Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-11-2008, 13:55   #1
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 2996 Szarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputację
[sesja] Początek Wojny

Welwetowe swetry

Prolog

Kasia weszła do pokoju hotelowego. John ostro zaćpany dobierał się do równie zaćpanej laski.
-Wypierdalaj!
Oboje spojrzeli się na nią. Chyba nie zarejestrowali o co jej chodzi. Wyszarpnęła pistolet.
-Wypierdalaj kurwo! Szybko.
Widok pistoletu zadziałał na nią otrzeźwiająco, dziewczyna wzięła swoje ciuchy i wybiegła.
-Co ty kurwa robisz? A może chcesz ją zastąpić.
John chciał się podnieść ale nie dał rady.
-Ty sprzedajna kurwo, nie obrażam kurwy. Jak bardzo się skurwiłeś by sprzedać swą muzykę? Jak bardzo się zmieniłeś.
W głosie polki gniew został zastąpiony przez… no właśnie przez co. Rockman nie potrafił tego nazwać.
-O co ci chodzi. Kati. Uspokój się.
-Sprzedałeś się korporacji.
-Każdy musi. Nie rozumiesz. Każdy jest psem korporacji.
-Nie takie ciebie pokochałam.

Kasia obróciła się i zrezygnowana wyszła z pokoju. Rockman chciał coś powiedzieć ale ona zatrzasnęła drzwi. Wyszła zdenerwowana z hotelu. Dwaj ochroniarze, ci korporacyjni zastąpili jej droge.
-Niech pani wróci do pokoju, i proszę odłożyć broń.
-Nie.

Nawet nie zdawała sobie sprawy, że ciągle trzyma dziewiątkę. Jeden z ochroniarzy podszedł do niej. Ściągnęła spust, kula przeszła przez kamizelke i utkwiła w brzuchu.
-Ty suko.
Drugi sięgał po pistolet ale znów wystrzeliła, raz drugi, trzeci, czwarty, piąty… piętnasty. Mężczyzna padł zmasakrowany, drugi leżał i trzymał się za brzuch. Pobiegła w noc.

Boa podszedł do Beth.
-Mnie kurwa odmawiasz, wolisz tego lalusia. No to zajebie go.
Bob wszedł między ich.
-Uważaj, żeby ktoś Ciebie nie zajebał.
-Mnie psie grozisz.
-I kto tu jest psem? Staruszek zbyt Ci smycz poluzował.
-Uważaj chłoptasiu.
-Bo co? Chcesz to chodź, nas jest trzech. Nie to wypierdalaj albo ciebie wyniesiemy.

Szef wodnych leopardów spojrzał na Boba.
-Będziesz drugi.
Obrócił się i wyszedł.
Beth zaczął targać szloch. Stev podszedł do niej i ja obiął.
-Cśś.
-On go zabije.
-Mike? Nie da rady.

Wszyscy wiedzieli, że kłamał

Mike

Obudził Ciebie telefon, wstałeś i zaspanym wzrokiem przeszukałeś jedyny pokój swego nowego mieszkania. Komoda, stary segment, stoli i trzy krzesła. To właśnie na jednym z krzeseł znalazłeś położoną komórkę, portfel i klucze. Wyjąłeś je gdy poszedłeś się zdrzemnąć. Sięgnąłeś po starą nokie, telefon może nie miał masy bajerów ale był bardzo wytrzymały. Spojrzałeś kto się dobija, to Hans Twój nowy kontakt. Najpierw polak, potem Niemiec. Kto będzie następny? Czech.
-Słucham.
-Hej, szykuje się robota. Ale to nie na telefon, wpadnij jak najszybciej.
-Dobra na razie.
-Do zobaczenia.

No cóż trzeba było jakoś zarobić, a odkąd wróciłeś z „wakacji” niemiałeś żadnych porządnych zleceń. Szybko ubrałeś się, założyłeś kamizelkę kuloodporną i uzbroiłeś. No, tak można wyjść do ludzi. Przed wyjściem zaciekawiony sprawdziłeś godzinę, no ładnie 19:42. Położyłeś się na pół godziny a spałeś dwie. Skutek zarwanej nocy z Beth. Szybkim krokiem skierowałeś się na spotkanie nowego niemoralnego ale cholernie dobrze płatnego zlecenia.

Niki

Ziewnęłaś po raz kolejny tego dnia. Siedziałaś przy biurku i pisałeś na laptopie artykuł o budowie nowej dzielnicy. Nudy! Siedziałaś już dwie godziny niż powinnaś, no ale cóż jeżeli chce się pracować w dzisiejszych czasach to należy zapomnieć o mitycznej bestii zwanej godzinami pracy. Wróciłaś do pisania słuchając wiadomości z radia.
-… old street zablokowana przez protestujących. Setka młodych osób pod przywództwem Johnnego Mayhew’a, charyzmatycznego piosenkarza, protestuje przeciwko dalszym niszczeniu ekosystemu przez Petrochem.
No tak kontrowersyjny rockman, mówi się drugi Silverhand. Szkoda, że ten pierwszy zginął od pocisku 3,5mm. A John miał dziś grać koncert, pewnie skutkiem tego koncertu była demonstracja.
-Niki! Co ty robisz?!
-Pisze o budowie…
-Nieważne, przerwij. Jedź na old street chce mieć to opisane w jutrzejszej gazecie.
-Tak jest szefie.

Nie czekając aż szef się rozmyśli i każe Ci jednak pisać te nudy spakowałaś najważniejsze graty i wyszłaś. Kontem oka zarejestrowałaś godzinę 19:40.

