Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 15-09-2009, 22:39   #11
 
Lirymoor's Avatar
 
Reputacja: 26 Lirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodze
Nigdy nie lubiła pakowania, przez co siłą rzeczy zostawało na ostatnią chwilę. Nie żeby miała zbyt wiele do wzięcia, jednak szalone bieganie po kwaterze ze świadomością cieknącego przez palce czasu nie sprzyjało koncentracji.
Co więcej datapad starym zwyczajem skrył się w jakiejś czarnej dziurze akurat na pół godziny przed odlotem. Komlink miał podobne zamiary jednak wydobyła go z godnym Jedi heroicznym poświeceniem wprost z paszczy strefy mroku zza koi.
Caprice zwykłą mawiać, że w dniu w którym kurz pod łóżkiem Ery wyewoluuje w końcu w złą formę życia ona nie będzie z nim walczyć, tylko się przyłączy. Mistrzyni nigdy nie umiała pojąć jakim cudem jej uczennica w każdej sytuacji umie utrzymać apteczkę i przybory chirurgiczne otrzymać w sterylnym porządku podczas gdy cała reszta jej rzeczy stanowiła podręcznikowy przykład chaosu. Tymczasem ten aspekt dziewczyny był dokładnie taki sam jak wszystkie inne. Dwoisty.
Może dlatego nigdy nie przepadała za czymś co wydawało się jednoznaczne. Bo przecież wszystko w życiu miało dwie strony. Nawet świątynia i jej cudowny spokój, mógł ukoić skołatane nerwy Ery jak i doprowadzić ją do szału wypierającą wszystkie proste życiowe przyjemności duchowością. I za oba te aspekty kochała ten budynek. Tak już było ze wszystkim co było bliskie dziewczynie, musiało posiadać dwie skrajnie różne strony.
Omiotła spojrzeniem pokój boleśnie świadoma tego, że szukała już właściwe wszędzie. Swobodnie wędrujący wzrok zatrzymał się na drzwiach od łazienki.
Aż tyle wczoraj nie wypiłam. Pomyślała. Nie zaszkodziło jednak sprawdzić.
Gdy chwile potem opuszczała toaletę z wytęsknionym datapadem bez większego zdziwienia dostrzegła lethańską twi'lekankę wygodnie wspartą o ścianę koło drzwi.
- Jak spotkanie z Radą?. – spytała Caprice.
- Przyjemnie było dla odmiany nie słuchać o tym, że znowu wpłynęła na nas jakaś skarga – odparła dziewczyna tym razem ignorując uwagę o dzwonku. Przychodził taki moment gdy mówienie do ściany robi się nudne. - A twoje?
- Wyznaczone dopiero na jutrzejszy ranek, ktoś doniósł, że jestem ranna i potrzebuje jeszcze trochę odpoczynku. – Twi'lekanka złożyła ręce na piersi usiłując usadzić byłą uczennice znaczącym spojrzeniem. Nie działało już od dobrych czterech lat.
- Dlaczego do razu doniósł.Era przewróciła oczami pakując ten niewielki dobytek osobisty jaki mógł się jej przydać. Mało tego było. Żałośnie mało. - Zawsze jak wracamy z misji jesteś ranna, myślisz, że nie zauważyli? Nie zdziwię się jeśli, następnym razem kiedy zalegniesz u uzdrowicieli Rada po prostu się podda i karze ci tam przydzielić prywatną kwaterę – ciągnęła wiedząc, że jeśli Caprice zada pytanie wprost ciężko jej będzie się wymigać od odpowiedzi. - Co porabiałaś?
- Byłam u młodzików.
- I co, masz nowy obiekt prześladowań?
- Nie, po prostu się rozglądałam, tylko tam można jeszcze jakoś oddychać, wszędzie indziej jest...
- ...wesoło jak na Korriban – dokończyła Era, aż za dobrze wiedziała o czym mówi mistrzyni.
- Mniej więcej. Widziałam cię tam, razem z jakimś innym rycerzem grałaś w piłkę z dziećmi.
Dziewczyna skinęła głową z uśmiechem. Młodziki zazwyczaj były przyjazne wobec starszych, większość wiedziała, że to szansa na bycie zapamiętanym, a im więcej rycerzy cię pamięta tym większe masz szanse na zostanie padwanem. Zaś Era lubiła czasem z nimi pograć. Czuła się po tym spokojniejsza. Czuła się żywa. A tego właśnie potrzebowała po otrzymaniu przydziału który skręcał jej wnętrzności.
- To Kastar, przydzielono nas do jednego zadania i też mieliśmy powyżej uszu atmosfery mauzoleum – odparła. - No i przyjemnie było pomówić z kimś kto nie chce się przytulać do wroga publicznego numer jeden.
- Gdzie was wysyłają?
- Elom.
- Misja wojskowa?
- Tak.
Krótkie, suche konkrety, rzadko zdarzało się im w ten sposób rozmawiać. Pochylona nad torbą Era poczuła jak coś w niej kurczy się z niepokoju. Obróciła się i spostrzegła jak Caprice wpatruje się w holozdjęcie stojące obok szafki nocnej.
Ślubny portret pary kontrastującej z sobą jak dzień i noc. Kobieta była piękna w sposób typowy dla dział sztuki nie żywych istot. W długiej sukni z połyskującymi falami śnieżnobiałych włosów wijących się leniwie na kształtnych ramionach i parą srebrnych oczu pełnych chłodnej dumy wyglądała jak uosobienie zimy. Mężczyzna, a raczej należałoby powiedzieć chłopak gdyż wtedy ledwie dobijał dwudziestki zdawał się za to promieniować łagodnością oraz życzliwością. Ciemny i ciepły jak spalona słońcem pustynia, o skórze barwy czekolady oraz brązowych oczach pełnych radości życia. Po ramieniu w dół eleganckiej tuniki spływał mu długi niczym wąż pojedynczy czarny warkoczyk.
Czy córka dwóch różnych od siebie istot czy mogła być czymś innym niż zlepkiem przeciwieństw?
Era poczuła napływający do piersi ciężar, tak jakby spadło na nią całe Coruscant.
- Nawet nie próbuj – głos który wydarł się z warg dziewczyny był nieprzyjemnie zachrypnięty gdyż przedostawał się przez suche jak piaski pustyni gardło. Mimo wszystko wiedziała, że Caprice spróbuje, tego jednego tematu twi'lekanka nigdy nie umiała porzucić.
Przez chwile mierzyły się wzrokiem przez pokój jak dwoje szermierzy przed pojedynkiem. Dziewczyna na daremnie usiłowała wyczytać w zielonych oczach mistrzyni co ta naprawdę teraz widzi. Zlepek utraconych dawno temu przyjaciół? Dziecko z którym dwadzieścia lat wcześniej związała ją przysięga? Wierny cień ostatnich kilku lat? Widziała tylko własne odbicie w ciemnych źrenicach.
Caprice westchnęła po czym złożyła broń, po raz pierwszy odkąd Era pamiętała.
- Nie będziesz mogła od tego wiecznie uciekać – powiedział z łagodnym, zmartwionym uśmiechem.
- Ja przed niczym nie uciekam, po prostu wybieram własną drogę – odpowiedziała dziewczyna i świecie wierzyła, że mówi prawdę.
Znów patrzyły na siebie w milczeniu, jednak teraz już bez gotowości do walki, a przecież zazwyczaj był to nieodzowny element ich relacji. Po chwili twi'lekanka postąpiła kilka kroków do przodu i przytuliła uczennicę.
- Uważaj na siebie.
I w jednej chwili Era pojęła czym było to nowe wiszące w powietrzu między nimi. Rozstanie.
Miała świadomość, że zapewne jeszcze się zobaczą, będą dzieliły śmiech i słowne utarczki, pewnie nawet staną ramie w ramię do walki. Ale mimo to właśnie się rozstawały. Jakaś epoka w ich wzajemnej relacji skończyła się, na jej miejscu kiełkowało coś innego, być może lepszego jednak niepewnego, jak wszystko w tych szalonych czasach.
- I kto to mówi? – odparła odwzajemniając uścisk.
Teraz wystarczało rozewrzeć ramiona by nastała słodko-gorzka samodzielność.
******
Lot okazał się znacznie bardziej pracowity niż zazwyczaj. Era była za to wdzięczna Mocy, przynajmniej miała czym zając myśli.
Własna placówka medyczna. Pomysł wydawał się ambitny i emocjonujący zarazem. Odsuwał odrobinę drzemiące gdzieś głęboko w trzewiach poczucie straty. Czy zawsze jest tak, że na początku nowego etapu rozpaczliwie tęskni się za starym? Nie wiedziała. Jednak Caprice już dawno temu nauczyła ją, że w życiu trzeba iść do przodu, prężnie i z uniesioną głową.
Więc skoncentrowała się na krokach.
Przed lądowaniem musiała zrobić tak wiele rzeczy. Zapoznać się z dostępnym sprzętem, wycisnąć z T'ra Say jakieś szacunkowe dane o tym ilu rannym trzeba będzie zapewnić opiekę, ocenić stopień wyszkolenia personelu i na podstawie tego zacząć myśleć nad organizacją placówki. O zaległych publikacjach nie wspominając.
Posiłek którego wpierw w ogóle nie planowała przyniósł niespodziewanie ulgę w dławiącym poczuciu osamotnienia. Tych kilka słów wymienionych nad mdłym obiadem sprawiło, że Tamir stał się odrobinę mniej obcy, bardziej prawdziwy.
Czasami znacznie łatwiej było ujarzmić niepokój gdy ubierało się go w słowa. Zwłaszcza gdy zostają one należycie wysłuchane.
******
Wioska widmo. Żadnych zwierząt gospodarskich, pojazdów, przechodniów tylko klony, batalion duchów w upiornie białych pancerzach kroczący ostrożnie drogą. No i ona uzdrowicielka w cywilnym stroju z rozwianą wiatrem, czarną czupryną i pełnym rezerwy spojrzeniem.
Pewny krok i wysoko uniesiony podbródek miały zamaskować onieśmielenie doskwierające Erze bardziej niż się tego spodziewała. Żołnierze wydawali się tak nieprzyjemnie odlegli.
Nigdy nie uważała siebie za kogoś komu ciążyć mogą rasowe przesądy. A jednak patrząc na skoncentrowane na czynnościach klony nie umiała nie myśleć o tym skąd się wywodzili, ani o tym jakie były jej własne korzenie. Miała wrażenie, że cały ciężar wiekowego konfliktu Mandalorian i Echani spoczywa wprost na jej barkach.
Owszem była Echani tylko półkrwi, zaś ich nie dało się nazwać w pełni Mandalorianami tyle, że nie mogla się pozbyć przeświadczenia, że jej biedna matka przewraca się w grobie widząc co przyszło robić jej pierworodnej. Jakby tego jeszcze było mało do całej tej emocjonalnej gmatwaniny dochodziła irytacja na własną głupotę. Bo przecież wcale nie powinno ją to obchodzić. Jako Jedi musiała być ponad sprawami takimi jak zadawnione konflikty, o zakazanym przywiązaniu nie wspominając. Zaś zdanie jej matki przestało mieć znaczenie gdy ta podpisała paniery i pozbyła się problemów rodzicielstwa na rzecz Zakonu.
Mimo to nie umiała patrzeć na swoich podkomendnych bez pewnej dokuczliwej nieufności.
Zbyt wiele niepotrzebnych myśli rozpraszało Erę gdy krocząc u boku majora zagłębiała się w mieścinie. Omiatając wzrokiem budynki pod kątem tego który najlepiej nadałby się na szpital nie mogła się pozbyć wrażenia, że to wszystko jednak nieprawda.
Ot ma jeden z tych realistycznych snów po których człowiek przez pół ranka chodzi oderwany od rzeczywistości, ale w końcu powraca do własnych spraw zostawiając marę gdzieś w oddali.
Wybuch był prawdziwy. Z całym swoim łomotem, swądem spalenizny, powiewem gorącego wiatru na twarzy i drżeniem niesionym przez ziemie oraz powietrze. Wraz z oślepiającym błyskiem umysł uzdrowicielki nagle sam stał się jasny i zupełnie pusty. Przez kilka sekund patrzyła tylko na lecące rakiety, słuchała terkotu wystrzałów nie mając bladego pojęcia co i dlaczego się dzieje. Gdyby biegnący do kryjówki major nie potrącił jej ramieniem pewnie nawet nie wpadłaby na to, że należy się schować.
Dopiero widok leżących na na żwirowej ścieżce osmalonych ciał przywrócił Erze zdolność myślenia. Już niemal wyskoczyła by sprawdzić czy któryś z nieszczęśników jeszcze żyje jednak zatrzymała się w pół kroku.
Mózg Jedi można rozmazać po ścianie dokładnie tak samo jak mózg każdej innej istoty. Czy nie to powtarzała Caprice za każdym gdy ta zwykła zmierzać prosto w objęcia kolejnej awantury? Więc zdaje się powinna zastosować się do własnych rad. Nieruchome ofiary leżały centralnie pod ostrzałem. Dając się zabić nikomu już nie pomoże. Mimo to ten widok wydawał się był dla dziewczyny jak osobista porażka.
Omiotła spojrzeniem pole walki i nagle pojęła, że wciąż dowodzi. A znaczyło to, że nie tylko zalegające na ścieżce ciała są jej problemem, ale i pięciuset pozostałych przy życiu klonów. O całym zadaniu nie wspominając. Mistrzyni T'ra Saa liczyła na nią. Tymczasem Era zupełnie nie wiedziała co robić. Przez kolejne przeznaczone na decyzje sekundy patrzyła tylko na latające rakiety i odpowiadających ogniem żołnierzy. Wszystko wydawało się takie chaotyczne, bezwładne.
Co teraz? Pytanie powodowało lekkie ukucie paniki.
Spokojnie. To po prostu operacja. Kolejna operacja tylko trochę innymi narzędziami. Upomniała samą siebie w myśli. Otworzyłaś jamę brzuszną. Co teraz?
Czuła jak z kolejnym głębokim oddechem wraca zimna skupienie jakie zawsze towarzyszyło Erze gdy sięgała po skalpel.
Wychyliła się i rozejrzała. Znajdowali się nieopodal małego placu na którym spotykały się dwie drogi. Naliczyła cztery budynki z których ich ostrzeliwano. Jeden tuż obok jej kryjówki, trzy w oddali po drugiej stronie drogi.
Cztery ciała obce do usunięcia. Stwierdziła w myśli po czym spojrzała na osamotniony budynek tuż obok swojej kryjówki. Najpierw to, najdogodniej usytuowane, odsłoni pole do manewru dla usunięcia pozostałych.
Obejrzała się i stwierdziła, że jeśli okrążą dom przy którym obecnie przycupnięta i zajdą strzelających od zachodu przez większość czasu powinni być osłonięci przed ogniem nieprzyjaciela. Być może nie było tak źle jak się na początku wydawało.
Dobrze, ale to nie są jedyne narzędzia jakimi dysponuję. Stwierdziła patrząc po towarzyszących jej klonach. Może da rade przeprowadzić trochę bardziej skomplikowaną operację.
Trzy bataliony wciąż zmierzały na miejsce z nimi AD-7453. Chwyciła za komunikator.
- Komandorze. Zostaliśmy zaatakowani, proszę zebrać swoje odziały i spróbować dyskretnie zajść wroga od wchodu. Zalecam zachować ostrożność, może ich być tutaj więcej. Dość wchodzenia prosto w zasadzki jak na jeden dzień. – poleciła już pewnym i stanowczym tonem tak jak na sali operacyjnej zwracał się do droida z prośbą o zacisk.
Gdyby udało się zająć przeciwnika na tyle by nie zauważył trzech batalionów AD-7453 sytuacja mogłaby zacząć wyglądać całkiem przyzwoicie. Oczywiście jeśli po okolicy nie kryło się więcej „ciał obcych”. Tyle, że chwilowo nie miała pojęcia jak mogłaby to sprawdzić.
Pozostanie je usunąć jeśli kiedy się napatoczą. Stwierdziła w myśli wybierając inny kanał komunikatora. Tym razem wywołała kompanie medyczną 72-Legionu.
- Posłać trzy drużyny do razem z komandorem AD-7453 do udzielania pierwszej pomocy rannym. Jedna drużyna do mnie. Reszta czekać w gotowości na dalsze rozkazy.
Gdy sytuacja choć trochę się unormuje każe im zająć jeden z budynków i przyśle tam ciężej rannych. Teraz pozostało tylko rozdysponować tych którzy stali przy niej. Znów w ruch poszedł komunikator.
- Jedna kompania zostaje na miejscu – zwróciła się do klonów ukrytych po drugiej stronie drogi. - Zabezpieczacie drogę odwrotu i poczekanie na drużynę medyczną, jeśli wrogie jednostki wyjdą na plac i drogę zajmiecie się nimi.
W końcu w trakcie ataku na upatrzony budynek z pozostałych trzech może nadejść pomoc. Dobrze było zabezpieczyć się na ten wypadek.
- Reszta za mną. Idziemy się przywitać jak należy – stwierdziła sucho zaciskając dłonie na rękojeści miecza świetlnego.
Po chwili prowadziła już swoje klony wokół chatki przy której się schronili. Tylko raz spojrzała jeszcze na leżące pośrodku drogi ciała.
Jeśli uda mi się zająć budynek będę mogła was stamtąd zabrać Pomyślała czując bolesny ciężar świadomości, że krytyczny czas gdy pierwsza pomoc była najbardziej potrzeba już w większości minął, zaś każda kolejna sekunda zmniejszała drastycznie szanse na przeżycie ewentualnych rannych.
Zacisnęła mocniej dłoń na mieczu.
Bądź teraz ze mną. Chyba nigdy jeszcze cię tak nie potrzebowałam Myślała ruszając do natarcia.
 

