Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-02-2021, 20:58   #1
 
Buka's Avatar
 
[D20 future] "The Good, the Bad and the Alien" Sezon II (+21)

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=MSuHACeorAs&feature=emb_title[/MEDIA]








Występują:


Kapitan Travis "Long" Webster


Ophelia Kaim


Kier Anzeurel


Kajia de Vegt





Odcinek 1

"Zakładnik"






Gdzieś w kosmosie

Statek piracki “Harpia”, mknął w nadprzestrzeni ku swojemu nowemu celowi. Kapitan otrzymał interesującą informację o możliwości kolejnego łupu, wklepano więc odpowiedni kurs w komputer, ten z kolei mozolnie(i przez godzinę czasu!) wszystko obliczał, po czym dokonano skoku... owy czas na obliczenia był zaś potrzebny. Inaczej gdzieś po drodze wpadną jeszcze na jakiś księżyc, planetę, kometę, czy setkę innych możliwych niebezpieczeństw. W sumie nic niezwykłego...

Chwilowo odcięci od świata zewnętrznego, poza czasem i przestrzenią, bez łączności, ale i bez ryzyka jakiegokolwiek ataku, ex wojskowy krążownik bojowy, pokonywał lata świetlne godzina za godziną.


Na pokładzie zaś, załoga oddawała się zwyczajowym zajęciom, czy to i dotyczącym czegoś konkretnego, czy i też po prostu - mniej lub bardziej - zbijając bąki. Panował szeroko pojęty “czas wolny”, choć dla kilku osób, takie pojęcie to w sumie praktycznie nie istniało...


~

Kapitan Travis przebywał w swojej kajucie, pogrążony w myślach nad ekranem komputera. Dumał nad wieloma rzeczami… od czasu do czasu odpowiadając zdawkowo, na jakieś dyrdymały, które z siebie wypluwała Eve.

Smarkula zaś rozbyczyła się na jego kanapie, po raz chyba już piąty przemalowywując swoje pazurki dłoni, i prawej stopy. Zapach lakieru do paznokci powoli wypełnił już całą obszerną kajutę, i trochę zaczynał Travisa już drażnić. Do tego zaś małolata częstowała się jego piwem, którego otwarta już druga puszka stała na stoliczku obok…

~

Inżynier Ophelia przebywała obecnie w maszynowni statku. Wśród cichego szumu reaktora rozmawiała właśnie z Kanjim, a gdzieś po kątach kręcił się Leno.
- Chłopaki mają dużo do roboty, ale głównie same pierdoły… - Azjata zapalił kolejnego papierosa, ignorując wszelkie zasady BHP - ... jakoś wyjątkowo nic się poważniej nie spierdoliło, co samo w sobie jest podejrzane. Pewnie nadciąga coś większego - Mężczyzna krzywo się uśmiechnął.


- Skontrolujesz więc robotę Wexa i Volaika, a potem, żebyś… "nie zardzewiała", kopsniesz się do mięśniaków(miał na myśli grupkę Dreadnoughtów- statkowych tfardzieli), jakieś drzwi im się tam zacinają czy coś. Ci to zawsze coś spierdolą… - Kanji krzywo się uśmiechnął - Ok?


~

"Negocjator" Kier przemierzał korytarze statku, próbując znaleźć sobie jakieś sensowne zajęcie. Na chwilę obecną nie miał ochoty na grę w karty z kimkolwiek, na chlanie, na głupio-gadanie. Każdy miał takie momenty, nawet ten cholerny “pirat”, jakim w końcu był.

Snuł się po korytarzach, po pokładach, pogrążony we własnych myślach, gdy… pojawiło się przed nim typowe “plasku plasku” bosych stóp, a po chwili zza zakrętu wyłoniła się Gwen. Olkeaxanka drgnęła zaskoczona na jego widok, trzymając w obu dłoniach jakiś mały półprzezroczysty pojemnik z pokrywką, z czymś zielonym, dosyć płynnym, w środku. Jakiś posiłek? Tylko, czy Kier serio chciał wiedzieć, co to było dokładnie?

- Ummm… - Odezwała się tym swoim typowym, spłoszonym tonem, nie bardzo chyba wiedząc, co powiedzieć, czy i co zrobić. Stała bowiem tak przed nim, i tyle…


~

Lekarka Kaija przebywała wraz z Bosot w ambulatorium, gdzie Chulonka poprosiła ją o przeprowadzenie inwentaryzacji. Początkowo brały w tym udział obie, ale po dwóch kwadransach główna lekarka nieco się wycofała z tego zadania. Powodów takiego postępowania mogło być wiele, ale chyba lenistwo do nich nie należało. Być może Bosot “ustępowała” miejsca, by de Vegt bardziej się w tym wszystkim odnalazła, by wykuła na blachę, gdzie co jest, i ile tego jest.

No a że przy okazji, naprawdę można było w końcu ogarnąć te tuziny szafek i szafeczek, lekarstw, witamin, maści, szczepionek, i tym podobnych… same plusy z tego mozolnego, cholernego zajęcia, nie?




***

Statek nagle minimalnie zadrżał, i włączyły się alarmy.

- “Alarm pożarowy na pokładzie 3, korytarz C-1. Powtarzam, Alarm pożarowy…” - Wśród błysków lamp i wycia syren, główny komputer krążownika bojowego nieustannie udzielał tej informacji trzy razy, po czym dodał - “Włączono zraszacze przeciwporażowe w korytarzu C-1, na pokładzie 3, powtarzam…”

Dokładnie jedenaście sekund później, przez swój Intercom, wydarł się na wspólnej częstotliwości Bing:
- Niech tu przyleci lekarz! Coś pierdolnęło przy naprawach, i Wex jest poparzony! Pokład 3, korytarz C-1! Gazu!

No pięknie...







***

Uff...komentarze za chwilę.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 01-02-2021 o 21:43.
Buka jest offline  
Stary 03-02-2021, 11:42   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Travis Webster, kapitan pirackiego statku "Harpia", ze średnim entuzjazmem wpatrywał się w ekran komputera, na którym widział szereg liczb, mówiących to i owo o teraźniejszości i przyszłości byłego krążownika.
A owa przyszłość nie była aż tak różowa, jak by tego Travis pragnął. Kochał "Harpię", na pokładzie której spędził ładnych parę lat pokoju i ładny kawałek czasu wojny, ale i widział jej wady i musiał przyznać, że pod pewnymi względami statek miał większe wymagania niż najbardziej rozrzutna kochanka. Co prawda większość długów została spłacona już kilka lat temu, ale wydatki mnożyły się niczym mityczne króliki.
Fakt, projektanci, inżynierowie i mechanicy budujący "Harpię" wykonali kawał solidnej roboty, a chociaż podczas wojny okręt nieźle oberwał, to ekipa remontująca wykonała kawał solidnej roboty i w pełni zasłużyła na kosmiczne wynagrodzenie.
Ale nic nie trwa wiecznie... prócz diamentów, a nie z nich "Harpię" zbudowano. Od czasu do czasu trzeba było naprawić czy udoskonalić to i owo.
Załoga również miała swoje wymagania i, niestety, nie wystarczało ich karmić czy odziewać. A przecież rozrywki na lądzie też nie należały do tanich. Wprost przeciwnie.
Jak na razie wychodzili na zero z małym plusem, ale to było stąpanie po linie. Na szczęście istniała szansa na to, że dzisiejsza akcja przyniesie nieco zysku i zdecydowanie wyjdą na prostą.
A łup był obiecujący.
Jak na razie informator ani razu się nie pomylił i uczciwie zapracował na swój udział, ale nikt nie był doskonały. No i mogło się okazać, że Travis nie był jedynym posiadaczem informacji o miejscu spotkania.
A to by oznaczało konkurencję. Kłopoty.
Z drugiej strony - niewielu było piratów, którzy mogliby zmierzyć się z "Harpią".

- Na kogo się szykujesz? - Na moment oderwał wzrok od monitora i spojrzał na Eve, na pozór skupionej na tym, by lakier na paznokciach był równo położony.
Nastolatka najpierw zmarszczyła nos, potem się zapowietrzyła…
- A co? Nie mogę tak sama z siebie?? Zaraz musi być okazja? Chcę ładnie wyglądać i tyle! Widać, tego nie rozumiesz - Fuknęła.
- Ależ możesz ładnie wyglądać. - Travis ukrył rozbawienie. - Jesteś w odpowiednim wieku - dodał.
- Umm… no - Eve najwyraźniej na chwilę przytkało i na moment odpowiedź kapitana wybiła ją z rytmu "gdaczenia". Ale tylko na chwilę…
- To byś mi powiedział coś miłego, a nie zaraz przesłuchanie. A właściwie to gdzie zaś lecimy? Ostatnio jakiś wieeeelce tajemniczy się zrobiłeś. Masz kochankę?? - Dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Taaaa... trzy.... na pokładzie - odparł Travis. - A lecę po czwartą, bo chcę mieć mały haremik. Wiesz co to harem? - spytał.
- Taaa, ciekawe kogo? Prawa i lewa ręka? I co, może masz jakiegoś sex-bota ukrytego? No nie gadaj, że Laurę bzykasz? - Eve się już głośno roześmiała.
- A co ty, mała, wiesz o bzykaniu? - spytał. - I kiedy zaczniesz sprowadzać chłopaków na pokład?
- Wiem więcej, niż ci się wydaje - Odparła z przekąsem nastolatka, po czym po raz piąty(!) zaczęła przemalowywać paznokcie, tym razem na… Travisowi ten kolor się kojarzył z radioaktywną zielenią.
- A tobie co, syndrom tatuśka się włączył, i masz ochotę do biednego chłopaka postrzelać, czy jak?
- Brońcie bogowie. - Travis pokręcił głową. Przynajmniej zawracałabyś głowę komuś innemu, pomyślał. - W czym miałby mi zawinić jakiś nieboraczek? Kiepskich powieści się naczytałaś czy co?
- Czyli masz mnie dosyć? Mam sobie iść?? - Eve przerwała malowanie i naburmuszyła się.
- A czy trzymasz już jakiegoś pod łóżkiem? - zainteresował się Travis.
- Chciałbyś wiedzieć, co? - Nastolatka się uśmiechnęła pod nosem.
- Na tym statku niewiele jest tajemnic - odparł z podobnym uśmiechem. - Miałabyś przynajmniej jakąś rozrywkę.
- A co… - Zaczęła Eve, jednak wydarzyło się coś nietypowego.

Rozmowę na temat sekretów, ewentualnych amorów i adoratorów przerwał alarm, a potem komunikat, wygłoszony przez Binga.
- Kajia, zajmij się Wexem! Jeśli trzeba będzie go przenieść, Bing ci pomoże. Ophelia, weź Volaika i naprawcie to, co padło w tym C-1! - Travis wydał serię poleceń. - A potem czekam na dokładne sprawozdanie - dodał.

Wyłączył nadawanie i przeniósł wzrok na Eve.
- Może na tej wycieczce uda się zdobyć dla ciebie... jakiś nowy lakier do paznokci - powiedział z poważną na pozór miną.
 
Kerm jest offline  
Stary 05-02-2021, 23:56   #3
 
Sorat's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=hOtcVWWL1gA[/MEDIA]
Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musi jakoś się z tym faktem uporać, im będzie go to kosztowało mniej wysiłku - tym lepiej. A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki, pochłaniający do cna. Większość istot myślących raczej rozwijała w sobie zdolności przeciwne, zdolność, aby patrząc- nie widzieć, aby słuchając- nie słyszeć. Najbardziej zaś boi się nieznanego. Strach sprawia, że niespokojne dusze gonią gdzieś, biegają w poszukiwaniu marzeń, iluzji, wojen, pokoju, miłości, nienawiści, tego wszystkiego - a wszystko jest tylko iluzją. Nieznanym. Strach, kiedy już zna się jego przyczynę, traci swoją moc. Zostaje niedosyt, nakazy gdzieś wewnątrz głowy, by przeć do przodu, ciągle i nieprzerwanie zmierzać przed siebie nie oglądając za plecy.
Podróż, jak wszystko w życiu, powinna mieć swój powód i cel. Wędrówka na oślep, byle dalej, jest jak ucieczka. Wyrusza w nią tylko ktoś nieszczęśliwy, ktoś, komu w życiu jest tak źle, że wszystko wydaje mu się lepsze niż trwanie w tej niezmienności, niewoli.
Czy Ophelia Kaim była w takim razie nieszczęśliwa?
Patrząc subiektywnie nie wyglądała na kogoś pogrążonego w głębokiej melancholii, wręcz przeciwnie. Zawsze pogodna i uśmiechnięta przemierzała ciasne, czasem klaustrofobiczne korytarze “Harpii”, biorąc bez zawahania wszystko, co sprezentował jej los. Wychodziła z założenia, że wszyscy żyjący znajdowali się na pokładzie wielkiego statku płynącego w wielki rejs dookoła wszechświata i mimo groźby, że w każdej chwili może kogoś zmyć z pokładu (a może właśnie ze względu na nią), nie ma się prawa do chandry czy melancholii. To, jak urządzony jest świat, wcale nie usprawiedliwia totalnego krytycyzmu ani statecznego czarnowidztwa, choćby droga którą się przebyła do tej pory nie była usłana różami… przecież zawsze mogło być gorzej, a nie istniała pewność co przyniesie następny dzień. Mogło to być nowe rozczarowanie, lecz również powód do zachwytu - cokolwiek by to nie było, dało się wyciągnąć z tego lekcję na przyszłość, a dzień gdy zdobywało się wiedzę nigdy nie należał do dni straconych. Wszystko miało swoje plusy, nawet podróż nadprzestrzenią - niby nudna i z góry zaprogramowana przez pokładowe komputery, a pozwalała na złapanie oddechu przed nową zawieruchą… chyba że akurat czas ten człowiek postanowił przeznaczyć na prace konserwatorskie, co również posiadało swój urok.

