliwe, że to naśladowca. Specyfikacja nic nie zmieni, nie będzie mi potrzebna - stwierdził kategorycznie. Nie potrafiła stwierdzić czy to przez słowo "Caldwella" użyte w jej wypowiedzi.
- W porządku - przełknęła potężny kęs, popiła obficie piwem. - Ale gdybyś zmienił zdanie to istnieją boczne drzwi aby to załatwić.
Odstawiła pudełko z niedokończonym żarciem, objęła zimną butelkę i przeniosła się do salonu.
- Chodź, puszczę ci nagranie z sądu. Coś mi się w nim nie podoba i chcę poznać twoją opinię.
Uruchomiła holoprojektor, odtworzyła dane ze służbowego pendrive’a. Oglądała tak samo czujnie jak poprzednio, jakby chciała wychwycić wszystkie szczegóły, które mgła przeoczyć poprzednim razem.
- Ona się trzęsie i poci. Jest przerażona. Zastraszona? - dopiła piwo, odstawiła z trzaskiem pustą butelkę. - O tutaj! - wskazała na fragment z szatni. - Amanda patrzy centralnie w oko kamery. Może… ktoś ją obserwował. Czekał czy wypełni zadanie. Szantażował ją?
Ferro patrzył, jego twarz nie zdradzała wiele. Obejrzał dwa razy, zatrzymując w strategicznych momentach.
- Możliwe, ale wiesz, że ja i emocje… tak średnio nam po drodze - uśmiechnął się półgębkiem. - Mnie bardziej zastanawia jak wniosła materiały. Może ktoś jej podał? Wyłączył skan na bramkach? Każdy kto idzie popełnić samobójstwo chyba też jest przerażony, tak mi się wydaje. A ona szła zabić też innych. Jak islamscy terroryści. Nikt mający poukładane w głowie tak nie robi.
- Tak wiem - rozsupłała kok, zmierzwila wlosy leniwymi ruchami palców. - Źle wyglądała. Podkowy pod oczami, ogólna nerwowość. Może to też konsekwencje narkotyków. Znaleziono w resztkach zwłok ślady jakiejś substancji. Co do ładunku jest hipoteza, że semtex uniknął wykrycia przez ochronę nanokryształów niewiadomego pochodzenia. Pewnie jakaś eksperymentalna technologia. Na filmie nie widać by ktoś coś jej podawał. Z nikim nie wchodziła w interakcję, może poza szatniarzem.
Cofnęła film raz jeszcze do tego momentu.
- Gdybym była kimś, kto ją do tego zmusił, chyba nie darowałabym sobie aby nie obejrzeć wyreżyserowanego przez siebie przedstawienia.
Powlokła się do kuchni, przyniosła po kolejnej butelce piwa.
- Dałbyś radę to sprawdzić? Czy ktoś jeszcze, poza policją, miał dostęp do tego nagrania? Wykradł go zdalnie lub przegrał na dysk?
- Jak tylko sieć się ustabilizuje, spróbuję - Ferro skinął głową, jeszcze przez chwilę wpatrując się w ekran zanim go zgasił. - W tej sytuacji należy założyć, że osób współpracujących nie było w sądzie - uśmiechnął się z przekąsem. - Naćpana, z wypranym mózgiem, zmuszona do desperackiego czynu. Gdyby nie ta eksperymentalna technologia… Masz dokładne wyniki analizy ładunku?
Wziął teczkę z materiałami, wertując ją, a potem przed jego oczami wyświetlił się ekran. Scott szukał czegoś dłuższą chwilę.
- Niewiele tego. Nanokryształy, cokolwiek to jest, musiały odbić skan z bramek lub osłonić ładunek, bo inaczej skaner zasygnalizowałby coś innego. Holonet działa tragicznie, ale udało mi się znaleźć dwa artykuły z opisem wniesienia ładunków przez tego typu zabezpieczenia. Oba w Europie. Sprawdzę, czy to to samo. Sama Amanda, nieważne jak zdesperowana, nie dostałaby w ręce czegoś takiego bez pomocy z zewnątrz - zawyrokował ostatecznie.
- Tak, na pewno ktoś ja zaopatrzył w ładunek. Jutro przewertuje policyjne bazy, znajdę rejestr skazanych za obrót semtexem. Może uda się dotrzeć do dystrybutora i przycisnąć, kto był zleceniodawcą. Ale to kiepski trop i ganianie za przestępcami, których policji jak dotąd nie udało się przecież ująć. Myślę, że to musiał być jednak ktoś z tej pieprzonej sekty - pociągnęła łyk piwa i przerzuciła kilka kartek z ulotek reklamowych Dzieci. - Ten Izaak White wydaje się zdroworozsądkowy i charyzmatyczny, ale przecież musi taki być aby ciągnąć za sobą tysiące wyznawców. Twierdzi, że Amada wypaczyła ich pokojową filozofię, ale nie zmiania to faktu, że własnie White i jego sekta mieli najmocniejsze motywy aby pozbyć się starego Tomkinsa. W zasadzie nawet Amanda odwaliła kawał dobrej roboty, bo przez ten wybuch w sądzie wycofał się z zeznań niejaki Rick Bauer, który miał obciążyć sektę ujawniając jakieś rewelacje.
Zamknęła się, właściwie nie do końca pewna czego jeszcze może od Scotta chcieć. Kiedyś konfrontowali razem każdą sprawą, ale wtedy byli partnerami, teraz z rozmysłem rozeszli się na różne działy. Nie powinna oczekiwać od Ferra pomocy w swojej robocie. Mota, jak na razie, nie miał szansy udźwignąć roli.
- Alex. I kamera w sądzie. Na razie chyba o te dwie rzeczy chciałam cię prosić.
Dopiła duszkiem piwo. Wziął swoje piwo i pogasił ekrany.
- Jasne. Jutro niedziela, ja mam nadal wolne, nie będę się przynajmniej nudził. O ile wróci sieć, bez tego zacznę szukać u ciebie w mieszkaniu tępych narzędzi i będę się nimi ciął.
Humor u Ferro był specyficzny, lecz jak zauważyła, mocno i tak rozwinął się od momentu, w którym poznała go po raz pierwszy.
- Aaaa, jeszcze jedno - ożywiła się. - Tyczy się również Aleksa. W mieszkaniu brak śladów włamania, ale alarmy były rozbrojone i monitoring wyłączony. Czy dałoby radę sprawdzić, czy monitoring wyłączono w domu, od środka, czy ktoś grzebał coś zdalnie poprzedzając ewentualny napad na Tomkinsa?
- Wątpię - Ferro odpowiedział powoli. - Zwykle jak się hakuje taki system, to wrzuca się aktualnie pasujący kod po zdobyciu go. Czy to zdalnie, czy ręcznie, system tego nie rozpozna. O ile haker nie jest wołową dupą, ma się rozumieć.
- Niemniej sprawa śmierdzi dodatkowo, bo monitoring od strony ulicy nie zarejestrował zdarzeń między godziną ósmą a dziewiątą, kiedy akurat zginął Tomkins. Firma ochroniarska twierdzi, że albo im te pliki ktoś wykasował albo kamera nie działała. A przecież działać powinna. Musi być tam jakiś ślad ingerencji, coś do tego mógłbyś się dokopać?
- Nie stąd - pokręcił głową. - Co innego monitoring domowy, ale jak koleś hakował całe osiedle, to słaby nie jest. Tu potrzeba nakazu i sprawdzenia systemów tej firmy ochroniarskiej. Systemu domowego w tym wypadku pewnie nawet nie ma co sprawdzać. Swoją drogą ciekawe, że atak nastąpił w domu, a nie gdzieś poza tym chronionym miejscem. Może napastnik wiedział, że to wcale nie jest trudne albo miał kreta na osiedlu. Lub to ktoś z osiedla - Scott ciągle żył pracą detektywa śledczego. - Bez dodatkowych dowodów to spekulacje - upił kolejny łyk piwa.
- Alex ma zakaz opuszczania Inner City. Jeśli to on jest sprawcą, musiał zorganizować akcje na miejscu. Pozostało tylko zapewnić sobie wiarygodne alibi. W aptece rzeczywiście był, ale to go w pełni nie oczyszcza. Jak na mój gust mógł wrócić, wstrzyknąć Tomkinsowi śmiertelną dawkę środka i zadzwonić po pomoc, idąc w zaparte, że w takim stanie go znalazł.
Leah odszukała w teczce raport z sekcji zwłok, postukała ołówkiem w tani żółtawy papier.
- Nie znaleziono konkretnych śladów tej substancji. Rozeszła się, jakby rzec, po kościach. Gdyby nie ślad po igle w ogóle nie możnaby nawet spekulować o przyczynie zgonu. Jak w przypadku Novey, wypisz wymaluj. Skąd Alex miałby wejść w posiadanie takiej zaawansowanej trucizny, skoro nie opuszczał Inner City? To kurwa wygląda na robotę korporacji. Śmierć w białych rękawiczkach, schludnie i subtelnie. Może nawet zhakowali androida? Ale po co korpo miałoby się w to wtrącać? Jest jeszcze ta trójka ludzi, Ann Yui Ferrick, Kye Remo, James Shelby. Pracownicy Corp-Techu. Widzieli się z Tomkinsem po raz ostatni. Oni oraz maklerka, Daniela Morrison.
Leah przetarła dłońmi twarz.
- Nienawidzę pierdolonych korporacji. I może mam paranoję, ale trochę mi to przypomina sprawę Malika. On też był jakby naćpany kiedy go zgarnęliśmy. Zupełnie jak Amanda, jakby działała pod przymusem i nie w pełni świadomie. Sposób zabójstwa Tomkinsa i Novej, oraz przypuszczenie, że mogli wysłużyć się rękami androida.
- Niekoniecznie - Ferro powiedział ostrożnie kiedy skończyła monolog. - Jest ostatnio głośno o czymś innym. Nazywa się Odlot i jest narkotykiem z Bronxu. Do naszego wydziału dochodzą plotki, że po tym ludzie odpierdalają dziwne rzeczy. A Alexowi nadajesz pozory zorganizowanego myślenia i planowania zbrodni, do której nie powinien być zdolny. Sam nie wiem, Leah. Co korporacji przeszkadzał Tomkins? Powiązanie widzę jedynie przez tę sektę, w końcu wyznanie łączy ludzi - uśmiechnął się krzywo. - Członkiem może pewnie zostać każdy.
- Ja w każdym razie wybieram się na spotkanie z guru. Kto wie, może ulegnę też tej zbiorowej histerii - uśmiechnęła się zaczepnie. - White ma wszystko na swoim miejscu.
Zamaszyście odrzuciła teczkę na przeciwległy kraniec stołu.
- Dość roboty na dzisiaj - przesiadła się na jego kolana, w locie złapała w zęby papierosa i odpaliła benzynową zapalniczką, zabytkiem z czasów wojny w Wietnamie z wygrawerowaną nazwą kompanii. Prezent od ojca. - A ten odlot, wiesz o nim coś więcej od informatora? Tego… jak mu było? Fiuta, który zaopatruje cię w piguły. Tego odlotowego syfu chyba nie próbowałeś, co?
- Ja mam same legalne piguły - zaprotestował od razu, choć nie przeciw Leah na swoich kolanach. - Nie jakiś syf. Ten Odlot zaliczył już kilka trupów, gdyby nie te wojny gangów i brak sieci to byłby pewnie numerem jeden w sprawach ostatniego czasu. Wiem z labu policyjnego, Gundogan zdaje się dostał tę sprawę i przyniósł próbkę.
Przesunął wzrokiem po dekolcie kobiety i chrząknął.
- Uważam, że nie powinienem cię puszczać samej na to spotkanie. To niebezpieczne.
- Może zagadnę Gundogana i pomoże wyjaśnić czy Amanda mogła być pod wpływem tego odlotu - Leah zabrała się z zapałem za rozpinanie koszuli Ferra. - Jeśli się martwisz wezmę cię ze sobą. Przyda ci się odrobina jogi - w umyślę Leah widniała ewidentna zbieżność między wszelkimi sektami i filozofiami wschodu, niekoniecznie zgodna z prawdą. Właściwie nie miała pojęcia z czym się je te całe Dzieci Rajneesha. - Chodź, idziemy do łóżka. Jutro niedziela, skończę pracę szybciej i gdzieś wyskoczymy.
- Skończysz szybciej? - zapytał z uniesioną brwią i lekkim uśmiechem.
Zabrzmiało to prawie jak żart, nawiązujący do pójścia do łóżka. Miała zdecydowanie zły na niego wpływ.
A on nie protestował.

