Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 19-12-2009, 16:34   #1
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 14454 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Liber KKK

Świat się zmienia.

Bezlitosny czas nakazuje gnać nawet światu nieożywionemu, zaś wszelkie istnienie podporządkowuje mu się posłusznie. Ewoluuje.

Glob nie wygląda już jak dawniej. Patrząc na niego z przestrzeni kosmicznej, na półkulę otuloną przez noc, na kontynentach świeci się tyle świateł miast, iż czasem przypominają światłowodowego jeża.

Lasy nie są już tak liczne, gdyż na ich miejsca wkroczyli ludzie ze swoimi wynalazkami czy osiedlami, w których mieszkają.
Stawiają tam wieżowce tak wysokie, że wydaje się, iż niedługo sięgną chmur, a w nich znajduje się społeczeństwo miasta. Nowocześni o nowoczesnym sposobie przemieszczenia się.

Rezygnują oni z samochodów przykutych do powierzchni, przestawiając się na te latające między wysokimi słupami budynków wzdłuż wyznaczonych tras, choć zarezerwowane są jedynie dla bogatszych.
Z czasem zmianie uległy również idee i poglądy. Nie są już te same co poprzednio.

Jednakże czy aby na pewno wszystko podlega zmianie? Czy nic nie jest stałe?
Nie. Mimo wszystko coś pozostało. Oprócz „nowego sportu” pozostał również „stary" cieszący się równie dużym zainteresowaniem. Nawet teraz nikt nie wyobraża sobie piłki nożnej czy koszykówki bez kontaktu z podłożem i żadne elektroniczne piłki nie zdołały podbić konserwatywnych, aktywnych sposobów spędzania czasu.

Niemniej jednak to nie wszystko. Wyścigi samochodowe dalej budzą ogromne emocje, nie ważne czy legalne, czy nielegalne.

Przynajmniej jeśli tyczy się to tych powietrznych, ponieważ te naziemne są największą sensacją, pomimo łamania prawa. Może właśnie ze względu na to.
W odróżnieniu od zaakceptowanych wyścigów powietrznych, te przynoszą najwięcej emocji z powodu narzuconych ograniczeń. Zmagania naziemne pozwalają na manewrowanie w każdym kierunku, zaś muszą pilnować jedynie, by nie wpaść na żaden budynek.

Dawne zmagania nie przynoszą tylu możliwości manewru, dzięki czemu wszystko staje się trudniejsze, jedynie dla zawodowców.

Świat wyścigów jest ściśle hermetyczny i praktycznie całkowicie zamknięty dla osób, za które nie poręczył któryś z obywateli należących do społeczeństwa.

Jednakże największa tajemnicą był sposób komunikowania się społeczności. Dziwnym trafem na każde zmaganie stawiali się wszyscy kierowcy, a także widzowie czy organizatorzy. Przynajmniej ci, którzy mogli to zrobić.
Tym razem lokacja to obrzeża miasta, trasa łącząca metropolie, dostępna jedynie dla pojazdów uprzywilejowanych, na której niezwykle łatwo natknąć się na transport towarów, przez ciężarówki. Przez to cały wyścig stawał się niebezpieczny. Zderzenie z kilkunastotonowym transporterem mogło okazać się śmiertelne dla więcej niż jednego kierowcy.
Sytuację utrudniała pora. Noc ogranicza widoczność.

Każdy wyścig jest wielkim wydarzeniem i odbywa się nieregularnie. Może być ich zarówno dwanaście w miesiącu, jak również wogóle ich nie być, dlatego też za każdym razem organizowana jest impreza.
Tak również było tym razem.

Zgromadzeni na placu koło trasy, stanowili siłę ponad pięciu tuzinów samochodów, z czego jeden, ustawiony centralnie, był największy i to właśnie z niego wypływała głośna muzyka rapu oraz hip-hopu.
Jack "Ali" Alagari, właściciel owego źródła dźwięku, był jednocześnie organizatorem, odpowiadającym za wybór trasy oraz efekty dźwiękowe.

Na drodze ustawionych było dziewięć samochodów o ryczących wściekle silnikach. Było jedno puste miejsce.

Wszystko przebiegało tak, jak należy. Czy jednak na pewno?

Nagle silniki zaczęły gasnąć, a wściekli kierowcy wychodzili ze swoich samochodów, zaś do nich podszedł niski czarnoskóry mężczyzna z dredami i papierosem w ustach. Alagari.

-Walkower!-wrzasnął wysoki, niedźwiedziowaty, łysy mężczyzna.

-Yergo ma rację, Ali-poparła niedźwiedziowatego, czarnowłosa kobieta.


-Nie możesz wstrzymywać 'galopu' aż tyle czasu. W końcu wytropią nas 'lisy' i sprint się nie odbędzie-dodała latynoska, wskazując linię startu.

-Spoko, Wyene. 'Wyjnice' mają czas. Poza tym Roni zapowiedział obecność, czyli przyjedzie-powiedział Jack, zaciągając się z lubością.

-Wyluzujcie. Niedługo będzie...-przerwał, gdyż nagle na horyzoncie, od strony miasta, pojawiły się niebieskie światła.

-Jest-wyrzucił niedopałek papierosa, po czym odszedł, natomiast na linię startu podjechał ostatni konkurent w srebrnym samochodzie z przyciemnianymi szybami.


Drzwi otworzyły się, zaś Roni wyszedł ze środka.


Był to wysoki mężczyzna o zielonych oczach i ciemnych blond włosach z lekkim zarostem na twarzy.
Włożył do kieszeni czarnej koszuli, okulary przeciwsłoneczne i poprawił ułożenie spodni na butach, ale gdy wyprostował się...
Nie zdążył niczego powiedzieć, ponieważ potężna pięść Yergo trzasnęła go w twarz tak mocno, iż zachwiał się. Natychmiast wszyscy złapali niedźwiedziowatego mężczyznę.

-Ty śmieciu! Przez ciebie możemy wpaść na 'lisy'! Ciebie też obowiązuje prawo, choćbyś nie wiem jak zaprzeczał! Nasze prawo!-wrzasnął napastnik, próbując wyrwać się od trzymających go rąk, zaś Mervinn jedynie wyprostował się i splunął mu krwią pod nogi.
Nie patrzył jak tamten bieleje ze wściekłości. Wsiadł do samochodu.

-W takim razie wsiadaj i zaczynamy grę!-odezwał się jeszcze, zamykając drzwi.

***


Coraz głośniejszy ryk silników zapowiadał błyskawiczne zbliżanie się do mety, natomiast reflektory samochodowe potwierdzały tą teorię.

-Kto prowadzi?

-Chyba ten czerwony Omikron K8.

-Nie, Omikron walczy, ale na przedzie widzę srebrnego Equine'a R2-dyskusje przerwał stojący na dachu swojego samochodu, Ali, patrzący przez lornetkę.

-Sneyder na prowadzeniu! Za nim Wyene, Yergović, Bezervo, Pmere, Fiedrin, Kamten, Dirgun, Jensen i Vreco! W czołówce cały czas wrze! Sneyder 'ustawił defa', ale nasza Wyene chce go brać od lewa, odsłaniając Yergowićowi drogę!
Sneyder musi wybrać! Czy będzie dalej blokował Wyene czy może Yergović stanie się jego celem! Za późno Yergović użył 'chabrona' i odjechał czołówce! Czarny Dalet D4 zbliża się do mety... Niemożliwe! Wyene i Sneyder zachowali swoje 'chabrony'! Dominacja Yergowića jest mocno zagrożona! Omikron K8 i Equine R2, z czego ten ostatni dysponuje najmocniejszym 'chabronem'! Wyprzedził Wyene, a ta szykuje się do zepchnięcia Yergovića na 'ostatnie pudło'. Zaraz wejdą w 'strefę ślepoty'! Prowadzi Roni...!
-nagle przerwał, chowając lornetkę do kieszeni. Najwyraźniej wjechali w 'strefę ślepoty', miejsce, w którym organizator nie nadążał z obserwacją jadących samochodów.

Nagle dwa kształty śmignęły przez linię mety. Srebrny i czerwony. Dopiero za nimi przyjechał czarny wraz z resztą, zaś Roni zawrócił powoli, podjeżdżając pod miejsce, w którym stał Ali.
Wysiadł ze swojego samochodu, podchodząc do czarnoskórego przyjaciela.

-Ładny 'galop'. Jak Yergo cię wyprzedził, myślałem, że już jesteś po użyciu 'chabrona'-uścisnął Marvinnowi dłoń, który zdjął swoje czarne okulary.

-Wszyscy tak myśleli... i mieli rację, ale zużyłem tylko ćwierć mocy. Czasami pojedynki się przydają-wzruszył ramionami i oparł się o swojego Equine'a, przyglądając się wściekłemu właścicielowi Daleta.

-Ile zostało?-zapytał, widząc zbliżającą się do nich Ani Jensen, małą blondyneczkę, nazywaną "Diabliczką".


-Ile wyścigów? Siedem. Jesteś pewien, że chcesz coś zmieniać w swoim?-wyraził wątpliwość Jack, zaś Roni zauważył, że Ali przerzucił się na coś mocniejszego niż zwykłe papierosy. Teraz palił swój ulubiony narkotyk, ponieważ było po sprincie, zaś niedługo wszyscy się rozjadą.

-A jak myślisz? Nie miałem zbyt dużej przewagi nad Wyene. Jej Omikron znacznie się rozwinął od poprzedniego wyścigu. Nie jestem pewien czy bym wygrał bez wygranego 'chabrona'-stwierdził, spoglądając na czerwone auto.

-Następny 'galop' będzie dopiero za dwa miesiące. Zbyt 'gęste' były ostatnio. Tylko pamiętaj, niczego nie wiesz...-urwał, gdyż Ani podeszła do nich.

-No, Diabliczko, czwarta lokata... Gonisz!-stwierdził Alagari, zaciągając się, przy czym nie omieszkał dokładnie obejrzeć kobietę.
Nie sposób było tego nie zrobić, jak zauważył Roni, po części z powodu czarnej głowy diabła nadrukowanej na intensywnie czerwoną bluzkę, przylegającą do ciała Jensen.

