Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 15-01-2010, 19:45   #1
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 34 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
[CP2020] Dobry wieczór... WR-03.LAW

CYBER PUNK 2020, BLOK WSCHODNI, MIASTO WR-03

GENEZA:
Pierwsze zakłady przemysłowe LG-Cybernetics na tych terenach powstały w 1994 roku po wielkim krachu giełdy światowej i znaczącym osłabieniu gospodarki Stanów Zjednoczonych. Zarząd jeszcze średniej wielkości korporacji jako jeden z pierwszych postanowił przenieść część produkcji do Europy środkowo-wschodniej przytomnie przewidując zmiany ekonomiczne i celując w przyszłe rynki zbytu w tej części świata. Tak powstało WR-01, kompleks fabryczny na obszarze 20 km kwadratowych produkujący urządzenia hi-tech. W 1996 następiło kolejne załamanie gospodarki amerykańskiej, zakłady LG rozbudowują się o kolejne linie produkcyjne, następuje też rozszerzenie działalności na laboratoria rozwojowe, pierwsi stali mieszkańcy kompleksu to właśnie naukowcy z rodzinami i menadżerowie niższego szczebla. W roku 2000 Stany i Europę spustoszyła zaraza niewiadomego pochodzenia, głównie powiązane ze sobą regiony wschodnich stanów i zachodniej europy. Nagła śmierć setek tysięcy, jeśli nie milionów ludzi znacząco zmniejszyła potencjał ludnościowy tych części globu i na tym skorzystały prawie nietknięte wirusem ziemie polskie i dalej na wschód i południe od nich. Skorzystała również korporacja LG tego samego roku inwestując w budowę huty i przetapialni przy swoich fabrykach na obszarze nazwanym WR-02. Podpisując we wrześniu 2001 umowy z korporacjami z ZSRR i tym samym gwarantujących solidną bazę surowcową oraz wykorzystując wysoką stopę bezrobocia regionu zarząd firmy inwestował do 40% kapitału w nowe nabytki w Polsce. Udziały LG-Cybernetics w rynku Europejskim wzrosły ponad dwukrotnie w ciągu 3lat. W latach 2001-2003 osiedla pracownicze powiększają swoją powierzchnię i liczbę ludności kilkudziesięciokrotnie. Osiedle WR-03 zyskało prawa miejskie w 2003 roku, chociaż samych pracowników LG mieszkało tam 10 tys. osób, z rodzinami i osiedlami wchłoniętymi szacowano ok. 100 tys. mieszkańców, posiadało rozbudowaną infrastrukturę i sektor usług. Pracownicze osiedla pełne potencjalnych klientów i konsumentów sukcesywnie przyciągały usługodawców, sprzedawców, a co za tym idzie przestępców wkrótce zamieniając WR-03 w miasto z prawdziwego zdarzenia w pełnym zakresie doznań. Planowa urbanizacja szybko wymknęła się firmom spod kontroli tworząc w przeciągu dekady jedno z większych miast regionu. W 2006 liczba obywateli sięgnęła pół miliona, w 2010 miała miejsce afera korupcyjna w którą zamieszane były dwie główne partie polityczne. W miarę kolejnych aresztowań i zeznań skruszonych polityków domek z kart zaczął się sypać ujawniając głęboką korupcję struktur politycznych w całym kraju. Wywołało to fale frustracji społeczeństwa, masowe zamieszki i protesty, nawet policja i wojsko bojkotowały władze, po 3 tygodniach prezydent i premier Polski bezprecedensowo zrzekają się swoich urzędów pod naciskiem mediów i opinii publicznej, sejm zostaje rozwiązany, a państwo polskie przestaje istnieć jako takie nie posiadające efektywnego rządu, liczba obywateli WR-03: trzy miliony. Od 2010 roku narastają ruchy demograficzne przez tereny byłej polski, niekontrolowany napływ imigrantów, często uciekinierów szukających azylu w upadłym państwie, znaczny wzrost przestępczości i militaryzację miast-państw, wzrost znaczenia wielkich korporacji wypełniających lukę po zlinczowanych politykach. W 2014 roku burmistrzem WR-03 zostaje Thomas Igelnicki, trzydziestoletni spadkobierca fortuny rodzinnej i znany działacz na rzecz społeczności. Rok 2015: dziesięć milionów mieszkańców. Tereny byłego państwa polskiego dzielą się na sektory zarządzane przez najsilniejsze miasta i korporacje. W tym roku przez sąsiadujące z Polską kraje Litwy i Łotwy przetoczyła się wojna cyber-najemników, działania zbrojne nacjonalistów łotewskich odpierane przez kolejne najemne armie werbowane do obrony Litwy. Eskalacja konfliktu spowodowała „interwencję pokojową” Neo-Sowietów w tych państwach i od 2019 roku okupuje ich tereny zwalczając partyzanckie państwa podziemne i stabilizując formowanie się pro-komunistycznych rządów. Region jest strefą wojny, liczne rajdy, zamachy terrorystyczne, strzelaniny i bezprawie gwałtownie rosną, paradoksalnie napędzając gospodarkę tej części europy.

OBECNIE:
Jest 12 kwietnia, rok 2020. Teraz WR-03 przypomina Night City- z tym, że jest jeszcze dziksze i brutalniejsze. Bezprawie, interesy i wojna wymazały obszar Polski z mapy europy, upadłe państwo- raj dla przestępców. WR-03 jest w bezpiecznej odległości od granicy, ale przez strefę przewijają się wręcz tony czarnorynkowej broni i armie najemników dla których WR często jest ostatnim przystankiem przed frontem. Korporacje wspierają taki obrót rzeczy czuwając nad hi-tech'iem, przemysłem zbrojeniowym, farmaceutykami i szerokim wachlarzem usług specjalnie na takie okazje, ale tuż pod ich nosami coraz silniejsze organizacje przestępcze kontrolują przepływ nielegalnego sprzętu i dragów przez miasto. Mniej lub bardziej groźne gangi regularnie potyczkują się na ulicach w walce o teren i wpływy, a oddziały policyjne coraz dzielniej nawiązują walkę. Od jakiegoś czasu głośno o WR-03.LAW, nowych i podobno wyjątkowo efektywnych oddziałach stróżów prawa, które pojawiły się na ulicach, ale póki co niewielu ich widziało i opinie te można włożyć między plotki. Cyborgizacje nie są tak tanie i ogólno-dostępne jak w Stanach, jednak na ulicach pełno wschodnich, tańszych odpowiedników dla każdego wszczepu, ci bardziej cwani kupują napędzając szarą strefę rynku w pirackich klinikach, tylko korpy importują towar z Unii, z gwarancją na dwa lata i darmową infolinią. Zdarzają się nawet cyber-psychole na mieście, chociaż dla burmistrza większym wyzwaniem są bandy najemnych żołnierzy i dezerterów szukających guza w drodze na front. Miasto otaczają z dwóch stron dzielnice przemysłowe z wielkimi kompleksami fabryk, im bliżej centrum tym niej przemysłu, przedmieścia, stare opustoszałe kamienice, gęstsze przedmieścia, blokowiska i segmentowce, a w na północy dzielnica korporacyjna i drapacze –toksycznych- chmur, smogu czy jakkolwiek to nazwać. W najsłoneczniejszy nawet dzień jest jakby późne, zimowe popołudnie. Wielonarodowa mieszanina ludności jest zdominowana przez ludy słowiańskie, ale obcokrajowcy bynajmniej nikogo nie dziwią w tych strefach. Tutaj możesz spotkać każdego, załatwić co zechcesz i jak chcesz, o ile nie boisz się konsekwencji.

*********

Czarne BMW Vespro powoli sunęło przez pożółkły od świateł latarni Bulwar Centralny, a za przyciemnianymi szybami limuzyny dwóch mężczyzn w marynarkach uważnie taksowało ulice trzymając na kolanach odbezpieczone beretty. Od paru godzin kręcili się po okolicy w poszukiwaniu osoby ważnej dla szefa, a przez to także dla nich. "Żywy! Macie przywieźć go żywego, kurwa, inaczej sami skończycie jak on."- rozkazy były aż zbyt klarowne. Krążyli dookoła TechTower, a czas zdecydowanie nie grał na ich korzyść. Fixer twierdził, że osoba której szukają będzie tu po 19 tymczasem zbliżała się 20.30, a szanse malały z każdą minutą.
-Blać, suczysyn miał tu być! Jak mamy go znaleźć po pieprzonym zdjęciu w tym tłumie?! -Oleg tracił już cierpliwość, uderzył w deskę rozdzielczą otwartą dłonią zostawiając na niej fotkę garniturowca wgniecioną w połamany plastik obudowy.
-Uspokój ty się, musimy go znaleźć. Wiesz co szef nam zrobi jak wrócimy bez niego? Wiesz?!-podniósł głos, jemu też puszczały nerwy- Chcesz żeby cię podziurawił jak tego psa dzisiaj?! -w głowie Vasilija wciąż przewijały się obrazy podziurawionego nieprzekupnego policjanta sprzed kilku godzin. Widział już niejedną egzekucję, ale teraz to on mógł położyć głowę. Przełknął ślinę rozglądając się nerwowo po ludziach za oknami auta.- Zamknij mordę i szukaj tego skurwiela, albo on, albo my.
Oleg chciał wznieść wzrok do niebios w poczuciu bezsilności jednak TechTower przesłaniał niebo. Szklany wieżowiec przypominał z daleka fragment wielkiego węża ogrodniczego. Zielonkawe szyby w kształcie pionowych rombów tworzyły siateczkę tysięcy komórek podświetlanych biurowymi lampami od wewnątrz, a owalny kształt budynku nadawał mu złudzenie spiralnej budowy. LG-Cybernetics było głównym graczem w mieście, a TechTower szybko stało się symbolem siły i interesów firmy. Pasażer BMW przyłożył czoło do szyby żeby zobaczyć szczyt budynku po czym przejechał wzrokiem 50-cio piętrowy moloch, a jego spojrzenie zatrzymało się na samym dole, przy obrotowych drzwiach wejścia do wieży.
-Tam! Przy czerwonym Porsche, to on?! Gaz Vasyl, gaz..!!
Opony BMW zapiszczały gdy Vasilij pełnym obrotem kierownicy postawił auto w poprzek ulicy kierując reflektory beemy na wskazane Porsche. Momentalnie ulica zabrzmiała dziesiątkami klaksonów zagłuszając kolejny pisk gumy, przy ruszaniu V8 zwijał asfalt pod kołami a pośpiech był wskazany. Zauważył ich. Zerwał się sprintem do ucieczki lawirując pomiędzy przechodniami w nadziei, że to pozwoli mu uciec. Równolegle ulicą czarne BMW jechało pod prąd wzdłuż chodnika, a z uchylonego okna co jakiś czas błyskał stłumiony wystrzał powalając na chodnik przypadkowo ranionych w nogi przechodniów. Uciekinier nie widząc nadziei w takim wyścigu przyhamował, wybiegł na szosę zaraz za kufrem bawary i puścił się pomiędzy nadjeżdżającymi autami na drugą stronę ulicy, tam zrównał się z biznesmanem idącym spokojnie w przeciwnym kierunku. Widział jeszcze jednego z goryli, który najwidoczniej tuż za nim wybiegł na jezdnię prosto pod koła rozpędzonego autobusu z którego maski teraz spływała czerwona smuga i drugiego przy czarnym BMW walącego pięścią w dach auta ze złości. Zgubili go...zgubił ich...
 

Ostatnio edytowane przez majk : 08-02-2010 o 20:55.
majk jest offline  
Stary 16-01-2010, 17:51   #2
 
JohnyTRS's Avatar
 
Reputacja: 7512 JohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputację
Wr-03… w tym mieście latarnie nie były potrzebne, tylko by zawadzały niezasypiającemu miastu rozświetlanego przez całą dobę milionami neonów i holo-bilboardów, reklamujących kulturę masową lat dwudziestych XXI wieku w Europie. Było już po dziewiątej, lecz zachmurzone niebo, będące alegorią codziennej pogody powodowało, że gdyby nie intensywne barwy holo-reklam w mieście byłoby ciemno. Światło neonów przebijało się przez roletę i padało na wykończoną mikrokrystalicznym betonem ścianę mieszkania na zaledwie jedenastym piętrze.
Marek otworzył oczy. Codziennie od dwóch lat wstawał o dziewiątej i komentował kolejny dzień westchnięciem. „Kurwa” – pomyślał – „kolejny szary dzień”. Wstał niespiesznie. I nagle huk wystrzału postawił go na nogi. Przez cienkie, kompozytowe drzwi słyszał, jak ktoś biegnie po korytarzu a potem schodami na dół. Marek policzył do dziesięciu, otworzył drzwi i wychylił się na korytarz, podobnie jak połowa sąsiadów.
Pan Malczak leżał na środku korytarza, oświetlonego zaledwie kilkoma lampami, naprzeciwko do drzwi od swojego mieszkania. Był martwy. Z głowy z resztkami włosów ziała ogromna dziura, przez którą fragmenty tkanki, jeszcze przed chwilą będącą mózgiem, zdobiła betonową ścianę. Marek zamknął drzwi. Zaraz przyjedzie policja poinformowana przez sąsiadów, potem przesłuchiwanie etc. Zaczął robić śniadanie. Prosto z kranu wlał do czajnika elektrycznego wodę i przesunął przełącznik, który zaświecił się na czerwono. Ze zlewu wziął kubek wykonany z plastoszkła i opłukał go. Wrzucił do niego piramidkę z herbatą. Herbata to za dużo powiedziane, surowcem do jej produkcji nie są już różnego rodzaju susze. Markowi nigdy nie smakowała kawa. Zajrzał do lodówki. Butelka ketchupu i opakowanie prepacka. Zajrzał do niego, i na jego twarzy pojawił się grymas. W środku była tylko mała foliowa torebeczka. Wziął ją do ręki, pudełko po prepacku wyrzucił do kosza pod zlewem. „Posiłek należy podgrzewać przez minutę i następnie wycisnąć na pieczywo” – przeczytał. Wsadził to coś do mikrofali, ustawił na minutę i chwilę potem zalał herbatę.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=UsRu52I0OtY[/MEDIA]

When the daylight is falling down into the night
And the sharks try to cut a big piece out of life
It feels alright to go out to catch an outrageous thrill
But it´s more like spinning wheels of fortune
Which never stand still

Big city, big city nights
You keep me burning
Big city, big city nights


Marek jadł sniadanie, słuchał zespołu Scorpions. Nagłe i gwałtownie pukanie zniszczyło atmosferę tej chwili:
- Proszę otworzyć, policja ! – wykrzyczał facet tłukący w drzwi.
-Zaraz ! – odkrzyknął Marek wyłączając Wearmana – muszę się ubrać!
Faktyczne, musiał się ubrać - był w samych gaciach. Szybko założył koszulkę i wciągnął bojówki i otworzył drzwi niecierpliwemu smerfowi. Policjant ominął zbędne rzeczy:
- Niecałe dwadzieścia minut temu popełniono tutaj morderstwo, panie…
-Fairey – pomógł Marek.
- Panie Fairey, i związku z tym mam dla pana kilka pytań. Słyszał pan coś czy widział?
Marek mu opowiedział o strzale, o biegu jakiegoś człowieka po korytarzu i schodach, potem jak zobaczył trupa etc.
-Ma pan broń? – spytał się policjant.
-Mam Avengera – wskazał ręką na stół, gdzie oprócz talerza ze śniadaniem (to „coś” z torebeczki okazało się pastą „orzechową”) leżała kabura z tym pistoletem. Faktycznie miał jeszcze pistolet maszynowy, ale wolał to przemilczeć.
Marek był miły, a funkcjonariusz niezbyt nachalny, więc wszystko obyło się bez wiekszych nerwów. Policjant zaraz się zwinął, żeby przepytać kolejnych sąsiadów, których zeznania będą takie same. Nudne. Marek wrócił do śniadania, które już wystygło. Dopił herbatę, a kanapki z pastą wyrzucił do kosza. Zje coś potem na mieście. Ubrał kamizelkę i kurtkę. Rozczesał długie włosy (za pomocą siły odśrodkowej, energicznie potrząsając głową w przód i tył) i zarzucił na ramię plecak. W międzyczasie uruchomił Wearmana. To był jego strój codzienny, bojówki, czarna kurtka i zielony plecak kostka, charakteryzujący spokojnego Marka Faireya, solo o brązowych oczach, zamiłowanego w starym rocku:
...
When the sunlight is rising up in my eyes
And the long night has left me back at somebody´s side
It feels alright for a long sweet minute like hours before
But it´s more like looking out for something
I can´t find anymore

Big city, big city nights
You keep me burning
Big city, big city nights
Always yearning

There is no dream
That you can´t make true, if you´re looking for love
But there´s no girl
Who´s burning the ice away from my heart
Maybe tonight!