Stojąc oparta o metalową ścianę maszynowni, Kaim wciąż uśmiechała się pod nosem słuchając wytycznych głównego inżyniera i mechanicznie przytakiwała rudą głową. Rzeczywiście ostatnimi czasy panował nienaturalny ład i porządek, co już zapalało w głowie czerwoną lampkę ostrzegawczą. Coś wisiało w powietrzu, jak zapach ozonu zwiastujący nadchodzącą burzę.
- Sprawdzić czy Wex i Volaik niczego niepotrzebnie nie skopali, a potem wyregulować naszym geniuszom zbrodni szyny magnetyczne w drzwiach - podsumowała zasłyszane od Azjaty wytyczne i nagle zaśmiała się cicho - Fakt, dać im dwie metalowe kulki to jedną zgubią, a drugą połamią. Z dwojga złego lepiej że tym razem zepsuli pierdołę niż których z pancerzy. Jeśli jeszcze raz w tym miesiącu będę musiała któremuś wymieniać siłowniki hydrauliczne w osłonach na kończyny to wyjdę z siebie i stanę obok… masz poczęstować? - na koniec zmieniłą temat, łypiąc sugestywnie na tlącego się w kąciku ust Kanjiego papierosa.
- No wiesz co… ty sępie… - Mruknął Shibata, ale dał jej nowego papierosa.
- Pijawka na własnej piersi wyhodowana i własną krwią wykarmiona - Ophelia potwierdziła i szybko porwała fajka póki starszy inżynier się nie rozmyślił - Lepiej swoje tuczyć, niż w obce inwestować, co nie? A w ogóle po wyjściu z nadprzestrzeni mamy coś zaplanowane? Konserwacja generatora chyba dopiero za półtora tygodnia… - zamyśliła się, obracając tytoniowy rulonik w palcach - Chcesz to potem rzucę okiem na drony techniczne. Póki wszystko gra i buczy zostaje się poprzewalać z prawa na lewo. Chyba że Zgredek wpadnie na kolejny genialny pomysł - parsknęła, szczerząc się krzywo na samo wspomnienie ich kapitana.
- No to pijawko zabieraj się do roboty, i przestań marudzić o starym, bo jeszcze usłyszy - Powiedział starszy inżynier.
- Pali się gdzieś? - dziewczyna wymownie popatrzyła na wciąż niezapalonego papierosa, a potem wzruszyła lekko ramionami i zatknęła go za ucho - Nie krzyw się tak, bo ci się zmarszczki porobią. Zgredek ma swoje sprawy, my swoje. On potrzebuje nas, my jego. Symbioza Kanji, symbioza… ale racja - parsknęła krótko - Im szybciej skończymy, tym szybciej wylądujemy w kantynie nad piwem - odkleiła plecy od ściany, odruchowo wbijając dłonie w kieszenie spodni - Na który pokład wysłałeś chłopaków?

Stary mechanik nie zdążył odpowiedzieć, ledwo otworzył usta a powietrze przeszedł złowieszczy ryk syren informujących o nagłej awarii. Zabłysły czerwone światła.
- “Alarm pożarowy na pokładzie 3, korytarz C-1. Powtarzam, Alarm pożarowy…” - Wśród błysków lamp i wycia syren, główny komputer krążownika bojowego nieustannie udzielał tej informacji trzy razy, po czym dodał - “Włączono zraszacze przeciwporażowe w korytarzu C-1, na pokładzie 3, powtarzam…”
Dokładnie jedenaście sekund później, przez swój Intercom, wydarł się na wspólnej częstotliwości Bing:
- Niech tu przyleci lekarz! Coś pierdolnęło przy naprawach, i Wex jest poparzony! Pokład 3, korytarz C-1! Gazu!
- Cholera! - Kaim przeklęła, chowając papierosa do kieszeni spodni i migiem zerwała się do biegu. Czy przypadkiem nie miała skontrolować pracy drugiego technika? Gdyby zebrała tyłek szybciej...
- Zajmę się tym, sprawdź czy nie oberwało SPŻ! - krzyknęła za plecy do Azjaty i już wybiegała przez drzwi, chwytając po drodze torbę ze sprzętem.
Leciała ile sił w nogach, a że za wiele ich nie było, dotarcie do celu zajęło jej kilka długich minut, a gdy dotarła na miejsce dyszała ciężko, łapiąc chrapliwie powietrze przez usta.

Widziała akurat jak Kaija w otoczeniu mechów zabierała w kierunku ambulatorium poparzonego Wexa. Widząc minę inżynier lekarka zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem bez cienia uśmiechu.
- Żyje, nic mu nie będzie - zakomunikowała chyba pro forma, zanim nie zniknęła za drzwiami śluzy.
Kaim została sama i odzyskawszy oddech zaczęła się rozglądać po korytarzu. Szybki rzut oka wystarczył aby jęknęła ni to z ulga, ni z irytacją. Podeszła do osmolonego kawałka ściany, kopnęła leżącego obok mecha technicznego. I fragment poszycia i robot były czarne od sadzy.
- Tu Kaim, jestem na miejscu - odezwała się przez komunikator, łącząc się z Kenijm i kapitanem - Wex chciał się wyręczyć botem przy pracach konserwacyjnych na C-1. Bot przeciął kabel plazmowy i poszło zwarcie. Wywaliło bezpieczniki, nic groźnego. Zajmę się tym od ręki - dokończyła, kucając przy torbie z narzędziami. Na początku wyglądało groźnie, ale los chyba sprzyjał "Harpii" i jej załodze.
Jeszcze.

~***~

Chodziły plotki, że podczas podróży w nadprzestrzeni załoga nie ma za wiele do roboty. Pożytkuje więc czas na odpoczynek, fraternizację, uprawianie hazardu i przysłowiowe zbijanie bąków. Cudowny czas, gdy nic nie jest w stanie “Harpii” zaatakować, idzie wyluzować i nabrać siły do przyszłych zadań, aby podjąć się ich z pełną werwą oraz entuzjazmem… chociaż ciągnąc się noga za nogą korytarzem środkowego pokładu Ophelia aż nazbyt wyraźnie czuła w kościach ten “spokój bezpiecznej podróży, gdzie można odpocząć”. Z torbą najpotrzebniejszego technicznego badziewia, toczyła się powoli, zostawiając za sobą delikatny szlak zapachu smaru i lekkiej spalenizny. Na szczęście kryzys na pokładzie 3 udało się opanować, kolejny punkt z listy nagłych wypadków odhaczono pozytywnym ptaszkiem i jeśli nic się nie wykrzaczy po drodze, inżynier została ostatnia fucha przed fajrantem: naprawa drzwi czy tam czegoś u piątki okrętowych silnorękich. Kaim po cichu liczyła, że przynajmniej tutaj nic się po drodze nie spierdzieli, nie wybuchnie, ani nie zacznie płonąć… chociaż z ich geniuszami zbrodni nigdy do końca człowiek nie mógł być pewien co się odwali za chwilę.
- Obyście niczego nie wysadzili dla jaj - mruknęła pod nosem, stając przed odpowiednimi drzwiami i westchnęła ciężko, nim nie przywołała na twarz pogodnego grymasu i poczekawszy aż drzwi bezszelestnie się odsuną, przekroczyła próg.

Po wejściu do środka, Ophelia znalazła się w pomieszczeniu wspólnym od “mięśniaków”. Stało tu kilka kanap, przy nich stolik, wisiał wielki ekran na jednej ze ścian, było i kilka automatów do gry, oraz staromodny stół bilardowy. Na jednym z automatów grał w jakąś strzelecką grę Garg, na kanapie drzemał Tyson, a Chris ćwiczyła w kącie hantlami obie ręce. Na widok Inżynier, lekko uniosła jedną brew…

Trochę zalatywało skarpetkami.

Regularne pranie jak widać było czymś przyziemnym, czym pokładowi spece od demolki nie zawracali sobie główek. Albo padła im wentylacja.
- Cześć. Serwis techniczny - Kaim przywitała się, machając wesoło ręką i szczerząc zęby. Do pełni (nie)szczęścia brakowało Trevora i Roba, pozostawało mieć nadzieję, że niczego dodatkowo właśnie nie psują. Jakoś tak odruchowo skupiła uwagę na Chris, bo też ona jako jedyna odnotowała pojawienie się obcego, rudego elementu. - Kenji mówił że zgłosiliście mu awarię… więc co tym razem samo się połamało, zacięło, urwało, albo zbiło? - spytała, z sapnięciem stawiając torbę techniczną na ziemi.
- Drzwi - Kiwnęła głową kobieta, w kierunku wspomnianej, zepsutej rzeczy… i faktycznie, owe drzwi nie całkiem chciały zniknąć w ścianie, wystając z niej na jakieś 10cm. Owe drzwi zaś prowadziły do małego korytarza, gdzie były kajuty tej grupki, a obok samych drzwi, czteroręki dryblas grał na automacie…
- Drzwi… dobrze. Ok - Ophelia popatrzyła, powtórzyła i przytaknęła. Prawie udało jej się ukryć ulgę z faktu, że chodzi tylko o drzwi, a nie o dziurę w grodzi, albo wyrwę w kadłubie. Nikt też nie zdetonował granatu we wspólnej sali… czyli całkiem niegroźna, mało inwazyjna dla systemów “Harpii” usterka. Albo jej się wydawało, albo prócz mało atrakcyjnego zapaszku mieli też tutaj podkręconą temperaturę. Kaim nie spędziła tu długo, a zaczynało jej być nieprzyjemnie gorąco. Podniosła lewą ręką i rozpięła suwak bluzy, a potem zdjęła ją całkowicie, zostając w białej podkoszulce na cienkich ramiączkach.
- Coś oprócz drzwi jeszcze nie działa i… przepraszam - mruknęła przechodząc obok Garga. Postawiła torbę na ziemi, a potem zadarła głowę do góry - Możesz zrobić przerwę w grze? Lepiej się odsunąć na wszelki wypadek.
- A co, będziesz wysadzać? - Odparł zagadnięty, nawet na nią nie spoglądając, i wciąż grając. po czym krótko się zaśmiał - Za chwilę…

Na słowo “wysadzać”, Tyson otworzył oko, ale po chwili je zamknął. W tym czasie zaś, Chris przeniosła się z hantli, na sztangę. A dźwigała chyba i tyle, co Ophelia ważyła.