-Następnym celem jest Yergo. Uważaj, Sneyder, bo oprócz niego, do ciebie została mi już tylko Lyna-rzekła z nonszalancją.

-Przyszłaś pomarzyć czy w jakimś konkretniejszym celu?-odparł Roni, ziewając.

-Nie bądź taki pewny siebie.

-Ty nie jesteś dla mnie zagrożeniem. Ewentualnie Yergo i Lyna-powiedział, zaś w oczach Diabliczki zapłonął gniew.

-Jeszcze zobaczymy-syknęła, a następnie odwróciła się, lecz nim zdążyła postawić pierwszy krok, muzyka wyłączyła się. Zastąpił ją damski głos.

-Ali! 'W dym'! Trzy 'żółwie' i 'wataha lisów'!-powiedziała szybko, lecz spokojnie, zaś Jack wsiadł do samochodu. Nacisnął przycisk obok radia.

-Zrozumiałem. 'Odlatujcie'-zameldował, zaś po chwili wcisnął drugi przycisk.

-Trzy 'żółwie' i 'wataha lisów' na trasie. Do następnego!-z głośników wydobył się głos Alagariego, który jeszcze uścisnął dłoń Roniego i pospiesznie odjechał, tak jak całe towarzystwo. Marvinn zasalutował jeszcze Ani, a w następnej kolejności założył okulary, wsiadając do samochodu.

***


Setki, tysiące budynków i wieżowców. Stalowo-szklane olbrzymy, górujące nad miastem. Wyzwanie rzucone przez ludzi, bogom.
Wszystko jakby mówiło: "Sięgniemy waszego królestwa już niedługo, a kiedy już to zrobimy, i tam wprowadzimy nasze zasady. Zobaczcie, już jesteśmy blisko!".

Rzadkie, nadziemne drogi przecinały jej strukturę, zostawiając miejsce na przyszłość. Dla pojazdów nie potrzebujących żadnych materialnych dróg, a wtedy te, bez żalu można będzie zniszczyć. Już teraz, raz na jakiś czas przemknie nowy samochód dostosowany do nowego typu poruszania się.

W jednym z wieżowców w północno-zachodniej części miasta, mieszkanie miał pewien człowiek, który wracał właśnie do domu. Był jednym z przedstawicieli grupy prezentującej pojazdy nie wymagające nawierzchni pod podwoziem.

Był on średnio zamożnym obywatelem, więc nie mógł mieszkać w centrum. Nie było go stać.


Podleciał pod garaż, znajdujący się w połowie wysokości budynku, po czym, za okazaniem Karty Mieszkańca, wleciał do środka, gdzie zajął jedno z trzech miejsc przy kolumnie z numerem 502. Jego numer mieszkania.

Wysiadającym mieszkańcem był Marvinn Sneyder, wysoki mężczyzna o długich, białych włosach, ubrany w czarne barwy. Buty, spodnie, pas, kurta... nawet płaszcz w ręku przedstawiały tą samą barwę.


Zamknął samochód i ruszył w kierunku windy. Miał za sobą ciężką noc. Początkowo musiał dostać się do jego prywatnego garażu pod warsztatem samochodowym, potem należało wydostać się z miasta, a potem wjechać na strzeżoną trasę transportową, by móc się ścigać.
Kłopoty z jego Equinem oraz najlepszym na rynku HB Ronatorem C, który włączył się po sporym opóźnieniu, nie czyniły dnia przyjemniejszym.
Jakby tego było mało, jego Equine stanął na środku miasta. Na szczęście Transportery i Straż pojechały inną trasą, dzięki czemu miał trochę czasu na uruchomienie pojazdu.
Tivers Geron oraz Orner Perato obiecali się tym zająć wraz z załogą, ale za dwa dni.

Co prawda, oprócz Equinea miał jeszcze kilka innych wyścigowych, mających być jego wyjściami awaryjnymi, lecz nie były mocniejsze od jego faworyta.

-Marvinn Sneyder?-usłyszał za sobą głos, a kiedy odwrócił się, zobaczył trzy osoby, zmierzające ku niemu.

-O co chodzi?-zapytał mało grzecznie.

-Jesteś zatrzymany...-nagle coś uderzyło go w tył głowy, zaś reszta przemówienia stała się dla niego niesłyszalna. Obraz zniknął wraz z przytomnością...
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.

Ostatnio edytowane przez Alaron Elessedil : 19-12-2009 o 17:24. Powód: Literówki
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 22-12-2009, 13:04   #2
Konto usunięte
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 613 Midnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemu
Zadanie było łatwiejsze niż się tego spodziewała. Zlokalizować i oznaczyć. Niby nic, lecz gdy weźmie się pod uwagę fakt że chodziło tu o uczestnika nielegalnych wyścigów... Sprawa nieco się komplikowała. Ekipa zajmująca się tego typu zabawami była zgrana i dość szczelna. Wszelkie przecieki likwidowano ze sprawnością godną jej samej. Wszystko we własnym gronie. Niczym hermetycznie zamknięty pojemnik z odpadami radioaktywnymi. Groźni i niedostępni. Nie dla niej...
Z uśmiechem na ustach obserwowała chwilę w której jej cel osunął się na podłogę własnego garażu.

- To by było na tyle.

Usłyszała głos jednego z mężczyzn. No tak, to by było na tyle. Ciekawił ją jednak co planują z nim zrobić. Dowody, które posiadali były zbyt słabe i naciągane by go przyskrzynić. Jej czujki również nie mogli użyć co miała wyraźnie zaznaczone w kontrakcie. Poza tym... Zabiłaby go gdyby spróbował zdradzić. Brat, nie brat. Jej zasady były święte o czym doskonale wiedział. Nie miał wyboru... Musiała mu je powtarzać za każdym razem gdy się spotykali.

- Zawieźcie go do stacji. Niech się nim zajmą dopóki nie wrócę.

Uśmiechnęła się. Tradycyjna wyprawa po pluszaka. Tak przynajmniej nazywali wypady po każdym udanym zadaniu jakie wykonała dla Służb. Sklepy z zabawkami, lody, wesołe miasteczko, a na koniec symulator ulubionej kreskówki. Za każdym razem pytała dlaczego ciągle musi się poddawać tej męce i za każdym razem słyszała jakieś brednie o wynagradzaniu jej straconej niewinności. Cokolwiek by to nie miało znaczyć. Merime nie miała bowiem najmniejszego pojęcia jak Piratka ChiPhi miała jej przywrócić niewinność po kolejnym zabójstwie lub zniszczonym szczęściu rodzinnym gdy dzięki jej informacji przymknięty zostaje ojciec, syn, córka, matka. Nie żeby ja to jakoś szczególnie obchodziło. Praca jak każda inna z tym że lepiej płatna i bez licznika godzin, które trzeba spędzić za biurkiem.
Widząc zbliżającego się braciszka zdezaktywowała pole maskujące.

- Nawet o tym nie myśl Tik. Nie tym razem...

Mruknęła dla zasady poprawiając jednocześnie kosmyk fioletowych włosów, który opadł jej na oczy.

- O czym, siostrzyczko? Wykonałaś niezłą robotę więc należy ci się nagroda, nie sądzisz?

- Taak... Kilka cyfr na koncie i długa kąpiel... Może drobne zakupy... - Widząc rozradowaną minę Tika, dokończyła stanowczo. - W BimBum. Ewentualnie w Mechu... NIE w Toys"R"Us!

Nie dała się nabrać na markotne miny i błagalne spojrzenie.

- Weź się w garść i przypomnij swoim że jestem pod ochroną. Wiesz, nie chciałabym żeby zaczęli mieć kompleksy po tym jak kolejny raz ich wyroluję.

Wypominanie nieudolności jego własnej drużyny w starciu z mała siostrzyczką zawsze działało niczym kubeł zimnej wody.

- Skoro są tacy do niczego to może przestaniesz się bawić i przyjmiesz propozycję którą złożyliśmy ci całe wieki temu, a która, przypominam, wciąż jest aktualna.

Kierowało też sprawy w niekoniecznie przez nią pożądanym kierunku.

- Tych nieudaczników? - Zapytała z udawanym przerażeniem w głosie, jednocześnie zbliżając się do krawędzi wlotowej garażu.
- Jeszcze mi życie miłe!

Skoczyła słysząc jeszcze wściekły okrzyk Tika nim hermetyczne zamknięcie hełmu odcięło ja od odgłosów świata zewnętrznego. Pikując ostro w dół zastanawiała się czy właściwie postępuje. Oferta złożona jej przez szefa wydziału była dość interesująca zarówno pod względem finansowym jak i rozkładu godzin. Właściwie mogłoby być nawet zabawnie gdyby nie brak swobody jaką dawała jej praca na zlecenie. Rozwijając skrzydła mini lotni z silnikami grawitacyjnymi HiperionK, doszła do wniosku że woli jednak wygodę jaką daje niezależność. W końcu kto by chciał spędzać całe dnie na użeraniu się z twardogłowymi i nakierowanymi na przestrzeganie prawa łebkami. Kimkolwiek nie miałaby być ta osoba, z cała pewnością nie była nią Merime.
Gładkie przejście z lotu niekontrolowanego w swobodny dryf zajęło jej tylko chwilę dłużej niż powinno. Mimo tego była zadowolona z nowej zabawki. Co prawda gdy usłyszała cenę omal nie usiadła z wrażenie, to jednak szczerze przyznać musiała że wydatek się opłacił. Lekka konstrukcja łatwa do noszenia i posiadająca przyjemny wygląd małego plecaka, zapewniała niedostępną wcześniej swobodę. W jej branży takie udoskonalenia były na wagę złota.

- No dobra, to gdzie ja cie zostawiłam... - Wyszeptała cicho rozglądając się uważnie wokoło.
- Jesteś!