Big city, big city nights
You keep me burning
Big city, big city nights
Always yearning
Big city, big city nights
You keep me burning
Big city, big city nights
Always yearning



Stary Bush (Bushmaster) tkwił na swoim miejscu. Zamknął drzwi i zjechał windą na parter budynku. Pierwsze co zrobił to poszedł do sklepu. Na piechotę, bo nie miał własnego środka transportu, a metrem nie opłacało się jechać na taką odległość. Trwało to pół godziny. Supermarket Biedronka-Lidl mieścił się na parterze centrum handlowego „Manhattan”, dziesięciopiętrowego budynku z kinem, kręgielnią i 200 sklepami i Fast-foodami. Market miał osobne wejście, więc Marek nie musiał się przebijać przez tłumy przemierzające codziennie to popularne w tej części miasta centrum handlowe. Wziął koszyk i po kilku minutach był już na zewnątrz, z kilkoma prepackami i pieczywem tostowym w plecaku. Potem zagłębił się w przepastne centrum handlowe, w poszukiwaniu jakiegoś punktu z Fast-foodami. Wielka, wykończona szkłem i chromem klatka schodowa była centrum tego budynku. Za pomocą jednych z dziesięciu ruchomych schodów wjechał na najwyższe piętro i po chwili, trwającej z 5 minut siedział przy tandetnym, plastikowym stoliku i jadł niespiesznie zestaw z McDonalda, obserwując bez zbytniego zainteresowania tłum. Ot, codzienny obraz. Ponure typy, jakiś booster, przestraszona matka z dzieckiem, grupa nastolatków z fosforyzującymi włosami… społeczeństwo XXI wieku w Polsce. Sądził że to trwało kilka minut, ale zjedzenie średniej jakości chesseburgera i małych frytek ze Spritem zajęło mu pół godziny. Sprawdził godzinę na komórce LG – Cybernetics: Była już jedenasta.
Marek nie miał powodu się spieszyć – nic nie mógł przez to stracić. Nie miał dziewczyny, żeby ją odwiedzić, ojciec nie żył, a matka już nie mieszkała w tym mieście i poza tym leczyła się pewnie na depresję. Pojechał więc do Hurricane, pubu z czasów młodości, gdzie przesiedział z kumplami długie godziny sącząc piwo. Tych kumpli już nie ma, ale pub i jego właściciel, stary ex-rockman pozostali.



Stacja metra mieściła się dokładnie pod centrum handlowym. Cztery, betonowe perony, przy których stawały szarobiałe wagony metra produkcji też LG-Cybernetics. Peron trzeci, na którym stał Marek, był prawie pusty – niewiele osób jeździło do południowych dzielnic, bardziej niebezpiecznych niż centrum miasta. W końcu wagon nadjechał. Konstruktor tych pojazdów musiał być głupi albo zbyt leniwy, żeby racjonalnie myśleć – wagony metra w WR-03 miały przyciemniane szyby! Marek nie kasował biletu – miał kartę miejską. W środku wagon był brzydszy niż na zewnątrz: powyginane ławki, graffiti na ścianach i suficie i tylko kilku podróżnych, którzy siedzieli na kilku całych siedzeniach, wykonanych z zielonego plastiku. Ściany były także oklejone różnego rodzaju reklamami, w którym tandetni detektywi, młodociani netrunnerzy czy domorośli lekarze oferowali swoje usługi, podając rodzaj usługi i numer telefonu. Mimo że forma reklamy - ogłoszenia wydrukowane przez podrzędne drukarnie – była przeżytkiem XX wieku, to była nadal skuteczna.
Wysiadł na dwudziestej stacji, całkowicie zaniedbanej, jako jedyny i wyszedł na powierzchnię. Padało, szybkim krokiem przeszedł te 200 metrów dzielące go od pubu. Mijał walące się, wpół opuszczone bloki, zamieszkałe nielegalnie przez margines społeczny. Minął byłą, zabitą kompozytowymi płytami pizzerię, skręcił w zaułek i już był przed pubem, którego wejście można było pomylić z wyjściem awaryjnym, gdyby nie żółty napis „Hurricane” ułożony z diod, które już w połowie nie działały. Pchnął drzwi i był w środku, mrocznym pubie „Danny-ego” Donowicza, który siedział przy stoliku ze skrętem w lewej ręce. Pod ścianą, znajdowały się głośniki – to z nich płynął chromatyczny rock, który, choć nie za bardzo odpowiadał właścicielowi lokalu, bardzo podobał się klienteli, która nadal odwiedzała ten pub, który przez wielu jest określany jako „niemodny i przestarzały”. Marek wyłączył Wearmana. To od „Dannego” solo polubił starego rocka. Kiedy przyszedł do tego pubu po raz pierwszy, był miłośnikiem muzyki elektronicznej. To się zmieniło. Teraz słuchał Scorpions, Deep Purple, Led Zeppelin…
Donowicz, dokładnie to Isaac „Danny” Donowicz nie prezentował się zbyt okazale. Dawne, długie, kręcone blond włosy zniknęły zastąpione przez łysinę, która spotkała tego już starego człowieka. Marihuana i inne używki znacznie przyspieszyły ten proces. Marek usiadł przy nim, uścisnęli sobie dłonie, a barman przyniósł napoje – ciemne, półlitrowe piwo dla Marka i szklankę z Whisky dla szefa.
-Co słychać? – zaczął „Danny”.
-Eeee… wiesz, nic ciekawego, muszę szybko znaleźć jakąś robotę, bo niedługo nie będzie mnie stać na dotarcie tutaj.
- Nie przesadzaj. Jak chcesz kasy to powiedz.
-A od kiedy rozdajesz euro dolce?
- Nie rozdaję. Muszę odebrać po prostu pewną paczkę od takiego jednego, wiesz, interesy. Ale ostatnio jestem leniwy, nie chce mi się. Jeżeli pojedziesz pod wskazany adres i odbierzesz paczkę dostaniesz stówę. To co, wchodzisz? – jednym haustem wypił trunek ze szklanki.
Marek się nie zastanawiał, potrzebował kasy.
-Wchodzę.
- To dobrze – wyjął notes i zapisał adres, następnie podając wyrwaną karteczkę Markowi – tam znajdziesz tego gościa. Powiedz że przysyła cię „Danny”.
Marek dopił piwo i wyszedł.

O 19 ponownie był w tej dzielnicy. W plecaku, obok dwóch 20-nabojowych magazynków i „porannych” zakupów znajdowała się kompozytowa kaseta, mogąca wytrzymać trafienie niewielkiego kalibru lub upadek z dziesiątego piętra. Właśnie to miał dostarczyć do pubu Hurricane. Przeszedł już trzeci raz tego dnia 200 metrową drogę pomiędzy stacją metra a pubem i skręcił w ciemny zaułek prowadzący do pubu.
 
__________________
Życie społeczne to sztuka
wbijania innym noży w plecy
i udawania
że własne plecy ma się czyste
JohnyTRS jest offline  
Stary 18-01-2010, 16:59   #3
 
Durendal's Avatar
 
Reputacja: 119 Durendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znany
Sierżant Wiktor Malczenko, dwukrotnie odznaczony krzyżem walecznych, pięciokrotnie pisemnie pochwalony przez ministra obrony narodowej, dumny weteran ośmiu lat służby w 1. Pułku Specjalnym Komandosów obecnie w stanie spoczynku obudził się z lekkim kacem w swoim mieszkaniu. Chociaż w sumie ciężko nazwać mieszkaniem klitkę wynajęta za wojskową emeryturę. Poszarzałe ściany pocięte siateczką pęknięć, grzyb na suficie, spaczona od wilgoci podłoga. Z grymasem na twarzy Wiktor potoczył dookoła lekko błędnym wzrokiem. Ciągle nie mógł się przyzwyczaić do tego jak niewdzięcznie potraktowała go instytucja dla której przez osiem lat nadstawiał karku. Brak możliwości przedłużenia kontraktu... Brak funduszy na emerytury wojskowe... Miał dwadzieścia dziewięć lat i jedyne co umiał, jedyne czego go nauczyli to walczyć i zabijać. Owszem na speców od mordowania zawsze jest popyt. Ale nie na takich którzy przez osiem lat służyli w rzadowej jednostce specjalnej. Żadna korporacja, ba żadna porządna grupa przestępcza nie zatrudni kogoś takiego bojąc się infiltracji. Został z gołą dupa na cieniutkim wiosennym lodzie. Wszystko dzięki tej Armii której poświęcił całą swoją młodość. Dobrze że chociaż że te pieprzone skurwysyny nie chciały mu na odchodnym wydłubać cybersprzętu jaki przez te osiem lat w niego władowali. To chyba jedyna pełnowartościowa forma odprawy na jaką się zdobyli. Powoli podniósł się z barłogu który tylko przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać łóżkiem i Ruszył do łazienki z nadzieja na to, że dzisiaj jednak z kranu pocieknie ciepła woda i przeliczył się jak zwykle. Zimna woda cieknąca z siateczki prysznica obmywała mocno zbudowane ciało. Do 1. PSK nie brali wymoczków. Ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i sto kilogramów mięśni wyhodowanych w morderczych treningach okraszone doświadczeniem zdobytym w walce mogło robić wrażenie. Czarne włosy ścięte "na mohawka", kilkudniowy zarost i zielonkawy odcień cyberoczu głęboko osadzonych w zmęczonej twarzy potrafiły zmienić to wrażenie w strach i nieufność. A nieufność zamieniała się w podejrzliwość jeśli spojrzało się na tatuaże pokrywające obficie tors i ramiona eks komandosa. Wytarł się szybko i świecąc nagim ciałem ruszył do kuchni której role pełniła mała wnęka wyposażona w lodówkę i kuchenkę mikrofalową. Z tej pierwszej wyjął tani gotowy posiłek i puszkę równie taniego piwa. Posiłek wrzucił do mikrofalówki a zawartość puszki szybko zaaplikował do żołądka. Z ciągle skrzywionych ust wyrwało się westchnienie ulgi. Z parującym plastikowym talerzem usiadł na jedynym zapadniętym fotelu i włączył zdezelowany telewizor. Szybko zjadł przeglądając najświeższe wiadomości. Po posiłku odruchowo sięgnął po broń i zestaw do czyszczenia. Stare nawyki. Broń zdecydowanie gryzła się ze stanem mieszkania. Dwa błszczące Colty-AMT 2000 z przedłużonymi magazynkami i stary rosyjski AKU-94 lśniły czystością i świeżym olejem. Były idealnie utrzymane i gotowe do użycia w każdej chwili chociaż okazje ku temu nie zdarzały się zbyt często. Solo będący wolnym strzelcem i byłym żołnierzem rządowym nie może liczyć na zbyt wiele zleceń. Prawdę mówiąc ten rok od "przejścia na emeryturę" był bardzo kiepski. Tylko raz nieźle zarobił na ochranianiu syna jakiejś korporacyjnej szychy szwendającego się po lokalach w najgorszych dzielnicach. To właśnie wtedy kupił porządna broń pozbywając się szmelcu który kupił tuz po wyjściu z woja za odprawę. I to było głupie posunięcie. Zainwestowana kasa nie zwróciła się nawet w połowie i musiał teraz biedować za ochłapy wypłacane przez Armię i drobne które zarabiał jako kurier i człowiek do wszystkiego. Ratowały go tylko czasem informacje od kumpli którzy wcześniej poszli od kapelusz i zdarzyli się już jako tako zorganizować w branży. Dziękował opatrzności za to ze ludzie z pułku zawsze trzymali się razem. Nawet poza wojskiem. Szybko przejrzał sprzęt i zaczął się ubierać. Wciągnął styrane bojówki, nogawki upchnął w cholewkach schodzonych butów szturmowych, wciągnął przez głowę wypłowiała koszulkę. Westchnął i wyjął z lodówki jeszcze dwa piwa i usiadł znowu przed telewizor. Przez chwile popatrzył na reklamy sącząc ciecz sprzedawaną jako piwo po czym zdenerwowany wyłączył odbiornik i sięgnął po leżący na stoliku najnowszy numer "Solo of fortune". Z dwojga złego wolał już przeglądać reklamy uzbrojenia i sprzętu w magazynie.
 
__________________
Oj Toto to już chyba nie jest Kansas...
"Ideologia zawsze wynika z przyczyn osobistych, ja nie podaję wrogowi ręki chyba, że chcę mu połamać palce"
Durendal jest offline  
Stary 22-01-2010, 10:16   #4
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 34 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
Nie obejrzał się drugi raz za siebie, zniknął za pierwszym rogiem w grupce gości wychodzących z restauracji do właśnie podstawianych aut. Na swoim PDA dwoma wyćwiczonymi ruchami kciuka włączył funkcję TAXIme. Tekst na wyświetlaczu zniknął, zastąpiła go strzałka która przeskoczyła dookoła własnej osi zatrzymawszy się płynnie na rogu Obamy i Wystawowej. Lampka na dachu czarnego Mercedesa GF-LK stojącego na światłach przy Galerii Vauxan zapaliła się pomarańczowym światłem, tak samo jak strzałka na ciekłokrystalicznym ekranie. Dostanie się taksówką do siebie zajęło mu niespełna pół godziny, trochę długo biorąc pod uwagę zawrotne prędkości jakie rozwijał kierowca. Cisza i bezpieczeństwo taką właśnie miały cenę, „Wszędzie daleko”. Bez słowa wysiadł pod drzwiami budynku, minął ochroniarza i recepcję, nikogo więcej o dziwo nie było w hallu mimo młodej godziny, winda po zeskanowaniu ID zamknęła się i cicho szumiąc wystrzeliła w górę. Wstukał kod w holograficzną klawiaturkę na drzwiach które otworzyły się autamatycznie, mieszkanie rozświetliło się niebieskawymi światłowodami w suficie i ścianach. Panel medialny na ścianie połączył się z iPda w kieszeni marynarki i zaproponował zawartość medialną do przejrzenia i skrót do news’ów. „W końcu, nareszcie!”. Po dziesięciu minutach siedział na wypoczynku w luźnych ciuchach przeglądając aktualizacje, odłożył kontroler na ławie podnosząc z niej termos-kubek na kawę dopijając napój. Zamknął ustnik i obrócił go przekręcając plastik u dołu kubka, na kolanie wylądowała karta pamięci którą stuknął opuszkiem palca zostawiając na niej zielonkawy odcisk linii papilarnych. Aktywowała się informując usera cichutkim piknięciem, panel na ścianie zafalował pikselami zostawiając za sobą menu synchronizacji.
-Kopiuj.
Na dolnej krawędzi ekranu pojawił się pasek progress’u, a na pierwszy plan animacja przesunęła okienko następnego kroku. Zastanawiał się chwilę nad filmem który miał obejrzeć tydzień temu z Magdą gdy z pikseli wyłoniła się słuchawka podpisana: Dzwoni Magda.
-Połącz.

