lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji z działu Science-Fiction (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-science-fiction/)
-   -   The Big Apple II (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-science-fiction/16549-the-big-apple-ii.html)

Sekal 15-11-2016 10:40






Psyche, Mik

Godzina 6:55 pm czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Queens, New York


Oswobodzony Lay klepnął Marlene w tyłek, a potem posłusznie dał sobie zawiązać oczy. Trudno powiedzieć do czego dążył w odbytej rozmowie, dlaczego w ogóle na nich czekał, będąc w stanie się oswobodzić. Człowiek-maszyna, jak potem go określiła Loop, genetyczne dziwadło. Wielkie i silne ponad miarę. Przewieźli go kilka przecznic dalej, wypuszczając na wolność. Zostając sami wreszcie mogli swobodnie porozmawiać. Okolica i czas nie nastrajał na to.
- Wolałabym, byście mnie potem podwieźli przynajmniej na Harlem - mruknęła technik, na której Higgs zrobił większe wrażenie niż chciała przyznać. - Ma nadajnik, przekażę wam jego sygnał na holo. Wszczepiłam też mikrofon, ale nie wiem jak będzie z jakością. Sieć nadal przerywa, a pod skórą odbiór dźwięku jest wypaczony. Może coś z tego wyłapiecie. I, nie żeby coś, ale macie przesraną robotę.


Bronx nigdy nie był piękny, ale nocami, zwłaszcza zimą, potrafił pokazać swoje bardziej artystyczne oblicze. To, którym żył Mik, mieszkając ciągle w tym niezbyt bezpiecznym w końcu miejscu. W ostatnich dniach jednakże trudno się było dopatrzeć pozytywów. Ludzi na ulicach o tej porze było niewielu, tyle co nic. Po zmroku gangi w pełni już przejmowały panowanie nad tą częścią miasta. Samochody przemykały szybko słabo odśnieżonymi drogami, a zaułki straszyły ponurymi prostopadłościanami budynków. Zza co drugiego rogu patrzyły nieprzyjazne twarze. Otwarta wojna pod płaszczykiem nocy. Ciężkie, opancerzone furgonetki policyjne widywało się jedynie na głównych arteriach. Nikt nie wierzył, że zatrzymają się na wezwanie. Korporacje nie wkraczały, Mik i Psyche już dobrze wiedzieli, że mają tu własne interesy. Najpierw je wyklarują, a dopiero potem posprzątają zgliszcza.

Docierali powoli do umownej granicy Bronxu, zatrzymując się na światłach. Na przejście wkroczył niepozorny, czarny jak noc chłopak. Zerknął w stronę vana i nagle gwałtownym ruchem sięgnął pod kurtkę, wyszarpując karabinek automatyczny. Maroldo wcisnął pedał gazu, koła zabuksowały na śliskiej jezdni.
"Padnij!" zabrzmiało razem z "dawać furę skurwysyny!".
Mik nie czekał, ładując się prosto na chłopaka, który uskoczył przed furgonetką, a potem otworzył ogień. Kule ze stukotem zaterkotały o karoserię, przebiając ją na wylot i przerabiając na ser szwajcarski. Na szczęście szczyl nie strzelał w koła ani nie trafił w kierowcę. Obie kobiety leżały już wtedy na ziemi. Oddalili się czym prędzej.
- Oook, a ja myślałam, że Queens bywa niebezpieczne… - Loop przełknęła głośno ślinę.
Wyjechali z Bronxu, po drodze mijając dwa policyjne zgrupowania, jawne oddzielenie strefy lepszej od gorszej.

Tym razem pokierowała Psyche, prowadząc do fabrycznej części Queens. To także nie było piękne miejsce, ale o tej porze pustoszało powoli, kiedy pracownicy zakładów pracujących tylko w dzień zwijali się do domów. Na dodatek była sobota. Niektórzy ciągle podążali za zwyczajny trybem życia, usiłując żyć normalnie pomimo świata wywracającego się do góry nogami. Inni kroczyli własnymi ścieżkami.
TechNics był tam, gdzie go zostawiła Marlene. Zziębnięty, spragniony, głodny i śmierdzący już po całym tym czasie na niewygodnym krześle. Wyglądał coraz gorzej i jeszcze dzień w takich warunkach i pewnie nie będzie się nadawał do żadnej sensownej pomocy. Póki co jednak, wybudzili go z jakiejś nerwowej drzemki, otwierając stalowe drzwi do piwnicznego pomieszczenia.


Leah

Godzina 10:31 pm czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Manhattan, New York


Wypić kilka piw i pójść wcześniej spać po całym dniu ganiania po sparaliżowanym, zatłoczonym mieście. To była przyjemna wizja i odrobinę podchmielona Leah realizowała ją razem z czującym się coraz lepiej Scottem. Oj tak, w łóżku czuł się już zupełnie dobrze. Kto by się nie czuł? Powrót do tradycji dla Wierzbovsky był prosty, ona nie siedziała tak bardzo w nowoczesnej technologii, nie uzależniła się od wszelkich nowinek technicznych, prawie bez wyjątków opartych na nowoczesnej sieci i holonecie. Nie, ona miała inne uzależnienia.

Nie zdążyli jeszcze usnąć.
Nie do końca zaczęli nawet próbować.
Wtedy zadzwoniło holo Leah.

Joe. Już miała nie odbierać, lecz przecież siostra o tej porze zwykle nie dzwoni. Co najwyżej pisze. Leah wcisnęła holograficzny zielony guzik i sypialnię wypełnił przerażony, drżący i zapłakany, słaby głos Joanny Hunt.
- Ja… Boże… ja go chyba zabiłam…
Nie zdążyli dopytać kogo. Ani nawet wypowiedzieć słowa. Wariująca sieć rozłączyła połączenie. Próby oddzwonienia nie przyniosły rezultatu.



Widz 15-11-2016 19:28

Remo pojawił się grzecznie spóźniony o kilka minut. Wyglądał na młodszego o niemal dwadzieścia lat od publicznego wyglądu jeszcze sprzed godziny. Ubrany w ciemny garnitur w stylu casual nie wyglądał na kryjącego się po melinach Chinatown hakera. Zadzwonił do mieszkania Ann, cierpliwie czekając na wpuszczenie.
Zanim dojechał na górę, Ann zdążyła zaprezentować rodzinie jak urządziła się w nowym mieszkaniu.
- Chciałam wam przedstawić Kye Remo - powiedziała do członków rodziny - Moja mama Susan, ojciec Nathaniel oraz brat David.
Susan skinęła uprzejmie głową, David przyglądał się mu jak istocie z zupełnie innej planety, natomiast Nathan wstał i wyciągnął rękę do Murzyna.
- Niesławny Kye Remo. Dobrze wreszcie poznać osobiście - powiedział poważnym tonem.
Remo uścisnął mu dłoń. Pozostałej dwójce skinął głową. Nie było tak źle, nikt nie odstrzelił mu głowy już na starcie. Myśli tego typu wywoływały chęć śmiania się w głos. Nie byłoby to najlepszym pomysłem, stłumił więc te odruchy, zagłuszając jednocześnie tremę.
- Moja reputacja mnie wyprzedza. Nie jest zbyt pomocna, pozwala bowiem wyrobić sobie o mnie opinię przed poznaniem - powiedział, zajmując pozostawione mu miejsce.
- Pozwala jednakże poznać podstawowe fakty o osobie, z którą moja córka ucieka przed ochroniarzami - Nathan posłał Ann ostre spojrzenie.
- W młodości robi się wiele rzeczy, które potem wspomina się z drobnym wstydem - Susan uśmiechała się lekko do męża, który krótko pokręcił głową.
- Nie wszyscy uczestnicy tych ucieczek mogą zrzucać to na karb braku doświadczenia - najstarszy z Ferricków uniósł brew.
Głowa Davida wędrowała od jednej osoby do drugiej, na szczęście na chwilę przerwał to Gaston, który podszedł do stolika z napojami, nie mogąc sobie darować uśmiechu posłanego w kierunku Susan oraz dłuższego zawieszenia wzroku na nieznanej sobie osobie w postaci Remo, odezwał się z namaszczeniem:
- Czy mogę zaproponować wino? Miss Ferrick wybrała doskonałe roczniki: Czerwone kalifornijskie Pinot Noir z Doliny Arroyo Grande. Doskonały rocznik 2036, zwłaszcza dla wyrobów Talleya oraz białego Rieslinga z Mosel, z winnicy Petera Laurenta z roku 2032. Ten rocznik ma wyrafinowany, delikatny smak, ze względu na wyjątkowo słoneczne lato. Davidzie, dla ciebie proponuję sok z owoców granatu lub oranżadę ze świeżych limonek.
Ann nie skomentowała uwagi ojca. Czasami lepiej było zachować milczenie. Uśmiechnęła się do Kye i powiedziała:
- Nalej mi proszę czerwonego Gastonie.
Susan zażyczyła sobie tego samego co Ann, Nathan po prostu podstawił kieliszek, a Dawid nagle zmuszony do wypowiedzenia czegoś na głos zająknął się.
- G… z granatu może być.
- Dla mnie białe - Remo podstawił swój kieliszek. Kolejna drobnostka, która wydała mu się zabawna w tych okolicznościach. - Zapewniam państwa, że dobro i doskonałe zdrowie Ann są dla mnie również najwyższym priorytetem - powiedział z uśmiechem, kiedy kelner zrobił swoje. - Nauczyłem się już jednak, że wychowali państwo silną, zdeterminowaną i pewną siebie kobietę, którą nie sposób kierować. Za co jestem bardzo wdzięczny.
Uniósł kieliszek odrobinę i spojrzał na Ann, lekko skinąwszy głową.

Podczas gdy wszyscy delektowali się doskonałym winem kelner położył na stole dwa nakryte półmiski oraz wazę. Następnie, z namaszczeniem prestidigitatora odgrywającego swój pokazowy numer, Powiedział:
- Na początek jako przystawki proponuję sałatkę z owoców cytrusowych z meksykańskim estragonem - i odsłonił najpierw pierwszy z półmisków i oczom siedzących przy stole ludzi ukazała się bajecznie kolorowa surówka - zupę krabową z czarnymi truflami - kontynuował podnosząc pokrywę z wazy - oraz jedno z czołowych dań naszej restauracji: Skarb Zbieraczki czyli grillowane grzyby w sosie ze słodkiego czosnku. - Gdy uniósł ostatnie przykrycie w koło rozszedł się aromatyczny, charakterystyczny zapach.
Ann mrugnęła do siedzącego obok niej czarnoskórego mężczyzny. Tym razem nie odezwała się pierwsza, czekając aż goście dokonają wyboru. Choć jedzenia było na tyle dużo, że każdy mógł skosztować wszystkiego po trochu.
- Prawienie komplementów mojej córce nie zwalnia od odpowiedzialności - przerywniki kelnera nie przeszkadzały Nathanowi wracać do wcześniejszych kwestii. - Odkąd Ann cię poznała - w naturalny sposób przeszedł do mówienia na "ty" - przytrafia się jej znacznie więcej niebezpiecznych… przygód.
Dawid nałożył sobie trochę surówki, Susan uśmiechnęła się do kelnera ze słowami:
- Zdam się na twój wybór - następnie zwracając do męża. - Ależ daj spokój, kochanie. Ja jestem bardzo ciekawa usłyszeć wreszcie w jaki sposób się poznaliście. Nie zrozumcie mnie źle, ale wydaje się, że jesteście jak dwa różne światy.
Najmłodszy przy stole chłopak parsknął w swoje jedzenie, kiedy Gaston nakładał grzybów dla Susan, a najstarszy z Ferricków sięgał po zupę.
- Tak właściwie to ty nas poznałeś ze sobą - Odpowiedziała dziewczyna z rozbawieniem. - Pamiętasz to zlecenie dla C-T, w którym szukaliśmy ich skradzionej przesyłki? Wszystkie kłopoty wtedy były następstwem tego zlecenia. Nie możesz o to obwiniać Kye. Podobnie jak i tym razem. Próbowali dorwać mnie ludzie, którym wcześniej nie udało się złapać jednego asystentów z mojej uczelni. Dzięki Remo udało mi się zainstalować go bezpiecznie w C-Tower. To ich najwyraźniej bardzo wkurzyło i stąd zamach, którego byłam celem.
- Ah, więc teraz to moja wina? - ciężko było stwierdzić, czy jest coś z żartu w słowach ojca Ann. - Nie sądziłem, że do oficjalnych zleceń CT tworzy takie różnorodne zespoły.
- Może rzeczywiście powinnaś odpuścić na te kilka dni? - Susan brzmiała na odrobinę zaniepokojoną. - Tyle się dzieje w mieście. Choćby u nas w domu, wierzę, że tam jest bezpiecznie.

