Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-08-2010, 10:32   #1
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
[Gasnące Słońca] Niebo pełne gwiazd - sesja (behemot)

Niebo pełne gwiazd
Gasnące Słońca


Mimo piankowej syntskóry ciało przenikało przejmujące zimno, byli już na tyle głęboko, że nie sięgały tu promienie słoneczne, a temperatura trwale utrzymywała się zaledwie kilka stopni powyżej zera. Kilkadziesiąt metrów ponad ich głowami kwitło życie barwami koralowej rafy, ale ich interesowało to co pod nimi. Głęboko na dnie pod cienką warstwą glonów czekały zapomniane przez wieki budowle, a para płetwonurków była pierwszymi od dawna gośćmi podwodnego miasta.

Czerń toni rozjaśnił na chwilę snop światła szperacza, ławice srebnołuskich rybek uciekały w popłochu. Budowle które ich otaczały miały przeważnie od stu do dwustu metrów wysokości, choć część z nich była częściowo zawalona, większość z nich miała dzwonowaty kształt, choć niektóre nie ustępowały fantazją koralowcom. Liczne szerokie okna wskazywały, że pierwotnie miasto było nad powierzchnią wody, ale jak dawno miało to miejsce... tego nie wiedzieli. Na domiar złego całe miasto zdawało się być dokładnie wyczyszczone z wszystkich pozostałości dawnej cywilizacji, choć nie mogli tracić nadziei, zbadali ledwie wycinek, a sieć budynków zdawała się ciągnąć na wiele kilometrów, aż do otchłani Rowu Luminy. Nurek wykonał parę zdjęć i zszedł jeszcze głębiej, oświetlając pokryte śliskimi płytami dno. Snop światła natrafił na coś błyszczącego, badacz podpłynął bliżej by odkryć... boję. Na dnie oceanu wbita w pokrywę mułu tkwiła owalna boja, skan eteroskopem wykazał aktywność na wąskim paśmie. I to znalezisko przesądzało ich szanse na sławę "odkrywców zapomnianego miasta". Gorzkie myśli przerwała fala aktywności boi oraz ostrzegawczy pisk sonaru. Na zielonym sonarze przez chwilę zamajaczył kilkumetrowy kształt. Nurek zgasił światło, wolał nie przyciągać dodatkowo uwagi. Przygotowując się do wyprawy wypytali o możliwe zagrożenia, były one dość liczne by na wszelki wypadek unikać spotkań z lokalną fauną. Czekając skryty pod pokrytymi małżami płytami miał wrażenie, że całe jego ciało niemal krzyczy by ściągnąć na siebie uwagę. Serce biło jak bębny w dżungli, bąble zużytego powietrza szumiały, a w uszach dźwięczały dzwony. O nich też słyszeli, rybacy z Torkay wierzyli, że dźwięk dzwonów na morzu zwiastował sztorm, choć Aspazja uspokajała, że to tylko szok ciśnień.
Skrzekotka zabrzęczała, najwyraźniej drugi nurek miał więcej szczęścia i nareszcie coś znalazł.



Na Madok znaleźli się za sprawą spokrewnionej z Hawkwoodami Aspazji Mercouri, która to zebrała kilka zaufanych osób by wyruszyć na wodną planetę z misją badawczą mającą na celu poznać Oroymów. Wola Paulusa doprowadziła ich na Archipelag Fesh Sham, wedle mądrych ksiąg lenno szejka Adila Al-Malika położone było blisko ławicy Tapolymów - jednego z bardziej cywilizowanych i skorych do kontaktów z ludźmi szczepów Oroymów. Pech chciał, że gdy przybyli na największą z wysp - Torkay - cała liczna populacja obcych albo opuściła miasto, albo wróciła do głębin, lub została aresztowana przez szejka i uwięziona w zamkniętej lagunie na mniejszej Samarze. Ci co przetrwali ukrywali się i nie chodzili ulicami, gdyż przybysze z głębin nie przez wszystkich byli już mile widziani. Całe to zamieszanie niespecjalnie martwiło Sorena, wręcz cieszył się, że przez kilka dni mógł popytać mieszkańców o Czarnego Bieliaha - okrutnego pirata - który wedle wszelkich tropów miał coś na czym Sorenowi zależało. Dowiedział się tylko tyle, że Beliah owszem pojawiał się w mieście, lecz dawno go nie widziano, sam archipelag był węzłem handlu niewolnikami, ale proceder ten był na tyle skryty, że nia łatwo było znaleźć dojścia, sama zaś wymiana "towaru" następowało na środku oceanu z dala od tajnej policji Szejka, niektóre tropy prowadziły na zbuntowaną Masre oraz nie mniej kłopotliwą Sorye, choć równie dobrze mogły to być oskarżenia wynikające z uprzedzeń. Dla zabicia czasu włóczył się po targu, pod wielką metalową szatą gromadzili się kupcy i na kolorowych, często aromatycznych straganach zachwalali swój towar. Targ był dla zmysłu węchu wyzwaniem, bowiem z intensywną wonią przypraw mieszał się zapach owoców morza tworząc oszałamiającą mieszankę. Na jednym ze stoisk udało mu się nawet wypatrzeć całkiem ładną konchę zdobioną czerwonym pigmentem i z widocznymi śladami nieporadnej obróbki rzemieślnika.
- Skąd to masz? - zapytał kupca.
- Ach to Panie, znać znawce prawdziwych cudów, to jest rytualny róg Oroymów z głębin Oceanu, ledwie pięć ptaków dla szlachetnego przybysza.
- Weź mi tu nie szlachtuj, gdyby to było rzeczywiście było coś warte byś zażyczył sobie znacznie więcej. Dam 10 dinarów, ale dorzucić jeszcze sakwę tego czerwonego.
- Niech i tak będzie.
- targowanie się na wyspie było swoistym rytuałem, nawet chleba nie dało się kupić bez schodzenia z ceny, gdy towar i pieniądz zmieniły właścicieli kupiec rzucił - Mam szwagra w Gildii Żeglarzy, czasem przynosi mi to co wyłowił a nie da się zjeść. Znajdziesz go w porcie rybackim. Choć lepiej nie przyznawać się, że się szuka Wodnego Ludu. - dodał konspiracyjnym szeptem. Oficer zapytał go o Oroymów.
- Kiedyś było ich wielu w porcie, mają tu gdzieś swoje gniazdo czy jak to zwą, tak mówił Ibrahim, szwagier od żeglarzy, nie pogadasz z takim ryboludziem, ale nigdy w szkodę nie weszli. Zresztą co nam ziemnym szkodzą, tylko morscy się skarżą, że Jaszczurki zabierają najlepsze łowiska. Mają tam swoje miasta, albo coś. Czasem ktoś wpłynie na zakazane łowy, a wtedy jaszczurki są złe... powiadają, że potrafią napaść nawet duży kuter i całą załogę wciągnąć w odmęty, a potem porzucony statek dryfuje sobie po falach przez kilka dni, aż nie rozbije się o jakąś rafę. - pilot podziękował mu za garść plotek i rzucił szpon korali dla pamięci. Obejrzał nabytą konchę, może spodoba się ich pracodawczyni.


Baronówna Aspazja, gdy załoga zwiedzała miasto, gościła u kierownika Jilla Torhady - znawcy Oroyme - który przybył na Archipelag na wieść o kłopotach w komunikacji międzyrasowej. Rezydował w jednym z dworków Szejka położonym na skarpie ponad plażą. Sam sędzia był już starszym, korpulentnym mężczyzną z postępującą łysiną. Jego mocna opalenizna kontrastowała z całkiem białym mundurem. Przyjął szlachciankę w salonie i przy zmrożonym kremie z miejscowych glonów opowiedział jej historię kolonii:
- Oroyme się różnią, tak jak szlachta różni się między sobą, tak samo są różne konfederacje plemion Oroyme. Jest siedem wielkich klanów, dwa najliczniejsze to Tapol i Rinad. To właśnie ci pierwsi przebywali dotąd w Archipelagu, oni też są najbardziej ciekawi ludzkości, a nawet wymieniają owoce morza na ludzkie rękodzieło. Są jednak tacy, którzy nie chcą mieć z nami nic wspólnego, nie powiedziałbym by byli wrodzy, agresja nie jest elementem ich kultury. Wierzą, że każda istota ma swoje miejsce, a wszystkie poruszają się w kole życia. Dopóki ktoś nie naruszy ich miejsca nie ruszają go. I tu dochodzimy do sedna problemu, bowiem na terenach zajmowanych przez lud ekosystem szybko uzyskuje równowagę, powiedziałbym nawet że szybciej niż wynika to z naturalnej regeneracji natury, jak to robią - tego nie wiem - badam już Rasę od 20 lat, a ciągle mam poczucie że niewiele wiem, od czasu Van Tochu to oni nas poznali, a my ciągle wiemy tylko to co chcieli nam powiedzieć. Może to dziwne, że właśnie ja to mówię, ale jestem naukowcem, muszę przyjąć różne hipotezy, nie poddawać się własnej sympatii, jestem pewien że to rozumiesz. Ale myślę, że Oroyme manipulują nami, są jak spełnienie marzeń o dobrych tubylcach i grają swoją rolę, a co planuje naprawdę ? Tego nie wiemy. Czasem mam wrażenie, że przy każdej rozmowie mówią tylko część prawdy, nie wiem czy to zła wola, może po prostu starają się przetrwać. Oroyme są inteligentni, są przyzwyczajeni do myślenia na kilku płaszczyznach, przeszłość terażniejszość i przyszłość splatają w cykl wydarzeń, przejście między jednostką plemieniem i rasą jest dla nich płynne, nie ograniczają się do wzroku, postrzegają skórą, zakłóceniami eteru, mają niezwykłą pamięć, z pewnością słyszałaś legendy o wymienianiu kilkuset pokoleń wstecz czy porozumiewający się kodem supremy... jest w nich wiele prawdy. I choć smuci mnie ta myśl, to nie mogę wykluczyć, że nie są tak przyjaźni jak byśmy chcieli. Wracając jednak do zamieszek w Archipelagu, problem rozbija się o różnice między konfederacjami, do miasta przybywali Tapol - przyjazna konfederacja - zaś rejon Rafy Dzwonów to już tereny Rylenów, może nawet w pobliżu Otchłani Luminy położone jest miasto Dahun Derion, ale to tylko plotki. Wierz mi, lepiej nie przychodzić do ludu jeśli nie jest się zaproszonym. Szkoda że rybacy nie mogą tego pojąć i naruszają łowiska nad zakazanymi wodami. Nawet bez Oroyme jest to rejon aktywności tektonicznej, a nachodzące na siebie prądy czynią pogodę zdradziecką. - Jill starał się być niezwykle uprzejmy, długo dzielił się swoimi doświadczeniami, jednak między wierszami ukryta była sugestia, by nie drażnić istot z głębin, a ksenofascynację z sublimować na Obunach tak jak większość płytkich szlachcianek.


Na wieść, że wybierają się w rejs na zakazane wody żeglarze i rybacy reagowali podobnie jak Sędzia:
- To pewna śmierć. - podsumował krótko Ibrahim - Morskie Diabły mało komu popuszczą, jeśli tylko zastaną was na swych wodach nocą ... cóż współczuje waszej rodzinie. To zła woda jest. Pogoda zmienia się bez znaków, znikąd pojawiają się kilkumetrowe fale, a cała ta technika w jednej chwili zamienia się w złom, czarami tych diabelskich istot, jeśli tylko pochwycą kogoś z naszych składają ich w ofierze swoim śpiącym w otchłani bogom by z ich mocą szkodzić nam na połowie. - inni żeglarze potwierdzali te wieści, rafa dzwonów nie cieszyła się dobrą opinią, te okręty które zapuściły się tam nocą zwykle nie wracały, albo znajdowano sam statek pozbawiony załogi, albo strzaskane szczątki, albo szalupę pełną mamroczących o krakenach, wężach morskich, olbrzymich żółwiach i lewiatanach rozbitków. Ogłuchłych od "dzwonów". Żałowali tylko, że nie udało im się znaleźć żadnego z topielców - przemienionych przystosowanych do życia w wodzie, oraz genina Williama Drakea który swoim batyskafem najlepiej poznał głębiny, musieli sobie poradzić bez ich pomocy by dostać się na zakazane wody. Tam gdzie Ibrahim wyłowił zdobioną konchę, a to znaczyło, że takich przedmiotów mogło być tam więcej.



Jeśli było to chyba już dawno rozszabrowane przez poprzednie pokolenia pozyskiwaczy, problemów zresztą też nie było. Niebo było zachmurzone ciężkimi chmurami i wiała stała czwórka. Wypad byłby niemal nudny, gdyby nie sygnał od drugiego nurka. Na dnie oceanu w środku czegoś co kiedyś mogło być amfiteatrem tkwiła kilkumetrowa beczkowata metalowa bryła ledwo co pokryta glonami.
- Dobrze że jesteś. To coś generuje sygnał w eterze. - zabrzmiał głos w komunikatorze - Zaraz skończę z tym ładunkiem, lepiej poszukaj jakiejś osłony, to coś ma hermetyczną śluzę i chyba się zastała. - założywszy materiały wybuchowe skryli się za przewaloną kolumną i zdetonowali. Fala przelała się ponad ich głowami, a wielki bąbel uwolnionego powietrza poleciał ku powierzchni. Wpłynęli do środka oświetlając komnatę szperaczami. Kształty w środku układały się w krzywizny krzeseł i stołu, a także koi a w nich zmumifikowane zwłoki ubrane kombinezony z syntjedwabiu. W szufladach zajmujących wycinek okrągłej komnaty znaleźli trochę przerdzewiałych metali i kawałków plastiku, a także kolonie małych krabów.
- Tu coś jest. - snop światła padł na ponad dwumetrową metalową kolumnę pokrytą płaskorzeźbą przedstawiającą skrzydlatego człowieka z dłońmi splecionymi na opuszczonym mieczu. Na szyi miał medalion - okrąg z czterema trójkątami.
- Halo góra, spuście tu jakieś haki, mamy skarb. - nadali przez skrzekotkę.


Tak zawsze musiało być, gdy załoga wyciągała skrzynie pełną skarbów, ktoś musiał czuwać na mostku i wsłuchiwać się w radiostacje, oraz podziwiać niezmąconą niczym zieleń sonaru. Z głośników krzykacza znudzony komentator nadawał wiadomości, a raczej almalikową propagandę, o kolejnych zamieszkach na Masrze, nieco się ożywił podając informację o zaginionym w pobliżu kliprze "Meduza". Potem na antenę wszedł kanonik ze Stosu krytycznie odnoszący się do fali pielgrzymek do Malik Mohatza by ujrzeć cudowne dziecię, nie dało się go znieść więc ruch gałki przerzucił pasmo na kanał Maski. Załoga przy wyciągarce radziła sobie dobrze, jeszcze chwila i będą mogli się zawinąć do portu Ayan. Nie trzeba było być wilkiem morskim by wiedzieć, że kłębiące się ciemne chmury nie wróżył nic dobrego.
Radiostacja zatrzeszczała.
- Tu fregata Wesoły Jack, Wesoły Jack, Wesoły Jack, nieznana jednostko zgłoś się, zgłoś się, zgłoś się. Podejdź na kurs cumowniczy, przygotujcie się do inspekcji. - tę samą wiadomość nadawali ciągle, przeszukanie horyzontu przez makrokular pozwoliło odkryć ledwie widoczny, ale najwyraźniej zbliżający się maszt drugiego okrętu. Że też musieli się pojawić wtedy gdy było to najmniej wygodne.
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra
behemot jest offline  
Stary 23-08-2010, 10:36   #2
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
Za sterem jachtu siedział dość wysoki i raczej szczupły, choć umięśniony brunet o kwadratowej szczęce, grubym nosie, wyraźnie zarysowanych brwiach i głęboko osadzonych ciemnozielonych, bystro patrzących oczach. Zgodnie ze swoim zwyczajem siedział niedbale. Nogi, obute w czarne glany i odziane w beżowe, przetarte gdzieniegdzie spodnie, które kiedyś pewnie były eleganckie, skrzyżowawszy w kostkach, oparł o konsolę sterującą. Niektórzy twierdzili, że może w ten sposób coś popsuć, albo niechcący uruchomić, ale nie wzruszało go to zbytnio. Ręce złożył na brzuchu i z nudów kręcił kciukami. Ciemnoszara koszulka z krótkim rękawem i zarzucona na nią dość gruba jasnobrązowa kurtka z wysokim kołnierzem dopełniały wizerunku... albo rybaka, albo tajniaka.
Usłyszawszy nawoływanie przez radio Soren westchnął i w końcu usiadł prosto w swoim fotelu. Przechylił się nieco w bok i przez chwilę wpatrywał w radar. Jego twarz ani na chwilę nie zmieniła swojego wyrazu. Cały czas wyglądał, jakby robił to już setny raz i był nieco znudzony. W końcu wziął mikrofon i nadał:
- ...ły Jack, Wesoły ... cenia, powtórz... mamy za... cie.
Mówiąc to cały czas drapał mikrofon i pilnował, żeby robić odpowiednio duże pauzy. Jeśli odbiorcy nie są paranoikami, to powinni uznać to za zakłócenia. Później wziął skrzekotkę:
- Zbieraj stamtąd swój kształtny tyłeczek, szefowo, zaraz będziemy mieli gości. Miłych jak teściowa - nadał do Aspazji.
- Hej tam przy wyciągarce, z życiem. I nie róbcie hałasu, bo zaraz się będziemy z niego tłumaczyć - przekazał jeszcze do załogi na statku.
Po tym znowu rozparł się w fotelu i uśmiechnął do siebie. W sumie i tak miał ochotę pogadać z Kajdaniarzami. W końcu kto mógł lepiej znać Czarnego Beliaha?
Nawoływanie przez radio się powtórzyło. Nic nie odpowiedział, tylko wstał i skierował makrokular w stronę zbliżającego się okrętu. Nie wyglądał, jakby gotował się do walki, ale któż mógł to wiedzieć na pewno. Korzystając z faktu, że byli jeszcze dość daleko znów podniósł mikrofon i wygenerował nieco zakłóceń, pocierając nim o rękaw kurtki. W sumie w taką pogodę należało uznać za cud, że oni dobrze odbierali przekaz.

Kapłan był wyraźnie podekscytowany. Oto wreszcie znaleźli się na zakazanych wodach, nad niezbadaną, mroczną głębiną. Jakież sekrety czekały na nich w zatopionym świecie?

Wiatr zawiał mocniej, wybudzając go z przemyśleń. Potężne podmuchy pachnącego jodem żywiołu wzburzyły włosy jego brody i zafurkotały długim materiałem brązowej, kapłańskiej szaty.

Na horyzoncie burzowe chmury formowały się w szeroki, złowrogi front. Pierwotna furia natury czaiła się na granicy wzroku, gotowa uderzyć na nich w każdej chwili. A było to jedynie najbardziej oczywiste z czyhających tu zagrożeń.

Mimo ogromnego podekscytowania, nie mógł przestać myśleć o mrocznych bytach, opisanych im przez wystraszonych, miejscowych marynarzy. Czyż głęboko pod ich stopami faktycznie gnieździły się ogromne, morskie potwory i agresywni, tajemniczy obcy? Były to jedynie rozdmuchane, marynarskie legendy, czy może wyraz uzasadnionego strachu rozsądnego, morskiego ludu?

Coś jednak musiało w tym być. Od momentu wpłynięcia na zakazane wody czuł się bardzo nieswojo. Coś ciężkiego i złowrogiego wisiało w powietrzu. Dla pewności jeszcze przed odpłynięciem poświęcił kuter, odmawiając na nim Litanię Ustępującego Mroku, wątpił jednak, by pomogło to w obliczu prawdziwie potężnego zła, mogącego kryć się w niezbadanych odmętach tych głębin.

Gdy usłyszał wysłany spod wody raport, prawie krzyknął z podniecenia.
- Ten okrąg! To symbol Wszechświatowego Kościoła! Symbol Gwiezdnych Wrót!
Jego ekscytacja rosła z każdym, wypowiedzianym przez nurków słowem.
- Uskrzydlony wojownik, oparty o święty miecz... Tak od Drugiego Synodu Midian zwykło przedstawiać się Zakhayelosa, Pana Zastępów. Świetlistego Wojownika empireum, będącego opiekunem Wojennego Bractwa. Obrońce Wiernych!

Zaczynał żałować, iż nie dane mu będzie skonsultować się teraz z księgami, które pozostawił na statku. Słone, wilgotne powietrze byłoby dla nich zabójcze.

***

Dymiąca z wysiłku wciągarka pracowała pełną parą. Nie mógł doczekać się, aż znalezisko wreszcie zostanie wciągnięte na pokład i własnoręcznie będzie mógł je zbadać. Musiał powstrzymywać się, by nie przestępować z nogi na nogę, jak uczniak i nie zacierać niecierpliwie rąk.

I wtedy ujawniła się kajdaniarska fregata.
- Na Proroka! Nie! Czemu akurat teraz!
Światło ekscytacji momentalnie zgasło w jego oczach. Bezradnie rozejrzał się po pokładzie, szukając wsparcia u reszty towarzyszy. Zdziwił się, widząc absolutny spokój i beztroskę Sorena. Młody pilot wyglądał, jakby wręcz cieszył się z niezapowiedzianego spotkania.

Kapłan w duchu podziękował za tak odważnych towarzyszy. Miał tylko nadzieję, iż w tym przypadku za odwagą stał jakiś pomysł, a nie jedynie nieprzemyślana, młodzieńcza brawura.

- Miej wiarę Nicodemusie - rozbrzmiało w jego głowie.

Rozkołysany wodny błękit otaczający ich dookoła był niesamowity. Nadia z przyjemnością oddychała głęboko ostrym, smakującym solą chłodnym powietrzem. Mimo wszystko nie zdecydowała się na zejście pod wodę. Wolała pozostać na pokładzie łodzi która wypłynęli.
Silny podmuch wiatru sprawił, że jej czarne włosy uniosły się wokół twarzy jak lśniąca ni to aureola, ni to eteryczny woal. Podchodząc do wyciągarki zwinęła niepokorne faliste kosmyki na karku.
Ubrana jak zazwyczaj w ciemnoszary kombinezon opinający jej sylwetkę jak druga skóra mimo kołysania poruszała się zwinnie i szybko.
Komunikat o skarbie spowodował szybsze bicie serca u młodej Inżynier.
Podobnie jak informacja o zbliżających się Kajdaniarzach.
Spojrzała na Nicodemusa z psotnymi iskierkami uśmiechu w zielonych oczach.
- Jest spora szansa na zachowanie znaleziska. Wiara poparta dobrymi pomysłami może sprawić cuda.

Chwyciła skrzekotkę i nadała do szlachetnie urodzonej Aspazji i swego opiekuna.
-Chyba mam pomysł, jeśli pozwolicie. Kształt kila pozwoli spokojnie umocował do niego za pomocą lin nawet spory ładunek, dla pewności można jeszcze zamaskować go wodorostami. Warto byście mieli ze sobą jakąś muszlę, coś co może wpaść w oko i być ładnym drobiazgiem. Takie zamydlenie oczu.

Gdy wyłuszczała swój pomysł, jej oczy rozbłysły, a na kształtnych ustach błąkał się lekki uśmieszek. Tak, takie sytuacje nadawały życiu smak, zdecydowanie.

Woda była zimna… i to bardzo. Kombinezony ze syntjedwabiu, może i były wytrzymałe i bezpieczne, ale na pewno nie ciepłochronne. Ciemności oceanicznej toni rozświetlała nikłym światłem latarka, której światło płoszyło ławice srebrnych rybek. Podwodne miasto wyglądało na opuszczone, ale Evros wiedział, że pozory często mylą. Dlatego starał się zachowywać ostrożnie, tak by nie zwracać na swoją osobę i towarzyszki nadmiernej uwagi. Wysokie smukłe budowle, porośnięte glonami, koralowcami i innymi przedstawicielami morskiej fauny, sięgały samego dna oceanu. Cywilizacja obcych Oroymów, musiała stać na bardzo wysokim poziomie, skoro logistycznie i technologicznie potrafili zbudować tak majestatyczne schronienia na głębokości kilkuset metrów nawet.

Ruszył między budynki z eteroskopem w jednej i harpunem drugiej ręce. Wijące się wokół niczym węże morski e, smukłe kolumnady zapraszały, by zbadać co kryją w podcieniach, czy opuszczonych komnatach. Póki co spotkały ich tylko rozczarowania, nie znaleźli nic przydatnego. A raczej Ona nie znalazła. Aspazja, szlachcianka z pomniejszego rodu, której wynajmował swoje usługi. Ruszył w głąb ruin …
*****

Kuter który wynajęli był solidną rybacką krypą. Choć wynajem trochę kosztował, to jednak musiał przyznać że Aspazja targowała się ze śniadoskórym rybakiem twardo. Tu na tej planecie, targowanie się, było swoistym rytuałem, czymś co było oprócz przeprowadzenia transakcji, wartością do niej dodaną. Oznaką, że szanuje się zarówno klienta jaki i sprzedawcę. Wreszcie kiedy negocjacje dobiegły końca, a odpowiednia ilość ptaszków zmieniła właściciela, Varass mógł zająć się swoja działką.
Sprawdził pokład i kajuty pod nim. Wyglądało na to, że nie ma na statku nic podejrzanego, a sam kuter jest solidny. Na temat stanu technicznego nie miał zamiaru się wypowiadać, na statku były bardziej kompetentne osoby. Wcześniej z polecenia baronówny Mercouri, nabył sprzęt dla nurków i nieco prowiantu. Rejony, w które mieli się wybrać, leżały około dzień drogi od portu w Ayan. Czyli wyprawa miała mieć minimum dwa trzy dni. Lub więcej, jeśli poszukiwania przedłużyły by się. Bardziej martwił Evrosa fakt, że okolica w którą się wybierali była okryta złą sławą. Nie rozgadywał się z kupcami, czy żeglarzami z portu na temat miejsca ich podróży, ale kilka niezobowiązujących pytań, uruchomiło lawinę informacji i opinii ludzi morza. Wysłuchał cierpliwie opowieści o ginących statkach, o atakach Diabłów z Głębin na mniejsze jednostki pływające, potworach morskich, które potężnymi mackami czy zębami rozrywały rybackie kutry niczym łupiny orzeszka, o tajemniczych dzwonach w toni, które prześladowały i zwiastowały niebezpieczeństwo. Większość tych informacji postanowił włożyć między bajki, jednak postanowił przestrzec resztę ekipy i mieć się na baczności. Ostatnia rzecz o jakiej marzył to zostanie pożartym przez jakąś przerośniętą sardynkę.
*****


Nad nim rozciągała się ciemnogranatowa toń, rozświetlana nikłymi promieniami słońca, które w małych ilościach docierały na dno. Stał u wejścia czegoś, co kiedyś było chyba ogromnym amfiteatrem, gdzieś pośrodku tego budynku, stał kilkumetrowej wysokości, cylindryczny pojemnik. Evros obszedł znalezisko dookoła, oświetlając ściany światłem szperacza. To coś wyglądało na jakiś pojemnik, ewentualnie kapsułę ratunkową. Sądząc po ilości glonów musiała stać tu już sporo czasu. Podpłynął do górnej krawędzi, po której przechadzała się akurat para krabów z wielkimi chitynowymi kleszczami. Na widok światła ruszyły w stronę przeciwległej krawędzi i wkrótce za nią zniknęły. Evros wstał i przeszedł po metalowym wieku, mierząc krokami średnicę. Osiem kroków to sporo, jak na kapsułę ratunkową czy pojemnik, w e wnętrzu mogło być jakieś ciekawe znalezisko. Przez skrze kotkę wywołał towarzyszkę:
- Coś znalazłem, chyba coś dużego i konkretnego. Tuż pod tymi łukowatymi resztkami sklepień – podał jej najbardziej charakterystyczny znak, żeby łatwiej go zlokalizowała.
W miedzy czasie obejrzał hydraulicznie otwierane drzwi, które były na górze. Nie było żadnego panelu sterowania, a dźwignia służąca do manualnego otwierania była zablokowana. To tylko utwierdziło go w przekonaniu, że długo to tu leżało, mechanizmy hydrauliczne były dość solidne i nie psuły się szybko.
Wyciągnął z kieszeni kombinezonu zestaw materiałów wybuchowych, kiedy skończył montować, dotarła do niego Aspazja.
- Dobrze że jesteś. To coś generuje sygnał w eterze. Zaraz skończę z tym ładunkiem, lepiej poszukaj jakiejś osłony, to coś ma hermetyczną śluzę i chyba się zastała. – zamontował jeszcze zapalnik i wskazał na migi szlachciance powaloną kolumnę za którą mieli się schować.
Ładunek wyrwał górę metalowego kontenera, wielki bąbel powietrza wydobył się na zewnątrz i rozdzielając się na milion mniejszych bąbelków skierował się ku powierzchni. Wraz z towarzyszką ruszył do otwartego pojemnika. Wstrzymał ją tuż przed samym otworem, musiał sprawdzić czy w środku jest bezpiecznie. Kilka mebli, krzeseł i szafek oraz stojący w centrum ni to sarkofag, ni to kolumna, to wszystko co znaleźli we wnętrzu. Nie wspominając o kilku zmumifikowanych ciałach ubranych w kombinezony z syntjedwabiu. Znalazł w kieszeni jednego z martwych osobników małą, przypominającą pudełeczko maszynę myślącą. Wrzucił ją do kieszeni kombinezonu, uważając, że Nadia na pewno coś z tego wyciągnie. Na piersi tego samego trupa zauważył jakieś napisy, przyjrzał się bliżej, tak to był jakiś rodzaj identyfikatora, ale nie mógł go przy tym świetle odczytać, oderwał go od kombinezonu i zabrał ze sobą, z postanowieniem zbadania znaleziska na powierzchni.
Baronówna była zajęta wzywaniem wyciągarki z góry, a on tymczasem przeszukiwał pomieszczenie i ciała. Szukał dokumentów, nośników danych, dystynkcji czy czegokolwiek innego, co pomogłoby mu zorientować się o pochodzeniu znaleziska. Kiedy wraz ze skrzynią płynęli ku powierzchni, w doszedł do niego komunikat Nadi:
-Chyba mam pomysł, jeśli pozwolicie. Kształt kila pozwoli spokojnie umocował do niego za pomocą lin nawet spory ładunek, dla pewności można jeszcze zamaskować go wodorostami. Warto byście mieli ze sobą jakąś muszlę, coś co może wpaść w oko i być ładnym drobiazgiem. Takie zamydlenie oczu.
Spojrzał na Aspazję pytająco.
*****

Zmysły Evrosa zdążyły tylko zarejestrować pogorszenie pogody. Wieści były niewesołe, a zbliżająca się na horyzoncie fregata patrolowa nie wróżyła nic dobrego. Na polecenie Aspazji, ukryli skrzynię.. Musieli się do tego mocno przyłożyć, bo znalezisko ciężkie było cholernie. W kajucie zrzucili także kombinezony nurków, przez chwilę widział jak baronówna zrzuca syntjedwabny kombinezon. Kształtne nagie plecy, oglądał tylko przez chwilę, bo zaraz spuścił wzrok i odwrócił się, mając nadzieję, że baronówna nie zauważyła tego.
*****

Wyszedł na pokład już swoim normalnym stroju. Można powiedzieć, że przypominał w nim bardziej najemnika z Gildii, niż szlachcica, czy byłego członka Gwardii Feniksa. W zasadzie było mu na rękę, że nikt nie uważa go za nieco więcej niż najemnika. Jego przeszłość mogła go odnaleźć w każdej chwili, zanim on zemści się za hańbę jakiej doznał i nie odzyska dobrego imienia. Włosy zgolił do gołej skóry, zostawiając sobie tylko zarost na twarzy, czyli zmianę wyglądu przeprowadził gruntowaną. Teraz ubrany w wojskowe buty i spodnie z nogawkami wpuszczonymi w obuwie, koszulę bez rękawów i taką samą kamizelkę, z wieloma kieszeniami. Z dwoma pistoletami maszynowymi w kaburach przy pasie i karabinem maszynowym Jahnisaków w rękach, wyglądał jak najemny zbrojny, ochroniarz baronówny Mercouri, a nie jak dumny oficer Cesarskiej Armii. I póki co niestety tak miało zostać… dopóki nie zbierze środków i informacji, kto go wrobił… a potem się zemści… straszliwie.
Czekał na pokładzie, stojąc przy nadbudówce, obserwował zbliżający się statek patrolowy. Zostawił rozmowę z Kajdaniarzami chlebodawczyni, on miał tylko groźnie wyglądać i w razie czego interweniować, choć miał nadzieję, że do tego nie dojdzie. Przeciw załodze dużej fregaty nie mieliby większych szans, choć tamci także by dostali łupnia, to jednak byli na z góry przegranej pozycji. Ufał w możliwości szlacheckiego tytułu i dobrą gadkę. Karabin położył na skrzyni, obok której stał, a w kieszeni na udzie umieścił mały ładunek wybuchowy… tak na wszelki wypadek.
Soren słuchał zamieszania na pokładzie, ale ni w ząb nie rozumiał, dlaczego wszyscy są tacy podnieceni. Przecież nie mogą cały czas unikać ludzi. Jeśli już jacyś Kajdaniarze postanowili ich zaszczycić swoją wizytą, to niech i tak będzie. W sumie niewiele im mogli. Najwyżej skonfiskują znalezisko, które pewnie i tak nie przedstawiało większej wartości. Ani ich mogli aresztować, ani nawet mandatu dać. A zapewne skończy się na tym, że pomarudzą i odeskortują ich do portu. Więc w przypadku ew. ataków spod wody, fregata patrolowa, jako większa, cięższa i robiąca więcej hałasu zapewne stanie się pierwszym, jeśli nie jedynym celem. Żyć, nie umierać i dziękować Prorokowi za taki zbieg okoliczności.

Wyszedł na próg nadbudówki i przeciągnął się. Słyszał z tego miejsca kolejne wezwanie z fregaty patrolowej, takiej samej treści, ale już nieco trzeszczące. Chyba burza zbliżała się szybciej niż Pośrednicy. Tym lepiej, nie będą mieli dużych problemów z uwierzeniem, że rzeczywiście byli zakłócani. Spotkał zdziwiony wrok kapłana. Spojrzał na niego pytająco, po czym szybko rzucił okiem na siebie. Może coś mu się gdzieś przykleiło? Ale nie.

- Warto byście mieli ze sobą jakąś muszlę, coś co może wpaść w oko i być ładnym drobiazgiem. Takie zamydlenie oczu - powiedziała Nadia do swojej skrzekotki.
Pomysł nie był głupi w swojej prostocie. Szansa, że Kajdaniarze wyślą nurków, żeby obejrzeli kuter ze wszystkich stron była marna.

Przypomniał sobie swoje zakupy poprzedniego ranka. Spotkał pewnego kupca, który sprzedawał "róg rytualny Oroymów" jak był łaskaw to nazwać. Soren był daleki od wiary w coś takiego, ale przynajmniej nie wyglądało jakby było z plastiku. I obrobione na tyle nieporadnie, że mógł to zrobić ktoś z błoną między palcami. Kupił więc, z nadzieją, że Aspazja będzie bardziej łatwowierna niż on. Oczywiście handlarz zaproponował dość niebotyczną jak na taką tandetę cenę, ale udało mu się ją wyperswadować bez użycia siły. Tutejsi ludzie w ogóle byli dziwni pod tym względem. Chyba mieli zbyt wysokie mniemanie o swoich towarach, albo zbyt niskie o inteligencji przybyszów. Sorenowi jeszcze nigdy nie udało się znaleźć kupca, który od razu podałby rozsądną, akceptowalną dla niego cenę. Zawsze przesadzali. Dzięki temu targ był jeszcze głośniejszy niż w innych okolicach, bo ludzie targowali się, czasem dość żywiołowo, nie szczędząc sobie przeróżnych, nie do końca uprzejmych określeń. Co ciekawe, zawsze gdy już doszli do porozumienia podawali sobie z uśmiechem ręce, odpowiednia suma zmieniała właściciela i nierzadko zaczynała się jak najbardziej przyjacielska rozmowa. Podobnie było i w tym wypadku, bo handlarz postanowił pochwalić się swoim szwagrem, który rzekomo to wyłowił z dna i może wiedzieć coś na temat Oroymów. Ta informacja była nawet cenniejsza niż zakupiona muszla. Po prawdzie żeglarze na wszystkich znanych Sorenowi światach mieli tendencję do opowiadania niestworzonych historii, ale jeśli rzeczywiście pływał po Zakazanych Wodach, to powinien cokolwiek przydatnego wiedzieć. Podziękował swojemu rozmówcy i udał się s stronę portu. Niestety inni już zdążyli znaleźć jego kontakt, więc ze szpanu informacjami nici. No cóż, zawsze zostawała muszla, ale na razie schował ją do plecaka.

I właśnie w tym momencie, gdy zbliżali się Pośrednicy, muszla mogła okazać się przydatna. Soren wrócił na moment do nadbudówki i z workowatego plecaka wyciągnął wcześniejszy nabytek. Wyszedł na pokład i zbliżył się do Pani Inżynier.
- Na szczęście Twój ulubiony pilot ma dokładnie coś takiego, co jest nam potrzebne - powiedział, prezentując muszlę na dłoni. - Miejmy tylko nadzieję, że się na tym farba nie rozpuści - dodał, po czym wychylił się przez burtę i zanurzył trzymany przedmiot w wodzie. Na szczęście ani farba, ani cała muszla nie zaczęły się rozpuszczać, co mogłoby sugerować, że była autentyczna. Również na szczęście nie wyskoczył spod wody poprzedni jej właściciel upominając się o zwrot.
- Voila. Tylko bądź ostrożna, to coś leżało na dnie przez setki lat. Czyż to nie fascynujące znalezisko? - zapytał wczuwając się już w swoją rolę, którą za chwilę będzie odgrywał, gdy Kajdaniarze ich dopadną.

Sędzia Torhada był niezwykle uprzejmy choć gdyby mógł to zrobić zgodnie z prawem i etykietą pozbyłby się ich z Fesh Sham jak najprędzej. A oni po czterech przeskokach i dwóch tygodniach na „Rybce”, potrzebowali świeżego powietrza. No może nie wszyscy, Nadia i Soren wrastali w statek niczym jego integralne części. Przy nich Aspazja najchętniej marudziła na zatęchłe powietrze i ciasnotę stalowej puszki. Ale prawdę mówiąc „Szybka Rybka” dawała się lubić. Cała, poza nazwą. Aspazja już kilkakrotnie namawiała Lajtingera żeby zagrali o jej zmianę. Gutta cavat lapidem - jak często mawiał jej ojciec, oby więcej nie miała okazji tego usłyszeć.

Także wszystko co Jill Torhady opowiadał było interesujące, ale sugestie mające trafić w zdrowy rozsądek baronówny Mercouri, odbijały się od szlachcianki nie czyniąc krzywdy żadnym jej planom. Nie przedłużała więc gościny i nie zwlekała z wyruszeniem na morze. Aspazja na razie odczuwała coś w rodzaju zawodu. Czwarty dzień na Madok a ona nie widziała jeszcze żadnego Oroyome. Nie znaczy to że nie widziała nigdy żadnego z nich. Dwór cesarski był przecież miejscem gdzie było wszystko, ale obcy z Byzantium byli niczym tresowane małpy interesujący dokładnie w takim zakresie. Swoją drogą część dworaków Alexiusa też przypominała poprzebierane naczelne. Naprawdę cud, że wytrzymała tam o zdrowych zmysłach tak długo.

W tej sytuacji jasne było, że zejdzie pod wodę.

Towarzyszył jej Varras. Czuł się w kombinezonie zdecydowanie lepiej niż ona, był znakomitym nabytkiem do tej załogi, podobnie zresztą jak jego podopieczna. Zresztą wychowanie, nawet złe, jest drugą naturą człowieka, gdyby Aspazja była jedyna kobietą na statku, pragnęłaby to zmienić. To właśnie się nazywa niewolą etykiety.

Podwodne miasto faktycznie zapierało dech w piersiach. Morski świat był piękny i Aspazję uderzyła uniwersalność tego stwierdzenia. Każda rozumna rasa musiałby się z nim zgodzić. Tutaj łatwo było uwierzyć ze to oroyoma podróżowali kiedyś z annunaki między gwiazdami. Zatańczyła w zwolnionych podskokach próbując namówić do podobnej dziecinady najemnika. Ale Varrasowi skakać się nie chciało. Spoważniała. Zaczęli zwiedzanie. Aspazja rozglądała się za orotikta. Płazy te były jej zdaniem czymś w rodzaju madokańskich szympansów i chciała mieć takiego na „Rybce” . Dorosły orotikta co prawda osiągał długość nawet trzech metrów i miał całkiem ładne cztery rzędy ostrych zębów, ale przecież celowała w mniejsze osobniki. Miała pistolet z harpunem i siatkę. Niestety żadnej chemii zdolnej uśpić bydlaka. Zrzęda, jej ulubiony kontakt z Gidli Aptekarzy śmiał się że jeśli rozpisze wzór na coś takiego, to jej nieźle zapłacą. Zamierzała mu jeszcze przypomnieć o tej obietnicy i tym bardziej marzył jej się żywy egzemplarz. Nie poprosiła najemnika o pomoc – takie wędkarskie ambicje, popisać się samodzielnie złowioną rybą. Zapomniała się na tyle, że oddaliła się od Varossa na dobrych kilkadziesiąt metrów.

Znienacka poszukiwane zwierzę kłapnęło zębami tuż przed jej twarzą.
Zabulgotałaby przekleństwami, gdyby to było możliwe. Wystrzeliła za nim z harpuna, ale płaz nawiewał. Ruszyła w pościg, Gdzieś na horyzoncie majaczyła jej myśl, że to zwierzęta stadne, ale przecież musiała skupić się na czymś innym. Skubaniec był bardzo szybki. Prawie dwumetrowy samiec. Przyłożyła się do drugiego strzału, wymierzyła lepiej, harpun wyszarpał duży kawał tylnej płetwy orotikta. Płaz nieco zwolnił, zmierzał do pobliskich ruin wielopoziomowego gmachu, skrzących się niczym masa perłowa. Dobrze, między ścianami powinna mieć z nim szanse, przecież przewyższa bydlę sprytem. Wtedy w głośniku usłyszała Varassa. Głos miał spokojny, ale nie wątpiła, że mężczyzna znalazł coś dużego, nie miał w zwyczaju zawracać jej głowy duperelami. Niemniej i tak się wahała. Orotikt powoli znikał jej z oczu. Zawróciła. Z zacienionych arkad ruin odprowadzało ją spojrzenie kilku par brunatnych oczu. Madokańskim stworzeniom nie udało się polowanie.

***

Zgodnie z sugestią Nadii przymocowali znalezisko do kila. Nawet zdążyli opleść je wodorostami. Aspazja zmachała się, nawet pod wodą cholerstwo swoje ważyło.
Z ulgą weszła na pokład. Dłuższą chwilę ciężko oddychała.

***

Przebrali się szybko. Nie miała ze sobą nic odpowiedniego dla swojej rangi. Założyła więc zwykłe spodnie i koszulkę. Na szyi miała delikatny wisiorek w kształcie dwóch wchodzących w siebie kół. Prawie nigdy się z nim nie rozstawała. Ciekawskim mówiła, ze to jej jedyna pamiątka po matce. Faktycznie zaś kupiła go tknięta impulsem raptem dwa lata temu, w dniu w którym wyszła po niegroźnym wypadku ze szpitala.
Stanęła przed najemnikiem. Chyba czekała na jakiś komplement, nieważne, że nie zasłużony, ale zdała sobie z tego sprawę dopiero po chwili. Nie doczekała się oczywiście. Mężczyzna jak zwykle skupiony i poważny szykował się do wizyty.
- Właśnie – prawem kaduka przypomniała sobie co innego – muszę zamienić słówko z Sorenem.
Vaross spakował do kieszeni ładunki wybuchowe. Aspazja nieoczekiwanie parsknęła śmiechem.
- Fetyszysta.
Wyszła z kajuty nim coś odpowiedział.

***

Pilot był rzecz jasna za sterem. Aspazja trzymała w reku ręcznik, którym przed chwilą wycierała włosy, czekając aż Soren raczy się odwrócić. Statkiem już nieźle kołysało a jej nadal od wysiłku kręciło się w głowie. Ryoksha ustawiał kuter bokiem do jednostki kajdaniarzy. Wykonał gwałtowny skręt tak, że straciła równowagę. Dałaby se rękę uciąć że nie musiał. Na szczęście stał za daleko żeby ją złapać. Przyklęknęła, ręcznik upadł w kałużę wody. Zaklęła pod nosem. Pilot miał bardzo zadowoloną minę i wątpiła żeby samo jej potkniecie mogło go tak rozweselić. Facet albo lubił kłopoty, albo kajdaniarzy. Tyle, że ich przecież nikt nie lubił. Po raz nie wiadomo który pomyślała, że cholernie mało wie o swojej załodze. I że niewyparzony język Ryokshy coraz bardziej działa jej na nerwy.
- Soren, co powiesz na podwyżkę?
Spojrzał na nią wyraźnie zdziwiony. Uśmiechnęła się. No to jest właściwie jeden:jeden.
- Zapłacę ci dwadzieścia procent więcej w stosunku do pierwotnej umowy jeśli już nigdy mówiąc o częściach mojego ciała nie będziesz używał epitetów.
- Czyli „szefowo rusz tyłek” jest w porządku. Gruby, chudy, mokry, kształtnyodpada – ze złośliwą miną tłumaczyła dokładniej warunki.
No ale sam układ wydawał jej się uczciwy. Jej ustępstwo ekonomiczne, jego filologiczne.

***

Nie przepadała ani za przepisami ani za urzędnikami. I z pewnością nie podobało jej się, że musi pozwolić wejść komuś na swoją łódź. To była jedna z jej głównych cech, nie lubiła musieć. Ale podwodne znalezisko dobrze wpływało na jej humor.
- Dobra załogo. Wpuszczamy gości na pokład. Będą grzeczni to i my będziemy. – powiodła wzrokiem po wszystkich. – Gościnni, szczerzy i niemądrzy, jak to tylko głupiutkie szlachcianki i ich świta na wakacjach potrafią. Nie mamy przecież już nic do ukrycia.
- Z konchą wychylimy się jedynie jeśli będzie to konieczne. Wypłynęliśmy wiedzeni ciekawością. Trochę nurkujemy i nie podobają nam się te chmury na horyzoncie. Czyli sama prawda. Nie musicie zostawiać mi całej przyjemności konwersacji. Chyba ze trafimy na formalistów, co chcą gadać tylko z najemcą.
-I pozbądźmy się ich sprawnie – przygryzła wargi, co było najbardziej widoczną oznaką jej zdenerwowania – Bo zżera mnie ciekawość.

Kuter zatrzymał się obok fregaty. Idealnie równolegle, oczywiście zbyt blisko. Soren jak zwykle popisywał się umiejętnościami.

Baronówna ujęła pod rękę Nicodemusa i z uśmiechem wyszła naprzeciw „gościom”.