*************

Zamknął drzwi biura za swoim niespodziewanym gościem i jego ludźmi, dopiero po tym odetchnął z ulgą. Trwała jedynie kilka sekund, dopóki nie przypomniał sobie co leży na biurku. Nie mógł pojąć jak mógł się na to zgodzić przyjmując na siebie ryzyko, z drugiej strony jego krewny postawił sprawę jasno. „Wyjeżdżam do Moskwy, musisz się tym dla mnie zająć Andriej. W ciągu tygodnia przyjedzie człowiek. Pilnuj go jak własnego oka. Proste zadanie, dasz rade chłopcze, prawda?”- chrypliwy głos wuja wciąż odbijał się echem po jego czaszce.
Pod jego stopami tłum falował w rytm cyber-techno-rocka, zasilany alkoholem i dragami unosił się i opadał w świetle stroboskopów i projekcji w dzikich pląsach.


Fairey:

Bar „Hurricane” wbrew nazwie był cichą spelunką na uboczu, neonowy szyld kiedyś ostrym blaskiem oświetlający ciemną uliczkę teraz ledwo przebijał cytrynowym światłem grubą warstwę kurzu nad drzwiami do pół-piwnicy. Pewnie z tego powodu niewiele nowych twarzy przewijało tędy, to dobrze, Fairey nie szukał nowych znajomych. Miał doręczyć paczkę i zgarnąć zapłatę, poza tym na ten wieczór obiecał sobie wolne piwko przy dobrej muzie. Tylko jeden klient, nieznany mu garniturowiec, sączył coś przez słomkę gapiąc się w ekran, z Isaac’iem- podstarzałym rockmanem i obecnym właścicielem lokalu, był na „ty”. W środku skromnie, drewniane kasetony i kilka starych plakatów na ścianach, zagęszczone dymem powietrze i neonowe gitary nad barem, wręcz nostalgicznie. Wszystkie cztery stoliki były wolne, oddzielone ściankami, wygodne i miękkie. To odpowiadało mu bardziej niż hooker przy barze- upewnił się że Danny go widział i zajął miejsce w jednej z loży. Kostkę położył po przeciwnej stronie stolika, na blacie dotykowym dwoma zdawkowymi kliknięciami zamówił jedno duże. Po chwili wyjeżdżający z blatu kufel Okocima Deep-Dark pokryty kroplami wody znalazł się w jego dłoni na wysokości oczu, zimne i ciemne- idealne. Przełknął pierwszy łyk i mimowolnie podnosząc wzrok trafił na panel telewizyjny wiszący pod sufitem. „Wiadomości o 20”
Patrzył na to ścierwo dezinformacji, jednak tak naprawdę nie zwracał uwagi na niusy, myślami był zupełnie gdzie indziej. Tydzień temu wylali go z „Fuzji”, po tym wszystkim, tak po prostu zastąpili go jakimś frajerem który wykonywał jego obowiązki za pół pensji. „Biznes to biznes...”- brzydka prawda rządząca rynkiem- „...frajerów też nie brakuje”- uśmiechnął się pod nosem. Położył cyber-dłoń na stole i poruszył palcami przyglądając się jej, mechaniczne mięśnie i ścięgna reagowały na implusy nerwowe bez zarzutu, ale daleko im było do sprawności prawdziwej, pierwszej dłoni. I ten charakterystyczny chrzęst dziesiątek servo silników pracujących wewnątrz, „jak ten świat poszedł do przodu”. Poskładał go „stary znajomy” komentującego właśnie wiadomości fixera-barmana, przypadkiem aktualnie urzędujący w klinice syndykatu pod obstawą trzech goryli z SMG’ami. Przynajmniej zaoszczędził trzy stówy, no teraz już dwie. Właściciel baru i widocznie na tą zmianę również barman w jednej osobie przysiadł się do niego stawiając na stole dwa drinki, jeden puszczając po stole do Marka tak, że gdyby ten nie wyciągnął po niego ręki to zawartość szklanki wylądowałaby na jego spodniach.Ktoś nie znający Dannyego mógłby powiedzieć, że rześki z niego staruszek. Otóż nic bardziej mylnego, tak naprawdę Isaac był młodszy niż nie jeden z gości Hurricane. Za to organizm skurczybyka wyżarty latami „stresów” kariery rockowej, kilogramami wypalonego zielska i wciągniętej fuki, pożółkłymi od papierosów i podziurawionymi od władka zębami, przepitymi i przećpanymi oczyma i zniszczoną cerą stwarzał pozory posuniętego w wieku mężczyzny który nieźle się trzyma.
-Co to za soczek? –wystrzelił prześmiewczo solo.
-Na koszt firmy- uśmiechnął się – ...dil? – spojrzał na plecak obok.
-Jasne. Ehh..., co za dzień... – podniósł szklankę z drinem do ust po czym odstawił lekko się krzywiąc.
-Chyba tydzień, heh. Wziąłbyś się za jakąś porządną robotę, tak na weekendy to kariery nie zrobisz. –prowokował go jak zwykle.
-Może bym się wziął gdyby jakaś była. – Fairey wymownie spojrzał fixerowi w oczy na co tamten uśmiechnął się marszcząc policzki.
-Może coś wymyślimy...– przeciągnął Isaac podnosząc swojego drinka.
Rozmawiali jeszcze chwilę gdy fixer wyciągał z plecaka kasetkę po czym wstał od stolika i wrócił do swoich barmańskich rzeczy bez słowa na temat pracy, ale Marek wiedział, że zanim wyjdzie z Huraganu dostanie jakieś miłe zlecenie za miły hajs. „Hajs, przydałby się”. Zadumę przerwał dźwięk otwieranych drzwi, dwóch punków w czarnych skórach z jakimiś zielonymi naszywkami weszło do środka. „Pieprzeni boosterzy i ich kolorki”- pomyślał mierząc typów. Ubrani prawie jak bliźniacy, podobne dżinsy i kurtki naszpikowane ćwiekami i chromem, tylko fryz inny, zielony mohawk i łysy łeb. „Ten łysy...” Stanęli przy ladzie, mohawk pytał o coś Isaac’a, jego kolega w tym czasie obrzucił spojrzeniem klientów i to był ten moment. Moment, w którym serce przyspiesza spowalniając mózg, hormony trafiające do krwioobiegu zaczynają bulgotać, te kilka sekund kiedy każdy solo myśli „To był taki spokojny dzień, a teraz się zacznie...”. Fairey nie wierzył własnym oczom, powoli spuścił spojrzenie na cyberkończynę zaciskającą się w pięść, to ten sam punk, który sześć miesięcy temu razem z koleżką napadł na Fuzję. Jednym haustem opróżnił szklankę. Ten sam który jebanym BudgetArms’em rozpizgał mu dłoń tamtego wieczoru gdy stał na barze. „To na pewno on!” Ktoś z natury mściwy czy pamiętliwy mógłby to nazwać szczęśliwym zbiegiem okoliczności, z natury nie był taką osobą. Ale czas też nienajlepszy. Marek już od jakiegoś czasu był wkurwiony na cały świat, ostatnie tygodnie były kompletnie gównianym ciągiem porażek, alkohol tylko potęgował emocje które miał tłumić. Przypadek. Kumulacja. „Wychodzą...”

Obudził go przeszywający ból. Otworzył oczy, ciemna powierzchnia asfaltu odbijała delikatnie żółte światło lamp. Z niemałym trudem wstał na równe nogi, rozejrzał się, dookoła pełno było potłuczonego szkła, za nim jeszcze dymiący rozbity samochód, kilkoro gapiów. „Trzeba iść”- kołatało się w głowie, szedł. Wszystko wokół było takie niewyraźne, takie dziwne i rozmyte. Równie nieświadomie zatrzymał się po jakimś czasie w jednej z alejek pomiędzy budynkami, uniósł dłoń i z nad czoła wyciągnął sobie spory kawałek szkła. Kształty nabrały konturów, wróciła świadomość. „Gdzie ja jestem?! Co się stało?!” Czuł ciepłą stróżkę krwi spływającej po nierównościach jego twarzy. Coś zapiekło, ukłuło gdzieś w głowie. Zemdlał.

Malczenko:

Przejrzał parę stron ostatniego SoF’a lustrując kolejne modele, znał na pamięć kolejność i parametry większości spluw, miał kupić dziś nowy numer, znowu zapomniał. Słaba żarówka z ledwością oświetlająca pokój zamigotała, „Kurwa..” –padł na podłogę za fotelem. Huk eksplozji był krótki i stłumiony, detonatory kierunkowe spełniły swoje zadanie. Drzwi wejściowe przeleciały przez klitkę wznosząc za sobą tumany wapiennego kurzu, po czym z trzaskiem przylgnęły kolejno do przeciwległej ściany i podłogi. Chciał szybko się podnieść i złapać któregoś gnata, ale zimna lufa St-5 przy skroni skutecznie weryfikowała ten plan.
-Starzejesz się przyjacielu –celujący w niego osobnik nie krył satysfakcji.
-Borys... myślałem, że ciągle palisz wioski i mordujesz cywili na Litwie –odparł hardo równocześnie podnosząc się na równe nogi.
-Ileż można, Wiktor, zresztą sam najlepiej wiesz. Było fajnie, nie przeczę, ale trzeba w końcu zadbać o przyszłość...
Zdekoncentrował się na ułamek sekundy, a Malczenko właśnie na to czekał. Wierzchem dłoni podbił lufę karabinu do góry drugą ręką ciągnąc za kolbę do dołu, palec Borysa dalej leżał na spuście posyłając serię w sufit a ostatnią kulą zahaczając o neo-sowiecki taktyczny hełm bojowy, teraz mógł zajrzeć do wnętrza swojej maszynki od wylotu.
-I co, sprzedajesz kulki kolegom z jednostki? –wycedził oczekując wyjaśnień Wiktor.
-Dobra twoja- spojrzał na karabin- ale to nie tak, jest robota dla kogoś z naszym... doświadczeniem.
-I to jest dobry powód żeby wysadzić mi drzwi? – podetknął lufę bliżej twarzy starego znajomego.
-Chyba się nie gniewasz, co? –oczyma Borys zlustrował otoczenie – I tak przydałaby się remont. Spodziewałem się więcej po tobie na prywacie szczerze mówiąc, kapitalizm ci nie służy brachu, ale może coś poradzimy...
-Nawijka. –Skwitował dalej mierząc do niego z jego własnej broni.
-Korpy, interesy i grube eurodolce. Mój samochód stoi przed bramą, coś jeszcze? –uśmiechnął się szczerząc żółte zęby jakby to nie w niego celowano ze Stolbovoya.
-Tak Borys, coś jeszcze... pamiętasz Sawojysz?
Sierżant Gujec chciał protestować ale nie zdążył przed uderzeniem kolby karabinu który jeszcze przed chwilą kurczowo trzymał w dłoniach. Cofnął się chwiejnie o dwa kroki zakrywając twarz dłonią która po chwili kapała krwią na białe od kurzu linoleum. Wiktor wyjrzał za okno, faktycznie stał tam Ford Sigmar którego wcześniej nie widział. Borys może nie był najlepszym komandosem, ba, był zwyrodniałym skurwielem i hańbą dla jednostki, ale to tylko okienko na coś większego... i może zyskownego.
 

Ostatnio edytowane przez majk : 12-02-2010 o 21:33.
majk jest offline  
Stary 24-01-2010, 20:25   #5
 
JohnyTRS's Avatar
 
Reputacja: 7512 JohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputację
- Hej, słyszysz mnie? – zapytał Isaac Marka, którego wzrok był utkwiony w dzwiach i jakby nieobecny.
-Słyszysz? – powtórzył z niepokojem w głosie.
Marek słyszał, lecz nie reagował. „Ich jest tylko dwóch , a ja mam pistolet maszynowy” Kalkulacja była szybka. Wstał, z plecaka przełożył magazynki do lewej kieszeni kurtki. Odbezpieczył broń. Stalowe drzwi cicho skrzypnęły i już był na ulicy. Szybko wybiegł na ulicę.
-Ćwoki! – krzyknął do obu. Łysy stał przy pozbawionym dachu, zdezelowanym Polonezie, a z pod rozciętej maski wystawał ponad karoserię silnik na CHOOH-a. Obrócili się, wyjmując broń
-Roman! – krzyknął ten z zielonym fryzem, lecz nic więcej, bo po chwili padł, kiedy prawie 10 pocisków SS109 z Bushmastera Marka pozbawiła go głowy. Ten łysy pożył niewiele dłużej, zdążył wystrzelić tylko dwa razy, do tego niecelnie, kiedy reszta z magazynka Bushmastera przewietrzyła mu bebechechy.
„No, od razy lepszy humor” – uśmiechnął się do swoich myśli. Włączył Wearmana i wymienił magazynek. Na prawo od niego leżało 20 łusek.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=go4VA23-EIo[/MEDIA]

Podszedł do trupów. Ot, dwa ścierwa w skórach. Wziął do ręki BudgetArmsa łysego i wrzucił do plecaka, przewieszonego przez lewe ramię. Ten drugi był lepiej uzbrojony, lecz miał zbyt wolną rękę. Za pasem sterczał mu Dai Lung, bodajże StreetSweeper. Też wrzucił do plecaka. „Może z 300 eurodolców z tego dziadostwa będzie”.

Nagle ryk, i zza zakrętu wyjechał na motorze prawie dwumetrowy punk, również odziany w ćwiekowane skóry i czarnym kaskiem z chromowanymi rogami na głowie. Do tego prawie cyberpsychol, z cybernetycznymi rękoma i porządnie zdrutowaną głową – „Pewnie o tego Romana chodziło”. Roman zatrzymał się 30 metrów od Marka i dwóch jego byłych kumpli.