Jo

Szedłeś wraz z innymi protestującymi old street. Tylko, że ty miałeś inny cel niż ci młodzi ludzie, musiałeś chronić Mayhew’a. Po chuj robił ten bunt. Przecież zaraz was rozstrzelają. Dzięki wysokiemu wzrostowi widziałeś z przodu samochody Arassaki do kontroli a właściwie masakrowania tłumu. Działka parowe wyglądały strasznie ale to granatniki budziły prawdziwą grozę. Spojrzałeś na swego pracodawcę wykrzykującego hasła, które młodzież szybko podchwytywała. Był niewiele niższy od ciebie, znacznie gorzej zbudowany. Brązowe włosy sięgały mu ramion. Na prawym policzku świecił raz na zielono raz na czerwono tatuaż świetlny przedstawiający skorpiona. To od niego wzięła się nazwa zespołu, Scorpions. Podejrzewałeś, że nie jest to zwykły marsz, widziałeś zbite grupki ludzi, gdy przybliżyłeś sobie ich obraz dostrzegłeś u niektórych broń pod płaszczami i kurtkami. Kto normalny brałby na koncert pistolety maszynowe lub coś porównywalnej wielkości?

Paul

No tak, miał być koncert. Alt nalegała, no i byliście na koncercie jej idola Hojnego Mayhew’a. Koleś nawet nieźle śpiewa no ale liczy się, że Alt się podobało. Pobawiliście się, potańczyliście a teraz, nie wiesz jakim cudem, idziesz z tłumem protestującym przeciw Petrochemowi. Widać, że Alt też się cała sytuacja średnio podoba, zastanawiacie się czy stąd nie zwiać. Szczególnie gdy przed wami stanęli ludzie z Prassaki. Barykadowali ulice przed wami i nawoływali do rozejścia się. To nie jest taki głupi pomysł.

Loki

Jako jeden z nielicznych wiedziałeś o co chodzi. Mayhew najął najemników, którzy mają dać opór w razie starcia z korpami. Płacił dobrze, robota trochę ryzykowna ale kasa jest niezła. Tylko skąd on ma taką kasę? Pewnie inna korporacja go finansuje. Przed tobą najemnicy Arasaki nawoływali do rozejścia się. Tłum nie ustąpi będą musieli zaatakować a wtedy Wy odpowiecie ogniem. I to nie byle jakim, pistolety maszynowe, karabinki, granaty, kurtki podszywane kewlarem. Zmiecie ich. Popatrzyłeś na szefa swojej grupki, młody może dziewiętnastoletni chłopak w długim płaszczem. Musi mieć nie liche doświadczenie skoro to on ma wami dowodzić.
-Pójdę pogadać z Mayhew’em.
Obrócił się i zaczął przepychać do tyłu.

Mike

Zajechałeś pod adres Hansa w klatce zobaczyłeś Alexa właśnie dzwonił domofonem. Też ciebie zobaczył i machnął ręką. Przez ramię miał przerzuconą torbę, pewnie z jego podrasowanym fn-falem. Podszedłeś do niego i przywitałeś się. Razem weszliście na drugie piętro. Otworzył wam Hans, niski, krępy Niemiec o blond włosach skinął Wam głową i wpuścił do środka Zaprowadził do pokoju, stół cztery krzesła i walizka w rogu. Skromne umeblowanie miało zmniejszyć liczbę miejsc w których można by ukryć pluskwę.
-Siądźcie.
Gdy siedliście od razu swoim zwyczajem przeszedł do rzeczy.
-Wiecie kim jest John Mayhew?
Obaj skinęliście głową, kto by o nim nie słyszał. Raz nawet byłeś na jego koncercie z Beth.
-Moim klientom on bardzo ale to bardzo przeszkadza. Macie go zestrzelić, teraz podczas pochodu. Jeden z Was go zastrzeli drugi będzie osłaniał. Pytania? Co do pieniędzy to proponuje pięć tysięcy po wykonaniu zadania lub jeden z Was może zachować karabin.
Podszedł do walizki w koncie i położył ją na łóżku. Była diabelnie długa. Otworzył ją. Chyba dziś jest dzień dobroci dla seryjnych morderców. W walizce leżał rozmontowany dragunov. Najnowszy celownik optyczny wypuszczony przez Militech, kolba robiona z drewna i smartling. Marzenie, każdego snajpera. Obok walizki wylądowało zdjęcie rockmana. Brązowe długie włosy, szczupły z świecącym na zielono tatuażem na policzku.
-To czekam na pytania.
Po ustaleniu szczegółów wyszliście z Alenem z mieszkania Fixera. Alex wytargował sześć i pół koła dla siebie a ty trzymałeś walizkę ze swoją nową zabawką.
-Weźmy mój samochód jest szybszy.
Zgodziłeś się bez oporów. Trzyletni opel Alexa był lepszy od Twego rzęcha.

Znaleźliście dobrze ustawiony blok i bez problemu usadowiliście się na dachu. Skręciłeś szybko karabin a Alex już lustrował okolice, o krawędź dachu leżał jego fnka z lunetą. Sam również przyjrzałeś się całej sytuacji. Tłum ludzi już prawie doszedł do zwartej linii żołnierzy Arassaki. Za pomocą swego cyber oka szybko namierzyłeś cel. Stał w środku tłumu, obok niego członkowie zespołu i jakiś koleś. Wysoki, dobrze zbudowany, patrzył właśnie podejrzliwie na innego mężczyznę, który odchodził od rockmana. Przyjrzałeś się odchodzącemu. Długi płaszcz, krótkie blond włosy, właśnie się obrócił i popatrzył na Mayhew’a. Szlag! To Andrew. Jeżeli ma płaszcz to ma pod nim broń. Jeżeli ma broń to nie przyszedł tylko na koncert. Obserwujesz jak człowiek, który rok temu uratował Ci życie przepycha się ku początkowi. Zobaczyłeś wielu takich ludzi przepychających się do grupek im podobnych. Tu się odbędzie regularna bitwa.
-Mike, tam jest Andrew, co robimy?
No właśnie, co robić?