Inżynier zamrugała, zastygając z głową zwróconą na widowisko. Nie wyobrażała sobie siebie z podobnym ciężarem, równym zapewne jej własnemu. Poza tym Chris podnosiła żelastwo z gracją, przypominając Inżynier przechadzającą się po wybiegu panterę. Może chodziło o perfekcyjną grę mięśni pod skórą, a może o totalnie zblazowaną minę, jakby nie działo się absolutnie nic niezwykłego.
- Woooow… a ja mam problem przestawić karton ze śrubami na wyższa półkę - wyrwało się dziewczynie i zaśmiała się cicho - Mnie też byś tak podniosła? - dorzuciła zanim rozsądek się obudził. Drgnęła i przeniosła wzrok na olbrzyma przy konsoli - Mogę to w diabły wysadzić, albo wymontować. Potrzebujecie tych drzwi? Pomyślcie jak wygodnie będzie bez nich… trzeba zdjąć oporniki przeciwpełzne przy szynach magnetycznych… coś może odskoczyć i lepiej abyś nie dostał tym w głowę.
- E chu ta!! - Warknął nagle po swojemu Garg Tadalg, klnąc… na szczęście nie na Inżynier, a na automat, który właśnie obwieszczał wrednym dźwiękiem przegraną Ka'nirsya. Humanoid pacnął go dwoma prawymi łapami po boku obudowy, i było to mocne trzaśnięcie, aż na automacie zatrzęsły się kolorowe kamyki… które przyciągnęły uwagę Opheli, niczym sroczki.
- Idę po piwo, chcesz? - Spytał ją Garg, oddalając się od niej, i od automatu.
Dziewczyna najpierw wzdrygnęła się, a następnie parsknęła. Dopiero gdy pojawił się temat browara poczuła jak bardzo jest spragniona.
- O rany, tak. Zaschło mi w gębie… dzięki - kucnęła przy torbie, zaczynając wyjmować narzędzia, ale spojrzenie uciekało jej ku drugiej kobiecie.
- Hej Chris, ile dasz radę wycisnąć? - spytała nie kryjąc zafascynowania i zaraz dodała drugie pytanie - A Trevora i Roba gdzie zgubiliście?
- 27...28… - Chris robiła przysiady ze sztangą - ..29… zaraz ciebie wycisnę... - Powiedziała kobieta, a “śpiący” Tyson na kanapie zarechotał.
- Są u siebie - Rzucił z drugiego końca pomieszczenia Garg.
- To groźba czy obietnica? - pytanie Ophelii nie zawierało absolutnie żadnych podtekstów. No skądże znowu - Bo nie wiem jak się do sprawy ustosunkować - zrobiła krótką przerwę, wciąż przyglądając się ćwiczącej kątem oka - Kiedy ostatni raz czyszczono tu wentylację? Chyba trochę nie wyrabia… jak chcesz pogrzebię w kodzie tego ustrojstwa - zwróciła się do Tadalga, wskazując kciukiem automat - Da się zmodyfikować poziom trudności, albo dograć nowe mody, zależy co ci leży. Tylko… najpierw ogarnę te drzwi. - sapnęła na koniec.
- Ehe - Odparł czteroręki, z głową niemal w lodówce, nie bardzo chyba słuchając Ophelii. W tym czasie zaś, Chris pieprznęła z hukiem sztangę na podłogę, co absolutnie nie ruszyło Tysona…
- Nie przeginaj mała - Powiedziała umięśniona kobieta, po czym zaczęła robić dla odmiany pompki. Na drobną chwilę nikt nie patrzył w kierunku Inżynier…
Szybki rzut oka w prawą i lewą stronę, nieznaczne przemieszczenie pod maszynę i niewielki śrubokręt wylądował w jej ręku. Udając że nie przerywa pracy nad głównym problemem, delikatnie podważyła jeden z kamyków tak ślicznie błyszczących na obudowie maszyny do gier. Był wielkości kciuka, szlifowany fasetkowo i miał głęboką, błękitną barwę bez żadnej skazy. Przypominał szafir, jego namiastkę. Niby pierdoła, lecz w tej chwili Kaim nie umiała sobie wyobrazić swojej dalszej egzystencji bez tego drobiazgu. Ostrożnie, aby nie wzbudzać podejrzeń, ani nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, dłubała zapamiętale, aż niebieska drobinka odskoczy i czystym przypadkiem znajdzie się w inżynierskiej kieszeni.

- Tu masz, na zdrowie - Pojawił się przy niej ponownie Garg, podając piwo, a Inżynier aż na chwilkę podeszło serce do gardła. Ale dryblas odszedł, siadając na kanapie, sam popijając piwko. Niczego nie zauważył. Ophelia pracowała więc przez następne kilka minut, co pewien czas łykając zimniutkiego browarku… Tyson drzemał, Chris robiła kolejną serię pompek.

~***~

Kilka minut później, i przy połowie butelki, udało się w końcu zlokalizować usterkę drzwi. We wnęce, w której się one chowały, był poluzowany malutki łańcuszek prowadzący… najwyraźniej ktoś się z tymi drzwiami siłował. Musiała zdjąć osłony, wysunąć całe skrzydło i dopiero wtedy od nowa naciągnąć linkę, a całość przylutować dla pewności. Dobrze, że usterka była drobna i mechaniczna. Dało się ją załatwić od ręki w parę minut we względnej ciszy i spokoju. Bez konieczności wskakiwania w kombinezon ochronny, albo chociaż zakładania aparatu tlenowego. Grawitacja również działała... nie groziła im dekompresja. I jeszcze browarem częstowali. Same plusy.

Im więcej Ophelia piwka łykała, tym działo się coś nietypowego. Początkowo, gasiło ono pragnienie, i dawało ochłodę organizmu, później jednak, było wprost przeciwnie. Zrobiło jej się jeszcze cieplej, i zaczęła się troszkę mocniej pocić. Tak czasem działał alkohol?
- 50! - Powiedziała Chris, kończąc trzecią serię. W końcu wstała, przetarła twarz i kark ręcznikiem, po czym... ruszyła prosto na Inżynier.
W pierwszej chwili dziewczyna tego nie odnotowała, zajęta analizą stanu w jakim się znalazła. Czy miły poczęstunek nie był podejrzany, Grag dla jaj czegoś jej dodał do tego piwa? A może po prostu była przemęczona ostatnio i reagowała nadintensywnie na alkohol… albo dostała piwo nie do końca kompatybilne z ludzkim układem nerwowym i trawiennym. Zanim więc ogarnęła co się dzieje, umięśniona kobieca sylwetka znalazła się praktycznie tuż obok przez co Kaim wstrzymała oddech, a składane narzędzia bez ładu wypadły jej z rąk prosto do torby.
- Kiepski ze mnie ręcznik, ale mogę ci umyć plecy - palnęła nie myśląc kompletnie w sposób logiczny. Za to szczerząc wesoło zęby.
Chris wyraźnie zatkało. Zmrużyła oczy, nad czymś myśląc.
- 180kg - Powiedziała w końcu, po czym pochyliła się, i sięgnęła po jeden, jedyny śrubokręt, który nie wylądował w torbie, a na podłodze. Drobny rudzielec wyraźnie wyczuwał niezwykłe gorąco bijące z ciała kobiety, oraz czuć było pot. Jednak świeży pot… od którego aż miło załaskotało w nosie.
- Tyle wyciskam kruszynko - Chris poruszyła się minimalnie do przodu, wrzucając śrubokręt do torby Ophelii. Dzielił je jedynie metr.
- Ile? - rudzielec zamrugał. Podana wartość wymykała się jej wyobrażeniu dźwigania ciężarów, gdy za wyznacznik brała swoje możliwości. Przy sprzyjających wiatrach podnosiła ⅙ tego, co Chris… i to jeśli było w miarę zwarte i z wygodnymi uchwytami.
- To jakbyś podniosła trzy razy mnie… i jeszcze ci zostanie 27kg zapasu - dodała, wychylając się do przodu. Prócz gorąca atakował ją krochmalowo-piżmowy zapach wydzielany przez drugą kobietę. W głowie Inżynier myśli zaczęły zwalniać, za to zmysły stawały się nieznośnie wyostrzone. Szczególnie gorąco drażniło nagle nadwrażliwą, odsłoniętą skórę ramion.
- Mogłabym ci usiąść na karku i nawet byś nie zauważyła - dodała z dziwnym rozmarzeniem, patrząc w oczy tak niedaleko swoich i uśmiechała się, zagryzając wargę. A potem wyciągnęła dłoń, dotykając palcami przedramienia siłaczki. Westchnęła, bo żar prawie parzył.
- Mogłabyś mi usiąść nie tylko na karku… - Wychrypiała nagle Chris z lisim uśmieszkiem, po czym uniosła rękę, i oparła dłoń o ścianę tuż obok głowy Ophelii. Osaczała ją, dominowała, takim zagraniem, taką pozą. Minimalnie się przybliżyła, po czym do prawej dłoni na ścianie, dołączyła lewa, po drugiej stronie głowy drobnej dziewczyny. Na kanapie zaś coś zaskrzypiało, ale Inżynier wszystko przesłaniała Chris tuż przed nią.
Odgłos przełykania przez Kaim śliny z pewnością dało się usłyszeć w sąsiedniej galaktyce. Skurczyła się w sobie, ale spojrzenia nie opuściła. Wciąż wpatrywała się w uśmiechniętą twarz, łowiła zapach rozszerzonymi nozdrzami i miała wrażenie, że zaraz spłynie na podłogę. Albo zacznie się palić.
-Miałabym… parę koncepcji… o ile… zechcesz ich…- zaczęła, gubiąc po drodze wątek. Dalsza perspektywa znikała, skutecznie wyparta tym, co na pierwszym planie. Inżynier podniosła dłonie, gładząc ich wierzchem policzki i skronie Chris, aż w przypływie impulsu jej głowa wystrzeliła do przodu, atakując ustami te drugie usta. Pocałunek był łapczywy, energiczny, i nieco chaotyczny… a jedna z dłoni Chris znalazła się nagle na potylicy rudzielca, przytrzymując główkę. Namiętna praca obu ust, a po chwili i nawet języczków, wprost zdawała się zwalać z nóg, Ophelia została więc i przytrzymana w pasie.
Nie wyrywała się, wręcz przeciwnie. Jej ręce powędrowały do góry, obejmując mocno kark kobiety, a mniejsze ciało przywarło do tego większego, jakby chciało się w nie wtopić i wślizgnąć pod skórę. Inżynier dyszała ciężko, mięśnie kończyn drżały, a włosy na przedramionach stanęły na sztorc. Czuła jak piersi oponentki zgniatają jej własne.
- Ch… chcesz… się umyć? - wychrypiała jej prosto w usta, zanim nie zamknęła ich ponownie swoimi, a nieprzytomne oczy błądziły po twarzy mając problem ze skupieniem na pojedynczych detalach. Ubrania zaczynały przeszkadzać, sama ich obecność irytowała.
Chris nie odpowiedziała jednak nic. Jej dłonie najpierw powędrowały ku karkowi Inżynier, po chwili na ramiona, aż zsunęły się na piersi skryte pod koszulką. Ledwie jednak po nich przejechała dłońmi…
- "Khhrrrr" - Mocno złapany nagle materiał, został rozdarty z góry do dołu, i to na całej długości, wśród szelmowskiego uśmiechu umięśnionej kobiety. Teraz to Ophelia miała na sobie coś w kierunku kamizelki, a nie podkoszulki.
Szybko ją ściągnęła, odrzucając za plecy i od razu zapominając że istnieje. Problem powrotu do własnej kajuty na razie odszedł na bok, zostawało tu i teraz. Tu, w lobby oddziału bojowego, gdzie temperatura przekraczała przyjęte normy. O tym również Kaim przestała myśleć, chwytając nadgarstki Chris i dociskając jej ręce do swoich piersi. Chciała zrobić to samo z ubiorem oponentki, jednak w zamroczeniu zdawała sobie sprawę iż to bezcelowe.
-Pokaż się - poprosiła dysząc coraz ciężej.

Chris bez wahania ściągnęła swój top, pokazując własne piersi. Zdecydowanie były większe…
- Napijemy się jeszcze piwka? - Powiedziała z uśmieszkiem. Znowu na kanapie dało się słyszeć jakieś odgłosy ruchów. Chłopaki się wierciły…
-Piwka? - Ophelia znów powtórzyła średnio przytomnym głosem. Z miną jakby właśnie dostała wcześniejszy prezent gwiazdkowy zaczęła gładzić odsłonięte skarby siłaczki. Ujęła je w dłonie od spodu, podnosząc i lekko ugniatając, a kciukami drażniła ciemnejsze okręgi sutków. Bawiła się nimi, jej uśmiech poszerzał się z sekundy na sekundę.
-Z tobą wszystko, tylko się nie ubieraj - dodała.
- No to siup! - Chris mrugnęła do niej, po czym nagle pochwyciła ją na ręce, wprost zgarniając od boku z podłogi, i uniosła. Następnie zaś, niosąc ją niczym jakąś pannę młodą, skierowała się z nią… ku kanapom. Do Graga i Tysona.