Błysk światła odbity od lśniącej karoserii czarnego Daimonda St66 wskazał jej miejsce w którym zaparkowała nieco bardziej standardowy środek lokomocji. Zgrabnie lądując na wolnym miejscu parkingowym doszła do wniosku że nim zacznie jakiekolwiek zakupy pasowałoby wpaść jednak do mieszkania i zrzucić kombinezon maskujący. Nie, żeby miała coś przeciwko czarnemu wdzianku lśniącemu w słońcu całkiem jak maska samochodu i przylegającemu do ciała niczym druga skóra. Kto wie, może znalazłaby dzięki temu kogoś miłego do pomocy w przygotowaniu śniadania. Problem w tym że po ostatniej nocy ze śniadaniem w tle miała dość znajomości na jedno czy tam dwa bzykanka.
Fioletem lśniące spojrzenie uważnie zlustrowało otoczenie nim sięgnęła po kluczyki. Nawyk ten nie raz już uratował to cacko od nagłej zmiany właściciela, a jej brata od wizyty w kostnicy.


*****


Godzinę później, wykąpana i przebrana rozsiadła się wygodnie na skórzanej sofie. Czerń kombinezonu zastąpiła biel luźnych spodni i wygodnego podkoszulka. Wizja zakupów ustąpiła zaś miejsca błogiemu lenistwu z kubkiem czekolady w dłoniach i serii odcinków Piratki ChiPhi oglądanych w zaciszu własnego salonu.

- Chi! Phi! - Pisnęła wraz z główną bohaterka.



Życie jest piękne.
 
__________________
[B]poza tym minął już jakiś czas, odkąd ludzie wierzyli w Diabła na tyle mocno, by mu zaprzedawać dusze[/B]

Ostatnio edytowane przez Midnight : 22-12-2009 o 13:58.
Midnight jest offline  
Stary 29-12-2009, 22:43   #3
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 14454 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Mrok odszedł równie szybko jak przyszedł, zastąpiony jaskrawym światłem.
Tylko co było tak upierdliwe i świeciło mu w oczy? Gdzie on wogóle był?
Na te pytania w pierwszej chwili nie potrafił znaleźć odpowiedzi, odruchowo zasłaniając się przed światłem.

Na ułamek sekundy znieruchomiał.

Światło przed nim, cisza, jego własna pozycja siedząca, ciemność... To przypominało mu o czymś... Tylko o czym...

Nagle opuścił ręce w poszukiwaniu znajomej obręczy, której nie znalazł, a jakby tego było mało, nie czuł pedałów pod nogami! Zaraz...
Powoli poprawił się na metalowym krześle z drewnianym siedziskiem i oparciem. Zorientował się, iż nie zasnął za kierownicą, natomiast pojedyncze światło to nie ostry reflektor jednego z transporterów.
Nie będzie wypadku.

W tym przekonaniu utwierdzał go ból potylicy oraz brzęk przy każdym poruszeniu ręki czy nogi.
Zaczął sobie wszystko przypominać i choć był zmuszony do dalszego zamykania oczu, z łatwością mógł sobie wyobrazić własne położenie.

Siedział na krześle wbudowanym w podłogę, zaś do tego mebla przymocowane były kajdany, w które był zakuty.
Ogarnęła go furia. Szarpnął się gwałtownie, lecz nie był w stanie niczego zrobić. Rozsiadł się wygodniej, wspierając głowę.

-Zgaś to śmieciu, byle szybko, dopóki "olśnienie" mogę wpisać w pozostałości braku przytomności. Jak przyjdzie prawnik to będzie już dużo za późno-warknął.
Lampka nie została zgaszona, ale odwrócona. Wystarczyło mu to.

Otworzył oczy, po czym rozejrzał się. Niewiele się pomylił w wypadku swojego siedziska. Istotnie, było ono wbudowane w podłogę, jednakże przy jego przednich nogach znajdowały się pierścienie. To w nich spoczywały łańcuchy, po jednej na stronę.
Na obu końcach były obręcze, obecnie zaciśnięte na nadgarstkach i kostkach.

Rozejrzał się.
Miejsce, w którym przebywał to mały pokój, cały pomalowany na szaro. Podłoga z gładkich kamieni również miała ten odcień. Dokładnie naprzeciwko niego znajdowały się metalowe drzwi z zasuwanym wizjerem.
Był pewien, że gdzieś znajdowały się kamery, zapewne pod sufitem.

Oparł się o ścianę za swoimi plecami i położył dłonie na metalowym stole otaczającym go z trzech stron. Był zamknięty.

Oprócz niego w pokoju była tylko jedna osoba. Mężczyzna ten był łysiejącym pracownikiem lisów, ubranym w czarne spodnie, białą koszulę i czarną marynarkę z naszywką, przedstawiającą samochód za skrótem: ODP-S
Człowiek w średnim wieku mógłby być dobrym znakiem, lecz nie w tym wypadku.
Stał przed nim zimny, wyrachowany człowiek o pustych, rybich oczach.

-Roni...-rozpoczął.

-Ja jestem Marvinn, ale sądzę, że już to wiesz. I bynajmniej nie jest mi miło. Chętnie wypiłbym bruderszafta, ale po pierwsze, nie z tobą, po drugie, nie tutaj, po trzecie, nie w tych okolicznościach-warknął, zaś rozmówca tylko go obserwował, nic więcej nie mówiąc.

-Trzymacie mnie tutaj jak jakiegoś pieprzonego seryjnego mordercę lub psychopatę... Jeśli to się nie pokrywa... Nie jestem ani jednym, ani drugim więc...-urwał, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu. Patrzył jedynie na sufit, jednakże niczego nie zauważył.
Postanowił odrzucić całą ścianę, przy której siedział, rogi oraz dwie przyległe do niej.
Spojrzał w jeden z rogów, gdzie dostrzegł ciemny punkt, który lekko błysnął.
Uśmiechnął się lekko.

-...więc zdejmijcie mi to!-podniósł rękę do góry. Naturalnie jego noga oparła się o obręcz w podłodze. Wyżej nie mógł jej podnieść.

-No, Roni. Weź kluczyk i odepnij mnie od tego, dopóki możesz. Nie dajcie prawnikowi zniszczyć was-położył dłonie na stole.

-Nie udawaj, Roni. Wiemy gdzie byłeś tej nocy-odezwał się cicho.

-Nie przypominam sobie, by mamusia nadała mi takie imię. Poza tym... Gdzie byłem?-zapytał z sarkazmem w głosie.

-To ty mi powiedz.

-W warsztacie samochodowym. Może to potwierdzić co najmniej dwadzieścia osób. Pięćdziesiąt innych może potwierdzić, że wchodziłem do niego, ponad dziesięć, iż z niego wychodziłem jakieś... jakiś kwadrans przed zatrzymaniem.
Przez ten czas dojeżdżałem DO DOMU
-silnie zaakcentował ostatnie dwa wyrazy.

-Do którego warsztatu. Nazwiska-odezwał się przesłuchujący, opierając się o ścianę, a kiedy Sneyder miał zacząć mówić, drzwi otworzyły się.

-Informator mówi, że to nie on. Ten nawet nie jest do tamtego podobny. My szukamy blondyna o krótkich włosach, nie faceta o długich, białych. Wypuść go-autorką tych słów była niska kobieta o czarnych, kręconych włosach.

Marvinn uśmiechnął się drwiąco i patrząc na wściekłego Strażnika, który wcisnął przycisk na ścianie, zaś obręcze otworzyły się. Przesłuchiwany szybko zsunął metal, po czym bez trudu przeskoczył przez stół, a następnie spojrzał na siebie.
Coś mu się nie zgadzało od pasa w górę. Miał na sobie tylko czarną koszulę.
Wzruszył ramionami, podchodząc do przesłuchującego. Tylko do niego, ponieważ czarnowłosa zniknęła.

-Zapewne liczyłeś na fajną zabawę do końca nocy. Niestety nici z twoich planów, ale wiesz co? Czuję się winny-powiedział z genialnie udawaną powagą oraz szczerością. Jedynie ciemne oczy zwiastowały coś...

-Tak, jestem winny zniweczenia zamierzeń zabawy... I wiesz co? Postanowiłem ci to jakoś wynagrodzić...-zamyślił się.

-Mam genialny pomysł, żebyś nie nudził się przez resztę nocy. Własnoręcznie napiszesz oficjalne przeprosiny dla "Marvinna Sneydera" z zawarciem opisu całej sytuacji sformułowanej w duchu skruchy, żalu oraz potępienia tak karygodnej pomyłki. Ma zawierać podpisy: twój oraz trójki osób, które mnie zatrzymały. Twój ma być pierwszy. Czwarta osoba, ta od ogłuszania, ma się zgłosić do mnie osobiście i złożyć przeprosiny do dziesiątej rano następnego dnia. Tylko nie próbuj oszukiwać, Roni. Sprawdzę wszystko.
List ma znaleźć się w mojej skrzynce do godziny ósmej rano.
Jeśli go nie będzie bądź ta osoba nie przyjdzie, będziecie mieli proces o zniesławienie
-powiedział, uśmiechając się na tyle słodko, że można było to uznać za swego rodzaju sarkazm.

-Nie było zniesławienia-odparł tamten z kamienną twarzą.

-Było-postukał palcem w naszywkę.

-ODP-S. Oddział Specjalny do Spraw Przestępstw Samochodowych. Zwykłe zatrzymanie może oznaczać wykroczenie, ale taka gorliwość jedynie coś poważnego. Nie wiem co i nie obchodzi mnie to, ale ludzie mogą pomyśleć wiele. Naraziliście mnie na poniżenie oraz utratę zaufania do mojej osoby. Informacje szybko się rozchodzą. Zanim pozew prawnika dotrze, to już będzie zniesławienie. Nie chcesz się przekonać czy mój prawnik jest skuteczny-powiedział, wchodząc na korytarz, gdzie natknął się na zegar.

-Spójrz! To już czwarta! Ależ ten czas szybko leci... Masz jeszcze cztery godziny! Farciarz z ciebie, masz co robić... Zapamiętasz wszystko czy mam ci zapisać? Ah! Zapomniałem, przecież wy macie to wszystko nagrane. Życzę dobrej nocy-uśmiechnął się paskudnie.