- Mamy zbyt dużo urządzeń elektronicznych i robotów, by mogło tam być bezpiecznie. - dopowiedziała Ann na wpół poważnie. - Nie macie pojęcia na co udało nam się trafić dzisiaj na uniwersytecie, w związku ze śledztwem na temat śmierci Amandy Tomkins i jej ojca.
Popatrzyła na Kye:
- Ty na pewno potrafisz wytłumaczyć to bardziej… specjalistycznie.
- Ann demonizuje odrobinę - wywołany do odpowiedzi Remo przestał udawać, że go tu nie ma, przełykając kęs Skarbu Zbieraczki. - Faktem jest, że trop Amandy zawiódł nas w niespotykane miejsce. Wydaje się, że awaria prądu i komputerów uczelni stworzyła osobny sieciowy byt, umiejscowiony w serwerowni. To zagrożenie zneutralizowałem, lecz ciągle pozostali ludzie. I to prawda, poznaliśmy się przy wrześniowej pracy dla Alana. Mawiają, że niebezpieczeństwo zbliża do siebie, pewnie tak było. I, eee, przełamało bariery wiekowe - uśmiechnął się krzywo - nie mające w końcu takiego znaczenia w dzisiejszych czasach. Dotyczące mojej osoby akta w bazie Corp Techu nie są... w pełni szczegółowe i zgodne z prawdą. Jest zbyt wielu takich, co chcieliby o swoim pożal się Boże idolu wiedzieć jak najwięcej.
Jeśli Gaston łapał coś z tej rozmowy, to nic nie dawał po sobie poznać. Co innego David, wyraźnie zainteresowany. W końcu on miał siostrę co najwyżej za studentkę. Susan patrzyła z nieodgadnionym wyrazem twarzy na Remo, a Nathan pozwolił sobie na krótkie, rozbawione parsknięcie.
- Boisz się, że będą zaczepiać na ulicy? - spytał, ale szybko wrócił do poważniejszego obecnie tematu. - Wracając. Uważacie, że za samobójstwem córki Scotta mogła stać… - kontemplował to wyrażenie przez moment - ...awaria prądu? Nie chciałem cię wciągnąć w coś tak szeroko zakrojonego, Ann. Policja ma teraz mnóstwo roboty, ale powinniście skorzystać z zasobów Corp-Techu. Sami zaś zniknąć z radarów.
- Ta sprawa to coś o wiele większego niż awaria. - Ann dołożyła sobie jeszcze odrobinę zupy i kontynuowała - Od tego się zaczęło. W jej wyniku nastąpiło "cudowne ozdrowienie" przynajmniej trzech osób. Jedną z nich był Izaak White, guru sekty do której należała Amanda. Kolejna osoba, Manuela Navarro powiązana jest z gangiem o nazwie Free Souls. Mamy jeszcze coś o nazwie Luxury Goods, czego nie możemy na razie z niczym powiązać, poza kolejnym "powstańcem" ze szpitalnego łoża o imieniu Ayako Dan. Wygląda na to, że wadliwy system zaadoptował na swoje potrzeby prace niektórych studentów i dosłownie wcielił je w życie. W związku z tym czeka mnie teraz pewnie lektura kolejnych nudnych elaboratów. Podobnie jak ten o Dzieciach Rajneesha, który już przetrawiłam.
- Czy musimy w tym momencie o tym rozmawiać? - Susan spytała zmęczonym głosem. - Mamy rodzinny obiad i to z kimś, kogo ukrywałaś przed nami przez jakiś czas.
- Jeszcze tylko zdanie - wtrącił Nathan. - Ann, powtórzę, zostaw tę sprawę innym. Błąd czy nie, Amanda związała się z sektą. Ci inni ludzie i nazwy nie mają tu znaczenia. Jest prowadzone śledztwo w sprawie śmierci jej i jej ojca, teraz już nic na to nie poradzę. Nie pozostawił po sobie żadnej najbliższej rodziny. To wszystko zrobiło się zbyt niebezpieczne. Wiem, że to z mojej prośby się zaczęło, ale teraz chciałbym prosić cię, byś zrezygnowała - ojciec jak zwykle próbował postawić na swoim. Pewnie teraz żałował całej tej prośby. Zamach na życie córki to nie byle co, a on zwykł stawiać na swoim. To i tak dobrze, że prosił. Znaczyło to, że zaczynał uważać ją za dorosłą.


- Chyba nie zrozumiałeś tato - Ann pokręciła głową. - Zamach nie ma nic wspólnego ze sprawą Amandy. Napadli na nas ci sami ludzie, którzy próbowali porwać asystenta z wydziału robotyki. Rozpoznałam twarze gdy pokazali mi martwych zamachowców. Poza tym mylisz się co do tego, że Tomkins nie pozostawił nikogo bliskiego. Odkryliśmy miejsce, w którym kobiety, które nie chcą lub nie mogą donosić swoich ciąży, hodują dzieci w specjalnych inkubatorach. Wyobraź sobie, że w jednym z nich znajduje się dziecko Amandy.
Ann przerwała spoglądając na Gastona:
- Masz jednak rację mamo. Porozmawiamy o tym kiedy indziej. Teraz czas na danie główne. Zamówiłam dla ciebie oczywiście pierś z kaczki, a dla mnie i ojca steki z cielęciny. Nie wiedziałam na co będziesz miał ochotę Kye, więc masz wybór. Ty David oczywiście dostaniesz górę zieleniny. - Mrugnęła do brata, a gdy kelner ściągał z rusztu gorące potrawy i nakładał je na talerze, kontynuowała - Nie ukrywałam nikogo mamo. Po prostu potrzebowaliśmy trochę czasu by się przekonać czy lubimy się trochę bardziej. - Przy tych słowach wysunęła rękę i z czułością pogłaskała dłoń Remo.
Remo nie wtrącał się do rodzinnych przepychanek, im mniej uwagi poświęcano jemu, tym lepiej. Nie miał mleka pod nosem i podobnych sytuacji w życiu przeszedł sporo, wiedział więc, gdzie nie wsadzać nosa. Francuzikowi wskazał na steka, do Ann się uśmiechając, kiedy go dotknęła.
- Czasami życie na szczęście zaskakuje również w pozytywnym sensie. Dodam też, że firma jest zainteresowana tym co się dzieje, staram się więc w pełni wykorzystywać dostępne z niej zasoby i odsuwać ryzyko jak najdalej od nas.
Nie dodał, że czym byłaby praca bez odrobiny ryzyka. Ani on, ani Ann nie nadawali się do siedzenia całymi dniami za biurkiem.
- Nie napawacie mnie optymizmem. Z tego co słyszę, to wszystko może być powiązane - Nathan pokręcił głową, niezadowolony ze wszystkich tych rewelacji, a także oporu córki przed udaniem się w bezpieczne miejsce i tam pozostaniem. Dylemat każdego ojca, kiedy ich dzieci dorastają i wychodzą spod bezpiecznego parasola. Susan położyła dłoń na jego przedramieniu, kiedy Gaston nakładał im główne danie. Przez chwilę panowała cisza, kiedy skupiali się na pierwszych kęsach nowych potraw.
- Zebraliśmy się tu w innym celu niż te poważne rozmowy. Ja bym bardzo chciała na przykład lepiej poznać wybranka naszej córki - kobieta skierowała spojrzenie na Remo. - Opowiedz nam coś o sobie, czego Nathaniel nie wyczytał w twojej kartotece. Pewnie gdybyś był młodszy to by zastosował standardowy sposób na zastraszanie - uśmiechnęła się. - Jakie masz hobby? W pierwszej chwili można sądzić, że mocno się różnicie - jej wzrok przesunął się na córkę.

Bounty 22-11-2016 19:17


Dnia zwiedzania piwnic ciąg dalszy. Urozmaicony przez ostrzelanie przez małoletniego wanna-be gangstera. Gdyby nie byli z Loop i mieli więcej czasu Mik by zawrócił, dorwał gówniaka, po czym połamał mu ręce i nogi, tak żeby ten nigdy więcej nie pomyślał o napadaniu nieznajomych. I chuj go obchodziło, że smród nie miał w życiu innych wzorców. "Wychował" już kilku podobnych, w każdym razie teraz na widok cyborga szybko przechodzili na drugą stronę jezdni.
Ludzie CT mieli jednak lepsze rzeczy do roboty niż naprostowywanie patologii, co i tak było syzyfową pracą. Wraz z obstawionym przez policję Whitestone Bridge zostawili za sobą strefę wojny, w miarę rosnących strat toczonej siłami coraz to młodszych naćpanych adeptów gangsterki.
Jedno wielkie czarne zwierzę imieniem Lay Higgs było warte tuzina takich "żołnierzy". Mik zastanawiał się czy dobrze zrobili go uwalniając. Ale nawet Higgs nie był w stanie przechylić szali wojny, za to gra była warta świeczki. Szef Kruków nie wiedział gdzie go trzymali, nie znał ich imion i twarzy ani nawet wyglądu ich wozu. Nawet gdyby ostrzegł Zbawiciela, że ktoś go szuka nie byłaby to żadna rewelacja. Pojeba szukała połowa Nowego Jorku.

- Nosz kurwa – Mik zaklął po raz kolejny, oglądając dziury po kulach w karoserii. Na szczęście gówniarz był marnym strzelcem i nie uszkodził poważnie vana. Dziury w szybach z nanoszkła już prawie się zasklepiły. - Może Bronx to nie najlepsze miejsce na ziemi, ale normalnie takie rzeczy się nie dzieją. Nie żeby gliny kiedykolwiek paliły się do roboty, ale Rustlersi pilnowali porządku. Tydzień od śmierci Wujka Li i wszystko się sypie.
- Łatwy dostęp do nowego narkotyku nie poprawia sytuacji. Jego zachowanie nie wyglądało na racjonalne - dodała Psyche. - Oprowadzisz mnie kiedyś po Bronxie, Key-Headzie, pokazując jego piękną stronę. Kiedy będzie już spokojnie.
- Stalowa Siostra i pragnienie piękna, no no… - Mik nie ukrywał zdumienia propozycją. - Czy to zaproszenie na randkę?
- Nie rozumiem zdziwienia. Czyż nie wystarczy spojrzeć na mnie, aby upewnić się, że czcicielką piękna jestem i będę zawsze? - zapytała retorycznie.
- Prawda. - uśmiechnął się. - Z przyjemnością pokażę ci moją ulubioną opuszczoną halę fabryczną i stary dźwig portowy nad East River. Widać z niego pół Big Apple.
- Byłeś kiedyś na szczycie Corp Tower? - zapytała z ciekawością. - Z niego widać całe Big Apple. I nie mówię o najwyższym piętrze. Mówię o szczycie - odpowiedziała mu uśmiechem.
- Słyszałem, że… albo nieważne - przerwał zaczętą myśl. - Musi być zajebiście. Chciałem, ale moja przepustka ma o dwa poziomy dostępu za mało - skrzywił się. - Miałem też pomysł, żeby wejść do Dickauera przez okno, ale stwierdziłem, że systemy obronne mogą nie podzielać mojego poczucia humoru.
- Musiałoby być zajebiście skoczyć ze spadochronem z takiego budynku - wtrąciła się przysłuchującą się rozmowie Loop. - A jeśli chodzi o Bronx, to ta dzielnica nigdy nie była dla mnie łaskawa. Białych tam nie lubią. Może poza wyjątkami ze znajomościami. Ja takich nie mam u kolorowych z Bronxu.
- Mogę załatwić przepustkę na dach, ale skok z niego na pewno się ochronie nie spodoba - Marlene roześmiała się swobodnie, wyobrażając sobie tę scenę.
- Ja bym tam skoczył bez spadochronu i jak Spiderman przehuśtał na WTC 1 i dalej - rozmarzył się cyborg, ale nie demonstrował tylko objął się ramionami . - Dobra, chodźmy, bo piździ.
Ruszył wolno do budynku, czekając aż Psyche wskaże drogę.
- W mojej okolicy mieszkają głównie Portorykańczycy - zwrócił się w międzyczasie do Loop. - Ci nic nie mają do białych, bo sami są prawie biali. Najgorsi rasiści to czarnuchy.
- Ta, kompleks koloru - technik parsknęła. - Nie żeby na Queens ich brakowało, ale nie mogą się tak rządzić.
Maroldo tylko kiwnął głową. Rozglądał się z zaciekawieniem, gdy Marlene wprowadziła ich do opuszczonego budynku.
- Twoje prywatne lochy? - spytał, gdy schodzili do podziemi.
- Niestety nie do końca - uśmiechnęła się smutno. - Firmowe, udostępnione mi na czas każdej operacji. Dość często okazują się przydatne.
- Czasem się zastanawiam czy nie powinienem się ciebie bać - spojrzał na nią.
- A powinieneś? - odpowiedziała mu spojrzeniem i uniesioną brwią.
- Ty mi powiedz - uśmiechnął się. - Ja tylko na wszelki wypadek uprzedzę, że nie mam fetyszu na dominy, więc gdyby chodziło ci po głowie zamknięcie mnie w piwnicy i chłostanie pejczem to wiedz, że nie tędy droga do mego serca.
- Co za szkoda, cudownie wyglądałbyś w obroży i z kneblem w ustach - neutralny ton Psyche tym razem zastąpiony został żartobliwym, należącym do Marlene.
Mik prychnął.
- Ty również - odwzajemnił komplement.

W scenografii lochów i w kontekście w jakim się tu znaleźli dialog mógł być zabawny, zwłaszcza dla Loop, o ile już od godziny nie uważała ich obojga za nieuleczalnych czubków.
Naprawdę jednak sadystyczne ciągoty Psyche były ciut niepokojące. Choć trudno było na razie stwierdzić, czy czerpała z zadawania bólu jakąś przyjemność czy podchodziła do zagadnienia z chłodnym profesjonalizmem, jak wyszukiwarka zakodowanych w umysłach danych.
Mik czuł ulgę, że obyło się bez wyrywania zębów Higgsowi, inaczej partnerka już zawsze kojarzyłaby mu się z tą sceną i tym samym utraciłaby w jego oczach cały urok i seksapil, czyniący dotychczasową współpracę o wiele przyjemniejszą. No bo serio, kogo prócz najbardziej chorych świrów kręcą dentyści?