„Cholera” – pomyślał, widząc że motocyklista ma w ręce Agrama. Zareagował, i po chwili siedział za kierownicą zielonego Poldka i odpalał silnik. Motocyllista strzelił, a seria z broni rozbiła przednią szybę w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była głowa Marka, obecnie przekręcającego kluczyk w stacyjce leżąc na przednich siedzeniach. Udało się. Silnik ryknął, z rury wydechowej plunął czarnym dymem po CHOOH-u. „Teraz” – szybko się wyprostował i ruszył z piskiem opon naprzód.
Punk powtórzył manewr, goniąc Marka i jednocześnie do niego strzelając. Wyjechali na Bulwar Południowy, obecnie całkowicie pusty, nie licząc bezdomnych i innych męt tego miasta. Polonez stracił już całą przednią szybę, w klapie bagażnika ziały dziury. Marek odpowiadał ogniem ze swojego Bushmastera. W pewnym momencie prawe przednie koło wpadło w dziurę po pokrywie studzienki kanalizacyjnej które rzuciło go na kierownicę. Polonez zatoczył koło.Silnik zgasł. Marek, z rozbitą głową kurczowo ściskał swojego Busha i czekał. Punk na motocyklu nie miał już zbyt wiele mózgu, zamiast wykorzystać okazję i zabić Marka z odległości, zatrzymał Hondę i podszedł do Poloneza. Marek nie liczył na taki cud, szybkim ruchem wyprostował się i nacisnął spust. Punk zrobił to samo, tylko że jego seria poszła za bardzo w dół, niszcząc silnik samochodu. Seria Marka była natomiast celna, masakrując szyję i głowę Romana, a tylko kilka ostatnich pocisków poszybowało w dal, przechodząc ponad głową punka. Dystans nie był wielki , może z dziesięć metrów. „O kurwa” – i padł na fotel kierowcy, obserwując leżącego na twarzy "wikinga". Nagle z pod maski zaczął wydobywać się smród palonego alkoholu.
-O kurwa – powtórzył i łapiąc plecak wyskoczył ponad dzwiami z pojazdu i rzucił się w stronę najbliższego zaułka. Dwie sekundy później samochód eksplodował, siejąć kawałkami silnika , karoserii i odłamkami szkła. Marek rzucił się na betonowy chodnik, wypuszczając plecak i broń, które poleciały najpierw na ścianę, a potem opadły za połamany kubeł na śmieci.

Świadomość powróciła niebawem. Obrócił się, światło latarni oświetlało jego brudną twarz. Wokoło niego stało kilku bezdomnych. Brudni, śmierdzący, często opierającymi się o stare wózki z Supermarketu wraz ich całym dobytkiem. Jeden z nich nie miał lewej ręki i miał zmasakrowaną twarz:
- Żyje pan, myśleliśmy że to pan nie żyje. Jak ten samochód eksplodował, to to pan upadł na chodnik. Pomóc panu? – zapytał Marka, zwracając się do niego per „pan”.
-Nie nie – odpowiedział i wstał niepewnie, mając mroczki przed oczami. Opierając się jedną ręką o ozdobioną graffiti ścianę, drugą odszukał plecak i Busha, chowając go do ładownicy, a plecak zarzucił na plecy. Ruszył chwiejnie przed siebie, idąc w kierunku jedynego punktu orientacyjnego, widocznego z tej upadłej dzielnicy – TechTower. Szedł powoli, co jakiś czas opierając się o ścianę. Po godzinie przystanął. Był już bliżej centrum, dzielnica była bardziej cywilizowana. Dotknął czoła. Pod palcami wyczuł wystający element. Wyrwał go, był to niewielki kawałek szkła. Od razu mgła z przed oczu zniknęła. Z rany na czole zaczęła płynąć krew. Spojrzał na komórkę: Jedna lakoniczna wiadomość, od Isaaca, sprzed ponad godziny.

Marek, co się z tobą dzieje?

I poniżej:

Piwo ci się odgazowało

Schował komórkę, wcześniej sprawdził jeszcze godzinę. Było 5 po 22. Nieoczekiwany ból głowy zwalił go na zimny, mokry chodnik. Zemdlał.
 
__________________
Życie społeczne to sztuka
wbijania innym noży w plecy
i udawania
że własne plecy ma się czyste
JohnyTRS jest offline  
Stary 08-02-2010, 21:15   #6
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 34 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
post by: majk & JohnyTRS

Fairey:

Obudził się na łóżku szpitalnym, które zdecydowanie nie znajdowało się w miejscu swojego przeznaczenia. Usiadł, chyba zbyt gwałtownie, prawą ręką podpierając się na łóżku, drugą dotknął głowy, krzywiąc się z bólu. Pod palcami poczuł prosty opatrunek. Nie pamiętał co się stało gdy zemdlał, jak się tu znalazł i przede wszystkim: gdzie jest „tu”? Wyglądało to na jakieś pomieszczenie gospodarcze, strych albo magazynek- z mozołem ogarniał otoczenie. Na szafkach jakieś naczynia, buteleczki i narzędzia, kartony pobazgrane markerem, gdzieniegdzie trochę sprzętu elektronicznego... i to białe, ostre światło jarzeniówek uwydatniające każdą plamkę i smugę krwi na jasnych okleinach mebli i białej posadzce. „Pozbieraj się gościu...”. Siedział na metalowej konstrukcji w samych bokserkach. Przy łóżku leżał jego plecak i rozrzucone ciuchy ufajdane we krwi, sprawdził plecak. „Wszystko jest”- pocieszające spostrzeżenie i dobrze rokujące na najbliższą przyszłość.Obok, na spodniach leżała kabura z pistoletem. Nikt go nie rozbroił, nie okradł, nie zauważył też żadnych śladów po transplantacji organów na swoim ciele co uspokoiło go na chwilę. Zbierał graty gdy drzwi nad trzema schodkami uchyliły się z piskiem, a ręka sola zanurzyła się w stercie ubrań, chwytając pistolet i wyciągnęła go prostując się do strzału po czym opadła niepewnie:
-To ty...
-Schowaj tego gnata chłopaku. Gdybym chciał cię skrzywdzić zrobiłbym to gdy byłeś nieprzytomny, a czasu by mi nie brakło ci powiem- usta Jacka wygięły się w rogal.

Śruba zszedł po schodkach i leniwym krokiem skierował się do jednej z szafek przesuwając blantem w ustach, chociaż obserwujący go Fairey spokojnie mógł założyć, że jest już na niezłym haju od paru godzin. Wyglądał młodo, wręcz zastanawiająco młodo biorąc pod uwagę fakt, że był starym znajomym Dannego. Czarne włosy rozczesane na boki opadały na czoło aż po czubek nosa z którego wydobywał się dym ze śmiesznego papierosa. Wyciągnął skręta z gęby i przekrzywił głowę.



-Jak się czuje mój pacjent... ?- znowu uśmiechnął się szeroko, tylko wąskie szparki między powiekami świeciły zdradzając, że oczy ma otwarte.
-Ja... - zaczął niepewnie. Obejrzał się. Ręce i nogi pokrywały mniejsze i większe siniaki, na prawej dłoni miał kilka otarć i zadrapań, na lewej kilka rys. - ... tragicznie to się nie czuje, ale mogłoby byc lepiej. Gdzie ja jestem?
Doktor się uśmiechnął, uważając, żeby joint nie wypadł mu z ust:
-Masz szczęscie że tu trafiłeś, jesteśmy u mnie, ale adresu ci nie podam bo sam nie pamiętam, heh. Przedwczoraj się wprowadziłem i jeszcze śpie na kartonach- rzucił spojrzeniem na pudła na szafkach dookoła podając ci skręta. - Żeby nie było niejasności: wczoraj, około północy przywiózł cię Danny, ale musiał wracać do roboty więc wiesz gdzie szukać odpowiedzi na pytania których ja na pewno nie posiadam. Ale zapisz sobie też mój namiar w razie draki. No i 100 papierów za usługę, polecam się. Co..?
- Tak. Czy można dokonać płatności nie w gotówce, a w przedmiotach? - zapytał, mając na uwadze niewielki miesięczny przychód eurodolców i dwa pistolety w plecaku. "Zgódź się", błagał w myślach.
Śruba przymróżył oczy, jego jeszcze przed chwilą pogodna twarz zbrzydła natychmiast.
- Nie jestem paserem tylko lekarzem do kurwy nędzy! Tylko gotówka! Szukasz zarobku to powiedz, ale nie ściemniaj mnie na jakieś dziesiony, to nie moja branża.
Marek zauważył, że doktorek stracił humor:
- Dobra, to było tylko pytanie - Szybko wyjął portfel i wyciągnął z niego te cholerne eurodolce, wręczając je Śrubie, który szybko schował papierek do kieszeni. Solo zaczął sie ubierać. Spodnie, T-Shirt, kevlarek, kurtka, na koniec skarpetki i buty. Zauważył, że kurtka miała dość mocno obtarte rękawy. Zabrał się za sprzęt. Kaburę z Avengerem przypiął do paska, plecak otworzył i wysypał jego zawartość na łóżko: Dwa Prepacki,Pieczywo, Dai Lung, Budget... Z kieszenii wyjął pełen magazynek i przełożył go do plecaka. Wziął do ręki Busha, wyjął magazynek. Pusty, wrzucił do plecaka i wsadził nowy, z ładownicy, do której po chwili włożył broń. Usiadł na łóżku, stawiając plecak w nogach. "1 w broni, 2 pozostałe w plecaku, to trzy. Musiałem go zgubić w Polonezie". Wstał, na chwilę zakręciło mu się w głowie. "Oj".
- Uważaj na łeb, ładnie się poharatałeś i możesz to czuć jeszcze pare dni. Ze dwie przecznice na północ jest przystanek metra, dasz sobie rade myśle. -zmierzył Faireya uśmiechając się złośliwie i wtykając jointa do kieszeni na piersi skórzanej kurtki. - To cześć, bandziorze.
Śruba odprowadził go do drzwi "mieszkania" na poddaszu i zatrzasnął je za nim na trzy spusty, korytarz śmierdział uryną i czymś równie ohydnym, schody również, i klatka, i ulica. Na zewnątrz było dość ciemno, na oko 17-nasta po południu. Rozejrzawszy się stwierdził że kojarzy okolicę, geometryczne układy ulic i przecznic bliźniaczych płytowców nieomylnie świadczyły o starych osiedlach pracowniczych WR-03, jednych z najstarszych osiedli mieszkalnych w mieście nawiasem mówiąc. Zniszczone blokowiska wyhodowały rzesze pracowników dla LG i innych korporacji okręgu WR. Brygadziści i inżynierowie, technicy, mechanicy, ślusarze, tokarze, i blacharze toczyli swoje pracownicze życia w tych blokach przez bez mała dwie dekady napędzając gospodarkę. Przez lata z blokowisk rzesze pracowników wprost wyparowały. Zmechanizowane i skomputeryzowane fabryki LG wymagają obecnie minimalnej obsługi, nadzoru i serwisu redukując liczbę etatów do minimum i paradoksalnie do rozmiarów przemysłu okręgu- zwiększając odsetek niepracujących wśród niewykształconych mas obywateli miasta. Niewielki odsetek dohapał się korporacyjnych pensji, większość obywateli pracuje dorywczo, często nielegalnie, co tylko zwiększa olbrzymią wysokość przestępczości miasta.

- Na razie - Marek ruszył w kierunku stacji. Po drodze minął go radiowóz, na patrolu, jadący niespiesznie po ulicy. Okolica była w miarę spokojna. Na stację "Robotnicze" doszedł po kilku minutach niespiesznego marszu. Jazda wagonem metra trwała może 20 minut. Wysiadł i po kilku minutach był juz w swoim niewielkim mieszkaniu. Lokum było niewielkie, było długie i wąskie - maksymalnie 2 metry szerokości. Przedpokój, o beżowych ścianach, miał ze trzy metry długości. Za ścianą na prawo była niewielka łazienka, dalej była szafa. Zaraz za przedpokojem znajdował się niewielki pokój z aneksem kuchennym: dwie szafki, mała lodówka, jednokomorowy zlew, czajnik elektryczny i kuchenka mikrofalowa. W pokoju było jeszcze mniej rzeczy: Niewielki stolik wraz z dwoma krzesełkami stał kuchnią a łóżkiem, którego zagłówek dotykał ściany z jedynym oknem. W mieszkaniu nie było telewizora ani radia. Marek usiadł na łóżku, zdjął plecak i wypakował prepacki. Jeden otworzył i po komplentacji jego zawartości część wsadził do mikrofali a resztę do lodówki, chleb do szafki. Napił się wody, z kranu, i ruszył w stronę łóżka. Po chwili leżał na podłodze i wyciągał szare, tekturowe pudło z pod mebla. Otrzepał je z kurzu i postawił na stole, otworzył. W środku były magazynki i amunicja. Paczkę z amunicją rozerwał zbyt gwałtownie, naboje kalibru 7,62 posypały się na podłogę. Westchnął i zebrał je spowrotem. Ręką sięgnął do plecaka po magazynki, naładował je i położył na stole. W pudełku nie miał już krótkich magazynków, tylko 2 większe 30-nabojowe. Załadował jeden z nich i położył go na stole. Zamknął pudło i wsunął z powrotem pod łóżko.
Kolację zjadł szybko, talerz wrzucił do zlewu - "Jutro się umyje". Kurtka i Kevlar leżały na łóżku wr plecakiem, magazynki nadal były na stole. Poszedł do przedpokoju, z szafy wyjął czyste spodnie i kurtkę z jasnymi szwami, spodnie ubrał, a kurtkę rzucił na krzesło. Brudne ciuchy rzucił na podłogę łazienki. "Potem się do pralni zaniesie".
Ledwie padł na łóżko, a kieszeń spodni zawibrowała krótko. Wiadomość od Dannego: "Poszalałeś młody. Wpadnij do baru koło 8. Jest temat. <<otrzymano 18.45>>"
 
majk jest offline  
Stary 15-02-2010, 21:55   #7
 
Durendal's Avatar
 
Reputacja: 119 Durendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znanyDurendal wkrótce będzie znany
Wiktor popatrzył na Borysa mrużąc oczy... Na myśl o tym co ten skurwysyn zrobił tej trzynastolatce w Sawojyszy palec sola nacisnął mocniej na spust. Gujec wyraźnie zbladł patrząc na bielejącą kostkę wskazującego palca dawnego kumpla z jednostki. Malczenko przez chwile zaciskał szczęki a potem się rozluźnił. Nienawidził bydlaka ale to była jedyna szansa na porządną robotę, na wybicie się i zyskanie renomy która napędzi następne zlecenia. I zawsze mógł odstrzelić mu łeb później. Opuścił broń i stwierdził:
-Jakieś szczegóły?
Borys odpowiedział lekko burczącym z powodu złamanego nosa głosem.
-Kabina numer siedem w "Cyber Fetyszu" kawałek stąd, zawiozę Cie. Tam będzie czekał ktoś kto przekaże Ci szczegóły. Więcej nie mogę powiedzieć.
Wiktor najpierw wybuchnął głośnym śmiechem a potem lekko kpiącym tonem skomentował.
-Jeśli ta robota to posada męskiego striptizera albo żigolaka to nie chcesz wiedzieć co ci zrobię. Dobra idź się doprowadzić do porządku, łazienka jest tam. Ja zbiorę sprzęt. Tylko bez numerów, mam Cie na oku.
Katem oka zerkając na obmywającego się przy umywalce Gujca, Malczenko szybko przygotował się do wyjścia. Założył kevlar i szelki z pistoletami, na to naciągnął kurtkę. Do kieszeni spodni wepchnął po granacie i zabrał z kąta torbę do której wrzucił swój karabinek i kamizelkę taktyczną z magazynkami do niego a obok ST Gujca. Włożył do kieszeni kurtki nóż i było gotów. Drugi mężczyzna też już doprowadził się jako tako do porządku.
-Idziemy. tylko nie zapomnij na dole wstapić do dozorcy i zapłacić za naprawę drzwi, to co tu mam może nie jest wiele warte ale na nowe mnie nie stać.
Zeszli po schodach, Wiktor zaczekał przy samochodzie aż sprawa z wymianą drzwi zostanie załatwiona po czym wsiadł razem ze swoim przewodnikiem do samochodu. W trakcie jazdy bez słowa wrzucił zdobytą broń na tylne siedzenie. Po jakichś dwudziestu minutach dotarli pod klub. Cyber fetysz raczej nie imponował, była to tania knajpa w której tancerki odgrodzone są od klienteli pancernym i szybami a bar osłaniają stalowe płyty co pozwala na całkowitą rezygnacje z ochrony i selekcji na wejściu. Borys czekał w samochodzie kiedy Wiktor z całym swoim majdanem wszedł do środka. Wejścia do kabin znajdowały się naprzeciw baru. Szybko ruszył w tym kierunku bo lokal nie zachęcał a towar na scenie był co najmniej trzeciej albo czwartej świeżości. Otworzył drzwi kabiny numer siedem i wszedł do ciemnego wnętrza oświetlonego zakurzoną czerwoną lampką.
 