Bounty 13-11-2016 22:14


Zmierzch zapadał szybko o tej porze roku. Tylko skrawki nieba czerwieniły się jeszcze między budynkami, ustępując miejsca ciemnoszaremu całunowi. Dzień, w większości przespany, nie wiedzieć kiedy uciekł Mikowi tak jak teraz Psyche. Wraz oddalającym się dźwiękiem jej motocykla na pustej przemysłowej uliczce zapadała cisza. Po chwili szumiał już tylko mroźny wiatr oraz pobliska Bruckner Expressway.

Mik czuł, że partnerka coś przed nim ukrywa. Inny szef, inne zadanie na boku - w porządku, póki nie kolidowało z głównym. Ale TechNicks najwyraźniej podpadał pod to inne zadanie. I cholera wie kto lub co jeszcze. Dziwne, że rozbiwszy punkt dystrybucji porwanych dzieci i przechwyciwszy dostawę nie dowiedziała się praktycznie niczego. Mik był skłonny odpuścić - otrzymawszy sensowne wyjaśnienia. Tymczasem Psyche zaczynała zachowywać się jak Fel. Poniekąd zrozumiałe, obie były kobietami. O ile jednak de Jesus kręciła z wrodzoną i wyćwiczoną gracją, tak że aż przyjemnie się słuchało nawet najbardziej bezczelnych jej łgarstw to Psyche w tej dziedzinie nie dorastała jej do pięt. I dzięki Bogu. Nie zniósłby drugiej Fel.

W wynajętym garażu wszystko było na miejscu. Mik zaopatrzył się w nową kuloodporną czapkę i kamizelkę, sprzęt szpiegowski, paralizator oraz pistolet z tłumikiem i granaty. Załadował wszystko do granatowego vana, dotąd nieużywanego w akcji, i pojechał do domu. Według nadajnika GPS furgonetka, którą jego wczorajsi porywacze namierzyli pod barem dalej tam stała, ale była zdekonspirowana. Mogli ją sobie zresztą zabrać, była zarejestrowana na jakiegoś przypadkowego bezdomnego a pokładowy komputer nie zapamiętywał trasy. Firma dbała o szczegóły.