Ostatnio edytowane przez Lirymoor : 15-09-2009 o 22:47.
Lirymoor jest offline  
Stary 16-09-2009, 04:01   #12
 
Mizuichi's Avatar
 
Reputacja: 98 Mizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znany
Kastrar udał się do komnat rady, Zastanawiał się jaka zostanie mu przydzielona misja. Był pewny tylko jednego z pewnością nie będzie to coś z czym kiedykolwiek miał do czynienia. Gdy dotarł na miejsce było już tam kilka osób. Drzwi do pomieszczenia gdzie znajdowała się rada otworzyły się. Wyszły stamtąd dwie osoby, Rycerz i jego padawan, który widoczna miał pretensję do swego mentora. Mistrz Yoda objaśnił im wszystkie szczegóły misji . Wszyscy opuścili komnatę. Kastar udał się do windy. Wraz z nim wsiadła tam pewna Jedi, z początku nie zwracał na nią specjalnej uwagi, dopóki ta sama nie rozpoczęła konwersacji:

Opuszczając komnatę rady Era milcząc wpatrywała się przez okno panoramie miasta oraz widocznym za oknami krążownikiem. Nie spieszyło się jej do turbowindy i tak sądząc po liczbie zebranych w jednej turze wszyscy się nie zabiorą. Przez chwilę stała jeszcze przy oknie czekając aż maszyna wróci na górę po wysadzeniu pasażerów. Na bladej twarzy odbijało się łagodne światło dnia nadając jej znacznie mniej zaciętego wyrazu niż zwykle.
Gdy w końcu zjawiła się winda okazało się, ze nie tylko ona utknęła na górze. Jeden z rycerzy przydzielonych do tego samego zadania znalazł się w kabinie razem z nią.
- Mówi się, że wojna jest jak Hutt. Niby wszyscy wiedzą, że śmierdzi, składa się głównie z ekskrementów i nikomu jeszcze nic dobrego nie przyszło z jego obecności. Jednak prawdziwa wagę problemu pojmuje się dopiero gdy się po tobie przetoczy – westchnęła luźno komentując zarówno nowe zadanie jak i całą sytuacje ostatnich dni po czym wyciągnęła rękę w stronę mężczyzny. - [ Era

- Witaj jestem Kastar – powiedział wyraźnie zakłopotany, wciąż nie przywykł do tego że jest już rycerzem – Z twoich słów płynie wielka mądrość, chociaż nie wiem czy Hut nie miałby nic przeciwko temu porównaniu – zamyślił się na chwilę - Szczerze powiedziawszy mam wiele wątpliwości związanych z tą całą sprawą. Co myślisz o Hrabim Dooku?
Uniosła lekko brew.
- Mądrością bym tego nie nazwała, przynajmniej nie na trzeźwo – stwierdziła po czym zaraz dodała kryjąc gniew za suchym tonem. - A Dooku trzeba zamknąć jak najszybciej zanim na dobre się rozkręci. Nie ważne kim kiedyś był, wyraźnie widać, że pozbył się sentymenty do przeszłości, my też powinniśmy.
Spojrzał znacząco na kobietę.
- Dooku, zdawać by się mogło że miał wspaniałe pobudki do swych czynów, jednak w świetle obecnych wydarzeń, zmuszony jestem zmienić o nim moje zdanie. Niepokoi mnie jednak sprawa Sith który ponoć może mieć duży wpływ na republikę. Czy rada by go nie wykryła? Pozwoliłaby sobie na tak wielkie ryzyko, czy może jednak jest to jedynie próba złamania w nas wiary?
Jego wzrok powędrował na sufit.
- Czy może faktycznie istnieje ten Sith i zagraża nam przez cały ten czas
- Istnieje czy nie istnieje nie widzę jak obecne poczynania Dooku mogłyby mu zaszkodzić. Wręcz przeciwnie im więcej paniki będzie siał, im bardziej osłabi Zakon tym więcej zyska ten domniemany drugi sith w senacie. Jeśli Hrabia potrzebował wymówki powinien był poszukać lepiej. – odparła wzruszywszy ramionami. - Z resztą co można zrobić poza zdaniem się na Radę? Aresztować wszystkich senatorów? Czym się wtedy będziemy różnili od Dooku?
- Aresztować nie, jednak przydałoby się stosowne śledztwo., jeśli sith zasiada w radzie, powinnością Jedi jest go zdemaskować. Chociaż z drugiej strony rada mogła już podjąć stosowne ku temu kroki – Odetchną głęboko – Wielu poległo w bitwie, jeśli separatyści mają pod swoją kontrolą aż tak wiele droidów, czy możemy z nimi wygrać. Na misję poleciało dwustu Jedi, powrócili nieliczni, Wygląda na to że siły Sith są naprawdę potężne, nie wiem czy im podołamy
- A od kiedy to podejmując się jakiegokolwiek zadania wiedzieliśmy czy mu podołamy? Rożne rzeczy dzieją się w galaktyce, pewności nie ma nigdy – westchnęła. - Możemy dać z siebie wszystko i liczyć, że to wystarczy. Chyba nigdy nie można zrobić więcej.
Skupił wzrok na dziewczynie
- Twoje słowa są mądre i chodź wydaje mi się że jestem starszy, nie sposób podważyć, twej mądrości Zakon musi być naprawdę ciężkiej sytuacji skoro wysyła ludzi takich jak ja na misję o takim znaczeniu. Dopiero co zostałem mianowany na rycerza. Mam nadzieję że podołam wyzwaniu.

- Cóż staruszek z ciebie taki jak ze mnie dziecko. – odparła unosząc zawadiacko brew. - I to też moja pierwsza misja bez Mistrzyni, inna sprawa że bardziej martwię się o nią niż o siebie. – spoważniałą na chwilę. - Chciałabym znać już choć trochę więcej szczegółów i mieć jakąś praktykę. Wciąż nie mogę się odnaleźć w tej całej wojskowej otoczce, choć moja Mistrzyni twierdzi, że mam ją we krwi. Moja matka była generałem.

- ja jak do tej pory byłem na jednej samodzielnej misji – uśmiecha się- jednak rozkaz powrotu mi ją przerwał, więc nie udało mi się do końca rozwikłać sprawy. Wspomniałaś o swej matce, dziw bierze że ją znałaś, chociaż w tajemnicy muszę przyznać że spotkałem się parę razy z moim ojcem, gdy jeszcze byłem padawanem. Biedak stracił wzrok, chociaż nie wiem do końca dlaczego, chciałem go namówić by udał się do specjalisty, jednak on uparł się że jest dobrze tak jak jest – westchną ciężki – jednak skoro twoja mistrzyni twierdzi że masz to we krwi, widocznie tak faktycznie jest

- Nie znałam, moja mistrzyni znała. – odparła krótko krzywiąc się nieznacznie zła na siebie, że w ogóle pozwoliła by ten temat wypłynął. Wszystko wina Caprice i jej natrętnego gadania o ucieczce przed dziedzictwem krwi. - Takie rzeczy nie powinny mieć znaczenia, wyrzekamy się ich stając się częścią tych murów. Jestem uzdrowicielką nie żołnierzem. Rada zazwyczaj o tym pamiętała, oby i tym razem nie zapomnieli. – stwierdziła po czym dodała. - Dziwie się, ze miałeś odwagę spotkać się ze swoim ojcem, pewnie nie łatwo było ci go opuścić.
Skoro mieli razem służyć dobrze było coś o sobie wiedzieć. Ponadto w obliczu niedawnej tragedii znajomość z każdym kolejnym rycerzem nabierała nowego znaczenia. Tak niewielu ich było. Powinni trzymać się razem

Zaklął szpetnie, sam na siebie że wyjawił swój sekret z taką łatwością
- Istotnie nie było mi łatwo opuścić ojca – powiedział z oporami – jednak taka jest powinność Jedi, nie wolno nam odczuwać emocji, chociaż wobec tej zasady mam wiele zastrzeżeń, nie chcę jednak postępować wbrew kodeksowi – starał się przekonać sam siebie że nic nie czuje do ojca – kierowała mną zwyczajna ciekawość, nic więcej
Kastar doskonale wiedział że gdyby tak było, wystarczyłaby jedno spotkanie z ojcem, on natomiast sam stwierdził że miało ich miejsce kilka/
- mój mistrz nie była tym zachwycony, jednak jakąś to tolerował... – zrobił krótką przerwę –Zgadzam się z tobą że ważnym jest, by poznać istoty z którymi przyjdzie nam walczyć, ramię w ramię. Jesteś uzdrowicielką, może uda ci się uniknąć bitwy, jednak nigdy nic nie wiadomo. Nigdy nikogo nie zabiłem i zastanawiam się czy byłbym w stanie, czy nie targają tobą podobne niepokoje?

Spoważniała. Był szczery i na szczerość zasłużył. Trzeba mu było przyznać miał talent do poruszania trudnych tematów.
- Zdarzyło mi się... moja Mistrzyni zwykła pakować nas obie w sytuacje które... co cóż od pokojowych były dalekie. Nie chciałam ale tak wyszło... w strzelaninie nie zawsze można nad wszystkim panować. Trzeba pamiętać, że każdy kto podnosi rękę na inną istotę z zamiarem odebrania jej życia musi się liczyć z tym, że straci swoje. Nie wiem za to co by było gdyby kiedyś ucierpiał ktoś postronny. – starała się zachować twardą minę jak zawsze. - I tego się najbardziej w związku z wojną obawiam.

Wpatrywał się przez chwilę na kobietę z wyraźnym wyrazem szacunku
- nie raz zapewne przyjdzie nam dokonać ciężkiego wyboru, nie ram będziemy musieli wybrać czyje życie jest ważniejsze, cóż wydaje mi się że ocenić nasze przyszłe czyny będzie mogła jedynie historia – Zawahał się przez chwilę – Przyznam że już wcześniej myślałem o opuszczeniu zakonu, jednak teraz powróciło to do mnie ze zdwojoną mocą. W tej chwili jestem Jedi, osobom która w pewien sposób jest odpowiedzialna za pokój w galaktyce, nie wiem jednak czy jestem gotów by unieść takie brzemię – zamkną oczy – Czyż życie każdego nie jest bezcenne – Winda zatrzymała się na jednym z pięter – To moje, jedziesz dalej?

-Nie – odparła krótko wychodząc razem z towarzyszem na przestronny korytarz. Zaskoczył ją, nie bardzo wiedziała co powiedzieć. - Nie ma wstydu w odejściu z Zakonu, Jedi nie mają monopolu na bycie dobrymi ludźmi. I wątpliwości to zdrowa rzecz, tylko fanatycy ich nie mają. – czuła się niezręcznie. W ciągu ostatnich dni próby bycia mądrą wydawały się nadzwyczaj bolesne. - Inna sprawa, ze czasem trudno być rycerzem i pozostać sobą. Jako Jedi tracimy znaczną część indywidualnej tożsamości na rzecz kodeksu i innych niepisanych reguł. Z drugiej strony nie można być dobrym Jedi nie będąc wiernym sobie. To sztuka zachować w tym równowagę. Może właśnie dlatego nazywamy tych którzy siedzą w radzie Mistrzami. – westchnęła ciężko. Zwierzać się człowiekowi ledwie poznanemu w windzie, może Caprice miała racje, robiła się zbyt miękka.
- Ja zbyt mocno wrosłam w Zakon, w tą świątynie. Zbyt trudno mi wyobrazić sobie inne życie. Porzucić teraz tyle lat ciężkiej pracy, to wymagałoby wielkiej odwagi.

- Ja również przywykłem do Zakonu, nawet do jego reguł. Opuszczenie go wymagałoby wielkiej odwagi, możliwe, jednak w obliczu wojny również i tchórzostwa, jest to jedna z niewielu rzeczy jaka mnie tu jeszcze trzyma. Moja obecność w świątyni jest przypadkiem, chociaż powinno się rzec że jest wolą mocy – Wziął głęboki oddech – Jesteśmy Jedi, nie pozostało nam nic innego jak tylko poświęcić się całym naszym jestestwem w tym co robimy. Przecież taka jest wola mocy czyż nie?

Nie lubiła tego nowego świata i nowych pełnych niepokoju dyskusji. Nagle sama zapragnęła być daleko, najlepiej w jakiejś kantynie na końcu świata słuchać kiczowatego zespołu ze szklaneczka podejrzanie wyglądającego płynu o dźwięcznej nazwie oddech banthy który po kilku łykach posyłał cię wprost w objęcia niepamięci. Ostatecznie czerwony sektor Nar Shaadda wcale nie był taki najgorszy.
- Nie wiem jaka jest jej wola, wątpię by Rada wiedziała – westchnęła omiatając spojrzeniem innych smętnych przechodniów, każdy zdawał się być z narażony na przynajmniej dwukrotnie zwiększoną grawitację. - [i]Chyba pójdę pograć w piłkę z młodzikami, dusi mnie powoli to całe chodzące mauzoleum, jakbyśmy się sami nakręcali w naszym nieszczęściu

Spojrzał na grupkę przechodzących Padawanów, widać było że są smętni i pogrążeniu we własnych myślach, prawdopodobnie związanych z nadciągającą wojną. Kastar zasmucił się, młodzi nie powinni przeżywać tego wszystkiego, wszakże całe życie przed nimi, nie powinni być obarczeni tak wielkim ciężarem jakim jest wojna
- jeśli rada nic nie wie, po co ona właściwie jest, by nami dowodzić? – Zamkną oczy – nie najlepiej jej to wychodzi, skoro tylu poległo.
Przez chwilę pogrążył się we własnych myślach, martwił się o ojca, jaki wojna wywrze na niego wpływ a jeśli nie przyjdzie mu się już więcej z nim spotkać
- piłka z młodzikami, to jest myśl, wreszcie człowiek będzie mógł nieco odpocząć, Przed naszym zadaniem, przyda się chwila wytchnienia- uśmiechną się – Może i ja się przyłączę

- Cóż, sama wychodzę z założenia, że lepiej nie krytykować nikogo nie wiedząc, że zrobiłoby się coś lepiej. A nie sadze by ktokolwiek z nas byłby w stanie sobie poradzić z sytuacją lepiej niż Rada. – stwierdziła po czymś uśmiechnięta się. - Mamy w końcu sześć godzin, przydałoby się je jakoś przyjemnie wykorzystać. Czemu nie z dzieciakami? Jeśli ktos tu się jeszcze śmieje to chyba tylko one, nawet mistrz Yoda nie umie tej malej plagi uspokoić na dłużej niż godzinę. Pomartwić się jeszcze zdążymy. – uśmiech kontrastował z wymową słów.