***

Wyszedł przed budynek Straży, zaś przed nim od razu założył zegarek.
Była to w rzeczywistości srebrna bransoleta z wyświetlaczem, obecnie czarnym, ponieważ nic na nim nie było.

-Łącz z Ardonem Tregevinem-mruknął, mogłoby się zdawać, do siebie. Przez kilka chwil nic się nie działo, zaś Sneyder zdążył zapiąć kurtę i założyć płaszcz.

-Czego? Czy ty wiesz, która jest godzina?-zapytał mocno zaspany oraz zirytowany głos, dobiegający z bliżej nieokreślonego miejsca.

-Dziesięć po czwartej. Mam sprawę. Na za dziesięć minut chcę mieć nagranie z mojego parkingu z tej nocy-powiedział, rozglądając się w poszukiwaniu jakiegoś środka transportu. Nie uśmiechała mu się wędrówka przez pół miasta albo i więcej.

-Czy ciebie już do końca popieprzyło?! Niby jak ja mam to zrobić?!

-Nie wiem i średnio mnie to interesuje. Za dziesięć minut na moim dysku-powiedział, ale nie dał szansy na odpowiedź. Wcisnął przycisk na zegarku, a rozmowa zakończyła się.

-Łącz z Tiversem Geronem-powiedział, zaś moment później rozległ się dźwięk piły.

-Wyłącz to gówno!-wrzasnął rozmówca.

-No... O co chodzi?-powiedział, gdy maszyna ucichła.

-Zabierz mnie spod gmachu Straży.

-Słyszałeś, Perato?! Rusz dupę, a nie siedzisz i żresz!-wrzasnął rozmówca, zaś po chwili rozległ się dźwięk zamykanych drzwi samochodu, który natychmiast włączył silnik.
Dwa uderzenia serca później dźwięk zaczął cichnąć, co mogło znaczyć, iż źródło oddalało się.

-Teraz jest pusto, więc spodziewaj się go za jakieś pięć minut. Co się wogóle stało?-zapytał.

-Samochodowi mnie zatrzymali... Zbyt gwałtownie, bym mógł cokolwiek wyjaśnić. Teraz mnie puścili, tylko środka transportu nie mam. Został na parkingu... Tiv, muszę wykonać jeszcze jeden telefon. Muszę zadzwonić do elektryka, bo coś mi gniazdko nie działa...-rzekł, a odpowiedziała mu długa cisza.

-Niemożliwe.

-Jednak.

-Jesteś pewien?

-Tak-odparł spokojnie, patrząc w niebo.

-Wiesz kto zepsuł?

-Nie, ale trzeba się tego dowiedzieć. Przyjemnej pracy, Tiv-rozłączył się. Ostatnie połączenie. Najważniejsze.
Musiał powiadomić Jack'a Alagariego o tym, że Straż wcisnęła kogoś do ich kręgu. Był tego pewien, ponieważ krótkowłosy blondyn to osoba znana pod pseudonimem Roni, jeden z lepszych w swej dziedzinie. Ów osoba nie pokazuje się nigdzie indziej.
Brunetka powiedziała wyraźnie: Informator. Była najwyraźniej młoda i niedoświadczona.

-Łącz ze Złotą Rączką-moment później rozległ się zbiorowy, kobiecy chichot, natomiast Marvinn uśmiechnął się lekko. Już on wiedział co Ali robi w ich towarzystwie.

-Teraz cicho, moje panie!-odezwał się mężczyzna, zaś sposób wypowiadania słów sugerował, że w jego ustach znajduje się ulubiony papierosik.

-Przyjacielu, tym razem potrzebny mi jesteś jako elektryk. Gniazdko się spieprzyło...

-Nie, kurwa! Jak?! Kto rozdupczył?!-powiedział mocno zaskoczony i zły.

-Nie wiem jak i kto. Po prostu się tym zajmij, bo wiem, że ktoś to gniazdko zepsuł. Żadnych nowych gości.

-Zajmę się tym. Zaraz. Teraz. Jeszcze coś masz?

-Nie, to wszystko. Powodzenia-powiedział, widząc zbliżające się światła samochodu, zjeżdżającego z drogi nadziemnej. Jego transport.

***

-Mam was!-mruknął usatysfakcjonowany, gdy tylko na ścianie projekcyjnej jego gabinetu pokazały się cztery twarze. Prawda, były trochę mało widoczne z tego powodu, iż Ardon Tregevin, przyjaciel - prawnik, zdołał przechwycić nagranie tylko z jednej kamery.

Sneyder musiał niechętnie przyznać, że Straż działała niezwykle szybko, choć nie szybciej niż on i jego kontakty. Wszelkie nagrania zostały zlikwidowane w chwilę po uzyskaniu przez Ardona pierwszego nagrania.

-Dobrze, że wykazał się inteligencją-uśmiechnął się lekko, kładąc nogi na biurku z jednoczesnym odchyleniem się na fotelu, zaś ten sięgnął ściany w kącie.

Ów prawnik postarał się o nagranie, obejmujące drogę od wjazdu, aż do windy, poprzez jego miejsce parkingowe.

Popatrzył na dwie, zidentyfikowane przez siebie twarze.
Jeden z nich to Dave Corrington, wysoki, barczysty Strażnik o czarnych włosach i surowym spojrzeniu.
Drugi nazywa się Freigh Letsenog, niższy niż Dave oraz mniej rozbudowany, tak jak kolega, brunet.

Kolejna dwójka dalej pozostawała zagadką, jednakże nie na długo. Jako informatyk firmy zajmującej się elektroniką, mógł się dowiedzieć, szczególnie przy poparciu Tregevina.
Kobietą o fioletowych włosach postanowił zająć się na końcu. Najpierw ostatni z mężczyzn.

-Dostałeś list-powiedział komputer, natomiast Marvinn spojrzał na godzinę. Była punkt siódma.
Postawił stopy na zielonej wykładzinie i mijając biblioteczkę, wyszedł z pokoju, wchodząc na przedpokój.

Było to duże pomieszczenie z podłogą wyłożoną drewnem, natomiast na środku spoczywał dywan.
Na białej ścianie, naprzeciwko drzwi do gabinetu, znajdowała się duża szafa z suwanymi drzwiami, zaś na lewej były drzwi wyjściowe z mieszkania, znajdujące się we wnęce razem z wieszakami na ubranie.

Znajdowała się tam również skrzynka wbudowana w ścianę. To tam trafiały wszelkie przesyłki pocztowe.

Prawa ściana zawierała wejście do sypialni, natomiast obok drzwi do gabinetu, umieszczone było wejście do łazienki oraz kuchni.

Podszedł szybkim krokiem do małych drzwiczek w ścianie, skąd wyjął przesyłkę. Od Straży. Szybko otworzył ją, a jego oczy prześlizgały się z linijki na linijkę. Jakby tego było mało, z każdym kolejnym słowem uśmiech satysfakcji rósł.

-Łącz z Tregevinem-powiedział.

-Nie uwierzysz... Właśnie dostałem oficjalne przeprosiny od Strażników z czterema podpisami. Zaraz dostaniesz kopię oraz zdjęcie pewnej kobiety. Znajdź mi dane na jej temat-powiedział.

-Znowu coś kombinujesz?

-Znowu, przyjacielu. Teraz jesteśmy kwita, a jak znajdziesz to, o co cię proszę, będę miał u ciebie dług.

-Postaram się, ale nie obiecuję-mruknął niezbyt zadowolony prawnik, po czym rozłączył się, natomiast Sneyder z paskudnym uśmiechem ponownie zniknął w swoim gabinecie...
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 06-01-2010, 20:03   #4
Konto usunięte
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 613 Midnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemuMidnight to imię znane każdemu

- Rozmowa przychodząca... Rozmowa przychodząca... Rozmowa przychodząca...


- Żeee co? - Zaspany głos dołączył do cichego szumu wydobywającego się z ekranu oraz zdecydowanie głośniejszego głosiku, który uparcie napływał z telefonu.

- Rozmowa przychodząca... Rozmowa przychodząca... Rozmowa przychodząca...


- Diabli nadali! Znowu na sofie... No idę!! - Warknęła unosząc jednocześnie, wciąż pogrążone w błogim uśpieniu, ciało.

Kimkolwiek była osoba po drugiej stronie tego przeklętego aparatu, lepiej by było dla niej lub dla niego, by jak najszybciej wyniósł się z tego miasta...

- Kraju... Planety..

Wymieniała strzepując jednocześnie na dywan resztki bardzo kalorycznych chipsów wBardare. Plamy na podkoszulku, spodniach, sofie, kocu i całym najbliższym otoczeniu uświadomiły jej że nim pozbędzie się dzwoniącego z tego świata powinna go wcześniej zmusić do zapłacenia rachunku za czyszczenie tych rzeczy.

- W mordę żarłacza! - Zaklęła gdy zahaczywszy stopą o kubek, wylała resztki czekolady na dywan.
- Posolić... Przypiec... Nakarmić szczeniaki... Wskrzesić i na nowo...

Odszukanie telefonu zajęło chwilę. Nie żeby w mieszkaniu panował bałagan czy coś... Ot, urządzenie to jakimś cudem nie pałało do niej miłością.

- Czego?! - Przywitanie to mogło spokojnie uchodzić za miłe biorąc pod uwagę godzinę na wyświetlaczu.
- Hej Tik... Co cię do diabła napadło żeby....

- To nie był on, mała. Zaznaczyłaś nie tego faceta i teraz wydział musi mu wysłać oficjalne przeprosiny.


- Kurwa... Jak nie tego? Pilnowałam go przez całą drogę. - Obudziła się na dobre czy tego chciała czy nie. Zawsze wykonywała swoją robotę. Do diabła...

- Pogadamy o tym jak tylko uda mi się stąd wyrwać. Szef jest wkurwiony jak jasna cholera. Muszę jeszcze pogadać z Merrikiem...

- Wspomnij mu, że ma w mordę.