Korzystając ze stałego łącza w domu Mik wysłał wiadomość do Dirkauera:
"1. Potrzebuję motocykla, najlepiej terenowego. Muszę mieć możliwość szybkiego przemieszczania się po mieście. Dostawa tam gdzie zwykle, jak najszybciej.
2. Prześlijcie skany wszczepów dzieciaka i netrunnerów do Wydziału Analiz Konkurecji na labie. Niech porównają je z produktami Kalisto (a raczej ich spółek-córek, bo sami chyba nie robią wszczepów) i naszymi własnymi, w tym eksperymentalnymi."


Następnie napisał na numer technika:
"Witam, tu Mik od AD. 17:30 na stacji ładowania pojazdów Tesla przy Bruckner Blvd. Pasuje?"

Zjadł to co znalazł w lodówce, po czym siadł w fotelu diagnostycznym i sprawdził zgodność nowych wszczepów z dokumentacją. Upewnił się przy tym, że wszczepiony GPS jest wyłączony - miał włączyć się tylko na hasło lub w sytuacji ustawania funkcji życiowych, tak jak uwalniane automatycznie nanoboty. Nie zamierzał pozwolić firmie się śledzić.
Zrobił kopie nagrania obciążającego Madsena i jedną umieścił w prywatnej chmurze a drugą w oprogramowaniu fotela. Pendrive'a z oryginałem ukrył za kafelkiem w łazience.

Na holo widniały wiadomości od Tola, Steph i Michelle. Dopytywali się co się stało i czy wszystko w porządku. Mik uśmiechnął się do siebie. Nie mógł nazwać ich przyjaciółmi w pełnym znaczeniu tego słowa, lecz było miło, że komuś jego los nie był obojętny. Na moment zrobiło mu się ciepło na metalowym sercu.
"Hejka, dzięki za troskę. Podpadłem pewnym ziomkom. Trafiłem do szpitala, ale już wyszedłem. Muszę się zakitrać na jakiś czas. Nie chcę was narażać, więc nie spotykajmy się na razie. Nie szukajcie mnie w domu ani w pracowni, ale gdyby coś złego się działo albo ktoś obcy by o mnie pytał dajcie znać, pls. Jeszcze raz dzięki za wczoraj."
Tyle mógł napisać.

Chemia, którą go nafaszerowali sprawiła, że krótki sen na jaki sobie pozwolił, był niespokojny i rwany. Wychodząc z domu łyknął kolejną pigułkę.


***

Dowiedziawszy się, że technik przyjedzie metrem Mik zmienił miejsce spotkania na wyjście ze stacji nieopodal domu. Opisał jedynie swój wygląd, więc zdziwił się nieco, gdy technik okazał się być techniczką. I to aspirującą do tytułu drugiego najoryginalniejszego pracownika Corp-Techu, zaraz po Miku Maroldo. W każdym razie do wczoraj.
- Mik - uścisnął Loop dłoń na powitanie. - Długo w firmie? Nie kojarzę cię z labu a jakoś nie pasisz mi do C-Tower - uśmiechnął się kącikiem ust, ale nie było w tym drwiny z jaką czasem musiała się spotykać ze strony krawaciarzy. Retro moda na punk przeminęła bezpowrotnie wraz z modą na widoczne cyborgizacje, czyli mniej więcej wtedy, gdy wszczepy zaczęły doskonale imitować naturę. Przy stylówie wytrwali tylko nieliczni. W głosie cyborga pobrzmiewała czysta sympatia.
Wskazał kierunek i po chwili doczłapali nieodśnieżonym, słabo oświetlonym chodnikiem do vana. Pomyślał, że dobrze zrobił, że po nią wyjechał. Bronx po zmroku nie był teraz bezpiecznym miejscem dla samotnej białej kobiety. Chyba, że zrobionej z metalu, jak Psyche.
- Pracuję jako freelancer - odparła Loop, sadowiąc się na siedzeniu pasażera i pakując plecak między uda. - Już z kilka lat. Zdążyli mi zaufać, a ja nie dałam się wciągnąć do ich machinerii. Słyszałam, że to tutaj to tajne przez poufne. I nie siedzę w labie, to nudne. Jestem kobietą czynu - mrugnęła do Maroldo, czując się w jego towarzystwie zupełnie swobodnie. Wyglądała zresztą na typ, który w każdym środowisku czuje się swobodnie.
- Im dalej od C-Tower tym lepiej - zgodził się Maroldo, odpalając silnik. - Na labie jest ciekawie jak lubisz nowinki techniczne.
Ruszył, po chwili stając w korku przed światłami.
- Mówię ci, posrane rzeczy odpierdalają się na mieście. I tak co nieco usłyszysz, to ci powiem. - Mik nie miał pojęcia jak Dirkauer wyobrażał sobie zachowanie dyskrecji, wyznaczają do asysty w przesłuchaniach freelancera.
- O nowym dragu, co zdrowo ryje banię już pewnie słyszałaś. Do tego ktoś porywa ludzi, głównie dzieci i z pomocą wszczepów zmienia w jebane zombie. Niech nie będzie ci żal skurwieli, których będziemy przesłuchiwać.
- Słyszałam o próbach porwań dorosłych - Loop wyjęła gumę do żucia i jedną wsadziła sobie do ust. Podsunęła Mikowi opakowanie. Poczęstował się. - Ja się do przesłuchań nie nadaję, ale nie mdleję na widok krwi, bez obaw gościu. - Schowała gumy i wyjęła z plecaka niewielkie urządzenie, w którym Maroldo rozpoznał zmieniacz twarzy. - Miasto oszalało, bez kitu. Może w tym szaleństwie jest metoda. Co do nowinek technicznych, to wolę stare garażowe metody. Mamy takie rzeczy, że gały by ci wyszły na wierzch. Jak cię polubię to kiedyś ci pokażę.
- Zaciekawiłaś mnie - uśmiechnął się Mik, ruszając wreszcie ze świateł i zjeżdżając z zapchanej głównej ulicy. - Chociaż wczoraj zarobiłem dziesięć kulek i nie wiem czy garażowa technika by mnie uratowała.
- Cała sztuka w tym, żeby nie dać się trafić - zerknęła na niego, dokładnie się przyglądając. Mało kto po dziesięciu kulkach wyglądał następnego dnia tak jak on teraz. - Nie robimy tak jak korpo, wielkich nastawionych na sprzedaż projektów. Jesteśmy artystami, panie niemiec rodem sprzed siedemdziesięciu lat.
- Że co? - zerknął na nią zdziwiony.
- Widziałam kiedyś taki film - roześmiała się. - Główny aktor wyglądał prawie jak ty. To nic złego, nieźle wymiatał!
- Ok. - zaśmiał się Maroldo. - Wiesz, ubolewam, ale dobry design to coś czego brakuje produktom CT. Teraz to naprawdę muszę zapoznać twój kolektyw. Sam się trochę udzielam artystycznie. Wczoraj, zanim mnie zastrzelili miałem nawet wernisaż w Goodmans. Obczaj, ciekaw jestem czy ci podpasi. - przesłał jej na na holo trójwymiarowe zdjęcia swoich prac.
Przeglądała je w ciszy, obracając na wszelkie sposoby.
- Niezłe, ale nieruchawe takie. Gdyby dodać im silniki, kilka tłoków i pneumatyki, to by było coś. Takie kanciaste jak z terminatora. Czaisz mieć takiego ochroniarza idącego za tobą po mieście? Świetna sprawa! - kobieta wyraźnie napaliła się na taką myśl.
- Mówisz, żeby zająć się designem androidów? Yep, to by było coś. Nie jestem inżynierem, ale moglibyśmy wejść w spółkę - zaproponował półżartem.
- Mówisz jak pieprzony korpo, gościu - parsknęła Loop. - Ja mówię, żeby robić niepowtarzalne modele, a nie otwierać biznes na masową skalę. Inżynierem to ja jestem, ale nasz sprzęt czasami podobno wygląda zbyt topornie. Pieprzeni niewdzięcznicy.
- Korpo podążają za trendami a trendy są teraz gładkie i nijakie - skrzywił się. - Ale żeby robić na legalu androidy czy choćby autonomiczne roboty większe i sprytniejsze od kota, potrzebujesz pierdyliona zezwoleń, atestów Jajcarzy i tak dalej. W praktyce musisz podpiąć się pod korpo, tak już jest urządzony ten świat.
- W końcu jestem podpięta pod korpo, co nie? - Loop wydawała się lekko rozbawiona.
- Powiedzmy - uśmiechnął się, parkując Vana na Lafayette Avenue, pod blaszaną halą z na wpół wygasłym neonem “Tsue Chong Fortune Cookies”. - Jesteśmy na miejscu. Załóż - wskazał na maskę, którą trzymała na kolanach. Sam zapiął na głowie metalową siatkę, która pokryła się mozaiką hologramów, układających się w trójwymiarowy obraz innej twarzy, podczas gdy blond-włosy cyborga przekształciły się w ciemne dredy.
Manufaktura ciasteczek z wróżbą pracowała całą dobę. Powiadomiony przez Rustlersów stróż wpuścił ich tylnymi drzwiami.