Niki

Dobrze, że masz motor nie samochód, ominęłaś korki, nie do końca legalnie jadąc po chodniku. Za Tobą ludzie rzucali przekleństwa. Musiałaś zdążyć. Zdążyłaś. Wyjechałaś z jakiejś bocznej uliczki i się zatrzymałaś. Przed sobą zobaczyłaś tłum ludzi. Z setka lub dwie, skandowały hasła anty korporacyjne. Robiłaś zdjęcia, zbliżenia. To będzie hit! W pewnej chwili Ciebie zatkało. Zobaczyłaś jak Kati ze swoimi znajomymi idzie w tym tłumie! Szlag.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 17-11-2008, 14:49   #2
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 25014 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację


Loki czujnie rozglądał się wokół, wyszukując wzrokiem agentów korporacji, mogących narobić problemów, gdy już się zacznie. Dzięki swej posturze - ponad 2m wzrostu i 130 kilo masy robiło swoje i mało kto zbliżał się do tego noszącego skóry, obutego w glany rasowego heavymetalowca, skrywającego oczy pod przypominającymi gogle okularami. Ostatni krzyk mody w Europie, w Stanach dopiero zaczynają być popularne.

Skrzywił się lekko, gdy poczuł pierwszy, jeszcze nie tak obezwładniający ból głowy, świadczący o rychłym ataku migreny będącej skutkiem kilkuletniego brania wojskowych prochów. Dawały przewagę w walce, lecz pustoszyły układ nerwowy. Jakiś czas temu wyszedł z tego, jednak pozostały porażające ataki migreny, możliwe do złagodzenia po zażyciu silnych środków przeciwbólowych. W ostateczności pozostawał wszczepiony edytor bólu, lecz implant lepiej radził sobie z postrzałami, niż szwankującym układem nerwowym. Połączone działanie edytora i prochów pozwalało przetrwać. Ale złego nastroju Szweda już nie poprawiało.

Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął czerwone plastikowe opakowanie z białą nakrętką. Wydłubał ze środka dwie różowe pastylki. Połknął, popił piwem z puszki. Po chwili namysłu wziął kolejne cztery. Dopił piwo do końca, zgniótł puszkę w dłoni, jakby była z papieru i rzucił na ziemię.

Skórzana kurtka odstawała z powodu wypychających ją po bokach kabur z Glockiem i obrzynem oraz zapasem amunicji. Do tego w sportowej, zniszczonej torbie przewieszonej przez ramię przyjemnie ciążył karabinek LA-15 produkcji Federated Arms.

Bjorn Olafsson, zwany przez znajomych Loki, czekał na rozwój wydarzeń...

Szef jego grupy, młody Andrew, poszedł pogadać z Mayhew'em. Loki odprowadził go przez chwilę wzrokiem, aż sylwetka Andrew'a zniknęła w kolorowym tłumie. Splunął na ziemię. Nie ufał temu smarkaczowi. Zresztą, z reguły nikomu nie ufał - i tej zasadzie zawdzięczał to, że jeszcze żyje.

Sięgnął po pogniecioną paczkę Lucky Strikeów. Jedna z niewielu marek, która była wierna tradycji i do produkcji używała prawdziwych liści tytoniu, zamiast chemicznie i genetycznie wspomaganych roślin, z których wyrabiano większość produktów tego typu. A przynajmniej tak twierdzili...

"Już niedługo rozpęta się piekło..." - myślał, odpalając zmiętego, żeby nie rzec - zmaltretowanego papierosa od płomienia benzynowej zapalniczki Zippo. Zapaliła za pierwszym razem.

- God bless America... - mruknął pod nosem, nie wiadomo czy w kontekście zapalniczki, czy też rychłego rozpoczęcia ulicznych zamieszek przez prowadzony przez Mayhew'a tłum.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...

Ostatnio edytowane przez Gob1in : 18-11-2008 o 21:43. Powód: kosmetyka
Gob1in jest offline  
Stary 18-11-2008, 18:47   #3
 