- Przyznam że z twych słów płynie wielka mądrość, Twoja mistrzyni dobrze ci wyszkoliła, Rad jestem że przyszło mi cię poznać. Dałaś mi dałaś mi wiele do myślenia – uśmiechną się – mam szczerą nadzieję że nie jest to nasze ostatnie spotkanie. Teraz choćby, może przynajmniej uda nam się nieco uprzyjemnić czas dzieciom przed naszą misją – przerwał na chwilę – mam dowodzić eskadrą myśliwców, cóż na za wyróżnienie. Dzięki tobie wiem już na pewno że dam z siebie wszystko

Zaskoczył ją. Czyżby zakaz zawierania bliższych więzi zmieniał ich aż tak bardzo, że jedna rozmowa z kimś niemal obcym mogła tak wiele znaczyć. Inna sprawa że sam nie zawsze lubiła status samotnej wyspy. A inny Jedi miał choć podstawy by zrozumieć istotę problemu.
- Może, chociaż wypadłoby to wiarygodniej gdyby jeszcze sama chciała mnie słuchać. – stwierdziła aż za dobrze świadoma, że życie jeszcze nie raz zweryfikuje tą ich holocronową mądrość.- Dziurkuje zawsze służę radą i skalpelem... zwłaszcza skalpelem. – uśmiechnęła się szelmowsko.
Im bliżej docierali do części zamieszkanej przez młodzików tym lżejsze robiło się powietrze. W końcu pojawił się i śmiech. Czysty dziecięcy, pozbawiony ciężaru odpowiedzialności i tragedii.
Na boisku jak zawsze uganiała się zgraja małych istot różnych ras, nie4zalerznie gdzie i przez kogo urodzone dziecko było dzieckiem. Najpotężniejszym z symboli życia. Życie. Tego właśnie teraz potrzebowała.
Przyspieszyła by schwycić piłkę gdy ta energiczniej uderzona wypadła z boiska.
- No kwiecie przyszłego rycerstwa. Razem z Mistrzem Kastarem mamy dla was propozycję. Mecz Jediballa dziewczynki kontra chłopcy o dzisiejszy deser. Kto się zgadza?
Radosny pisk wystarczył jej za odpowiedź.

Kastar wysłuchał z uwagą słów młodej jedi w drodze na boisko, w duszy musiał stwierdzić że jeszcze przed nikim nie otworzył się aż tak bardzo. Z całą pewnością była wyjątkowa, Cieszył się że ją spotkał, ta rozmowa przyniosła mu wiele ukopania.
- Wbrew pozorom twoja mistrzyni z pewnością cię słucha, nawet bardziej niż sobie z tego zdajesz sprawę – uśmiechną się - no już jesteśmy prawie na miejscu
- No proszę, jacy wszyscy szczęśliwi – powiedział widząc reakcję dzieci. – Musicie jednak wiedzieć że jestem świetnym piłkarzem – zaśmiał się głośnio – czy dziewczynku gotowe są oddać swój deser chłopom

-Patrzcie jak się napuszyli. Zobaczymy kto tu jeszcze będzie się cieszył deserem – odparła lekko podrzucając piłkę chwile przeczekała głośne deklaracje poparcia. - Moc bez ograniczeń ale grzecznie żeby nikt nie płakał, w razie czego pomoc medyczna na miejscu. – rzuciła Kastarowi piłkę. - No panowie, tacy jesteście mocni w gębie to pokarzcie co potraficie.

Jedi kilka razy podbił piłkę do góry po czym ustawił ją na środku boiska,
- W takim razie zaczynajmy – powiedział po woli, kopiąc piłkę do jednego z młodzików. Sam ustawił się pod bramką - Pamiętajcie tylko że piłka jest sportem dla mężczyzny
Zaraz po pierwsze straconej bramce krzykną:
- Kurcze – bacząc na obecność dzieci

Dziewczyna również ustawiła się obok bramki, nie chodziło w końcu o zabranie malcom piłki ale o zabawę razem z nimi. Rzadko kiedy miała czas pamiętać jak wiele przyjemnie było być dzieckiem.
- Nasi panowie chyba mają dzisiaj zły dzień! – zakrzyknęła Era po tym jak piłka po raz drugi trafiła do bramki Kastara . Sama z przyjemnością. Po drodze zdarzyła się jeszcze przerwa na opatrzenie otartego kolana, na szczęście obyło się bez łez, młody devarionianin był twardy jak na młodego chłopca przystało. Druga połowa przeszła już bez większych emocji, choć panowie strzelili honorową bramkę na wyrównać już im się nie udało.
Gdy schodzili z boiska w ogólnej atmosferze przekomarzanek i próśb o umówienie się na rewanż przywitała Kastara szerokim uśmiechem. Uznała, ze nic więcej nie potrzeba. W końcu leżącego się nie kpie.

Kastar po meczu przeczesał swoje czarne włosy po czym powiedział
- Piękna gra, nie ma co – Po chwili zwrócił się do chłopców – Widzicie co się dzieje jak nie docenia się dziewcząt, potrafią nam nieźle przyłożyć, lepiej się z nimi liczy – spojrzał na swoją drużynę – mam nadzieję że grzecznie oddacie swoje desery tak jak ja to zrobię – wyszczerzył zęby – No teraz zbieramy się, czas na trochę treningu
Wyszedł z sali wraz z młodą Jedi
- Wspaniały mecz – powiedział cicho – Gdyby nie ten młody Padawan nie strzelilibyśmy ani jednego gola, jestem pod wrażeniem. Zdaję się że wygrałaś mój deser – zaśmiał się - Chyba czas żebyśmy się rozstali i przygotowali się do misji, jednak mam nadzieję na rewanż w przyszłości

- Jak tylko wrócimy i dzieciaki będą chciały – stwierdziła nie przestając się uśmiechać. Natrętne Jeśli wrócimy odegnała z myśli. Czuła się odprężona i chciała taka jeszcze pozostać. - Do zobaczenia na stołówce.

Kastar zaśmiał się
- kiedy już wrócimy – mocniej zaakcentował te słowa – Rozegramy rewanż, nie ma żadnego ale, nie waż mi się wcześniej umierać bo uznam to za walkower – Wiedział że żarty w takich czasach są najbardziej potrzebne
Udał się w kierunku swojej komnaty, Chciał zebrać myśli i przygotować się do wyprawy

Dwoje Rycerzy rozstało się i każde ruszyło w swoim kierunku. Kastar udał się od razu do swojej kwatery. Mecz sprawił mu wiele przyjemności i dał nieco wytchnienia od zmartwień codzienności, jednak teraz musiał wrócić na ziemię. Chciał jak najlepiej się przygotować. Gdy tylko otworzył drzwi do swojego lokum, ujrzał swojego mistrza. Siedział na jednym z krzeseł.
- Jesteś, słyszałem że dostałeś jakieś zadanie, spodziewałem się ciebie trochę wcześniej, co cię zatrzymało?
- Byłem u młodzików, graliśmy tam w piłkę
- To coś nowego, wydawało mi się że nigdy nie przepadałeś za takimi rzeczami
- Namówiła mnie do tego Jedi imieniem Era, wspólnie byliśmy na odprawie

Asmen zamyślił się na chwilę.
- jak się czujesz, niedługo wyruszasz – Spytał z powagą w glosie
- Dobrze, zważając na okoliczności, na razie wiem jedynie że będziemy odbijali planetę, nie wiem jeszcze jaka mi w tym przypadnie rola

- Poradzisz sobie, gdybyś nie był gotów, wciąż byś był moim padawanem
- Nie wiem czy tak nie byłoby lepiej mistrzu – odpowiedział cicho – Wciąż mam wrażenie że zbyt mało wyniosłem z misji u twego boku
Jedi wstał ze swego miejsca u podszedł do byłego ucznia, kładąc mu rękę na ramieniu.

- Jesteś gotowy, już niebawem się o tym przekonasz – po tych słowach skierował się do drzwi.
Kastar został sam, mając nieco czasu pogrążył się w medytacji, wszakże jest to najlepszy sposób to odpowiedniego przygotowania się do misji.

Parę godzin później Znajdował się już na pokładzie okrętu klasy Venator. Tam też został T'ra Saa objaśnił wszystkim szczegóły planu. Kastar został dowódcą jednego ze szwadronów myśliwców. Nie czuł się najlepiej z tą myślą. Pod jego komendą mieli znaleźć się ludzie, był za nich odpowiedzialny, czy podoła tak wielkiemu zadaniu, nie wiedział. Gdy narada się skończyła, udał się do hangarów by tam spotkać się osobami z swoimi podkomendnymi. Gdy wszyscy się już zebrali, Jedi szybko zlustrował wszystkich wzrokiem po czym powiedział:
- Mógłbym wam teraz mówić że walczymy o szczytny cel, nie zrobię tego jednak, jest wojna a my jesteśmy żołnierzami, naszym zadaniem jest bronić innych. Dostaliśmy zadanie i musimy je wykonać Jeśli przyjdzie nam przy tym zginąć, zróbmy to z honorem, walczmy do ostatniego tchu... – przerwał na chwilę by zaczerpnąć tchu – Niech moc będzie z wami. Możecie się rozejść
Nie wiedział czy jego małe przemówienie odniesie efekt jakiego się spodziewał, chciał dodać otuchy tym wszystkim z którymi przyjdzie mu służyć. Miał jednak wrażenie że nie poszło mu najlepiej, nigdy nie był wielkim mówcą.
Gdy Flota wyszła z Nadprzestrzeni Kastar siedział już w swoim myśliwcu, czekał na otwarcie się hangaru. Trochę to trwało, jednak wreszcie wrota rozsunęły się. Gdy tylko w słuchawce usłyszał rozkaz do startu, ruszył, zaraz za nim zrobił to samo cały siódmy szwadron. Z początku Kastar nie miał zbyt wiele do roboty. Większość ataków separatystów wymierzona była w myśliwce. Jednak po przybyciu reszty wrogiej floty sytuacja diametralnie się zmieniła. W chwilę potem dwa myśliwce pod jego komendą eksplodowały.
- Szwadron niebieski, zmieniamy szyk na V, przystępujemy do ostrzału wroga, musimy ochronić niszczyciele – rozkazał – Lećcie za mną. Niebieski dwa lewe skrzydło niebieski trzy prawe
Taktyka była prosta trzeba było stworzyć jak najskuteczniejszy mór dzielący niszczyciele od nacierających wrogich myśliwców. Gdy tylko podlecieli bliżej nieprzyjaciela, wciąż posyłając w jego kierunku salwy ognia, robili nawrót po czym ponawiali działanie. Nie było to ławie biorąc pod uwagę że w trakcie nawrotu nie mogli odpowiadać ogniem, jednak dzięki takiej strategii, można było lepiej zorientować się w sytuacji i nie wlecieć w sam środek wrogich oddziałów. Wrogich myśliwców wciąż przybywało, sytuacja wyglądała beznadziejnie. Mogło by się zdać że szyki obronne zostaną zaraz przełamane i cały atak skupi się na niszczycielach.
 
__________________
It matters little how we die, so long as we die better men than we imagined we could be - and no worse than we feared.

11-02-2013 - 18 -02.2013 - Nie ma mnie.

Ostatnio edytowane przez Mizuichi : 16-09-2009 o 04:04.
Mizuichi jest offline  
Stary 16-09-2009, 20:24   #13
Inne
 
Col Frost's Avatar
 
Reputacja: 53760 Col Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputację
Shalulira

Po wyciągnięciu Jedi ze statku, Lira pozostawiła go nieprzytomnego na ziemi, a sama postanowiła się rozejrzeć. Spojrzała się dookoła za czymś, co z braku lepszego słowa, można by nazwać drzewem, po czym w błyskawicznym tempie wspięła się na najwyższe.

Po horyzont rozciągało się jasnozielone morze roślinności, gdzieniegdzie nakropione jakąś inną barwą olbrzymiego kwiatu. Dziewczyna odbyła już wiele podróży, ale takiego krajobrazu jeszcze nie uświadczyła. Coś jednak zdawało się czaić w tym pięknym widoku. Coś plugawego, psującego harmonię planety. To coś zestrzeliło statek dyplomatyczny i prawdopodobnie wkrótce zjawi się, by się przekonać czy sprawiło się jak należy. A dym wydobywający się ze szczątków silnika jest świetnym sygnałem nawigacyjnym, widocznym z bardzo daleka. Pozostawało mieć nadzieję, że tym czymś nie są sami Rodianie.

Lira wyciągnęła elektrolornetkę, bo własnymi oczyma nie była w stanie dojrzeć żadnych oznak cywilizacji. Przeszukiwała żmudnie horyzont i wreszcie znalazła. Jakiś nietypowy dla tej planety zarys, jakby gigantyczny bąbel. Prawdopodobnie tutejsze zabudowania, chociaż z tej odległości trudno ocenić.

Dziewczyna zauważyła coś jeszcze. Już miała chować urządzenie, jednak jej uwagę przykuła roślinność znajdująca się jakiś kilometr od jej pozycji. Wyższe partie "drzew" delikatnie rozchylały się, by po chwili wrócić do swojej pozycji. Wskazywało to na fakt, że jakiś pojazd naziemny przedziera się przez dżunglę, od strony znalezionego miasta. Tak prędko przysłali pomoc? I to drogą lądową?

Nejl

Nejl obudził się, ku własnemu zaskoczeniu, na zewnątrz statku. Pierwsze co zobaczył to Consular, niemal wbity w ziemię. Jedi rozejrzał sie dookoła, ale nie zobaczył nikogo, nawet żadnych ciał. Jednak ktoś musiał przeżyć katastrofę, bo kto go wyciągnął na zewnątrz?

Próbował wstać, ale nie było to łatwe. Największą przeszkodą okazał się piekielny ból głowy, który nie pozwalał skupić myśli. Po paru minutach nieco zelżał i Ricon mógł w pewnym stopniu przemyśleć swoją sytuację.

Postanowił zajrzeć do wnętrza statku. Gdy znalazł się w pierwszym pomieszczeniu, będącego miejscem dla pasażerów i części załogi, jego oczom ukazał się niezbyt przyjemny widok. Przy wejściu do kabiny pilotów leżał z rozbitą głową nawigator. Na swoim miejscu, przypięty pasami, siedział martwy radiooperator. Kabina pilotów prawdopodobnie była zmiażdżona, więc i tam nie znalazłby nikogo żywego. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że może któryś z technicznych przetrwał, ale po chwili zobaczył, że i oni byli martwi. Brakowało tylko młodej Jedi, której nigdzie nie mógł znaleźć...

Nejl zajrzał do ładowni w poszukiwaniu jakichś zapasów. Na jego nieszczęście misja była czysto dyplomatyczna i nie przewidziano potrzeby posiadania większej ilości żywności niż podróż na Rodię. W zapasy na drogę powrotną mieli ich wyposażyć miejscowi. Dlatego większość rzeczy jakie znalazł, to zapasowe części do Consulara, w tym momencie zupełnie niepotrzebne. Znalazł też trochę jedzenia, ale starczy tego może na cztery dni, dla niego samego. I to jeżeli będzie oszczędzał.

Kolejnym krokiem była próba kontaktu z kimkolwiek. Niestety nie był w stanie połączyć się przez terminal z Coruscant, bądź jakąkolwiek częścią Republiki. Wysłał więc sygnał, mając nadzieję, ze ktoś go przechwyci i dodatkowo, że ten ktoś będzie osobą, która może im pomóc.

Tamir

Klony były dziesiątkowane. Szalejące dookoła eksplozje, nie tylko zabijały, ale również siały zamęt w szeregach żołnierzy. W ogólnym chaosie ciężko było przywrócić jakąkolwiek organizację. Tamir postanowił jednak spróbować:

- Kapitanie. Przekazuję pod twoje dowództwo dwa bataliony. Ruszysz wzdłuż wzgórza, zachodząc wrogów od prawej flanki - rozkazał swojemu zastępcy.