Obaj wpatrywali się w małego rudzielca z podejrzanymi uśmieszkami. Ophelia została miękko położona na pustej kanapie, z dala od obu obserwatorów. Chrus musnęła jej usta, po czym od niej odeszła na chwilę, parę kroków w bok, by sięgnąć piwo z lodówki… a półnaga Inżynier była wystawiona na wzrok obu chłopaków. Ich pożądliwe spojrzenia ślizgały się po jej ciele, a na gębach pojawiły się uśmieszki…
Sytuacja nie należała do standardowych, dało się odnieść wrażenie, że po przekroczeniu progu lobby człowiek wylądował w innej czasoprzestrzeni. Gdzieś w okolicach rudej potylicy zaskrobał lęk. W końcu dziewczyna była tu sama, poniekąd zdana na łaskę i niełaskę okolicy, a sytuacja robiła się wyjątkowo...kosmata.
-No cześć - w pierwszej chwili Kaim oparła się plecami o kanapę, podciągając kolana pod brodę aby choć symbolicznie zakryć się przed wzrokiem dwóch goryli, z których każdy przewyższał ją masą co najmniej dwukrotnie. Po paru chwilach pozory zostały dostawione gdzieś na półkę, a zastąpiła ją niezdrowa fascynacja.
-Nie jest wam… gorąco? - pytanie wyszło Inżynier chrapliwe, opuściła nogi, siadając po turecku i również obmacała wzrokiem resztę obsady kanapy. - Nie myślałam, że jesteście z tych, co lubią się gapić.
- Heh, wiesz, my… - Zaczął Tyson, ale pojawiła się Chris z zimnym browarkiem.
- Piwko! - Powiedziała do Ophelii, trzymając otwartą flaszkę w dłoni, i zamiast jej podać, sama się napiła, aż w butelce zabulgotało. Dopiero wtedy wręczyła ją Inżynier.
Cokolwiek tam było, tym razem trafiło do większej ilości krwiobiegów... bądź nie miało podejrzanych domieszek. O ile w ogóle wcześniej w poczęstunku występowały. Inżynier machnęła na to mentalnie ręką. Teraz już i tak było to bez znaczenia, bo. A tym etapie nie dało się wycofać.
-Dzięki - odpowiedziała biorąc butelkę i zaraz pociągnęła zdrowo z gwinta. Kręciła nią w dłoni, przyglądając się po kolei każdemu z obecnych, a jej odkryte piersi unosiły się w rytm przyśpieszonego oddechu.

Po chwili Chris ponownie wyciągnęła dłoń po flaszkę w łapkach Inżynier.
- Wiesz, mała… my… my się WSZYSTKIM dzielimy - Chrypnęła, muskularna kobieta mrużąc oczka, i wpatrując się w twarz Ophelii.
Rudzielec zastygł w pół ruchu, mrugając szybko. W głowie puzzle powoli lądowały na właściwych miejscach, a jej na moment zabrakło werwy. Raz jeszcze rozejrzała się po trójce silnorękich, czując że dotychczasowe gorąco zmienia się w ciężki do wytrzymania żar. Już sama Chris siedząca nonszalancko tuż obok przyprawiała drobniejsze ciało o palpitację serca i nieznośny ucisk w podbrzuszu… a co dopiero myśl, że we wzajemnym zapoznaniu miałby brać udział ktoś jeszcze. Zwłaszcza Garg przy którym Kaim wyglądała jak niewyrośnięty szczeniak.
-Wszystkim… tak? - zapytała, szukając potwierdzenia w twarzach pozostałej dwójki. Z jednej strony się ich obawiała, ale z drugiej…
-Nie jestem do końca przekonana... - zaczęła powoli, ale zamiast strachu w jej oczach pojawiły się błękitne żyłki wyładowań elektrycznych.
Tęczówki zapłonęły jasnym błękitem i nie schodziły z twarzy siłaczki kiedy rozpięła swoje spodnie, ściągając je powoli aż do kostek. Paroma szarpnięciami zdjęła buty, a z nimi spodnie do końca.
-... czy starczy dla was… jak sądzisz? - spytała po raz drugi i zaraz dorzuciła - Nie jestem dużym kąskiem.
Butelka zamiast trafić do Chris przechyliła się nad piersiami rudzielca. Cienka, musująca stróżka popłynęła po skórze.

Na twarzach całej trójki najpierw drgnęły brwi - najwyraźniej nie spodziewali się takiej postawy - a potem szybko pojawiły się szerokie uśmiechy… Chris nagle zaś zagwizdała przez zęby, dwa razy, dosyć głośno, jakby dając jakiś sygnał?

Garg i Tyson skoczyli wprost ku Ophelii, a obie ich twarze zawędrowały na piersi dziewczyny, gdzie zaczęli zlizywać ze skóry piwo, po czym ich języki i usta rozpoczęły zabawy z suteczkami. Do tego dołączyło i sześć rąk dwóch mężczyzn, badając wiele zakątków ciała rudowłosej.

Półnaga Chris stała jednak ze dwa metry dalej od troi, przyglądając się figlom na kanapie z uśmieszkiem na twarzy. Założyła rękę na rękę, wpatrując się w twarz Ophelii.
W sali rozległ się głośny śmiech Kaim, która na wyścigi obłapiała przyszłych kochanków, dolewając co chwilę piwa.
-Wyglasz na zmęczoną...chcesz usiąść? - wychyliła kark zerkając rozognionym spojrzeniem na drugą kobietę i jekneła głośno, gdy czyjeś ręce mocniej ścisnęły odkryte piersi. Żeby było sprawiedliwie sama zacisnęła uda, więżąc tam jedną z ciekawskich dłoni.
-Macie… za dużo… ubrań - wydyszała z pretensją.
- Wszystko dobrze mała - Chris do niej mrugnęła, obserwując te harce. A w tym czasie, Garg korzystając ze swoich czterech rąk, uniósł lekko pupę Ophelii dwiema, a dwoma następnymi zsunął jej majteczki w dół. Tyson z kolei pieścił nadal jedną pierś dziewczyny ustami i językiem, a drugą masował dłonią. Gmerał też jedną ręką przy własnych spodniach.

Wtedy też w sali zjawił się Trevor i Rob.
- Co je… jeeee! - Zająknął się ten pierwszy, na widoki jakie zastali.

W tym czasie głowa Graga wepchnęła się między cieplutkie uda Inżynier, i po chwili usta i przydługi język posmakowały w pełni rudowłosej.

Chciała coś odpowiedzieć, wyrazić obawę o kolejne dusze nagle zajmujące przestrzeń lobby, lecz zamiast słów z jej ust wydarł się zdradliwy pisk. Reszta barier runęła, skruszona dotykiem i oddechem zdradliwie drażniącym skórę między rozłożonymi zapraszająco udami. Kaim nie nadążała, nie przeszkadzało jej to absolutnie. Drobne ciało zadrżało, jedna dłoń pojękującej dziewczyny przycisnęła nieludzką głowę do swoich bioder, druga pomagała Tysonowi uporać się ze spodniami. Szło ciężko, bo widziała już przez mgłę. Stękając cicho przesunęła tułów, aby w rozbieraniu dopomóc sobie zębami.
Trevor i Rob, bez zbędnych słów czy komentarzy, zaczęli się pospiesznie rozbierać. Czteroręki Grag pieścił Ophelię językiem, ustami i palcami, a spodnie Tysona w końcu ustąpiły i przed twarzą Inżynier "zatańczył" dorodny, nabrzmiały penis.

Pierwszy.

Nadchodziły jednak już dwa kolejne. Ktoś ściągnął rudowłosej majteczki wiszące na kostce stopy. Ktoś nawet skarpetki.
Liczne usta, języki, dłonie, nabrzmiałe kutasy. Wszystko wokół niej, wszystko dla niej. Nagie ciała kochanków, jęki, dotyk, smak, zapach, świat wirował w głowie Ophelii od tego wszystkiego, a ona wśród piątki "twardzieli".
Żałowała że sama nie ma czterech rąk, robiła co mogła, aby każdy prezent choć przez chwilę potrzymać w ustach, łykając z pasją kolejne, napęczniałe centymetry, tych których wypuściła spomiędzy ciepłych warg pieściła dłońmi, jeżdżąc po śliskich od śliny trzonach od żołędzi po samą nasadę. Już nie oddychała jak po biegu, ale dyszała chrapliwie wchodząc w stan o krok przed hiperwentylacją. Korowód obrazów przed oczami wciąż się zmieniał, ona była statycznym, rozgrzanym punktem, wijącym się rozkosznie w rytm nadawany przez język i palce między udami. Przygarniała chętnie kolejnych kochanków, drobne łapki pracowały w rytmie niezależnym od siebie, a mózg wciąż nie mógł uwierzyć… i nie chciał, żeby przestawali. Biodra Kaim same wypchnęły się do góry, gdy bose pięty wbiły się mocno w miękką poduchę kanapy, choć uda drżały niekontrolowanie, a lepka wilgoć obficie spływała z jej wnętrza na pośladki i moczyła podłoże. W pewnej chwili złapała za sztywne prącie Roba, podnosząc pełen obłędu wzrok na jego oczy. Na piegowatej twarzy pojawiło się nieme błaganie.
- Liż jajeczka - Chrypnął mięśniak, niewzruszony wyrazem twarzy dziewczyny… a wtedy (chyba)ręce Graga pochwyciły ją nieco inaczej, kładąc na kanapie, odrobinę na plecach i boku, i ten w nią wszedł, unosząc sobie wysoko lewą nogę dziewczyny. Zdecydowanym, choć powolnym ruchem, wbił się w nią, jako pierwszy, aż do samego dna.
Dziewczynę wygięło, na chwilę straciła rytm i odchyliła głowę do tyłu, zagryzając wargi.

Tyson postawił nogę na kanapie ponad głową rudowłosej, i nieco opuścił biodra ku jej twarzy, by ta tak w rozkroku mogła go pieścić, gdzie chciał… przy okazji ugniatając dłonią pierś Ophelii. Rob stał obok niego, i tego mięśniaka zabawiała Inżynier dłonią. Grag ją posuwał na całego, a wtedy ktoś(Trevor), wygiął nieco uniesioną nogę dziewczyny, przekładając ją przez oparcie kanapy, i… Ophelia poczuła, jak naprężona męskość ociera się o jej stopę, o palce, to z góry, to z dołu, jak paluszki stopy są nawet wkładane pod fiuta, by ocierać o jajka, a i jego łapa wylądowała na drugiej piersi rudzielca, a ta zadrżała z pożądania. Całe jej ciało podskakiwało w ostrym rytmie nadawanym od bioder, których zderzenia dziewczyna kwitowała coraz głośniejszymi jęknięciami, aż nagle przez całe jej ciało przeszedł impuls. W gruncie rzeczy była to obopólna mityczna, perwersyjna, zarazem jednak pokrzepiająca zabawa. Po spoconej skórze przemknęły cienkie, niebieskie nitki wyładować, ale ona nawet ich nie zauważyła tracąc na dobre parę chwil oddech i wizję, gdy zatopiona w rozkoszy płynęła między piątką otaczających ją ciał chcąc, aby ten moment trwał już wiecznie.
 
__________________
Hypocrite.
Lunatic.
Fanatic.
Heretic.
Sorat jest offline  
Stary 06-02-2021, 16:38   #4
 
Dhratlach's Avatar
 
Lekki uśmiech zawitał na jego ustach, gdy zobaczył Olkeaxankę. Dokładnie rodzaj odwrócenia uwagi od myśli których potrzebował. Nie było tajemnicą, że Kier miał pokaźną garderobę najdziwniejszych mundurów, strojów i przebrań, a tym w którym najczęściej poruszał się po statku na czas skoków był najbardziej nietypowy ze wszystkich i do tego przerażająco autentyczny…

- Oh, Gwen. - powiedział zaskoczony, a właściwie udawał zaskoczonego - Wybacz, o mało na Ciebie nie wpadłem.
- Uch… no… tak… - Pisnęła dziewczyna.
- Mmm… przejdziemy się? - zapytał cicho i łagodnie.
- A… gdzie? - Gwen szepnęła na granicy słyszalności, a rączki trzymające pudełko drgnęły.
- Gdzie chcesz… - szepnął cicho - ...to pudełko jest bardzo ważne, prawda?
- No… ja szłam do siebie… a to… to obiad - Uśmiechnęła się przelotnie, szybko, nerwowo.
Spojrzał na nią z lekko zaniepokojoną ciekowaością o uroczym, lekkim uśmiechu.
- Hmmm… - mruknął w namyśle - ...jak bardzo się podoba obiad przy muzyce? Zapraszam do mnie, zagram dla Ciebie.
- Uch… - Dziewczę przestąpiło z nogi na nogę - Ja… znaczy się, ty… nie chcesz być obok, jak jem… wierz mi… - Gwen poczerwieniała i wbiła wzrok w podłogę.
- Jadłem z Grnasozami, widziałem kulturę Norlków, piłem z Ashuri… - powiedział cicho łagodnie, lekko się przy tym ku niej pochylając - ...jeśli bardzo Tobie zależy… zamknę oczy. Umiem grać z zamkniętymi… stoi? Nasz mały sekret?
- Musiałbyśizatkaćuszy - Olkeaxanka wypaliła jednym tchem.