Durendal's Avatar
 
Reputacja: 304 Durendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skał
Mike jak zwykle spokojny odłożył skręcony karabin, kolba z wiśniowego drewna prezentowała się pięknie, cały karabin wyglądał jakby przeszedł długa i dokładną kurację odmładzającą u dobrego rusznikarza. Solo zamyślił się przez chwilę marszcząc czoło. Po czym spokojnym ruchem zdjął znoszoną ramonę i odwrócił ją na lewa stronę. "Podszewką" okazał się być konkretny kevlarowy pancerz z widocznymi tu i ówdzie wzmacniającymi płytkami, całość obszyta była uchwytami systemu modułowego ze starannie rozmieszczonymi ładownicami. Po chwili dołączyła do nich kabura z coltem M1911A1, wersja springfield arms, trzeba było się długo nachodzić by wreszcie znaleźć ten egzemplarz u starego rusznikarza na przedmieściach. Nałożył pancerz dociągając wszystkie paski i ściągacze, podobnie zrobił ze spodniami ukazując kształt wszytych na kolanach pancernych ochraniaczy. Z jednej z ładownic wyłowił zestaw słuchawkowy z laryngofonem i podpiął do swojej starej nokii którą wetknął do innej ładownicy. Na głowę naciągnął kominiarkę, na czole umieścił gogle-lustrzanki. Na telefonie wybrał numer Andrew i wsłuchał się w sygnał, dobrze, że po powrocie wydobył od Hansa kontakty do wszystkich starych znajomych. Głos kumpla usłyszał w chwili kiedy składał się do strzału oparty o krawędź dachu.
-Cześć tu Mike. Ktoś was wrobił, Ci z którymi macie walczyć wiedza, że jesteście przygotowani i uzbrojeni, na pewno się zabezpieczyli. Jako twój kumpel radzę ci stary zbieraj swoich i spadajcie stamtąd bo za chwilę może być naprawdę gorąco i to nie tym którzy przyjechali tłumić zamieszki. Nie mogę dłużej gadać, trzymaj się i nie daj się głupio zabić.
Rozłączył się nie dając chłopakowi czasu na reakcję. Dalmierz w optyce usłużnie podał dystans do celu, siła i kierunek wiatru z zestawu meteo, ustawienie poprawek było dziełem chwili.
-Szykuj się Alex, zaraz poślę mu kulkę z pozdrowieniami i zwijamy dupy.
Mike dopiero teraz załadował do broni magazynek, dziesięć starannie wykonanych na zamówienie nabojów o zwiększonym ładunku prochowym. Zamek przy przeładowaniu wydał odgłos będący muzyką w uszach strzelca wyborowego, idealnie bez zgrzytów jeden z nabojów o polerowanej główce pocisku znalazł się w komorze broni, gotów by ponieść śmierć. Mike starannie wycelował w głowę, ten świetlny tatuaż był jak bullseye w tarczy, ułatwiał celowanie tak że trafienie w głowę było zadaniem wręcz śmiesznym. Wstrzymany oddech i palec spokojnym jednostajnym ruchem ściągający język spustu. Strzał i pchnięcie kolby w ramię. Mike spokojnie podniósł się słysząc szept przyklejonego do lornetki Alexa:
-Trafienie potwierdzone, cel zlikwidowany. Zwijamy się.
Zanim skończył mówić jego towarzysz już upchnął dragunowa w długim pokrowcu i przewiesił na pasie przez plecy. Kiedy razem biegli do zejścia z dachu Mike dokręcał tłumik do wyjętego z kabury pistoletu. W tej chwili nie zależało im na "rozgłosie", zadnie główne wykonane, zarobili swoją pensję, teraz najważniejsze było wyniesienie cało swojej dupy. A to najlepiej zrobić po cichu i chyłkiem. Biegli jeden za drugim klatka schodową w dół, winda była zbyt niebezpieczna, łatwo ja zatrzymać między piętrami albo zwyczajnie spuścić bez hamowania na dół. Teraz ważne było by w ciągu następnych pięciu do ośmiu minut znaleźć się w odległości minimum dwóch tysięcy metrów od miejsca akcji. Liczyła się szybkości i synchronizacja. Determinacja i siła ognia tylko w najgorszym wypadku.
 
__________________
Oj Toto to już chyba nie jest Kansas...
"Ideologia zawsze wynika z przyczyn osobistych, ja nie podaję wrogowi ręki chyba, że chcę mu połamać palce"
Durendal jest offline  
Stary 20-11-2008, 01:04   #4
 
Leonidas's Avatar
 
Reputacja: 101 Leonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znany
Paul rozejrzał się po tłumie. Nagle pomyślał po jaka cholerę on z nimi wszystkimi lezie, przecież miał ich centralnie gdzieś, banda idiotów, a pośród nich on sam. Chwycił Alt bardziej stanowczo za rękę i zaczął iść prostopadle do tłumu upewniając się co chwila, że jego dziewczyna idzie za nim bez przeszkód. Paul był przecietno-wysokim mężczyzną, szczupłym lecz nie chudzielcem. Ubrany lekką kórtkę i skórzane spodnie normalnie by się nie wyróżniał, ale tu pośród zlepku punków, świrów i innych mętów lubiących się zabawić widocznie nie pasował, mimo, że to większości byli jego rówieśnicy. Zdaje się, że potrącił paru kolesi i jedną dziewczynę lecz byli na tyle nawaleni, że nawet tego nie zauważyli. Jakoś udało mu się z Alt wyjść z głównego nurtu tłumu. W tej chwili chciał się tylko stąd oddalić. Pierwsza zasada - nie wtykaj nosa tam gdzie cię nie proszą. A on nawet nie wiedział o co im chodziło z tą całą manifestacją. Buntować się - ok, ale gdzieś z odległości kilkuset kilometrów, siedzieć w bezpiecznym miejscu, sieciować - to było w jego stylu. Takie bezpośrednie zagrania zupełnie do niego nie pasowały. Spojrzał na Alt - ona też była niespokojna, uśmiechnął się do niej. Zaczeli powoli iść w kierunku przeciwnym do całej imprezy. Wtem ktoś krzyknął głośniej, chyba coś się stało, ale Paul przyśpieszył nie pozwalając Alt się obejrzeć.
-Po jaką cholerę ja tu przylazłem - rzucił sam do siebie przez zęby.
 
Leonidas jest offline  
Stary 21-11-2008, 21:15   #5
 
Odyseja's Avatar
 
Reputacja: 1118 Odyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumny
~Cholera...~

Na więcej komentarzy nie było jej stać, gdy zobaczyła swoją siostrę wśród ludzi, którzy genialnie wystawiają się na odstrzał. Najwyraźniej szesnastolatka zapomniała już, o przygodzie z narkotykami.

Nicole, ignorując fakt, że szef ją zabije, przestała robić zdjęcia i zaczęła przeciskać się przez tłum manifestantów. Zresztą podzielała ich poglądy. Petrochem przeginał. Przecież w tym tempie załatwią cały ekosystem Ziemi w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. O ile wcześniej nie wybuchnie któraś z tych pięknych, rozpadających się elektrowni jądrowych...

Nie była jednak idiotką. Takie manifestacje nic im nie dadzą. Jedynie spora część z tych ludzi zginie, podczas rozruchów, jakie po prostu muszą nastąpić. Zapewne już ktoś ma sprzątnąć tego rockmana

Miała na sobie dżinsową kurtkę, czarną bluzkę i jasne jeansy. Brązowe włosy, jak zawsze przewiązała czarną gumką.