Nawet po tylu latach, rozmawiając o sztuce stawał się innym człowiekiem, takim... zwykłym? Jego odskocznia. Potrafił w jednej chwili zapomnieć o wszystkim innym. Metamorfoza zachodziła błyskawicznie i nie było w niej udawania. Nie dwie twarze, ale dwie dusze.

Lady 14-11-2016 00:06

- Dobrze zrozumiałam? - Psyche wstała ze swojego miejsca. - Ktoś kontroluje zdalnie tę kobietę?
Niemal jak mnie do niedawna, niemal nie dodała na głos.
~Jak ciebie ciągle…~
Nie, to już przeszłość, do której nigdy nie wróci. Tego jednego musiała się trzymać i nigdy nie puszczać. Inaczej utonie i nie będzie żadnego ratunku.
- To jest możliwe - odpowiedział TechNics. - I nie powiem, ma to coś wspólnego z tymi netrunnerami co ich trzymali w piwnicy. Tylko tam polecenia chyba były dla mnie zrozumiałe.
- Czy jest możliwe, aby namierzyć sygnał bez narażania nas na odkrycie? - Psyche obeszła krzesło z Dan. Wierzyła BloodBoyowi, ta kobieta zdecydowanie nie zachowywała się normalnie.
- Abym coś mógł namierzyć, komunikacja musi odbywać się dwustronnie. Co więcej, nie będę w stanie powiedzieć o czym… rozmawiają.
- Jedyny sposób na rozkodowanie, to dostać się do tego, z kim się komunikuje? - zapytała, zatrzymując się przy netrunnerze i spoglądając raz jeszcze na ekran.
- Niekoniecznie… - odpowiedział ostrożnie. - Można by było spróbować włamać się do samego procesora i spróbować to odkodować. To dużo roboty, ale jest to możliwe. Da się też wyłuskać słowa kluczowe i po nich przeszukać to co tu jest. Z tego co widzę, to jednak niewiele. Baza danych znajduje się po drugiej stronie, tu są jedynie skrawki wiedzy.
- W porządku - sprawdziła czas. Niedługo powinien odezwać się Mik, a ona pozostawała w polu zagłuszacza. Jednym sprawnym ciosem ogłuszyła Azjatkę. - Spróbujemy się do niej dostać później. Zamontujesz urządzenie do śledzenia i sprawdzimy z kim i o czym rozmawia po wypuszczeniu. Teraz masz o niej milczeć. Nie jesteś mi potrzebny martwy, masz szansę stąd wyjść. Nie zaprzepaść jej kiedy wrócę z kimś pytać o pewne rzeczy. Nigdy nie widziałeś tej kobiety, a nasze rozmowy o niej się nie odbyły. Rozumiesz?
- Jasne, będę milczał jak grób - odpowiedział szybko, zerkając to na Psyche, to na Ayako. - Nigdy nie robiłem tego co robiłem.
- Grzeczny chłopiec.
Wyciągnęła Dan, razem z krzesłem i wszelkimi śladami mogącymi sugerować, że TechNics nie był tu jedynym jeńcem i przeniosła ją do pokoju w sporym oddaleniu. Również zamkniętego i zaopatrzonego w zagłuszanie. Tam porządnie zakneblowała i związała kobietę, sprawdzając wszystko kilka razy. Dopiero wtedy wyszła i udała się na zewnątrz. Wiadomość od Mika już dotarła.