- Tak jest - skwitował krótko oficer i starał się zebrać swoje dwa bataliony. W panującym zamieszaniu okazało się to niemożliwe, więc zebrał grupę ludzi z różnych oddziałów i ruszył przed siebie, będąc wciąż pod obstrzałem.

- Wasza piątka pójdzie na wprost. Jako mały oddział macie szanse niezauważenie znaleźć się w pobliżu wroga i zwiększać jego straty. Będziecie naszymi stróżami - Jedi oznajmił swój zamysł jedynym snajperom, jakich mógł znaleźć. Ci zasalutowali tylko i ruszyli przed siebie.

Tamir zebrał kolejnych żołnierzy, którzy mieli mu zastąpić pozostałe dwa bataliony i ruszył na lewą flankę. A przynajmniej tak mu się wydawało, że to flanka.

Tych, którzy nie zostali zebrani ani przez Jedi, ani przez kapitana, czekał najgorszy los. Wciąż bombardowani nie wiedzieli za bardzo co mają robić. To był chrzest bojowy również dla nich i bez oficerów wydających rozkazy, nie byli w stanie podjąć żadnej decyzji. W końcu opuszczeni i wyniszczeni, postanowili się wycofać poza zasięg dział ze wzgórza.

Tymczasem kapitan szturmował północne zbocze. Niestety słabe rozpoznanie spowodowało, że Tamir nie bardzo wiedział które zbocze jest najsłabiej bronione. Okazało się, że północne jest najlepiej ufortyfikowane. Klony ginęły całymi masami. Wybuchy otaczały je, wciąż przerzedzając ich szeregi. Działa nieustannie je ostrzeliwały. Dodatkowo trafili na pole minowe, nie mówiąc już o wrogich snajperach, zabijających przede wszystkim oficerów. Biedni żołnierze starali się wykonać swój rozkaz najlepiej jak potrafili, ale nie byli w stanie. Ginęli zanim jeszcze mieli okazję choćby zobaczyć wroga. To była rzeź...

Od wschodu piątka snajperów próbowała znaleźć dogodną pozycję do ostrzału. Postępowali w milczeniu w górę zbocza. Nikt im nie przeszkadzał, ponieważ artyleria droidów zajęta była wykańczaniem, tych którzy zostali z tyłu, albo klonów szturmujących od północy i południa. Wciąż jednak nie mogli dostrzec dobrze zamaskowanego przeciwnika. W końcu chyba ktoś ich dojrzał, bo jeden wybuch zmiótł ich z powierzchni ziemi.

Tamir nie wiedział o tych wydarzeniach. Wraz ze swoimi ludźmi atakował od południa. Bombardowanie nie ustawało, a klony wciąż ponosiły olbrzymie straty. Młody Jedi doszedł do wniosku, że chyba atakuje od najgorszej możliwej strony. Nie wiedział, że jemu jest najłatwiej.

Wreszcie dotarli o pierwszych lini przeciwnika. Wreszcie zobaczyli pierwsze droidy B1, przygotowane do obrony swoich pozycji. Teraz mogli się im odpłacić pięknym za nadobne. Blaszaki otworzyły ogień, ale czym jest ostrzał z blasterów dla Jedi? Torn z łatwością odbijał te strzały, a gdy dopadł do okopów przeciwnika, zaczął oczyszczać drogę dla swoich ludzi.

Jeden droid padał za drugim. Jedi poczuł dziwną satysfakcję. Nic się już nie liczyło tylko to, żeby te puszki wreszcie zostały zniszczone. W bezpośrednim boju z klonami, B1 nie przedstawiały już takiej wartości bojowej. Teraz to one były niszczone jeden za drugim, a nawet całymi grupami.

Po paru chwilach dopadli stanowisk artylerii. Te były już słabiej bronione i wybicie obsługi nie było wielkim kłopotem. Pozostawało wciąż skończenie z oporem na pozostałych zboczach, ale atak od tyłu pozostawał już tylko formalnością. Wzgórze ZX11 znalazło się w rękach Republiki.

Tamir po wysłaniu grup na pozostałe zbocza stanął w pobliżu jednego działa i spojrzał w dół wzgórza. Trawa rozpościerała się horyzont, a na niej setki białych plam. Byli to martwi żołnierze, którzy nawet leżąc byli doskonale widoczni. Nikt nie pomyślał o maskowaniu, a w okolicy nie było nawet drzew, za którymi można by się ukryć. Do wzgórza nie można było podejść bez zwrócenia uwagi jego obrońców, jeżeli nosiło się biały uniform.

Jedi spoglądał na poległych z żalem w sercu. To on za nich odpowiadał i zawiódł ich wszystkich. Wykonał zadanie, ale za jaką cenę? Czy było warto?

Era

- Komandorze. Zostaliśmy zaatakowani, proszę zebrać swoje odziały i spróbować dyskretnie zajść wroga od wchodu. Zalecam zachować ostrożność, może ich być tutaj więcej. Dość wchodzenia prosto w zasadzki jak na jeden dzień - rozkazała Era przez komunikator.

- Tak jest - usłyszała w odpowiedzi.

Kolejne rozkazy posypały się jak gdyby dziewczyna była zaprawionym w boju generałem. Za każdym razem odpowiadało jej krótkie "Tak jest", ewentualnie ktoś bardziej oryginalny dodawał "sir".

Młoda Jedi cofnęła się nieco ze swoimi ludźmi, okrążyła budynek, przy którym stała, a następnie ruszyła na stojący obok. Droidy spodziewały się ataku z tamtej strony, ale chyba ich ogólny plan przewidywał stratę tego domu, gdyż żaden nie był wyposażony w ciężki sprzęt. Jedyne co mogły robić to ostrzeliwanie nacierających.

Era biegła na czele odbijając tyle strzałów ile była w stanie. Kilka klonów padło na ziemię, ale wreszcie dobiegli pod ścianę. Jakiś szeregowiec wyważył nogą drzwi, a kilku innych wrzuciło do środka granaty. Potężna eksplozja wstrząsnęła fasadami domu.

- Myślę, że parter czysty - stwierdził sierżant.

Mylił się. Gdy tylko wpadli do pierwszego pomieszczenia, w którym leżały dwa droidy B1 w kawałkach, od strony wejścia do drugiego pokoju padły strzały. Jeden klon upuścił karabin chwytając się za ramię, ale kolejne granaty uspokoiły wrogiego strzelca.

Dziewczyna wpadła do drugiego pomieszczenia nie zastając tam nikogo. Przez okno dojrzała budynki naprzeciwko, które zaprzestały ostrzału straciwszy przeciwnika z oczu.

Ruszyła na piętro. Gdy tylko stanęła na drugim, może trzecim stopniu, wszystkie droidowskie karabiny na piętrze poczęły w nią strzelać. Jedi starała sie skoncentrować jak tylko mogła. Wiązki laserów odbijały się od świetlnej klingi, która przecinała powietrze tworząc piękną grę świateł, i zmierzały ku ścianie, albo z powrotem ku blaszakom. Dwa z nich padły.

Era w końcu dotarła na samą górę i wykończyła dwa kolejne droidy. Klony załatwiły dwa ostatnie. Budynek był czysty. Pytanie kiedy dotrze tu komandor?

Kastar

Wkrótce formacja V rozerwała się i myśliwce ruszyły na indywidualne pojedynki pełne uników, skomplikowanych manewrów, pościgów i ucieczek. Kastar już na początku zdołał zestrzelić dwa droidy co nieco podbudowało jego pewność siebie.

- Niebieski-6, gdzie jesteś?! Przydałaby mi się twoja pomoc!

- Już do ciebie lecę Niebieski-2, wytrzymaj jeszcze trochę.

- Nie dam rady! Dwóch leci za mną!

- Spokojnie Niebieski-6.

- Niebieski-6, tu Niebieski-9. Jestem zaraz za tobą!

- Juhuuu! Jestem twoim dłużnikiem Niebieski-9!

- Postawisz coś dobrego i jesteśmy kwita.

Ciężko było rozróżnić, który pilot w danym momencie mówił. Wszyscy mieli identyczny głos, co trochę myliło Kastara. Dobrze, że przynajmniej się przedstawiają.

- Niebieski-2, co się dzieje? – spytał Jedi spostrzegając, że z jednym myśliwcem jest coś nie tak.

- Nie wiem, sir. Silniki tracą moc. Chyba mam awarię.

- Niebieski-2 wracaj natychmiast do hangaru.

- Nie wiem czy dam radę, sir. Maszyna wciąż zwalnia. Aaargh...

Droidy wykorzystały usterkę i zestrzeliły biedaka. Myśliwiec eksplodował i zostały po nim tylko małe odłamki.

Sytuacja wciąż się komplikowała. Z nadprzestrzeni wyskoczył kolejny zespół blaszaków, dzięki któremu Konfederacja przewyższała siły Republiki już niemal dwukrotnie.

- Skąd oni się biorą, do cholery?

- Uspokój się Niebieski-4. Skup się na własnym zadaniu.

- Sam się skupiaj Niebieski-10. Ja mam tu kilka spraw do załatwienia.

I właśnie wtedy we wszystkich maszynach, poprzez główny kanał została przekazana wiadomość wprost od mistrzyni Saa.

- Uwaga - zabrzmiał głos świeżo mianowanej generał. - Do wszystkich myśliwców, niszczycieli i innych jednostek. Wycofujemy się. Powtarzam. Wycofujemy się. Myśliwce mają natychmiast powrócić na niszczyciele. Flota robi zwrot w kierunku 125 i skaczemy.
 
Col Frost jest offline  
Stary 17-09-2009, 04:37   #14
 
Mizuichi's Avatar
 
Reputacja: 98 Mizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znany
Bitwa rozpoczęła się na dobre, jak można było się domyślić taktyka obrana przez Kastara nie mogła działać w nieskończoność. Myśliwce rozproszyły się i rozpoczęły samodzielną walkę z wrogiem. Nagle jedi dostrzegł dziwne zachowanie jednego V-19
- Niebieski-2, co się dzieje?
- Nie wiem, sir. Silniki tracą moc. Chyba mam awarię.
- Niebieski-2 wracaj natychmiast do hangaru.
- Nie wiem czy dam radę, sir. Maszyna wciąż zwalnia. Aaargh...

Coś w sercu Kastara zadrżało, stracił kolejnego to się nie powinno stać, wiedział że nie mógł nic zrobić, mimo to miał wrażenie że to jego wina. Dwoje spośród pozostałych przy życiu klonów wdało się w krótką rozmowę, jednak jedi ich nie słuchał. Po chwili z nadprzestrznieni wyskoczyły posiłki dla separatystów. Jakby mało było tego że już wcześniej przewyższali liczebnością wojska republiki, teraz ich siły stały się jeszcze większe.
W myślach Kastar powtórzył sobie słowa generała: ”nie spodziewamy się większego oporu” śmiechu warte, ktoś u góry nieźle nawalił. Po chwili wszyscy dostali rozkaz powrotu.
- Słyszeliście generała – powiedział głośno – Zabieramy się stąd
Wszystkie myśliwce zaprzestały dalszej walki i skierowały się w stronę hangaru, problemem teraz było przedrzeć się do niego. Jedi raz po raz musiał unikać strzałów nieprzyjaciela, podobnie zresztą klony. Nagle rycerz zobaczył jak za jednym z myśliwców podąża maszyna wroga.
– niebieski-10 masz bandytę na ogonie – Krzykną do mikrofonu – Trzymaj się już lecę
Szybko zrobił zwrot by znaleźć się tuż za nieprzyjacielem. Teraz wystarczyło oddać tylko czysty strzał. Celownik automatyczny już na namierzał cel.
Jeszcze tylko trochę niebieski-10 wytrzymaj – powiedział próbując dodać otuchy nie tylko klonowi ale i samemu sobie.
Chwilę później po myśliwcu nieprzyjaciela pozostały jedynie, swobodnie dryfujące w przestrzeni kosmicznej, szczątki. KastarOdetchną z ulgą, udało się. Ze słuchawek usłyszał głos, który jak się domyślał należał do niebieskiego-10:
- Dziękuję Sir
– Nie ma sprawy, wracamy do hangaru
Chwilę trwało nim udało im się dolecieć. Jednak Wreszcie byli na miejscu. Jedi nie wiedział czy dodarli jako ostatni. Wróg przytłoczył ich liczebnością a w ferworze walki ciężko było rozglądać się dookoła.
- Szwadron niebieski na miejscu – Zakomunikował przez radio po czym opuścił maszynę.
Klony już zebrały się w jednym z pomieszczeń. Kastar Wszedł do małego pokoju, przyjrzał się wszystkim zebranym, wyruszyło ich dziesięciu, powróciło siedmioro, dla nikogo nie było to przyjemne. Jedi odbierał to jako osobistą porażkę, był odpowiedzialny za tych ludzi, zaufali mu a on ich zawiódł.
[i]- Dobrze się spisaliście [i] – powiedział cicho – Jestem z was dumny, nie mogłem sobie wymarzyć lepszego szwadronu... – przerwał na chwilę – [i] Straciliście w tej bitwie braci, walczyli dzielnie i odeszli z honorem, nie smućcie się jednak, będą żyć zawsze w waszych sercach... jak i w moim
Statek zdążył już wejść w nadprzestrzeń, Kastar nie mógł się pogodzić z faktem że na planecie zostali ich ludzie, chciałby jak najszybciej tam wrócić i pomów w walce. Czuł się paskudnie. Poza tym odczuwał jeszcze coś, coś co było mu zupełnie obce, nieznane. Był wściekły, rozkazano im walczyć, mówiono że to nie będzie trudna misja. W jego głowie ponownie zabrzmiały słowa generała; ”Nie spodziewamy się większego oporu” Co za brednie. Młody Jedi po raz pierwszy ujrzał na własne oczy prawdziwe oblicze wojny i to co zobaczył, wcale mu się nie spodobało. Śmierć zebrała wielkie żniwo. Pośpiesznym krokiem udał się do swojej kajuty, czekając na dalsze rozkazy. Musiał wszystko przemyśleć, odetchnąć, lecz przede wszystkim wyprzeć to nieprzyjemne uczucie gniewu i bezsilności. Wszedł do swojego lokum, usiadł na łóżku i zwiesił swobodnie ręce, pochylając się przy tym do przodu. Wpatrywał się w podłogę. Dobrze wiedział że gdy tylko zamknie oczy, obrazy z pola walki powrócą, że ponownie ujrzy eksplozje myśliwców. Zastanawiał się co by powiedział teraz jego mistrz. Zapewne coś w stylu: „Nie martw się, taka była wola mocy” . Lub inną z wielu jego mądrości, których brak Kastar Odczuwał teraz bardziej niż kiedykolwiek. Wojna dopiero się zaczęła a on już odczuwał jej skutki, wiedział że jeśli kiedyś to się skończy, to nigdy już nie będzie taki sam. Uniósł głowę do góry i w myślach powtarzał sobie kilka razy: Wszystko będzie dobrze. Po czym usiadł na podłodze krzyżując nogi i przystąpił do medytacji, jednak wciąż nie pozwolił sobie na zamknięcie oczu.
 
__________________
It matters little how we die, so long as we die better men than we imagined we could be - and no worse than we feared.