- Jak tylko z nim skończę będzie twój. To jednak nie wszystko... - Cisza, która zapadła w słuchawce sprawiła że Merime na wszelki wypadek usiadła na fotelu.
- Zażądał twoich przeprosin. Osobistych przeprosin oraz podpisu pod tymi, które ma mu złożyć wydział. Musisz się z nim spotkać siostrzyczko...

- Pieprz się Tik! - Warknęła podnosząc się z fotela gdy tylko minęła pierwsza faza szoku.

- To nie wszystko... - Zamarła w pół kroku.

- Dostaliśmy wiadomość od ludzi z ekipy. Udało mu się zdobyć jedno nagranie z parkingu...


- Tik... - Zaufanie... Cholera!

- Ma też twoje dane, które udostępnił mu Patrik. Musiał.. Wydział ma już dość procesów na głowie...

- Tik...

- Wysłałem ci dokładny adres.. Masz tam być za dwie godziny...

- Tik...

- Postaraj się by wyglądało to na wypadek... Ale wcześniej...


Cokolwiek miałaby zrobić wcześniej postanowiła, że nie chce o tym widzieć. Nagranie... Dane... Opadła na dywan po czym w nagłym odruchu gniewu posłała telefon w stronę ściany. Trzask towarzyszący zderzeniu nie pomógł jej zbytnio. Polubiła to mieszkanie. Polubiła tą tożsamość oraz wygląd. Dwa pieprzone lata pójdą się kochać przez jednego dupka, który wywiódł w pole tych debili z wydziału. Kurwa! Zabije Tika jak tylko zaliczy blondynka. Dwie godziny... Rozejrzała się po salonie. Ekran przenośnego komputera mrugał znajomo oznajmiając otrzymanie wiadomości.

- Dobra... Czas się wziąć do roboty...




*****



Znajomo wyglądający wlot na parking ani trochę nie poprawił jej humoru. Szybkie spojrzenie w lusterko. Wyglądała jak wyglądała. Jeszcze by tego brakowało żeby specjalnie się szykowała dla jakiegoś bubla. Różowy kombinezon odpowiednio podkreślał delikatną budowę i słodycz twarzyczki w kształcie serduszka. Cukierkowo... Miodnie... Jak cholera zwodniczo. Uśmiechnęła się do swego odbicia.

Parking, winda, drzwi. Facet zdecydowanie nie miał pojęcia o bezpiecznym mieszkaniu. Albo nie miał na takie kasy. Trudno... Życie bywa bolesne... Sprawdziła czy wszystko ma przy sobie i we właściwym miejscu. Sprawdziła jeszcze czy aby na pewno nie pomyliła mieszkań. Wszystko było ok. Zapukała... Brak dzwonka... Brak ekranu... Jaskiniowiec jakiś czy co?... Uśmiechnęła się.

Przez pewien czas nie było żadnego odzewu, lecz po chwili drzwi otworzyły się z rozmachem. Stał w nich białowłosy mężczyzna z włosami odgarniętymi za ucho.
Mężczyzna uśmiechnął się bez wyrazowo, a następnie, zszedł na bok, umożliwiając wejście.
-Zapraszam-powiedział cicho.

Miała ochotę prychnąć. Powstrzymała się jednak. Za chwilę... Nie na widoku. Bądź grzeczna skarbie, to dostaniesz cukierka.

- Dziękuję - odpowiedziała przechodząc obok i ciekawie się rozglądając.

Nawet nieźle, lecz niezbyt w jej stylu. Brak kamer, a przynajmniej takowych nie znalazła. Znacznie ciekawszym obiektem był sam właściciel. Czarne spodnie, czarny podkoszulek, białe włosy. Nawet niezłe połączenie. Klasyczne, proste.. Cóż, pora odkryć co nie było proste i klasyczne.

- Nie spodziewałem się tak szybkiej wizyty... Spodziewałem się... Jutro? Czasem Straż potrafi szybko działać
- powiedział, zamykając drzwi za tobą.

Wzruszyła ramionami.

- Miałam chwilkę. - Powiedziała po czym odwróciła się i przekrzywiwszy lekko głowę spojrzała na niego uważniej.
- Wiesz... Ten wygląd lepiej ci pasuje. Co do Straży... Masz czekoladę?

Ciekawe jak z tego wybrniesz... Przyznasz się czy będziesz uparcie zaprzeczał. Zresztą... Czy to istotne? Musiała go usunąć. Stanowił dla niej zagrożenie. Jak wielkie? Tego musiała się dowiedzieć.

- Nie mam innego wyglądu, niestety lub na szczęście-powiedział lekko zaskoczony, wskazując na ostatnie wejście po prawej stronie.
Była to obszerna, jasna kuchnia. Po lewej stronie znajdowała się część kuchenna odgrodzona od jadalnej długim, prawie na całą szerokość, ciemnym blatem.
Na prawo znajdował się duży stół, mogący pomieścić około dziesięciu osób.
-Myślę, że coś by się znalazło. Z bitą śmietaną?-zapytał, podchodząc do ściany, w której znajdował się mikrofon i głośnik.

Mrok i jasność. Kuchnia zdecydowanie pasowała do swego właściciela. Brak okien trochę utrudniał sprawę. Albo i ulatwial... Światełka jednak przypadły jej do gustu. W nowym mieszkaniu będzie musiała sobie takie załatwić.

- Masz. - Oznajmiła spokojnie po czym w najlepsze usadowiła się na blacie.
- Z podwójna bitą śmietaną i wiórkami kokosowymi. Nie za gorąca, jeśli można. Zanim zacznę przepraszać czy czego tam chcesz, muszę się obudzić. Na marginesie.. Niezła kuchnia. Trochę zbyt chłodna i uporządkowana ale od biedy ujść może.

Kiedy gość mówił, Marvinn wcisnął przycisk, a kiedy zamówienie zostało złożone, puścił, zaś jedno z urządzeń zaczęło pracować.
Przeszedł przez lukę w blacie, po czym odebrał kubek, stawiając obok kobiety.
-Dziękuję, ale nie ja urządzałem.

Ponownie wzruszyła ramionami biorąc kubek w dłonie i ostrożnie próbując.

- Dobra. Sztuczna ale dobra. No to... - Spojrzała wyczekująco na mężczyznę.
- Chcesz te przeprosiny czy nie? Mam dziś przez ciebie trochę rzeczy do zrobienia więc ...

Nie dokończyła. Zamiast tego upiła kolejny łyk po czym niespodziewanie parsknęła w kubek.

- Szkoda że nie widziałam ich min. - Rzuciła chichocząc i próbując jednocześnie zetrzeć bitą śmietanę która jakimś dziwnym trafem znalazła się na czubku jej nosa.

Sytuacja faktycznie zaczynała ją bawić. Granie roztrzepanej, wesolutkiej i słodkiej dziewczynki zawsze sprawiało jej przyjemność. Tu..? Cóż, dwa w jednym.

- Chcę przeprosiny - powiedział, również siadając na blacie, lecz z drugiej strony.
- Rozmawiałem tylko z jednym...Charles Flangtar? Chyba tak... Wyglądał tak, jakbym kazał mu połknąć żar z ognia.
Domyślam się, po reakcji, że nie jesteś zbyt związana z tą organizacją-
powiedział z lekko drwiącą miną.

Pokręciła przecząco głową.

- Czy ja ci wyglądam na ślepo wierzącą w prawo pracownice Straży? Daj spokój. To tylko zlecenie i drobne powiązania, które wkrótce czeka nieprzyjemna rozmowa. - Rzuciła swobodnie.
- No więc... Przepraszam.

Przy ostatnim słowie wstała i zgrabnie stąpając po blacie zbliżyła się do niego. Wykonała lekki skłon po czym pchnęła go tak, by spadł na podłogę.

- To za spartaczenie mi opinii. - Wyjaśniła posyłając mu całusa z ręki i ponownie sadowiąc się na blacie.

Kiedy się podniósł, na jego twarzy widać było niczym niezmąconą satysfakcję.
-Ależ nie ma za co. Mogę się jeszcze bardziej postarać-otrzepał spodnie, ponownie siadając w tym samym miejscu.

Spojrzała na niego z nagłym chłodem w oczach.

- Bardziej? Roni... Daj sobie spokój. I nawet nie zaprzeczaj... Ta czekolada jest dobra ale nie aż tak żeby pokryć nudne zaprzeczanie.

-Nie mam pojęcia o czym mówisz. Flangtar też się upierał przy tym imieniu. Niestety, nie posiadam go. Możesz sprawdzić we wszelkich spisach-uśmiechnął się paskudnie.

- Gatki szmatki... - Mruknęła.
- Na mnie już czas. Miło było i co tam sobie chcesz.

Zgrabnie wylądowała na podłodze.

- Wiesz... Wkurzyłeś parę osób. Uważaj na siebie. Mnie masz z głowy... O ile nie dostane nowego zlecenia. Póki co... Bye bye ... Dane możesz sobie zachować na pamiątkę. - Skończywszy mówić ruszyła w stronę wyjścia.

- Pożegnałbym się bardziej czule, Merime, ale mi się nie chce - zszedł z lady.
- Oczywiście nie śmiałbym zatrzymywać tak zajętej kobiety... Pozmywaj-rzucił w międzyczasie, stawiając kubek na metalowej podstawce, która usunęła się, pochłaniając naczynie.
-Jeśli chodzi o dane, z pewnością je zachowam... Możesz być tego pewna-uśmiechnął się drwiąco.

Odwróciła się do niego z wesołym uśmiechem.

- Jestem pewna. Na wiele ci się jednak już nie przydadzą. - Po czym zmieniła temat na nieco bardziej ją interesujący.
- Masz tu gdzieś łazienkę?

- Na ile mi się przyda, to się okaże - uśmiechnął się paskudnie.
- Łazienka jest tutaj - otworzył kolejne drzwi, pokazując średniej wielkości pomieszczenie ze ścianami i podłogą w granatowym kolorze. Jedynie sufit pozostał biały.
Wbudowane w nie były podobne małe światełka co w kuchni.
Tej samej barwy były wszystkie meble oraz urządzenia sanitarne.
Oczywiście prócz lustra. Wszystko to wyglądało bardzo... normalnie.
Umywalka, wanna z prysznicem... wszystko to wyglądało tak, jakby nie miało nic z elektroniki.

