lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji z działu Science-Fiction (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-science-fiction/)
-   -   The Big Apple II (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-science-fiction/16549-the-big-apple-ii.html)

Sekal 13-10-2016 23:42

The Big Apple II
 
THE BIG APPLE II
New York, I Love You






Godzina 08:28 am czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Nowy Jork


Słońce świeciło mocno wstając nad Nowym Jorkiem. Promienie odbijały się od stalowo-szarych wysokościowców, tworząc piękne kompozycje światła i cieni. Zapowiadał się piękny dzień. Lekki mrozek, sobota, świadomość niedalekich świąt. Czyż to nie cudowne?

Nie.

Chaos panujący przez całą noc pogłębił się wraz z nadejściem dnia. Sieć nadal nie działała, choć wyglądało na to, że postępy się pojawiały. Wysłana wiadomość miała szansę po dłuższym okresie czasu dotrzeć do adresata. Holofony, telewizja, radio, GPS-y, autopiloty i cała reszta skomplikowanego sprzętu elektronicznego stała się jednak kupą irytującego złomu. Nic tak bardzo nie działa na pogorszenie humoru jak urządzenie, od którego się uzależniło. A przecież większość miasta uzależniona była. Ci pozostali zaś próbowali to wykorzystać zeszłej nocy. Strzelaniny, alarmy, włamania, pisk opon, krzyk i trzask towarzyszący zwykle wypadkom drogowym. Policja utrzymała kontrolę głównie nad centrum i jego bliskimi okolicami. Wszędzie indziej nawet wyjście na ulicę natychmiastowo groziło ryzykiem pobicia, rabunku, a nawet śmierci. Koszty tej nocy miały być niesłychanie wysokie. Nie dziwne, że kiedy wzeszło słońce, na każdym rogu dostrzegało się służby miejskie i prywatne uwijające się jak w ukropie. Naprawiano co się dało, w uszkodzeniach głównie szukając przyczyny całkowitego odcięcia miasta od bezprzewodowej sieci.

Co bardziej zaznajomieni z technologią wiedzieli, że uszkodzenia to skutek, nie przyczyna. W końcu fale radiowe nagle nie zniknęły. Zostały zagłuszone i efekt ten ciągle się utrzymywał. Skoro powoli dawało się coś zrobić, to najpewniej sam czas miał naprawić ten problem.
Nie zmieniło to faktu, że cały Nowy Jork stał. Ludzie nie przyzwyczajeni do samodzielnego prowadzenia samochodów utknęli w ogromnych korkach. Co i raz zauważało się stłuczkę lub poważniejszy wypadek. Metro kursowało z ogromnym opóźnieniem, a pozostała miejska komunikacja utknęła tak jak samochody. Samoloty nie latały, przedostanie się na drugą stronę jakiegokolwiek mostu wydawało się zadaniem nie do wykonania.
W tych warunkach nikt nie dziwił się rowerzystom.
Tylko ci zaopatrzeni w motory i skutery mogli dotrzeć gdzieś w umiarkowanym czasie, trzymając mocno kciuki, aby nie zaliczyć poważniejszego wypadku na lekko oblodzonym asfalcie.


Psyche

Ludzie z Rustlersów zmyli się tak, jakby ich to nie interesowało. Może tak było w rzeczywistości? Pewnie, niektórzy przejmowali się dziećmi. Felipa. Mik. Ale taki Brick już nie do końca. Zadowolił się odstrzeleniem niepotrzebnych. Pozostawała jedna, Ayako Dan. Wariatka i psychopatka, sądząc z wypowiedzi. Lub o wiele sprytniejsza, niż próbowała pokazać podczas przesłuchania. Psyche i Marlene były zgodne: więcej z niej w tych warunkach nie dało się wyciągnąć. Potrzeba było innego specjalisty, który sięgnie bezpośrednio do głowy kobiety. Lub sprzętu do zintensyfikowania zabawy. Nie widziała problemu z zabraniem jej stąd. Do dyspozycji miała TIR-a i samochód, którym przyjechała kobieta.
Pozostawała trójka dzieci i Śmieciarz. Umowa obowiązywała?

Nie dało się skontaktować z nikim z Firmy. Znała oczywiście lokalizację kilku kryjówek, ale do niektórych nie przychodziło się bez zapowiedzi. Rustlersi pomóc jej nie mogli, potrzeba było naprawdę dobrego speca do tak delikatnej operacji. I czy na pewno chciała, aby zrobił to ktoś z firmy? Ta kobieta mogła stać za wszystkimi porwaniami dzieci, coś czym Boor zainteresowałby się od razu.
Oh, wziąłby ją sobie korzystając ze wszystkich uprawnień i dowiedział się każdego szczegółu. Na razie jednak nie wiedział.
Powinna znaleźć inny sposób.

Powinna?


Ann

Odwiedziny u Roberta były krótkie. Nie dało się zadzwonić, musiała więc udać się tam osobiście i ostatecznie niewiele z tego wyszło. Dorne był bardzo znudzony i ciągle zdenerwowany, obecnie jednakże bardziej na to, że musi siedzieć zamknięty niż na cokolwiek innego.
- Niech to się już skończy! Przecież to wariactwo!
Nie był w takim stanie najwspanialszym towarzyszem do rozmów. Przynajmniej nic mu się nie stało, Corp-Tower pozostawało w pełni bezpiecznym miejscem, brak komunikacji nic tu nie zmieniał. W środku wszystko miało wewnętrzne systemy bezpieczeństwa, zakłócenia w niczym im nie przeszkadzały.

Ostatecznie do Danieli dotarła dopiero mocno po ósmej rano, zastając kobietę w mieszkaniu, w pełni ubraną i wyglądającą na mocno przestraszoną. Sądząc z wyglądu i rozedrganych dłoni, mogła wręcz nie spać wcale tej nocy. Objęła Ann zaraz po wpuszczeniu jej do mieszkania.
- Dzięki Bogu, już się bałam, że coś się stało. Rozbierz się, napijesz się czegoś?
Nawet głos miała drżący. Zamknęła za Ferrick drzwi na wszystkie zamki i zostawiła na chwilę samą, pozwalając rozejrzeć się po przestronnym, ładnie urządzonym salonie i przylegającej do niego kuchni. Z okien rozpościerał się przyjemny widok. Daniels nie dorobiła się tak jak Tomkins, ale na pewno nie brakowało jej pieniędzy.
Wróciła po chwili z napojami i usiadła, kładąc dłonie na kolanach.
- Ta zdobyta informacja to tylko jedno zdanie… - powiedziała cicho i wyświetliła ją.

Cytat:

Alibi Alexa jest fałszywe.

Kye

Nie skontaktował się z Lisą poprzedniego dnia i teraz pluł sobie w brodę. Wysłał wiadomość, ale odpowiedzi nie było. Mogła w ogóle nie dojść. Mogła nie dojść tylko odpowiedź dziewczyny. Harris mogła też ciągle spać w swoim łóżku, w końcu ona w sobotę zwykle nie pracowała. Tak czy inaczej, nie było jej o ósmej w pobliżu miejsca spotkań The Blank Page. Nie było tam też sprzętu Miracle ani nakazu wejścia do Pace University. Ten ostatni być może znajdował się w Corp-Tower i wystarczyło po niego pojechać. Brak komunikacji tworzył wyjątkowo dużo problemów, szczególnie dla ludzi, dla których jest to główna nić życia.

Przynajmniej przyjaciele Remo stawili się zgodnie z planem. Nie takie trudności już razem w życiu przezwyciężali, chciałoby się powiedzieć. Walter skinął głową na powitanie, Oro właśnie grzebał w jakimś starym sprzęcie rozłożonym na drobne części, a Jonathan wstał i uścisnął dłoń wchodzącego.
- Lipa bez sprzętu, ale to w końcu tylko uczelnia, nie? - wyszczerzył się. Nie wyglądał najlepiej, podobnie Oro. Z nich wszystkich jedynie Walter wyspał się w pełni, nie posiadając w głowie nawet jednego wszczepu.
- Wreszcie coś w starym stylu - Deezer włożył do ust cygaro i zapalił. - Skorzystamy z komputerów uczelni.
- Co w zasadzie mamy wycisnąć z tamtych baz? - zapytał Oro, unosząc głowę znad stołu i gapiąc się na Remo przez dopasowane do oka szkło powiększające.


Mik

Corp-Tech dbał o swoich ludzi. Nie dało się odmówić prawdy temu stwierdzeniu, kiedy odnosiło się do kogoś takiego jak Mik. To co miał w głowie może nie było cenne, ale jego śmierć przekreśliłaby testy całkiem sporej ilości prototypów. No i miał od razu szanse na nowe, bo obecnie mógł robić co najwyżej jako straszak na wróble, mniejsze lub większe. Trzeba było wygładzić, doszyć, poprawić. A jak się uwijali! Kiedy zerknął na zegarek, okazało się, że jest dopiero po ósmej rano. On już mógł chodzić, choć słaby jak dzieciak. Utrata krwi zrobiła swoje.
Trzeba jednakże podkreślić, że gdyby nie fakt, że znajdował się w nowoczesnej klinice, to nie przeżyłby tej nocy. Nanoboty czy nie, ciało miało swoje ograniczenia. Te z metalu również.

Kiedy już wszystkie bieżące sprawy związane z naprawą jego ciała zostały zakończone, odwiedził go lekarz mający na plakietce obok imienia i nazwiska - Johann Flint - naukowy tytuł "profesor". Był całkiem młody jak na profesora. Towarzyszyła mu Azjatka, którą rozpoznał. Susan Lien Ferrick, specjalistka od wszczepów.
- Witam, panie Maroldo. Ma pan szczęście, że jesteśmy akurat na dyżurze - powiedział na przywitanie doktor. - Obecnie nie da się nikogo wezwać, a pan nieźle oberwał.
- Musimy popracować nad systemami utrzymania życia przez dłuższy czas - dodała kobieta z lekkim dalekowschodnim akcentem.
- Firma inwestuje w pana duże pieniądze - roześmiał się. - Nie możemy się skontaktować z żadnym z pana szefów, ale ma pan autoryzację na pełne naprawy i modyfikacje. W tej klinice wykonujemy zabiegi błyskawicznie, szczególnie kiedy pacjent jest już zaadoptowany do biotechnologii.
- Bylibyśmy też wdzięczni za dokładny raport, pozwoli nam to ocenić skuteczność naszych technologii, jak również zapewnić panu większe bezpieczeństwo - uśmiechnęła się Susan.
Być może nie traktowali go w pełni jako delikatną istotę ludzką, ale z drugiej strony właśnie przeżył coś na kształt rozstrzelania, a przed sobą wyraźnie miał jajogłowych.


Leah

Hicks wyglądał jak mocno przetrzepana chmura gradowa, kiedy wezwał ją do swojego biura. Pomimo soboty, na nogach byli już praktycznie wszyscy, którzy tylko mogli. Od czasu zakłóceń miasto wariowało, a wraz z nim wariowali wszyscy gliniarze. Po wczorajszej bombie było jeszcze gorzej. Ferro pozostał w łóżku z potężnym bólem głowy. Bez tego Leah mogłaby nawet nie zauważyć, że coś wielkiego się wydarzyło. No, holowizja nie działała, ale to nie pierwszy raz tego tygodnia. Wrzeszczący z bólu i rzygający jak przysłowiowy kot Scott to już jednak co innego. Obiecał, że nic mu nie będzie i nie musi do lekarza. Tylko trochę snu, którego nie miał zbyt wiele w ciągu ostatnich dni. Wierzbovsky jednakże nie miała tak dobrze. Urlopy dawno wszystkim cofnięto i nie dawano nowych nawet tym mniej chorym. A ona na dodatek w pełni ocalała ze wczorajszego "wyładowania energii" jak to powszechnie nazywano. Stawiła się przed kapitanem świadoma, że tego dnia wszelkie dyskusje nie mają sensu.

- Wszystko czym zajmowałaś się do tej pory zostaje anulowane - powiedział na wstępie, patrząc na papiery. Takie klasyczne. Od kilku dni policja ich używała dość często, im kłopoty z siecią i sprzętem nie groziły. - Przejmujesz sprawy Hawkinsa z siedemnastki - rzucił jej dwie teczki. - On i jego partner zostali ciężko ranni, pod ich wóz podłożono bombę. Obaj są w śpiączce, Hawkins ma jeszcze szanse, Elliot według lekarzy już nie. Zajmowali się Tomkinsami. Pamiętasz ten zamach w sądzie sprzed tygodnia? Tam zginęła Amanda. W środę zamordowano jej ojca. Opinia publiczna mocno o to zabiegała, szczególnie w sprawie tych całych "Dzieci Rajneesha" panoszących się po mieście. Stali się na tyle popularni, że ludzie domagają się odpowiedzi. Ważni i wpływowi ludzie. Stary Tomkins też miał pewne znajomości. Nie mogę tego zignorować, zwłaszcza teraz, po zamachu na naszych. Masz dorwać tych sukinsynów, wyrażam się jasno? - spojrzał jej twardo w oczy. Wkurwiony był na maksa. - I uważać przy okazji. Zamach na Hawkinsa pewnie jest powiązany z jego śledztwem, a obecnie zajmował się tylko tym. Złap ich, a może wywalczę dla ciebie własny zespół. Masz moje wsparcie, ale obecnie nie mamy ludzi. Dam ci młodego Arturo. Jest zaraz po akademii, może się czegoś nauczy.