Lady 22-11-2016 21:10

Atmosferę niezobowiązującego flirtu zepsuł smród roztaczany przez Technicsa.
- Twój więzień chyba się zesrał. - Mik skrzywił się i zatkał nos, zatrzymując na progu pomieszczenia. Niestety piwnica pozbawiona była okien. Łazienki też nigdzie nie było widać, więc nie pozostawało nic innego jak jakoś to wytrzymać. - Nic dziwnego, biedny skurwiel gnije tu dwie doby. No nic, może dzięki temu będzie bardziej skłonny do współpracy niż wcześniej. Możesz na razie zaczekać na zewnątrz - Maroldo zwrócił się do Loop, wręczając jej kluczyki do wozu.
Techniczka skinęła głową i odeszła.
- Jak chcesz, możesz go przewinąć - Marlene posłała Mikowi krótki uśmiech, który skwitował uniesieniem brwi. - Nie dla wygód go tu trzymam. Co próbujemy z niego wyciągnąć? Wiem na razie tyle, że nie zna gościa od netrunnerów i dogadywał się z nim tylko jego szef. Ma też brudy na BloodBoyów, co nam niewiele daje - mówiła to wszystko poza zasięgiem słuchu netrunnera.
Cyborg cofnął się i przymknął z powrotem drzwi, delektując się zatęchłym (bo piwnicznym) ale jednak świeższym powietrzem.
- Wszystko się przyda. - wzruszył ramionami. - Szantaż to świetna broń. A TechNics to nie płotka, w danych firmowego wywiadu figuruje jako jeden z ważniejszych Bloodboysów. Po pierwsze nie mógł pilnować porwanych sam dwadzieścia cztery godziny na dobę, musiał mieć zastępcę znającego się na rzeczy. Niech opowie wszystko od początku, da namiary na szefa. Czego nie powie to Loop wyciągnie mu z czachy. On ma holo i pamięć w głowie.
- Loop nie będzie grzebała mu w głowie - sprzeciwiła się Psyche. - To dlatego nie pałam chęcią dopuszczania kogoś do TechNicsa. Jest mi potrzebny, jako netrunner pracujący poza radarem. Tobie też może się przydać. Ktoś taki jak on na pewno nie posiada “wiedzy w głowie”. On nie jest głupi Mik, a ty chyba niewiele wiesz o tym jak oni działają. Możemy go przepytać, ale poza lokalizacją Bloodboyów niewiele nam obecnie daje. To nie z nimi mamy wygrać wojnę dla Rustlersów.
- Nie, ale też biorą w niej udział. Zaraz… - zreflektował się - poza radarem… firmy?
- Poza radarem wszystkich - posłała mu znaczące spojrzenie. - Jest odcięty od sieci i zamknięty. I zrobi całkiem dużo za obietnicę wypuszczenia.
- W tych warunkach do jutra będzie się nadawał tylko na szmatę do podłogi - stwierdził Maroldo.
- Miałam je poprawić wczoraj, ale coś mnie prawie zabiło - skrzywiła się. - Najpierw i tak należy osobnika zmiękczyć, a potem nagradzać. Lepsze warunki będą nagrodą za dobrą współpracę.
- No to bierzmy się za zmiękczanie, key? Mamy jeszcze randkę z firmowym runnerem - przypomniał Psyche. - Wybierasz się?
Nie czekając na odpowiedź otworzył znów drzwi improwizowanej celi i zmierzył wzrokiem półprzytomnego więźnia.
- Cześć pierdolcu! - zawołał wchodząc. - Nie mieliśmy okazji pogadać.
Wydobył z plecaka batonika i butelkę z resztą zielonej herbaty, tej samej, którą wcześniej częstował Higgsa.
- Pewnie byś się napił, zjadł i zlazł chociaż na chwilę z tego w chuj niewygodnego krzesła, co? Te wszystkie luksusy są w zasięgu ręki. Opowiesz mi zaraz ze szczegółami o sprawie twoich więzionych kumpli po fachu. Od kiedy tam byli, kto dostarczył ich i sprzęt. Kto cię zmieniał, bo nie wierzę że siedziałeś tam dwa cztery na siedem. Ale od początku.

- Przecież jej już wszystko mówiłem - wychrypiał, brodą wskazując na Psyche. - Nikt mnie nie zmieniał. Wszystko było monitorowane, ja się pojawiałem by sprawdzać czy nic się nie zmieniło. Nawet nie wiedziałem, kto tam siedzi. Szef załatwił wszystko z tym gościem, nawet nie wiem kiedy wcisnęli tam tych biedaków. Zmieniali się tylko inni z Boysów, ci od bezpośredniej ochrony.
TechNics nie sprawiał wrażenia tak opornego do gadania jak Higgs, co zresztą Psyche zauważyła już dawno temu.
- To miał być zalążek sojuszu i tyle wiedziałem. Serwery, z których korzysta sobie jakiś pierdziel, ale mówię ci, ten pierdziel potrafił sprawić, że nie miałeś ochoty próbować go wyśledzić. To takie kurwa dziwne, że nie próbowałem?!
- Spokojnie, mój kolega woli usłyszeć odpowiedzi osobiście - Marlene oparła się o drzwi. Rzeczywiście zapomniała o toalecie dla swoich podopiecznych. Te ludzkie, przyziemne sprawy. - Twój szef kontaktował się z tym… pierdzielem, jak go ładnie określiłeś - powstrzymała uśmiech. - My też potrzebujemy się z nim skontaktować. Wiesz jak przebiega ta ścieżka.
- Przecież odpowiadam - powiedział z wyrzutem. - Nie mogę wydać szefa. Jak go wydam, to nie mam co wracać. To gorzej, niż jak wy mnie odstrzelicie.
- Gorzej niż śmierć głodowa? - spytał zdziwionym tonem Marololdo, podeszwami glanów nadeptując TechNicsowi na palce. - Wiesz, możemy cię tu trzymać długo i dawać tylko tyle wody, żebyś szybko nie zdechł. Do swoich i tak nie wrócisz, ale jak będziesz grzeczny to pozwolimy ci wyjechać z miasta. Źle zrozumiałeś moją koleżankę, ziomek. To nie była prośba. Albo sam nam podasz dane, albo będziemy musieli poszukać w twojej głowie. I nie będziemy delikatni.
Psyche nie podobało się, że Mik z uporem maniaka zagrywa tym argumentem. Zaplotła ramiona na piersi, lecz nie odezwała się tym razem, czekając na reakcje TechNicsa. Netrunner współpracował z nią wcześniej bez uciekania się do brutalnej przemocy, więc wolała kontynuować ten sposób. Jeszcze wcale nie dotarła do ściany. Problem w tym, że Maroldo po prostacku chciał odpowiedzi akurat na to jedną kwestię, idąc do niej prostą linią. Interweniować miała zamiar dopiero jak przesadzi. Zabawa w dobrego i złego glinę tu się odwróciła.
Netrunner skrzywił się, kiedy Mik go nadepnął. Było jasne, że nie jest odporny na ból nawet w małym stopniu porównywalnie z Higgsem.
- Pojebało cię gościu? - jęknął bardziej niż warknął. - Czy masz mnie za idiotę?! Nic nie wyciągniesz! Bo nic nie ma!
- Wszystko w biologicznej pamięci? Żadnych nagrań? - zdziwił się szczerze cyborg, po czym wzruszył ramionami. - Sprawdzimy. Jak coś spieprzymy, najwyżej zostaniesz warzywem jak tamci - dodał lekkim tonem, dając do zrozumienia, że życie i zdrowie TechNicsa niezbyt się dla niego nie liczą. - Ale to może później. Zapamiętałeś jakieś charakterystyczne słowa zarządcy? A może podejrzałeś komendy przesyłane więźniom? Na pewno cię to ciekawiło, co?
Mik na parę sekund oparł cały swój, niemały przecież ciężar na stopie Bloodboya, lecz po chwili zdjął nogę, by jeniec był w stanie mówić.
- Na twoim szefie nie zależy nam tak bardzo - dodała Psyche. - Więc jak dobrze sprawisz się w pomocy z… pierdzielem, to oszczędzisz sobie kilku niepotrzebnych nieprzyjemności. Wysil się. Kontaktował się z netrunnerami, jak prześledzić te kontakty? Czy można coś z tego wyczytać, gdybyśmy na przykład, mieli dostęp do tych netrunnerów? Jestem pewna, że jesteś w stanie coś wymyślić.

Na początku chciał coś odpyskować, ale powstrzymał się szybko. Zmarszczył brwi i wziął kilka głębokich oddechów, próbując się skoncentrować. W jego obecnym stanie nie było to proste, lecz i tak współpraca z nim była milion razy łatwiejsza od "rozmowy" z Lay'em.
- Jak macie dostęp do ich głów, to możecie prześledzić logi. Mógł nie zdążyć wszystkiego wykasować. Nawet jak nie będzie jego adresu, to macie szansę odkryć innych netrunnerów. Ja nic istotnego nie zapisuję, koleś - zwrócił się tu bezpośrednio do Mika - ale oni byli warzywami. Nic od nich nie zależało. Ja tylko pilnowałem serwerów, przecież powtarzam do usrania. Dalej miałem zabronione wchodzić i wierz mi, nie miałem zamiaru próbować. Groźby zarządcy były bardzo rzeczywiste. Dotykały twojej podświadomości. Każdy kto ma procesor by to zrozumiał. Jak gdyby dotykała mnie maszyna, a nie człowiek, kapujesz? Jak robiłem coś na tamtych kompach, to natychmiast wiedział. Tam było podłączenie. I netrunnerzy też je mieli. Za jego pomocą pewnie dałoby się spróbować, jak jesteś samobójcą. Ja wolę zdechnąć tu niż się podłączyć i szukać tego gościa przez tamto łącze. Jest też szansa, że jak podepniecie ponownie jednego z tych netrunnerów do sieci, to tamten sam go znajdzie. By unieszkodliwić, nie mam co do tego wątpliwości.
- Myślisz, że porwanych netrunnerów jest więcej? - zapytał Mik.
- Myślę, że tak - odpowiedział. - Nie żebym miał pewność, ale nie byliśmy jedynym punktem, z którego czerpał moc. Skoro u nas trzymał tych biedaków, to gdzieś indziej też może.
- Podobne rzeczy robiono dzieciom. Słyszałeś coś o tym?
- Że brutalnie wszczepiano im procesory i podpinano do sieci? - pokręcił głową. - Nie słyszałem. O tym, że testuje się wszczepy na dzieciach, sprawdzając jak reagują na ich wzrost i rozwój to już tak. Korpo robią to ciągle na ten przykład - wzruszył ramionami i skrzywił się z bólu po tym odruchu.
Maroldo otworzył usta, lecz widocznie postanowił nie wdawać się w dyskusję. To był śliski temat, zaś TechNics nie był kimś kogo było warto przekonywać. Testy na nieletnich powyżej dwunastego roku życia odbywały się legalnie, za zgodą ich samych i rodziców. Umożliwiające to prawo zmieniono oczywiście w skutek lobbingu korporacji, działających pod presją rynku. Dzieciaki zwyczajnie chciały mieć wszczepy a wielu rodziców nie miało nic przeciwko. Wszystko co ułatwi ich pociechom start w wyścigu szczurów jest dobre. Nielegalne eksperymenty na dzieciach w Afryce to rzecz jasna inna sprawa. Corp-Techowi nigdy nic takiego nie udowodniono, co nie znaczyło, że nie miało miejsca.
- Key, starczy na dzisiaj - Mik wydawał się w miarę usatysfakcjonowany odpowiedziami - zasłużyłeś na papu i piciu.
- Nie do końca - wtrąciła Marlene, podchodząc bliżej. - Wasza sieć energetyczna była połączona z innymi? Czy w ten sposób da się wskazać lokalizację, na przykład z pomocą billingów z elektrowni?
- Być może - odparł z wahaniem. - Ale to byście musieli wrócić na miejsce i tam próbować. Zręczny haker może dałby radę, ale równie dobrze może wpaść. Tak samo jak z próbą wywabienia gościa. Ja nie ryzykowałem.
- Prędzej znajdziemy coś przez to łącze - stwierdził cyborg. - Musieli się podpiąć pod jakiegoś dostawcę sieci. Wszystko? - zapytał Marlene.
Gdy potwierdziła Mik napoił netrunnera, po czym oswobodził mu ręce i wręczył batonika.
- Do kolacji półtorej godziny - zwrócił się do kobiety. - Jak chcesz to zdążymy jeszcze zajechać do marketu i zapewnić mu trochę wygód.
- Możemy, ale poradzę sobie też sama. I tak muszę kupić kilka rzeczy - odpowiedziała. - Więc twój wybór czy chcesz mnie dalej oglądać - jeden kącik ust drgnął jej odrobinę, a następnie zwróciła się do TechNicsa - Jesteś w stanie sam zrobić sobie skan komponentów? Jak coś uległo uszkodzeniu i wymaga wymiany, mogę załatwić serwis. Wolę byś był w pełni sprawny i nie dostał wewnętrznego krwotoku pozostając pod moją opieką. - “Zanim się okażesz w pełni przydatny” mówiło jej spojrzenie, nie wypowiedziała jednak tych słów na głos. Zamiast tego pogładziła netrunnera po policzku czułym gestem.
- Jakbym miał wewnętrzny krwotok to już bym nie żył - syknął, próbując odsunąć się od jej dotyku, choć wyglądał jakby mu policzki poczerwieniały. - Wszystko co najważniejsze jest sprawne, dzięki za troskę - dodał z wyraźnym sarkazmem.
- Ja mu mogę zrobić serwis - Mik uśmiechnął się paskudnie. - Jak już jestem to pomogę, furą będzie wygodniej przewieźć zakupy niż twoim wehikułem. Myślę, że styknie przykuć go za rękę do rury, będzie mógł się rozprostować i załatwić. Materac, koce, srajtaśma i wiadro, czyste ciuchy, jakiś prowiant... tyle luksusów powinno mu wystarczyć, co nie?
- To miejsce ma lepsze rzeczy niż rura - wskazała na solidnie wmontowane w ścianę metalowe elementy “wyposażenia”. Przykuła do nich TechNicsa, zgodnie z obietnicą Mika na poprawę warunków. Kiedy wyszli na zewnątrz, wskazała na pomieszczenie niedaleko. - Tam mam jakieś stare materace i koce. Toaleta chemiczna i woda się przydadzą. Rzadko trzyma się tu kogoś długo. I piecyk. Chyba. Nie jest tu za zimno na same koce? - spytała, nie do końca to wiedząc.
Wzruszył ramionami.
- Mi z reguły ciepło, bo nie marzną mi ręce i nogi. Ale może grzejnik nie zawadzi. Kilometr stąd jest Home Depot - wymienił nazwę sieci hipermarketów z wyposażeniem wnętrz i sprzętem budowlanym.