- Dzięki. - Mrugnęła do niego znikając za drzwiami.

Teraz należało działać szybko. Krzywiąc lekko usta na brak jakiegokolwiek gniazdka czy chociażby panelu, odkleiła przezroczysty pasek z lewego ramienia. Tego typu sprzęt był może drogi i trudny do zdobycia, jednak jego przydatność pokrywała wszelkie wyrzeczenia. Odkręciwszy wodę wsunęła go pod strumień po czym pewnym ruchem nakleiła na ścianę, tuż nad umywalką. Uśmiechnęła się do swojego odbicia, poprawiła włosy po czym spuściwszy wcześniej wodę, otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.

- Niezłe mieszkanko. - Pochwaliła.
- Zmykam. Jak coś.. Masz mój adres.

Uniósł brew w wyrazie lekkiego zdziwienia.

- Dobrze, jeśli będę czegoś potrzebował, z pewnością będę wiedział jak zrobić użytek z tej informacji - wzruszył ramionami.
- Prześlij pozdrowienia ode mnie całej Straży, szczególnie temu, który chciał mnie przesłuchać - rzekł z nieskrywaną złośliwością.

- Się robi. - Odpowiedziała ze śmiechem po czym posłała mu buziaka.
- Miło było. Koniecznie musisz mnie odwiedzić. Robię lepszą czekoladę niż ten twój automat.

Ostatnie zdanie dobiegło już z korytarza. Pomachała mu i spokojnie pomaszerowała do windy.

- Dupek. - Sapnęła gdy tylko zamknęły się za nią drzwi.

Pospiesznie wybrała poziom garażu. Nie miała czasu. Woda wkrótce zrobi swoje. Uśmiechnęła się.


Samochód stał tam gdzie go zostawiła. Z żalem musnęła jego czarną karoserię. Lubiła ten model. Lubiła ten model, jednak nade wszystko lubiła swobodę i własną prywatność. Wsiadła, zapaliła silnik. Przez krótką chwilę pozwoliła sobie na rozmyślania. Bardzo krótka chwilę po której pospiesznie włożyła kombinezon maskujący. Zadanie dość trudne biorąc pod uwagę rozmiary samochodu, a co za tym idzie niewielką przestrzeń jaką miała do dyspozycji. Praktyka czyni jednak mistrza.

Daimonda St66 z zawrotną prędkością wystrzelił z wlotu garażowego. Nie zmniejszając jej nawet na chwilę pomknął wprost w ścianę budynku naprzeciw. Drzwi otworzyły się tylko na chwilkę. Bardzo krótką chwilkę tuż przed wybuchem, który towarzyszył zderzeniu.

- Żegnaj. -
Rzuciła w stronę płomieni.
- Żegnaj. - Rzuciła w stronę mieszkania 502 i jego właściciela po czym wcisnęła różowy guzik detonatora.
 
__________________
[B]poza tym minął już jakiś czas, odkąd ludzie wierzyli w Diabła na tyle mocno, by mu zaprzedawać dusze[/B]
Midnight jest offline  
Stary 02-02-2010, 22:27   #5
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 14454 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Drzwi zamknęły się, zaś w mieszkaniu na parę chwil zaległa cisza, w której nic się nie poruszyło. Sneyder również stał, patrząc na zamknięte wejście, lecz taki stan nie trwał długo.

Byłby idiotą, gdyby zaufał komuś takiemu nawet po połowie roku znajomości, a co dopiero po pierwszym dniu. Nawet mniej! Po kilkunastu minutach!

Gdyby jego mentalność wyglądała w ten sposób, długo by nie pożył. Nie dożyłby nawet tego spotkania.
Łatwowierność i naiwność nie były jego przywarami.

Od razu jego tok myślenia powędrował w kierunku robaka, który wyżerał ich strukturę od środka. Musiał się dowiedzieć kim on jest, ale w tej chwili wiedział kto z pewnością nim nie jest.

Pierwszą osobą na liście wykluczonych z podejrzeń był Yergo. Wielki, niedźwiedziowaty człowiek miał swoje zasady, których nie łamał. Ponadto miał wiele konfliktów z prawem dopóki nie zmienił nazwiska. Teraz był czysty jak niemowlaczek.
Może i byłoby to podejrzane, gdyby nie to, że ma na sumieniu kilkoro Lisów oraz stróżów prawa. Głównie za sprawę jego syna zabitego elektrycznością przez pałkę w ręku sierżanta Reygensa. Oczywiście jeszcze przed wyrobieniem fałszywych dokumentów.
Dzielnica, w której się urodził to istna wylęgarnia przestępców, a oni by wiedzieli. Mają swoje sposoby i tylko zaufane osoby mogą tam wrócić bez obaw o północy.
Z nieoficjalnych źródeł wiedział, że Yergo dalej się z nimi kontaktuje, dzięki czemu wszelkie tropy po nim giną. Jeśli tak się nie dzieje to trzeba wrócić myślą wstecz.
Wszelkie tropy po nim giną.

Gdyby nie to, że przypadkiem usłyszał jak ktoś zwrócił się do niego starym nazwiskiem, nie potrafiłby wyciągnąć o nim nic.
Inna sprawa, iż nieuważny rozmówca chwilę później leżał na ziemi wypluwając zęby razem z krwią z dziąseł.

Yergo był czysty i Marwinn to wiedział. Miał pewność.
Teraz nie było jednak czasu na rozmyślania. Stracił na nie cenne kilkanaście sekund.
To było wielce nierozsądne.

Szybko odwrócił się na pięcie, wchodząc do łazienki. Nie potrzebował przeszukiwać innych pomieszczeń. Obserwował ją dosyć dokładnie we wszystkich miejscach.
Wszystkich oprócz jednego, którym naturalnie było pomieszczenie, gdzie była sama.

Rozejrzał się dokładnie, ale niczego dziwnego nie zauważył. Wszystko wyglądało jak najbardziej naturalnie.

-Nagranie z łazienki od wejścia nieznajomej-powiedział, natomiast na lustrze wyświetlił się wyraźny, ostry obraz.
Zobaczył na nim kobietę, która ze swojego ramienia odkleiła plaster, zmoczyła i nalepiła na kafelku nad umywalką.

-Stop!-na polecenie film zatrzymał się.

Spojrzał w tamto miejsce. Przyjrzał się dokładnie i dopiero wtedy go zauważył.

-Dalej!-nagranie włączyło się pokazując jak gość spuścił wodę. Niepotrzebnie.

-Analiza i dane-polecił wskazując zostawioną "pamiątkę". Mało podobał mu się ten materiał, ale musiał poczekać.
Szkoda, że Merime nie wiedziała, że całe mieszkanie jest pełne od elektroniki i podłączone do jednego miejsca, jego gabinetu, gdzie znajdował się klaster Beowulf.

System ten był wymyślony dawno temu, jednakże idea pozostawała ta sama. Polegała na połączeniu wielu komputerów, tworząc jeden o potężnej mocy obliczeniowej.
Z upływem czasu siła pojedynczych maszyn zwiększała się, więc klastry Beowulf stawały się coraz potężniejsze.
Aż do tego momentu.

Epoka miniaturyzacji sprzyjała powstawaniu klastrów, lecz nie każdy potrafił je skonstruować, a szczególnie takie, które łączyły się ze sobą bezprzewodowo.
Merime nie zdawała sobie sprawy ile pojedynczych minikomputerków znajduje się w jego gabinecie, zabezpieczonym również fizycznie.
Nie miała pojęcia z jaką ilością Beowulfów mógł się połączyć.

Analiza materiału zwykłemu układowi elektronicznemu zajęłaby kilka minut, jednakże u niego wszystko przebiegało dużo szybciej.
Od odejścia od drzwi do otrzymania wyników minęły nie całe dwie minuty.

Plaster okazał się być specyficzną mieszanką ONC, RDX, HNIW oraz kilku nieznanych społeczności składników. Był to Ordeniwon, materiał bardzo silnie wybuchowy, który oficjalnie został wycofany z produkcji, a receptura zniszczona ze względu.
Rządy przestraszyły się go, ponieważ był idealną bronią terrorystyczną. Prawie niewykrywalny, w kontaktach z dużymi temperaturami, ciśnieniami oraz naciekiem również był stabilny.
Jeśli jednak doszło do kontaktu z wodą...

Eksplozja kilkudziesięciu gram zniszczyła całą fabrykę. Po tym wydarzeniu oficjalnie całe zapasy wraz ze sposobem produkcji zostały zniszczone. Kilka miesięcy później okazało się, iż dziwnym trafem wszyscy pracujący nad tym materiałem wybuchowym zginęli.
Naturalnie nie od razu, więc społeczność nie dostrzegła związku.

Sam Roni myślał, że to już nie istnieje. Wielce zdziwił się, widząc go w swojej łazience.
Jeszcze mniej podobała mu się myśl, iż za chwilę może wybuchnąć.
Co prawda był wytrzymały, ale nie sądził, by aż do tego stopnia, dlatego też wolał nie ryzykować.

Musiał mieć na uwadze również to, iż zmoczony Ordeniwon był wybitnie niestabilny, więc próby odklejenia go mogły skończyć się samozapłonem.

-Ta stuknięta dziewczyna pragnie wysadzić mnie w powietrze?-roześmiał się nagle.

-Zapamiętać wszystkie dane o Ordeniwonie i odciski palców ze spłuczki oraz kranu. Odpiąć kafelek z materiałem wybuchowym-uśmiechnął się paskudnie, zdejmując górną część odzieży.

Nagle ze ściany wysunęło się ramię, trzymające płytkę na wszystkich bokach.
Sam system był innowacyjny, ponieważ zakładał, iż właściciel mieszkania ma zamiar zmieniać wystrój ścian, które są wyłożone kafelkami.