Weszła do ciasnego pomieszczenia energicznie, uśmiechając się na komentarz Higgsa. Intrygował ją ten przypadek, wywoływał przyjemne dreszcze wyzwania. Przywitała się z Loop, podając kobiecie rękę.
- Marlene. Miła odmiana.
Zdjęła kurtkę, odsłaniając górną część ciała ubraną w zbyt cienki dla zwykłego człowieka obcisły top odsłaniający ramiona na których widniało kilka tatuaży. Czuła, że Marlene może dogadać się z Loop.
- Możesz go monitorować? Jego mózg, ciało, reakcje, abyśmy widzieli czy coś przynosi efekt? - zapytała znacznie ciszej, prawie szepcząc do ucha technika.
- Albo zamiast wyłączać, przeprogramować jego edytor bólu, żeby działał na odwrót? - wtrącił równie dyskretnie Maroldo, ignorując zaczepkę Higgsa.
Tak jak wczoraj miał na sobie holomaskę z twarzą katalogu. Z bliska, przy odpowiednim świetle lub przez filtr kamery dało się rozpoznać hologram, ale nie po to przecież zmieniał wygląd, żeby się z nowym image’m obnosić. Nawet wobec jeńców.
Loop dowiedziawszy się co mniej więcej przyjdzie jej robić - zanim dojechali z Mikiem do celu - także wyposażyła się w zmieniacz wyglądu. Jej plecak wraz z zawartością wydawał się zawierać istne cuda i wart był pewnie tyle co dobre mieszkanie. Lub dwa.
- Podłączę monitoring. On nie ma urządzeń kontrolnych ani innego systemu sterowania, aby przeprogramować musiałabym, no wiecie, rozkroić - skrzywiła się, odszeptując. Nie była najwyraźniej fanką operacji na biologicznym ciele. Zbliżyła się do Higgsa i zaczęła mu przylepiać ssawki do łysej czachy. Olbrzym wyszczerzył się do niej.
- Bu! - mruknął rozbawionym tonem, ale technik drgnęła wyraźnie. Nawet stojąc nie była praktycznie wyższa od siedzącego murzyna.
- Na razie poprzestańmy na wyłączeniu - Marlene szepnęła do Loop i sięgnęła po swój plecak. Skarby miała mniej wartościowe niż technik, lecz równie przydatne w pewnych sytuacjach. Takich jak ta. Wyjęła długą i grubą szpilkę. Metal z jakiego ją zrobili sprawiał wrażenie chropowatego i zardzewiałego. - To jak będzie Higgs. Nadal chcesz rozmawiać tylko po uwolnieniu?
Kucnęła swobodnie przed związanym wielkoludem, uśmiechając się. Odrzuciła na plecy długie włosy, nie zawracając sobie głowy holograficznymi maskami. Twarz, którą nosiła była maską. Poczekała aż Loop da sygnał, że skończyła i powoli wbiła szpilkę pod paznokieć przywódcy gangu, ciągle się przy tym uśmiechając. To był test monitoringu, nie prawdziwa tortura, nawet jeśli normalny człowiek wyłby przy niej z bólu.
- Nie rozumiem w czym Zbawiciel może okazać się gorszy od nas, skoro się go boisz po porażce z nami.
Nawet się nie skrzywił, kiedy wbiła szpilę. Zamiast tego napiął się i pochylił na tyle ile mógł w swoich więzach, które aż zatrzeszczały.
- Nie boję się ani was, ani jego - jego basowy głos nie zawierał w sobie ani bólu ani emocji. - Wy mnie co najwyżej bawicie. Gorzej dla was, jak mnie to znudzi. Z tobą dziecinko mógłbym porozmawiać, zaraz po tym co mieliśmy zrobić przy naszym pierwszym spotkaniu - wyszczerzył się do Psyche.
- Niemal zero odczytów - Loop szepnęła do ucha Mika. - Edytor bólu nie działa, jestem tego pewna, ale ten wielkolud jest odporny na ból lub nie wiem, potrafi tak kontrolować działanie mózgu? - to drugie było raczej mało prawdopodobne. Teoria głosiła, że każdy ma swój próg bólu, z drugiej strony wiele teorii zawierało wyjątki od reguły.
- Jakby był odporny to po co edytor? - spytał retorycznie Maroldo, zaintrygowany patrząc na wystającą spod paznokcia murzyna szpilkę, po czym nachylił się nad Psyche.
- Dla pewności? - bez przekonania zaproponowała odpowiedź Loop.
- Zachowaj szpilkę - wyszeptał jej do ucha. - Trzeba zbadać jego krew na obecność Odlotu.

Cyborg zbliżył się do Higgsa.
- A jak nam się znudzi to cię zwyczajnie odjebiemy - powiedział. - Albo zostawimy tu i zgubimy klucz. Jesteś ciekawy, ale nie wyjątkowy, key? Dorwanie cię zajęło nam całe trzy godziny łącznie z wymyśleniem planu. Dorwaliśmy i jeszcze dorwiemy wielu innych a w końcu też Zbawiciela, z twoją pomocą czy bez. Więc zamiast martwić się o nas, pomyśl o sobie, Lay. Jak nam oszczędzisz fatygi to cię puścimy, bo sam w sobie nic dla nas nie znaczysz i jeszcze nagrodzimy. Lubisz zabawki? Jakbyś miał lepszy sprzęt to nie dałbyś się tak łatwo złapać. Z twoim potencjałem mógłbyś być niepokonany.
Higgs beknął. Tak po prostu, gapiąc się w holograficzne oczy Maroldo.
- Siedzę tu spokojnie, słucham pieprzenia, samo oszczędzanie fatygi. W moim świecie nie zdradza się innych jak chce się trzymać szacunek. Dorwiecie tego waszego Zbawiciela, dobrze dla was. Mi zwisa. Dałbyś mi się lepiej napić.
- Nie zdradza się, tak jak nie zdradziłeś The Rustlers? - Mik w humanitarnym geście wyciągnął z plecaka butelkę z resztką zielonej Lipton Ice Tea, odkręcił i przytknął do ust murzyna. Skoro Psyche zaczęła rozmowę od wbicia mu szpili, postanowił zgrywać tego dobrego glinę. - A wiesz, że twój nowy ojciec chrzestny eksperymentuje na dzieciach i robi dla korpo?
- Prostackie groźby są takie… prymitywne - Marlene uśmiechnęła się do Mika, zanim zwróciła ponownie do Higgsa. W tym czasie zaopatrzyła się w inne metalowe narzędzie, niebezpiecznie przypominające kombinerki. - Fascynujesz mnie, Lay. Już prawie miałam ochotę ci się oddać w zamian za te kilka słów, ale teraz sobie zaprzeczyłeś - westchnęła. - Co oznacza, że będę musiała sprawdzić granice twojej odporności i znaleźć jej przyczynę. Jestem… eksperymentatorką w tej dziedzinie.
Psyche rozmawiała tonem przyjacielskiej pogawędki, jak gdyby nie działo się nic nadzwyczajnego. Przyjrzała się zębom Higgsa, bowiem to trzymane przez nią narzędzie, było skontruowane właśnie do nich. W tych sprawach uważała się za tradycjonalistkę. Higgs przesunął spojrzeniem po całym jej ciele.
- Rozbierz się, to zobaczę czy warto - mruknął. - Co wy wiecie o zdradzaniu? I mojej umowie z Rustlersami? - parsknął. - Jak wam ktoś spluwę do głowy przystawia to też później cieszycie się i merdacie ogonkami? Z tego co widziałem do tej pory to chyba tak.
- Nie wiem czy to ma sens - Mik zwrócił się do Psyche, wskazując na kombinerki, po czym spojrzał znów na jeńca.
- Nie spróbujesz nas przekonać? - zapytał. - Dlaczego służysz Zbawicielowi? Bez podawania miejsc i faktów, bez zdradzania kogokolwiek.
- Do wszystkiego można znaleźć sens - odparła Marlene, obchodząc krzesło na którym siedział Higgs. - Również wolałabym po dobroci, gdy jednak ci się nie uda, to sprawdzę czy rzeczywiście jest tak odporny. To nic osobistego Lay. Sam na pewno robiłeś takie rzeczy.
- Jak zrobisz to będę zmuszony was zabić - mruknął Higgs bez złości w głosie. - Kto powiedział, że komukolwiek służę? - parsknął. - Zaproponował umowę, to korzystam. Jak się to nazywa? Wykorzystanie nadarzającej się okazji. Ktoś siedzi za Zbawicielem gadacie, ja w to wierzę bo nie ma powodu nie. Ale co z tego? Wojna to szansa.
- Kumam - skinął głową Maroldo, wyjmując z kieszeni i odbezpieczając pistolet z tłumikiem. - Zostaw go, Stalowa Siostro - rzekł do Psyche. - To rzadki przypadek, czarnuch z zasadami i ja to szanuję. Szkoda czasu, zajmijmy się kimś z kogo będzie pożytek.
- Zmiana stron dla osiągnięcia własnych korzyści to ciekawe zasady - na ustach Psyche zagościł uśmiech, który natychmiast zgasł. - Czy to oznacza, że mam być pozbawiona rozrywki? - spytała, uwagę kierując ku Higgsowi. - Może w takim razie nasza propozycja była zła. Chcesz swobody bez zależności od innych. Co jak zaproponujemy ci coś takiego?
Oko Psyche wychwyciło drobną zmianę w napięciu mięśni, poruszył się też wykres Loop. Ruch Mika nie wywołał strachu na twarzy Higgsa, raczej gotowość do działania. Nie spuszczał wzroku z pistoletu, odpowiadając Marlene.
- Co dokładnie zaproponujecie? Nie wyglądacie na takich, którzy mogliby wysadzić pół Bronxu z interesu.
- Mimo to świetnie nam idzie wysadzanie ludzi z interesów. - Mik bawił się bronią odkręcając i przykręcając tłumik. - A to dlatego, że sami nie mamy żadnego biznesu do pilnowania. Niczym nie handlujemy, nie ściągamy haraczy. Nic do stracenia. Przy Zbawicielu zawsze będziesz pionkiem, Lay. Gdy go dorwiemy, zostanie tylko pustka do zagospodarowania dla ambitnych. Rustlersi są zbyt osłabieni, żeby szybko odzyskać całe swoje dawne królestwo. Jak wystawisz nam Zbawiciela będziesz mógł przejąć obecny teren Free Souls. Nie jesteśmy glinami, zrobimy to tak, żeby twoja reputacja nie ucierpiała. Dalej zrobisz co zechcesz.
- Nic do stracenia, chłopcze? - Higgs zarechotał. - Każdy ma coś do stracenia. Jak się bierzesz za sprzątanie to albo jesteś kompletnym wyrzutkiem, albo masz w dupie, że odstrzelą ci rodzinę i znajomych. Bo zostaniesz zapamiętany. Ja stawiam, że najpierw ktoś was sprzątnie zanim posprzątacie burdel, do czego ktoś musiał was wynająć - Murzynowi zebrało się na dłuższą wypowiedź i rzeczywiście brzmiał na rozbawionego. - Jak uważacie, że warto próbować, to dodam, że obecne metody macie chujowe. Nie wiem wiele o Zbawicielu, ale zdążyłem się domyślić, że gościu nie pojawia się osobiście więcej niż raz u jednej osoby. Potem podsyła co najwyżej gówno wiedzących znajomków. To jest prawdziwy wyrzutek.
- Zatem to będzie wojna wyrzutków - uśmiechnął się Maroldo. - Tyle, że jeśli wygramy my zyskasz więcej niż gdyby wygrał Zbawiciel, bo on buduje swoje imperium, w którym jest miejsce tylko dla jednego szefa. A przez znajomków można dojść do celu.