Pewność siebie z jaką jego towarzysze zabrali się do przygotowań, trochę go uspokoiła. Wyglądało na to, że szanse na zachowanie tajemniczego znaleziska wcale nie były tak małe, jak się początkowo obawiał.

Z wdzięcznością spojrzał na Nadię. Optymizm wynikający z jej słów wyraźnie mu się udzielił. Przytaknął ruchem głowy i uśmiechnął się ciepło, gotowy do pomocy przy realizacji przewrotnego planu młodej inżynierki.

Podczas przygotowań jedno nie dawało mu jednak spokoju. Czym właściwie był zatopiony cylinder? Wizerunek świętej istoty świadczył o przedmiocie wielkiej wagi. Nie pamiętał jednak, by w ostatnich stuleciach zdobiono relikwie wizerunkami empirycznych bytów. Była to raczej praktyka stosowana na początku istnienia Wszechświatowego Kościoła. Czyli prawie dwa tysiące lat temu!

Oczywistym też było, iż relikwia związana była ze zbrojnym ramieniem Wiernych. Lecz czym była konkretnie? Sarkofagiem jednego z wielu wojowniczych świętych? A może jedną z rzadkich, legendarnych Szat Adepta - starożytnych, wspomaganych zbroi, noszonych przez najpotężniejszych wojowników Światła? Evros z pewnością potrafiłby wykorzystać tak potężny artefakt. Kapłan zachichotał, wyobrażając sobie srogiego towarzysza w potężnym, świętym pancerzu.

W całym chaosie przygotowań tylko kątem oka zauważył przekazywaną z rąk do rąk konchę. Talizman obcych mógł okazać się bardzo ciekawym przedmiotem badań. Ale na to przyjdzie czas później. O ile uda im się przetrwać obecną sytuację.

Gdy pod rękę wzięła go Lady Aspazja ugięły się pod nim nogi. Nie sądził, że to on stanie w pierwszym rzędzie komitetu powitalnego. Sprytu starczyło mu jedynie na ukrycie symbolu Eskatoników i wyeksponowanie jego ogólnego odpowiednika, noszonego przez wszystkie odłamy duchowieństwa. Znak bractwa słynącego z zamiłowania do sekretów, mógł wzbudzić w tej sytuacji słuszne podejrzenia Pośredników.

Aktor był z niego raczej kiepski, kłamca jeszcze gorszy, toteż postanowił ograniczyć swoją aktywność do kapłańskiego pozdrowienia i lekko głupawej, natchnionej miny, charakterystycznej dla prowincjonalnych duchownych.

- Niechaj Łaska Wszechstwórcy rozświetli wasze drogi, zacni Marynarze! - wykrzyczał w stronę przybyszy, mając nadzieję, iż ci nie wyłapali drżenia jego głosu. By dopełnić gestu, nakreślił dłonią symbol Wrót.

Miał nadzieję, że nie błogosławi właśnie swoich przyszłych zabójców.

- Tu fregata Wesoły Jack, Wesoły Jack, Wesoły Jack, nieznana jednostko zgłoś się, zgłoś się, zgłoś się. Podejdź na kurs cumowniczy, przygotujcie się do inspekcji.
Wezwanie powtarzało się z podziwu godną regularnością, w miarę jak fregata zbliżała się, podskakując na coraz wyższych falach. W końcu, widząc że gości i tak będą musieli przyjąć, Soren zdecydował się ich uciszyć. Wziął do ręki mikrofon i zatykając nos, żeby przypadkiem nie mówić zbyt wyraźnie, nadał:
- Tu Pluskacz, tu Pluskacz. Zrozumiałem: kurs cumowniczy. Będziemy na Was czekać.

Gdy tylko upewnił się, że ładunek umocowano bezpiecznie do kila okrętu, a nurkowie wrócili na pokład, ruszył z miejsca. Ruszył w bok, względem kierunku, z którego płynęła fregata, na tyle powoli, że Kajdaniarze na swoim radarze nie powinni tego wychwycić. A jednak gdyby im przyszło do głowy sprawdzać nad czym wisiał kuter, na pewno nie znajdą tego co oni przed chwilą. Dopiero gdy uznał, że oddalił się wystarczająco, dodał gazu i skierował w stronę nadpływającej jednostki.

Po pewnym czasie, gdy Pośrednicy byli już dość dobrze widoczni, na "mostek" wkroczyła Aspazja. Korzystając z okazji Soren zarzucił lekko sterem. Nadchodząca akurat fala zrobiła resztę, uderzając w statek ze sporą siłą. Uzyskany w ten sposób wstrząs przewrócił szlachciankę i prawdopodobnie zrobił mały bałagan pod pokładem. Choć to akurat było najmniejszym zmartwieniem, bo tam zawsze był bałagan.
- Przepraszam, dziurę omijałem - rzucił za siebie wyjaśniającym tonem. Brzmiał prawie przekonująco.
Wspomnienie o podwyżce go zaskoczyło. Spodziewał się raczej marudzenia na temat niezwykle treściwych inormacji radiowych. W końcu musieli wypłynąć z pokaźnej głębokości, żeby się dowiedzieć, dlaczego ich poganiał. A tu taka niespodzianka. Wkrótce jednak się wyjaśniło. Soren uśmiechnął się ze zrozumieniem i pozwolił Aspazji skończyć.
- Jakkolwiek byłoby to dość poważne ograniczenie mojej wolności słowa - odparł z niezmąconą powagą - jestem gotów zaprzestać wyrażania swojej opinii na temat niewątpliwych walorów estetycznych Twojej zgrabnej pupy, szefowo... w rozmowach twarzą w twarz. Niestety, - w tym miejscu wydał z siebie westchnienie, które dobitnie dowodziło, że jest mu niezwykle przykro z tego powodu - niestety nie jest to możliwe w rozmowach przez radio, gdyż tam używanie epitetów jest konieczne, aby łatwiej można było domyślić się treści przekazu, w przypadku zakłóceń transmisji.
Spojrzał na nią szczerząc zęby w uśmiechu.
- A tak przy okazji, masz bardzo ładny... wisiorek - dodał jeszcze wpatrując się w jej dekolt - Goście przybyli - powiedział odwracając się z powrotem w stronę steru i tym samym kończąc tę rozmowę. Choć był pewien, że szlachcianka jeszcze wróci do tematu.

Chwilę później, gdy już zaparkował kuter tak blisko Kajdaniarzy jak tylko dał radę dobiegł go głos Nicodemusa, witającego inspekcję.
- Hurra - mruknął Soren pod nosem - jeszcze czerwony dywan rozwińcie.

[IMG]file:///C:/Documents%20and%20Settings/jan/Pulpit/li/post11_pliki/setsail.jpg[/IMG]
Kajdaniarze (Muzyka)

Załoga Pluskacza obserwowała zbliżającą się fregatę, był tu dwumasztowy żaglowiec z metalowym poszyciem, na obu burtach prężyły się lufy wysoko kalibrowych dział i karabinów, a na dziobie za galionem rytym w łeb smoka i miotaczem harpunów tuż za nim. Przerzucono cumy z drugiego okrętu zabrzmiał tubalny głos
- SIERŻANT JAKE WILKENSON PROSI O POZWOLENIE ZEJŚCIA NA POKŁAD. - aż chciało się zapytać czy odmowa oznacza zatopienie, spuszczono drewnianą rampę, po której zszedł mężczyzna w kwiecie wieku ubrany w krótki czarny płaszcz, przy szerokim pasie ze skóry wisiał zakrzywiony bułat, jedno z oczu miał zastąpione cybernetycznym implantem topornej konstrukcji, na zarośniętą twarz najemnika padał cień noszonego na bakier trikornu.
- Witajcie, jestem Jake Wilkenson, a to szeregowi Eric Rouge i Beisexiezi. - wskazał towarzyszących mu kamratów, ryżego Vuldroka niedźwiedziej postury odzianego w tytanową kolczugę i z toporem poznaczonym dziwnymi symbolami przy pasie, jego bujna broda spleciona była w setki warkoczyków przyozdobionych koralikami i drogimi kamieniami. Drugim towarzyszem była niską kobietę zapewne z dominium LiHalan, z maską zakrywającą dolną polowe twarzy, wysoko podgolonymi włosami z pozostawioną tylko kitą na czubku, zapleciona w bardzo długi warkocz w którego koniec wpleciony został dużych rozmiarów opal. Na czole miała wytatuowanego czarnego skorpiona. Nosiła bardzo obcisły biały kostium z wszytymi drobnymi dzwoneczkami, w którego kieszeniach i na paskach nosiła niezliczone sztuki orientalnej broni.
- Pracujemy na zlecenie Gildii Żeglarzy oraz Szejka Adila. - wyjął z tubę i podał Aspazji - Jesteśmy tu by ochraniać rybaków, a także znaleźć i zniszczyć źródło zakłóceń w żegludze, aktualnie poszukujemy kutra Medusa, który zaginął dwa dni temu. Niestety w ramach naszych obowiązków musimy przeszukać statek. Czy widzieliście coś podejrzane? - zapytał baronównie gdy barbarzyńca i ninja rozeszli się po pokładzie.
Aspazja zaś snuła przejmującą opowieść o wakacjach, rafach kolorowych i podziwianiu morskich krajobrazów, pośredni robił zaś coraz większe oczy wysłuchując jej historii. Przez cały czas jednak zachowywał kamienny wyraz twarzy, czujne oko Nicodemusa wychwyciła ślady zawodu na twarzy wojownika. Na wzmiankę o kapryśnej pogodzie zgodził się:
- A tak pogoda znowu się psuje, ponoć to sprawka prądów wodnych, zderzają się nad uskokiem, tak przynajmniej mówił nasz profesorek. Lepiej się stąd zabierajcie, póki pogoda jest stabilna, wystarczą nam rybacy do wyławiania. - jak na potwierdzenie słów wiatr przybrał nieco na sile piętrząc falę, aż pojawiła się na ich szczycie biała piana. Kleryk wyczuł możliwość zmiany tematu i zapytał o zaginione statku:
- Za to mi płacą by się dowiedzieć, może to kapryśna natura, może Oroyme, a może piraci. Ci żeglarze mają denerwujący zwyczaj do przesady, czy to o morskich zagrożeniach czy złowionych rybach. - Soren wychwycił wzmiankę o piratach, zapytał o Czarnego Beliaha
- Ha, nie słuchałeś opowieści żeglarzy, krąży po tych wodach, jego statek "Zemsta Diabła" może znikać we mgle, oraz żeglować pod wodą, a on sam zawarł pakt z Demonem by go chronił w zamian za duszę niewinnych. - nie ukrywał ironii wymierzonej w przesądy - Widziano go tu, nie zdziwiłbym się, gdyby to on stał za porwaniami, to handlarz niewolników, ponoć ukrywa się na południu Archipelagu na Sorye... - konwersacje przerwał krzyk protestu Nadii spod pokładu:
- CO ON TU ROBI. - szybko przeszli do źródeł, w progu maszynowni stał zdezorientowany brodacz a w portalu do jej Sanctum stała Surien zupełnie przypadkiem ściskając klucz trzydziestkę.
- Znalazłeś coś?
- Skafandry sierżancie, są ciepłe i wilgotne w środku, musieli z nich korzystać niedawno.
- Jake spojrzał pytająco na Aspazję.
- Oczywiście, że są używane. - wtrąciła się Surien - A jak niby mamy zbierać muszelki? - wyciągnęła z szafy konchę.
- Muszelki? Ale po co? Czy to te, z których skorup robi się stymy? - nie dowierzał najemnik.
- Nie, te ładne i kolorowe. - zripostowała techniczka.
- Aha, no tak, spelung, rafy, muszelki... jasne. Ehh... szlachta. - poddał się - Dobra, spływamy stąd. Widziałeś gdzieś Beise?
- Na twe rozkazy. - jak biała zjawa lihalanka bezszelestnie wyłoniła się za jego plecami.
- Argh mówiłem tyle razy byś tego nie robiła. Nie ma tu nic dla nas. Płacą nam tylko za zaginione statki. Chociaż, może jeszcze nam pomożecie... czy ktoś z załogi zna język tubylców? - Aspazja zgodnie z prawdą przyznałą, że zna podstawy
- Może to wystarczy. Schwytaliśmy parę jaszczurek w sieci, niestety najęty profesorek wpadł w sidła choroby morskiej i jest bardziej zielony niż więźniowie. A musimy wiedzieć, co jaszczurki wiedzą o kłopotach. Wyświadczylibyście nam nie lada przysługę robiąc za tłumaczy. - okazja by spotkać prawdziwego dzikiego Oroyme nadarzyła się w najmniej spodziewanym momencie. Wiedziona ciekawością szlachcianka zgodziła się.

Sierżant i kamraci opuścili statek zabierając ze sobą baronównie i jej świtę. Pokład Wesołka utrzymany był w należytym porządku, naliczyli ledwie kilku uzbrojonych najemników przy działach, choć znacznie więcej mogło kryć się pod pokładem. Kajdaniarz zaprowadził ich do kazamatów, gdzie jedna z sal została przerobiona na więzienie. W pomieszczeniu było niewiele światła i mebli, przy jednej ścianie stał mały agregator, a centralne miejsce zajmowały dwie zakratowane wanny, a w nich dwóch Oroyme. Obcy nie mieli nawet miejsca by się obrócić. Woda była mętna, choć pompy tłoczyły powietrze w wodę.
- Oto i oni. Chce wiedzieć co mają wspólnego z zatonięciami. - zażądał sierżant.

Nicodemus odetchnął z ulgą. Najwyraźniej Zakazane Wody wcale nie były takie zakazane... przynajmniej nie przez ludzkie władze.

A może był to tylko autorytet szlacheckiego stanu Lady Aspazji? Może poszukiwacze pozbawieni patronki, wtrąceni zostaliby do lochu za łamanie tutejszych praw? Wolał teraz o tym nie myśleć. Pośrednicy nadal mogli stanowić zagrożenie dla ich planów, a ich początkowa grzeczność wcale nie musiała się długo utrzymać.

Swoją drogą, sam skład przybyłej załogi też nie budził zaufania. Kapłan w swoich podróżach widział już wiele wymieszanych skupisk ludzkich i słyszał o niesamowicie egalitarnym podejściu Pośredników do rekrutowania pracowników, ale to była już prawie przesada. Dostrzegł nawet przedstawicieli barbarzyńców, których rodacy od stuleci toczyli wojny z Cesarstwem.

W końcu jednak pokiwał głową ze zrozumieniem. Byli na jednej z planet Ligii Kupieckiej, tu - w przeciwieństwie do większości innych światów Cesarstwa - liczyły się głównie umiejętności i zasługi, a nie narodowość przodków.

***

Gdy usłyszał o przedstawicielach Wodnej Rasy, więzionych na pośredniczym statku, w jego sercu zapłonął płomień ciekawości. Na Madoku był pierwszy raz, a sama rasa Oroymów należała do najbardziej tajemniczych i fascynujących obcych, jakich udało się odkryć człowiekowi. Mimo stuleci koegzystencji ludzie o podwodnych jaszczurach nie wiedzieli prawie nic.

W myślach kapłan podziękował Wszechstwórcy za ogrom tajemnic, które ten zgromadził w tym wspaniałym miejscu i za to, że to właśnie jemu, skromnemu duchownemu, dane będzie je zbadać.

Przez chwilę walczył ze strachem związanym z wejściem na cudzy pokład, między egzotycznych srogich marynarzy. Wygrała jednak chęć poznania niewiadomego.

- Pani? Jeśli nie masz nic przeciwko, potowarzyszę ci w tym spotkaniu. Wszak muszę zadbać o bezpieczeństwo twej duszy, w obliczu nieznanych mocy tych obcych istot.

***

Gdy zeszli pod pokład w nozdrza kapłana uderzył dziwny, rybi smród. Po chwili zobaczyli też same klatki.

Z żalem spojrzał na dumnych niegdyś przedstawicieli podwodnej rasy, wciśniętych obecnie w małe, brudne wanny. Przełknął ślinę. Nawet jeśli istoty te były na tych terenach wrogami ludzkości, sposób w jakie się je tu "przetrzymywało" wywoływał ból w sercu starego Eskatonika. Jego uśmiechnięta zazwyczaj twarz ściągnęła się w grymasie głębokiego żalu.

Nawet nie zauważył kiedy mimowolnie zbliżył się do klatki. Z wnętrza spojrzały na niego wielkie, mokre oczy uwięzionego obcego. Rybia skóra wydawała się gdzieniegdzie chorobliwie popękana - zapewne od obtarć, wynikających z ciasnej celi.

Położył ostrożnie dłoń na jednej z krat więzienia. Jego oczy zaszkliły się, gdy jeden z więzionych oroymów przekręcił się boleśnie w jego stronę i wydał z siebie przeciągły ni to śpiew, ni jęk cierpienia. Kapłan, nadal oszołomiony całą sceną, powoli odwrócił się do Pośredników.

- Macie zamiary wpuścić ich, gdy odpowiedzą na wasze pytania? - obawiał się jednak, że zna odpowiedź.


[IMG]file:///C:/Documents%20and%20Settings/jan/Pulpit/li/post11_pliki/lurel.jpg[/IMG]
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 23-08-2010 o 23:15. Powód: Post jest kompilacją wpisów wszystkich uczestników ses. Do scalenia doszło po padzie serwera i utracie wcześniejszych danych.
behemot jest offline  
Stary 23-08-2010, 10:37   #3
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
- SIERŻANT JAKE WILKENSON PROSI O POZWOLENIE ZEJŚCIA NA POKŁAD – gruby, tubalny głos obwieścił inspekcję. Evros na dźwięk nazwiska drgną i po chwili zastanowienia ruszył w kierunku Aspazji. Stanął za nią i powiedział:
- Ten Jake, to kawał skurwysyna, za przeproszeniem szefowo. Jego kompania nie na darmo nosi nazwę Niesławnych Bękartów. Często wynajmują się szlachcie, nie zawsze do czystych robót. Najczęściej operują na voldrukańskim froncie. To dziwne, że tacy zabijacy są wynajęci do patrolowania tych wód. Doradzam ostrożność…
Wkrótce na pokład wkroczył przywódca Kajdaniarzy wraz z obstawą. Varass otaksował uważnym wzrokiem towarzyszącą Wilkensonowi dwójkę ochroniarzy. Pierwszy był Voldrukiem, wielkoludem z barami szerokimi jak u niedźwiedzia i z równie imponującym toporem. Drugą postacią była drobna kobieta, ubrana w obcisły egzotyczny kombinezon. Evros miał problemy z rozszyfrowaniem pochodzenia kobiety, za to jej kolekcja broni była równie imponująca jak wzrost jej rudawego kolegi. Oboje uważnie rozglądali się po pokładzie, a ich rozbiegane oczy rejestrowały wszystkie szczegóły.
Wilkenson zaczął rozmowę z Aspazją, która, ku uldze Evrosa przebiegała dość spokojnie. Kajdaniarze szukali zaginionego statku „Medusa”, który zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach, a będący na usługach szejka Bękarty, robili za straż patrolową. „To jednak musi być grubsza sprawa, nikt nie wynajmuje Niesławnych do pilnowana łowisk.” Póki co jednak Varass cały czas milczał pozwalając by to baronówna z kapłanem prowadziła rozmowy z inspektorami.
On wykorzystywał ten czas do obserwacji poczynań pozostałej dwójki. Kiedy voldruk skończył przeszukiwać pokład, nie znajdując na nimi nic podejrzanego, ruszył pod pokład - do kajut i maszynowni. Komandos ruszył za nim, ale zatrzymał się przy zejściu na dół. Mogło to podejrzanie wyglądać, gdyby chodził za sprawdzającym po całym statku. Przypomniał sobie jednak, że pod pokładem w maszynowni została Nadia. Nie wiedział na co mógłby poważyć się ten barbarzyńca, ale widział na froncie ich zezwierzęcenie i bestialstwo porównywalne ze zwierzętami. Ufał jednak jednej zależności, cechującej ich nację z rubieży, słuchali rozkazów silniejszych, a Wilkenson był niezłym skurwielem w tej materii.
*****

Aspazja przyjęła zaproszenie na statek patrolowy bez ociągania. To zmartwiło Evrosa, musiał jej towarzyszyć jako eskorta, a na statku Kajdaniarzy, mógł być ktoś od Pośredników, ktoś kto mógł go rozpoznać. Mieć ponownie na głowie zabójców Gildii mu się nie uśmiechało, tym bardziej teraz, kiedy miał przed sobą szansę na zdobycie środków, które pomogły by mu w zemście. Nie mógł sobie pozwolić teraz na wpadkę… choć z drugiej strony nie dziwił się Pośrednikom, że są na niego tacy zawzięci. Dwaj agenci, których załatwił podczas zamętu na voldrukańskim froncie… pracowało na jego niekorzyść i chociaż miał dobre alibi, to jednak nie sądził, że zdołałby je wytłumaczyć klingom z Gildii Zabójców.
„Niech to szlag” – zmełł przekleństwo w ustach, kiedy przekraczał trap na frachtowiec, idąc tuż za plecami baronówny. W duchu chwalił siebie, za to, że ściął włosy do zera, chociaż to zmieniło jego wygląd od czasu tamtych zdarzeń, niestety blizna na prawej skroni – pamiątka po kampanii na Stygmacie, została. Szedł jednak spokojnie za resztą, karabin maszynowy przewiesił przez ramię, a lufę skierował ku ziemi, nie chcąc drażnić najemników. Uważnie notował w umyśle rozkład korytarzy i kabin przez jakie się przemieszczali, wraz z liczbą Kajdaniarzy, których zdołał zauważyć. Wreszcie dotarli do kabin gdzie byli przetrzymywani Oroyme. Pierwsza weszła Aspazja i Nicodemus w towarzystwie przywódcy Bękartów. Evros został w korytarzu. Był tuż za drzwiami, więc gdyby coś się działo, był pod ręką, a w małym pomieszczeniu gdzie Kajdaniarze trzymali więźniów nie było zbyt dużo miejsca.
Oparł się plecami o ścianę i obserwował drugi wejście to które prowadziło z pokładu. Nacisnął patrolówkę głębiej na czoło. Nagle z podcienia korytarza wychwycił jakiś ruch a jego ręka powędrowała natychmiast do kabury. Po chwili jednak opuścił rękę.
- Varass? – mała, szczupła, szczurkowata postać wyszła z cienia – To Ty? Zresztą co ja pierdolę to na pewno Ty, tej blizny bym nie zapomniał. A Evros zaklął w myślach. Rączka, że też ze wszystkich męt tych Światów, musiał akurat spotkać takiego co go znał?


- Rączka? Myślałem, że zdechłeś w tej dziurze na Hargardzie? – zapytał zimno Evros. – Co tu robicie? Szejk dobrze płaci? Bo chyba na rybki się Bękarty tu nie wybrały?
- A no nie… Kompania dostała zlecenia patrolowania tego zadupia, jakieś sześć czy siedem tygodni temu, sześciu ludzi zaginęło bez śladu, a Jake się wściekł jak jasna cholera i postawił na nogi całą Kompanię, by pociągnąć winnych do odpowiedzialności. No i kisimy się tutaj jak pieprzone śledzie, w dodatki Ci za drzwiami śmierdzą jak beczka zatęchłych makreli. Z drugiej strony szejk nieźle płaci? A Ty, bo chyba nie powiesz mi, że na wakacjach jesteś? – wskazał na karabin żołnierza.
- Robię za ochronę tej baronówny, co to jej łódź sprawdzali Wasi. Wiesz, wakacje i zachcianki szlachcianki – zaśmiał się pod nosem, by dodać autentyczności wypowiedzi.
- Niezła fucha, przynajmniej szansa dostać kulkę mniejsza – Rączka wyrzucił dopalonego papierosa na ziemię i zapetował. – Słuchaj – rozejrzał się jeszcze raz by upewnić, czy są sami – nie wiem, czy Cię to interesuje, ale jest w porcie agent Pośredników, który wypytywał o jakiegoś Evrosa, byłego oficera cesarskiego. Strasznie skurwiel zawzięty, nie wiem, czym ich tak wkurwiłeś, ale radzę uważać. O mnie się nie bój, nie widziałem Cię… to tak w ramach starych znajomości.
Usłyszeli ciężkie kroki na schodach. Rączka nerwowo rzucił: -Bywaj. I ruszył w przeciwną stronę nie zwracając na Varassa więcej uwagi.
Evrosa nie ucieszyły te wiadomości, miał tylko nadzieję, że nie zostaną na Madocku wystarczająco długo, by Pośrednicy dobrali mu się do tyłka. Po schodach zszedł rudy voldrukanin i wraz z nim stanął przed drzwiami, komandos nie zwrócił na niego uwagi. Czekał, aż Aspazja wyjdzie i będą mogli wrócić na statek.

Pełne emfazy powitanie w wykonaniu Nicodemusa było początkiem udanego przedstawienia. Przez krótką chwilę zastanawiała się ile szaleństwa może drzemać w statecznym, starszym kapłanie. Nie przegapiła faktu, że ukrył symbol, który zwykle nosił na wierzchu. Słabo orientowała się w religijnych niuansach, ale tym razem postanowiła, że w wolnej chwili uzupełni swoją wiedzę i wypyta spowiednika o przyczynę tego gestu. Na razie uścisnęła ramię Nicodemusa i wyszeptała.
- Bardzo ładnie powiedziane. – Doprawdy zaczynali tworzyć zgraną kompanię.
Potem Nadia udowodniła, że nie tylko zgraną, ale i pełną inwencji, Aspazja słuchała o muszelkach z rozszerzonymi źrenicami, bardzo bliska parsknięcia śmiechem. Wielki klucz w ręku młodziutkiej inżynier doskonale wpasował się w malowany wspólnie groteskowy obraz. Sama baronówna z ulgą oddała pałeczkę Nicodemusowi i Nadii i przestała paplać o aurze i rybkach. Zaschło jej w gardle i marzyła o kieliszku czerwonego wina.

Z zainteresowaniem przyglądała się załodze Jake’a Wilkensona i łatwo dała się namówić na wejście na statek kajdaniarzy. Nicodemus wahał się chwilę ale i w kapłanie zwyciężyła ciekawość. Ewentualnie poczucie obowiązku. Evross ruszył z nimi, nawet nie musiała posyłać mu pytającego spojrzenia. Miał dosyć niezadowoloną minę, co właściwie ją bawiło. Miała jedynie nadzieję, że na tej wycieczce nie będzie musiał niczego wysadzać.

***

Pomieszczenie przerobione na wiezienie dla obcych sprawiało przykre wrażenie. Kiepskie światło, wanny i szum pomp, i zapach obcych, subtelny, ale niezwyczajny ludzkiemu powonieniu. Fregatą silnie kołysało. Aspazja wzdrygnęła się lekko, ale w końcu puściła ramię Nicodemusa i podeszła w stronę Oroyome.

Jej zainteresowania skupiały się na biologii obcych. Kultura i polityka obchodziły ją dużo mniej. Toteż teraz gdy usiadła przed zbiornikami z Oroyoma nie zupełnie wiedziała jak rozpocząć rozmowę. Bo chciała być grzeczna. Niech otaczające Was wody zawsze będą czyste, niech Was wiodą wartkie prądy, a ławice ryb same wpływają w Wasze sieci? Może tak? Brzmiało nieźle, choć za cholerę nie mogła sobie przypomnieć jak jest w oroyme jest sieć. Problem jednak w tym, że były to jej czyste wymysły, zwyczajowe oroymskie powitania wymknęły się jej pamięci.

Za to parę innych rzeczy wiedziała od razu. Więźniowie byli mężczyznami w wieku około 30 lat, czyli wedle standardów tej rasy żyjącej dłużej niż ludzie, młodzieńcy. Obydwaj zbudowani atletycznie, niespokrewnieni, bo mieliby albo ten sam kolor oczu, albo kształt płetwy na głowie. Obydwaj też mieli rzadki odcień skóry, z tego co pamiętała występujący przede wszystkim u Rylenów, a za który odpowiadał recesywny allel OTK6. Ten oliwkowybłękit prawdopodobnie wkrótce u oroyoma zaginie. Zdecydowania chciała próbki ich DNA.
- Jivazz ti noonta - podzielmy się szerokim morzem – pamięć zadziałała niespodzianie i przywołała typowe oroyomskie pozdrowienie. Aspazja lekko pochyliła głowę przed więźniami. Przyglądała się im przy tym uważnie. Nie uśmiechała się, większość obcych ras w pierwszym kontakcie odbierała uśmiech jako grymas złości.Pod przeciwległa ścianę stał stołek, Aspazja przemaszerowała przez pomieszczenie, przestawiła go sobie w pobliże więźniów i usiadła. Na podłodze było sporo śluzu. Teraz już także był on na butach i spodniach baronówny.
- Uwolnicie ich jeśli wam pomogą? – zapytała Wilkinsona nie odwracając wzroku od Rylenów – Mam jakąś kartę przetargową w tych negocjacjach?
- Jeśli nie mają nic wspólnego z zaginięciami, to nie ma ich co trzymać.
To była niezła odpowiedź. Miała nadzieję, że uspokoi trochę Nicodemusa.
- Nazywam się Aspazja Mercouri i muszę wam zadać kilka pytań. –starannie dobierała słowa, posługiwanie się językiem płazów nie było takie proste, gardło bolało ją już po pierwszych zdaniach - Szukamy zaginionych kutrów rybackich. I ich załóg. Czy coś o nich wiecie?
Obcy rozsunął trzecią powiekę i spojrzał na nowych ziemców. Przez chwilę trwał w bezruchu obserwując ją żółtymi ślepiami. Tylko skrzela falowały nerwowo w zanieczyszczonej wodzie. W końcu z jego gardła wydobył się przeciągły i zawodzący głos:
- Sen ei vetta maa Baboon - "To nie są wody dla Ziemców" a może "To nie miejsce dla obcych"? Więżień używał innego dialektu niż popularna Tapol, przez komunikacja była jeszcze trudniejsza.
- Babok ei vier talos shfleer syvyyk - to było trudniejsze, "jesteście przeklęci przez bogów" to nie brzmiało dobrze, a może "nie jesteście gośćmi w domu..." Shfleer był jednym z bogów, tym żyjących w głębinach, choć składnia mogła sugerować ostrzeżenie "nie schodźcie w otchłań". Zapytała co czycha w głębinach.
- Dedym soturi nukkua syvyyk - "kasta wojowników broni otchłani", a może "niebezpieczny łowca czeka w ukryciu".
- Co on tam śpiewa? - zapytał sierżant. Uspokoiła go, że na rozmowy potrzeba czasu.
- Nie mamy czasu, rybacy giną, a skoro nie chce gadać to znaczy, że coś ukrywa. Zaraz mu pokażę, co oznacza opór. - Sierżant jak w amoku chwycił pręt podłączony kablem do agregatora, kopnął maszynę na rozruch i wsadził koniec pręta do drugiego zbiornika, drugi Oroyme zatrzepotał konwulsyjnie gdy woda przejęła ładunek, powietrze wypełnił odór smażonej ryby.
- Sierżancie! To inteligentne istoty... - zaprotestowała Aspazja.
- Tak, inteligentne, podstępne i zdradzieckie. Powiedz temu drugiemu, że jeśli nie powie nam wszystkiego to jego towarzyszy zostanie ugotowany, a potem on. Przetłumaczyła słowa kajdaniarza.
- Kun kuori henki vapaa olen iloinen Jadhirine lahella devo dralloch mina asun jallen. - "Gdy pęknie skorupa ja będę wolny" to nie miało sensu "Gdy zniknie więzienie będę pływał po jasnym oceanie", ale Jadhirine oznaczało też raj Oroymów. Devi Dralloch oznaczało też najwyższego boga Oroyme. Może chciał powiedzieć "Gdy umrę moja dusza trafi do raju pod opieką boga i narodzę się ponownie". Istoty z głębin wierzyły w reinkarnację i cykl życia, dla nich śmierć była tylko przejściem do kolejnego wcielenia, albo wstępem do raju. Mimo to zapytała ponownie o rybaków i zaginione kutry:
- Babok dedyn babok. - "Człowiek człowiekowi rekinem", dopytała kim są owi ziemcy.
- Babok dagan ve babok krillos. - do Bractwa Daganów należeli rybacy, którzy szanowali Oroyme, zaś Krillos oznaczało dawną niszczycielską rasę sprzed wieku.
- Babok Krillos?
- Babok Krillos, babok hirvio, sisua merihirviö. - "Człowiek niszczyciel, człowiek diabeł z trzewi lewiatana"
- Potrafisz opisać jak wygląda ten lewiatan?
Z krtanii obcego wydobył się zawodzący jęk
- Ei nay eivat kuule laulu merihirvio suuri Krillos verten Dagan krillos verten adaym verten anog verten dahun derion verten lukabankor verten oroy verten tial - "nie widział pieśni wielki lewiatan demon zły dla Oroyme, Ziemców i Koła Istnienia" zdawało jej się, że mówił z lękiem, choć nie mogła być pewna emocji i prawdomówności jeńca.

Ukłoniła się i podziękowała za odpowiedzi. Jej twarz zastygła w maskę od chwili gdy Wilkinson zaczął torturować więźnia. Teraz podeszła do mężczyzny. Patrzyła mu prosto w oczy.
- Kilka spraw sierżancie. Po pierwsze zapomniał się pan wydając mi polecenia. Wierzę jednak, że to jedynie zdenerwowanie i słuszna chęć wypełnienia rozkazów i niesienia pomocy zaginionym. Po drugie, ja niezwykle poważnie traktuję dane mi obietnice. Oroyoma nie mają nic wspólnego z zaginięciami. Odpowiada za to człowiek. Opisali go jako niszczyciela, diabła z trzewi lewiatana. To już zagadka dla pana sierżancie. Podejrzewam, że wie pan co nieco o miejscowych bandytach i którzy z nich mogą dysponować okrętem zasługującym aż na miano lewiatana. Po trzecie chciałabym zobaczyć jak zgodnie z danym mi słowem wypuszcza pan więźniów.
- Ah no tak - odparł kajdaniarz - naprawdę podziwiam romantyczną wiarę szlachty w honorowe rozwiązania, zwłaszcza gdy ta wiara sięga czynów. Niestety historia wojen to pasmo zwycięstw większych drani nad szlachetnie poległymi. A mi nie spieszno umierać i szczerze mówiąc uwielbiam zwyciężać choćby podstępem. To nie jest romantyczne, ani szlachetne, to konieczne, robię to co musi zostać zrobione. Ta opowieść o złym człowieku ma sens, ale skąd pewność, że Oroyme cię nie okłamał? Czy ktokolwiek na jego miejscu przyznał by że jego ziomkowie zabijają naszych? Mówił to co chcieliśmy usłyszeć by ratować swój ogon. A ja mam mu uwierzyć? Może lepiej jeśli poczekam aż wyzdrowieje profesor, może tortury wycisną więcej z ich zimnych ciał. - powiedział zimnym głosem.
- Nie kłamał – oczywiście tak właśnie myślała, ale nie miała pewności, w jej głosie jednak żadnej wątpliwości nie było – A ty raczej nie masz czasu żeby czekać aż ci jakiś profesorek ozdrowieje, bo twój diabeł narobi więcej szkód.
Podeszła do najemnika. Wspięła się na palce żeby zbliżyć swoją twarz do jego.
- A ja wtedy postaram się żeby wszyscy wiedzieli że wiedziałeś. I że nic nie zrobiłeś– wyszeptała z bardzo bliska, tak, że czuł jej ciepły oddech na uchu.
- Poza tym sierżancie Wilkinson – kończyła już normalnym tonem odsunąwszy się od mężczyzny – mój romantyczny rozumek podpowiada mi, że nie będzie się pan znęcał nad niewinnymi.
Wyciągnęła do kajdaniarza rękę.
-Trudna współpraca, ale współpraca. Jak mawiają … gdzie indziej.
Pozwoliła żeby mężczyzna przetrzymał jej dłoń w swojej trochę za długo.

Potem jeszcze raz ukłoniła się obydwóm obcym i szybkim krokiem wyszła z pomieszczenia.


Żagle fregaty już dawno zniknęły za horyzontem, załoga Pluskacza mogła odetchnąć z ulgą. Przynajmniej niechciani obserwatorzy nie zaprzątali ich myśli. Samopoczucie pogarszał wzmagający wiatr, który świszczał na wantach i nieustannie szumiał. A coraz wyższe fale kołysały statkiem, czyniąc poruszanie się po pokładzie o wiele trudniejsze, tak że większość załogi zdecydowała się skryć w messie czy kajutach.

Nadia dokonała przeglądu znalezisk, sama skrzynia miała ponad dwa metry długości i niewiele mniej obwodu. Nie była w stanie ocenić wieku zdobyczy, tuba otwierała się na pełnym przekroju, ale wieko zostało zatrzaśnięte a pierwsze próby podważenia nie przyniosły rezultatu. Z boku komory znajdował się czterocyfrowy zamek bębnowy, w ostateczności czekało ich tylko 10000 kombinacji, w sam raz na długie godziny rejsu. Był też czytnik kart magnetycznych, ale dawno pozbawiony energii, a bez samej karty lub przynajmniej kodu nieprzydatny, na obydwu dnach wystawały wiązki kabli, zarówno zasilania jak i komunikacyjny. Evros przytargał z głębin maszynę myślącą, to była ich szansa, pierwsze godziny minęly na oczyszczeniu tranzystorów z warstwy soli i wszystko szło po jej myśli, lecz przy ostatecznym podłączeniu zasilania ekran komputera zalśnił tylko na chwilę, a zaraz potem z kostek pamięci posypały się snopy iskier. Tego już nie dało się uratować, a całe urządzenie mogło posłużyć już tylko jako zapas części zamiennych. Ciekawostką było to, że skan eteru wykazywał bardzo nikłą aktywność w głębi stalowej trumny. Czekała na nich nagroda, jednak musieli na nią jeszcze poczekać.
- Żagiel na horyzoncie. - zakomunikował strużujący na mostku Soren - Nie daje znaków życia, nie odpowiada na wezwanie, nie oświetlony, normalnie Latający Ligenhajmczyk.
Aspazja zarządziła kurs na drugą jednostkę, zbliżał się wieczór, co w połączeniu z zachmurzonym niebem i lekką mżawką ograniczało widoczność. Mimo to ujrzeli przeciążony, nieoświetlony kuter z jednym masztem, na którym jeszcze wisiał podarty i targany wiatrem żagiel, bulaje na burtach były powybijane, takielunek uszkodzony, zaś przede wszystkim pokład był pusty - martwy. Zauważyli jeszcze napis na burcie:
"Meduza"

Już z daleka statek wyglądał jak awangarda tragedii i nieszczęścia. Połamane maszty i poszarpane resztki ożaglowania i takielunku smętnie zwisały z resztek rei. Obraz nędzy i rozpaczy, na domiar złego, napis „Meduza” widniejący na burcie, oznaczał, że znaleźli statek, którym tak interesowały się Bękarty. Na pokładzie nie było widać żywej duszy, zionęło ciszą i pustką, co potwierdzało tragiczność zdarzeń jakie musiały mieć miejsce na zaginionym kutrze.
Aspazja podjęła decyzję o sprawdzeniu tego statku – widma. Evros i Soren mieli jej towarzyszyć, w końcu coś, lub ktoś z napastników mógł być jeszcze na statku. Zanim jeszcze przekroczyli trap przerzucony na „Meduzę”, przygotowali się gruntownie do eksploracji. Były Gwardzista Feniksa zabrał pistolety i karabin, do którego przyczepił latarkę, żeby mieć obie ręce w razie czego wolne, a na statku nic nie zapowiadało by oświetlenie działało. Kiedy wchodzili na zrujnowany kuter, Varass cicho powiedział do reszty towarzyszących mu osób:
- Baronówna wybaczy, ale teraz będzie po mojemu. Znaczy, że macie mieć oczy dookoła głowy, nie rozchodzić się i mieć broń w pogotowiu… i nie pajacować – tą ostatnią kąśliwą uwagę rzucił, do jeszcze uśmiechniętego Sorenajeśli to coś co załatwiło kuter, lub ktoś, jest tam jeszcze, możemy stracić coś więcej niż jajca. Nie wiem jak Wy, ale ja lubię każdą część mojego ciała.
Wrzucił niedopałek papierosa do wody i ruszył pierwszy po skrzypiącym i bujającym się trapie. Zapalił latarkę przy karabinie maszynowym i oświetlając sobie drogę ruszył sprawdzić górny pokład. Wszystko było porozrzucane i połamane, w sterówce wszystkie elektroniczne sprzęty były zniszczone, a stoły strzaskane w drobny mak, wyglądało na to, że na całym statku nie było zasilania, co zresztą już wcześniej sugerowały Evrosowi nie działające agregaty i brak ich charakterystycznego szumu.
Gdzieniegdzie znajdowali ślady krwi, o ile się nie mylił, ludzkiej krwi. Nie było za to żadnych ciał, choć załoga tak dużego statku rybackiego musiała być spora, co najmniej kilkanaście osób, choć osobiście Varass nie zdziwiłby się jakby było to i około trzydziestu rybaków. Brak ciał oznaczał, że albo zabrano i ich do niewoli, albo po prostu wyrzucono trupy za burtę – tylko po co jeśli i tak statek miał zostać opuszczony?
******

O ile na pokładzie, pomimo zbliżającego się zmierzchu i zachmurzonego nieba, panował półmrok, to pod pokładem było już ciemno, że oko wykol. Schodził ostrożnie, uważając by stopa nie poślizgnęła się na mokrych od wody i szlamu, metalowych, ażurowych schodach. Latarką oświetlał sobie drogę, kiedy dotarł do dna łodzi, stwierdził, że woda sięgała mu do kolan, to by tłumaczyło dlaczego statek wyglądał na sporo zanurzony. Widocznie podczas walki, uszkodzony został kadłub okrętu i nabierał on wody, a to znaczyło, że powinni jak najszybciej zabierać stamtąd swoje osoby. Nagle usłyszał plusk wody i jakby jej szmer wywołany jakimś ruchem. Oświetlił miejsce skąd dochodziły dźwięki, latarką, ale nic nie zauważył. Zrzucił to na karb swojej podenerwowanej wyobraźni, która dodatkowo karmiła się ciemnością pomieszczenia i jego nieco klaustrofobicznym rozmiarom.
Kroczyli powoli w wodzie, a porozrzucane regały i inne sprzęty utrudniały przemieszczanie się. Do tego ciągłe szmery i hałasy. Evros czuł, że nie są tu sami, że są obserwowani z ukrycia. Z tej plątaniny cieni, ciemności, zniszczonego wyposażenia i zwisających ze sufitu zerwanych wiązek kabli, ktoś lub coś ich obserwowało.

Wszędzie błękit, nad głową i pod stopami rozlało się niebo. Pachnie przestrzenią i wolnością. Światło lekko zawieszonego słońca to oczywiście tylko część tego, co może zaoferować ten dziwny świat. Ale to nie było wtedy ważne. Nic oprócz błękitu nie miało jakiegokolwiek znaczenia.
Jasnym staje się fakt, iż przecież jest to rzeczywistość marzenia, czyli jednak snu. Tak, musiało dojść do tego, że Dean zrozumie pewne rzeczy. A wtedy tak dużo przestało się liczyć. Jakie to smutne...
Dlaczego nie można po prostu spać? Istnieć w kreowanej przez samego siebie rzeczywistości, gdzie ani podłość, ani smutek nie mają wstępu. Nic, co złe nie może być przecież składnikiem marzeń dobrego człowieka. Jest to, czego nie potrafimy pojąć – harmonia stworzona tylko z jedną ze stron.
Ale póki co Dean dopiero zaczynał rozumieć, że rzeczywistość w której się znajdował to przecież tylko sen. W dodatku sen ułomny, bo opatrzony świadomością. Mimo wszystko miał jeszcze chwilę na wciągnięcie do płuc duszy atmosfery marzeń.

Nic nie może być tak idealne jak ów błękit. Niezmącona niczym faktura nieba widziana oczyma duszy nieistniejącego tam człowieka, cóż za doznanie! Ostatecznie i tak to wszystko jedynie było... Przecież na plan snu wchodzi ktoś. Nie kobieta, nie mężczyzna, tylko ktoś. Ten nieokreślony materialnie byt burzy ład i spokój tego miejsca, chociaż niewątpliwie nadaje mu nowego uroku. Teraz jest błękit, jest Dean i jest ktoś. Pełnia.
- Wiesz, że niedługo się obudzisz, prawda? A tam nie będzie już ani błękitu, ani mnie. Będziesz tylko ty zamknięty w samym sobie, przeżarty światem i podporządkowany śmiesznym konwenansom. Wiesz, że tak będzie, ale czy zdajesz sobie sprawę dlaczego? - mówiło ktoś.
- Powiedz mi – odrzekł Lajtinger samemu dziwiąc się swej dosłowności.
Błękit zafalował, wiatr zaszumiał, a ktoś odszedł.
- Sam musisz do tego dojść – usłyszał jeszcze Dean.
Później mężczyzna się obudził.

Kącik, w którym drzemał kapitan „Szybkiej Rybki” nie był niczym więcej, ani mniej, niż schowkiem. Dean przypominał sobie, że przyszedł tutaj, aby chwilę odpocząć od całego rozgardiaszu poszukiwań i, co wydaje się bardziej oczywiste, znaleźć hak i jakąś wędkę. W końcu nie samym żeglowaniem człowiek żyje.
Cicha i spokojna atmosfera skłoniła Lajtingera do podjęcia decyzji o odpoczynku. Mężczyzna usiadł na znajdującej się nieopodal skrzynce i począł rozmyślać. O wszystkim i o niczym, w końcu miał odpoczywać, nie przeciążać mózgownicę.
Najwidoczniej zmęczony trudami całego dnia poszukiwań zwyczajnie zasnął. W końcu nie jest jeszcze taki stary, aby w pełni wypoczęty dawać się porwać Morfeuszowi. W ogóle nie jest stary!

Kiedy Lajtinger z powrotem znalazł się na pokładzie, okazało się, że kilku załogantów wybrało się na wycieczkę na statek kajdaniarzy, że nurkowie znaleźli coś, co powinno zainteresować Lajtingera, a wszystko jest oczywiście pod kontrolą.
- I czego nikt mnie nie budził?! - wykrzykiwał Dean machając rękami. - Po coś chyba jest cholerny kapitan.
I co tu teraz robić? Na statek kajdaniarzy raczej nie było po co iść. Jeżeli już udałoby mu się tam wejść, to guz pewno i tak murowany... Czekać tu nie wypadało, w końcu Lajtinger był kapitanem statku i poczuwał się do odpowiedzialności reprezentowania załogi w takich sytuacjach.
Cóż to była za pogmatwana sytuacja...
Dean zdecydował się jednak czekać.

Po powrocie Aspazji, Evrosa i Nicodemusa, krótkim przedstawieniu swojego stanowiska w kwestii umyślnego umniejszania kompetencji kapitana, Lajtinger pozwolił wszystkim zająć się znaleziskiem nie pracując przy tym przy akompaniamencie jego zawodzeń. Mężczyzna umilkł, kiedy ostatecznie upewnił się w przekonaniu, że spał gdzieś w schowku na narzędzia pod pokładem, gdzie nikt przecież nie mógł go znaleźć. Zresztą póki co lepiej było zająć się znaleziskiem, a sam Lajtinger także nie potrafił gniewać się na piękne kobiety.

