Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-07-2018, 17:38   #1
 
Jacques69's Avatar
 
Reputacja: 7605 Jacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputacjęJacques69 ma wspaniałą reputację
[Star Wars] Na Łasce Huttów


Osiemdziesiąt pięć miliardów. Dokładnie tyle istot, przedstawicieli niemal wszystkich gatunków w galaktyce, zamieszkuje tę miejską dżunglę, często po prostu walcząc o przetrwanie. Nar Shaddaa jest prawdziwą ostoją bezprawia. Wszechobecna brutalność, brak policji, sądów, brak kodeksów, skorumpowana administracja: to wszystko sprawia, że każdy musi dbać sam o siebie. Na tym zatłoczonym księżycu to jednak zbyt trudne. Trzeba oddać się komuś silniejszemu w opiekę. Tamten zaś, mając pod sobą gromadkę protegowanych, również potrzebuje pomocy, znajduje więc kogoś jeszcze silniejszego. I tak dalej, i tak dalej… A na szczycie tego łańcucha znajdują się przede wszystkim Huttowie. Długowieczne, bezlitosne i okrutne istoty, które mają upodobania w oglądaniu brutalnych walk, oszukiwaniu i pomnażania majątku. Naprawdę, każdy przywykły do cywilizacji człowiek powinien się zastanowić przynajmniej z piętnaście razy, zanim przyleci tu w jakimkolwiek celu. Jednak jest i druga strona medalu… Ci, którzy wierzą w swoje umiejętności i posiadają ten instynkt ‘cwaniaka’, mogą zarobić tu naprawdę spore pieniądze i zdobyć takie przedmioty, jakich nie znajdą nigdzie indziej. A potem wynieść się z kredytami daleko stąd, żeby nikt ich nie znalazł. Tutaj można się też zaszyć, jeśli ciąży na nas wyrok śmierci. Czy to ze strony innych bandytów, czy ze strony samego Imperium.
Osiemdziesiąt pięć miliardów osób. Kto cię znajdzie wśród takiej gromadki?

Latając po Nar Shaddaa, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Przepisy ruchu powietrznego nie obowiązują tak jak na chociażby Coruscant. Jednak jeśli jesteś pasażerem i czujesz się spokojny o swojego pilota, możesz podziwiać na swój sposób piękną panoramę. Jak w każde ekumenopolis, miasto rozwija się już tylko w jednej osi: góra-dół. Strzeliste wieżowce zdobią więc całą okolicę. Ogromne biurowce, apartamentowce, fabryki, zbrojownie, centra handlowe, kasyna i wszelkie inne miejsca rozrywki. Każda budowla o innym kształcie, chcąca wyróżniać się na tle pozostałych. Występują jednak pewne dominujące elementy. Na przykład neony, reklamy, których tu wszędzie co nie miara, są przeważnie różowe lub jasnobłękitne, po to aby wyróżniać się na tle szarych i brązowo rdzawych budowli. Brakuje tu zieleni, to fakt. Są za to holoprojekcje najpiękniejszych palm ze Scarif lub podobnych egzotycznych drzew z Kashyyyk. A im wyżej znajdują platformy dokujące, tym wszystko staje się różnorodniejsze, jaśniejsze, śliczniejsze. Definiuje to jedna prosta zasada: Na szczytach wieżowców mieszkają największe szychy, na poziomie gruntu szczury i szumowiny. A gdzieś pośrodku stykają się wpływy bogatych ‘biznesmenów’, szukających dalszych miejsc do rozwoju swoich interesów, z biedotą, która podejmuje się wszelkich, nawet najpodlejszych robót, byleby przebić się wyżej, uzyskać choć trochę lepszy komfort życia… I ich właśnie wykorzystują ci ze szczytów do swych niecnych celów. Jak wy się tu odnajdziecie?





Alette
Praca dla Grakkusa wzbudzała u ciebie ambiwalentne odczucia. Owszem, zapewniało ci to najlepszą możliwą protekcję w tym niebezpiecznym mieście (chyba że przekroczysz granice gangów), ale nie czułaś, że jesteś odpowiednio wynagradzana za swe trudy i ryzyko zawodowe. Udało ci się co prawda uzbierać tyle kredytów, by wyciągnąć matkę z biedy, a będąc ciągle na służbie, nie miałaś nawet czasu wydawać aż tyle pieniędzy, tylko że po co pracować dwadzieścia lat na swoją emeryturę, skoro można na nią uzbierać znacznie szybciej?

Coraz częściej chodziło ci po głowie, by nie oddawać Grakkusowi wszystkiego, co znajdziesz, zwłaszcza że lista artefaktów z twojego datapadu ciągle malała. Wczoraj skorzystałaś z okazji, aby wziąć sobie dwa dni urlopu, nim dołączysz do Sudodtha Ordy w jego misji, i wtedy, kręcąc się ze swoją przyjaciółką po ekskluzywnych knajpach na wyższych partiach wieżowców w poszukiwaniu rozrywki, znalazłaś obok kosza notatkę wyglądającą na pośpiesznie spisany przebieg paru licytacji. Ktoś w tej okolicy handlował między innymi takimi przedmiotami, jakie ty znajdowałaś w różnych zakątkach galaktyki. Tyle że w tej licytacji pradawne artefakty osiągały naprawdę zawrotne ceny, wielokrotnie przebijające premie, jakie przyznawał ci Grakkus.

To wznieciło w tobie wątpliwości. A spotęgowało je szczere wyznanie Tiny, która wyznała, iż czuje się w pałacu Grakkusa ciągle upokarzana i boi się, że źle skończy. Z początku inni piloci śmiali się głównie, z tego, że – a jakże! – jest kobietą i nie potrafi latać, co bez problemów ignorowała. Przyzwyczaiła się już do podobnych docinek. Lecz parę dni temu ktoś rozpuścił plotkę, że bardzo się podoba Grakkusowi, lecz nie w kontekście swych osiągnięć i umiejętności, ale wyglądu. I że w związku z tym ma zamiar wkrótce ‘przebranżowić’ ją na swoją tancerkę, a statek przekazać innemu, lepszemu szmuglerowi. Tym razem nie potrafiła już tego ignorować. Wiedziała dobrze, że Huttowie potrafią być nieobliczalni. W drodze powrotnej próbowałaś ją pocieszać i zapewniać, że to pewnie tylko plotki, wszak Grakkus widział ją może ze dwa razy, i to w tłumie. Obiecałaś jej jednak, że przemyślisz sobie dalszy przebieg waszej wspólnej kariery. Była w końcu twoją przyjaciółką i nie mogłaś ignorować jej obaw. Wróciłaś teraz do swojej kwatery, wciąż jeszcze pełna energii. Do końca nocy pozostało jakieś dziesięć godzin. Z Sudodthem miałaś spotkać się niedługo po świcie. Masz zatem trochę czasu dla siebie.


Barah Vobris
Życie na Nar Shaddaa okazało się być jeszcze trudniejsze niż sądziłaś, a twoje walory stawały się tutaj problemem. W bardziej cywilizowanych miejscach twój wrodzony zeltroński urok wzbudzał powszechne zainteresowanie, które mogłaś wykorzystywać do osiągania własnych celów. Tutaj oczywiście również wzbudzasz pożądanie, jednak na Nar Shaddaa mężczyźni przeważnie nie mają żadnych hamulców, więc dopóki nie jesteś dziewczyną jakiegoś poważnego gangstera, to musisz się liczyć z byciem obmacywaną i molestowaną na każdym kroku.

Chyba że tuż przy tobie kręci się przez całą dobę dwumetrowy, potężnie umięśniony, szczerzący ostre zęby przedstawiciel rasy Dashade. To druga opcja, która może ci pomóc. Zwłaszcza że ten akurat osobnik dał się przekonać po krótkiej, acz bardzo sugestywnej rozmowie, że zapłacisz mu dopiero po tygodniu pracy, w takiej formie jakiej tylko sobie zażyczy. Seki Teeki, bo tak zwał się twój nowy ochroniarz, miał też szereg innych zalet, poza swą groźną aparycją i porządnym grzmotnięciem. Przede wszystkim, i co najbardziej szokujące, był prawdziwym, najprawdziwszym dżentelmenem. Choć normalnie by cię to denerwowało, w obecnej sytuacji zapewniał ci brakujący dotychczas komfort. Traktował cię jak najpiękniejszą księżniczkę, samemu próbując zachowywać się jak praworządny rycerz. Nie był jednak przy tym szczególnie namolny, prawdę mówiąc prawie cały czas milczał, co również było zaletą. Co jeszcze ważniejsze, w ogóle nie interesował się tym, czym się zajmujesz. Nie zadawał zbędnych pytań typu: skąd jesteś, co tu robisz, a dokąd idziemy, dlaczego mam przesłuchiwać tego przypadkowego Rodianina, przypierając go z całych sił do ściany? Po prostu robił co mu kazałaś i nie wychodził poza zakres swoich obowiązków. Prawdziwy profesjonalista.

Kręciłaś się po okolicy parę dni od przylotu, badając grunt pod swoją misję. Fakt, mogłaś zostać z tym całym Orflickiem, ponoć posiadającym bardzo wiele informacji, który od razu zaczepił cię po wyjściu ze statku. Ale twoja natura nie pozwalała ci zupełnie polegać na kimś innym, zwłaszcza że w ogóle go nie znałaś. Postanowiłaś wrócić do niego dopiero, gdy poczujesz to miasto. Nie mogłaś od razu przystępować do akcji. Potrzebowałaś czasu, aby się przyzwyczaić. Poznać panujące tu niepisane reguły. Pooglądać, jak zachowują się mieszkańcy, co muszą robić, aby zarobić na życie i żeby nie dostać przypadkowo w zęby. Słowem, musiałaś poznać tę kulturę. Zasmakować życia w dżungli.

Była jeszcze jedna ważna sprawa, o której nie zapominałaś. Gdzieś w tej okolicy powinien kręcić się twój dawny przyjaciel. Nie miałaś co prawda co do tego żadnej gwarancji ponad to, że zdążyłaś poznać jego upartość i to, jak usilnie dąży do osiągania swych celów. Najpierw trochę się martwiłaś, że zrobił już wszystko bez ciebie i odleciał, ale po dokładniejszym przesłuchaniu lokalnej społeczności doszłaś do wniosku, że na pewno jeszcze nie wykonał swej misji. Postanowiłaś zrobić jeszcze jeden obchód po mieście, tym razem znacznie bliżej Pałacu Grakkusa w nadziei, że spotkasz gdzieś swego przyjaciela, zanim wrócisz do Orflicka ostatecznie przypieczętować wasz biznes.

Gerdarr
Dopiero co wróciłeś po wyczerpującej misji ze swoim przyjacielem, Marką Durnem, a przed kwaterami już czekała na ciebie spora gromada fanów. Kibice z areny skandowali imię swojego czempiona, cieszyli się, gdy od niechcenia podniosłeś w ich stronę rękę. Wszyscy chcieli wymienić z tobą choć słowo, pogratulować ostatniej walki. Niektórzy śmielsi pytali czy ważysz już tyle co rancor, inni wołali, że niedługo zostaniesz rekordzistą w ilości wygranych walk. Zazwyczaj bardziej cieszyło cię to zgromadzenie, ale zbytnio zmęczyły cię szaleńcze pościgi z Marką i wasz mały wypadek. Jednak chcąc dbać o swoja reputację porządnego gladiatora, który nie unosi się pychą, nawet wysiliłeś się, by pokazać trochę milszą stronę swojego charakteru. Podałeś dłoń paru osobom, gdy przeciskałeś się wśród nich do kwater, odpowiedziałeś na parę zaczepek, a na końcu zaprezentowałeś swoją muskulaturę oraz zdrowe uzębienie, demonstrując swój ostatni prowokacyjny okrzyk. Po ostatnim krótkim pozdrowieniu wreszcie przedostałeś się do części pałacu zamkniętej dla postronnych, w której znajdowała się twoja kwatera. Niestety nie mogłeś jeszcze odpocząć. Przed drzwiami wsparty o ścianę stał czerwonoskóry Iktotchi z przepaską na oku. Nieczęsto go widywałeś, ale znałeś go i wiedziałeś, kto go przysłał. Nie myliłeś się. Mężczyzna na twój widok od razu wykonał jakiś pseudo-salut wyglądający na kpinę i rzekł tylko:
- Redajj cię oczekuje. Teraz.
Po czym odszedł dziarskim krokiem, zanim się nawet do niego zbliżyłeś.

Można było uznać, że Redajj był twoim właściwym mocodawcą. To on organizował walki na arenie – wybierał uczestników, ustalał reguły. Jeśli cię wzywał na osobistą pogawędkę, to musiał mieć ważny powód. Może wreszcie przygotował dla ciebie jakieś prawdziwe wyzwanie? W każdym razie nie powinieneś odmawiać spotkania. Miałeś przed sobą jednak daleką drogę. Jego salon znajdował się po drugiej stronie pałacu, kilka pięter wyżej. Po drodze będziesz musiał minąć pałacowe kantyny, gdzie zawsze przebywały tłumy pracowników, służba, ochroniarze, zbiry, nagabywacze, szmuglerzy – wszyscy ci mniej ważni podwładni Grakkusa. Zaraz później stołówka, a obok biura oficerów i dowódców, gdzie panować już musiała pewna dyscyplina, w tamtych miejscach bowiem zaczynało się swoją dzienną służbę i tam się ją kończyło. Będziesz jeszcze musiał przejść się po schodach, bo w tym sektorze windy są za małe, żebyś się do nich zmieścił. Parę minut spacerku po nudnym korytarzu i będziesz niemal na miejscu. Jeszcze tylko minąć sale treningowe różnych szkół gladiatorskich, przepełnione twoimi rywalami, i w końcu trafisz do Redajja.