Wyszli na zewnątrz. Znudzona Loop czekała w vanie.
- Jednak nie będziesz już dziś potrzebna - zwrócił się do niej Mik. - Sorki za fatygę, ale nie wiedzieliśmy tego wcześniej. Słuchaj, musimy jeszcze obrócić do sklepu, ale potem mogę podrzucić cię na Manhattan, albo gdzieś po drodze.
- No problemo, firma płaci mi za czas - odparła swobodnie, odrywając się od grzebania w jakiejś elektronice. - Mieszkam na Queens, zawieźcie mnie do mieszkalnej dzielnicy, pod jakiś przystanek metra i będzie git. A jakbyś chciał ożywić swoje rzeźby, wiesz jak mnie znaleźć.
- Odezwę się na stówę - powiedział z entuzjazmem, lecz po chwili westchnął. - Jak tylko będę miał chwilę wolnego. Gdyby płacili nam za godziny bylibyśmy już bogaci. Słuchaj, umiałabyś po stałym łączu, prawdopodobnie nielegalnie podłączonym, dotrzeć do dostawcy sieci?
- Jestem inżynierem, nie hakerem, bejbe - roześmiała się. - Potrzebujesz innego speca do takich zabaw.
- Key - uśmiechnął się. - Wiesz, zaryzykowałem, bo artyści bywają wszechstronni.
Home Depot był niemal w pełni zautomatyzowany. Projektory w strefie klienta wyświetlały naturalnej wielkości trójwymiarowe hologramy towaru, który pracownicy i roboty w ciągu kilku minut dostarczali do samochodu. Trwałoby to nawet krócej, gdyby mogli złożyć zamówienie po drodze, co jednak uniemożliwiała ledwo działająca sieć. Psyche szybko wklepała zamówienie, na które składało się niepsujące się jedzenie, duża ilość wody, papier toaletowy i ręczniki do wycierania, piecyk na baterię, jakieś ubrania i chemiczna toaleta.
- Niech ma szansę się doprowadzić do względnego porządku. Wysadź mnie pod tamtą fabryką, na spotkanie dojadę motorem. Urządzę mu mieszkanko.
I przy okazji zajmie się Azjatką, czego już głośno nie dodała.

Widz 24-11-2016 00:09

Kye przełknął kęs obiadu i już zapewne zabierał się do odpowiedzi, kiedy nagle zgasło światło i w pomieszczeniu zapanowała ciemność, rozjaśniana jedynie światłami miasta, którego nawet najbliższa okolica nie została pozbawiona prądu. To sugerowało, że padł tylko u Ann - w całym budynku lub tylko jej mieszkaniu.
Przez szklaną ścianę salonu, do pomieszczenia wpadało na tyle dużo światła, że po kilku sekundach oczy zaczęły sobie doskonale radzić w półmroku z rozróżnianiem kształtów.
- Może to tylko zwykła awaria? - Odezwała się Ann, ale sama nie wierzyła w wypowiadane przez siebie słowa. - Proponuję na wszelki wypadek przejść do sypialni. - Kontynuowała odkładając sztućce i wstając od stołu. - Tam jest przejście do dodatkowego pomieszczenia z wyjściem przy klatce schodowej. Stamtąd sprawdzimy, czy brak prądu obejmuje tylko ten lokal czy cały budynek. Kye, w gabinecie na blacie jest walizka i broń. Proszę zabierz je.
Wskazała drogę pozostałym gościom oraz wyraźnie zaskoczonemu kelnerowi.
Przed twarzą Remo rozbłysła holograficzna poświata jeszcze zanim padły pierwsze słowa Ann. Haker wstał i nie przerywając swojej pracy, udał się we wskazanym przez dziewczynę kierunku. Na sieć prąd nie wpływał, Kye sprawdzał połączenia bezprzewodowe w budynku, stan kamer i tego, do czego standardowo dało się podpiąć. Nieaktywność sprzętu wymagającego stałego prądu powinna powiedzieć mu, czy odcięte zostało tylko mieszkanie czy cały budynek.
- Zachowajcie spokój - Nathaniel wstał, sięgając pod marynarkę i bez większego zdziwienia dla rodziny, wyjmując spod niej pistolet. Jego słowa były bardziej skierowane do kelnera i być może Remo, który nieszczególnie ich potrzebował. - Ann, ile jest wyjść z budynku?
Susan przytuliła syna i wskazała Gastonowi kierunek. Nikt nie mówił, że Ferrickowie są normalni, skoro dokładnie wiedzieli jak się zachować w takich sytuacjach.

Szybko się okazało, że światło na korytarzu także zgasło, a Kye przeskanował całą okolicę. Doszukał się tylko kilka urządzeń bezprzewodowych, jak jego własne holo. Pozostałe zniknęły z sieci lub ukazywały się jako niedostępne i nieaktywne. Cokolwiek się stało, najwyraźniej odcięto prąd w całym budynku.
- Z budynku jest jedno wyjście główne przez hol z portiernią i cztery wyjścia ewakuacyjne bezpośrednio z klatek schodowych usytuowanych w czterech narożnikach - Poinformowała ojca młoda Azjatka prowadząc wszystkich przez sypialnie do garderoby, gdzie po odsunieciu sukienek przesunęła dźwignię uruchamiająca przejście do kolejnego pomieszczenia, którym okazał się pusty pokój, mniej więcej wymiarów sypialni, którego ściany pokryte były dziwnym, błyszczącym materiałem. - Denis wydzieliła ten pokój ze swego apatramentu i kazała w nim wykonać dodatkowe drzwi wejściowe. Prowadzą bezpośrednio na jedną z klatek. Ściany pokryte są specjalna substancją nie pozwalającą zajrzeć do środka nawet przy użyciu specjalistycznego sprzętu. Jesteśmy tu więc praktycznie niewykrywalni, Są też odporne na strzały ze standardowej broni. Po wyłączeniu prądu w budynku uruchamia się system alarmowy w firmie ochroniarskiej. Pewnie ktoś się pojawi niedługo by sprawdzić co się stało. Musimy więc przetrwać do tego momentu. - Mówiła prosto, rzeczowo i spokojnie. Choć w środku dosłownie gotowała się ze złości. Nie dość, że nie mogli skosztować doskonałego deseru, to jeszcze ktoś mógł zagrozić jej ukochanej rodzinie!
Remo niczemu się już nie dziwił. Podał Ann pistolet i walizkę, starając się mieć własne dłonie wolne. W pewnych warunkach wygodniej było pracować klasycznie, na klawiaturze i palce hakera migotały w powietrzu.
- Z tego co widzę, wyłączyli cały budynek.
Zanim chroniony pokój ich odetnie miał jeszcze zamiar sprawdzić, czy z któreś z bezprzewodowych urządzeń lub kamer na ulicy nie da mu jakiegoś lepszego spojrzenia na sytuację.
Dziewczyna otworzyła walizkę i wyciągnęła z niej głównego robota oraz małe urządzenia nadające się do śledzenia z kamerami na podczerwień. Włożyła dwa do głównego pomieszczenia, a następnie zamknęła drzwi od sypialni, zasunęła sukienki w garderobie przymknęła drzwi. Będzie można je zamknąć w każdej chwili, ale wtedy stracą komunikację z robocikami, dlatego wolała to zrobić w ostatniej chwili. Problem w tym, że komunikacja bezprzewodowa ciągle nawalała, co oznaczało utratę sygnału co kilka sekund.
Nathan Ferrick wiedział, że dobrze wyszkolił córkę, dlatego teraz dał jej przewodzić, samemu tylko trzymając się blisko wyjścia, z pistoletem gotowym do strzału. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo.

Najpierw rozległ się głośny tupot stóp, pojawiający się i znikający, słabo słyszalny. Zapewne schody. Potem rozległy się strzały. Nie w mieszkaniu Ann, ani nawet nie przed nim. Dotarły do nich z góry, piętro, może dwa wyżej, stłumione przez ściany. Dalej nastąpił krzyk, chyba kobiecy. Remo hakując co się dało dotarł do jednego holo, z którego ktoś rozpaczliwie pisał "strzelają na naszym piętrze, boże! chyba do naszych drzwi! pomocy! dzwoń po policję! Ochrona nie odbiera ja się chowam, boję się odezwać".
Paranoja nie była wcale taka zła. Nawet jeśli to nie ona była celem, przygotowanie do obrony i szybkość działania, były całkiem przyzwoite. Saperka popatrzyła na swoją rodzinę. Rolety na oknach nie były zasłonięte, więc widziała ich bardzo dokładnie. Była z nich dumna. Jak zawsze zachowali się doskonale:
- Wygląda na to, że jednak zjemy deser. - Powiedziała spokojnie, pakując z powrotem robota i zamykając walizkę. - W gabinecie mam jakieś świece.
- Ann! - spojrzenie, które otrzymała od matki było lekko zszokowane.
- Nie tak szybko, nie ruszajcie się stąd zanim nie przybędzie ochrona i policja - wtrącił Nathan, znacznie mniej zszokowany zachowaniem córki.
Remo spojrzał na Ann dziwnie, potem na jej ojca. Wrócił wzrokiem na ekran. Sieć rozłączało co kilka sekund, lecz standardowe holofony hakowało się szybciej.
"Wezwałem policję" - odpisał tej osobie, włamując się na konwersację i próbując przy okazji sprawdzić tożsamość. - "Widzisz ich?"
- Mam kontakt z kimś na górze. Ann, jakie zabezpieczenia ma ten budynek? - w przeciwieństwie do dziewczyny, Kye nie potrafił nic nie robić. Bohatera udawać nie zamierzał, lecz z tego miejsca mógł spróbować się do czegoś przydać.
- To zwykły budynek mieszkalny. - Dziewczyna podeszła do Remo spoglądając na jego ekrany. Do tej pory nie zwracała uwagi na to co tam się pojawiało. - Jak już mówiłam monitoring, który teraz nie działa i autoalarm powiadamiający ochronę w Private Security. Według ćwiczeń jakie były przeprowadzane powinni się zjawić w ciągu 7 minut od wyłączenia zasilania. Do mieszkań kody, ale jak rozwalili drzwi to i tak nie ma znaczenia. Nawiązałeś z kimś kontakt?

Na ekranie Remo zamiast odpowiedzi pojawił się obraz nagrywany przez kamerę w holo, co chwilę przerywany przez wadliwą sieć. Pokazywał głównie ciemność, przecinaną zbliżającym się światłem latarki. Potem wszystko zgasło - holofon został wyłączony przez właścicielkę. Kye zdążył zdobyć jej dane. Trisha Daniells, córka burmistrza, Reesa Daniellsa.
- Spróbuj dostać się na linię ochroniarzy - Powiedziała Ann zaglądając mu przez ramię. - Prześlij im informację, że powinni obstawić wyjście ewakuacyjne z klatki schodowej od południowego wschodu. Nie miałam pojęcia, że córka burmistrza też tutaj mieszka. Zdecydowanie powinni zainstalować dodatkowe systemy ochronne.
- Nie chciała się afiszować, lub nie zdążyła przestawić na tatuśka na stołku - Remo połączył się z witryną wspomnianej przez Ann firmy ochroniarskiej, wyszukał numer alarmowy i napisał wiadomość. - Gdyby nie wyłączyła holo, to mógłbym ją śledzić. Ostatni porywacze nie błyszczeli inteligencją, może ci tutaj mają swoje holo, sprawdzę to.
- Reese chce być głosem ludu, to idealista albo wariat - Nathan wtrącił, także zerkając na to co robił haker. - Jego córka pewnie miała mieszkać jak wszyscy inni, w dobrej dzielnicy ale normalnym budynku. Może wybrała sama. Ciekawe komu tym razem podpadł.
Głos żołnierza, był opanowany i spokojny, podobnie jak Ann. Susan nie zdradzała wiele na zewnątrz, lecz mocno tuliła do siebie syna. Gaston po prostu stał blisko ściany, ciągle w szoku.

Tymczasem Remo wysłał wiadomość do firmy ochroniarskiej, nie mając od nich żadnego potwierdzenia. Niekoniecznie musieli mu uwierzyć, nawet z kodem uwierzytelniającym Ann. Napastnicy w końcu jakoś dostali się do środka, wcale nie było powiedziane, że nie przez kogoś z mieszkańców. Haker namierzył też jeden przemieszczający się holofon, według namiarów z GPS był obecnie na rogu budynku, tam gdzie klatka schodowa. Niestety w ten sposób nie dało się określić wysokości, a tym samym również piętra. Ani powiedzieć, czy należał do jednego z mieszkańców, czy napastnika. Imię i nazwisko oraz numer niewiele mu mówiły, a hakowanie i zdalne poszukiwanie informacji było cholernie utrudnione przez rozłączenia co kilka sekund. Tylko swoim umiejętnościom murzyn zawdzięczał to, że cokolwiek się udawało.
Ann popatrzyła na Remo i zobaczyła z jaką determinacja próbuje pomóc kobiecie i z westchnieniem pochyliła się nad swoja walizką.
- Ok spróbuję jej jakoś pomóc - powiedziała wyciągając z niej niewielki pojemniczek, doczepiła do niego zapalnik i drut. - Skoro weszli tą klatką, prawdopodobnie będą nią wracać. Przygotuje dla nich małą niespodziankę. To pojemnik ze zmodyfikowanym Ortho-Chlorobenzylidenmalononitrilem, standardowym gazem paraliżującym. - Uśmiechnęła się lekko - Ostatnio na zajęciach robiliśmy doświadczenie, co się dzieje dzieje po zmieszaniu go z odpowiednim wyzwalaczem. Koledzy dosłownie padali jak muchy. Zamontuję drut w poprzek schodów. Mam nadzieję, że nie złapią się na to ochroniarze, ale oni mają jednak więcej pięter do pokonania i wspinają się w górę.
Po tych słowach założyła noktowizor:
- Wyjdę przez mieszkanie. Na wszelki wypadek lepiej nie otwierajcie tych drzwi, są nie tylko kuloodporne ale i dymoszczelne. - Wskazała na solidne, stalowe drzwi, prowadzące według jej słów bezpośrednio na klatkę ewakuacyjną.
- Jak są na klatce to może być już na to za późno - Remo wziął od Ann pistolet, śledząc kątem oka wyświetlony z boku głowy namiar na znalezione holo. - Musimy się pospieszyć. Wyjrzę pierwszy.
- Jeśli są na klatce sama aktywuję na nich fiolkę. - Powiedziała saperka zdejmując buty. Miały obcasy i trudno było poruszać się w nich cicho. Z walizki wyciągnęła jeszcze zwój sznurka i nożyk do cięcia. - Nie wchodź za mną na klatkę. Po aktywacji uruchom alarm przeciwpożarowy. Ten system działa niezależnie od braku prądu. Wentylacja usunie gaz w ciągu trzech minut, ale skutki paraliżu miną dopiero po kolejnych pięciu, więc masz tyle czasu na związanie porywaczy. - To mówiąc podała Remo sznurek i nożyk.