Na horyzoncie ukazał się statek. Właściwie, to strzęp statku, bo tego co zostało z tej łajby na pewno nie można było określić dumnym mianem „statku”. To coś, co pewno nie raz zostało nazwane wrakiem (o ile ktokolwiek widział kiedyś ten statek w jego obecnym stanie) dryfowało teraz w ich stronę. Trudno było uwierzyć, aby ktokolwiek mógł znajdować się jeszcze na pokładzie Meduzy, jak głosiła nazwa wymalowana na burcie tego byłego statku. Ale kto wie? W końcu nie takie rzeczy już się zdarzały. A pomocy nie powinno się odmawiać nikomu.
Swoją drogą, to ciekawe co tak urządziło Meduzę. Czy te rybowate stworki z głębi morza naprawdę miały z tym coś wspólnego? Niewiarygodne. Ale czy świat i wszystkie jego procesy zasługiwały na miano wiarygodnych?
Aspazja kolejny już raz dosłownie zlekceważyła Lajtingera i wyruszyła na pokład Meduzy. Póki co nie znajdowali się na Rybce, jednak takie zachowanie szlachcianki potwierdzało jedynie opinię Deana o niej, jako rozpieszczonej, dumnej, zarozumiałej... laleczce, oraz nie wróżyło niczego dobrego w dalszej znajomości. Po prostu ideał feministki.
Co prawda Lajtinger nie miał nic przeciwko zbadaniu Meduzy, jednak lekceważenie go, a nawet zwyczajne ominięcie go podczas rozmyślania było dla niego jak potwarz. W swoim długim życiu Dean przyjął jednak tyle policzków wymierzanych mu pięknymi rączkami przedstawicielek płci pięknej (aczkolwiek nie słabej), że zdawało się, iż potrafi już sobie radzić z takimi zadziornymi panienkami.
Mężczyzna stanął obok z trapu z dłonią opartą o kolbę pistoletu i czujnie oczekiwał na to, aby poznać, jaki będzie dalszy przebieg wydarzeń.

Obrali kurs na Ayan. Zapowiadała się fatalna burza i choć Aspazją kusiło, żeby trzymać kurs kajdaniarskiej fregaty i sprawdzić czy Wilkinson wypuści więźniów, a może nawet zejść pod wodę jak to zrobi, nie chciała ryzykować niczyjego życia. Czuła się odpowiedzialna za załogę, która wypłynęła z nią na te wody.

Nadia dokonywała cudów próbując otworzyć znalezisko, Aspazja trochę asystowała dziewczynie, ale w niczym nie umiała pomóc, więc wkrótce zajęła się swoimi sprawami.

Przygotowała próbki. Z fregaty kajdaniarzy wyniosła na portkach całkiem sporo materiału. Pieczołowicie umieszczała go w próbówkach. Od jakiegoś czasu badała specyficzne błędy kodu DNA, jej zdaniem noszące znamiona obcej ingerencji, zbliżone u wszystkich znanych rozumnych ras. Posługiwała się przy tym dosyć przestarzałą metodę PCR-RFLP, której wadą było to, że wymagała dużej ilości próbek. Jednocześnie jednak w PCR Aspazja wszystko była w stanie zrobić sama, na aparaturze, która nie zajmowała zbyt wiele miejsca. Oczywiście w tej chwili cały drogi sprzęt był na Rybce. Poza tym poprosiła Varassa o pomoc przy zarzuceniu na dno włoka. Na razie burza nie ścigała ich na tyle szybko, żeby drobne opóźnienia były niebezpieczne, a Aspazja cały czas miała nadzieję złowić orotikta. Po zarzuceniu sieci płynęli w lekko zwolnionym tempie. Do wieczora zebrała niezły przekrój morskiej fauny. I ani kawałka orotikta.

Czekała ją jeszcze rozmowa z Ryokshą. Mężczyzna, o którego wypytywał kajdaniarzy miał zbyt wiele cech wspólnych z ziemcem opisanym przez Oroyoma. Chciała wypytać pilota o Czarnego Beliaha i „Zemstę Diabła”. Ale wtedy zauważyli Meduzę.

Niewiele brakowało żeby to Nicodemus powstrzymał ją przed wejściem na pusty statek. Nie twierdzeniem, że czuje zło na obcym statku, to raczej pobudzało ciekawosć Aspazji, ale deklaracją, że idzie z nią, bo nie może zostawić jej duszy wystawionej samotnie na niebezpieczeństwo. Na szczęście w końcu kapłan dał się przekonać do pozostania na miejscu.

***

Szlachcianka przebrała się w kombinezon, już suchy, syntjedwab sechł błyskawicznie, przypięła do pasa pistolet, niewielki, prawie standardowy model fobusa. Zabrała także swój jatagan i eteroskop. Przeszukiwali statek systematycznie. Nie było szalupy ratunkowej, więc może statek nie był jednak świadkiem żadnej rzezi. Co jednak spowodowało, że został opuszczony? To pytanie nurtowało ich wszystkich. Przy braku elektroniki eteroskop był nieprzydatny. Przez chwilę grzebała w urządzeniu próbując przestawić je na odbieranie ciepła zamiast fal elektromagnetycznych. Poza tym trzymała się blisko Varassa. Nie dlatego ze się bała widoku krwi, której zresztą było bardzo niewiele. Ale odczuwała grozę tego statku-widma, bardziej niż chciała się przyznać. Na szczęście drżenie mogła zwalić na przenikliwe zimno.

Bo suche ubranie miała tylko kilka pierwszych minut. Fale uderzały o Meduzę z hukiem, powoli pochylając jej prawą burtę. Gdy pękła cześć lin trzymających wielki metalowy kontener, statkiem zachwiało i fala wdarła się na pokład. Na Aspazji nie została sucha nitka. Ustała jednak na nogach, ale od tej chwili trzymała już dłoń na chłodnej rękojeści jataganu, a jej oddech wyraźnie przyspieszył. Wyostrzone do granic możliwości zmysły odbierały nieznaną woń, ale nie umiała zlokalizować jej źródła.
- Czy wam też się wydaje, że coś nas obserwuje? - zadała to pytanie głośno.
Potem w ciemnościach korytarza najniższego pokładu dostrzegła sylwetkę wielkości człowieka. Dałaby sobie głowę uciąć, że kształt trzymał w ręku siekierę.
- Tam – krzyknęła. I bez zastanowienia puściła się w pogoń. Wpadła do zalanej wodą olbrzymiej ładowni.

Ładownia była do kolan zalana wodą, jednak przebudzony ocean trząsł łodzią, raz za razem przelewając masy wody z jednej strony na drugą. Większe skrzynie była mocno przytwierdzone pasami do podłoża, lecz i tak w wodzie pływały fragmenty drewna, plastikowe pojemniki i inne pokładowe śmiecie. Pomieszczenie było duże i wysokie, w ustach czuć było sól wody, a w nozdrzach wilgoć. Akustyka pomieszczenia odbijała każdy szmer, huk oceanu poza statkiem i głosy badaczy.

Mężczyźni ujrzeli chyżą szlachciankę opartą o jedną ze skrzyń mniej więcej na środku magazynu.
- Co ty do cholery robisz? - wycedził Evros.
- To coś uciekło tutaj, musimy to znaleźć. - z pomieszczenia było jeszcze drugie wyjście, prowadzące na mostek, więc i tak im po drodze.
- Nie możesz się oddzielać od nas, to niebezpieczne. - ostrzegł najemnik, szlachcianka odwróciła się w jego stronę szykując słowną ripostę... a potem widzieli tylko jak w jednej chwili ugina kolana i obraca się by zasłonić się trzymanym w ręce jataganem. Echo poniosło brzdęk stali rysującej stal. Poleciały iskry, gby broń obcego ześlizgnęła się po zakrzywionym ostrzu i uderzyła w obojczyk szlachcianki. Widzieli jak siła ciosu w połączeniu z ruchem statku przewraca ją na plecy.

To był instynkt, intuicja kazała jej się obrócić i zasłonić, na tyle szybko by wychwycić błysk glewii, ale nie dość szybko by przybrać postawę obronną. Uderzenie było dość mocne by zachwiać jej równowagą i przewrócić w czarną toń. W jednej chwili poczuła sól w ustach, szczypanie oczu i rany na obojczyku. Krwawiła. Po omacku uchwyciła leżącego w wodzie miecza. Ostatnim sprawnym zmysłem starała się usłyszeć zapowiedź kolejnego ataku...
Sierżant niestety nie zdążył powiedzieć Sorenowi nic na temat Czarnego Beliaha, czego ten już wcześniej by nie słyszał. No, może nie licząc tych mrożących krew w żyłach informacji na temat zdolności samego kapitana oraz jego okrętu. Może i powiedziałby więcej, gdyby rozmowy nie przerwała Nadia, drąc się tak głośno, że pewnie Oroyme na dnie ją słyszeli. Soren zaklął w duchu. Gdy reszta pobiegła pod pokład sprawdzić co się dzieje, on schował się w nadbudówce, za sterem, gotów w razie problemów ruszyć pełną parą naprzód. Nie było to dobre wyjście, ale w przypadku strzelaniny najlepsze. Na szczęście do niczego takiego nie doszło, on zaś przegapił okazję zobaczenia Nadii w boju. Ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Gdy trójka gości, kapłan, baronówna i jej ochroniarz wyłonili się spod pokładu praktycznie natychmiast przeszli przez trap i zniknęli gdzieś na Wesołym Jacku. Jednak nim to się stało Soren podszedł od tyłu do Wilkensona i wyszeptał mu na ucho:
- Sierżancie, gdyby zupełnym przypadkiem wiedział Pan o Beliahu, lub czymś co mógł ostatnio tu gdzieś sprzedać, to proszę mnie mieć w życzliwej pamięci.
Po czym wcisnął mu do dłoni skromny upominek. Sierżant tylko kiwnął głową i schował rękę do kieszeni.

Oczekiwanie na powrót towarzyszy umilił sobie wpatrując się w uspokajającą zieleń sonaru. Nuda całkowita. Ani sonar, ani radar nic nie wykrywały, radio milczało, a przez makrokular widać było tylko fale i chmury.
W końcu okręty zostały rozłączone i Kajdaniarze popłynęli w swoją stronę. Oni też długo nie stali w miejscu. Zgodnie z wolą baronówny obrali kurs na Ayan. Wydawało się to niemożliwe, ale chmury nad ich głowami wciąż gęstniały. Podobnie gęstniała ciemność, powodowana nie tylko warunkami pogodowymi, ale i coraz późniejszą godziną. W pewnym momencie na horyzoncie zamajaczyła jakaś sylwetka. Jeśli wierzyć odczytom radaru, zbliżali się do jakiegoś okrętu.
- Tu Pluskacz, tu Pluskacz, niezidentyfikowana jednostko zgłoś się - nadał Soren przez radio. Odpowiedział mu jedynie szum.
- Pluskacz wzywa niezidentyfikowaną jednostkę, Pluskacz wzywa niezidentyfikowaną jednostkę. Odbiór - nadał ponownie, ale odpowiedzi wciąż nie było.
Gdy zbliżyli się wystarczająco, że dało się określić z czym mają do czynienia ponowił próbę, ale bez rezultatu. W końcu wziął skrzekotkę i zaalarmował załogę.

Chwilę później Pluskacz odwrócił się i powoli zrównał się z nadpływającym statkiem, skierowany dziobem w tę samą stronę, a później zsynchronizował prędkość. Okręt, który mieli obok siebie, był kutrem, niewiele większym od tego, którym sami płynęli. Wg. nieco zatartej, ale wciąż czytelnej tabliczki na dziobie - "Meduza". Czyli zguba się znalazła.
- Pluskacz do Wesołego Jacka, Pluskacz do Wesołego Jacka, odbiór. - W głośniku tylko szum.
- Pluskacz wzywa Straż Przybrzeżną, Pluskacz wzywa Straż Przybrzeżną, słyszycie mnie? Odbiór.
Nie wiedząc, czy komunikacja zawodzi w obie strony, Soren zdecydował się zameldować o znalezisku i podać swoje współrzędne. Po chwili chwycił swój karabin i wyszedł do przygotowanego już trapu.
Wysłuchał zarządzeń Evrosa z uśmiechem. Dopiero po chwili dotarło do niego co powiedział.
- Że co? Ona idzie z nami? - zapytał pokazując na Aspazję palcem - Stanowczo uważam, że to robota dla mężczyzn...
Widząc, że nikt go nie słucha westchnął, odbezpieczył karabin i przebiegł na pokład Meduzy za pozostałą dwójką. Szedł przed siebie na ugiętych nogach. Gdy weszli do środka zrobiło się naprawdę ciemno, ale jeszcze nie włączał swojej latarki - nie miał na nią wolnej ręki. Rozglądał się uważnie po wszystkich kątach. Otoczenie napawało lękiem, ale z twarzy Sorena nie spełzał uśmiech. W końcu miał zajęcie ciekawsze niż wpatrywanie się w radar. Niestety ceną za to miało być kompletnie przemoczone ubranie - Meduza wyraźnie nabierała wody, choć na szczęście nie na tyle szybko, żeby im coś groziło z tego powodu.

- Czy wam też się wydaje, że coś nas obserwuje? - zapytała baronówna. Postanowił nie komentować. Też czuł się niepewnie, ale całe to "poczucie bycia obserwowanym" wydawało mu się oklepanym motywem z historii, którymi straszy się dzieci.
W pewnym momencie krzyknęła "Tam" i rzuciła się pędem jednym z korytarzy.
- Idiotka! - wrzasnął za nią Soren, ruszając za nią. - I Ty MI mówiłeś, żebym nie pajacował? - mruknął do Evrosa, który nie zostawał w tyle.
Dogonili ją w ładowni, chyba tylko cudem nie rozbijając sobie głowy o żadną z rur wiszących pod sufitem. Jak się okazało, nie była tam sama.
Gdy tylko szlachcianka upadła Soren podrzucił broń do policzka i wypalił. Pocisk uderzył w jedną z rur, krzesząc iskry. Postać odwróciła głowę w kierunku, z którego padł strzał. Pilot przeładował karabin i strzelił ponownie. Tym razem chyba trafił w ramię, choć nie zauważył efektu. Sylwetka zwinnie uskoczyła za jakąś skrzynię, niknąc im z oczu. Soren chwycił za skrzekotkę.
- Jesteśmy atakowani! Rozłączyć statki! Rozłączyć statki! - wrzasnął do towarzyszy, którzy pozostali na Pluskaczu.

Modlił się. Cicho. Gdzieś pod pokładem. W ciemnym kącie, rozświetlonym jedynie bladym blaskiem pobliskiego, brudnego bulaja.

Wydawało mu się, że nadal czuje słodkawy zapach nadpalonego ciała. Czuł go na własnych dłoniach, twarzy, a nawet w długich rękawach własnych szat. Wdarł się on głęboko do jego umysłu i duszy. Nieprzyjemnie drażnił sumienie, szarpał serce i mamił otumanione zmysły.

Nicodemus modlił się, chaotycznie, błądząc rozszalałymi myślami. Modlił się o dusze obcych, ich katów, powodzenie misji, a w szczególności o zrozumienie. Bo zrozumieć ludzkiego okrucieństwa, mimo pięćdziesięciu przeżytych lat, nadal nie zdołał.

Modlitwa, która niosła mu ukojenie, nagle przerwana została impulsem ogromnego bólu. Odległe, widmowe wizje cierpienia i strachu wdarły się z impetem do jego umysłu. Jego oczy zalała krew i słona woda. W zaciśniętych kurczowo dłoniach wyczuł wilgotne, pokruszone szkło. Wizja przerwana została tak nagle, jak nagle się pojawiła, pojedynczym, ogłuszającym jękiem konających dusz. W jednej chwili kapłan zdał sobie sprawę, iż niebezpieczeństwo jest tuż przy nich.

Powstał na nogi, przetarł załzawione oczy i czym prędzej ruszył na pokład ostrzec resztę.

***

- Miałem wizje wielkiego zła, wyrządzonego na pokładzie tego nieszczęsnego statku - wycedził cichym, suchym głosem, spoglądając w zamyśleniu na ponury kadłub Meduzy.

Jego ostrzeżenia na nic się jednak nie zdały. Jemu nakazano pozostać na Pluskaczu, toteż jedynym, co zrobić mógł dla towarzyszy, była ponowna modlitwa. Cieszył się, że Lady Aspazja, dała przynajmniej przekonać się do zbrojnej eskorty. Mimo szlachetnej duszy, zbyt często dawała porwać się niemądrym, młodzieńczym emocjom. Jeśli wizja kapłana była prawdziwa, ryzykowałaby tu nie tylko życiem, ale i duszą.

***

- Nie możemy ich tam zostawić! - wykrzyczał, słysząc przekaz z wnętrza Meduzy! - Na Światło Proroka! Musi być jakiś sposób, by im pomóc!

Mało brakowało, a w bezmyślnym napadzie troski, rzuciłby się w ślady towarzyszy, przeskakując na drugi pokład. Opamiętał się w ostatniej chwili, zdając sobie sprawę, iż sam nie miałby najmniejszych szans, by im pomóc. Westchnął, patrząc bezradnie na resztę.
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 23-08-2010 o 23:15. Powód: Post jest kompilacją wpisów wszystkich uczestników ses. Do scalenia doszło po padzie serwera i utracie wcześniejszych danych.
behemot jest offline  
Stary 23-08-2010, 10:38   #4
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
Evros nie czekał ani sekundy dłużej. Nie tracił czasu na bluzgi pod adresem ich pracodawczyni. Ruszył szybko po schodach ładowni, wystukując ciężkimi butami rytm na stopniach. Był po kolana w wodzie, szybkim krokiem podążał za Aspazją i Sorenem, a włączona latarka na karabinie, oświetlała drgająco zaśmieconą ładownie przed nimi. Gdzieś tam, zniknęła barczysta postać z siekierą lub toporkiem przeciwpożarowym w dłoni.
Baronówna wysforowała się sporo przed nich i nagle zarejestrował ruch z boku. Cień ruszył na nią, zamierzając się na nią bronią, siekiera ześlizgnęła się po ostrzu jataganu szlachcianki. Błysnęły iskry, a kobieta przewróciła się, wydając zduszony okrzyk bólu. Błyskawicznie podniósł karabin maszynowy do ramienia, ale ułamek sekundy przed nim wystrzelił Soren. Kula pilota skrzesała iskry na jednej z wielu prowadzących przez ładownie rur, druga utkwiła w napastniku. Zaraz potem wrogiem wstrząsnęła seria z karabinu maszynowego Evrosa. Komandos wypuścił długą serią w napastnika, chcąc go skutecznie i szybko zneutralizować, póki Aspazja nie stanęła na z powrotem na linii ognia.
Niemalże słyszał głuche plaśnięcia z jakimi wbijały się w ciało maniaka z siekierą, pociski dużego kalibru. Jego sylwetka zniknęła za skrzynią, przed którą stał. Varass nie czekał na reakcje reszty, nie spuszczając z celownika miejsca, gdzie upadł wróg, ruszył jego stronę. Na ugiętych nogach, z palcem na cynglu i celownikiem przy oku, lawirował zręcznie omijając pływające w wodzie śmieci. Podszedł ostrożnie do osłony, za którą upadł trafiony i skąd dobiegały jęki. Kopnięciem wojskowego buta odsunął drewnianą skrzynkę i wycelował w rannego.
Adwersarz, ubrany był w marynarski uniform, w dłoni konwulsyjnie zaciśniętej trzymał toporek strażacki, krwawił z wielu ran na ciele. Z twarzy nie schodził maniakalny uśmiech, groteskowy grymas, teraz jeszcze wzmocniony efektem szoku pourazowego i utraty krwi. Usta wykrzywiły się na tle bladej twarzy i usłyszał mamrotanie konającego:
- Paulusie ratuj, apage demony nie dostaniecie mej duszy gdyż broni mnie wieczny ogień...

Evros uznał to za przed śmiertelne majaki. Jego koniec się zbliżał, a żołnierz nie zamierzał tego przedłużać. Posłał ołowiany pocisk, skracając męki napastnika. Zaraz potem oświetlił latarką resztę zakamarków ładowni, nie znajdując innych wrogów. Dopiero potem podszedł do podnoszącej się z podłogi rannej baronówny i Sorena.

- Nikogo więcej tu nie ma. Ten był sam, o mały włos by mu się udało - wskazał na krwawiącą ranę Aspazji – musimy szybko wrócić na statek i to opatrzyć. Jaśnie Pani ma szczęście, że żyje… - zgryźliwie dodał.

- Wątpię czy to szczęście. Po pierwsze wyczułam zagrożenie, po drugie sparowałam cios, po trzecie – popatrzyła mu prosto w oczy - wynajęłam kompetentnego ochroniarza. Słowo umiejętności pasowałoby lepiej.

- Mogłaś zginąć - głos Evrosa się poniósł, miął to gdzieś, że krzyczy na szlachciankę, była mu równą choć może o tym nie wiedziała - a my wyszlibyśmy na nie kompetentnych kretynów... nie mówiąc już o tym, że twoja rodzina dobrała by nam się do dup. Mamy Cię ochraniać baronówno, więc proszę tego nie utrudniać -głos Varassowi drżał, nie potrafił zrozumieć że ta kobieta, traktowała to tak lekko.

- Evros, ja nie zostaję w drugiej linii. Musisz się z tym pogodzić. Jeśli uważasz , że za mało ci płacę, porozmawiajmy o tym później. Jeśli uważasz, że naraziłam wasz honor, to przepraszam, nie było to moim celem. A co do mojej rodziny, to cóż, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie mają pojęcia gdzie jestem. Ani z kim. Może by się wam upiekło – uśmiechnęła się trochę wymuszenie - A teraz wybacz, jestem przemoczona, wystraszona, zziębnięta i ranna i nadmiar ostrych słów może spowodować że się rozpłaczę. A tego byśmy przecież nie chcieli.

Odwróciła się i podeszła do zwłok, by je dokładnie obejrzeć.


I w tym momencie zrobiło się Evrosowi głupio. Wiedział, że ma rację, ale takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Faktycznie mogła się tak czuć, była w końcu kobietą, a nie żołdakiem przywykłym od takich sytuacji, dla niego to był chleb powszedni, a do niej docierało zapewne dopiero co zrobiła i jakie to było nierozważne. Westchnął ciężko i ruszył za kobietą, nie odzywając się już więcej. Wyglądało na to, że więcej osób nie było na pokładzie. Ze śladów jakie znaleźli, nie bardzo szło wywnioskować, kto ich tak urządził.

W ładowni nie znaleźli nic godnego uwagi, same sprzęty rybackie, sieci, płacze nieprzemakalne i masę innego śmiecia. Kiedy wyszli na pokład, pogoda zepsuła się już do końca, wysokie, spienione fale targały statkiem i było już prawie ciemno.

Zameldował przez skrzekotkę na „Meduzę”:

- Wszystko w porządku, sytuacja opanowana. Zaraz do Was wracamy.

Po czym spojrzał pytająco na pannę Mercouri.
Nadia w cichości ducha przeklinała w piętrowym bardzo obrazowym stylu al.-malickim.
Że tez pod sam koniec pracy nad urządzonkiem jakie dostarczył jej Ervos musiały się posypać nadprzewodniki…
Teraz to co trzymała w ręku nadawało się wyłącznie jako zbieranina części zamiennych.
Odłożyła je z westchnieniem do torby.
Po raz nie wiedzieć który rozejrzała się z niesmakiem po maszynowni w jakiej rezydowała.
Mimo jej starań ni jak nie dawało się doprowadzić tego miejsca do minimum jej osobistych wymogów. Szczerze coraz bardziej nie mogła doczekać się powrotu na Szybką Rybkę.
Tęskniła za swoim aktualnie stałym miejscem pracy, pomieszczeniem gdzie wszystko miało swoje miejsce, jasne oświetlenie nie dawało szans na ukrycie się brudu czy nieporządku.
No i sól w morskim powietrzu…
Z rosnącą irytacją odgarnęła z twarzy sztywniejące kosmyki włosów.
Irytacja niejako brała tez swoje źródło w tym, że nie mogła dobrać się do zawartości sarkofagu, która ją strasznie korciła.

Od niechcenia przetarła po raz któryś narzędzie których przed chwilą używała i wsunęła je na ich miejsce do niezbędnika. Nieco zmrużonymi oczyma przyjrzała się po raz kolejny wyłowionemu z głębin oceanu znalezisku.
Taak, odczyty były jednoznaczne- w środku było coś zasilane energią i to coś nadal działało…

Z wpatrywania się jak sroka w gnat wyrwała ją informacja o pojawieniu się w ich pobliżu kolejnego statku. Na opuszczony statek jaki okazał się Meduzą wyruszyli Evros, Aspazja i Soren.
Nadia usiadła za sterami czuwając nad pracą urządzeń monitujących statek i komunikacyjnych. Co jakiś czas wywoływała starek Pozyskiwaczy, informacja o odnalezieniu Meduzy należała się im jak kość psu, miała też jednak nadzieje, że jeśli na zaginionym statku znajduje się coś interesującego, to jej towarzysze zdążą to znaleźć przed kajdaniarzami.
Nie przepadała za tą gildią, często jej członkowie bywali łowcami nagród, a Surien takim ludziom wolała się nie pchać w oczy za nadto.
Mimo, że przez jakiś czas mżyło, nagle silniejsze podmuchy wiatru musiały rozgonić zachodnie chmury, i Nadia ujrzała słońce złączone się z horyzontem oblanym wodnym przestworem co stanowiło mimo wszelkich utrapień morskich niezapomniany widok.

Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 800x1059.Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 800x1059.

Nagle obserwacje i nasłuch przerwał gwałtowny komunikat Sorena.
- Jesteśmy atakowani! Rozłączyć statki! Rozłączyć statki!
Nadia natychmiast przekazała tę informację komunikatorem do Nicodemusa i Deana, który tego dnia nie czuł się chyba zbyt dobrze, gdyż miała wrażenie że stoi na uboczu wszelkich działań, co zazwyczaj mu się nie zdarzało.
Kapitan prawie bez słowa ruszył by rozłączyć trapy, świętobliwy nie bardzo był pewien co powinien zrobić nico bezładnie miotając się po pokładzie, gdy nagle odgłosy walki dobiegające z Meduzy ucichły, by chwile potem ze komunikatora dobiegł uszu Nadii spokojny głos Evrosa:

- Wszystko w porządku, sytuacja opanowana. Zaraz do Was wracamy.

Nadia ruszyła w stronę głównego pomieszczenia by tam sprawnie zacząć wypakowywać z apteczki co istotniejsze elementy. Nie wiedziała czy ktoś nie jest ranny, a jeśli nie daj ktokolwiek, to baronównie na pewno przyda się taka pomoc.
Gdy wynurzyła się ponownie na pokład zobaczyła, że tuż po tym jak słońce zniknęło za linią horyzontu pogoda na nowo się zepsula powoli przechodząc w burze z prawdziwego zdarzenia.

Sparowała cios, który bardziej wyczuła niż zobaczyła. Niestety statkiem chwiało nieprzerwanie, równowaga zawodziła ją dzisiaj wielokrotnie, cios wyprowadzony ze zbyt dużą siłą zszedł po jataganie na prawy obojczyk. Dała się zranić zwykłą siekierkę ze schowka przeciwpożarowego. Krzyknęła, chyba w tej chwili bardziej ze złości niż z bólu i upadła. Strzały rozległy się właściwie w tym samym momencie.

Poszło bardzo szybko. Jeszcze nie widziała ich w akcji. Obydwaj byli bardzo dobrzy.

Nie zdążyła nic powiedzieć. Evros zaczął rozmowę. Próbowała w jej trakcie być spokojna. Ale było to trudne, nie wiedziała czy ma najemnika krzyczeć czy mu dziękować. Poziom adrenaliny jeszcze nie opadał, i targały nią sprzeczne emocje. Na szczęście się nie rozpłakała. Ramię prawie nie bolało, gdyby nie krew, którą miała na całym ostrzu i ręce mogłaby jeszcze nie pamiętać, że jest ranna. Soren przyglądał jej się spode łba, zdecydowała się udawać, że nie słyszała tej wykrzyczanej idiotki. Z ironią pomyślała, że popisała się umiejętnościami szermierczymi, a teraz dodatkowo wznosi się na szczyty sztuki dyplomacji.

Potem uważnie oglądała zwłoki. Zarośnięty marynarz, ze śladami wycieńczenia, ostatnie dni musiał nie tylko nie jeść, ale i prawie nie pić, uniosła mu powieki, miał rozszerzone źrenice jak po atropinie.
W końcu zrobiła sobie zastrzyk przeciwzapalny. Przewiązała ranę kawałkiem bandaża. Na pytanie Varassa potwierdziła, że wytrzyma, że chciałaby jeszcze przed powrotem obejrzeć statek do końca. No i pobrała od zabitego próbkę krwi.

Groza, którą czuła ostatnie minuty opadała, pewnie dlatego, że napastnik okazał się człowiekiem. Najprawdopodobniej oszalałym ze strachu członkiem załogi Meduzy. Ewentualnie nie ze strachu, lecz pod wpływem narkotyków, z tym podejrzeniem jeszcze się nie dzieliła. Szukała śladów ataku przeprowadzonego na kuter. Nie widziała dziur po kulach, oni chyba zrobili jedyne, żadnych więcej zwłok, a tym bardziej nikogo żywego. Ale narastało w niej przekonanie, że to sprawka człowieka z opowieści Rylena. I w końcu coś znalazła. Brnęła w zęzie po kolanach w wodzie, gdy metalowy przedmiot przeturlał jej się pod stopami. Schyliła się i podniosła granat. Pusty, gazowy.
- No proszę – pochwaliła się znaleziskiem – Jednak narkotyki. Zbadam to na statku. Stawiam na halucynogeny skoro widział w nas demony. Ktoś ma ochotę się założyć? – zażartowała niezbyt udanie, ale atmosfera była ciężka i to było wszystko na co się umiała zdobyć.
- Człowiek człowiekowi rekinem – jak to ładnie ujął Oroyama. –dodała.


Wrócili na Pluskacza. Zdała pospiesznie relacje z tego, co się wydarzyło. Nicodemus pobladł patrząc na jej ranę. Uspokoiła, że z duszą za to wszystko w porządku. Trzymały jej się dziś kiepskie żarty.
- Tam nie ma żadnego zła – powiedziała do kapłana – to znaczy opuszczony statek jest złowrogi i na pewno stała się tam jakaś tragedia, ale byliśmy na nim jedynymi demonami.
Evros skrzywił się lekko na jej słowa. Chyba znowu nie była zabawna.
Może dlatego, że coraz gorzej się czuła z tym, że zabili marynarza. To znaczy zabił Evros, ale gdyby tam nie popędziła nie byłoby takiej konieczności, może daliby rade go jakoś obezwładnić. Myśląc o tym zagryzała wargi aż do krwi.

Nim zabrała się za inne rzeczy, chciała ustalić, co robią dalej.
- Kapitanie, burza nas tak szybko nie dopadnie, prawda?
Lajtinger potwierdził.
- Myślę, że w takim razie moglibyśmy wziąć Meduzę na hol . Po pierwsze to może pomóc w śledztwie, bo faktycznie ktoś na tych wodach morduje ludzi . Po drugie może właściwie rozegrane da nam dług wdzięczności u sierżanta Wilkinsona i jego barwnej załogi. Po trzecie zdaje się jest za to jakaś nagroda. Po czwarte, to jest najciekawsze – odwróciła się w stronę Ryokshy – to może mieć coś wspólnego ze znajomym, którego szukasz, prawda?

***

Potem udała się do kajuty. Z wdzięcznością przyjęła pomoc Nadii. Ręka zdążyła ją już solidnie rozboleć i tylko dzięki latom praktyki w ukrywaniu emocji, zapanowała w trakcie ustaleń nad grymasami bólu. Choć jej uśmiechy nie wyglądały jak powinny. Ukuła się jeszcze kolejnymi zastrzykami, w tym jednym nadprogramowym, Evros przypomniał jej o rodzinie, a naprawdę nie chciała żeby mogli ją teraz zlokalizować.
Nadia założyła kilka szwów i solidnie obwiązała jej ramię
- To następnym razem jak trafimy na tajemniczy wrak idziesz ze mną? – Aspazja co prawda syczała z bólu, ale i tak z przekornym błyskiem w oku wypytywała Nadię – oczywiście jak otworzysz nasz artefakt. Brakowało cię na tym kutrze. Bardzo. Może wydobyłabyś coś z tej rozwalonej elektroniki, no i może poradziłabyś sobie z grodziami, których nie byliśmy w stanie otworzyć.
- Aaa… – przypomniała sobie – grzebałam w eteroskopie. Chyba nic nie zepsułam – odpowiedziała na niezadane pytanie – Może warto by go przestawić na odbieranie ciepła zamiast fal elektromagnetycznych? Albo gdyby się dało na dwie opcje? Byłby o wiele bardziej użyteczny.
Pracowały w jednym pomieszczeniu. Aspazja zbadała jeszcze krew, w której nie było nic szczególnego. Za to użyty gaz wszedł w reakcję z metalem i udało jej się uzyskać pewność, że był to halucynogen. Na Rybce, albo w porcie, korzystając z kontaktów, dałaby radę ustalić jaki konkretnie. A potem może nawet dostawcę. Bo ktoś bardzo brzydko zabawiał się z rybakami.

***

Nadię i Nicodemusa podwodne znalezisko fascynowało najbardziej. Ale Aspazja również zaczynała odczuwać gorączkowe podniecenie. Zgadzała się z młoda inżynier, że starożytny artefakt trzeba otworzyć jak najszybciej i jak najszybciej przenieść na Rybkę, gdzie będzie najbezpieczniejszy.

I ponownie odetchnął z ulgą. Przeszło mu przez myśl, że robi się za stary na tego typu przygody i towarzyszące im gwałtowne emocje. Z trudem uspokoił płytki oddech i nieregularne bicie wystraszonego serca. Wyglądało jednak na to, iż tym razem nie tylko on zareagował zbyt gwałtownie. Ich pilot, spodziewając się zapewne większego zagrożenia, wezwał radiowo Pośredników. Na samą myśl o tych sadystach i ponownym z nimi spotkaniu kapłan mimowolnie skulił się w sobie.

- Sorenie, może zdołasz jednak zmylić naszych "przyjaciół", byśmy nie musieli mieć znowu z nimi do czynienia? Wątpię bowiem, by nie chcieli zagarnąć znaleziska dla siebie.

Na szczęście, samym członkom ekspedycji prawie nic się nie stało, a wróg okazał się jedynie pojedynczą, oszalałą ofiarą. Informacja o odnalezionym gazie, oznaczała jednak prawdopodobnie, iż Nicodemus swoim ostrzeżeniem wprowadził towarzyszy w błąd.

- Wybaczcie - spuścił głowę, wspominając ponownie zesłane mu w czasie modlitwy obrazy i emocje. - Możliwym jest, iż intensywne emocje, które wyczułem, faktycznie wywołane były jedynie gazem ze znaleziska Lady Aspazji. Lecz skąd w takim razie krew i zniszczenia? I gdzie reszta załogi? Porwana?

Postanowił przemyśleć to zagadnienie w późniejszym czasie. Musiał przyznać, iż przyziemne rozwiązanie zagadki trochę go zniechęciło. Gdy niewiadome zostało wyjaśnione, umknął gdzieś cały dreszczyk emocji. Z obecnym problemem zapewne lepiej poradziłyby sobie tutejsze władze i reszta jego towarzyszy. Postanowił pozostawić to im, a samemu zabrać się do obowiązków duszpasterskich.

Gdy zabezpieczono już pokład drugiego statku, uklęknął nad zwłokami zastrzelonego marynarza. Krew z otwartych ran ostrożnie przemył morską wodą, po czym ułożył zwłoki na w miarę czystym kawałku płótna, znalezionym na Meduzie. Z trudem zapalił zabraną ze sobą świecę liturgiczną. Wilgotne powietrze i wzbierający wiatr targały tańczącym chaotycznie płomieniem.

- Słowa Proroka mówią nam, iż dusze nas wszystkich są częścią jednego Świętego Płomienia... - zaczął, kładąc dłonie na zwłokach - I choć jesteśmy jedynie ludźmi i czyny nasze zdają się być niegodne Świetlistej Łaski, wszyscy posiadamy w sobie Jego iskrę - delikatnie przełożył dłonie na czoło marynarza, kreśląc na nich Symbol Wrót - Niechaj iskra twej duszy, rozpalona dobrym i godnym życiem, odnajdzie drogę do Świetlistego Początku. Niechaj nie ima się jej Mrok i dotyk niewidzialnej Pustki, czyhającej w cieniu Gwiazd na wszelkie stworzenie. Odejdź w Światłość. Twe ciało spocznie w pokoju - To mówiąc, zdmuchnął płomień świeczki i owinął zwłoki w płótno.

Był zmęczony. Nawet bardzo. Jednak zamknięta w sarkofagu tajemnica nie dawała mu spokoju. Po zabezpieczeniu płótna ruszył więc pod pokład, ponownie przyjrzeć się podwodnemu znalezisku.

Evros uważnie przeczesywał pokład, badając wszelkie widoczne ślady walki. W wielu ścianach znalazł dziury po kulach, podobnie w drzwiach czy deskach pokładu. Kiedy dokładnie obejrzał drewniane pokrycie kutra, odkrył wiele łusek po kulach kalibru 0.45. Czyli głównie używano broni krótkiej. Liczne ślady krwi znaczyły, że co najmniej kilku z załogi zostało rannych albo zabitych. Reszta musiała zostać albo zabrana, albo po prostu dostali po kulce i wrzucono ich do wody. Granat gazowy, który znalazła baronówna, był pusty, znaczy, że zanim stateczek został zaatakowany, załoga mogła zostać uśpiona lub zatruta. Zbadaniem substancji zajęła się szlachcianka.

Żołnierz czekał, aż wszyscy zejdą z pokładu zniszczonego kutra, po czym zgadzając się z argumentacją Aspazji, przymocował jego cumę, do haka na ich statku. Wzięcie poszukiwanego przez Bękartów okrętu, było jedynym rozsądnym rozwiązaniem, choć nadal miał pewności, że holowana łódź przestała być zagrożeniem. Nie otworzyli wszak grodzi sterowanych elektrycznie, bo cała instalacja padła. Może kiedy oddadzą Wilkensonowi zaginiony okręt odczepi się od nich definitywnie, jak znał życie baronówna będzie chciała go wymienić za tych rybich jeńców… zresztą nieważne.
Aspazja poszła pod pokład, by przebrać się i opatrzyć ranę. „Dobrze” – pomyślał, cały czas wyrzucając sobie, że tak na Nią nakrzyczał. Teraz było mu głupio, bo potraktował ją jak jednego z podkomendnych, a nie niedoświadczoną w walce szlachcianką. Był za ostry, ale może to trochę ją sprowadzi na ziemię, w końcu każdy z nich, mógł przez nią zarobić kulkę albo parę cali stali pod żebra, „co z reguły kończyło się umarciem na śmierć” – pozrzędził w myślach.

Potem sam poszedł pod pokład, chcą nieco się obmyć i zmienić koszulę, w końcu cały był przemoczony i zziębnięty, pogoda robiła się co raz bardziej parszywa. Musiał przyznać, że nie mógł się doczekać, kiedy zawiną do portu, choć wizja bycia poszukiwanym przez agenta Pośreników nie była niczym budującym. Karabin powiesił kajucie, choć miecz i pistolety zabrał ze sobą kiedy wychodził. Udał się do sterówki, gdzie powoli zbierali się pozostali członkowie wyprawy, o ile dobrze zrozumiał komunikaty nadawane przez radio, mieli chyba znowu mieć nieprzyjemność spotkać się z Niesławnymi.

Evros zalał przeciwnika gradem ołowiu ze wspaniałym skutkiem - śmiertelnym. Soren uważał strzelanie taką ilością amunicji za mało wyszukany sposób rozwiązywania problemów, ale ważne, że działał. Szaleniec ze strażackim toporkiem jeszcze wrzeszczał coś, ale szybko został uciszony.
- Sam jesteś apage - mruknął Soren.
Podszedł do stojącej już na nogach Aspazji, stanął do niej tyłem i przez chwilę wpatrywał się w ciemny korytarz, z którego przyszli, trzymając broń w pogotowiu. Na szczęście nikt nie szedł za nimi.
Gdy już mogli być pewni, że są bezpieczni, najemnik zrobił coś, czego Soren zdecydowanie się po nim nie spodziewał: wydarł się na swoją pracodawczynię. Jego podniesiony głos odbijał się echem po ciasnych korytarzach statku. Słuchając tej rozmowy Soren miał mieszane uczucia. Z jednej strony sam nazwał Aspazję idiotką i nadal był zdania, że jej zachowanie było nieodpowiedzialne. Ryzykowała życiem. Nie dość że swoim, które mieli przecież ochraniać, to jeszcze ich, bo przecież biegnąc za nią musieli porzucić ostrożność. Z drugiej udowodniła, że nie jest bezbronną panienką, która nawet na zakupy nie powinna wychodzić sama. Pokazała, że potrafi walczyć i zadbać o siebie.
Gdy napotkał spojrzenie Evrosa kiwnął mu lekko głową na znak, że go rozumie i ma podobne zdanie. W milczeniu przyglądał się temu co robi baronówna, od czasu do czasu rzucając okiem dookoła, na wypadek, gdyby pojawił się jeszcze jeden obrońca Meduzy.
- Wszystko w porządku, sytuacja opanowana. Zaraz do Was wracamy - przekazał Evros reszcie załogi.
- Nie łączyć statków, dopóki nas nie zobaczycie na pokładzie. Powtarzam: nie łączyć statków - dorzucił od siebie Soren, korzystając z własnej skrzekotki. - Jeśli jest ich tu więcej, to stanowczo wolimy walczyć z nimi osobiście, niż pozwolić im przedostać się na Pluskacza - wyjaśnił na wszelki wypadek obojgu towarzyszy.
Odczekał jeszcze chwilę, patrząc jak przeszukują pomieszczenie.
- Idziemy na mostek i próbujemy to odpalić, czy puszczamy na dno? - rzucił pytanie w powietrze.
- Wracamy na Pluskacza i bierzemy na hol - odpowiedziała szlachcianka.

Powrót minął bez dodatkowych atrakcji. Możliwe, że już uporali się ze wszystkimi mieszkańcami statku. Kapłan, gdy ich zobaczył wyglądał co najmniej tak, jakby wszyscy po drodze przemienili się w szalonych marynarzy z siekierami w dłoniach i rządzą mordu w oczach. Przez chwilę wyglądał nawet tak, jakby miał ochotę Aspazję związać i rozpocząć egzorcyzmy. Na szczęście się powstrzymał.
- to może mieć coś wspólnego ze znajomym, którego szukasz, prawda?
Soren już miał odejść, gdy usłyszał pytanie Aspazji. Spojrzał na nią przez chwilę, po czym przyjął minę człowieka, który nie rozumie co do niego mówią i wzruszył ramionami. Nie był pewien, czy chce o tym rozmawiać akurat w tym miejscu i czasie.

- Sorenie, może zdołasz jednak zmylić naszych "przyjaciół", byśmy nie musieli mieć znowu z nimi do czynienia? Wątpię bowiem, by nie chcieli zagarnąć znaleziska dla siebie.
- Jeśli dostali moją transmisję, to obawiam się, że niewiele możemy zrobić, poza posłaniem Meduzy na dno, ale wtedy tracimy i my, i oni. Poza ta sprawa jest całkowicie w ich gestii, więc mają prawo zarekwirować... to coś - odparł wskazując palcem na obiekt, który był już tak zanurzony i przechylony, że nie do końca zasługiwał na nazwę 'statek'.
Poszedł do swojej kajuty, przebrał w suche ubranie, zmienił magazynek w karabinie i w końcu wrócił na mostek. Usiadł za sterem, przez skrzekotkę zapytał Aspazję o kurs, a po ustawieniu tegoż, rozparł się wygodnie w fotelu i zamknął oczy. Na chwilę drzemki mógł sobie pozwolić.
Na wieść o walce rozgrywającej się na „Meduzie” serce Deana na chwilę stanęło. Wierzył w umiejętności załogi i ufał im, jednak przeświadczenie o tym, że oni prawdopodobnie ścierali się teraz ze śmiertelnie groźnym wrogiem (albo i z całą masą wrogów), a on stał bezczynnie na pokładzie Pluskacza nie pozwalała mu myśleć o niczym innym, niż o walczących.
„A wszystko przez nierozwagę Aspazji” - myślał kapitan Szybkiej Rybki. Ta młoda szlachcianka ma w sobie za mało opanowania. Jak można było samowolnie zabrać pilota jego statku na taką „wycieczkę”? Może i byli na jej łajbie, ale Soren nadal pozostawał załogantem Rybki, czyli podlegał Lajtingerowi. Kapitan czuł się ponadto za niego podwójnie odpowiedzialny. Był przecież młody.
Kiedy tylko sprawdzający Meduzę wrócili na statek, Dean poprosił szlachciankę na bok.
- Rozumiem, że poczuwasz się do odpowiedzialności za załogę i chcesz podejmować jak najlepsze decyzję, skarbie, ale samowolne zaciąganie moich ludzi na niebezpieczne terytorium to raczej kiepski pomysł. Nie chcę być upierdliwy, ale czuję się odpowiedzialny za tych ludzi. Następnym razem każdą taką decyzję omów najpierw ze mną - mówił Lajtinger. - A będzie się nam miło współpracowało - dodał z uśmiechem.
Cała kwestia Deana miała charakter bardziej pouczający, niż agresywny. Kapitan Rybki mówił tak, jakby chciał przelać na młodą szlachciankę cząstkę swojego doświadczenia, które, jak powszechnie wiadomo, przychodzi głównie z wiekiem.
Mężczyzna świetnie zdawał sobie sprawę z tego, jaki rezultat może przynieść takie "pouczenie". O dziwo jednak nie zdołał wyprowadzić kobiety z równowagi.
- Dean to doprawdy przemiłe, że tak się o mnie i moich ludzi troszczysz. I zawsze z najwyższą uwagą wysłucham twoich rad. – roześmiała się szczerze i niespodziewanie cmoknęła kapitana w policzek. – A teraz wybacz, przejrzę jeszcze połów. Może znajdzie się w nim coś interesującego. Chociaż niestety nie orotikt – mrugnęła do kapitana i poszła oglądać zawartość włoka.
Dalsza dyskusja na temat „ludzi Aspazji” nie miała sensu. Tej kobiety nie dało się przekonać.
Ale kiedyś przyjdzie taki moment, że nie wystarczy jej ładna powierzchowność, urodzenie i władza pieniądza. Wtedy weźmie sobie do serca wszystkie rady Lajtingera...

Spotkanie z Pośrednikami zdawało się być nieuniknione. Wydawało się jednak, że sama ostrożność powinna wystarczyć w kontaktach z nimi, a wszystko potoczy się dobrze. Dodatkowo Lajtinger potrafił przekonywać innych do swego zdania. A nawet, jeżeli ta sztuka mu się nie uda, to przecież pozostaje jeszcze Aspazja i jej sposoby zjednywania sobie ludzi. Jakiekolwiek by nie były.