Hastal Skirata
Ponoć w życiu każdego najemnego żołnierza następuje ten moment, kiedy zmuszony jest udać się na służbę do jakiegoś Hutta. Ty miałeś nawet kilka powodów, by dołączyć akurat do Grakkusa. Tym razem pieniądze nie grały pierwszej roli, byłeś już za stary, by ciągle za nimi gonić. Bliskie ci osoby zginęły już dawno temu, a ty wciąż nie znałeś sprawców. Wiele wskazywało, że na dworze Grakkusa możesz się zbliżyć do ich poznania. Nie tylko na tym ci zależało. Przez ręce tego Hutty przechodziło mnóstwo towarów i mnóstwo informacji. Miałeś pewne stare zobowiązania i przysługi, które gotów byłeś wypełnić dla chociażby zachowania honoru.

Nie miałeś na razie żadnego konkretnego planu działania. Najpierw musiałeś się dostać do pałacu i zgłosić swoją kandydaturę. Ten proces różnie wyglądał u podobnych kryminalnych wodzów. Na pewno należało się wykazać umiejętnościami, pytanie zaś, jak bardzo brali sobie do serca udowadnianie lojalności. Przed tobą na pewno wiele misji, zanim dostaniesz się do najwyższych kręgów, do tych osób, które wiedzą najwięcej. Ale może wymyślisz jakąś drogę na skróty. Czasami trafia się taka okazja jedna na tysiąc, a z twoim doświadczeniem… Wiesz, że jej nie zmarnujesz.

W drodze do Pałacu prędko zrozumiałeś regułę, że im bliżej do niego, tym na ulicach spokojniej. Tu i ówdzie kręciły się patrole milicji Grakkusowskiej, które pilnowały porządku w sercu jego przestępczego królestwa. Na ciebie jednak nikt nie zwracał uwagi. Łatwo odnalazłeś drogę prowadzącą do bramy ogromnego pałacu, a bardziej twierdzy. Wejścia pilnowało około tuzin uzbrojonych po zęby strażników. W przejściu zaś stali jacyś oficerowie. Widziałeś, że z jednym z nich zaczęła dyskutować jakaś nieco dziwnie wyglądająca Catharka, choć nie wiedziałeś, czy chce wyjść czy wejść. Ty ostrożnie zbliżyłeś się do drugiego z oficerów i opowiedziałeś mu o celu swojego przybycia. Niestety strażnik nie miał zamiaru cię wpuścić. Oschle przekazał ci, że w nocy nikt nie zajmuje się rekrutacją i masz wrócić za dnia, tylko lepiej nie w trakcie walk na arenie. Próbowałeś wytłumaczyć mu, że dopiero przyleciałeś i nie masz gdzie przenocować, ale na nic zdawały się twoje tłumaczenia. Strażnik wyglądał na szczególnie gorliwego.
W trakcie dyskusji zauważyłeś, że w bramie zjawiła się kolejna osoba, tym razem czerwonoskóry Zabrak, który chciał wyjść z Pałacu, jednak razem z Catharką zajmowaliście obydwu oficerów. Nie wiesz, kim był ten osobnik, ale może on wstawiłby się za tobą? Nie wyglądał na typowego bezmyślnego zawadiakę, jakich pełno wśród załogi Huttów.

Hokk Boonta
Nie miałeś przed sobą łatwego zadania. Gdy przyleciałeś na Nar Shaddaa w celu odzyskania własności twojego dawnego przyjaciela, nie sądziłeś, że Grakkus posiada pałac zdolny pomieścić kilka tysięcy osób. Właściwie to ciężko nazwać tę mega-budowlę pałacem, bardziej przypominała ona twierdzę, a trochę kojarzyła ci się ze świątynią Jedi. Może było to wynikiem obsesji Hutty? Nie było ciężko dowiedzieć się, że gromadzi on artefakty i relikty z przeszłości, głównie te związane z Jedi i Republiką. Musiałeś jakoś wybadać teren, znaleźć jakieś kontakty i najważniejsze – nie dać się złapać. Na szczęście nie rzucałeś się zbytnio w oczy. Ze swoimi umiejętnościami potrafiłeś też znaleźć sobie prace dorywcze w paru prywatnych szpitalach, by zdobyć trochę grosza na jedzenie, dach nad głową i łapówki. Kupiłeś nawet raz bilet na arenę, choć nie lubiłeś oglądać podobnych widowisk. Mogłeś jednak dzięki temu przyjrzeć się pałacowi od środka, powęszyć trochę, bez wzbudzania większych podejrzeń. Postanowiłeś nawet powtórzyć tę wyprawę, by lepiej zapamiętać szczegóły. Za dwa dni miał się bić jakiś czempion, nie obchodziło cię, kto to taki. Wejściówka jednak słono cię kosztowała, w kasie bilety skończyły się w ciągu godziny od otwarcia, musiałeś odkupować ją za czterokrotność ceny od jakiegoś Rodianina i jego żony, którzy mieli bilet dla dwóch osób. Cóż, ty nie miałeś kogo zabrać ze sobą, ale przynajmniej dzięki temu może będziesz miał obok siebie jedno wolne miejsce.

Przechadzałeś się wzdłuż murów, udając niewiniątko. Nasłuchiwałeś rozmów mijanych osób, zatrzymywałeś się przy straganikach, by dopytać co nieco od mieszkańców sąsiedztwa. Typowe, grzecznościowe zwroty: jak wam się tu żyje, czy coś wam sprawia problemy, jak się miewacie. Nic, co wzbudzałoby podejrzenia, ale za to łatwo prowokowało niektóre osoby do wyżalania się. Powoli więc kształtowała się twoja układanka informacji na temat pałacu.

Postanowiłeś wracać do swojej tymczasowej noclegowni w małej i spokojnej - jak na tutejsze standardy - knajpce na uboczu paręnaście minut drogi z pałacu. Na głównej ulicy standardowo kręciło się parę tuzinów ludzi. Ponad waszymi głowami śmigały airspeedery oraz inne ścigacze. Nagle usłyszałeś w swojej głowie „Stój!”. Rozejrzałeś się ze zdziwieniem, ale niczego podejrzanego nie zauważyłeś. Ruszyłeś więc dalej, ale głos się powtórzył. „Stój! Zaczekaj!” rozbrzmiało jeszcze głośniej. Byłeś pewien, że głos nie dobiegał z zewnątrz, lecz właśnie bezpośrednio z twojej głowy. Doświadczyłeś kiedyś telepatii, ale było to za czasów Republiki, gdy Zakon istniał. Niektórzy Jedi potrafili się tak komunikować, jednak tu przecież nie mogłeś spotkać żadnego Jedi, prawda? Gorączkowo zacząłeś się rozglądać w poszukiwaniu osoby, która mogła wtargnąć do twojego umysłu. „Przesuń się do cienia, proszę, nie chcę, żeby ktoś zwrócił na nas uwagę, w tamtej uliczce po twojej lewej stronie nikt się nami nie zainteresuje”. Przez moment wahałeś się, w końcu jednak zauważyłeś, że nieco kawałek za tobą w miejscu przestępuje nogami pewien zakapturzony mężczyzna. Skorzystałeś z Mocy, by wyczuć jego intencje, bardzo się wysiliłeś, by uzyskać pewność. Nie byłeś szczególnie przekonany co do tej umiejętności, jednak tym razem jednoznacznie mogłeś ocenić zamiary obcego – nie szukał kłopotów. Ostrożnie przemieściłeś się do wskazanej uliczki, udając zmęczenie, oparłeś się o ścianę, dla pewności przytrzymując swoją broń.

Czułeś ekscytację, być może spotkałeś właśnie jakiegoś innego ocalałego Jedi! Po chwili zjawił się on. Wciąż skrywał swe oblicze w cieniu kaptura. Wydawało ci się, że na twarzy nosi białą maskę. Po chwili jednak zrozumiałeś, że to nie maska, lecz właśnie twarz. Spotkałeś prawdziwego Polis Massanina, których widywano bardzo rzadko nawet przed nastaniem Imperium. Przypomniałeś sobie jedną ważną informację o tych kosmitach: Potrafią się komunikować telepatycznie. To sprawiło, że nieco ochłonąłeś. Chyba jednak nici ze spotkania Jedi, jego telepatia była po prostu zdolnością rasową, nie efektem szkolenia w Zakonie. Polis Massanin odziany był w długi ciemnobrązowy płaszcz, pod którym skrywał lekką zbroję, przy pasie zapięty miał jakiś porządny blaster. Nie zapowiadało się wszakże, by chciał po niego sięgać. Obcy zaczął rozmowę, wciąż telepatycznie, stwierdzeniem:
- Chyba wiem, kim jesteś i domyślam się, czego szukasz w tym mieście szumowin…

Lyssa Fae’vell
Czy twoje życie mogło być jeszcze gorsze? Okazywało się wciąż, że poprawa nie nastąpi szybko, łatwo i przyjemnie. Nigdy nie mogłaś liczyć na ulgowe traktowanie. U Grakkusa bynajmniej nie było inaczej. Jednak dzisiaj byłaś znacznie silniejsza niż wtedy, kiedy dokonałaś swojego morderstwa na rodzinnej planecie. Szybko się uczyłaś, zaś trudy życia skutecznie cię zahartowały. Stawałaś się coraz doskonalsza w swym fachu. Zmądrzałaś. Wiedziałaś, że ciągłym buntem i jawną agresją niczego nie zdziałasz. Saer „Czuły” potrafił radzić sobie z takimi przypadkami i boleśnie cię bił na początku twojego szkolenia za każde głupie wybryki. To ci w niczym nie pomagało. Zmieniłaś więc podejście. Musiałaś, jeśli chciałaś się stąd wyrwać. „Czuły” uznał, że jego metody wychowawcze zadziałały, więc przestał cię tak męczyć i ciągle pilnować. Miałaś większe pole popisu do działania. Coraz częściej wysyłano cię na misje, w których mogłaś się wykazać, zdobyć dla siebie coś przydatnego. Dowiedzieć się jakichś ważnych rzeczy.

Dzisiejsza potyczka zapewniła ci również pewną zdobycz. Lokalizacja kryjówki bandytów, którzy zaczęli rozwijać swoje interesy na pograniczu wpływów Grakkusa i innych Huttów, na pewno bardzo zainteresowałaby twoich przełożonych. Tylko co by ci dało, gdybyś im o tym powiedziała? Byłaś daleka od sprzyjania interesom Grakkusa. Ta nowa grupa mogła być twoją przepustką do wolności. Nie miałaś póki co konkretnego pomysłu, jak to zrobić, ale musiałaś się chociaż przekonać, że wskazana lokalizacja kryjówki jest prawdziwa i przeprowadzić przynajmniej małe rozeznanie.

Zjadłaś więc pośpiesznie swój obiad po służbie, po czym prędko, acz tak by nie wzbudzać podejrzeń, udałaś się do wyjścia. Zapomniałaś jednak, że teraz swą służbę zaczął kapitan straży Ferssin. On należał do najbardziej pieczołowitych strażników i doskonale wiedział, że twoja pozycja nie uprawnia cię do zbyt częstego opuszczania pałacu poza służbą. Doskonale pamiętał, że trzy dni wcześniej zrobiłaś wypad do knajpy i stwierdził, że przekroczyłaś limit na ten tydzień. Tylko że przecież Saer obiecał ci dwie przepustki w tygodniu! Mogłabyś go poprosić o wsparcie, ale on przecież o niczym nie mógł wiedzieć. Musiałaś spróbować innych metod do przekonania kapitana Ferssina… Byłaś tym tak przejęta, że praktycznie nie zwróciłaś uwagi na jakiegoś weterana, który próbował przekonać innego strażnika do wpuszczenia oraz Zabraka, który stał za tobą, w oczekiwaniu aż skończycie z Ferssinem waszą dysputę.

Marka Durn
Zaliczyłeś dziś porządną wpadkę. Podczas ucieczki przed Swoop Gangiem wykonywałeś swój standardowy numer z nurkowaniem airspeederem, jednak nie uwzględniłeś jednej istotnej rzeczy: że tylną kanapę zajmował przerośnięty Dowutin, który przeciążył tył pojazdu, przez co dosyć mocno przydarłeś o podłoże. Na szczęście byliście tak blisko terenów Grakkusa, że zdążyliście jeszcze jakoś uciec. Nie zdołałeś jednak dolecieć do garażu, silniki się zatrzymały i musiałeś awaryjnie lądować. Dowutin rzucił pomysłem, że przepcha airspeedera resztę drogi, ale bałeś się, że jeszcze bardziej uszkodzi maszynę. No trudno, wezwałeś ekipę holowniczą, jakoś sobie odbijesz tę kilkadziesiąt kredytów za ich usługę.

Co prawda nieco znasz się na mechanice, ale uszkodzenia wydawały się zbyt poważne. Poza tym na pewno jakieś części odpadły i nie wiedziałeś, czego konkretnie ci brakuje. Musiałeś odesłać swój pojazd do mechanika. Twoim jedynym ratunkiem był Zak Zaac – niski, nieco otyły Gran. Twój dotychczasowy mechanik, prawdziwa złota rączka, zaginął miesiąc temu po pijackiej wyprawie do baru, a wszyscy pozostali z tej okolicy mieli bardzo złą reputację. Nie stać cię zaś było, by zabrać airspeedera gdzieś na wyższy poziom miasta. Musiałeś zaufać Zakowi, który ocenił, że naprawa może zająć dwa lub trzy dni. Wystarczy że, jak to określił „załatwi parę nowych używanych części”.