- Kate, co ty tu do cholery robisz? Dosyć masz problemów? – osoba obdarzona odrobiną wyobraźni, słysząc ton, takim Nicole karciła siostrę, mogłaby dojrzeć w jej czarnych oczach iskry. – Wynoś się stąd, jak najszybciej. Dobrze wiesz, że w każdej chwili może się tu rozpętać piekło…

~A ja będę miała wtedy dużo roboty. Nie będę w stanie pilnować, żeby nic ci się nie stało.~
 
__________________
A ja niestety nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Co spróbuję coś napisać, nic mi nie wychodzi. Nie mogę się za nic zabrać, chociaż bardzo bym chciała. Nie wiem, co się ze mną dzieje. W najbliższym czasie raczej nic nie napiszę. Przepraszam.
Odyseja jest offline  
Stary 26-11-2008, 16:52   #6
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 2996 Szarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputację
Niki
Ostro wkurwiona szłaś w kierunku siostry, przepychałaś się przez tłum. Że też nie pamiętała historii sprzed roku z narkotykami?! I to jeszcze z kim tu jest z Barrym! To przecież przez niego wylądowała u Szczerby! Przez ten cholerny tłum tak wolno się idzie?! Czemu muszą stać akurat po drugiej stronie?!
Kate wraz z przyjaciółmi właśnie poszli po rozum do głowy i zaczęli wychodzić z tłumu. Ty sama znalazłaś się właśnie w jego środku, niezrażona kontynuowałaś przepychanie się. Wtedy padł strzał, przez huk odruchowo schyliłaś się. Ktoś musiał strzelić z niezłej armatki. Nie musiałaś rozglądać się by wiedzieć kto zginął. Ktoś coś krzyknął ale ty jak najszybciej chciałaś wydostać się z tłumu. Wykorzystując zaskoczenie przebrnęłaś na drugą stronę. Ale gdzie polazła Kati?

Loki
Andrew przeciskał się ku waszej grupie. Gdy był już blisko sięgnął do kieszeni i wyjął telefon, wyświetlacz migał, ktoś do niego dzwonił. Solo podniósł słuchawkę. Słuchał coś przez chwile. Po wszystkim powiedział coś w nieznanym ci języku, sądząc po intonacji przekleństwo. Chwilę się nad czymś zastanawiał, w końcu podszedł do Was.
-Chłopaki sprawa wygląda tak, wiem z pewnego źródła, że ktoś nas wrobił. Arassaka wie o naszych grupkach i krótko mówiąc mamy przejebane. Kto chce może ze mną teraz odejść, kto chce może ginąć. Ostrzegłem was reszta to wasz problem.
Solo odwrócił się na pięcie i zaczął przepychać się w kierunku ulicy. Trzy osoby poszły po chwili za nim, pozostała szóstka popatrzyła na siebie niezdecydowana? Co robić? Coś Ci kazała podążyć za solosem. Gdy już dochodziłeś do ulicy usłyszałeś strzał. Ktoś strzelił z karabinu i to z jakiegoś potężniejszego. Tłum zamarł w ciszy. Po chwili rozbrzmiały okrzyki.
-To korpy go zabiły, chcieli go uciszyć! To ich wina! Zabijają każdego kto nie jest im posłuszny?
Ktoś go poparł, ktoś podchwycił, ktoś strzelił. Nie trzeba było długo czekać Arassaka odpowiedziała ogniem. Zobaczyłeś jak Andrew stoi nie daleko w zaułku i patrzy się na tłum, pokręcił głową i sięgnął po telefon.

Zero Cool
Ruszyłeś ciągnąc za sobą Alt. W duszy przekląłeś to, że wyciągnęła Ciebie na koncert. Zresztą koncert jak koncert po jaką cholerę poszliście dalej. Bo tłum was porwał, no dobra spokojnie Paul, spokojnie.
Usłyszałeś huk, ktoś strzelił z czegoś dużego. Odruchowo się przygarbiłeś i przyśpieszyłeś kroku. Przed sobą zobaczyłeś światła radiowozów, zrobili blokadę. Lepiej nie ryzykować i skręcić. Skręciliście w boczną uliczkę, chciałeś jak najszybciej się oddalić od ulicy na której rozpoczęła się strzelanina. Skręciłeś jeszcze raz tym razem w lewo chcąc wyjść na swojej dzielnicy. Gdy wyszedłeś za rogu zauważyłeś dwóch kolesi, każdy z automatem. Stali przy budynku, palli i gadali. Jeszcze Was nie zauważyli.