Kier patrzał na nią z wielką ciekawością… aż w końcu zaskoczyła mu po krótkiej chwili myśli i cwany uśmiech zawitał na jego twarzy. Rozejrzał się i powiedział cicho, cichutko wpatrzony w nią.
- Jesteś bardzo… agresywna kiedy jesz, prawda? To uczucie kiedy budzi się pierwotna natura i rzucasz się, spożywasz swoją bezbronną, niemogącą się wyrwać ofiarę… kiedy sycisz głód w akcie ostatecznego zwycięstwa i dominacji nad słabszym, nieprzystosowanym gatunkiem…
Na słowa Kiera, Gwen aż się zapowietrzyła. Usteczka zwężyły się w kreseczkę, i zamknęła mocno oczka. Dzieeczyna zadrżała na całym ciele, zrobiła się jeszcze bardziej czerwona, po czym… pokiwała potakująco głową.
- Ciii… - wyszeptał cicho - ...jesteś sobą… to część Twojego dziedzictwa… i byłbym zaszczycony… móc ci towarzyszyć… być przy Tobie i poznać… Ciebie… bez oceniania w cichej fascynacji chwili… tylko naszej i nikogo więcej… pozwól Gwen… pozwól mi Ciebie podziwiać…
- Uuuuch… - Gwen aż się lekko zatrzęsła i zakiwała, bardzo po dziewczęcemu, jakby poddając się wszelkim namowom.
- No… dobrze… - Pisnęła, otwierając oczka i spoglądając w twarz Kiera.

Pokładowy “Negocjator” patrzył na nią przyjemnie pogodnie z delikatnym uśmiechem.
- Chodźmy… nawet nie wiesz jak się cieszę… tym bardziej, że wiem, że jestem przy Tobie całkowicie bezpieczny… jesteś cudowna, Gwen, wiesz o tym, prawda? - powiedział prowadząc ją przez korytarze dawnego krążownika do jego kajuty zerkając na nią z ciekawością. Droga nie była długa.
Wystukał kod w drzwi które się rozchyliły ukazując dość brązowe wykończenie wnętrza. Drewno i plastel… oraz skrzynie wojskowe sztuk kilka w jednym rogu i baliseta w kącie na stojaku.
- Może to nie jest dużo, ale jest spokojnie. Proszę usiądź… - powiedział łagodnie samemu siadając na krześle przy stoliku przy łóżku. Łokcie wsparte na kolanach, bródka na splecionych dłoniach - ...fascynujesz mnie Gwen… może nie jestem tu najdłużej ze wszystkich, ale potrafię zauważyć Musańską Perłę gdy ją widzę.
Olkeaxanka usiadła przy stoliczku, kładąc pudełko z obiadem na nim. Rozejrzała się po kabinie, po czym spojrzała na mężczyznę, i znowu poczerwieniała. I tak jak ludzkie(i w sumie i wiele nie-ludzkich) kobiet, zaczesałoby włosy za uszko, tak ona "zaczesała" tam jedną ze swoich mniejszych macuszek-niby włosów. Zachichotała.

- Mmm… - mruknął w zadumie Kier patrząc jej głęboko w oczy skupiając na niej całą swoją uwagę - ...mógłbym nawyknąć do tego cudownego dźwięku… podoba ci się… tutaj?
- No… jest czysto. Schludnie, tak - Gwen kiwnęła główką.
- Tak jak przystało na piracką łajbę. - odpowiedział z uśmiechem - Powiedz mi, co lubisz najbardziej?
- Yyyymmm… znaczy się… co? - Olkeaxanka zamrugała oczkami.
- Ja lubię na przykład posłuchać dobrej muzyki i ją tworzyć… albo potańczyć do niej… zdecydowanie jednak najbardziej lubię… dobre towarzystwo… kiedy mogę w spokoju spędzić czas z kimś wyjątkowym.
- No… ja lubię mojego Mecha - Gwen wyszczerzyła ząbki - No i… ale się nie śmiej... No lubię jak jest ciepło, i wodę… taka moja natura. I lubię zieleń, i lasy i jeziora - Dziewczyna tym razem tylko lekko poczerwieniała.
- To piękne… - powiedział - ...myślałem by wprowadzić tutaj trochę roślin… dość tęsknię czasami za powierzchnią. Za tym żywym, wibrującym powietrzem. Tak czystym i pełnym gamy zapachów… pełnym życia i uroku świeżości, a nie tego zamknięcia…
Uśmiechnął się pogodnie.
- Na szczęście mamy chociaż prysznic, prawda?
W odpowiedzi Gwen kiwnęła potakująco główką…
Mężczyzna mruknął cicho w zadumie i skinął głową na pudełko z… galaretką?
- Mam nadzieję, że jest to coś co lubisz? Wiem, że ciężko o dobry posiłek na pokładzie… gdybyś mogła wybrać, co by to było?
- Olkajoriańskie termity z wodnym mchem… - Gwen westchnęła - ...a właściwie to ich sztuczne odpowiedniki. Zjadłabym oryginalne…
- Hmm.. - zastanowił się wyraźnie nad tematem mężczyzna - ..brzmi na rzadki okaz. Mrożone w transporcie są zjadliwe?
- Rozpadają się na proszek po odmrożeniu - Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
Kier pogładził się po brodzie…
- Suszone i gotowane na parze?
- Ummm… nie wiem? Ale tak mi Zombon mówił - Gwen się uśmiechnęła.
Negocjator odwzajemnił uśmiech.
- Wygląda na to, że czeka mnie z nim rozmowa… - powiedział w lekkim rozbawieniu i dodał z zaciekawieniem - ...a teraz? Co masz?
- Ummm… no powiedziałam? - Odparła Olkeaxanka i zachichotała, przysłaniając usteczka dłonią.
Kier uśmiechnął się głupkowato.
- No cóż… - stwierdził i uśmiechnął się szeroko - ...kucharz ze mnie żaden, ale wierzę w Zombona.
- Jeśli potrafi spełnić Twoje potrzeby w tej materii jestem szczęśliwy. - dodał i puścił jej oczko.
- Śmiało… - zachęcił łagodnie - ...pewnie jesteś głodna.
- No ale wiesz… już mówiłam… - Speszone dziewczę wbiło wzrok w swój posiłek.
Kier spojrzał na nią czule i wstał podchodząc do swojej balisety. Chwycił ją w dłonie i podchodząc do niej zaczął lekko szarpać struny.
- Jak myślisz, Gwen? Na co masz ochotę? Może…
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=nXTtA5bKHrM[/MEDIA]

- Piękne… - Szepnęła po chwili dziewczyna, przysłuchując się muzyce, i całkiem zapominając o jedzeniu. Wpatrywała się w Kiera wprost oczarowana tą grą.

Mężczyzna natomiast nie był zadowolony.. Nie był to jego najlepszy występ… ale widać Gwen miała mało do czynienia z balisetą. No i tak zwany urok tego instrumentu, nie?
- Zatem, będę musiał się bardziej postarać. Dziękuję. - powiedział ciepło siadając nieco obok środka łóżka i przystąpił do cichego nadawania rytmu muzyce powoli nadając mu brzmienia. Na spokojnie, z zamkniętymi oczami… i po kilku dłuższych chwilach, rozległo się w końcu ostre ciamkanie, siorbanie, mlaskanie, i parę dodatkowych, dosyć niestosownych odgłosów, gdy Gwen pożerała swój posiłek. W końcu więc się odważyła.
Kier nie przerywał gry. To był mały kawałek, mały kroczek… ale wielki zarazem. Postanowił jeszcze pograć jakiś czas i skończyć utwór nim otworzy oczy. Trzeba było przyznać, że maniery stołowe musiały być… ciekawe. Uśmiechnął się lekko na tą myśl.

Po kilku kolejnych, dłuższych chwilach, apogeum posiłku ustało… a gdy Kier w końcu spojrzał na Gwen, ta siedziała tam czerwona niczym pomidor. A w kąciku ust, miała coś jeszcze zielonego.
- Dziękuję… - powiedział cicho ignorując zieloną plamkę
- Chodź… - usiądź przy mnie. - powiedział łagodnie kładąc instrument na podłodze i opierając go o łóżko - Proszę.
- Ummm… ok - Gwen ruszyła się i usiadła niepewnie na łóżku, metr od Kiera. Wyraźnie była znowu lekko zakłopotana tą sytuacją…
- Gwen… - spojrzał na nią czule - ...co masz zamiar dzisiaj robić? Co robisz poza… akcją?
- Różnie tak… - Burknęła, spojrzała na Kiera, a potem przeniosła wzrok na podłogę - Zajmuję się Mechem… czasem nie sama… siedzę w Holonecie… albo w baseniku…
- Zawsze możesz przyjść do mnie. U mnie różnie, ale zawsze możesz ze mną porozmawiać…pobyć... posłuchać muzyki… jak myślisz?
- Ummm… ok - Olkeaxanka na moment zerknęła na mężczyznę.
- Gwen… - wyciągnął dłoń w jej stronę trzymając ją nisko przy łóżku -...śmiało. Chwyć moją dłoń… nie gryzę. Obiecuję…
- Uch - Sapnęła na taką propozycję dziewczyna - No ale… Kier… ojej…
- Na chwilę?
- A po co? - Gwen spojrzała na niego wyjątkowo podejrzliwie, ale powoli wysunęła swoją dłoń ku jego dłoni.
- Proszę… po prostu… dlaczego nie? Ufasz mi? - zapytał łagodnie.
- No… ten… - Mruknęła dziewczyna, i w końcu jej dłoń spotkała się z dłonią mężczyzny, a w oczkach Olkeaxanki coś "zatańczyło".
- Masz bardzo delikatną skórę Gwen… - powiedział ciepło lekko ściskając jej dłoń
- ...nie jest Ci zimno? Chodź… przytul się…
Dziewczę zachłysnęło się powietrzem, po czym spojrzało na niego z mieszanką strachu i szoku wymalowanego na twarzy.
- To wszystko pułapka… - Szepnęła. O dziwo jednak, nie drgnęła ani o centymetr, a jej dłoń wciąż spoczywała w dłoni mężczyzny.
Mężczyzna przechylił lekko głowę na bok.
- Pułapka? Zastawiasz na mnie pułapkę?
- Eeeemmmm… - Chyba nie wiedziała, co powiedzieć, a jej wzrok zaczął chaotycznie przesuwać się po Kierze. Twarz, tors, dłoń, twarz, dłoń… krocze(??), twarz, podłoga.
- Nie jest mi zimno… - W końcu z siebie coś sensownego wydusiła.
- Masz chłodną dłoń Gwen… - powiedział ciepło, a jego kciuk lekko gładził wierzch jej błoniastej dłoni - ...nawet jeśli zastawiasz na mnie pułapkę nie mogę mieć Ci tego za złe… jesteś drapieżnikiem… zdobywczynią… nie chcę by było Ci chłodno… nie w moim towarzystwie… chodź… przytul się…
- Mówiłam, że nie jest mi zimno… a to ty tu jesteś drapieżnikiem… - Szepnęła Gwen, po czym wyraźnie nad czymś chwilkę myślała - Chcesz się poprzytulać? - Dodała niepewnym tonem.
- Jestem drapieżnikiem… - uśmiechnął się - ...dziękuję za komplement. Tak, poprzytulać… na początek, chyba, że chciałabyś coś… bardziej.
- C...c...całować?? - Gwen była wprost zszokowana, i aż przystawiła wolną dłoń do swoich otwartych usteczek.
Kier skinął powoli głową wodząc wzrokiem po jej twarzy.
- No nie wiem… - Dziewczę powoli wyciągnęło swoją dłoń z jego dłoni, i obie położyła na swoich kolanach. Wyraźnie w zdenerwowaniu zaczęła palcami pocierać materiał swoich spodni.
- To bardzo przyjemne… - powiedział powoli pochylając się ku niej lekko - ...jesteś cudowna i delikatna… będę delikatny i czuły. Jeśli ci się nie spodoba… przerwiesz… zgoda? Po prostu… spróbuj…
- Ja… uch… ja bym… może… już sobie… poszła? - Wydukała Gwen, unikając wzroku Kiera.
Ten spojrzał na nią łagodnie i wstał podchodząc do niej by wyciągnąć zapraszająco rękę.
- Gwen?
- T...tak? - Zająknęła się dziewczyna.
- Chciałbym Ciebie o coś poprosić… - powiedział łagodnie - … zamknij oczy, dobrze?
- Ale… uch… no dobrze… - Olkexanka wyciągnęła ku Kierowi dłoń, po czym zamknęła oczka.
Mężczyzna ujął jej dłoń i powiedział cicho.
- Nie otwieraj oczu… dobrze? Wstań…
- Okeeej… - Powiedziała, i wstała.
Spojrzał na nią i pochylił się ku jej ustom. Palcami wolnej dłoni dotknął ich delikatnie otarł resztkę termitów w geście czułości, wciąż trzymając jej dłoń i złożył na nich lekki, muskający, czuły pocałunek. Dolna, a potem jej pełne wargi. Jego palce rozprowadzały substancję między sobą by następnie znacząc szlak delikatnej pieszczoty opuszkami na jej policzku zaczesać jedną z jej macuszek-niby-włosków. Na tym przerwał na chwilę, ale jego usta były nadal bardzo blisko jej. Bardzo… blisko. Tylko jego oczy były przez cały czas rozchylone i wpatrujące się w nią.

