Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-09-2009, 11:14   #1
Inne
 
Col Frost's Avatar
 
Reputacja: 25300 Col Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputację
[SW] Stracone pokolenie

Era D'an

Era i Caprice powróciły do dziwnie wyludnionej świątyni. Z rzadka można było w niej zobaczyć jakiegokolwiek padawana, o rycerzach już nie wspominając. Zaniepokoiło to obie Jedi. Jeszcze nigdy nie widziały Świątyni tak pustej. Przestronne korytarze i pomieszczenia wydawały się jeszcze większe niż na co dzień, gdy nie widywano w nich tylu osób. W momencie, gdy zmierzały w stronę windy, którą można wjechać na sam szczyt Wieży Wysokiej Rady, minął ich jakiś młody adept Mocy.


Era uważała, że najlepiej złożyć raport z odbytej misji Radzie i wtedy przy okazji dowiedzieć się gdzie zostali wysłani wszyscy nieobecni. Jej mistrzyni uważała inaczej. Była zbyt niecierpliwa, by czekać, aż mistrzowie Zakonu podzielą się z nią wiedzą na ten temat.

- Padawanie – zatrzymała chłopca.

- Tak, mistrzyni? – odpowiedział uprzejmie.

- Powiedz mi, co się stało ze wszystkimi Jedi. Dlaczego Świątynia jest niemal pusta?

- Nie wiem dokładnie. Wiem tylko, że dzisiaj zwołano specjalne posiedzenie Senatu, a zaraz po nim mistrz Windu zebrał wszystkich obecnych rycerzy i starszych padawanów, po czym wyruszył na jakąś planetę położoną w Zewnętrznych Rubieżach. Mnie uznano za zbyt młodego – dodał nieco zawiedziony.

- A twój mistrz poleciał z nimi?

- Tak, mistrzyni. Nikt nie wie właściwie co się dzieje. Wyruszyli wszyscy mistrzowie z Rady. Trochę to niepokojące. Świątynia została pod nadzorem mistrzyni Nu, która w tej chwili jest jedynym rycerzem w tym miejscu, a być może na całej planecie – w głosie chłopca można było rzeczywiście dostrzec, że czymś się niepokoi.

- Nie martw się – Era odezwała się łagodnym głosem. - Twojemu nauczycielowi na pewno nic nie będzie – pocieszyła go.

- Wcale się o niego nie martwię – oburzył się. - Mistrz Drallig jest jednym z największych szermierzy w Zakonie. Nic mu nie grozi.

- Cin Drallig to twój mistrz? - dziewczyna była pod wrażeniem.

- Tak i jestem z tego dumny – dokończył chłopak, po czym odmaszerował w sobie tylko znanym kierunku. Mali chłopcy nigdy nie lubią, gdy ktoś uważa, że się czegoś boją.

Złożenie raportu przed Radą było więc w tej chwili niemożliwe jako, że wszyscy jej członkowie udali się na Zewnętrzne Rubieże. Obie Jedi dowiedziały się jednak skąd pozyskać informację o celu wyprawy Mace'a Windu i pozostałych. Udały się do archiwów.


Spotkały tam mistrzynię Jocastę Nu, która uwielbiała udzielać informacji na wszelkie tematy. Jej ogromna wiedza, którą tak lubiła się dzielić, spowodowała nawet, że została członkiem Wysokiej Rady. Po jakimś czasie zrezygnowała z tego stanowiska, by móc zostać opiekunką biblioteki i właśnie w tym miejscu prawdziwie się odnalazła. Zapytana o powód pustek w Świątyni, chętnie wszystko wyjaśniła:

- Słyszałyście o Hrabim Dooku? Och, jestem pewna, że słyszałyście. Któż o nim nie słyszał w tych niespokojnych czasach? To był zawsze taki miły chłopak. Często przychodził tu do biblioteki, by poznać kolejne tajemnice Galaktyki. Interesowało go niemal wszystko i świetnie chłonął wiedzę. Jaka szkoda, że opuścił Zakon – rozczuliła się. - Wiecie z pewnością, że to on założył Sojusz Separatystyczny i zaczął namawiać poszczególne układy do opuszczenia Republiki? Byliśmy ślepi uważając, że robi to w imię swoich przekonań. Dooku przeszedł na Ciemną Stronę. Przy okazji jakiegoś śledztwa Rada dowiedziała się o jego działaniach na planecie zwanej Geonosis. Zebrał tam przedstawicieli Federacji Handlowej, Unii Technokratycznej, Intergalaktycznego Klanu Bankowego, Gildii Kupieckiej i innych potęg trzymających w swoich rękach tysiące systemów. Okazało się, że ten cały Sojusz ma na celu zniszczenie Republiki i zapanowanie nad Galaktyką. Właśnie dlatego mistrz Windu zebrał kogo się dało i wyruszył, by położyć kres temu szaleństwu. Jeżeli mu się nie uda znowu będziemy mieli wielką wojnę. Tysiąc lat pokoju, tylko na tyle mogła liczyć Galaktyka po pokonaniu wszystkich Sithów. Miejmy nadzieję, że na Geonosis sprawy potoczą się pomyślnie...

* * * * *

Jedi pojawili się następnego dnia. Mistrz Windu powrócił z grupą kilkudziesięciu rycerzy i padawanów. Rozkazano wysłać sygnał do wszystkich strażników pokoju, rozproszonych po całej Galaktyce z różnorakimi misjami, nakazujący natychmiastowy powrót do Świątyni. Co ważniejszym mistrzom pokrótce wyjaśniono zaistniałą sytuację, porozumiewając się z nimi za pomocą Holo-Netu.

Na Geonosis poległo prawie dwustu Jedi. Gdyby nie nagłe przybycie armii klonów, która została zamówiona dla Republiki u klonerów w systemie zwanym Kamino, Dooku i jego armia droidów niechybnie zniszczyłaby cały trzon Zakonu, pozostawiając Republikę właściwie bezbronną. Na szczęście mistrz Yoda przybył niemal w ostatniej chwili by uratować rycerzy, którzy przetrwali i jednocześnie rozbić siły Separatystów zgromadzone na planecie.

Hrabia Dooku i inni przywódcy Sojuszu zdołali jednak uciec. Stało się jasne, że po Galaktyce rozprzestrzeni się kolejna wojna. A do takich nazw jak Wielka Wojna Nadprzestrzenna, Wojny Mandaloriańskie, czy Nowe Wojny Sithów, wkrótce dołączą Wojny Klonów.

Gdy obie strony konfliktu powoli gotowały się do walki, na Coruscant zaczęli powracać rycerze, wcześniej wysłani z przeróżnymi zadaniami, w różne zakamarki wszechświata. Wieści o wydarzeniach z Geonosis i o przejściu Dooku na Ciemną Stronę rozeszły się błyskawicznie. Rada nie wysłuchała ani jednego raportu z misji, które wcześniej sama zaleciła. Zapowiedziano tylko by zgłaszał się każdy kto ma do przekazania jakie wieści na temat wojny. Sama Rada, w nieco uszczuplonym składzie, spowodowanym brakiem dwóch mistrzów poległych w ostatniej bitwie, zamknęła się w swojej komnacie i całymi dniami debatowała nad następnymi posunięciami. Zapowiedziano też wielką uroczystość ku czci poległych na Geonosis.

Kastar Induro

Gdy Kastar powrócił do Świątyni, przywitał go jego dawny mistrz, który również został przywołany ze swojej misji. Asmen Tentor został wcześniej wysłany na Nar Shadda w celu wytropienia źródła narkotyku zwanego Nerod, który ostatnio zaczął się rozprzestrzeniać po niektórych układach. Poinformował swojego ucznia o tym dlaczego wszyscy zostali zawróceni z powrotem do stolicy. O tym co działo się przez blisko 10 lat na Kamino, o zdradzie Hrabiego Dooku, o bitwie na Geonosis i nadchodzącej wojnie. Cała sytuacja wydawała się bardzo podejrzana, ale nie można było nic z tym zrobić. Klony, mimo że ich pochodzenie było niepewne, były w tej chwili potrzebne. Podobnie przypadek, że ktoś prowadzący śledztwo w sprawie próby morderstwa, natyka się na spisek przeciwko Republice, był nietypowy.

Do tego dochodziła jeszcze kwestia tego co Dooku powiedział rycerzowi Obi-Wanowi Kenobiemu o drugim Sithcie, który podobno kontroluje Senat, a w konsekwencji Republikę. Wieść o tym rozchodziła się jeszcze szybciej niż informacje o bitwie. Wiele osób brało ją za kompletną bzdurę, która po prostu miała nakłonić Kenobiego do przejścia na Ciemną Stronę. Niektórzy jednak doszukiwali się w tym czegoś więcej. Dobrze wyszkolony rycerz jakim był Obi-Wan powinien móc zorientować się czy jego rozmówca mówi prawdę. Nie musiał mu powiedzieć całej prawdy, albo przedstawić ją z pewnego punktu widzenia, ale pozostawało to prawdą. Ci, którzy obalali tę teorię odpowiadali, że Ciemna Strona może przytłumić zmysły Jedi.

W Zakonie panowała wielka niepewność. Ci, którzy znali Dooku za czasów jego pobytu w Świątyni, zastanawiali się jakim cudem mógł on ulec i zostać Sithem. Inni starali się patrzeć w przyszłość. Co czeka Republikę i Zakon? Jak potoczy się wojna?

- Spokojnie. Co ma być, to będzie – uspokajał swego ucznia Asmen. - Skup się na tym co jest tu i teraz. Od bieżących wydarzeń zależą przyszłe, a tego co się wydarzyło już się nie zmieni – mawiał, gdy Kastar próbował spytać o jego zdanie w różnych sprawach.

Rada nie chciała przyjąć raportu o misji na Kashyyyk. A może nie tyle nie chciała, co nie miała czasu. Teraz liczyła się tylko wojna i sprawa Dooku. Należało go jak najszybciej powstrzymać. Jego i Separatystów. Dopiero po paru dniach znaleziono chwilę, na coś innego. Niedługo miała się odbyć uroczystość ku czci poległych na Geonosis.

Shalulira Qua'ire

Lira dotarła na Coruscant dopiero kilka dni po bitwie o Geonosis, więc jej niewiedza na ten temat często spotykała się ze zdziwieniem. Podstawowe wiadomości usłyszała od rycerza Maksa Leema. On sam również przebywał poza Coruscant, gdy Mace Windu zbierał swój zespół uderzeniowy, ale wrócił wystarczająco dawno, by zorientować się w sytuacji. Ponieważ był dobrym przyjacielem Ennriana, znał również Shalulirę. Gdy ta przybyła do Świątyni podszedł do niej ze smutną miną.


- Co się stało? Skąd to nagłe wezwanie? Wszyscy je dostali?

- Spokojnie moja droga, spokojnie. Wszystko ci wytłumaczę.

Młoda Jedi dowiedziała się więc o tym, że podobno mistrz Sifo-Dyas zamówił na Kamino armię klonów, która teraz dzięki rozporządzeniu kanclerza, stała sie Wielką Armią Republiki. Maks opowiedział jej o pojmaniu rycerza Obi-Wana Kenobiego i jego padawana na Geonosis i o Dooku, który okazał się nie politycznym idealistom, a pragnącym władzy Sithem. W końcu Lira usłyszała o bitwie, która rozpoczęła cały, trwający teraz, konflikt.

- A gdzie jest mistrz Ennrian? - spytała w końcu.

- Widzisz, to najtrudniejszy dla mnie moment. Ennrian był częścią grupy mistrza Windu. On... on nie żyje – wykrztusił w końcu Grad.

Nie żyje? Nie, to niemożliwe. Shalulira wiedziała, że to niemożliwe. Wiedziała by o tym. Poczuła by, gdyby jej mentorowi coś się stało. Przecież przez te wszystkie lata treningu wykształciła się pomiędzy nimi ta więź jaka zwykle powstaje między mistrzem i padawanem.

- To niemożliwe. Mylisz się. Wiedziałabym o tym. Poczułabym – stwierdziła z całą stanowczością.

- Moja droga, uspokój się proszę. Chciałbym aby było inaczej. Chciałbym zaufać twoim przeczuciom, to w końcu najbliższa ci osoba, ale zrozum. Było wielu świadków. Twój mistrz został zastrzelony z blastera, w plecy. Zaraz przed odlotem kanonierek. Widziano go jak leżał na arenie.

- Nie, to nieprawda – upierała się Lira. Wierzyła głęboko, że jej mistrz żyje. Czuła to i tak właśnie było. Niech inni mówią co chcą, ale on żyje. Żyje i lada dzień pojawi się w Świątyni. Tak, na pewno tak będzie.

Dziewczyna uspokajała samą siebie i to bardzo skutecznie. Gdy opadły już emocje, zwróciła uwagę, że przy mistrzu Leemie stoi jakiś chłopak z cienkim warkoczykiem za lewym uchem.

- To twój padawan, mistrzu?

- Tak. Gdy widzieliśmy się ostatnim razem Whie wciąż trenował z młodzikami, więc nie mogłaś go jeszcze poznać. Ale to było już dosyć dawno. Wtedy ty byłaś jeszcze padawanką. W sumie nie pogratulowałem ci pasowania na rycerza. Ennair na pewno był bardzo dumny.

- Dziękuję – dziwnym sposobem myśli o mistrzu wcale nie przeszkadzały. Fakt, że mógł być dumny ze swojej uczennicy, wręcz uspokajał. W końcu on żyje. Nie zginął – Życzyłabym sobie, aby był ze mnie dumny – po czym zwróciła się do chłopca. - Mam na imię Shalulira Qua'ire, ale inni mówią do mnie Lira. A ty jak się nazywasz?

- Whie Malreaux – odpowiedział jedenastolatek. „Malreaux? Z tych Malreaux z Vjun?” młoda Jedi zastanowiła się.

Dziewczyna nie mogła zdać swojego raportu Radzie, gdyż ta nie zajmowała się w tej chwili niczym innym poza wojną. Musiała więc spokojnie czekać na jakikolwiek rozkaz. Spodziewała się go lada chwila, ale jeszcze wcześniej spodziewała się ujrzeć swego mistrza w wejściu do Świątyni. Dni jednak mijały, a nic takiego nie miało miejsca. Ennair wciąż uważany był za martwego. Tylko jego była padawanka uważała, że jest inaczej. Zbliżał się czas ceremonii, która miała oddać cześć poległym niedawno Jedi.

Tamir Torn

Tamir przybył na Coruscant nawet nie wiedząc po co właściwie musiał wrócić. Przez całą powrotną drogą zastanawiał się co mogło być na tyle ważne, by koniecznym stało się przerwanie jego misji. Nigdy coś takiego się nie zdarzyło. Co prawda kilkukrotnie zawalał polecone mu zadanie, ale później on lub ktoś inny naprostowywał całą historię. Teraz nagle dzieje się coś o wiele ważniejszego niż to co w jego ręce Rada powierzyła kilka dni temu. Co więcej jest to tak ważne, że nie może się tym zając nikt inny prócz Tamira. Bo chyba nagle wszyscy Jedi nie są zajęci, żeby ktoś nie mógł go wyręczyć?

Okazało się jednak, że są. Wszyscy rycerze, a nawet ich padawani są zaangażowani w jedną sprawę. Tamir również ma w niej odegrać swoją rolę. Yalare tłumaczyła właśnie swojemu byłemu padawanowi co zaszło w Galaktyce w czasie kilku ostatnich dni. Gdy młody Zabrak był zajęty rozbijaniem szajki, której celem był zamach na ambasadora Kintanu na Alderaanie, a potem pościgu za przywódcą tej szajki, którym okazał się być Korel, Republika stanęła na krawędzi zagłady.

Konfederacja Niepodległych Systemów nie była zjednoczeniem, które chciało tylko odseparować się od Republiki. Była to organizacja, która chciała zniszczenia Republiki i zajęcia jej miejsca, na dodatek za każdą cenę. Przywódca CIS (Confederacy of Independent Systems – Konfederacja Niepodległych Systemów), Hrabia Dooku, przeszedł na Ciemną Stronę Mocy i przekonał przywódców wielu układów do swoich racji. Tajne zgromadzenie, które miało przypieczętować traktat umożliwiający połączonym armiom zagrozić Republice, zebrało się na Geonosis i gdyby nie śledztwo w sprawie jakiegoś zabójstwa, albo próby zamachu, nikt by się o tym nie dowiedział. Na szczęście prawda wyszła na jaw i ponad dwustu Jedi wyruszyło, by pokrzyżować te plany.

Przeżyli nieliczni, ale dzięki Armii Klonów, której pochodzenie również jest nie do końca pewne, udało się zadać Separatystom mocny cios. Niestety nie udało się pochwycić ich przywódców, którzy uciekli z planety, skutkiem czego nad Galaktyką zawisło widmo wojny.

Wysoka Rada postanowiła skupić się wyłącznie na tym konflikcie i przerwać wszelkie inne zadania, które zostały uznane za mało ważne. Wszyscy rycerze zostali ściągnięci z powrotem do Świątyni i teraz mają oczekiwać na uroczystość ku pamięci poległych na Geonosis, a potem na rozkaz do wymarszu.

Nejl Ricon

Nejl czuł rozczarowanie. Tak niewiele brakowało by mógł się spotkać z Dajin, a teraz musiał wracać czym prędzej na Coruscant. Z Wewnętrznych Rubieży dotarł do stolicy Republiki szybciej od wielu Jedi. Zaledwie dzień wcześniej wysłano sygnał nakazujący powrót do Świątyni. Młody rycerz nie mógł znaleźć ani swojego mistrza, ani najbliższego przyjaciela, którzy prawdopodobnie byli w trakcie powierzonych im misji, gdy otrzymali rozkaz. Spróbował dowiedzieć się czegoś od młodych padawanów, ale ich informacje często były sprzeczne i niewiele wyjaśniały.

Wszystko czego Ricon zdołał się dowiedzieć to, że wybuchła wojna przeciw Separatystom. Przywódca Konfederacji okazał się być Sithem i planował zniszczenie Republiki, ale na szczęście Zakon w porę się o tym dowiedział i wysłano ogromną liczbę rycerzy na planetę, na której przebywał. Nejl miał jednak problemy z ustaleniem liczby wysłanych Jedi i nazwy planety, gdyż to nie zawsze sie zgadzało. Dopiero gdy następnego dnia mistrzyni Jocasta Nu zaczęła rozgłaszać co na prawdę się wydarzyło, wszystko stało się jasne. Robiła to z polecenia Rady, która chciała powstrzymać szerzące się plotki.

Wysłano dokładnie 212 Jedi, którzy za zadanie mieli pojmać Dooku i innych liderów Konfederacji. Niestety droidów bojowych było znacznie więcej, przez co prawie wszyscy rycerze polegli. Gdyby nie odsiecz mistrza Yody, który przybył ze świeżo sformowaną Wielką Armią Republiki, prawdopodobnie nikt by nie ocalał, trzon Zakonu zostałby zniszczony, a Republika straciłaby swoich najznamienitszych obrońców.

Mimo, że klony, które tworzyły republikańskie wojsko, pobiły droidy Separatystów, zadając im ogromny cios i wręcz je dziesiątkując, przywódcy rebelii, jak przez niektórych został nazwany CIS (Confederacy of Independent Systems – Konfederacja Niepodległych Systemów) zdołali uciec. Teraz cała Galaktyka szykuje się na wojnę. Podobnie Rada nie myśli o niczym innym. Wszelkie pozostałe zadania przestały mieć znaczenie, a przed wyruszeniem na wojnę mistrzowie znaleźli czas tylko na jedno. Na oficjalną ceremonię ku czci poległych na Geonosis.

Wszyscy:

Na placu przed świątynią zgromadzili się wszyscy, obecni na Coruscant, Jedi. W sumie były ich tam setki, wszyscy z twarzami ukrytymi pod kapturami. O obecności niektórych nie wiedzieli nawet sami zgromadzeni. Nikt nie dojrzał skrytego w cieniu Jona Antillesa lub obserwującej wszystko z góry An'yi Kuro. Ale niewielu koncentrowało się na czymś poza nadchodzącą ceremonią. Niemal każdy znał kogoś kto juz nie wrócił z Geonosis. Wielu odczuwało dziwną pustkę po śmierci mistrza, ucznia, przyjaciela, czy w niektórych przypadkach nawet brata lub siostry.

Na środku placu ułożono olbrzymi stos drewna. Ciała poległych rycerzy spalono niedługo po bitwie, ale teraz należało oddać należną im cześć. Nie wszyscy jednak byli w stanie to zrobić. Kilka osób zastanawiało się gdzie jest mistrz Tholme, znany ze swojego talentu do działania w ukryciu. Inni nie mogli dojrzeć sławnego szermierza, Sory Bulqi. Wielu Jedi już wyruszyło na czele Armii Republiki, by przeciwstawić się zagrożeniu ze strony Separatystów. Jeszcze większa ich ilość miała wyruszyć w ciągu następnych kilku dni.

Na środek wyszedł Mace Windu. Trzymając w ręku jakąś listę zaczął przemawiać:

- Zebraliśmy się tutaj wszyscy, by uhonorować naszych braci, którzy poświęcili swoje życia dla Republiki i pokoju w Galaktyce. Nie smućmy się jednak tym, że nie ma ich już wśród nas. Do tego zostali wyszkoleni. Do tego zostaliśmy wyszkoleni my wszyscy. By chronić tych, którzy sami nie mogą się obronić, by szerzyć pokój na wszystkie gwiezdne układy, by nie pozwolić zatriumfować niesprawiedliwości. Nawet za cenę własnego życia.

Po tym wstępie mistrz spojrzał na trzymaną w ręku listę i zaczął ją odczytywać. Niemal każdy znał dokładnie przebieg bitwy o Geonosis. Znano sposób śmierci wielu poległych rycerzy, szczególnie tych słynniejszych.

- Mistrz Eeth Koth, członek Najwyższej Rady Jedi...