Jo
Huk wystrzału, spojrzałeś za siebie. Głowa twego zleceniodawcy właśnie znajdowała się w całej okolicy a dokładnie na wszystkich w okolicy w tym na Tobie. Gitarzysta, który szedł za Tobą trzymał się za przebite ramie i klął na czym świat stoi. Ktoś krzyknął.
-To korpy go zabiły, chcieli go uciszyć! To ich wina! Zabijają każdego kto nie jest im posłuszny?
Tłum podjął krzyki. po chwili usłyszałeś pierwszy wystrzał. Potem drugi. A potem obie strony pruły z czego mogły. Niektórzy protestujący szukali kryjówek skąd mogli prowadzić ostrzał, inni uciekali jeszcze inni byli tratowani.
Mike
Wstrzymanie oddechu, miarowe ściągnięcie spustu i strzał. Łuska wyleciała i spadła na dach obok ciebie. Głowa rockera eksplodowała.
-Trafienie potwierdzone, cel zlikwidowany. Zwijamy się.
Tak jak powiedział Alex tak zrobiliście snajperka polazła do specjalnej torby w jej miejsce zajął pistolet z tłumikiem. Szybko zbiegliście po schodach nie czekając na windę. Wypadliście z klatki i chcieliście podbiec do samochodu gdy na przeciwko Was wyszło pięć osób. Piątka nastolatków, dwie dziewczyny i trzech chłopaków musiało oddzielić się od protestującego tłumu. Jeden z chłopaków puścił rękę dziewczyny i sięgnął pod kurtkę. głupi szczeniak, któremu rodzice kupili klamkę. Alex był szybszy skrócił dystans i już miał wyrznąć chłopaka w podbródek.
-Nie!
Dwa krzyki zlały się w jeden, Mike i dziewczyna odważnego a może głupiego nastolatka krzyknęli i zadziałali jednocześnie. Solo złapał Alexa za rękę nie pozwalając wyprowadzić morderczego ciosu a Kati przytrzymał chłopakowi rękę. Solo cieszył się w duchu że dziewczyna jest tak samo opanowana jak siostra, inaczej wydarzyło by się nieszczęście.
-Mike co Ty tu robisz?
-Pracuje.
-To Ty zabiłeś Johnego? Skurwiel.
Chłopak który sięgnął po broń zawarł w swoim głosie tyle pogardy.
-Bary!
A więc to jest Bary, chłopak który załatwił trefny towar i którego bracia zostali zabici przez Boba, Steva i Alexa. Ciekawe czy wie kogo ma przed sobą?
-Mike co tu się dzieje? Poszliśmy na koncert a potem... Potem wszystko się szybko wydarzyło. To nie był zwykły koncert.
-Kati kim on, kurwa jest?!
Szczeniak zaczynał działać Ci na nerwy już miałeś mu powiedzieć co o nim myślisz gdy poczułeś wibracje telefonu. Zerknąłeś na wyświetlacz, numer zastrzeżony. Odebrałeś.
-Halo
-Pan Lyifer?
Twój rozmówca nie czekał na potwierdzenie, kontynuował
-Petrochem po raz kolejny posłużył się panem, krótko mówiąc wrobił pana. Proszę się na razie o nic nie pytać. Czas na rozmowy przyjdzie. Teraz ma pan olbrzymie problemy, osiem olbrzymich problemów, nie wydostanie się pan stąd żywy chyba, że posłucha mnie. Musi pan pójść w prawo wzdłuż uliczki w której pan stoi. W pana prawo oczywiście. Widzi pan ten szary długi blok? No oczywiście, że pan widzi nawet ich kilka. Chodzi mi ten przy którym stoi samochód z poczty. No to proszę do niego dojść i skręcić w lewo. Przy sklepiku osiedlowym w prawo. Zobaczy pan starą kamienicy, taką nie pasującą do niczego, z wybitymi oknami. Do tego napis: „do rozbiórki”. Trzecie piętro mieszkanie po prawej bez drzwi. Mój człowiek czeka.
Rozłączył się, po głosie poznałeś, że jest Amerykaninem dość młodym, dwadzieścia-trzydzieści lat. Nie ma to jak telefony z ostrzeżeniem od nieznajomych.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 26-11-2008, 18:17   #7
 
Durendal's Avatar
 
Reputacja: 304 Durendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skał
Mike rozłączył się i spojrzał na Barego zza szybki gogli. Nastolatek otworzył usta żeby się odezwać i w tej chwili zakrztusił się wsuniętym błyskawicznym ruchem między zęby tłumikiem pistoletu sola.
-Klamka na ziemię szczylu i nawet nie próbuj żadnych sztuczek ba załatwię cię tak że paląc fajka będziesz puszczał dym uszami.
Wyjęty drżącymi rekami pistolet stuknął o chodnik. Mike krzywiąc się obejrzał gnata krytycznym wzrokiem i pogardliwym kopnięciem posłał ją do kratki ściekowej obok.
-następnym razem jak spróbujesz wyjąć w mojej obecności broń to upierdolę ci łapę przy samej dupie kumasz? A teraz wypad wszyscy, Kate zostaje, myślę że ja się nią zaopiekuję lepiej od Ciebie.
Na poparcie tych słów Mike wyjął lufę z ust smarkacza i jednym popchnięciem posłał go kilka metrów do tyłu. Dwa podobne do kaszlnięcia odgłosy i obok nóg chłopaka wbiły się w asfalt dwa pociski. Mike nie oglądając się za siebie skoczył do samochodu i otworzył bagażnik. Odrzucił brezentową płachtę, druga ręką chowając pistolet do kabury. Wyjął kompaktowy karabinek o egzotycznym kształcie, nowiutka Zastawa CZN-22 prosto z Serbii, prezent pożegnalny od chłopaków z Moskwy. Przerzucił sobie pas zawieszenia przez ramie i zatrzasnął kufer.
-Alex jesteśmy w dupie, petrochem na nas poluje. Wrobili nas w niezłe gówno, dostałem informacje od kogoś kto ponoć może i chce nam pomóc. Zawijamy we wskazane miejsce, wiem, że nie mamy powodów żeby ufać komuś kto się nie przedstawił. Ale wiesz że mam nosa i teraz mówi mi, że lepiej skorzystać. A ty...
Tu zawiesił wzrok na lekko przestraszonej Kate. Jego twarz pod kominiarką rozciągnęła się w uśmiechu. Już miał gotowy plan jak pozbyć się balastu w postaci dziewczyny. Otworzył tylne drzwi samochodu i stwierdził:
-Wsiadaj raz dwa i bez dyskusji. Alex mam sposób żeby ktoś zaopiekował się samochodem, tylko wyjmij cały tryfny szpej.
Pogrzebał coś przy kamizelce i wcisnął dziewczynie w obie ręce granat.
-To na wypadek gdybyś chciała zrobić coś głupiego, na przykład lecieć szukać swojego chłopaka. Trzymaj mocno tą metalową łyżkę bo jak puścisz to rozerwie Cie na strzępy. Dam znać Twojej siostrze gdzie jesteś i gdzie schowałem kluczyki od wozu i to...
W tej chwili nie zwracając uwagi na protesty wyjał zawleczkę i zamknął drzwi. Kluczyki i zawleczkę schował w nadkolu samochodu, wyjął telefon i wykręcił numer Niki.
-Hej twoja siostra siedzi w samochodzie Alexa w bocznej uliczce na prawo od trasy pochodu. Kluczyki są pod nadkolem prawego tylnego koła. A i ona będzie ściskała w rękach granat, myśli że odłamkowy ale to zwykły ekran dymny, wybacz metody ale musiałem ja jakoś zatrzymać na miejscu. Zabierz samochód w bezpieczne miejsce, potem zgłoszę się po odbiór. A i pozdrów Kat jak już jej powiesz, że zrobiłem jej brzydki żart.
Skończył rozmowę mrugnął do rechoczącego Alexa i powiedział:
Ruszamy, mamy spory kawałek do przejścia i to ubezpieczając się. Oczy w dupie, czeszesz przód ja tył.
Ruszyli obaj lekko spięci i skuleni omiatając wzrokiem okna i dachy. Co chwila przypadając w bramach i klatkach, osłaniając się nawzajem. Powoli zbliżali się do kamienicy opisanej w tajemniczym telefonie.
 