11-02-2013 - 18 -02.2013 - Nie ma mnie.
Mizuichi jest offline  
Stary 22-09-2009, 22:23   #15
 
Lirymoor's Avatar
 
Reputacja: 26 Lirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodze
Miecz świetlny. Narzędzie zniszczenia stanowiące jeden z najbardziej jednoznacznych symboli strażników pokoju. Bijąca po oczach sprzeczność niewątpliwie mieściła się w pierwszej trójce powodów dla których Era zżyła się ze swoją bronią. Jednak najistotniejszą role pełniły więzi znacznie silniejsze niż tradycja której chciała być wierna czy też jej własnej lubiącej przywiązanej do przeciwności.
******
Caprice usiadła naprzeciw uczennicy. Minę miała nietypowo jak na siebie poważną. Pod zmarszczonymi brwiami błyszczały zielone oczy pełne powagi okraszonej delikatną nutką smutku. To była jedna z tych nielicznych okazji gdy wyglądała jak Mistrz z prawdziwego zdarzenia. Era poczuła jak przeszywa ją płynące poprzez Moc napięcie gdy obca z namaszczeniem ułożyła pomiędzy nimi zawiniątko po czym wolno rozchyliła poły białej husty.
Miecz z pewnością nie należał do Caprice. Można było się tego domyślić chociażby po rękojeści, była za duża, zbyt toporna, jak na gusta twi'lekanki, dopasowana do silnej, męskiej dłoni.
Era poczuła nieurastający ucisk w gardle, serce stanęło na chwile by zaraz potem zerwać się do galopu, jakby usiłowało gdzieś uciec. Jego rytm zagłuszył łagodny głosik przestrzegający przed kolejnym niepotrzebnym emocjonalnym obciążeniem. Mądre nauki o tym, że przeszłość powinna zostać przeszłością mignęły bez echa gdzieś w świadomości dziewczyny gdy wyciągała rękę po broń.
Z niecierpliwością i strachem namacała włącznik. Nic. Nacisnęła po raz kolejny tym razem mocniej. Cisza. Przywarła kciukiem do przycisku.
- Nie działa. – Caprice przemówiła zachowując pełen powagi ton jaki malował się na jej twarzy. - Zanim wezwano mnie po ciebie na Thyrsus był w porządku. Potem po prostu przestał. Sprawdzałam, na pierwszy rzut oka wszystko wyglądają jak trzeba, może jakiś drobny układ się przepalił...
Albo serce zwyczajnie stanęło. Dokończyła w myśli Era odkładając ostrożnie broń. Twi'lekanka w milczeniu wyjęła z przybornika przy pasku klucz po czym podała go padawance. Przesłanie nie mogło być jaśniejsze.
Rozkręcenie obudowy nie zajęło wiele czasu, szkolącej się na chirurga dziewczynie ręce nie zatrzęsły się ani razu.
Po chwili widziała już kryształ, jasny i smukły Ogień Durinda. Wydawał się tak kruchy w oprawie z metalowych ogniw. Mistrzyni nie musiała nic tłumaczyć. Gdy tylko Era dotknęła chłodnej powierzchni wiedziała, że nigdy nie znajdzie właściwszego, choćby miała milenia na poszukiwania. On już był jej bardziej niż cokolwiek na świecie.
- Rada tego nie pochwali – wykrztusiła.
- Ale też nie zabroni. Z resztą nie sądzę by pamiętali o mieczu – odparła Caprice. - Chyba, że nie chcesz.
- Chce.
Twi'lekanka w milczeniu skinęła głową. W takich chwilach Era lubiła to ich ciche porozumienie. Dobrze było nie musieć tłumaczyć, ale mieć świadomość, że jest ktoś kto po prostu wie. Zwarła wolno palce kryjąc prezent w zaciśniętej pięści. W sercu czuła ptasią lekkość wciąż niewinnie dziecinnej radości. Miała w sobie coś z powitania.
******
Gdy stanęła na szczycie schodów powietrze wciąż wypełniał wizg wystrzałów, przy każdym oddechu czuć było swąd spalenizny. Srebrzyste ostrze buczało miarowo odbijając kolejne wiązki. Jego dźwięk wydawał się kojąco stały, wręcz leniwy w porównaniu z kakofonią laserów.
Uderzenie rozpędzonego adrenaliną serca. Zamach, miecz przeszedł przez blaszane korpusy lekko jak przez dobrze wypieczony udziec nerfa. Uderzenie serca. Dwa strzały za jej plecami. Waląca się na pogodę sterta nadtopionego metalu. Uderzenie serca. Głębszy oddech. Skończone.
Westchnęła chłonąc powracające poprzez Moc echa niedawno stoczonej potyczki. Każdy wystrzał postawił ślad niczym głośny krzyk w wąwozie, wibracje odbitego echa przeszywały młodą Jedi na wskroś atakując wyostrzone przez zagrożenie zmysły. Wybuchy granatów, jęki rannych, pustka po zniszczonych droidach.
Sensacja była ożywcza, na tyle niepokojąca by zmusić zalewany ulga umysł do dalszej czujności i poprzez bolesny podźwięk tragedii równoważyć wzbierającą euforie zwycięstwa.
Tym razem się udało. Co dalej?
Era obróciła się do towarzyszących jej klonów i uniosła pionowo miecz przy twarzy w geście pozdrowienia, jakim Caprice nauczyła dziewczynę kończyć pojedynek z którego byłą zadowolona. Srebrzyste ostrze zdawało się dzielić twarz dziewczyny na dwie części, odgraniczając lodowaty blask srebrnego oka od mrocznej głębi tego ciemnego.
- Dobra robota panowie – powiedziała głośno, tak by ci na dole też usłyszeli, choć nie zmierzała się drzeć. - A teraz przetrząsnąć dokładnie budynek od piwnicy po dach. Zajrzeć w każdą szparę. Mogli zostawić nam tu jakąś pożegnalną niespodziankę, o ewentualnych maruderach nie wspominając.
Podejrzewała, że gdyby droidy zaminowały budynek już szybowaliby gdzieś w połowie drogi do atmosfery, jednak upewnić się nie zaszkodziło.
Nacisnęła włącznik, ostrze zgasło z cichym sykiem. Idealnie dopasowana do dłoni rękojeść w czasie walki zrobiła się przyjemnie ciepła. Era pamiętała, że jeszcze biegnąc przy ścianie budynku trzymała ją kurczowo jak ostatni skafander na niedoszczelniającym się statku. Jednak gdy tylko ostrze wyłoniło się z emitera wychodząc naprzeciw pierwszym wystrzałom uchwyt stał się lżejszy, naturalny.
Był przy niej cały czas, delikatna przygaszona obecność promieniująca z kryształu. Zazwyczaj po trzydziestu sekundach takiego kontaktu zapominała o nim, jednak wystarczyło tylko sięgnąć myślą by znów rozbłysł. Uspokajał ją dodawał pewności siebie. A tej potrzebowała i to bardzo. Sukces podbudował w Erze pewność siebie. Mimo to wciąż miała wrażenie, że stąpa po krawędzi wibroostrza.
Wolnym krokiem ruszyła w dół schodów patrząc na kotłujących się po budynku żołnierzy. Poprzez zatłoczony pokój spojrzała w okno. Ich drogę do zwycięstwa znaczyły zaległe na trawie ciała. białe pancerze wyraźnie odcinały się na tle zieleni.
- Kto z was przeszedł szkolenie pierwszej pomocy? – rzuciła pytanie w tłum z zadowoleniem widząc podnoszące się ręce. - Dobrze, weźcie kilku kolegów i zbierzcie rannych zza budynku. Jak trafi się przypadek krytyczny wołać mnie – poleciła rzucając jednemu z klonów zabraną przezornie apteczkę, bywały misje podczas których brała je nawet do łóżka. Caprice nie była na tyle miłosierna by pakować się w tarapaty jedynie za dnia.
- Tak Sir! – jeden z żołnierzy zasalutował po czym ruszył do drzwi.
Sir? Słowo pojawiało się już wcześniej ale byłą zbyt zaaferowana by zwrócić na nie uwagę. Westchnęła ciężko. Albo powinnam zapuścić włosy i zacząć nosić większy dekolt. Albo ktoś zapomniał chłopcom wspomnieć o fundamentalnych prawach biologii. W przyrodzie gatunki zazwyczaj dzielą się na dwie płcie i pośród rozlicznych różnic między nimi jest też taka, że do jednaj płci mówi się „Sir” a do drugiej „M'am”. Z taką odmianą tego zwrotu przynajmniej spotykała się dotychczas.
Dotarłszy na parter podeszła do wychodzącej na plac okiennicy i delikatnie uchyliła ją kierując wzrok ku trzem okupowanym przez wroga budynkom. Była gotowa postawić swoją głowę, że tam już nie pójdzie im tak łatwo. Podniosła do oczu makrolornetkę uważnie patrząc na grunt wokół domów.
Pomimo strat wciąż miała przy sobie niemal pięćset klonów. Zajęte budynki nie były wiele większe niż ten który właśnie zdobyli, nawet jeśli ciężej je obsadzono teoretycznie mieli szanse sobie poradzić. Pytanie za jaką cenę?
Chwyciła za komunikator.
- Komandorze zajęliśmy pozycje w zachodniej części wioski. Jeśli nie znajdzie pan dogodnego podejścia od wschodu proszę do nas dołączyć. Wróg dysponuje rakietami, lepiej nie atakować z otwartej przestrzeni – zmieniła nieznacznie swoje poprzednie rozkazy. Sytuacja nie wyglądała dobrze, teren może nie był może płaski jak talerz ale zbyt wysokich pagórków też trudno było uświadczyć, o jakiś zaroślach nie wspominając.
- Tak jest?
Może ten „Sir” wcale nie jest taki zły, przynajmniej wzbogaca im repertuar. Pomyślała. No i owszem zwrot odmienia się w przypadku oficerów. Tyle, ze ja oficerem nie jestem, Dowodzę nimi jako Jedi. Na rycerza też mówi się "Sir" i tutaj nie jestem już taka pewna czy się odmienia. Ehh... niech im będzie póki n ie mają na myśli obrośniętego pleśnią przetworu mlecznego.
- Kiedy mogę się pana spodziewać?
- Jeśli blaszaki nie sprawią problemów za godzinę
Zdusiła westchnienie.
- Rozumiem, proszę zachować ostrożność. Wyraźnie się nas spodziewali, kto wie czy nie mają stanowisk gdzieś w okolicy. Na razie sobie radzimy, gdyby to się zmieniło zostanie pan poinformowany. Powodzenia.
Zakończywszy rozmowę wciąż wodziła wzrokiem po okolicy. Teren wokół zajętych budynków był zadeptany, trudno ocenić czy nie zaminowany. Sama będąc na ich miejscu na pewno by go zaminowała gdyby tylko miała czym. Powoli odwracając się coraz bardziej ku drodze dostrzegła ciała zaległe w pyle i zacisnęła mocniej palce na uchwycie lornetki.
Minęła chwila podczas której walczyła z poczuciem gniewnej bezsilności nim sięgnęła Mocą ku osmolonym pancerzom. Odebrała słabe impulsy, bólu i życia. Ktoś przetrwał.
Byli tak blisko ale wciąż poza zasięgiem. Nie mogła do nich dotrzeć bez wystawiania się na ostrzał.
Więc co? Będą umierać kilka metrów od pomocy. A ja sobie postoje i popatrzę? Jeszcze czego.
Stanowczym ruchem opuściła lornetkę i odwróciła się do klonów.
- Na drodze leżą wasi koledzy którzy dostali się pod ostrzał gdy weszliśmy do wioski, część z nich wciąż żyje. Zamierzam ich stamtąd zabrać i potrzebuje kilku ochotników – oznajmiła tonem spokojnym i stanowczym zarazem.
Musieli mieć świadomość, że akcja ratunkowa nie będzie należała do bezpiecznych. Patrząc w czarne wizjery hełmów zdała sobie sprawę jak bardzo chciałaby widzieć ich twarze. Przynajmniej mogłaby lepiej ocenić co myślą. Co czują. Brakowało jej tego kontaktu. Usiłowała więc wysondować poprzez Moc reakcje i pobudki tych którzy się zgłosili.
- Dobrze, reszta zając stanowiska strzeleckie. Kiedy otworzą do nas ogień możecie spróbować zlokalizować wroga po wiązkach. Dobrze by było też ustalić gdzie jest wyrzutnia rakiet... – mówiła tym samym stanowczym tonem.
...a gdyby ktoś z was ją jeszcze zdjął... eh te marzenia. Dodała w myśli.
- Ponadto jeden pluton rozejrzy się po wiosce. Zajrzycie do tych chat które mijaliśmy i tych do których możecie się dostać nie zarażając się na ostrzał z pozycji nieprzyjaciela. Sprawdzicie czy nie ma tu jeszcze gdzieś blaszaków i byłabym wdzięczna jakieś ślady po cywilach. W razie problemów meldować do kapitana. – Poszukała spojrzeniem oficera usiłując poprzez Moc wyczuć jego reakcję. W końcu jeśli coś się jej stanie, to on przejmie dowodzenie. - Pytania?... Dobrze, ochotnicy za mną.
******
Plan wyjaśniła im po drodze gdy przemykali się na swoja pierwotna pozycje przy drodze.
Zatrzymali na chwilę się za rogiem okrążanego już po raz drugi długiego budynku tuż obok ich nowego zdobycznego posterunku. Obróciła się do żołnierzy plecami i nakreśliła mieczem w powietrzu elipsę.
- To przestrzeń za moimi plecami którą mogę w miarę skutecznie chronić przed ostrzałem. Przypatrzcie się uważnie i zapamiętajcie. – Powtórzyła ruch tym razem wolniej. - Na tym opiera się cały plan.
Znów ruszyła przed siebie pewnym krokiem cały czas na czele oddziału. Przyjemnie było czuć na twarzy świeży powiew wiatru, bez fetoru spalenizny. Pytanie ile będzie jej dane się tym cieszyć.
- Podejdziemy tak blisko jak się da bez wychodzenia pod muszki blaszaków. Tam wskaże wam którzy z leżących na drodze żołnierzy wciąż żyją. Następnie pójdziemy po nich. – Wzięła głęboki oddech. Brzmiało tak przyjemnie prostu. Niestety wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli wyjdą na drogę mają nikłe szanse dojść daleko.
- Ja biorę na siebie ogień... – powiedziała stanowczo nie powalając by dręczące ją wątpliwości dotarły do uszu żołnierzy. Mierzyła wysoko. Oby tylko nie spadła przy okazji z hukiem, cóż przynajmniej będą wiedzieli, że nie wyśle ich tam gdzie sama nie miałaby odwagi pójść. W końcu to był jej „genialny” pomysł i jeśli ktoś miał przez niego ucierpieć to powinna być właśnie ona. - ...w tym czasie jeden z was będzie szedł za mną trzymając się w bezpiecznej strefie za moimi plecami. Pilnujcie się, gdy zaczną strzelać będę miała masę rzeczy na głowie i nie mogę cały czas śledzić czy ratownik jest tam gdzie być powinien.
Na schodach sobie poradziła, choć był to największy ogień z jakim przyszło jej się w życiu zmierzyć. Była trudno ale dała sobie radę. A teraz miało być znacznie gorzej.
-Gdy dojdziemy do rannego, ratownik podniesie go i wracamy do kryjówki. Cały czas w tych samych rolach. Wy martwicie się o ofiarę ja o ostrzał. Nasłuchaliście się pewnie tyrad o tym, że z rannym trzeba postępować ostrożnie. To święta prawda tyle, że teraz nie ma na czasu delikatność. Musimy wszystko przeprowadzić szybko. I tak najpewniej jesteśmy jedyną szansą jaka będą mieli. Czas jest czynnikiem krytycznym.
Aż za dobrze zdawała sobie sprawę, że zbyt długo pod ostrzałem nie wytrzyma. Drugą ważna rzeczą było zgranie. Jeśli nie zdoła utrzymać wspólnego tempa z klonem nikogo nie uratują, wręcz przeciwnie będą kolejni ranni do transportu.
- Gdy dotrzemy do kryjówki już bezpieczną drogą zabieracie poszkodowanego do budynku gdzie zostanie opatrzony. A ja z kolejnym ratownikiem ruszam po następnego. Jakieś pytania?
- A co będzie jeśli wystrzelą rakiety? – odezwał się jeden z klonów.
Zatrzymała się ponownie odwracając twarzą do rozmówcy. To było dobre pytanie. Moc dawała jej możliwości niedostępne dla żołnierzy, teoretycznie przy jej pomocy możliwe było odchylić lot rakiety na tyle by nie trafiła w nich. Ani w któryś z moich oddziałów. Już lepiej we mnie niż w nich Upomniała sama siebie w myśli. Mistrz Yoda na pewno umiałby zrobić coś takiego. Ale czy ona dałaby radę?
- Nie wiem. Zobaczymy jeśli nadlecą – odparła zgodnie z prawdą. Nie byłą pewna czy da radę z samymi wiązkami lasera, co dopiero mówić o rakietach. Za to wiedziała że nie może tak po prostu zostawić bez pomocy kogoś kto umierał. - To niebezpieczne przedsięwzięcie. Zbyt wiele jest niewiadomych, zbyt wiele może pójść nie tak. A nawet jeśli wyciągniemy z drogi kogoś żywego może być już zbyt późno by go uratować. Jeśli ktoś z was chce się wycofać wciąż może to jeszcze zrobić.
Resztę drogi przebyli w milczeniu przemykając się blisko muru do kryjówki która już raz ocaliła im życie. Dziewczynie po głowie błąkały się wspomnienia starych holofilmów które czasem oglądała z mistrzynią. Lekkie produkcje o wielkim odkryciom i ekspedycji która dzielnie stawiała czoła przeciwnością i zazwyczaj była wybijana nimal co do nogi. Myśli młodej Jedi nie przyciągała jednak fabuła lecz jeden z komentarzy jakimi Caprice okraszała seanse. Wciąż dźwięczał jej w uszach niczym natrętny insekt którego nie sposób się pozbyć: „Jak to jest, że to właśnie medyk zawsze pierwszy kończy w stanie krytycznym?”
Przycupnąwszy w gotowości Era oczyściła umysł z niepokoju, wyzbyła się wahania. Musiała to zrobić jeśli chciała być w zgodzie z samą sobą. Zamierzała ocalić tych ludzi. Jak zawsze dać z siebie wszystko. Reszta była już wola Mocy. A ta była wszędzie wokoło. Wyzierała z suchego pyłu pod kolanami, razem z wiatrem igrała we włosach dziewczyny, tętniła w ciałach przyczajonych obok klonów, ślizgała się po jej ramionach wraz z ich czujnym spojrzeniem. Jedi usilnie starała się z nią stopić, tak jak uczono ją od dzieciństwa. Powoli zatracić siebie w ogromie oddechu samej galaktyki po to by spojrzeć na otaczający ją świat z innej, pełniejszej perspektywy. Nie było to łatwe, jakaś część jej indywidualności zawsze walczyła gdy przychodziło do stania się anonimowym przekaźnikiem dla której przysięgała służyć własnym życiem. Trzeba było wielu laty ćwiczeń by to opanowała i wciąż nie zawsze się udawało.
Nie wiedziała jak długo klęczy w bezruchu uporczywie ściskając w dłoni miecz świetlny nim w końcu skoncentrowała się na tyle by sięgnąć ku leżącym na drodze klonom. Poszukać śladów gasnącego życia.
Gdy poczuła, że jest gotowa dała znak do rozpoczęcia.
 