Zginął w kanonierce, w momencie, gdy wraz z innymi wydostał sie już z piekła na Arenie.

- Mistrz Coleman Trebor, członek Najwyższej Rady Jedi...

Został zastrzelony przez jakiegoś łowcę nagród, gdy porwał się na próbę zabicia samego Dooku.

- Joclad Danva...

Wspaniały szermierz, który zginął dosłownie chwilę przed pojawieniem się klonów.

- Mistrzyni Ur-Sema Du...

Zabita w tajemniczych okolicznościach w katakumbach.

- Tarados Gon...

Śmierć poniósł w tej samej kanonierce co Eeth Koth.

- Sar Lobooda...

Siostra członkini Rady, Depy Billaby.

- Ennair...

Lira poczuła nagle jakiś ciężar na żołądku. Wyczytanie imienia jej mistrza, z imionami tych wszystkich poległych Jedi, uświadomiło ją, że być może jednak się myli. Przecież tyle osób twierdzi, że on nie żyje. Między innymi mistrzowie Zakonu, którzy przecież zasiadają w Radzie dlatego, że są największymi umysłami. Dlaczego to ci wszyscy ludzie sie mylą, a nie jedna Lira? Nie! Przecież by poczuła gdyby jej mentor zginął. Z pewnością. A jeżeli ta więź pomiędzy nauczycielem i uczniem się nie wykształciła? A jeżeli zbytnio ufa swoim umiejętnościom? Nie, na pewno nie. A może...

- Sta-Den Eekin, Lumas Etima, Sarrissa Jeng...

Lista zdawała sie nie mieć końca. Jednak to nie strata wielu wspaniałych rycerzy wstrząsnęła najbardziej umysłami młodych padawanów i młodzików. Urodzili się i wychowywali w świecie, w którym Jedi byli niepokonani. Owszem od czasu do czasu, któryś z nich ginął, ale to Zakon ostatecznie triumfował. Zawsze przywracał pokój tam gdzie trwała wojna. Zawsze zwyciężał, nawet jeżeli przeciwnik był kilkukrotnie liczniejszy. Tymczasem wystarczył jeden użytkownik Ciemnej Strony Mocy by tylu Jedi, mistrzów, rycerzy i padawanów, musiało zginąć. Hrabia Dooku przerażał wielu samym istnieniem.

- Sephjet Josall, Chankar Kim, mistrz Lyron, Ichi-Tan Micoda, Nat-Sem, Khaat Qiyn, padawan Stam Reath...

Śmierć padawanów również była swego rodzaju wstrząsem. Droidy zdawały sie nie odróżniać młodych i niedoświadczonych uczniów od dorosłych i potężnych rycerzy. Strzelały do każdego. A może nawet tym chętniej, jeżeli przeciwnik był słabszy, a szansa na pozbycie się go większa?

- Que-Mars Redath-Gom, Fi-Ek Sirch, padawan Galdos Stouff, Nicanas Tassu, Lura Tranor...

Mace wciąż czytał kolejne nazwiska. Zdawało się, że nie robi to na nim żadnego wrażenia, ale ci, którzy znali go lepiej, wiedzieli doskonale, że zachowuje się nieco inaczej niż zwykle . Wiedzieli, że każde kolejne imię dźga w serce rycerza jak rozżarzony nóż. To on powiódł ich na tą przeklętą planetę i to on, w głównej mierze, jest odpowiedzialny za ich śmierć. Poprowadził tam 212-tu Jedi, z których jedynie 33-ech przetrwało bitwę. Aż 179-ciu nigdy już nie opuści tamtego miejsca.

- Padawan Tu'ala, mistrz Va'too, padawan Tan Yuster – dokończył Windu.

Na dłuższą chwilę zapadła absolutna cisza. Wszyscy starali sie oddać należyty szacunek poległym Jedi. Trudno powiedzieć jak długo nikt się nie odezwał. Czas zdawał się stanąć w miejscu, a co gorsza wiele osób spodziewało się, że gdy wreszcie ruszy, nie przyniesie ze sobą nic dobrego.

Następnie podpalono wielki stos i znów wszyscy zamilkli, wpatrując się w płomienie i przypominając sobie twarze, których mieli już nigdy nie zobaczyć. Ilu z nich również nie dożyje końca wojny? Ilu połączy się z Mocą juz niedługo? Odpowiedź była znacznie gorsza niż się ktokolwiek spodziewał.

Gdy ogień przygasł mistrz Windu ponownie zabrał głos:

- Jako odpowiedzialny klęski Zakonu na Geonosis, bo strata tak wielu wspaniałych rycerzy jest niewątpliwie klęską i jako, że odpowiadałem za ich życie, zrzekam się tytułu Mistrza Zakonu i przewodniczącego Najwyższej Rady Jedi. Moim następcą będzie mistrz Yoda.

Wiele osób zszokowała ta wiadomość. Nigdy w przeszłości, żaden Mistrz Zakonu nie rezygnował z tego najważniejszego tytułu. Ostatnie wydarzenia musiały rzeczywiście odbić się negatywnie na jednym z największych Jedi.

Miejsce do przemawiania zajął teraz następca Windu. Niewielu było w stanie go dojrzeć, więc większości musiał wystarczyć jego głos:

- Smutny dla Zakonu to czas. Pora jednak by się martwić to nie jest. W przyszłość spojrzeć musimy. Wielkie zagrożenie nad Galaktyką zawisło. Hrabia Dooku i armia droidów zostać powstrzymane muszą. Przyjaciół poległych na Geonosis nie opłakujcie więc. Zapominać o nich nie zapominajcie, w pamięci ich czcijcie, ale na teraźniejszości się skupić musicie. Czas próby przed nami.

Mistrz odchrząknął i kontynuował dalej:

- Wybrać nowych członków Rady, w miejsce mistrzów Kotha i Trebora, musimy. Przedyskutowała ten problem Rada już. Do dwunastki mistrzowie Fisto i Kolar dołączą.

Obaj wymienieni rycerze dołączyli do dziesiątki mistrzów stojących najbliżej popieliska. Wydawało się, że Yoda powinien jeszcze coś powiedzieć, ale ogłoszenie nowego składu Rady zakończyło całą uroczystość poświęconą poległym 179-ciu Jedi. Zgromadzeni powoli zaczęli się rozchodzić.

* * * * *

Następnego dnia Rada zaczęła masowo przydzielać nowe zadania. Kolejni rycerze wyruszali na front, lub misje innego rodzaju, ale zawsze wymierzone przeciwko Konfederacji. Tymczasem Senat postanowił oficjalnie, że to właśnie Jedi będą dowodzić Wielką Armią Republiki oraz przydzielił im rangi generałów i komandorów. Wojna zaczynała się rozprzestrzeniać, a obrońcy pokoju stali się jej znaczącą częścią...
 

Ostatnio edytowane przez Col Frost : 05-09-2009 o 09:20.
Col Frost jest offline  
Stary 05-09-2009, 00:39   #2
 
Gekido's Avatar
 
Reputacja: 12 Gekido nie jest za bardzo znanyGekido nie jest za bardzo znany
Tamir leciał przez nadprzestrzeń w swoim myśliwcu. Przez większość czasu, który zajęło mu dolecenie z Rubieży na Coruscant, Zabrak zastanawiał się co było aż tak ważne, by musiał wracać. W dodatku jego była Mistrzyni przekazała mu rozkaz o powrocie w tak tajemniczy sposób i takim tonem, że Jedi był absolutnie pewien, że to nie była błahostka. W końcu jego zadanie było istotne, miał przecież rozbić szajkę dybiącą na życie senatora, na czele której stał były Jedi. A teraz, jakby nigdy nic musiał pozwolić Korelowi uciec, nie zostając mu na ogonie, a zamiast tego był w drodze powrotnej do Świątyni.

Wyskakując z nadprzestrzeni, Zabrak ujrzał znajomy widok orbity Coruscant. Planeta-miasto, stolica Republika i miejsce, w którym spędził kilka lat szkolenia na Jedi. Na tej planecie życie toczyło się przez całą dobę, kiedy jedni kładli się spać, dla innych dopiero zaczynał się dzień. Mimowolnie uśmiechnął się do siebie na ten widok. Jego myśliwiec nie był jedynym statkiem, który znalazł się w pobliżu tej tętniącej życiem planety. Na orbicie znajdowało się mnóstwo statków, jedne przylatywały, inne odlatywały. Ruch panował zarówno na orbicie, jak i na powierzchni planety.
Torn skierował swój myśliwiec ku powierzchni, mijając kilka większych i wolniejszych frachtowców, by po kilku minutach dojrzeć już szczyty wieżowców. Przelatując nad zatłoczonym ruchem powietrznym Coruscant, nad przemykającymi szybko śmigaczami, udał się wprost do celu jego podróży jakim była Świątynia Jedi. Wieża Rady była punktem rozpoznawczym, a cała Świątynia prezentowała się wspaniale, majestatycznie. Młody Jedi zawsze czuł ciepło na sercu, kiedy ją widział za każdym razem, gdy wracał z misji zleconej przez Radę. Tym razem jednak odczuwał pewien niepokój. Słowa Mistrzyni Yalare wypowiedziane przez komunikator, wróciły do niego z większą siłą, zaburzając spokój, z jakim wlatywał w atmosferę. Ponownie powróciły pytania. Musiały jednak jeszcze chwilę poczekać, Zabrak potrafił kontrolować swoją ciekawość. Chwilę później Jedi lądował już w hangarze świątyni.



Po miękkim osadzeniu statku na płycie lądowiska, Tamir opuścił kokpit niespiesznie. Swoje kroki skierował ku wyjściu z hangaru, przy którym zobaczył sylwetkę znanej postaci. Nie widział się z Yalarą od dawna, odkąd został pasowany na Rycerza, na wszystkie misje wyruszał sam. Cieszył się, że ponownie będzie mógł spędzić trochę czasu ze swoją dawną mentorką. Z uśmiechem ukłonili się sobie, a później przywitali mniej oficjalnie podając sobie dłonie. Nastąpiła wymiana zwyczajowych pytań rozpoczynając od tego, co się ostatnio ciekawego wydarzyło, po czym Yalara z poważną miną przeszła do wyjaśnień.
- Nie możliwe - powiedział z rezygnacją przerywając wypowiedź Yalarze
- To nie wszystko. Na czele CIS stoi Dooku, który przeszedł na Ciemną Stronę. Poza tym, nie udało się pojmać przywódców Separatystów, zatem nad Republiką zawisło widmo wojny - powiedziała Iktotchka, wkładając dłonie w rękawy płaszcza. Z zamyśleniem przeniosła wzrok z twarzy swojego byłego ucznia i spojrzała przed siebie.
Dlaczego? Dlaczego kolejny Jedi złamał kodeks, zszedł ze ścieżki światła i staję przeciwko swoim braciom i siostrom? młody Zabrak nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Korel, Dooku... kiedyś, tak jak on, ta dwójka kroczyła ścieżkami Mocy, byli Jedi broniącymi pokoju w Galaktyce, a teraz... stali się czynnikami zakłócającymi spokój, którego niegdyś bronili. Dlaczego? Torn nie rozumiał i wątpił w to, by ktokolwiek mógł mu to wyjaśnić. Z tego co słyszał o Hrabim Dooku, wynikało, że był to doskonały szermierz, dobry Jedi, mądry mentor i wierny przyjaciel. Zabrak tym bardziej nie rozumiał, co mogło przyczynić się do przejścia kogoś, kto był przecież Mistrzem, na Ciemną Stronę. Czym go skusiła? A może wina tkwiła w samym kodeksie? Może istotą bycia Rycerzem Jedi było wieczne wahanie, czy postępuje się zgodnie z Kodeksem, aż w końcu dochodziło do momentu, w którym ciągła samokontrola była zbyt uciążliwa?
- Co teraz będzie? - zapytał Zabrak patrząc na swoją przyjaciółkę
- Czas pokaże... Jutro, podczas ceremonii ma się wszystko wyjaśnić. Do tego czasu odpocznij. Jestem pewna, że Rada szybko nam wszystko przedstawi - odpowiedziała spoglądając znów na Tamira - A tymczasem opowiedz mi o swojej ostatniej misji... -

To był czarny dzień na kartach historii Zakonu. Ceremonia pożegnania tych Jedi, którzy zmarli na Geonosis, miała być jednocześnie rozwianiem wątpliwości, zaniechaniem spekulacji i przedstawieniem przyszłości. Smutek był wyczuwalny poprzez Moc. Smutek, zwątpienie i chwilami przebłyski złości wywodzące się z bezsilności.
Tamir stał pomiędzy innymi zgromadzonymi Jedi, tuż obok swej byłej mentorki. Kaptur był naciągnięty na jego głowę tak mocno, że zasłaniał twarz młodego Jedi, a jego dłonie ukryte były w szerokich rękawach płaszcza. Młody mężczyzna spoglądał na płonący stos, a płomienie odbijały się w jego oczach. Słuchał słów Mistrza Windu, ale myślami był gdzie indziej. Na Iridonii, przy swojej rodzinie. Minęło wiele lat od momentu, kiedy widział ich ostatni raz. Nie pamiętał wszystkiego dokładnie, właściwie to jak za mgłą, ale martwił się o nich. Teraz, kiedy w Galaktyce nastały niepewne czasy, nikt nie mógł czuć się bezpiecznie.
Torn powrócił myślami do ceremonii, kiedy Mistrz Windu zrzekł się swojego tytułu, a na swojego następce mianował Mistrza Yodę. Jedynego Mistrza pośród wszystkich znanych Zabrakowi Jedi, którego siły, zdecydowanie nie należało oceniać wedle wzrostu. Tamir skupił się na jego słowach. Przez słowa Mistrza Yody przebijała się mądrość i rozwaga. Na prawdę dla Zakonu nastał czas próby. Młody Rycerz zaczął myśleć o przyszłości jaka ich czekała. Wojna była już nieunikniona, a Jedi mieli w niej odgrywać kluczową rolę.
Gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić, Tamir stał niewzruszony i spoglądał na stos, który już prawie zgasł. Jego wzrok był wbity w niewielki płomyczek przeskakujący z jedną kawałka drewna na drugi. W tej chwili czuł się jak ten płomyk. Mały, słaby i dogasający. Nie martwił się już o przyszłość, wiedział bowiem, że nie będzie miał na nią wielkiego wpływu. Yalare często powtarzała, że czas biegnie swoim torem, nie możemy go zmienić, możemy próbować, ale tylko się zmęczymy. Najlepiej po prostu płynąć z czasem i biegiem wydarzeń.
- Więc w taki sposób Jedi będą dbać o pokój... - powiedział w końcu
- Tak. Będziemy musieli o niego walczyć. - odpowiedziała Yalare, która pozostała przy Zabraku
- Nie tak powinno być... - westchnął Torn - Dlaczego Rada tego nie przewidziała, jakoś do tego nie dopuściła? -
Młody Rycerz nie rozumiał w tej chwili tak wielu rzeczy. Od swej dawnej mentorki nie otrzymał na nie odpowiedzi. Ona także nie wiedziała.
- Płyńmy z biegiem wydarzeń Tamirze - powiedziała kładąc mu dłoń na ramieniu, po czym odwróciła się i ruszyła w sobie tylko znanym kierunku.

Następnego ranka Tamir obudził się w swojej kwaterze i z przyzwyczajenia skierował wzrok na okno. Wojna rozpoczęła się na dobre. Wielu jego znajomych zyskało już nowe misje od Rady, bądź wyruszyła bezpośrednio na front, jako dowódcy Wielkiej Armii. Zabrak ciągle tego nie rozumiał. Niedoświadczeni w dowodzeniu Jedi, Strażnicy Pokoju, mieli być generałami i komandorami, brać czynny udział w wojnie i konfrontować swoje doświadczenie, nie raz zbyt małe, z armią droidów, które były pozbawione uczuć i miały tylko jedno zadanie-niszczyć.
Tamir podniósł się z łóżka i ruszył w kierunku okna. Wydawało się, że życie toczy się nadal, swoim spokojnym, wolnym rytmem. Jakby wojna się nie rozpoczęła, a tak wielu Jedi, nie straciło życia na Geonosis. Niestety rzeczywistość była inna, a Zabrak musiał się z nią pogodzić. On sam miał otrzymać już wkrótce swoje pierwsze zadanie podczas tej wojny. Ubierając się, rozmyślał nad tym, czy będzie to jakaś misja specjalna, czy też zostanie wysłany na front, by dowodzić i wziąć udział w bitwie. W pierwszej w swoim życiu regularnej walce, która zagrażała jego życiu bardziej, niż jakiekolwiek inne zadanie przydzielone mu przez Radę. Gra była jednak warta świeczki. Na szali stał pokój w Galaktyce. Wzdychając, Torn opuścił swoją kwaterę, by ruszyć po swoje pierwsze zadanie.
 
Gekido jest offline  
Stary 06-09-2009, 07:17   #3
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1708 Tyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłość
Mylił się.

Idąc korytarzami Świątyni miała wrażenie, że od czasu do czasu ktoś spogląda na nią z namiastką współczucia w oczach. Ale mogła to być tylko jej wyobraźnia, bowiem ciągle jeszcze miała przed oczami smutek Maksa Leema, gdy tą wiadomość jej przekazywał. Budziło to w niej delikatną irytację objawiającą się na zewnątrz zaciśnięciem warg w wąską linię.

Nie zamierzała śmierci Mistrza przyjąć do wiadomości, bo byłoby to jednoznaczne z tym, że zginął. A tak się nie stało. Jedi nie są nieomylni, każdy ma prawo do pomyłki, więc wszyscy oprócz niej mogą się mylić. Jakże proste. Jednak pomimo tego uspokajania samej siebie i tak miotała się niczym bestia zamknięta w klatce. Ciągle czujna, na każdy odgłos i ruch reagowała, bo przecież to mógł być on. Wypatrywała swego mentora zupełnie jak jakieś zwierzę domowe zwinięte na fotelu, żółtymi oczami lustrujące otoczenie i poruszające leniwie ogonem z niezadowolenia, że ten człowiek dający jeść się spóźnia. Ale tak naprawdę, to nie potrafiła tylko czekać. Zbyt dużo w takich chwilach myślała, za daleko w labirynt swego umysłu sięgając, a wiedziała, że na słabości sobie nie może pozwolić. Bo przecież wszyscy się mylą.

Szukała go w komnatach i korytarzach świątynnych, pośród braci zakapturzonych. Może nikt go nie powiadomił o tym, że powróciła? To była zbyt naiwna myśl, której ciężko było się chwycić, by potem trzymać mocno. W swej wędrówce także do kwatery jego zawitała, gdzie jej kroki w kurzu cichym echem zabrzmiały. I tu go nie znalazła. Ale on był jak wiatr, nigdy nie mógł zatrzymać się na zbyt długo, wiecznie musiał być w ruchu, więc jego brak w tym miejscu nie był żadnym dowodem. Mimo to czuła, jakby głęboko pod jej skórą niepewność się budziła, tylko czekając na choćby delikatne okazanie słabości przez kobietę.

Po dniu takich poszukiwań stanęła samotnie na środku jednego z korytarzy. Tam jego imię przywołała tak głośno, jakby zaraz miała zedrzeć sobie gardło. „Ennrian” rozległo się wśród ścian i zawisło w powietrzu, jednak po nim samym śladu najmniejszego nie było. Cisza która zapadła, aż rozbrzmiała boleśnie w skroniach kobiecych.
Przecież zmiany żadnej nie odczuła, a Mistrzem jej był, osobą najbliższą od tak długiego czasu. A powinna, czy nie tak? Jakby duszę jej rozbito na kawałki.. Czy więź pomiędzy nimi się w ciągu tych lat nie wytworzyła? A może.. to słowem zaledwie było, nazwaniem i niczym więcej.
Przyzwyczajeniem, niczym ponad to.

***

Grymas delikatny na twarz Liry wstąpił, gdy światło słońca tak celnie w źrenicę jednego oka trafiło. Tego dnia zdawało jej się ono zimne i wyjątkowo rażące, w żaden sposób nie napełniające ciepłem jej osoby. Długimi palcami ujęła za krawędź kaptura, by naciągnąć go sobie głębiej na twarz pozwalając przy tym, aby pasma czarnych włosów spłynęły po każdej jej stronie. Otulona szatami Zakonu, ręce pod biustem skrzyżowała, jakby tworząc dzięki temu iluzoryczną barierę wokół siebie.
Stała wśród wielu innych postaci zgromadzonych na placu w tym smutnym dla Jedi dniu, w którym informacja o śmierci wielu braci i sióstr z Zakonu została oficjalnie potwierdzona. Nie były to już tylko słowa przekazywane z ust do ust na korytarzach, teraz Rada swój głos zabrała. Ceremonia rozpoczęła się już kilka chwil temu krótką przemową Mistrza Windu, po której nastąpiło odczytywanie listy poległych w bitwie Jedi. Jedno za drugim, kolejne imiona zostawały wypowiadane i unosiły się ponad tłumem adeptów, padawanów, rycerzy i mistrzów uderzając w nich słabiej lub mocniej. Ona sama tylko niektóre potrafiła przypisać do poszczególnych osób, które kiedyś spotkała, znała z widzenia albo tylko ze słyszenia. Wiele pozostawało niewiadomych.

-Ennrian..