Na szczęście Grakkus nie miał dla ciebie żadnych misji szmuglerskich w tym tygodniu. Miałeś więc przymusowo trochę czasu dla siebie. Pomyślałeś, że może udasz się Sudodtha. Usłyszałeś o nim przed swoją misja kilka ciekawostek. Wydawało ci się, że ma błędne przekonanie co do jednej ważnej dla niego sprawy i powinieneś jako dobry przyjaciel mu to wyjawić. Nie będziesz mieć raczej problemów z jego znalezieniem. O tej porze zazwyczaj ćwiczył na strzelnicy. Jako Mandalorianin niewiele myślał o odpoczynku i relaksie, dla niego ważniejsze było ciągłe doskonalenie. Ale może tym razem uda ci się wyciągnąć go na krótką chwilę do jakiejś cichej knajpki, najlepiej gdzieś poza pałacem. Znasz jedną, w której nikt z ekipy Grakkusa was nie znajdzie. Nikt nie powinien usłyszeć o tym, czego się dowiedziałeś.

Orflick
Co jakiś czas wybierałeś się do kosmoportu, gdzie starałeś się „przechwycić” jakichś przyjezdnych, przedstawiając się jako przewodnik. Ostatnio udało ci się w ten sposób nawiązać bardzo interesującą znajomość. Zeltronka, którą poznałeś, ciągle kręciła ci się gdzieś po zakamarkach umysłu, mimo że w ostateczności nieco cię zawiodła. Po prostu przepadła jak kamień w wodę, kiedy spałeś, zostawiając jedynie mało mówiącą notatkę: „Niedługo wrócę”.
Dzisiaj jednak nie miałeś szczęścia w porcie. Albo byłeś opryskliwie zbywany, albo trafiałeś na samych nudziarzy lub po prostu cię ignorowano. Niczego ciekawego się nie dowiedziałeś. Żadnych nowych informacji, żadnych ploteczek. Nie wydarzyło się nic ciekawego. Pokręciłeś się jeszcze po okolicy, zerknąłeś tu i ówdzie. Przekąsiłeś coś u Starego Roonta, niedaleko „Utraty Nadziei”, standardowo zostawiłeś mu napiwek. Stary Roont zazwyczaj powiedział ci coś ciekawego – co się wydarzyło w okolicy, jakie porachunki gangsterskie miały miejsce tej nocy, oczywiście o czym mówili między sobą jego inni klienci. Tym razem również sobie podyskutowaliście, i choć nie było to niczym szczególnie istotnym, to jednak cię to interesowało.

Minęła już ponad połowa Nar Shaddaańskiej nocy, trwającej na tej szerokości geograficznej dwadzieścia cztery godziny. Postanowiłeś wrócić do swojego leża na piętrze knajpy „Utrata Nadziei”. Po drodze mijałeś grupę bandziorów, którzy napastowali młodą osóbkę. Nie zwracałeś na nich uwagi, jak wszyscy inni przechodnie. Kiedy już niemal zniknąłeś im z oczu, usłyszałeś kobiecy krzyk:
- Orflick? Orflick, ratuj mnie!
Byłeś kompletnie zdziwiony. Po pierwsze tym, że ona znała twoje imię, po drugie tym, że prosiła cię o uratowanie z łap niebezpiecznych bandytów, jak gdybyś był jakimś groźnym zabijaką, skłonnym do rycerskich akcji. Gdy jednak mimowolnie obejrzałeś się w tamtym kierunku, rozpoznałeś, kim była ta dziewczyna. To Keala’chak, Rodianka z Czarnego Słońca.

Gdy zaczęła się wyrywać i nawoływać o pomoc, jeden ze zbirów, brudny Gamorrean, kopnął ją w brzuch.
- Orflick, kochany… Ratuj!
- Kochany? – Wszyscy bandyci buchnęli gromkim śmiechem. – Jesteście kochankami? - parsknął blisko dwumetrowy, otyły Zabrak. - Ha ha ha. No chodź tu, kochasiu, uratuj swoją królewnę!
- Chyba kurewnę! - Krzyknął kto inny.
Na moment napastnicy odpuścili Rodiance i odwrócili się w twoją stroną, wyśmiewając szyderczo. Co ty mogłeś teraz zrobić?

Rhail Katran
Praca z Alette układała ci się całkiem nieźle. Ostatnio nawet namówiłeś ją, żebyście wzięli dla siebie po jednym ze znalezionych artefaktów z poprzedniej epoki. Teraz był to jedynie pozornie zwykły płaszcz, który jednak widocznie sprawiał, że ubierająca go osoba lekko zlewała się z otoczeniem, nieważne gdzie się zakradała. Ale może następnym razem znajdziecie coś bardziej interesującego i również weźmiecie to dla siebie? Twoja lista życzeń nie jest krótka. Na to jednak niespecjalnie liczyłeś. Na razie nic, co odkryliście dzięki datapadowi Alette, nie należało do prawdziwych skarbów. Prawdziwe skarby na pewno miał za to Grakkus. Raz udało ci się zerknąć jednym okiem przez uchylające się pancerne wrota do wnętrza magazynu. Pomieszczenie było przeogromne, a po sufit było wypełnione skrzyniami lub luźno leżącymi przedmiotami. Tam ponoć prowadzono selekcję i najlepsze rzeczy układano w osobnej salce, gdzie Grakkus sam dla siebie eksponował swoją drogocenną kolekcję artefaktów.

Na pewno nie będzie łatwo się tam dostać i masz wątpliwości, czy kiedykolwiek ci się to uda. W każdym razie, na pewno będziesz potrzebował sporo czasu i pomocy. Ty jesteś cierpliwy, nauczono cię tego w szkole derwiszów. Może kiedyś nadarzy się okazja.

Alette przydzielono na rano do innej niż zazwyczaj misji z jakimś Mandalorianem, teraz zaś poleciała gdzieś się zabawić ze swoją przyjaciółką Tiną. Co ty mogłeś robić przez ten czas? Na pewno trening był dobrą opcją, ale warto byłoby pomyśleć nad jakąś nową znajomością, która poszerzyłaby twoje możliwości. Przekonałeś się już, że w Pałacu Grakkusa trudno będzie znaleźć kogoś godnego zaufania. Tutaj większość starała się tylko dostać jak najwyżej w hierarchii, by móc pomiatać słabszymi. Postanowiłeś tym razem spróbować swych sił poza Pałacem.

Opuściłeś kantynę szmuglerów, w której najczęściej przesiadywaliście wraz z Alette i Tiną, i po krótkim spacerku znalazłeś się przy bramie. Przy wyjściu należało meldować głównemu strażnikowi opuszczenie Pałacu, więc przygotowałeś sobie jakąś błahą wymówkę na powód twojego wyjścia. Okazało się jednak, iż kapitan straży Ferssin był już zajęty wysłuchiwaniem tłumaczeń młodej Catharki, choć to mało powiedziane. Z jej ust wylewał się na przemian potok gróźb i próśb, które miały na celu przekonanie kapitana do wypuszczenia jej z pałacu. Choć jej pozycja w hierarchii była ewidentnie niska, to jej dzikość sprawiała, że nawet Ferssin nie potrafił jej okiełznać. Obok zaś stał zastępca kapitana, który tłumaczył jakiemuś człowiekowi, wyglądającemu na najemnego strzelca, że w nocy nie prowadzą naboru do oddziałów najemnych i ma wrócić w ciągu dnia, byle nie w trakcie walk na arenie. Wyglądał na prawdziwego weterana i twardziela, znacznie starszego niż większość podobnych najemników, którzy w zazwyczaj ginęli w walkach przed dożyciem trzydziestki. Mógłbyś to wszystko zignorować, ale i tak musiałeś poczekać, aż któryś z nich będzie mógł cię wylegitymować przed wyjściem, siłą rzeczy więc czekałeś na rozwój sytuacji.

Sudodth Crat Ordo
Dzisiejszy patrol kończyłeś bezowocnie, byłeś sfrustrowany takim marnowaniem czasu. Val Rando jednak się uparł i kazał ci odszukać wszelkie podejrzane osoby kręcące się w pobliżu Pałacu, które mogły planować włamanie lub inną groźną akcję. Jego ludzie donosili, że ostatnio pojawiło się ich tu znacznie więcej. Ale wszyscy, których spotkałeś, na pewno byli tylko zwykłymi przechodniami albo zagubionymi przybyszami. Łatwo rozpoznałbyś osobę, która planowałaby włamanie, albo obcego szpiega. Poza tym zamysł ten wydawał ci się idiotyczny. Kto miałby na tyle mały móżdżek, żeby planować włamanie do pałacu? Co innego zamach terrorystyczny, czasami trafiają się różni pozbawieni sensu życia terroryści-samobójcy. Tylko co może być ich celem? Jeśli chcą jak najwięcej ofiar, to najlepszą okazją nadarzającą się co tydzień są walki na arenie. Jedna przemycona bomba i setki ofiar gwarantowane. A jeśli komuś zależy na zabiciu Grakkusa? Cóż, to się nie ma prawa udać. Nawet Imperium nie rusza Huttów.

Gdy wróciłeś do Pałacu, najpierw złożyłeś jednozdaniowy raport oficerowi straży, po czym udałeś się do pobliskiej stołówki. Gdy szedłeś między ławkami i stolikami, wydawało ci się, że niektórzy się z ciebie śmieją i ogólnie zwracałeś na siebie uwagę. Rzadko tu bywałeś, ale to powtarzało się dość często i ty zawsze to ignorowałeś. Na końcu czekała jednak pewna odmiana, przy samym barze siedziała Evira, z paroma znajomymi, i przyłapałeś ją na tym, jak patrzyła na ciebie z rodzajem troski na twarzy. Wydawało ci się to dziwne, bo uchodziła zawsze za zimną sukę, która jest gotowa wypatroszyć każdego za najmniejsze nawet przewinienie… Ale chyba ci się przewidziało… Kiedy znów na nią spojrzałeś, wyglądała już normalnie, oschła i poważna. I kompletnie cię ignorowała.

Nałożyłeś sobie dwa dania i usiadłeś przy stoliku, przy którym jeszcze przed chwilą siedziała Catharska zabójczyni, jakaś nowa uczennica Saera. Swoją niedojedzoną porcję zostawiła na blacie, po czym pośpiesznie gdzieś wyszła. Wzruszyłeś na to ramionami i zjadłeś w ciszy, w ogóle nie zwracając uwagi na resztę ludzi. Po posiłku miałeś zamiar chwilkę odpocząć, a potem pójść jak zwykle na strzelnicę. Nie mogłeś stracić formy przez podobne beznadziejne misje. Dopiero rano miałeś jedną misję do wykonania wspólnie z Alette, ale noc jeszcze trochę potrwa...
 

Ostatnio edytowane przez Jacques69 : 22-07-2018 o 20:49.
Jacques69 jest offline  
Stary 22-07-2018, 21:33   #2
 
Vetala's Avatar
 
Reputacja: 3769 Vetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputacjęVetala ma wspaniałą reputację
.......Od paru dni po uliczkach i zaułkach Nar Shaddaa kręciła się wybitnie niecodzienna para – kobieta i mężczyzna – która u obserwujących wywoływała intrygujący efekt. Najpierw wnikliwe, pożądliwe spojrzenia spoczywały na dziewczynie, lecz zaraz potem uciekały gdzieś w bok lub w dół, udając, że wcale ich nie było, gdy w polu widzenia pojawiał się jej ochroniarz. Gdyby ktoś ich śledził, uznałby zapewne, że zwiedzają. Przemierzali okolicę, siadywali w barach oraz knajpach, parę razy zawędrowali nawet do kasyna. Gdziekolwiek się pojawili, mało rozmawiali, nawet między sobą, chętnie natomiast słuchali. A kobiecie nieźle szło nakłanianie do zwierzeń…
.......Była to bowiem Barah Vobris, uderzająco piękna Zeltronka. Wyglądała tak, jak mogłyby wyglądać panie z krzykliwych reklam na Nar Shaddaa… gdyby się bardzo postarały. Barah starać się nie musiała: natura hojnie wyposażyła ją we wszystkie atuty sprawiające, że znajdowała się pod niemal stałym ostrzałem lubieżnych spojrzeń. Była smukła, miała gładką, różową skórę oraz burzę lśniących, ciemnoniebieskich włosów spływającą na odsłonięte ramiona. Na czoło dziewczyny z celową niesfornością opadała grzywka, a kąciki jej pełnych fioletowych ust często unosiły się w uroczym, acz nieco zaczepnym uśmiechu. Niebieskie oczy Zeltronki błyszczały filuternie.
.......Nie dawałoby to tak spektakularnego efektu, gdyby nie jej sposób poruszania się: Barah potrafiła wprawić swe kluczowe rejony w niemal hipnotyzujący ruch, a przychodziło jej to zupełnie naturalnie; gdy szła, całe jej ciało tworzyło harmonijną, płynną całość. Dodatkowo podkreślał to obcisły strój. Wszystko w niej zdawało się mówić do gapiących się: „Wiem, że patrzycie. I wcale mi to nie przeszkadza”.
.......Z tych powodów obserwujący Zeltronkę niejednokrotnie nie wiedzieli, gdzie spojrzeć najpierw. Prędzej czy później ich wzrok musiał jednak spocząć na jej obfitym dekolcie – wyciętym tak mocno, jak to tylko możliwe bez naruszania zasad dobrego smaku. Był to dekolt, w którym większość mężczyzn chętnie by… utonęła.
.......Za kobietą podążał jak cień wielki, szpetny i uzbrojony po zęby Dashade o imieniu Seki Teeki. Pod jego szaro-zielonkawą skórą piętrzyły się węzły mięśni, a w zakazanej gębie lśniły uważne, czerwone oczka. Kroczył za Zeltronką, raz po raz kręcąc osadzoną na masywnym karku łysą głową, by mieć pod kontrolą całą okolicę. Ilekroć ktoś zbyt nachalnie okazywał jej swoje zainteresowanie, Seki wydawał z siebie gardłowy warkot i szczerzył ostre kły. To zazwyczaj w zupełności wystarczało – Dashade wyglądał tak, jakby mógł jednym ciosem wypchnąć komuś nos przez tył czaszki. Mimo to w tym potężnym, groźnym mężczyźnie kryło się coś więcej niż tylko wiedza, gdzie uderzyć, żeby zabolało: wobec Bary Vobris był dżentelmenem. W dodatku dżentelmenem małomównym, co było Zeltronce wyjątkowo na rękę. Odkąd zgodził się na współpracę z zapłatą po tygodniu – skuszony obietnicą, że w takiej formie, jaka tylko przyjdzie mu do głowy – nie zadawał pytań, nie narzekał, nie robił żadnych uwag. Szedł za nią krok w krok, dbał, by włos nie spadł jej z głowy i odzywał się tylko wtedy, kiedy musiał lub kiedy został o to poproszony. Zeltronka właśnie tego oczekiwała.