Nadia krążyła wokół solidnego stołu na jakim spoczywał artefakt jak księżyc wokół planety. Oprócz niej w pomieszczeniu podekscytowanie nie mogli sobie znaleźć miejsca baronówna Aspazja oraz ojciec Nikodemus. Przed reszta ewentualnych chętnych Nadia bezceremonialnie zamknęła drzwi. W pomieszczeniu już teraz było ciasno, a jeśli ma to otworzyć, to potrzebuj chociaż minimum spokoju. Baronównie i Eskatonikowi pozwoliła zostać z oczywistych względów. Względem Aspazji- zwyczajnie nie wyobrażała sobie reakcji szlachcianki an wyrzucenie za drzwi w obliczu otwarcia jej znaleziska, a jeśli chodzi o Nikodemusa, to z całej załogi on chyba najlepiej mógł znać się na tym co ewentualnie znajdą w środku.No a wsparcie duchowe jakiekolwiek by nie było, przyda się zawsze.

Wyciągnęła z schowka jedną z swoich najulubieńszych zabawek- maszynę myśląca, lub jak ją krócej nazywano w Gildii- komputer. Razem z nim wydobyła pęk kabli. Pierwsze od czego musi zacząć to znalezienie odpowiedniej mocy napięcia jakiego potrzebuje zasilanie okablowania sarkofagu.
Spotkała ją miła niespodzianka, zasilanie jakie było niezbędne było identyczne z zasilaniem baterii w jej komputerze- więc ta kwestię ma już z głowy.
Obejrzała z uwagą czytnik kart, po chwili aż z wrażenia sama pacnęła się w czoło. Przecież Evros razem z owym urządzeniem jakie było aktualnie zasobnikiem części zamiennych dał jej kartę magnetyczna! Jest szansa, że wytwór Drugiej Republiki wciąż będzie działać...

Wstrzymując powietrze podłączyła zasilanie do obwodów wokół czytnika kart. Po chwili diody kontrolne rozjarzyły się zielonym światłem, na znak gotowości urządzenia do pracy.

Aspazja nieświadomie naśladując Nadię też na moment zapomniała oddychać. Sama jak dotąd tylko raz przez kilka minut oglądała znalezisko. Nie miała wiele nadziei, że potrafi je otworzyć, ale szukała ukrytych zamków niczym w misternej szkatułce na klejnoty, albo , ta opcja podobała jej dużo bardziej, czegoś co zamkiem może się wydawać jedynie z punktu widzenia obcej , zupełnie inaczej zbudowanej rasy. Niestety żadnych wejść na macki, płetwy ani kłujki. A teraz coś zaczęło działa.
- To chyba dobrze, że świecie się na zielono- baronówna roześmiała się
-Co dalej, Nadiu? I co to u diaska jest? Może czas zacząć robić zakłady?
-Yhymmm, na razie zielone światełko oznacza, że działa czytnik kart, teraz proponuje robić zakłady, czy karta zadziała...A co do zawartości...trudno mi ocenić. Ale cokolwiek by w środku nie było, biorąc pod uwagę wiek samego sarkofagu, będzie to stare...i bardzo cenne.

Nadia skupiona na spokojnym działaniu odpowiadała szybo i raczej odruchowo.

Spokojnym jak wydawało się obserwatorom ruchem przejechała przez czytnik znalezioną przez Evrosa kartą.
Dioda ponownie zapaliła się na zielono, podobnie jak kolejna z trzech znajdujących się po prawej stronie czytnika. mimo to nie stało się nic więcej. Dwie diody plunęły równym jasnozielonym światłem, ale trzecia ciągle pozostała martwa.

-Ktoś ma jakieś pomysły, co dalej?
- Mam -
Aspazja pokiwała głową z poważną miną - Nicodemus się pomodli.
- No nie do końca o to mi chodziło, acz zawsze szczera modlitwa głęboko wierzącej osoby jest pomocna.


Nadia ponownie uważnie zaczęła oceniać sarkofag, i w końcu znalazła to czego szukała.
Cieniutki, acz mocny przewód biegnący od bębnowego zamka do czytnika.
- No to teraz cię mam!

Cyfrowy zamek bębnowy. Dziwne połączenie, ale jak widać skuteczne. Czterocyfrowy zamek, kombinacji odpowiednio dużo by wywołać porządny ból głowy kilku osób i sporo czasu. Chyba ze weźmie się go sposobem...
Nadia odwróciła się na pięcie od zamka, wzięła stołek i usiadła przy podłączonym do zasilania komputerze.
Zachowywała się jakby zupełnie zapomniała o ludziach z jakimi znajdowała się w pomieszczeniu czy zadaniu jakie ją czekało.
Palce młodziutkiej Inżynier zdawały się śmigać bez udziału woli po klawiszach maszyny myślącej, jakiej blask bijący z ekranu dziwnie odbijał się w jej oczach, zdając się załamywać światło w źrenicach.

Po jakimś czasie z wyrazem satysfakcji na twarzy oderwała się od komputera.
-Dobrze, sadzę, że już wiem jak pokonać ostatnie zabezpieczenie.
Z tymi słowami podłączyła się za pomocą kolejnego kabla do owego cienkiego przewodu.
Ciemna płytka wyświetlacza przy zamku rozjarzyła się deliaktnym błękitem.
Nadia znad klawiatury komputera uśmiechneła się tylko szelmowsko i leciutko zatarła ręce.
Nagle na ekranie wyświetlacza zaczęły się pojawiać przewijające się w błyskawicznym tempie cyfry.
Nagle pierwsza kolumna zatrzymała się na cyfrze 2, po chwili dołączyła do niej 7, dłuższą chwilę minęło nim pojawiła się kolejna 2, a tuż za nią 3.
Liczba 2723 płonęła ciemno niebieskim blaskiem na tle błękitu wyświetlacza.
Ostatnia z diod przy czytniku kart zapłonęła zielonym światłem.

Z cichym sykiem sarkofag zaczął się otwierać. Na podłogę zaczęły spływać falami chmury mroźnego powietrza, ścieląc się nad podłożem jak dywan.
Cała trójka obecnych w pomieszczeniu z mieszaniną nadziei, lęku i podniecenia wpatrywała się w obraz dziejący się na ich oczach. Impulsywna szlachcianką nie wiedzieć czemu rzuciła się na Nadię ściskając ją i wykrzykując gratulacje pod jej adresem.
Po chwili wewnątrz coraz szerszej szczeliny w sarkofagu dal się zauważyć jakiś ruch...

Ciemność... kapsuła... co się dzieje? ile to lat?
Diagnostyka w toku..............
Mechanika - Sprawny
Oprogramowanie - Sprawny
Systemy bojowe - Sprawny
Systemy komunikacyjne - Sprawny
Obwody zasilania - Awaria - Zasilanie pomocnicze
Czujniki - Sprawny
Ktoś jest blisko kapsuły, a to znaczy, że kapsuła jest na powierzchni, bo nikt nie byłby w stanie przeżyć na takiej głębokości. Nawet ja...
Napęd - Brak połączenia
Uzbrojenie - Brak połączenia
Kamery - Brak połączenia
Systemy podtrzymywania życia - Brak połączenia
Systemy bezpieczeństwa - Brak połączenia
Diagnostyka poziomu 2 zakończona.
Coś się stało z Heliosem, to dziwne. Czuję, choć nigdy tego nie doświadczałem, że Helios jest nie tylko poza zasięgiem.
Skan otoczenia - Dwa prymitywne statki morskie, około siedemdziesięciu żywych istot, głównie ludzie.
Nie ma teraz czasu analizować uczuć, muszę wymyślić jak dostać się na Heliosa, i wykonać misję.
Cholerna dyrektywa Alfa654c, gdyby nie ona mógłbym nadal walczyć u boku kapitana Avrama, a tak muszę wykonać rozkaz i dostarczyć te dane, czymkolwiek są.
Dobrze pora sprawdzić kapsułę.
Diagnostyka kapsuły EV372 - szczątkowe zasilanie, niewystarczające do otwarcia włazu, jedyna możliwość wyjścia otwieranie ręczne.
Dane.
-Uszkodzona kapsuła
-Słabe baterie
-Ograniczona amunicja

Sugestie.
1- Mogę wyjść w dowolnym momencie, ale zrobię to wolno i niezdarnie, a pewnie i głośno.
2- Mogę poczekać aż ci, który mnie wyłowili otworzą kapsułę.
a) mogę zaatakować
b) podjąć próbę dialogu
c) udawać uszkodzoną jednostkę, licząc, że nie potrzebują części.

Wnioski.
2b z w razie potrzeby 2a, powinny wystarczyć.

W czasie jaki pozostał do otwarcia kapsuły, Kano sprawdził broń, działała tak jak powinna, bateria była naładowana, i mechaniczne rozkładanie pracowało płynnie.



Po kilku godzinach oczekiwania i po tym jak czujniki wykryły, ze znajduje się już całkowicie poza wodą, ktoś podłączył zasilanie do kapsuły i rozpoczął łamanie kodu.

Po chwili właz kapsuły się otworzył, zrobił to majestatycznie i cicho, całkiem inaczej niż Kano zakładał. Do wnętrza wlało się ciepło i światło. Do czasu, aż temperatura się nie wyrówna czujniki mogły zawodzić, ale Kano był prawie pewny, że w pomieszczeniu znajduje się tylko trójka ludzi.

Zastanawiał się, jak zareagują na jego aktywność, ale uznał, lepiej ich zaskoczyć, niż dać się zaskoczyć w ciasnym wnętrzu. Postanowił wyjść z kapsuły.




Z min ludzi, których zobaczył mógł spokojnie założyć, że czego jak czego, ale nie spodziewali się zobaczyć wychodzącego, zdrowego i w pełni sił mężczyznę.
A właśnie takiego zobaczyli, metr dziewięćdziesiąt, dobrze zbudowany, choć bez jakoś specjalnie mocno zarysowanej muskulatury, z krótkimi brązowymi włosami, i oczami w stalowym kolorze. Mundur także był niezwykły. Był czarny, z grafitowym przeszyciem, do tego na kołnierzu pagony komandora, skóro podobne ochraniacze na nadgarstkach i kabury na obu udach, przy czym ta na prawym z jakąś dziwna pałką. Twarz była raczej z tych budzących zaufanie, o mocnym zdecydowanym wyrazie.
Wyszedł z kapsuły, stanął w pozycji "spocznij" rozejrzał się i powiedział.
- Przejdę od razu do rzeczy. - głos miał niską barwę, ale brzmiał wyraźnie i mocno - Nazywam się Kano, jestem komandorem w gwiezdnej flocie, na ważnej misji, nie wiem, gdzie obecnie znajduje się mój okręt, ale za wszelką pomoc w jego odnalezieniu zostaniecie solidnie wynagrodzeni. Kto dowodzi ta jednostką, i czy dysponujecie statkiem gwiezdnym, czy też mam szukać pomocy gdzie indzie? - Rozejrzał się jeszcze raz po obecnych, zastanawiając się jaki będzie ich ruch. Był gotów do walki, zwłaszcza, że czujniki kapsuły powiedziały mu, że teraz ma tylko sześciu przeciwników, a z tyloma powinien w razie konieczności poradzić sobie nawet na słabych bateriach.

Gdy z oparów starożytnego sarkofagu wyłoniła się ludzka postać, Nicodemus odruchowo wstrzymał oddech. Jego oczy rozszerzyły się do granic możliwości, a z ust wyrwał się cichy jęk zdziwienia. Z trudem podniósł szczękę z powrotem na swoje miejsce i zakreślił drżącą dłonią Krzyż Wrót.

Wbrew pierwszym podejrzeniom, nie była to jednak jedna z tajemniczych, świetlistych potęg Empireum, ani animowane tajemniczą mocą szczątki jakiegoś świętego.

Ze słów (słów!) tego człowieka wynikało, że był jakimś wojskowym na ważnej misji. To nie miało sensu! Kapłan nerwowo przechylił głowę i wygiął ciało w bok, jakby chciał zajrzeć za postać, by upewnić się, czy nie ma za nią przypadkiem czegoś wartościowego. Bo przecież sarkofag świadczył o znalezisku wielkiej religijnej wagi! Duchowny poczuł się oszukany. No cóż... wypadało mieć przynajmniej nadzieję, iż postać ta, bezprawnie zajmując święty sarkofag, wiedziała, co stało się z poprzednią zawartością.

- Szlachetny Komandorze Kano! - zaczął, występując do przodu ze znakiem kościelnego błogosławieństwa - Mam zaszczyt powitać cię na pokładzie jednostki szlachetnej Lady Aspazji Mercouri! Zechciałbyś może zdradzić nam, gdzie znajduje się prawdziwa zawartość tego świętego naczynia, które raczyłeś chwilowo zająć swoją osobą? Mam nadzieję, że nie pozbyłeś się jej, szukając schronienia? Musisz bowiem wiedzieć, iż prawdopodobnie posiadała wielkie religijne znaczenie!

Kapłan z trudem ukrywał swoje poirytowanie.

"Hah! Wojskowi! Pewnie bezmyślnie zniszczyli bezcenny artefakt, wykorzystując technologię starożytnej skrzyni do jakichś przyziemnych, wojennych gier!"

Karcąco łypnął okiem, przytupując ze zniecierpliwieniem osandaloną stopą.
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 23-08-2010 o 23:14. Powód: Post jest kompilacją wpisów wszystkich uczestników ses. Do scalenia doszło po padzie serwera i utracie wcześniejszych danych.
behemot jest offline  
Stary 23-08-2010, 10:39   #5
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
Tego się chyba nie spodziewała. Patrzyła jak postać wstaje ze swojej dotychczasowej trumny. Nic nie wskazywało na hibernację, nie było systemów podtrzymujących życie, nie miałby czym oddychać, przypominały jej się naprędce najdziwniejsze opowieści o ludzkich wytworach z czasów drugiej republiki, właściwie to liczyła na coś niezwykłego, właśnie tak niezwykłego, tylko może na wytwór obcej, zaawansowanej cywilizacji. Ale to był człowiek, na to wskazywały jej zmysły. Mówił z akcentem, którego nie umiała zlokalizować i nie miał prawa przetrwać w tej trumnie na dnie morza. Nie spocił się, nie wyglądał na zdezorientowanego. Był tak zmodyfikowany genetycznie? To chyba niemożliwe. Przynajmniej według jej wiedzy? Albo nie był człowiekiem? Obcym? Demonem? Maszyną? Właściwe słowo czaiło się gdzieś na skraju świadomości Aspazji.

Pozwoliła żeby wstał. Nie miała nawet ze sobą broni. A jeśli on jest bronią? Odruchowo wysunęła się przed Nadię.

Na szczęście „Znalezisko” przemówiło i uspokoiło nieco myśli baronówny. A Nicodemus przypomniał, że nie jest w swym zmieszaniu sama. Poczuła ochotę żeby to coś dotknąć.
- Komandorze Kano. Jesteśmy zaszczyceni mogąc pana poznać. - skorzystała z przykładu kapłana i też użyła tytułu. Wyciągnęła do mężczyzny dłoń. Statkiem nie zakołysało, ale momentalnie poleciała do przodu.
- Przepraszam – zaczerwieniała się odsuwając się od komandora – Zazwyczaj nie jestem taka … niezgrabna.
Był ciepły, miał mięśnie twarde niczym Vuldrokański barbarzyńca. A może bardziej.

- Gości pan u mnie komandorze, choć na wynajętym kutrze. – Uśmiechała się niepewnie, rumieniec jeszcze nie schodził z jej policzków - I tak, mamy statek gwiezdny. Jest pan komandorem Gwiezdnej Floty należącej do …? I w którym roku?

Zmierzył kapłana wzrokiem, a na znak błogosławieństwa skłonił głowę.
---------Cel atakuje--------
Brak broni. Nie stanowi zagrożenia.
Kano błyskawicznym ruchem złapał kobietę, aby nie uderzyła w niego, ta jednak oparła się o niego. Kiedy sytuacja została opanowana, puścił ją. Jak na razie ta trójka nie stanowiła zagrożenia.

- Przepraszam – zaczerwieniała się odsuwając się od komandora – Zazwyczaj nie jestem taka … niezgrabna. -
- Gości pan u mnie komandorze, choć na wynajętym kutrze. – Uśmiechała się niepewnie, rumieniec jeszcze nie schodził z jej policzków - I tak, mamy statek gwiezdny. Jest pan komandorem Gwiezdnej Floty należącej do …? I w którym roku? -

- Moim kapitanem był Avram Mantchevitz, fota składa się z jego statków, a także statków należących do Lucasa Kombei. Ostatnia data co do której mam pewność to rok 3813, kiedy flota toczyła bitwę w obronie planety szlachetnego Kombei. - Przeniósł wzrok na kapłana - ta kapsuła nie jest świętym naczyniem, służyła jako prywatna kapsuła ratunkowa mojego kapitana. Wysłał mnie na jej pokładzie z misją, niestety gwiezdne wrota uległy uszkodzeniu i kapsuła rozbiła się na dnie. A mówiąc w tym temacie, nie podziękowałem jeszcze za uratowanie. - Skłonił się w stronę Aspazji - Czy mogę liczyć na pomoc? Kapitan Avram zlecił mi zadanie, i zamierzam się z niego wywiązać, a potem wrócić na pokład Heliosa. - Obejrzał się za siebie i ruszył do kapsuly, sięgną do jej wnętrza i wyjął, zbroję.


- O ile to możliwe chciałbym ruszyć najszybciej jak będzie to możliwe. Choć zakładam, że macie jeszcze wiele pytań. -

Druga republika. Przełknęła ślinę. To nie modyfikacja genetyczna. Nie demon. To … Maszyna. Maszyna myśląca , wyglądająca i zachowująca się jak człowiek. No to ostatnie to może niekoniecznie.
Każdy człowiek by spanikował, każdy.
- Obawiam się – przyglądała się komandorowi uważnie, jakby miała nadzieję na ślad, na odrobinę chociaż strachu – ze żaden Helios już nie istnieje. I że nie ma rozkazów których aktualność mogła przetrwać tysiąclecie. Druga republika dawno upadła.
- Wybacz szlachetna pani, ale mój kapitan odniósł zwycięstwo. Zniszczył wrota po stronie napastników, a co za tym idzie, planeta szlachetnego Kombei przetrwała, gdyż wrota z drugiej strony były odcięte przez samego hrabiego Lucasa. Więc o ile nie walczyliśmy z rasą, która potrafi przemierzać galaktykę bez wrót, zwyciężyliśmy. Moja misja polega na dostarczeniu danych Panu Kombei, jako jednemu z towarzyszy kapitana Avrama. Helios natomiast był cudem nawet w drugiej republice, poza tym wiedziałbym gdyby został zniszczony.
Zaczynała kojarzyć. Jeszcze wydawało jej się, ze może pamięć płata jej figle, może jednak podstawia nazwiska pod złe przydomki, ale rzut oka na Niucodemusa wystarczył żeby wiedziała.
- Twierdzisz, że służyłeś apostołom. – to nawet nie było pytanie – I teraz chcesz odszukać jednego z nich? Gdzieś na zaginionym świecie?
To było niewiarygodne. I bardzo chciała żeby było prawdą.
- Przepraszam. – powiedziała powoli. - Absolutnie, bezwarunkowo, muszę napić się wina. – Otworzyła drzwi. Musiała też głęboko zaczerpnąć powietrza. Odwróciła się do reszty.- Powiem wszystkim.
- I zaraz wracam. Ktoś pije ze mną?
- O ile nie przeszkadza ci moje towarzystwo Pani, to chętnie się napiję. Będziemy mogli kontynuować rozmowę. - ruszył w stronę szlachcianki, ale po dwóch krokach się zatrzymał - Chyba, że tylko maskujesz wyjście, aby ustalić wersję z towarzyszami? Wtedy poczekam tu, nie mam nic do ukrycia, i nie mam wrogich zamiarów, ale oczywiście jako że jednostka należy do ciebie, możesz zażądać abym opuścił jej pokład. Ze swojej strony zaręczam, że jesli takie będzie twoje życzenie zrobię to natychmiast.
- Nie -roześmiała się – Nic nie maskuję. Jeszcze zdążymy się o tobie narozmawiać. Chodźmy w takim razie na górny pokład wszyscy. Ja pierwsza żeby nikt za szybko nie zaczął strzelać.
Ale nim wyszli zadała jeszcze jedno pytanie.
- Czy ty jesteś golemem?
No właściwie dwa.
- Pozwolisz mi się zbadać?
- Jestem czymś więcej - odpowiedział ruszając za Aspazją, i odkładając swoją zbroję. Popatrzył na nią i dodał - Jeśli masz takich wojowniczych towarzyszy to może nie będę nosił pancerza. Weź też moją broń, choć prosiłbym abyś się nią nie bawiła, zanim nie wyjaśnię jak działa, jest naprawdę niebezpieczna. Co zaś do badania, zależy co masz na myśli, nie pozwolę się rozłożyć, ale na badania diagnostyczne poprzez komputer wyrażam zgodę. Niech to będzie potwierdzenie, że nie mam złych zamiarów.

Evros nie bardzo wiedział, dlaczego Aspazja nie pozwoliła reszcie uczestniczyć w otwieraniu tej tajemniczej skrzyni, czy tam sarkofagu znalezionego na dnie morza. Nie sprzeciwiał się, w końcu ona była szefową, a w tej skrzyni nie powinno być nic groźnego. Jeśli były założone tam jakieś zabezpieczenia w postaci pułapek czy materiałów wybuchowych, to był w stu procentach pewien, że Nadia sobie poradzi. Ta dziewczyna z Gildii, mogła być chyba jakimś nieślubnym dzieckiem al-Malików – sądząc ze smykałki do mechaniki i elektroniki.

Wyszedł na pokład i przeciągnął się, rozciągając zastałe mięśnie. Miał już powoli dość tej małej, chyboczącej się krypy i oceanu. Wystarczy już mu błękitu wody na jakiś czas. Pospacerował po pokładzie, sprawdzając umocowanie wszystkich pakunków i węzeł liny holującej zniszczoną „Meduzę”. W sieci Aspazji chyba nic się nie złapało. W sterówce Soren pewną ręką prowadził łódź wprost do portu macierzystego. Wyglądało na to, że powoli udawało im się zostawić burzę za plecami, a tylko jej peryferyjne podmuchy od czasu do czasu targały kutrem.

I choć cieszył się, z powrotu na ląd, nie wiedział, czy w porcie nie będą czekać zabójcy Przewoźników. Miał nadzieję, że nie odnaleźli jego tropu, zresztą dopóki towarzyszy Aspazji, nie odważą się go tknąć w obecności szlachcianki. Bardzo ale to bardzo by im się to nie opłaciło, a ściągnęłoby na Gildię gniew szlacheckiego domu. De Mercouri nie byli może najpotężniejszym Rodem, ale służyli potężniejszym od siebie radą i wsparciem wojskowym. Feudalizm był bardzo prostym systemem zależności, słabsi lub mniej wpływowi, służyli możniejszym od siebie. Z czym nie do końca zgadzał się Evros, szlachta w jego mniemaniu powinna być na każde skinienie Cesarza, służyc mu wiernie ku rozwojowi Światów, a tymczasem dzieliła się na zwalczające się wzajemnie frakcje, czekające tylko na okazję by zdyskredytować Imperatorski Tron. Pycha i zgubna buta, towarzyszyły szlachetnie urodzonym częściej niż odwaga i mądrość decyzji.

Varass, choć sam był szlachcicem nie potrafił się z tym pogodzić. Tytuł należał mu się z urodzenia, ale kiedy został skazany na banicję, odebrano mu tytuł, posiadłość i przyszłość. Z dnia na dzień, właśnie, przez małostkowe szlacheckie rozgrywki, które w wyższych sferach nazywali Grą Domów, stracił wszystko, łącznie z czcią i honorem. Dlatego teraz zamiast dalej wiernie służyć swoim zbrojnym ramieniem Światłu Światów, musiał zarabiać jako najemnik, ochroniarz, czy po prostu karabin do wynajęcia. Licowało to bardzo z jego poczuciem honoru, ale chęć zemsty i odzyskania dobrego imienia była tak silna, że znosił to mimo iż, niejednokrotnie dusza się w nim rwała by zerwać z tym wszystkim.
Jego rozmyślania przerwało wyjście na pokład Aspazji i reszty ekipy majstrującej przy owym znalezionym sarkofagu. Zdumienie Evrosa na widok Kano, szybko zostało rozwiane przez baronównę, która objaśniła im to co do tej pory się dowiedziała.

Evros poczekał kiedy reszta zajmie się owym "znaleziskiem", a sam podszedł do Aspazji i dyskretnie zapytał: - To co wygaduje ten golem, to naprawdę dziwna sprawa... myślisz, że możemy jakoś na tym skorzystać?

- Tak do końca jeszcze nie wiem co myślę. –Aspazja miała właściwie zafrasowaną minę. Czuła się tak rozgorączkowana, że chyba faktycznie podskoczyła jej temperatura. Popijała wino, które rozlała w pękate kieliszki i podała wszystkim chętnym - Na pewno możemy mieć kłopoty. Ale w tej chwili wydaje mi się że są szanse , że mówi prawdę. A ty jak myślisz?

- Wiesz, nie miałabym nic przeciwko odnalezienia świata apostoła Lextiusa. Ale nawet nie umiem sobie wyobrazić konsekwencji takiego wydarzenia.

- Ja? Ja nie jestem do myślenia, ale istnieje duża szansa, że on mówi prawdę, a odnalezienie Zaginionego Świata, to wyczyn, który przysporzyłby Tobie i twojej Rodzinie Aspazjo splendoru, a nam nie ukrywam, że wynagrodzono by to finansowo.

Roześmiała się.

- Myślałam raczej o konsekwencjach politycznych i społecznych. Nie od myślenia! – znowu się roześmiała, wino sprawiało, ze robiła to częściej - zapamiętam i wykorzystam przeciwko tobie.

- Polityka... jak ja nie cierpię tego słowa, zawsze gdy jest coś do ugrania, zewsząd zlatują się sępy..- odpowiedział ponuro.

Baronówna spojrzała na Evrosa uważniej.

- Wybacz bezpośrednie pytanie. – powiedziała powoli– pewnie to ilość wydarzeń w ciągu dzisiejszego dnia źle wpłynęła na moją subtelność. – dodała od razu się usprawiedliwiając - Wplątałeś się w coś? Kiedyś?

- Ja... - urwał na chwilę - Ja nie... mnie wplątano...

Aspazja stoczyła z góry przegraną walkę z własna ciekawością.
- Opowiesz mi?

Evros spojrzał na Nią badawczo, a potem na otaczających im ludzi. Potem odpowiedział: - Może innym razem i w mniejszym gronie. Jedno mogę Ci zagwarantować, nic Wam nie powinno przez to grozić.

Ukryła rozczarowanie pod uśmiechem.

- A propos niebezpieczeństwa, ktoś musi uświadomić Kano, że nie może obnoście się ze swą naturą publicznie. Z rak Inkwizycji moglibyśmy nie dać rady go wyciągnąć. Myślisz… - zamilkła na chwilę - … myślisz, ze on jest bardziej osobą czy rzeczą?

- Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia, myślę, że to maszyna myśląca, w człowieko-podobnej skórze. Wiem jedno, nie pozwól się do niego dobrać Nadii, bo może Inkwizycja być dla niego mniejszym zagrożeniem - próbował rozładować napiętą sytuację żartując.

Baronówna wróciła do reszty, a Evros podążył za Nią, chcąc uczestniczyć w „oględzinach” nowego członka załogi. W zasadzie sam był ciekaw co to za jeden i czuł pewną dozę ekscytacji, miał wrażenie, że otwierają się przed nimi nowe, nieznane perspektywy. Słyszał tyle legend o odnalezionych Zaginionych Światach, że myśl o tym, iż byłby wśród jednych z odkrywców i na niego podziałał stymulująco. Wraz z resztą ochoczo wznosił toast, wydając się być mniej spiętym i ponurym niż zwykle.

Żołnierz podszedł do „znaleziska” i przyglądając się jego broni rzekł:
- Admirale, mógłbym się przyjrzeć twoim ostrzom? Nie co dzień można podziwiać takie artefakty. - Jego własny monomiecz był także starożytną i misterną bronią, ale ich przybysz dysponował zapewne równie ciekawą technologią.

- Komandorze, nigdy nie zostałem mianowany admirałem, i mówiąc szczerze to nie rola dla mnie. Komandor to ranga poniżej Kapitana, przynajmniej tak było w moich czasach. Ta broń, to standardowe wyposażenie oddziałów do zadań specjalnych, jeśli pozwolicie to zaprezentuję jej możliwości. Oczywiście bez strzelania. - Mówiąc o swoich czasach uświadomił sobie, że nie wie, który aktualnie jest rok. Na podstawie zużycia baterii, mógł wnioskować, że minęło około 800 lat, uznał jednak, że tego dowie się później, lepiej sprawiać wrażenie, że dokładnie wie w jakim momencie się znalazł.
Po uzyskaniu zgody wyciągnął rękę po swoją broń, ujął ją stroną zakończoną soczewka od siebie, wycelował w wodę za statkiem i powiedział.

- To można powiedzieć urządzenie wielozadaniowe, posiada możliwość strzelania wiązką lasera - przesunął dłoń z bronią błyskawicznie nad głowę, następnie w lewo, uważając, aby przy tym nie celować w nikogo z tej nowo poznanej załogi. Robił to płynnymi ruchami, tak jakby demonstrował przeszukiwanie jakiegoś pomieszczenia. W następnej chwili, zapewne po naciśnięciu jakiegoś ukrytego przełącznika, broń rozłożyła się tworząc ponad połtora metrowy kij. - Może także służyć do walki wręcz - Zademonstrował podstawowe ataki kijem - a także pozwala łatwiej strzelać na duże dystanse - przykląkł na jedno kolano, ujmując broń po pachę i celując z niej jak z snajperki. Następnie wstał, wyciągnął rękę z bronią w stronę Evrosa, kij natychmiast złożył się z powrotem.

- Zapomniał bym, bo ja nie musze z tego korzystać, ale ma także latarkę - dodał z uśmiechem.

- Rzeczywiście imponujące - powiedział Varass biorąc do ręki urządzenie Kano. Konstrukcja wydawała się skomplikowana, ale po chwili Evros rozgryzł podstawowe funkcje technologii z drugie ery. W końcu kolekcjonowanie broni i wiedza o niej, był można powiedzieć jego pasją. Po chwili oddał golemowi z powrotem broń. - Skuteczna i efektywna rzecz - powiedział z uznaniem.
Kano odebrał broń, zakładając, że skoro ją dostaje z powrotem, to nie został uznany za wroga. okręcił dwa razy pałkę i schował do kabury.

- Dawno tego nie robiłem - powiedział z sentymentem. - Zakładam, że przez ten czas jaki tkwiłem w kapsule, technologia produkcji broni poszła znacząco do przodu. Proszę się nie obrazić, ale ludzie mają niezwykle silne pragnienie zabijania innych ludzi.

- Widzę, że naprawdę dawno nie miał komandor styczności ze światem zewnętrznym. Wiele sie wydarzyło, wiele wydarzyło się na niekorzyść, do pięt nie dorastamy świetności drugiej Ery.

- Tak jak już wspomniałem, ostatnia data do jakiej mam pewność to rok 3813, jeśli będziecie łaskawi zdradzić mi obecny rok, będzie łatwiej ustalić ile straciłem.

- Obecnie mamy rok 4999, komandorze Kano - nieco służbowo zwracał sie Evros do tego "nie dzisejszego" gościa, w końcu golem służył samemu Mantiusowi.

Rozejrzał się po pozostałych, ale nie wykrył u nich zdziwienia co tylko potwierdziło słowa Evrosa.

- W takim razie straciłem bardzo dużo czasu.
- Delikatnie mówiąc - dopowiedział Evros, a potem oddalił się, by zajrzeć do sterówki.

Aayn (muzyka)
"Pluskacz" płynął przez całą noc, choć wzięty na hol kuter spowalniał okręt, to z każdą milą morze było coraz spokojniejsze, aż wreszcie ponad horyzontem zobaczyli łunę Wieży Aylonu. Dawnej latarni morskiej, która od wieków wskazywała drogę żeglarzom, a w czasach współczesnych dodatkowo mieściła w sobie zgromadzenie gildii. Do portu dotarli o świcie, chmury przerzedziły się, przenikliwy poranny chłód brutalnie rozbudzał zmęczonych po nocnej walce żeglarzy. Gdy mijali wrota Aylonu, ogień na wieży już zgasł, zamiast tego od złotej kopuły odbijał się blask pierwszych promieni słońca. Ponoć kiedyś wejścia do portu bronił kamienny kolos, teraz jednak pozostały po nim tylko dwie skaliste kolumny w kształcie stóp wojownika rozstawione po obu stronach cieśniny. Dali sygnał że podchodzą do cumowania, nieliczni marynarze i robotnicy zbierali się na nabrzeżu, pokazując sobie holowany statek, gdy przybyli do brzegi zabrzmiały brawa. Czekał już na nich bosman Ibrahim, który nie ukrywał radości z odnalezionego statku, choć szybko ona zniknęła na wieść, że nikt nie przeżył. Poza zbiegowiskiem swoim metalicznym okiem zdarzenie obserwował Wilkenson, twarz miał poważną i nie poddawał się nastrojowi tłumu. Załogę czekała nieprzyjemna rozmowa oraz odpowiedź na pytanie o śmierć ostatniego marynarza. Potem jednak czekały już na nich uroki miasta i stałego lądu.


Aylon choć nie był największą z wysp Archipelagu, to stał się najważniejszym węzłem handlowym regionu, wiele gild miało w mieście swoje siedziby, przede wszystkim w Złotej Latarni. Najliczniejszą gildą byli Żeglarze, skupieni wokół Przystani i dzielnicy portowej, nie brak było również Przewoźników, którzy z Portu Perrido rozwozili towary i pasażerów na inne planety, tam też czekały platformy przystosowane dla kosmicznych statków. Każdego dnia przez port przewijały się kohorty ludzi, podróżnych, handlarzy, robotników poszukujących zajęcia. Na ulicach można było spotkać każdego.
- Jak śmiesz się tu pokazywać! - usłyszał Dean gdy ustalał szczegóły kontraktu z kramarzem, rozejrzał się, niepewny czy słowa kierowane były do niego. Szybko zorientował się, że w jego stronę zmierza niemłoda już kobieta przy kości patrząc na niego wzrokiem pełnym nienawiści.
- Przez tyle lat ukrywałeś się, zapomniałeś, o mnie i o swojej córce. A teraz wracasz jakby nigdy nic. Nie pamiętasz? - zapytała zbliżając się do niego, kilku gapiów zaczęło obserwować dziwne zachowanie kobiety, gdy Dean próbował sobie przypomnieć czy widział kiedykolwiek tę kobietę, co nie było łatwe zważywszy na swoje liczne podróże.
- No to ja ci przypomnę. - wykrzyczała wyjmując z torby świeżego tuńczyka i uderzając na odlew zaskoczonego podróżnika.
- Boli? To i tak nic z tym co przeszłam. Zasługujesz na większą karę, za mnie, za Johanne... - z tłumu wyłonił się wysoki mężczyzna o blond włosach i lekko już siwiejącej brodzie, mimo lat był nadal krzepki, jak to osoby żyjące z fizycznej pracy.
- Najdroższa, co robisz, czy to złodziej? - zapytał.
- Gorzej niż złodziej, to on mnie porzucił, a teraz wraca gdy zniknęła moja droga córka.
- Spokojnie, to już przeszłość, wróćmy do domu, musisz odpocząć
- ujął ją pod rękę i odciągnął od Deana.
- A ty lepiej nie dręcz jej więcej. - rzucił na odchodne do nie będącego pewien co tak właściwie się dzieje Deana. Para rozpłynęła się w potoku ludzi a po całym zajściu zajściu pozostała tylko oślizgłość na policzku i kilka podejrzliwych spojrzeń. "Przybysze, zawsze przynoszą kłopoty." wyszeptał ktoś w tłumie.


Gdy tylko załodze udało się uporać z pierwszymi formalnościami Soren ruszył by sprawdzić, na ile jego szczodrość sprzed rejsu wydała owoce. Nie zawiódł się, kramarz uśmiechnął się na jego widok, sam nie wiedział wiele więcej, jednakże polecił mu jednego z chorążych z Perrido. To i tak było po drodzę, bo musieli cichaczem przenieś zdobyczny sarkofag, a dok przewoźników był bliżej ich statku. Lihalanin Zheng nie tylko wypisał zezwolenie na dokowanie, ale też miał coś do powiedzenia.
- Od mego przyjaciela słyszałem, że poszukujesz Czarnego Diabła, wielu podąża już jego śladem, więc spiesz się Panie jeśli chcesz pierwszy go dopaść. Wierzę, że będziesz jak miecz Lexiusa i wymierzysz srogą zemstę za jego niegodziwości, dlatego z dobrej woli powiem, że niemożliwe by bestia tak długo pozostała nieuchwytna, jeśli pośród mieszkańców miasta, nie ma swych sług, a także magazynów, gdzie może przechować porwanych nieszczęśników. Spójrz tam, na skraju portu stoi uziemniony tankowiec, należy do mata Tadżyka, kiedyś miał tam magazyn towarów, ostatnio jednak nie słyszałem by przechowywał coś oficjalnie, za to zamawia zboże i chleb, nikomu go jednak nie sprzedaje, nawet więźniowie muszą kiedyś jęść. Wiedziony ciekawością udałem się tam kiedyś pod osłoną nocy, a gdy byłem już blisko, słyszałem przeraźliwe krzyki w pobliżu okrętu, wybacz brak odwagi, lecz na ten dźwięk wolałem ratować swe życie. - wyjaśnił.
- Coś jeszcze dzieje się ostatnio w mieście? - Soren postanowił wykorzystać okazję by zaczerpnąć informacji po okresie nieobecności.
- Czas płynie. - chorąży wzruszył ramionami. - Jeno ruch na płycie. Lądowisku znaczy, przylatują statki, ważni goście. Statek, konsularny, ponoć od samego Sułtana posłaniec, kobieta. - skrzywił się, najwyraźniej niezbyt rad z pomysłu by niewiasta reprezentowała samego Sułtana Hakima. - Ludzie mówią, że za nią kroczy ogień, wojna i niezgoda. Może tym razem uderzy w rebeliantów, albo ryboludzi. - tym razem żółta twarz wykrzywiła się w uśmiechu. Soren zapytał o innych gości.
- Duży statek ze świata płomieni. Pełen mnichów żalu w czerwieni. Przybyli by krzesać iskry w czasie Zesłania Żaru. - no tak, pilot przypomniał sobie, że zbliżał się dzień poświęcony świętej Mayi Pogardzanej. Na prowincji jak Madok, było to zwykle celebrowane święto. O ile wiedział na Archipelagu nie było świątyni Avestii, pielgrzymi mogli więc przybyć by zadbać o oprawę dnia ich patronki, plany i motywacje mnichów ze Stosu były zawsze niejasne i tak jak sam ogień mogły oczyścić, albo spopielić. Więcej Zheng już nie wiedział, zachwalił tylko kilku spokrewnionych kupców i tawernę "Bryza".

Zgromadzenie przy Meduzie przerzedzało się, ludzie wracali do swoich spraw, a załoga mogła się cieszyć, że jak dotąd nikomu nie przyszło na myśl zaglądać Plusaczowi pod pokład. Niestety, gdy tylko ciekawskie spojrzenia opuściły burtę statku na plac wkroczyli strażnicy miejscy w barwach szejka Adilla. Zaczepili jednego z robotników, który wskazał im szybko okręt przy którym Nadia buchtowała liny. Strażnicy podeszli do zwycięskiego kutra i nie widząc nikogo innego w pobliżu zapytali kobietę
- Poszukujemy człowieka imieniem Evros Varass ponoć podróżuje tym statkiem, czy wiesz gdzie znajduje się osoba o tym imieniu? - zapytał jeden z trzech żołnierzy. Nadia zamiast udzielić wprost odpowiedzi zapytała ostrożnie:
- A czemu go poszukujecie?
- Mamy rozkaz z nadania samego miłościwie nam panującego szejka Adila al Malik by pojmać kawalera Evrosa Varass z Hazatów i doprowadzić go do aresztu jako oskarżonego o morderstwo na poddanym Cesarza.
- odparł strażnik stanowczo.

Praktycznie cała załoga zeszła sobie gdzieś pod pokład. Soren się im nie dziwił. W sumie kończący się już dzień był męczący i pełen wrażeń, a pogoda i widoki dookoła niekoniecznie nastrajały do spędzania czasu na kołyszącym się pokładzie. Tylko Evrosowi zbytnio to nie przeszkadzało, bo chadzał to tu to tam, najwyraźniej nadzorując wszystko w zastępstwie baronówny. Miało to ten duży plus, że przynajmniej częściowo miał oko na Meduzę, więc nie należało się spodziewać gości przechodzących po holu. W sumie i tak byłoby to dość niezwykłe, ale już sam wygląd zewnętrzny statku, nie wspominając o tym co zastali w środku, kazał zwiększyć ostrożność i być przygotowanym na pozornie niemożliwe wydarzenia.
I rzeczywiście nastąpiło nieoczekiwane, ale nie przyszło z Meduzy, tylko spod pokładu i przyjęło postać jakiegoś lalusia w mundurze. ~Rozmnożyli się, czy jak?~ pomyślał Soren przyglądając się całej grupie. Chwilę później słyszał wznoszone toasty co najmniej dziwnej treści i widział popisy owego obcego z jakimś rozkładanym patykiem, który w jego stronach pewnie nazywano bronią. Robiło to pewne wrażenie, ale Soren z reguły nie wierzył w przydatność bojową broni innej niż palna, albo artyleryjska. Choć noże i butelki nieźle sprawdzały się w karczemnych bójkach.
Po pewnym czasie sterówkę ponownie odwiedził Evros.
- Nie idziesz się napić z panem komandorem? - zapytał, przy czym jego wygląd sugerował, że właśnie przyszedł szukać schronienia.
- Nie sądzę. Nie czuję się zaproszony, z resztą mgliście pamiętam jakieś gadki o trzeźwości za sterem, więc jednak zostawię świętowanie na później. Skąd się ten koleś wziął? Nie zauważyłem w naszej ładowni przenośnych wrót, z których mógłby wyleźć.
Najemnik zwięźle wyjaśnił mu z kim mają do czynienia. Soren dalej niewiele rozumiał z tego wszystkiego, ale skoro innym nie przeszkadzał ten dziwny gość, to jemu też nie powinien.

Trochę później ów gość postanowił zawitać w sterówce. Jego kroki już z pewnej odległości obudziły Sorena, więc wstał i postanowił należycie się przywitać:
- Chorąży Soren Ryoksha, witam na mostku "Pluskacza" panie komandorze - powiedział i zasalutował.
- Komandor Kano, bardzo mi miło - odparł tamten. Rozglądał się po sterówce trochę niepewnym i jakby zawiedzionym wzrokiem. Pewnie żadne posiadane przez nich przyrządy nie umywały się do tych, jakie zapamiętał ze swoich czasów.

W końcu, już w dzień dotarli do portu, gdzie powitały ich brawa. Powitali ich także bosman Ibrahim i sierżant Wilkenson, którzy żądali wyjaśnień. Soren pokrótce opowiedział im o szalonym marynarzu, który zaatakował ich z toporkiem strażackim w ręku i przed śmiercią śmiał zwyzywać baronównę od demonów. Nie omieszkał też wyrazić swojej opinii na temat wpływu samotności na tonącym statku na psychikę owego człowieka i beznadziejności wszelkich prób negocjowania z nim.
- Co zaś do olania, jak się Pan Sierżant wyraził, to najprawdopodobniej Wasz przekaz dotarł do nas, gdy byliśmy w ogniu walki i przez chwilę nikt nie pilnował radia. Niestety w przypadku tak nielicznej załogi jak nasza czasem nie da się uniknąć takich sytuacji, choć robimy co w naszej mocy. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony, że nie napotkaliśmy ponownie Wesołego Jacka, ale skoro nie wyglądało na to, że też znikniemy bez śladu, uznałem dalsze nawoływanie Was za bezcelowe - powiedział Soren z miną świadczącą, że nieporozumienie uważa za niefortunne, ale nie ma zamiaru dłużej na ten temat dywagować. Spojrzał na Ibrahima, oczekując ewentualnych pytań.

- Mamy rozkaz z nadania samego miłościwie nam panującego szejka Adila al Malik by pojmać kawalera Evrosa Varass z Hazatów i doprowadzić go do aresztu jako oskarżonego o morderstwo na poddanym Cesarza. - usłyszał Soren, chcący akurat zejść z pokładu ze swoim bagażem.
- Heeeee? - wyartykułował z nieudawanym zdziwieniem. Strażnicy spojrzeli w jego stronę.
- Z tego co mi wiadomo, jedyną osobą spokrewnioną z Hazatami na tym statku i w ogóle jedyną szlachetnie urodzoną jest baronówna Mercouri. Jeżeli Wasz kawaler Varass tak dobrze udaje kobietę, to zaiste jest groźnym przestępcą. Ale ten statek jest wypożyczony. Możliwe, że poszukujecie jego poprzedniego użytkownika?
Ostatnie zdanie wypowiedział prawie takim tonem, jakby proponował strażnikom wytłumaczenie, dlaczego nie znaleźli winowajcy. Na wszelki wypadek odstawił swoje rzeczy z powrotem na pokład, z zamiarem przyjrzenia się reszcie zajścia.

Nieco później udało mu się wyrwać na miasto i porozmawiać z kilkoma nowszymi i starszymi znajomymi. Okazało się, że jego poszukiwania w końcu przynoszą efekty. Na wieść o tankowcu serce w nim zadrżało. Czy to mogło być tak proste? A może to pułapka? Nie dowie się, dopóki nie sprawdzi. Tymczasem po raz kolejny uszczuplił swoją sakiewkę, żeby podziękować Zhengowi i udał się z powrotem. Musiał poważnie porozmawiać ze swoją szefową.
Reszta podróży upłynęła im bez problemów. Nie spotkali Wilkensona nigdzie po drodze. Czekał w porcie, niespecjalnie ucieszony olaniem przez ich kuter jego późniejszych nawoływań. Nie obyło się bez paru oschłych i ostrych zdań, a także gruntownego wypytania Evrosa, o los ostatniego z ocalałych marynarzy. Mężczyzna opisał dokładnie całą sytuację, kładąc nacisk na uwypuklenie szaleństwa nieszczęśnika. Nie wspominał o granacie znalezionym przez Aspazję, czy o tym, ze to w sumie jej głupie zachowania wpakowało ich w ta sytuację, którą mógł rozwiązać tylko kulką.