Z dwoma teczkami w ręku - jedna zawierała dokumenty ze sprawy, druga była teczką Arturo Moty, jej nowego kompana - ruszyła do swojego dawnego pokoju. Przez jakiś czas dzieliła go sama ze sobą, ale teraz to miało się zmienić. To widać było z daleka, bo drzwi były otwarte, a zanim doszła, pojawił się w nich młody, raczej spory gabarytowo Meksykanin w koszuli i wyprasowanych w kant spodniach. Uśmiechając się wyciągnął do niej rękę na przywitanie.
- Dzień dobry… to znaczy cześć…? - spróbował. - Jestem Arturo Mota, mamy pracować razem.
Zdążyła go przywitać i wejść do swojej klitki, a on już zaczął nawijać. Podekscytowania nie dało się mu odmówić.
- Przyjrzałem się już przydzielonym sprawom, nie jest tego wiele. Z wybuchu wiedzą tylko, że był to semtex z atomami jakiś nanokryształów, a powiązania Amandy sięgają "Dzieci Rajneesha", zwłaszcza, że widywana była kilka razy w towarzystwie ich przywódcy, Izaaka White'a. Śmierć Scotta Tomkinsa też niewiadoma, był chory, ale na pewno został zamordowany. Zupełnie brak śladów, znalazł go jego android, Alex. Ostatni ludzie z jakimi się widział odwiedzili go dzień przed śmiercią. Ann Yui Ferrick, Kye Remo, James Shelby - związani z Corp-Techem oraz znajoma maklerk Daniela Morrison. Niewiele jest w tych materiałach, ale detektyw Hawkins chyba ich nawet nie przesłuchał.



liliel 19-10-2016 19:44

Ta noc nie należała do spokojnych.
Ferro napędził jej sporo strachu, ale ostatecznie okazało się, że to nic groźnego, po prostu siadła mu cała elektronika. Nic czego nie dałoby się naprawić.
Nie do końca wiedziała jak się zachować. Sterczeć obok i trzymać go za rękę podczas gdy wyrzygiwał całą treść żołądka? Zrobiła to, co podpowiadał jej instynkt – przyniosła mu szklankę wody i pigułki przeciwbólowe oświadczając, że wobec tego pójdzie pobiegać.
Czasu miała z nawiązką, więc oprócz zwyczajowych sześciu mil pokusiła się o dziewięć. Ciało wpadło w przyjemny rytm wysiłku, z ust buchały raz za razem obłoczki pary. W słuchawkach bezprzewodowych płynęły surowe garażowe melodie, przesączały się jakby z innego świata, któremu wygasł termin przydatności.

Ojciec zawsze mówił, że Laeh ma - po nim - starą duszę. O ile jednak dusza ojcowska gustowała w eleganckiej klasyce Mozarta, kubańskich cygar i szwajcarskich zegarków, to dusza Leah utknęła pośród swobody i improwizacji lat dziewięćdziesiątych, zmierzchu epoki, w której ludzie żyli z pasją, a nie według swojego grafiku. Niechlujny styl Seattle tamtych czasów wybrała sobie jako swoistą religię. Postanowiła, dawno temu, że nigdy z nurtem nie popłynie i jak dotąd dotrzymywała słowa.

Staley, pośród szumów ciężkich gitar, śpiewał o korporacyjnym więzieniu, a tuż obok Nowy Jork budził się do życia. Ludzie wypełzali powoli ze swoich nocnych nor i wskakiwali w codzienny rytuał gonitwy, dziś jakby cichszej i bardziej ospałej niż zazwyczaj. Przed kioskiem z gazetami mrugały kolorowe reklamy holomagazynów, z jednego z nich spozierała znajoma twarz.

Leah rozważała, czy zadzwonić do Joe, upewnić się, że wszystko z nią dobrze, ale nie przywrócono jeszcze komunikacji. Mogłaby tam pobiec, ale nie miała sumienia budzić ich o szóstej rano.

Poranek minął szybko.
Przebieżka. Powrót. Spocone, rozgrzane do czerwoności ciało. Szybki prysznic. Szlafrok. Kawa. Papieros.
Ferro z łazienki przeniósł się do sypialni. Leżał bez ruchu na swojej połowie łóżka i chłodził głowę workiem z lodem.
- Przejdź się do lekarza. Albo mechanika. Właściwie nie wiem co jest bardziej na miejscu – zaproponowała bez złośliwości.
- Nic mi nie jest – lakoniczna odpowiedź Scotta wcale jej nie uspokoiła.
- Mogę z tobą zostać, jeśli źle się czujesz.
- Daj spokój. Już mi lepiej.

Z zacięciem maniaka przeprowadziła wiwisekcję szafy.
- Nie widziałeś mojej koszulki z Layne'm? - przekopała się przez mrowie czarnych t-shirtów z wizerunkami przedpotopowych kapel i okładek płyt.
Ferro zaprzeczył więc wcisnęła tłumok ubrań z powrotem w otchłań szafy.
- No nic, włożę tą z Bleach... Ale burdel.
Nigdy nie była przesadnie porządna, ale odkąd miesiąc temu wprowadził się tu Scott, bajzel zupełnie wymknął się spod kontroli, może dlatego, że zaczęła przebywać w domu, a nie traktować go jak hotel.
- Mówiłem żeby zabrać ode mnie robota sprzątającego – zasugerował ostrożnie, jak to miał w zwyczaju.
- Z robotów wystarczy mi ekspres do kawy – ucięła.
Wygładziła pomięty t-shirt, narzuciła na wierzch marynarkę z serży, przesadnie elegancką, z najnowszej kolekcji włoskiego projektanta, którego imienia nie potrafiła nawet wypowiedzieć. Jej rodzina nie stroniła od kosztownych prezentów a Leah lubiła je dostawać, pewnie z próżności. W końcu była rozpieszczoną córeczką bogatego tatusia, nawet jeśli zbuntowaną.
Niedopitą kawę przelała do termicznego kubka. Drugi, z cuchnącą ziołową herbatą, zaniosła Scottowi do sypialni.
- Joe mówi, że to gówno czyni cuda. Wypij – postawiła napój na nocnej szafce, przysiadła na rogu łóżka związując włosy w niedbały supeł.
- Lodówka jest pusta. Będziesz musiał wyjść do knajpy na rogu żeby coś zjeść – cmoknęła go w usta.
I tyle jej było.

Zatrzasnęła za sobą drzwi i stanęła w korytarzu, targana wahaniem. Rozważyła w głowie argumenty za i przeciw nachodzeniem Caldwella. Przeważały te przeciw, ale zapukała i tak.
- Trzymasz się? Pamiętam, że masz w sobie nie mniej żelastwa niż Scott - gestem wskazała na zamknięte drzwi swojego mieszkania. - A on mocno odczuł to nocne wyładowanie, pomyślałam, że zajrzę i sprawdzę czy nic ci nie jest.
- Chyba nie aż tyle - mruknął i skrzywił się. - Nawet ból głowy mi już przechodzi. Jesteś gliną, mogłabyś powstrzymać takie zamachy! - dodał pół żartem.
- Staram się, sam wiesz najlepiej - odpowiedziała uśmiechem, który wyszedł mało swobodnie. - To już ci nie przeszkadzam. Moglibyśmy kiedyś wyskoczyć gdzieś, no wiesz, tak normalnie… Na burgera z indyka. Czy coś.
Skinął głową, ale było to tak samo swobodne, jak jej uśmiech.
- Jak tylko to wariactwo dookoła się skończy. Na święta wyjeżdżam. Wesołych, jeśli byśmy się już nie zobaczyli.
- Nawzajem.

Droga do roboty ciągnęła się niemiłosiernie. Paraliż komunikacyjny postawił miasto w gigantycznym korku, u ludzi wzbudzał z kolei niepokój i podsuwał czarne myśli. Było to widoczne nawet na 13stym posterunku, wyjątkowo dzisiaj wyludnionym.
- Dzień dobry… to znaczy cześć…? Jestem Arturo Mota, mamy pracować razem.
W końcu nadszedł ten dzień, którego Leah tak się obawiała. Przydzielono jej partnera, który miał trzy zasadnicze wady. Niedojrzałość. Chorobliwy entuzjazm. I, co najgorsze, nie był Ferrem.
Wierzbovsky uniosła wzrok znad teczki, ale ostentacyjnie zignorowała wyciągniętą dłoń. Sięgnęła za to do jednej z paczek papierosów - na biurku walały się trzy, wszystkie napoczęte - zadzwoniła benzynową zapalniczką i się zaciągnęła. Było to swego rodzaju znaczenie terenu. Zwierzęcy komunikat “ja jestem przewodnikiem tego stada”.
- Skończyłeś Akademię, Archi?
Nawet jak mu się to nie spodobało, nie dał po sobie nic poznać. Patrząc na entuzjazm, o niej pewnie też się czegoś dowiedział. Wyciągniętą rękę potarł o drugą, powstrzymując odruch schowania ich do kieszeni.
- Tak, ale to mój pierwszy przydział… - zawahał się, nie mając pojęcia jak do Leah mówić.
- Pierwszy przydział w kryminalnym, czy pierwszy przydział w policji?
- Pierwszy jako detektyw - potwierdził. - Miałem trochę praktyk w komisariacie wcześniej, trochę na patrolach.
Rookie to rookie, szef przydzielił jej kompletnie zielonego. Braki w kadrze były ogromne, w sumie nie powinna się dziwić. Kto był dobry to uderzał do korpo, a nie państwówki, poza tą garstką idealistów, jak ona i Ferro, którym się wydawało, że prawo stoi ponad wszystkim, nawet korporacjami, i policja jest od tego, żeby to egzekwować.
- Jakieś cyborgizacje?
Zgarnęła kurtkę z oparcia fotela, wcisnęła pod pachę naręcze akt Tomkinsów i wskazała Archiemu drzwi. Posłusznie skierował się we wskazaną stronę.
- Niestety nie stać mnie było, jedynie złamany palec miałem wymieniony - pokazał na serdeczny paluch lewej dłoni. - Może kiedyś, jak się dorobię. Coś na poprawę kondycji na pewno - zaśmiał się. Trochę wymuszenie. Wyglądało to jakby Leah go wprawiała w ten niepewny stan, choć co chwilę na nią zerkał.
- Na razie, póki cię nie stać na druty, proponuję na kondycję pięć mil joggingu, tuż po przebudzeniu.
Zjechali windą na parter, minęli bramki przy wejściu. Na policyjnym parkingu stał zaparkowany Chevrolet Camaro, zabytkowy model z 1980 roku.
- Weźmiemy mój wóz. Akurat dzisiaj brak elektroniki działa na naszą korzyść.
Prawdę mówiąc jej Camaro nie miało w sobie prawie żadnej orginalnej części, głównie współczesne zamienniki, ale zachowało pierwotną stylistykę i było pozbawione automatycznego pilota.
Usiadła na miejscu kierowcy, na tylną kanapę rzuciła firmowe papierzyska..
- To kogo proponujesz wziąć na pierwszy ogień, Archie?
Nie lubił tego zdrobnienia, widziała to po drganiu kącika ust.
Wsiadł ostrożnie do maszyny, która według kalendarza miała już teoretycznie siedemdziesiąt lat. Wyglądał na osobę spodziewającą się, że podłoga się pod nim zarwie.
- Z tym joggingiem się staram, ale matka wmusza za duże śniadania - mruknął, wyświetlając sobie na holo profile osób. - Odnośnie zamachu w sądzie to już przesłuchano wszystkich. Więc może ktoś z pozostałej czwórki? Ciekawe co chcieli od Tomkinsa ludzie z Corp-Techu, nie znalazłem wielu powiązań między tą korporacją a Scottem - zaproponował odrobinę ostrożnie. - Tylko nie wiem czy wozem dojedziemy gdzieś w rozsądnym czasie - wskazał brodą na zastawione praktycznie nie poruszającymi się samochodami ulice. Chevi mógł nie mieć automatyki, ale też nie umiał latać. Samo dotarcie nim pod komisariat zajęło wieki, a przecież Leah miała blisko.
Mieszkał z matką. Do listy wad rookie dopisał sobie kolejną.
- Tak, sprawdzimy tych z Corp-techu. Marklerkę. I Izaaka White. Ale chciałabym zacząć od Alexa i obejrzeć mieszkanie Tomkinsa, wypytać o jego relację z córką.
Niechętnie wysiadła z wozu, dopięła pod szyję kurtkę.
- No to metro.
Wysiadł zaraz za nią, poprawił płaszcz i powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś. Tak, onieśmielała go, bez wątpienia. Przychodził jej tylko jeden powód tego stanu rzeczy. Właśnie zobaczył w Leah cień Joanny.