.......Zrobimy sobie mały i zupełnie przypadkowy spacerek obok pałacu. Może przy okazji spotkamy tam mojego znajomego – rzuciła pogodnie Barah, zadzierając głowę, by spojrzeć na swego rosłego towarzysza. Mijali właśnie ozdobiony jaskrawymi neonami klub, z którego dobiegało stłumione dudnienie muzyki. Zabrzmiało głośniej, gdy otwarły się drzwi i z ciemnego wnętrza na ulicę wyległo kilku słaniających się na nogach jegomościów. Wśród odgłosów wymiotowania już dało się słyszeć przeciągły gwizd uznania, który Zeltronka puściła mimo uszu. – Co ty na to, Seki?
.......Dashade nie odpowiedział od razu. Łypał spode łba na jednego z pijaków, niewysokiego, ale mocno zbudowanego człowieka z zaróżowioną gębą, który jako jedyny z grupki potrafił jeszcze zogniskować swój wzrok. Obecnie z wygłodniałym wyrazem twarzy ogniskował go na Barze. Seki Teeki wbił w niego wrogie spojrzenie i obnażył zęby w czymś, co prawdopodobnie byłoby drapieżnym uśmieszkiem, gdyby jego usta były zdatne do wykonywania takiego grymasu. Wzrok człowieka od razu przeniósł się z Bary na nagle wyjątkowo interesujący neon z nazwą klubu.
....... Duża budowla, panno Vobris – powiedział Dashade jakby nigdy nic. Z jego krzywego, nieco zwierzęcego oblicza Barah nie potrafiła wiele wyczytać, jednak ten wyraz czegoś w rodzaju skupienia gościł na nim zawsze, gdy się do niej zwracał. – Duże mury. Dużo straży.
.......To była właśnie wypowiedź w stylu Seki Teeki: krótka i konkretna. Nie był głupi – pod jego kanciastą czaszką krył się świetnie działający mózg. Po prostu nie uznawał za stosowne wypowiadać więcej słów, niż to absolutnie niezbędnie.
.......Przecież tylko spacerujemy, Seki. – Barah uśmiechnęła się niewinnie, zwalniając nieco, by jej krok sprawiał wrażenie, że z nadmiaru czasu wraca na kwaterę dłuższą drogą. Zrównała się przy tym ze swoim ochroniarzem i szli teraz obok siebie. Delikatnie musnęła dłonią ramię Dashade, mrucząc: – Rozluźnij się i podziwiaj widoki.
.......Jednak nawet rozluźniony Seki Teeki wyglądał jak zaproszenie do mordobicia, toteż Barah wiedziała, że tym razem pałac obejrzy sobie jedynie z bezpiecznej odległości. Ona sama również rzucała się w oczy i łatwo zapadała w pamięć, wolała więc, by zbyt wiele osób nie widziało jej w pobliżu siedziby Grakkusa. Raczej nie pomogłoby jej to ani w wywiązaniu się z umowy zawartej z Orflickiem, ani w załatwieniu własnego interesu.

.......Wreszcie wychynęli zza zakrętu i ich oczom ukazała się siedziba Grakkusa w pełnej okazałości. Budynek był olbrzymi – idąc nieśpiesznie, Barah musiała nieźle zadzierać głowę, by objąć go wzrokiem. Nieco klockowata bryła sięgała wysoko w niebo, górując nad całą okolicą. Istotnie otaczał ją mur – gruby, wysoki oraz gładki. Sprawiał wrażenie niemożliwego do sforsowania i z pewnością taki był. Pałac już na pierwszy rzut oka mówił dobitnie, a wręcz krzyczał o tym, kto jest potęgą na Nar Shaddaa i jakim półgłówkiem musiałby być ktoś, kto zechciałby zmajstrować w nim coś wbrew woli mocarnego Hutta.
.......Ku niejakiemu zaskoczeniu Zeltronki przed pałacem nie było aż tak wielu osób. Tu i tam dostrzegła pojedynczych przechodniów oraz nieliczne rozprawiające o czymś grupki osób najróżniejszego autoramentu. Wyglądało na to, że mieszkańcy Nar Shaddaa woleli nie oglądać siedziby władcy bez wyraźnej potrzeby. Od razu spostrzegła natomiast kilku przedstawicieli milicji kręcących się parami lub trójkami po okolicy, nie poświęcali oni jednak mieszkańcom żadnej uwagi. Natomiast przed okazałą bramą, do której Barah nawet nie zamierzała się zbliżać, tkwili uzbrojeni po zęby strażnicy. Było ich wielu i wyglądali na takich, którzy najpierw biją, a potem zadają pytania. To z pewnością nie była droga, którą Zeltronka chciałaby dostać się do środka.
.......Nie tak wyobrażała sobie pałac Grakkusa, do którego w jej opinii nieco bardziej pasowało miano fortecy. Przede wszystkim nękało ją niepokojące uczucie, że już kiedyś widziała podobny gmach… Gdy wraz z Sekim szli z wolna ulicą, mając budynek po lewej stronie, raz jeszcze wzniosła wzrok i zastanowiła się głęboko. Wreszcie westchnęła z cicha, gdy na wierzch jej pamięci wypłynęły wspomnienia, które obiecała sobie zapomnieć. No, tak… Świątynia Jedi. Grakkus przecież fascynował się ich dorobkiem, zapewne stąd to podobieństwo… Nie było to aż tak dawno temu, gdy Barah ostatni raz opuszczała tamto miejsce, miała jednak wrażenie, jakby zdarzyło się to przed wiekami.

.......Otrząsnęła się z refleksji, które na nowo napełniły ją niesmakiem. U boku Bary Seki przyglądał jej się z zainteresowaniem oraz czymś, co prawdopodobnie było troską. Najwyraźniej niechęć do własnej przeszłości była widoczna na zwykle pogodnym i pewnym siebie obliczu Zeltronki.
.......Przejdźmy się tu jeszcze trochę – mruknęła, już nie patrząc na pałac.
.......Potem, wciąż tym samym wolnym, swobodnym krokiem, podążyła dalej wzdłuż ulicy. Wkrótce pewnie zajmie się tym interesem z Orflickiem i nie będzie miała czasu na takie wycieczki. Jeśli nie spotka swojego dawnego znajomego dzisiaj, później może już nie mieć okazji… Wprawdzie udało jej się dowiedzieć, że przebywał teraz na Nar Shaddaa, ale czy był gdzieś tutaj? Zaczynał nękać ją lekki niepokój, że coś poszło nie tak.
 

Ostatnio edytowane przez Vetala : 22-07-2018 o 21:54.
Vetala jest offline  
Stary 23-07-2018, 10:32   #3
 
Mike's Avatar
 
Reputacja: 26126 Mike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputację
Młody zabrak był dobrze zbudowany, ale jednocześnie ruszał się z gracją drapieżnika. Na pierwszy rzut oka było widać, że problemy które go spotykały nie zostawały rozwiązane na drodze pertraktacji. Oczywiście dla oponentów bez znaczenia był fakt, że ów sposób rozwiązania nie sprawiał przyjemności Rhailowi.
Mimo młodości, zdawał się być nieco sztywny. Może przez to, że zawsze był konkretny. Nie był mistrzem pogaduszek dla zabicia czasu. Nawet gdy pił w kantynie nie wyglądało to na relaks, a raczej zaplanowane i zrealizowane zadanie natury towarzyskiej.

Pod luźnym płaszczem nijakiego koloru mogła się kryć w zasadzie każda broń, z wyjątkiem tych największych. Szerokie rękawy także zachęcały stać się domem dla niedużych blasterów. Pod płaszczem zazwyczaj nosił ciemne ubrania. Jedynym odstępstwem był pas z czerwonej skóry, na tyle zużyty był odgadnięcie gatunku zwierzęcia stało się niemożliwe.
Skryte w rękawach dłonie osłaniały rękawice.

Widząc zamieszanie przed wyjściem poczekał chwilę patrząc jak się to rozwinie, ale że nie zanosiło się na to, więc podszedł i się wtrącił:
- Kapitanie, widzę że jesteś zajęty. Puścisz mnie do miasta? Mam spotkanie z pewną damą i jak się spóźnię spotka mnie to co ciebie teraz.
 
Mike jest offline  
Stary 23-07-2018, 19:40   #4
 
archiwumX's Avatar
 
Reputacja: 4829 archiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputację
Do komnaty wkroczyła drobna Cereanka, której sylwetka znamionowała jednak siłę. Siłę, która nabrała od dziecka pracując dla różnych kupców na swoim rodzimym świecie. Czego ona tam nie robiła... Ratowała nawet ładunki z rozbitych statków! Teraz ta siła pomaga jej przedostawać się w różne trudno dostępne... nadal polegała na tej umiejętności bardziej niż na umiejętności skradania, którą zaczęła ćwiczyć dopiero po przybyciu do tego podstępnego świata kipiącego od intryg intryg. Cereanka po zamknięciu drzwi energicznie odpięła pas, do którego był przytroczony sztylet molekularny, a następnie zawiesiła go na stojaku, który stał w rogu i wyjąwszy broń położyła ją na biurku stojącym przy oknie.

Po rozbrojeniu się Alette niecierpliwie podeszła do toaletki, aby obmyć swoje dłonie i twarz. Gdy zakończyła z lustra patrzyła na nią spiczasta głowa, którą zwieńczały długie, wąskie loki, a z jasnej twarzy bacznie obserwały świat już trochę uspojone żółte oczy.

Już od jakiegoś czasu chodziła podniecała wizja współpracy Suddotem Cratem Ordo, który jest najemnikiem z Mandolare. Oczywiście po sprawdziła go w bazie danych. To co tam zobaczyła sprawiło, że aż siadła z wrażenia… Informacji o Mandolarinem było podejrzenia mało, a i w tym co było znalazła się zastawiająca luka... odnośnik do rejestru o Damenie Till, który został przez kogoś skasowany. Zajmijmy się tym co Cereanka znalazła. Ordo pracuje dla Grakkusa dopiero od nie dawna, a już zaskarbił opinię nie lada wojownika między innymi rozwalając bandę piratów, z którymi ponoć miał jakieś porachunki. Dla kogoś takiego znajomości na arenie, np. czempionem Gerdarrem-Dowutinem, nie są niczym dziwnym. Dodatkowo dowiedziała się, że najemnik lata na pożyczonym od Grakkusa statkiem z swoim drugim pilotem Henderem.

Z tego wszystkiego Alette szybko domyśliła się, że Ordo nie potrzebuje pomocy w zakresie mokrej roboty, choć potrafiłaby zdjąć mu z głowy jakiś kmiotów... pewnie chodzi o to z czym nie poradzi sobie brutalna siła, zatem chodzi o ingwiwilację. Jeszcze w czymś takim nie uczestniczyła i od tej pory zachodziła w głowę jak miałoby to wyglądać.

Po skończeniu ablucji i zdjęciu efektownych, ale tanich błyskotek Alette udała się do garderoby, gdzie sprawnie pozbyła się krzykliwego stroju, który nosiła na zewnątrz tylko dlatego, żeby nie rozniosło się, że Grakkus skąpi czy coś w tym stylu, a na jego miejsce założyła skromną acz wygodną szatę.

Po zrobieniu ze sobą porządku po imprezach, na które chodziła tak jak przyjaciółka głównie po to, aby trzymać rękę na pulsie Nar Shadaa, bo obie gustowały w innych rozrywkach... ukojenie nie przynosiły wielkie wieże z metalu, które świeciły się światłem krzykliwych neonów tylko spokój wsi i natury, a zabawniejsze od klubowych szaleństw zabawniejsze są prowincjonalne festyny, a szczególnie zawody sprawności wieśniaków. Biorąc to wszystko Cereanka doskonale wiedziała dlaczego, przyjaciółka czuła się jak niewolnica, swoją drogą ją, gdy zauważyła, że lista artefaktów do odzyskania zaczęła zdecydowanie się kurczyć, też ta sytuacja zaczęła też męczyć... a do tego doszły te plotki o przebranżowieniu szmuglerki na tancerki, aż paraliżowały. Mimo, że Tina to silna kobieta, Alette wiedziała, że przyjaciółka nie przeżyłaby długo wystawienia na żer zboczeńców. Jest ona na to zbyt niezależna!

Sama Alette zastanawiała się to się stało, że wciągnęła przyjaciółkę i siebie w to bagno... Upadek Republiki zastał ją jako dorastającą dziewczynę, która wtedy była przewodnikiem dla różnych kupców, urzędników i tym podobnych, a także pośrednikami między nimi, a kilkoma grupami robotników, których zorganizowała w rodzimej dzielnicy slumsów... wzbogacenie oferty o obsługę przybyłych uciekinierów z teren ów zajętych przez Imperium, zwłaszcza, że dzięki wertowaniu ich rzeczy dowiadywała się o opuszczonych posiadłościach czy miejscach katastrof, które następnie czyściła. Właśnie wtedy jak sprzedawała Tinie, której była ulubionym dostawcą, kontrabandę została zauważona, przez obrotnego Tarla, Twi'leka, który był lokajem Shaila, Rycerza Jedi poległego w walce z Imperium, jak sprzedawała rzeczy z jego stron. Lokaj, postanowiwszy zarobić pokazał Aletcie zaszyfrowany datapad z informacjami o ukrytych artefaktach po martwym adepcie mocy i dał wstępny namiar na Grakkusa. I to był właśnie ten moment najpierw wkręciła siebie, a potem biedną Tinę! W imię czego? Ano chciała zostać słynną znalawczynią pozostałościach po zapomnianych mistrzach, a także zostać przynajmniej asystentką kolekcjonera, aby móc wykorzystać jego kolekcję do odnowienia świata zniszczonego po imperialnym butem… Absurdalne? Jeszcze jak! Mimo tej świadomości poszukiwaczka jakoś nie mogła się pozbyć tych marzeń, nawet gdy przestały spływać namiary od innych służących z obszarów okupowanych... Nadal zbierała jak naiwna każdy skrawek informacjach o artefaktach do datapadu od Tarla. Teraz tak wiernie zbierane dane dzięki notatce o aukcjach nagle nabierają znaczenia.