Z ulgą odcumował „Meduzę” od ich statku. Resztę formalności z przekazaniem wraku, załatwiała baronówna. Bosman Ibrahim był bardzo ucieszony na ich widok, a szefowej skapnęło się z całego tego zamieszania pięćset feniksów. Nie był to może oszałamiający majątek, dobra broń palna kosztowała więcej, ale dobre i to. Baronówna będzie miała na „waciki”.
Evros nie przyglądał się reszcie rozmów i odwiedzających. Cieszył się, że udało im się zachować informacje o sarkofagu i Kano w w tajemnicy. Golem przez jakiś czas musiał przebywać pod pokładem, do czasu, aż gapie mieli się rozejść. W końcu ktoś by się doliczył w ilu wypłynęli a w ilu wrócili.
Komandos wrócił do swojej kabiny. Spakował wszystkie swoje rzeczy w wojskową torbę i rzucił się na łóżko. Musiał się przespać z dwie godziny, rejs dał im wszystkim popalić. Miał nadzieję, że do tej pory zainteresowanie ich okrętem zmaleje. Nie chciał się rzucać w oczy, informacje Rączki nieco go zaniepokoiły, wolał nie kusić losu. Zmienił wygląd od czasów wygnania, ale nadal używał prawdziwego nazwiska. No nic odpocząć i tak musiał.
Cisza na pokładzie znaczyła, że największy rejwach się już skończył. Wstał z łóżka i przeciągnął się ziewając. Zabrał pas z bronią i ruszył na pokład. Zauważył tylko Nadię, która zwijała i porządkowała liny takielunku. On sam za sterówką układał skrzynie, które mieli jak przetransportować na ich statek kosmiczny. Chciał, by to wszystko było gotowe, tak by transfer bagażu i sarkofagu, odbył się szybko i bez przeszkód.

Nagle na nabrzeżu usłyszał ciężkie, miarowe kroki – jego czułe wojskowe ucho od razu zdradziło mu w nich zbrojnych. Już miał się wychylić zza osłony, kiedy usłyszał ich słowa:

- Mamy rozkaz z nadania samego miłościwie nam panującego szejka Adila al Malik by pojmać kawalera Evrosa Varass z Hazatów i doprowadzić go do aresztu jako oskarżonego o morderstwo na poddanym Cesarza. – skóra na plecach mu ścierpła. Kto mógł go tu znaleźć, myślał, że jego przykrywka była dobra. Drugim ważniejszym problemem było to, że pytali Nadię, mogło jej się coś stać przez niego, a on przysiągł na nią uważać.

Nadia nie zdążyła jeszcze odpowiedzieć, kiedy usłyszał głos Sorena:

- Heeeee? - wyartykułował z nieudawanym zdziwieniem.

Pilot kontynuował maskaradę:

- Z tego co mi wiadomo, jedyną osobą spokrewnioną z Hazatami na tym statku i w ogóle jedyną szlachetnie urodzoną jest baronówna Mercouri. Jeżeli Wasz kawaler Varass tak dobrze udaje kobietę, to zaiste jest groźnym przestępcą. Ale ten statek jest wypożyczony. Możliwe, że poszukujecie jego poprzedniego użytkownika?

Varass nie mógł się już dłużej ukrywać, nie wiedział jak zdeterminowani są strażnicy. Wyszedł spokojnie zza sterówki, poprawiając na biodrach pas z pistoletami i mieczem, chociaż tym ostatnim nie afiszował się za bardzo. Miarowym krokiem podszedł do nich, a na twarz wrzucił minę uprzejmego zainteresowania:

- O co chodzi, panowie? – zapytał zwracając się bezpośrednio do nich, a do Nadii odwrócił się i powiedział:- Nadio, baronówna życzy sobie, byś zajęła się jej bagażem osobistym – powiedział to z takim naciskiem w głosie, że dziewczyna chyba zrozumiała. Nie czekał na jej reakcję tylko, z powrotem odwrócił się do strażników Al - malika.

- Szukamy groźnego bandyty i mordercy, szlachcic ów jest poszukiwany za morderstwo na poddanym Cesarza. – odpowiedział najbardziej rezolutny z nich. W tym czasie Evros dokładnie przyjrzał się ich uzbrojeniu, zaciskając zęby w momencie, kiedy mówili o nim jako o bandycie.

- Słyszeliście sternika – obojętnie powiedział Varassnic więcej Wam nie powiem, bo nie wiem. Przeto przykro mi, że na próżno trudziliście się panowie.

Najemnik zauważył ogniki podejrzliwości w ich oczach i pomyślał, że nie jest dobrze. Chyba nie wywinie się tak łatwo tym razem. Jedno było pewne, że łatwo im nie pójdzie, gdyby nie zważał na dobre imię baronówny, ich ciała już dawno pływały by pod kilem, takich trzech prowincjonalnych żołdaków to przy bojówkach Symbiontów, klanowych wojownikach voldruków, czy fanatycznych derwiszach Kurganów był pikuś. ”Za przeproszeniem panów, pan pikuś” – zażartował w myślach.

- A Wy kim jesteście?- zapytał obcesowo i nieco niegrzecznie drugi ze strażników zwracając się do Evrosa, ten z twarzą najbardziej ogorzałą od słońca i soli zawartej w morskiej bryzie.

- Skromny sługa Jaśnie Panienki Baronówny de Mercouri, szef jej ochrony, czasami tłumacz. – odparł spokojnie, czując, że sprawy nie toczą się dobrze.

Wtedy uratowała go Aspazja, wyszła na pokład i pewnie z iście szlachecko uniesioną głową, szła wprost do strażników. Bezceremonialnie odsunęła na bok najemnika i szorstkim głosem zwróciła się do Evrosa:

- O co chodzi Adamie? – mrugnęła okiem, tak by strażnicy tego nie zauważyli.

Nie zdążył nawet otworzyć ust, kiedy odwróciła się do przedstawicieli miejscowej władzy. Evros przeklinał siew duchu, że narażał całą załogę. Jeśli sprawy przyjęły by zły obrót, postanowił się przyznać. Nie mógł narażać reszty, a może udałoby mu się nawiać z tego prowincjonalnego lochu. Nie raz bywał w gorszych opałach, póki co czekał na to co powiedzą strażnicy.

Nadia spodziewała się znaleźć w zagadkowym sarkofagu wszystko, począwszy od ledwo działającej baterii, przez stertę śmieci po zaawansowane wytwory Drugiej Republiki, ale nie spodziewała się w najśmielszych snach znaleźć tam tego, co znalazła.
Cofnęła się za nim ów twór Drugiej Republiki, w niektórych zapiskach zwany androidem, w odróżnieniu od większości zabobonnych ludzi zwących tego typu urządzenia golemami zaczął mówić.

Po pierwsze był to, oficjalnie, znalezisko Aspazji. Z tego co zdążyła się dowiedzieć o szlachciance z jej zachowania dotychczas zaraz zacznie się seria zachwytów. Ciekawe co się stanie kiedy zorientuje się z kim am do czynienia. Akurat w odwrotności do niej, Eskatonik zdawał się być, o ile nie zniesmaczony to na pewno zawiedziony...

Rozmyślania młodej kobiety przerwały słowa androida jaki przedstawił się jako Kano. Jego wywody o służbie, powinnościach itp. na razie puściła mimo uszu. Aktualnie w jej głowie biły się ze sobą trzy opcje.
Pierwsza z nich: 'Na jaja Stwórcy! ile on może być waty? W życiu nie dałbym rady się wydać takich pieniędzy! ' a w czym jak w czym, Nadia w wydawaniu pieniędzy i to naprawdę nie małych miała spore doświadczenie pomimo młodego wieku.
Druga frakcja zaś darła się nie mniej cicho: ' Ale..ale to co on ma w środku...ja to muszę zbadać! Chodzące cudo! Ciekawe jakiego rodzaju ma zasilanie...no i oprogramowanie!!!'
Zaś głosik trzeci gdzieś z tyłu, wolniutko cedził zimne jak lód słowa:
'No, no, no...to teraz mamy zapewnione przewspaniałe miejsce na najwyższym stosie Avestian jakie tylko będą w stanie dla nas zbudować, jeśli się dowiedzą co mamy na pokładzie. Dla nich to taka murowana herezja, że ...posikają się ze szczęścia...'

Słyszała resztę radosnego świergolenia szlachcianki i spokojnych odpowiedzi jej rozmówcy gdy wychodziła na górę wraz z nowym nabytkiem, a sama odruchowo zaczęła odruchowo sprzątać. Musiała czymś zając ręce w czasie gdy jej umysł pracował na wysokich obrotach.
Gdy poskładała już kable, podpinała przetworniki i resztę sprzętu skupiła się na sarkofagu, lub jak to określił android, kapsule.

Kano jak kazał się nazywać raczej nie ucieknie, a on a teraz została zostawiona sam na sam z również jeszcze działająca pozostałością po Drugiej Republice...
Skierowała światła tak, by dokładnie oświetlały wnętrze kapsuły i nieco drżąc na całym ciele i czując rozkoszną miękkość nóg wzięła się do gruntowanego sprawdzania kapsuły.
To do czego zaczęła to od podłączenia wnętrza kapsuły do zasilania. okazało się, że niektóre rzeczy aż tak bardzo się nie zmieniły. Baterie atomowe jakimi zasilane było wnętrze kapsuły. Bez problemu wyłuskała te wyczerpane do cna jakie były i zastąpiła świeżymi.

Po krótkim poszukiwaniu udało jej się podpiąć zdalnie do interfejsu kapsuły.
Był on sporządzony w nieco odmiennym języku programowania niż ten jakim ona operowała, lecz po kilku minutach udało jej się go rozgryźć
Ku jej rozczarowaniu nie zawierał żadnych interesujących informacji.
Kapsuła była wyposażona w podstawowy system podtrzymywania życia - autonomiczny zapas tlenu, klimatyzację, standardowy zapewne jak na tamte czasy pakiet ratunkowy, niewielki zapas koncentratów energetyczno - witaminowych.
To wszystko było w stanie zupełnie nienaruszonym. No cóż, kto jak kto, ale Kano raczej koncentratów żywnościowych nie potrzebował...
Zapas tlenu przy pojemności pojemnika w obliczeniu na jedną osobę dawał około 72 godziny życia. Niezbyt długo...

Czas radośnie płynął Nadii na grzebaniu w sprzęcie do jakiego mało kto w dzisiejszych czasach miał dostęp. To co się działo w reszcie pływającej krypy mało ją obchodziło. Nie była przez nikogo niepokojona, co tym bardziej było jej na rękę.
W sumie przyzwyczaiła się do tego, że jak już zrobi dla innych to czego oczekują, to prawie natychmiast zapominają o jej obecności, co było jej bardzo na rękę. Ta opcja bycia inżynierem niezwykle jej pasowała. Wraz z niedozowaną czasem rozmazaną smugą smaru na nosie i czole była doskonałym kamuflażem...

Nadia w końcu usiadła na miękkim fotelu kapsuły. Stwierdziła, że przyda się jej chwilka odpoczynku.
Nawet nie wiedząc kiedy zasnęła, tuląc do piersi swój komputer osobisty.
Jeśli ktoś mógłby teraz ją zobaczyć mógłby się zdziwić zupełnie sztucznym wyrazem jej twarzy. Tak jakby wraz z odejściem świadomości stała się tylko maską... W wyrazie twarzy śpiącej dziewczyny nie było widać ani śladu rozluźnienia czy tak często spotykanej u śpiących niewinności. Była pusta i zimna jak bezgwiezdna otchłań.
Obudziły ją pewna niewygoda i pragnienie.
Przetarła twarz czując pod palcami chłodne mrowienie.
Wyszła z kapsuły i przeciągnęła się. Miała tylko nadzieje, że jej pochopność, nie będzie miała żadnych konsekwencji. Czego, jak czego, ale tego raczej nie potrzebowała aktualnie do szczęścia.

Po szybkim odświeżeniu się, zmianie ubrania wyszła na pokład. Najwyraźniej przespała dokowanie w porcie, ale no cóż, bywa.
Właśnie przeciągała się na dziobie gdy do 'Pluskacza' zbliżyło się kilku mężczyzn w barwach tutejszego władcy.
- Poszukujemy człowieka imieniem Evros Varass, ponoć podróżuje tym statkiem, czy wiesz gdzie znajduje się osoba o tym imieniu? zapytał jeden z trzech żołnierzy. Nadia zamiast udzielić wprost odpowiedzi zapytała ostrożnie:
- A czemu go poszukujecie?
- Mamy rozkaz z nadania samego miłościwie nam panującego szejka Adila al Malik by pojmać kawalera Evrosa Varass z Hazatów i doprowadzić go do aresztu jako oskarżonego o morderstwo na poddanym Cesarza. - odparł strażnik stanowczo.
Nadia nie odpowiedziała od razu na to pytanie. Evros Varass z Hazatów...no, no, no...I któż by pomyślał.
Statek pełen niespodzianek. Jeszcze brakuje, by Soren okazał się rozchwytywaną kurtyzaną w przebraniu, a Dean diakonem Avestian, to będzie cyrk w pełnym tego słowa znaczeniu...
Na razie trudność rozmówienia się z żołdakami przejął właśnie osobnik posądzany o byciu wyszukaną damą do towarzystwa, więc Nadii zostało teraz tylko spokojnie przysłuchiwać się wymianie zdań.
No cóż, jak widać, nie tylko ona snuje przypuszczenia, opcja mężczyzny wcielającego się w baronównę Aspazję , którą wysnuł Ryoksha była równie interesująca jak jej.
Niestety nie dane było jej się dalej przysłuchiwać rewelacjom jakimi jej towarzysze będą karmić gwardzistów, gdyż Evros w kilku krótkich słowach wysłał ją na dół.
Z jednej strony rozumiała, ze obawiał się, że mogła machnąć językiem nieuważnie, ale z drugiej strony odbierał jej kawał niezłej zabawy. Dopiero widząc jego spojrzenie zdała sobie sprawę, że odsyła ją, bo się o nią obawia. Czyli aż tak mocno wziął sobie do serca to, że będzie się nią opiekował. Fakt do przemyślenia...na za chwilkę...
Na razie popędziła po Aspazję, bo kto, jak kto będzie teraz potrzebny na pokładzie. Szlachcianka miała obrotny język no i była osobą dowodzącą na statku, choćby ze względu tego, że to ona płaciła....
Wraz z nią wróciła na pokład, ale mimo wszystko została w drzwiach, wszystko widząc i słysząc, ale mogąc w każdej chwili się wycofać.

Tajemniczy golem jawił się iście fascynującą zagadką. Czy naprawdę mógł być starożytnym wojownikiem i wiernym towarzyszem Apostołów? Nicodemus medytował nad tym zagadnieniem przez większość drogi powrotnej do portu.

Kimkolwiek była ta sztuczna istota, jej słowa wydawały zgadzać się z historycznymi przekazami z Ery Apostołów. Wychodziły nawet poza ogólnie dostępną, liturgiczną wiedzę, pokrywając się miejscami z informacjami z rzadkich, częstokroć odrzuconych przez Kościół apokryfów. Ale czy przybysz z przeszłości naprawdę uczestniczył w podróżach uczniów Proroka? Może to wszystko jedynie wymysły uszkodzonego mózgu niewątpliwie starożytnej i zaawansowanej, ale jednak szalonej, sztucznej istoty?

Póki co nie widział sposobu, by potwierdzić, bądź obalić jakąkolwiek z wystawionych tez, toteż postanowił zająć się czymś przyziemnym, by uspokoić rozszalałe, błądzące myśli.

Już po chwili na pokładzie bujanego falami kutra zapachniał intensywny aromat gęstej, gorącej zupy rybnej. Nicodemus jako zapalony amator egzotycznych smaków nigdy nie mógł powstrzymać się przed kosztowaniem miejscowych specjałów, a tych - ze względu na ogromną różnorodność życia na światach Cesarstwa - na każdej planecie było aż nadto.

Gorący wywar o lekko kremowym, łagodnym posmaku pozwolił uspokoić nerwy, a szczypta mięsa z miejscowego kraba togo, zgodnie z zapewnieniami rybaków, faktycznie pomogła ustabilizować rozhuśtany falami żołądek. Kapłan, rozlewając zupę innym chętnym z załogi, uśmiechnął się do siebie. "Zadziwiające jak blisko sztuce kulinarnej do prawdziwej alchemii" - pomyślał, obserwując polepszające się momentalnie nastroje wiosłującej łychami załogi.

Satysfakcje z posiłku znacznie potęgował fakt, iż składające się na niego morskie składniki, ze względu na krótką przydatność, poza planetą uchodziły za prawdziwe rarytasy dla najwyższych sfer i kosztowały prawdziwą fortunę.

***

Gdy tylko przybyli do portu, nagle przypomniał sobie o zbliżającym się nieuchronnie święcie, do którego, przez natłok ostatnich wydarzeń, zapomniał się przygotować. Znowu. A przecież obiecywał sobie, iż poszukiwanie tajemnic nie odciągnie go od obowiązków duszpasterskich. Zaklął cicho i nieprzyzwoicie (upewniając się wcześniej, że nikt go nie usłyszy) i ruszył do Lady Aspazji, nim ta zdążyła jeszcze zająć się oczekującymi ich miejscowymi.

- Wybacz, Pani - ukłonił się w pośpiechu - Całkiem zapomniałem, że muszę dokonać paru bardzo istotnych zakupów, związanych z tutejszym świętem. Dołączę do was już na statku - to mówiąc, zręcznie podwinął habit do kolan i szybko zeskoczył na brzeg, znikając w tłumie pobliskiego targu.

***

- Więc, szlachetny handlarzu, twierdzicie, że to autentyczne lampiony modlitewne z Midian? - Nicodemus zmrużył oczy, taksując wzrokiem pięknie zdobione, kryształowe klosze.
- Jakżem Alton McGee, Wielebny Ojcze! Wszak szlachetnemu księdzu nie odważyłbym się nigdy sprzedać felernego towaru! Toż to się nie godzi. Kloszki najprawdziwsze, prosto od midiańskich mnichów ze Świętej Góry!
Nicodemus chrząknął, długo i przeciągle, obracając w dłoniach reklamowany towar. Cena wydawała się podejrzanie niska, szczególnie jak na towar importowany z innego świata. Z drugiej strony, lampiony naprawdę były wyjątkowo pięknie wykonane, a samo ich pochodzenie, poza zaletami kolekcjonerskimi nie miało większego znaczenia przy samych świątecznych modlitwach.
- Niechaj więc i tak będzie... zapakuj mi proszę przy okazji dziesięć tych pięknych świec liturgicznych. Hmm... rozumiem, że zgodnie z zaleceniami Arcybiskupa Kish wytapiane były podczas tegorocznej Inwokacji Świetlistego Poranka, hmm?
Handlarz przez moment zwątpił, a na jego czoło wystąpiły grube krople potu, przytaknął tylko ostrożnie głową, pakując zakupiony towar czym prędzej do torby, nim duchowny zdąży zadać następne kłopotliwe pytania.

Po godzinie zakupów, kapłan obładowany siatami wrócił na pokład Rybki. Oj, tak, Nicodemus zdecydowanie lubił zbierać pamiątki. W torbach znalazło się też miejsce na owoce morza i inne miejscowe przysmaki, a także parę talizmanów Oroymów, które Nicodemusowi wydawały się w miarę autentyczne.

Miał zamiar powitać resztę gorącym posiłkiem. Przygotował też pieczołowicie ładownie na zbliżające się święto. Przy zgaszonym świetle rozwieszone lampiony medytacyjne prezentowały się iście urokliwie.

Aspazja zawiadomiona przez Nadię szybkim krokiem weszła na pokład. Evros jest poszukiwany? Zdecydowanie za słabo ciągnęła go za język.
- O co chodzi Adamie? – naprawdę chętnie poznałaby odpowiedź na to pytanie i to było widać po jej minie.
Evros przedstawił jej sytuację.
Jakoś nie umiała powstrzymać uśmiechu. Gdyby miała się zakładać, kto z załogi pierwszy trafi do aresztu, stawiałaby na Sorena. Evrosa podobnie jak Nicodemusa w ogóle nie brałaby pod rozwagę. Nie uważała, że zna ich dobrze. Ale to Ryoksha był tym młodym i bezczelnym i o jego awanturniczą przeszłość zahaczyli choćby za sprawą Meduzy. Evros choć migał się od odpowiedzi był jednak opanowany, rozsądny i honorowy. Typ, co rozwiązywał kłopoty a nie je przyciągał.
Życie jednak było pełne niespodzianek. Na szczęście Aspazja wierzyła, że to jego pozytywna cecha.
- Panowie chcą aresztować mojego ochroniarza? Jedynego – zaakcentowała to słowo – ochroniarza? Wierzę, że mają panowie dobre powody, żeby narażać moje bezpieczeństwo – nie ukrywała ironii.
Najstarszy ze strażników wystąpił krok na przód. Pochylił się w szybkim ukłonie.
- Bardzo mi przykro, ale to może być poszukiwany zbrodniarz. Evros Varrass z rodu Hazatów oskarżony o morderstwo.
Aspazja zmarszczyła brwi. Lekko pokręciła głową.
- Nazywa się Adam Brass. Naprawdę sądzi pan, że nie wiedziałabym, gdyby był szlachetnie urodzony? -tę ironię wymierzyła w siebie.
- Przykro mi – powtórzył się - Takie mamy informacje.
Aspazja patrzyła mu prosto w oczy jakby oczekiwała dalszych wyjaśnień. Doczekała się.
- Działamy z inspiracji damy poszukującej Astrayi Maat Ksantypy. – To zabrzmiało już trochę przepraszająco, baronówna poczuła się pewniej.
- Oczywiście respektuję pana władzę – Aspazja zwracała się już jedynie do najwyższego rangą ze strażników - jako przedstawiciela jego ekscelencji szejka Adila al Malika. Może pan aresztować Adama, a ja mogę stracić tych kilka dni w trakcie, których szejk rozpatrzy moją skargę. Z pewnością konsekwencje swoich wyborów też jest pan gotów ponieść.
Na chwilę zapadło milczenie. Aspazja odwróciła wzrok na nabrzeże. Dobiegał z niego jednostajny szum kłębiącego się wszędzie tłumu. Westchnęła. Strażnik miał stopień agi, nie był trepem bezmyślnie wykonującym rozkazy. Nie wiedziała tylko czy to dla niej dobrze czy źle. Przez chwilę odprowadzała spojrzeniem wchodzącego po trapie na sąsiedni statek mężczyznę. Źle nasunięty na głowę turban odsłaniał blizny po obciętych małżowinach, nie było łatwo być poddanym al Malików. Z daleka dostrzegła kolorową załogę sierżanta Wilkinson. Mężczyzna ukłonił się jej. Baronówna znowu odwróciła się do strażnika.
- Widzi pan, już raz na terytorium szejka znalazłam się w niebezpieczeństwie. Wyjaśniałam to z przedstawicielami pośredników, uznałam za przypadek i zaniechałam wyciągania konsekwencji. Niestety teraz pan chce pozbawić mnie całej zaufanej ochrony. – Zrobiła pauzę. Jej spojrzenie i głos potrafiły być zimne i twarde.Bądź co bądź nazywała się Mercouri.
- Być może ma pan rozkazy aresztowania każdego, kogo podejrzewa pan o bycie poszukiwanym. Ale obydwoje wiemy, ze w tym momencie to pana wnioski i pana decyzja. Czy na pewno chce pan to robić moim kosztem? I jak ja powinnam odpowiedzieć na takie lekceważenie?
Patrzyła mężczyźnie w oczy tak uparcie, że w końcu odwrócił spojrzenie.
- Obiecuję – jej głos złagodniał - że jeśli będę miała najmniejsze podejrzenie, że mój człowiek nie jest tym za kogo mi się od lat podaje, sama dopilnuję jego aresztowania.
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 23-08-2010 o 23:14. Powód: Post jest kompilacją wpisów wszystkich uczestników ses. Do scalenia doszło po padzie serwera i utracie wcześniejszych danych.
behemot jest offline  
Stary 23-08-2010, 10:40   #6
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
To, co okazało się być ich skarbem przerosło najśmielsze oczekiwania Lajtingera. Człowiek? Nie, to niemożliwe, nie w takiej kapsule... Maszyna? To wydawało się być bardziej pasującym rozwiązanie. Jednak nadal zdumiewającym.
Dean nigdy nie spodziewał się, że uda im się wyciągnąć z dna morza bezcenne skarby, poszukiwania pojmował raczej jako fanaberię młodej szlachcianki. Fakt faktem odkąd jednak zdołali wyłowić tajemniczą skrzynię, z godziny na godzinę coraz bardziej interesowało go to, co może skrywać pojemnik.
„Przybysz”, jak określił go w myślach Dean na szczęście sam się przedstawił, rozwiewając szczyt podejrzeń kapitana Szybkiej Rybki. Oczywiście tylko na chwilę, bo już po paru sekundach umysł mężczyzny znów zasnuły chmury niedowierzania. To coś miało trochę lat...
Nie można jednak było popadać w panikę, ani demonstrować swego zdziwienia obecnym. W końcu był kapitanem.
Komandor Kano, jak przedstawił się „przybysz” był raczej przystojnym, schludnie odzianym, młodym mężczyzną. Zupełnie nie przypominał typowego mieszkańca morskiego dna.
- Witam, Komandorze Kano. Jestem kapitan Dean Lajtinger, kapitan statku Szybka Rybka, którym dostaliśmy się na tą planetę.
Całą tą dziwaczną sprawę trzeba było przemyśleć. A przede wszystkim obgadać. Najlepiej przy czymś rozgrzewającym i w towarzystwie kogoś łebskiego. Padło na Sorena, kapitan obiecał sobie, że już na lądzie postawi mu szklaneczkę i przedyskutują sprawę.

Port Perrido. Nie podlegał wątpliwości fakt, że w takim miejscu znajdzie się nawet kilka porządnych barów. Dean, póki co samotnie, skierował swoje kroki do najbliższego z nich.
Po drodze, na zatłoczonym targowisku, podczas gdy Lajtinger, oglądając się co chwila na lewo, czy prawo poszukiwał na straganach czegoś, co mogłoby go zainteresować a w takich miejscach najczęściej można było znaleźć coś interesującego,
- Jak śmiesz się tu pokazywać! - te słowa zbyt często wyrywały doświadczonego kapitana z zamyślenia.
- Kobieto! Mylisz mnie z kimś! Patrzcie ją, myli mnie z kimś i jakimś łososiem okłada – krzyczał zasłaniając się rękoma.
- Przez tyle lat ukrywałeś się, zapomniałeś, o mnie i o swojej córce. A teraz wracasz jakby nigdy nic. Nie pamiętasz?
- Jaką córkę? Ja nie mam dzieci!
- No to ja ci przypomnę. - wykrzyczała wyjmując z torby świeżego tuńczyka i uderzając na odlew zaskoczonego podróżnika.
Nagle, z szybkością błyskawicy i wielką mocą na jego twarz spadł mokry, zimny tuńczyk. Siła uderzenia rzuciła Deanem do tyłu, jednak mężczyzna zatrzymał się na jakiejś grubej przekupce, dzięki czemu nie wyrżnął na ziemię.
Lajtinger znał kobietę, która raz za razem okładała go śliską rybą. Nie pamiętał jej imienia, ale znał ją. Świetnie pamiętał, jak gdzieś i kiedyś, w małym pokoiku poznawał jej krągłe ciało... Ale lepiej było się do tego nie przyznawać.
A może to nie była ona...
- Boli? To i tak nic z tym co przeszłam. Zasługujesz na większą karę, za mnie, za Johannę...
Po chwili obok kobiety pojawił się wysoki, umięśniony mężczyzna. Wyglądał na jej męża. Wyglądał też na kogoś, kto może mocno uprzykrzyć życie Lajtingerowi. Była to najlepsza chwila, aby skończyć dyskusję i szukać jakiegoś dobrego miejsca do odbycia pojedynku, strzelaniny, albo bójki. Ostatecznie można było brać nogi za pas, albo szybciej wyciągnąć broń.
- Najdroższa, co robisz, czy to złodziej?- zapytał.
- Gorzej niż złodziej, to on mnie porzucił, a teraz wraca gdy zniknęła moja droga córka.
- Spokojnie, to już przeszłość, wróćmy do domu, musisz odpocząć - ujął ją pod rękę i odciągnął od Deana.
- A ty lepiej nie dręcz jej więcej. - rzucił na odchodne do nie będącego pewien co tak właściwie się dzieje Deana.
Sprawy potoczyły się zupełnie inaczej, niż Lajtinger się spodziewał. Jedyną ujmę na zdrowiu Deana wyrządziła ryba, jaką zaatakowała go była kochanka, jednak nie był to poważny uraz. Można było powiedzieć, że wszystko skończyło się dobrze.
Przynajmniej było wesoło. A przed Lajtingerem jawił się jeszcze cały dzień i noc...
„Swoją drogą, to ciekawe jest to, jak ta babka rozpoznała mnie po tylu latach? Ile to już będzie? Yhymdzieścia? Zaskakujące...” - myślał Lajtinger, odchodząc w przeciwną stronę, niż rzekoma matka jego córki.
- Pewno chciała wyłudzić jakieś pieniądze na bękarta... Cóż za tupet – mruczał pod nosem, nie mogąc uwierzyć w możliwość posiadania córki w takim miejscu.
Zadziałało. Był to cud z rodzaju tych codziennych, ale wcale przez to niemniej niezwykłych. Aspazja wpatrywała się w plecy schodzącego po trapie agi i po jej minie widać było, ze nie wolno przerywać tej chwili nieprzyjemnej zadumy, chyba że ktoś lubi użerać się ze wściekłą kobietą.
A potem odwróciła się do Evrosa.
-Adamie – to nie był potrzebny sarkazm, ale gdyby w tej chwili spadł na nich meteoryt Aspazja umierałaby przekonana, że zna winnego – Adamie – powtórzyła – pozwól ze mną.
Może ktoś jeszcze chciał iść z nimi. Była to jednak rzecz właściwie niemożliwa.
Kajuta po trzech dniach na kutrze i chwili w porcie wydawała się piekielnie ciasna. To tylko pogłębiło jej wkurzenie. Wskazała Varrassowi krzesło. Sama stała przy ścianie z rękoma opartymi o biodra.
- Usiądź. –odczekała chwilę
-Wiesz, że to cud, że cię nie aresztowali? Jaki masz tytuł? Jak mam się do ciebie zwracać?
Żołnierz szedł bez słowa za Aspazją, wiedząc, że bez poważnej rozmowy się nie obejdzie. Sytuacja była podobna do tej ze statku, tyle, że teraz to on zapewne będzie strofowany. No cóż. Podziękował szlachciance w myślach, że miała zamiar przeprowadzić te rozmowę w cztery oczy. Po chwili namysłu odpowiedział, a jego głos był szorstki i nieco zachrypnięty: - Wiem, nie wiedziałem, że tak szybko mnie znajdą. Urwałem trop prawie pół roku temu, wtedy jeszcze Was nie poznałem. Myślałem, że mam spokój.
Nie podniosła na niego wzroku, kiedy odpowiadał. Miała pochylona głowę, nie widać było wyrazu twarzy.
- Mów – powiedziała.
- Kiedyś dawno, kilka lat temu, nie byłem tym kim jestem teraz. Patrzyłabyś wtedy - przeszedł na Ty, w końcu też był szlachcicem - na obiecującego porucznika Gwardii Feniksa, żołnierskiego syna domu Hazatów. Niestety, kilku osobą przeszkadzała moja postawa i niechęć do uwikłania się w dworskie gierki. Secundus pod powierzchnią ze splendoru i blichtru władzy, jest naprawdę brudny i podstępny. Wrobiono mnie w spisek przeciw władzy Alexiusa i skazano na banicję. Straciłem wszystko, od honoru i godności, po przez pracę i posiadłość na Vera Cruz. Stałem się wyrzutkiem i wtedy poprzysiągłem zemstę, zemstę połączoną z odkryciem prawdy i oczyszczeniem honoru. Do tego potrzeba pieniędzy, więc zacząłem robić to co umiałem najlepiej. Walczyć, wynajmować się Gildią, szlachcicom i pełnym pasji, choć trochę narwanym baronówną. - zażartował. - To morderstwo o którym mówił ten aga, to tak nie do końca. Pracowałem dla Przewoźników na Hagardzie. Kiedy dostałem rozkaz spalenia wioski voldruków i zabicia kobiet i dzieci, odmówiłem. Agenci Gildii chcieli mnie ząłatwić, ale mieli pecha... - urwał na chwilę - Resztę znasz, banicie o wiele łatwiej przypisać morderstwo... nie miałem jak się bronić.
Aspazja wolno podniosła wzrok. Przez moment nic nie mówiła. W kajucie panowała cisza zakłócana tylko przez odgłosy panujące na zewnątrz.
- Kogo zabiłeś? – zapytała w końcu cicho.
- Dwóch agentów Przewoźników, oficerów werbunkowych, którzy wynajmowali ludzi na kontrakty dla szlachty... i nie zabiłem, to była samoobrona.
- Tak? Samoobrona? – podeszła do mężczyzny patrząc mu prosto w oczy - A na Meduzie co to było ? Obrona chlebodawczyni , czy pochopne otwarcie ciągłego ognia?
Ale nie dała mu odpowiedzieć.
- Rozumiem, że jak się dowiesz kto cie wrobił w spisek wypowiesz pracę?
- Nie... potrzebuję funduszy, żeby im dobrać się do skóry... a tam na" Meduzie" to sama sobie odpowiedz... czyja to była wina. - wstał gwałtownie.
Milczała.
Podenerwowany sugestią wyszedł z kabiny.

Po tym jak został, sam na statku, stanął na zewnętrznym pokładzie i opierając się o balustradę, i przyglądał falom. Zastanawiał się nad słowami Aspazji, czy faktycznie nie istniał już Helios, i czy nie ma komu już dostarczać danych. Rozważał też to co wiedział o kapitanie Avramie, z tego co ustalił sam i z bazy danych na jego temat, wiedział, że Mantchevitz był ochroniarzem samego proroka, a ten żył jeszcze tysiąc lat przed czasami Kano. Więc skoro Avram, żył już tysiąc lat to pewnie będzie jeszcze żył. A przynajmniej będzie żył Lucas, bo Avram pozostał sam z Heliosem za wrotami. Obserwując morze sprawdzał swoje podstawowe funkcje, celownik, różne spektra wizji, kiedy upewnił się, że nikt go nie obserwuje, sprawdził nawet schowek na nadgarstku. Sprawdził też podstawowe funkcje oprogramowania i stabilizacji ciała. Rozjarzał się i stwierdził, że powinien zmienić strój, ale przede wszystkim powinien zadbać o to o czym wiedział od początku, ale nie chciał się z tym zdradzać.

Kano doszedł do wniosku, że skoro załoga zostawiła go samego, z bronią, to oznacza to również, że może pozwiedzać statek. Priorytetem dla niego były teraz baterie. Uznał, że najłatwiej będzie mu je uzupełnić w miejscu gdzie znajdowała się kapsuła, bo wyglądało na warsztat. Po zejściu tam okazał się, że niewiele się pomylił. Odnalazł tam kobietę, która usilnie próbowała doprowadzić tą ładownię do stanu przypominającego warsztat.
- Jeśli mogę przeszkodzić, to czy mógłbym skorzystać z jakiegoś portu aby uzupełnić stan moich baterii. Ostatni czas je odrobinę nadszarpnął - powiedział uśmiechając się, a jednocześnie zaglądając na jej poczynania.

-Zauważyłam. Rzuciła Nadia odruchowo, po czym odłożyła na miejsce wiązkę przewodów. Jakie mają napięcie?
Odwróciła się do Kano lustrując go od stóp do głów.Kano także postanowił sprawdzić owa kobietę pod kątem wszczepów, hmm, jego czujniki nic nie wykazały, ale zawsze mogła korzystać z zewnętrznych urządzeń, to by tłumaczyło, dlaczego wie o bateriach.
- Zasadniczo niewielkie, jestem jakby to rzec oszczędny, poza tym nawet w moich czasach golemy mojego typu starały się maskować swoje pochodzenie i możliwości, to dawało duża przewagę. - zastanowił się i dodał - niestety ale nie jestem w stanie teraz podać ci pełnej specyfikacji. -

- Hymm, a myślałam, że androidy w Drugiej Republice były bardziej...powszechne. Najwyraźniej kreatywne dawkowanie historii zdarza się wszędzie...
- Były, ale ja nie jestem androidem, jestem avatarem statku, to to filozoficznie duża różnica -

-Być może filozoficznie jest to różnica, ale technicznie i mechanicznie raczej nie. Jesteś tworem rąk ludzkich działającym dzięki sztucznej inteligencji, i zasilają cię baterię, prawda? To pokrywa się z definicją androida. Wole fakty niż filozofię. A teraz może inaczej.
Nadia na chwile zamilkła, po czym wystukał kilka komend na osobistym komputerze po czym zwróciła się na powrót do Kano.
-Zauważyłam, że jeśli podłącze napięcie do kapsuły, to są w niej złącza, dzięki którym prawdopodobnie możesz się ładować. A jeśli tak, to zwyczajnie nie będę cię próbować badać amperomierzem by sprawdzić do czego cie podłączyć, by przypadkiem nie spalić ci obwodów.
- To miłe z twojej strony - powiedział po zdaniu na temat palenia obwodów - chętnie skorzystam. - podszedł do kapsuły i zapytał, które to złącza? -
Nadia wskazała mu złącza, a Kano położył na nich ręce, po chwili wykrył napięcie i rozpoczął proces ładowania. Nie omieszkał popytać o podejście ludzi do golemów dziś.
Na początku uznał, że inżynierka z niego żartuje, ale po większej liczbie pytań, musiał przyjąć że to prawda. Avestianie, niechęć do technologi została pogłębiona, a dodatkowo mieli teraz pewnego rodzaju zacofanie technologiczne. Nie opisał jej Heliosa, zastanawiał się czy by mu uwierzyła. Pewnie tak, choć była by sceptyczna, na razie nie miał żadnego dowodu, poza kapsułą i sobą. Kiedy naładował baterię od razu poczuł się lepiej, chciał sprawdzić czy nie ubyło mu nic z jego możliwości. Na razie jednak musiał się od tego powstrzymać, dostał jak do tej pory, aby nie zwracał na siebie zbytniej uwagi, z tego też powodu poprosił Nadię o jakieś stare ubrania, tak aby mniej rzucał się w oczy.

Klęska za klęską w kontaktach z ludźmi. Juliusz uwielbiał powtarzać, że zbytnia wiara w ludzki indywidualizm ją zgubi, że wolność jest mrzonką, a homo sapiens zatrzymał się w rozwoju, bo ze swej natury jest gatunkiem niezdolnym do prawdziwego porozumiewania się. Gdy głośno zamykały się drzwi za Evrosem, coś w niej przyznawało ojcu rację. Skłamała, naraziła reputację, nie zważała na własny interes, a mimo wszystko nie zasłużyła na poważne traktowanie. Teraz więc musiała patrzeć na barczyste plecy najemnika, potem na drzwi. Zastanawiała się czy to ją czegoś nauczy.
Chwilę trwało nim ponownie wyszła na pokład. Usiadła na biurku i kopała nogami w ścianę. Jak wiadomo, jeśli tylko ma się na stopach zakryte buty, jest to zajęcie znakomicie oczyszczające umysł. Żałowała, że nie było z nią Nicodemusa. Postawiłaby mu to samo pytanie, co Evrosowi. Czy Kano to rzecz, czy istota.

Domyślała się, co sadzi Nadia. Za to jej własna natura wołała, że ma do czynienia z nowym gatunkiem. Co z tego, że stworzonym sztucznie. To był obcy, ksenos, nieopisany, niesklasyfikowany, niezbadany. I właściwie rzecz ujmując, był jej. Roześmiała się w głos. Nie może się tylko zdradzić, że niewolnictwo ją mierzi. Posiadanie na własność istoty własnego czy obcego rozumnego gatunku nie wchodziło w rachubę. O ile Kano nie był rzeczą, oczywiście.

Znowu jej myśli powędrowały do kapłana. Dotąd Nicodemus był dla baronówny po prostu bardziej stukniętym naukowcem. Teraz okazywało sie, że naprawdę może potrzebować spowiednika. Zawiłości moralne związane ze znaleziskiem przecież dopiero się rozpoczęły.

Z wolnością zawsze był problem. Nawet jej własna była bolesna i to mimo, że cały ten czas, jaki minął od opuszczenia Secundusa w żyłach baronówny krążyła wzmocniona dawka endorfin. Podróżowała, decydowała o sobie, ale jednocześnie nie mogła korzystać z wrodzonych zdolności. A to było jak samookaleczenie. Dodatkowo konieczność zażywania tłumiącej talenty chemii zostawiała niesmak upokorzenia. Podobnie zresztą jak fakt, że miała 31 lat, a dopiero zaczynała żyć. To chyba, dlatego czasem w towarzystwie Nadii albo Sorena miała ochotę z całej siły krzyczeć.

Poczekała aż Nadia i Kano wyjdą spod pokładu. Nie chciała żeby golem na pokład Rybki szedł sam. Do aeroportu Perrido dostali się bez problemu.

***

Siedziała na tarasie budynku z żółtego kamienia. Podziwiała Latarnię. Wdrapała się na nią dzisiaj jak przystało na spragnioną wrażeń turystkę. Schodów było za dużo, teraz bolały ją nogi, ale widok na morze i kolorowe miasto rekompensował zmęczenie. W tym drogim barze, gdzie podobno serwowano wszystkie specjały planety umówiła się z przedstawicielem Gildii Aptekarzy. Popijała już drugi kieliszek czerwonego samarańskiego, bo kontakt polecony jej przez Zrzędę spóźniał się nieprzyzwoicie. Wino o rubinowej barwie zostawiało w ustach cierpki posmak niedojrzałej pomarańczy. Właściwie cieszyła się tą chwila samotności. W spokoju opijała sukcesy i klęski ostatnich dni.
Sukcesem była cała morska wyprawa, znalezienie Kano i starożytnych technologii, wywiniecie się Verrossa almalikańskim strażnikom. Do tego kilka godzin temu zakupiła żywego orotikta, który już grzał swą śliską skórą w olbrzymim akwarium w kajucie Aspazji i wygrała niewielką sumę w kasynie w tym samym budynku.
Klęską przede wszystkim była śmierć szalonego marynarza. Stosunek Sorena do niej, jego niechęć do zwierzeń, wszystkie rozmowy z Verrossem były… ? Uznała, że niepowodzenie to właściwe słowo.

W końcu pojawił się oczekiwany przez baronównę przedstawiciel gildii. Był mężczyzną koło czterdziestki. Niebieskie ruchliwe oczy wyglądały młodziej, ale przygarbiona sylwetka dodawała mu lat. Miał czarne zęby. Za dwa kieliszki Aspazja zapyta się go, co zażywa. I czy nie myślał o wybieleniu. Zrzęda w liście opisywał mężczyznę jako geniusza i pogromcę serc niewieścich. Aspazja przeżyła małe rozczarowanie. Aptekarz miał na imię Torsen.
- Kuzynka czterdziestego drugiego stopnia Jaśnie Oświeconego Cesarza Alexiusa. Jestem onieśmielony. – Mlaskał przy tym jakby mówił o jedzeniu. Aspazja podała mu dłoń do ucałowania. Mleczne światło żyrandoli z ceramstali obydwojgu nadawało nieco upiorny wygląd.
- Tak, mamy wspólną prapraprababkę. – Powiedziała to jakby przyznawała się do posiadania dwóch diamentowych planet.
Torsen kiwał głową z uznaniem. Nie wiedziała, które z nich kpi bardziej.
- A pije pani? – zapytał i bez pytania o zgodę wyciągnął rękę po jej kieliszek. Obrócił go w dłoni, lekko ogrzał i powąchał zawartość. Koneser. - Samara z 92. Dobry wybór, ale nie idealny. Polecam rok wcześniejsze pieprzowe torkayskie.
Przywołał kelnera i zamówił. Znowu bez pytania o zgodę.
- Źle jest mieszać różne wina –powiedziała Aspazja.
- To będzie smak wart ryzyka. –obiecał.
Postanowiła przerwać tę gierkę. Evros siedział dwa stoliki dalej. Wolałaby, żeby usiadł z nią, albo w ogóle zrezygnował z pilnowania jej bezpieczeństwa tego wieczoru. Ale po rozmowie w kajucie kutra, przytakiwała najemnikowi we wszystkim.
- Potrzebuję rc 12. I chciałabym dać to do analizy – wyjęła z torebki granat. Torsen cicho zagwizdał. Miała wrażenie, że zaraz wybuchnie radosnym śmiechem.
Torebka była tak mała, że tylko granat się tam mieścił. Za to idealnie pasowała do zbyt krótkiej sukienki, w którą Aspazja ubrała się na wieczór. Kobiety w Aayn preferowały modę zakrywającą wszystko. Baronównę zaczęło to drażnić już po godzinie spaceru po mieście.
- Ależ droga Pani, za szybko – pokręcił głową z dezaprobatą – Na Madoku do sedna sprawy przechodzimy po minimum godzinie fascynującej rozmowy.
Roześmiała się.
- Nie mam czasu na zaloty.
Torsen spłonął rumieńcem.
- Zrzęda ostrzegał mnie przed panią, Lady.
Wcześniej Aspazja planowała przekazać granat Wilkinsonowi, ale w trakcie rozmowy z kajdaniarzem zmieniła zdanie. Choć pośrednik wypuścił obu oroyoma, był bardzo rozdrażniony faktem, że nie zaczekali na nich na morzu. Znowu próbował wydawać jej polecenia. No i Aspazja cały czas miała nadzieję, że Ryoksha w końcu opowie odrobinę o sobie.
- Ile to będzie kosztowało?
- Na razie nic.
- Powiedz mi, gdzie je na Madoku robią.
- Jutro.