Ostatnio edytowane przez Lirymoor : 24-09-2009 o 22:34.
Lirymoor jest offline  
Stary 23-09-2009, 06:16   #16
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 3620 Tyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputację
Im dłużej Lira siedziała wśród liści i przez elektrolornetkę spoglądała na rozciągającą się w każdym kierunku dżunglę w poszukiwaniu choćby zarysu budynku, tym bardziej swe wargi wydymała w niespokojnym wyrazie. Najwyraźniej przyszło im „wylądować” w miejscu idealnie wręcz oddalonym od każdej możliwej cywilizacji na tej planecie. Obserwacjom towarzyszyła mnogość odgłosów - szelesty, trzaski, gwar dzikich zwierząt, których wśród tej gęstwiny nie sposób było dostrzec. Tylko czasami na granicy jej pola widzenia poruszyły się niespokojnie liście, czy też z donośnym skrzekiem wzbiło się w niebo jakieś skrzydlate stworzenie. Pozornie nic czego trzeba byłoby się obawiać, jednak na początku kazało to kobiecie spoglądać pośpiesznie ku przyczynie ruchu.
Jedno co mogła powiedzieć to to, że dżungla wydawała się być morzem o wielu odcieniach zieleni, czasami tylko naznaczonym przez kwiecie o jaskrawym kolorze. Gdzie by się nie spojrzało tam było właśnie ono, rozciągające się aż po sam horyzont. To nie tak, że zachwycała się byle krajobrazem, ale po prostu dawno czegoś takiego nie widziała. Niewiele planet mogło się pochwalić tak dużą ilością roślinności, aż dziwne, że na tej jeszcze miasta wszystkiego nie pożarły. Chociaż.. możliwe, że to właśnie wśród tej zieleni czaiło się coś, co nie pozwalało na zniszczenie tego wszystkiego.
Poczuła delikatny, acz zimny dreszcz łaskoczący ją wzdłuż kręgosłupa. Aż musiała się obrócić na moment, by upewnić się, że niczego za nią nie ma i nic nie wlepia w nią kilku par ślepi. Będąc w samym środku tej dziczy, nawet nie chciała myśleć czyim domem są te wszystkie drzewa i na czyim terytorium aktualnie ona sama się znajduje. Tutaj pewnie nawet nie można było zaufać żadnym małym, puchatym zwierzątkom z zimnymi noskami, bo mogłyby się okazać śmiertelnie niebezpiecznymi bestiami z ostrymi zębami.

Ponownie uniosła elektrolornetkę do swych oczu by wznowić poszukiwania. Ale to nie tylko tutejsza flora i fauna wzbudzała niepokój. Te elementy tworzyły tutejszą naturę, należały do tej planety, żyły z nią w harmonii w przeciwieństwie do tego czegoś co ich zaatakowało. Ktoś zdecydowanie nie chciał tutaj Jedi, skoro posunął się do zestrzelenia statku dyplomatycznego. Ten ktoś nie zadowoli się pewnie tylko tym, ale będzie chciał sprawdzić co się z nimi dalej stało. W takim miejscu, w chwili gdy dym z silnika zdradza ich miejsce położenia, są aż za bardzo otwarci na potencjalne ataki. I.. i..
Tam, w oddali. Zarys czegoś, co wcześniej pozwoliła sobie zignorować, a teraz wydawało jej się jeszcze bardziej wybijać z zielonego morza, psując misterną konstrukcję dżungli. Sugestia budynku w mniejszym lub większym stopniu przypominającym… bąbel. Nie miała wcześniej możliwości zaznajomienia się z tutejszymi zabudowaniami, ale i tak było bardzo wysoce prawdopodobne, że w końcu natrafiła na jakiś ślad cywilizacji. Dobry punkt zaczepienia dla takich rozbitków jak dwójka Jedi.
Kątem oka jednak złapała coś jeszcze co nie pasowało do krajobrazu, więc zaraz tam skierowała swą uwagę. Nie tak daleko od niej samej, swoiste korony drzew wydawały się rozchylać, co wyraźnie wskazywało na to, że coś tam się porusza i kieruje się w stronę wraku statku. Pomimo usilnych starań nie była w stanie dojrzeć choćby fragmentu pojazdu, gdyż dżungla rosła zbyt gęsto, aż dziwne że cokolwiek większego niż człowiek było w stanie się wśród niej przemieszczać. Wniosek: ktoś się do nich zbliżał, ale nie wiedziała jakie ten ktoś ma do nich nastawienie, co akurat mogło mieć spore znaczenie w aktualnej sytuacji. Nie była w stanie uwierzyć, że to mogłaby być pomoc wysłana z budynku, który dostrzegła w oddali. Była do tego tak bardzo sceptycznie nastawiona, że gdyby była pokryta sierścią, to owa by się w tym momencie zjeżyła na jej karku. Ale nie była, na swoje szczęście.
Wychodziło na to, że jeśli Lira i jej towarzysz mieli się dowiedzieć kim są ich goście, to dopiero gdy ci już do nich przybędą. Osobiście uważała, że zostanie przy statku i czekanie byłoby zupełnie pozbawione sensu. Szczególnie, że nie wiedziała na co by miała czekać, a jeżeli niespodzianką okazałaby spora grupa nieprzychylnie nastawionych do Jedi tubylców, to zdecydowanie nie byłoby zbyt dobre położenie. Chwyt z „ojej, przepraszam bardzo panie władzo, ale leciałam statkiem i nie zauważyłam tej planety” miał zerowe szanse powodzenia w takiej sytuacji, bo przecież to mógł być właśnie ten ktoś kto ich zestrzelił.
Sądząc po ruchu wśród zielonej gęstwiny, pojazd nie poruszał się ku nim zbyt szybko, więc mieli tą chwilę lub dwie na zareagowanie i nie pozwolenie na wzięcie się z zaskoczenia. Musiała jeszcze tylko powiadomić o tym wszystkim drugiego Jedi, jeśli ten już odzyskał świadomość umysłu.
Elektrolornetka wróciła na swoje miejsca pod płaszczem, a kobieta zaczęła schodzić z drzewa, by w końcu miękko uderzyć podeszwami butów o ziemię. Wróciła tam gdzie zostawiła Ricona aby spostrzec, że go nie ma. Nic nie wskazywało na to, żeby został przez coś porwany i zaciągnięty gdzieś w celu zostania czyjąś przekąską, a nie podejrzewała też, aby sam postanowił kontynuować misję. A faktem było to, że wcześniej odczuła wiadomość do siebie kierowaną, ale już pochłonięta była poruszeniem wśród drzew. Teraz rozwalony Consular zdawał się być aż za bardzo oczywistą odpowiedzią na pytanie o położenie jej brata z Zakonu. Wspominając swoją poprzednią wizytę w tej machinie, tym razem dość ostrożnie weszła do środka, jakby nie ufała tej rzeczy jak najbardziej martwej. I znalazła tam swoją zgubę majstrującą przy terminalu.

-Jesteś przytomny. Dobrze - Stwierdziła jakże błyskotliwie Lira po szybkiej ocenie stanu mężczyzny od dołu do góry i od góry na dół nim jeszcze ją dostrzegł. Stawiając krok za krokiem szła w kierunku swego towarzysza, by podzielić się z nim najnowszymi obserwacjami okolicy i zdobytymi dzięki temu informacjami.

-Byłam w stanie dojrzeć w oddali jakiś budynek przypominający.. cóż.. bąbel, niezły kawałek stąd jeśli będziemy mieć szczęście i się od razu nie zgubimy w tej dżungli - Ostatnie słowo wypowiedziała w taki sposób, jakby to było jakieś przekleństwo albo po prostu wyraz, który zwykło się wymawiać z odpowiednią dozą zniesmaczenia i wzgardy. Przy okazji delikatnie wyciągnęła ze swego warkocza zielone pozostałości po adresacie jej chwilowej awersji.

-Ale to jeszcze można uznać za całkiem dobrą wiadomość. Druga jest taka, że ktoś się do nas zbliża. Nie byłam w stanie dostrzec kim może być nasz gość lub goście. Istnieje prawdopodobieństwo, że wysłano do nas pomoc, ale jednocześnie nie można wykluczyć możliwości, że to po prostu ta sama osoba, która nas zestrzeliła chce zobaczyć jak się mamy. Tak czy siak, wygląda to podejrzanie. Z tej też racji proponuję ukryć się nieopodal w taki sposób, by móc sobie ich obejrzeć i ocenić czy są z nami, czy przeciwko nam – Chwyciła palcami kaptur dotąd zwisający luźno na plecach i naciągnęła go sobie na głowę wzdychając przy tym ciężko. – To byłoby problematyczne.

Zachwiała się lekko, gdy postanowiła zacząć opuszczać statek po raz drugi tego samego dnia. Ciągle znajdował się pod dziwacznym kątem, jednak ona teraz pozbawiona była obciążenia, więc i łatwiej jej szło poruszanie się. Czasami tylko dłonią się czegoś podtrzymywała, nadal przy tym kierując swoje słowa do Ricona.

-Na szczęście z ukryciem się nie powinno być większych problemów. W tym akurat pomoże nam ta cała roślinność. Nawet jeśli pomyślą, że zbiegliśmy z tego miejsca, to raczej nie ruszą na poszukiwania. Mogliśmy przecież już stąd odejść dobry czas temu, w dowolnym kierunku, a szukanie dwójki wyszkolonych Jedi wśród tego wszystkiego.. cóż, musieliby być szaleni i jednocześnie znać tę planetę jak własną kieszeń. Zresztą, później będziemy się tym martwić.

Zatrzymała się przy wyjściu z wraku i wychynęła na zewnątrz. Stojąc w takiej pozycji przez kilka chwil nasłuchiwała i rozglądała się po najbliższej okolicy sprawdzając, czy są już jakiekolwiek oznaki zbliżającego się pojazdu. Jeszcze niczego takiego nie było, ale wiedziała, że jeżeli nic mu nie stanie na drodze to zapewne zaraz tu będzie. Po krótkiej ocenie sytuacji obróciła się jeszcze do swego towarzysza.

-Jeśli taki plan Ci pasuje to chodź. A jeśli nie, to radzę się śpieszyć z tworzeniem nowego.

Rzuciła jeszcze pośpiesznie, po czym wyszła z powrotem na zewnątrz. Skojarzyła skąd nieproszeni goście się powinni zjawić i skierowała się zdecydowanie w inną stronę. Pośród wielu, z braku lepszego określenia, krzaków porastających dolne partie dżungli wybrała te, które z punktu widzenia kogoś stojącego przy wraku, wydały się być odpowiednio gęste. Po bliższym zbadaniu okazały się też posiadać nieco kolców, co i tak zbytnio kobiety nie zraziło. Ba! Pamiętała, że jak była mała to zawsze wszędzie musiała wejść, zbadać każdy, nawet najciemniejszy zakamarek, czasami też i ukrywając się głównie dla własnej przyjemności i świadomości, że jej nikt nie widzi, a ona kogoś tak. Po takich eskapadach wracała do domu wyjątkowo umorusana, podrapana, że na początku własna matka jej nie poznawała.
Delikatnie, aby nie pozostawić żadnych śladów po sobie w postaci połamanych gałązek, przedarła się głębiej i zaszyła w mrokach, do których słońce nie mogło dotrzeć przez gęste liście drzew. Ah, taaak. Teraz mogła się poczuć jak jedno z tutejszych zwierząt korzystające z dobroci otaczającej je natury, by z ukrycia przyglądać się intruzom.
 
Tyaestyra jest offline  
Stary 23-09-2009, 09:44   #17
 
Gekido's Avatar
 
Reputacja: 13 Gekido nie jest za bardzo znanyGekido nie jest za bardzo znany
Jeden wielki chaos. Wystarczył ostrzał artyleryjski, by regiment, którym dowodził Tamir poniósł wielkie straty i stracił zdolność bojową. Przynajmniej do czasu, aż Jedi nie zaczął wydawać poleceń, a jego oddziały zaczęły się rozdzielać. Niestety pod ostrzałem, z brakiem doświadczenia, nastąpił podział na cztery grupy, a nie na trzy, jak planował Zabrak. Nie było już odwrotu, nie mógł pozwolić na jeszcze większe straty, bez nawiązania walki, a żeby klony mogły się wykazać, potrzebne było podejście bliżej stanowisk droidów. Ostrzał niestety nie ustawał, a jego siły topniały. Musiał jednak przyznać, że klony były oddanymi żołnierzami. Mimo tak wielkich strat i na pewno osłabionych morale, ciągle podążały za Tamirem, by wykonać powierzone im zadanie. Młodemu komandorowi, który przechodził chrzest bojowy, było zdecydowanie trudniej niż jego podkomendnym. Tak mu się przynajmniej wydawało. Czuł ciężar obowiązku, jaki na nim spoczywał. Poprzez Moc słyszał w głowie echo śmierci swoich towarzyszy i innych klonów, którym przyszło zginąć pod jego rozkazami. Zamykając oczy, zaciskał mocniej dłoń na rękojeści i kroczył dalej...