.. o nazwisku nieznanym.
Jak grom z jasnego nieba, jak kubeł zimnej wody padło i to imię, tak dobrze jej znane. Taką miała nadzieję, że go nie usłyszy. Jednak serca kobiety rozpacz nie rozdarła, także i usta nadal były milczące. Oczu nawet mgła łzawa nie potrafiła zasnuć. Tylko pięść jedną zacisnęła w niemym sprzeciwie. Niczego ponad to nie mogła z siebie wydobyć, tak bardzo jej wewnętrzny wulkan emocji uciszony został. A dawniej by wybuchł niekontrolowany. Wprawdzie zawsze preferowała niezależność, wybieranie własnej drogi i działanie samodzielne, jednak w tym momencie, w tym konkretnym momencie na placu przed Świątynią wypełnionym innymi Jedi, poczuła się wyjątkowo obco i samotnie. Nie słuchała już wyczytywania dalszej zawartości listy, była zbyt pogrążona w swych własnych myślach. Ogłoszenie publicznie, i to przez przewodniczącego Rady, że jej Mistrz zginął, zachwiało nieco pewność kobiety co do trzymania się myśli, że wszyscy się mylą. Ale to przecież nie tak, prawda? Nawet w takiej chwili powróciła do utwierdzania samej siebie, że przecież ona pierwsza odczułaby, jeśli jej mentor zostałby zabity. A pomysł, że mógłby zginąć od jakiegoś byle strzału z blastera napawała ją sarkastycznym rozbawieniem. Może i go trochę idealizowała w swym wyobrażeniu, jednak uświadomienie tego odebrałaby jako dobitny przytyk w jej stronę. Niech się mylą, kiedy spóźniony Ennrian wróci to się zaśmieje na te wiadomości o jego rzekomej śmierci. Jak to on.

Zawiesiła wzrok na stosie drewna, który już zajął się żywym ogniem tak potężnym, że wydawał się dominować ponad wszystkimi zebranymi. Co rusz iskry buchały obsypując złociście niebo, by zaraz opaść na ziemię czarnymi drobinkami. Czerwone i pomarańczowe ogniste węże wiły się pośród stosu, napawając się swym blaskiem i trzaskiem palonego drewna. Zapatrzona Lira podziwiała ten taniec płomieni, które wydawały się być tak nieprzyzwoicie radosne, jakby nieświadome otaczającego ich świata. Pięknie tańczyły..

Z tego swoistego zawieszenia wyrwało ją obwieszczenie Mistrza Windu o porzuceniu swej funkcji i mianowaniu na jego następcę Mistrza Yodę. Zdumienie, które dotknęło wielu z zebranych Jedi, można było odczuć jakby wisiało ponad nimi wszystkimi będąc prawie namacalnym. Nie negatywne czy pozytywne, po prostu zdumienie ludzi, którzy nigdy się z taką sytuacją nie zetknęli i nagle ich wzięto z zaskoczenia. Później, gdy z ust nowego przewodniczącego Najwyższej Rady padły ostatnie słowa tej ceremonii, zgromadzeni stopniowo zaczęli się rozchodzić. Także i Lira się wmieszała w to falujące morze zakapturzonych postaci, chcąc wrócić do Świątyni i do swej samotni, jaką to funkcję nadała wczoraj swojej kwaterze. Po drodze jednak zdarzyło się, że ten czy ów znajomy jej lub Ennriana zatrzymywał ją, aby pomówić o sprawach, które jej samej w tych chwilach wydawały się błahe. Trudno było jej się skupić na tych dyskusjach, łapała się nawet na tym, że rozmówca prowadził monolog, a ona wyglądała przez najbliższe okno nie wiedząc nawet o co tak naprawdę chodzi. Nie miała jednak w zamiarze okazać ignorancji wobec kogokolwiek, po prostu czuła się tym wszystkim zmęczona. Dodatkowo taka poza zdawała się stawiać ją obok tych wszystkich wydarzeń, jakby to nie do niej mówiono tylko do jakiejś postaci stojącej koło niej. To nie o nią chodzi, to nie o niego..
A gdy ktoś wprost o śmierci jej mentora wspominał, wtedy ślepia o barwie płynnego złota ku niemu zwracała i patrząc nieruchomo mówiła pewnym głosem:

-Mylisz się.

***

W drodze do sali zajmowanej przez Radę nieco zboczyła z wybranej trasy i trafiła na plac, na którym odbyła się ceremonia. Jakoś tak.. po prostu w to miejsce ją nogi przywiodły. Gdzieniegdzie dostrzegała inne postacie w szatach Zakonu, a niebo co rusz było przecinane przez przelatujące statki. Melancholia, która wczoraj wypełniała Lirę, tego dnia światłu pozwoliła się przez siebie przebić, nie opuszczając jednak jeszcze kobiety na dobre. Te osoby, które po ponurej uroczystości wspomniały w rozmowie z nią śmierć Mistrza, raczej nie próbowały tego już powtarzać, bowiem jak chciała to potrafiła być bardzo uparta, więc tłumaczenia nie przyniosłyby pożądanego skutku. Trzymała się kurczowo swojej racji. Nie zginął, ciągle gdzieś tam jest. I właśnie to było to światło.

Wątpiła, aby kogokolwiek w aktualnej sytuacji interesował jej raport z Vjun. Zresztą, rozkaz powrotu dostała będąc w połowie wykonywania misji, więc wiele jeszcze zostało nieznanych fragmentów układanki, które doprowadziłyby ją do odpowiedzi na pytanie: co tam się wydarzyło? Co było w stanie uczynić takie spustoszenie na planecie, a umysł jedynej osoby jaką znalazła zepchnąć tak bardzo w otchłań szaleństwa, że nie sposób było się porozumieć?

Ale nie tylko to zaprzątało myśli młodej Jedi. Nie dało się nie odczuć dziwnej atmosfery unoszącej się w powietrzu. Pozorny spokój, który jednak miał w sobie niepokojące drugie dno. Zaledwie wczoraj odbyła się ceremonia poświęcona poległym, jednak Rada już przydzielała misje nie mogąc dłużej czekać, chociaż Zakon tak drastycznie został osłabiony. Wojna miała już swoje duże wystąpienie na którym zebrała krwawe żniwo, a to był przecież dopiero początek. Nietrudno było się dowiedzieć najświeższych wiadomości, wiele osób zdawało się nimi aż kipieć. Jedi mieli stanąć pod sztandarem Republiki jako generałowie i komandorzy jej Wielkiej Armii. Pamiętała, że Mistrz Leemo wspominał wczoraj o tym wojsku złożonym z klonów, jednak później coś innego jej umysł pochłonęło. Jakaż to ironia, że osławieni, dawniej dla niej prawie mityczni Obrońcy Pokoju, teraz musieli sami się zaangażować w konflikt i mieczami świetlnymi pokazać Konfederacji odpowiednią drogę. Ale przecież do tego właśnie zostali wyszkoleni, a Senat to z przyjemnością wykorzystał. Może to jej brak doświadczenia kazał tak myśleć. Może te wszystkie lata spędzone w Świątyni zbyt krótkimi były, aby teraz zrozumieć to wszystko mogła. Wstydzić się powinna za dopuszczenie swojego umysłu do tworzenia takich obrazoburczych stwierdzeń. To zapewne przez obfitość przygnębiających wydarzeń, one wprowadziły zwątpienie i zaniepokojenie w duszę kobiety.

Ciekawa była jakie to jej zostanie przydzielone zadanie. Czy na front będzie musiała wyruszyć? Było to możliwe, a i owszem. Na tej wojnie każdy świetlny miecz był potrzebny, szczególnie teraz, gdy tak wielu Jedi zginęło. Jak dotąd jej misje zwykle polegały na przeszpiegach i subtelnym wydobywaniu informacji, które mogłyby się przydać Zakonowi. Do walki dochodziło tylko wtedy, gdy zostawała do tego bezpośrednio zmuszona i nie było już innego sposobu na załagodzenie konfliktu. Uważała, że nie tylko miecz, ale i język był jej bronią, dzięki której mogła tworzyć odpowiednią grę słów i znaczeń.

W końcu cmoknęła cicho przez zęby i obróciła się na pięcie, by z cichym szelestem szat i długim warkoczem kołyszącym się w rytm jej kroków ruszyć ponownie jednym z korytarzy. Obowiązki wobec Zakonu nie mogły już dłużej czekać. Wprawdzie wieść o domniemanej śmierci jej Mistrza odbiła swoje piętno na duszy kobiety, ale nie była powodem do popadnięcia w apatię. Nie ona jedyna poniosła stratę. Ona tylko miała swoje własne zdanie na ten temat.

A pomyśleć, że tak niedawno jeszcze była padawanką. Jakże tamte lata teraz beztroskie się wydawały.
 

Ostatnio edytowane przez Tyaestyra : 06-09-2009 o 08:31.
Tyaestyra jest offline  
Stary 06-09-2009, 15:04   #4
 
Lirymoor's Avatar
 
Reputacja: 25 Lirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodze
Caprice Leh oczekiwała na była padawankę na lądowisku w świątyni.
Niedługo po wyjściu z nadprzestrzeni rozdzieliły się żeby szybciej załatwić formalności. Twi’lekanaka odstawiła frachtowiec wraz z Orinem Vasirem do wskazanej przez senatora Telos kliniki. W tym samym czasie Era promem udała się do samego dostojnika by przekazać mu pełną dokumentacje prac nad badań biologiczną które zdołała przejąć i powierzyć opiekę nad córkami chorego naukowca.
Układ ten nie bardzo podobał się dziewczynie, zostawianie pacjentów bez opieki było sprzeczne z jej naturą, jednak szybciej posłałaby senatorowi odbezpieczony granat niż Caprice. Była tylko jedna grupa istot z którą Mistrzyni dogadywała się gorzej niż z członkami Rady Jedi i należeli do niej wszelkiej maści dostojnicy Republiki.


- Z czego się tak cieszysz? – Twi’lekanka przywitała Erę zawadiackim mrugnięciem po czym uniosła brwi w zdziwieniu.
- Chociażby z powrotu do domu – odparła ruszając żwawym krokiem do wejścia. Po chwili uśmiechnęła się szelmowsko i ponownie zwróciła do Mistrzyni.
Powinnaś zobaczyć minę senatora kiedy te dwa małe mynocki wrzeszcząc wniebogłosy rozlazły mu się po apartamencie.
Caprice parsknęła śmiechem, podążała obok prężnym krokiem pomimo wyraźnego utykania i opatrunku opinającego łydkę.
Kilkuletnie panienki Vasir były równie rozbestwione co ich ojciec, co więcej wydawały się być zupełnie nieświadome tego, że jeszcze kilka dni wcześniej zostały porwane. Gdy dodać jeszcze do tego całkowity brak nieśmiałości i dystansu wobec obcych otrzymywało się dwa tornada które w czasie lotu zdążyły fizycznie wykończyć całą załogę frachtowca.
- Cóż, jedno trzeba naszemu senatorowi przyznać. Twardy jest. „Oczywiście, zapewnię należytą opiekę tym dwóm rozkosznym maleństwom” zdołał to wykrztusić nawet po tym jak się mu już dobrały do kolekcji zabytkowej alderaańskiej porcelany – ciągnęła gdy przekraczały próg porzucając za sobą chłodne wiatry lądowiska na rzecz ciepłego i przestronnego wnętrza.
Spokój. Gdyby ktoś kiedyś poprosił Erę o zdefiniowanie tego pojęcia pokazałaby po prostu hologram tych korytarzy. Uczucie zdawało się być wbudowane w mury Świątyni. Oddychając jej powietrzem dziewczyna wciągała do płuc poczucie bezpieczeństwa.
Zamarła na chwile po prostu wdychając atmosferę murów. Czasami nie pojmowała jak bardzo była spięta nim w końcu się nie rozluźniła.
Twarz której skrajny kontrast niemal białej cery i czarnych włosów nadawał niekiedy upiornego wyrazu stała się znacznie pogodniejsza. Tak samo oczy, jedyne naprawdę wyraźne świadectwo dwoistej natury Ery złagodniały. Srebrne stłumiło swój zwyczajowy chłodny blask, zaś ciemne przestało przypominać bezdenną otchłań, nabierając w mdłym świetle korytarza ciepłej, czekoladowej barwy.
- Strasznie tu cicho i… pusto – stwierdziła Caprice, jak zawsze usłużna w odbieraniu swojej byłej uczennicy spokoju.
- Dla ciebie zawsze jest cicho, jeśli nic w okolicy akurat nie płonie ani nie wybucha – skwitowała Era nieznacznie marszcząc brwi. Istotnie pustki na korytarzach wydawały się niepokojące. Wróciło irytujące uczucie rozdrażnienia, którego wcale do szczęścia nie potrzebowała. A było już tak pięknie.
Chodźmy zobaczyć się z Radą.
Ruszyła przed siebie wypełniając zaległą w pomieszczeniu cieszę miarowym stukotem obcasów o posadzkę. Caprice dołączyła wciąż rozglądając się uważnie, dziewczyna dobrze znała to skoncentrowane spojrzenie. Wiele razy gościło na twarzy twi’lekanki, zazwyczaj stanowiło pierwszy zwiastun kłopotów w jakie Mistrzyni zwykła radośnie wpadać targając za sobą krzyczącą i wierzgającą uczennice.
Tym razem na szczęście nagły zryw znalazł znacznie mniej drastyczne ujście, w postaci pierwszej napotkanej osoby której jednak przyszło im długo szukać. Puste korytarze wyglądały samotne.
- Tam ktoś jest… – Caprice wskazała samotnego chłopca wędrującego korytarzem, w otoczeniu majestatycznych kolumn drobna sylwetka wydawał się nieprzyjemnie smutna.
- Może darujemy sobie maltretowanie dzieci i pójdziemy po informacje do źródła, to znaczy do Rady? – wtrąciła Era tylko po to by zostać całkowicie zignorowana.
- Padawanie! – twi’lekanka ruszyła przed siebie zdecydowanym krokiem.
Tak to się kończy jak nie udaje mi się jej dość szybko złapać za lekku skwitowała ponuro w myśli nie mogąc zrobić wiele więcej jak podążyć za mentorką.
******
Rewelacje Jocasty Nu z pewnością nie były tym czego spodziewała się po powrocie do Świątyni. Mimo powagi z jaką sędziwa bibliotekarka przedstawiła fakty Era w pierwszej chwili zwyczajnie postanowiła sprawę zignorować.
Wojna zawsze jawiła się jej jako domena fanatyków i biedniejszych światów. W wysoko rozwiniętych, konsumpcyjnych cywilizacjach nie miała praktycznie racji bytu. Na wszystkie diamenty Arkanii żyli przecież w Galaktycznej Republice. Czy istniała społeczność bardziej wygodna i konsumpcyjna?
Wolała nie odpowiadać sobie na te pytania. Zamiast tego weszła w stary wypróbowany schemat mający przygotować ciało i umysł do następnej misji. Priorytetem był sen. Gdy w końcu uznała, że ma go dość pewnych faktów nie można już było ignorować.
******
W milczącym tłumie Era czuła się jak jedna z wielu komórek organizmu. Maleńka część większej całości. Przystosowana do samodzielnego istnienia, pełna czuła się tylko jako część tego większego organu. Rycerze wokół niej choć skrajnie różni wiekiem, rasą czy wyglądem dzielili jeden i ten sam rdzeń wychowania, światopoglądu, niesionego przez życie brzmienia. Jednoczyli się w dumie, krzywdzie, nadziei, bólu, wierze. I dlatego pojmowała wagę i konieczność tej ceremonii. W nadchodzącym czasie ta jedność mogła być kluczowa dla przetrwania Zakonu i wszystkiego co sobą reprezentował.
Każdy organizm potrzebował zdrowych, sprawnych i współdziałających komórek jeśli miał przetrwać. Zwłaszcza, ze był ranny.
Pośród poległych najbliżsi chyba byli jej członkowie Rady, ale i oni byli głównie elementem otoczenia. Jak posągi w holu, dumne symbole skłaniające do refleksji, wzory do naśladowania. A pozostali? Znała ich nazwiska lub twarze, w końcu tyle lat koegzystowali tyle lat jako części tej samej machiny. Jednak nie umiała ich do siebie przypasować. Nie znała ich marzeń, przyzwyczajeń, sposobu wysławiania się, rytmu kroków i innych drobnych szczegółów które czynią ludzi unikatowymi. Nie jej przyjdzie sprzątać ich rzeczy osobiste z kwater. Mimo to nosiła w sobie cząstkę żałoby.
Tak długo stanowili tło dla małego osobistego świata jaki w sobie nosiła, element który każdy tak długo uważała za niezmienny, wieczny. Gdyby ginęli pojedynczo w większych odstępach czasu nic by nie zauważyła. Ale w momencie gdy wyrwano ich wszystkich razem powstałą pustka była nie do przeoczenia. Wszystko się zmieniło, zbyt skrajnie i nagle by obejść się bez szoku i poczucia straty. Każdy z nich odchodząc odebrał Erze coś ważnego.
Poczucie bezpieczeństwa, ustalony porządek świata i resztki typowej dla dziecka wiary, że w życiu tak jak w legendzie czasami wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
Taki był jej osobisty wymiar rany zadanej organizmowi zwanemu Zakonem Jedi.
A przecież to nie było wszystko.
Był jeszcze rak. Jedna z komórek przestała współdziałać z resztą, wyłamując się ze sprawnej ponad tysiącletniej istoty i zaczęła działać na szkodę istoty której częścią tak niedawno sama była. Nowotwór miał na imię Dooku i jak na uzdrowiciela przystało Era miała bolesną świadomość że jeśli go szybko nie wytną może ich w potworny sposób wykończyć.
Minęła chwila nim zdała sobie sprawę, ze zaciska kurczowo dłoń na rękojeści swojego miecza świetlnego. Gest w połączeniu z typową dla dziewczyny chłodną, zaciętą miną mógł się wydawać groźbą. Tymczasem nie był niczym innym jak wołaniem o pocieszenie.
Sięgnęła Mocą pod ciepły od jej własnego uścisku metal poprzez kolejne układy broni, do samego serca, kryształu.
Był tam, jak zawsze, jak wątłe widmo snu majaczące przed oczami świeżo przebudzonego. Cień umysłu, istoty która odeszła i jednocześnie pozostała na zawsze. Często zastanawiała się czym naprawdę był. Projekcją, ot kolejnym holonagraniem z przeszłości, tyle że takim które mogła odtworzyć jedynie przez Moc? A może w krysztale tliła się cząstka życia? W ostatecznym rozrachunku nie miało to jednak większego znaczenia. Wystarczyło, że był. Blady, wątły ale zawsze obecny.
Wiedział kim była, tak jak jej nikt nie musiał jego tożsamości tłumaczyć. I słuchał tego czego nie mogła wyjawić nawet Caprice.
Gdy tylko musnęła zaklęte w krysztale widmo poczuła odpowiedź, która choć zawsze była taka sama wystarczała. Miłość. Kojące ciepło rozlało się poprzez Moc na całe jej ciało. Czy to nie była idealna odpowiedź na wszystko?
******
Kostki lodu cicho zadźwięczały w szklaneczce Coruscanckiej brandy, Era przez chwile wpatrywała się w jasny płyn by po chwili pociągnąć łyk. Po czym z ciężkim westchnieniem odchyliła się w krześle i zerknęła pobieżnie na ekran swojego datapadu.
Nie często czuła potrzebę by się napić, zazwyczaj umiała rozładować nerwy poprzez medytacje lub ćwiczenia. Czasami tylko nachodziło ją nieprzyjemne uczucie niemocy, jedyna rzecz której nie znosiła bardziej niż niesprawiedliwość.
Przed sobą miała listę artykułów, nowinki z dziedziny medycyny które opublikowana od czasu gdy ostatnio miała okazje zajrzeć do biblioteki. Było ich na tyle dużo, że powinna natychmiast zacząć czytać jeśli chciała być na bieżąco. Ba, bardzo chciała zacząć czytać. Tyle, że gdzieś na szlaku nerwowym musiał nastąpić jakiś karambol gdyż ciało zdawało się zupełnie ignorować wydawane przez mózg polecenie. Zamiast otworzyć pierwszy z listy artykułów otworzyła butelkę brandy jaka przechowywała w swoich kwaterach i obecnie sączyła już drugą szklaneczkę. Na tym musiała poprzestać. Schlanie się na wieczór przed przyjmowaniem od Rady nowego zadania stanowczo nie było dobrym pomysłem.
Tyle, że dalej nie umiała się przemóc by otworzyć artykuł. Owszem był na temat klonowania, ale co z tego? Prawie wszystkie w jakiś sposób dotykały tego tematu, to był news ostatnich dni i środowisko lekarskie tak jak każde inne tym właśnie żyło. Czy można było się dziwić, że publikacji o klonach nawiało do sieci jak śniegu na Hoth?
Z reszta klony i tak były wszędzie, za oknem, na każdym możliwym kanale holonetu, ba nawet widziała jakiegoś w świątyni. Istny najazd.
W ciągu ostatnich kilku dni świat się zmienił. Era wiedziała, że jej uparta niezgoda wobec tego faktu nie zatrzyma procesu. Szklaneczka brandy tym bardziej. Dlatego czuła się bezsilna i wściekła zarazem.
- Ile razy ci powtarzałam, że to nie zdrowo pić do lustra? – Nawet się nie zdziwiła słysząc Caprice, twi’lekanka stał nieopodal drzwi w ciepłym świetle zachodzącego słońca jej skóra nabierała intensywnie krwistej barwy. – Robisz się zbyt miękka.
- Nie robię się miękka, a ty mogłabyś się wreszcie nauczyć używać dzwonka
- Wtedy byś zupełnie straciła czujność. Nawet nie zauważyłaś jak weszłam. A gdyby to był ktoś inny? – Mistrzyni nie czekając na zaproszenie wzięła sobie krzesło, szklankę po czym bez skrępowania zajęła się brandy. W końcu to od niej dziewczyna nauczyła się, że czasem dobrze jest mieć butelkę w kwaterach.
- To świątynia Jedi, tutaj nikt nie kradnie, nie gwałci i nie morduje – stwierdziła dziewczyna nagle boleśnie świadoma, że być może długo przyjdzie jej czekać na kolejne najście Caprice. Ich drogi niechybnie zaczynały się rozchodzić, fakt ten napełniał Erę słodko-gorzką mieszaniną dumy i troski.
- Przydzielili ci już zadanie? – spytała usiłując zdławić niepokój.
- Będą to robić jutro, przynajmniej wreszcie wzięli się do roboty. I tak straciliśmy już zbyt wiele czasu na zbędne ceremonie – odparła twi’lekanka.
- Należało uczcić pamięć poległych i uświadomić żyjących co się dzieje
- Polegli mają gdzieś co się dzieje z ich pamięcią. To żywi potrzebują żałoby. A my nie mamy na ten luksus czasu. – Twi’lekanka zawsze musiała zabrać stanowisko skrajnie różne od tego jakie reprezentowała Rada. Era w duchu podejrzewała, że gdyby choć raz przyznała racje któremuś z Mistrzów ten skonałby natychmiast na skutek szoku.
- Może jeszcze powiesz, że ta wojna to nie nasz problem tylko Republiki? – dziewczyna przekrzywiała nie nieznacznie głowę siląc się na krzywy uśmiech. Chociaż nie, za bardzo lubisz wszelkie bijatyki, tego sobie nie zdołasz odmówić. Dodała w myśli
- Niestety po tych wszystkich trupach, to jest nie tyle nasz problem co osobista sprawa. … – stwierdziła Caprice kończąc swoja pierwszą szklaneczkę. – Ale to nie zmienia faktu, że chętnie bym Dooku uściskała za to jak wspaniale ukazuje jak niedorzecznym tworem jest Republika…gdyby nie był mordercą rzecz jasna.
Era świecie wierzyła, że jest przygotowana na wszystkie komentarze jakie tylko mogą przyjść do głowy twi’lekance, jednak ta czasem umiała ją zmrozić do szpiku kości. Tak jak przed chwilą. Kochała Caprice, może nawet bardziej niż powinna, wiedziała jak wiele dobra i ciepła w sobie miała, w dzieciństwie korzystała z jej troski i wsparcia, by potem krok po kroku przejmować w ich relacji rolę opiekunki. Mimo to zbyt często czuła, że po prostu nie umie się z Mistrzynią zgodzić.
Nagle zdała sobie sprawę, że jej pasowanie wypadło w bardzo niefortunnym momencie. Wiedziała, ze poradzi sobie na samodzielnej ścieżce niezależnie z czym będzie się musiała zmierzyć. Ale czy Caprice też była w stanie sprostać wyzwaniom wojny sama? Zaczynała mieć wątpliwości.
- Nie powtarzaj tego Radzie, Mistrz Windu wygląda na wyczerpanego całą sytuacją, mógłby się tym razem nie ograniczyć do komentarza – stwierdziła topiąc na chwile niepokój w kolejnym łyku brandy. – To, że ja umiem cie słuchać i nie skonać z oburzenia ale nie wszyscy są tak cierpliwi.
Nie podjęła dyskusji, nie wiedząc kiedy znów się zobaczą nie zamierzała się z Mistrzynią pokłócić. To mogłoby się skończyć zbyt boleśnie.
- Cóż i tak nie bardzo obeszłoby ich moje zdanie – twi’lekanka wzruszyła ramionami. – Zobaczymy się jeszcze jutro? Ktoś miał mi zdjąć opatrunek z nogi.
- Ktoś się postara ale wszystko i tak zależy od tego co mu rano powie Rada. W razie czego zwróć się do uzdrowicieli
Era przez chwile wpatrywała się w twarz Caprice usiłując uwierzyć, że ta poradzi sobie jakoś. W końcu dziedziny związane z walką zawsze były bliskie twi’lekance, może nawet za bliskie.
Na jamę Sarlacca jest dwa razy starsza ode mnie, MUSI sobie poradzić. Stwierdziła w myśli. Tyle, że czasami znacznie łatwiej było się czegoś uczepić niż to potem puścić.
- Jakbyśmy miały się jutro nie zobaczyć… Uważaj na siebie. – Od dawna nie wypowiadała słów które tak wiele by dla niej znaczyły, jednocześnie niemal bez nadziei na to, ze się ziszczą.
Twi’lekanka przekrzywiła tylko głowę obrzucając byłą padawankę nieodgadnionym spojrzeniem po czym uśmiechnęła się.
- I kto to mówi?
Znane hasło sprawiło, że Era odpowiedziała uśmiechem, pierwszym szczerym od paru dni. Może znów tak jak przed laty and przepaścią niepotrzebnie się o Mistrzynie martwiła.
Przez chwile znów wszystko było w porządku. Jak długo miało takie pozostać? To już w dużym stopniu zależało do rady i nowego zadania jakie przygotowała.
 