__________________
Oj Toto to już chyba nie jest Kansas...
"Ideologia zawsze wynika z przyczyn osobistych, ja nie podaję wrogowi ręki chyba, że chcę mu połamać palce"
Durendal jest offline  
Stary 26-11-2008, 20:07   #8
 
Odyseja's Avatar
 
Reputacja: 1118 Odyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumnyOdyseja ma z czego być dumny
~Gdzież ona zniknęła…~

Chyba będzie trzeba Kate przemówić do rozumu. Nicole traktowała siostrę jak osobę dorosłą, ale najwyraźniej to był błąd. Kati była jeszcze dzieckiem i dzisiaj właśnie uświadomiła o tym swoją siostrę. Tylko gdzie ona się podziała?

Strzał. Jeden, pewny. Nie było to zaskoczeniem dla doświadczonej dziennikarki. Spodziewała się tego od początku. Szef ją zabije, za brak ciekawych zdjęć…

Telefon. Ciekawe, kto to. Jeśli Kate, to Nicki nie ma zamiaru czekać z ochrzanem do najbliższego spotkania.

Mike? Spojrzała w stronę martwego rockmana i odruchowo pstryknęła kilka fotek. Domyślała się, co solo tu robił.

Odebrała dopiero po drugim sygnale.

-Hej twoja siostra siedzi w samochodzie Alexa w bocznej uliczce na prawo od trasy pochodu. – Odetchnęła z ulgą. W końcu złość na siostrę przykrywała tylko troskę o nią. - Kluczyki są pod nadkolem prawego tylnego koła. A i ona będzie ściskała w rękach granat, myśli że odłamkowy ale to zwykły ekran dymny, wybacz metody ale musiałem ja jakoś zatrzymać na miejscu. Zabierz samochód w bezpieczne miejsce, potem zgłoszę się po odbiór. A i pozdrów Kat jak już jej powiesz, że zrobiłem jej brzydki żart.

- Dobra. Naprawdę, bardzo ci dziękuję. A zanim ją pozdrowię, to najpierw osobiście uduszę. Ale powiem jej już o tym sama. Autem się zajmę. Cześć.

Rozłączyła się. Przez chwilę stała, oddychając głęboko. Najchętniej zostawiłaby Kate w samochodzie, z granatem w ręku, ale wkrótce zrobi się tam gorąco. Stamtąd padł strzał. Czyli Mike miał nowe zlecenie, które perfekcyjnie wykonał.

Nicole poszła w kierunku wskazanym przez Mike’a. Po niedługim czasie zobaczyła samochód i siedzącą w nim Kate.

- Co ty do cholery wyprawiasz?! – wypaliła Nicole, kiedy tylko otworzyła drzwi samochodu. – Niemało ci problemów? Wiesz, jakie masz szczęście, że trafiłaś akurat na Mike’a? Mogłaś zginąć!

Spojrzała w przerażone oczy siostry. Zapomniała o granacie. A może specjalnie nie wyprowadzała siedemnastolatki z błędu?


- Daj to.Nicole, nie zwracając uwagi na protesty Kate rzuciła granat do kanalizacji. Ze studzienki zaczął wydobywać się dym - Uważasz się za dorosłą, a nie potrafisz rozróżnić granatu odłamkowego, od dymnego…

Do Kati dopiero po chwili dotarł sens słów Nicole. Jednak nawet widok zdumienia na twarzy siedemnastolatki nie załagodził złości reporterki.

- Czyś ty kompletnie zgłupiała? Nie dość, że zadajesz się z tym draniem, to jeszcze przychodzisz na pochód, który prawie na pewno skończy się strzelaniną. A byłam przekonana, że mam do czynienia z prawie dorosłą osobą. Dzisiaj pokazałaś mi, jak bardzo się myliłam.

Nicole pod koniec prawie krzyczała. Ze złością odpaliła silnik samochodu i pojechała do domu. Była przygotowana, na wszelką pyskówkę ze strony Kate. Do tego wymyślała wymówki dla szefa, dlaczego zawaliła tę robotę.

- Jeszcze tego by brakowało, żeby mnie zwolnili. Jak myślisz, skąd wtedy weźmiemy pieniądze na utrzymanie?
 