Zapadał już zmierzch. Aspazja siedziała w swojej kajucie i podziwiała nowy nabytek, kiedy rozległo się pukanie. Olbrzymie akwarium zajmowało mnóstwo miejsca. Orotikt nadal zdenerwowany przeprowadzką kłapał na nią zębami.
Otworzyła. Za drzwiami stał Soren.
- No najwyższy czas – gestem zaprosiła go do środka.
Słysząc takie powitanie Soren co najmniej się zdziwił, niemniej wszedł do środka.
- Yyy... dobry wieczór - powiedział jakby nieśmiało, rozglądając się niepewnie po otoczeniu.
Wszedł ostrożnie, starając się nie wpaść do ogromnego zbiornika z wodą na środku pokoju.
- Mam nadzieję, że ta radość na mój widok, nie była wywołana tym, że już czas karmienia, tego... czegoś? - zapytał pilot.
- Będzie musiał przejść na dietę – roześmiała się, po chwili jednak powiedziała zupełnie poważnie – Cieszę się, że przyszedłeś, bo w końcu będę mogła ci zadać kilka pytań. Na przykład, kogo tak naprawdę na Madoku szukasz?
- Na Madoku szukam? - Soren udał, że nie całkiem załapał pytanie. - Ja wszędzie szukam li tylko szczęścia w miłości. - uśmiechnął się szeroko. - Wiem natomiast kogo Ty szukasz, więc także się nim zainteresowałem. - kiwnął głową taką miną, jakby właśnie dowiódł czegoś niezwykle skomplikowanego.
- Przebiegle – roześmiała się znowu – Wypytując kajdaniarzy o Czarnego Beliaha przewidziałeś nawet moje zainteresowanie nim powstało.
- Tak samo kupując muszlę przewidziałem potrzebę, zanim zaistniała. Po prostu staram się nadążać za tym, co dzieje się dookoła i wyprzedzać wydarzenia. - znowu kiwnął głową. - A skoro wspomniałaś o Beliahu, to chyba dobrze się domyśliłem, że Cię interesuje?
- Tak. Tak samo jak to czego Ty chcesz od niego. Jak się wstydzisz zwierzyć to mam w barku trochę wina.
- Cóż za propozycja. - mruknął z zadowoleniem. - Czy możemy po prostu przyjąć, że to stary znajomy, z którym urwał mi się kontakt? W ten sposób nie będziemy marnować cennej nocy, którą możemy lepiej spożytkować na co innego... Nie o to mi chodzi. - dodał szybko widząc gniewną minę swojej przełożonej, wyciągając przed siebie rękę, jakby się przygotowywał do obrony. - Absolutnie nie o to mi chodzi... wyjątkowo - ostatnie słowo wypowiedział ledwie słyszalnym szeptem.
- Możemy przyjąć... – powiedziała wolno – póki co... Opowiesz mi o nim? Może stać za zaginięciami kutrów?
- Może. Po pierwsze jest piratem, co oznacza, że może stać za każdym złem, o jakie zechcemy go posądzić, o ile jest zyskowne. Po drugie handluje ludźmi. Mógł porywać kutry razem z załogami po to, żeby ich sprzedać gdzieś na innej planecie. Ew. może sprzedawać rebeliantom, tylko nie jestem do końca pewien po co. Z tego co mi wiadomo nie jest tu lubiany, ale należy oczekiwać, że ma swoje wtyki w okolicy. Prawdopodobnie też tutaj trzyma swoich niewolników. Jeżeli dopadniesz tego, kto się dla niego nimi zajmuje, masz też samego Beliaha.
Soren zakończył swoją wypowiedź tonem iście kusicielskim i zmrużył oczy dla lepszego efektu.
Baronówna słuchała uważnie.
- Widzę kilka problemów. Możemy pobawić się w rozwiązywanie tutejszych zagadek kryminalnych, ale wtrącanie się w nieswoje sprawy mądre nie jest. I na pewno napyta nam kłopotów. A mamy kilka spraw do ukrycia. Po aferze na nabrzeżu, zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że powinniśmy odlecieć stąd jak najszybciej. Z drugiej strony nadal nie wiemy dlaczego Kano znalazł się akurat tu, na Madoku i na pewno przed odlotem warto go o to zapytać. I chętnie doprowadziłabym do przymknięcia handlarzy żywym towarem. Choćby ze względu na tego nieszczęśnika z Meduzy – skrzywiła się – Może faktycznie żyłby nadal... gdyby nie ja...
- Każdy z nas ma jakiś bagaż – dodała i sama uśmiechnęła się na to banalne stwierdzenie. – Gdybyś powiedział dlaczego to dla ciebie takie ważne, wszystkim nam ułatwiłbyś decyzję, bruździć miejscowym czy nie bruździć.
Gdy padło imię Kano, Soren się skrzywił.
- Na pewno przed odlotem warto zdecydować czy on z nami leci i ewentualnie dokąd. Sądzę natomiast, że chętnie byś przymknęła go ze względu na nieszczęśnika z Meduzy, na Oro'yme i na odwrócenie uwagi od Evrossa. Przepraszam, kawalera Evrossa. - dodał z przekąsem.
- A co do mnie... - zamyślił się chwilę, ile może jej powiedzieć. - O co chodzi jak nie wiadomo o co chodzi?
- Mężczyznom o władzę, kobietom o seks. Wy czasem nazywacie władzę honorem, a my seks miłością. Powiedz mi – poprosiła – sama nie zgadnę.
Odpowiedź Aspazji wyraźnie spodobała się Sorenowi.
- Jak mam być szczery, to tym niżej urodzonym mężczyznom chodzi zwykle o pieniądze, kobiety i seks. Cieszę się, że choć jedno zainteresowanie nas łączy. W razie czego, każdej innej nocy jestem do dyspozycji. - powiedział nieco niższym niż zazwyczaj głosem, poprawiając fryzurę. - A noc dzisiejszą proponowałbym wykorzystać jednak na znalezienie kryjówki Beliaha. Przy czym lepiej, żeby się tym zajęli niżej urodzeni, czyli kapitan i ja, na wypadek wpadki. Hm?
Baronówna wyraźnie się obruszyła.
- Ten ton jest okropny. To w ogóle się czasem sprawdza, czy po prostu chcesz mnie rozgniewać? To drugie będzie raczej trudne. Jestem zbyt zmęczona na silne emocje. I zbyt pijana. Czyli chodzi o pieniądze. Okradł cię? Zdradzisz jakieś szczegóły?
Pilot westchnął ciężko. Najwidoczniej w rozmowach z przełożoną, a szczególnie pijaną przełożoną musiał zachowywać całkowitą powagę. Trudno.
- Czasem działa. I akurat nie o pieniądze - odrzekł. - Ale nie wypowiedziałaś się na najważniejszy temat.
- Podobnie jak ty. Przyznasz, że to irytujące? Jak chcecie ją znaleźć? I jak ja mogę wam w tym pomóc?
- Nie sądziłem, że moje motywy są dla kogoś istotne. Powiem więcej, byłem przekonany, że nie powinny. Więc nie wydaje mi się, żebym unikał odpowiedzi na pytania o sedno sprawy, pani. - zmienił ton na bardziej formalny. - Niewolnicy najprawdopodobniej znajdują się na pustym tankowcu mata Tadżyka. Nie jest to pewna poszlaka, ale lepszej nie mamy. Jeśli ich znajdziemy, znajdziemy też ludzi Beliaha. Jak pani może pomóc? Wcześniej sądziłem, że wysyłając z nami Evrosa, teraz nie sądzę, żeby był to dobry pomysł.
- Obejrzycie zawartość tankowca, załóżmy że będą tam niewolnicy, co dalej? Przesłuchanie Tadżyka? Coś o nim więcej wiesz?
- Właśnie – przypomniało jej się – sprawdzam granat znaleziony na Meduzie, ale dopiero jutro będę mieć konkrety. Natomiast dzisiejsze spotkanie z Wikensonem coś mi uświadomiło. Identyczny granat miał jeden z jego ludzi. Być może więc zadzieramy z Pośrednikami.
- Wiem o nim, że nie jest ważniejszy od Wilkensona, Ibrahima, ani al-Malika. Jeżeli znajdziemy u niego niewolników, będzie mu gorąco i prawdopodobnie uda się wynegocjować co nieco. Gdyby Wilkenson maczał w tym palce, nie pozwoliłby wystawić nagrody za znalezienie Meduzy. Sądzę, że raczej ma szpiega lub sabotażystę u siebie, ewentualnie to popularna lokalnie broń.
- Nagroda za znalezienie zaginionych kutrów nie leży chyba w kompetencjach Wilkensona. Halucynogen w tych granatach też z pewnością nie jest popularnym środkiem. Ale to na razie wszystko gdybanie. Bądźcie ostrożni – uśmiechnęła się – i spróbujcie nie robić głupstw. Bo jak za długo nie wrócicie będę musiała ruszyć na ratunek.
- I wiesz, Soren, motywy są istotne. Nie cieszą mnie twoje kłopoty, ale cieszy mnie, że nie chodzi o pieniądze.
- Weźcie skrzekotki i eteroskop – dodała jeszcze - może Nadia zdążyła już go przerobić na podczerwień.
- Sam wygląd granatu nie musi definiować jego zawartości. Nie widziałem tych granatów, ale możliwe, że jedyne co je łączyło to fakt, że oba były gazowe. Tak czy owak, dziękuję pani. Pójdę poszukać kapitana - powiedział Soren, skłonił się lekko i odwrócił na pięcie.
- Powodzenia. I nie daj się zabić. Proszę - rzuciła za nim baronówna.
Pilot spojrzał na nią ponure ponad ramieniem.
- Zrozumiałem.
Po tych słowach wyszedł.

Nadia po rozmowie z Kano udała się do swojej kajuty. Miała kilka kwestii do przemyślenia.
Szczerze mówiąc nieco ją zaskoczyła tożsamość jej opiekuna, ale najwyraźniej większość załogi 'Szybkiej Rybki' miała coś do ukrycia. Takie życie.
Sama postać Kano nieco ją rozczarowała. Chodź trudno było jej powiedzieć czego miałaby się spodziewać po chodzącym artefakcie z Drugiej Republiki, to na pewno nie doskonale pozorującego żywego człowieka, momentami uprzedzająco grzecznego i ugładzonego mężczyzny z jakim miała okazje obyć krótką rozmowę. Nadia lekko ziewnęła, stwierdził, że trochę się prześpi zanim wymyśli co zrobić tego dnia.
Po kilku godzinach snu obudziła się w o wiele lepszym nastroju.

Cóż, aktualne chyba najbardziej miała ochotę wyjść do miasta, póki ma do tego sposobność.
Zrzuciła z siebie kombinezon z syntjedwabiu który ostatnio jak kilka jego identycznych kopii stał się jej druga skórą. Wyszczotkowała porządnie włosy, odświeżyła się i przebrała.
Zwiewna sukienka w taką pogodę jaką serwował dzisiejszy dzień na Madoku była idealnym rozwiązaniem.
Wiedziała, że według planów, raczej przed jutrzejszym dniem nie opuszczą planety, a prócz tego, miała przy sobie komunikator.

Aayn miało w sobie niezaprzeczalny urok, mimo zupełnie innego klimatu ze względu na fakt bycia miastem portowym, mocno przypominał jej rodzinne miasto na Criticorum. Cóż, niezaprzeczalnie, spory wpływ na to miało to, że tutaj władzę też sprawował ród al- Malików, mimo iż Madok jako taki należał do Ligii. Graniczące ze sobą drapacze chmur, i niewysokie drewniane domki, kipiące różnorodnością bazary i brudne zaułki, obwieszone biżuterią miejscowe szlachcianki i obdarte dzieci. Technika i ubóstwo, abnegacja i wiara. Pełen wszystkiego konglomerat.
Spokojnie przemierzała te główniejsze ulice pełna świadomości spojrzeń jakie przyciąga. Cóż, czasem to jest ceną, chodź zestawiając korzyści zazwyczaj są o wiele więcej warte. Uśmiechneła się pod nosem. Słowa godne ust wuja Fiodora.
Krew nie woda, stare powiedzenia niosą czasem z sobą więcej prawdy, niżbyśmy sami tego chcieli.
Spodobał jej się plakat reklamujący restaurację z najlepszym widokiem w mieście.
Teraz, gdy słońce powoli zniżało swa twarz nad taflą wody był do tego najlepszy moment.

Kilka minut później znajdował się w windzie jaka z lekkim sykiem serwomechnizmów wiozła ją na najwyższe piętro całkiem okazałego budynku.
Gdzie jak gdzie, ale na planecie Ligi, a do tego w mieście al-Malików technologia nie była niczym...dziwacznym.
W samej restauracji zajęła miejsce przy niewielkim stoliku stojącym blisko ogromnego, panoramicznego okna.
Popijając sok z jakiś egzotycznych w smaku owoców podziwiała przepiękną panoramę roztaczająca się przed jej oczyma.
Światło słońca zdawało się ślizgać po powierzchni wody, otaczało wysokie iglice budynków poświatą i zapadało w miękkich cieniach otulających wzgórza znajdujące się za miastem.
Miasto jednocześnie stare i nowoczesne, brudne i wystawne, teraz bez względu na różnice, skąpane w złotym świetle zachodzącego słońca.

Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 1442x882.Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 1442x882.


Gdy słońce skryło się za błękitną linią nieskończonego morza, noc rozbłysła tysiącami świateł. Ulice portowego miasta zapełniły się świętującym, falującym tłumem. Ciepły, porywisty wiatr niespodziewanie uderzył znad morza, targając płomieniami wszechobecnych latarni. Rozpoczął się taniec. Szalona karuzela ognia i rozgrzanych słońcem, spragnionych zabawy ciał. Kolorowy tłum przemieszał się i wezbrał, rozlewając swoje macki po wszystkich zakątkach miasta. W oddali rozbrzmiały pierwsze, donośne słowa kapłanów. Równie dobrze mogłoby ich tam jednak nie być. Tutejsi mieszkańcy od dziecka znali słowa, które każdego, nawet najbiedniejszego z biednych, obdarzały najkosztowniejszym z darów - nadzieją.

- Czy jesteś kolejnym mężczyzną, który przybył tu z miejsca sprawowania władzy, aby ukarać tych, którzy są od ciebie słabsi!? - wykrzykiwały w tłum miejscowe kobiety.
- Przyniosłem światło, aby rozbłysło nad wami. - odpowiadali za Proroka mężczyźni, dopełniając rytuału - Władza zaślepia, ale wolni mogą zobaczyć wszystko. Czy ty masz władzę, czy wolność?

I wszyscy mieli wolność. W tym jednym momencie, tej nocy, która pozornie nie różniła się niczym od setek innych, wszyscy, nawet najniżsi z niskich i najmarniejsi z marnych czuli się królami. Oto było święto wolności i łaski. Dla każdego.

Nicodemus pozwolił porwać się tłumowi. Tańczył, spoglądając na rozmazujące się w ruchu płomienie. Radosna muzyka, mieszała się z gorącymi słowami modlitwy i śmiechem otaczających go wiernych. Wydawało mu się, że zatracił się w czasie i przestrzeni. Cały świat porzucił złudną ostrość, by zamienić się w morze wrzących, jaskrawych smug. Czuł gorąco każdej z otaczających go, żarzących się dusz. Wiara tych prostych ludzi tej jednej nocy buchnęła dzikim, nieokiełznanym płomieniem. Kapłan nawet nie zauważył kiedy po jego twarzy pociekły łzy radości. Nie był jednak jedyny. Oblicza otaczających go uśmiechniętych ludzi również lśniły od słonej wilgoci. Wszyscy wiedzieli, iż trwać to będzie tylko tę jedną noc, lecz czuli się jakby dotknęli wieczności.

Otrząsnął się dopiero wiele godzin później. Serce powoli przestawało bić szalonym tempem, falujące od wysiłku płuca napełniały się chłodnym, nocnym powietrzem. Lecz nie był to koniec święta. Kapłan wśród ludu zawsze miał pełne ręce roboty. Zgromadzeni wokół niego ludzie, z którymi cieszył się tą nocą, zaprosili go do swojej wioski pod miastem. Trzeba było poświęcić domy i rybackie łodzie, pomodlić się przy chorych i pobłogosławić nowożeńców.


Nicodemus mimo ogromnego zmęczenia czuł się wspaniale. W czasie drogi powrotnej do portu przystanął, by z wdzięcznością spojrzeć na budzące się nad morzem słońce. Odetchnął głęboko morskim powietrzem i ruszył dalej. Czekał na niego cały Wszechświat tajemnic.


Złota Wieża była widoczna z każdego miejsca na Aaynie, za dnia wyróżniała się smukłą iglicą przeszywającą niebo i lśniącą promieniami słońca odbitymi od złotej kopuły, zaś nocą wskazywała drogę blaskiem ognia. Była niezastąpionym punktem orientacyjnym, a w swych murach zgromadziła niezliczone bogactwo gildii. To tu swoje warsztaty miał zakon Inżynierów, a Szare Twarze prowadzili biura. Przekraczają próg wieży miało się wrażenie, że opuszcza się prowincje Madok i przenosi na Ligenhaim czy Criticorum, gdzie przaśne stragany ustępują miejscom galeriom. Nawet powietrze pozbawione było zapachu przypraw, morskiej wody i ryb. Złota Wieża zdawała się być z innego świata i innych czasów.

Barówna Aspazja musiała poczekać z zwiedzaniem, jej pierwszym celem był apartament kierownika Jilla Torchadego znanego na Madoku specjalisty od Oroymów. Jego komnaty znajdowały się w górnych partiach wieży. Po dwóch stronach drzwi zdobionych niebieskim kwiecistym ornamentem stały na straży zakapturzone postacie. Nie pamiętała by ostatnim razem kierownik korzystał z ochrony, a gdy podeszła bliżej zauważyła też symbole Avestii. To nie był dobry znak. Mnisi w czarnych szatach i żelaznych maskach tylko skłonili się i przepuścili ją do drzwi. Za późno było by się wycofać.


Wnętrze pomieszczenia było ascetyczne w porównaniu z dominującym przesadnym stylem miasta, kierownik już na nią czekał i gdy weszłą powitał wylewnie. Nie byli sami, przy wejściu na taras czekała jedna postać tak samo jak milczący strażnicy ubrana w czerń wiecznego płomienia.
- Pozwól Baronówno, że przedstawię Tobie diakon Ishet Urkan. - wskazał kolejnego gościa, była to kobieta o białych włosach ostrzyżonych krótko niczym młody żołnierz, jej twarz naznaczona była tatuażami z drobin metalu - baamoon - czarne sarnie oczy nie pozostawiały wątpliwości, że kapłanka była Ukari, obcym z Kordeth.
- To dla mnie zaszczyt. - głos miała miękki, w innych okolicznościach mógłby brzmieć kusząco i zalotnie. - Wiem, że moja obecność jest niespodzianką, ale zapewniam, że łączy nas wspólny cel. Tak samo jak kierownikowi Torchady los Oroyme nie jest mi obojętny. Słyszałam o prześladowaniach i wiem, że muszą się skończyć. - Aspazja nie była pewna, skąd u Avestian nagła miłość do obcych ras.
- Wszystkie istoty są dziećmi Wszechstwórcy i wszyscy powinni mieć szansę by usłyszeć słowa Proroka. Przybyliśmy na Madok z misją krzewienia wiary, lecz nie jest to możliwe, gdy wierni są wiezieni w rezerwacie.
- Mam jeszcze jedną dobrą wiadomość, jeśli tylko zechcesz baronówno będę mógł zapewnić Tobie przepustkę na Samarę, tam gdzie przetrzymywani są Oroyme, a także wystarać się o audiencje u Szejka Adila.
- To bardzo... uprzejmę z Twojej strony, ale czemu miałabym stanąc przed obliczem szejka.
- Ach, przecież to oczywiste, by przekonać go by uwolnił Oroymę, a także, by zamknął dla żeglarzy Zakazane Wody.
- wyjaśnił Torchada, mówił to tak, jakby wierzył, że to będzie tak proste.
- Dlaczego Szejk miałby mnie wysłuchać?
- Gdyż jesteś wysoko urodzona tak jak i on, mnie nie traktuje poważnie.
- dodał gorzko - Zaś samo poparcie Katedry może nie wystarczyć. Słyszałem też o Sukcesie z Meduzą, dla żeglarzy to ważne, masz u nich kredyt zaufania. Kredyt, który można wykorzystać by przekonać ich by zostawili zakazane wody w spokoju. Szejkowi nie zależy na połowach, chce spokoju i poparcia poddanych. Jeśli żeglarza to zaakceptują to również Szejk wyda edykt zakazujący połowów na wodach Oroyme.
- Ale to nie Oroyme są winni zaginięciom, to Czarny Beliah.
- Być może, tak jest w tym wypadku. Ale myślimy o przyszłości, przez wiele lat Żeglarze nie zapuszczali się na Zakazane Wody by uniknąć anomalii. Jednak z czasem miasto rosło i więcej kutrów wypływało w morze wyczerpując zasoby na bezpiecznych wodach. To tylko kwestia czasu gdy wytrzebią ławice na rafie dzwonów, tym samym naruszając bezpieczeństwo Rylenów, a wtedy Oroyme i tak będą bronić swych wód. Kolejny konflikt będzie kwestią czasu, ale teraz możemy mu zapobiec, obejmując tereny ochroną. To jedyna szansa.
Zajście ze strażnikami i rozmowa z Aspazją nie nastroiły go dobrze. Ktoś deptał mu po piętach, kim była ta dama poszukująca Astrayia Maat Ksantypya? Nie słyszał tego imienia wcześniej. W każdym razie była jakoś związana z tą Gildią, której agentów załatwił. Nie zapowiadało to dalszego, dobrego pobytu. Zgubił pościg już jakiś czas temu... nie przypuszczał, że znajdą go na takich peryferiach Światów.

Chyba, że to Rączka go zakapował... będzie musiał sobie porozmawiać z załogantem Wilkensona. Wrócił właśnie z wycieczki z Aspazją, spotkała się z jakimś wysoko postawionym członkiem Gildii Aptekarzy i przekazała do zbadania granat, odnaleziony na zniszczonym kutrze. Evros przyznał, że sam był ciekaw do jakich wniosków dojdą. Wszystkie swoje graty już spakował i przeniósł na ich statek kosmiczny, który nie wiedzieć czemu ochrzczono "Rybką". Nie zauważył nigdzie Nadii i to go trochę zaniepokoiło. Wszyscy członkowie załogi, z polecenia baronówny mieli przy sobie komunikatory, spróbował więc szczęścia i zapytał do głośnika:

- Nadio, gdzie jesteś? Wróciłaś na kuter? Chciałbym z Tobą porozmawiać - czekał na odzew.

Nadię od podziwiania pięknych widoków oderwało delikatne popiskiwanie komunikatora jaki miała przy sobie. Z lekkim zniecierpliwieniem wyciągnęła go z torebki. Wsunęła słuchawkę do ucha, usłyszała urwaną końcówkę zdania wymawianego przez Evrosa.
-Mógłbyś powtórzyć?

"Jest" - odetchnął z ulgą Evros:
- Gdzie jesteś? Szukałem Cię na "Rybce" ale Cię nie ma. Chciałem pogadać, mamy chyba sobie kilka spraw do wyjaśnienia.
- W mieście. Coś się stało?
- Ostatnio sporo, w mieście a konkretniej?
- Varass był nieco zdziwiony jej wymijającymi odpowiedziami.
-No dobra, widzę, że nici z chwili samotności. Kieruj się w stronę najwyższego budynku w części handlowo- rozrywkowej. Na samej górze jest restauracja z tarasem widokowym. Potraktuj to jako nietypowe zaproszenie na kolacje inną niż przetworzona papka.
Mimo poważnych słów w głosie dziewczyny słychać było lekki śmiech.

- Będę za kilkanaście minut. -rozłączył się. Przypomniał sobie szybko panoramę portowego miasta i charakterystyczny wysoki budynek. Po chwili już wiedział gdzie ma się udać. Zabrał ze sobą tylko pistolet i miecz, którego rękojeść starannie ukrył pod kaftanem z syntjedwabiu.
Po upływie około kwadransa był na miejscu. Wyszukał wzrokiem szczupłą sylwetkę Nadii i jej kruczoczarne włosy. Podszedł do stolika i zapytał z przekorą wskazując na wolne krzesło:
- Przepraszam czy wolne?
- Zależy, jakie ma pan wobec tego krzesła zamiary...
- Wobec krzesła żadne - odpowiedział uśmiechem - nie wiedziałem, że jesteśmy na tak oficjalnej stopie? - zażartował.
- Usiądź. Prawda, że piękny widok?
- Piękny, samo miasto również, choć ostatnie wydarzenia nieco obniżyły standard według mnie. - próbował sprowadzić rozmowę na odpowiednie tory.
- Czemu? Przecież cię nie aresztowali...Adamie - sięgnęła po kartę dań, mimo wszystko przydałoby się coś zjeść, skoro już są w takim a nie innym miejscu.
- Bardzo śmieszne - skrzywił się Varass - mało brakowało, choć miałem zamiar się przyznać, gdyby załodze miało coś grozić.
-Ale jak okazało się, nie musiałeś. Więc, cóż to za nie cierpiąca zwłoki sprawa o jakiej chciałeś pomówić?
- Na szczęście nie musiałem. Aspazja już wie o co chodziło, reszcie póki co nie mam zamiaru się spowiadać, ale jeśli chodzi o Ciebie. Mam na Ciebie uważać i chyba sporo czasu jeszcze razem spędzimy, więc może obojgu nam należy się trochę szczerości?


Nadia spojrzała na niego ze zdziwieniem.
-Szczerości? To znaczy w czym?
-Ty tez przed czymś uciekasz, albo się chronisz. Poza tym nie bez powodu zostałem poproszony o opiekę nad Tobą - nie chciałbym by to zabrzmiało protekcjonalnie. Po prostu ze zwykłej uczciwości powinienem wiedzieć, czy mam się spodziewać czegoś złego, niebezpiecznego. Sam w tym względzie zawiniłem, więc chciałbym wiedzieć, jak to wygląda u Ciebie moja droga.


-Nie mam za sobą żadnych trupów, długów, zaginionych mężów, dzieci czy złupionych planet. Zwyczajnie mój nauczyciel, a tobie znana osoba stwierdził, że przydałaby mi się w mojej pierwszej porządnej eskapadzie jakaś opieka. Wiesz dobrze, jaki Obunowie mają podejście do moralności i bezpieczeństwa.

Powiedziawszy te słowa Nadia skinęła ręką na kelnera jaki już od jakiegoś czasu orbitował wokół ich stolika.
-Zamawiasz coś? - Zwróciła się do Evrosa.
- Nie jestem głody, może coś zimnego do picia - przy pomocy kelnera wybrał coś z karty.
Techniczka z karty wybrała przegrzebki z grilla, zupę krabową i owoce z bitą śmietaną. Jak szaleć to szaleć, ale z głową, wspierać to wszystko będzie dzbanek herbaty.


Evros poczekał, aż kelner oddali się od stolika i kontynuował rozmowę: - Wiem jakie mają podejście do tych kwestii i właśnie dlatego pytam, bo wierzyć mi się nie chce, że o zwykłą wycieczkę chodzi.
- Jednak w tym przypadku będziesz musiał uwierzyć, lub nie. To twój wybór. Powiedziałam, co się za mną nie ciągnie. Czy tak trudno uwierzyć, w fakt, iż dość miałam siedzenia na jednej planecie, i chciałam nieco poznać świat i zdobyć większą praktykę zawodową? Gdzie jak gdzie, ale trudno znaleźć te dwie rzeczy równocześnie w innym miejscu niż na statku kosmicznym.
Przyjrzała się uważnie Evrosowi. Miała nadzieje, że nie jest typem człowieka który w każdym zdaniu szuka drugiego dna. To co mu powiedziała, było prawdą. Nikt nie mógł temu zaprzeczyć.

Hazat przez chwilę delektował się chłodem napoju przyniesionego przez kelnera. Analizował to co powiedziała Nadia, wpatrując się w panoramę miasta widzianą za szybą. Nie bardzo chciał wierzyć w takie oczywiste wyjaśnienia, oczywistość zawsze była podejrzana, ale nie miał póki co powodów jej nie ufać, obiecał pomoc i dotrzyma słowa.

- Trudno - dodał po chwili - ale musi tak być. Dziękuję, że na statku nie straciłaś zimnej krwi, jedno słowo mogło mnie zdemaskować. Mam parę spraw do wyrównania z pewnymi ludźmi i nie chciałbym przez głupi przypadek wszystkiego popsuć. Tak w ogóle skąd pochodzisz? Nie opowiadałaś mi jeszcze o swojej rodzinie - zmienił temat.

-Zimna krew jest tym czego tracić nie lubię. Innej krwi - tym bardziej. Co do mojego pochodzenia, to urodziłam się na Criticorum. Mój ojciec pracuje w placówce dyplomatycznej, a matka...jej zajęcie chyba najprościej jest określić tym, że zajmuje się domem i zamartwianiem o moje rodzeństwo oraz odganianiem się od swoich kuzynów z jakimi nie przepada. A Ty , mój drogi, masz jakiś braci lub siostry?
Z łatwością odbiła piłeczkę na jego stronę po odpowiedzeniu na jego pytania. Tym bardziej, że zbliżał się do kelner z jej zamówieniem na tacy.

Jedzenie zamówione przez Nadię zapachniało smakowicie, ale po kilku dniach pobytu na tej wyspie, Hazat miał już dość owoców morza. - Ja? Ja nie mam nikogo... mój ród nigdy nie był zamożny, zawsze wyżej ceniono honor niż majętność i zaszczyty, a mnie pozbawiono wszystkiego, najbliższych osób i dobrego imienia. Mam tylko nadzieję...

-W dobrym imieniu najważniejsze jest to, byś ty je sam cenił. Zdanie innych powinno być mniej istotne. Najbliżsi... - Odgarnęła włosy i pochyliła się by głęboko wciągnąć w nozdrza słono- pokątny zapach zupy krabowej.- Najbliżsi, to osoby które przychodzą i odchodzą. Ty wybierasz ich, by zajęli miejsce w twym sercu. Jeśli naprawdę ci na nich zależy, będą przy tobie zawsze, nawet gdy fizycznie będą daleko.

Mówiąc te słowa Nadia patrzyła Evrosowi prosto w oczy. Cóż, tego człowieka naprawdę mocno zraniono, zaczął tracić to co najważniejsze w ludzkim życiu - wiarę w siebie. Reszta to dodatki.

- Może masz rację, a może nie. Czas pokaże - dodał oschle. - Co ciekawego odkryłaś w tym naszym nowym towarzyszu? - mówił o Kano, gdyż to jego badaniem zajmowała się ostatnio Nadia.

-Hymm, o nim wolałabym rozmawiać...w mniej publicznym miejscu. Jest nad wyraz interesującym towarzyszem rozmów, tego faktu nie da się przeoczyć. No i ma ciekawe wnętrze...

-Rozumiem - uśmiechnął się, usatysfakcjonowanym, że dziewczyna pomyślnie przeszła test jakiemu ją poddał. "Ma głowę na karku" - odetchnął z ulga nieco. - W takim razie, życzę smacznego. Jeśli sobie życzysz to poczekam i odprowadzę Cię na statek? Chyba, że wolisz ten czas spędzić sama, to już pójdę?

- Evrosie, nie chce byś pomyślał, że cie okłamuję, czy oszukuję. Mam kilka tajemnic w swoim życiu, jak chyba każdy. Na razie nie uważam za niezbędne wywlekania ich na światło dzienne. Lubię cię, i nie chcę by twoja nieufność, czy podejrzenia to popsuły, dobrze? Jeśli uznam, że jakiś fakt który jest w moim posiadaniu, jest niezbędny, byś mógł spełnić to co obiecałeś powiem ci o tym.

- Rozumiem i cieszę się, że te słowa padły z twoich ust... bo tak naprawdę właśnie na taką deklarację czekałem.

Resztę czasu spędzili gawędząc o wszystkim i o niczym. Kiedy wszyli z restauracji, kobieta poprosiła żołnierza, o przeniesienie swoich rzeczy z kutra na Rybkę. Evros był rad, że mógł jej towarzyszyć, przynajmniej w ten sposób mógł mieć pewność, że spacery po mieście nie skończą się dla niej nieciekawie. Portowe miasto mimo opieki szejka, było nadal portowym miastem, ze wszystkimi tego urokami, kilku cali stali między żebra nie wyłączając.

******



Evros wrócił na Rybkę przenosząc walizki i kufry swojej podopiecznej. Trochę głupio czuł się sam przed sobą, używając tego określenia. Bardziej pasowałoby do podlotka, a nie kobiety, pięknej kobiety, jaką niewątpliwie była już Nadia. Skierował się do swojej kabiny, kiedy zauważył jak Soren i kapitan rozmawiają na uboczu, na jego widok zamilkli, a Varass mógłby przysiąc, że każdy z nich miał przy sobie broń, o kombinezonach ze syntjedwabiu nie wspominając. Wszedł do swojej kabiny, wziął szybki prysznic i już miał się rzucić na łóżko, kiedy coś zaświtało mu w głowie. Wyszedł i podążył ku kajucie baronówny, cicho zapukał do drzwi.


To był jeden z tych wieczorów, w które nawet jeśli człowiek położy się do łóżka, powinien to zrobić w butach. Baronówna co prawda buty ściągnęła, ale tylko dlatego, że obcasy miały po dziewięć centymetrów każdy. Leżała natomiast w sukience, na pościeli zamiast pod i zasnąć zdecydowanie nie mogła. Pukanie do drzwi niezbyt ją zdziwiło. Otworzyła.
- Słucham? – na widok Evrosa spochmurniała - Chcesz…- w porę ugryzła się w język – …chcesz wejść? – dokończyła niezbyt mądrze.

Hazat zauważył jej kwaśną minę, od ostatniej rozmowy chyba trochę sie popsuło we wzajemnych relacjach, ale o dziwo baronówna bez żadnych uwag, pozwalała dbać o swoje własne bezpieczeństwo. To go nieco zdziwiło... Wszedł do środka, chyba kładła się spać - pomyślał.

- Szefowo, nie wiem czy wiesz, ale nasz pilot z kapitanem, chyba wybierają się na jakąś eskapadę. Sądząc po oporządzeniu jakie zabierają, raczej nie będzie to filozoficzna dysputa, czy czytanie poezji.

- Mają zamiar włamać się na statek, cumujący w porcie, sprawdzić czy nie ma tam niewolników, jako że prawie na pewno są, potem chyba mają zamiar dorwać właściciela statku, przesłuchać go i dowiedzieć się, gdzie przebywa Czarny Beliah. Jakie maja dalsze plany nie wiem. Liczę, ze wrócą, jak nie to ciekawe kto dziedziczy po kapitanie. Napijesz się czegoś?

Komandosa nie zdziwiła taka odpowiedź. Soren już dawno nadmiernie się interesował Beliahem, a fakt że załoga Wilkensona nosiła granaty podobne do tych znalezionych przez Aspazję, dawał dodatkowo do myślenia. Bardzo prawdopodobne, że Beliah urządził się na tym tankowcu, albo chociaż robi za jego punkt zaczepienia. Z powodu bliskości portu i władz, Evros dałby sobie rękę uciąć, że ten pieprzony Kajdaniarz z Bękartów trzyma na wszystkim ręką, być może za przyzwoleniem władz, a być może wykorzystując ich niewiedzę. Przyjął propozycję Aspazji: - Z chęcią, poprzednia rozmowa nie zakończyła się chyba najlepiej? Jeśli nie jesteś zmęczona to chętnie się czegoś napiję.

- Wino czy whisky? – otworzyła barek.
- Whisky – odparł, patrząc jak wyciąga szklanki z grubo rżniętego kryształu.



– Jestem zmęczona, ale tak łatwo nie zasnę. Mam dylemat, czy przetrzymywanie inteligentnego, żywotnego zwierzaka w pudle zaledwie trzy razy od niego większym jest etyczne? –pokazała na akwarium i orotikta - I czy jeśli zginą, będę za to współodpowiedzialna? – nalała do dwóch szklanek. – Zdrowie.


- Nie wiem - odpowiedział z rozbrajającą szczerością - nie znam się na dobrostanie organizmów pływających - zażartował. - Panowie nie powiedzieli, dlaczego nie chcą bym szedł z nimi? Czy po prostu stracili zaufanie? – to powiedział bez cienia ironii, mieli do tego prawo, w końcu nie powiedział im prawdy. A Ty straciłaś zaufanie... do swojego ochroniarza...?

- Myślę, że chcieliby. – wypiła duży łyk. Torfowo dymny aromat wspaniale drażnił nozdrza. Drzemiący w Aspazji sybaryta na chwilę przymknął oczy.
- W teorii, jeśli ich złapią, łatwiej będzie wyciągnąć z więzienia ich, niż ciebie. Ale masz moje błogosławieństwo. Jeśli go potrzebujesz. I nie, nie straciłam. –dodała - Myślę nawet, ze każdym dniem ufam ci bardziej. –uśmiechnęła się na chwilę, a potem odwróciła wzrok. Ale wiesz, ufać komuś, to ja dopiero się uczę.

- Uczysz? Zawiodłaś się na kimś kiedyś tak mocno, czy po prostu nie uczono Cię tego w domu? - uśmiechnął się

- Nie uczono w domu. Ale to nie jest ciekawy temat. Zwykła rodzina, w której kilka osób chce odziedziczyć ten sam tytuł. – pociągnęła następny łyk – Nudna i stara jak świat historia. – powtórzyła się. – Pójdziesz z nimi?

- Nudna, ale prawdziwa do bólu, to przekleństwo dotyka każdego rodu szlacheckiego, Hazatów również, zwłaszcza Ci z pośledniejszych rodzin mają pod górkę... wszędzie. Dlatego zerwałem ze swoją szlachecką tożsamością... czasami się brzydzę tego, jak zachowują sie - wycedził przez zęby - "wysoko" urodzeni.

Przyglądała się wzburzonemu Evrosowi. - Przykro mi – powiedziała w końcu – I cieszę się, że chciałeś dla mnie pracować, zamiast wynająć się jakiejś bardziej republikańskiej organizacji. – mówiła wpatrując się w zwierze pływające w szklanym pojemniku. Orotikt kłapnął zębami, tak, ze odskoczyła od akwarium.
- Cholera, wypuszczę go jutro. Kupię sobie małpkę. Mam nadzieję, że kiedyś wszystko odzyskasz – dodała po chwili.

- Ja też - odpowiedział smutno, opróżniając szklankę do końca. - Co do zwierzaka, masz rację, wypuść, on się chyba źle tu czuje. Pójdę za Sorenem i kapitanem jeśli pozwolisz... ale będę trzymał się z boku, wkroczę, gdyby potrzebowali pomocy. Co Ty na to?

- Idź. I dziękuję Evrosie. – wyciągnęła rękę i delikatnie wygładziła fałdkę na kurtce Hazaty
– Wracajcie cali.
Mężczyzna skinął głową z szacunkiem i wyszedł z kabiny. Poszedł do siebie. Musiał się przygotować na nocną wycieczkę. Z szafy wyciągnął czarny kombinezon, wykonany ze syntjedwabiu, dzięki swojej delikatności i matowej powierzchni, doskonale pozwalał mu rozmywać się w ciemnościach. Przejrzał swoje dwa pistolety maszynowe, robota Jahnisaków był a pewna i niezawodna, podobnie jak amunicja i tłumiki. Hazat cenił dobrą broń, potrafił naprawdę sporo dać za jakiś ciekawy egzemplarz, a kilkanaście trzymał w zamykanej na szyfr szafce na ścianie kabiny. Oprócz tego miał całkiem spora kolekcję białej broni, kilkanaście sztuk, niektóre naprawdę rzadkie, z każdego zakątka Znanych Światów.

To było jego hobby, ale najcenniejszą częścią jego kolekcji był monomiecz, podarunek od samego Imperatora, podczas ceremonii pasowania na Gwardzistę. Był nadal częścią jego… choć wszyscy odmówili mu prawa do tego zaszczytu, ten artefakt mu to przypominał, przypominał o zemście i zmyciu zniewagi…

Kano kiedy został sam, postanowił pozwiedzać statek, starał się, nie zaglądać do zamkniętych pomieszczeń, jednak te otwarte obejrzał, znalazł salę treningowa, wolną kabinę mieszkalną i salę wspólną z oknem widokowym, już wiedział, że będzie tu spędzał dużo czasu. Wrócił do sali treningowej.


Pamiętał salę na Heliosie, sam ją projektował, wzorował się na starych ziemskich magazynach, uznał, że prostota i surowość tamtych miejsc, dodadzą ludziom tu trenującym woli walki. Twarde materace na podłogach, filary i ściany pokryte substancją imitująca żelbeton. Prawdziwe worki treningowe, i nawet ekrany pozorujące ostre słońce tuż za nimi.
Pamiętał treningi, które prowadził.
- Oddychaj, równo, wydech cios, wydech cios, wydech cios, wdech. Dobrze. Jeszcze raz -
Wspomnienia zalazły go niczym przypływ zalewa tysiące małych wysp na oceanie. Ta sala była inna, była równie surowa, lecz była również chłodna, niczym nie ozdabiane ściany, goła płyta, podłoga miał stare zniszczone materace, widać, że musiała służyć czasem jako dodatkowy magazyn. Choć była tak różna to jednak, poczuł się tu jak w domu, jak na Heliosie. Z tych wspomnień wyrwał go jakiś ostry zapach, dochodzący zza jego pleców.

Do pokładowej kuchni, wszedł Kano, rozejrzał się i spostrzegł Nicodemusa zajmującego się przygotowaniem jedzenia, zastanawiał się co to może być, bo choć miał rozwinięte zmysły, to nigdy nie potrzebował wiedzy na temat ludzkich kulinariów. Sam czasem jadał i pijał, bo ludzie lepiej wtedy się czuli w jego towarzystwie, no i potrafił przygotować jakieś proste potrawy, na wypadek, gdyby musiał dostarczać żywność swoim podopiecznym, ale to co robił Nicodemus wyglądało o wiele bardziej skomplikowanie. Podszedł i zapytał.
- Mogę w jakiś sposób pomóc? -


- Ach, to wy, Komandorze Kano - kapłan obejrzał się przez ramię, zdejmując z dłoni rękawice kuchenne. - Dobrze trafiliście, bo akurat kończę. Może usiądziemy? Raczki i tak muszą pogotować się w spokoju. - Wskazał ręką krzesła stojące przy pobliskim stole.


Skinął głową i usiadł w miejscu wskazanym przez kapłana.
- Dziękuję, z chęcią z kimś porozmawiam, i jeśli mogę prosić to wolałbym unikać określania mnie mianem komandora, ranga ta już chyba dawno uległa przedawnieniu, a poza tym pani Mercuri chyba zależy na tym, aby inni nie dowiedzieli się o moim istnieniu, a tytuł komandora ściąga dużo uwagi. -


- Rozumiem, w takim razie... Kano... pozwolisz, że spytam... Co właściwie planujesz uczynić? - Kapłan zdjął binokle, wpatrując się w golema dużymi, szarymi oczami - Zapewne wiesz, iż przez ostatni tysiąc lat wiele rzeczy uległo zmianie, nie posiadamy już wiedzy, która pozwoliłaby ci wykonać twoje zadanie. Ją, jak i wiele wspaniałych rzeczy z twoich czasów utraciliśmy bezpowrotnie. - Kapłan przysunął do siebie kubek z gorącą herbatą, podsuwając taki sam rozmówcy.


- Zamierzam mimo wszystko wykonać misję, mimo utraty Heliosa, wierzę, że nadal mogę wykonać powierzoną mi misję. Lord Kombei lub jego następca będzie wiedział co zrobić z informacjami, które kapitan Avram zawarł w mojej pamięci. - sięgnął po kubek i już miał się napić kiedy odstawił kubek i powiedział z wahaniem w głosie - Wiem już, że zadanie wydaje się z góry przegrane. To znaczy chyba nikt nie podejmie się poszukiwania planety, do której wrota zostały zamknięte, ale nie mam wyjścia, muszę to zrobić, dla kapitana. - Miał szczerą nadzieję, że przy okazji odnajdzie swojego kapitana, ale nie powiedział tego na głos, bał się, że kiedy powie o swoich nadziejach te nagle staną się nieosiągalne.


- Cóż... - kapłan posmakował aromatycznego, gorącego napoju - jeśli w Znanych Światach jest ktoś wystarczająco szalony, by brać się za tego typu przegrane sprawy, to jest nim właśnie nasza patronka - Nicodemus uśmiechnął się ciepło, wspominając Aspazję - a gdzie ona, tam i nasz los. Poza tym, pragnę wierzyć w to, iż nie bez przypadku to właśnie my trafiliśmy na twoje podwodne schronienie. Może to i pycha, Wszechstwórca wie iż zbyt często gości w mym sercu, ale od początku czuję w tym wszystkim dotyk losu.


- Ciesze się, w takim razie, że trafiłem na tak szaloną załogę, w tym pozytywnym sensie. Co do losu, lub Wszechstwórcy, to ja nigdy go nie spotkałem, choć wierzę, że mój kapitan tak, wiele razy widziałem, jak dokonywał czynów wielce wykraczających poza wasze możliwości, a nawet takich, których ja bym nie dokonał. Wiele też razy byłem świadkiem, jak mówił do Wszechstwórcy, i widziałem, że ten słuchał. Dla mnie to wystarczający dowód, że jest ktoś potężniejszy niż my wszyscy, skoro kapitan Mantchevitz zwracał się do kogoś z taka pokorą, to musiał to być sam bóg. -


Kapłan zamyślił się, pocierając nos.
- Cóż za ironia, iż świętym obrońcą Apostoła została istota, która we Wszechstwórcę nie wierzy, a postrzega go jedynie przez pryzmat logicznych dowodów na jego istnienie. - kapłan zachichotał - znam paru patriarchów Kościoła, którzy na samą myśl o tego typu herezji dostaliby ataku apopleksji. Oznacza to jednak też - nagle spoważniał, gdy dotarła do niego powaga sytuacji - iż nie możemy pozwolić im, by dowiedzieli się o twoim istnieniu, przynajmniej na razie.


- Tak, to faktycznie ironia - dodał z dziwnym smutkiem w głosie - ale czy wiedza, że Wszechstwórca, istnieje, mógłbym wręcz powiedzieć pewność, nie jest czasem silniejsza od samej wiary? Co do mojego ukrycia, to mam wrażanie, że będę w stanie skutecznie odgrywać człowieka, w końcu do tego zostałem w dużej mierze stworzony -


Kapłan uśmiechnął się ciepło i wyrozumiale. - Twoja pewność może i jest silniejsza, lecz pozwala ci jedynie stwierdzić fakt Jego istnienia, nasza wiara, choć w sensie logicznym, nieporównywalnie słabsza, pozwala nam poczuć go u naszego boku. Nie ważne, czy jesteśmy prostymi ludźmi, jak świętujący wokół nas tłum, czy skromnymi duchownymi, jak twój rozmówca, czy nawet twoim panem, świętym Apostołem - wszyscy nosimy w sercu Jego cząstkę i czujemy mu się bliscy i podobnie jak Twój pan możemy z nim rozmawiać. Choć oczywiście nie wszyscy z nas potrafią poznać odpowiedź, gdy ją otrzymają - kapłan uśmiechnął się tajemniczo.- A teraz, pozwolisz, że wrócę do raczków - Nicodemus wskazał kipiący sagan, wypełniony skorupiakami.


Kano skrzywił się nieznacznie, kiedy kapłan określił kapitana Avrama jego panem, zastanawiał się, czy go nie poprawić, ale doszedł do wniosku, że przekonanie o tym, iż golem nie może być niezależną istotą, jest za głęboko zakorzenione. Być może w czasie podróży Nicodemus sam dojrzeje do tego, że Kano jest wolny. Wstał i ruszył do wyjścia, zatrzymał się jednak i powiedział smutnym głosem.
- Dziękuję za rozmowę, ale proszę abyś nie nazywał Avrama moim panem, był moim kapitanem i przyjacielem, ale nie należałem do niego. Nie jestem niewolnikiem – ostatnie zdanie powiedział mocniej niż resztę wypowiedzi. Był zaszokowany, że to powiedział, w końcu logika wykazywał, że nie powinien tego mówić. Chyba pora na bardziej szczegółową diagnostykę. Nie czekał na odpowiedz kapłana, nawet nie zarejestrował jego odpowiedzi, wyszedł. Ruszył do sali treningowej, ćwiczenia z lancą powinny pomóc mu się uspokoić, i może w tym czasie przeprowadzić gruntowną diagnostykę.
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 23-08-2010 o 23:14. Powód: Post jest kompilacją wpisów wszystkich uczestników ses. Do scalenia doszło po padzie serwera i utracie wcześniejszych danych.
behemot jest offline  
Stary 23-08-2010, 10:40   #7
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu

Dominującą sektą w Archipelagu, jak na wielu światach, była Ortodoksja oraz jej odłamy, której Katedra znajdowała się na Torkay, na Aaynie było tylko kilka mniejszych świątyń, można było się nawet dziwić, że mimo rozwoju miasta nie powstały równie imponujące sanktuaria. Wedle plotek na Miyi działało zgromadzenie Wojennych Braci, jednak nie zajmowali się oni duszpasterstwem tylko szkoleniem bojowym w dżungli, na Gazeerze zbudowano niegdyś klasztor Wiecznego Płomienia, jednak w czasie plagi skorup opustoszało, a samych mnichów spotkał los gorszy od śmierci. Było jeszcze Sanktuarium Wieczności na zbuntowanej Masrze, źródło napięć między świątynią a pałacem, gdyż Szejk miał jednoznaczne poglądy na buntowników, zaś Almateanie nie przejmowali się konsekwencjami politycznymi. Była jeszcze pustelnia Eskatoników...