Eleanor 20-10-2016 00:56

Choć okna w sypialni Ann były szczelnie zasłonięte, elektroniczny zegar natrętnie dawał znać, że właśnie wstawał kolejny dzień, którego plan był raczej napięty. Dziewczyna przeciągnęła się, ocierając o ciepłe ciało które przywierało do jej boku:
- Obawiam się, że muuusimy wstaaaawać. - Powiedziała ziewając szeroko. Nie przespali tej nocy zbyt wielu godzin. - Chcę pojechać do Roberta, a potem do Danielle, a wszystko przed akcją, którą zaplanowaliście na uniwersytecie.
- I spotkaniem z twoją rodziną - wymruczał na wpół sennie męski głos, którego właściciel nie poruszył się ani o milimetr.
- Coś cię widzę bardzo nurtuje myśl o próbie "ognia i wody" - Uszczypnęła go delikatnie w pośladek, który akurat znalazł się na drodze jej ręki.
- Nie nurtuje, a niepokoi. Nie próba ognia i wody, a ojca pułkownika, któremu za dużo nie powiedziałaś i może zostać postawiony w sytuacji wymagającej podjęcia natychmiastowych działań bojowych - Remo ziewnął, jego ton pozostał senny i pozbawiony śladu tego niepokoju, o którym wspominał.
Zaśmiała się:
- Jak ładnie to ująłeś - Uniosła się i popatrzyła na niego z góry - Poradzisz sobie z nim bez problemu.
Nachyliła się i pocałowała go w usta:
- Wierzę w twoje umiejętności strategiczne.
- Nie mam żadnych. Ale codziennie staram się trenować jogging.
- Myślę lepsze byłoby kendo albo jeszcze lepiej Krav maga. - Powiedziała poważnym tonem, choć w jej oczach wyraźnie widać było iskierki rozbawienia.
- No przecież mówię, znam Krav magę na wylot - przewrócił się na plecy, jego dłoń wylądowała na szczupłym biodrze Ann. - Pierwsza zasada: jak się da to spierdalaj.
- A co zrobisz w sytuacji gdy nie da się uciekać? - Tym razem w jej głosie słychać było jeszcze dodatkowo wyraźne zaciekawienie.
- Niestety, wtedy pozostaje tylko wygrać - błysnął białymi zębami w uśmiechu.

***

Do C-T pojechała metrem. Droga, która normalnie zajmowała jej 20 minut, teraz przeciągnęła się do czterdziestu, a i tak była pewnie dużo szybciej, niż ci, którzy poruszali się po górze. Problemem był jednak koszmarny ścisk, w którym co poniektórzy pozwalali sobie na bezczelne obmacywanki, a nawet nie można było im przywalić, ze względu na brak miejsca. Użycie lasera mogłoby skutecznie powstrzymać ten proceder, ale mogło także spowodować włączenie się alarmu pożarowego we wnętrzu wagonu i zatrzymać metro, a tego dziewczyna wolała uniknąć. Zacisnęła zęby i bohatersko poddała się losowi, jedynie jej zielone oczy rzucały błyskawice w kierunku towarzyszy podróży.

Ponieważ domyślała się jak bardzo znudzony może być człowiek, który nie ma nic do roboty, a przed Robertem był jeszcze przynajmniej weekend siedzenia w zamknięciu, by zająć mu czas, zabrała z domu "zestaw małego majsterkowicza", jak nazywała podstawowe oprzyrządowanie do tworzenia małych robotów.
- Przyniosłam ci coś na zabicie czasu. - Powiedziała kładąc na stole dość sporą walizkę ze sprzętem i częściami do robocików. - Przyjdę jak będę miała czas, może uda się wieczorem. Zrób ewentualną listę jeśli czegoś jeszcze potrzebujesz. Spróbuję ci to podrzucić - dodała podnosząc pokrywę.
Z pochmurną miną przyjrzał się temu co mu przyniosła spojrzeniem bez wyrazu. Potem roześmiał się cicho.
- Zabawki! - z niedowierzaniem pokręcił głową. - Ratujesz mi życie. Ta wieża w weekend wydaje się kompletnie pusta. Ale nie chcę nic więcej oprócz wyjścia stąd. I może czegoś do jedzenia, abym nie musiał korzystać z automatów.
Azjatka zastanowiła się:
- W Wieży powinna działać w weekend jakaś kantyna, ale o tej porze pewnie nie mają tam wielkiego wyboru, a ja i tak pewnie nie mam do niej dostępu. - Westchnęła - Załatwię coś później. Na razie musisz się zadowolić automatami. Co do twojego wyjścia cholernie trudno zrobić cokolwiek gdy nie działa sieć i holofony, ale to chyba goście, którzy cię porwali urządzili zasadzkę na mnie i na Remo, może spróbują jeszcze raz i wtedy kogoś dorwiemy. Tak najlepiej zdobyć informacje.
- Nie powinnaś ryzykować - powiedział już zupełnie poważny. - Zgłoś to na policję i nie wychodź z domu. Mnie tu wysyłasz, a sama co? - pokręcił głową.
- W przeciwieństwie do ciebie ja jestem żołnierzem i byłam od dziecka szkolona jak sobie radzić w momencie zagrożenia. Po za tym ojciec przydzielił mi ochroniarza. - Skrzywiła się, nie chciała mówić, że wymknęła się z domu. Zanim Dru pojawił się tam rano. Jak na jej gust za bardzo rzucał się w oczy, ale ojciec zrobi jej na pewno kazanie z tego powodu. Nie usprawiedliwiał jej w jego oczach pewnie fakt, że po prostu nie miała czasu na niego czekać.

***

By oszczędzić sobie kolejnych, niechcianych „pieszczot”, do prawniczki udała się na piechotę, na szczęście Danielle, nie mieszkała daleko i droga do niej okazała się szybsza i dużo przyjemniejsza od podróży metrem, a na miejscu czekała już na nią dość niespodziewana, choć wiele wyjaśniająca, informacja zapisana na czytniku, który kobieta podsunęła jej przed nos:

Cytat:

Alibi Alexa jest fałszywe.
Azjatka popatrzyła na napis i zapytała:
- Masz kartkę papieru i coś do pisania?
Kobieta skinęła głową i na chwilę odeszła, wkrótce wracając z klasycznymi przyrządami do pisania, podając je Ann, która szybko napisała na kartce:
"Jeśli walczymy z SI lepiej nie używać do kontaktów urządzeń elektronicznych podpiętych do sieci. Myślisz, że masz w domu podsłuch?"
Daniela zastanowiła się, po kilku sekundach pokręciła jednak przecząco głową.
- Wątpię - odpowiedziała głośno, dopisując jeszcze: "Skoro nie działa wcale sieć to podsłuch chyba też by nie działał?".
"Pluskwy nagrywające działają niezależnie. Lepiej nie ryzykować." - Napisała Ann, a potem jeszcze:
"Musimy mieć jakieś dowody, by podważyć alibi. Chyba warto zacząć od apteki, w której rzekomo był. Policja pewnie to sprawdziła i ktoś musiał złożyć fałszywe zeznanie, ale w większości tego typu sklepów są kamery. Ciekawe czy przejrzeli nagrania..." - Panna Ferrick zastukała długopisem w blat, popatrzyła na rozmówczynię i dopisała:
"Możesz spróbować jakoś się dowiedzieć jak wygląda ten etap śledztwa?"
"Nie wiem, nie mam wejść w policji" - odpisała Morrison. "Wydaje mi się jednak, że ktoś mnie śledzi. Dlatego jestem tak... przewrażliwiona. "
- Hmm... - Westchnęła Ann spoglądając uważnie na kobietę i zastanawiając się ile w tym ostatnim stwierdzeniu jest paranoi, a ile odbioru stanu faktycznego. Sama była paranoiczką, więc mogła zrozumieć innych:
"Masz ważne jakieś plany na dziś? Jeśli nie lepiej je odwołaj i zostań w domu. Zrób sobie wolny weekend. Pozamykaj dobrze zamki. Najlepiej nikogo nie wpuszczaj. Jak działa z systemem ochrony w budynku? Ja spróbuję sprawdzić alibi."
Podrapała się po brodzie:
- Nie wiem jak to wcisnę w dzisiejsze plany...
"Budynek jest chroniony" - odpisała rudowłosa. - "W środku nikogo nie zauważyłam tylko wczoraj na zewnątrz. Chciałabym pomóc, inaczej nigdy się od tego nie uwolnię."
- Jakby wróciły holofony to byłabym bardziej przydatna... - westchnęła.
- Taaak to spore utrudnienie - Zgodziła się z nią Ann. - Po za tym poruszanie się po mieście to koszmar. Nie wiesz może o jakiejś wypożyczalni motorów lub skuterów w pobliżu? - Zapytała.
- W zimie nie, ostatnie automaty zabrali ponad miesiąc temu - pokręciła głową. - Moi sąsiedzi mają motor, mogłabym pożyczyć, ale umiesz takim jeździć?
- Bez większych szaleństw pewnie sobie poradzę. Kiedyś próbowałam jeździć na motorze, ale wolałam samochody, więc nie doskonaliłam tych umiejętności.
- Mam nadzieję, że zastanę ich u siebie - Daniela uśmiechnęła się słabo. - W zimę to chyba każda jazda na motorze jest szaleństwem.
- Pojadę wolno, a pewnie i tak będzie mi łatwiej niż większości osób poruszających się dzisiaj po ulicach NYC. - Młoda saperka uśmiechnęła się do prawniczki. - Dziękuję, to mi bardzo ułatwi wiele spraw. Jak tylko czegoś się dowiem – wskazała na holofon, na którym nagrana była kupiona wiadomość. - To przyjadę do ciebie. Spal zaraz tę kartkę. - Dodała jeszcze na koniec. - Nigdy za wiele ostrożności.
Rudowłosa skinęła głową i udała się załatwiać Ann transport. Po chwili wróciła z kluczykiem i dała Ann kod do automatycznego garażu podziemnego. Ze względu na zakłócenia piloty działały kiepsko i tylko ręczne wybranie numeru na konsolecie zapewniało sukces w postaci motoru, który pojawił się przed oczami Azjatki po dość wolnym przetworzeniu całego procesu wybiórczego.
Teraz miała możliwość w miarę sprawnego dotarcia na spotkanie z Remo i jego przyjaciółmi. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że ze względu na raczej śliska nawierzchnię, nie rozwinie prędkości większej od średniej roweru, a jej tyłek i inne członki po tej jeździe, będą solidnie przemrożone, ale zawsze była to jakaś alternatywa dla koszmarnych korków.

Widz 21-10-2016 18:29

Wyjdź na zewnątrz, mówili. Rozruszaj stare kości, będzie od razu lepiej. Pieprzenie.
Łyknął tabletkę i sprawdził czas, tęsknym spojrzeniem obdarzając przykryty lekką warstwą śniegu samochód. Nie było o nim mowy, korki się nie zaczynały, one były. I po co mu były te słowa o joggingu, pomyślał wydychając mroźne powietrze i pocierając skroń. Ból głowy nie ustąpił, dudniło mu pod kopułą jak po ostrej imprezie, do tego dochodził ból mięśni i mdłości. Najchętniej wróciłby do łóżka Ann i pomarudził na swój stan w jej nagich ramionach, niestety robota czekała. Gdzieś czaiło się też niebezpieczeństwo następnego ataku, działające skutecznie na szybkość prującej przez żyły krwi. Bał się o Ferrick, ani myśląc o tym wspominać głośno. Niezależność uderzyła do głowy dziewczyny cholernie mocno, wpływ ojca bez dwóch zdań. Kurwa, to może nie być miły obiadek.

Ruszył truchtem. Chinatown nie było aż tak daleko. Jak dotarł na miejsce, dysząc intensywnie, to te tłumy w metrze jawiły się jako czysta przyjemność. Zrzucił kurtkę i zwalił się na krzesło. Dudnienie nie ustąpiło, mdłości się nasiliły.
- Korki dzisiaj są w starym stylu - powiedział z bólem bolesnym w głosie jak po kilku chwilach doszedł odrobinę do siebie. - Z bazy wyciskamy co się da, ale najbardziej interesują nas na tę chwilę "Dzieci Rajneesha". Była puszczana symulacja, potem została wygaszona. Trzeba prześledzić w pełni obliczenia, jak się uda to znaleźć podobne przypadki i sprawdzić, jak się mają do Izaaka White'a i jego grupy. To z okresu, gdy zapuszczał to student jakieś osiem lat temu. Chcę się też przyjrzeć co wydarzyło się dwa lata temu, jak padło zasilanie i poszedł tam pełen restart wszystkiego.
- Bez sieci jak bez oka, nie będzie się dało łatwo porównywać i wyszukiwać - mruknął Parkins. - To brzmi jak strasznie łatwa robota. Z tych, które sam wciągasz nosem w dziesięć minut.
- Zwłaszcza, że to na legalu będzie - dodał Oro, wracając do swojej zabawy.
- Na początku też mi się tak wydawało - Remo skrzywił się. - Teraz sam nie wiem. Ktoś może manipulować bazą i serwerami uczelni. Te dzieci zbyt są zbieżne. Po zamachu na swoje życie człowiek zaczyna widzieć cień wszędzie.
- Ja bym na twoim miejscu zdobył dowody na to, kto cię zaatakował i posłał tam SWAT czy jak wy to w korpo nazywacie.. Za stary się robisz na samodzielne zabawy - Walter wypuścił powoli dym ust, patrząc spokojnie jak unosi się w powietrzu.
- Pewnie chce dorównać swojemu powodowi pozostania - roześmiał się Jonathan.
- W sekcie siedzą już grube ryby - Kye wstał i podszedł do stołu, zerkając na robotę Azjaty. - Zamknięcie ich może być problemem i na pewno będzie aferą. Dowody muszą być grube. No i wtedy całkiem stoję na celowniku, a co gorsza Ann razem ze mną. Ta dziewczyna ma ojca pułkownika, bardzo często wydaje się jej, że wszystkie sprawy powinna sama załatwić.
- No proszę, zbieżność charakterów - Deezer uniósł kącik ust w słabym uśmiechu.
- Teraz poważnie, jest ładna owszem, ale z ciebie stary pryk, a jej się starzy zaraz mogą znudzić. Co w niej widzisz? - Jonathan walnął prosto z mostu, jak za najlepszych czasów.
Wszyscy trzej patrzyli na niego teraz z zainteresowaniem.