- Iiiik! - Pisnęła Gwen, baaardzo po dziewczęcemu, na owe pocałunki, i odskoczyła w tył. Miała ogromne, migoczące oczka, drżące usteczka, i wielkie rumieńce. Oddech również był przyspieszony. I nagle go spoliczkowała.
Cios był szybki, ale wyjątkowo słabiutki, ot ledwie skromne klepnięcie, i Kier w sumie niewiele poczuł. <1 siniak/stłuczenie>A na własne postępowanie, jakby zaskoczona samą sobą, Olkeaxanka przytknęła obie swoje dłonie do ust.



- Gwen… - powiedział cicho z nutą żalu i niezrozumienia dotykając nieznacznie obolałego policzka - ...dlaczego? Przecież obiecałem, że będę delikatny…
Cofnął dłoń z policzka j objął w pasie przyciągając do siebie i siebie do niej.
- Wybaczam Ci… - wyszeptał cicho i czule pochylając się ku niej… a dziewczyna starała się cofnąć , na co pozwolił jej Kier, na drodze było jednak łóżko. Efektem tego, pacnęła na nie, na swój tyłek. Mężczyzna zbliżył się do niej pochylając nad nią i kładąc dłonie po jej bokach. W jego oczach tańczyły iskierki, a na jego lekko rozwartych ustach malował się kuszący uśmiech.
- Przyciągasz mnie… Gwen… - wyszeptał gorące słowa o przyśpieszonym, ciężkim oddechu - ...pozwól nam wymienić się tym ciepłem które obydwoje czujemy… pozwól sobie poznać nowy wspaniały świat… będę Twoim przewodnikiem… zaopiekuję się Tobą… wystarczy… wystarczy, że zamkniesz oczy… a zabiorę Cię właśnie tam… gdzie wolniej płynie czas… gdzie szczęściu nic nie grozi…

Po tym jak się Kier ku niej pochylił, Gwen cofnęła tułów w tył, efektem czego, prawie leżała na łóżku na plecach, wsparta na łokciach. Główkę zwróciła w bok, i zamknęła oczka. Pojawił się przyspieszony oddech, i kolejna fala rumieńców na policzkach. A oprócz tego… materiał jej bluzeczki przesunął się nieco na boki, odsłaniając troszkę nagi pępek.
Paskudny uśmiech mignął przez twarz mężczyzny… był drapieżny i wyjątkowo wredny… nie było jednak możliwości by go widziała. Choć trwał zaledwie chwilę, a na jego miejsce szybko pojawiła się czułość i delikatność był już przy niej. Jego dłonie znalazły się obok jej łokci, gdy musnął oddechem i ustami linię jej żuchwy…
- Och! - Pisnęła cichutko dziewczyna, i zadrżała na całym ciele. Nie poruszyła się w sumie jednak ani o centymetr. Nie było protestów, nie było policzkowania, było więc… pozwolenie na dalsze postępowanie?
Kier się zaśmiał w duchu… pozwolenie czy nie…
Jego dłoń powędrowała do jej policzka i obrócił lekko jej twarz ku jego by złączyć ich usta w pocałunku. Kolano wprosiło się między jej nogi i je rozwarło, a ciało przylgnęło do niej z zamiarem położenia jej na łóżku. Dłoń którą opierał się jeszcze niedawno o miękki materiał materacu powędrowała do jej nagiej odkrytej skóry talii.
- Och… - Wydała z siebie Gwen, tym razem już zdecydowanie tonem świadczącym o przyjemności? I nawet raz poruszyła ustami wśród pocałunku, jednak wciąż miała zamknięte oczka. Kruszył ją powoli, zdobywał, choć dziewczę nadal pozostawało niezwykle bierne odnośnie poczynań Kiera.
Musnął językiem jej dolną wargę wśród pocałunku, a jego administracje nabrały nieznacznie na intensywności. Jego dłoń wsunęła się głębiej pod bluzeczkę gładząc jej ciało… napotykając gdzieś po drodze ku jednej z piersi, w wyższych okolicach żeber, dwie malutkie wypustki, jedna nad drugą, w niewielkiej odległości. Po krótkim dotyku samego cycuszka, Kier postanowił jednak, by w końcu się wycofać i zacząć rozpinać guziczki.
Gwen na poczynania mężczyzny zadrżała… i jakby słodko mruknęła? Czekała, co też zrobi dalej, a w kącikach jej ust czaił się cień uśmieszku.
Przez chwilę mężczyzna zmarszczył brwi gdy schodził pocałunkami w dół jej szyi i niżej na dekolt. Dłoń uwolniła jej tors z okowów tkaniny by okazać jej anatomię. Którą miał zamiar zająć się pieszczotą dłoni… i ust.
Po chwili okazało się, iż Olkeaxanka nie nosi stanika, i oczom Kiera ukazały się dwa małe, słodkie piersiątka, ze sterczącymi z podniecenia suteczkami. Ale było i coś jeszcze. Pod zwyczajowymi piersiami, po obu stronach wyższych partii żeber, Gwen miała… jeszcze po dwa sutki?? Jeden nad drugim, po każdej stronie, w niewielkiej odległości, i równie sztywne, co te zwyczajne. Wychodziło więc na to, że dziewczyna miała 3 pary sutków.
- Mmmmm… - Jęknęła cichutko, gdy usta mężczyzny zajmowały się jej piersiami, i złapała go nawet za kark, mocno do nich dociskając.
Człowiek o nieznanej przeszłości wessał się w jej sutek. Pieścił go językiem, oddechem, szturchał podgryzał i lekko szarpał, a wszystko na przemian bez widocznego wzoru… Dłoń chwyciła jej pierś ściskając i ugniatając. Drażniąc się z jej sutkiem kciukiem, aż w końcu jego usta oderwały się od jej piersi ku rozkoszy pozostałych sutków. Pieszczota stawała się z chwili na chwilę intensywniejsza. Po czasie dłonie chwyciły jej co trzymały jego kark i przygniotły je ponad jej głową do łóżka. Ochocze usta pochwyciły jej wargi w gorącym pocałunku kiedy jego wolna dłoń nie trzymająca jej za nadgarstki chwyciła ją za bioderko masując i gładząc na całej długości w górę i w dół uda. Przyciągając do niego.

Rozpalona wszystkim dziewczyna, zaczęła w końcu delikatnie odwzajemniać pocałunki, a gdy dłoń Kiera znalazła się na biodrze Gwen, ta objęła go nagle nogami. Wyraźnie chciała więcej, więcej bliskości, więcej… wszystkiego. Chyba pękły ostatnie bariery oporu.
- K… Kier… Kier… - Szepnęła w końcu.
- Gween… - ni to mruknął rozkosznie, ni lekko warknął w pożądaniu wywołany z imienia mężczyzna który złożył gorący, władczy, namiętny pocałunek na jej ustach. Dłuższy, by go po czasie przerwać i zacząć całować jej szyję i skórę w okolicach jej uszka.
- Gwen… - wyszeptał gorąco i cicho jej imię, a ciepły rozpalony oddech muskał jej delikatne ciało.
- Z… zrobimy TO? - Szepnęła łamliwym głosikiem, oblewając się kolejną falą rumieńców.
- Chcesz tego... - wyszeptał cicho i pochwycił jej usta w pocałunku, by wyszeptać przy nich czule pomiędzy pocałunkami - ...pragniesz... zaznać rozkoszy… chcesz… chcesz…?
- T...taaaaak… - Jęknęła Gwen.
Kier złączył ich usta w namiętnym pocałunku i wycofał się puszczając dłonie które trzymał nad jej głową. Jego ciepłe dłonie znaczyły ślad wzdłuż jej drobnego ciała. Ściągnął swój płaszcz i rzucił go w kąt, a pochylając się ku niej rozpinał guziki marynarki. Całował jej brzuch, pocałunkami schodząc niżej rozpinając przy tym jej spodnie. Jego język zagłębił się w jej pępku i znów niżej, powoli ściągając jej spodnie. Dłonie gładziły, masowały jej boki, bioderka i uda…
 
__________________
"We aren’t no thin red ‘eroes, nor we aren’t no blackguards too,
But single men in barricks, most remarkable like you;
An’ if sometimes our conduck isn’t all your fancy paints,
Why, single men in barricks don’t grow into plaster saints!"
Dhratlach jest offline  
Stary 07-02-2021, 00:31   #5
 
Makao's Avatar
 
Człowiekowi ciężko było dogodzić. Zwykle, gdy był bezpieczny we własnym domu, marzył o przygodzie. Lecz w gdy nadchodziła ona, niezapowiedziana i nieprzewidywalna, strefa marzeń ulegała gruntownej konwersji, wracając do tęsknoty za spokojnym, cichym i bezpiecznym lokum. Ciągła, spinające mięśnie płynnym lodem, nerwowa atmosfera nie działa na nerwy w pozytywny sposób. Z pewnością nie długofalowo. Z tego też powodu każdy żywy organizm “Harpii’’ miał strefy, do których uciekał, czując zniechęcenie dniem codziennym. Zwykłe, ludzkie przemęczenie. Smutek, żal, albo gorycz, doprawione ciężką do sklasyfikowania tęsknotą, trawiącą wnętrzności jak solidna porcja siarkowego kwasu. Życie pirata nie przypominało w niczym statycznej, poukładanej egzystencji doktora z własną medyczną praktyką - przeważał w nim stały ruch, a także niepewność co do dnia następnego. Nie można było być pewnym gdzie tym razem grupę poniesie los, jakie niebezpieczeństwa czy przeszkody postawi im na drodze. Czy dane załodze będzie dożyć do końca aktualnego dnia, tygodnia. Miesiąca.

Kajia już dawno temu zrozumiała zasadniczą lekcję, płynącą z nauki trwania w ich nieskończonym praktycznie wieloświecie: żeby przetrwać, musisz się nauczyć żyć bez niczego. Pierwszy umiera optymizm, po nim miłość, na końcu nadzieja. Mimo tego musisz trwać, gdyż tylko w legendach może przetrwać to, co w naturze przetrwać nie może. Tylko legenda i mit nie znają granic możliwości. Starała się więc otoczyć duszę skorupą i układać choć najbliższe otoczenie na tyle, na ile pozwalały warunki, przerabiając zajmowaną kajutę tak, by móc się w niej schować i przez parę godzin poczuć normalnie. Z tego właśnie powodu praca przy inwentaryzacji spadła jej przysłowiowym darem prosto z nieba. Lubiła samotność pozwalającą na zebranie myśli ostatnimi czasy zbyt często uciekających ku ojczystej planecie i rodzinie - zbędne, niepotrzebne rozpraszanie uwagi elementami do których nie było powrotu, choćby doktor de Vegt wypruła sobie flaki i udekorowała nimi całe ambulatorium, niszcząc jego perfekcyjną biel. Chłodny, sterylny wystrój działał kojąco, nudna, mechaniczna praca też ułatwiała mentalny odpoczynek. Wysoka, szczupła brunetka metodycznie przemierzała cały lab, licząc, układając i spisując wszelkie nagromadzone tam dobra. Im więcej jednak pracy wykonała, tym w spokój poczynały wkradać się nutki irytacji: mieli naprawdę spore ubytki, spora część zapasów była na wykończeniu, albo zdekompletowane.