Ostatnio edytowane przez Lirymoor : 06-09-2009 o 15:14.
Lirymoor jest offline  
Stary 07-09-2009, 20:56   #5
 
enneid's Avatar
 
Reputacja: 45 enneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodze
Kto jak kto, ale dyplomaci nie mają co narzekać na brak roboty- to była jedna z pierwszych rzeczy jaką nauczył się Nejl w trakcie bycia padawanem mistrza Xawera. Ten ciągle miał jakieś spotkania, drobne misje na Courscant, które zajmowały dużą część jego pobytu na palniecie. Zresztą poważniejsze zadania, na które mistrz już zabierał młodego Ricona wcale nie były mniej absorbujące. I teraz, gdy w końcu Nejl został rycerzem, kilka dni później wysyłają go na pierwszą w pełni samodzielną misję dyplomatyczną. Nie było to może zbyt ekscytujące zadanie: miał prowadzić negocjacje w sprawie rozbrojeń dwóch zwaśnionych rodów na jakieś planecie daleko na Rubieżach. Zapowiadały się żmudne rozmowy, masę błahych nieporozumień i pewno od czasu do czasu jakieś zbrojne incydenty... 2 miesiące, jak nic.
Ale może to i dobrze odlecieć na jakiś czas z centrum burzliwej Republiki i zdobyć cenne doświadczenie tam, na Rubieżach? No i oczywiście mógł odwiedzić Dajin. Malaster był przecież po drodze a 1 dniem przerwy w podróży i tak nikt nie będzie się przejmował. A on potrzebował tego spotkania. Musiał przecież opowiedzieć jej o wszystkim, musiał ją zobaczyć. Był ku temu zdeterminowany. Spakował się wiec szybko i załatwiwszy niewielki frachtowiec (nie lubił latać myśliwcami, które po prostu były zbyt ciasne i niewygodne), odleciał z jednym robotem protokolarnym na pokładzie.
Ledwo jednak doleciał, jeszcze w przestrzeni kosmicznej otrzymał dziwny sygnał z świątyni...
Miał niezwłocznie przerwać misję i natychmiast wrócić na Courscant. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ekran komputera na którym odczytywał lakoniczną ale bardzo wymowną wiadomość. co się mogło stać? Nie zdołał nawet dolecieć do celu, a już miał wracać. Nejl nie widział żadnej rozsądnej przyczyny takiego stanu rzeczy. Owszem, w Republice ostatnio sytuacja była bardzo napięta, świadczyć o tym mogły choćby zamachy na senator Naboo, czy rozrastająca sie Konfederacja Niezależnych Systemów pod przewodnictwem lorda Dooku, co sprawiało, że niemal wszyscy rycerze jedi byli albo na przeróżnych misjach, albo w ciągłej gotowości by lecieć wypełnić kolejne zadanie. Ale by tak nagle i tak szybko przerywać jego misję? Dlaczego teraz? Czy nie mogli z tym poczekać? Ricon wiedział, że te pytania są pozbawione sensu, ale to nie zmniejszało wcale jego frustracji. zabębnił mocniej palcami o pulpit, nadal przyglądając się wiadomości. Gdyby przyszła z godzinę później, już by wyszedł z frachtowca i pewno odczytałby ją dopiero jutro...
Zrezygnowany podszedł do sterów, wyłączył autopilota i ręcznie zmienił kurs na skok w nad przestrzeń. Poinformował jeszcze kontrole lotów o zmianie kursu, po czym przystąpił do programowania komputera nawigacyjnego. Rycerz spojrzał jeszcze na zieloną planetę powoli zmniejszająca się w iluminatorze.
-Niedługo tu przylecę- obiecał sobie w myśli, po czym uruchomił hipernapęd.

Nejl nie mógł wyjść z zdziwienia, gdy przeglądał namnożone przez ostatnie dwa dni informacje w holonecie. Nie śledził tego przecież ledwo kilkadziesiąt godzin, a przez ten czas ciągle docierały rewelacje, często sprzeczne, które wywracały całą galaktykę na głowę. Pewne rzeczy jednak stały się faktem: Z związku z kryzysem na Genosis kanclerz Palpatine, otrzymał od senatu nadzwyczajne uprawniania i powołał Wielką Armię Republiki. Konfederacja zrzeszająca tysiące systemów odłączyła się od Republiki, co rozpoczęło wojnę, której początek był na Genosis, którą wygrały klony. No i właśnie klony... chyba najbardziej tajemnicza sprawa- skąd nagle pojawiło się 250 tysięcy klonów zasilających WAR? Rozsiadł się wygodniej na fotelu. Czyli dlatego została wezwany do powrotu, prawdopodobnie wraz z większością jedi. Rozpoczęła się wojna. Jak duża? Nejl nie miał zielonego pojęcia, niemniej z pewnością wyjdzie to poza regionalny konflikty, które do tej pory co jakiś czas wybuchały w różnych systemach i może rozprzestrzenić się na całą galaktykę. A jedi będą musieli ją zwyciężyć...

Napęd hiperprzestrzenny wyłączył się, a na iluminatorze pojawiła się sylwetka planety-miasta. Właściwie w niczym się nie zmieniła przez ostatnie dni. Nadal otaczały ją korowody barek i ciężkich frachtowców, przywożących dzień w dzień miliony ton towarów i pasażerów. Nie ma żadnych blokad, zmożonego ruchu okrętów straży granicznej. Handel na pewno nie zamarł, a dzień dla niemal całej społeczności pewno wygląda tak samo.
Nejl pozwolił działać autopilotowi, który zgrabnie znalazł wolny korytarz podejścia i skierował statek prosto do świątyni. Sam nadal zastanawiał się nad wszytkami zdarzeniami które miały miejsce, szukając jakiejś konkretnej przyczyny. Rzadko da się wskazać jednego winowajcę- jak mawiał jego mistrz. "Może właśnie na tym polega problem z moim pojmowaniem polityki?- szukam prostych przyczyn w skomplikowanych zagadnieniach?"-przemknęło przez myśl młodego rycerza.
Kilka minut później okręt gładko wylądował na jednej z platform, a silniki stopniowo zaczęły zamierać. To jakby wybudziło Nejla, który rozejrzał się po kokpicie, wstawszy podszedł do swoje kajuty, skąd wziął swą niewielką torbę podróżną, przewiesił przez ramię długi brązowy płaszcz, po czym wyszedł przez otwierający się właśnie właz. Szybko przemierzył hangar, podszedł do dyżurnego mechanika i zdawszy frachtowiec udał się do turbowindy by pojechać na wyższe poziomy... Które świeciły pustkami. Nejl rozejrzał się po głównym holu, tutaj jednak nikogo nie było, podobnie jak na korytarzach. W takim osamotnieniu doszedł do swojej celi, gdzie zostawił rzeczy, po czym udał się do Rady by zameldować swój powrót. Nikogo jednak tam nie było. Zrezygnowany udał się do stołówki. "Jak tam nikogo nie ma to znaczy że zmieniliśmy miejsce zamieszkania". Całe szczęście spotkał tam padawnów jedzących właśnie obiad. Z pewną ulgą przysiadł się do młodego sullustianina i dziewczyny, prawdopodobnie jeszcze młodzików.
Szybko wziął własną porcje i zaczął wypytywać co się działo przez ostatnie trzy dni. Chciał nie okazywać przy tym zbędnych emocji, przyjmując wszytko z spokojem, choć przychodziło mu to z trudem. wiadomości, w prawdzie miejscami nieście w relacjach dwóch dzieci w jednym były zgodne. Bitwa na Genosis wcale nie była tak wielkim zwycięstwem jak to przedstawiano w Holonecie. Zdobycie planety okupiono śmieciom grubo ponad stu rycerzy, a wysłano ich ponad 200. Nejl zaczął przeszukiwać pamięć w poszukiwaniu swych znajomych, którzy mogli tam polecieć. Jego mistrz raczej nie od prawie dwóch tygodni ma jakąś misje w Corelli, Xaliusa również wysłali kilka dni wcześniej, inni z jego klanu? Niemal wszyscy są już rycerzami jedi, wszyscy też mogli być tam na arenie. z iloma z tych jedi trenował, uczył się, rozmawiał, ilu znał z widzenia. Świątynia w końcu wcale nie była taka duża jak się wydawało. Młodziki szybko poznawały instruktorów i ważniejszych jedi. ciągle się z kimś ćwiczyło, ciągle poznawało się kolejnych jedi. A teraz duża część z mieszkańców świątyni nie żyła... Złączyła sie z mocą. Jak to brzmiało przyjemniej, wygodniej, ale jednak, nie żyli...

Nejl założył płaszcz, poprawił kaptur przed niewielkim lustrem, odetchnął by zrównać pracę serca, po czym wyszedł z celi. Za kilka minut powinna się zacząć ceremonia. Z dormitoriów już wychodziło całe grupy jedi, wszyscy niemal identycznie ubrani w ciszy, czasem tylko niektórzy zamieniali cicho między sobą kilka słów. Zbierali się na placu przed świątynią, gdzie już było ich ponad dwustu. Ricon rozejrzał się jeszcze po zebranych szukając znajomych. Mariel jeszcze nie doleciał, a Xalius powinien pojawić się jeszcze dzisiaj. Czy zdąży na ceremonię, Ricon wątpił. Kilku rycerzy i padawanów rozpoznał, inni skryci pod kapturami pozostawali dla niego incognito..
Mistrz Windu wyszedł w końcu przed zebranych i zaczął przedstawiać listę poległych... Mistrzowie, rycerze, padawani- nie było w tej liście wyjątków czy jakiegoś prawidła. Po prostu odeszli. Nauczyciele, uczniowie- zginęli gdy wybuchł granat, na chwilę stracili koncentrację, nie zdołali odbić tego śmiertelnego strzału. Część umierała pewno na miejscu, ilu jednak moc nie obdarzyła tą ponurą litością? Całkiem obcy, których imiona nic mu nie mówiły, ci znani w całym zakonie potężni jedi, bliżsi znajomi... "Janin Melor? Ona też?" młody jedi ledwo zdołał powstrzymać łzy gdy usłyszał nazwisko swojej koleżanki. Czyli to juz druga osoba z jego klanu. Wcześniej słyszał już o śmieci jeszcze padawana- zabracka Maxa, "Ilu z nas nie dożyje najbliższych miesięcy, czy końca wojny?"- to pytanie nie dawało mu spokoju do końca dnia...

-Nejl! - rycerz odwrócił się gdy usłyszał za sobą znajomy głos. Xalius pokonał ostatnie metry i zatrzymał się z rozpromienioną miną, tak odmienną od ogólnej atmosfery panującej wśród jedi przez ostatnie dni.
-Jak dobrze cie widzieć chłopie całym i zdrowym- kontynuował obejmując go przyjacielsko -słyszałeś o Janin i Maxie?. Ciężka sprawa, dowiedziałem się przed chwilą
-Tak, byłem na wczorajszej uroczystości-Nejl zdołał w końcu dojść do zdania. lekko klepiąc przyjaciela. Uśmiech sam wyskoczył mu na twarz, widząc Xaliusa całym i zdrowym, choć nieco krępowała go ta sytuacja na środku holu.
-Ale widzę że z tobą w porządku- znów głos zabrał jego przyjaciel i rozejrzawszy się wokół i zapytał konspiracyjnym tonem oraz z złośliwym uśmiechem na twarzy- A jak tam odwiedziny?
- Nic. Nie było ich
- Nie było ich?! Tyle kombinowania i w końcu dupa?
- Dostałem sygnał tuż przed lądowaniem
- Ech, ty to masz chłopie szczęście
- No co ty nie powiesz-
mruknął gdy w końcu poszli w stronę stołówki. Później był wezwany do Rady, która miała przydzielić mu zadanie. Ale do tego czasu mógł spokojnie porozmawiać z najbliższym przyjacielem.
 
__________________
the answer to life the universe and everything = 42

Chcesz usłyszeć historię przedziwną? Przyjrzyj się dokładnie. Zapraszam do sesji: "Baśń"- Z chęcią przyjmę kolejnych graczy!

Ostatnio edytowane przez enneid : 07-09-2009 o 21:42.
enneid jest offline  
Stary 09-09-2009, 14:47   #6
 
Mizuichi's Avatar
 
Reputacja: 97 Mizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znanyMizuichi wkrótce będzie znany
Kastar powrócił do świątyni. Wciąż w myślach zadawał sobie jedno pytanie: „Czemu kazano mu wracać” Szedł wolno przez tak dobrze znany sobie korytarz. Wszystko wydawało się takie samo, jednak czegoś brakowało. Wszyscy ci którzy aktualnie przebywali w świątyni byli jacyś przygaszeni, smutni. Kastar wiedział że coś musiało się stać. Gdy kierował się do komnat rady, spotkał swego dawnego mentora. Twi’leck gestem ręki dał mu do zrozumienia że chce by młody Jedi poszedł z nim. Przez całą drogę Asmena nie odezwał się ani razu. Dopiero gdy dotarli do jego kwatery powiedział:
- Hrabia Dooku ujawnił swą prawdziwą naturę – jego głos był tak cichy jak jeszcze nigdy dotąd – zdradził nas, przeszedł na ciemną stronę. Jedi stoczyli bitwę z siłami separatystów, poległo tak wielu, gdyby nie mistrz Yoda nikt nie wróciłby do świątyni
Kastar był w szoku, wiedział że musiało się stać coś poważnego, jednak nie wyobrażał sobie nawet że to może być coś tak potwornego
- Byłeś tam mistrzu?
- Nie, podobnie jak ty, wykonywałem powierzoną mi wcześniej misję
- Co się teraz stanie?
- Po niemalże tysiącu lat pokoju, widmo wojny ponownie zawisło nad republiką. Separatyści pod dowództwem Dooku są groźnym przeciwnikiem, mają do dyspozycji niezliczoną liczbę droidów bojowych
- Mistrzu wspomniałeś że wygraliśmy bitwę dzięki przybyciu Mistrza Yody, nie chcesz mi chyba powiedzieć że sam jeden dokonał tego, czego nie udało się tym wszystkim Jedi
- Ciężko nazwać to wygraną mój dawny uczniu, ponieśliśmy wielką stratę, mistrz Yoda przybył na Geonosis wraz z armią klonów
- Klonów? – Zdziwił się wyraźnie
- Tak, teraz to właśnie one mogą przyczynić się do zwycięstwa republiki.
Po tej rozmowie Kastar udał się do swojej komnaty, Położył się i zamkną oczy. Wszystko wydawało mu się jedynie fikcją. Dooku zdrajcą. Odszedł z zakonu, to prawda, jednak jego intencje wydawały się szlachetne. Jak to w ogóle możliwe by były uczeń samego Yody, przeszedł na ciemną stronę. W bitwie zginęło wielu Jedi, zapewne Kastar znał niektórych z nich. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze informacja o drugim Sith który podobno kontroluje senat, to przecież niemożliwe, rada by go wykryła, co jeśli jednak była to prawda, kto jest tym Sith? Tym podobne myśli wciąż powracały do głowy młodego Jedi. Jednak Jedno nie dawało mu spokoju: „Co teraz będzie, jaką ja w tym odegram rolę” Starał się zasnąć, jednak nic z tego nie wyszło, wizja wojny nie pozwalała mu w spokoju odpocząć. Wszystko się waliło a to za sprawą jednego człowieka, wszystko to wręcz nie mieściło się w głowie. Kastar chciał by to okazało się jedynie sennym koszmarem,
Po paru godzinach spędzonych w samotności, postanowił przejść się po świątyni. Najpierw odwiedził, tak dobrze sobie znaną bibliotekę, spędził w niej wiele godzin, pogrążając się w lekturach. Zwrócił uwagę na grupkę młodzików siedzących przy jednym ze stołów. Nawet oni wydawali się pogrążeni w smutku. Ktoś podszedł do Kastara, był to chłopiec, na oko miał z dziesięć lat.
- Mistrzu...
Jedi dopiero po chwili zrozumiał że te słowa skierowane są do niego, nie przywykł jeszcze do tego że jest Rycerzem.
- W czym mogę ci pomóc?
- Czy to wszystko prawda, czy na Geonosis odbyła się bitwa?
- Obawiam się że tak, poległo wielu wspaniałych Jedi
- Co teraz będzie mistrzu? – W głosie chłopca można było wyczuć niepokój
„Co teraz będzie” Kastar sam nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Przypomniał sobie jednak słowa Mistrza
- Spokojnie. Co ma być, to będzie
- Tak Mistrzu
Młodzieniec oddalił się
Po kilku dniach od powrotu Kastara do świątyni, odbyła się ceremonia na cześć poległych na Geonosis Była to chyba najsmutniejsza chwila w życiu Induro. Gdy Mistrz Windu odczytywał kolejno imiona poległych, w sercu Kastara, powiększała się pustka, kolejny przyjaciel którego już nie zobaczy, kolejny wielki Jedi. Nikt ich nie mógł zastąpić. Pustka ta prawdopodobnie nigdy nie zniknie, będzie przypominała o wielkiej stracie. Pod sam koniec uroczystości Mace zrzekł się tytułu Mistrza Zakonu, przekazując go Yodzie. Ceremonia się skończyła. Kastar powrócił do swojej komnaty, czekając na nowe zadanie.
 
__________________
It matters little how we die, so long as we die better men than we imagined we could be - and no worse than we feared.

11-02-2013 - 18 -02.2013 - Nie ma mnie.
Mizuichi jest offline  
Stary 09-09-2009, 21:18   #7
Inne
 
Col Frost's Avatar
 
Reputacja: 25300 Col Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputację
Era, Kastar i Tamir

Grupka Jedi została wezwana przed Radę o wczesnych godzinach porannych, jako jedna z pierwszych. Celem wezwania było oczywiście zapoznanie z nową misją, w tym konkretnym przypadku można to było nawet nazwać przydziałem. Oprócz kruczoczarnej dziewczyny, zamyślonego mężczyzny i zabraka, przed wejściem do pomieszczenie Wielkiej Rady, czekało kilka innych osób.