Remo milczał przez chwilę, próbując uporządkować swoje odczucia. Łatwe to nie było, bo on nie z tych co o tym gadają. Obrócił się i oparł o stół, przesuwając spojrzeniem po wszystkich trzech kumplach. Wreszcie odezwał się, uważnie dobierając słowa.
- Trudno to sprecyzować. Nie jest taka jak inne dziewczyny w jej wieku. I jest jednocześnie. Nie da się ukryć, że mnie odmładza - wyszczerzył się. - To jednak nie to, że próbuję się zabawić na stare lata. Jeszcze nie zdycham ze starości jak ty, Deezer. Zbieżność charakterów pomaga. Zrozumienie, przyjemność bycia w pobliżu, cała reszta. Ta dziewczyna to pasja i zaangażowanie w jednym. To, że jest ładna dodaje swoje.
- Gada trochę jak potłuczony - roześmiał się Parkins, patrząc na Waltera tworzącego z dymu równe kółka.
- Remo się zakochał - stwierdził po prostu Oro, nie unosząc się znad sprzętu. - Pamiętacie jak było przy jego żonie?
- No, przez rok. To wtedy odkryłeś, że jest puszczalska prawda? - śmiech najmłodszego z nich jeszcze przybrał na sile.
- A i tak nie mógł się odkochać - dodał Azjata, także się uśmiechając.
Murzyn cisnął w Jonathana stojącą na stole w połowie pełną butelką z napojem. Ten nie przestał się śmiać, a Remo pokręcił głową z teatralnym westchnięciem.
- Dupki. Byście sobie znaleźli jakieś kobiety, wtedy może któryś by zrozumiał o czym mówię - skrzywił się i zaczął zakładać kurtkę. - Poznam was z jedną. Gdyby nie Ann sam bym mógł być zainteresowany. Jest fanką - teraz on się roześmiał, widząc ich miny. - I jest zdolna. Ruszamy, weźmiemy sprzęt z mojej korpo i tak muszę podjechać do wieży po nakaz. Metro czy szukamy małych chińskich skuterków?
- Małe chińskie skuterki brzmią dobrze. Nasz znajomy nadal prowadzi biznes? - Walter wstał, on jeden się nie śmiał. Jak zawsze poważny. Oro kiwnął głową na potwierdzenie, także się zbierając.
- Im szybciej tym szybciej zabierzemy się za poważną robotę.

***

Małe chińskie skuterki dawały radę, przecinając to ulice, to chodniki i wpychając wszędzie tam, gdzie nic większego nie dałoby rady. Goniły ich przekleństwa ludzi muszących schodzić z drogi. Corp-Tower osiągnęli w przyzwoitym czasie. Zostawił kumpli na dole, samemu udając się najpierw do działu prawnego, gdzie czekał już przygotowany nakaz. Automatyzacja dzięki bogom umożliwiała odebranie go nawet w przypadku braku pracowników na całym piętrze, co tego dnia wyglądało na nagminne. Następnie zjechał na swoje piętro po sprzęt, ku swojemu zaskoczeniu zastając tam Lisę. Ta poderwała się na jego widok i uśmiechnęła czarująco. Oprócz niej na open-space praktycznie nikt nie pracował. Sieci bezprzewodowej nie było, ale samo korpo było w końcu ciągle tak samo chronione, połączone milionami kabli.
- Już myślałam, że się nie zjawisz staruszku! - przywitała go, wyłączając od razu komputer i zakładając na siebie skórzaną kurtkę. Oprócz niej miała swój "wyjściowy" strój - obcisły top i skórzaną resztę, podobnie jak wcześniej na akcji.

- Nie dostałaś mojej wiadomości - stwierdził, zamiast pytać. - Miałem nadzieję, że dojdzie. Przydasz się, potrzebujemy pięciu decków. Miałem sam je wziąć, ale skoro jesteś to możesz się tym zająć.
Usiadł na moment przy swoim kompie, włączając go i przeglądając szybko listę maili i zgrywając je sobie na firmowe holo.
- Leń - skomentowała, lecz nie traciła czasu. Po kilku minutach stała już z firmowym sprzętem w firmowej torbie, serwując mu niemal firmowe spojrzenie.
- Szeregowy Harris melduje się do przeglądu! - zasalutowała w niezbyt przepisowy sposób.

On też był już gotowy. Konieczność ręcznego przenoszenia plików była absolutnym powrotem do korzeni i ogólnym rozrachunku na krótką metę mogła bawić. Wstał i wskazał w stronę wind.
- W ramach rewanżu przedstawiłem cię jako prawdziwą fankę - odezwał się, jak zjeżdżali na dół. Roześmiała się.
- I świetnie, jestem wielką, prawdziwą fanką! Tylko koszulki zapomniałam. Może nie powinnam zakładać żadnej? - spytała, podwijając odrobinę swój top i ukazując płaski brzuch.
Westchnął. Ostatnio otaczało go czyste szaleństwo. Machnął ręką i przepuścił ją przodem, gdy drzwi windy się otworzyły.
- Jedziemy na uczelnię - stwierdził zamiast zabaw słownych. - Przedstawiam ci The Blank Page - wskazał na czekających kumpli tuż obok małych chińskich skuterków. - Produkt przeterminowany o jakieś dwadzieścia lat.
- Uwielbiam klasyki! - roześmiała się i pobiegła w stronę trzech mężczyzn, doskonale imitując prawdziwą fankę jakiegoś nastoletniego boysbandu.

Lady 22-10-2016 13:00

~Powinnaś załatwić to oficjalnie, pójść do swojego pana, uszczęśliwić go…~
Zamknij się! Ból nie pozwalał się skupić. Rozpraszał. Dlaczego nie działa wytłumiacz? Ręka drżała, przy każdym ruchu. Niedostrzegalnie dla innych, ale irytująco wyczuwalnie. Musiała uciec, uciec jak najdalej. Zaszyć się w kącie.
~Jesteś taka słaba.~
Była. Cokolwiek się stało, stawało się nie do zniesienia. Tej nocy jednak była sama. W ten dziwaczny sposób czuła się wolna. Rustlersi sobie poszli. To zaskoczyło ją najbardziej ze wszystkiego, ta łatwość z jaką odpuścili. Ta cała Felipa. Chyba miała dość. Sądząc z pobieżnego skanu Psyche nie dziwiła się, ilość elektroniki prawie dorównywała jej własnej. Odpuściła też dzieci. Tak, dostali te co tu były, Marlene ich nie potrzebowała w żadnym wypadku. Potrafiła się powstrzymać. Te tu i tak zostały stracone, zgadzały się w tym obie.

Liczyła się dystrybutorka: Ayako Dan. Tę zatrzymała sobie na własność.
Znów nie protestowano. Zwłaszcza, kiedy uznała umowę ze Śmieciarzem za nieważną. Widział twarze. Jej własna nie przeszkadzała, lecz Rustlersi nie mieli tak subtelnej duszy wywoływania niepokojów. Załatwili się z tym szybko.
Może część przeżyła, na przykład kierowcy, którzy niewiele widzieli? Toż to tak nieistotne…

Psyche pożyczyła sobie TIR’a. Tej nocy nie było mowy o wpadce, chaos nasilał się i miał eksplodować dopiero z samego rana, a przewiezienie Ayako Dan na motorze nie wchodziło w grę. Pozostawienie maszyny również. To się jakoś nazywało.
Sentyment.
~Ha Ha. Nic takiego nie zostało w tobie zaprogramowane…~
Głosy w głowie, nietłumione przez ból, zawroty i mdłości. To niesamowite, że mogła czuć mdłości. Potrzebowała resetu, twardego przywrócenia na właściwe tory.
Odrzucenia wątpliwości. Nie, to nie sentyment. To konieczność ukrycia wszelkich powiązań. Nie wiadomo, czy jakimś sposobem nie dotarliby do Corp-Techu rozkręcając maszynę. Wjechała nią na naczepę po prowizorycznej rampie. Miała jeszcze czas. Azjatkę wrzuciła do kabiny, z tyłu, na sypialne miejsce kierowcy.

Ruszyła, zostawiając resztę bajzlu za sobą i nie poświęcając mu choćby jednej myśli więcej.


Przemysłowy Queens nie sprawiał miłego wrażenia w środku nocy podczas nie działających połączeń bezprzewodowych. Opustoszałe uliczki, mroczne zakątki, sterty materiałów budowlanych i wygaszone niemal do zera fabryki. Tu i ówdzie działały latarnie, kamery tylko przy strzeżonych obiektach. Tu Psyche wybrała miejsce do pozostawienia TIR-a. Ayako nic nie kombinowała, wyglądała jak osoba błądząca we mgle.
~I to ma być szefowa? Nie mów, że dałaś się oszukać.~
Nie, to musiała być ona. Coś zwyczajnie… poszło nie tak. Ktoś mógł ją za mocno uderzyć. I te hasła, które czasami wypowiadała. Jak obłąkana. Jakimś cudem udało się umieścić ją na motorze i zmusić do trzymania się, dzięki czemu miała szansę przebyć jakąś krótką drogę.

Tu nastąpił ten moment, w którym wreszcie musiała zdecydować. Podjęła już decyzję, że nie pojedzie do Boora.
~Niewdzięcznica, za to wszystko…~
Zagłuszyła ten głos, pogłębiając zawroty głowy. Sama ledwo utrzymywała jadący motor w pionie. Nie, żadnych Boorów. Corp-Tech również nie. Nie znała tam osób na tyle pewnych, że zachowałyby tajemnicę. Lecz miała swoje własne źródło.
Skierowała się wprost do tajnej lokalizacji. Już prawie zdążyła zapomnieć o siedzącym tam człowieku.

Zastała go na miejscu, nie okazał się supermanem ani Jamesem Bondem w mocnym przebraniu. “Tąpnięcie” sieci sprzed kilku godzin uderzyło również jego, musiał mocno szarpać się na krześle, bo więzy wpiły mu się w członki aż do krwi. Kiedy weszła nie zareagował, najwyraźniej z bólu, braku pomocy, zmęczenia i pozycji najzwyczajniej zemdlał. Siarczysty policzek wybudził go, lecz jasne stało się, że może nie być najsprawniejszym netrunnerem na świecie w chwili obecnej.
Nie miała wyjścia. To była jedyna szansa obecnie na wydostanie informacji po cichu. Do rozchylonych ust wlała mu nieco wody i podała wraz z nią dwie tabletki przeciwbólowe. Jej nie miały szans pomóc, jemu mogą złagodzić niewygody.
- Czhego? - wyrzęził, unosząc na nią spojrzenie i mrużąc oczy od nagłego ataku światła.
- Grzeczniej - zasyczała cicho, tuż przy jego uchu, zmuszając się, aby pokazać jak najmniej ze swojego słabego stanu. - Masz szansę zapracować na swoje uwolnienie, kochanie…
Wzdrygnął się mimowolnie, jego wzrok powoli przyzwyczajał się do światła. Wciągnął głębiej powietrze, próbując oczyścić gardło.
- I takh mnie nhie uwolnisz - chrypiał dalej.

- No wiesz? Nie bądź taki - pogładziła go delikatnie po policzku. - Tym razem nie chcę nawet, abyś zdradzał coś ze swojego barwnego życia. Wystarczy, że dobierzesz się do pewnej głowy i wydobędziesz kilka świństw, które w niej siedzą…
Wciągnęła ciągle słaniającą się na nogach Dan w zasięg wzroku TechNicsa.
- Kto tho jest? - spytał odruchowo, ale szybko dodał: - Zresztą, nieważsszne. Jak ma wtyki, to sama bysz sobie poradzhiła… - zamknął oczy, walcząc z wyraźnym bólem - ...a jak jest dobrze zabezyypieczona, to ze mnie i takh nie masz teraz pożyyytku…
Jego stan rzeczywiście wskazywał na duże problemy ze skoncentrowaniem się nawet na mówieniu. Nie mówiąc już o skomplikowanych sposobach na łamanie komputerowych zabezpieczeń.
~Twój pomysł jak zwykle był zły…~
Głupia dziwka. Każdy netrunner tej nocy może wyglądać podobnie, włączając to ludzi korporacji. Ona też nie mogła się skoncentrować. Przyniosła więc drugie krzesło i posadziła na nim Azjatkę, krępując ją i zamykając w specjalnych okowach podobnie jak BloodBoya.
- Dobrze. Wrócę tu ze sprzętem, na którym wykonasz tę operację. Za kilka, może kilkanaście godzin. Wtedy albo będziesz w stanie mi pomóc, albo, przykro mi to mówić, okażesz się bezużyteczny.
Uśmiechnęła się smutno. Dała im się napić i ugryźć kilka kęsów proteinowej papki, zgasiła światło i zamknęła drzwi, żegnana ciszą.


Udawanie w pełni sprawnej zmęczyło ją bardziej, niż chciałaby przyznać. Wsiadając ponownie na motor zachwiała się i prawie przewróciła wraz z maszyną na ziemię. Płatki śniegu nie cieszyły, opadając wolno na ziemię. Czuła się coraz gorzej, nie mogła z nikim skontaktować, podjęła więc jedyną możliwą decyzję. Udać się do kliniki firmowej i przejść proces odświeżenia i restartu wszystkich komponentów.

Miała sposób, aby zrobić to awaryjnie. Bardzo bolesny i nie gwarantujący niezwykłych sukcesów.
~Nie chciałby cię potem, nie możesz tego zaryzykować…!~
Właśnie. Nie chciałby. Ani on, ani nikt inny. Ryzyko zbyt duże. Ruszyła.
Oby nie wyciągnęli na wierzch zdarzeń z tego wieczora i nocy zapisanych jej oczami. Ból na szczęście stłumił strach.