Eleanor 24-11-2016 02:36

To wszystko trwało za długo. Kiedy tylko Ann wyszła na korytarz, ku raczej dezaprobacie swojej rodziny, usłyszała tylko tupot stóp poniżej. Doskoczyła do barierki i wychylając się dostrzegła przynajmniej dwie postaci dwa piętra niżej. Jedna z nich dźwigała przewieszony przez ramię duży tobół, który niewątpliwie musiał być porwaną kobietą.
To była teraz kwestia szczęścia i dobrego rzutu. Dziewczyna oceniła odległość do spocznika, trzy piętra niżej. Uciekający powinni się na nim znaleźć za kilka sekund. Wychyliła się i z całej siły cisnęła pojemnik w wybranym przez siebie kierunku. Był szklany i i przy zetknięciu z twardą powierzchnią musiał się aktywować. Nawet jeśli przetoczy się i spadnie niżej, ludzie którzy poruszali się w dół, będą musieli przejść przez zatrutą strefę. Ann zastanawiała się czy mają maski. Trafiła prawie dokładnie tam, gdzie chciała. Nie wzięła może tylko pod uwagę szybkości pierwszego uciekającego, tego bez obciążenia. Zdążył minąć miejsce, w którym eksplodował pojemniczek, wyrzucając w powietrze chmurę dymu. Ten drugi przebiegł dokładnie przez nią, zrobił jeszcze kilka kroków, po czym zwalił się na schody, razem z "bagażem" sturlał się na półpiętro. Ten drugi zatrzymał się dopiero mniej więcej piętro niżej i zawahał. Musiałby cofnąć się w gaz. Ten, lżejszy od powietrza, rozrzedzał się jednak powoli i unosił do góry. Złapał się barierki, również odczuwając częściowo wpływ ciśniętej przez Ann chemii. Teraz zauważyła przewieszony przez jego ramię karabinek.
Saperka nie czekała dłużej. Otworzyła drzwi na klatkę, złapała broń, która trzymał haker, odbezpieczyła i strzeliła w kierunku trzymającego się barierki mężczyzny. Sporadyczne wizyty na strzelnicy tym razem okazały się niewystarczające. Chybiła, zanim strzeliła raz jeszcze, cel zebrał wszystkie siły i skoczył w tył, przywierając do ściany i znikając z pola widzenia Ann.
Dziewczyna zaczęła schodzić po schodach w dół trzymając się przy ścianie, z dala od duszy, przez którą, w górę klatki, przemieszczała się powoli, coraz bardziej rozrzedzona substancja. Boso poruszała się bardzo cicho. Miała jeden cel. Zatrzymać porywacza, by nie zdołał przejąć porwanej kobiety. Jeśli ochrona budynku się pośpieszy i poważnie potraktuje wiadomość którą przesłał im Kye, były na to całkiem realne szanse. Remo zastanawiał się, dlaczego pozwolił Ann na to wszystko. Pewnie przez zdecydowanie dziewczyny. To co wyprawiała teraz to już zakrawało na dużą przesadę, więc dopadł do niej szybko, kładąc dłoń na pistolecie.
- Wracaj - wskazał na klatkę i sukienkę uniemożliwiającą Ferrick sprawne działanie. - Zatrzymam go na tyle, by nie mógł zabrać dziewczyny.
Tym razem jego ton nie uwzględniał sprzeciwu. Jego plan był mniej ryzykowny: zostać na półpiętrze i pilnować tego dwa piętra niżej, gdzie obecnie leżały dwa ciała.
Ann zawahała się, ale w końcu posłusznie oddała mu broń, zdjęła też noktowizor i podała szepcząc:
- Lepiej zejdź jeszcze piętro niżej. Będziesz bardziej skuteczny i uważaj ten przytomny ma karabinek. Jak położysz się płasko na ziemi, będzie mu trudniej trafić.

Na schodzenie niżej nie było czasu. Zaraz jak Remo założył noktowizor, ten z dołu posłał w górę serię z karabinka. Ciągle gdzieś też rozpylał się gaz, a jego chmura powoli zapewne unosiła się w górę, o czym powinna pamiętać Ann. Dziewczyna cofnęła się na górę, gdzie czekał ojciec z gotową do strzału bronią, obserwując to wszystko w słabym świetle pochodzącym wyłącznie ze światełek awaryjnych na klatce.
- Co ty wyrabiasz dziewczyno?! - syknął do niej wściekle
Gdzieś w oddali zbliżały się syreny policyjne, a porywacz wykonał próbę podejścia pod miejsce, gdzie leżała córka burmistrza. Nie miał noktowizora lub zwyczajnie nie dostrzegł czającego się hakera, który strzelił zaraz jak zobaczył cel w miarę dobrze. Wydawało mu się, że trafił, lecz ciężko było potwierdzić - tamten zaraz znowu przypadł do ściany. Chwilę później Kye usłyszał tupot butów. Tamten chyba się poddał. Pozostał jedynie ten sparaliżowany, dwa piętra niżej.
- Ratuję córkę burmistrza - Odpowiedziała Ann spokojnie, rozbiła szklaną szybkę przy drzwiach wyjściowych i wcisnęła przycisk alarmu pożarowego. Natychmiast rozległ się charakterystyczny dźwięk oraz słodki, kobiecy głos, ostrzegający o niebezpieczeństwie i konieczności opuszczenia budynku. Powietrze na klatce poruszyło się, kiedy turbiny, zasilane niezależną energią, zaczęły tłoczyć do wnętrza, pod sporym ciśnieniem, chłodne powietrze z zewnątrz, wyciągając jednocześnie to, które było w środku. Remo wtedy był już kawałek niżej, ostrożnie kierując się w dół, mierząc cały czas z pistoletu w piętra poniżej. Trzymał się blisko ściany. Nie wiedział jak długo działa gaz Ann, wolał więc nie ryzykować, że powalony nim człowiek ocknie się i sięgnie po broń. Albo ten drugi wróci ze wsparciem.
Nathan zaklął cicho, wskazując jej drzwi do mieszkania.
- Zostań z matką - rzucił i sam pobiegł na klatkę schodową, gdzie Remo był już blisko leżących na półpiętrze ludzi. Drugi z napastników nie pojawił się nigdzie w polu wzroku, jego kroki też już nie docierały do uszu hakera, który przez chwilę poczuł się słabo, lecz przemógł to osłabienie, zapewne spowodowaną przez resztki gazu. Dotarł do sparaliżowanych, zanim niedoszłemu porywaczowi udało się przełamać w pełni swoją niemoc.
Ann posłusznie wróciła do bezpiecznego pokoju. Czasami należało zastosować się do polecenia. Zwłaszcza wydanego tak kategorycznym tonem.
Remo dobiegł do faceta i odkopnął na bok jego broń. Szybko obmacał, szukając jakiejś innej. Widząc zbiegającego po schodach Ferricka, pozostawił napastnika i zajął się kobietą, najpierw zdejmując z niej worek i ostrożnie sprawdzając obrażenia. Znów włączył ekran i użył alarmowego zgłoszenia, wzywając tym samym karetkę.
- Wezwałem karetkę, powinniśmy tu poczekać na gliny. Nie znam się na medycynie, ta dziewczyna może mieć wstrząśnienie mózgu, stoczyła się po schodach, a nie wiadomo co zrobili jej wcześniej. Dziewczyna była nieprzytomna, lecz żywa. Uderzyli ją w głowę, lub użyli jakiegoś środka - Remo nie był w stanie stwierdzić - nie widać było jednakże żadnych otwartych ran. Nathan zdjął powalonemu mężczyźnie pasek i związał nim jego ręce.
- Poczekamy - zgodził się z hakerem, który ciągle śledził punkt na GPS-ie, oznaczający, że właściciel aktywnego holofonu właśnie wybiegał z budynku. Cokolwiek się tam stało - na tej wysokości nie było nic słychać - to już tam został.
Niedługo później rozbłysło światło, oznaczając, że odcięty prąd znowu został przywrócony. Pojawiło się pogotowie, które zabrało dziewczynę, a także policja, która zakuła porywacza i zadała kilka podstawowych pytań, najwyraźniej resztę wyjaśnień pozostawiając na kiedy indziej, pewnie po dokładnym sprawdzeniu co stało się na górze i rozmowie z panną Daniells. Ann odpowiadała krótko i zwięźle, na koniec doradzając, by nie zostawiali córki burmistrza bez właściwej ochrony, jak bowiem zdołała się przekonać osobiście, ostatnio porywacze zrobili się strasznie zdeterminowani i mogą podjąć kolejną próbę porwania w szpitalu.

Gdy wrócili do mieszkania Ann poprosiła, nadal dość oszołomionego Gastona, o podanie deseru. Na szczęście pojemniki, w których przechowywano jedzenie z restauracji miały swoje własne zasilanie i nic nie naruszyło doskonałości produktów, z których należało wyczarować ostatnie danie przewidziane przez gospodynię na dzisiejszy obiad.
- Dla tych którzy wolą czekoladę proponuję suflet czekoladowy z sorbetem mandarynkowym polany gorącą czekoladą, a dla pozostałych lody waniliowe w białej czekoladzie, na herbatnikach Breton, polane sosem toffi na gorąco. Oczywiście jeśli ktoś ma wystarczająco dużo miejsca może zjeść oba desery. - Przy tych słowach uśmiechnęła się znacząco do Davida. Może i promował wegetarianizm, ale nie mógł się oprzeć słodyczom.
- Nigdy nie rezygnujesz, co? - Kye rzucił do Ann żartem. Pomimo wydarzeń i bądź co bądź zagrożenia życia, postanowił z deseru nie rezygnować, z ciekawością zerkając po rodzinie Ferricków. - Wasze życie zawsze jest tak... zorganizowane?
- Dlaczego mielibyśmy rezygnować z doskonałego deseru? - Dziewczyna mrugnęła do niego w odpowiedzi. - Przecież w sumie nic się takiego nie stało.
Przeniosła spojrzenie na kelnera:
- To mi przypomniało Gastonie, że miałabym do Ciebie jeszcze jedną prośbę, oczywiście dodatkowo płatną. Czy mógłbyś to, co pozostało z naszej kolacji, wraz z dwoma butelkami wina, zawieźć do głównej siedziby C-T i przekazać panu Robertowi Dorne?
- Wolałbym wrócić do domu - odpowiedział, uśmiechając się. Ale jego dłonie ciągle drżały. - Mogę kogoś jednak poprosić o podwiezienie tych rzeczy.
Wydarzenia wybiły mu z głowy nawet "zaloty" względem Susan, która zresztą również nie wyglądała na zachwyconą kontynuacją tej kolacji. David za to wyglądał na lekko podekscytowanego. Znając życie, wszyscy jego znajomi już wszystko wiedzieli, kiedy miał chwilę by coś napisać na holo. Teraz wcinał deser.
- Wygląda na to, że muszę cię przeprosić - Nathan odezwał się w stronę Remo poważnym tonem, z którego wyczytać coś było trudno. - To nie poznanie ciebie wpłynęło na to, że moja córka napotyka kłopoty. Wygląda na to, że sama się w nie pakuje, zupełnie nie używając przy tym głowy i zdrowego rozsądku.
- Ależ tatusiu - Ann odezwała się słodko. - Przecież to ty wychowałeś mnie nie na głupią, bezradną córeczkę, a na człowieka, który potrafi sobie radzić w każdej sytuacji. - Wzruszyła ramionami. - Mam nadzieję, że tego nie żałujesz, bo ja zdecydowanie nie i nie mam zamiaru teraz się zmienić. - Jednocześnie miała nadzieję, że ojciec nigdy nie dowie się o tym, w jakich akcjach już uczestniczyła do tej pory. W porównaniu z nimi, ta niedawno zakończona, była dziecięcą igraszką. Teraz też zrozumiała, dlaczego Denis nigdy nikomu poza nią nie powiedziała o swoim prawdziwym zajęciu. Jedna połowa rodziny dostałaby zawału, a druga zadręczałaby ją na śmierć, by z niego zrezygnowała.
- To nie jest tak, że sami szukamy kłopotów. Wygląda na to, że z każdą sprawą znajdujemy się w epicentrum wydarzeń - Kye zezował na udającą niewiniątko Ann. - Często nie da się nic nie robić. Odnośnie mojego hobby - zwrócił się do Susan - i udawania, że nic się nie wydarzyło. Duża część moich zainteresowań związana jest z moją pracą. Czasem trudno znaleźć czas na coś innego, szczególnie teraz - dotknął dłoni swojej dziewczyny. - Moje zainteresowania rozszerzają się do ogólnopojętej nowej technologii. Lubię też samochody i jazdę nimi, szczególnie jedną markę - uśmiechnął się. - Zdarzało mi się brać udział w amatorskich rajdach. A także aktywności fizyczne, w tym kilka bardziej ekstremalnych jak skoki ze spadochronem. Mój przybrany ojciec próbował mnie zarazić pasją polowania, lecz ostatecznie wyszło, że wolę strzelać do tarczy lub udawać żołnierza z pistoletem markerowym. W to ostatnie dawno się nie bawiłem - roześmiał się cicho. Z co najmniej kilku ironicznych powodów, potęgowanych zranieniem człowieka przed niecałą godziną.
Nathan pokręcił głową, wyraźnie nie do końca zadowolony z tego, jak sprawy się potoczyły. Z drugiej strony nie mógł wiele na to poradzić.
- Epicentrum czy nie, masz trzymać się blisko Dru - powiedział jeszcze do Ann, pozwalając też rozmowie zboczyć na inne tory. Susan wysłuchała Remo z przyjaznym uśmiechem na ustach - lekko tylko wymuszonym przez ciągle buzujące w żyłach emocje.
- Jestem pewna, że przynajmniej w tej technologii będziecie mieli o czym z Ann rozmawiać. Sama zajmuję się wszczepami, pewnie wiesz, ale nie udało mi się do tego przekonać córki. Woli konstruować zewnętrzne, samodzielne twory. I potem je wysadzać, jak mniemam - zaśmiała się cicho, także pozwalając, aby negatywne emocje i strach opuszczały to rodzinne spotkanie.