Ponad dwumetrowy, umięśniony, łysy rycerz stał przy oknie z drobną padawanką, prawdopodobnie swoją uczennicą. Rozmawiali o czymś po cichu, nie zwracając pozornie uwagi na otaczające ich osoby. Po drugiej stronie korytarza mistrzyni rasy Weequay podziwiała obraz „Bitwa o Toprawę” przedstawiający Jedi imieniem Barrison Dray wraz z towarzyszami, w chwili triumfu. Ciężko stwierdzić o czym mogła myśleć oglądając to dzieło. Kolejnym nieznajomym był czarnowłosy mężczyzna z kozią bródką, spoglądający na wszystkich spode łba. Wyglądał jakby badał każdego po kolei, jakby starał się znaleźć jakieś słabe ogniwo wśród zgromadzonych. Ostatnią osobą była, znana przez wielu, T'ra Saa. Mistrzyni rasy Neti stała najbliżej wejścia i cierpliwie czekała.

Wreszcie drzwi do pomieszczenia Rady otwarły się. Ze środka wyszła dwójka mężczyzn, z których jeden był padawanem. Uczeń wydawał sie być ponury, wpatrzony był w ziemię i nie odzywał się ani jednym słowem. Jego nauczyciel zdawał sie chcieć go pocieszyć, gdyż powiedział:

- Spokojnie Anakinie. To tylko rekonesans. Jestem pewien, że następnym razem, gdy dojdzie do prawdziwej bitwy, wyruszysz razem ze mną.

- Ależ mistrzu. Przecież wiesz, że jestem gotów...

Ciąg dalszy rozmowy został zagłuszony zaproszeniem do pokoju obrad. Pomieszczenie Rady niby nie zmieniło się już od stuleci, jednak wchodząc tu co niektórzy nie mogli oprzeć się wrażeniu, że znaleźli się w zupełnie innym miejscu niż zwykle. Pierwszą rzucającą się w oczy rzeczą był brak kilku mistrzów. Miejsca Ki-Adi Muniego, Evena Piela, Oppo Rancisisa i Adi Galii zajęły ich hologramy. Na miejscach zmarłych mistrzów Kotha i Trebora zasiadali teraz nowi członkowie rady Kit Fisto i Agen Kolar. Jednak największa różnica była w samym zlecaniu misji:

- Wojny nastał czas jak wiecie – zaczął mistrz Yoda. Jakże dziwnym było prowadzenie spotkania Rady właśnie przez niego. Zawsze robił to mistrz Windu, który prowadził większą część dialogu z obecnymi rycerzami. To on przydzielał zadania, to on dopytywał się o szczegóły, a siedzący po jego prawicy Yoda odzywał się wyjątkowo rzadko, podobnie zresztą jak pozostali członkowie Rady. Teraz to jednak on swoim dziwnym sposobem wypowiadania się wyjaśniał Jedi, co czeka ich w najbliższej przyszłości i jakie będą cele ich zadań, a Windu tylko wpatrywał się w stojących pośrodku strażników pokoju. Można było jednak ulec wrażeniu, że wcale ich nie widzi, że jego umysł jest w zupełnie innym miejscu. Czy wciąż przeżywa śmierć Jedi na Geonosis? A może wybiega w przyszłość i zastanawia się ilu spośród stojących przed nim jeszcze zobaczy?


- Będą się różnić nowe zadania wasze, od tych do których przywykliście – kontynuował nowy Mistrz Zakonu. - Przywrócenie pokoju zadaniem Zakonu teraz jest. Uczynić to jak najszybciej należy. Lecz daleka do tego celu droga przed nami. Wiele zwątpień w kodeks przed wami. Tyle okropieństw zobaczycie, że nie jedno z was o opuszczeniu Zakonu pomyśli. Wierzyć mi możecie. Wierni ideałom naszym pozostać musicie. Osamotnieni oprzeć się Ciemnej Stronie nie zdołacie – zdawało się, że Yoda tym krótkim wstępem starał się przygotować, szczególnie tych mniej doświadczonych, Jedi na to co może ich czekać. Jednak czy można przygotować kogokolwiek na okropności wojny?

- W myśl zasad nowych, mistrzyni Saa została generałem mianowana. Dowództwo nad XXX Korpusem obejmie ona. Pozostałych zgromadzonych w tej sali prócz klonów, pod swoje dowództwo, weźmie. Na planetę Thul ofensywę planujemy. Informację jednak zdobyliśmy o niewielkiej droidów bazie na planecie Elom. Planety tej położenie zagrażałoby zapasów dostawom na Thul. XXX Korpus zająć ją musi. Wielkich sił Konfederacji tam nie ma, a na Thul skoncentrują się posiłki ewentualne. Wystarczy jeden korpus do tej operacji. Mistrzyni Saa ze szczegółami zaznajomi was.

Na tym zakończono całe spotkanie. Gdy grupa opuszczała pomieszczenie Rady, przed wejściem czekała już kolejna. Jedi wyruszali na wojnę...

- Proszę was, abyście za sześć godzin zjawili się w hangarze. Kanonierka zabierze was do portu, gdzie będę czekała na statku dowodzenia. Tam przedstawię wam szczegóły całej operacji, a następnie wyruszymy – powiedziała T'ra Saa, po czym odeszła. Ostatnie godziny na Coruscant i przy okazji ostatnie godziny spokoju, a potem... któż to może wiedzieć?

Shalulira i Nejl

Dokładnie w południe Lira i Nejl mieli zjawić się przed obliczem Rady. Korzystając z wolnego poranka oboje spędzili go w otoczeniu bliskich im osób. Lira zajęła się nogą swojej mistrzyni, przy okazji wplątując się w kolejną dyskusję, którą zewnętrzny obserwator nazwałby nawet kłótnią. Oczywiście temat był jakże na czasie ostatnimi dniami – wojna.

Tymczasem Nejl dyskutował ze swoim, wiecznie wesołym przyjacielem, Xaliusem. Obaj zastanawiali się gdzie rzuci ich los. Nie myśleli w ogóle o wojnie, raczej o jej drobnej części, którą będą tworzyć i której doświadczą. Żaden nie wyobrażał sobie innego wyniku niż wygrana Republiki i dziwnym sposobem byli o to najzupełniej spokojni.

Parę minut przed południem Ricon zawędrował pod drzwi prowadzące do pomieszczenia Rady. Stała już tam jakaś młoda dziewczyna wpatrzona w okno. Młodemu rycerzowi wydawało się, że kiedyś już ją widział tak wpatrzoną w krajobraz Coruscant. No tak, ona chyba tak stała przed pasowaniem obojga na rycerzy.


Niedługo potem drzwi do sali otworzyły się. Wyszedł z nich pojedynczy mężczyzna z długimi, kręconymi włosami. Gdyby nie fakt, że był Jedi mógłby spokojnie uchodzić za jakiegoś rzezimieszka. Jego ponury wzrok padł na Nejla, co spowodowało, że pod chłopakiem aż sie nogi ugięły. Przerażające, badawcze spojrzenie. Czy on na pewno jest Jedi? Z zamyślenia wyrwało go krótkie „Idziesz?” dziewczyny.

- Zadanie przed wami stawiane do łatwych nie należy, jednak wierzy Rada w jego pomyślność – zaczął mistrz Yoda. - Misja ta niezwykle ważną jest, ale powierzona żadnemu mistrzowi nie będzie. Ci potrzebni na polu walki są, dlatego wy spełnić ten obowiązek musicie. Planeta Rodia w kleszczach Konfederacji znalazła się. System Falleen z jednej strony, a Ando z drugiej otaczają ją. Oba do Separatystów grona należą. Rodia nad pozostaniem w Republice zastanawia się. Przekonać jej przywódców do tego musicie. Jeśli Rodianie do Dooku dołączą, wszystkie światy w Wewnętrznych Rubieżach od Kalarby do terytorium Huttów łatwym celem się staną. Systemy Separatystów w Jądrze, połączenie ze swoimi sojusznikami, dzięki temu zyskają i centrum Republiki zagrożone będzie. Zapobiec temu należy. Wyruszyć natychmiast macie.

Oboje wybrali się więc do hangaru, gdzie czekało przygotowane Awizo typu Consular. Był to koreliański statek używany przez Republikę do misji dyplomatycznych. Nie posiadał uzbrojenia, a załoga liczyła w sumie osiem osób. Kapitan Alaria, młoda i podobno obiecująca oficer, powitała Jedi na pokładzie, po czym ruszyli w drogę. Gdy znaleźli sie na orbicie Coruscant, skoczyli w nadprzestrzeń. Za około 5 dni mieli dotrzeć na miejsce...


Era, Kastar i Tamir


Sześć godzin później siódemka Jedi wsiadła do kanonierki LAAT/i i udała się do portu kosmicznego, który należał do jednych z największych w całej galaktyce. Jeszcze tydzień temu był to port cywilny, służący przede wszystkim do transportowania wszelakich towarów na i z planety. Dziś w stu procentach został zajęty przez wojsko, dla którego był idealną bazą. Fakt, że był to port stolicy Republiki umożliwiał obsługiwanie niemal każdego modelu statku.

Transport wylądował w hangarze, jednego z dziesiątek, niszczycieli Venator stacjonujących w porcie. Gdy rycerze opuścili mały statek zostali powitani przez mistrzynię Saa. Po kilku słowach zaprowadziła ich na mostek, gdzie miała wyjaśnić im szczegóły poszczególnych zadań. W międzyczasie flota złożona z dwunastu niszczycieli i licznych jednostek pomocniczych wystartowała. Po wejściu na orbitę obrała kurs i skoczyła w nadprzestrzeń. Za parę dni XXX Korpus wchodzący w skład Czwartej Sektorowej Armii miał rozpocząć akcję ubezpieczania szlaków transportowych, co umożliwiłoby zajęcie Thul przez armię, którą dowodzi mistrz Fisto.

- Nie spodziewamy się wielkiego oporu na Elom – T'ra Saa rozpoczęła objaśnianie operacji przy stole strategicznym, nad którym wyświetlany był hologram całej planety. - Jednak zanim zapoznam was ze wszystkimi szczegółami, warto by było byście się poznali. Zacznę od siebie: nazywam się T'ra Saa. Jak zapewne zdążyliście się domyślić, będę dowodziła w czasie tego starcia. Początkowo będę znajdowała się na tym okręcie, potem, w trakcie postępów wojsk lądowych, przeniosę swoje centrum dowodzenia na planetę.


- Moim zastępcą będzie mistrz Rahm Kota – T'ra wskazała rycerza z kozią bródką, który wciąż w ponurym humorze obserwował wszystko dookoła. Tym razem zdawał się jednak więcej uwagi poświęcać klonom, niż towarzyszom Jedi. - Mistrzyni Kossex – tym razem wskazana została Weequayka – poprowadzi do walki myśliwce, a po zniszczeniu blokady orbitalnej, wesprze siły lądowe na planecie. Tymi będzie dowodził mistrz Glaive – wielki osiłek – a w ich skład wejdą również: jego padawanka Zule Xiss oraz młodzi rycerze Era D'an i Tamir Torn. Kastar Induro obejmie dowództwo nad szwadronem myśliwców, którego zadaniem będzie osłona niszczycieli. A teraz zapoznam was dokładnie z waszymi zadaniami...

Wykład trwał całymi godzinami. Przede wszystkim było to spowodowane, że poza mistrzynią Saa i mistrzem Kotą nikt nie powinien znać dokładnie całego planu. Dla każdego najważniejszym powinno być jego własne zadanie.

Plan opierał się przede wszystkim na zaskoczeniu. Po wyskoczeniu z nadprzestrzeni załogi myśliwców momentalnie powinny ruszyć do walki. Ogień z niszczycieli powinien zrobić wyrwę w blokadzie, co pozwoliłoby kanonierkom na desant wojsk lądowych. Oddziały dowodzone przez Glaive'a powinny wylądować w pobliżu miasteczka Orontis. Na miejscu nie powinny znajdować się siły większe niż batalion, a i w taką siłę ciężko uwierzyć. Po zajęciu i opanowaniu okolicznych terenów kolejnym celem stałoby się, drugie co do wielkości miasto na planecie, Oront. Celem ostatecznym całej walki jest stolica planety, Elos. Najdalej trzeciego dnia siły powietrzne powinny oczyścić orbitę planety i nawiązać bezpośredni kontakt z wojskami lądowymi. Do tego czasu te muszą radzić sobie same.

Tamir, który dostał stopień komandora, miał wziąć pod swoje rozkazy 30 Regiment. Jego zadaniem pierwszego dnia było zajęcie wzgórza położonego na północ od Orontis. Wzgórze to górowało nad okolicą i było doskonałym punktem obserwacyjnym, nie wspominając już o możliwościach dla artylerii, która przy braku wsparcia floty, będzie stanowiła główną siłę ognia.

Era tymczasem w pierwszej linii będzie walczyła tylko na początku. Po opanowaniu Orontis ma rozkaz założyć tam placówkę medyczną, nad którą obejmie kontrolę. Do swojej dyspozycji ma kompanię medyczną z 72-go Legionu.

Kastar jako dowódca 7-go Szwadronu (kryptonim: niebieski) będzie odpowiadał za osłonę myśliwców wraz z szwadronami 5 i 9 (odpowiednio czerwony i zielony). W późniejszej fazie bitwy będzie wspierał z powietrza wojska lądowe.

Po wszystkim Jedi mogli się rozejść. Jedni postanowili poświęcić się medytacji, inni zapoznać się ze swoimi żołnierzami. Każdy znalazł własny sposób na oczekiwanie nieuniknionego...

Shalulira i Nejl


Consular wyskoczył wreszcie z nadprzestrzeni. Osobom zgromadzonym w kabinie ukazała się błękitno-zielona planeta. Jakże spokojnie z tej odległości wygląda ten świat. A przecież na jego powierzchni znajduje się tyle nieucywilizowanych rejonów, tyle różnego rodzaju potworów. Po prostu dzicz. Ale z drugiej strony miasta są na prawdę godziwych rozmiarów, a co więcej są jednymi z niewielu w galaktyce, które z otaczającą przyrodą tworzą harmonię. Nie wrzynają się w krajobraz planety, tworzą z nim jedność.

Statek wszedł w atmosferę i obrał kurs na miasto Iskaayuma. To tam Jedi mieli spotkać się z byłym senatorem planety, Dongo Ralim. Mimo, że wycofał się on ze sceny politycznej, wciąż może wiele i posiada wiele przydatnych znajomości. Jest patriotą i chce mieć pewność po czyjej stronie powinna znaleźć się Rodia, dlatego zgodził się wysłuchać co mają do powiedzenia przedstawiciele Republiki. Gdy na horyzoncie pojawiły się zarysy pierwszych budynków, włączył się alarm.

- Zbliżające się rakiety! - krzyknęła kapitan Alaria. - Włączyć tylne osłony!

Za późno. Obie rakiety trafiły. Statkiem porządnie wstrząsnęło. Nawigator, który nie zdążył zapiąć pasów rozbił głowę o wystającą półkę. Krew spłynęła mu po twarzy, a jeżeli ktoś się przyjrzał, dojrzał wklęsłość w czaszce.

- Przygotować sie do awaryjnego lądowania!

Awizo spadało pod coraz większym kątem. Pasażerowie nie mogli tego dojrzeć ze swoich miejsc, ale ziemia zbliżała się w błyskawicznym tempie. Piloci starali się jak mogli wyrównać poziom, ale wszystkie ich wysiłki spełzały na niczym. W końcu okręt uderzył w ziemię. Wszystkimi szarpnęło i zapadła ciemność...

Era, Kastar i Tamir

Flota wyszła z nadprzestrzeni. Venatory natychmiast otworzyły ogień w kierunku zaskoczonych jednostek droidów. Ostrzał był bardzo skuteczny. Dzięki zaskoczeniu, a co za tym idzie, wyłączonym osłonom na okrętach przeciwnika, zdołano strącić dwie gwiezdne fregaty typu Munificent, oraz poważnie uszkodzić pancernik klasy Lucrehalk. Stanowiło to właściwie całość sił Separatystów w tym rejonie, dzięki czemu droga do planety stanęła otworem jeszcze zanim myśliwce poderwały się do walki.


Kastar oczekiwał w swoim myśliwcu na otwarcie hangaru. Wreszcie olbrzymie wrota rozsunęły się, a Jedi usłyszał w słuchawkach „Niebiescy ruszajcie. Powodzenia.” Dziewięć maszyn V-19 i jedna Delta-7, znana powszechnie jako „myśliwiec Jedi”, poderwały się w powietrze.

Chwilę później do akcji ruszyły jednostki desantowe. Z dwunastu niszczycieli wyleciała olbrzymia flotylla transportowców, które niczym rój olbrzymich owadów, ruszyły w kierunku planety. Dla zewnętrznego obserwatora musiał to być niesamowity widok. Prawie pół tysiąca kanonierek z niemal 14,5 tysiącami żołnierzy, stanowiących pierwszą falę, zmierzało ku powierzchni.

Era znajdowała się w jednej z trzech kanonierek zajmowanych przez żołnierzy oddanych do jej dyspozycji. Fakt, że z wnętrza statku nie można było zobaczyć co się dookoła dzieje nie poprawiał jej samopoczucia. Nigdy jeszcze nie brała udziału w prawdziwej bitwie, nie mówiąc juz o dowodzeniu. Miała tylko nadzieję, że trening Jedi i w tym przypadku jej pomoże.

Tamir widział sprawę nieco inaczej. Walka nie była mu obca, chociaż bitwy również nigdy nie widział. Słyszał, że klony są na prawdę świetnymi żołnierzami i jeżeli potwierdzą tą opinie na ich temat, droidy mają się czego bać.

LAAT/i weszły w atmosferę. Boczne drzwi otwarły się ukazując zielony krajobraz. Morze trawy rozciągało się po horyzont, gdzieniegdzie usiane drzewami. Po jakiejkolwiek cywilizacji nie było śladu. Kanonierki leciały coraz niżej zbliżając się do celu. Gdy osiągnęły strefę lądowania, osiadały na ziemi. Rozpoczęła się inwazja.

Shalulira

Lira ocknęła się jako pierwsza. Zajęło jej trochę czasu zanim wreszcie doszła do siebie. Postanowiła zacząć od rozpięcia pasów bezpieczeństwa. Zaraz potem przytrzymywała się fotela, by nie polecieć w dół. Statek uderzył w ziemię pod sporym kątem i zdawał się w nią wbić. Dziewczyna nie miała ochoty oglądać kabiny pilotów, ukrytej za zamkniętymi drzwiami, pod którymi leżały zwłoki nawigatora. Obok niego, w pobliżu swojego stanowiska pracy, siedział oficer komunikacyjny. Jego głowa wisiała pod nie do końca naturalnym kątem.

Na przeciwko fotela Qua'ire siedział Nejl. Zdawał się być nieprzytomny, być może ranny, ale żył. Towarzyszka odpięła jego pasy, po czym niosąc go na ramieniu, z trudem wspinała się ku wyjściu. Otworzyła drzwi, po czym wydostała się na zewnątrz. Dookoła przeróżna roślinność pięła się ku grze. Był to środek dżungli skrzyżowanej z bagnami. Plus całej sytuacji był taki, że ten co zestrzelił statek, nie znajdzie tego miejsca zbyt szybko. Lira wróciła jeszcze do statku sprawdzić czy nie przeżył któryś z technicznych, ale wszyscy zginęli wskutek eksplozji silników, spowodowanej przez wrogie rakiety. Teraz dwójka Jedi znalazła się w obcym sobie świecie, bez środka transportu i mieli przekonać mieszkańców tej planety, że warto stanąć po ich stronie. Chyba, ze ci już zdecydowali czyimi będą sojusznikami. Nejl chyba się budził...

Kastar

Separatyści zdawali się wreszcie otrząsnąć z pierwszego ciosu. Vulture droidy, wylatujące z Lucrehulka, zaczęły już gnębić flotę Republiki. W większości były to ataki wymierzone w myśliwce, więc Kastar nie miał za wiele do roboty. Niszczyciele były bezpieczne.

Wtedy właśnie pojawiła się reszta floty Separatystów. W rejon walki przybyło kilka pancerników, wspieranych przez sporą liczbę krążowników i fregat. Siły te nieoczekiwanie przewyższały siły Republiki. Nie wyglądało to za dobrze.

Z wnętrz wrogich okrętów natychmiast wyleciały Vulture droidy, które skutecznie zaczęły eliminować atakujące V-19. Ostrzał na uszkodzony statek Konfederacji zelżał, a niszczyciele skoncentrowały się na nowo przybyłych przeciwnikach. Teraz i one znalazły się pod ostrzałem, podobnie jak ich osłona.

- Niebieski-3 masz dwóch na ogonie!

- Widzę ich. Nie dam rady ich zgubić. Niebieski-7 możesz coś z nimi zrobić?

- Nie potwierdzam. Sam mam trochę problemów.

- Niebieski-3 uważaj!

- Nie... aaargh!

Jeden z myśliwców eksplodował. Po chwili podobny los spotkał Niebieskiego-5. Szwadron wykruszał się i mimo wielu zestrzeleń droidów, ich liczba zdawała sie nie maleć.

Era

Wraz z 31 Regimentem 72 Legionu, kompania medyczna zbliżała się do miasteczka Orontis. Całą akcją miała dowodzić Era, ale po samym opanowaniu miasteczka miała oddać dowództwo komandorowi, o wdzięcznym imieniu, AD-7453, a sama zabrać się za organizowanie placówki medycznej.