System zakładano głównie w mieszkaniach do wynajęcia, ale Marvinnowi bardzo się spodobał, więc postanowił wprowadzić go również u siebie, głównie jako gadżet, lecz nie żałował wydanych na to pieniędzy.

Szybko, lecz również ostrożnie chwycił płytkę, wychodząc z łazienki, by przejść do sypialni.
W drodze złapał czarny płaszcz, który pospiesznie naciągnął na siebie. Dodatkowo kiedy wszedł do pomieszczenia, klęknął, zaczynając iść na kolanach.
Stosunkowo szybko dotarł do okna, które otworzył szeroko, zamachnął się...

***

Ludzie nieśmiało wybywali na ulice. Jedni z nich wybierali się po zakupy, inni przemierzali drogę do pracy. Bywali także ci, którzy wyszli z dziećmi pobawić się w parku lub z psami na spacer.

Trasy przemierzały samochody, jak codziennie jadąc do wyznaczonego celu.
Wraz z upływem czasu gwar nasilał się tak, jak natężenie ruchu drogowego, a co za tym idzie, hałas.

Dzień zapowiadał się nadzwyczaj zwyczajnie i nudno. Monotonia zdawała się zbyt silna do złamania.
Nawet pies podnosił tylną nogę dokładnie w tym samym miejscu, jakby znudzony i jednocześnie więziony przez rutynę.
Brakowało jeszcze jedynie deszczu, który kropla po kropli będzie kapał na ziemię, identycznie rozbijając się o takie same płyty chodnikowe.


Nagła, ogłuszająca eksplozja wstrząsnęła powietrzem! Trzask i deszcz szklanych odłamków, jęk latarni, huk samochodów uderzających o siebie nawzajem, o budynki, dźwięk zaciętych klaksonów, wrzask ludzi!

W epicentrum wybuchu nie było niczego. Jedynie ulica. Pogięte, porozbijane samochody leżały porozrzucane jak zabawki. Jedne zostały wrzucone do wnętrz budynków, inne przygniotły przechodniów, których nie odrzuciła siła wybuchu.
Dwie latarnie leżały zwalone w poprzek jezdni, zagradzając drogę, zaś pod nimi leżeli wrzeszczący z bólu ludzie.
Ci mogli jeszcze wydawać z siebie jakieś dźwięki. Niektórzy nie mieli tego szczęścia, leżąc pod wrakami.

Jeden z pojazdów zatrzymał się na kolumnie nośnej budynku. Kierowca zatrzymał się na niej głową...

To był początek chaosu! Mieszkańcy wyglądali z okien, gromadzili się przy miejscu wypadku. Wielu jedynie stało i obserwowało, ale w końcu ktoś się zorientował, że przydałaby się karetka.
Kiedy jednak już się tam dodzwonił, dostał informację, iż odpowiednie służby już zostały zawiadomione.

Dziesięć minut później na miejscu była już Straż i ratownicy...

***

Płytka szybowała w powietrzu, zaś Sneyder szybko zamknął okno, na kolanach wychodząc z sypialni.

-Łącz z Ermenem!-powiedział krótko, wieszając płaszcz. Kilka chwil nie było żadnej odpowiedzi, ale Marvinn przywyknął do tego.

-O so chodzi?-zapytał lekko zapitym głosem.

-Lecz się-warknął.

-Jes-szli zawrasasz mi dupe tylko w tym selu...

-Nie w tym. Posłuchaj mnie, alkoholiku, za dwie minuty masz mi skombinować jedną płytkę łazienkową. Za dwie minuty, rozumiesz? Nikt ma o tym nie wiedzieć.
Odpowiadam na pytanie, którego nie zadałeś. Nic mnie to nie obchodzi. Załatw to. Będziesz miał miesięczny zapas Ognistej Mary
-powiedział zirytowany, kończąc rozmowę.

-Łącz z Tregevinem-powiedział, natomiast podczas oczekiwania, ubrał się.

-Czego znowu?! Posrało cię?! Jeszcze niczego nie znalazłem, staram się! Dostaniesz więcej jej zdjęć, a nawet filmów. Dostaniesz nawet jej odciski palców oraz kod genetyczny. Wszystko do analizy, ale nie o to mi teraz chodzi.
Muszę mieć alibi. Właśnie poraniłem więcej niż dziesięć osób i kilka z nich z pewnością zabiłem
-powiedział szybko.

-Ale... jak?

-To przez nią. Nie dasz wiary. Przylepiła mi Ordeniwon na płytkę w łazience.

-Co?! Myślałem, że tego już nie robią. W każdym razie jak odstawiałem cię do domu moim samochodem, usłyszeliśmy wybuch. Chwilę później zadzwoniłeś po Straż... Zrobiłeś to, prawda?

-Jeszcze nie...

-Zrób to natychmiast-powiedział, rozłączając się.

-Łącz ze służbami porządkowymi-mruknął.

***

-Otwierać, Straż!-usłyszał nagłe łomotanie do drzwi. Tego się spodziewał. Odstawił kubek z herbatą oraz elektroniczną gazetę, po czym wstał, zaś nawoływania nasilały się.

-Idę, idę!-powiedział głośno, podchodząc do drzwi, które otworzył z rozmachem.

-Słucham panów-powiedział, spoglądając na dwóch umundurowanych mężczyzn z mieczami w rękach.
Jeden z nich trochę przypominał wiewiórkę, jednakże drugi bardziej łosia.
Zawsze twierdził, że Straż to jedno, wielkie zoo.

-Poproszę rączki!-powiedział łoś.

-Najpierw proszę wyjaśnić. Mam przytoczyć paragraf?-zapytał uprzejmie.

-Jest pan oskarżony o zabójstwa, okaleczenia, niszczenia mienia publicznego i terroryzm!-nagle wystrzelił z kajdankami do przodu.

-Zaraz, zaraz. Chodzi o ten wypadek na dole? To ja o nim zaalarmowałem. Marvinn Sneyder. Możecie panowie sprawdzić. Poza tym mam alibi. W czasie wybuchu wracałem do domu z prokuratorem Tregevinem-stwierdził spokojnie.

-Ciekawe czy by to potwierdził. Wyjaśnimy to w siedzibie-powiedział wiewiórka.

-Łącz z prokuratorem Ardonem Tregevinem-warknął, zaś Strażnicy znieruchomieli.

-Czego?!-odezwał się prawnik.

-Słuchaj, tutaj przyszli do mnie panowie i chcą mnie aresztować...

-Niby za co?

-Za tą eksplozję, co była u mnie pod domem.

-Jeśli umiesz być w dwóch miejscach jednocześnie to być może. Jeśli tego nie potrafisz to zamknij im drzwi przed nosami. Nie mogłeś być jednocześnie ze mną i wysadzać w powietrze bogu ducha winnych ludzi.

-Raczy pan wybaczyć, prokuratorze, ale nikt nie widział Pańskiego auta...

-Sneyder, podaj mi nazwisko tego debila, bo nie zdzierżę. Niby jak osoba, która podpadła kilku zakapiorom ma podróżować otwarcie, zakuty łbie?! Życie mi jeszcze miłe, a jeśli bym mógł sobie od tak wyjść na ulicę to już dawno by mnie zabili.

-My jednak mamy doniesienie, że ktoś rzuca z tego okna.

-Mam was uczyć waszej pracy? Dane na temat tego osobnika!

-Około metr pięćdziesiąt wzrostu...

-Sneyder, czy oni nie są niewidomi?-zapytał prawdziwie zdziwiony Ardon.

-Nie są.

-W takim razie są debilami. Panowie, ustalcie kto może nie lubić pana Sneydera i zajmijcie się nim, dobrze?-powiedział, siląc się na cierpliwość.

-Tak jest panie prokuratorze!-powiedzieli równocześnie, salutując, po czym odeszli, a Marvinn zamknął za nimi drzwi.

-Dzięki, Tregevin.

-W porządku. Oni naprawdę nie byli niewidomi?

-No nie byli.

Nagle rozmówca parsknął śmiechem, po czym rozłączył się.

***

Książka pochłonęła go nad wyraz.

Czas akcji był usytuowany daleko wcześniej niż rok, w którym on żył. Świat ten był dziwny, zarówno naturalny jak i nienaturalny. Tam logika mieszała się z jej brakiem, zaś ludzie nie potrafili tego odróżnić.
Wszystko było takie podobne, a jednak inne.

Musiał przyznać, iż autor był wybitny. Dopracował świat w każdym, najdrobniejszym szczególiku.

Stworzył psychodeliczny, depresyjny świat, gdzie każdy codziennie zmagał się z własnym losem.
Oczywiście nie dla każdego mieszkańca wszystko wyglądało tak samo. Jedni byli oszałamiająco szczęśliwi, inni strzelali sobie w łeb w akcie rozpaczliwego pragnienia decydowania o własnym życiu lub chcąc zaznać spokoju.

Taki był główny bohater jednego z tomów. Pesymistyczny osobnik żyjący jedynie dla kilku chwil spotkania się i porozmawiania z kilkoma najbliższymi mu osobami.
On również jest jak cały świat. Zmienny. Raz promieniuje radością z powodu wyleczonego zęba i opuszczenia gabinetu dentystycznego, inny raz siedzi smętnie przy komputerze bądź ogląda telewizję.

Bohater jest stosunkowo młodym człowiekiem, nad wyraz leniwym, lecz tak jak niewielu marzy o tym, by mógł odnaleźć spokój.
Czasami ma myśli samobójcze oraz destrukcyjne, będąc zazwyczaj miłym człowiekiem, rzadko wybuchowym.
Autor dokładnie wyjaśnia jakie podłoże mają takie myśli. Jest zmęczony wszystkim i chciałby jedynie spotkać się z nieżyjącą już babcią, a także zostać przy niej.
Nie ma ochoty siedzieć w tym świecie, choć nie jest nielubiany. Ma mało osób, którym może prawdziwie zaufać.

Pokręcony człowiek w jeszcze dziwniejszym świecie. Oto recepta jaką ma Jahe Emnuel.