Bounty 22-10-2016 14:58



Takie zmartwychwstanie to nie byle co.
Mit założycielski chrześcijaństwa i nie tylko, odwieczne marzenie człowieka.
Życie wieczne ma przecież tylko do pewnego czasu toczyć w abstrakcyjnych zaświatach. Na sąd ostateczny wskrzeszone zostaną ciała wszystkich zmarłych kiedykolwiek ludzi. Tak jakby ziemia już nie była wystarczająco zatłoczona. Mik wyobrażał sobie to jako niezły horror.
Ciała wskrzeszonych będą doskonałe i nieśmiertelne.
Z zajęć historii sztuki w New York Academy of Art, z czasów gdy jeszcze był zwykłym, rokującym nadzieje studentem, pamiętał liczne dzieła obrazujące zmartwychwstanie Jezusa lub wskrzeszenie Łazarza. El Greco, Rembrandt, van Gogh.
Motyw zwycięstwa nad śmiercią musiał działać na wyobraźnię artystów, tak jak zwykłych ludzi. Była to obietnica, która nic nie kosztowała kapłanów i proroków, pozwalająca utrzymać im zastępy wiernych. Utrudzone miliardy wierzyły i wciąż wierzą w kogoś, kto dam im życie wieczne oraz zstąpi sądzić żywych i umarłych, czy będzie to Chrystus, Allah czy Zbawiciel z Bronxu.
Co jeśli do tego czasu ludzkość sama pokona śmierć? Ludzie chcieliby żyć wiecznie, ale nie lubią być sądzeni. Czy przywitają zbawcę w ciałach maszyn, gotowi stawić opór?

Is he live or dead?
Has he thoughts within his head?
We'll just pass him there
Why should we even care?

Z majaków wyrwało Mika przybycie lekarzy.
Ledwo co wybudzony z narkozy i wyjęty ze zbiornika z nanożelem, nie sprawiał wrażenia zbyt przytomnego. Z obudowanego aparaturą szpitalnego łóżka gapił się tępo na lekarza i panią Ferrick. Spod zielonego, termicznego koca wystawał tylko obandażowany łeb cyborga. Kroplówka, wobec braku organicznych kończyn, podłączona była do żyły szyjnej.
Otworzył wreszcie spękane usta, lecz tylko zarzęził i zakaszlał. Jajogłowi czekali cierpliwie, doskonale wiedząc w jakim jest stanie.
- Miło panią widzieć, pani Ferrick - wychrypiał w końcu Maroldo, siląc się na słaby uśmiech. - Wiecie lepiej ode mnie ile kulek dostałem. Wszystkie weszły z bliskiej odległości, metr-dwa, inaczej pancerz większość by zatrzymał. Zabawki spisują się nieźle. Naskrobię wam ten raport. Ale szczegółów nie mogę zdradzić, wykonuję ważną misję dla góry. Jak szybko możecie mnie postawić na nogi?
- To zależy od pilności pana tajnej misji - odpowiedziała Ferrick z lekkim zamyśleniem. - Pełna naprawa może zostać wykonana w ciągu kilku godzin.
- Przy czym to może skutkować osłabieniem - dodał Johann. - Jeśli naszprycujemy pana chemią, aby tego osłabienia uniknąć, to będzie miało negatywny skutek... później - uśmiechnął się, wyraźnie sugerując, że może to nie być najlepsza z opcji.
- No i należy podjąć decyzję, czy coś modyfikujemy - Susan wydawała się typowym naukowcem zafascynowanym swoim obiektem badań.
- Naszprycujcie czym trzeba - zdecydował Mik po chwili namysłu. - Muszę stąd wyjść przed wieczorem. Zmodyfikowany... tak - pokiwał głową. - Nie wiem co z tego dacie radę załatwić dzisiaj. Notujecie?

Sięgnął po butelkę stojącą na stoliku i napił się wody, myśląc intensywnie, na miarę możliwości otępionego lekami umysłu. Warto było wykorzystać pełną autoryzację i entuzjazm jajogłowych. Niestety większość inwazyjnych modyfikacji ciała, jak pancerz podskórny, wymagała długiej operacji pod pełną narkozą i co najmniej kilku dni hospitalizacji. Wybrał więc te, o których wiedział, że prawdopodobnie da się je wykonać w kilka godzin, jeśli zabierze się za to wykwalifikowany zespół.

He was turned to steel
In the great magnetic field
Where he travelled time
For the future of mankind

- Na cito potrzebuję czegoś do zmiany wyglądu. lepszego niż peruka i holomaska - mówił cicho i wolno, namyślając się po każdym zdaniu. - Wiem, że firma ma te zabawki. Przy okazji zdałoby zastąpić zewnętrzne cyberoko takim udającym zwykłe, nawet o słabszych parametrach. Wtyki będą pasić, starczy zmienić obudowę. No i nie zaszkodziłoby nowe ucho, w miejsce odstrzelonego, może z ulraczułym mikrofonem, key? Po drugie dodatkowy, mniejszy ładunek nanobotów, jeden czasem nie wystarcza.
Po trzecie, system filtracyjny lub jakąś poręczną maskę. Wczoraj prawie mnie załatwili usypiającym gazem. Po czwarte, dobrze ukryty edytor bólu, ale ustawiony na zmniejszanie, nie pełną znieczulicę. Tak do 1,5 w skali Schmidta, key? Po piąte, dodatkowa ukryta mikrobroń w małych palcach. W prawej strzałka z trucizną, w lewej mały ładunek. Po szóste, wysuwane płyty pancerza z ramion, żeby osłonić szyję i barki. Last but not least, system awaryjny, mający w razie nagłej utraty przytomności powiadomić centralę o położeniu moim lub mego cennego trupa. Przynajmniej odzyskacie zabawki, nie? - uśmiechnął się krzywo.
- Ohoho, komuś ciągle mało - lekarz roześmiał się całkiem szczerze, słysząc tę wyliczankę i kręcąc głową. - Z mojej strony powiem, że zmiana wyglądu może być jednorazowa. Mała operacja i już. Nie dysponujemy w klinice sprzętem do zadań specjalnych.
- Oprócz takiego, który moglibyśmy wszczepić panu. Niestety taki do zmiany wyglądu wymaga pracy i przygotowań. W przyspieszonym tempie to... - Ferrick zastanowiła się.
- ...minimum miesiąc - Johann podliczył szybciej.
- Właśnie. Możemy załatwić dzisiaj ucho, oko i gardło, gdzie wszczepimy filtr. Niestety te filtry nie są stuprocentowo skuteczne, tu musi pan po prostu zakładać maskę w razie czego. Edytor bólu i lokalizator również możemy zamontować, niestety nie ma pan co liczyć na jakieś... bronie w swoich palcach czy... - Susan skrzywiła się, wyobrażając sobie to dziwactwo - ...płyty pancerza w ramionach. Pana procesor ciało i tak są przeciążone, a to co pan proponuje wymaga precyzji i dobrej konfiguracji. Kiedyś tak, dzisiaj nie.

Mik znów przyłapał się na tym, że pragnie więcej i więcej. Nawet jeśli zmieniał się przedmiot nałogu, pozostawał on nałogiem. Ale co zrobić gdy żywe ciało tak boli, tak jak bolą ludzkie uczucia i myśli? Jest tylko jedno rozwiązanie: przestać być człowiekiem. Jedyna droga do zostania nadczłowiekiem to zabicie w sobie człowieka. Po śmierci Boga to naturalny następny krok. Tako rzecze Zaratustra.

Nobody wants him
He just stares at the world
Planning his vengeance
That he will soon unfurl

- Tia... - zakłopotany opuścił głowę i podrapał po brodzie. - Sorki, zagalopowałem się trochę. Zapomniałem, że nie jestem u siebie na labie. Zostańmy przy tym co da się zrobić. Lokalizator muszę mieć w dostępnym miejscu, w którejś z kończyn, żeby dało się go wyjąć. I niech będzie jednorazowa zmiana wyglądu. Lekka styknie, byle nie dało się mnie poznać na pierwszy rzut oka i programem do rozpoznawania rysów twarzy, key?
- Mhm... - mruknęła Ferrick, namyślając się i marszcząc brwi. - To będzie bolało po zejściu narkozy.
- Klient nasz pan - zażartował mężczyzna, który miał typowo lekarskie poczucie humoru. - Myślę, że za godzinę będziemy mieli przygotowane wszystko. Wpiszemy na pana rachunek, jak firma zawetuje to będziemy wyjmować - mrugnął do niego.
- Jasne - uśmiechnął się lekko cyborg i kiwnął głową, wyobrażając sobie zdejmowanie twarzy. - Będę potrzebował dokumentacji, key? Czasem muszę machnąć diagnostykę lub drobne naprawy sam, że tak powiem, w terenie. No i że testuję cały zestaw prototypów moi przyjaciele na labie chcą wiedzieć o każdej modyfikacji.
- Oczywiście, dokumentacja zostanie dostarczona do twojego przełożonego i laboratorium technicznego - odpowiedziała od razu Susan.
Mik westchnął, zmęczony rozmową.
- Jeszcze jedna sprawa... - powiedział, mrużąc żywe oko. - Leży tu trójka netrunnerów i dzieciak, wszyscy z wypranymi mózgami. To ja ich znalazłem i ma to związek z moim zadaniem. Co z nimi?
Ferrick spojrzała na Johanna, który pokręcił głową.
- Wydaje mi się, że na trójce jest jakieś dziecko, a o netrunnerach tylko słyszałem. Wzięli ich do piwnic, do strefy bezpiecznej.

Nobody wants him
They just turn their heads
Nobody helps him
Now he has his revenge

Mik wiedział, że ma się tym nie zajmować. Jednak kompletna zapaść cyfrowej komunikacji otwierała przed nim nowe możliwości działania za plecami Dirkauera, który zresztą sam był sobie winny. Maroldo nie potrafił się powstrzymać przed węszeniem, smród tej sprawy za mocno drażnił jego nozdrza.
Pies został spuszczony ze smyczy.

- Chciałbym potem pogadać z kimś kto się nimi zajmuje - powiedział. - Prowadzę firmowe śledztwo w tej sprawie. Załatwiono ich technologią, jakiej wcześniej nie widziałem a wierzcie mi, widziałem sporo... - Zmrużył żywe oko i stłumił ziewnięcie. - Kimnę się jeszcze. Mało ostatnio sypiam.
Podciągnął koc pod szyję.
- Pani Ferrick, doktorze... - wychrypiał, gdy medycy zbierali się do wyjścia. - Dzięki za uratowanie mi dupska. Mimo wszystko dobrze być jeszcze wśród żywych.

Now the time is here
For Iron Man to spread fear
Vengeance from the grave
Kills the people he once saved

Naprawdę był wdzięczny. Oto ktoś się o niego troszczył, nawet jeśli z obowiązku. Mik sądził jednak, że stoi za tym coś więcej. Wielokroć widział w ich oczach fascynację monstrum, które stworzyli. Czuli się za niego odpowiedzialni, był wszak ucieleśnieniem ich pragnień. Kolektywnym dzieckiem ich wszystkich: lekarzy i naukowców z labu. Poczętym z miłości do nauki i tęsknoty za nieśmiertelnością, po którą sami sięgnąć wciąż nie mieli odwagi.

Heavy boots of lead
Fills his victims full of dread
Running as fast as they can
Iron Man lives again

Sekal 23-10-2016 14:00





Ferrick, Remo

Godzina 10:11 am czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Pace University, New York


Ann dotarła pod Pace University jako pierwsza, z wielką ulgą schodząc ze zbyt dużego na nią motoru. Nie zaliczyła żadnego upadku, co było najwyższym sukcesem i fakt, że jechała głównie z prędkością truchtającego człowieka, nie zmieniał tego przekonania wcale. Przed klockowatym, mocno zacofanym architektonicznie budynkiem uczelni było pusto i jak szybko się okazało - odbiła się od klamki. Dzisiejszego dnia ze względu na ogólny chaos, uczelnia została zamknięta, o czym informowała karteczka na drzwiach i podstarzały ochroniarz, który pojawił się po kilku próbach dostania się do środka. I ani myślał wpuszczać, co zmusiło Ferrick do czekania na zewnątrz. Na całe szczęście niezbyt długo, wkrótce pojawiły się cztery małe chińskie skutery wiozące czterech o wiele za dużych na nie mężczyzn. I jedną dziewczynę w skórzanym stroju, przyklejoną do pleców Azjaty.

- Lisa Harris - przedstawiła się sama, wyciągając dłoń do Ann i uśmiechając się radośnie. Dopiero poznała członków The Blank Page, ale wcale nie przeszkadzało jej to w pozostaniu w pełni swobodną.
- Patrzcie na nas, stare pryki - objęła Ferrick. - My was odmłodzimy - roześmiała się. Jonathan również, Oro kręcił głową, a Walter wyglądał na człowieka ignorującego wyskoki czerwonowłosej dziewczyny. Remo w tym uczestniczyć nie musiał, załatwiając z opornym strażnikiem wejście na uczelnie. Tamten gapił się na nakaz z niedowierzaniem, porównując go z dziwaczną grupą osób, która stała przed wejściem, ale ostatecznie z neo pieczątkami nie dyskutował. Nawet zaprowadził ich pod serwerownię, coś sobie mrucząc pod nosem. I tam z pewną satysfakcją pozostawił z androidem, który to najwyraźniej miał tu być stacjonującym informatykiem. Deezer skrzywił się na ten widok, pozostali go zignorowali. Robot nie miał pakietów socjalnych i rejestrując, że zostali wpuszczeni przez osobę upoważnioną, siedział przed ekranami monitoringu bez ruchu.