__________________
Oj Toto to już chyba nie jest Kansas...
"Ideologia zawsze wynika z przyczyn osobistych, ja nie podaję wrogowi ręki chyba, że chcę mu połamać palce"
Durendal jest offline  
Stary 05-03-2010, 17:45   #8
 
JohnyTRS's Avatar
 
Reputacja: 7512 JohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputacjęJohnyTRS ma wspaniałą reputację
Marek patrzył się na wyświetlacz telefonu.
Będę dopiero za dwie godziny – odpisał. Wcisnął „Wyślij” i krótka wiadomość pomknęła poprzez rejonowe, zatłoczone anteny telefonii bezprzewodowej do telefonu fixera.

Wprawnym ruchem wszedł w opcje telefonu. Ustawił budzik i zapadł w jakże mu potrzebny sen. Idiotyczna melodyjka obudziła go dokładnie pół godziny później. Ruszył do łazienki, niewielkiej klitki, gdzie wolnego miejsca było tyle, żeby stanąć. Przejrzał się w lustrze: sklejone błotem włosy, zakurzona twarz i opatrunek na czole. Wymacał węzeł bandaża i zaczął powoli odwijać go z głowy. Był przygotowany na gorszy widok. Na czole, w liku miejscach miał niewielkie rany po szkle, niezbyt głębokie. Zdążyły się już zasklepić. Dobrze chociaż, że Śruba nie założył jakichś szwów – pomyślał – wyglądałbym jak jakiś Frankenstein. Rozebrał się i wziął prysznic w równie małej kabinie, wykonanej z mlecznobiałego plastiku. Tego mu było trzeba, po ostatnim dniu, a nawet dwóch.
Po dziesięciu minutach zjeżdżał windą na parter.
Ciemnoniebieskie i Czarna kurtka z jasnymi szwami i oczywiście nieśmiertelna kostka. Tym razem włosy związał w kitkę. Rany na czole zakleił plastrami MedTechu – cieniutkimi paseczkami przezroczystej folii, która napięła skórę i zmniejszyła widoczną powierzchnię ran. Tych plastrów już nie odklei, po pewnym czasie wtopią się w skórę. Były skuteczne, stosował je już nie raz.
Cichy dzwonek obwieścił koniec podróży, gdy tylko drzwi się otworzyły do windy wpadło trzech policjantów z pełnym wyposażeniem, prawie przygniatając Marka, który ledwo, co wydostał się z urządzenia. Kurwa, co za palanty.Na stacji metra również nie było miło. Jakiś koleś, w irokezie z chemowłosów, przypominających światłowody pociągnął go z bara. W jego zamierzeniu Marek miał się pewnie przewrócić, ale niestety to nie doszło do skutku, więc ten się odwrócił i wyciągnął Glocka i zaczął mierzyć w Marka:
- I co kretynie, mamusia nie mówiła że się szanuje starszych? – Koleś miał może z 20 lat, nie więcej.
A Marek stał, nie reagując na zaczepkę tego „fagasa”. Tylko plecak zawisł tylko na jednym ramieniu.
- I co się tam lampisz, człowieka nie widziałeś? – I ruszył w stronę Marka celując z pistoletu. Marek tylko na to czekał. Szybkim ruchem wyjął Busha z plecaka i zanim ten dzieciak się zorientował Marek przystawił mu lufę do szyi.
- Widzisz młody, musisz się jeszcze wiele nauczyć – drugą ręką wyrwał mu pistolet z ręki i przesunął się bardziej na bok kolesia i „sprzedał mu śmieszka”, celnego „kopa” kolanem w mięsień na wysokości uda ofiary, po którym koleś… śmiał się z bólu. Marek nie próżnował i przyłożył mu w kolbą w głowę. Mocno, tamten padł na ziemię - ale Solo nie został na peronie dłużej, szybko wskoczył do wagony metra. No nieźle, chyba zacznę handlować bronią – w lewej dłoni nadal trzymał Lgocka tego bezmózgiego kolesia. Roześmiał się, a drobny staruszek spojrzał się na niego dziwnie. Odpalił Wearmana i wylosował utwór. Tytułem i treścią w ogóle nie pasował do sytuacji z peronu.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=vFAf_29KYTs[/MEDIA]

Let´s spend the night together
I know you want it too
The magic of the moment
Is what I´ve got for you
The heartbeat of this night
Is made to lose control
And there is something in your eyes
That´s longing for some more
Let us find together
The beat we´re looking for

The rhythm of love
Keeps me dancing on the road
The rhythm of love
Got the groove that hits the bone
The rhythm of love
Is the game I´m looking for
The rhythm of love
Is the heartbeat of my soul

Let´s reach the top together
One night will never do
An exploding shot of pleasure
Is what I´ve got for you
Why don´t you close your eyes
And let your feeling grow
I make you feel the taste of life
Until your love will flow
Let us find together
The beat we´re longing for

The rhythm of love
Keeps me dancing on the road
The rhythm of love
Got the groove that hits the bone
The ryhthm of love
Is the game I´m looking for
The rhythm of love
Is the heartbeat of my soul

Let us find together
The beat we´re looking for

Nucił. Ten nawyk wyrobił sobie już przed kilkoma laty – znał prawie wszystkie teksty piosenek na pamięć.
Staruszek wysiadł, a Marek jechał dalej.

Czy nadal będę żył z dnia na dzień? – Zapytał sam siebie w myślach. Odpowiedziała mu cisza, nie znał odpowiedzi na to pytanie.

W końcu wysiadł z zaniedbanego wagonu i po wyjściu na powierzchnię udał się do pubu, mijając te same szare budynki. W końcu skręcił w ten jedyny wartościowy zaułek i po przejściu przez stalowe drzwi był w Hurricanie. Od razu poczuł delikatny zapach jointów Isaaca.
 
__________________
Życie społeczne to sztuka
wbijania innym noży w plecy
i udawania
że własne plecy ma się czyste

Ostatnio edytowane przez JohnyTRS : 05-03-2010 o 17:51.
JohnyTRS jest offline  
Stary 06-03-2010, 15:49   #9
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 34 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
Vanja opierał się dwoma rękoma o rurkę balustrady napinając mięśnie trójgłowe i barków wypełniające grafitowe rękawy do granic możliwości, patrzył z pogardą i poczuciem wyższości na tłumy klubowiczów na parkiecie. Rzeszy gówniarzy gibających się z gracją pijanych sprężynek na podświetlanej w szachownicę podłogi w rytm „Quasi Nova Dance Machina”, skandujące ksywę deejay’a „Liquid... Liquid...”. Las rąk kołyszący się rytmicznie w stronę sceny i didżejki za którą młody chłopak zginał się wpół nad panelem, ekstaza unosiła się gęsto wzdłuż i wszerz wypełnionej po brzegi sali mieszając się z dymem, potem i alkoholem tworząc aurę klubu. Smród, do którego wciąż nie mógł przywyknąć. Biiip!
-Tak szefie?- dłonią musnął clicker za uchem.
-Już czas.
-... tak szefie- ale szef tego już nie słyszał.
Biuro właściciela klubu „Niebo” mieściło się nad parkietem głównej sali, stąd właściwie nazwa przybytku ale wbrew temu co mówią niektórzy nie chodzi o holograficzne projekcje euforycznych chmurek czy rozgwieżdżonego nieba wyświetlane na interaktywnym szklanym suficie podczas niektórych koncertów i występów... Szef Vanji jest wpływowym mafiozem, właściwie synem niedawno zmarłego wpływowego mafioza który zdążył przed śmiercią odchować i ustawić spadkobierców na mieście, by być precyzyjnym to dla jego ojca Vanja pracował przez ostatnie pół dekady. Teraz jest inaczej. Od dwóch lat wodząc wydział anty-narkotykowy za nos ze swojego klubu Andronij Borodin zyskał już poważny kapitał m.in. w postaci trzech klubów i posiadłości po ojcu. I ciągłość działalności w biznesie co jest chyba najtrudniejsze w tej branży, regularnie zasypuje wygłodniałych ćpunków WR-03 których nie stać na LN’y z aptek i klinik najróżniejszymi wariacjami X, LDSD, cox’u i nu-hery niczym narko-manną ze swojego „Nieba” na pustynię w niszy rynku narko-biznesu. Niewątpliwie musiał opłacać sporo psów żeby interes nie rypnął przy pierwszym nakazie przeszukania, niewątpliwie opłacał ich wystarczająco dobrze bo interes kręcił się jak nigdy.
Zapukał 3-krotnie po czym weszli z Vasilijem do gabinetu szefa.
-Vanja, ...Wasyl? –zapytał retorycznie, wskazując ich kolejno palcem.
-Tak szefie, -Vanja poklepał się lekko po biodrze a załamania na prążkowanej marynarce zdradziły kształt klamki pod nią,- auto stoi pod drzwiami, Łuka czeka na nas na miejscu.
-Świetnie. W takim razie wychodzimy, wiecie co robić.
-Da Furia, mamy wszystko pod ... -Vanja wyciągnął rękę po masywną aktówkę kiwając wielkim łbem w przód i w tył w geście zrozumienia jednak nie skończył zdania.
- Już to przerabialiśmy Vanja..., nie jestem nikim kurwa takim. A teraz, skończmy z tymi bzdetami, a wy skupcie się na robocie. Wychodzimy...
(...)

Granatowe BMW Vespro 3.0 CBI błysnęło multi-ksenonowymi reflektorami i zaczęło lekko szumiąc spod maski grzać silnik, goryle wsiedli do fury błyskawicznie i równie żwawo auto wyjechało spod błekitnego holografu NIEBO wycelowanego nad ścianą pierwszej bramki.
-To oni.. Zaczynamy.


Fairey:

O 21 do baru Hurricane przyszło dwóch facetów z twarzy podobnych zupełnie do nikogo, wszyscy razem tj. Isaac, Marek i goście przeszli na zaplecze lokalu. Bez słów stanęli po przeciwnych stronach stołu na którym zazwyczaj suszyły się naczynia. W torbie przynieśli fanty do upłynnienia, kolejno wyjmowali na blat zawartość: kunsztowna zapalniczka, jakieś świeże modele komunikatorów, dwa zegarki męskie Rolex’a i Swiss Timer’a i laptop DELL AI-ONE. Goście sprawiali wrażenie podenerwowanych wyciągając kolejne fanty z torby, wręcz przestraszonych jak na tak błahe łupy z napadu, nawiasem mówiąc chyba na przypadkowego przechodnia w garniaku. Na koniec jak się okazało gość zachował coś naprawdę extra, zapewne prawdziwy powód nadmiernej perspiracji i rozbieganego spojrzenia rabusiów, wyciągnął z torby czarną skórzaną aktówkę – spojrzał porozumiewawczo na swojego kolegę - którą otworzył i przekręcił na stole. Walizka była wypełniona prawie po brzegi pół-kilogramowymi torebkami z czarnym proszkiem. „Strzelba”, „uralski pył”, „urna” czy po prostu „Cox” w środku ważył lekko szacując 6-7 kilogramów. Z jednej strony pojemnika jakby brakowało dwóch pakietów, może sprzedali, może wzięli dla siebie, może też towar był ważony i tyle po prostu wyszło objętościowo. Marek niemo przyglądał się temu interesującemu spotkaniu, w końcu do tego zobowiązał go gospodarz w razie pokojowego przebiegu transakcji, a póki co nic nie mąciło ich spokoju. Danny oniemiał jak wszyscy jednak najszybciej z nich odzyskał rezon nadając ton dalszym wydarzeniom.
- No proszę, proszę, jednak nasz przyjaciel miał rację- spokojnym głosem Danny przerwał ciszę jednocześnie wyciągając z tylnej kieszeni scyzoryk,- skąd macie tyle pyłu? –wziął troszkę na ostrze i wytarł o wnętrze wargi. Skrzywił się na smak narkotyku.
-To długa i nudna historia, zależy nam na czasie- chciał przejść do sedna tego spotkania jednak zacięty wyraz twarzy gospodarza wymuszał odpowiedź,- powiedzmy że te rzeczy wypadły z auta podczas paskudnego wypadku samochodowego prosto pod nasze nogi. Czaisz..?
- Wyglądam Ci na idiotę? Co? Ale to nie konkurs na zabawną historyjkę, więc może masz jeszcze szansę tego wieczoru.
- Nie świruj dziadku, dogadamy się czy jak?
- Niech będzie... synku, wchodzę w to,- niby zmartwiony zatrzasnął wieko aktówki- zapalniczkę i rolex’a dorzucasz gratis. Dziesięć koła.
-Żartujesz człowieku?! Ten szit jest wart ze 100 tysiaków i dobrze o tym wiesz!- wybuchnął nagle drugi gość stojący nieco z tyłu.
-Znasz kogoś kto da więcej? Popytaj, może ktoś szuka tego szitu.- stary lis Donowicz uśmiechnął się paskudnie i chytrze, Fairey widział to poczucie przewagi wymalowane na twarzy Isaaca już wcześniej. „Kiedy to było?” – Dla was to i tak sam miód chciwe gnoje, bo nie wierzę żebyście wsadzili jednego eurocenta w ten biznes.
-Może..- zawahał się typek krzyżując ręce na klacie,- a może ktoś kto da więcej za taki rarytas bez mrugnięcia okiem. Tą walizką naćpasz pół miasta i jeszcze ci zostanie na wieczór w klubie!- dodał już trochę pewniejszym głosem chociaż nie na tyle by przekonać o tym kogokolwiek.
- Może gdybyście uprzedzili wcześniej o swoim rarytasie..., może gdybym miał milion w setkach pod ladą... i tarczę strzelecką z tyłu głowy z podpisem „10 kilo coxu za strzał”! Może wtedy, ale też wątpię. Więc skupmy się na „teraz” i bierz co daję albo spierdalajcie z mojego baru z tym wabikiem na przypał.
-Pierdolę to... on ma rację stary, zanim znajdziemy na to kupca... Nie... tak będzie lepiej, bierz kasę i palimy wrotki.- pierwszy zwrócił się do wspólnika wyraźnie zaniepokojony perspektywą długich poszukiwań albo szybkiej śmierci.
-Kurwa nie wiem, sam nie wiem... daj mi pomyśleć,- trudna decyzja zabarwiła jego twarz czerwono.- Dobra... Danny ty przebiegła gnido, cukierki na stół.
Danny jak przystało na starego żyda czującego interes miał przygotowaną pod ręką czarną torbę szeleszczącą plikami banknotów różnych nominałów uciułanych pewnie przez kilka lat legalnej i nielegalnej działalności. Torba ewidentnie nie czuła przywiązania- wylądowała głucho na stole i lekko przesunęła się w stronę kolesi pakujących łupy do drugiej torby po chwili sunącej tym samym torem w przeciwną stronę. Na obu końcach blatu trwały gorączkowe analizy, ci po prawej badali właśnie zakupiony towar spoglądając na siebie porozumiewawczo, ci po lewej ekspresowo przeliczali kolejne pliki.
-Łap.- Isaac rzucił czymś sześciennym w jego stronę, obiekt błysnął kilka razy obracając się w powietrzu by wylądować w ręce Faireya i okazać się nietuzinkową zapalniczką benzynową z motywem skorpiona i jakimś kamieniem z boku, prawie antyk, szczególnie z tą benzyną.
-8..., 8500.., 9..,9500..., 10. Zgadza się kasa, my też się chyba rozumiemy co do niebyłości tego zajścia, Danny, znajdziemy drzwi.- chłopaki chwycili torbę z gotówką i wręcz wybiegli z Huraganu zostawiając za sobą nieprzyjemną woń strachu w pomieszczeniu.