***

Kiedy drzwi zamknęły się za gośćmi i Gastonem, który wysłał jednego z pomocników z restauracji, do Corp Tower, z jedzeniem dla uwięzionego tam Dorne'a, Ann odwróciła się do stojącego z nią Kye:
- No i widzisz. Nikt nie pożarł cię na główne danie. TBA
- Bo na głównym daniu próbowano pożreć kogoś innego - zauważył trzeźwo Remo. - Twój ojciec nie był zadowolony z tego wszystkiego.
- Po prostu się martwi. Rozumiem go, bo też ich kocham i martwiłabym się, gdyby któremuś groziło niebezpieczeństwo. - stwierdziła dziewczyna. - Dlatego będziemy musieli niestety znosić ogon w postaci Dru.
- Wbrew pozorom, to może się przydać. Oprócz spotkań w Chinatown, tam będzie musiał zgodzić się czekać. Idziesz ze mną na spotkanie ludźmi od Alana?
- Tak - Podeszła do niego objęła w pasie i przytuliła się. - Mam nadzieję, że takie przerwy obiadowe jak dzisiaj nie będą się nam przytrafiały zbyt często. Ostatnio żyjemy w strasznym napięciu. Przydałoby się trochę relaksu. Ile właściwie mamy czasu do tego spotkania?
- Jest o dziewiątej, West Side na Manhattanie. Nie tak daleko - przytulił ją i nachylił, aby pocałować w czubek głowy. - Relaks brzmi dobrze, problem z nim taki, że przerwanie go będzie wyjątkowo trudne dzisiaj. Ciągle mnie wszystko boli - dodał żartobliwym tonem.
- W takim razie proponuję gorącą kąpiel i masaż. Co ty na to?
- Jestem za - zgodził się natychmiast. Wziął ją za rękę i poprowadził do łazienki. - Mówiłem ci już, że uwielbiam cię w sukienkach?
- Chyba coś słyszałam. - Zaśmiała się zdejmując sukienkę przez głowę jednym szybkim ruchem. Pod spodem miała jedynie czarne, koronkowe figi, które praktycznie nie zasłaniały niczego. - a co myślisz o takim stroju? - Zapytała zalotnie kołysząc biodrami.
- Uważam, że jest niezwykle uroczy, szczególnie jego górna część - roześmiał się, zdejmując marynarkę i rozpinając koszulę. - Doceniam tak samo jak subtelne, zmysłowe odsłanianie przyjemnych dla oka fragmentów.
Zaśmiała się rozbawiona. Wsunęła palce pod koronkę i wolno zsunęła ją w dół, ocierając po jasnej skórze.
- Czy coś takiego miałeś na myśli?
- Też - białe zęby murzyna błysnęły w uśmiechu. - Jak również taki strój, jaki miałaś na naszej randce w podniebnej restauracji.
Rozpiął koszulę, odkładając ją na bok.
- Gdzie idziemy na tę kolację? Może ubiorę się w coś podobnego? - Ann weszła pod prysznic, a woda uruchomiła się na jej polecenie głosowe.
- Smoke Jazz & Supper Club - odpowiedział, kończąc się rozbierać. Miał znacznie więcej części garderoby niż ona. - Niewielkie miejsce, porządne, zaciszne. Tyle dowiedziałem się przez sieć, bo nigdy tam nie byłem.
- Ja byłam nawet całkiem niedawno z kuzynką Nathalie, w ramach odchamiania mojej osobowości. Dają tam całkiem przyjemne koncerty na żywo, jeśli oczywiście ktoś lubi ten typ muzyki. - Polała płyn do mycia na dłoń i zaczęła go rozsmarowywać po torsie Kye, powoli przesuwając dłonie coraz niżej. - Wnętrze kameralne, nastrojowe, raczej w stylu vintage niż wykwintnie.
- Swoją drogą, nie wiedziałem, że gustujesz w drogich restauracjach - zauważył, odwdzięczając się dotykiem za dotyk. - Kobieta wielu osobowości? - zaśmiał się.
- Że znam i bywam, nie znaczy że lubię. - Wzruszyła ramionami - Moja rodzina lubi, a przynajmniej jej znacząca część. Osobiście wolę dobre, amerykańskie burgerownie. Przecież wiesz. Odwróć się, umyję ci plecy.
- Różnorodność nie jest zła. Polecam szczególnie obiadki z korporacyjnymi szychami - posłusznie spełnił polecenie, śmiejąc się. - Ale nie powiem, mogę ich znosić, jak będziesz się pojawiać w kuszących sukienkach.
- Nie przepadam za nudziarzami w garniturkach. Jeśli mogę, omijam ich z daleka, więc nie bądź zdziwiony, jeśli będę się od takich okazji wykręcać. - Również ze śmiechem odpowiedziała dziewczyna kolistymi ruchami myjąc mu plecy, a potem pośladki.
- Co za pech. W takim razie muszę ciągle sam zabierać cię czasem do podobnych miejsc, żebym miał okazję sobie popatrzeć - sięgnął rękami do tyłu i przytulił ją na chwilę do siebie. - Dzisiaj nie wiem jak będzie. To spotkanie w interesach. Maroldo jest bardzo prostym facetem. Dla Alana pracują obecnie jeszcze dwie kobiety. Obie raczej nie są szczere w swoim zachowaniu sądząc z tego co można się o nich dowiedzieć. Jedna z nich prawdopodobnie się pojawi.
- Sądząc po tym co widziałam na wernisażu Maroldo nie jest taki całkiem prosty. Artyści nigdy tacy nie są. - Ann objęła go rękami i zaczęła intymnie pieścić - Ciekawe co udało im się wyciągnąć z tego netrunera. Nie mogłam się dzisiaj dodzwonić do Felipy. Nie odpowiedziała też na moje wiadomości.
- Mmm... - wymruczał, oddając się we władanie dziewczęcych dłoni. Nie miał przy tym głowy do poważnych spraw. - Jest prosty. Z duszą artysty czy nie, mówię o spojrzeniu na świat. To odświeżające nawet. Może też będzie coś o Felipie wiedział.

Sekal 24-11-2016 11:10






Psyche, Mik, Ann, Kye


Godzina 9:00 pm czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Smoke Jazz & Supper Club
Manhattan, New York


Spokojna, jazzowa muzyka wypełniała uszy zaraz po wejściu do Smoke Jazz & Supper Club, zagłuszając częściowo szmer wielu prowadzonych w klubie rozmów. Mnóstwo małych stolików rozstawiono wokół sceny, gdzie zespół przygrywał ludziom do późnej kolacji. Była sobota, miejsca tego typu zawsze wypełniał tłum spragnionych tak zwanej kultury mieszkańców Nowego Jorku. Dzisiejszy dzień stanowił pewien wyjątek od reguły, w którym większość postanowiła zostać w domu. Dzięki temu znalazł się wolny stolik mogący pomieścić czwórkę przybywających tu w zupełnie innym celu osób. Kelner prowadził, podawał klasyczną kartę dań i osobną dla napojów i oddalał się jeśli ktoś nie chciał zamówić czegoś od razu. Przyciemnione światła pozwalały na odrobinę prywatności. Najciemniej i tak bywało pod latarnią. Gwar i muzyka uniemożliwiały postronnym zrozumienie cichej rozmowy.

Psyche zdążyła poprawić byt obojgu swoim gościom, ponownie lawirując pomiędzy prawdą i kłamstwem. Wobec nich, Mika i siebie samej, co nie było przecież niczym nowym. Żyła w kłamstwie, będącym jej największą siłą i słabością jednocześnie. Nie mogła sobie jeszcze pozwolić na słabość, na to ciągle o wiele za wcześnie. Szczególnie, że Michael przypomniał sobie o niej. Albo pamiętał nieustannie, lecz przekonano go o istotności jej obecnej misji.
"Gdzie jesteś? Przyjedź do mnie jak tylko będziesz mogła."
Rozkaz. Polecenie. Nie do odmowy.
Do zwodzenia i kłamstwa, co najwyżej. Była jego zabawką. Zabawką ich wszystkich.

Mik nie miał tego typu stresów. Chwilo nikt nie nastawał na jego życie, lecz tym razem dostał też misję na tyle szeroko zakrojoną, że mógł sobie wyobrażać, że staje sam naprzeciw całego przestępczego światka. To była ciekawa wizja, bardzo artystyczna. Czytał właśnie w wiadomościach o próbie porwania córki burmistrza, kiedy jego holo odezwało się, wyświetlając twarz Maxwella Goodmana. Zdaje się, że nie zapomniał o Maroldo pomimo okoliczności zaistniałych na otwarciu galerii.
"Znalazł się potencjalny klient chętny zakupić twoje dzieła, ale chciałby się spotkać. Wysyłam ci jego numer, mam nadzieję, że się dogadacie. Nie przejmuj się wczorajszym!"
Czy Mik się przejmował? Pewnie wieloma sprawami na raz. Widziano jego twarz, być może zapamiętano, być może nawet jego mieszkanie nie stanowiło obecnie bezpiecznego schronienia. A postępy w łapaniu Zbawiciela trudno było nazwać istotnymi. Kropka Higgsa świeciła gdzieś na GPS na granicach Bronxu. Wysłał swój numer kontaktowy. Wzorowa współpraca. Ha.

Dru zjawił się przed czasem i cierpliwie czekał, aż ci co miał ich ochraniać wyjdą z mieszkania. Przyjechał samochodem, nie musieli więc martwić się o transport. Wspomagany i wyszkolony, ubrany w garnitur, pełen profesjonalizm.
- Witam państwa. Proszę pobrać mój numer z holofonu, chciałbym mieć z państwem stały kontakt. Pani ojciec powiedział, że będzie pani współpracować - zwrócił się do Ann. To ją miał głównie ochraniać, Remo miał tu wolną rękę. Nathan Ferrick nie miał na niego wielkiego wpływu, nawet jeśli chciał.
Nieudane porwanie córki burmistrza przedostało się jakimś cudem do mediów. Kolejny przykład jak trudno było cokolwiek ukryć w obecnym świecie. Przynajmniej nie zostały podane żadne nazwiska, ani pokazane twarze osób, które pomogły udaremnić porwanie. Bo do tej informacji dziennikarze także się dobrali. Na firmowe holo hakera oraz Ann przyszły nawet wiadomości zapraszające ich do Daniellsa, który pragnął podziękować osobiście. W terminie im samym odpowiadającym. Dziewczyna dostała też inną wiadomość, od swojej matki.
"Podobno kręciła się u nas jakaś policjantka szukająca "panny Ferrick". Pozostawiła numer, z prośbą o kontakt." No cóż, ostatnio zamieszani byli w tyle różnych wydarzeń, że trudno było zgadnąć czego może to dotyczyć.

Cała czwórka docierała do Smoke Jazz & Supper Club mniej więcej w tym samym czasie. To mogło być nawet przyjemne, wieczorne spotkanie w miłym miejscu. Mogłoby, gdyby nie ciężar informacji, którymi musieli się wymienić. I nawiązać współpracę? Być może, bowiem ich sprawy krzyżowały się bardziej i bardziej, tworząc nieprzyjemny do rozwiązania supeł.
Z drugiej strony, może lepiej było podejść do tego lekko, taki lek na całe zło, powagę równoważyć swobodą. Gdzieś daleko ginęli nieznani im ludzie, lecz czyż nie było tak od zawsze?



Widz 25-11-2016 19:35

Umilkł, przez kilka długich chwil delektując się dotykiem ciała i dłoni Ann, samemu także czule sunąc palcami po delikatnej skórze dziewczyny, która w końcu przesunęła się do przodu, obejmując go za szyję i unosząc nogę na jego biodro w zachęcającym geście. Nie trzeba mu było powtarzać. Chwycił ją mocno za biodra i uniósł, opierając o ściankę prysznica i całując mocno w usta. Przylgnął całym ciałem, przyciskając ją do kafelków i siebie. Druga noga Ann także owinęła się wokół sprężystego ciała otwierając ją szeroko na jego wejście. Popatrzyła mu w oczy przez strugi wody i uśmiechnęła zmysłowo oblizując usta. Uznał to za zaproszenie. Powoli, smakując każdą sekundę, wszedł w nią na całą długość, tym samym jeszcze bardziej dopychając na ściankę. Odpowiedział spojrzeniem i uśmiechem, szybko przymykając oczy z odczuwanej błogości. Rozkoszowała się tym momentem pełnego połączenia nie zamykając oczu. Taka bliskość możliwa była tylko dla ludzi połączonych ze sobą czymś więcej, niż jedynie potrzeba seksu. Ciepła woda zmysłowo opływała ją tam gdzie nie dotykało jej rozpalone ciało. Po dłuższej chwili zacisnęła się, a potem poruszyła lekko, zachęcając kochanka do dopełnienia aktu. Brał wszystko co mu dawała. Piękno, intymność, namiętność, rozkosz. Pchnął. I znowu. Śliskie ciała ocierały się o siebie, dodatkowo drażniąc wszystkie zmysły. Pocałował znowu, przelewając całą gamę pozytywnych emocji. Z jej ust wydobył się cichy jęk, a nogi zacisnęły mocniej w odruchowej reakcji na odczuwaną przyjemność, ręce przesunęły wyżej i wplotły we włosy Kye. Sutki drobnych piersi, sztywne niczym żołnierze na warcie, otarły się o jego skórę. Namiętność zawładnęła ruchami, co było łagodnym pchnięciem, zamieniało się w pożądliwe posunięcia. Ciała o ciało i kafelki, gdy przesuwał niewielką Ann po nich, nie ustając w swoich wysiłkach przyniesienia chwili pełnego uniesienia im obojgu. Kontrolował się w tym akcie spełniania wzajemnych potrzeb, nieustannie pracując najpierw nad nią, wchodząc do końca gorącego, ciasnego przejścia i pragnąc słyszeć dźwięki samoistnie wypływające z ust Ann, która rozkoszowała się każdą chwilą coraz bardziej zbliżając do szczytu. W końcu jej ciało naprężyło się i eksplodowało w gwałtownych wstrząsach, a z ust wypłyną pełen satysfakcji krzyk. Jakby na to właśnie czekał. Jego orgazm wypełnił ją po kilku następnych, mocnych pchnięciach, dźwięk własnej rozkoszy zlał się z końcem kobiecego krzyku. Zatrzymał się, wraz z falami orgazmu napięcie ustępowało z jego ciała przytulonego do ciągle trzymanej i opartej o ściankę prysznica Ann.