Kiedy pozostali podpinali sprzęt, Ann zdała sobie sprawę, że roboty tu dla niej nie będzie. W pomieszczeniu przed serwerownią nie było nawet odpowiedniej ilości krzeseł, co zupełnie nie przeszkadzało hakerom siadającym na ziemi z dość już oczywistym wyjątkiem Waltera. Wkrótce na ścianie pojawił się wspólny ekran połączonych decków, a kabel połączył ich z główną infrastrukturą sieciową. Uczelnia jak na bycie nietechniczną, miała sporą moc obliczeniową sprzężonych komputerów kwantowych i klasycznych, choć urządzenia jako takie zaliczały się już do przestarzałych.
- Praca dyplomowa "Dzieci Rajneesha" - odezwał się natychmiast Parkins, wyrzucając plik na główny ekran. Ann mogła nim zarządzać, dzięki czemu do czegoś się przydawać. Szybko sprawdziła, że praca jest dokładną kopią tego, co otrzymali od Westa.
- Mam log z przetwarzanych danych osiem lat temu - następna odezwała się Harris, tworząc na ekranie całą strukturę katalogów. - Skubany, wziął do obliczeń całe miasto i przyległości. Zakładał, że sekta nie rozrośnie się bardziej.
Remo interesowało bardziej to, co zdarzyło się dwa lata temu. Dogrzebał się do logów systemowych, gdzie najpierw znalazł awaryjne wyłączanie, a potem włączanie. Wszystkiego na raz, co było amatorskim błędem - może wtedy nie mieli tego androida do zarządzania, a może posadzili studenta z podstawową tylko wiedzą. Procesory i pamięć natychmiast się przeciążyły.
- Widzisz to, Remo? - zapytał Oro, który grzebał najwyraźniej w tym samym.
- Dwa lata temu uruchomiono więcej symulacji. - wskazał Walter, wyrzucając na główny ekran kilka wykresów z wielkimi "szpilkami" określającymi nagłą zajętość systemów.
- Nie zamknęli dostępów sieciowych, cokolwiek uruchomili… - głos Lisy nosił w sobie znamiona podekscytowania i nerwów.
- ...to wyszło na zewnątrz - dokończył Azjata. - Musimy to zbada…

Nie do kończył. Zawyły alarmy, chwilę później z pomieszczenia zaczęło wysysać powietrze. Mechanizm służący do gaszenia pożarów. Drzwi wyjściowe zablokowały się, świecąc na czerwono na panelu, a spryskiwacze zaczęły lać chemiczny syf, prosto na siedzących w pomieszczeniu operatorskim. Twarz Waltera ciągle nie zdradzała nerwów.
- Który to mówił o zwykłej uczelni? - mruknął przez zęby.
- To gówno się broni! - Lisa wcale nie była tak opanowana.
- Nie pozwólcie mu skasować danych. Niezłego robala tu wyhodowali! - krzyknął Oro.
Cała piątka pracowała, choć każde z nich czuło już coraz mniejszą zawartość tlenu. To Ann zaś zauważyła pierwsza, jak z krzesła unosi się android, spoglądając na Waltera.
- Zagrożenie. Unieszkodliwić.


Wierzbovsky

Godzina 10:28 am czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Inner City, New York


Rozmowa nie kleiła się. Rookie próbował zagadnąć jeszcze kilka razy, lecz na szczęście tłumy w metrze pozwalały z łatwością uniknąć konieczności odpowiadania na mało istotne kwestie. Ścisk powodował, że ludzie pchali łapy tam gdzie nie powinni. Smród niemytych ciał wbijał się w nozdrza, a powolne pociągi sunęły ślamazarnie po torach. Nie mieli połączenia ze stacjami i robili ile mogli, aby w razie czego móc zareagować na czas. Nie umilało to podróży w żaden sposób. Dobrze, że była sobota. W dzień powszedni potrzeba byłoby dopychaczy, jacy pracowali od wielu już latach choćby w Japonii. Pasażerowie się nie mieszczą? Żaden problem, wpychamy.

W takich warunkach turlali się niemal dwadzieścia kilometrów, do stacji najbliższej wjazdowi do Inner City. Rzadko jakieś śledztwo prowadziło do miejsc takich jak to. Domy jednorodzinne, z własnym zapleczem wewnątrz ogradzającego wszystko muru. Piękna zieleń - niewątpliwie sztuczna o tej porze roku - nie maskowała wszechobecnych zabezpieczeń. Brama chroniona przez uzbrojonych strażników też mówiła sama za siebie. Pobliski Bronx, zwłaszcza teraz, wzmógł czujność firmy ochroniarskiej i nawet na detektywów patrzyli spode łbów. Szczególnie na ich broń. Obecna dyrektywa burmistrza zakazywała noszenia jakiejkolwiek jeśli nie miało się specjalnej licencji - oczywiście wykluczając służby mundurowe. I najwyraźniej ochroniarzy w miejscach takich jak to, bo obnosili się krótkimi karabinkami automatycznymi całkiem oficjalnie.

Przyjechali bez własnego samochodu, co nagle stawało się pewnym problemem. Normalnie posiadano tu automatyczne samochody rozwożące właścicieli lub gości w odpowiednie miejsce, ale bez sieci okazywały się nie działać. To oznaczało podróż z buta i zwiedzanie stanowczo zbyt rozległego Inner City. Kiedy dotarli pod właściwy adres, zbliżało się w pół do jedenastej i nie tylko Leah już miała dość tak rozpoczętej soboty. Rookie zdążył się zasapać i sądząc z jego doświadczenia, całą robotę i tak będzie musiała zrobić sama.

Dom Tomkinsów nie wyróżniał się na tle pozostałych w okolicy. Nowoczesny, jednopiętrowy, otoczony ogrodem - obecnie przykrytym lekką warstwą śniegu oraz ogrodzeniem przez które nie widać było wiele. Drzwi otworzył Alex, android należący do rodziny i najwyraźniej ciągle zajmujący się domem. Wierzbovsky nie znała się na modelach, ten wyglądał dla niej jak przecięty humanoidalny robot z twarzą typu "unisex".
- Dzień dobry, czym mogę państwu służyć? - odezwał się wypranym z emocji głosem. Po przedstawieniu sprawy wpuścił do środka.
- Detektyw Hawkins, numer legitymacji NY-012730, przeprowadził już całą procedurę i zadał pytania. Mogę państwu udostępnić zapis z logu przeprowadzonej rozmowy - powiedział, wskazując na sofę w salonie. Budynek również w środku był czysty i sprzątnięty, należąc do typu tych sterylnych. Jak większość z robotyczną służbą sprzątającą.


Psyche, Mik

Godzina 2:30 pm czasu lokalnego
Sobota, 20 grudzień 2048
Klinika Corp-Tech, New Jersey


Dwie znajome twarze przywitały budzącego się z narkozy, obolałego Mika. Pierwsza trącała te przyjemne struny w głowie, bowiem należała do odświeżonej i czującej się zupełnie jak nowa osoba Psyche. Druga niestety już widziana była mniej chętnie. Alan Dirkauer wyglądał jak zwykle. Dyrektor zarządzający najwyraźniej jednak w końcu odebrał wiadomość i choć sieć ciągle mocno niedomagała, znalazł swojego pracownika. W zasadzie to dwójkę, bo i Psyche trafiła tu na pełny reboot i odświeżenie systemów oraz ciała. Nie czuła już bólu ani innych niedogodności innych od braku bezpośredniego połączenia ze światem.

Mik wręcz przeciwnie. Jeśli wcześniej myślał, że jest słabo, to teraz było tragicznie. Wydawało mu się, że nie przeprowadzono na nim operacji, a jedynie obito metalowymi rurkami - zwłaszcza po twarzy. Edytor bólu, nawet jeśli został zamontowany, to chyba jeszcze go nie włączyli. Za to miał włosy. I nie tylko. Psyche z nieodgadnionym wyrazem twarzy pokazała mu jego odbicie. Czarne włosy, brak ćwieków i rzucającego się w oczy cyberoka, lekko wymodelowana twarz - mająca na celu raczej zmylić komputer, a nie ludzkie oko. Podano mu wodę i z zaskoczeniem stwierdził, że poruszać jest mu się dość łatwo. To pewnie ta chemia, o której wspominał Johann.
- Wygląda pan niemal jak człowiek, panie Maroldo - odezwał się Alan na powitanie, krzywiąc się w wymuszonym uśmiechu. - Dostałem pana raport, dziękuję. Przez ten czas sprawdzono ten adres, niestety nie mamy tam wpływów. Działka należy do Kalisto i nasze oficjalne działanie tam oraz oskarżenia bez twardych dowodów mogłyby odbić się zbyt dużym echem. Należy więc zebrać dowody zanim wkroczymy. Nie widzieliśmy się przez chwilę, chciałbym więc przy okazji usłyszeć ile udało się osiągnąć i jakie są państwa najbliższe plany względem naszej sprawy. I przypuszczenia, co mogło spowodować tak personalny atak na pana Maroldo.

Zerknął także na Psyche. Kobieta dotarła do kliniki późno w nocy i przez kilka godzin pozostawała w stanie zawieszenia, lecz na nogach była już od jakiegoś czasu. Dowiedziawszy się, że jest tu Mik, czekała i przy okazji udało się odkryć, że nikt nie próbował nic wyciągać z jej głowy. Niestety, podczas takich operacji tworzony jest backup, a to oznaczało, że te dane i obrazy widziane jej oczami, znajdowały się ciągle gdzieś tu w klinice, na serwerach Corp-Techu. I Boor na pewno został już powiadomiony o jej wizycie w tym miejscu. On zawsze wiedział. W końcu była jego… zabawką.



liliel 28-10-2016 10:37

Cóż, możliwe, że była uprzedzona. Nie potępiała cyborgizacji zaimplementowanych w ludzkim ciele, szczególnie jeśli miały służyć usprawnieniu lub zniwelować własne kalectwo, ale obdarzanie zlepka metalu i obwodów scalonych świadomością wydawało się przesadną zuchwałością. Ludzie nie powinni bawić się w bogów i dodawać istnień tej, i tak już przeludnionej planecie. Jako detektyw, musiała jednak zaakceptować takie wybryki, a co za tym idzie traktować Alexa jak świadka, a jednocześnie potencjalnego podejrzanego.
- Detektyw Hawkins, numer legitymacji NY-012730, przeprowadził już całą procedurę i zadał pytania. Mogę państwu udostępnić zapis z logu przeprowadzonej rozmowy - android wskazał na sofę w salonie.
- Tak wiem, ale teraz to my przejęliśmy to śledztwo, detektyw Wierzbowski i detektyw Mota - usiadła, uzbroiła się w papierowy notes i ołówek. - Zapisy z rozmowy chętnie obejrzę, niemniej muszę zbadać wszystko od początku, po swojemu. I zadać szereg pytań, niewykluczone, że już je wcześniej zadano. - “panu” nie chciało prześlizgnąć się przez gardło. Bezosobowa forma była szczytem Leah dyplomacji. Arturo usiadł na drugim fotelu, rozglądając się ciekawie po wnętrzu domu. Nie odezwał się nie licząc zdawkowego powitania. Alex natomiast pozostał tak bardzo bezosobowy, jak może być wyłącznie android.
- Oczywiście, proszę zadawać pytania, detektyw Wierzbovsky.
- Jak dawno temu i w jakich okolicznościach rodzina Tomkinsów weszła w posiadanie androida o imieniu Alex?
- Zostałem zakupiony cztery lata i dwieście trzydzieści cztery dni temu za pośrednictwem firmy House Robotics - odpowiedział patrząc na twarz Leah. Było to odrobinę irytujące, bo przecież nie mrugał jak człowiek.
House Robotics, no proszę, jaki ten świat mały - pomyslała Leah notując nazwę pośrednika, bardziej dla zasady niż z konieczności.
- Jak określiłbyś relacje w rodzinie Tomkinsów przez te cztery lata?
- Do czasu były to bardzo dobre, przyjazne relacje. Zauważałem w nich coś zdefiniowanego jako miłość. Ostatnie dwa lata to powolny spadek zażyłości i wzrost napięcia. To wtedy panna Amanda zaczęła interesować się medytacją i poznała nowych przyjaciół. Kulminacji to okres miesiąca kiedy się kłócili pół roku temu. Potem panna Amanda się wyprowadziła - nie zająknął się, nie zastanawiał. Wydajny procesor radził sobie ze wszystkim.
- A co z panią Tomkins? Scott był wdowcem?
- Nie dane mi było poznać. Moja baza zawiera informację o śmierci pani Tomkins.
- Amanda przyprowadzała do domu znajomych? Na etapie ezoteryki była z kimś wyjątkowo blisko? Może to ktoś namówił ją na Dzieci Rajneesha?
- Nie posiadam tych informacji. Przyprowadzała czasami, głównie dwójkę znajomych o imionach Keith oraz Monica. Oni także pasjonowali się medytacją i jogą. Nie posiadam informacji o ezoteryce. To głównie panna Amanda gdzieś wychodziła.
- Po śmierci Amandy, kiedy Scott Tomkins wytoczył Dzieciom proces, czy wydarzyło się coś niepokojącego? Anonimowe pogróżki? Czy pan Tomkins przejawiał lęk o własne życie?
- Tomkins wytoczył proces miesiąc temu - odezwał się Arturo szeptem, nachylając w stronę Leah. - Amanda wysadziła się w ten poniedziałek.
Leah skinieniem podziękowała Mocie za sprostowanie. Musi sobie to wszystko nanieść na magnetyczną tablicę na posterunku, jak ma w zwyczaju.
- Nic mi nie wiadomo o pogróżkach - powiedział Alex. - Jedynie choroba pana Tomkinsa zaczęła postępować szybciej. Diagnoza sugerowała dodatkowy stres jako powód.
- Dzień śmierci pana Tomkinsa. Jak przebiegał od poranka do momentu znalezienia przec ciebie zwłok?
To mogło nie być najlepiej zadane pytanie. Alex zaczął opowiadać ze szczegółami każdą wykonaną przez siebie czynność, zaczynając od sprzątanie, poprzez podlanie kwiatków, sprawdzenie rachunków, ubrań Tomkinsa i całej reszty czynności, do których został stworzony i zakupiony. Dopiero po jakimś czasie przeszedł do momentu zdarzenia.
- Pan Tomkins został przywieziony ze szpitala po badaniach. Miał nową listę leków, więc po sprawdzeniu jego stanu, udałem się do apteki. Kiedy wróciłem, pan Tomkins leżał na ziemi w salonie bez ruchu. Zbliżyłem się i sprawdziłem puls. Nie wyczuwając wezwałem służby: karetkę pogotowia oraz policję.
Musieli wysłuchać spowiedzi z robót domowych androida, niemniej w tej robocie detale przeważają o sukcesie, więc Leah mu nie przerywała.
- Jaka to była apteka? Poproszę o adres. I kto właściwie przywiózł go ze szpitala?
- Pan Tomkins wrócił taksówką. Apteka znajduje się w centrum zakupowym Inner City - posłusznie podał adres. - Zawsze tam kupowałem leki dla państwa Tomkinsów.
- Czy pan Tomkins kogoś się tego dnia spodziewał? Zachowywał się w jakiś sposób nietypowo? - Wierzbovsky kontynuowała przesłuchanie.
- Nie miał żadnych umówionych spotkań. Źle się czuł i pragnął jedynie odpocząć.
- Rozumiem - zamknęła notes. - Proszę się jutro zgłosić do działu technicznego trzynastego posterunku. Wiem, że sprawdzano już diagnostykę, ale nowi prowadzący to w zasadzie nowe śledztwo. Chcę się upewnić, że nic nie przeoczono.
- Niestety ciągle nie posiadam uprawnień do wychodzenia poza strefę Inner City. Proszę o udostępnienie uprawnień na czas wizyty - wyświetlił jej dokument wymagającego elektronicznego podpisu osoby uprawnionej.
- To nie będzie konieczne. Wyślemy po ciebie radiowóz.