Irytacja poczęła przechodzić w coraz głębsze wkurwienie gdy statkiem zatrzęsło i zawył alarm. Zaraz też odezwały się przez komunikator głosy: wpierw Binga, potem Longa. Lekarka wysłuchała ich z maskowaną ulgą. Potrzebowała przerwy od tej przerwy, a ludzkie cierpienie zawsze nastrajało ją jakoś tak pozytywnie.

- Tu de Vegt, przyjęłam - odpowiedziała głosom na łączu z typowym dla siebie zdystansowanym chłodem. Zgarnęła kuferek pierwszej pomocy i wręczyła go przywołanemu mechowi technicznemu, gdyż nie zamierzała samodzielnie niczego nosić.

Ambulatorium opuściła na czele miniaturowego pochodu, ciągnąc za sobą lewitujące w powietrzu nosze, tak na wszelki wypadek, a gdy dotarła do celu okazało się, że nie musiała się spieszyć i na dobrą sprawę sytuacja nie była tragiczna. Poszkodowany leżał na ziemi nieprzytomny, z osmolonym kombinezonem i poparzoną wyładowaniami skórą w miejscach niechronionych ubraniem. Lekarka kucnęła, sprawdzając podstawowe funkcje życiowe i w pierwszej kolejności zaaplikowała środki przeciwbólowe. Na wszelki wypadek, gdyby Wex się obudził. Skuty prochami nie będzie się rzucał, czym oszczędzi jej kłopotu, a sobie dodatkowych obrażeń. Gdy mechy kończyły pakować technika na nosze, w korytarzu pojawiła się ich młoda Inżynier, dysząc ciężko jakby całą drogę biegła. Kajia skrzywiła się nieznacznie z dezaprobatą, ale kiwnęła jej głową na powitanie, mrużąc złote oczy i klepnęła symbolicznie w nosze.

- Żyje, nic mu nie będzie - zakomunikowała chyba pro forma, zanim nie zniknęła za drzwiami śluzy, wracając do ambulatorium. Czekała ją nadprogramowa robota… ale to dobrze.
Odmiana była potrzebna.
 
__________________
Po makale
Makao jest offline  
Stary 11-02-2021, 22:52   #6
 
Buka's Avatar
 
Gdzieś w kosmosie

“Harpia” wciąż przemierzała lata świetlne w nadprzestrzeni, a jej załoga zajmowała się własnymi sprawami, gdy w końcu kapitan Webster poinformował wszystkich przez liczne głośniki statku, o nadchodzącym dużymi krokami kolejnym wypadzie:
- Za trzy godziny spotkamy wycieczkowy jacht z paroma bogatymi facetami, i garstką napalonych panienek na pokładzie.

I tylko tyle. A może aż tyle? W każdym bądź razie, owy komunikat był krótki i… na temat? W końcu załoga wiedziała, co i jak, nie trzeba więc im niczego tłumaczyć.


Kapitan, poinformowany o stanie zdrowia Wexa, zniszczeniu jednego z robotów naprawczych, i minimalnych uszkodzeniach panujących w feralnym korytarzu statku, z jednej strony odetchnął, z drugiej zazgrzytał zębami. Niech no tylko technik w pełni odzyska siły, już on mu da popalić za takie leserstwo… chwilowo jednak były inne sprawy na głowie.


***


Ophelia na dobre ocknęła się dopiero w swojej kajucie, we własnym łóżku. Nie, nie była pijana, nie miała “urwania filmu”, nic z tych rzeczy. Ale ostatnią godzinę pamiętała jakby przez mgłę… jak to się zwało? Pomroczność jasna, czy jakoś tak to zasłyszała chyba od Kajii.

Młoda inżynier leżała we własnym łóżku, i to nawet wykąpana. Golutka, ale co prawda zawinięta w pościel, zauważyła własne odbicie w pobliskim, wyłączonym ekranie, i… szczerzyła ząbki. Złapała samą siebie, na cieszeniu rogala. A było się chyba z czego cieszyć. Ojej, co ona z nimi wszystkimi wyprawiała…

Kapitan nadał komunikat o nadciągającym wypadzie odnośnie piracenia.

- Jeszcze chwilkę - Mruknęła sama do siebie Ophelia, nie mając ochoty opuszczać przytulnego miejsca. Chciała jednak, czy nie, w końcu musiała się ruszyć. Będzie potrzebna na tym jachcie snobów, a powodów były tuziny…

~

Jej buty leżały porzucone niedbale na podłodze, podobnie jak kombinezon. Nigdzie jednak nie było rozdartej koszulki… a tak, chyba używała ją do wycierania się… majtek również brakowało, podobnie jak skarpetek. Czy ona wracała do własnej kajuty w niekompletnym stroju? I co się stało z brakującymi rzeczami? Nie umiała sobie przypomnieć. Ale było cudownie.

Zerżnęli ją we wszystkie dziurki wielokrotnie, finałowo spryskali z góry do dołu… tu i tam ją to i owo trochę bolało, ale musi to powtórzyć!

Musi.

Ja pierdolę, gdzie jej narzędzia??


***


Kajia poskładała do kupy Wexa w mniej niż 20 minut. Ot jedynie małe oparzenia, parę siniaków, wstrząs mózgu, i inne takie, banalne sprawy(banalne w sensie braku wyzwania dla niej, jako lekarza).

Technik pozostał w ambulatorium na jednym z łóżek, wciąż znajdując się w sztucznej śpiączce, a de Vegt sprzątała właśnie kilka rzeczy, których przy nim używała, gdy rozległ się komunikat kapitana. Kolejny napad, kolejna zapewne strzelanina, być może wybuchy, i inne takie… należało się przygotować do nadchodzącego zadania od strony medycznej, a później i od strony osobistej.


Lekarka brała bowiem udział w wielu wypadach pirackich, opuszczając pokład łajby. Prosto za pierwszym szeregiem, by leczyć i ratować życie współzałogantom prosto na polu walki. Bosot zostawała na “Harpii” i mało kiedy ją opuszczała, Kajia z kolei wprost przeciwnie.


***


Kier leżał nagi w swoim łóżku, wpatrując się w sufit z założonymi pod głowę rękami. Na jego twarzy co chwilę pojawiał się cień uśmiechu… zdobywcy. A pościel wciąż pachniała Gwen. Zrobił z nią na co miał ochotę, zrobił jej na co miał ochotę, brał w każdej możliwej pozie, na różne sposoby, dłonią, palcami, językiem, penisem. Wymęczył ją przez godzinę, i zdobył nie tylko jej ciało, ale i umysł. Taaak, był tego pewien. Jeszcze się spotkają, i to nie raz…

~

Chwile relaksu przerwał komunikat nadany przez kapitana. A więc kolejna robota tuż tuż. Wypadało się więc ogarnąć, odświeżyć, przygotować swoje manele, i być w gotowości. W końcu w takich zadaniach… ups... napadach, jak nic przydaje się przecież i jego niewyparzona gęba. Od czegoś w końcu tu jest owy “Negocjator”, nie?

Czasu w sumie było jeszcze dużo, i nie musiał się spieszyć. Mógł jeszcze zajrzeć to tu, to tam na pokładzie, odwiedzając… kolejną parę cycuszków?


***





Zemus System

“Harpia” wreszcie zakończyła swój skok w nadprzestrzeni, i wśród ostrzegawczego alarmu statek znalazł się gdzie trzeba. A wszędzie w przestrzeni, dokąd mogły tylko sięgnąć czujniki, panował spokój i cisza. Dobrze…

W systemie Zemus główną gwiazdą był Czerwony Karzeł M3 V, a najbliżej sąsiadującą planetą Zemus 1. Niebiesko-zielona, całkiem przyjemna, średniego rozmiaru planeta. Lasy, góry, oceany, zwyczajowa grawitacja, atmosfera zdatna do oddychania… słowem - normalka. Na niej z kolei kolonia, zbudowana blisko ruin jakiejś starożytnej cywilizacji, którą tam studiowano. Nic specjalnego.

Zemus 2 i 3 były z kolei małymi planetami kamiennymi, na których nie było absolutnie nic.

Zemus 4 i 5 zaś to planety lodowe, jedna z minimalną atmosferą, druga z jeziorami Metanu. A więc również totalny badziew…

~

Snoby pewnie więc tu wpadną swoim jachtem w odwiedziny Zemusa 1, innej możliwości nie było. Wypadało więc się ukryć obok Zemusa 2 i czekać na frajerów.

….

Minutę po czasie, gdy miał niby wyskoczyć z nadprzestrzeni jacht bogaczy, Donna spojrzała na kapitana z minimalnie zmarszczoną brewką.

Dwie minuty po czasie, na Travisa zerknął i Jerald.

- A słyszeliście ten kawał o… - Zaczął Rocco, przerywając niezręczną ciszę na mostku, gdy dokładnie 2:30 po czasie, wśród typowego rozbłysku, w końcu ten cholerny jacht wyskoczył z nadprzestrzeni.

No to zaczynała się zabawa.








***
Komentarze jutro.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline  
Stary 14-02-2021, 17:39   #7
 
Dhratlach's Avatar
 
Kier się zaśmiał złowieszczo do swoich myśli i zwlókł z wyra by wziąć prysznic. Zdecydowanie trzeba było się doprowadzić do porządku. Wszystkie kobiety i dziewczyny były takie same... kurwy i dziwki... jedyne co trzeba było, to to w nich obudzić. Nic więcej.

Statek piracki? No w mordę, tu nie było sztywnej moralności 'cywilizacji'! Haha! Lepiej, była inna, bardziej prymitywna z tego co zdążył zauważyć. Nazwał ją roboczo "moralnością użyteczności i trzymania się blisko władzy". Dość atawistyczna forma tworzenia się związków międzyludzkich i kontaktów cielesnych dążąca do zapewnienia i optymalizacji przetrwania kobiety...

...ironia jak bardzo to obowiązywało tam w 'normalnym życiu'! Tutaj? Tutaj było to nad wyraz wyraźne... jeśli jego teoria była prawdziwa. Nie ukrywał przed sobą. Była, ale musiał ją jeszcze potwierdzić. Powolutku, bo szef miał robotę a to znaczyło jedno...


Wytarł się ręcznikiem i odwiesił obok nawiewu. Spryskał dezodorantem i ubrał. Strój? Lekki, bojowy pancerz. Dwa pistolety plazmowe u pasa. Nóż bojowy z ceremstali na piersi i elektryczna pałka u pasa. Dwa granaty ogłuszające dopinały obrazu. Plus magiczne zasobniki przy pasie, zapasowe baterie energetyczne... był gotowy. Na to zarzucił płaszcz odcieniach bieli i srebra. Z tyłu zasobna torba pasowa.

Tak ubrany ruszył na mostek. Nie było sensu się bawić w amory. Miał do porozmawiania z obsługą i kapitanem odnośnie tego co było wiadomo o ich celu, celach... whatever. Wiedza to władza. Jeśli nie wiesz z kim gadasz... nie ugadasz!
 
__________________
"We aren’t no thin red ‘eroes, nor we aren’t no blackguards too,
But single men in barricks, most remarkable like you;
An’ if sometimes our conduck isn’t all your fancy paints,
Why, single men in barricks don’t grow into plaster saints!"
Dhratlach jest offline  
Stary 16-02-2021, 17:25   #8
 
Makao's Avatar
 
Ciemność od prapoczątków istnienia ludzkiego gatunku napawała jego przedstawicieli lękiem. Pierwotne poczucie zagrożenia oraz niepewności nie opuszczało człowieka nawet mimo tysięcy lat sukcesywnej ewolucji, pozwalającej na zgłębienie potęgi atomu oraz podróżne międzygwiezdne. Wciąż mrok pozostawał czynnikiem przyspieszającym tempo bicia serca, pobudzającym wyobraźnie, gdy z pozoru jednolita czerń mogła w sobie kryć strachy przez brak światła nabierające jak najbardziej materialnej formy. Był również sojusznikiem tych, którzy chcieli uciekać… bądź atakować.

Kajia w tej chwili nie musiała nikogo atakować, ani uciekać. Siedziała w wygodnym ambulatorium przy zgaszonych światłach i w całkowitej ciemności obserwowała poruszającą się regularnie klatkę piersiową Wexa. Głupiec miał więcej szczęścia niż rozumu, skończyło się na powierzchownych obrażeniach z których wyliże się na dniach. Będzie grzeczny, to dostanie odpowiednie maści i nie zostaną nawet blizny. Chociaż ona lubiła blizny u mężczyzn, nadawały im charakteru. Tego sznytu odróżniającego mężczyznę od miałkiego robala nie wartego uwagi.
Wisząca w powietrzu mieszanka krwi i środków dezynfekujących wywoływała u de Vegt uśmiech, a gdy ranny technik jęknął przez sen, przez jej plecy przeszedł dreszcz podniecenia. Oddech jej przyspieszył, tak samo jak puls, zaś źrenice rozszerzyły niezdrową fascynacją i oczekiwaniem.