Malczenko:

Nie obchodziło go co sierżant powie emerytowi o wysadzonych drzwiach, myślał tylko o zleceniu, mogłoby w końcu przełamać okres stagnacji zawodowej Wiktora, który od wystąpienia z RANS’u niemiłosiernie się przeciągał.
***
Neonowe litery nad wejściem biły bezwstydnie różowym światłem na ulicę informując nielicznych przechodniów o tym co można znaleźć wewnątrz. „Cyber Fetysz” był podrzędnym klubem nawet jak na standardy WR toteż Wiktor obawiał się nieco czy aby Gujec nie wpakował go w jakąś paskudną pułapkę, bo który poważny zleceniodawca umawia się w takim szambie. Z drugiej strony równie dobrze mógłby go wystawić gdziekolwiek, Fetysz nie miał bramkarzy przy wejściu ani ochrony w środku co dawało wystarczająco dużą swobodę i poczucie bezpieczeństwa każdemu uzbrojonemu klientowi. Zaraz za drzwiami które z pewną niechęcią przekroczył rozciągała się główna sala klubu na której środku połyskiwała metalicznie kopuła baru, w kilku tubalnych kabinach wiły się nagie ciała tancerek, a w głębi pomieszczenia iskrzyły latarenki podłużnego korytarza. „Kabiny”. Na pewno nie był to najlepszy dzień na striptiz, puchy w środku świadczyły o tym dobitnie, maks pięciu kolesi tu i ówdzie plątało się po holu. Wiktor mijał obojętnie opancerzone podesty na których dziewczyny wyginały się w rytm muzyki i prawie puste stoliki ustawione wokół tych atrakcji, minął też bar-bunkier z którego przez małą szparkę perfidnie zerkała na niego para oczu. „1..2..3..4...”- mijał kolejno zamknięte drzwi w półmroku korytarza, a tętno rosło wraz z cyferkami na drewno-plastiku.
W kabinie siódmej już czekał na niego kontakt- mężczyzna w ciemnym garniturze siedział na kanapie po lewej stronie, Wiktor w specyficznym oświetleniu widział jedynie jego splecione dłonie i mankiety nad stołem, usiadł po drugiej stronie podium tancerki.
-Czy możemy operować rosyjskim, panie Malczenko? –zapytał tajemniczy mężczyzna.
-Oczywiście.
Sądząc po głosie poniżej trzydziestki, akcent Malczenko zakwalifikowałby jako południowo europejski, operował jednak rosyjskim bardzo biegle co budziło podejrzenia ex-żołnierza. Jedynym co było widać w czerwonym świetle lampki była tańcząca na podium pośrodku dziewczyna, piękna dziewczyna. I nie miało to związku ze szkaradami w poprzedniej sali, ta była naprawdę.. „Zdrowa”- poczuł lekkie podniecenie- a mężczyzna po drugiej stronie stołu jakby wyczuwając ten moment wydał dziewczynie krótkie polecenie by ta przysiadła się do Wiktora. Wielkie było jego zdziwienie gdy tancerka okazała się czymś więcej niż tylko ozdobą tego spotkania i przytknęła mu do szyi identyfikator hormonalny, była też precyzyjnym narzędziem do wykrywania kłamstw. „Seksowne i niepokojące połączenie...” Swoją drogą przysiągłby, że te poręczne zabawki kosztują koło sześciu stów za sztukę i są niesamowicie ciężko dostępne ze względu na zapotrzebowanie.
-Spokojnie olbrzymie, to tylko pare prostych pytań.
Dziewczyna zmysłowo szepnęła mu do ucha pod którym poczuł ukłucie igły, wolną rękę przesunęła w dół wzdłuż jego rozporka- ciecz w strzykawie do tej pory bezbarwna jak woda rozświetliła się lekko cytrynowym blaskiem. Dziewczyna rzuciła spojrzeniem na drugą stronę stołu skąd rozległ się głos zleceniodawcy.

-Zanim zaczniemy muszę sprawdzić czy spełnia pan kryteria do tego zadania –zamilkł na chwilę po czym jakby nic kontynuował- sam pan rozumie. Ze względu na pańską przeszłość nie możemy być zbyt ostrożni.
-Jesteście od tego dalecy. –woń perfum paraliżowała go jednak w objęciach nieznajomej. Zastanawiał się co nieznajomy miał na myśli mówiąc o przeszłości?
-Proszę odpowiadać na pytania możliwie krótko i rzeczowo, najlepiej potwierdzając lub negując, nie muszę chyba dodawać że to urządzenie zweryfikuje pańskie odpowiedzi i tym samym zaważy na dalszych losach naszej współpracy.
-Jeśli to konieczne... –Wiktor nie był nigdy badany analizerem hormonalnym jednak znał zasady działania urządzenia. Ciecz w zbiorniczku, tzw. Reagent Holmes’a, wystawiona na działanie pobieranych na bieżąco przez igłę próbek krwi reagowała na zawartość poszczególnych hormonów zmieniając barwę płynu w zależności od zmian składu krwii. System był nie do oszukania, hormony uwalniane przez mózg do krwi przy kłamstwie nie mogły być kontrolowane przez badanego w żaden sposób.
-Imiona i nazwisko?
- Wiktor Diemjan Malczenko
-Imiona rodziców?
- Anna, Diemjan
-Stopień wojskowy?
- Porucznijk, co to..
-Ile lat służył pan w Radzieckiej Armii Neo-Sowieckiej?
- Osiem lat.
-Czy był pan członkiem 1. Pułku Specjalnego Komandosów, „Kosa”? Jednostki dyscyplinarnie rozwiązanej w związku z tzw. „Masakrą w Sawojyszewie”?
Światło jakie dawała fiolka przy jego szyi nie zmieniło koloru ale widocznie zwiększyło natężenie.
-Tak.
-Czy w jakikolwiek sposób aktywnie bądź pasywnie współpracuje pan z rządową lub pozarządową organizacją, armią czy korporacją?
-Nie.
-Wspaniale, mam nadzieję że nie zanudziłem pana tym wstępem, przeszedł pan pozytywnie ten test, więc do rzeczy.- mimo tych wspaniałych nowin głos mężczyzny był zimny i ostry. – Pańskie zadanie poruczniku polega na odnalezieniu i „przejęciu” pewnej ważnej dla mnie osoby. Niezbędne dane dotyczące celu jak i procedury naszej współpracy znajdują się na tym micro-disc’u – dziewczyna wyciągnęła zza jego ramienia płytkę i rzuciła na jego nogi – który oczywiście nie może się wydostać z pańskich rąk.
-Jasne, zawsze wszystko jest na dysku...
-Czy ma pan jakieś pytania, poruczniku?
Oczywiście cała trójka wiedziała, że było to pytanie retoryczne bo o żadnych pytaniach nie mogło być mowy. Taki wybieg sugerował raczej rychły koniec tego kameralnego spotkania.
***

Z nieba lał się rzęsisty deszcz w kilka chwil pokrywając chodniki warstwą wody, żółte krawędzie kałuż kwasu z nieba kotłowały się pod naporem kolejnych kropli. Zatrzasnął drzwi stojącego wzdłuż chodnika Forda Sigmara z hukiem sugerującym pare zerwanych spawów. Gujec wyrzucił peta przez okno, w aucie było siwo od dymu tytoniowego, odpalił silnik i wyjechał na jezdnię.
-Udusić się idzie w tej komorze. Włącz klimę. Jedziemy do ciebie.
 

Ostatnio edytowane przez majk : 06-03-2010 o 16:34.
majk jest offline  
Stary 07-03-2010, 21:34   #10
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1586 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
BIB BIB BIB "Kurwa" BI... Elektroniczny przeraźliwie świdrujący dźwięk elektrycznego budzika został na moment wyciszony. Jan jednak dobrze wiedział, że jeśli zaraz nie wstanie, czujniki pod łóżkiem zaczną na nowo wysyłać sygnały. Znał dobrze korporacyjny tryb pracy, w której miał się stawić o siódmej rano, i tak do późnego popołudnia.

Wstał z łóżka przeciągając się i pomaszerował do łazienki. Ożywczy prysznic był jedną z wygód które starał się doceniać każdorazowo, wiedząc jak nieliczni mogą pozwolić sobie na ten luksus. W międzyczasie włączył radio starając się odsłuchać poranne wiadomości. Szybko jednak je wyłączył aby nie psuć sobie porannego humoru, nie miał co liczyć na to że usłyszy coś pozytywnego, nawet pod tymi niby pozytywnymi wiadomościami zawsze czaiło się czarne ziarno - ktoś wygrał na loterii? wspaniale, miliony innych czują powód do zazdrości. Jakaś korporacja dokonała inwestycji? Wspaniale więcej ludzi będzie pozbawionych pracy...

Zbyt dobrze znał korporacje by nie widzieć do czego dążą i jak pochłaniają wszystko co stanie im na drodze. Wiedział, że tacy jak on nie są w stanie obyć się bez korporacji, nie w tych czasach. Chyba że praca dla gangu miała by być jakąś alternatywą...

Nim się obejrzał minęło pół godziny, zrezygnował więc z golenia, nie miał nawet co zaglądać do lodówki, chyba że po piwo, ale z rana... Nie przed jazdą, nie jeździł po pijanemu, choć zdarzało mu się wsiąść na motocykl po joincie...nawet często.

Tym razem gdy był już gotów do wyjścia nie pofolgował przyjemności, zabrał kartę i ruszył do garażu, odcisnął kciuka na panelu po zamknięciu drzwi - po czym komunikat natychmiast oznajmił czas wyjścia i ilość minut jaka mu została do dotarcia do pracy.

"Nienawidzę cię" skierował w myślach zarzut do komunikatora...wolał nic nie mówić biorąc pod uwagę poziom zainteresowania jakim korporacja obdarzała swych pracowników. Nawet najbardziej apodyktyczna matka nie mogła dorównać POLFARMOWI , choć Jan słyszał o gorszych korporacjach.

Dopiero na swym motocyklu Yamaha odzyskiwał poczucie wolności i niezależności. Te ulotne chwile jazdy dawały mu odczucie swobody, możliwości odjechania dokądkolwiek by zechciał...gdyby było tylko gdzie odjechać...



600 pojemności jakie miał motocykl było w sam raz dla Jana, nie lubił szybkiej niebezpiecznej jazdy, z natury był typem ostrożnej osoby, jednak motocykl... to była jego pasja i zamiłowanie - poza tym które objawiał w pracy. Był na tyle szczęściarzem, że udało mu się połączyć to co lubi z pracą jaką wykonuje...gdyby tylko nie ten rygor, zabójcze godziny i nieprzyzwoicie niska pensja jak na osiągnięcia i kwalifikacje Jana...

Po drodze minął jakiegoś punka który jechał z naprzeciwka i machnął mu ręką. Jan odmachał, standardowe pozdrowienie wśród motocyklistów, zachowane mimo upływu lat. Co prawda wszystko przybrało nieco inną formę. Wcześniej na brak odpowiedzi nikt nie reagował. Obecnie brak odpowiedzi traktowany był niemal jak wyzwanie. A Jan nie zamierzał stwarzać sobie wrogów, miał wrażenie że Wielki Brat ciągle obserwuje i wykorzysta każdą okazję aby jeszcze bardziej skrępować Jana. Słyszał o ludziach którzy trafiali do tajnych siedzib, labolatoriów, głęboko pod ziemią, po to by tyrać tam do końca życia jak niewolnicy. Nie wiedział czy to prawda, jednak nie zamierzał w tym celu węszyć aby się przekonać. Nauczył się że w korporacji nie wolno wściubiać nosa w nie swoje sprawy inaczej szybko zostanie on przytrzaśnięty.

Współpracownicy nie poznaliby Jana jadącego w skórze na motorze. Gdy tylko mijał recepcję, poddany szczegółowej analizie, choć bez większej uwagi ze strony strażnika, przebierał się w strój do pracy - biały czysty fartuch. Procedura zabijała kreatywność każdego dnia, lecz Jan starał jej się nie poddawać. Z uśmiechem witał ochroniarza przechodząc przez wielką maszynę, wszystkie metalowe przedmioty natychmiast się wyświetlały, zgodnie z procedurą. Kolejne badanie krwi - nakłucie palca którego nie znosił, choć zdążył już się przyzwyczaić. I standardowy wykrywać zamiarów, pozwalający dość szybko wytypować pracownika z objawami depresji samobójczej, lub z zamiarami terrorystycznymi. Na ile to urządzenie działało - tego nie wiedział, choć pamiętał że raz buczało gdy test przechodziła koleżanka na głębokim kacu...

Wreszcie był w biurze. Przywitał się z laborantką, Martyną.



Zamknął za sobą drzwi i na moment odetchnął. Zdążył na czas, miał nawet trzy minuty które wykorzystał na kawę z ekspresu. " Tylko o to potrafią tu zabrać, więcej kofeiny większa wydajność...pracujcie, pracujcie, tyrajcie na nas...brakuje już chyba tylko takich komunikatów." - pomyślał ponuro...po czym zabrał się do pracy gaszą poranne pragnienie kawą laną na pusty żołądek.