Pustelnia znajdowała się o kilka godzin drogi od portu Żeglarzy na wysokim klifie, droga była wąską i piaszczysta, niemal całkowicie pusta. Nikodemusa nie dziwił brak popularności miejsca, upalne słońce prażące wspinających się na wzgórze pielgrzymów mogło zniechęcić ludzi małej wiary. Nadziei dodawała zieleń winnych krzewów, obietnica cienia. Sama Pustelnia przypominała zwykłą farmę, teren ogrodzony był niskim kamiennym murem, za którym znajdował się sad, będąc już na szczycie widział jak na zboczach pasą się muflony, ze szczytu widać było też znacznie więcej, całe miasto rozłożone było jak na dłoni, z charakterystyczną przystanią, astroportem Perrido, złotą wieżą, placem Paulusa, nieco ponad miastem czuwała Twierdza Namiestników - w której niekiedy przebywał możnowładca. Poza szerokim pasem granatu widać było Torkay i ledwie dostrzegalne pozostałe wyspy. Nikt go nie witał, ani nie zatrzymywał, za to gdy przekroczył próg furtki otoczył go przyjemny chłód z winorośli, a nagrzane powietrze ustąpiło pod morską bryzą. Ścieżka prowadziła do owalnego placyku z fontanną pośrodku, jedna z dróg prowadziła w głąb gaju, aż do stojącego na uboczu nagrobka, inskrypcja na płycie informowała, że spoczywał tam Magister Copernicus, który zmarł dwa lata wcześniej, była też sentencja "Prawda tkwi w głębi". Druga ściężka prowadziła do głównych zabudowań, ceglanych chat mieszkalnych, oraz wieży obserwacyjnej, mimo skromności pozostałych budowli, samo obserwatorium wyposażone było w niebiańską lunetę, mnich zauważył też kilka innych przyrządów przydatnych do przewidywania pogody. Szmer wewnątrz chat sugerował, że ktoś jednak zamieszkuje pustelnia, jednak pierwszy człowiek nadszedł od strony grządek warzywnych.

Mężczyzna miał tutejsze rysy i nie był już młody, na głowie miał kapelusz z trzciny, był przy tym mocno opalony. Nosił roboczy habit, ręcę miał ubrudzone od ziemi.
- Niech mądrość zagości w głowach a wiara w sercu. - przywitał się pustelnik - Jestem brat Abuwafa, nieczęsto tylu gości nas odwiedza. - Nikodemus rozejrzał się szukając kogoś poza sobą. - Ach, niedawno przybył też nowicjusz Mortimer, z daleka, Criticorum jak mówił. Ponoć wieczorem ma przybyć towarzysz Mortimera, ale kim on jest to już wie brat nasz, spotkasz go pośród kamiennego kalendarza. Zwykle nikt nie zapuszcza się na nasze wzgórze, tylko rankiem z dolin przysyłają chłopca po proroctwo wiatrów. Dobrze, że chociaż w ten sposób możemy się przysłużyć wiernym. Po stracie nauczyciela wiele sekretów zostało zapomnianych, a my jesteśmy tylko uczniami . - Abufawa był prostym mnichem, jakich często można było spotkać w dzikich stronach, więcej czasu poświęcał prowadzeniu klasztornego gospodarstwa niż modlitwie czy studiowaniu ksiąg. W Pustelni było jeszcze kilku podobnych jemu, którzy albo wybrali ten los wsłuchując się wewnętrznego głosu, albo też nie widzieli dla siebie innej przyszłości. Zgromadzenie zawiązało się stosunkowo niedawno, wcześniej Pustelnia była bliższa swej nazwy, żył w niej tylko jeden Eskatonik, którego grób Nikodemus już widział, dzięki przychylności starego szejka wybudował liczne instalacje badawcze i spędził życie na badaniach, wiodąc prawdziwie pustelnicze życie. Niestety zgłębiając pradawną wiedzę nie myślał o tym by przekazać ją komuś innemu, lub by ktokolwiek był godzien podjąć jego trud, dopiero wypadek i widmo śmierci zmieniło jego postawę, nie starczyło już czasu na naukę, a dwadzieścia lat badań przepadło wraz z jego śmiercią.

Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 642x337.Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 642x337.
Teatr (muzyka)
Dworzec Perrido (Nadia)

Nadia nawet nie zauważyła jak załoga się rozeszła do swoich spraw, Aspazja wybrała się na ważne spotkanie z lokalną elitą, mężczyźni przygotowywali się do wyprawy, a Nikodemus udał się na pielgrzymkę do lokalnych Eskatoników, nawet Golem znikł w sali ćwiczeń by bawić się swoją lancą. Statek wyjątkowo nie wymagał napraw, choć tylko dlatego, że ostatnie kilka dni spędził w porcie. W powietrzu pachniało nudą, a tego zapachu kobieta nie lubiła. Słyszała, że w mieście czyhało wiele niebezpieczeństw na samotne kobiety, a dzień zapowiadał się w sam raz by ich poszukać.

Szlak jej wycieczki doprowadził ją przez suk, do placu Paullusa, gdzie kilku starżników miejskich ustawiało kolumny szczekaczki, a przeskakujący między nimi członek gildii próbował uchronić cenny sprzęt przed zniszczeniem przez nieoświeconych. Właśnie kończyli, więc jeden z strażników, w którym Inżynier poznała Agce z portu przystawił tubę do ust i krzyknął do tłumu.
- Cisza mówię. Mieszkańcy milczcie i słuchajcie, bowiem z okazji zbliżających się dni świętej Mayi Apostołki Pan nasz i Władca zechciał obarzyć lud swój swym słowem. Słuchajcie więc w pokorze. - skinął na technika, który uruchomił maszynę, głośniki zatrzeszczały nim rozległ się męski głos czytający orędzie:
- Mieszkańcy Aaynu... - ledwie co przemówienie się rozpoczęło maszyna zatrzeszczała a gdy dźwięk powrócił należał już do kobiety - ... nie jesteście niczyją własnością, nie jesteście niczyim ludem, ani poddanymi. Jesteście wolni wobec Wszechstwórcy, a ci którzy uzurpują nad wami władzę to najeźdźcy i bandyci. - w tłumie zaszumiało, jedni krzyczeli oburzeni inni słuchali niezwykłej maszyny gildii. - Tak jak Maya apostołka zrzuciła kajdany i w czasie kaźni nie odrzuciła wiary, tak Rada Rewolucji Masry nie spocznie, póki wszyscy ludzie Archipelagu, nie będą wolni i równi. A rządy staną się sprawiedliwe i dobre. - pod aparaturą Agca trząsł w gniewie przestraszonym technikiem, który nie był w stanie wyjaśnić co się stało, aż w końcu rzucił nim o ziemię i własnym bułatem przeciął głośniki, by zakończyć rewolucyjną agitacje. Później poza kłębowiskiem gapiów nie działo się nic interesującego.

Myśląc o wydarzeniu zapuściła się w głąb wąskich uliczek i pewnie by straciła orientacje gdyby nie złota wierza, nadal jednak znalazła się w miejscu dotąd nieznanym, co więcej trafiła na coś co musiało być amfiteatrem zatopionym w skale, do tego czynnym. Gdy dotarła na miejsce sztuka trwała już od kilku godzin, na trybunach po kilka osób siedziały nieliczne grupki widzów, nie wyglądali na koneserów sztuki, raczej na kogoś kto przyszedł z ciekawości i zaczyna żałować swej decyzji. Na scenie trwał dialog pełen wzniosłych słów o przyszłości państwa i bezpiecznej oraz stabilnej przyszłości narodu, jeden z aktorów nosił maskę i strój szermierza, drugi przebrany był za kobietą w bogatych szatach. Przysłuchując się kwestiom rozpoznała lihalańską sztukę "Testament Szoguna".

Sztuka opowiadał o młodym Yojimbo, który poprzysiągł zemstę na mordercach swego Daimyo. Szukając winnych wplątał się w konflikt między zwaśnionymi klanami ninja Białego Skorpiona i Czarnego Demona, stoczył pojedynek i zabił swego stryja myśląc, że to on jest winny, a także uwięził kami feniksa w glinianym golemie. W tle głównych wydarzeń dojrzewał jego romans z wdową po suzerenie, by ostatecznie odkryć, że to ona jest morderczynią. Ale wtedy już nie był w stanie zabić ukochanej, tylko przyjął na siebie rolę jej męża i nowego władcy.

Aktorzy ledwie wyrastali ponad poziom amatorów, choć i tak sama ich obecność zaskakiwała. Na koronie widowni pod zadaszeniem rozdawano herbatę, małych filiżankach i przeraźliwie słodką z dodatkiem aromatycznego lokalnego świństwa.
- Mam nadzieje, że sztuka się podoba? - niespodziewanie zaczepiła ją kobieta o czarnych kręconych włosach, ubrany w niebieski chiton.
- O przepraszam, jestem Melpona. Melponea Drake. Jestem kustoszem tego teatru.
- Prorocze imię.
- Ach poznałaś, no tak oczywiście, od początku wiedziałam, że jesteś kimś więcej. Tak, mój ojciec był swego czasu zafascynowany archeologią, nadal jest, Może o nim słyszałaś - Genin William Drake jest dość znany w mieście. Jest kapitanem batyskafu Posejdon i wyławia różne rzeczy z oceanu. Niedługo pewnie przybędzie do miasta. Właściwie to już od kilku dni powinien być...
- spochmurniała, wydawała się być zmartwiona jego nieobecnością - Ale tak to jest, gdy wypłyniesz z portu, to morze jest panem twego czasu. W przyszłym tygodniu przyjeżdża do nas awangardowa Shantorska trupa Stukot Kopyt z tragedią "Sześć Godzin Ciszy Stepu". Maska prowadzi jeszcze studio magicznej latarni, w tygodniu trwają pokazy hagiograficzne oraz dokument o Etyrii z Grailu. - z każdym słowem unosiła się coraz większym entuzjazmem.
- Nie przepuszczałam, że rybacy są wielbicielami ksenosztuki.
- Prawda! Właściwie, to...
- Melponea spojrzała na pustą widownie - ...nie do końca. To wszystko przez Karnawał. U nich zawsze są pełne sale. Ludzie wolą tańce brzucha, znikające monety, dym i lustra. - dodała gorzko. - Może chociaż w najbliższe dni post wygra z Karnawałem. A teraz muszę iść do aktorów zbliża się koniec aktu. Mam nadzieje, że ci spodoba i... do zobaczenia. Gdybyś chciała, mogę ci dać coś więcej niż Karnawał. - Nadia miała wrażenie, że zrobiła na kobiecie większe wrażenie niż planowała.

Nie dane było Nadii cieszyć się samotnością, ledwo co Melponea znikła w podziemiach pojawił się jakiś facet, wielki z twarzą wysmaganą wiatrem, mocno zbudowany o potężnych łapach żeglarza.
- Nie przeszkadzam? Jesteś z załogi tego nowego frachtowca. Ja jestem mat Tadżyk, pewnie mnie nie znasz, ale ja znam kapitana tego statku i chce byś mu coś przekazała ode mnie. - uśmiechnął się chytrze ukazując złoto i srebro swych zębów.
- Dam mu feniksy, dużo feniksów , całe gniazda ptaków. to się już po męsku dogadamy ile. Ale musi coś dla mnie przewieźć na północ. Nic wubuchowego, żadnego haszyszu, broni, czysty towar. Tylko musi to zrobić po cichutku. - tu sam ściszył głos - Tak by różni tacy się o tym nie dowiedzieli. Zapamiętasz? Dobra dziewczyna. Będę czekał na niego na Przystani jak się namyśli. No to pomyślnych wiatrów. - pożegnał się. Ktoś powinien nauczyć Tadżyka dobrych manier, ale przynajmniej zapowiadało się, że przez w najbliższym czasie nikt już Nadii nie będzie niepokoił.
Nicodemus od razu poczuł wyjątkową energię wypełniającą to tajemnicze, urokliwe miejsce. Cała pustelnia zdawała się oderwana od otaczającego ją, nerwowego świata, jakby poprzedni właściciel zawiesił ją gdzieś między wymiarami, w przestrzeni pozostającej poza upływem czasu. Eskatonik przysiadł na otaczających zabudowania skałach. Odetchnął głęboko, pozwalając, by świeże, morskie powietrze wypełniło mu strudzone podróżą płuca. Po chwili zdjął też sandały, wysypując z nich uwierające go w stopy, wysuszone słońcem kamyki. Westchnął z ulgą. Jego oczy omiotły pobliski plac i malownicze portowe miasto rozciągające się daleko na dole. Tak, to naprawdę było wspaniałe miejsce, by zakończyć podróż ku prawdzie. Przez moment zastanowił się, czy jemu też dane będzie odejść z tego świata w kojącym spokoju własnego zacisza. Pokręcił głową. Przy jego trybie życia śmierć będzie pewnie gwałtowna i tragiczna. Dosięgnie go bez ostrzeżenia na jakimś na odległym, zapomnianym przez ludzkość świecie. Miał tylko nadzieję, iż nie będzie wtedy sam...

A może...
może...
może jednak osiądzie w miejscu takim jak to?
Może porzuci złudną pogoń za niedoścignioną prawdą i wreszcie zazna spokoju?

Nie.

Płomień w jego duszy był jeszcze zbyt silny. Zbyt łapczywie łaknął podróży ku nieznanemu. Nie mógł pozwolić, by ogień, którym obdarzył go sam Wszechstwórca zgasł z czasem, nie wypełniając swego przeznaczenia.

Wstał i ruszył ku samym zabudowaniom, oglądając się po drodze na mijany nagrobek. Chrząknął widząc zapisaną na kamieniu sentencję. Jakże mógł zaniechać poszukiwań jeśli na każdym kroku witały go następne tajemnice i zagadki? Prosty ciąg wyrazów na grobie uaktywnił w jego głowie rząd wirujących obrazów i przypuszczeń. Czy prosta sentencja była w rzeczywistości wskazówką mającą doprowadzić go do zaginionej wiedzy tutejszego mistrza? Pokręcił głową. Co za dużo poszukiwań, to niezdrowo. Już widział siebie, spędzającego następne nieprzespane noce nad rozwiązaniem tej zagadki, aż w końcu bezsilnie w napadzie desperacji zacząłby przeczesywać pobliskie morskie głębiny, kończąc bezsensowne poszukiwania na rozkopaniu samego grobu tutejszego kapłana... A później już tylko lochy Avestian albo wieża błaznów. Uśmiechnął się sam do siebie. Może taki właśnie koniec był mu pisany?

- Bądźcie pozdrowieni, bracie Abuwafie - Nicodemus bezceremonialnie przywitał się z akolitą serdecznym uściskiem ręki. - Przyznam, iż nie mogłem oprzeć się urokom waszej pustelni i po prostu musiałem tu przybyć. To prawdziwe błogosławieństwo, iż dzięki wam to wyjątkowe miejsce nie popadło w zapomnienie - kapłan z zainteresowaniem zerknął na dróżkę prowadzącą dalej, wgłąb zabudowań - Macie coś przeciwko temu, bym się jeszcze trochę rozejrzał? Z chęcią zwiedziłbym też wasze sławne obserwatorium. Rzadko widzi się, by miejscowy władca tak hojnie wspierał nasz Zakon. Brat Copernicus musiał być bardzo zaradny w kontaktach z władzami.

Przywitała się z Ukaryjką dotykając jej twarzy. Wypukły tatuaż ujawniał imię, ale nie było wielkich szans żeby panna Mercouri dała radę go odczytać. Kapłanka w odpowiedzi delikatnie dotknęła policzków Aspazji. Baronówna umiała zapanować nad dreszczem, zdążyła się już nauczyć, że nie każdy ukaryjczyk chce od razu człowiekowi wydrapać oczy. Niemniej avestiański uniform Ishet Urkan psuł przyjemność z tego spotkania.

Kiedy kierownik Torchady przedstawił Aspazji swą propozycje w gabinecie zapadła cisza. Baronówna nie spieszyła się z jej przerwaniem. Z dziecinną ciekawością czekała, które z nich najszybciej poczuje się niezręcznie. Jill Torchady, tak grzeczny, że aż wydający się pozbawionym charakteru, avestianka, której nawet lata przebywania miedzy ludźmi nie miały szans pozbawić nawyku dotykania wszystkiego, czy ona sama -pełna niechcianych uwarunkowań córka tyrana. Wróciły do niej echem, wygłaszane z emfazą mądrości Juliusa. „Nie uciekniesz przed swoim urodzeniem, ono jest twoim losem, odżegnywanie się od polityki to zwyczajna głupota, jedyne, co może zrobić inteligentna jednostka to modelować świat na swoje podobieństwo” I tak dalej. Julius Mercouri uwielbiał brzmienie swojego głosu. Baronównę znowu opanowała chęć ucieczki. Pieprzyć partykularne cele członków załogi, w końcu to ona tu płaci. Dać jutro rozkaz wylotu, i to gdzieś daleko, najlepiej na nieistniejące planety szalonego golema. Kilka skoków przez wrota miało szanse zwrócić jej złudzenie wolności.

Cisza trwała. Już chyba wszyscy troje słuchali wiatru. Kapłanka Ukari przez chwilę stała zbyt blisko Aspazji. Zreflektowała się jednak i przeprosiła. Zaczęła niespokojnie krążyć po tarasie, smukłymi palcami wodziła po ścianach i balustradzie. Sędzia śledził ten zmysłowy ruch, tkwiąc w miejscu i uśmiechając się odrobinę wymuszenie.
- To piękne miasto – powiedziała w końcu Aspazja.
Faktycznie tak było. Z tego pokoju, prawie na szczycie wieży widzieli właściwie cały Aayn, błękitno-złoty, hałaśliwy, gorący, tchnący niedającym się ignorować erotyzmem.
- Piękne -przytaknęła Ukaryjka. Jej ciepły głos ewidentnie elektryzował sędziego.
I bardzo duże. – Znowu mówiła Aspazja. - Wręcz nie możliwe żebym była dla was jedynym i najlepszym sojusznikiem w tej sprawie.
- Jak już mówiłem – sędzia chrząknął, z trudem kierując wzrok na Aspazję – przez swoją pozycję jest pani bardzo cennym sojusznikiem. A przez działanie napawa nas pani nadzieją, że nieobce są jej odruchy altruistyczne.
Baronówna zapanowała nad ironicznym prychnięciem.
Lepiej nie wnikajmy wzajemnie w nasze motywy. Ale jeśli mogę jakoś pomóc w zapobieżeniu konfliktowi faktycznie chętnie to zrobię. I z wdzięcznością przyjmę od pana tę przepustkę.
Atmosfera poprawiła się.
- Potrzebuję jednak paru informacji. Po pierwsze gdzie przebywa rycerz poszukujący, dama Maat Astrea Ksantypa? Kim jest i jak duże ma na Madoku wpływy?

Sama Aspazja o Astrei wiedziała bardzo mało, trochę o samym rodzie, tyle, co każdy, kto zetknął się z dworskim klimatem Byzantium II. Ksantypa byli pomniejszą rodziną, o silnej tradycji matriarchalnej, z jedną bardzo znaną przedstawicielką, księżną Elestrą, pełniącą funkcję szefa Carskiego Oka. O księżnej krążyła niewyobrażalna liczba plotek, musiała większość z nich rozsiewać sama, tak, że niemożliwe stało się odróżnienie prawdy od fałszu. Z pewnością była jednak osobą inteligentną, okrutną, i genialnie sprytną. I odkąd objęła piecze nad wywiadem, z Cesarskiego Oka nie wydostawało się na zewnątrz prawie nic. To zdecydowanie martwiło wiele rodów.

Kierownik Torchady dostarczył Aspazji jednej konkretnej informacji.
- Wiem tyle, że jest. Rezyduje obecnie w Twierdzy Namiestnika. Nigdy wcześniej nie było jej w tych stronach, więc jej możliwości są z pewnością ograniczone, jednak nie należy lekceważyć przywileju carskiego. Moja wiedza nie sięga daleko poza Madok.
Wtedy wtrąciła się Ishet.
- Nie musisz być tak skromny kierowniku. Słyszałam już o tej damie. Jest jednym z Justykariuszy - wewnętrznego kręgu Rycerzy Poszukujących - zwykle nie zajmuje się zwykłymi zadaniami rycerzy, tylko pojawia się tam, gdzie doszło do nadużyć Poszukujących, albo ich śmierci. Wątpię by mogła zakłócić nasza plany.
Sędzia drapał w zamyśleniu brodę.
- To może pomóc. Cesarz zwykle podkreśla, że jest władcą wszystkich ras. Tylko czy Szejk zechce wysłuchać owej Damy.
- Niewykluczone. – potwierdziła kapłanka - Ona ma coś, na czym Szejkowi zależy - spokój.

- Opowiem wam pewną historię – diakon uznała temat Ksantypy za zakończony - posłuchajcie: Kiedyś wysłano mnie na poszukiwanie Eskatonika Rektora Kurtza, który zaginął przed laty w dżungli Severusa. Po wielu tygodniach wędrówki przez dżungle odnaleźliśmy go w jednej z wiosek dzikich ludzi. Nie działa mu się krzywda, przeciwnie był traktowany przez tubylców jak najwyższy kapłan. Naszą misją było uratować go i odwieźć do astroportu, na propozycje powrotu odpowiedział mi jednak:
- Nie, nie opuszczę tego miejsca, oto bowiem to o czym zawsze marzyłem tutaj się ziściłem, posłuchaj mej historii: Przez całe życie służyłem Kościołowi, wykonywałem polecenia przełożonych, służyłem Prorokowi i wiernym. Jednak w każdym swym działaniu byłem ograniczany przez zdanie Ligi, Szlachty, innych kapłanów. My, którzy mamy przewodzić ludem tracimy czas na niekończące się spory, zamiast zająć się ludem. A teraz... teraz mogę spełnić swą misję. Ci ludzie, choć prości słuchają mnie i gdy mówię "Wierzcie" oni wierzą bez wątpliwości. Czy nie jest to spełnienie snu o wspólnocie wiernych?

Aspazja nie odpowiedziała. Sen eskatonika o bezrefleksyjnej ekumenie, wydał jej się dość przerażający. I jakby znajomy. Za to długa wypowiedź Ukaryjki była okazją żeby dokładniej przyjrzeć się tej obcej. Chętnie dotknęłaby jeszcze raz skóry kobiety. Kiedyś, naprawdę dawno temu, uczyła się czytać skomplikowane ukaryjskie pismo, poznała kilka ciekawych opowieści, spisanych na udach i brzuchu, ale jej romans z bladym, jasnowłosym przedstawicielem rasy skończył się dość nagle, niekorzystnie dla nowej umiejętności, zwłaszcza, że potem zapał baronówny wyraźnie osłabł.

- Tak, to by się zgadzało. – kapłance przytaknął Torchady - Szejk nie jest człowiekiem dążącym do władzy, bo już ją ma. Chce tylko spokoju, by mógł zajmować się swoją kolekcją antyków i patrzeć na wzrost miasta. Dlatego tak mu zależy na Mastrze. Nie chce zamieszania.
- Będę potrzebowała papierów nadających mi jakieś pełnomocnictwa – odezwała się baronówna - z ramienia Gildii na przykład, do zajmowania się sprawami zaginięć i Oroyoma. Skoro Szejk tak ceni spokój wtrącająca się w nie swoje sprawy arystokratka raczej by go nie ucieszyła.
Sędzia od razu usiadł za biurkiem. Wypisał dokumenty i pokazał je Aspazji.
- To wystarczy?
Arystokratka pokiwała głową.
- No i następna sprawa. Jaki dokładniej jest szejk? Nie chciałabym popełnić faux pas wynikającego jedynie z nieznajomości osoby, z którą mam negocjować.
Torchady uśmiechnął się.
- No cóż, jeśli pani pozwoli, baronówno, zaczniemy może od odrobiny historii.
Aspazja skrzywiła się, nie ukrywając przesadnego grymasu, kapłanka roześmiała się. Znowu stała bardzo blisko Aspazji.
- Naprawdę tylko odrobiny -zapewnił Torchady – Otóż ponad dziesięć lat temu archipelagiem rządził jeszcze Szejk Sajuuk. Choć nie można mu było odmówić zalet, to nie myślał o losie domeny, bał się rozlewu krwi i przemocy, nawet, gdy sam brak reakcji je powodował. W rezultacie niektóre z wysp Masra, Soryi i Miyia, ogłosiły niepodległość a reszta nie było spokojniejsza. Zamiast władzą Sajuuk zajmował się zbieraniem woluminów i antyków tworząc w swoim błękitnym pałacu na Torkay doprawdy imponującą kolekcje. W końcu mu się zmarło i władze objął syn Adil, który wysłuchał głosów plantatorów trzciny z Torkay i zrobił porządek, sprowadził gildię Pośredników, których obecność po kilku pacyfikacjach wymuszała spokój. Tylko trzy wyspy kontynuowały bunt, ale jedna po drugiej padały. Ostatnim bastionem jest Masra. Ponoć Adil ma poparcie Hakima by rozwiązać ten problem, przybycie Ambasador Eris Badb sugeruje, że plany te weszły w ostateczną fazę i eskalacja jest blisko.
A co do charakteru, szejka, cóż sam Adil nie jest aż takim koneserem antyków jak jego ojciec, dba o kolekcje, lubi się nią pochwalić, ale nie widać w nim pasji. Zdaje się być znudzony, niewiele rzeczy go naprawdę obchodzi poza zachowaniem płynności władzy i patrzeniu jak Aayn rośnie. Jego skrytym planem – uśmiechnął się patrząc na ukaryjkę – wydaje się uczynienie z Archipelagu perły Madoku, tak, by wszyscy podziwiali, jakim jest dobrym władcą. Nie można mu oczywiście odmówić inteligencji czy oczytania. Wspiera działalność Maski czy badania Eskatoników, ostatnio sprowadził do archipelagu Juandastass oraz gildię Aptekarzy, którzy tworzą znakomite maseczki z wodorostów dla Decadosek. – pozwolił sobie na żart - No i planuje postawienie Katedry Ortodoksy na Aaynie, olbrzymiej, eklektycznej świątyni, nawiązującej do najlepszych tradycji architektury Malickiej i jednoczesnej wpasowanej w krajobraz architektury oroyomskiej. Mam nadzieję, że zrealizuje te plany – sędzia zakończył długą wypowiedź kiwając głową.
- Mam jeszcze ostatnią sprawę – Aspazja zwróciła się do kierownika – a właściwie pytanie nieco zagubionej turystyki. Czy na Madoku są jakieś pamiątki związane z Prorokiem i jego Apostołami?

***

Poszła z biur Torchadego prosto do biur Gildii Żeglarzy. Świeżo zdobyta, swego rodzaju sława, choć krótkotrwała, powinna umożliwić jej tanie wynajęcie łodzi podwodnej. Uznała, że to będzie najciekawszy środek transportu na Samarę. Musiała tylko się dopytać, czy potrzebuje do niego dodatkowej załogi, czy też najlepszy pilot świata i z batyskafem sobie poradzi. Zajęła się wynajmem.
Dowiedziała się o nazwisko marynarza, który ich zaatakował. W odruchu, z którego głupoty dobrze zdawała sobie sprawę, przekazała jego rodzinie okrągłą sumę. Poprosiła urzędnika o dyskrecję.
W ciągu wieczoru poinformowała wszystkich o planach. Teraz czekali na rezultaty wyprawy na tankowiec i wiadomości z Gildii Aptekarzy.


Pustelnik kiwał głową, a jednocześnie jego twarz wypełniała błogość, gdy z ust Nikodemusa lał się miód pochwał wspólnoty.
- Oczywiście, nasz klasztor to księga otwarta dla każdego pielgrzyma. - zgodził się poczciwy mnich. Rozeszli się, Abulafia wrócił do swych grządek, zaś przybysz ruszył w stronę kalendarza kamieni. Dotarł do kamiennego kręgu głazów wyższych jak człowiek u góry połączonych płytami, w kręgu ustawiono też kilka innych skał, choć bryły pozornie porozrzucano bez ładu, to Eskatonik widział w nich punkty wyznaczające punkty przełomu słońca czy czas koniunkcji planet. Pomiędzy bryłami stał człowiek, mimo słońca przykryty czarnym habitem, podpierający się poskręcanym kosturem, którego końcem kreślił coś na piasku.
- Przeszkadzam? - zapytał Nikodemus.
- W istocie. - odparł tamten gorzkim głosem - Choć często to co niepożądane przynosi owoce. - przetarł stopą zapiski i zwrócił się do intruza - Nie wyglądasz na jednego z tych chłopów, więc musisz być pielgrzymem, innych Eskatoników tu nie ma, więc pochodzisz spoza Archipelagu, musisz więc szukać ksiąg Copernicusa, są w wieży. - zupełnie przypadkowo spojrzał na resztki malunków, z zatartych śladów przebijał się mandylion kręgu z trzema pętlami wewnątrz.
- Chyba jeszcze się nie przedstawiliśmy?
- A czy to potrzebne. Imiona i tak nie mówią nic o człowieku, choć jemu dane to używane przez innych. Chyba nie jestem dobrym rozmówcą, dlatego pójdę oddać się rozmyślaniom.
- dziwny mnich opuścił Nikodemusa.

Wieża wznosiła się ponad inne budynki, na szczyt prowadziły kręte kamienne schody, w środku było przyjemnie chłodne, a powietrze pachniało mokrym kamieniem. Platforma na szczycie podtrzymywała długą lunetę, rząd kół zębatych napędzał mechanizm obserwatorium, przy ścianach stały regały i stoły uginające się pod ciężarem zmurszałego papieru. Do głównej sali przylegała mniejsza biblioteczka z której dochodziły głosy przerzucanych ciężarów.
- Jest tu kto? - zapytał podróżnik, zaskoczony człowiek porzucił swoje księgi, jedna z jego rąk była dębową protezą, wyglądał na kogoś z kim życie obeszło się brutalnie, choć mimo lat i siwego zarostu na brunatnej twarzy skórę znaczyła rzeźba mięśni.
- Hę? Nie jesteś ponurym mnichem. Dziwny dzień. A Abuwafa mówił, że coś wisi w powietrzu, może burza, może nowy wiatr... on różne rzeczy czyta z wiatru i ksiąg.
- Jesteś bibliotekarzem?
- tamten zaśmiał się.
- Gdzie tam mi do ksiąg. - widząc zaskoczenie jakie wywołało takie wyznanie Eskatonika -Spójrz na mnie, czy wyglądam na kogoś kto spędził lata w piwnicy? - naprężył muskuły pod zwiotczałą skórą - Nazywam się Kobe, byłem żeglarzem, kapitanem statku, polowałem na Lewiatany. Miałem statek, uznanie, zdrowie, żonę, dzieci... to był cholernie dobry czas. Aż do dnia gdy spotkaliśmy Bizarga, myśleliśmy że to tylko wielki Lewiatan, ale to musiał być zły duch morza. Gdy wystrzelił pierwszy harpun niebo stało się czarne, a wiatr piętrzył fale wyższe od galeonu, wszystko poszło w drzazgi, straciłem rękę, przez wiele dni dryfowaliśmy na tratwie po rafie drzwonów nim nas wyłowiono. A gdy wróciliśmy do domu okazało się, że w czas burzy pioruny spaliły naszą wioskę a rodziny zginęły w płomieniach. Kiedyś myślałem, że pośród mędrców dowiem się dlaczego. Nie byłem złym człowiekiem, a Prorok nie obronił mnie przed złym duchem. Minęło wiele lat, ale ciągle nie wiem co rządzi naszym losem. - machnął ręką
- Dość moich żali, jeśli chcesz możesz skorzystać z biblioteki, ja mam jeszcze coś do posprzątania. - zostawił odkrywce samego.

Bibliotekę tworzyły głównie rękopisy pisane tą samą ręką. Język był zawiły w wielu miejscach odwołujących się do dzieł i myśli, których w Archipelagu pewnie nikt nie znał. Jeden z fragmentów Nikodemus oznaczył kawałkiem materiału:

Świat to mechanizm, gdzie każdy z elementów trybami jest połączony, można spędzić życie badając je a nie poznać, jednak kto nie będzie próbował ten zmarnuje swój czas. Komu zaś się uda niech nie ulega pokusie by naginać tryby i zmieniać ich bieg, krążą one bowiem po swym torze od setek lat i jeśli ktoś ruszyłby wbrew porządkowi na ryzyko wystawiłby nie tylko swój żywot marny, ale i niewinnych los, a może i nawet przyszłość historii. Zdarza się jednak, że szaleńcy sięgają po siłę, a chwile te znaczy symbol śmierci i klucz czarnych ptaków na niebie. Ludzie przepadają w otchłani i nie ma zgody między rodzinami. To jest bowiem czas zagłady. Nie ulegaj pokusie, bo to co wiesz to tylko garść, a stokroć więcej pozostaje zakryte. Prawda tkwi w głębi.

Czas na lekturze mijał niezauważalnie, aż zmęczenie ogarnęło mnicha i sam nie wiedział kiedy głowa osunęła się na pergamin, a umysł pogrążyła we snie. W śnie gdzie przy drewnianym pomoście przycumowano statek o trzech masztach, na brzegu brodaty mężczyzna w pełnej lśniącej zbroi z mieczem przewieszonym przez plecy wręczał małemu chłopcu szklaną w kulę, a w niej chroniony drobny pęd rośliny. Statek nikł już na horyzoncie, a wraz z nim oddalał się rycerz, tylko chłopiec został sam ściskając z troską szklaną kulę. Stał tak dzień i noc, aż wyrósł na silnego młodzieńca, a pęd przestał się mieścić w szklanej kuli. Minął wiek dojrzały, dawny pomost nieubłaganie niszczyły fale, wreszcie siwy staruszek siedział w pozycji lotosu na plaży szukając oślepłymi od zachodzącego słońca oczyma białych żagli. Aż wreszcie nie było pomostu, tylko ostatnie pale wystające z wody, nie było starca, tylko kamienny sarkofag leżący w cieniu drzewa o bujnych konarach, na którego gałęziach pęczniały pąki by jeszcze wydać owoce.

Gdy się obudził kark miał zdrętwiały, świece już dawno się wypaliły, a za oknem trwała noc, gdy wstawał stawy zatrzeszczały, po zachodzie powietrze zrobiło się strasznie chłodne. Ruszył po schodach w dół, do ogrodu, czuł że powinien wrócić na Rybkę i pożegnać się z mnichami. Będąc już w ogrodzie usłyszał szmery od strony kamiennego kalendarza, ruszył ścieżką, nie były to jednak głosy Abuwafa ani Kobe, tylko pochmurny bas Mortimera.
- Wynik jest jasny tam musisz się udać.
- Oby tym razem nie było to gniazdo zarazy.
- odpowiedział drugi głos, najwyraźniej należący do młodego mężczyzny, odpowiedziało mu ciężkie westchnienie.
- Prorok prowadzi do celu tych którzy kroczą w jego imieniu, jednak wpierw muszą oni wiedzieć co ich celem.
- Nie zaczynaj znowu swoich nauk.
- przerwał mu gniewny głos młodzieńca.
- Nawet już nie próbuje. - odparł kąśliwie - Próbuje tylko przypomnieć, że rozwiązanie problemu zwykle tkwi w nas samych.
- Tak, mówiłeś już o tym wielokrotnie i wiesz co myślę o twoich teoriach. Mój ród nie pragnie sławy.
- Ty zaś jesteś spadkobiercą swych przodków, czyż nie?
- Dość już tego.
- pomyślał Nikodemus gdy uświadomił sobie, że podsłuchuje pielgrzymów. Podsłuchiwanie nie było godne świętego męża, jednak tyle pytań piętrzyło się tej dziwnej nocy...

Deana można było lubić, albo nie. Ale trzeba mu przyznać, że nie gadał po próżnicy. I nie zadawał zbędnych pytań. Gdy Soren zaproponował mu wspólną wyprawę na tankowiec, praktycznie od razu przeszli do obmyślania planu. Kapitan nie potrzebował nawet wiedzieć, czy cała wycieczka jest pomysłem Aspazji, czy też własnym Sorena. Może aż tak ufał swojemu pilotowi, że wiedział, że nie wkopie go bezsensownie w niebezpieczeństwo? A może po prostu za długo siedział grzecznie na tyłku i też potrzebował sobie podnieść adrenalinę?

Stali w korytarzu i podejmowali najważniejsze decyzje odnośnie ekwipunku na wyprawę. W pewnym momencie minął ich Evros. Obaj zamilkli jak na komendę i przez chwilę wszyscy trzej mężczyźni patrzyli na siebie, przy czym Soren starał się wyglądać możliwie niewinnie. Wiedział, że przewieszony przez plecy karabin kiepsko dopełniał wizerunek grzecznego chłopca idącego właśnie do łóżka, ale nie miał możliwości schowania go. Na szczęście ochroniarz nie wpadł na pomysł zadawania niezręcznych pytań i poszedł dalej.
- Idzie z nami? - spytał kapitan szeptem, kiwając głową w stronę Evrosa.
- Jak go złapią - zadynda - równie cicho odparł chorąży.

Wkrótce wszystko co było im potrzebne było spakowane i spokojnie udali się na pokład "Pluskacza". Tam założyli akwalungi i upewniwszy się, że nie są obserwowani wskoczyli do wody. W porównaniu z chłodnym wieczornym powietrzem zdawała się nawet ciepła. To spory plus, biorąc pod uwagę dystans jaki mieli do pokonania. Spojrzeli po sobie. Dean kiwnął ręką wskazując kierunek, Soren skinął mu głową w odpowiedzi i obaj ruszyli naprzód. Płynęli dość głęboko, żeby nie dało się ich zauważyć znad powierzchni i żeby nie zahaczyć głową o przepływający statek. Na ich szczęście ruchu w porcie już nie było. Żeby ich szczęście było pełne, najwidoczniej w mieście trwało jakieś święto. Brakuje tylko, żeby wszyscy strażnicy na tankowcu się urżnęli i posnęli. W końcu po dłuższej chwili dostrzegli na powierzchni wody wyczekiwany kształt.

Wynurzyli się tuż za rufą i rozejrzeli. Ani żywego ducha od tej strony. Soren przepłynął się jeszcze kawałek, żeby spojrzeć wzdłuż burty, ale tam też nie zauważył nic niepokojącego. Wrócił więc do kapitana, wyłączyli skrzekotki, założyli rękawice magnetyczne i poczęli powolną wspinaczkę. Starali się przede wszystkim nie narobić hałasu, bo czasu mieli pod dostatkiem, jak się zdawało. W końcu dotarli na samą górę. Soren jako młodszy i głupszy miał przywilej wystawienia głowy na pokład jako pierwszy. Na szczęście był pusty. Obaj zwiadowcy wdrapali się pod barierką i najciszej jak się dało pobiegli do ściany. Tam w cieniu mogli wyciągnąć swoje uzbrojenie z folioworków.

Ruszyli dalej. Szli ostrożnie od jednego schronienia do drugiego, cały czas bacznie się rozglądając. Potrzebowali znaleźć wejście pod pokład i nie dać się znaleźć strażnikom. Kilka razy musieli przylgnąć ściśle do jakichś urządzeń na pokładzie, żeby baczne oko przechodzącego strażnika ich nie dostrzegło. Choć po prawdzie, ich oczy można było nazwać wszystkimi epitetami innymi niż "baczne". Chodzili leniwie, jakby nie spodziewali się żadnych intruzów. Cóż, pewnie nie mieli powodu się spodziewać. Niektórzy nawet popalali papierosy. Czyli czegokolwiek pilnowali, raczej nie była to ropa.
Niestety w końcu szczęście ich opuściło. Dean nie odczekał dostatecznie długo aż strażnik się oddali, tylko ruszył do następnej kryjówki. Niestety strażnik się odwrócił i zauważył znikającą za rogiem nogę. Podniósł strzelbę i ruszył w tamtym kierunku.
- Tim? To Ty? - zapytał niepewnie. Brak odpowiedzi nie był dobrą odpowiedzią. Kapitan odbezpieczył pistolet. Nagle strażnik, bez żadnego ostrzeżenia puścił broń i chwycił się za ramię. Koszulę naznaczyła krew. Soren niewiele myśląc, chwycił swój karabin za lufę, wyskoczył z ukrycia i z całej siły uderzył kolbą w potylicę wroga. Osuwające się bezwładnie ciało chwycił pod pachę i szybkim nurem schronił się za nadbudówką okrętu.
- Musimy schować broń - mruknął Dean, kiwając w stronę strzelby leżącej na pokładzie.
Cóż było robić. Soren położył się i podczołgał do nieszczęsnej strzelby. Nie wiedział, czy snajper, który unieszkodliwił strażnika był im przychylny, czy właśnie postanowił potrenować strzelanie do ruchomych celów. Na wszelki wypadek wolał mu treningu nie ułatwiać. Chwycił broń i wrócił w bezpieczne schronienie.
Zejście pod pokład było w zasięgu wzroku. Dociągnęli tam nieprzytomnego strażnika i wsadzili do pierwszej napotkanej szafki. Była na tyle nieszczelna, że nie powinien się udusić, ale nie dało się jej otworzyć od wewnątrz. Później ruszyli po klaustrofobicznie ciasnych schodkach w dół.

Pustelnia z każdą chwilą stawała się coraz bardziej fascynująca... Tajemnicze osobistości, rzadkie, zagubione tomy, tajne spotkania przy świetle księżyca... Wszystko to składało się na niesamowitą wręcz atmosferę, która od samego początku uwiodła umysł rozmarzonego Nicodemusa. Wydawało się, iż miejsce to było urzeczywistnieniem wszystkich eskatonicznych pasji i dążeń, jakby za sprawą nieznanej mocy wykrystalizowało się prosto z umysłu zmarłego tu mistrza.

A on był tu przybyszem, mogącym chłonąc wszystkie te wspaniałości świeżym, niewtajemniczonym umysłem. I te senne wizje... Wspaniałe i głębokie, niczym zaczarowany obraz powstały pod pędzlem natchnionego artysty. A może nawet samego Wszechstwórcy? Przez moment zastanawiał się, czy nie ułożyć się ponownie do snu, by powrócić do utraconego z przebudzeniem świata, stwierdził jednak, iż nie powinien na siłę wydzierać tego, co ofiarowano mu stopniowo po dobroci.

Zatopiony w myślach nie poczuł nawet przeszywającego zimna promieniującego ze starych kamiennych ścian. Nie mógł uciec jednak przed nieuchronnym - nieubłagalnym upływem czasu. Gdzieś w zakamarkach jego świadomości nadal tkwiła pulsująca myśl, niczym rozżarzony węglik wtapiający się w ciało. Przypominała mu o czekających na niego towarzyszach i zupełnie innej misji, nie mającej nic wspólnego z tym wspaniałym miejscem.

Pożegnanie było ciężkie. Ostatni raz odwrócił się w stronę zarysowanego na nocnym niebie konturu niebiańskiej wieży, upewnił się, że ma przy sobie notatki spisane z najrzadszych miejscowych ksiąg i ruszył przed siebie. W dół stoku, ku światłom nadmorskiego miasta. Ku innemu światu.


Każdy krok stawiali ostrożnie, metalowa podłoga trzeszczała, czasem odpowiadała głuchym pogłosem mieszającym się z uderzeniami fal o burtę tankowca. Im niżej schodzili tym było cieplej, a powietrze gęstniało od pary wodnej zmieszanej z odurzającą benzyną, w oddali pobrzmiewało dudnienie pracującego generatora.
- Cholera czy na pewno tu chcieliśmy dojść?
- Nie, ale chyba nie zapytamy o drogę. Musimy przejść przez maszynownie, przecież ten tankowiec nie może być aż tak duży.
- Nie podoba mi się to. Uważaj, mechanik.
- skryli się za jednym z generatorów, po podwieszonym chodniku szedł pogwizdując mechanik z wielkim kluczem hawkwoodzkim, od czasu do czasu uderzając głownią o jedną z maszyn.
- Jest tam kto?- przystanął nasłuchując.
- To ja Tim. - odpowiedział mu głos z drugiej strony, z ciemności wyłonił się jeden z marynarzy. - Szukam Burtona.
- Pewnie znowu się spił i teraz odsypia na wachcie.
- Stary pijak.
- Może powiedz o tym Tadżykowi.
- Myślisz, że...
- Eee tam, kto by miał tu zaglądać, przecież nie te tchórze z przewoźników. Ale wścieka się jak czegoś nie wie, no i może ta sierota wpadła do jakiegoś szybu i nie może wyjść. Szef pośle kilku chłopców i zaraz go znajdą.
- Dobra pójdę do sali spotkań.
- Tim ruszył dalej nie świadom, że w bezpiecznej odległości śledzi go dwójka nieproszonych gości.

Zaprowadził ich do messy, gdzie siedziało kilkunastu marynarzy z gildii, na stole leżało trochę kufli i broni. Wszyscy byli skupieni co w połączeniu z nikłym światłem tworzyło atmosferę spisku. Słuchali śniadego mężczyzny o łysej głowie i sumiastych wąsach.
- Nie możemy zawieść ludzi morza, potrzebują pomocy Bractwa. Dlatego ruszymy batyskafami, zakradniemy się do leguny, a jeśli będzie trzeba to przetniemy sieć i uwolnimy Oroyme. - mówił Mat Tadżyk.
- A co jeśli oni nie chcą być uwolnieni. - zapytał ryży marynarz o lisiej twarzy.
- A kto by chciał siedzieć za kratkami?
- Krzywda im się ponoć nie dzieje. Jak sprawa się wyjaśni to Szejk ich wypuści.
- Ufasz Torchademu?
- W sprawie Oroyme... tak.
- Wiemy, że są niewinni i dlatego musimy ich uwolnić.
- Wszystko cacy, ale skąd szpony?
- Mam swoje źródła.
- Zdradzisz je?
- To nie twój interes.
- Ależ jasne, że mój. Wszyscy jesteśmy w tej samej szalupie, całe bractwo. Jeśli zakładając szejk wywęszy, że ktoś z nas zakładając handluje z Masrą to zakładając skopie nam tyłki. I wiecie co, mam dość tego. Ja wam mówię, że trzeba czekać, ale jeśli chcecie dać się prowadzić temu pajacowi w sieci, to nie będę wam przeszkadzał. Pomyślnych wiatrów.
- lis wstał od stołu przewracając krzesło i wyszedł z sali zgromadzenia.
- Ktoś jeszcze chce podkulić ogon? - zapytał mat, marynarze spojrzeli po sobie ale nikt więcej się nie ruszył.
- Świetnie, kończymy, i jak znajdziecie Burtona przyprowadźcie go do mnie. Musimy sobie coś wyjaśnić. - Tankowiec rzeczywiście ukrywał niejedną tajemnicę, ale zupełnie nie te których spodziewali się szpiedzy. A coś im mówiło, że nadal widzieli jedynie czubek góry lodowej.
W wieczór przed zrównaniem nocy i dnia Maya niewolnica ujrzała światło na niebie, i czując że tam czeka pan ponad lordami opuściła męża swego i ruszyła za światłem.
Ω


Przed katedrą pieła się drewniana wieża zbudowana przez wiernych, na samym szczycie położono szeroką cynową misę i napełniono ją olejem by na noc rozpalić, tak by jasny płomień jak mała latarnia wskazywał drogę do świątyni. Tak samo przy wszystkich domach rozpalano latarnie i lampiony, lub też wystawiano świecę w oknach. Tak działo się w święto świateł, na pamiątkę podróży Mayi, i jako drogowskaz dla szukających wiary.