Po dość długiej chwili dziewczyna poruszyła się lekko i uśmiechnęła. W jej oczach było widać zadowolenie, satysfakcję, ale jeszcze zdecydowanie więcej:
- Cudownie odprężająca kąpiel. - Pogładziła Remo po policzku. - Szkoda, że musimy niedługo wychodzić.
Pozwolił jej osunąć się w dół i stanąć na własnych nogach i westchnął odrobinę teatralnie.
- Niestety. O ile taki prysznic jest cholernie przyjemny, to jednocześnie pozostawia wielki niedosyt - zlustrował całe jej mokre ciało, uważnie śledząc spływającą po niej wodę. - Nasz ochroniarz pojawi się pewnie za jakieś pół godziny.
- To chodź do łóżka. - Podeszła do ściany i wysunęła z ukrytej tam półki podgrzane ręczniki. - Zrobię ci ten obiecany masaż.
Wziął od niej jeden z nich i zaczął od wycierania dziewczyny, czerpiąc z tego dużą przyjemność. Potem wytarł siebie, owijając się na koniec ręcznikiem w pasie z przyzwyczajenia.
- Zrewanżuję się czymś jak uda nam się wrócić o przyzwoitej porze. Ostatnio spędzam u ciebie więcej czasu niż u siebie.
- Całkiem mi się to podoba - powiedziała prowadząc go do sypialni i popychając na łóżko. Wzięła po drodze flakonik z balsamem, więc od razu dołączyła do niego siadając mu na biodrach. - Myślisz, że ten ręcznik jest ci potrzebny?
- Myślę, że lubię jak mnie rozbierasz - roześmiał się, układając się wygodnie na łóżku. Rozleniwienie natychmiast objęło całe ciało. Podłożył dłonie pod głowę, resztę pozostawiając Ann.
Odpowiedziała mu uśmiechem, uniosła się lekko i zsunęła z niego przesłaniający ciało kawałek bawełny odrzucając go na bok. Potem nalała na dłonie odrobinę olejku i zręcznymi ruchami zaczęła nacierać jego ramiona, tors i biodra. Przymknął oczy, z błogością oddając się jej dotykowi.
- Myślisz, że to wspólna praca i zagrożenie tak nas do siebie zbliża? Normalnie chodzimy na randki, teraz niemal u ciebie mieszkam.
- Na pewno w dość dużej mierze. - Uśmiechnęła się - To chyba jednak nic złego prawda? - Jednocześnie nie ustawała w masowaniu poszczególny partii jego mięśni, teraz przesuwając się na uda i łydki.
- Od adrenaliny można się uzależnić, a związki oparte na ekstremalnych przeżyciach nie są trwałe - nie było wiele powagi w jego słowach.
- Mam nadzieję, że takie chwile jak teraz będą stanowić jedynie przerywniki w naszym codziennym, nudnym życiu. - Odpowiedziała równie żartobliwie. - Odwróć się teraz na brzuch - Dodała tonem sierżanta.
- Tak jest! - zameldował, nie mogąc jednak strzelić obcasami. Odwrócił się tak jak zasugerowała. - Wiesz, lubię te chwile. Zdecydowanie nie zagrożenie życia, ale zagadki i wyzwania, zmuszanie do działania, przerywane chwilami z Tobą. Nie chcę starzeć się na farmie jak mój przybrany ojciec. Swoją drogą, muszę Cię kiedyś do niego i reszty zabrać.
- Chętnie poznam toją rodzinę. - Azjatka z zaangażowanie zabrała się za tylne partie jego mięśni. - I też nie mam nic przeciw przygodom, choć nie przepadam, kiedy do mnie strzelają i kiedy to co robię zagraża rodzinie. Tego w sumie nienawidzę!
- To lubią wyłącznie psychopaci - roześmiał się. - Myślałem, żeby jednego dnia w święta ich odwiedzić, ale nie mam pojęcia co z tego wyjdzie. Ojciec mieszka w Kentucky, kiedy spadnie śnieg to jest tam pięknie. I można oszaleć z nudów na dłuższą metę.
- W pierwszy dzień świąt mamy obiad rodzinny u babci Dorothy. To niemożliwe, by się z niego wykręcić. Zresztą - Pogładziła go po plecach - ja lubię te spotkania. No i będziesz mógł poznać pozostałą część mojej rodziny.
Milczał przez kilka sekund, zanim się znowu odezwał.
- Nie sądziłem, że chcesz mnie ze sobą zabrać. Obiad z rodzicami to jedno, święta to jakby większy kaliber.
Na chwilę znieruchomiała, a kiedy podjęła masaż kontynuowała poważnie:
- Traktuję to co jest miedzy nami bardzo poważnie. Babcia Dorothy nie byłaby zadowolona, gdybym Cię nie zaprosiła. Wiesz, ona tak naprawdę nie jest moją babcią, tylko żoną brata mojego ojca, ale praktycznie wychowywała go od trzeciego roku życia. Wraz ze swoją siostrą uratowała jego i dwójkę własnych dzieci przed tym szaleństwem w 2016r. To naprawdę niesamowita historia.
- Musisz mi ją opowiedzieć - spojrzał na Ann z uśmiechem. - Teraz chyba jednak powinniśmy się zbierać. Mam nadzieję, że to wcale nie będzie zły wieczór.
- Opowiem na pewno. - Pocałowała go w ramię, wstała raźno z łóżka i pobiegła do garderoby. - Skoro tak lubisz ładne suknie ubiorę jakąś specjalnie dla ciebie. - Zawołała już z wnętrza.
- Nie mogę się doczekać - odpowiedział, powoli zwlekając się z łóżka. Po ubrania musiał wracać do łazienki. Na szczęście nowoczesny materiał nie miął się, ani specjalnie nie brudził.

Po kilku minutach z garderoby wyłoniła się Ann, w czarnej eleganckiej sukience i wieczorowym makijażu. W uszach miała wielkie, srebrne kolczyki, a na przegubie, szeroką bransoletę z platyny nabijanej diamentami. Uniosła w górę rękę i powiedziała z rozbawieniem:
- Prezent od babki Dorothy na dwudzieste pierwsze urodziny. Pomyślałam sobie, że skoro idę w towarzystwie dwóch postawnych facetów, to mogę sobie pozwolić na jej założenie.
Remo bez krępacji przesunął po niej wzrokiem i uśmiechnął się szeroko.
- Ta babka ma dobry gust - mrugnął do niej, samemu też będąc już gotowym do wyjścia.

Lady 30-11-2016 19:19

Psyche w klubie jazzowym pojawiła się jako pierwsza. Potrzebowała więcej pewności siebie i opanowania, wybrała więc swój własny wygląd z drobnymi modyfikacjami. Skóra nie była tak blada, a włosy sięgały za ramiona. Ubrała także obcisłą sukienkę przed kolano, z odważnym dekoltem i w swoim ulubionym kolorze. Na wysokich obcasach bez trudu zwracała uwagę, ciesząc się z drobnych spojrzeń gości i prowadzącego ją do stolika kelnera. Usiadła i na razie odsyłając obsługę wertowała kartę, zakładając nogę na nogę.
Mik dotarł chwilę później.
W dżinsach i skórzanej kurtce średnio pasował do miejsca, ale też nie odstawał zbyt mocno. Na ścianach wisiały stare zdjęcia z gośćmi ubranymi w garnitury i smokingi, jednak współcześnie dominował styl bardziej casualowy: zwykłe porządne ubrania oraz modne obcisłe kostiumy korporatów, podkreślające wyrzeźbione na siłowni lub przez chirurgów wysportowane sylwetki. Wbrew nazwie klubu palić też już oczywiście nie było wolno.
- No no… - zmierzył wzrokiem Psyche, po czym skomplementował ją z uśmiechem. - Klasa.
Powiesił kurtkę na wieszaku, zostając w czarnej koszuli i usiadł.
- Sorki, mosty wciąż zapchane - usprawiedliwił spóźnienie.
- Lubię dobrze wyglądać - Psyche przywitała go spojrzeniem i uśmiechem, wygładzając nieistniejące zagięcie na sukience.
- Założę się, że wszyscy mężczyźni na tej sali mi teraz zazdroszczą - powiedział. - Stwierdzam, że to… przyjemne. Sądzisz, że po zmianie wyglądu jestem przystojny? - dodał, jakby zaskoczony tą myślą.
- Sądzę, że tak - zatrzepotała rzęsami, patrząc na niego łakomym wzrokiem. - Mocne trzy na dziesięć - kącik ust uniósł jej się w najmniejszym z uśmiechów.
Roześmiał się głośno, odchylając głowę.
- Muszę naciągnąć firmę na więcej... Cholera, przecież Remo mnie nie pozna - zreflektował się, odszukał wygrawerowany na blacie numer stolika i przesłał hakerowi.
- Jak następnym razem będą mnie zmieniać pozwolę ci zaprojektować mi twarz - zaproponował Psyche. - Taka mała zabawa w stwórcę, co ty na to?
- Och tak, to może być bardzo… fascynujące - odłożyła kartę alkoholi, wiedząc co wybierze zanim w ogóle na nią zerknęła.

Remo odebrał wiadomość od Maroldo już po wejściu do Smoke Jazz & Supper Club. Nowa twarz zaskoczyła hakera jedynie odrobinę, nie potrzebował jej jednak. Bez większego problemu rozpoznał bowiem Psyche, której wizerunek obejrzał sobie w tej ściśle tajnej bazie pracowników Corp Techu. Poprowadził Ann prosto do stolika, gdzie siedzieli we dwoje. Sam pasował do wnętrza, w swojej marynarce i koszuli pod nią, tym samym stroju co na rodzinnym obiedzie. I tak samo o piętnaście lat młodszy od tego, co ostatnio widział Maroldo.
- Dobry wieczór - uśmiechnął się, tym rodzajem uśmiechu przeznaczonym na oficjalne okoliczności. - Poznajcie Ann - przedstawił Azjatkę, przytulając ją odrobinę. - Nasze sprawy łączą się ze sobą, jej obecność w niczym więc nie przeszkadza - odsunął przed dziewczyną krzesło, jednocześnie przedstawiając upoważnienia i powód wizyty. Zerknął przelotnie na Mika i dłużej na Psyche, ciekaw jej reakcji. Mieli w końcu rozmawiać o sprawach tajnych z punktu widzenia firmy.
Azjatka ubrała się może bardziej elegancko niż wymagały tego standardy lokalu, ale skoro takie stroje podobały się Kye, postanowiła zrobić mu przyjemność. Mocny makijaż pasował do kolacji, a błyszcząca na jej przegubie, szeroka bransoleta błyszczała od diamentów. Jeśli były prawdziwe, musiała kosztować fortunę
- Poznaliśmy się już wczoraj na wernisażu - Uśmiechnęła się do Maroldo i dodała z uśmiechem. - Choć wyglądałeś wtedy… bardziej pasująco do swoich dzieł.
Przeniosła spojrzenie na Psyche i siadając na odsuniętym dla niej miejscu, powiedziała wyjaśniająco:
- Pracowałam już dla Dirkauera i w sumie jestem wolnym strzelcem C-T.
Dru, który trzymał się nieco z tyłu, skromnie zasiadł przy wolnym stoliku niedaleko. Miał ich w zasięgu wzroku, ale nie mógł słyszeć prowadzonej rozmowy.
Mik na pierwszy rzut oka nie poznał Remo, dopiero głos Murzyna sprawił, że uśmiechnął się pod nosem i pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Dobry wieczór. - wstał i uścisnął dłonie przybyłym. - Nie tylko ja się zmieniłem.
- Psyche, moja nowa partnerka - przedstawił swoją towarzyszkę, która uniosła się odrobinę i także wyciągnęła dłoń na powitanie.
- Jestem pewna, że sławny Key Remo dobrze wybiera swoich współpracowników… - zawiesiła głos z lekkim uśmiechem błąkającym się na ustach - ...i nie tylko - dodała odczytując gest i ściskając delikatnie dłonie obojga. Usiadła ponownie na krześle i zerknęła na Mika, niewielkim gestem wskazując w stronę Murzyna.
- Patrz, tak wygląda przystojny mężczyzna. Naturalny wygląd, odrobina wygładzenia. Nad twoją kanciastością będziemy musieli popracować.
Maroldo zaśmiał się krótko, lekko zaskoczony, że Psyche podjęła zaczęty przez przybyciem pozostałej dwójki temat.
- Urodziłem się kanciasty - usprawiedliwił się, gładząc kwadratową szczękę. - Jakbym już wtedy przeczuwał, że będę maszyną. Ale kanciaste rzeczy mają zalety: są stabilne i dają oparcie. Na rzeczach i ludziach zbyt gładkich łatwo się poślizgnąć.
Remo uścisnął dłonie obojga i usiadł zaraz po Ann.
- Uważasz, że jestem śliski, Maroldo? - rzucił lekkim tonem, uśmiechając się przy tym. Przejrzał kartę napoi, nie interesując się zupełnie jedzeniem. - Czego się napijesz? - spytał Azjatki.
Mik marszcząc brwi i gładząc po brodzie, w udawanym skupieniu świdrował wzrokiem Kye’a.
Pozorował przy tym pełną powagę, lecz przeczyły temu lekko uniesione kąciki ust.
- Nieee, raczej nie - pokręcił wreszcie głową odpowiadając hakerowi, a następnie wyszczerzył. - Choć bardziej statecznie wyglądałeś z przyprószoną siwizną brodą. Jeśli o mnie chodzi to nie zmieniłem wyglądu, żeby podobać się Psyche.
- Twoja mama ocaliła mi wczoraj życie - zwrócił się do Ann. - Po wernisażu Free Souls czy jakieś ich przydupasy próbowali mnie porwać. Miałem inne plany, więc zabiłem kilku, potem oni mnie, na koniec znów ja ich. W każdym razie, jak myśleli, że jestem martwy zawieźli mnie do swojej dziupli. To magazyn należący do Kalisto. Nie zdążyłem go zwiedzić, bo musiałem dość pilnie odwiedzić szpital.
- Moja matka traktuje swoją pracę jak powołanie. - Azjatka uśmiechnęła się do cyborga i dodała żartobliwie: - Gdyby była katoliczką pewnie uznaliby ją za świętą. Poproszę lampkę czerwonego, półwytrawnego wina. - Odpowiedziała na pytanie Remo, a potem kontynuowała:
- Swoją drogą to czwarta próba porwania o jaka ocieram się w ciągu ostatnich godzin. Możecie coś więcej opowiedzieć o tej sprawie?
- Nas próbowano zabić dzisiaj dwa razy - Remo wyglądał jakby traktował to nieco humorystycznie - więc nie czuj się wyjątkowy, Mik.
Krótkim gestem przywołał kelnera i zamówił karafkę czerwonego wina, pytająco zerkając na pozostałą dwójkę. Kiedy zamówili i kelner odszedł, powrócił do przerwanego wątku.
- Wy uderzacie w skutek, my znaleźliśmy przyczynę. Skoro przechodzimy do rzeczy to zacznijmy od was - skinął im głową. Pytanie zadała już Ann, więc nie powtarzał. I tak mieli mnóstwo kropek do połączenia, w grę wchodziła więc maksymalnie jedna kwestia na raz.
Psyche zamówiła martini i nie ukrywając ciekawości, spojrzała na Ferrick a następnie na Remo.
- Prowadzimy ciekawe życie, nieprawdaż? - spytała lekko unosząc brew, choć samo pytanie było retoryczne i nie czekała na odpowiedź na nie. - Ja nie zostałam porwana, opowiem jednak jak widzę to swoimi oczami, ze względu na różnicę względem spojrzenia Mika. Otóż - zaczęła po sekundzie przerwy - spotkaliśmy się osobiście z dwoma rodzajami porwań. Nie liczę porwania Maroldo, bowiem to osobista zemsta za wtrącanie się w sprawy gangów. Pierwszy rodzaj dotyczy dzieci, drugi hakerów i netrunnerów. Oba przypadki związane są ze wszczepami. Wkładają je ofiarom do głów i wykorzystują do manipulacji nimi. Netrunnerzy pracowali dla kogoś, kogo w światku nazywają Zbawicielem. Nie mamy na to bezpośrednich dowodów, ale powiązania są tak silne, że nie wierzę w przypadek. Ten sam Zbawiciel jawi się jako przywódca grupy zwanej Free Souls. Jest jak na razie nieuchwytny, posługuje się innymi ludźmi. Uważam, że to wszystko uchodzi na sucho tylko dzięki zamieszaniu w innych miejscach i wojnie gangów. Nie wiadomo kto jest z kim, a kto przeciw komu, więc nikt sobie nie ufa. Idealne warunki do wejścia na rynek - opowiedziała neutralnym tonem sprawozdawcy. - To ogólne, moje spojrzenie. Teren fabryki, do której zabrano Mika, należy podobno do Kalisto. Nie wierzę jednak, że powiązanie i wina są tak oczywiste, na jakie obecnie wyglądają - dodała, patrząc na Mika i czekając na jego wersję. Ogólne przedstawienie sprawy wydało się jej konieczne przed wdaniem się w dalsze szczegóły.