__________________
A ja niestety nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Co spróbuję coś napisać, nic mi nie wychodzi. Nie mogę się za nic zabrać, chociaż bardzo bym chciała. Nie wiem, co się ze mną dzieje. W najbliższym czasie raczej nic nie napiszę. Przepraszam.
Odyseja jest offline  
Stary 01-12-2008, 09:15   #9
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 25014 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację
Tłum był coraz bliżej chronionej przeźroczystymi tarczami linii ochroniarzy z logo Arasaki na ramieniu. To była ta chwila, w której wystarczyła iskra, by wszystko wokół eksplodowało.
Podrasowany kerenzikowem system nerwowy pochodzącego ze Skandynawii najemnika reagował na rosnące wokół napięcie, pompując adrenalinę do żył i wspomagając przesyłanie impulsów nerwowych między synapsami. Loki czuł mrowienie opuszków palców, jak zawsze, gdy był maksymalnie spięty i gotowy do reakcji.

Z falującego wokół, kolorowego tłumu młodzieży wpatrzonej w ich idola, wyłonił się Andrew. Nim podszedł wyciągnął z kieszeni telefon i przez chwilę w milczeniu słuchał. Później powiedział coś, z czym Björn spotkał się już parokrotnie. Ich pracodawca wrobił ich w jakieś gówno. Loki zacisnął szczęki. Wkurwił się.

Ktoś odbił się od ramienia wielkiego Szweda. Obrócił się i dostrzegł jakiegoś ubranego w jaksrawy T-shirt, elastyczne spodnie i podarte trampki dwudziestoparoletniego fana kapeli Mayhewa:
- Cze, koleś! Nie bój nic - tylko przechodzę... - pijany gostek wydusił z siebie coś w rodzaju przeprosin. - Niezła imprezka, co nie? - zaczął się rozkręcać.
- Taa, niezła... - facet pchnięty silnie przez najemnika zatoczył się parę metrów do tyłu, wywracając kilka innych osób. Loki ruszył w ślad za odchodzącym Andrewem.
- Nie bój nic... - ze śmiechem powtórzył tekst tamtego szczyla - Kurwa, ale ten kraj jest porąbany! - podsumował, przyśpieszając kroku, by nie zgubić szefa grupy. Co prawda, sama akcja jest już nieaktualna i Andrew przestał być jego przełożonym, ale powinien wiedzieć coś więcej na temat ich wspólnego zleceniodawcy. A Szwed zamierzał przypomnieć się, że wciąż czeka na wynagrodzenie za pracę. Z odpowiednią rekompensatą za niespodziewane zakończenie.

Jakiś huk rozszedł się echem między budynkami. Mający doświadczenie z bronią Loki poznał odgłos wystrzału. Stał plecami do centrum wydarzeń, do miejsca, gdzie znajdował się rockman, ale nie musiał zgadywać, kto był celem. Strona, której zależało na wywałaniu zamieszek nie prowokowałaby ich za pomocą snajpera. Tłum i tak lada chwila zacząłby szturmować pozycje Arasaki. Dlatego, jak sądził, pocisk był przeznaczony dla lidera kapeli. I również wątpił, żeby snajper był na łańcuszku korporacji. Mogli bez problemu załatwić Mayhewa podczas zamieszek. Wobec tego jest jeszcze trzecia strona. I to, że nie znał jej tożsamości i interesów było największym problemem, w rozwiązaniu którego może pomóc Andrew. "W końcu ktoś do niego dzwonił, nie?". Reakcja tłumu potwierdziła, że snajper trafił. Rozległy się krzyki i po chwili pierwsze strzały. Najemnik zaczął biec, bez pardonu roztrącając ludzi, którzy stali mu na drodze. Widział Andrewa u wylotu jakiejś bocznej uliczki. Znowu miał telefon w ręce, więc może coś jeszcze się wyjaśni. Oby - bo Björn był coraz bardziej podirytowany niejasną sytuacją.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...

Ostatnio edytowane przez Gob1in : 11-12-2008 o 15:42.
Gob1in jest offline  
Stary 06-12-2008, 12:42   #10
 
Leonidas's Avatar
 
Reputacja: 101 Leonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znanyLeonidas wkrótce będzie znany
Paul gwałtownym, aczkolwiek cichym gestem cofnął się za róg z którego miał wyjść, zagradzając automatycznie drogę Alt. Ta chciała coś powiedzieć na nagłe zderzenie z plecami netrunnera ale ten szybko i delikatnie przyłożył rękę do jej ust i zaczął się wsłuchiwać czy słyszy odgłosy kroków. Na szczęście nie. Starał sobie przypomnieć, czy ci kolesie mieli jakieś naszywki korporacyjne, choć to pewnie bez znaczenia - lepiej nie przechodzić obok nich. Powoli zaczął się wycofywać. Alt w milczeniu podążała za nim. Bała się bardziej. Uśmiechnął się do niej ponownie by dodać jej ducha, sam jednak ani trochę nie był spokojny. Chyba nie zauważyła, że tylko udaje bo odpowiedziała uśmiechem i mocniej zacieśniła uścisk dłoni. Nie obchodziło go czy wyjdą u siebie na dzielnicy, czy gdzieś indziej. Skręcili w inną odnogę uliczki i zaczeli iść. Z całkiem niedaleka słychać było wrzawę i zamieszanie. Jedyne czego był pewien to, że to nie było miejsce gdzie powinni się teraz zajmować, zaczeli poruszać się tak by oddalić się jak najbardziej od całego zamieszania. Do domu. Tak, odprowadzi Alt do niej i pójdzie do siebie. Dziś nie miał już większej ochoty na towarzystwo - Paul zaczął rozmyślać o planach na dalszą część dnia mając nadzieje, że jak najszybciej uda im się stąd zniknąć.
 
Leonidas jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:11.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169