- Ciekawy rozwój sytuacji - zastanowiła się na głos Psyche. - Wcześniej wspominałeś, że będziesz rozmawiał dopiero jak cię wypuścimy - uśmiechnęła się, szczękając kilka razy metalowym przyrządem, który ciągle trzymała w ręku. - Niekoniecznie może się go dać złapać poprzez znajomków, wierzę, że Lay to sprawdził - spojrzała na Mika poza zasięgiem wzroku Higgsa, dając mu znak, że domyśla się czegoś w tym temacie, co nie jest przeznaczone dla uszu jeńca. - Na pewno da się jednak ustawić hipotetyczną sytuację, która wywabi go lub wskaże nam lokalizację. Do tej pory nie spotkaliśmy się z żadnymi ludźmi Free Souls. Czy oni w ogóle istnieją? - spytała Murzyna. - Jak do tej pory są to tylko inne gangi, które jedzą Zbawicielowi z ręki, wykonując czarną robotę.
- Yep. - Mik pokiwał głową. - Ciężko sobie wyobrazić gorszego szefa. Przeciw takim Rustlersom można się zbuntować i walczyć, przeciw niemu - nie wiadomo jak. Kiedy już wygra wojnę wszyscy będą jego niewolnikami. Inni chcą tego samego: władzy i forsy. Ostatecznego celu Zbawiciela nawet my nie znamy, ale środki, którymi do niego dąży są niepokojące. Nowa narkotka piorąca ludziom mózgi, zamienianie dzieci w roboty… dzieci z twojej dzielnicy, Lay.
- Źle kompletnie rozumiecie gangi z Bronxu - Higgs wyszczerzył się. - Potrzeba wam dużo wiedzy zanim nadacie się do współpracy. Przychodzi ktoś z kasą i możliwościami, gada, że robi coś lepszego i pozwala wyzwolić się od innych. Zdobyć władzę. Są tacy, co mu wierzą. Są też tacy jak ja. Nie widać jego ludzi, siedzi gdzieś z tyłu, pociąga za sznurki. Takie sznurki najłatwiej zerwać. Jakiś fagas wymarzył sobie czarne imperium, które rozleci się na kawałki natychmiast jak padnie główny przeciwnik. Nie wiem nawet czego chce. Na razie mi to wygląda jak wendetta na Rustlersów. Zabicie szefa, rozbicie reszty. Brzmi dobrze, nie?
- Albo to ty go nie doceniasz, duży chłopczyku - Marlene usiadła na kolanie Higgsa. - Wiesz czego chcemy. Możemy nawiązać współpracę, albo… się tu pożegnać. Przy współpracy niestety będziemy musieli nalegać, abyś nosił rzeczy monitorujące wywiązywanie się z umowy - powiedziała to smutnym tonem. - Prawda Key-Headzie? Wszystko sprowadza się do spotkania niejakiego Zbawiciela. Załatwianie jego żołnierzy jeden po drugim też w razie czego posłuży naszym celom i zmusi go do wyjścia z cienia. Bądź bardziej radykalnych działań.
- Yep - zgodził się Maroldo. - Może zemsta odgrywa tu jakąś rolę, ale wierz mi, Lay, nie fatygowalibyśmy się na Bronx, gdyby chodziło o zwykłą wendettę. Nikt nie zerwał dotąd sznurka, prawda? Dlatego, że to postawienie się komuś silniejszemu, o kim się nic nie wie. Dlatego ty też nie zrywaj sznurka, Lay. Najpierw podążymy za tym sznurkiem do kłębka.
- Ze mnie chujowy sznurek, dzieciaki - mruknął, ale sam ciężar Marlene na kolanie mu nie przeszkadzał. - Możemy się tak umówić, ale on się nie pojawi. Chcecie go dorwać, wymyślcie coś dobrego. To z dziwką możemy powtórzyć - wyszczerzył się do Psyche, patrząc na piersi kobiety przez moment.
Mik prychnął, chowając pistolet.
- Jak pokaże się znajomek Zbawiciela dasz nam znać na swoje stare holo - powiedział. - Uznajmy, że je straciłeś. Znajdź nowe i prześlij numer. Poza tym twoi ludzie chyba będą skłonni uwierzyć, że dałeś radę zwiać. Że stawiałeś opór widać.
Higgs miał przestrzeloną łydkę i liczne ślady wczorajszej walki z Mikiem. Lay uśmiechnął się, szarpnął i nagle zwyczajnie uniósł oswobodzone ramiona. Strzelił palcami, rozprostowując je.
- Ma się rozumieć.
Maroldo drgnął ledwo zauważalnie, tak jakby się tego spodziewał.
- Nogi też? - uśmiechnął się, wyjmując kluczyk od łańcucha.
- Gdyby zaszła potrzeba - wzruszył ramionami wielkolud.
Psyche nachyliła się i dała mu buziaka, zgrabnie schodząc z jego kolan i odkładając swoje narzędzie. Pomimo tej swobody, pistolet trzymała gotów do natychmiastowego wyjęcia.
- Zawiążemy ci oczy. Nie będziemy nic kombinować, oprócz naszego małego monitorka, więc ty też tego nie rób. Nad strojem na nasze następne spotkanie się zastanowię - mrugnęła do niego, zbierając się do opuszczenia tej piwnicy.