Eleanor 30-11-2016 19:31

Ann zerknęła na Remo, jej niezawodna pamięć analizowała szczegóły informacji jakie otrzymali z różnych źródeł i starała się je połączyć w miarę spójną całość. Wypowiedź Artura Westa na temat poszczególnych prac studentów, ciekawie wplątała się w słowa kobiety. Doszła do wniosku, że może warto będzie przeczytać więcej niż dwie prace studenckie, powstałe w tamtym okresie. Może dopiero przebrnięcie przez wszystkie pozwoli poukładać całą łamigłówkę. Na razie jednak nie odezwała się, bo Psyche wyraźnie oddawała pałeczkę cyborgowi.

Ten chwilowo nie podjął tematu, bo do stolika podszedł kelner zebrać zamówienia. Mik do ostatniej chwili studiował kartę a w końcu zamówił sok z limonki oraz krabowo-małżowe ravioli.
- Twoja mama zabroniła mi pić alkoholu - poskarżył się Ann.
Dopiero gdy kelner odszedł wrócił do meritum.
- Generalnie zgadzam się z Psyche. Nad moim porwaniem nie ma co się rozwlekać. Namierzyli mnie po wozie, więc muszą mieć dostęp do monitoringu. Chcieli wziąć żywcem, żeby wydobyć dla kogo pracuję, czyli tego nie wiedzą. Trzy zdobyczne holofony przekazałem Dirkauerowi do rozpracowania w centrali. Tyle.
Co do Zbawiciela, czy też “Nadzorcy” jak go określał pilnujący porwanych netrunnerów Bloodboy, -to ponoć miał wrażenie jakby gadał z maszyną. Nasz jeniec podejrzewa, że porwanych może być więcej. Porwaniami dzieci zajmowały się różne podejrzane typy, w tym Terrence Madsen z CT, członek "Dzieci Rajneesha", poza tym hurtowo kupujący Odlot. Mam obciążające go zeznanie. - Wyciągnął rękę ponad stołem, podając Remo chip. - Zrobisz z tym co zechcesz. Mi Dirkauer kazał zostawić gnoja w spokoju, ale tylko mi - uśmiechnął się, nie bez złośliwej satysfakcji. - Wczoraj Madsen zaginął. Obstawiam, że zaginęli go Rustlersi albo mąż Felipy, choć ona oczywiście twierdzi, że nic o tym nie wie.
- Właśnie, Felipa - odezwała się Ann gdy Mik skończył - Wiesz może co się z nią dzieje? Nie odpowiada na moje wiadomości. Miała być rano podłączona do jakiegoś netrunnera. Co z tego wynikło?
- Przyjrzę się temu. - Remo wziął od Mika chip, chowając go. - Madsen to człowiek od zadań specjalnych i często wyjątkowo trudnych, pełnych syfu. Coś jak nasza piękna Psyche tylko w wersji męskiej. Nie lubię gościa, na pewno ma wiele na sumieniu, co nie znaczy, że firma zechce go zdjąć.
Nie mówił nic więcej, pozwalając Maroldo odpowiedzieć na pytanie Ann.
Mik zerknął na partnerkę, gdy Kye porównał ją do Madsena. Haker zdawał się o niej sporo wiedzieć. Nie było to zaskakujące, na tym między innymi polegała jego praca.
- To już chyba pozamiatane - cyborg nie kwapił się z odpowiedzią Azjatce, temat Madsena wydawał się jego ulubionym, jeśli nie wręcz obsesją. - Problem jest taki, że jeśli Madsena nikt nie wrabiał i potwierdzi się, że robił co robił to stracimy całe zaufanie The Rustlers. Wszystko przez to, że firma nie zechciała go zdjąć nim zrobił to kto inny. Madsena chronił któryś z dyrektorów, wyżej postawiony od Dirkauera. Niewykluczone, że osoba odpowiedzialna za wszystkie porwania dzieci siedzi w Corp-Tower.
Maroldo westchnął. Sprawiał wrażenie zgorzkniałego i patrzył na pozostałych tak, jakby nie spodziewał się, że którekolwiek z nich zaryzykuje utratę posady przez dążenie do prawdy. Jednym słowem pół człowiek pół maszyna nie wydawał się pokładać w ich humaniźmie większych nadziei.
Spojrzał na Ann.
- Po wernisażu Fel powiedziała mi, że nie zamierza zbawiać świata i chyba się z tego wszystkiego wypisuje. I chyba tak zrobiła. Mi też nie odpisała, nie było jej w klinice. Ostatnia widziała ją Psyche.
Wspomniana kobieta posłała Remo i Ferrick spojrzenie typu “on tak cały czas”. Nie zareagowała na porównanie Kye’a, nie znała Madsena, lecz była duża szansa, że haker miał rację.
- Owszem, widziałam Felipę. I nie mam pojęcia co się z nią dzieje. W nocy wraz z pozostałymi Rustlersami zmyli się nagle. Jeśli ona jest istotna, możemy spytać w jej gangu.
- To raczej kwestia… - Azjatka zrobiła pauzę szukając najlepszego określenia na stosunki łączące ją z Latynoską. - Znajomości i lojalności. Jeśli coś jej się stało, w związku ze sprawą do której się wmieszała, chciałabym jej pomóc. Zresztą - wzruszyła ramionami - pomogę jej nawet jeśli jej problemy nie mają nic wspólnego z tym o co ją prosiłam. Byłabym bardzo wdzięczna za konkretne informacje. Chyba nie zmyłaby się tak zupełnie bez słowa… z drugiej strony to Felipa… - Zawiesiła znacząco głos, jakby to jedno słowo wyjaśniało wszystko. Popatrzyła na siedzącego obok murzyna:
- Teraz chyba czas na naszą część tej historii?
- Yep - skinął głową Mik.
Kelner przyniósł napoje i cyborg upił duszkiem pół szklanki soku z limonki.
- Popytamy o Fel i damy znać jak się czegoś dowiemy - rzekł, ocierając usta.
Gdy kelner się oddalił Ann zaczęła:
- Dostałam zlecenie na wyjaśnienie okoliczności samobójstwa Amandy Tomkins, tej dziewczyny, która wysadziła się w sądzie. - Uzupełniła na wypadek gdyby słuchacze nie mieli okazji zapoznać się z tą sprawą. - Ponieważ była powiązana z sektą o nazwie "Dzieci Rajneesha" zaczęliśmy zbierać informacje na ich temat. To doprowadziło nas do Pace University, gdzie powstała praca Artura Westa o tym samym tytule, co zaskakujące dokładnie opisującą strukturę tej organizacji, jej powstanie, rozwój i upadek. West pamiętał jeszcze kilka prac, które powstały w tamtym okresie, czyli dwa lata temu. Jeden ze studentów próbował go naśladować, ale podobno praca dotyczyła czego innego, choć wzorował się na modelu obliczeń Westa, korzystając z uczelnianych komputerów. Pisał o stworzeniu grupy wybitnych umysłów, za których pracę pobierano by wynagrodzenie. Podobno była też praca o cyberwszczepach i społecznych uwarunkowaniach oraz praca skupiająca się na wzajemnych relacjach gangów, korporacji i policji w dużym mieście. - Doskonała pamięć Azjatki jak zwykle pracowała niezawodnie gdy z nagrań na dysku odtwarzała potrzebne informacje. - A potem było buuum... - Dziewczyna strzeliła palcami dla lepszego efektu. Bransoletka odbiła refleksy świateł, rozsiewając wkoło tęczowy blask. - ...w całym mieście padł prąd, komputery uczelni się zrestartowały i nie powstały poprawnie, Podobno, według relacji Artura, był po tym straszny bałagan we wszystkim i tu przechodzimy do dnia dzisiejszego. - Przy tych słowach popatrzyła na Kye, zachęcając by kontynuował tę dość niesamowitą historię.
- Moja pamięć nie jest tak szczegółowa - zaczął Remo, uśmiechając się do Ann - ale zdaje się, że to było mniej więcej dwa lata temu. To bum. Teraz już nie będzie się dało sprawdzić jak sprawy się potoczyły, lecz najpierw zignorowaliśmy ten trop. Dopiero dzisiaj wróciliśmy na uczelnię, sprawdzić co wydarzyło się dwa lata temu. Poznaliśmy... skutek. I jednocześnie jak sądzę przyczynę bardzo wielu ostatnich wydarzeń w Nowym Jorku. Otóż okazało się, że dwa lata temu źle skonfigurowane i zarządzane serwery uczelni odpaliły wszystko, co na nich było. I stworzyły tym samym pewien byt. Nie sztuczną, myślącą inteligencję w czystym tego słowa znaczeniu. Tylko byt próbujący ze wszystkich sił wykonać założenia symulowanych tam wcześniej prac dyplomowych. Najpierw jak sądzę na serwerach uczelni, potem wyszedł na zewnątrz. I ożywił trójkę ludzi. Izaaka White'a, Ayako Dan oraz Manuela Navarro. Utrzymywani w śpiączce ludzie przechodzili terapie, w tym wszczepianie procesorów. Do nich musiało się włamać to SI i zaszczepić w głowach idee. Czyli po naszemu prace dyplomowe. Jedno z tej trójki może być waszym Zbawicielem. Niestety nie wiemy do końca ile prac zostało przelanych w głowy tych ludzi i jak dokładnie się ich trzymają. Pewnie jest to miks. Izaak trzyma się na widoku, jego rola jest publiczna. Poznałem go nawet, zachowuje się w stu procentach jak człowiek. To... paskudna wizja, jeśli jest tylko i wyłącznie skorupą z procesorem.
Przerwał i nalał Ann i sobie wina z karafki. Wziął duży łyk, zerkając na Mika.
- Jak widzisz, ani Madsen ani żaden z jego szefów nie był dyrektorem tego całego cyrku. To co nim było, zostało usunięte. Ciągle kontrolowało i rozsyłało informacje, pytanie więc jak zachowają się teraz, kiedy ta nić z twórcą została u tej trójki zerwana.
- A może Zbawicielem jest ten właśnie byt lub jego część poruszająca się w sieci? W końcu ten netrunner, o którym wspomniał Mik, mówił że miał wrażenie, że kontrolowała go maszyna? - Na głos wysunęła przypuszczenie panna Ferrick. - W tym wszystkim wypłynęły jeszcze dwie nazwy: Free Souls oraz Luxory Goods. W sumie, jak się zastanowić, idealna, choć dość pokrętna nazwa dla firmy handlującej ludźmi z wypranymi mózgami, sterowanymi niczym luksusowe zabawki. Może kiedy przeczytam pozostałe prace dyplomowe, więcej spraw będzie jasnych.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:26.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169