Potem zabrał się do pracy. Spojrzał na Martynę - ta albo kokieteryjnie na niego zerkała, albo tylko mu się wydawało... Nie rozpraszał się tym jednak zbytni, jego wzrok spoczął bowiem na filtrach nosowych, obiekcie jego obecnej pracy.

- Stężenie węglanu?
- Trzydzieści sześć procent
- Reakcja pod temperaturą?
- Bez zmian
- Kurczę... - starał się uważać na język jakim wysławiał się przy laborantce.

- Spróbujemy z włóknem węglowym w powiązaniu z nanonitami srebra, to powinno zwiększyć bakteriobójczość z zachowaniem struktury izotopowej... Sześć miligramów stopu i dwadzieścia porcji nitanozolu...

Laborantka posłusznie wykonała polecenie polegające na przynieś podaj i zmierz, Jan w tym czasie myślał, analizował, w tym był dobry. Starał się nie zaprzątać głowy innymi sprawami, tym że nałożył skarpetkę czarną i granatową, tym że identyfikator zwisał bokiem, ani nawet tym że jego koszula nie widziała pralni od tygodnia. Na wiele godzin pochłaniała go praca nad modyfikacją filtrów. Jedyne co naprawdę doceniał w tej pracy to to że miał jakikolwiek wpływ na obiekt swych badań. Oczywiście nie miałby tego gdyby był zwykłym szaraczkiem który nie potrafi obrócić się to tu to tam, choć musiał przyznać, że większość z jego dotychczasowych ulubionych zleceń uzyskał dzięki Martynie. "Gdzie naukowiec nie może tam babę pośle" - tak myślał gdy wracała z udanej misji, wiedział, że kolejnego dnia będzie pracował nad tym nad czym chciał pracować... Do tej porty nie wiedział jednak jaka była w tym jej korzyść. przyjacielska przysługa? Oznaki sympatii? A może zwykłe wyrachowanie opierające się na zasadzie, że przydatnego laboranta szef obroni przed zwolnieniem... Było coś w tym, po tym jak Martyna pomogła mu rozpocząć pracę nad biożelem, jego pierwszym oficjalnym sukcesem, nie mógł już jej nie doceniać. Poza tym była piękna, Jana zaś bardziej to motywowało niż rozpraszało, ale jak dotąd nie miał dość śmiałości, albo odwagi - biorąc pod uwagę jaki stosunek miała korporacja do związków swoich pracowników...

Nawet nie zauważył jak szybko nadeszła pora obiadowa, jego pora obiadowa, gdyż wszyscy pracownicy nie zmieścili by się w stołówce o jednej godzinie. Na obiad poszedł z Martyną, jak zwykle i nawet pogawędził z nią chwilkę o swojej jeździe na motorze... Starał się nie mówić o pracy...a innych tematów raczej nie miał. Martyna... zazwyczaj opowiadała o studenckich imprezach, jakby próbując wlać w Jana nieco życia, tego dnia jednak była dziwnie zamyślona i markotna, tak więc w połowie obiadu zapadła niezręczna cisza trwająca do powrotu do laboratoriów. Dopiero na tym terenie oboje czuli się rozluźnieni i spokojnie wrócili do pracy. Jan czuł że jest już blisko, nie bez powodu za obiekt badań wybrał filtry nosowe, sam takie nosił... i miał wobec nich wiele do życzenia.

"Jak można zrobić nie w pełni filtrujące nozdrza...jeśli już się coś robi trzeba to robić porządnie !" - motywacja była jedną z przyczyn geniuszu Jana, gdy zabierał się za coś z pełna motywacją, jego zapał i koncentracja na zadaniu przynosiła szybkie rezultaty - a szybkość była jedną z rzeczy które korporacje lubiły najbardziej. W świecie gdzie technologia kroczy naprzód niczym pocisk wystrzelony ze spluwy, jeśli nie nadążasz za technologią zostajesz w tyle, a na to nie mogła pozwolić sobie żadna korporacja.

Jego praca zmierzała do podniesienia skuteczności filtrów nosowych, tak aby wyłapywały więcej toksyn i skuteczniej. Ponadto uznał, że warto w nich zamontować odpowiednik amoniaku rozpylający się w nozdrzach przy dłuższym bezdechu i osłabnięciu pulsu - charakteryzującym omdlenie. O godzinie siedemnastej nadszedł upragniony koniec... właściwie to nie taki upragniony, wbrew pozorom Jan w pracy czuł się spokojnie i bezpiecznie, zmierzenie się z światem zewnętrznym - to był dla niego koszmar. Jadąc motorem dostrzegł krew na ulicy i resztki rozbitej szyby, niedaleko zerwana taśma policyjna smutno powiewała niczym flaga. Jan nie zwracał na to większej uwagi, wolał nie zwracać, podobnie jak i na tłoczące się żebractwo które opanowało ulice tego miasta. Miał wrażenie że niedługo nie będzie w stanie dojechać do domu nie rozjeżdżając jakiegoś po drodze...
I jeszcze te gangi... nie wiedział czemu jeszcze go nikt nie zaczepił, zakładał że to przez motor... z drugiej strony motor mógłby być pokusą dla rabusiów, ale ktoś kogo stać na ładną i nowoczesną Yamahę tego stać i na podstawowe środki bezpieczeństwa...albo ma plecy...inaczej już by nie miał motorku...

Czasami stwarzanie wrażenia wystarczało, czasami było to wszystko co było potrzebne - a przynajmniej tak myślał widząc niektórych sługusów korporacji, bezużyteczne gnidy z zdolnościami do kablowania i podjudzania.

Gdy wreszcie odkodował drzwi i zamknął się w domu, runął na łóżko, zmęczony i zaniepokojony zachowaniem Martyny, wiedział, że skończyła mu się trawka, dlatego postanowił coś z tym zrobić...przy okazji może wreszcie uzupełniając lodówkę...

- Połącz z recepcją...
- Dobry wieczór panie Janie, czym POLFARMA może dziś służyć? - sztuczny mechaniczny głos niby recepcjonistki niezbyt zachęcająco nawoływał do instrukcji
- Podstawowy serwis uzupełniający
- Będzie dostarczone

Wygoda, oszczędność, burżuazja? Mógłby tak ktoś pomyśleć, ktoś z zewnątrz nie obeznany z regułami korporacji. Jeśli jadasz na zewnątrz, jeśli żywisz się czymś innym niż produkty korporacji, jeśli zachowujesz się jak ktoś z poza. To znajdujesz się poza. Wiedział, że Wielki Brat patrzy i wiedział, że jest spokojny jak pracownicy oddają sowitą cześć zarobków na obsługę przez tą samą korporację która im płaci. Co więcej dawało to kontrolę Wielkiemu Bratu nad tym co Jan jadł, kiedy spał, wreszcie czy wrócił choćby rankiem do domu, bo przyjście wprost z powiedzmy imprezy do pracy natychmiast było wychwytywane przez brak sygnału z domu. Miał wrażenie że sygnały otaczają go już wszędzie i że prędzej czy później przez nie zwariuje...

Kolejny telefon, tym razem z komórki.

- Cześć, przyszykuj mi dziesięć płyt ... coś miłego i lekkiego do słuchania...
- Płyt...? Aaaa to ty - fixer rozpoznał po głosie klienta, wiedział też o co mu chodzi, Jan zawsze mówił o płytach, czasami o książkach a czasami o wódce, Śruba dobrze wiedział, że Jana interesuje tylko jeden temat - zioło, i dobrze wiedział, że Jan raczej nie pija a już na pewno nie zaprasza go na picie, nawet gdy mówi o wódce. Jan zaś był zwyczajnie ostrożny mając świadomość, że jego komórka może być na podsłuchu. - poczekaj odezwę się za pięć minut.

Później czekał niecierpliwie na telefon, oczywiście diler nie zadzwonił nawet po piętnastu, na szczęście 20 minut później dostał wiadomość. : Będę za godzinkę.

Janowi to pasowało, co prawda wiedział że dopłaca za to że Śruba przywoził mu sprzęt na miejsce, ale wolał płacić niż ryzykować zatrzymanie przez stróżów prawa. Poza tym lubił Śrubę i lubił z nim zapalić. W międzyczasie skręcił jointa i odpalił, niemal dusząc się dymem w momencie gdy usłyszał dzwonek.
- obsługa - zawołał ktoś z zewnątrz
Jan odgasił szybko skręta i rozpsikał zawartość perfum po pokoju, po czym otworzył drzwi niemal bekając dymem w twarz pokojówki. Ta przekazała mu dwudniowe wyposażenie lodówki i odeszła tajemniczo się uśmiechając.
"Chyba tez pali" skwitował i wrócił do przerwanego zajęcia czekając na fixera.

Jego myśli błądziły przy pracy, joint rozluźniał Jana i pobudzał do kreatywnego myślenia. Zazwyczaj wtedy włączało mu się myślenie etyczne " Po co tej firmie takie paskudztwa... jakby nie mieli mało kontroli... zresztą znowu kurwa myślę, negatywnie, muszę przestać, bo ta przeklęta maszyna od wykrywania zamiarów w końcu uzna mnie za terrorystę! Mnie ! kiedy ta cała pieprzona firma jest jak terrorysta... Ech i tak nie ma wyjścia, jak nie ja to ktoś inny... a gdzie mi może być lepiej? W rusfarmie, germanfarmie, jeden dziad, Polfarmę przynajmniej znam."

Była to prawda, Jan wiedział kto formalnie kieruje sznurkami i dawno postarał się kilkoma uśmiechami lub wspomnieniem o danej osobie przy oddawaniu gotowego projektu, o to aby i te osoby zapamiętały jego. Starał się też nie mieć z nimi więcej żadnego kontaktu, wiedział że to igranie z ogniem, więc usuwał się w cień na tyle szybko by nie podtrzymywać znajomości, ale i na tyle późno by konkretne osoby zdołały go zapamiętać pozytywnie. Widział wielu nieostrożnych którzy myśleli że wdrapując się na szczyt przez łóżko szefowej ( wyjątkowo wrednej i brzydkiej chinki ) osiądą tam na dłużej. Wszyscy znikali po jakimś czasie, jak widać przerost ambicji w końcu ich dopadł. Szefowa sama sprawiała wrażenie jakby obawiała się o swoją posadę. "Nic dziwnego im kto wyżej siedzi tym bardziej boli jak się spada..." Jan jednak starał się nie wnikać za bardzo w niuanse firmy, a samej szefowej zwyczajnie unikał, nie musiał się zresztą specjalnie starać widywał ją bowiem wyłącznie przy oddawaniu najciekawszych projektów - o ile szef działu, nie postanowił dokonać tego samodzielnie... Nawet nie przeszkadzało to Janowi, bał się szefowej, tak jak i każdego innego przełożonego. Dzięki temu zachował się dość długo a wbrew pozorom to nowi wylatywali najszybciej...


--------------------------------------------------------------------------


Jana czasami dopadała głęboka irytacja, wiedział jak bardzo wartościowe są jego wynalazki i jak mało za nie dostaje. Wszystko zgarniała korporacja, w zamian dając niewiele. Owszem, udostępniała mu miejsce do pracy, jednak nie było co się oszukiwać, to nie warunki pracy umożliwiały Janowi tworzenie i modyfikacje , lecz jego geniusz. Miał do tego smykałkę.

Był niczym gwiazdor wczesnej muzyki Pop , który dawno już odsprzedał wszelkie prawa do utworów i na starość pozostało mu jeździć i chałturzyć za psie pieniądze. Najbardziej obawiał się Altzhaimera , gdyby nie ten powszechny wróg sprawnego umysłu... Nie wątpił jednak, że jeśli już korporacja nie ma na niego leku, to nim dożyje starości lek ten już będzie. Może niekoniecznie w aptecznych pułkach, ale nie wątpił że dla cenionego pracownika znajdzie się porcja leku...

Czasami zastanawiał się jak by to było urwać się z łańcucha, odjechać gdzieś daleko i samemu odsprzedać całą swoją wiedzę, dotychczasowe wynalazki zarówno te które już powstały jak i te które powstają... Jego wiedza mogła być warta kupę szmalu. Dla konkurencyjnej korporacji, Jan byłby bezcennym nabytkiem. Chyba jedynie świadomość że Polfarma odpowie atakiem na każdy atak i próbę odbicia jej pracownika, powstrzymywały konkurentów nawet przed złożeniem oferty. Z drugiej strony nazwisko ani imię Jana nie rzucało się w oczy, a funkcje w korporacjach były ściśle tajne, gdyby nawet jakaś obca korporacja chciała przejąć Jana musiałaby wiedzieć o jego istnieniu, a ten nie czynił nic w tym kierunku nie chcąc narażać się rodzimej firmie.

Szybko zrozumiał, że samemu nikomu nie sprzeda swojej wiedzy, prędzej czy później kupujący po prostu go porwą, a jak nie oni to ktoś inny. Był na tyle rozsądny by bardziej cenić swoje spokojne życie niż wirtualne pieniądze okupione strachem i niebezpieczeństwem.

Co prawda czuł się finansowo niedoceniany przez firmę, jednak nie narzekał. Pensja pozwalała mu nawet nieco odłożyć co miesiąc, nie miał zresztą zbyt wielu wydatków - lwią część wypłaty pochłaniało naturalne żarcie, po za nim nie miał większych potrzeb. Bak w motocyklu miał niemal zawsze pełen, lodówka uzupełniana, abonament tv-satelite vipowski, korporacyjny... " Czy mi się zdaje, czy w tych wiadomościach mówią inaczej??..." Nie musiał nawet pytać. Część reporterów pozostawała wierna swoim ideałom - a przynajmniej tak myślał słysząc czasem o aferach do jakich dogrzebali się reporterzy, jednak duża ich część zwyczajnie sprzedawała swe usługi korporacjom. Dlatego też Jan domyślał się, że jego "wspaniała" vipowsko korporacyjna tv to zwykły cenzurowany shit i nic więcej. "Całe szczęście że ukrywają tylko swoje porażki..." - myślał wiedząc, że spawy niemiłe konkurencji, prywatna telewizja podchwytuje szybciej niż ogień siano.

Praca w tym wszystkim - a dokładniej zajęcie Jana w pracy pozwalało mu odpocząć od uciążliwych myśli. Miast o niegodziwościach korporacji jego umysł zaczął krążyć wokół przyszłych wynalazków. Tryb pracy i tak nie pozwalał mu siedzieć z założonymi rękami i czekać na wyniki badań. Równolegle pracował nad wieloma wynalazkami, czy przeróbkami wynalazków. Jednak pomysły, kreatywne pomysły były zawsze mile przez dyrektora działu widziane - choć większość zapewne lądowała w śmieciach nigdy nie przechodząc na dalszy etap.