Eleanor 14-11-2016 23:07

Pytanie maklerki było tym, które zadawała sobie także Ann, choć miało w sobie znacznie głębszy podtekst: Do jakiego stopnia sztuczna inteligencja może naśladować ludzi?
- Zasadniczo robot nie potrafi kłamać. - Stwierdziła Ann - To zbyt abstrakcyjne i w zasadzie typowo ludzkie. Może mieć jednak wprowadzony program odpowiednio modyfikujący jego odpowiedzi. Jednak to dotyczy tylko konkretnych pytań. Może ten szurnięty program, jeśli to on nim steruje, nie wpadł na pomysł, że należy blokować informacje o danych technicznych Alexa. Warto spóbować je zdobyć. Wraca powoli łączność, więc może wystarczy z nim porozmawiać przez holofon. Jeśli coś ci się uda dowiedzieć daj znać.
Niewprawnie poklepała Daniele po ramieniu:
- Nasze odkrycie to w zasadzie dobra wiadomość. Przynajmniej wiemy, kto jest naszym przeciwnikiem.
- Podziwiam twój optymizm, skarbie - Remo wyszczerzył się w uśmiechu. - To coś, co zamieszanie wywołało już można uznać za skończone. Nie wierzę, że zrobiło swoją kopię, nie był to byt myślący. Problem jest taki, że pozostawił po sobie pół miasta wierzącego w jakieś bzdury. Przypomina mi się, że West wspominał coś o pracach na temat gangów. To wszystko maszyna ładowała w przestrzeń, podejrzewamy gdzie, lecz ciągle nie mamy tego czarno na białym. A ktoś już o nas wie. Spróbuję wysłać Alexowi wiadomość z zapytaniem o jego namiary. Potrzebne nam przecież do śledztwa, on może nie umieć kłamać, ale ludzie są w tym ekspertami.
To mówiąc włączył holofon i wysłał krótką wiadomość do androida z zapytaniem o adres MAC jego głównych podzespołów sterujących, w tym procesora - elektronicznego mózgu, dodając adnotację, że potrzebne nam do działań związanych z wykonaniem woli Tomkinsa. Nie czuł się źle kłamiąc maszynie liczącej.
- Chyba będę musiała przeczytać kolejne prace naukowe. - Ann westchnęła teatralnie. - Jak tylko serwerownia na uczelni znowu zacznie działać, trzeba się tam będzie wybrać po kopie tych "dzieł" - Skrzywiła się przy ostatnim słowie. - "Luxury Goods" to doskonała nazwa dla firmy handlującej luksusowymi towarami, ale czy mogłoby to być aż tak proste? Daniele słyszałaś może o czymś takim?
- Jako nazwa firmy, chyba nie… znam kilka nazw, które mają w nazwie "Luxury Goods", ale łączą się z innymi słowami. "McKenna Luxury Goods" i tym podobne - odparła rudowłosa, przynosząc im ciepłe napoje. - Kto jednak nas śledzi? Ludzie, którym kazała robić to maszyna, czy inni ludzie? - zadrżała wyraźnie, informacje, które przynieśli wyraźnie nie poprawiły jej nastroju. - Bardzo bym chciała odnaleźć mordercę Scotta i Amandy, ale może czas przekazać policji to co wiemy?
Tymczasem Remo bardzo szybko otrzymał - bez żadnych dopytywań - adresy, o które prosił. Przeszukując deck w poszukiwaniu wyników, nie znalazł żadnych. Alex nie miał związku z Pace University. Nie bezpośrednio w każdym razie.
- Cóż… - Ann westchnęła rozczarowana. - To byłoby zbyt łatwe. Najwyraźniej musimy się trochę jeszcze pomęczyć z tym śledztwem. Na policję nie mamy nawet za bardzo z czym iść - Dodała jeszcze na sugestię prawniczki. - Przecież nie powiemy im, że na podstawie informacji zdobytej na nielegalnej aukcji wiemy, że alibi Alexa jest nieprawdziwe, a trop uniwersytecki, niestety tutaj nie prowadzi.
- Chodziło mi właśnie o ten trop z uniwersytetu - Daniela westchnęła. - Może przyjrzą się tym dzieciom. Nie wiemy do końca dlaczego nas śledzą i kto, ale przecież nie mogą pozwolić, aby coś takiego działało w Nowym Jorku! - wyrzuciła z siebie, lecz jednocześnie słychać było w jej tonie, że sama nie wierzy w skuteczność policji. - Inaczej jak się od tego uwolnimy?
- Sekty były są i będą tak długo jak długo będą znajdować gorliwych wyznawców, a tych jak widać nie brakuje. - Azjatka uśmiechnęła się smutno - Kye słusznie zwrócił mi uwagę, że nawet jak im uświadomimy jak to wszystko się zaczęło, nie będzie to miało znaczenia, przynajmniej dla większej części zaślepionych. Musimy jedynie udowodnić, że Amanda i jej ojciec zostali zamordowani i znaleźć sprawców oraz tych co pociągali za sznurki. Bułka z masłem.
- Oszalała - Remo ciągle pracował nad danymi z uniwersyteckiego serwera, szybko tracąc nadzieję na uzyskanie wyników. - Potrzebujemy ciągle potwierdzenia. White jest najłatwiejszy do osiągnięcia, skontaktowałem się z grupą pracującą nad Free Souls i umówiłem z nimi na dziewiątą wieczór. Mam jak widać nadzieję, że obiad zakończy się pomyślnie dla mojego zdrowia - zerknął na Ann. - Alibi Alexa i tak należy zbadać. Wybieranie się do niego jest zbędne, zakładam, że napisał mi prawidłowe numery. W razie czego mogę spróbować dostać się do bazy androidów i porównać to ze stanem pofabrycznym. Do tego wszystkiego jest mi potrzebna sprawna sieć, bez tego czuję się zaszczuty niemal jak Roy. Odnośnie policji, zgadzam się z Ann, lecz mogę im podrzucić materiały. Znając życie i tak będą się dopytywać co się w serwerowni wydarzyło. Cholera wie kiedy, mają na głowie chaos całego miasta. Jaka przy tym szansa, że rzucą się zajmować "Dziećmi Rajneesha"? - zapytał retorycznie.
- Nie pociesza mnie to co mówicie - Daniele usiadła głębiej w fotelu, podciągając nogi pod brodę i obejmując je ramionami. - Kiedy sprawa ze śmiercią Scotta się wyjaśni, chyba wyjadę z miasta do rodziny. Nie mam takich nerwów jak wy.
- Jeśli tak źle się czujesz może jedź tam od razu? - Zasugerowała Ferrick - Nie wiadomo jak długo to wszystko potrwa, ani jaki będzie koniec, a łączność wraca, więc może wystarczy nam kontakt holofoniczny.
- Dopóki nic nie wiadomo na pewno, to nie wiadomo też, czy ktoś nie podąży za mną i nie narażę w ten sposób swojej rodziny - odparła smutno Morrison. - Jak uda mi się z kimś połączyć to wynajmę na stałe jakiegoś ochroniarza.
- Zrób tak. Zmień też holofon, wygląd i może miejsce zamieszkania na kilka dni - zasugerował Remo. - Ostrożności nigdy nie za dużo w takiej sytuacji.
- Dobrze, w takim razie będziemy się zbierać. Mamy jeszcze dziś trochę spraw na głowie. - Azjatka zaczęła zbierać się do wyjścia, a gdy opuścili już mieszkanie Daniele powiedziała trochę niepewnie do Remo:
- Wiesz… może wróciłbyś do swojego normalnego wyglądu? Chyba nie ma potrzeby zanadto drażnić mojego ojca? Chyba nie jest dzisiaj do mnie zbyt dobrze nastawiony…
- Co z rodzinnym paktem o nieagresji? - uniósł brew z lekkim uśmiechem, szybko poważniejąc. - Taki miałem zamiar. Twój ojciec i tak wie kim jestem, postaram się go jednak nie drażnić bardziej niż to konieczne. W dodatku dobrze to też zrobi na tych, co nam siedzą na ogonie. Odwiozę cię, a potem pojadę do siebie, ok?
To był całkiem dobry plan, więc Ann przystała na niego z ochotą.