Gdy w końcu poszukiwczka otrząsnęła w się końcu tego zamyślenia wzięła notatkę, datapadem od Tarla i zamknąwszy garderobę ruszyła do biurka przy, którym usiadła. Gdy wygodnie się rozsiadła otworzyła notatkę i bliżej się jej przyjrzała. Zobaczyła na niej krótką listę artefaktów i proponowane za nie ceny. Cereanka następnie wzięła datapad i zaczęła do niego przepisywać takie rzeczy jak Amulet Mistrza Zheoz i pradawny sztylet Sithów czy Maska kogoś zamazanym imieniu i ich ceny otwarcia i sprzedaży. Gdy skończyła przepisywanie schowała notatkę do jednej z szuflad i poczęła się zastanawiać co dalej…

Najpierw powinien wrócić do tego baru i przypilnować czy nie przyuważy kolejną aukcję, następnie... do tego najlepiej się nada Rhail, trzeba z nim o tym pogadać przy najbliższej okazji. Następnie przydatne może się okazać przydatne kogoś do obsługi, o tym trzeba porozmawiać z Tarlem za pośrednictwem Tiny, ale teraz dla Aletty było za skomplikowane, aby o tym myśleć. Teraz wzrok poszukiwaczki padł na listę w datapadzie... Przecież gdzieś ich nazwa może wypłynąć! Jak nie teraz to wkrótce. Skoro Orflick wie jak do nich się dobrać niech się tym zajmie. Jednak, żeby mu pomóc wzięła datapad i zaczęła tworzyć nową bazę danych, do których zaczęła wpisywać poszczególne pozycje z listy i hasła, które powinne wykorzystywać na ich temat informacji z ostatniego czasu. Po ukończeniu tej listy przypomniała sobie, że artefakty mogą wymagać specjalnych warunków transportu albo przechowywania zatem utworzyła nowy zbiór danych, do którego wpisała różne hasła z dziedziny logistyki.

Te zajęcia informatyczne zajęły Cereance parę godzin, zatem postanowiła, że pora się wyspać przed nowym zadaniem. Jednak, gdy po otwarciu przypadkowo spojrzała na notatkę zauważyła pozycję, którą z jakiegoś powodu pominęła. Była to jakaś mapa górnicza... co też może być cennym tropem, ale jeszcze nigdy się tym nie zajmowała i dlatego postanowiła odłożyć ten temat na póżniej, gdy będzie miała świeże siły, zatem odłożyła datapad na jego miejsce i zaczęła przygotawnia do snu.
 
__________________
Szukam tajemnic i sekretów.

Ostatnio edytowane przez archiwumX : 24-07-2018 o 00:50. Powód: Poprawiłem imiona.
archiwumX jest offline  
Stary 24-07-2018, 00:19   #5
 
katai's Avatar
 
Reputacja: 2797 katai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputacjękatai ma wspaniałą reputację
- Chyba wiem, kim jesteś i domyślam się, czego szukasz w tym mieście szumowin…-



Słowa ponownie rozbrzmiały w głowie Hokk’a, odbijając się po czaszce lekkim echem. Uprzednie uczucie niepokoju i zdumienia ustąpiło wprawdzie miejsca ciekawości, lecz nautolanin starał się zachować zimną krew i opanowanie. Czyżby próba szantażu? Imperium z pewnością byłoby zainteresowane obecnością jednego z niedobitków Jedi. Stojąca przed nim istota nie sprawiała wrażenia nieprzyjaźnie nastawionego imperialnego agenta, aczkolwiek, jak zdążył się boleśnie o tym przekonać w przeszłości, pozory mogą zmylić, nawet kogoś takiego jak Jedi. Nie był gotowy zaufać na tyle by się nawet przedstawić, a już na pewno wyjawić to kim jest. Intrygowało go jednak, skąd całkowicie obca istota ma rzekomo pojęcie o jego pochodzeniu i celu w jakim zdecydował się pozostać na Nar Shaddaa. Postanowił zagrać w tą grę, na swoich zasadach.

- Chyba mnie z kimś mylisz kolego? Ale z chęcią posłucham co mi powiesz. Dawno nie miałem okazji do śmiechu. - dodał nieco zadziornym tonem.

Polis Massanin wsparł ręce o biodra i rozluźnił się, by wyglądać naturalniej. Obok na głównej drodze przejeżdżał powoli Grakkusowy milicjant na speeder-bike’u.

- Widziałem twój naszyjnik… - rozległo się w twojej głowie po chwili. Mimo twojej zaczepki głos wciąż był całkowicie poważny. - Wiem do czego służy ten kryształ i wiem, że ty też wiesz. Na pewno nie nosisz go przypadkiem, dla ozdoby.-

Hokk zdębiał. Chłodny impuls paniki przeszył na chwilę jego świadomość, gdy przypomniał sobie, że istotnie, nosi na szyi kryształ, który wydobył ze swojego miecza. Niestety musiał pozbyć się broni, będącej wizytówką Zakonu. Wpadnięcie w łapy Imperium ze świetlnym mieczem za pazuchą, skończyłoby się dla niego fatalnie. Nie potrafił jednak po prostu wyrzucić kryształu. Wszystko inne można było zastąpić nowymi częściami. Kryształ był unikalny. Zestrojony z nim i Mocą. A teraz dyndał na jego szyi tak jakby szydził z lekkomyślności swojego właściciela. W którymś momencie musiał wysunąć się spod ubrań, bezczelnie obwieszczając każdemu kto znał jego znaczenie, kim potencjalnie może być noszący. Zwinnym ruchem wdusił, kamyk wraz z rzemieniem pod połę kamizelki absorpcyjnej. Czuł jak piekące uczucie zakłopotania rozlewa się czerwienią na jego obliczu. Szybko okiełznał emocje. Był dyplomatą i brał udział w niejednej negocjacji, choć po prawdzie, zawsze w obecności i pod przewodem swojego mistrza, będącego w tej kwestii znacznie bardziej wprawnym zawodnikiem.

-Kamyk jak każdy inny, wprawdzie komuś może wydawać się ładny, ale to chyba nie powód żeby zaczepiać obcych na Nar Shaddaa? To zwykła rodzinna pamiątka. Kim tak w ogóle jesteś, kolego, że domniemasz wiedzieć o mnie więcej niż powinieneś? -

- Nazywam się Bogg’dan - Poliss Massanin lekko się pokłonił, składając ręce przy brzuchu. - Wydaje mi się, że mamy wiele wspólnego. - Bogg’dan wyciągnął w twoją stronę swą chudą dłoń o podłużnych palcach - Czuję, że Moc jest w tobie silna… - wyszeptał, a ty poczułeś coś więcej poza jego głosem w swym umyśle. Jakby na moment postanowił zerknąć na ciebie od środka, ale bardzo szybko się wycofał, gdy napotkał twój opór. - Wybacz - powiedział po chwili, tym razem jednak nie w twoim umyśle, lecz przez wbudowany syntezator głosu, który wydawał nieco robotyczny dźwięk. - Nie chciałem cię wystraszyć. Ale teraz jestem pewny, że ty nie zbłądziłeś… -

Nawet jeśli Polis Massanin był łowcą Jedi, Hokk zdawał sobie sprawę, że dalsze udawanie ignorancji nie ma sensu. Nawet jeśli dalej by zaprzeczał, jego rozmówca wiedział że dysponuje Mocą. Było za późno by czegokolwiek uniknąć. Mógł jedynie brnąć dalej i poznać intencje tajemniczego tubylca. Logicznie rzecz biorąc, mógł nieświadomego zagrożenia Jedi położyć od razu strzałem w plecy, lub powiadomić swoich przełożonych i spokojnie obserwować z ukrycia, zamiast się ujawniać i płoszyć “zdobycz”. Z drugiej strony mógł okazać się jednym z ocalałych Jedi. Możliwe, że byli też inni, a niepozorny jegomość, o trupio bladej i pozbawionej wyrazu twarzy, to po prostu ich emisariusz, werbujący kolejnych ocalałych do podziemia Jedi? Mężczyzna pozwolił sobie na chwile rozmarzenia, lecz szybko się otrząsnął. Tym razem chciał być przygotowany. Stanął lekko bokiem i przeniósł ciężar ciała na przednią nogę. Ukryta za jego sylwetką dłoń, dyskretnie zacisnęła się na metalowej powierzchni force pike’a, blado błyszczącej się w świetle neonów. Jeśli Moc zdecydowała, że jego koniec ma być tu i teraz to może pozwoli również na ostatni zryw? Może nie zginie jak zaszczuty wompszczur? Może dosięgnie swojego oprawcę nim błyskawice blastera rozerwą mu pierś?

-Podałeś mi swoje imię, lecz nadal nie wiem kim jesteś? Jeśli z kolei twierdzisz, że wiesz kim jestem ja, to z pewnością rozumiesz mój brak serdeczności. Zatem skończmy tą grę. Jeśli masz mi coś do powiedzenia to mów, a jeśli jesteś tu po trofeum… to zapraszam, ale wiedz że nie zamierzam stać i czekać. Oby twój pierwszy strzał był celny, bo drugiego możesz już nie oddać. -

Hokk miał nadzieje, że blef się opłaci, a przynajmniej zasieje ziarno niepewności w potencjalnym napastniku. Nie mógł być pewien, że zdąży cokolwiek zrobić nim pierwsze pociski go dosięgną. Nie mógł być również pewien tego czy Polis massanin jest sam, lecz w głębi duszy, ufał Mocy.

- Wybacz za to podejście… ja po prostu nie sądziłem, że spotkam tu innego… Jedi… nie mam złych zamiarów. - Polis Massanin uniósł ręce w geście niewinności. - Musiałem się upewnić, że mam rację. Nie musisz się mnie obawiać. Ja też należałem do Zakonu… może pójdziemy porozmawiać w jakieś lepsze miejsce, chciałbym ci wszystko wytłumaczyć i lepiej cię poznać. Być może mamy ten sam cel. To co posiada w swej kolekcji Grakkus, kusi każdego. Nie znasz może jakiejś spokojnej knajpy? Sam rzadko zaglądam w takie miejsca. -

Napięcie nieco zelżało i Hokk odpuścił bojową postawę. Przybysz sprawiał wrażenie uczciwego. W tej sytuacji, każda przyjazna istota, cenniejsza była od sterty kredytów.

- To dla mnie... niezmiernie wspaniała nowina. Myślałem już że jestem ostatnim… myślałem, że do tej pory wszystkich już wyłapano. Miejsce, tak… miejsce -

Hokk w przypływie euforii odrobię plątał się w myślach. Nie cierpiał gdy ta cecha się ujawniała lecz w tej chwili był zbyt pochłonięty radością by czuć zawstydzenie okazaną słabością.

-Znam miejsce! Znaczy, znam ustronny przybytek gdzie można spokojnie rozmawiać! -

Był szczęśliwy i zarówno zakłopotany szczeniackim zachowaniem, niegodnym Jedi. Nic na to nie mógł poradzić. Zawsze był pogodny i nieco niepoważny, za co często zbierał rugi od swojego mentora.

-Chodźmy! - wskazał skinieniem kierunek i ruszył.
-Knajpa zwie się “Stryczek”. To całkiem niedaleko! - dodał Hokk wymachując ręką w stronę sporego skrzyżowania, pełnego wszelkiej maści tłuszczy, przewalającej się po nigdy niezasypiającym globalnym mieście.
Polis Massanin rozejrzał się jeszcze wokół, po czym podreptał z lekkim niedowierzaniem za dziarsko maszerującym nautolaninem.
 
__________________
"You have to climb the statue of the demon to be closer to God."

Ostatnio edytowane przez katai : 02-08-2018 o 10:03.
katai jest offline  
Stary 26-07-2018, 00:33   #6
 
Kata's Avatar
 
Reputacja: 5424 Kata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputację
Lyssa przewijała się w tych stronach czasami i pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby właśnie nie jej niecodzienny wygląd. Samo to że Catharka, wzbudziłoby uwagę gdyż rasa ta nieczęsto była widziana poza swoją planetą. Te humanoidalne istoty, przypominające mieszankę kota z człowiekiem znane były ze swego temperamentu i ostrych pazurów. Poza rodzinną planetą żyły raczej jednak w klatkach, a do zdominowania galaktyki niczym ludzie, było im daleko. Ta tutaj, wyglądała jeszcze dziwniej.


Lyssa nie miała futra na twarzy, która wyglądała niemal jak ludzka. Nie było jej też na ramionach. Jej dość blady kolor skóry także był sprzeczny ze standardami rasy gdzie dominował bardziej złotawy odcień, o jaśniejszych lub ciemniejszych tonach. Śnieżnobiałe włosy miała krótko ścięte, a zza nich wystawały sympatyczne kocie, ciemne uszy. Wyginały się one w różnych kątach, zbierając uważnie dźwięki otoczenia. Dłonie dziewczyny zakończone były dość długimi, zadbanymi pazurami, które nie wiadomo czy potrafiły się chować jak u kota, czy też były takie na stałe. Szpony nie wyglądały na zabawkę do zaczepki i sprawiały wrażenie potrafiących sprawić ból, gdyby tylko wbiły się dość w skórę.