***

W końcu ich zobaczył. Pierwsze szeregi droidów. Na reszcie mogło dojść do bezpośredniej konfrontacji. Mógł w bardziej doraźny sposób wspierać swoich żołnierzy, to była jego szansa, by wykazać się na polu bitwy i... odpłacić za śmierć towarzyszy.
Ruszając na ostrzeliwujące ich droidy, nie myślał, że chęć rewanżu jest tym, co Jedi nie powinien odczuwać. Teraz liczyło się tylko wykonanie zadanie. Jego ostrze zgrabnie wirowało w powietrzu, odbijając kolejne blasterowe błyskawice, kiedy on sunął w kierunku pierwszych szeregów Konfederacji. Nim jednak zdążył dobiec, część droidów zdążyła już paść pod ostrzałem towarzyszących mu klonów. Tamir musiał przyznać, że w bezpośredniej walce, blaszaki znacznie ustępowały oddziałom Republiki. Jednak na takie rozmyślania i porównywanie aspektów bojowych żołnierzy walczących po obu stronach, przyjdzie czas później. Teraz należało mieć umysł czysty, skupiony na przeciwniku i otoczeniu. Ten drugi element miał znaczenie kluczowe.
Kilka susów później, dwa droidy, które znalazły się na drodze Torna zostały przecięte bez większego problemu jednym, precyzyjnym ruchem. Nim Jedi zdołał dotknąć ziemi, musiał odbić kilka strzałów, a gdy tylko rozciął jeszcze jednego droida, drugi ostrze obudziło się do życia. Okręcając mieczem odbił następne strzały, wystawił dłoń w kierunku grupki droidów, przewracając telekinetycznym uderzeniem. Chwytając pewniej rękojeść, trzymając miecza za plecami, ruszył w kierunku następnych oddziałów. Zbliżając się do nich, przeniósł rękę z mieczem, zza pleców, przekręcił nadgarstkiem i rozciął kolejne dwa droidy. Rozpoczął swój taniec znajdując się pomiędzy kilkoma B1kami, a miecz płynnie przechodził z ręki do ręki, rozcinając kolejne blaszaki. Te zaś, które nie zostały zniszczone z ręki Zabraka, celnie unieszkodliwiały klony, które dopadając do okopów, nie przerywały ognia. Chwilę później, było już po wszystkim. Zdobycie wzgórza, było już tylko kwestią czasu. Tamir spojrzał po swoich żołnierzach, byli gotowi do dalszej walki. To małe zwycięstwo podniosło ich morale. Nadeszła pora, by odbić wzgórze...

***

Było już po wszystkim. Droidy, które zajmowały ZX11 zostały zniszczone, artyleria Konfederacji została przejęta, a wzgórze zdobyte. Jednak Tamir nie mógł tego nazwać zwycięstwem. Oczywiście zadanie wykonał, ale jakim kosztem? Spoglądając na wzgórze usłane ciałami swoich klonów, pytał samego siebie-dlaczego? Dlaczego ta wojna musiała wybuchnąć? Dlaczego to jemu powierzono życie tych żołnierzy? Dlaczego nie mógł być lepszym dowódcą?
Na żadne z tych pytań nie mógł sobie odpowiedzieć. Wola Mocy, usłyszał w głowie głos Yalare. Nie był jednak pewny, czy to na prawdę był jej głos, czy tylko jego własne słowa, wspomożone wyobraźnią, by do niego dotarły. Czy to rzeczywiście było wolą Mocy, czy nie, nie zmieniało to faktu, że Tamir nie był na to gotowy. Z pewnością tak samo, jak większość Zakonu. Żal i smutek ściskał mu serce i gardło. Czuł jak łzy wciskają mu się do oczy. Był taki bezsilny. Nie wiedział, że wysłał drugą i trzecią grupę na pewną śmierć. Droidy były bezlitosne i precyzyjne. Klony, które zaatakowały wzgórze razem z nim, z nadzieją przeszukiwali usłane białymi zbrojami wzgórze, w poszukiwaniu rannych braci. To była jego wina, a przynajmniej tak mu się wydawało. Dodatkowo irytowało go jeszcze jedno. W polu Mocy nie wychwytywał od żadnego z klonów żalu w kierunku jego osoby. Żaden z nich nie miał mu za złe tego, że tak wielu ich braci zginęło. Tamir nie chciał w to uwierzyć. Musieli mieć do niego żal, odczuwać chociażby złość! Może potrafili jakoś ukryć swoje uczucia? Musiał być pewny. Szybkim krokiem podszedł do stojącego niedaleko żołnierza.
- Zdejmij hełm - powiedział rozkazującym tonem
- Sir? - zapytał niepewnie klon odwracając się do Jedi
- To rozkaz - powiedział już słabiej Zabrak
Klon wykonał polecenie. Powoli zdjął hełm, ukazując Tamirowi swoją twarz. Taką samą, jak tysiące innych, które widział na statku podczas podróży. Wszyscy wyglądali identycznie. Widział w jego oczach wiele rzeczy. Siłę, odwagę, pewność. Ale nie dostrzegł zwątpienia, złości ani żalu w kierunku jego osoby. Młody Rycerz, nie rozumiał.
- Możesz założyć... Zebrać wszystkich żołnierzy na wzgórzu i przygotować je do obrony -
Wydał polecenie właściwie od niechcenia, ale to on ciągle tu dowodził. Na razie jednak musiał pogodzić się ze stratą tylu żołnierzy i przemyśleć wszystko, a przede wszystkim, uspokoić się.
Piętnaście minut po zdobyciu wzgórza, był gotów na złożenie raportu. Przez chwilę wahał się, czy powinien go zgłosić Mistrzowie Kocie, czy Mistrzyni T'ra. Postanowił skontaktować się z tą drugą, w końcu to ona została mianowana generałem i była głównodowodzącą całą tą akcją. Zabrak wziął więc komunikator i połączył się z Venatorem.
- Mistrzyni Saa, ZX11 zostało zdobyte, droidy zniszczone, a artyleria wroga przejęta -
 
Gekido jest offline  
Stary 23-09-2009, 20:42   #18
Inne
 
Col Frost's Avatar
 
Reputacja: 53760 Col Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputację
Kastar

Jedi pozostawałał zamknięty w swojej kajucie przez długi czas. Oddawał się medytacji, która go uspokajała. To czego niedawno doświadczył przekraczało wszelkie jego wyobrażenia na temat wojny. Teraz miał jasny obraz dlaczego Dooku należało powstrzymać.

Co ciekawe nikt nie przeszkodził mu w medytacji. Nie został wezwany na mostek. Nie miał złożyć żadnego raportu, ani odebrać nowych rozkazów. Zdziwiło go to i w końcu sam postanowił zobaczyć co się dzieje.

Ruszył na mostek, gdzie spotkał mistrzynię Saa, wraz z mistrzynią Kossex i kilkoma oficerami floty, obmyślających nowe plany nad stołem strategicznym.

- Przedarcie sie nic nie da. Jeżeli po prostu wylądujemy na planecie zostaniemy odcięci od wszelkich dostaw, a dodatkowo Separatyści będą mogli bezkarnie nas bombardować z przestrzeni - mówił admirał.

- Ale, z całym szacunkiem, obecnymi siłami nie jesteśmy w stanie opanować orbity. Trzy Venatory mają poważne uszkodzenia, dwa kolejne mają pomniejsze problemy znacznie uniemożliwiające walkę, pozostałe również nie są w pełni sprawne. Do tego nasze szwadrony myśliwców zostały znacznie przerzedzone, a na uzupełnienia nie mamy co liczyć - odpowiedział jakiś kapitan.

- Możemy poprosić generała Fisto o małe wsparcie. Być może jego flota nie napotkała takiego oporu na Thul - kontynuował admirał.

- Tak właśnie uczynimy - postanowiła T'ra Saa. - Nie mamy innego wyjścia. nie możemy pozostawić pierwszej fali na planecie. Bez środków medycznych, zapasów żywności, amunicji, i ciężkiego sprzętu nie wytrzymają długo. Połączcie mnie z Systemową Armią Kappa - rozkazała.

Na połączenie nie trzeba było długo czekać. Już chwilę potem nad stołem zamiast hologramu planety, która musiała być Elomem, pojawił się wysoki Nautolanin. Jego wielkie, czarne oczy mogły wydać się na początku przerażające, ale po bliższym zapoznaniu dostrzegano bijącą z nich dobroć.

- Witam mistrzyni Saa. Czy coś się stało? - spytał.

- Mistrzu Fisto. Nasz atak na Elom załamał się. Okazało się, że Konfederacja dysponuje tam o wiele większymi siłami niż przewidywał wywiad. Musieliśmy wycofać flotę, ale pozostawiliśmy tam część sił naziemnych. Musimy raz jeszcze spróbować, ale potrzebne nam do tego wsparcie. Czy byłbyś w stanie nam go udzielić? - T'ra wyjaśniła pokrótce.

- Nie widzę problemu. Na Thul nie mieliśmy większych problemów z rozbiciem floty Separatystów. Widocznie nie spodziewali się ataku wymierzonego tak głęboko w ich terytorium. Wyślę tyle okrętów ile będę mógł. Za jakieś 16 godzin powinny być do waszej dyspozycji.

- Dziękuję mistrzu.

- Powodzenia i niech Moc będzie z wami. Fisto, bez odbioru.

- Oby na Elom wytrzymali tyle czasu - powiedziała sama do siebie T'ra Saa.

Era

Ruszyli. Droidy musiały nie spodziewać się takiego posunięcia, bo pierwszego klona zgarnęli z ulicy bez najmniejszego kłopotu. Gorzej miało być później. Gdy tylko weszli po raz drugi na drogę z okien wszystkich trzech budynków zaczęły wylatywać wiązki laserów.

Era starała sie jak mogła ale nie była w stanie odbić ich wszystkich. Było ich zwyczajnie na dużo. Jakoś jednak udało im się znieść z widoku kolejnych dwóch żołnierzy. Ucierpiał jeden z ochotników, który dostał w nogę i w ten sposób został wyłączony z dalszej akcji.

Blaszaki widząc, że ich taktyka niespecjalnie się sprawdza, doszły prawdopodobnie do wniosku, że w ten sposób tylko zasilają szeregi Republiki. W końcu te ranne klony kiedyś wyzdrowieją, a przynajmniej część z nich. Gdy młoda Jedi po raz czwarty znalazła się na ulicy tylko kilka droidów zajęło się jej ostrzałem. Tym razem z łatwością zapewniała osłonę nie tylko sobie, ale i towarzyszom.

Problem polegał na tym, że wróg zaczął strzelać do leżących klonów. Były to strzały na chybił-trafił i większość z nich trafiała w ciała, z których życie uszło już jakiś czas temu. Niestety niektóre dosięgały żywych żołnierzy, którzy w ten sposób zwiększali ilość poległych w tej bitwie.

Era zdołała uratować jeszcze dwójkę podwładnych. Nie mogła już niczego wyczuć w ciałach, wciąż sponiewieranych przez ogień blaszaków. Nie był to miły dla oka widok. Ciała tych, którzy poświęcili swoje życia dla dobra ogółu, były teraz rozdzierane i przypalane blasterami. Z pewnością nie miało to nic wspólnego z chwałą, o jakiej śnili Mandalorianie.

Tamir

- Zebrać wszystkich żołnierzy na wzgórzu i przygotować je do obrony - rozkazał Jedi. Kapitan BR-5521 nawet nie spytał jak ma to zrobić. Może wiedział doskonale jak to zrobić, a może wolał sam się tym zająć niż zdać się na umiejętności taktyczne swojego dowódcy?

- Tak jest, sir - odpowiedział tylko i odszedł rozstawiać żołnierzy.

W tym czasie Tamir rzucił raz jeszcze okiem na to wszystko co go otaczało. Wzgórze zostało zajęte, wróg pokonany, zadanie wykonane.

- Mistrzyni Saa, ZX11 zostało zdobyte, droidy zniszczone, a artyleria wroga przejęta - zameldował przez komunikator. Odpowiedziało mu jednak milczenie. Poczekał jeszcze chwilę, po czym powtórzył:

- Mistrzyni Saa, ZX11 zostało zdobyte, droidy zniszczone, a artyleria wroga przejęta.

Znowu nic. Młody rycerz spojrzał w górę, ale nie dojrzał żadnych oznak bitwy. Żadnych błysków, nic. Co prawda w blasku dnia mógł tego nie dostrzec, ale spodziewał się jednak dojrzeć cokolwiek, co by świadczyło o obecności floty tam gdzie być powinna. Myśli zostały mu jednak przerwane, przez głos w komunikatorze:

- Torn! Torn, zgłoś się!

- Mistrz Kota?

- Nie próbuj skontaktować się z mistrzynią Saa. To nic nie da. Flota wycofała się. Zostaliśmy sami chłopcze.

- Ale jak to...

- Posłuchaj - Rahm Kota przerwał brutalnie - Nie masz co liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Masz utrzymać to piekielne wzgórze za wszelka cenę i tym co masz. Nie dostaniesz artylerii, gdyż ta odfrunęła razem z flotą. Ilu masz ludzi?

- Nie wiem dokładnie. Myślę, że około 700 żołnierzy. Dostaliśmy się pod silny ogień i...

- A działa droidów? Co z nimi?

- Większość została uszkodzona przez obrońców, w momencie, gdy byliśmy już na wzgórzu. Tylko dwa pozostałe sprawne.

- Nie wygląda to za dobrze. Trudno. Musisz utrzymać swoją pozycję. Jest kluczowa jeżeli mamy utrzymać się na tym przyczółku do powrotu floty. Rozumiesz? Masz się utrzymać. Musisz!

Lira i Nejl

Oboje Jedi, po tym jak Nejl wysłał już swoją wiadomość, opuścili Consulara i ruszyli czym prędzej ku najbliższemu gąszczowi. Skryli się tam jak najlepiej potrafili i w ciszy zaczęli obserwować teren wokół statku.

Trochę to trwało, ale wreszcie doszedł ich dźwięk łamanego drzewa, przewracanego przez coś ciężkiego. Wkrótce potem w polu widzenia pojawił się czołg AAT. Na jego wieżyczce spokojnie siedział droid B1.



- Kapralu, sprawdźcie wrak - rozkazał swoim zrobotyzowanym głosem.

- Rozkaz, rozkaz.

Kilka blaszaków dostało się na pokład statku i prawdopodobnie zaczęły przeszukiwać jego wnętrze. W tym czasie pojawiły się jeszcze dwa czołgi i sporo piechoty, w tym kilka droidów B2. Lira skończyła liczenie na trzydziestu pięciu, ale dalszą rachubę przerwał jej kapral, który zameldował:

- Cała załoga nie żyje, sir. Trzech pilotów, nawigator, radiooperator i trzech technicznych.

- A dyplomata?

- Ani śladu, sir.

- Natychmiast sprawdzić całą okolicę za pomocą podczerwieni.

To chyba nie wróżyło dobrze, ukrytym Jedi...
 