Z szczytu Złotej Wieży Ayan skrzył się jak niebo pełne gwiazd płynnie przechodząc w granat kosmosu. Najwyższą z sal rozjaśniał płomień świecy osadzonej w lichwiarzu na zastawionym do kolacji stole. Przy jednym końcu siedziała Aspazja, przy drugim blondwłosa kobieta, z warkoczem opiętym wokół głowy. Ubrana była w czarno biały mundur pozbawiony insygni. Poza nimi nikogo w wieży nie było, żadnych gości , obsługi, pracowników. Nawet innych stołów. Tylko dwie kobiety.
- Zaskoczona? - zapytała kobieta w mundurze, uśmiechnęła się, miała pełne usta dodatkowo podkreślone krwiście czerwoną szminką. - Musieliśmy mieć pewność, że rozmowa odbędzie się bez obserwatorów.
- Tak, to dość niezwykłe miejsce Pani...
- Hermes

- To zwykle męskie imię

- Nas nie interesuje to co zwykłe - spojrzała na Aspazje. - Mamy nadzieje, że to nie obraża Twoich uczuć?
- Nie, dopóki nie wmawiasz, że jestem ręką boga. My?
- Jestem tylko posłańcem. I mam dla ciebie wiadomość z Olimpu. A wiele się dzieje, wielu jest ludzi, którzy pragną jego skarbów i tajemnic. Ale niech to nie spędza tobie snu z powiek, ale to nie wszystko. Twoja Odyseja zainspirowało Twoje siostry.
- Moje siostry?
- Tak. Obydwie wybrały podróż swoim szlakiem. Ale tak jak i Ty nie wiedzą jak silne są więzy krwi. Spójrz w niebo. Widzisz gwiazdy. Współcześni tego nie wiedzą, lecz każda z nich połączona jest wrotami z pozostałymi. Jeśli jedna zgaśnie, co stanie się z pozostałymi? To co robisz wpływa na rodzinę, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy. To co zdarzy się siostrom, odbije się w Tobie. To ostrzeżenie i przestroga.


Jedzenie przestało Aspazji smakowac. Świeże ostrygi, zakrapiane aromatycznym octem, jakieś tutejsze małe rybki pachnące jeszcze drzewem, w którym były wędzone, dziwne owoce w kolorze złota o smaku jednocześnie cierpkim i słodkim, potrawy, za którymi zazwyczaj przepadała. Odłożyła na bok wykrochmaloną śnieżnobiałą serwetkę i gwałtownie odsunęła krzesło. Wyszła na balkon. Jeszcze nie przywykła do roztaczających się z niego widoków, musiała przełamać lęk by oprzeć się o balustradę. W Ayan nie można było być arystokratą z lękiem wysokości. Wszystko działo się w tej Wieży. Teraz blondwłosa kobieta podążyła za panną Mecouri.
- Hermes! –baronówna odwróciła się gwałtownie, gdy poczuła na ramieniu dłoń rozmówczyni , majestat bijący od tej postaci powstrzymał jednak wybuch Aspazji. Przynajmniej na chwilę – Pani... –kontynuowała spokojniej - to mój ojciec ? Prawda? To jego sprawka , że się widzimy?
Hermes parsknęła śmiechem. Nagła wesołość zmieniła jej ładną twarz w dziwną karykaturę.Wąskie wyszminkowane usta rozciągnęły się nadmiernie, drobne zmarszczki wokół oczu pogłębiły się, w prawym policzku zarysował się dziecinny dołek, podbródek wysunął się do przodu. Wyglądała jak skrzat z dziecięcych baśni. Zmieszana tym widokiem Aspazja odwróciła wzrok.
- Bezbożnica z ciebie Aspazjo - zabrzmiało to dziwacznie ale życzliwie – Nie przekreślaj całego doświadczenia 30 lat. Czy, jak to się mówi, nie wylewaj dziecka z kąpielą.

A miasto w dole oddalało się. Aspazja już ledwie widziała ludzkie sylwetki, barwy zlewały się, zniknęły odgłosy gwarnego życia, słychać było tylko wzmagający się wiatr i dzwoniące na nim szczeble balustrady. Ubranie w ogóle nie chroniło przed chłodem. Zerwana z ramion chusta zakręciła koło i odleciała gdzieś w dal. Tylko misterna fryzura Hermes pozostawała nieskazitelna. Aspazji szumiało w głowie. Nie pamiętała ile wypiła do kolacji wina.

- Odnajdź w sobie trochę wiary, dziewczyno.
- W co? W rój?
–emocje wzięły górę, tyle dobrego, że nie krzyczała - Powiedz mu, żeby się pocałował w dupę.
Hermes, co za idiotyczne imię. Jedność sztuki, nauki i całej tej mistycznej sieczki. Wzdrygnęła się. Nie uważała religii za szczególne zło, póki ta nie ładowała jej się do głowy.

Wiatr wprawiał balustradę w coraz większy rezonans. Aspazja przełykała ślinę, powstrzymując płacz. To się musi skończyć, ma 30 lat, nie może nadal bać się srogiego ojca. Podskoczyła, gdy silny podmuch zatrzasnął drzwi od tarasu. Została na nim sama. Hermes była już po drugiej stronie, stamtąd Aspazja usłyszała jej odpowiedź.
- We mnie. I pamiętaj o siostrach.
Kobieta za szybą oddalała się. Po chwili drzwi otworzyły się. Pokój był pusty. Aspazja weszła do niego na miękkich nogach. Za to dostrzegła w otoczeniu nowe szczegóły, pod ścianami były jednak jakieś gabloty, kilka rozwieszonych starych map pokazywało nieznane szlaki, szmaragdowy dywan przykrywał deski podłogi. Miał podwinięty jeden koniec , Aspazja pochyliła się żeby go poprawić. Drżały jej ręce.
Jakie siostry?
Miała tylko kuzynów , dwóch, za żadnym nie tęskniła, choć jeden był jej kiedyś bliski. Dziś nie chciała z Mercorimi mieć nic wspólnego. Niech tworzą swój rój bez jej udziału.

Trawił ją jednak niepokój. Uczucie przypominające swędzenie, które mówiło, że jeśli się postara, wszystko się wyjaśni.

Postanowiła się nie starać, przynajmniej jeszcze jakiś czas.
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 23-08-2010 o 23:14. Powód: Post jest kompilacją wpisów wszystkich użytkowników. Do scalenia doszło po padzie serwera i utracie wcześniejszych danych.
behemot jest offline  
Stary 23-08-2010, 10:55   #8
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
Samodzielne zwiedzanie tankowca miało swoje plusy, ale chętnie przyjęli
propozycję jednego z marynarzy, że będzie ich przewodnikiem. Poszli
grzecznie za nim, starając się nie hałasować i nie narzucać mu za
bardzo. Zaprowadził ich do mesy. Nie chcąc mu przeszkadzać w rozmowie z
jego współpracownikami zajęli strategicznie ulokowane pomieszczenie
naprzeciwko, które na szczęście było otwarte. Rozejrzeli się
błyskawicznie, czy ktoś inny już w nim nie siedzi. Pomieszczenie
wyglądało na kuchnię i miało przejście do sąsiedniego, zapewne
magazynu na żywność. Niewiele dostrzegali w słabym świetle
dochodzącym z sali obrad, ale wyglądało na to, że są tu bezpieczni.
Przynajmniej na razie. Zajęli miejsca po obu stronach drzwi i
nasłuchiwali rozmowy marynarzy.

Gdy spiskowcy zaczęli się rozchodzić w swoje strony, obaj szpiedzy
skryli się w sąsiednim pomieszczeniu, które rzeczywiście okazało się
spichlerzem. Wciśnięci między worki z kartoflami czekali cierpliwie aż
ruch na korytarzu zmaleje. Tymczasem Soren wyciągnął skrzekotkę,
włączył ją i nadał do Aspazji:
- Wabik do Rybki, Wabik do Rybki, odbiór.
Urządzenie odrobinę zatrzeszczało, ale już po chwili dał się w nim
słyszeć dość wyraźny, choć zmęczony głos baronówny:
- Aspazja - Jestem
- Niewolników brak jak na razie. Za to wiemy, że Tadżyk próbuje
nielegalnie uwolnić Oroyme od szejka. Co mamy robić?
Po drugiej stronie chwilę panowała cisza. W końcu baronówna odezwała
się
- Wygląda na to że jesteśmy po tej samej stronie. Wracajcie póki nikt
was nie widział.
- Zrozumiałem... - przez chwilę pilot się zawahał. - Gdzieś tu się
kręci jakiś snajper. Ma Pani pomysł skąd się wziął?
- To znaczy? Tadżyk ma snajpera, czy to oddzielna siła?
- Na pewno nie Tadżyk. Ten ktoś nam pomógł.
- Niedobrze. Zabił kogos? - troska o zwiadowców była wyraźnie
słyszalna w głosie ich szefowej, ale Soren postanowił nie komentować
tego.
- Nie. Ranił strażnika. Jak bardzo niedobrze?
- Sama chciałabym wiedzieć jak niedobrze. Są dwie możliwości: albo
wracacie jak najszybciej, bo okoliczności się zmieniły skoro mat nie
handluje ludźmi, albo gracie va bank.
- Jak to jest va bank?
- Ktoś się ujawnia Tadżykowi, tłumaczy jakoś swoją obecność na
statku i mówi o snajperze.
Przez chwilę panowała cisza. Mężczyźni spojrzeli po sobie.
- Zrozumiałem. Bez odbioru - powiedział w końcu Soren i wyłączył
skrzekotkę.

- Jak wyjaśnimy swoją obecność tutaj? Może powiemy mu, że polisy
ubezpieczeniowe sprzedajemy? - mruknął do kapitana.
Nie czekając na odpowiedź dobył pistoletu i ostrożnie podszedł do
drzwi. Korytarz zdawał się pusty. W mesie został już tylko sam Tadżyk.
W pewnym momencie opuścił głowę i oparł się czołem o stół. Soren
tylko na to czekał. Przeskoczył przez korytarz, podszedł do mata i
przyłożył mu pistolet do potylicy.
- Kim jesteś? - zapytał zaskoczony żeglarz.
- Nie ruszaj się - wyszeptał Soren. - Jesteśmy tu z przelotną wizytą.
Propozycja jest taka: Ty się dzielisz z nami informacjami, my dzielimy
się z Tobą, my sobie stąd odchodzimy i więcej Ci głowy nie zawracamy.
Gratis: nie naciskam spustu. Pasuje?
- Brzmi dobrze. Co chcesz wiedzieć?
- Możesz mnie uznać za przyjaciela, a w każdym razie osobę o wspólnych
interesach.
- Zawsze tak zawiązujesz przyjaźnie?
- Mogę schować pistolet. Jaką mam szansę, że nie wezwiesz swoich
ludzi?
- Schowaj, mam uczulenie na stal. Przecież mieliśmy być przyjaciółmi,
nie robi się takich rzeczy.
Pilot powoli cofnął rękę i schował pistolet do kabury, ale nie
puścił jego rękojeści.
- Świetnie - mruknął mat.
- Gdzie Beliah przechowuje swoich niewolników. Są tacy, którzy
twierdzą, że u Ciebie.
- Nie wiem. Nie w Ayanie. Może na innej z wysp.
- Może? A może na innej z planet? Nie powiesz mi chyba, że nie macie ze
sobą nic wspólnego, a te pogłoski to wymyśliły przekupki na targu?
- Nie mam nic wspólnego z niewolnikami, człowieku, jestem żeglarzem od
20 lat. Kogo miałbym porywać, swoich kumpli, ich rodziny, dzieci? Kto
cię na mnie nasłał?
- Nie twierdzę, że porywasz. Twierdzę, że przechowujesz i być może
sprzedajesz. - ostatnie pytanie Soren puścił mimo uszu. Z resztą Tadżyk
chyba nie był na tyle nawiny, żeby spodziewał się uzyskać odpowiedź.
- Uwierz mi, nie mam nic z tym wspólnego.
- Masz kontakty na innych wyspach, prawda?
- Tak, wiele osób zna mnie z gildii, szanują mnie... Jak ci na tym
zależy, mogę ci pomóc, może się uda.
Soren przeszedł przed swojego rozmówcę i spojrzał mu w twarz.
- Dobra. Powiedz mi gdzie Beliah trzyma swoich niewolników, albo ich
sprzedaje. W zamian... co chcesz? Pomóc Ci uwolnić ryboludzi?
Słysząc słowo "ryboludzie" mat się skrzywił. "Znalazł się poprawny
politycznie."
- Mówiłem, że nie wiem, mogę spróbować się dowiedzieć. Mogę udać,
że chce ich kupić. Znaleźć sprzedawce. A potem dać ci jego namiary.
- Spróbuj. Pytam co chcesz w zamian. Wiesz, żeby nieco poprawić to
nienajlepsze pierwsze wrażenie.
- Nie zawracaj sobie głowy, jak chcesz zadzierać z Belliahem będziesz
miał inne zmartwienia. Albo... powiedz czy to Zheng cię przysłał?
- Nie. Działam na własny rachunek. Bardzo zależy mi na tych
niewolnikach. Ale jeśli masz jakichś wrogów, to najwidoczniej się
uaktywnili. Jakiś snajper postrzelił Ci strażnika na pokładzie. Co
sprawia, że jesteś dwójkę ludzi do tyłu.
Tadżyk aż poczerwieniał ze złości.
- Tyyy zapłacisz za to - wysyczał.
Soren dla pewności podniósł pistolet. Co prawda nie mógł strzelić, bo
zaalarmowałby cały statek. Mat na szczęście miał świadomość, że
alarm mu raczej nie zrobi różnicy, jeśli padnie strzał i powstrzymał
się przed wyładowaniem swojej złości.
- Z tym akurat nie mam nic wspólnego. Jakby mnie było stać na snajpera,
nie zawracałbym sobie głowy szukaniem tych niewolników osobiście.
- Może... tak - stary marynarz chyba dał się przekonać.
- Twój człowiek siedzi sobie teraz w szafie przy wejściu. Nie mieliśmy
czasu go opatrywać, ale raczej będzie żył.
- Daj mi zadzwonić żeby go znaleźli.
Soren przez chwilę się zawahał. Ale w sumie nie chciał, żeby ktoś
stracił życie przez ich wycieczkę, więc skinął głową.
- Tylko nie wzywaj nikogo tutaj - dodał.
- Sprawdźcie szafkę przy wejściu na pokładzie, szybko! - nadał Tadżyk
przez skrzekotkę i z powrotem ją wyłączył.
- Jak znajdziesz Beliaha, jak dasz mi znać?
- Spytaj w Tawernie Bryza o paczkę dla Ersta Voga.
- Kiedy?
- Za 3 dni.
- Dobra. Już miałem powiedzieć "Do zobaczenia", ale chyba wolisz mnie
więcej nie widzieć, prawda? - pilot uśmiechnął się do swojego
rozmówcy.
- Lepiej aby tak było - mruknął niezadowolony żeglarz.
- Jakbyś był tak miły i odwrócił się na moment, to za chwilę mnie
już nie będziesz widział.[\i]
- Ok... tylko nie rób nic czego nie chciałbyś żałować przed
stwórcą.
Po tych słowach mat ostrożnie się odwrócił. Soren powoli się cofnął
i wyjrzał na korytarz. Był czysty. Machnął ręką Deanowi, żeby
ruszał i poszedł zaraz za nim.
- Już Ci mówiłem, mamy wspólne interesy. Bywaj i pomyślnych wiatrów.
Co złego to nie my - rzucił na odchodnym.
Starali się być cicho, ale szybkie kroki niosły się echem wśród
ciemności. Mimo to, bez przeszkód dotarli na -1 pokład. Dopiero tam
pojawiły się kłopoty.
- Stać! - krzyknęły kłopoty w postaci trzech marynarzy, trzymając
broń wycelowaną w intruzów.
- Spokojnie, pizzę przynieśliśmy - odparł Soren.
- Pizzę? Idiotę ze mnie robisz?
Nie znajdując jednocześnie uprzejmej i prawdziwej odpowiedzi, obaj
zwiadowcy rzucili się do ucieczki. Padły strzały. Na szczęście w takim
mroku niełatwo było wycelować i wszystkie pociski odbiły się gdzieś
od ścian. Minąwszy gaśnicę, Soren przystawił do niej lufę pistoletu i
nie zatrzymując się, wypalił. Rozległo się mlaśnięcie, szum i na
podłogę poczęła pryskać piana. Pościg odrobinę się oddalił, ale na
pokładzie czekała jego druga część. Nie czekając na wymianę
grzeczności, Dean i Soren rzucili się w stronę rufy. Kule świstały im
nad głowami i grały na elementach okrętu. Jednak szczęście
rzeczywiście sprzyja lepszym i udało im się dobiec do barierki. Nie
było czasu na zakładanie rękawic magnetycznych, więc obaj po prostu
skoczyli na złączone nogi do wody. Po dwóch sekundach (choć Soren
przysiągłby, że lot trwał znacznie dłużej) wbili się w zimną wodę.
Ostatnie pociski wystrzelone z pokładu mknęły w toń, zostawiając za
sobą ślad bąbelków powietrza. Pilot pokazał strzelcom wulgarny gest i
skrył się pod wypiętą do tyłu rufą. Dopiero tam, w bezpiecznym
schronieniu obaj się wynurzyli i założyli maski akwalungów. Znowu
skryli się pod powierzchnią morza i ruszyli w stronę bezpiecznej
przystani. Gdy wynurzyli się ponownie, pierwsze promienie słońca padły
na ich twarze.
"Kto by pomyślał, że noc spędzona z mężczyzną może być taka
fascynująca."

Miasto ponownie zachwyciło ją wielokulturowością, przeplatającymi się
kolorami i zapachami. Ale mimo wszystko pod tą pozorną beztroską i
swobodą było czuć smutek. Akcja *Rady Rewolucji Masry* wywołała na
ustach techniczki cień uśmiechu. Oni działali zgodnie z spuścizną
*Mayi*, a że nie było to w smak ich jaśnie panującym panom...Cóż,
sama *Maya* za swojego życia nie była im w smak, więc nic dziwnego w ich
reakcji.
*Nadia* skierowała swe kroki ku kolejnym, skrytym za arkadami przesmykom
miasta.

Wędrując naprzód kierowała się Złotą Wieżą jak przewodnikiem,
jedynym jakiego miała w nieznanym sobie mieście.
Sztuka jaką miała okazje obserwować nieco ją zdziwiła. Aktorzy musieli
mieć wielka silę przebicia, by na planecie będącej pod auspicjami
*Al-Malików* wystawić dzieło *Li-Halanów*. Nie sądziła, by
większość z obserwatorów w ogóle rozumiała przesłanie sztuki, było
ono dość niejednoznaczne i nie łatwe w odbiorze dla osób które być
może szukały lekkiej, swobodnej rozrywki.



Późniejsza rozmowa z *Melpomeną*, córką *Drake'*a sprawiła, że przez
chwile poczuła się jak dawniej, na *Criticorum*. Najwyraźniej
niektórych rzeczy nie da się zamaskować ani strojem, wykonywaną pracą
czy symbolami. Dziedzictwo jest dziedzictwem...
Przez chwile zacisnęła pięści, pozwalając by paznokcie wbiły się w
skórę.
Niektóre rzeczy nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Ale musi zając myśli czym innym. Może opowieścią o ojcu *Melpomeny*
zainteresuje *Aspazję*. Szlachcianka raczej nie przepuści możliwości
poznania nowości na temat podwodnych skarbów pochodzących z pierwszej
ręki...
Rozmyślania *Nadii* przerwało niespodziewane pojawienie się tuż przy
niej potężnie zbudowanego mężczyzny. W pierwszej chwili dziewczyna
chciała odruchowo sięgnąć po broń, ale po obcesowym wstępie
wypowiedzi żeglarza uspokoiła się. Jej trafiła się tylko rola
dostarczyciela informacji.
Cóż, *Dean* powinien się ucieszyć z możliwości zarobienia...

Rozważając wszystko czego się dziś dowiedziała, powoli wracała na
statek. Ciekawe co porabia reszta załogi *Szybkiej Rybki*...

Strzał był dobry… nie chciał zabijać. Nie wiedział, czy cokolwiek na
tym tankowcu im grozi, bądź na nich czyha, ale ufał, że Soren będzie
potrafił obezwładnić i uciszyć rannego strażnika. Obserwował przez
lunetę karabinu snajperskiego z tłumikiem dźwięku i płomieni, jeszcze
przez chwilę pokład statku. Nie zauważył żadnego niebezpieczeństwa, a
jego współtowarzysze znikali chyba pod pokładem. Musiał też dostać
się na ten tankowiec, nie tyle by chronić ich, ale by go dokładnie
spenetrować. Zresztą nie wiedział, jak potoczą się wypadki, a obiecał
Aspazji, że wszystko będzie dobrze.

Podpłynął do celu na jakieś dwieście jardów, potem włożył pod
kombinezon nurka pistolet z tłumikiem, a na przedramieniu przygotował
nóż. Zagryzł ustnik małej butli z tlenem i cicho niczym wąż,
wślizgnął się do wody, bez niepotrzebnych plusków. Jego celem był
potężny łańcuch kotwicy, zwisający z kluzy. Wspinając się po nim,
dostał się na pokład. Był zdziwiony tym, że nikt nie pilnował tak
oczywistego dostępu do obiektu.

Wyjął pistolet i z najwyższą ostrożnością rozejrzał się po
pokładzie. Kręciło się tam jeszcze kilku strażników, ale byli
wyraźnie znudzeni, poruszali się, z tego co zaobserwował po stałych
trasach, szybko więc znalazł pomiędzy nimi lukę. Chciał się dostać
do towarowych pokładów siedziby Tadżyka. Soren i Lajtinger wybrali
chyba sterówkę i maszynownię, on postanowił zbadać przeciwległą
stronę. Drzwi pod pokład uchyliły się z cichym skrzypieniem, ale nie
było w pobliżu nikogo, kto by się tym zainteresował.
Poruszał się powoli w plątaninie korytarzy i magazynów, na które
zostały przerobione dawne komory napełniane transportowaną ropą.
Wszystko to było robione jakby bez konkretnego, zamierzonego planu.

Starannie zapisywał w pamięci przebyta drogę, jeśli musiałby szybko
uciekać, nie mógłby sobie pozwolić na chwilę namysłu. W większości
magazynów znajdował żywność, ubrania, zboże, niektóre były puste.
Nie znalazł nic, co mogłoby być nielegalne, żadnych niewolników,
nielegalnej broni czy śladów paserstwa… nic, wyglądało na to, że
interesy Tadżyka były czyste. Został mu jeszcze jeden zamknięty na
zamek pokój do przeszukania, po kilku próbach gmerania w nim wytrychem,
usłyszał zwiastujące powodzenie kliknięcie i ostrożnie uchylił drzwi.
Mogły być zabezpieczone miną, albo alarmem, ale nic takiego nie miało
miejsca. W środku na półkach, leżały starannie ułożone leki, an
wszystkich opakowaniach był znak Ligo Aptekarzy, ale Evros nie orientował
się co do rodzaju leków. Wziął kilka opakowań i schował do
wodoszczelnej torby, przytroczonej do pasa. Może Aspazja będzie wiedzieć
co to.

Był już kilkanaście metrów od wyjścia na poziom 0 tankowca, kiedy
usłyszał na rufie krzyki i strzały z broni krótkiej. Nie czekał, aż
afera przeniesie się w jego okolice, ale domyślał się, że to Soren i
mechanik wpadli w kłopoty. Dwa pluski w wodzie i przekleństwa
strażników na pokładzie świadczyły o tym, że przyśpieszona w
czasie i trochę głośna eksfiltracja jego towarzyszy przebiegła jednak
udanie. On sam nie tracił czasu, kiedy ochrona była jeszcze zajęta
wpatrywaniem się w ciemną toń wody, szybko zjechał po tym samym
łańcuchu co wcześniej. Zanurkował zaciągając się powietrzem z
butli. Po kwadransie odnalazł łódkę i skierował się do portu.

Wydawało mu się, że dostał się na rybkę niezauważony. Nie
sprawdzał, czy Soren i Lajtinger wrócili przed nim. Wemknął się
cicho do swojego pokoju, torbę z kombinezonem i bronią wrzucił pod
prycze i rzucił się na posłanie. Za kilkadziesiąt minut miało
świtać, Evros miał nadzieję, że złapie trochę snu.



Następnego dnia Miasto obiegła niezwykła plotka o ponurym snajperze, który strzelając, oddzielał martwych od żywych. Nie wiedziano kim był, ani czemu to robi. Wiedziano, że nikt go nie widział, nic nie słyszał, czasem tylko ktoś samotnie wracając wąskimi ulicami, widział jak na dachach kościołów i kamienic stoi opatulona w targany wiatrem płaszcz postać oparta na swej broni. Przyspieszał wtedy kroku by ten straszny widok nie był jego ostatnim. Milczący Strzelec zaś czekał i obserwował przyszłe ofiary.

Starsi marynarze zaczęli przypominać, jak wiele lat wcześniej ulice spłynęły krwią, gdy równie tajemniczy sprawca mordował nożem portowe dziwki, aż wreszcie opuściły ulicę miasta i schroniły się za grubymi ulicami zamtuzów. Zniknął też nożownik. Czasy się zmieniały, ale Łowca powrócił. Janczarzy patrolowali miasto nocą, a obecna w mieście Dama Feniksa poprzysięgła odnaleźć sprawcę. Lud jednak wiedział swoje, i nie wróżyli straży sukcesu, bowiem ich celem nie był człowiek lecz zły duch. Zrodzony z czystej woli czynienia śmierci. Albo jako bicz sił wyższych na tych którzy zgrzeszyli. Niektórzy kapłani słuchali tych głosów i w swych kazaniach nawoływali, by nie zbaczać z ścieżki prawomyślności, bo na grzeszników czeka sroga zemsta. Ludzie zaś wierzyli i modlili się, i żegnali się by uniknąć lodowatego wzroku Ponurego Myśliwego.

Aż wreszcie Strzelec uderzył ponownie, gdy magister Aptekarzy wracał rikszą do domu, jak piorun z nieba uderzył w niego pocisk snajpera, wbijając się w ramię i zrzucając z wozu. Widząc to rikszarz ruszył biegiem, byle dalej od przeklętego miejsca, a gdy biegł - jak zarzekał się - słyszał za sobą stuk kroków i czuł na karku zimny powiew śmierci. Mimo upływu krwi Aptekarz przeżył, czy to dzięki własnym umiejętnościom, które w ostatniej chwili kazały mu zatamować krwotok, czy to dzięki wracającemu z komplety Eskatonikowi, który tak jak umiał opatrzył jego rany. Gdy zaś ranny się ocknął ujrzał jak na bielonej ścianie wypisano jego krwią:

CHOĆ JESTEM ZNACHOREM NIE MA KRWI NA MYCH RĘKACH
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 23-08-2010 o 23:50. Powód: Post jest kompilacją wpisów wszystkich użytkowników. Do scalenia doszło po padzie serwera i utracie wcześniejszych danych.
behemot jest offline  
Stary 25-08-2010, 00:54   #9
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 851 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu

Wyniki analizy z Gildi Aptekarzy przyszły szybko, resztki gazu z granatu znalezionego na kutrze zawierały skroplony gaz o własnościach halucynogennych. Ofiara prócz majaków doświadczała rozchwiania emocjonalnego, w zależności od okoliczności mogła to być euforia, albo stany lękowe. Co ciekawe sam specyfik nie był syntetyczny, tylko został wytworzony z naturalnych sunstancji roślinnych, występujących w Masrańskiej dżungli. Sama skorupa granatu pochodziła najpewniej z Vera Cruz, był to popularny model, zwłaszcza w półświatku, ceniony za poręczność i możliwość wzbogacania o autorskie domieszki. Często takie granaty wytwarzano w garażach. Te informacje musiały wystarczyć Aspazji gdyż niedługo po tym aptekarz został postrzelony przez tajemniczego sprawcę, jego życiu nic nie zagrażało, jednak musiało minąć wiele czasu nim wróci do zdrowia.

Na innych frontach sprawy układały się lepiej, mimo skromności Torchady był na dobrej drodze by zdobyć dla niej zezwolenie na odwiedzenie Samary, gdzie byli przetrzymywani Oroyme. Zanim jednak miała dostać glejt Szejk chciał się z nią spotkać osobiście. Następnego dnia w towarzystwie kierownika udała się do Pałacu, w tym również o plotkach o ponurym snajperze:
- Słyszałem, że już go ujęli. Janczarzy Agcy wytropili go w portowej dzielnicy, to był dawny cyrulik. - opowiadał Torchady.
- Dlaczego ten człowiek chciał zabić aptekarza?
- Cóż, nie zawsze gildia była w Ayanie, kiedyś chorymi opiekowali się ludzie spoza gildi, gdy Aptekarze przybyli do miasta część z nich przystąpiła do loży, ale nie wszyscy. Część z nich skarżyła się, że gildia nie dopuszcza ich do leków, a także rozsiewa plotki jakoby ich metody to szamanizm, a nawet podtruwa ich pacjentów. Zdaje się, że ten człowiek winił Aptekarzy za swój los. Niestety, ale w czasie przemian, są też ofiary. Nawet jeśli zmiany są na lepsze.
- Zdajesz się rozumieć jego motywacje.
- Rozumieć, może, pochwalać, nie. Rozumienie drugiej strony to podstawa dyplomacji...
- ... a także wojny, często pan czyta lihalańskich strategów. Ma Pan jakieś ulubioną sentencje?
- Rzadko, to nie jest moja domena. Dziwne, że o to pytasz, ale zdanie, może to utkwiło mi w pamięci to "Armia umiera nie od utraty krwi, lecz od utrary ducha". Choć prawdę mówiąc, niewiele ich więcej pamiętam. Jesteśmy już na miejscu.
- Chwilę, ale co się stanie z cyrulikiem?
- Zostanie osądzony, jeśli będzie uznany winnym, trafi do więzienia na Samarze do końca wyroku.
- Pałac Szejka był naprawdę twierdzą, mury były grube i wysokie, co mogło dziwić, że żadna armia nigdy pod nimi nie stanęła. Widok za murami mógł być pewnym zawodem, przy całej legendzie alMalickiego przepychu pałac był niewielki, niemal cały z jasnego kamienia, choć nie pozbawiony ornamentów to jednak prosty. Marmurowa posadzka niemal jak lustro odbijała ich i niebo nad nimi.


Pałacowa służba zaprowadziła ich do pokoju Szejka, okrągłej komnaty z wysokimi oknami wychodzącymi na trzy świata strony. Więża wystawała nieco ponad linię murów, tak że Szejk idąc wzdłuż okien mógł patrzeć w stronę wszystkich wysp archipelagu. Podłogę przykrywał gruby dywan, a z sufitu zwisały baldachimy, co w połączeniu z lożami zasłanymi poduszkami sprawiało wrażenie jakby pokój chciał opleść się wokół gościa.

Pojawił się też sam Szejk Adil al Malik, starszy mężczyzna o szerokiej poznaczonej zmarszczkami twarzy i znudzonych oczach. Wymienili uprzejmości, szejk najwyraźniej nie miał nic przeciw wyprawie na jego zamkniętą wyspę.
- Dobrze widzieć szlachetnie urodzoną damę tak pełną pasję. To dar, nie mogę więc odmówić wizyty pośród więźniów. - podziękowała za zgodę, pamiętając o słabości szejka zapytała o jego kolekcję.
- Tak, kontynuuje dzieło mego Ojca. - o przodku mówił z szacunkiem - Nawet najmniejszy szczegół może mówić o tym kim byliśmy kiedyś, wiedząc skąd idziemy, wiemy gdzie zmierzać. - wyraziła gotowość obejrzenia zbiorów. Szejk uśmiechnął się delikatnie i poprowadził ich w głąb korytarzy. W pierwszej sali dominował szkielet smoka, tak przynajmniej opisał go szejk, Aspazja widziała, że tak naprawdę kości tworzące instalacje należą do pięciu różnych gatunków z czego część nie występowała nigdy na Madoku. Kontynuowali zwiedzanie, widzieli rzeźby, malunki, freski, fragmenty dawnych technologii kosmicznych i prymitywnych rękodzieł dzikich plemion. Czuła się jak w muzeum.
- A ta kolumna skąd pochodzi? - wskazała czarną bryłę wysoką na cztery metry, stworzoną najwyraźniej z metalu, poznaczoną zielonymi liniami tworzących piktogramowe historie, poznała symbol Ortodoksji, coś co musiąło być symbolem planet, na jednym z piktogramów widziała Voroxa i ludzi.
- To, no tak mogłem spodziewać się, że baronówna zwróci na to uwagę. To prezent, od Genina Dreaka. Mój Ojciec bardzo cenił tego pozyskiwacza, on zaś odwzajemnił się tym oto podarkiem. Zakon Inżynierów co roku stara się o pozwolenie na zbadanie tego artefaktu, jednak zawsze odmawiam. Takie badanie zawsze niszczą eksponat, a tak dzięki tajemnicy jest jeszcze piękniejszy. Mówią, ze to część gwiezdnego żaglowca z dawnych czasów, który osiadł na dnie morza. Może to i prawda, ale jakie to dziś ma znaczenie?

 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 25-08-2010 o 01:29.
behemot jest offline  
Stary 28-08-2010, 09:37   #10
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 4018 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Promienie słoneczne wpadające przez mała okrągła szybę obudziły Evrosa. Przeciągnął się, bo w zasadzie sen nie wygnał do końca zmęczenia z ciała. Prawie cała noc go nie było, nocne wypady na dobrze strzeżone tankowce nie były najlepszym sposobem na odpoczynek. Lajtinger i Soren też musieli wrócić niezłapani czy ranni. Inaczej już dawno obudzili by ich Janczarzy Szejka, ewentualnie zamieszanie związane z opatrywaniem rannych. „To dobry znak” – pomyślał.

Zwlekł się z posłania i wykonał zwyczajową serią ćwiczeń. Starał się stale utrzymywać ciało w wysokiej sprawności, w końcu jego wysiłkiem zarabiał na życie. Ćwiczenie było tez doskonała chwilą, by mógł sobie poczynić plany na nowy dzień, ewentualnie podsumować to co mają. Jego mięśnie już na pamięć wykonywały wielokrotnie wcześniej powtarzane czynności, umysł mógł się skupić na czymś innym.

Kiedy wyszedł z kajuty reszta już krzątała się po pokładzie. Powędrował do kuchni zaspokoić nieprzyjemne ssanie w żołądku, szybko przygotował sobie jakieś proste śniadanie. Kiedy skończył Aspazja już stała na trapie Rybki gdzie czekał na nią Kierownik Torchady. Właśnie wybierała się do Szejka, zamierzając uzyskać zgodę na odwiedzenie Oroyme. W zasadzie Evros już chciał zwrócić się do niej o pozwolenie na eskortę, ale zauważył szóstkę Janczarów przysłaną dla ochrony, wiec nie protestował, choć plotki jakie okrążały miasto o Ponurym Snajperze były dość intrygujące. Początkowo myślał, że to jego strzał do strażnika na tankowcu je wzbudził, ale wkrótce były inne cele, co go uspokoiło. Jednak dla pewności skrzynię z karabinem wyborowym ukrył głęboko w ładowni, pod stertą innych skrzyń i kartonów.
Skoro Aspazja wyszła to i tak nie miał komu złożyć raportu z pobytu na tankowcu. Podobnie zresztą chyba mieli pilot z mechanikiem. No nic sprawa musiała poczekać do wieczora. Wziął się za drobne prace na statku i wokół niego . Kiedy przechodził się wokół „Rybki” i w zasadzie nudził się już, podszedł do niego mały chłopczyk, na oko około 6 lat. Nieco zaniedbany i brudny, ale ze smagłą cerą, co świadczyło, że było to zapewne jedno z wielu „dzieci portu”.

- Jakiś pan kazał mi to podać? – wyciągnął rękę z karteczką w kierunku Evrosa. Kiedy żołnierz wyciągnął dłoń by ją sięgnąć, chłopczyk cofną rękę i z cwaniackim uśmiechem na twarzy dodał: - Ten pan powiedział również, że dostanę od Ciebie parę szponów za to.
Sugestia była aż nadto zrozumiała, a Evros zaczynał już podejrzewać kto przekazuje mu wiadomość. Wyciągnął z kieszeni kilka drobnych i dał dzieciakowi, który po oddaniu mu wiadomości zniknął równie szybko jak przyszedł. Schował wiadomość do kieszeni i wrócił na statek. Z takimi rzeczami lepiej się nie afiszować, nie maił pewności, że nikt ich nie obserwuje. Poszedł do swojej kajuty i odczytał wiadomość:

„Przyjdź do „Bryzy” pod wieczór. W tamtejszej Piwnicy dają świetne piwo. Pogadamy o starych czasach. R.”

Widać jego dawny znajomy zdobył jakieś przydatne informacje i potrzebował pieniędzy, zresztą kiedy Rączka nie potrzebował pieniędzy. Patrzył jak wiadomość płonie w ogniu w popielniczce.

*****

Bryza była popularną, portowa tawerną dla szerokiej gamy różnych żeglarzy, rybaków, pozyskiwaczy czy pomniejszych członków Lig. Takie miejsca z reguły oprócz towarzyskiej funkcji, spełniają też wiele innych przydatnych potrzeb. Przekazywanie informacji, jakiś drobny nielegalny handelek, zlecanie zadań czy wynajęcie najemnika. To było idealne miejsce, a Rączka stary cwaniak wiedział, że w tak gwarnym miejscu, nikogo nie zainteresuje ich spotkanie.
„Chyba, że sam mnie wystawi” – pomyślał de Varass, zapinając zamek kamizelki kewlarowej, ukrytej pod bluzą z syntjedwabiu. Do przedramienia i kostki przymocował pochwy z krótkimi sztyletami, a rękojeść monomiecza ukrył pod bluzą. Jedynie w kaburze na udzie widoczny był pistolet maszynowy z tłumikiem. Jako najemnik z ochrony szlachcianki, miał prawo go nosić.
Wnętrze przybytku tak jak się spodziewał, było tłocznie zapełnione bywalcami, zadymione tytoniem i innymi spalanymi używkami, oraz przesycone wyraźną, ostra nutą alkoholu . Skierował swe kroki ku zejściu do piwnicy lokalu, która była jego integralną częścią, tworząc dodatkową salę, trochę mniej zatłoczoną niż pierwsza.
Rączka siedział tuż przy wyjściu na górę, mądrze, w razie kotła miał blisko do wyjścia.
- Co dla mnie masz? – zapytał bez ogródek Evros, siadając naprzeciw.
- Ech myślałem, że pogadamy o starych czasach? – zażartował Rączka.
- Może gdybym miał pewność, że mnie też nie zamierzasz sprzedać, pamiętaj, byłem w miejscach, które nazywasz piekłem. Widziałem rzeczy o których ci się nie śniło. – sprowadził go na ziemię żołnierz.
- Wiem, wiem... nie jestem głupi.
– dodał informator nieco zmieszany.

- I to mnie właśnie martwi.
- A skoro jesteśmy w temacie, masz forsę? - Evros rzucił wypchany mieszek na stół. Widząc to Rączka uśmiechnął się i zaczął śpiewać.
- Co chcesz wiedzieć?

- Wszystko. Zacznijmy od tego czy Wilkenson ma coś wspólnego z Belliahem.
- Nic , znaczy... raczej nie, można by mu zarzucić wiele rzeczy, poczynając od dążenia do celu po trupach, ale to łowca nagród a nie niewolników. I nie słyszałem by trudnił się piractwem. On chce schwytać Belliaha, mówię ci jest strasznie cięty by dowiedzieć się kto napada na statki i powiesić go na rejach. No i oczywiście zgarnąć nagrodę za jego macki. Wilkenson sam by wiele dał za ślad Belliaha.
- Jakieś sukcesy w tym temacie? –
de Varass drążył temat.
- Brak. Patrolujemy wody. Ale nic nie znaleźliśmy. Za to dotarł do jednego z marynarzy, który przeżył napad statku. Niestety to był ostatni dzień jego życia. Zrobił nagranie, które pozwoliłem sobie skopiować
- szczerząc się położył na stole kasetę, którą Evros schował do wewnętrznej kieszeni bluzy.

- Jak widzisz inwestycja zwróciła się z nawiązką. - podkreślił ostatnie słowo.
- Skąd Wilkenson bierze granaty gazowe, dlaczego taki sam znaleziono na pokładzie Meduzy? – Hazat poruszył kolejną interesującą go kwestię.
- Ooo? Tego nie wiedziałem. Nie wiem skąd je bierze. Ma jakiegoś swojego dostawcę, to popularny model, chyba ma je jeszcze z Ligenhaim. Chyba nawet gdzieś widziałem je w Ayanie, może przy astroporcie Perrido, ale naprawdę nie wiem gdzie.


- Ten Ponury Snajper, nic nie obiło Ci się o uszy?
- Pha.
- zaksztusił się piwem - Że to kolejna głupia bajeczka maluczkich. W każdym mieście takie są. Wiesz, o krokodylo ludziach żyjących pod BII, czy latających rydwanach porywających dzieci, czy o facetach w czerni. Wszędzie tego pełno. Każdy frajer może być przez chwile legendą, jeśli tylko kupi sobie snajperkę. Wilkenson nie ma z tym nic wspólnego. To nie w jego w stylu.
- A co jest w jego stylu?
- Zrzucić napalm, seria z automatu i pytać rannych. On wie, że ma do czynienia z sukinsynami i ich nie oszczędza. Czasem zdarzą się przypadkowe ofiary, ale ich los mało się liczy.
- Nie ma w jego załodze snajperów?
- Właściwie ma, nazywa się sokół, cyborg. Ale nie widziałem by włóczył się po nocach, przy najmniej gdzie indziej niż do Kasyna Karnawału. A tego snajpera to już chyba złapali, jakieś porachunki wewnątrz Aptekarzy albo coś.
- Słuchaj, nie płace ci za „albo coś”, tylko za fakty.
- Dobra, dobra... ale nie wiem wszystkiego. Pytaj o sierżanta, a nie jakieś bzdety. –
zaperzył się Rączka.
- To co masz?
- Hmm myślałem by zachować to na koniec, ale skoro się niecierpliwisz...
- wyjął kopertę, w środku było parę niewyraźnych kopii zdjęć. - To zdjęcie wykonane z niebiańskiego oka, większość zasłaniają Chmury, ale ta niewyraźna plama to platforma kopalin w pobliżu el Mook. Obok widzisz dwa statki. Problem w tym, że po epidemii skorup i rebelii Poszukiwacze zabrali swoje skafandry i kilofy, i zwiali z Archipelagu. Może Pozyskiwacze szukają złomu, może ktoś szuka cichego miejsca.

Zdjęcia również powędrowały za kasetą, a Evros z kiwnięciem głową wyraził uznanie dla swojego informatora.
- A ten kuter, co znaleźliśmy go na morzu, Wilenson nie miał żalu, że to my zgarnęliśmy nagrodę?

- Wilkenson był wściekły na tą twoją damę, chciał mieć pierwszy sukces by pochwalić się przed gildą, a tu okazało się, że poławiaczka pereł była lepsza. Nie zapomni jej tego. Tak mówią, ale mi się nie zwierza, chyba mi nie ufa.
- A komu ufa?
- Nikomu. Całą drużynę trzyma na dystans. Może Lotos. Jak jesteśmy w mieście to głównie z nią wychodzi.
- Kim jest ta Lotos?
- To ta kobieta z maską na twarzy i wytatuowanym skorpionem. Ekspert od broni białej. Trochę dziwna. Niewiele mówi. Jak coś powie, to jakimś wierszem. A w czasie wolnym maże coś po szmatach.
- wzruszył ramionami - Nie zrozumiesz kobiet.
- I gdzie wychodzą?
- Wszędzie. Do Pałacu, po targu portowym, do Astroportu i Kasyna. Kasyna Karnawału, sporo elyty tej mieściny tam się schodzi. Głównie Ligowcy i nowi w mieście. Żeglarze nie lubią tamtego miejsca.
- I z kim się spotykają?
- Niedługo chyba z każdym, ostatnio chyba Zhengiem, to jeden z przewoźników. Swoją drogą naprawdę nie zdajesz sobie sprawy ile zachodu wymagało ode mnie zdobycie tych wszystkich informacji i ile ryzykuje. Wilkenson to straszny człowiek, ten marny mieszek to tak mało w porównaniu z tym co dla ciebie zrobiłem.

Żołnierz przewidział taką możliwość. Znał Rączkę od dawna i wiedział, że jest kutym na cztery nogi ćwikiem, dlatego dyskretnie pod stołem podał mu drugi mieszek , wielkością zbliżony do tego pierwszego. Było tego kilkadziesiąt feniksów razem.
- Jeszcze jedno pytanie – powiedział, patrząc jak Rączka dopija swoje piwo – dama poszukująca Ksantypa. Nie obiło Ci się o uszy to nazwisko? Dlaczego interesuje się prostym żołnierzem?
- A co z nią ma być? Ponoć jest wolna – udawanie zdziwił się i zażartował cwaniaczek. Zaraz potem dodał: - Ksantypa to ktoś z elit Rycerzy Poszukujących, jakaś ich wewnętrzna służba – de Varras dodał w myślach „Justykariusze” - jeśli kimś się interesuje to znaczy, że nie jest to prosty żołnierz. Ostatnio jest zajęta tym ponurym snajperem, a w pracy wspierają ją Janczarzy Szejka. To Ci sami smutni panowie, o których mówiłem Ci na kutrze. Ten ich zwierzchnik Agca jest cwanym facetem.
- To wszystko co chciałem wiedzieć. Byłeś pomocny, nawet więcej niż pomocny. Będziemy w porcie jeszcze jakiś czas, jakbyś miał jeszcze coś ciekawego to się odezwij. Tymczasem bywa.
Evros ruszył ku wyjściu. W Sali na górze wydawało mu się, że zauważył Sorena, ale nie miał czasu by się tym teraz przejmować. Miał kilka ważnych informacji, które Aspazja powinna zobaczyć jak najszybciej, a tę kasetę chyba Nadia powinna obejrzeć.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:37.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170