Żołnierze weszli do miejscowości bez najmniejszych problemów. Wszystkie domy były jednopiętrowe i wyglądały trochę nędznie. Bardziej przypominało to zabitą dechami dziurę niż miejscowość. Ani śladu po mieszkańcach, a przecież jacyś musieli tu żyć, bo sama miejscowość jest ważnym węzłem komunikacji naziemnej. Czyżby droidy wszystkich porwały, bądź co gorsze, zabiły? Klony przeszukiwały mijane domy, ale na nic się nie natknęły.

Nagle nie wiadomo skąd, w stronę republikańskich wojsk zaczęły zmierzać rakiety. Pierwsze grupki klonów zostały dosłownie zmiecione z powierzchni ziemi. Pozostali pochowali się gdzieś po kątach. Z niesprawdzonych jeszcze budynków droidy otworzyły ogień. Znaleźli się w pułapce!

Tamir

30 Regiment postępował w szybkim tempie nie natykając się na najmniejszy opór. Po półgodzinnym marszu ujrzeli wreszcie swój pierwszy cel. Wzgórze, które dostało kryptonim ZX11. Tamir zbadał je za pomocą elektrolornetki. Nie dojrzał żadnego ruchu ani innej odznaki obecności kogokolwiek. Wyglądało wiec na to, że zajęcie tego wzgórza będzie równie proste jak dotychczasowe poczynania.

Żołnierze, pewni siebie, ruszyli naprzód. Gdy byli już u stóp wzgórza doszedł ich dźwięk wystrzałów artyleryjskich. Nie mogła to być ich artyleria, gdyż ta miała wylądować dopiero w drugim rzucie. I rzeczywiście. Wybuchy zaczęły siać zamęt w szeregach klonów. Wzgórze było w rękach wroga. Nie tylko stratedzy Republiki dojrzeli jego znaczenie.
 
Col Frost jest offline  
Stary 14-09-2009, 21:47   #8
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1708 Tyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłośćTyaestyra ma wspaniałą przyszłość
Podróż jej się wyjątkowo dłużyła i dopiero dostrzeżenie w oddali planety do której zmierzali wywołało jako takie poruszenie. Wcześniej, gdy to stała w kabinie skąd mieli dobry widok na Rodię, stwierdziła, że w jakiś sposób przypomina jej ona planetę z której sama pochodziła. Powodem zapewne była ta duża ilość fauny i flory, która może i całkiem ładnie prezentowała się w krajobrazie, ale i potrafiła być niebezpieczna.. o czym mała Lira się przekonała. Przynajmniej miała takie wrażenie, że dostrzega podobieństwo, dawno nie była na Myrkr i nic jej tam zbytnio nie ciągnęło odkąd zaaklimatyzowała się w Świątyni. To był pierwszy raz od dawna, kiedy pozwoliła sobie na takie myśli, więc dość szybko odepchnęła je na bok. Nie tylko je, bowiem i wspomnienia tych kilku dni spędzonych całkiem niedawno w stolicy zdusiła w zarodku i oddaliła od siebie. Na Mistrza jeszcze przyjdzie czas.

Poprawiła się nieco w fotelu, zakładając jedną nogą na kolano drugiej w wyjątkowo nonszalancki sposób. Dostała misję. Na swoje szczęście, czy też nieszczęście, akurat jej przedzielono taką, która na pierwszy rzut oka nie wymagała zbyt częstego używania miecza by przekonać kogoś do swojej racji. Wprawdzie słowa mistrza Yody zrozumiała tak, jakby nie nadawali się na pole bitwy tylko do prowadzenia rozmów, ale i tak chyba wolała to niż rzucenie się na ślepo w wir walki. Miała wobec tego nieco ambiwalentne odczucia, ale też przecież nie miała co narzekać.
Tylko..
Przechyliła głowę by móc zerknąć na swego towarzysza podróży. Nawet go skądś kojarzyła, pewnie był jednym z tych padawanów, którzy razem z nią przechodzili pasowanie na rycerzy Jedi. To jednak nie tłumaczyło dlaczego wysłali go razem z nią na tę misję. Ostatnim razem dzieliła z kimś zadanie, kiedy jeszcze była pod skrzydłami swego Mistrza i to właśnie on był jej kompanem. Wprawdzie nie było to jakoś dawno temu, jednak wystarczająco, aby musiała teraz sobie przypominać wszystkie lekcje z współpracy, współdziałania, współ-czegoś.
Z westchnieniem wypuściła powietrze połączone z przeciągłym gwizdnięciem, które zaraz niby przeobraziło się w głośny alarm rozbrzmiewający w całym statku.

- Zbliżające się rakiety! - krzyknęła kapitan Alaria. - Włączyć tylne osłony!

Lirą aż rzuciło mocno najpierw do przodu, dzięki niech będą twórcy pasów, a potem do tyłu uderzając o wezgłowie fotela. Potrząsnęła lekko głową usiłując pozbyć się niemiłego uczucia, acz zaraz gorsze przyszło, gdy zobaczyła co też się stało z nawigatorem. Już usta otwierała, by coś powiedzieć, by zorientować się w sytuacji, jednak odpowiedź przyszła przez pytania.

- Przygotować się do awaryjnego lądowania!

Kurczowo zacisnęła palce na podłokietnikach swojego fotela, a w umyśle tworzyła litanię przekleństw, która jednak nie ujrzała światła dziennego, bowiem wskutek zderzenia statku z ziemią kobieta straciła przytomność. Bo w takich chwilach wypadało. Pozostanie przy pełnej świadomości umysłu byłoby wyjątkowo nie na miejscu.

***

Bała się podnieść powieki. Może nie dokładnie „bała”, ale ból głowy był już wystarczająco złym znakiem, który nie nastawiał jej pozytywnie do wykonywania tak gwałtownych ruchów jak poruszanie powiekami. Najpierw, dla rozgrzewki, syknęła cicho przez zęby, co połączyła z delikatnym zmarszczeniem brwi. Nie było źle, mogła spróbować otworzyć ślepia. Dopiero po wielu mrugnięciach mających za zadanie pozbyć się plam latającymi jej przed oczami, zarejestrowała w końcu gdzie się znajduje. Dzięki zaś swej po-ra-ża-ją-cej zdolności dedukcji, była w stanie skojarzyć ze sobą wszystkie fakty. Żadnej żywej, czy też przytomnej istoty poza nią.. mroczki przed oczami.. łomotanie w skroniach.. dzwonienie w uszach.. chociaż to ostatnie to chyba zostało tak nazwane przez ludzi, którzy nigdy czegoś takiego nie doświadczyli. Dla niej samej to brzmiało bardziej jak długi, jednostajny pisk o tonie zdecydowanie przekraczającym normę którą można zignorować. Wizg, tak właśnie to powinno się zwać, a nie jakieś tam niewinne „dzwonienie”, w ogóle nie przygotowujące człowieka czy innej istoty na to doznanie. Jednak te wszystkie fragmenty złożone w jedno tworzyły bardzo prosty wniosek - coś poszło nie tak, zdecydowanie nie tak.

Pierwsze co zrobiła, to sięgnęła pod szatę, by sprawdzić czy jej miecz nadal jest bezpieczny przy jej boku. Był, a i owszem. Następnie spróbowała się poruszyć, jednak trafiła na przeszkodę w postaci pasa, który zapewne ją uratował przed majestatycznym, acz nieco tragicznym, lotem przez statek. Pomijając wszelkie wdzięczności, odpięła go i podniosła się na równe nogi, przytrzymując się jednak oparcia fotela, gdyż ułożenie statku nie pozwalało na poruszanie się z zachowaniem pełnej równowagi. W takiej pozycji dokonała krótkiego rekonesansu potwierdzającego jej wcześniejszy wniosek. Z tego miejsca wszystko wyglądało jeszcze gorzej, a do kabiny pilotów nawet nie miała zamiaru zaglądać.
Wykonała kilka niepewnych kroków by się znaleźć bliżej fotela swego towarzysza. Zrobiła to, ponieważ miał czaszkę całą, zdawał się mieć nawet wszystkie kończyny na miejscu, a sprawdzenie tętna tylko potwierdziło, że mężczyzna żyje tylko jest nieprzytomny. Odpięła pasy od jego fotela, po czym nie mając zbytniego wyboru wzięła go na swe ramię z zamiarem opuszczenia statku. Z racji tego, że była bardziej gibka niż silna, a mężczyzna swoje ważył bo przecież Jedi nie są stworzeni z samej Mocy, wspinaczka wyjątkowo jej się dłużyła, jednak wyjście ze statku jawiło się niczym coś bardzo pożądanego. Pomimo trudów i obciążenia jakie na nią padło zdołała się wydostać na zewnątrz, gdzie ułożyła swego towarzysza na kawałku ziemi, który nie wydawał się pałać chęcią wciągnięcia lub zjedzenia kogokolwiek. Sama Lira zaś przykucnęła obok i, jakby od niechcenia, klepnęła mężczyznę to w jeden, to znowu w drugi policzek.

-Wstawaj królewiczu.

Mruknęła głosem wskazującym na to, że sobie gardło oszczędza. Nie spodziewała się zbytniej reakcji, ale miała jeszcze kilka innych opcji do wyboru. Mogła go tak dalej poklepywać zwiększając jednak stopniowo siłę swojej dłoni albo chlusnąć na niego zimną wodą.. chociaż ta w tej dżungli mogłaby się jeszcze okazać za bardzo żrąca. A zaś w historiach opowiadanych dzieciom zawsze powodzeniem się kończyło pocałowanie takiego delikwenta. Podniosła się i wykonała krok, a nawet dwa w zupełnie przeciwnym kierunku. Mogła też po prostu poczekać. Albo rozejrzeć się. Rozglądanie się zawsze było dobre.
Potrzebowała jakiegokolwiek punktu zaczepienia, choćby zarysu budynków w oddali, aby nie musieli iść w losowo wybranym kierunku, który mógł ich doprowadzić do tak zwanego nikąd. Jednak to miejsce w którym aktualnie się znajdowała, na takiej wysokości i jeszcze do tego gęsto otoczona lasem z każdej możliwej strony, nie sprzyjało orientacji w terenie. Jedynym wyjściem w tej sytuacji wydawało się wejście na możliwie najwyższe miejsce i stamtąd rozejrzenie się po okolicy. Tak też postanowiła zrobić, więc zaraz podeszła do jednego z drzew i podciągnęła się rękami o najbliższą gałąź. Potem o kolejną i kolejną, jednocześnie znajdując podparcia dla swych nóg. Potrafiła wykonywać swym ciałem przeróżne akrobacje, toteż taka wspinaczka nie była jakimś olbrzymim wyczynem. Musiała jedynie uważać, aby nie naruszyć zbytnio przestrzeni osobistej istot mogących żyć wśród gałęzi drzew i nie będących zadowolonych z intruza.
Gdy znalazła się już wystarczająco wysoko i mogła się jako tako stabilnie usadowić pośród gęstych liści całkiem dobrze ją zakrywających przed niepożądanymi spojrzeniami, sięgnęła za pas skąd wyjęła niewielką elektrolornetkę przez którą zaraz zaczęła lustrować otoczenie. Szukała, szukała.. szukała jakiegoś śladu cywilizacji pośród tej dżungli pokrywającej planetę. Dzikie, pewnie dość krwiożercze odgłosy natury w żaden sposób nie zachęcały do pozostania w tym miejscu zbyt długo. Z byłym senatorem mieli się spotkać w mieście zwącym się Iskaayuma.. jej wystarczyłoby jakiekolwiek, a jeśli akurat udałoby im się trafić na to jedno, to tylko by pokazało, że może jednak nie mają aż tak dużego pecha jak się mogło wydawać.
 

Ostatnio edytowane przez Tyaestyra : 14-09-2009 o 23:53.
Tyaestyra jest offline  
Stary 15-09-2009, 20:51   #9
 
Gekido's Avatar
 
Reputacja: 12 Gekido nie jest za bardzo znanyGekido nie jest za bardzo znany
Tamir kroczył korytarzami Świątyni będąc zamyślonym. Każda chwila tej wojna przyspażała młodemu Jedi więcej pytań niż odpowiedzi. Ciekaw był pierwszego zadania powierzonego mu przez Radę podczas wojny, ciekaw był jakie zadanie otrzymała jego dawna mentorka, czy w ogóle już jakieś otrzymała. Pogrążony w myślach, młody Jedi nie zauważył, kiedy znalazł się przed drzwiami do sali Rady. Wtedy też uświadomił sobie, że nie jest sam. Przez chwilę, zdziwienie odmalowało się na twarzy Torna, jednak szybko zniknęło. Jedi ukłonił się pozostałym oczekującym, z szacunku zaczynając od Mistrzyni T'ra Syy. Wyruszamy wszyscy? Tylu Jedi? Jeżeli tak, wyjaśnienie takiej decyzji Rady mogło być tylko jedno. Mam wraz z resztą zgromadzonych członków Zakonu, ruszyć na front.
Młody Jedi nie czuł się najlepiej z tą myślą. Pierwsze zadanie i już miał brać udział w walce. Przynajmniej takie były jego pierwsze przypuszczenia. Z pewnością nie wysyłaliby tylu Jedi z misją dyplomatyczną, to by było nierozsądne, nie kiedy ich umiejętności będą potrzebne na polu walki. Widząc jednak kilka doświadczonych osób w tym gronie, Tamir poczuł się pewniej. Wiedział, że jakiekolwiek zadanie, jakie postawi przed nimi Rada, zostanie przez niego przyjęte bez mruknięcia i wykonane. Zależało od tego wiele. Zależał od tego pokój w Galaktyce, a na tym, Zabrakowi zależało najbardziej.
Stojąc przed nową Radą, czuł się przez chwilę nieswojo. Całej zebranie prowadził Yoda, jego słowa odbijały się echem w sali, podczas gdy reszta Rady i Mistrz Windu, milczeli. Tamir musiał przyzwyczaić się do wielu nowych rzeczy, a Mistrz Yoda, jako głowa Zakonu, była jedną z tych nowości, tak obcych i dziwnych dla młodego Jedi. Słowa Yody nie napawały optymizmem, ale było w nich tyle prawdy... Na wojnę nikt nie mógł przygotować Jedi, niezależnie do wieku, to co podczas niej zobaczą, wprowadzi ich w zwątpienie. Torn zdawał sobie z tego sprawę, mimo wszystko wiedział, że jego własna wiara może zostać zachwiana, tak samo jak wiara w siłę Zakonu, podczas ceremonii, kiedy to odczytywano imiona tylu poległych Obrońców Pokoju. O samym zadaniu nie dowiedzieli się wiele, Mistrzyni Saa, która teraz była generałem, miała im wszystko przybliżyć podczas odprawy. Kolejna z nowości.

***

Tamir stał w wejściu jednej z sal treningowych. Jego wzrok spoczywał na dwójce młodych adeptów Mocy, rezolutnej i energicznej Rodiance, a także spokojnym i opanowanym Ho'Dinie. Ta dwójka przystępowała właśnie do sparingu na miecze świetlne, skupiając się tylko na sobie, nie zwracając uwagi na otoczeniu. To był w pewnym stopniu błąd. Przeciwnik był ważny, ale otaczająca walczących przestrzeń także. W przyszłości tak duże skupienie mogą wysoko przypłacić, jednak teraz, podczas sparingu, mogli skupiać się tylko na przeciwniku, w końcu chodziło tylko o sprawdzenie swoich umiejętności i dobrą zabawę. Rodianka, może o rok starsza od swojego sparing partnera, ruszyła pierwsza do ataku. Wyskoczyła w górę, wykonała obrót w powietrzu, a gdy przelatywała nad Ho'Dinem zadała cięcie. Było to jednak do przewidzenia, chłopak więc bez większego problemu sparował atak, a gdy jego przeciwniczka znalazła się na macie, zaatakował sekwencją ciosów.
- Tamirze twoje ruchy nie mogą być tak agresywne i szarpane. Wszystko wygląda jakby było wymuszone, a istotą tej techniki, jak i każdej innej, jest by cięcia i bloki wychodziły naturalnie, bez myślenia o tym -
- Ale nie łatwo jest wyjść z pół aeriala od razu do pchnięcia i ataku sekwencją cięć. - powiedział upierając się przy swoim Zabrak.
- W życu wiele rzeczy nie przychodzi łatwo. Dlatego potrzebny jest trening i skupienie. Uwierz w siebie, tak samo jak ja wierzę w ciebie, a na pewno dasz radę - jak zwykle łagodny i ciepły głos Yalare, w połączeniu z jej uśmiechem, pozwolił uspokoić lekko już poirytowanego Zabraka i zmotywować go do działania.
Ze wspomnień, wyrwał Tamir dźwięk zderzających się ze sobą mieczy świetlnych. Ho'Din ciągle miał przewagę w tym pojedynku, jego skupienie i rozsądek z pewnością mu ją zapewniały, z drugiej jednak strony energiczność Rodianki mogły zapewnić jej zwycięstwo przez nieoczekiwany atak.
- Przypominasz sobie stare czasy? - Zabrak niemal podskoczył, kiedy usłyszał za sobą głos, którego nie słyszał od tak dawna, uśmiechnął się jednak i odwrócił głowę
- Witaj Mistrzu. Można tak powiedzieć. - odparł spoglądając na Whipida.
K'Kruhk nie zmienił się wiele od ostatniego razu, kiedy się z nim widział. Właściwie to jemu zawdzięczał to, że teraz jest Jedi. To właśnie Whipid zabrał go ze sobą na Coruscant, do Świątyni Jedi, gdzie rozpoczął trening.
- Zapewne dostałeś już misję - powiedział rosły Jedi spoglądając na Zabraka
- Tak, wraz z grupą Jedi, udaję się na Elom. A ty Mistrzu? - zapytał z zaciekawieniem Tamir
- Właśnie zmierzam do sal Rady, by otrzymać przydział. - odpowiedział i ukłonił się - Niech Moc będzie z Tobą, Tamirze Torn -
- Niech Moc będzie z Tobą - odpowiedział Zabrak kłaniając się Whipidowi.
Odprowadził K'Kruhka do momentu, aż ten nie zniknął za zakrętem, po czym z uśmiechem na twarzy odwrócił się w kierunku walczących. Dwójka młodych adeptów schodziła już jednak z maty. Nie dane mu było zobaczyć tego pojedynku w całości, a nie wiedział, kiedy znów będzie miał okazję na chwilę relaksu i obserwację dzieci, które miały stanowić o przyszłości Zakonu.

***

- Pozostała ci godzina? - zapytała Yalare stojąc obok swojego byłego ucznia.
Oboje stali i rozmawiali już jakiś czas na jednym z balkonów. Ich wzrok śledził sunące po niebie statki. Obserwowali jak cywilne śmigacze, komponują się z wzbijającymi się w górę i sunącymi ku orbicie okrętami wojskowymi. Ogromne niszczyciele klasy Venator i Acclamatory, opuszczały port kosmiczny, a na ich pokładach oddziały klonów, tysiące maszyn i dowodzący nimi Jedi.
- Nie martw się, poradzisz sobie - Yalare położyła dłoń na ramieniu Zabraka
- Tym będę martwił się, jak poznam szczegóły tej misji. Na razie myślę o czymś innym - powiedział z zastanowieniem Tamir
- Czy jeszcze się zobaczymy? - zapytała kobieta wypowiadając słowa, które chciał powiedzieć Torn.
Jedi mógłby zapytać swoją byłą mentorkę skąd wiedziała, ale przecież znali się tyle lat, wytworzyła się między nimi ta specjalna więź, która tworzy się pomiędzy uczniem i nauczycielem. Znała go doskonale, a on ją. Jej pytanie nie wywołało w nim nawet zdziwienia, czy zaskoczenia. Tamir uśmiechnął się słysząc je.
- Mamy na to niewielki wpływ. Na razie możemy... -
- Płynąć z biegiem wydarzeń - dokończył powiedzenie swojej mentorki, przywołując szczery i szeroki uśmiech na twarzy dwójki Jedi
- Niemal czytamy sobie w myślach - powiedziała kobieta
- Nie musimy - odpowiedział Tamir.