" A może by jakiś lek opracować... tani usuwający wrzody, ropienie i inne paskudztwa...niedobrze mi się robi na widok nędzarzy i ich ropiejących i gnijących ran... Właściwie gdyby wykorzystać molekuły z płatów skórnych powinno zadziałać. Płaty dobrze radziły sobie z oparzeniami. Chmmm ale płaty są drogie...Gdyby jednak zmniejszyć ilość materiału w płacie i zastąpić go tańszymi odpowiednikami, idealnie nadawałby się do usuwania takich schorzeń i cena powinna być... Nie, żadna korporacja przecież nie będzie tego sprzedawać w cenie na którą byłoby stać biedaków... Nawet mimo tego że przy zużytych składnikach i tak by zarabiali... I weź tu człowieku chciej pomóc bezdomnym..."

Szybko zarzucił pomysł pomocy biednym masom. Prawdopodobnie nie zajęło by mu to więcej niż kilka miesięcy , a stan zdrowia mass uległby widocznej poprawie... gdyby na rynek mógł wejść preparat po odpowiedniej cenie - co jak wiedział nie nastąpi.

"No dobra może coś dla bogatych klientów... " Pierwsza potrzeba jaka od razu mu przyszła na myśl o bogatych klientach była prosta - Sex "Tak właśnie, coś na potencję bez efektów ubocznych... Z jednoczesnym spotęgowaniem doznania...gdzieś w okolicach razy pięć... dodatkowe odczucia podskórne ciepła i dotyku..." - powoli w jego umyśle kreowała się pigułka przy której viagra byłaby zabawką dla dzieci. Wiedział, że bogaci klienci dawali by za to fortunę, szczególnie po wypróbowaniu. Jego umysł nie skupiał się już jednak na pierdołach, od razu analizował jakie substancje, w jakiej mieszance i w jakich proporcjach dobrać - choć oczywiście konkretne wyniki mógł osiągnąć jedynie w laboratorium, musiał mieć jednak podstawy, plan projektu by móc go w ogóle wdrążyć. Specjalnością Jana okazało się połączenie dwóch istotnych ścieżek badań - medycyny - z naciskiem na farmaceutykę i technologię z naciskiem na cybertechnologię. Wiedział, że pigułka to może być mało, po chwili myślenia zrozumiał dlaczego taki produkt do tej pory nie wszedł na rynek. "To oczywiste, przy tak zdopingowanym efekcie, jakie serce by to wytrzymało? A przynajmniej ile razy? Trzeba by do pigułki obmyślić sprzęcior..." Myśli Jana popędziły w kierunku obręczy na ręku która emitowała by puls wprowadzając do organizmu odpowiednie dawki neutralizujące pigułkę Sexu. " Nie, nie mogę neutralizować, bo zabije to efekt działania... ale gdyby tak oszukać organizm...?" Jan już wiedział jak będzie wyglądał dalszy tok jego pracy nad tym projektem - część tajna i nietajna, jak zwykle. W nie tajnej zapewne zaproponuje wysyłanie do organizmu serii leków, wzmacniaczy, które nie osłabią działania pigułki sexu ale wzmocnią organizm by ją przetrzymał. Oczywiście sprzedaż produktu następowała by w komplecie i z odpowiednim ostrzeżeniem, nie wątpił - że podobnie jak w przypadku alkoholu czy narkotyków cała masa ludzi postanowi z sex pigułki skorzystać... ta którą będzie na to stać.
Część tajna przewidywała jedynie ściemnianie organizmu że wszystko jest w porządku... Już widział miny dostojników którzy po trzecim czy czwartym użyciu urządzenia padali z pękniętym sercem... Jan miał dość rozumu - po latach pracy i opracowań projektów na cześć tajną i nietajną, by z wielką ostrożnością podchodzić do wszelakich technologii i sprzętów. " Przy dzisiejszym poziomie nanotechnologi, tak naprawdę nikt nie może być pewien co dokładnie jest w sprzęcie który zakupił..."
Wiedział, że jego projekt musi mieć nazwę
"Polfarma dobra, Polfarma kochana postawi ci penisa z rana..." - buchnął śmiechem wiedząc, że nie przedstawi tego szefostwu. "Turbo - sex ... tak to trafia chyba w samo sedno..."
"Nowy produkt, pozwalający poznać niespotykaną stronę sexu, jeśli myślą państwo że już go przeżyli, to wyłącznie dlatego że nie spróbowaliście Państwo naszej nowej oferty z serii komponentów medycznych : Twoje zdrowie, twoja siła to Polfarma ci uczyniła... Tak to chyba wystarczy" - pomyślał. Nie wiedział czemu ale te banalne hasła najlepiej trafiały do przełożonych, jakby sami chcieli pokazać, że nie wyróżniają się od innych ani na jotę. Było w nich tyle życia co w rozgniecionym ślimaku, jednak jakie to miało znaczenie? Nikt już i tak nie słuchał reklam, nikt nie miał czasu na ich rozgryzanie, prosty przekaz i prosty wybór był domenom obecnych czasów. A Jan dbał o to by pokazywać się jak przyzwoity szeregowiec. Zresztą jego geniusz nie pozwalał mu zajmować się wymyślaniem wyszukanych chwytów reklamowych, w tym samym czasie mógł mu wpaść genialny pomysł - o ile nie będzie zakłócany bzdurnymi myślami...
Nigdy nie wysilał się z hasłami ani z zachętami, to należało do działu marketingu " Ciekawe czy mają tam gorzej ode mnie...". Telemarketing przetrwał każdą zawieruchę a korporacje z niewiadomych Janowi przyczyn bardzo chętnie z niego korzystały. W ogóle korporacje miały w sobie coś z PRL -u, z swoistej nomenklatury społeczeństwa. Nowo mowa i szaraczkowatość były w cenie, wszelka indywiudualność była tępiona, wszelka inicjatywa była odbierana wrogimi spojrzeniami typowymi dla wyścigu szczurów. Poza tym nie były to przelewki, żadna korporacja nie mogła sobie pozwolić na to by jej pracownik przekazał wiedzę konkurencji. Chyba że był to szeregowy pracownik, albo świerzak który niewiele jeszcze wiedział, tacy wylatywali na zbity pysk z wilczym biletem - jeśli tylko nie pasowali do zespołu lub po prostu komuś podpadli. Prawdziwy wyścig szczurów zaczynał się po kilku miesiącach, gdy nie można już było tak po prostu odejść, chyba że z ręką w nocniku. Lub bez ręki...
Czas przy joincie spokojnie upływał pozwalając myślom Jana spokojnie przelatywać.
" Teczka biznesowa z obronnym arsenałem... tak...automatyczny robot obronny skryty w postaci biznesowej teczki...dwie rakiety i lasery...to byłoby coś ! " - przez moment faktycznie pomyślał, że może to być coś co odmieni nieco świat. Nawet jeśli n teczkę będzie stać tylko najbogatszych, to sama perspektywa, że napadany biznesmen może mieć taką, powinna działać prewencyjnie... 'Może będzie mniej napadów? Muszę nad tym pomyśleć..."

"Z teczki biznesmena i tak pewnie zrobią coś innego a mój genialny plan przełożą w kolejną śmiercionośną broń..." Janowi coraz trudniej było wyszukiwać takich pomysłów które nie uczynią z nich w końcowym efekcie śmiercionośnych broni. Nie łudził się, że powstrzyma wyścig zbrojeń, ale nie chciał dokładać doń zbyt wiele, miał nadzieję że i inni rozsądni naukowcy mają podobne podejście.

Czasami nachodziła go myśl czy nie sprzedać czegoś fixerowi. Jego kumpel mógłby dyskretnie uzyskać sporą kwotę a sporą część przelać na jakieś tajne konto... Na szczęście kont Janów Nowickich mogło być sporo i ich założenie nie powinno rzucić się nikomu w oczy... Suma tak, ale jeśli rozbić ją na kilka kont, kilku Janów Nowickich... a właściwie jednego ale w różnych bankach...
Gdyby nie strach przed Wielkim Bratem - jak tytułował nie tyle Polfarmę co system jaki w niej siedział ( a dokładniej aparat ochrony), pewnie już dawno złożyłby odpowiednie propozycje. Obawiał się jednak, że nigdzie nie będzie mógł spokojnie spożytkować owych... milionów miał nadzieję - bo za mniejsze kwoty nie pozwoliłby sobie nawet na takie myśli. Miliony stwarzały jednak pewne możliwości... być może rozsądnie wykorzystane, wystarczające możliwości...

"W dzisiejszych czasach zmiana wyglądu nie powinna być trudna... ani tez zmiana identyfikacji dla wprawnego hakera." Jednakże Jan właściwie nie znał się na necie ani na możliwościach w nim drzemiących. Internet był dla niego czarna magią, no chyba że chodziło o sprawdzenie własnych e-mailów... tych zresztą nie było wiele, na ściśle prywatnej poczcie firmowej nie dochodził żaden spam, czasami tylko jakieś uwagi ogólne czy rady tygodnia od szefa działu. Miał dużą swobodę pracy, choć nie miał prawa veta w stosunku do przedstawianych mu do realizacji projektów. Jeśli firma coś chciała musiała to dostać, tymi lub innymi sposobami. Pamiętał jak pewne badania stanęły w martwym punkcie, wymagały specjalistycznych badań do których zrobienia brakowało i czasu i sprzętu. Zostało to zwyczajnie pominięte, w niespełna tydzień wszystkie wyniki trafiły na biurko Jana, wszystkie potrzebne badania, których potrzebował by ruszyć z pracami dalej. Oczywiście nigdy nie zapytał się o to skąd pochodziły owe badania, ale nie był głupi domyślał się że od konkurencji... i z pewnością nie po dobroci.

Fakt, że nie zadawał pytań i posłusznie wykonywał swoją pracę został w pewien sposób dostrzeżony. Jan wiedział, że zdołał nieco uśpić czujność Wielkiego Brata, a przynajmniej nieco go ułagodzić. Było to ważne, dzięki temu omijało go wiele nieprzyjemnych procedur z których badania przy wejściu to pikuś. " A może to przez ten incydent ze strażnikiem? " - do tej pory pamiętał jak szeregowy ochroniarz firmy pomylił Jana z szeregowym laborantem. Biedak był za krótko w pracy by wiedzieć, że niebieska otoczka w koło indentyfikatora uprawnia do przebywania nawet w czerwonej strefie, gdy był już odciągany przez strażnika udał omdlenie - myśląc "Teraz albo nigdy". Strażnik początkowo nie wiedział co zrobić, początkowa dezorientacja zmieniła się w panikę gdy nad oddziałem rozległo się przeciągłe buczenie, wszystkie lampki zapaliły się na czerwono i zaczęły migotać. Nie minęło wiele czasu gdy w środku zjawiła się ta właściwa część ochrony, powalając wystraszonego strażnika i rzucając się na ratunek Janowi. W nie mniejszym szoku była reszta laborantów, nie mieli oni tak wysokich uprawnień jak Jan - posiadając czerwoną otoczkę zostali więc zignorowani przez strażnika. Ale nie przez "właściwa ochronę" - brygada szturmowa mierzyła do wszystkich z karabinów naświetlając ich promieniami laserów. Najwyraźniej z kamer całe zajście z upadkiem Jana nie było zbyt wyraźnie przedstawione...a może zbyt szybka reakcja nie pozwalała na dokładna analizę? Praktycznie nikt nie wiedział o co chodzi...z wyjątkiem Jana który z udawanym głębokim szokiem "powoli dochodził do siebie" po zajściu.
Na szczęście był lekarzem, wiedział że wstrzymanie oddechu na minutę doprowadzi do stanu podobnego omdleniu, niewiele zresztą ryzykował wiedząc że człowiek wstrzymując oddech nie jest w stanie się udusić, po utracie przytomności spowodowanej brakiem tlenu, organizm samoczynnie zaczyna oddychać. Sprawa na długo została w pamięci wszystkich, sprawiając że Jan był czymś na wzór nietykalnego jajka. Strażnik oczywiście nie pojawił się więcej w pracy, Jan miał tylko nadzieję że został co najwyżej wylany... Zamierzenia Jana poskutkowało, szczególnie na Wielkiego Brata który od tamtej pory starał się nie naciskać na przewrażliwionego naukowca, a już na pewno nie po tym jak naukowiec dokonał kilku przełomowych odkryć przynoszących krocie korporacji.

Inną sprawą były gangi... i policja... Jan obawiał się obu, policja kojarzyła mu się z nieprzyjemną represją, z brakiem poszanowania obywatelskich praw i przymusowym zatrzymaniem. Właściwie to nigdy nie był zatrzymany i zdziwiłby się bardzo jak wygląda różnica między jego wyobrażeniem "nieprzyjemnego" zatrzymania, a "zwyczajnym" zatrzymaniem jakie zwykle ma miejsce na ulicach. Gdzie czasem kule lecą szybciej niż ostrzegawcze słowa.
Gangi zaś były brutalne, w opinii Jana niczym się nie różniły od korporacji, może poza wzmożonym poczuciem zagrożenia. Korporacja niezależnie jak groźna i apodyktyczna była dość przewidywalna bo schematyczna. Wystarczyło znać schematy i trzymać się ich... w gangu to nie wystarczało. Tam potrzebna była siła i wątpił czy dzisiejsze organizacje przestępcze mają cokolwiek z honoru jakim kiedyś ponoć cieszyły się gangi. Jedyne co mogło być w nich lepsze od korporacji to większa swoboda... ale czy tak naprawdę była ona potrzebna naukowcowi, który większość swego czasu z przyjemnością oddawał badaniom? Jakie miało znaczenie, że jest odnotowywana jego godzina przyjścia i wyjścia z domu, jeśli w zamian ma bezpieczeństwo schronienia? W gangu tez byłby kontrolowany - i co do tego nie miał złudzeń. Tam aktorska sztuczka jaką zastosował w korporacji, mogła by skończyć się kopem w brzuch i zagnaniem do pracy... Jan wiedział, że marny byłby z niego niewolnik i prędzej czy później wytrułby wszystkich lub w inny sposób pozabijał, nawet gdyby kosztować go to miało życie. Korporacja zdawała się już coś o tym wiedzieć - zważywszy na opisany epizod, jednak dopóki Jan pracował porządnie nie mieli powodu do interwencji. Po kolejnych miesiącach od incydentu zauważył odmienne postępowanie wobec siebie " kolejna procedura... zastraszenie i uszeregowanie nie działa, trzeba jak z jajeczkiem" - i to mu wystarczało, wolał nie sprawdzać jaka jest procedura numer 3. Ta pierwsza działała na wszystkich członków korporacji z wyjątkiem nielicznych. Ci nieliczni - najważniejsze osoby jak i lekko ześwirowane trafiały pod procedurę numer 2. Jan nie wiedział czy procedura numer trzy to eliminacja, pranie mózgu, jeszcze większa delikatność czy na przykład nowoczesne środki szantażu i wolał tego nie sprawdzać.

Podejrzewał że korporacja wie o jego nałogu, o dilerze, o ponadgodzinnej jeździe na motorze w celu nie przeznaczonym na dojazd do pracy czy domu... jednak domyślał się, że takie są przywileje osób ważnych w korporacji. To nie maszyna decydowała o stanowiskach i posadach ale ludzie. A ludzie sami wiedzieli że są ludźmi i że mają słabości. Jan podejrzewał, że gdyby był nawet najgorszym degeneratem i katował sąsiadów i staruszki, korporacja chroniłaby go w tym , dopóki wydajnie by pracował.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 09-03-2010 o 17:14.
Eliasz jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166