***


Ann przejrzała pospiesznie zawartość szafy, zastanawiając się jaki strój będzie najodpowiedniejszy na dzisiejszą okazję. Ostatecznie jej wybór padł na klasyczną, popielatą-srebrną suknię z długimi rękawami. Idealną dla kogoś, starającego się nie rzucać zanadto w oczy.
Zaledwie zdążyła się ubrać i poprawić włosy, gdy nadeszła wiadomość przez wewnętrzny interkom budynkowy.
- Pan Dupuy prosi o zezwolenie wjazdu na górę. Są z nim jeszcze dwie osoby i dużo pojemników. - odezwał bezosobowy głos robota obsługującego windę. Bez jej autoryzacji nie zostałaby ona uruchomiona.
- Akceptuję wejście. - Wpisała kod na wyświetlaczu i poszła jeszcze wybrać odpowiednie buty, pasujące do stroju. Wiedziała, że zanim obsługa z restauracji dotrze na dwudzieste ósme piętro, na pewno zdąży je założyć, goście nigdy nie byli wpuszczani windą ekspresową.
- Witaj Gaston – z uśmiechem przywitała jednego z najlepszych kelnerów z restauracji – Cieszę się, że to ciebie przydzielono do tego zadania. Moja mama też się ucieszy, Bouley to jej ulubiona restauracja, a ty jesteś jej ulubionym kelnerem.
- Specjalnie poprosiłem o to zlecenie panno Ferrick – Odpowiedział jej z typowo francuskim, czarującym uśmiechem i akcentem. - Nie przepuściłbym okazji obsługiwania pani Ferrick i jej czarującej rodziny.
Ann skinęła mu głową, zagryzając lekko wargę w powstrzymywany uśmiechu. Dawno już zauważyła z jakim zachwytem zawsze spoglądał na jej matkę. Choć pewnie mógłby być jej synem, Susan zdecydowanie nie wyglądała na osobę w średnim wieku. Ann miała tylko nadzieję, że nie dostarczą dziś temu Francuzowi zbyt wiele tematów do plotek.
Potem patrzyła jak sprawnie kieruje resztą ekipy, która zmontowała i ustawiła w salonie przyniesiony z restauracji stół oraz krzesła i nakryła go czarno-białym obrusem, pasującym do wnętrza. Gdy ustawiali na kuchennym blacie specjalne pojemniki, utrzymujące każdą z przyniesionych potraw w idealnej temperaturze, Gaston rozłożył zastawę i sztućce, a na środku stołu postawił smukły, czarny wazon z bukietem z białych tulipanów. Francuz doskonale wiedział, że są to ulubione kwiaty Susan Ferrick, a o tej porze roku ich cena z pewnością była dość wysoka. Młoda Azjatka była gotowa się założyć, że tej pozycji nie będzie w przedstawionym jej na koniec rachunku. Gdy wszystko zostało przygotowane, pozostali członkowie ekipy ulotnili się dyskretnie. Pozostało tylko czekać na gości.
Bez większego zaskoczenia, jako pierwsza pojawiła się jej rodzina, dokładnie co do minuty, jak zwykł to czynić zawsze Nathaniel Ferrick. Wjechali na górę, witając się z Ann zwyczajnie, bez zbędnych formalności. Tego dnia nie było sensu wracać do domu, więc oboje z Susan przyjechali prosto z pracy. U ojca i tak oznaczało to marynarkę, a matki białą bluzkę i czarną spódnicę. Prosta elegancja, dotyczyła także mniej z niej zadowolonego brata. David nie wyglądał na szczęśliwego z powodu tego spotkania. Ani pewnie z braku możliwości grania dzisiaj w gry sieciowe, co oznaczało straszne nudy podczas czekania aż rodzice skończą pracę.
- Też chcę jak najszybciej się wyprowadzić - skomentował na wejściu, ciekawie zaglądając w każdy kąt mieszkania.
- Twojego gościa specjalnego jeszcze nie ma? - bezpośredniość ojca miała wady i zalety. Widząc w jej oczach potwierdzenie, kontynuował sprawy nieprzyjemne. Zawsze tak było, najpierw to, a potem ewentualny relaks. - Dlaczego pozbyłaś się Dru? Do licha, dziewczyno, niczego cię nie nauczyłem? Ktoś chciał cię zabić!
Cóż, chyba nie myślała, że tego uniknie.
- W nocy odesłałam go do domu - Odpowiedziała spokojnie. - W tym budynku jestem bezpieczna. Skąd mogłam wiedzieć, że rano nie zdoła dotrzeć tutaj z powodu korków. Miałam sporo do załatwienia w związku ze sprawą Tomkinsa i nie mogłam na niego czekać.
Ojciec prześwidrował ją wzrokiem na wylot, wyglądając jakby ta dyskusja wcale się na tym nawet dobrze nie zaczęła, ale Susan położyła mu dłoń na ramieniu.
- Daj spokój, Nat. Nie teraz.
- Jak nie teraz to kiedy? Jak znowu nie będzie mogła czekać i coś się stanie to też będzie zły czas? Masz nie ruszać się bez niego, Ann. To niewielka prośba, bo najchętniej wywiózłbym wszystkich poza miasto aż do końca świąt.
Jeden Dawid już był w salonie, wyglądając przez okno, a potem zajmując miejsce przy stole.
- Tak jest sir! - Ann stuknęła obcasami, co wyglądało raczej zabawnie, bo miała buty na szpilkach. Wiedziała, że w takich sytuacjach nie ma co z ojcem dyskutować. - Zamówiłam obiad z restauracji Bouley. - Uśmiechnęła się do matki. - Będzie nas obsługiwał Gaston. - Mrugnęła do niej, wiedząc, że Suzan również bawiło zauroczenie sympatycznego Francuza.
Ojciec z dezaprobatą spojrzał na córkę, ale ostatecznie już nic nie dodał. Oboje podeszli do stołu. Widać było zmęczenie na ich twarzach.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:44.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169