Gdzie Catharka nie poszła najbardziej jednak zwracał na siebie uwagę długi, futrzasty ogon, który ciągnął się za nią aż do ziemi i tam lekko podwijał. Nigdy nie trwał długo w bezruchu, kręcąc na boki niespokojnie, zależnie od emocji jakie ogarniały kobietę. Tym razem był aż nadto nieruchomy, lekko nastroszony i co jakiś czas jakby z irytacją uderzał sobie o ziemię, zawijając się na końcu.
Kolor futra na ogonie był ten sam co jej uszu, błądząc pomiędzy metaliczną szarością i granatem. Wysoka na jakiś metr siedemdziesiąt kobieta ubrana była w skórzane spodnie i kamizelkę, które wydawały się dobrze na nią skrojone. Ogólnie jej figura była bardzo smukła i zgrabna, niczym u osy, a do tego lekko wysportowana. Kobietę otaczał też delikatny zapach perfum na bazie egzotycznych owoców z Kashyyyk, markowej firmy Layve. Przez ramię, na solidnym pasie, przewieszony miała karabin blasterowy E-11 do którego była chyba tak przyzwyczajona że zdawała się w ogóle go nie zauważać.

Gdzieniegdzie przez jasną skórę przebiegały ciemniejsze pręgi, a teraz najbardziej widoczne były na policzkach. Rysy twarzy miała wyraźne, ostre i nieco dzikie jak można było się spodziewać po jej rasie. Wyraziste, wiśniowej barwy, prawie czerwone tęczówki jej dużych oczu biły siłą charakteru, a jednak wciąż w jej sposobie poruszania się dało się wyczuć jakąś kobiecą nieśmiałość.


- Farssin, nie bądź taki. - Prosiła. - Przecież nie ucieknę.. Muszę wyjść, kupić kilka drobiazgów które są kobiecie NIEZBĘDNE do funkcjonowania. Jak już miałam przepustkę to musiałam się troszkę wyszaleć i zapomniałam. Proszę.. proszę? Proszę? - Robiła najsłodsze oczy jakie tylko mogła i chociaż mężczyzna i ona oboje zdawali sobie sprawę z jej próby wyłudzenia na nim zmiany zdania, to i tak często działało. A nawet jeśli nie, to mógł albo się zgodzić albo słuchać cały dzień jej jęczenia nad uchem. Taktyka zazwyczaj się sprawdzała.
- Mogę Ci po drodze coś kupić.. tytoń? Coś innego? Przyprowadzić panienkę? - Uśmiechnęła się lisio, starając się być miła.

Ferssin rozejrzał się dookoła. Może, ale tylko może! gdyby był nią sam na sam, uległby tym maślanym oczkom. Kapitan był jednak nieugięty w kwestii przestrzegania reguł, zwłaszcza w otoczeniu swoich przełożonych oraz innych postronnych osób. Dobrze pamiętał, że jej limit przepustek wynosi jeden dzień w tygodniu. Saer musiał więc zapomnieć przekazać o jego zwiększeniu… albo catharkę oszukał. Obok stały jeszcze trzy postronne osoby, w tym jeden strażnik i zabrak który..

Widząc zamieszanie przed wyjściem poczekał chwilę patrząc jak się to rozwinie, ale że nie zanosiło się na to, więc podszedł i się wtrącił:
- Kapitanie, widzę że jesteś zajęty. Puścisz mnie do miasta? Mam spotkanie z pewną damą i jak się spóźnię spotka mnie to co ciebie teraz.

- Dobra, Rhail, a tak naprawdę? - Ferssin podejrzliwie zmrużył oczy. - Słuchaj, nie wiem, co z tą paniusią zrobić, bardzo jej zależy, żeby stąd wyjść, może weźmiesz ją na spacer, co? Chciałbym mieć spokój na koniec zmiany...

Zabrak nie skomentował pierwszego pytania. Po co kłamać niepotrzebnie. Obejrzał kłótliwą laskę z góry na dół i zapytał:
- Będziesz taka kłótliwa cały czas? I gdzie ci tak pilno? - dorzucenie tekstu o wyprowadzeniu kotka na spacer uważał za obarczone zbyt wielkim ryzykiem.


Chociaż Catharka zdała się wyraźnie zaskoczona obrotem spraw, to nie wyglądał on tak źle. Nawet jeśli owy Rahil, którego nie znała nie zgodziłby się na prośbę Ferssina, to wiedziała już że jej męczenie go jest skuteczne. Duże oczy Lyssy powiodły od jednego do drugiego mężczyzny szybko, a palcami lewej dłoni przeciągnęła po kocim uchu w krótkim zamyśleniu.

- Oczywiście że nie. - Stwierdziła niemal od razu, dotykając piersi jakby ta opinia raniła jej serce. - Nie śmiem Ci przeszkadzać.. Chcę tylko zrobić trochę zakupów.

Spojrzała niewinnie, ale nie kpiąco i uniosła ramiona, a nawet się ładnie uśmiechnęła do zabraka, bo przecież od niego wszystko teraz zależało.

- Rhail? - Ferssin spojrzał na Zabraka zmęczonym wzrokiem. Nawet takiego nadgorliwca czasami dopadało zmęczenie. - Będziesz jej pilnował? Tylko jej nie zgub, bo będziesz miał kłopoty.

- Jakie kłopoty? Niespecjalnie mi zależy na kłopotach. - mężczyzna nie palił się do narażania karku. Był zbyt blisko celu by nagle stracić to co wypracował. - Możesz zaręczyć, że nie będzie chciała uciekać? - spytał kapitana.

.
 
__________________
>>> Szukam sobie sesji! <<< * Być kobietą to strasznie trudne zajęcie, bo polega głównie na zadawaniu się z mężczyznami.

Ostatnio edytowane przez Kata : 26-07-2018 o 00:37.
Kata jest offline  
Stary 26-07-2018, 16:19   #7
 
Dark_Archon_'s Avatar
 
Reputacja: 1902 Dark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłośćDark_Archon_ ma wspaniałą przyszłość
Weteran westchnął ciężko. Przebył tyle lat świetlnych, aby znaleźć się tak blisko czegoś, o czym przez lata starał się zapomnieć. Pierwszej wskazówki do rozwiązania mrocznej zagadki sprzed lat. Gdzieś w tym pałacu powinna się ukrywać, trzeba było tylko się do niej zbliżbyć. I w takiej właśnie chwili musiał trafić na barierę w postaci tego młokosa przed nim, który nie chciał wpuścić go do środka. Błąkał się po tej okolicy od wczoraj i trochę zaczynało dopadać go zmęczenie. Fakt, był już kiedyś na Nar Shaddaa, lecz dawno temu, w innym życiu, i zupełnie nie pamiętał tych okolic. Cóż, widocznie będzie musiał poczekać, cierpliwości wciąż mu nie brakowało. Postanowił jednak spróbować szczęścia.
- Gdybym był takim pistolecikiem, jak większość z was tutaj, pewnie grzecznie bym poczekał do jutra -rzekł chłodno, acz spokojnie do strażnika, patrząc mu prosto w oczy. - Wojowałem już, kiedyście jeszcze pewnie nie nauczyli się chodzić. Powiedz mi, ilu z was pamięta czasy Wojen Klonów? W przeciwnym razie wskaż mi chociaż, gdzie mógłbym się zatrzymać.
Hastal odrobił pracę domową i kilku rzeczy dowiedział się o tutejszym mafijnym bossie. Hutta interesował temat Wojen Klonów i Jedi, a jego zainteresowaniami bardzo interesowały się także inne siły. Postanowił więc zagrać tym faktem. Nie liczył jednak wielce na to, że nagle zostanie wpuszczony, ale powiedział to na tyle głośno, aby zostać usłyszanym przez tę osobliwą parę przy drugim strażniku, którą kątem oka obserwował już jakiś czas. Czerwonoskóry Zabrak wyglądał na miejscowego, o w miarę wyrobionej pozycji. Być może mógłby go więc wykorzystać...

Kocie ucho wygięło się w bok, zbierając oburzenie Hastala i skłoniło na moment dziewczynę, by zerknąć na obcego. Sytuacja jednak paliła naprzeciw i lekko naburmuszona Catharka założyła ręce na siebie.
- Czy wyście obaj powariowali? Czy ja wyglądam na skończoną idiotkę? Gdzie niby i po co miałabym uciekać? Myślicie, że gdybym chciała dać nogę to różnicę robiłoby to, czy zrobię to teraz, czy za kilka dni? Nie mam zamiaru podpadać Grakkusowi.
Ogon Catharki falował niczym litera "s", a gestykulując dłonią jakoś mimowolnie nastroszyła pazury. Czasem wydawało jej się, że faceci potrafili wytworzyć problem z niczego tylko po to, by czynić swoje życie bardziej skomplikowanym.
- Gdybyś coś ukradła i teraz śpieszyła się zanim ktoś się połapie, a w porcie czekał by statek gotowy do odlotu, to miałoby sens -powiedział Rhail.
- Zatem Olyo będzie miał robotę - westchnął Ferssin, choć widocznie nie wierzył, że może to być prawdą.. - A ten przybysz? - Kapitan wskazał na doświadczonego wojnami Mandalorianina. - Pokażesz mu przy okazji, gdzie może poczekać do rana? I tak już ci wiszę kolejkę za Lyssę, więc co mi tam, postawię ci dwie…
- Dobra, jak spróbuje uciec to ją po prostu zabije - westchnął Zabrak - Ty, weteran. Chodź, pokaże ci jakąś norę, przetrzymasz tam do jutra. A ty mała też mi wisisz przysługę. I nie, nie chodzi o sex. Dasz mi to, co masz ale o tym nie wiesz… - zawiesił na chwilę głos - To żart, taki zabracki folklor.
Słysząc te słowa, dziewczyna o mało nie wybuchłaby śmiechem, ale na szczęście umiała się powstrzymać. Co prawda nie wiedziała, kim Rhail jest dla Grakkusa, ale on chyba najwyraźniej także nie wiedział kim ona jest, gospodarując jej życiem z taką łatwością. Przyjęła jednak tę uległą rolę grzecznie, wiedząc że w tej chwili jest ona jej na rękę i nie skomentowała, choć słowa same się na język pchały.
- Nie jestem jedną ze szmat Grakkusa.. - Syknęła pod nosem, oburzona że ktoś mógł tak pomyśleć. Oparła dłonie na biodrach i wpatrywała zmieszana, bo chyba nie zrozumiała jego żartu.
- Więcej szacunku dla tych, które miały mniej szczęścia niż ty - mruknął Zabrak ni to do siebie, ni to do dziewczyny.- Dobra, idziemy.
W oczach Catharki można było dostrzec drobny błysk, gdy do tego ukazała mimowolnie kiełki. Wiele samokontroli wymagało od niej trzymanie swojego pyskatego języka za zębami dziś. Skinęła tylko głową, zgadzając się z częścią, że trzeba iść i spojrzała na Mandalorianina, bo najwyraźniej miał do nich dołączyć. Czy mógł przeszkodzić jej w planach?

Starszy, będący blisko czterdziestki człowiek rzeczywiście zdawał się wyglądać na weterana niejednej bitwy. Co więcej, na Mandalorianina, choć niewiele tak naprawdę na to wskazywało. Brakowało mu charakterystycznego dla nich pancerza. Przez plecy przewieszony miał myśliwski blaster. Mało kto jednak w tej profesji dożywa jego wieku, więc coś musiało być na rzeczy. Spostrzegawcze oko mogło wszakże, na jednym z ramion jego płaszcza, dostrzec ledwie widoczny wizerunek czaszki mythosaura. Twarz tegoż żołnierza wyglądała na zmęczoną trudami życia, a oczy na puste, choć dostrzec można było w nich silną determinację. Zdobiły ją krótkie, czarne włosy oraz kilkudniowy zarost, próbujący przykryć kilka zmarszczek i blizn. Kiedy strażnik zaproponował przewodnika, spojrzał błyskawicznie na Zabraka, jakby próbował go przeszyć wzrokiem na wylot i ocenić. A przynajmniej tak mogło się przez chwilę zdawać. Przeniósł następnie wzrok na Catharkę, która wcześniej wydawała się nieistotna, i wsłuchał się w ich przekomarzania. Kocica wyraźnie chciała pójść swoimi kocimi drogami.
- Jeśli nie będzie to problemem. - Zwrócił się do Zabraka - Pokaż mi tę “norę”.
Skierował następnie swe kroki za nowymi towarzyszami. Skrzywił się trochę na myśl o “norze”, do której zaraz miał trafić, ale chyba będzie musiał się przyzwyczaić do mniej “cywilizowanych” uwarunkowań Księżyca Przemytników, niż do tej pory był przywyknięty.
- Jesteście miejscowi? - spróbował zagaić rozmowę, kiedy już kawałek się oddalili.
 

Ostatnio edytowane przez Dark_Archon_ : 26-07-2018 o 16:25.
Dark_Archon_ jest offline  
Stary 26-07-2018, 21:33   #8
 
Mike's Avatar
 
Reputacja: 26126 Mike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputację
- Z grubsza - odpał zabrak - jestem Rhail, jak ciebie nazywać? Mam propozycję darmowej pracy. Może dzięki temu zaplusujesz u mojego szefa, a może nie. Włóczysz się z nami i pomożesz pilnować by Lyssa wróciła na kwaterę? W zamian postawię ci drinka i odpowiem na pytania o ile nie będą zahaczały o bezpieczeństwo.
Catharka z miejsca fuknęła, nie wierząc w to co słyszy. Wcześniej miała nadzieję że Rhail mówi tak tylko przy strażniku, starając się zrobić wrażenie. Wychodziło na to że mylnie go oceniła.
- Hejże! - Uniosła się z buntem w głosie i “pokazała pazur” w porównaniu do tego jak miła starała się być jeszcze chwilę temu. - Koniec tego przedstawienia! Nie jestem waszą własnością i umiem o siebie zadbać. Nie potrzeba mi niańki która będzie za mną łazić, o którą będę się potykać, ani kolejnych pięciu osób które będą sobie mnie przekazywać. Zrobię swoje zakupy i możemy spotkać się w pałacu, albo na mieście. Twój wybór Rhail i pamiętaj, że nie odpowiadam przed Tobą, a to że dałeś się wrobić w prośbę Ferssina to tylko Twój problem i wasze łamanie rozkazów. Dajcie mi spokój i nie plątajcie się pod nogami.