Col Frost jest offline  
Stary 25-09-2009, 23:07   #19
 
enneid's Avatar
 
Reputacja: 46 enneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodze
Nejl otworzył drzwi od ładowni i zlustrował ciemne pomieszczenie. Oczywiście oświetlenie tutaj nie działało, pozostawało wiec podejść do każdego z pojemników i sprawdzić co ma w środku. Większość skrzyni zerwała przytrzymujące je pasy i poleciała na jedną ścianę, skierowaną w stronę dziobu. Kilka utrzymało się na miejscu, dwie czy trzy przewróciły się tylko. Lecz nie było tu zbyt wiele jedzenia. Z jakiegoś dziwnego powodu kwatermistrzowie z świątyni nie przewidywali okrętów dyplomatycznych dodatkowych racji, w razie powiedzmy... zestrzelenia.
Rycerz pokręcił tylko głową gdy wyciągnął kilka torebek z racjami z ostatniego pojemnika. Wszystkiego mogło wystarczyć może na dwa dni, a więc niewiele to tutaj pomoże, jeśli droga do cywilizacji okaże się znacznie dłuższa. Trzeba będzie więc korzystać z flory i fauny lasów Rodii, choć to ostanie mogło być śmiertelnie niebezpieczne. Tym jednak mógł się przejmować później, teraz trzeba było stąd znikać. Wyszedł z ładowni i skierowawszy się do swojej kajuty wypakował naprędce torbę podróżna i schował do niej jedzenie, oraz co potrzebniejsze rzeczy.
Później znów obrał kierunek w stronę mostku i przy jednym z terminali zaczął ustawiać komunikator. Starał się przy tym nie zwrócić głowy w stronę ciała nawigatora, które leżało na konsoli w sąsiednim pomieszczeniu. Gdyby zbytnio skupił na nim uwagę... Nejl nie chciał tego. Nie, gdy miał zadanie. Czuł się z tym podle ale wiedział, ze dla dobra misji, nie morze sobie pozwolić na opłakiwaniu tych ludzi... Tak musiało być- chciał sobie wmówić, lecz to go wcale nie przekonywało. Oparł się ciężko o pulpit i zamknął oczy, a jego umysł walczył sam ze sobą...
W końcu skupił wzrok i wystukał kolejną sekwencję na klawiaturze. nie otrzymał jednak żadnej informacji zwrotnej... Czyli antena mogła być uszkodzona, bądź sygnał za słaby. A więc informacja, którą wyśle, może nie dotrzeć do świątyni, na co liczył Ricon, a odebrać ja może ktokolwiek... niekoniecznie sojusznik. rycerz westchnął i i rozpoczął transmisję, spokojnym tonem, pozbawionych zbędnych emocji.
-Tutaj rycerz jedi Nejl Ricon. Ze względu na słaby zasięg komunikatora proszę przesłać tą wiadomość do świątyni jedi- zerknął jeszcze na swój własny zniekształcony obraz, który przewijał się w rogu ekranu.
-Wraz z mistrzynią Shalulira Qua'ire mamy misję dyploamtyczą na planecie Rodii. Nasz statek został jednak zestrzelony nad dżunglą tej planety, przez nieokreślonych sprawców. Załoga okrętu zginęła, ja i Shalulira będziemy kontynuować misję. Bez odbioru.
Rozłączył się i kilka ostatnich poleceń wpisanych kontrolę wysłało przekaz. Teraz pozostawało mieć nadzieję, że wiadomość nie dotrze do Rady, choć i tak dla separatystów ta informacja będzie raczej mało przydatna... chyba że ktoś na jej podstawie określi położenie wraku, lecz pewno nim ktokolwiek tutaj dotrze i tak będą się znajdywać w bezpiecznej odległości. W końcu w tej dżungli nietrudno się ukryć... bądź zgubić.
-Jesteś przytomny. Dobrze - Nejl zaskoczony niemal podskoczył, odwrócił się na pięcie i spojrzał na swą towarzyszkę. Uśmiechnął się nieznacznie.
- Tak, choć nadal czuję się jak w jakimś złym śnie... Dziękuje za wyniesienie z wraku.- spojrzał za siebie po czym kontynuował- Wysłałem wiadomość o naszym lądowaniu, nie wiem czy kiedykolwiek dotrze do Rady. Ale to i tak raczej nie pogorszy naszej sytuacji... A właściwie jak ona wygląda? Po za tym, że siedzimy w środku dżungli, w zestrzelonym okręcie?
- Byłam w stanie dojrzeć w oddali jakiś budynek przypominający.. cóż.. bąbel, niezły kawałek stąd jeśli będziemy mieć szczęście i się od razu nie zgubimy w tej dżungli -Nejl kiwnął głową i zaczął się powoli wspinać do góry wraz z Lirą
-Zawsze możemy zweryfikować nasz kierunek jeszcze jedną wspinaczką do góry. Ważne by mieć zarysowany jakiś cel.- dodał i od razu skrzywił minę. chyba zaczął się starzeć- jak jego mistrz, zaczął puszczać taki złote myśli
-Ale to jeszcze można uznać za całkiem dobrą wiadomość. Druga jest taka, że ktoś się do nas zbliża. Nie byłam w stanie dostrzec kim może być nasz gość lub goście. Istnieje prawdopodobieństwo, że wysłano do nas pomoc, ale jednocześnie nie można wykluczyć możliwości, że to po prostu ta sama osoba, która nas zestrzeliła chce zobaczyć jak się mamy. Tak czy siak, wygląda to podejrzanie. Z tej też racji proponuję ukryć się nieopodal w taki sposób, by móc sobie ich obejrzeć i ocenić czy są z nami, czy przeciwko nam To byłoby problematyczne...- Nejl nic nie powiedział rozważając całą sytuację, która wcale nie wyglądała dobrze. Ktoś zadał sobie trud by ich strącić i o ile nie był to rozpaczliwy gest, pewno nie poprzestanie na tym. Mogła być to wprawdzie grupa ratunkowa, lecz jakaś część umysłu szczerze w to wątpiła. Lira natomiast kontynuowała- Na szczęście z ukryciem się nie powinno być większych problemów. W tym akurat pomoże nam ta cała roślinność. Nawet jeśli pomyślą, że zbiegliśmy z tego miejsca, to raczej nie ruszą na poszukiwania. Mogliśmy przecież już stąd odejść dobry czas temu, w dowolnym kierunku, a szukanie dwójki wyszkolonych Jedi wśród tego wszystkiego.. cóż, musieliby być szaleni i jednocześnie znać tę planetę jak własną kieszeń. Zresztą, później będziemy się tym martwić.
Jedi nadal nic mówił, stał tylko u włazu, podczas gdy jego towarzyszka zgrabnie wylądowała z powrotem na polance utworzonej przez "awaryjne" lądowanie Consulara.
-Jeśli taki plan Ci pasuje to chodź. A jeśli nie, to radzę się spieszyć z tworzeniem nowego.-Nejl jakby teraz oprzytomniał, zeskoczył na dół, i wylądował przykucając by zamortyzować upadek.
-W zasadzie nie, co najwyżej później się będzie improwizować- odrzekł, po czym udał się za Shalulira w stronę zarośli...

Zanim pojawił się pierwszy z pojazdów minęło trochę czasu, które dało się jedynie wykorzystać do szukania najdogodniejsze miejsce do obserwacji. Później pozostało czekać w milczeniu.
W końcu ciszę przerwał basowy pomruk repulsorów i przez zarośla przedarł się charakterystyczny pojazd.
-Droidy Federacji... Czyli misja ratunkowa raczej odpada- szepnął Nejl uważnie obserwując jak czołg zatrzymuje się, a za nim poruszały się kolejne AAT. Wsparciem dla czołgów był również duży oddział droidów, również nowszego typu, a to wcale nie polepszało sytuacji. O ile z jednym czołgiem i niewielkim oddziałem robotów z pewnością by sobie poradzili, to z całym batalionem było to o wiele trudniejsze czy wręcz nieosiągalne
-Chyba nie złapiemy u nich okazji- mruknął do Liry- Jakieś pomysły czy wycofujmy sie?
 
__________________
the answer to life the universe and everything = 42

Chcesz usłyszeć historię przedziwną? Przyjrzyj się dokładnie. Zapraszam do sesji: "Baśń"- Z chęcią przyjmę kolejnych graczy!
enneid jest offline  
Stary 28-09-2009, 07:49   #20
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 3620 Tyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputacjęTyaestyra ma wspaniałą reputację
Shalulira siedziała wśród krzaków i z narastającym w powietrzu napięciem uporczywie wpatrywała się w drzewa, jakby z miejsca chciała je spopielić wzrokiem. Czekanie było irytujące, szczególnie gdy się czekało na nieznane, które mogło jeszcze bardziej pogorszyć ich sytuację. Czas miał w zwyczaju przeraźliwie zwalniać albo wręcz przeciwnie, pędzić szaleńczo do przodu nie dając możliwości na zastanowienie się. Wiedziała nawet jak to działało i nie była z tego zadowolona. Coś złego przychodziło zwykle o wiele szybciej niż to dobre, na które trzeba było długo wyczekiwać. Ot ironia i igraszka losu.
Dalej więc siedziała, a raczej kucała pośród roślinności. Może nie była to zbyt wygodna pozycja, jednak o wiele lepsza niż leżenie w błocie, a i kobieta miała stąd całkiem dobry widok. W takiej chwili miała wrażenie, że ona i mężczyzna obok są za głośno jakby każdy, nawet najdrobniejszy ruch otrzymał premię do dźwięku, a oddychanie było godne dyszenia po maratonie wokół planety pełnej dzikich zwierząt. Ale to przecież było błędne i tylko jej wyobraźnia działała na wysokich obrotach bawiąc się z nią w taki sposób. Nie bawiła się jednak, gdy to z okolic które obserwowała Lira dobiegł warkot wyczekiwanego pojazdu i trzask łamanych drzew.
Niechtojasnacholera.
W myślach skomentowała odpowiednio to, co widziały oczy. Pomoc zwykle nie poruszała się czołgami AAT i zdecydowanie nie zwykła być w postaci droidów. Odpowiedź na to kim są ich nieproszeni goście była aż za jasna, wręcz raziła swoją oczywistością.

-Droidy Federacji... Czyli misja ratunkowa raczej odpada – usłyszała szept Ricona zaraz obok siebie. Kiwnęła tylko delikatnie głową. Była zajęta liczeniem zarówno na to, że coś się zmieni, że to tylko jakiś ponury żart, ale także liczeniem pojawiających się blaszaków. Porzuciła jednak to zajęcie, gdy ich liczba aż za bardzo wzrosła, a to i tak jeszcze nie był koniec. To nie tak, że nie znała się na matematyce, po prostu nie widziała dalszego sensu w odkrywaniu ich rzeczywistej ilości, która mogłaby się okazać zbyt przytłaczająca. Miała też ważniejsze rzeczy na głowie.
Trwało przeszukiwanie wraku statku, więc i miało zostać odkryte, że nie ma tam najważniejszych osób przez które zestrzelono Consulara.

- Cała załoga nie żyje, sir. Trzech pilotów, nawigator, radiooperator i trzech technicznych.

- A dyplomata?

- Ani śladu, sir.

- Natychmiast sprawdzić całą okolicę za pomocą podczerwieni.


Tego Lira się poniekąd nie spodziewała, ale znowu nie zaskoczono jej aż tak, aby miała stracić głowę i wpaść w panikę. Nie byłaby Jedi ani też nie byłaby żywa, gdyby przy byle okazji nie była w stanie zachować czystości umysłu. Została lekko zbita z tropu, bowiem w jej wcześniejszych planach nie było podczerwieni, a teraz jej obecność mogła wszystko popsuć. Taki drobny szczegół, który był w stanie zawalić cały misternie budowany zamek z kart. Choćby nie wiadomo jak dobrze byli teraz ukryci, to i tak ich położenie zostanie ujawnione gdy tylko podczerwień na nich skierują. Droidy szukały dyplomaty i pewnie nie miały zamiaru spocząć dopóki nie wykonają tego rozkazu.
Dyplomaty..
Błysnęła drobna iskierka i zawirowała radośnie.

-Myślą, że na statku był tylko jeden dyplomata – Wyszeptała bardziej do siebie niż do swego towarzysza. To było dobre, mogli tę wiedzę wykorzystać i wokół niej tworzyć swoje dalsze działania.

-Chyba nie złapiemy u nich okazji- mruknął Ricon do swej towarzyszki- Jakieś pomysły czy wycofujemy sie?

Jedna brew kobiety drgnęła delikatnie. A jednak dalej mieli pecha. Teraz nie tylko byli rzuceni w dżunglę na obcej na planecie, ale także rzuceni w dżunglę na obcej planecie z dość negatywnie do nich nastawionym towarzystwem. To jeszcze bardziej wszystko pokomplikowało. W zamyśleniu dotknęła swych warg opuszkami dwóch palców
Zaatakowanie takiej ilości droidów byłoby samobójstwem. Pomimo historii opowiadanym dzieciom, Jedi nie byli niepokonani ani nieśmiertelni. Byli wręcz denerwująco śmiertelni, co zostało pokazane nie tak dawno temu na Geonosis. Może ona i Ricon daliby sobie radę z połową, ale pozostałaby jeszcze ta druga.. no i czołgi, nie mogła ich zignorować. Pewnie gdyby udało się zdobyć chociaż jeden taki, to byliby w stanie się pozbyć intruzów, a przy okazji mieliby porządny środek transportu. Ale to znowu by się wiązało z rzuceniem się w wir walki i pocisków blasterów. Nie widziała tego.
Nie mogli też dłużej się ukrywać, bo prędzej czy później zostaliby odkryci i w tak poniżający sposób schwytani. Z dwojga złego wolałaby dać się złapać w walce niż przez zostanie odnalezioną w krzakach przez jakieś byle droidy. Droidy.. Odkryła kolejne słowo, które wypowiedziałaby z odpowiednią dozą jadu w głosie.
Ale szukali tylko jednej osoby, tak? Jednego rycerza Jedi, a po jakże skomplikowanych procesach polegających na kalkulacji, spokojnie można było stwierdzić, że była ich dwójka. Niedoinformowanie tych chodzących puszek aż się prosiło o bezwstydne wykorzystanie.
Podjęła decyzję.
Lira nachyliła się do mężczyzny by móc cichym, ledwie słyszalnym głosem się do niego odezwać i podzielić swym pomysłem.

-Wycofujemy się. Nie wiedzą o tym, że jest nas dwójka, więc jeśli ruszą za nami to się rozdzielimy. Gdyby złapali jedno z nas, to wtedy drugie będzie mogło ciągle działać na wolności i pomóc. Może nawet znaleźć jakieś miasto, zorientować się w sytuacji i zdobyć sojuszników.

Wprawdzie mówiła do swego towarzysza, jednak spojrzenie w dalszym ciągu kierowała w stronę czołgów i droidów. Obserwowała ich nieprzerwanie, jakby starała się doszukać jakichś słabych punktów, które mogłyby jej teraz okazać się przydatne. Twarz miała ukrytą w cieniu rzucanym przez kaptur spod którego wymknęły się czarne pasma włosów. Oczy o złotych tęczówkach spoglądały tak, jakby dostrzegały coś niewidzialnego dla innych, jednak były to tylko pozory. Nadzieja na odnalezienie jakiegoś choćby drobnego, pomocnego szczegółu połączona z robieniem dobrej miny do złej gry.
Przy ostatnim słowie przez siebie wypowiedzianym uniosła dłoń i wsparła ją na ramieniu Ricona. Dlaczego? Ah.. współdziałanie, współpraca, współ-coś tam. Nie był to jednak mocny uścisk, raczej zaledwie muśnięcie, które może nawet ciało wykonało wbrew jej samej.

-Nie brzmi to jak plan idealny i na pewno nim nie jest. Ale podanie im siebie jak na tacy byłoby głupotą. Prawda?

To właśnie była jej duma. Nawet w przegranej sytuacji, gdzie pewna byłaby porażka, i tak nie dałaby się po prostu schwytać czy zabić. Walka na słowa czy na miecze świetlne – obojętne, byle tylko nie być łatwą zdobyczą. A przeciwko ucieczce.. nie, nie „ucieczce” tylko „subtelnemu wycofaniu się z miejsca zdarzenia” nie miała nic przeciwko. Nie gryzło się to z jej charakterem, ale też nie zwykła tego zbyt często stosować.
Nie czekając na odpowiedź podniosła się nieco, by zaraz zacząć się odsuwać od droidów. Gdyby się spieszyła, to pewnie zaraz by popełniła jakiś błąd i zdradziła im kryjówkę. Wolne acz spokojne poruszanie się też nie było najlepszym sposobem, bo przecież musieli się stąd usunąć, najlepiej jak najszybciej. W takiej sytuacji staranne chowanie ustąpiło miejsca cichemu poruszaniu się w taki sposób, aby ni szelestu ni trzasku nie wydobyć z otaczającej ich natury. Ale ta potrafiła być zdradliwa i z zaskoczenia złośliwie rzucać kłody pod nogi albo, co gorsza, małe gałązki.
 
Tyaestyra jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:44.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169