W drodze powrotnej zahaczyli o wskazaną aptekę w Inner City. Obsługą był tam jeden człowiek, wspomagany przez dwa automaty. Udostępnił detektywom monitoring, pokazał też potwierdzenie transakcji i kopię recepty. Lekarzem prowadzącym Tomkinsa przez dwa ostatnie lata był niejaki Monroe.

Jak na razie alibi androida się zgadzało. Z drugiej strony rodziło się pytanie o dokładność oszacowanej godziny śmierci Tomkinsa. Czy tak na prawdę ta chwila spędzona w aptece wykluczała udział Alexa? Równie dobrze mógł wyjść na spacerek, kupić farmaceutyki, wrócić i zaserwować właścicielowi śmiertelne wkłucie. Ale na tym etapie Leah mogła snuć jedynie spekulacje.

Pozostawała kwestia kolejnych kroków.
- Musimy powoli przesłuchiwać osoby z otoczenia Tomkinsów - Leah podjęła już decyzję. - I zaczniemy od źródła całego smrodu. Dzieci Rajneesha i ich enigmatycznego przywódcy.

Bounty 28-10-2016 16:08


Mik Maroldo przyglądał się krytycznie swemu odbiciu. Gałką z boku szpitalnego łóżka podniósł oparcie do pozycji półleżącej, zbliżając twarz do trzymanego przez Psyche lusterka.
Rysy zmieniły się nieznacznie, ale brak kolczyków i zastąpienie świecącego na czerwono zewnętrznego cyberoka udającym prawdziwe sprawiły, że na pierwszy rzut oka był niemal nie do poznania. Gęste, ciemno-blond włosy zamiast naszpikowanej wtyczkami łysiny też robiły swoje. Nowa twarz cyborga była wciąż opuchnięta a gdzieniegdzie, zwłaszcza wokół lewego ucha, było widać szwy. „Niemal jak człowiek”. Mik skrzywił się na tą zniewagę, lecz natychmiast zmrużył powieki i zacisnął zęby. Sprawiał wrażenie jakby każde poruszenie ustami sprawiało mu ból.
- …I przypuszczenia, co mogło spowodować tak personalny atak na pana Maroldo – zakończył Alan Dirkauer.
Mik otworzył usta, ale wydobył się z nich tylko nieartykułowany syk. Wykonał parę kliknięć na holoekranie podłączonego kablem do karku projektora.
- Zemsta – zachrypiał, westchnął i klikał dalej. - za porwanie szefa jednego z gangów zbuntowanych przeciw Rustlersom – pod koniec zdania głos cyborga stał się odrobinę wyraźniejszy. Odłożył projektor i siorbiąc głośno napił się wody przez rurkę.
– Chcieli go znaleźć i odbić, musi sporo wiedzieć - wyszeptał. - Ale jest odrutowany, bez serum prawdy nic z niego nie wyciągniemy. Ze mnie na szczęście też nie zdążyli, bo nie dałem się wziąć żywcem a nim dobrali mi się do łba zmartwychwstałem i ich wytłukłem. Ale moja dawna gęba jest spalona na Bronxie i rozpoznawalna na milę. Zresztą za bardzo przypominałem Bloodboya. To mocno utrudniało naszą delikatną misję. Czegoś się jednak dowiedzieliśmy, nie? Kalisto. Wiemy kto stoi za Free Souls.

- Chciałabym, aby wszystko było tak proste, jak to przedstawiasz - Psyche zabrała lusterko, odkładając je na małą szafeczkę obok łóżka. Wizyta w klinice przywróciła jej oryginalny wygląd, z nienaganną twarzą i fryzurą. Zdobyła też ubrania bardziej odpowiednie do aktualnego stanu rzeczy, siedziała na krześle w obcisłej spódnicy do kolan i żakiecie, na nogach mając ponad dziesięciocentymetrowe szpilki. - Nie mamy pewności, czy akcja porwania cię była pomysłem kogoś z góry czy samowolną próbą. Dobrze, że nie docenili twoich możliwości. To mi też sugeruje, że nie brali w tym udziału profesjonaliści. A Kalisto jest profesjonalne. Powiązania są jednak na tyle oczywiste, że sprawdzimy je. Jak wspomniał Maroldo, mamy do dyspozycji szefa gangu. Potrzebujemy czegoś skutecznego do przesłuchania go. Zauważyliśmy już, że osoby stojące niżej w hierarchii nie są dopuszczane do tajemnic związanych z Free Souls. Ciągle mamy także Rose siedzącą obok Jin-Tieo, możliwości działania pozostają duże - zakończyła swoje rzeczowe, wypowiedziane bezemocjonalnym tonem sprawozdanie.

- Na pewno nie rozwiążemy problemów Jina niańcząc go ani eliminując płotki - dodał Maroldo. - Kenji, ja i Psyche zabiliśmy już ze dwudziestu ale tych nygusów są kurwa setki. Dotarcie do Zbawiciela to jedyna opcja. Ci co mnie porwali mieli wyraźny rozkaz: wziąć żywcem, ogłuszyć, przesłuchać. Namierzyli mnie po wozie. Aut jest w tym mieście pięć milionów, nie ma mowy o przypadku. Musieli mieć dostęp do miejskiego monitoringu, jak my. Zjebali, bo nie wiedzieli, że mam ukrytą w łapach broń. W budynku należącym do Kalisto zebrali srogi opierdol, że mnie zabili. Niestety tego co ich opierdalał, też chyba zabiłem. Ale zgarnąłem ich holofony. Są tam - wskazał na szafkę pod ścianą. - Niech szef zawiezie je do firmy, może Remo coś z nich wyciągnie.

- Zabiorę je po drodze - zgodził się Alan, wstając i spacerując po małym szpitalnym pokoiku w te i wewte. Kiedy ich słuchał, wyglądał na zamyślonego. - Cieszę się, że mamy pierwsze przypuszczenia, lecz muszą sobie państwo zdawać sprawę, jak istotne są dowody. Obecnych niestety nie mogę przedstawić wyżej. Przypomnę, że państwa celem jest uzyskanie silnych wpływów w najsilniejszym gangu. Najlepiej byłoby wyeliminować owego Zbawiciela i jego grupę przy współpracy z Jin-Tieo, aby nasz udział był przez niego w pełni doceniony. Nikt nie każe państwu eliminować ich samodzielnie. Wykorzystanie zasobów grupy Rustlers jest wskazane i zalecane. Niestety mam też problem z doproszeniem się do serum. Rząd i władze miasta mówią wspólnym głosem o zakazie używania tego typu substancji i starają się kontrolować jej użycie, zajęli także zasoby Corp-Techu, przynajmniej część. Zarząd nie chce więc wydawać dawek bez silnego uzasadnienia. Jesteście państwo pewni, że tego szefa gangu nie da się zmusić w inny sposób? Skłonić do współpracy? Możemy mu zaoferować coś jako firma.

- Lubi wszczepy... - Mik podrapał się po łbie, chyba nie tylko po to, by wspomóc myślenie. Każdy kto miał kiedyś sztuczne włosy znał to uczucie swędzenia i wiedział, że początkowo ciężko się przyzwyczaić. Zwłaszcza jeśli wcześniej było się łysym jak kolano. I to aluminiowe.
- Ale wątpię, by zaufał nam na tyle, żeby dać firmie coś sobie wszczepić. Ja bym nie pozwolił Free Souls władować sobie nawet najlepszego bajeru. No i ten Higgs już ma dobry sprzęt. Ogólnie to chciał gadać tylko jak go uwolnimy. Można by jeszcze rozbroić jego blokery, no ale szef nie chciał brać go na nasz lab… key, będziemy kombinować... - cyborg wzruszył ramionami a w jego zachrypniętym głosie dało się wyczuć pewien wyrzut.

- Rozbrojenie blokerów musiałoby iść w parze ze środkiem na mówienie - Psyche powoli założyła nogę na nogę, poprawiając mini zagięcie na spódnicy. - Projekt ma ograniczone koszta i priorytet, zrozumieliśmy to. Spróbujemy więc wykorzystać zasoby Rustlersów - posłała Mikowi krótkie spojrzenie i prawie niezauważalnie mrugnęła do niego kiedy Alan nie patrzył. - I to będą nasze plany na przyszłość. Podążanie dalszym tropem. Wyciągnęliśmy kilku netrunnerów od BloodBoysów. Ich wiedza może okazać się krytyczna pod względem poszukiwań Zbawiciela i jego grupy. Jakie konkretnie dowody będą potrzebne, aby siła zarzutów wobec Kalisto stała się wystarczająca do wydobycia ich na zewnątrz?

- Możemy mu zapewnić przeniesienie, bezpieczeństwo, nową tożsamość, gdyby chciał - Alan odniósł się najpierw do słów Mika, zerkając w przelocie na nogi Psyche. - Lub wysłać technika do pomocy wydobycia z niego informacji. Przeniesienie do laboratorium firmy nie jest dobrym rozwiązaniem, jak już na pewno wspominałem. On wtedy nie mógłby z niego wyjść, a firma nie chce wziąć za to odpowiedzialności. Każdego człowieka da się przekonać - uśmiechnął się. - Wracając do dowodów, potrzebuję coś materialnego. Nagrania. Dokumenty podpisane oficjalnymi podpisami elektronicznymi. Ludzi, którzy będą zeznawać. Tego typu rzeczy. Lub zwyczajnego wyeliminowania Free Souls przez wspierany przez nas gang. Widzę, że mają państwo pomysły, to dobrze. Dobrze byłoby wiedzieć przed świętami na czym stoimy. Czy mają państwo do mnie jeszcze jakieś rozsądne prośby lub pytania? - słowo "rozsądne" podkreślił, patrząc przy tym na Maroldo.

Ów nie odpowiedział żadną ze swoich szyderczych min, tylko dlatego, że mimika u niego jeszcze kulała.
- Yep. Free Souls współpracują z Bloodboyami a ci więzili netrunnerów. Musimy wiedzieć jak najwięcej o tym co im zrobili i do czego ich wykorzystywali, key? Wszystko może mieć związek.

- Pan Dirkauer nie udzieli raczej na to odpowiedzi - kącik ust Psyche uniósł się w krótkim zalążku uśmiechu, pół sekundy później wracając do wcześniejszej pozycji. - Wystarczą nam pełne dostępy do ich sprawy i wszystkich innych, które będą się wiązały z naszym zadaniem. Musimy przemyśleć następne posunięcie. Dostęp do technika może okazać się pomocny. Sieć powoli wraca, mam nadzieję, że wkrótce będziemy mogli swobodnie porozumiewać się na odległość.

- Załatwię to zanim opuszczę klinikę - Alan skinął głową w stronę Psyche. - Wiadomości tekstowe dochodzą z opóźnieniem, ale już dochodzą. Namiar do technika zostawię. Jak coś się państwu przypomni, proszę się ze mną kontaktować niezwłocznie. Tymczasem życzę szybkiej rekonwalescencji - Dirkauer pożegnał się i wyszedł. Po nim weszła pielęgniarka wraz z Johannem.