Opanowanie nadeszło zaraz potem. Uspokoiła się i dla odciągnięcia uwagi rozpoczęła sprzątanie. Użyte przybory medyczne wracały na swoje miejsce, ówcześnie odkażone aby być gotowymi do użycia następnym razem. Gdzieś w tym momencie dostała też komunikat od kapitana. Znów się uśmiechnęła.
Szli na wojnę.

Do wojny należało się odpowiednio przygotować, więc wróciła do części magazynowej swojego królestwa, dzielonego sprawiedliwie z niebieskoskórą lekarką. Na swój sposób ją lubiła, a z pewnością szanowała za honorowe trzymanie się swoich ideałów, jakkolwiek kontrowersyjne by nie były. Trwała przy pierwotnych założeniach i nie robiła od nich odstępstw, a to oznaczało siłę charakteru - coś wartego szacunku. Do niej też Kajia odezwała się najpierw.
- Doktor Mahurakrut - zaczęła po linii prywatnej komunikatora, dotknięciem w panel zamykając bezszelestnie drzwi do strefy dla chorych - Inwentaryzacja zakończona na poziomie 90%. Zostały do spisania dwie szafki przy skanerze, zajmę się nimi po powrocie. Dotychczasowe postępy wysłałam na DM. Mamy krytyczne braki, będę wdzięczna za sporządzenie raportu zaopatrzeniowego i podesłanie kapitanowi. Nie możemy leczyć jego ludzi samym dobrem słowem i chęciami.

Przeszła pod przeszkloną ścianę i po przyłożeniu dłoni do czytnika linii papilarnych, szkło zaczęło się odsuwać do góry. Na metalowej półce wkomponowanej w metal grodzi leżały pedantycznie zestawy apteczek i narzędzi potrzebnych na polu walki. Kobieta wzięła co trzeba, a potem ponownie zamknęła schowek.

- Stan Wexa stabilny. Jeśli nie wrócę za 4 godziny trzeba mu podać zestaw leków. Leżą przygotowane na moim biurku - dodała, kierując się do wyjścia. Wypadało pobrać lekki pancerz i broń osobistą, chociaż jej miejscem była druga linia, zaraz za operatorami ciężkich pancerzy.
Westchnęła pod nosem na samą myśl o kolejnym spotkaniu z piątką chodzących, odbezpieczonych granatów plazmowych.
- To będzie dobry dzień - uśmiechając się pod nosem wyszła na korytarz. Musiała zamrugać parę razy, żeby przyzwyczaić oczy do światła, ale to nic. Ruszając w kierunku zbrojowni nieświadomie nuciła pod nosem.
 
__________________
Po makale
Makao jest offline  
Stary 16-02-2021, 22:35   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Prywatny, luksusowy jacht, osiem osób załogi, dziesięciu bardzo bogatych pasażerów - to wiedział każdy.
TEORETYCZNIE każdy też wiedział co robić, ale z kolei kapitan aż za dobrze wiedział, że między teorią a praktyką.... cóż... mogła powstać dość duża przerwa. A jego, kapitana, zadaniem było dopilnować, by ta przerwa się nie pojawiła. Albo była na tyle mała, by nie przeszkodziła w realizacji planu.

Przez moment Travis wpatrywał się w monitor, próbując przewidzieć zachowania pilota jachtu.
Być może spróbuje wezwać pomoc, ale Donna powinna skutecznie zakłócić systemy łączności jachtu.
Niektórzy uważali, iż czymś małym i zwinnym mogliby uciec przed wielkim i ociężałym okrętem. Takie pomysły nie miały szans na powodzenie, bo Laura, Bing i Jason w swych myśliwcach byli szybsi i zwinniejsi od jakiejkolwiek cywilnej maszyny.
Bogacze miewali nie tylko pieniądze, ale i wrogów - szczególnie ci, co do tych pieniędzy doszli po trupach. Takim przydawali się ochroniarze, zazwyczaj jednak ochrona była na tyle rozsądna, że nie chwytała za broń gdy w gronie nieproszonych gości znajdował się trzymetrowy mech...
Czasami trafiała się jeszcze inna kategoria bohaterskich obrońców... Członkowie załogi zazwyczaj zachowywali się rozsądnie, ale zawsze mógł się znaleźć jakiś zakochany w swej pracodawczyni dureń, który postanowił dzielnie stawić czoła napastnikom. Na takich jednak powinna wystarczyć Chris i jej weseli kompani.

- Wszak nie muszą być punktualni jak w zegarku - powiedział Travis uspokajającym tonem. - Minuta w jedną czy drugą...

Zdecydowanie nie wierzył w to, że cywilna maszyna może gdzieś przybyć punktualnie, co do minuty. Nawet wojsko nie wyznaczało dokładnych terminów, bo mało kto mógłby ich dotrzymywać. Spóźnienie oznaczało tylko i wyłącznie to, że niektórzy posiedzą parę minut dłużej w myśliwcach, a inni - w transportowcu.

Jacht pojawił się znikąd.
Z niewielkim opóźnieniem, ale pojawił się.

- Laura, Bing, Jason, startujecie! - wydał polecenie pilotom myśliwców. - Jeśli się nie zatrzyma, możecie mu odstrzelić to i owo.
- Donna, połącz się z jachtem. Wypada zapowiedzieć wizytę - dodał.

Załoga jachtu musiałby być ślepa, żeby nie zauważyć pokaźnych rozmiarów "Harpii".

Po potwierdzeniu, iż jacht nie jest w stanie wezwać pomocy, Donna kiwnęła głową, wywołując go… a wtedy Jason w swoim myśliwcu przypieprzył im rakietą. Jacht oberwał, ale w sumie nie stało się z nim nic strasznego… w każdym bądź razie, teraz chyba już na pewno wiedzieli, jakie zamiary miały myśliwce, oraz sam krążownik.
Travis zaklął pod nosem. Na szczęście jacht się nie rozpadł... ale z Jasonem i tak będzie musiał porozmawiać. W cztery oczy.

- Kapitan Webster - przedstawił się, gdy nawiązano połączenie z jachtem. - Statek piracki Harpia - dodał. - Wyłączcie silniki. Zaraz wejdziemy na pokład. Nie stawiajcie oporu, to nikt nie zginie.
- Czego chcecie?
- Odezwał się oschły ton, a po chwili i pojawił się obraz. Kapitan jachtu. Wyglądał na mocno zdenerwowanego…


- Od załogi nic - odparł Travis. - Za to macie na pokładzie paru pasażerów. Postawię sprawę jasno. - Postawił na szczerość. - Pieniądze albo życie.

Zapadła chwilowa cisza, a kapitan jachtu nieco pobladł bardziej niż jeszcze przed chwilą. Wpatrywał się gdzieś poza swoją kamerę, być może w ścianę?
- Rozumiem - Wydusił w końcu, i… wyłączył się. Tak po prostu.

- Jacht przyspiesza! - Zameldowała niespodziewanie Donna. Uciekali?? Uciekali.
- Widać bogacze wolą stracić życie - stwierdził, z pewnym żalem, Travis. - Laura, zatrzymaj ich!
Lepiej było rozwalić niedoszłą zdobycz, niż pozwolić komuś uciec. To by zrobiło "Harpii" nieodpowiednią reklamę. I z pewnością zepsuło nastrój wśród załogi.

Laura rozpoczęła więc atak na jacht, i… ten okazał się niecelny! Zarówno strzały z działek myśliwca, jak i wystrzelona rakieta, zostały uniknięte. A po chwili, kolejna taka seria, również!

Jerald, nie czekając na rozkaz, ruszył również Harpią w pogoń…

Do ostrzału jachtu bogaczy włączył się nagle i Jason, i Bing, i do cholery jasnej, ten pieprzony jacht, co chwilę unikał ostrzału z działek, oraz posyłanych w niego rakiet!! Lawirował, okręcał się wokół własnej osi, unikał dosłownie wszystkiego. Tam za sterami, musiał siedzieć ktoś naprawdę, naprawdę utalentowany.

- Niezły jest - powiedział z uznaniem, ale i cieniem żalu, Travis. - Jeśli trzeba, to go rozwalcie - polecił pilotom myśliwców. - Rocco, może tobie się uda? Ale na początek niczym aż tak zabójczym - sprecyzował.
- Się robi… - Rocco postukał po swojej konsoli, i… - Ups! - Obwieścił troszkę perfidnie.

Trzy rakiety plazmowe pomknęły w kierunku jachtu. I tym razem już było trafienie, i to dosyć porządne, i coś nawet się z tamtej jednostki posypało. Oberwali nieźle, ale nie znowu tak za mocno.

- Jesteśmy wywoływani, jacht zwalnia - Powiedziała nagle Donna.
- Wstrzymać ogień! - polecił Travis. - Połącz mnie z nimi - dodał pod adresem Donny. - Dobra robota, Rocco.

Na ekranie pojawił się znowu kapitan jachtu. Blady, spocony, i z chodzącą żuchwą.
- Wstrzymajcie ostrzał, poddajemy się - Powiedział.
- Wyłączcie silniki, przygotujcie się na przyjęcie grupy abordażowej - powiedział Travis. - I nie róbcie nic głupiego, bo moi chłopcy szybko się denerwują - dodał. - Proszę to wytłumaczyć swoim pasażerom, kapitanie - dorzucił prawie że uprzejmym tonem. W odpowiedzi, kapitan “Harpii” otrzymał jedynie minimalne kiwnięcie głową, i znowu przerwano połączenie…

- Robi co do niego należy - Odezwała się nagle Eve, pakując swój tyłek do połowy na oparcie na rękę kapitańskiego fotela, i szczerząc ząbki do Travisa - Jakby się od razu poddał, to by po nim te snoby jeździły…
- A czy ja mówię coś innego? - Travis wzruszył ramionami. - Gdyby zdołał uciec, miałbym do niego pewne pretensje - dodał, po czym podniósł się z miejsca, a Eve wślizgnęła się bokiem na owy fotel, parkując tam swój tyłek, przy okazji za plecami kapitana przewracając oczkami, chyba z powodu jego ostatnich słów…

- Jerald, Bontu, podlatujemy do nich. Śluza numer trzy. Donna, obserwuj okolicę. A ty się czasem nie wczuwaj za bardzo - rzucił pod adresem Eve, na co ta posłała kapitanowi niedbały salut...
- Przyjmujemy gości przy śluzie numer trzy - poinformował tych członków załogi, którzy mieli wkroczyć na pokład jachtu. Sam również ruszył na pokład czwarty, gdzie znajdowała się wspomniana śluza.
 
Kerm jest offline  
Stary 17-02-2021, 11:55   #10
 
Dhratlach's Avatar
 
Kier stał z lewą dłonią trzymającą za plecami nadgarstek prawej obserwując całe zajście. Był tu już dość długo i nie, nie był zadowolony. Praktycznie był od początku. Nic jednak nie mówił. Stał na platformie nieco z lewej mając na oku całe pomieszczenie i pracujących ludzi... oraz wymianę zdań i komunikację Longa z nieszczęśliwym kapitanem jachtu.

Jego mina była totalnie bez wyrazu. Kamienna i obojętna. Oczy nieprzejednane i oceniające. Był niczym wysoki rangą egzaminator zewnętrzny oceniający działania rekrutów na okręcie wojennym w czasie intensywnych manewrów. Wyszukujący najmniejszych objawów samowoli i złamania protokołów, procedur i najbardziej ukrywanych oznak niesubordynacji.

Jego broń była ustawiona na tryb ogłuszania, a kiedy Webster dał rozkaz do wymarszu dołączył do niego równym wojskowym, sztywnym krokiem. Tylko jedne zdawałoby się wyzute z emocji pytanie opuściło jego usta.

- Jaki plan i cele Kapitanie?
 
__________________
"We aren’t no thin red ‘eroes, nor we aren’t no blackguards too,
But single men in barricks, most remarkable like you;
An’ if sometimes our conduck isn’t all your fancy paints,
Why, single men in barricks don’t grow into plaster saints!"

Ostatnio edytowane przez Dhratlach : 17-02-2021 o 14:25.
Dhratlach jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168