Lyssa wyładowała na zabraka trochę złości, która zebrała się w niej podczas tej rozmowy, czując się traktowana jak jakieś popychadło. Mandalorianin nie był w sumie niczemu winien, ale znalazł się tu i teraz, i musiał usłyszeć cały ten jej wybuch. Ostatecznie catharka postarała się ochłonąć i być grzeczna więc wyraźnie złagodniała.
- Skończmy z tą całą manią ucieczki, nawet gdybym odleciała z planety to jest cholerny kartel i dorwą mnie tylko po to by zrobić przykład dla innych. Grakkus za wiele za mnie zapłacił by.. - zmieszana ugryzła się w język bo powiedziała w sumie więcej niż chciała. Machnęła tylko ręką dając spokój z kontynuowaniem tego zdania.
- Nawet jakby cię złapali i zrobili przykład to ja oberwę bo cie nie dopilnowałem - odparł spokojnie zabrak - mam swoje plany i w nich jest pięcie się po szczeblach kariery. Idziemy razem, albo wracasz do domu. Tym bardziej, że Grakkus wiele zapłacił. Szkoda by było być odpowiedzialnym za stratę inwestycji. Nie zamierzam być złośliwy czy wkurzający bardziej niż będę musiał. Idziemy czy wracasz?
- Skoro Ci to nie na rękę, po co się zgodziłeś? - Zapytała retorycznie i zmrużyła oczy zatrzymując się i nerwowo podwijając ogon. -Myślisz że mnie zmusisz? Jestem egzekutorką i zabijam ludzi na polecenie. Nie szukam z Tobą kłopotów, ale Ty sam je tworzysz wymyślając najgorsze możliwe scenariusze. - Po minie dziewczyny widać było że gdzieś w tej rozmowie musiał nadepnąć jej na odcisk, ale nie zamierzała pozwolić mu być jej nowym “Panem”.
[i]- Czy to źle mieć przysługę u kapitana?[i/] - odparł Rhail - To pomaga w robieniu kariery. A to, że jesteś egzekutorką nie czyni cię wyjątkową. Nie chcę z tobą walczyć, ale jeśli będę musiał nie będzie taryfy ulgowej. Co ci nie pasuje w tym, że cię popilnuje? Planujesz jakiś przekręt?
Jedna z dłoni dziewczyny sięgnęła do kieszeni na pasie i tam zamarła, ściskając coś. Poza tym jednak nie zrobiła nic więcej, nastroszona jakby rzeczywiście miała zaraz walczyć z zabrakiem.
- Może nie czyni wyjątkową, ale sprawia że równie dobrze to Ty możesz skończyć swoją karierę równie nagle, jak mnie dziś poznałeś. Masz w sobie za dużo pewności siebie, szczególnie wobec osób o których nic nie wiesz. Może ja nie mam nic do stracenia? - jej warga drgnęła nerwowo. - MOŻE NIE PASUJE MI TO ŻE CIĄGLE KTOŚ MNIE PILNUJE!? - Krzyknęła wręcz na Rhaila, po czym zacisnęła zęby i dodała cicho. - Dobrze, zrobimy po Twojemu....
- Złościsz się na mnie, bo dałem ci wybór? Możesz iść ze mną, możesz zostać. Czy to takie złe? - odparł zabrak nie zrażony wybuchem.
- Chodźmy już… - Odparła siląc się by pozostać spokojną i nie udzieliła odpowiedzi. Wyglądała na obrażoną, a rękę dalej trzymała w kieszeni nie przejmując się tym co on sobie o tym myśli. - Skoro tak bardzo chcesz mnie pilnować to zapraszam do sklepu z ubraniami, na początek ,La Tuso’.
Jak na wcześniejsze wybuchy poddała się zbyt łatwo jak na gust zabraka.
- Prowadź - rzekł krótko.

Mandalorianin już prawie wyciągał rękę do Zabraka, kiedy Catharka wybuchła. Delikatnie, mimochodem, odsunął się od nich o krok, nie chcąc brać udziału w tej awanturze i tym, co mogło z niej wyniknąć. Dopiero co tu przyleciał i wolał unikać kłopotów, przynajmniej na razie. Obserwował jednak tę dwójkę uważnie. Ciekawe rzeczy można było wywnioskować z tego co mówili oraz z ich postawy…
- Niczym stare dobre małżeństwo… - skwitował i zamyślił się chwilę. - Chciałbym tylko przypomnieć, że jesteśmy w przestrzeni Huttów, a oni zawsze pilnują swoich interesów. Wydaje mi się, że dla naszego wspólnego dobra lepiej by było, gdybyśmy wrócili we trójkę. - Podsumował weteran i dodał - Jeśli skończyliście… Jestem Hastal Skirata. Ty jesteś Lyssa, tak? - zwrócił się do Catharki, po czym spojrzał na Zabraka - Myślę, że nie ucieknie - a przynajmniej nie na długo, dodał sobie w myślach. Z jego tonu i spojrzenia można było wyczytać niezwykłą pewność co do tej deklaracji. - Szukam „ciekawej” roboty. O ile dobrze słyszałem, czym interesuje się wasz pracodawca, to wydaje mi się, że dobrze trafiłem. Mógłbym sobie przypomnieć stare dobre czasy…
- Pierwszy raz ją na oczy widzę - powiedział zabrak - Nie jest tajemnicą, że Grakkus zbiera artefakty z czasów wojen klonów. Jeśli masz jakieś… wspomnienia o tym to myślę, że doceni twoje wspominki.
- O, i to jest rozsądny człowiek. - Lyssa wskazała otwartą dłonią na Mandalorianina. - Lyssa Fae’vell. Też widzę tego zabraka pierwszy raz na oczy.
Kocia dziewczyna posłała lekko drażliwe spojrzenie Rhailowi.
- Możemy najpierw przejść się z Hastalem, szkoda marnować jego czasu na moje potrzeby.
- Myślę, że chętnie nam potowarzyszy. Przy okazji popyta, obejrzy okolicę.
 
Mike jest offline  
Stary 27-07-2018, 17:01   #9
 
Muagor's Avatar
 
Reputacja: 2236 Muagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputacjęMuagor ma wspaniałą reputację
Te miernoty znowu przyszły podziwiać potęgę. Jak inaczej można było nazwać te wychodzone stwory. Szczególnie tych rodian przypominających robaki do zmiażdżenia pod butem. Większość z nich nawet nie uniosłaby jego broni o jakiejkolwiek walce nie wspominając. Żałosne, słabe istoty. Ale niczym wszystkie słabe istoty dążyły do silnych, aby żyć w ich cieniu, bo przy silnych byli chronieni, bo przy silnych mogli przetrwać. Oddawali mu cześć, należną mu oczywiście. W końcu był czempionem. Należała mu się. A im niczym wiernym wyznawcom należało się trochę uwagi. W końcu jego chwała musiała trafiać też do innych, a nic tak tego nie zapewniało jak zadowoleni maluczcy. Cieszył się z uwielbienia i rzucał im ochłapy. Tu pomachał od niechcenia ręką, tu odburknął jakieś komentarze, tu się z kimś przywitał, tam rzucił jednym zbyt nachalnym fanem w tłum co wywołało aplauz. Standardowo. Ale byli męczący. A on potrzebował odpocząć. Dlatego wszedł do zamkniętej części pałacu pozwalając strażnikom zatrzymać tłum. Teraz tylko do pokoju i się zdrzemnąć… Ale nie… No bo skąd. Musiał się przypałętać ślepak. Chłopak na posyłki, bo do niczego innego się już pewnie nie nadawał. No chyba że był czyjąś dziwką. No w sumie to był dziwką na zawołanie Redajja.
Nie chciało mu się teraz iść do Zygerrianina, ale może akurat miał coś ciekawego. Jakieś wyzwanie, które byłoby godne chwały. Tak… może coś ciekawego z tego wyjdzie. Dowutin poczłapał więc przez pałac. Cholernie duży pałac. I jeszcze windy były do bani. Ale po drodze można było zgarnąć coś do picia. W pierwszej kantynie Dowutin wziął zimną butelkę lekkiego alkoholu i sukcesywnie opróżniał ją w trakcie marszu. Jakiś podrzędny oficer zauważył go w tych bardziej oficjalnych rejonach i po jego twarzy można było odczytać, że nie podoba mu się, że wielkolud idzie i żłopie po drodze. Dowutin podniósł butelkę i ostentacyjnie pociągnął łyka. Nie zatrzymywał się tylko szedł dalej rechocząc. Mijając sale treningowe patrzył czy był tam ktoś godny uwagi i wyśmiewał tych najbardziej fajtłapowatych.

W końcu doszedł do komnaty Zygarrianina. Butelka wzięta z kantyny była już pusta, więc rzucił ją w kąt i wszedł do środka. Jak tylko przestąpił próg bąbelki dały znać, że chcą zostać uwolnione. Pomieszczenie wypełnione więc zostały donośnym beknięciem, po którym Dowutin mlasnął ze smakiem.
- Masz coś dla mnie? - Zapytał wprost Redajja wbijając mu do biura.
Kiedy Dowutin wkroczył do środka od razu spostrzegł iż coś jest nie tak. Przestronna komnata Redajja wypełniona była różnego rodzaju wojakami. Paru gladiatorów, paru żołnierzy. Zygerrian zawsze trzymał przy sobie kilku gwardzistów dla bezpieczeństwa, ale na twoją wizytę stanowczo przesadził. Cóż, twoja sława cię wyprzedzała. Wszyscy skupili na tobie swoją uwagę.
- Gerdarr, przyjacielu - rzekł Zygerrian głosem w pełni podszytym cynizmem. - cieszę się, żeś zdrów. Jednak do rzeczy. Powiem wprost. Mam dla ciebie ofertę nie do odrzucenia… widzisz…. Wszyscy lubią twoje walki, kochają jak zwyciężasz. I tu tkwi problem. Nigdy, nigdy nie przegrywasz - Zygerrian wypowiedział te słowa, jakby naprawdę bardzo go to bolało. - Grakkus również lubi twoje walki, ale lubi też pieniądze. Tak się jednak składa, że ty przestałeś przynosić zyski. Tracimy na zakładach z tobą od dziesięciu walk, bo nikt nie śmie obstawiać na twych przeciwników… jednak mam pewien plan, który pozwoli zarobić mnóstwo kredytów na twojej następnej walce, jednak wymaga twojej współpracy. Jesteś bystrym chłopakiem, więc chyba wiesz do czego zmierzam…
- Do dupy ten Twój plan. -
Skomentował Dowutin - Jak chcesz żebym przegrał, to wystaw kogoś kto mnie pokona. A jak zawsze wygrywam to zmień zasady zakładów. Zamiast obstawiać czy wygram niech obstawiają jak szybko wygram. Potem możesz mi powiedzieć jak długo mam się bawić z ofiarą - Dodał na koniec z drapieżnym uśmiechem na ustach. W czasie wypowiedzi wszedł głębiej do pomieszczenia stając po środku tych wszystkich, którzy mieli być obstawą Redajja pokazując im tym samym co sądzi o zagrożeniu jakie dla niego stanowią.
Redajj uśmiechnął się szeroko, jakby doskonale wiedział, że Dowutin pokaże swą butę i brawurę, wstępując w sam środek tej watahy. Szybko wcisnął przycisk w swoim panelu na naramienniku. Gerdarr przeczuł co się święci. Jego gabaryty wszakże nie pozwoliły na odpowiednio szybką reakcję. Nim choć zdążył się ruszyć, otoczyło go niewidoczne pole siłowe, krępujące wszelkie ruchy.
Redajj parsknął śmiechem, z udawanym współczuciem rzekł:
- Och, Gerdarr, jednak aż tak bystry nie jesteś. - Po chwili wstał i przybrał znacznie poważniejszy ton, spojrzał na ciebie spode łba. - Nie zaprosiłem cię tutaj, by wysłuchiwać twoich koncepcji przy kieliszku correliańskiej. Na arenie może i jesteś “gość” ale tutaj rządzę ja. Jutro stoczysz walkę z Trandoszańskim barbarzyńcą, jest silny, ale nikt go nie zna. To debiutant. Stawka w zakładach na niego będzie astronomiczna. Przegrasz z nim, moi przyjaciele zarobią fortunę, a ty będziesz mógł dalej kontynuować swoją karierę. I może dostaniesz jakąś premię, jeśli się poddasz wiarygodnie…
Pole siłowe… typowe rozwiązanie tchórzy. Ale jedyne dzięki któremu Redajj mógł się czuć choć trochę bezpieczny. Dowutin wysłuchał tego co władca Areny miał do powiedzenia. Zarechotał na jego słowa.
- Da się zrobić. Skończyłeś już? Czy masz coś jeszcze?
- Skończyłem -
odparł nieprzejęty zaczepką. Wstał i udał się do tylnego wyjścia prowadzącego do jego salonu. - Nie zawiedź mnie - rzucił jeszcze z progu, ledwo słyszalnie.
Po chwili pole siłowe osłabło, a wszyscy strażnicy wielce sugestywnie wskazali Gerdarrowi swoimi elektrycznymi pikami drzwi. Dowutin czuł się nieco jak bestia, jak budzący grozę rancor.
Gerdarr spojrzał po pozostałych w pomieszczeniu strażnikach. Uśmiechnął się tym rodzajem uśmiechu, który mógł wywołać ciarki u przeciwnika. Zrobił krok w kierunku biurka Redajja zamiast drzwi i wziął ze znajdującej się na blacie miski jabłko. Dopiero z nim w ręku odwrócił się i odgryzając kawałek wyszedł.
 