- No no, kogo my tu widzimy! - zaśmiał się lekarz, zezując przy okazji na Psyche. - Stan idealny. Pani Gisele zaraz nafaszeruje nową chemią i wtedy dopiero się pan poczuje świetnie - mrugnął do Mika, a pielęgniarka wbiła mu strzykawę, aplikując dodatkową chemię. - W ramach prezentu świątecznego otrzymał pan barwnik skóry. Przy pana białej twarzy nie będzie się dało idealnie ukryć tożsamości, lecz pamiętaliśmy o jakże tajnej misji. Z kapturem się sprawdzi. Kalibruje się podobnie jak pozostałe pana systemy. Włosy są chowalne, więc spokojnie może pan udawać łysego czarnucha - wyszczerzył się, zadowolony ze swojej roboty.
- Jestem już białym murzynem, więc łatwo mi przyjdzie - uśmiechnął się Maroldo. - Mocy przybywaj - dodał, patrząc na opróżnioną do żyły biodrowej strzykawkę, którą pielęgniarka wrzuciła do kosza z odpadami do utylizacji. - Będę jeszcze potrzebował czegoś na wynos podtrzymanie efektu. Tak, wiem, że później będę miał tygodniowy zjazd, trudno - uprzedził sceptyczną uwagę lekarza. - Trza wykonać target przed deadlinem i uniknąć fakapu, co nie? - spojrzał na Psyche.
- W założeniach zadania nie ma deadlinu - kobieta wstała, poprawiając swoje nienaganne ubranie. - Uważam, że nasze działania mogą czas wydłużyć lub skrócić. Poszukam informacji, jak skończysz tutaj to będę na zewnątrz. Musimy ustalić kilka rzeczy - odwróciła się i wyszła z zamiarem przypilnowania nadania uprawnień i poszukania netrunnerów.
Pielęgniarka skończyła, odpinając Mika od wszystkich urządzeń monitorujących jego stan. Prawdziwy ekspres. To nie mogło być bezpieczne, ale misja to misja. Johann wyszczerzył się.
- Potrzeba raz dziennie, to ułatwia organizmowi przystosowanie się do nowych zabawek. Wolelibyśmy zobaczyć tu pana raz dziennie na skan i sprawdzenie stanu, inaczej może pan dostać wylewu do mózgu, a z tym nawet nanoboty sobie nie radzą.
- Postaram się - odrzekł poważnie cyborg. - Ale może się zdarzyć, że coś mnie zatrzyma, dlatego muszę mieć pełną dokumentację w formacie czytanym przez skaner. Mam własny i umiem sam się diagnozować. Od pięciu lat jestem certyfikowanym testerem - dodał, jakby wykonywanie zawodu, którego nie chciał się podjąć nikt o zdrowych zmysłach, było powodem do dumy.
- Nie widzę problemu. Będzie do odbioru przez pana przy recepcji - uśmiech nie schodził z ust lekarza, który być może Mika uznawał za wyjątkowo… radosny obiekt.
- Dzięki. - Mikowi wciąż daleko było do radości, ale przywykł do zainteresowania ze strony konowałów. W dobie transhumanizmu prawie każdy miał jakiś wszczep, lecz nadal mało kto decydował się na tak daleko idące modyfikacje ciała.
Wstał z łóżka i skierował do szafki. Tak jak się spodziewał jego ubranie zutylizowano. Pozostały tylko buty i zdobyczna kurtka. Założył ją na pidżamę.
Patrząc w odbicie w lustrze nad umywalką uświadomił sobie, że właśnie utracił kolejny i najważniejszy element tożsamości - własną twarz. Powiedziano, że ciała wskrzeszonych będą różnić się od tych sprzed śmierci a on umarł już dwa razy.
Z dawnego Mika pozostało niewiele - tylko imię.
Imię można nadać nawet maszynie.

Welcome my son,
Welcome to the machine.
What did you dream?
It's all right, we told you what to dream.

Widz 28-10-2016 18:25

Remo zachował zimną krew, słysząc alarm i widząc nagłe odmowy dostępu na swojej konsoli. Spodziewał się ich, nie przewidział za to przejęcia przez jakąś inteligencję kontroli nad szkołą. Sztuczna SI lub wręcz AI ostatnimi czasy rozprzestrzeniała się za szybko jak na jego gust. Teraz nie czas był na szukanie winnych.
- Lisa, otwórz nam drzwi! - przejął dowodzenie, coś co weszło mu w krew przez lata pracy w Corp-Techu. Ludzie musieli wiedzieć co robić. - Oro, rób nam miejsce, Parkins nie pozwól usunąć danych zanim je zgram. I niech ktoś wyłączy tego pieprzonego robota! - przekrzykiwał alarmy i lejący się z dozowników chemiczny syf, kątem oka zauważając wstającego androida. Wierzył, że Lisa da radę. I że Ann wzięła ze sobą broń. Poleganie na młodych, masz cholernie dużo optymizmu, Kye, jakby to powiedzieli kumple, mając na to czas.
- Odcina mnie! - krzyknęła Lisa, jej dłonie pędziły po holograficznej klawiaturze, a myśli dokładały swoje. Większość z nich była podpięta do decków, co dawało im większe możliwości. I jednocześnie narażały na bezpośredni atak. To nie była AI w stricte tego słowa znaczeniu. Tu działały setki skryptów połączonych w jakąś zmutowaną całość. Remo zdołał wyselekcjonować zamkniętą podsieć zanim i jego odcięło. Widział jedną jedyną szansę - podpiąć się bezpośrednio do maszyny w głębi serwerowni lub wręcz brutalnie wyrwać z niej dyski. Przez switche byli zbyt łatwo blokowani!

Tymczasem mieli coraz większe kłopoty. Oro wyraźnie przegrywał z maszyną, Harris krzywiła z bólu, a android już ruszał w stronę Waltera. Na szczęście była to słaba wersja cywilna, nieprzystosowana do gwałtownego poruszania się. Ann zdążyła wyciągnąć pistolet i pociągnąć za spust, celując w głowę. Wiedziała, że tam mieści się jednostka sterująca i sztuczny "mózg" tego modelu robota. Kula rozwaliła bezpośrednio słabą blachę i przeszła na wylot, rykoszetując od ściany. Nie trafiła nikogo, jedynie huk ich dodatkowo ogłuszył. Deezer nawet nie mrugnął, skupiony na swoim sprzęcie. Android zatrzymał się w pół ruchu, skrzecząc i chwiejąc się. Po chwili zwalił się na ziemię. Powietrza brakowało coraz bardziej. Nie dało się już oddychać, chemia wciskała się do płuc i wywoływała bolesną reakcję i kaszel. Robiło się coraz zimniej, wręcz mroźno. Nagle panel drzwiowy zmienił kolor, a drzwi rozsunęły się. Nadal jednak nie mieli tego, po co przyszli, chemia nie przestała lecieć, a chłodzenie działało na maksymalnej mocy, mogąc osiągnąć nawet minus pięćdziesiąt stopni. Dało się wyłączyć całość na raz. Lub wpiąć się bezpośrednio do serwera, który zlokalizował Kye.
Skupiony na próbie dostania się na znalezione serwery, Remo rejestrował wydarzenia samą podświadomością. Wstrzymywał oddech ile się dało, nasuwając na usta skraj materiału kurtki i to było wszystko co zrobił w realu.
- Muszę się podpiąć do szafy! Wyjdźcie na zewnątrz i spróbujcie utrzymać tu znośne warunki! - krzyknął, wstając i zabierając deck, odpiąwszy się od kabla. Powinien być na tyle długi, żeby dali radę wyjść poza zasięg chemii i mrozu. Owinął się na tyle szczelnie na ile mógł, dziękując w duchu za zimę na zewnątrz i posiadanie kurtki. Wbiegł do serwerowni, szybko wzrokiem przeglądając oznaczenia szaf serwerowych i szukając tej właściwej. Musiał dostać te dane.
Potem mógł wyrwać zasilanie ręcznie.

Łatwiej było powiedzieć, niż zrobić. Lisa zwymiotowała, z bólu i chemii. Parkins złapał się nagle za głowę wyrywając kabel z decku, kiedy jakiś atak przeszedł przez zabezpieczenia i trafił bezpośrednio w mózg hakera. Oro poruszał się jak pijany. Tylko Ann i Walter pozostali sprawni, choć oboje dusili się od chemicznego oparu. Dzięki ich pomocy wszyscy jednak wyszli na korytarz przed pomieszczeniem operatorskim. Wtedy chlusnęła na nich woda ze spryskiwaczy.
Remo w tym czasie liczył już szafy, dostrzegając tą właściwą. Generatory pracowały tu z pełną mocą, serwery nie zamarzały tylko przez to, że same rozgrzewały się do czerwoności. Kurtka niewiele dawała, ręce się trzęsły, a zęby szczękały. Kye miał wrażenie, że zaraz mu pękną gałki oczne. Potencjalnie wszystkie dane były tu, więc mógł spróbować odłączyć zasilanie i spróbować później, bez tych wszystkich przeszkód. Podłączając się teraz, stawał sam na sam z maszyną będąc w nie najlepszym stanie i położeniu. I nie miał na to zaledwie kilka chwil, bo tu wewnątrz serwerowni powietrza prawie nie było, za to chemia dusiła od środka.
Nie mógł zaryzykować pozostawienia serwera. Gdziekolwiek siedział robal, mógł skasować to na czym mu zależało. Remo wyrwał sieciowe kable nie siląc się na delikatność i odosobnił tym szafę od reszty serwerowni. Postanowił zaryzykować, licząc, że nie rozwinęła się tu prawdziwa AI, a tylko mutacja jakichś popieprzonych symulacji. Chciała się bronić, a nie miała dostępu do holonetu. Postanowił więc dać jej ułudę tegoż. Przestawił swój deck w tryb imitacji szerokiego spektrum stron i serwerów webowych. Nie liczył na złamanie zabezpieczeń, a na to, że uciekając maszyna sama przeniesie najistotniejsze pliki danych. Taki deck podłączył do serwera, odpinając przy okazji od siebie. Nie chciał ryzykować usmażenia sobie mózgu, bo miał zamiar odpiąć kabel od serwera jak tylko transfer plików zostanie wykonany. Podstęp był szyty grubymi nićmi. Bo kto o zdrowych zmysłach uwierzyłby, że nagle otrzymał dostęp do netu? Nikt. Lecz mimo to, udało się. To trochę mówiło o tym, czym było "stworzenie", z którym tu się mierzyli. Czy wykonało kopię zapasową, czy może przeniosło się w całości, Remo nie wnikał, odłączając kable. A następnie uruchamiając "kill switch", który odciął wszystkie serwery od innych systemów.

Chwilę później wyłączyły się wentylatory, spryskiwacze i całe chłodzenie serwerowni. Kye zdążył w tym czasie pokryć się warstewką szronu i cały skostnieć, a płuca paliły go żywym ogniem. Nie tracił więcej czasu. Wyrwał wtyczki, powyłączał wszystkie urządzenia sieciowe, w celu zabicia jak nie samych serwerów to na pewno komunikacji ze sobą i światem, i wybiegł na korytarz, kaszląc i pocierając dłonie w celu rozgrzania się.
- Wszyscy cali? - wyrzęził, kiedy wreszcie mógł.
Remo udało się przynajmniej wyłączyć wszystkie efekty pogodowe, jakie zaserwowała im uczelnia. Przybiegł do nich wreszcie zdyszany strażnik, przez włączeniem się spryskiwaczy nawet nie wiedzący, że coś się dzieje.
- Co wy robicie?! - wykrzyczał, patrząc z zaskoczeniem na zebraną w korytarzu grupę. Parkins machnął na niego ręką, Oro właśnie pomagał Lisie, a Walter patrzył w stronę serwerowni.
- Wszyscy cali - zameldował spokojnym tonem, który został zburzony krótkim kaszlem. Pieczenie w płucach nie malało szybko, a w przypadku Kye'a - który nawdychał się najwięcej - prawie wcale. Murzyn w pewnym momencie zaczął się wręcz dusić. - Udało się? - powiedział, kiedy Remo uspokoił na chwilę kaszel.
- To się okaże, jak przyjrzę się temu co się zgrało na deck. Ej, ty! - krzyknął na strażnika i zaraz się rozkaszlał. Podnoszenie głosu nie wchodziło w grę. - Niech nikt nie włącza serwerowni. Jak będziecie mogli, skontaktujcie się z profesjonalistami i przyślijcie ich tu. Macie na serwerach wirusa - używał prostej terminologii dla prostego człowieka. - Bardzo niebezpiecznego. Najpiej jakby ci ludzie skontaktowali się ze mną, opiszę im z czym mają doczynienia.
Dłuższa wypowiedź rozpaliła mu płuca do czerwoności. Zbliżył się do Ann i spróbował uśmiechnąć.
- Dobry strzał. Wszystko w porządku? Muszę odwiedzić aptekę, inaczej rozchoruję się od tych dzisiejszych emocji. Wracamy do siebie - te słowa kierował już do reszty towarzystwa. - Lisa, masz wolne w ten weekend. To polecenie służbowe od przełożonego.
I tak pewnie zrobi swoje. Popatrzył na mokre ubranie, swoje i pozostałych. Kurtki ochroniły przed wodą zaledwie częściowo. Pociągnął ze sobą Ann.
- I musimy się przebrać. Trzymają na uczelniach jakieś ciuchy? - zapytał, było nie było, studentki.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:21.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169