***

W hangarze dało się słyszeć szybkie, energiczne kroki Zabraka. Młody Jedi zręcznie mijał kolejne osoby, które zachodziły mu drogę. Ostateczne dotarcie do celu i nie zostanie potrąconym przez nikogo, udało mu się dosyć szybko. Ponownie nieznacznie się ukłonił wszystkim zgromadzonym na powitanie i zerknął na ich środek transportu. Już teraz wsiadali do maszyny, której przeznaczenie było ewidentnie militarne. A liczył jeszcze chociaż na chwilę spokoju od wojska i wojny. Niestety, nie było mu to dane.
Na pokładzie statku, w towarzystwie reszty Jedi i Mistrzyni T'ra Syy, ruszył w kierunku mostka. Po drodze bacznie przyglądał się żołnierzom, z którymi miał wypełniać misję. Klony. Wojsko stworzone z próbówek, sztucznie wyprodukowane, chociaż z żywej tkanki. Był ciekaw ich umiejętności bojowych, interesowało go, co pokażą na polu bitwy, w starciu z droidami. Oczywiście zarówno oni, jak i Jedi, nie byli jedynym personelem statku. Astrodroidy kręciły się tu i tam, a także ci żołnierze, którzy do klonów się nie zaliczali. Republika w końcu dysponowała własnymi oficerami i wojskiem, a klony stały się teraz po prostu jego znaczną częścią, żeby nie powiedzieć, główną siłą Republiki.
Tamir snuł się po korytarzach zaraz po odprawie. Miał dowodzić całym oddziałem klonów, w dodatku otrzymał tytuł komandora. To wszystko wydawało mu się snem, on, który nigdy nikim nie dowodził, nie brał udziału w bitwie na taką skalę, miał teraz do swojej dyspozycji cały regiment, za który był odpowiedzialny. Cóż, niezbadane są wyroki Mocy, jak zwykła mawiać jego Mistrzyni. Młody Zabrak uśmiechnął się do samego siebie, przypominając sobie jej słowa.
Młody Jedi, świerzo upieczony komandor, znalazł się w mesie, by zaspokoić swój głód. Nie przywykł do widoku takiej ilości żołnierzy, którzy byli identyczni. Klony... dla oka identyczne, w Mocy zupełnie inni. Jego przyszli towarzysze broni. Jak wielu żołnierzy będzie musiał pożegnać? Z iloma stoczy więcej walk niż jedną? Tego nie wiedział, tego nikt nie był w stanie przewidzieć. Ani Mistrzyni Yalare, ani Mistrz Windu, ani Mistrz Yoda. Wojna rządziła się własnymi prawami, a on miał nadzieję, że nie będzie musiał żyć w czasach, kiedy o pokoju w Galaktyce będą decydować klingi mieczy świetlnych całego Zakonu.
Sylwetka Zabraka, wyróżniała się pomiędzy tłumem klonów zasiadających w mesie. Jego strój, tradycyjne szaty Jedi, jasnobrązowa toga i długi płaszcz, który niemal całkowicie zasłaniał jego dłonie, różnił się znacząco od lasu białych zbrój klonów. Poły płaszcza zasłaniały kołyszącą się w rytm jego powolnych, spokojnych, lecz pewnych kroków, rękojeść miecza świetlnego, dłuższą niż rękojeści większości Jedi. Z powagą wymalowaną na twarzy przeszedł przez salę, zabrał porcję jedzenia i ruszył w kierunku wolnego, pustego stolika.
Pogrążony w rozmyślaniach, niemal nie ruszył swojego posiłku. Nie do końca wierzył w swoje umiejętności przywódcze, martwił się, czy nie zawiedzie. Jego zadanie, a właściwie jego cel, był ważny z punktu widzenia strategicznego, a on bardzo chciał się wykazać i wypełnić misję. Przyczyniłoby się to do wzrostu jego pewności siebie.
Era przekroczyła próg mesy zamaszystym krokiem, z nosem utkwionym w datapadzie zdawała się nie widzieć zupełnie w którym kierunku zmierza, mimo to zawsze udawało się jej instynktownie zejść z drogi kotłującemu się tłumowi. Wyróżniała się na tle niezliczonych klonów snujących się w tą i z powrotem z tackami pełnymi kolorowych, bezsmakowych jednak zupełnie pożywnych syntetycznych odżywek. W swojej skórzanej kurtce i wysokich do połowy uda butach przypominała bardziej pilota przemytnika niż rycerza Jedi, jedynie kołyszący się energicznie przy pasku miecz świetlny zdawał się świadczyć o jej przynależności do zakonu.
Porcje odebrała również nie zwracając większej uwagi na zawartość talerzy. Wzrok podniosła dopiero gdy przyszło szukać miejsca. W końcu jej wzrok padł na Zabraka, który an tle morza białych pancerzy zdawał się nieprzyjemnie osamotniony przy swoim stoliku. Zdaje się, że nie tylko ona zgłodniała podczas narady.
- Można się przysiąść… – spytała stanąwszy nad głową rycerza. – …komandorze. – ostatnie słowo wypowiedziała z szelmowskim uśmiechem w sposób który mógł być jednocześnie żartobliwym przytykiem jak i czymś na kształt gratulacji.

Spojrzał na kobietę, Jedi, z którą miał wyruszyć na powierzchnię, chociaż ich zadania były zupełnie inne.
- Wystarczy Tamir - powiedział wskazując ręką na wolne miejsce na przeciwko niego - Tytuły wojskowe jakoś do mnie nie pasują - odpowiedział z uśmiechem swojej towarzyszce.

- Era. Do nikogo z nas nie pasują, ale chyba będzie się trzeba do nich przyzwyczaić – usiadła na krześle odkładając na bok datapad, przez chwilę Zabrakowi mignęły przed oczami cząsteczkowe wzory i kilka zdjęć wyglądających na komórki w znacznym powiększeniu. – Słyszałam teorię, ze im gorzej karmiona ramia tym bardziej waleczna… – wyciągnęła łyżeczkę z bezkształtnej breji zalęgającej na tacce, bezsmakowe i bezzapachowe świństwo które aż za dobrze znała. – …ta będzie niezwyciężona.

Na twarzy Zabraka pojawił się uśmiech na uwagę o jedzeniu. Jego towarzyszka miała rację, posiłki jakie tu otrzymywali dalekie były od tych, które jadali w Świątyni.
- Mam taką nadzieję, w końcu naszymi przeciwnikami nie mają być myślące istoty potrzebujące odpoczynku, czy pożywienia, a droidy. Ciekaw jestem jak ta teoria ma się do nich - stwierdził Tamir zerkając kątem oka na swój posiłek. Jakoś nie miał wielkiej ochoty by się za to zabierać, może za chwilę... - Jak ci się podoba twoje zadanie? Skrajnie odbiegają od misji zlecanych kiedyś przez Radę, co? -

Skrzywiła się nieznacznie.
- Wszystko wydaje się inne, tak jakbym zasnęła i obudziła się pod drugiej stronie lustra w jakiejś pokracznej parodii rzeczywistości. – wzruszyła ramionami. – No a zadanie… cóż to jest przynajmniej coś na czym się znam… chociaż lista zaopatrzenia nie wygląda zbyt zachęcająco. Rozumiem że kanonierki mają ograniczona pojemność ale ja sama za zbiornik z bactą nie dam rady robić.

- Uroki wojny - powiedział wzruszając ramionami Tamir - Rozumiem, że to tobie przypadło w udziale utworzenie obozu medycznego? - Słowa wypowiedziane przez Zabraka były bardziej stwierdzeniem niż pytaniem, pomimo pytającego tonu jego głosu.
- Ja muszę zdobyć ważne strategicznie wzgórzę. Liczę, że nie natkniemy się na większy opór, albo chociaż na to, że moja pomysłowość mnie nie zawiedzie - przyznał nie do końca pewnym tonem Jedi.

- Też mam nadzieję, że pójdzie ci gładko. Bo jeśli napotkamy opór w miasteczku pierwsi ranni mogą nadejść zanim zdążę się porządnie rozłożyć ze szpitalem… – uśmiechnęła się krzywo. – …no ale szyłam już w polowych warunkach. W czasie wykonywania misji moja mistrzyni zwykła potrzebować chirurga średnio ran na dwie doby. – Stare dobre czasy. – Masz jakieś doświadczenie w kwestii wojskowych operacji?

- Miałaś interesującą Mistrzynię - stwierdził z uśmiechem, nim przeszedł do odpowiedzi na zadane mu pytanie. Za dużo właściwie nie trzeba było mówić, w końcu jaki Jedi mógł mieć doświadczenie w wojskowych operacjach? W końcu do niedawna w Galaktyce panował spokój.
- Nie będę ukrywał, że moje doświadczenie jest zerowe. Oczywiście brałem udział w walkach, ale nigdy na taką skalę i nigdy nie dowodziłem. Ta wojna to będzie test dla wielu Jedi. Wszyscy będziemy musieli odnaleźć się w nowych sytuacjach i nowych rolach, a także szybko nauczyć się nowych rzeczy, nie zapominając o starych. -

- Ciekawa to ona się wydaje kiedy nit akurat do ciebie przez nią nie strzela. Ale nie chciałabym żadnej innej – Uśmiech na twarzy dziewczyny przeszedł w lekki grymas niepokoju, jednak zaraz wyparł go zdecydowany wyraz. Przytaknęła.
- Nie zapomnieć o starym… to chyba będzie kluczowe. Nie zapomnieć kim się jest. – na chwilę znów uśmiechnęła się kpiąco. – Strażnicy pokoju… – obejrzała się na pogrążonych w jedzeniu żołnierzy, jedną z najwyraźniejszych manifestacji wojennego porządku rzeczy. – …spisaliśmy się nie ma co – zakończyła sucho.

Zabrak podążył wzrokiem, za spojrzeniem swojej rozmówczyni. Tłumy żołnierzy w białych, błyszczących zbrojach, spożywających powoli i w milczeniu posiłek. Zdawało się, że byli pogodzeni z losem, jaki ich czekał. Zostali w końcu do tego stworzeni. By walczyć. To był, jakby na to nie patrzeć, smutny cel ich egzystencji. Młodemu Jedi zrobiło się ich żal, postanowił, że nie pozwoli by wielu jego towarzyszy zginęło. Obiecał sobie, że będzie walczył o każdego, jak o samego siebie.
- Niestety, nie mieliśmy na to wielkiego wpływu - powiedziałem odwracając głowę znów w kierunku Ery - Nawet Jedi nie są wszechwiedzący i nie mogą wszystkiego powstrzymać. Stało się, wybuchła wojna i teraz musimy zrobić wszystko, by zakończyć ją jak najszybciej. Nie mieliśmy wpływu na początek tego konfliktu, ale za to mamy wpływ na jego koniec. To zawsze jakiś plus - zakończył uśmiechając się do swojej towarzyszki, próbując podnieść ją na duchu swoimi słowami.

Po ostatnich dyskusjach z Caprice dobrze było usłyszeć kogoś kto jeszcze ma choć trochę zdrowsze poglądy. Uśmiechnęła się do Tamira.
- Czy ja wiem czy mamy na to jakiś wpływ… może Rada ma. Jakby to powiedziała moja mistrzyni, my tu dalej robimy za cieci tylko miotłę zmieniliśmy na karabin – Srebrne oko dziewczyny błyskało chłodno gdy wypowiadało te słowa, drugie wydawało się być niepokojąco ciemne, niemal jak kosmos. – Na szczęście Rada zdaje się wiedzieć co robi. Przynajmniej ja wole w to wierzyć.

- Miotłę na karabin... - powtórzył z uśmiechem na twarzy Tamir. - Ciekawie powiedziane - wyglądało na to, że stwierdzenie Mistrzyni Ery przypadło młodemu Jedi do gustu, chociaż sam nie do końca wiedział czemu. Może przez jego prawdziwość?
- Każdy ma jakiś pogląd na tą wojnę. Ja uważam, że wszyscy mamy wpływ na jej losy, w końcu jesteśmy jej nieodłączną częścią. Bierzemy udział w misjach związanych z nią, poza tytułami Zakonnymi, otrzymaliśmy tytuły wojskowe. Niestety będziemy też niejednokrotnie świadkami okropieństw, jakie niesie ze sobą wojna. A już ty najbardziej - Tamir znowu spoważniał. Zapomniał przecież, że w skutek wojny nie cierpią tylko żołnierze walczący po obu stronach konfliktu, ale także niewinne istoty, cywile, które miały to nieszczęście żyć w czasach chaosu i strachu.
- Rada wie co robi. Także w to wierzę, wszyscy powinniśmy -

- Chyba gorzej bym się czuła na twoim miejscu. Rany to coś co znam… może nie do końca na tą skalę ale wiem co z nimi robić. – jej wzrok stwardniał na chwilę. – Jestem uzdrowicielem nie żołnierzem i nie mam zamiaru żołnierzem zostać. – Jedno proste zdanie w którym kryło się większość obiekcji jakie miała wobec całej wojennej awantury. – Co więcej nie sadze by to było zdrowe dla któregokolwiek Jedi. Nie nawykliśmy do bycia częścią problemy ale rozwiązaniem. Z drugiej strony Dooku to nasza odpowiedzialność. Nie można pozwolić żeby się rozbijał po galaktyce i robił co mu się rzewnie podoba tylko dlatego, że wojna wykracza poza funkcję Zakonu. – westchnęła wspierając podbródek na złożonych dłoniach. – Wygląda to jak wybór między jaskinią rancora i leżem smoka krayt i tu i tu jak nie umrzesz od smrodu to cie przeżują… trzeba zatkać nos, zacisnąć żeby i szybko stać się niestrawnym..

- Zawsze to lepiej niż znaleźć się w żołądku sarlacca - stwierdził z uśmiechem Tamir - Ale masz rację, ta wojna to nie jest miejsce dla Jedi. Ani doświadczonych mistrzów, ani młodych rycerzy jak my, czy padawanów. Dla tych ostatnich zwłaszcza. Oni powinni poznawać świat, istotę Mocy i czerpać z nauk swych mentorów, a nie testować swoje nierzadko, zbyt małe, umiejętności i oglądać bezlitosne hordy droidów, których celem jest tylko niszczenie - Westchnął. On także wyraził swoje zdanie na temat udziału Jedi w tej wojne, a zwłaszcza tych najmłodszych i najmniej doświadczonych, których zapewne najwięcej zginie. Droidy nie zwracały uwagi na wiek, stopień czy doświadczenie. Każdy na ich drodze, był ich celem.
- Swoją drogą... - zaczął z zastanowieniem - Co zmusiło Dooku do zmiany stron i z Jedi, Strażnika Pokoju, stać się przywódcą Konfederacji niszczącej ten pokój -

Uśmiechnęła się słysząc, że Tamir podchwycił na chwile trochę lżejszy ton rozmowy, jednak na wspomnienie o Dooku spojrzenie Ery stwardniało.
- Cokolwiek by to nie było na pewno nie jest usprawiedliwieniem dla tego co zrobił – stwierdziła twardo. – Nie wiem co lepsze, czy to, ze nagle ideały wywróciły się mu do góry nogami na tyle, ze uznał cel za wart wszystkich środków czy… po prostu zachłysnął się władzą. Tak czy inaczej niech mu teraz ta jego wojenka w gardle stanie. – suchy ton maskował wściekłość jaka nachodziła ją na myśl o Dooku. – Wszystko zniszczył… nawet jak wygramy… powrotu już nie będzie.

- I to jest kolejna rzecz, na którą niestety nie mamy wpływu - odpowiedział Zabrak na słowa swojej koleżanki. Rozumiał jej złość, mógł wyczuć jej śladową ilość w polu Mocy. Dooku potrafił wzbudzać skrajne emocje samym swoim imieniem, nie wspominając już o czynach. Jego obecne czyny zupełnie nie pasowały do przeszłości, był w końcu Jedi, a teraz... stał się czarną owcą w Zakonie.

- Nie wiem czemu zrobił to co zrobił i nie wiem czy chce go zrozumieć... czy można go zrozumieć nie stając się tym czym on się stał - stwierdziła już łagodniej. - W zakonie wielu jest takich którzy nie zgadzają się z postanowieniami Rady, ich prawo szkolenie w końcu nie odbiera nam własnego rozumu możliwości podejmowania własnych decyzji ale… wątpliwości to nic złego, świadczą o tym, że ma się zdrowe podejście do życia, ale nie wolno zapominać kim się jest i co się sobą reprezentuje. Dooku zapomniał.

- Masz rację.- przytaknął - Możemy mieć własne zdanie, możemy nie zgadzać się z Radą i mieć wątpliwości, tak jak ma je teraz każdy Jedi odnośnie wojny i naszego w niej udziału. - Zabrak westchnął i wbił na moment spojrzenie w blacie stołu - Być może Dooku nie zapomniał, nie można tak od razu stać się złym, przekreślić przeszłość i udawać, że nie było się częścią Zakonu. Ciągle twierdzę, że Dooku musiał mieć ważny powód. Ale... - podniósł wzrok spoglądając na Erę - musielibyśmy go sami o niego zapytać.

- Może się uda kiedy już wyląduje w celi. Bo nie umniejszając twoich zdolności wiem czy któreś z nas byłoby gotowe na spotkanie z nim twarzą w twarz. Ale cokolwiek by nie powiedział to nie zmieni tego, że jest mordercą. Ci wszyscy Jedi którzy zginęli nie wstaną z martwych tylko dlatego, ze miał ważny powód – stwierdziła mieszając smętnie łyżką w misce z szarą papką. – Inna sprawa, że gdyby istniał taki powód dobrze by było o nim wiedzieć nim napyta jeszcze większych problemów. Te obecne chyba już nam w zupełności wystarczą.

Tamir uśmiechnął się nieznacznie
- Najgorszym szermierzem nie jestem, ale sam wątpię w to, bym mógł się z nim równać. No i, trzeba mieć ku temu okazję. Na razie jednak najlepiej skupić się na nadchodzącej misji - Zabrak zdecydował się w końcu na spróbowanie tych wojskowych specjałów, które miały stać się jego pożywieniem w nadchodzącym czasie. Papka, która właściwie była bez smaku, została przerzuta i połknięta, a Jedi westchnął - Ostatecznie, nie jest takie złe... -

Era skrzywiła się.
- Przynajmniej odpadnie problem za ciasnych pancerzy. Na tym nawet Hutt by nie przytył. Mniej problemów z zaopatrzeniem, więcej miejsca na bactę i skanery – stwierdziła wciąć uparcie bawić się swoja łyżeczką. Az za dobrze znała skład tego typu pożywek, uczono ja jak dobierać go odpowiednio dla rożnych chorych. Widok nieodmienne kojarzył się jej z chorobą. - Aminokwasów egzogenne – westchnęła po czym przełknęła z wyrazem twarzy równie wyblakłym co jedzenie. - Cóż pozostaje liczyć, że szybko zajmiemy jakąś kantynę z pełną spiżarnią.

- Ty masz na to znacznie większe szanse ode mnie - powiedział uśmiechając się szerzej Tamir. - Kiedy będziesz zajadać się pysznym posiłkiem z odbitej kantyny, pamiętaj o swoim towarzyszu, który będzie zdobywał wzgórze, zmuszony do pożywiania się tym - tu Zabrak spojrzał na bladą papkę - Albo, jeżeli los pozwoli, znajdzie jakieś zdatne do spożycia owoce

- To czy w ogóle będę miała czas jeść zależy od tego ilu dadzą mi chirurgów. Może się okazać, że będę zagrzebana po łokcie w jakimś klonie kiedy ty rozłożysz sobie piknik na zdobytym wzgórzu. – stwierdziła nabierając kolejną porcję na łyżkę, jednak nie śmieszyła się z pakowaniem jej do ust. - Jeśli T'ra Saa rzeczywiście nie spodziewa się większych problemów to trochę za dużo Jedi jak do jednej operacji, nie sądzisz. Chociaż może mistrzowie z Rady chcą tylko żebyśmy się otrzaskali z tym całym szaleństwem we w miarę bezpiecznych warunkach.

- No ja szczerze wątpię, że będę miał czas i okazję by rozkładać piknik. - stwierdził Zabrak z szerokim uśmiechem - Nie wiem nawet, czy z tego wzgórza coś zostanie, jeżeli natrafimy na opór. Taktykiem za dobrym nie jestem, oczywiście lubię grywać w dejarika, czy przeprowadzałem ryzykowne akcje, ale sam. Teraz będę dowodził całkiem sporą liczbą klonów... - w głosie Jedi znów dało się słyszeć delikatną nutkę niepewności - Muszę przyznać, że także się zastanawiam dlaczego aż tylu Jedi zostało wysłanych na tą misję. Może Rada chce byśmy zapoznali się z terenem, kiedy miałoby dojść do obrony planety. Jeżeli jest taka ważna Konfederacja może spróbować ją odbić

- No proszę następny amator rozbijania głową murów – uśmiechnięta się szelmowsko. - Pociesz się, że jak ją sobie rozbijesz będziesz miał szanse na wypad do szpitalnej, zdobycznej kantyny. – zażartowała po czym obróciła się na chwilę zerkając na klony. - Martwisz się o nich... cóż chwilami mam wrażenie że są bardziej gotowi na to co nadejdzie niż my. Z drugiej strony przypominają mi trochę dzieci... – zamilkła na chwilę. - ... nie znalazłam jeszcze artykułu o tym jaką biochemie mają ich mózgi, a przydałoby się nie chce niespodzianek podczas narkozy a jednak jest w nich coś świeżego, czystego, może to dziwnie brzmi ale w ich posłuszeństwie widzę raczej ufnego małolata a nie sprawny mechanizm. - Drgnęła nagle po czym powróciła do spokojnego półuśmiechu spoglądając znów na Tamira. - Chociaż może po prostu za mało o nich jeszcze wiem

- Z pewnością są bardziej przeszkoleni, w końcu to żołnierze. Wystarczy tylko na nich spojrzeć. - Tamir powiódł wzrokiem po twarzach kilku najbliższych klonów - Spokój, pewność, opanowanie. Nawet w Mocy nie można od nich wyczuć strachu, czy zwątpienia. - Zabrak spojrzał na Erę - Ufnego małolata mówisz? Hmm przekonamy się z czasem. Z pewnością są świetnie wyszkolonymi żołnierzami gotowymi pójść w bój przeciwko każdej jednostce droidów, jaką wystawią przeciwko nam Separatyści. Dodaje otuchy myśl, że masz przy sobie, jak w moim wypadku, cały regiment takich twardzieli - Jedi uśmiechnął się - W połączeniu z naszymi mieczami i umiejętnościami, nie powinno być problemów ze zwyciężaniem w bitwach.

- Nie twierdze, że są słabi, ale w jakiś trudny do wyrażenia sposób zarazem dorośli jak i niedojrzali. Ale masz racje wole ich mieć przy sobie niż przeciwko, z drugiej strony to, że lepiej się znają na tym co przyjdzie nam robić nie dodaje pewności siebie. Dosłownie mamy ich życie w naszych rękach, zdają się przyjmować to tak naturalnie. – stwierdziła po czym przełknęła kolejną łyżkę bezsmakowej odżywki.

Tamir milczał przez chwilę przeżuwając kolejną łyżkę papki. Era miała rację. Dla klonów oddawanie swojego życia w ręce Jedi, niedoświadczonych dowódców, było czymś naturalnym, a przynajmniej takim się wydawało.
- Może się wydawać naturalne, ale z pewnością takim nie jest. To musi być część ich szkolenia. Tak mi się przynajmniej wydaje

- Pytanie w takim razie do czego jeszcze ich wyszkolono. I czy wszystko co jest rozkazem przyjmują tak jak kolejne prawo natury. Zapewne się przekonamy. Pytanie czy się nam to spodoba. – oznajmiła po czym połknęła następna łyżkę, już ze znacznie mniejszym obrzydzeniem po czym pokręciła smętnie głowa patrząc na talerz. - Jeśli kiedykolwiek dnia się do tego przyzwyczaję przyjdzie czas umierać.