Za pośrednictwem postaci, która kieruje, ukazuje złożoną historię świata.
Opowiada o ulubionym okresie Hrodberta, charakterystycznym dla trzech wielkich wodzów w tym jednego, największego.

W kolejnej znajduje się burzliwy okres, zwany również wiekami ciemnymi. Pokazuje kolejne wieki, aż dochodzi do najmniej lubianych, czyli najbliższych bohaterowi. Paradoksalnie jednak to z tego okresu pochodziło najwięcej osób, które podziwiał.

Na ich czele stał przywódca duchowy oraz wszyscy żołnierze walczący za kraj na długo przed jego narodzinami.

-Popieprzone to wszystko-mruknął, odkładając książkę. Trzeba było przyznać, iż była ciężka do przebrnięcia, jednakże dla samej szczegółowości warto było to zrobić.

-Włącz telewizor-przeciągnął się na dużym łóżku z pościelą w czarnych barwach, zaś naprzeciwko niego, za ściany, wyłonił się ekran.
Światło niesione przez dziesiątki lampek wbudowanych w sufit, zgasło, pogrążając duży pokój w ciemnościach.
Żaluzje na szklanej, okiennej ścianie, opuściły się powoli, gwarantując, że nawet materiał wybuchowy nie zniszczy wnętrza ani nawet szyb.

Telewizor włączył się.

-Program informacyjny-polecił, kładąc się wygodniej. Program, zgodnie z poleceniem, został zmieniony, ukazując czarnowłosą kobietę na niebieskim tle, siedzącą za biurkiem.

Aktualnie mówiła o polityce, czyli nic ciekawego nie było. Kolejne przekręty rządu oraz każdego polityka po kolei.
Nic ważnego.

Spojrzał ponownie na zamkniętą książkę, leżącą na szafce obok łóżka, zastanawiając się czy nie podjąć jej ponownie, ale nagle zrezygnował. Zmienili temat.

-...doszło do eksplozji materiałów wybuchowych, wyrzuconych z okna budynku. Straż intensywnie poszukuje zamachowca. Obecnie znany jest jedynie wzrost sprawcy, który waha się od półtora metra do metra sześćdziesięciu...-rozległ się dzwonek telefonu.

-Odbierz... Widziałeś wiadomości?

-Tak, właśnie widzę. Nie w tej sprawie dzwonię. Adres, który ci podała, jest już nieaktualny. Mieszkanie jest opuszczone, ale mam coś. Pisz...

***

Słoneczny dzień zawitał nad miasto, a także nad wesołe miasteczko.
Sneyder nie był jednak w tak dobrym humorze jak dzień i bynajmniej miejsce, przed którym stał, było ostatnią placówką, którą chciałby tej doby odwiedzić.

Kolejki górskie, diabelskie młyny, zderzające się za sobą samochodziki, huśtawki...
Aż mu się niedobrze robiło. Jeszcze bardziej popsuła mu humor wiadomość, iż wstęp nie jest wolny, więc pospiesznie wygrzebał z kieszeni kilka monet i rzucił je pingwinowi w wielkiej czapce z daszkiem.
Już samo spojrzenie na niego było jak wykład o Wróbelku Elemelku. Miał ochotę go zabić lub coś zniszczyć.

Może dzieci lubiły wielkiego, pluszowego ptaka z czapką jak muszla klozetowa, ale to nie znaczyło, że ma stać i wypinać zadek, by pomachać ogonkiem. Jakby go wogóle miał.

Gdzie się nie obrócił, tam taki sam wkurzający nielot. Mógłby się założyć, że płatność odbywa się za pomocą wrzucenia pieniążka w tyłek porcelanowego ptaszka.

Im dłużej przebywał w parku, tym bardziej go on irytował. Do listy najbardziej wkurzających rzeczy dołączyły jazgoczące dzieci.
Naturalnie upierdliwego zwierzęcia nic nie było w stanie przebić...

Musiał jednak szukać dalej, rozglądając się po tym miejscu, choć najszczęśliwszy byłby oddalając się stąd...

Wreszcie, po godzinie błąkania się między różnymi, atrakcjami, piszczącymi dziećmi i rzygającymi młodzikami, którym wydaje się, iż osiągnęli szczyt dorosłości, zobaczył tą, którą chciał zobaczyć.


To nic, że kolejka górska za jego plecami właśnie wypluła kolejną porcję osób, które zwrócą zawartość własnego żołądka wprost pod nogi sąsiada.
Nie obchodziło go to, dopóki jakiś genialny człowiek nie postanowi umieścić treści żołądkowej przy lub, co gorsza, na jego stopach.

Wyglądała dokładnie tak, jak w opisie... Prawie, bo w nim była nieco brzydsza niż jest w rzeczywistości.
Stała oparta o barierkę przy strzelnicy, trzymając w jednej ręce dużego, pluszowego misia, natomiast w drugiej watę cukrową.

-Interesujące miejsce, nieprawdaż?-zapytał, opierając się obok niej.

Drgnęła po czym powoli odwróciła głowę w jego stronę.

-Bardzo...-Odpowiedziała.

-Mam nadzieję, że podróż do mieszkania się udała. Obecnie pustego. Ciekawe ile jeszcze razy się zmienisz, bo obawiam się, iż zabraknie wolnych pokoi-spojrzał misia i na strzelnicę.

-Mnie też takiego załatwisz?-zapytał, nie patrząc na kobietę.

-Możesz wziąć tego-Mówiąc podała mu pluszaka sama zaś oderwała się od barierki z zamiarem odejścia.

-Czy coś ci się we mnie nie podoba?-zapytał perfidnie.

-Może to, że żyję? Spróbuj jeszcze raz, ale tym razem postaraj się lepiej, bo znowu spieprzyłaś robotę-uśmiechnął się drwiąco, lecz z satysfakcją. To poprawiło mu humor.

-Sukinsyn...-Wysyczała odwracając się w jego stronę z gniewnym błyskiem w oczach.

-Jak ci się udało? I jak do diabła mnie tu znalazłeś?!

Nagle roześmiał się, pierwszy raz, tego spotkania, otwarcie patrząc na jej twarz.

-Toalety to bardzo przydatne urządzenia sanitarne. Wskakujesz i spuszczasz za sobą wodę. To szybsze niż pociągi-powiedział z sarkazmem w glosie.

-Ty już wykonałaś swój ruch... nieudany. Ja również zdążyłem się ruszyć.
Tylko uważaj... W mieście jest tak niebezpiecznie... Przecież tak łatwo wpaść w jakieś kłopoty, zewsząd może nadejść zagrożenie...


-Jeżeli miała to być groźba to ci nie wyszła. Nadal nie odpowiedziałeś na drugie pytanie.

-A kim ja jestem, żebym mógł grozić komuś takiemu jak ty?-westchnął z udawanym pobłażaniem.

-On mi powiedział-wskazał dłonią na cień kobiety.

-Nie chcesz, nie mów...-Mruknęła wzruszając przy tym ramionami po czym odwróciła się i ruszyła przed siebie.

-Powiedz mi, jak to jest uciekać przed uosobieniem twojej porażki?
Ja, osobiście, czuję się świetnie
-roześmiał się jeszcze, po czym całą uwagę skupił na misiu.

Miała ochotę trzepnąć go w twarz. Właściwie nie tylko to, a więcej... Znacznie więcej. Musiało to być dość widoczne w wyrazie jej twarzy gdyż jakiś dzieciak przechodząc obok rozpłakał się i zwiał do matki. No i cudnie... Czując że pchana opiekuńczym instynktem matula zaraz przybiegnie do niej z wyrzutami, odwróciła się i ruszyła w kierunku osoby z którą najchętniej nie miałaby już nigdy do czynienia. Cóż poradzić.. Trzeba się było dowiedzieć dlaczego za nią łazi.

-Chodź...-Warknęła chwytając zdobytego przez siebie misia.

-Mam dość tego miejsca-powiedziała, zaś on poraz pierwszy się z nią zgadzał

Na widok twarzy kobiety uśmiechnął się złośliwie, z niekłamaną satysfakcją, a kiedy odchodziła, ruszył za nią. Szedł wolnym krokiem, jak najbardziej spokojnym.

-Ależ ja się ciebie boję! Skąd mam mieć pewność, że znowu nie spróbujesz?! Przecież w pobliżu może nie być toalety, do której będę mógł wskoczyć!-powiedział, widząc, iż nagle miejsce stało się niezwykle przyjemne.

-Gdzież to moja piękna towarzyszka chciałaby się udać?-zapytał nieco ironicznie.

-Gdziekolwiek-Parsknęła próbując nie zwracać uwagi na słowa i ton głosu towarzysza.
- Najlepiej do mnie.

Rzuciła kierując się w stronę parkingu. Gdy znaleźli się przy granatowym OdeoSR, przystanęła.

-Chcę się dowiedzieć dlaczego właściwie za mną ganiasz. Rozumiem że próba pozbawienia cię życia może mieć z tym coś wspólnego jednak wtedy mądrzejszą decyzją byłoby wynajęcie kogoś kto by się mną zajął. Nie rozumiem... - Wzruszyła ramionami.

-Wsiadaj...

Odbezpieczyła zamek i otworzyła drzwi po stronie kierowcy.

-I nie masz się co bać... Mam w pełni wyposażoną łazienkę-Dodała z lekkim uśmiechem.

-Mam liczyć na tradycyjną gościnność, zabraniającą ataków na zaproszonego?-uśmiechnął się drwiąco.

-Ładny samochód-powiedział jakby od niechcenia, zatrzymując się.

-Próba... i tylko próba, gdyż na tym się zakończyło.
Nie powiem, by mądrzejszym było wysyłanie kogokolwiek. Jeśli chcesz, by coś było zrobione dobrze, należy zrobić to samemu
-powiedział, spoglądając na niebo.

-Dobrze wiedzieć, iż będzie moje ulubione wyjście awaryjne... Chyba, że zacementujesz specjalnie dla mnie-to rzekłszy wsiadł, zostawiając uchylone drzwi.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166