Muagor jest offline  
Stary 27-07-2018, 21:49   #10
 
Dhratlach's Avatar
 
Reputacja: 29456 Dhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputacjęDhratlach ma wspaniałą reputację
Orflick wiedział, że bywały hossy i bessy w interesie. Cóż, nie zawsze można było wyjść z tarczą, ale wracać na tarczy też nie było w jego stylu. Zapamiętywał każdego z kim przyszło mu rozmawiać. Wygląd, towarzysze, statek którym przyleciał, ton głosu. Nigdy nie było wiadomo czy się to czy owo nie przyda, a pamięć miał dobrą. To było częścią jego fachu, bo kto inny zpamiętałby setki komend, w tym nie jeden autorski skrypt przy łamaniu zabezpieczeń? Wiedział jednak, że nie był najlepszy, ale to była tylko kwestia czasu…

Cóż, przynajmniej zaprzyjaźniony barman miał co nieco do powiedzenia. Porachunki gangsterskie nigdy dobrze nie wróżyły… szczególnie w jego okolicy. Wstał, napiwek dał i poprawił płaszcz i wyszedł. Dla wielu był zagadką jeśli chodzi o to jakiej był rasy. Zdecydowanie za wysoki i o wybitnie rzadkich, wręcz niespotykanych oczach. DLa niego to był plus, a większość i tak skrywał płaszcz i kaptur.

I wtedy stało się coś co bardzo mu podpadło. Keala’chak… jak długo miał jej powtarzać by zawsze mieć zaplecze, lub chociaż rozeznanie w terenie? No na obwisłe cycki Grakkusa… ale nic nie było stracone. Kiedy oprychy zajowały się gadką, on zachodził w głowę by na szybko powiązać ich z jakimś znanym mu gangiem. Wiedza to podstawa. Choć był z lekka wkurzony, że dotykali JEGO własność. Nie mógł sobie pozwolić na jej stratę, była zbyt cenną informatorką, zbyt cenną bronią w jego arsenale…

Zaczął szybko myśleć. Ci bandyci nie przynależeli do żadnego znaczącego gangu ani ważnej organizacji, ot zwykła zbieranina. Ten zabrak mieszkał za rogiem, miał patologiczną rodzinę. Gamorrean robił za magazyniera niedaleko stąd, o reszcie... nic, ale też nie byli nikim szczególnym.
Dziwne było to, że odważyli się napaść na Kaelę. Raczej w okolicy ją znano i wiedziano, że przynależy do jakiejś ważnej organizacji, czasami pokazywała się z jakimiś poważnymi zbirami, żeby zademonstrować, że to nie żarty. Ostatnio może była trochę zbyt pewna siebie, ale wciąż nikt jej nie zaczepiał, a przynajmniej nie w okolicy “Utraty Nadziei”. Ta sytuacja była wyjątkowo niecodzienna.

Orflick uśmiechnął się krzywo. Nie ma to jak banda oprychów o zerowej reputacji czy zdolnościach. Nadal jednak mu nie pasowało coś w całej sytuacji…
- Nuka ekkita? - zapytał zdziwiony - Potrafię docenić potencjał kiedy go widzę… a nie chciałbym byście się zmarnowali. Jesteście bystre grigo i macie finezję… mógłbym wam pomóc. Bycie magazynierem, pracownikiem najniższego szczebla, pracować i mieszkać z ludźmi którzy nigdy nie zrozumieją nawet ułamka waszego prawdziwego potencjału…
Dłoń gryzonia powędrowała do brody i zaczęła głaskać leniwie futerko.
- Znacie mnie. Mogę wam pomóc, ale coś za coś. Wiecie jak z keggoc bywa w tych stronach i nie, nie interesują mnie kredyty moi nowi przyjaciele.

Oprychy nie były… najbystrzejszą wodą w stawie. Skonfundowani, tak, ale nadal Kaeli dalej nie puszczali. Jeden nawet zakrzyknął, by Orflick sobie poszedł, albo i on dostanie w rzyć… choć nie zdawało się to zbyt przekonywujące.
Orflick grał na czas. Było ich za dużo by ich zdmuchnąć, a otwarta akcja bardzo szybko by się potoczyła nie tak jak by chciał i wtedy…
- Zagram w otwarte karty... - powiedział - ...podoba mi się wasz styl i znam kogoś kto szuka takich jak wy, ale już ma prawie komplet, więc musicie się śpieszyć. Stary Ordo w Cicca’Tom, naprzeciwko “apteki”. Polecę was, ale babkę puszczacie wolno i jesteśmy claa.*

Pierwszy zareagował Gamorreanin.
- Chłopaki, ja już mam dość robienia na okrągło w tym magazynie Grubej Rietty. Jak już kogoś bijemy, to bijmy dla kredytów!
Ta wypowiedź brzmiała wyjątkowo błyskotliwie jak na Gamorreanina. Dwaj inni napastnicy przytaknęli swojemu znajomkowi.
- Mam zostawać zbirem do wynajęcia? - oburzył się pierw. - Ech… No dobra. Może wreszcie zarobię coś więcej…
Po chwili, gdy już ci trzej wymienili między sobą kilka podobnych komentarzy, i gdy upewnili się od ciebie, gdzie mają szukać Starego Ordo, odeszli mniej więcej w kierunku Cicca’Tom. Na placu boju pozostał jedynie otyły Zabrak. Wyglądał na wyjątkowo upartego. Rzucił Rodianką o ziemię, po czym ruszył w stronę gryzonia.

Zabrak się zbliżał, z wyrazem wkurwa na twarzy. Orflick dobył blastera i oddał strzał. Może i chybił, ale na tyle zestrachał rogacza, że ten uderzył głową o wystającą rurę ze ściany. Cóż, jeden zero dla gryzonia..

“Szpilkogłowy” nadal nie ustępował, choć lekko się zatoczył po uderzeniu. Pięść okuta w kastet poszybowała przez powietrze w stronę głowy, ale nic to nie dało. Futrzasty przeciwnik uniknął ciosu, a jego przeciwnik wpadł między ścianę, a kontener. Kapturnik udszedł kilka kroków na środek ulicy trzymając oponenta na muszce i… strzelił.

Zabrak zatoczył się po trafieniu w tors przez chwilę próbował utrzymać się na nogach, ale w końcu nie wytrzymał i padł na ziemię nieprzytomny. Orflick rozejrzał się szybko po okolicy. Nie było świadków.

Gryzoń obrzucił zabraka krótkim beznamiętnym spojrzeniem i spojrzał na dziewczynę. Kalkulacyjnie. Coś tu mocno było nie tak. Zdecydowanie za mocno...
Dziewczyna zaczęła płakać, gdy Zabraka padł na podłogę. Nie było pewności czy to były łzy szczęścia, czy opóźnionej rozpaczy, po tym strasznym przeżyciu.
- Uratowałeś mnie, Orflick…Dz-dziękuję... Ale ja i tak jestem… s-s-skończona… - Dziewczyna nie potrafiła już powstrzymać płaczu. Nie była w stanie nic więcej powiedzieć.
Orflick pokiwał głową i podszedł do rodianki i położył dłoń na ramieniu.
- Idziemy. - powiedział ciepło z uśmiechem - Lepiej się stąd zmywać.
- Czekaj! Stój! - krzyknęła piskliwym głosem. - Nie możemy tam teraz iść… Oni tam będą…
- Idziemy do Roont’a. - powiedział cicho Orflick - Najciemniej jest zawsze pod latarnią, nie?
Dziewczyna kiwnęła głową, pociągając nosem. Wciąż szlochałając.
- Trzymaj się blisko, idziemy szybko.
Roont was wpuścił ich trochę zdziwiony, ale 5 kredytów na blacie sprawiło, że o nic nie pytał. On miał bardzo małą knajpkę, ale akurat w jedynym osobnym saloniku nikogo innego nie gościł...
Rodianka ciągle płakała i nie potrafiła się uspokoić. Na pytania co się stało, długo się zbierała z odpowiedzią. Orflick pocieszał ją, że już po wszystkim i to się nie powtórzy.
- Jestem skończona… - wybełkotała. - To już k-k-k-koniec…
- Daj mi sobie pomóc. - powiedział ciepło masując w czułym geście jej dłoń - Wiesz, że mogę, ale muszę wiedzieć co się stało.
- Wyrzucili mnie z Czarnego Słońca! Chcieli mnie z-z-z-zabić... ale stwierdzili, że gorzej dla mnie będzie, jeśli wyrzucą mnie na ulicę! - Rodianka z płaczem wpadła w twe ramiona, jej łzy kapały ci na futerko. - Nie chciałam od razu iść do ciebie, ale od razu zaczęli mnie nagabywać bandyci… A agenci Czarnego Słońca… Widziałam, że szli do Utraty Nadziei. Sprowokowali Zabraka i jego ekipę, żeby mnie zatrzymali.
Orflick pokiwał powoli głową. To nie było standardowe mondum operanti żadnego szanującego się półświatka. Coś tu śmierdziało, ale nie wiedział co. Może jakiś test czy coś? Normalnie by ją kropnęli by by nie zostawiać luźnych powiązań…
- To dziwne… wiesz może o co poszło? Musi być metoda w tym szaleństwie, każda informacja się liczy, wiesz to dobrze.
- Informacje… O t-to właśnie poszło! Myślą, że sprzedałam wszystkie informacje o organizacji, jakie mogłam posiadać. Między innymi tobie… Dlatego poszli przeszukiwać twoją norę…. Ale ja przecież… - Nie dokończyła, bo znowu dostała napadu histerii.
- Już już… jestem tutaj… - pocieszał ją, a w głowie układał scenariusze.
Prawda, była doskonałym źródłem informacji, ale nawet on wiedział, że lepiej nie pytać o jej chlebodawcę. Agenci nic nie znajdą, większość miał w głowie, a jedynie krótkie notki w datapadzie… takie, że jak rzuca okiem to budzi się wspomnienie tego co to jest.
Trochę to potrwało, ale wreszcie Rodianka się uspokoiła. Coś jeszcze coś ukrywała, może nawet i chciała coś powiedzieć, ale się wahała. Po prostu siedziała i oddychała ciężko
- Daj mi tobie pomóc. Musi być coś co pamiętasz… - powiedział kojąco.
- Łapy precz! - Rodiankę ogarnęła nagle dzikia furia. - Myślisz, że jak się bzykaliśmy przez parę miesięcy, to teraz mogę ci wszystko wyjawić?! - Rodianka znowu zaniosła się płaczem, ale po chwili się uspokoiła, po czym kontynuowała, tym razem już całkiem potulnie. - Wybacz, Orflick. Uratowałeś mnie, dziękuję ci bardzo… Oni nic na ciebie nie znajdą, ale ja jestem skończona. Jeśli dowiedzą się, że wciąż żyję, to zaczną mnie szukać… Oni zapłacili temu Zabrakowi, żeby mnie zabił… Nie chcieli mnie zabijać osobiście, żeby nikt nie podejrzewał, że jestem zdrajczynią. Chcieli, żeby to wyglądało na wypadek, żeby nikt nie myślał, że… - Znowu urwała swą wypowiedź. Odsunęła się od ciebie i lekko odwróciła.
- Powiedz mi. - poprosił gryzoń. - Powiedz i wszystko. Tylko wtedy będę wiedział jak Tobie pomóc…
- Przepraszam, Orflicku, ale nie mogę… Nie teraz. Możesz mieć przeze mnie kłopoty. Zaufasz mi? Pomożesz mi?
- Dobrze wiesz, że już mam kłopoty, prawda?
- Wiesz, gdzie mogłabym się ukryć? Może Grakkus by mnie przyjął? Wolę już u niego podłogi zamiatać, niż skończyć z vibronożem między żebrami!
Orflick pokiwał głową rozumiejąc sytuację. Cóz, mógł pomóc.
- Mogę załatwić transport poza planetę. Będziesz mogła rozpocząć nowe życie. - powiedział - Idź do kosmoportu, dam znać komuś komu wiszę przysługę.
- Ale… Ale… Orflick… - Oczy Rodianki błyszczały. - Zostawisz mnie? Wyślesz gdzieś, niewiadomo gdzie? Samą?
Rodianka miała trochę racji, w sumie byłaby bardziej użyteczna na miejscu… ale zadzierać z Czarnym Słońcem? Ryzyko było wpisane w jego fach… Pomasował skroń. Grakkus!
- Sprawdzam, czy nadal Tobie na mnie zależy kochana. - powiedział z miłym uśmiechem - Jeśli chcesz pracować dla Grakkusa… może coś wymyślę. - mówiąc te słowa sięgnął w poły płaszcza. Po komunikator.
- Dziękuję ci! - Rodianka przytuliła się do niego mocno, ale po chwili znów się odsunęła. - Ale jeśli ten Zabrak powie o wszystkim, to ciebie też będą szukać. Może się przeprowadzisz? Tak dla bezpieczeństwa… - Jej głos był pełen troski.
- Pomyślę o tym.- odpowiedział mężczyzna - A teraz chodźmy do pałacu. Zobaczymy co da się zrobić. - powiedział nie wyciągając jednak comlinka. Znał odpowiednią osobę do tej sytuacji… Togrutce, Ahaato Zy… szkopuł w tym, że nie wisiała mu żadną przysługę.
 
__________________
Nurgletsy z sosem Tzeentchiki, Popkhorne i Slaaneshake!
Dhratlach jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:49.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167