- Nie, ona była szkolona w sztuce przyciągania kłopotów ze specjalizacją w ranch ciętych. Czasami miałam wrażenie, że zamiast padawana potrzebowała samobieżnej apteczki. Poza tym większość pasji wkładała w rozwój umiejętności szermierza, eksperymentuje z egzotycznymi stylami. – odparła uśmiechając się z pewna dozą ironii.

- Szermierka, egzotyczne style... - zaczął z rozmarzeniem Tamir. - Kiedy tylko będzie okazja, czyli prawdopodobnie po zakończeniu wojny, chętnie stanąłbym do walki sparingowej z twoją Mistrzynią. - powiedział z uśmiechem Zabrak. Już widział oczami wyobraźni to starcie. Był ciekaw jakimi to egzotycznymi stylami była zainteresowana jej Mistrzyni. On sam od dawna szkolił się w Teras Kasi i szlifował ją w każdej wolnej chwili, właściwie to równie dobrze potrafił walczyć bez miecza, co z mieczem w ręce. Rzecz jasna, strzału z blastera gołą ręką nie odbije.

- Następny. Tylko uprzedź ściągnę zaopatrzenie ze skrzydła medycznego, i w razie czego wybierzcie miejsce gdzie da się podłączyć pole antyseptyczne. – pokręciła głową z udawaną dezaprobatą. - Caprice zazwyczaj preferuje Jar'kai choć wprowadziła do niego pewne modyfikacje z innych nie zaadoptowanych na miecz świetlny styków walk. Często podróżowała po galaktyce by się uch uczyć. Można nawet powiedzieć, że sama jestem nadprogramowym nabytkiem z takiej podróży.

- Jar'kai... ja jestem jednym z użytkowników Teras Kasi. - powiedział Tamir jedząc znów kolejną łyżkę posiłku. - Sam też urozmaicam swój styl i różni się on od tego, którego uczyła mnie moja Mistrzyni. - Jedi zastanowił się chwilę spoglądając na Erę - Powiedz mi proszę. Skoro twoja mistrzyni bardziej preferowała walkę niż leczenie, to skąd ty znasz się na tym? Zazwyczaj to Mistrz przekazuje swoją wiedzę uczniowi, tak jak było w przypadku mojej Mistrzyni i mnie.

- I u nas wcale nie było inaczej. Większość tego co wiem o leczeniu nauczyłam się od Caprice, a raczej na Caprice należałoby powiedzieć.Era uśmiechnęła się szelmowsko. - Była zaangażowana w moja uzdrowicielską edukacje każdym organem, można nawet rzec się się wręcz wykrwawiała żebym mogła zdobyć doświadczenie. – Kolejna łyżka bezkształtnej brei powędrował wprost do żołądka dziewczyny. - A twoja Mistrzyni? Poza zgłębianiem siódmej formy starczało wam czasu na coś jeszcze?

- Nie miałeś za wiele do czynienia z dziećmi co? – uniosła lekko brew. Sama bardzo lubiła małolatów ale nie zawsze w bezpośrednim kontakcie. Miały w sobie pewną dwoistość z którą czuła związek. Równie łatwo jak odrywały ja od smutków mogły zamęczyć na śmierć.
- Tylko, kiedy sam byłem dzieckiem - odpowiedział uśmiechając się. Doskonale zdawał sobie sprawę, że młoda osoba, która dopiero zaczynała poznawać świat, do tego wrażliwa na Moc, mogła sprawiać wiele problemów. Ale był to jeden z powodów, dla których chciał zostać dla kogoś mentorem.

Pokręciła głową jednak uśmiech nie schodził z jej ust. Najpierw rzucał wyzwanie Caprice, potem małemu kartelowi mynocków wprost z czeluści kwater młodzików.
- I ty się obawiasz droidów – stwierdziła ze zdziwieniem widząc jak jej łyżka uderza o puste dno.

- Wiesz, czegoś obawiać się musimy - odpowiedział z szerokim, łobuzerskim wręcz, uśmiechem na twarzy. Uniósł ponownie łyżkę z papką, włożył do ust, przeżuł, przełknął i odsunął tacę z jedzeniem. Nie miał już więcej ochoty na posiłek.
- Niezwykle miło się z tobą rozmawiało, mam nadzieję, że po zakończeniu tej misji będzie jeszcze ku temu okazja. Liczę też, że nie będę musiał korzystać z twoich zdolności, a tobie życzę jak najmniej pracy i jak najwięcej pomocników. -
Zabrak podniósł się od stołu, odwrócił głowę w kierunku wyjścia, na które spojrzał ponad głowami siedzących w mesie klonów. Znów naszła go myśl, ilu z nich zobaczy, kiedy będą wracali na Coruscant. O ile nie zostaną wysłani na kolejną bezpośrednio z tej planety.
- Powodzenia podczas wykonywania swojej części zadania. Mam nadzieję do szybkiego zobaczenia. Niech Moc będzie z Tobą - skłonił się nieznacznie na pożegnanie, chwycił tacę i ruszył w kierunku wyjścia. Poły jego płaszcz zafalowały w rytmie jego kroków, odsłaniając na chwilę długą rękojeść jego miecza. Tamir musiał przygotować się do swojego zadania, a chociaż konwersacja była miła, nie pomagała mu w skupieniu się i obmyśleniu planu. Po odłożeniu tacy, ruszył w kierunku swojej kwatery, gdzie zamierzał pomyśleć nad odpowiednią strategią w razie spotkania z wrogiem.

***

Tamir stał przy swoim łóżku, tyłem do drzwi i wpatrywał się w smugi za iluminatorem. Ciągle jeszcze znajdowali się w nadprzestrzeni, ale to już nie miało trwać długo. Ten pozorny spokój miał się za kilka chwil skończyć, a zastąpić go miał wojenny zgiełk, odgłos wystrzałów z blasterowych karabinów, eksplozje i brzęczenie jego własnego miecza świetlnego. Młody Jedi rozkoszował się więc tymi ostatnimi chwilami spokoju, spoglądając na pościelone przed chwilą łóżko. Był gotowy, po rozmowie z Erą zdążył się wyciszyć, uspokoić i otworzyć na Moc, które obmyła jego ciało z napięcia. Jednak, Zabrak ciągle czuł pewien niepokój. Niepokój związany z nadchodzącą misją, nie był jednak pewny, czy jego osobistą częścią, czy też całym zadaniem. Sięgał właśnie po drugi ochraniacz na przedramię, część zbroi klonów, chciał go użyć podczas nadchodzącej misji, ze względu na wmontowany komunikator, kiedy otworzyły się drzwi.
- Komandorze - usłyszał za sobą głos typowy, dla każdego klona
- Tak kapitanie? - zapytał odwracając nieznacznie głowę, tak, że żołnierza widział tylko kątem oka
- Za pięć minut wszyscy mamy się znaleźć w kanonierkach. Będziemy wyskakiwać z nadprzestrzeni - zakomunikował
- Rozumiem. W takim razie do zobaczenia w hangarze. - odpowiedział Tamir
- Tak jest - żołnierz zasalutował i ruszył korytarzem.
- Zaczyna się - powiedział do siebie, kończąc zakładać ochraniacz na drugie przedramię.
Poruszał nadgarstkami, musiał mieć pewność, że będzie miał swobodę ruchu. Była ona niezbędna w użyciu jego techniki. Pełna swoboda i jak najmniejsze obciążenie. Na szczęście te części zbroi to gwarantowały, więc Jedi nie miał powodów do zmartwień. Przypiął jeszcze miecz do pasa i opuścił swoją kajutę, udając się do hangaru.
Chwilę później, kiedy wchodził na pokład kanonierki, którą miał lecieć z zaledwie ułamkiem swojego regimentu, poczuł, jak niszczyciel wychodzi z nadprzestrzeni. Wiedział, że teraz zaczęło się na dobre, a to oznaczało, że większe jednostki zajmą się oczyszczaniem im drogi na powierzchnię. Tamir nie zwlekał już dłużej. Wszedł na pokład i zamknął oczy, wyrównując oddech. Na zasunięcie klap i wylot z hangaru ku powierzchni, nie musiał długo czekać. Rozpoczęła się inwazja.

***

Tamir kroczył przez łąkę, w kierunku wzgórza, a wraz z nim przeszło dwa tysiące żołnierzy. Wiedział, że będzie dowodził dużą ilością ludzi, ale to, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Nie wiedział jak da sobie radę, kiedy przyjdzie mu wydawać rozkazy. Pozostawało tylko liczyć na to, że wzgórze zdobędą bez walki. Co prawda miał wstępnie zarysowany jakiś plan działania, ale wszystko wymagało znacznie więcej danych, niż posiadał tworząc go. Po pierwsze nie wiedział, że będzie dysponował tak dużymi siłami, po drugie trzeba było wiedzieć, w którym momencie zdobywania ZX11 zostaną zaatakowani. I to chyba odnośnie tej części misji, Zabraka nękał niepokój. Zdawać by się mogło iż niepotrzebnie, gdyż wzgórze zdawało się ich wprost zapraszać do siebie. Młody Jedi poczuł wzrost pewności wśród towarzyszących mu klonów. Idąc wśród nich, chyba tylko on jeden pozostawał do końca sceptyczny. Niestety, miał ku temu powody...
- Kapitanie. - Tamir zwrócił się do stojącego obok niego żołnierza z wyższą rangą - Przekazuję pod twoje dowództwo dwa bataliony. Ruszysz wzdłuż wzgórza, zachodząc wrogów od prawej flanki - Młody Jedi nie wiedział, czy dobrze robi rozdzielając swoje oddziały, jednak miał przeczucie, że atak z kilku stron, jest lepszym pomysłem niż atak grupą frontem do przeciwnika.
- Tak jest - kapitan oddalił się od Jedi, by rozpocząć wykonywanie jego polecenia. Widząc jego bezwględne posłuszeństwo, Zabrak miał nadzieję, iż się nie mylił.
- Wasza piątka - powiedział podbiegając w kierunku snajperów - Pójdziecie na wprost. Jako mały oddział macie szanse niezauważenie znaleźć się w pobliżu wroga i zwiększać jego straty. Będziecie naszymi stróżami - Tamir przekazał strzelcom ich zadanie, Ci tylko przytaknęli i ruszyli do ataku. Teraz nadeszło najgorsze. Wydać rozkaz do ataku, dla pozostałych dwóch batalionów, którymi miał dowodzić Tamir. Szedł w pierwszej linii, z włączonym mieczem świetlnym, który jak na razie ukazał tylko jedną klingę.
- Kapitanie - powiedział przez komunikator do dowódcy pozostałych dwóch batalionów - Poza ostrzałem, obrzucać ich też granatami. Najpierw seria granatów jonowych, później detonatory termiczne - rozłączył się i podobne rozkazy wydał swoim podkomendnym. Liczył, że atak z trzech stron, dwa główne po flankach i ostrzał snajperski z czoła, pozwoli na zdobycie wystarczającej przewagi nad droidami, by zdobyć wzgórze, z jak najmniejszą liczbą ofiar.
 

Ostatnio edytowane przez Gekido : 15-09-2009 o 21:17.
Gekido jest offline  
Stary 15-09-2009, 21:53   #10
 
enneid's Avatar
 
Reputacja: 45 enneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodzeenneid jest na bardzo dobrej drodze
-(...) Widzisz, ja ledwo się podnoszę, z umazaną twarzą w błocku, -Xalius ledwo powstrzymywał zaczerwienioną twarz przed kolejnym wybuchem śmiechu, gdy kontynuował swą opowieść- Janin nijak nie może gdyż trzyma się kurczowo tej skrzynki z bactą, by przypadkiem nie utonęła a z góry dyżurny lekarz, besalisk, drze się na nas, ze sobie kąpiele błotne urządzamy. Dziewczyna tak się na mnie wkurzyła, że kopniakiem odesłała mnie z powrotem w w bagno.
-Dziwisz się? Zawsze wpakowujesz innych w bagno -skwitował Nejl i powstrzymując śmiech, i spróbował tym razem zjeść choć kęs jedzenia. Aż zbyt dobrze wyobrażał sobie historię, z jednej z misji, jaką dwójka jego przyjaciół mieli na jakiejś misji pomocy medycznej.
-Oj mówisz tak jakbym tobie zafundował błoto.
- A nie? Pamiętasz jak mnie wyciągnąłeś na przechadzkę po szybach wentylacyjnych? Umazany byłem równo od głowy do stóp. Później nijak to było ukryć przed Nerdu. Przydział w kuchni chyba na dwa tygodnie wtedy dostaliśmy
-No nie... nie mów że ci się to nie podobało
.
Rycerz spojrzał spod łba na przyjaciele, tak srogo, jak tylko mógł, ale nie długo mu to wychodziło. Niewzruszona mina niewiniątka Xaliusa, szybko rozbroiła tą udawaną surowość i Ricon z uśmiechem pokręcił głową wracając do jedzenia. Xalius tym czasem uspokoił się w miarę i westchnął rozciągając ręce
-Ech starzejemy się, co tu dużo kryć
-Niektórzy już nie... -
odrzekł Ricon, nie podnosząc wzroku. tutaj znów nastała cisza
- Gzie cię wyślą? - Podjął znów Xalius, na co rycerz wzruszył ramionami
- Właściwie nie wiem. Znając swoje szczęście, na jakąś raczej żmudną misję dyplomatyczną
- Eno, nie narzekaj, zapewniam ce że to leprze od brodzenia w błocie.
- Każdy jest wysłany na misje do której jest stworzony-
odrzekł Nejl filozoficznie, uśmiechając się nieco wyraźniej niż zwykle. Xalius również wyszczerzył zęby i podnosząc kubek z sokiem wzniósł toast.
-Za nas byśmy się nie nudzili na misjach i jeszcze raz kiedyś znieśli ten toast.
-Jak najszybciej-
dopowiedział Ricon podnosząc swój napój, a dwa kupili zderzyły się w powietrzu.

Nejl był właściwie gotowy do przyjęcia misji. Torba podróżna, którą właściwe nie wypakował z ostatniej misji, czekała na łóżku w jego celi, pożegnał się z Xaliusem i teraz wystarczyło wysłuchać zadania. Mężczyzna odetchnął jeszcze raz w turbowindzie, by wyciszyć umysł. Jak bardzo potrzebne było mu to spotkanie z przyjacielem. Od kilku dni z nikim nie mógł tak swobodnie porozmawiać, a Xalius miał ten wyjątkowy dar zarażania innych dobrym humorem. To zawsze on rozbrajał mistrzów prowadzących wszelakie zajęcia, dowcipami, których niezatarte wspomnienie trwało nieraz do końca dnia, on potrafił się z każdym dogadać. A teraz, podobnie jak Nejl zostanie wysłany gdzieś w galaktykę by bronić Republiki.
W poczekalni już była jeden jedi, młoda kobieta, wpatrzona w krajobraz Curscant. Ricon przez chwile zastanawiał się skąd ją zna. W końcu przypomniał sobie te rysy i nieobecny wzrok tak samo zwrócony przez okno, tuz przed ceremonią pasowania na rycerza. Shalulira Qua'ire, takie imię usłyszał gdy stała w wtedy na środku sali. Czy to z nią przyjdzie mu wypełniać to pierwsze zadanie? Nim jednak zdołał zadać jakieś pytanie, jego uwaga skupiła się na innej osobie, która weszła do pomieszczenia, tym razem wychodząca z sali Wielkiej Rady. Tego z pewnością nie widział wcześniej w zakonie. Kiffar, bo z tego plemienia najprawdopodobniej należał, o czym świadczyć mógł tatuaż tuż pod oczami, nie był wcale w szatach jedi, a długie czarne i tłuste włosy nadawały mu niezbyt przyjemny wygląd, przywodzący skojarzenia rzezimieszków czy raczej zbirów z Slamsów Blackpit. I to badawcze ponure spojrzenie, które skupiło się na Riconie. Nejl musiał sie nieco wysilić by zachować spokój i wytrzymać ten wzrok. Czy on był jedi? Bo choć czuł w nim moc, każda myśl podpowiadała mu, że jest kimś innym...
-... Idziesz?- wyrwał go zamyślenia głos dziewczyny. Odwrócił głowę w jej stronę nieco szybciej niż powinien i kiwnął głowa, po czym ruszył za nią.

Podróże nadprzestrzenne miały to do siebie że były raczej nudne. 5 dni nawet na tak sporym okręcie jak Awizo, stawały się nużące. Z Lirą też niewiele rozmawiał, ona podobnie zresztą jak Nejl nie byli skorzy do jakiś zwierzeń czy po prostu pogawędek. Rycerz postawił się wiec skupić na przyszłej misji. sporo czasu spędził przed holonetem by pogłębić swoją wiedzę o Rodii, jej sytuacji polityczno-gospodarczej, oraz o samej mentalności mieszkańców. Wprawdzie te suche fakty, do pewnego stopnia będą odstawać od rzeczywistości, ale i tak było to leprze niż całkowita ignorancja. Było to jedno z tych pozytywnych przyzwyczajeń które wpoił w niego Mariel. Nie odstąpił również od medytacji i codziennych ćwiczeń, które jak zwykle wprowadzały w trakcie misji tą iluzje zwyczajności i pomagały w zachowaniu spokoju.
Gdy w końcu gdy wyskoczyli z nadprzestrzeni, Nejl podszedł do iluminatora, przez który już dostrzegał zielono-niebieską planetę. A więc tym razem to ja będę w błocku.- Przemknęło przez myśl rycerza gdy przypomniał sobie opisy lasów na Rodii. Kilka minut później już wlecieli w atmosferę i szykowali się lądowania.
Nagle uczuł impuls w mocy i podniósł czujnie wzrok. Nim jednak jakkolwiek zdołał zareagować, rozbrzmiał alarm, a tuż potym krzyk pani kapitan:
- Zbliżające się rakiety! Włączyć tylne osłony!
Wstrząs wytrącił z równowagi rycerza, który poleciał do tyłu, na pusty fotel, kolejny wstrząs, a Awizo z każdą chwila w zastraszającym tempie tracił wysokość. Kolejne alarmy, Krzyki załogi, szarpnięcie, cisza i ciemność...

Żółta i zielona klinga tańczyła w półmroku jaskini, odbijając coraz rzadsze bolty. Lada chwila, skończy się wszytko, huk, przez kilka chwile brzmieć będzie w echu, a potem cisza. Uda im się, zwyciężą... Strzały dobiegały już tylko z jednego miejsca, coraz mniej celne. Zaraz wszystko się skończy. Wiedział, że reszta piratów już nie żyje. Czuł przez to dziwny spokój. Przecież nie mieli wyjścia, musieli walczyć by ochronić resztę. Śmierć tych złoczyńców była koniecznością.
Wyłączył miecz, gdy w końcu już nastała cisza. Daria stała może 5 metrów od niego i nadal z włączonym mieczem wpatrywała się w stronę gdzie był ostatni przeciwnik. Nareszcie koniec. Padawan odwrócił się by wrócić do reszty...
Dostrzegł tylko lufę blasteru wystającą zza głazu. Nie było chwili, żadnej myśli, jedynie palec, który bezbłędnie nacisnął przycisk aktywacji klingi. Ale było za późno, czerwona wiązka energii poleciała przez jaskinie, a huk wystrzału zmieszał się z jego krzykiem.
-Nie!!...


Ostry ból głowy coraz intensywniej wpraszał się do świadomości rycerza, aż w końcu zmusił go do otwarcia oczu. Minęło jednak trochę czasu nim umysł skojarzył wnętrze wraku okrętu, którego ogon najwyraźniej znajdywał się znacznie wyżej niż dziób. Otarł ręką twarz, próbując jakoś jeszcze do układanki wpasować jaskinie, lecz w końcu uświadomił sobie, że to tylko zły sen... Tylko... Ręka wyczuła jakąś mokrą stróżkę, spojrzał na dłoń, na której były slady krwi, pewno rozciął sobie głowę w trakcie awaryjnego lądowania. Niemniej chyba nie było to nic groźnego
Nejl spróbował wstać. Nie było to wcale łatwe, gdyż niemal każda część ciała wysyłała sygnały ostrego bólu, do mózgu, który zresztą też chyba nie był w lepszym stanie. Ale raczej nic nie miał złamane. Gdy w końcu uzyskał jako taki pion na pochylonej podłodze, rozejrzał się dokładniej po kabinie. Wzrok przykuły ciała członków załogi. Z nich nikt nie przeżył. Pierwsze ofiary wojny. Ricon szybko odwrócił głowę. Im już nie pomoże, ale nadal miał do wykonania misję, choć to powitanie przy użyciu rakiet mocno go do niej zniechęciło.
Ale gdzie była jego towarzyszka? rycerz znów rozejrzał się wokół, ale jej tu nie było. Nejl otworzył się więc na moc, która nie ograniczała go jak reszta zmysłów do durastalowych ścian wraku. Gdy tylko ją wyczuł posłał jej krótką mentalną wiadomość: "Wszystko w porządku?", po czym otworzył oczy i zaczął się wspinać w stronę rufy. Miał zamiar jeszcze zajrzeć do ładowni, gdzie powinien znaleźć trochę żelaznych racji, a także, co przydatniejsze udogodnienia do przetrwania w buszu. Zatrzymał się jednak chwile później i podszedł do jednego z terminali statku. Stąd powinien móc wysłać sygnał do świątyni obecnej sytuacji... O ile oczywiście terminal zadziała po całej kraksie, a nadajnik dalekiego zasięgu nie został zbytnio uszkodzony, co oczywiście było raczej pobożnym życzeniem...
 
__________________
the answer to life the universe and everything = 42

Chcesz usłyszeć historię przedziwną? Przyjrzyj się dokładnie. Zapraszam do sesji: "Baśń"- Z chęcią przyjmę kolejnych graczy!

Ostatnio edytowane przez enneid : 15-09-2009 o 21:57.
enneid jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:12.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168