Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-08-2010, 18:44   #1
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1064 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
[Space Opera] - RU-2

Spróbujemy wrzucić archiwum, dzięki pomocy malahaja.

Teraz nam obu życzę powodzenia

P
B
.
 
Bielon jest offline  
Stary 23-08-2010, 18:47   #2
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
Space Opera 2

* Prowadzący: Bielon „Bielon” Bielon
* Kwestia konwencji: BielHekowy heros-slowfood. SF
* Kwestia zgodności z settingiem: Tu wymiatamy! Nie ma settingu. Jest świat. Nie wiem czy w temacie sesyjnym [dla estetyki pewnie nie] ale założymy osobny wątek, gdzie na bieżąco uzupełniać będziemy świat. Zasadą będzie, że to co napisane obowiązuje. Przykład: Jeśli ktoś mi napisze, że układ do którego się zbliżamy składa się z pasa asteroidów znanych ze złóż rudy tytanu, to one tam są. O ile ktoś inny ich nie spopieli. ITD. Będę się starał rzecz kontrolować, ale liczę na wasz rozsądek.
* Kwestia zastosowania mechaniki: W tej sesji opieramy się na logice i zdrowym rozsądku. To zabawa w opowiadanie. Jednak mechanikę w wersji maksymalnie uproszczonej, zastosowywać będę. Wyjaśnię ją w komentarzach. Wszystkie rzuty wykonuje MG lub zdesperowany Gracz. Mechanika rozstrzyga kwestie sporne, przy czym spory z MG rozstrzyga MG. O konieczności odwołania się do niej decyduje MG. Spory z mechaniką MG rozstrzyga również. Zawsze na swoją korzyść. Spory pomiędzy Graczami najczęściej są powodem stosowania mechaniki. Jakiejkolwiek.
* Kwestia kontroli MG nad poczynaniami graczy: Gracze mają nieograniczoną swobodę, jednak opis konsekwencji ich znaczących czynów leży w gestii MG. W niektórych (sami sprawdźcie jakich) sytuacjach gracze wchodzą w interakcję za światem na opisanych zasadach i sami opisują skutki niektórych swoich czynów. Należy jednak pamiętać, by starać się pisać tak, aby nie ucierpieli na tym Bohaterowie innych Graczy. Ani też, by ich wolna wola nie była gwałcona. Gwałcicieli nikt nie lubi. Niemal.
* Kwestia relacji wewnątrzdrużynowych: To jest życie, więc konflikty w drużynie są akceptowane. Ba, w tej sesji nawet przewiduję, że wybuchną i czuł się będę zawiedziony jeśli stanie się inaczej. Drużyny tu wszak nie ma…
* Kwestia częstotliwości postowania: Tempo postowania ustalamy na 1 post/tydzień. To wasze minimum. Ja być może będę zagęszczał ruchy, ale niekoniecznie. Wolał też będę postować krócej a częściej. Tym pierwszym postem się nie sugerujcie. To wstępniak. Kolejne będą krótsze, bo być muszą. Prosił bym o zachowanie tej rytmiki: post MG, 5 dni na odpowiedź Graczy, post MG w przedziale 24h-48h po poprzednim poście MG a do 24h po ostatnim poście Graczy. Bym miał czas przemyśleć co napisaliście. Lekkie obsuwy są zrozumiałe. Częstsze będą penalizowane. Jakoś. Byle nie zmuszać MG do definitywnego usuwania postaci. Choć ich ilość powinna dać Wam do myślenia.
* Kwestia preferowanej długości postów: Długość się liczy mniej, ważniejsza jest jakość a najważniejszy MG. Gracze piszący posty jednolinijkowe są mile widziani, w charakterze mięsa armatniego. W końcu trzeba zapracować na tytuł "Rzeźnik". Jednak 5 stron opisu blasku księżyca jest widziane równie mile.
* Kwestia poprawności i schludności notek: Żadnych emotek, psują nasz nastrój.
* Kwestia zapisu dialogów: Dialogi piszemy. Kursywą oraz poprzedzamy myślnikiem.
* Kwestia zapisu myśli postaci: Jeżeli znajdzie się postać decydująca się na myślenie to myśli postaci zapisujemy wybranym przez MG kolorem czcionki - czarnym. Myśli poza tym zaznaczamy z obu stron tyldą oraz piszemy kursywą. Lub inaczej, choć lepiej nie.
* Kwestia podpisów pod notkami graczy: Wyłączamy podpisy w notkach sesyjnych. Lub nie. Można umieszczać w podpisach pochlebne opinie na temat MG i Forum. Lub inne. Pochlebne mniej. Wedle wolnej woli jednostek.
*Walki w grze: Rzecz bardzo ważna o ile nie najważniejsza. Chciałbym byście pamiętali a od tej sesji wzięli sobie to poważnie do serca, że walka to ostateczność. To sposób rozwiązania konfliktu, gdy wszelkie inne metody zawiodły. A walkę wygrywa nie ten który zabije przeciwnika, tylko ten, który przeżyje. W walce można wszak zginąć i wierzcie mi, może się to stać waszym udziałem w tej sesji. Nie życzę wam tego. Wy sobie, jak sądzę, również tego nie życzycie. Pamiętajcie więc o tym dobywając broni. Bo NPCowie dobywając jej iść będą zwykle na pewniaka. Bo też chcą żyć. Czego i wam życzę.

Grają:
1: Phate
2: Suryiel
3: Eleanor
4: Sekal
5: Aschaar
6: Hesus
7: Mike
8: malahaj

Powodzenia.


===============================================


Podróże gwiezdne w obecnych czasach nie były już tak niebezpiecznym zajęciem, jak jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy znanym wszechświatem wstrząsały konflikty a całe systemy toczyły wojny, które pochłonęły nie jedno życie w faerii nuklearnych rozbłysków. Zagrożenie piractwem czy Obcymi, którzy nie do końca jeszcze akceptowali by powstałe Imperium, było niewielkie. Czasem słyszało się o jakimś rajzerze, o jakimś napadzie czy nieszczęśliwym wypadku. Jednakże patrolujące znane szlaki Imperialne lotniskowce eskortowe z gotowymi do startu myśliwcami, wsparte szybkimi i zwrotnymi niszczycielami, wystarczały w zupełności, by pozbawić ochoty na atak większość kosmicznych napastników. Loty w przestrzeni stały się rzeczą żmudną, acz bezpieczną. Może stad zwyczaj, który przyjął się na pokładach pasażerskich liniowców, budowania sporych salonów, które wyposażone we wszystkie zdobycze techniki zapewnić mogły podróżnikom wszelkie wygody i rozrywki. Ostatni hit, osadzane na suficie ogromne okna panoramiczne z armplastu, pozwalały znudzonym podróżnym na podziwianie kosmosu. Drogi luksus nudził lecących statkiem niespełna w dwa kwadranse po odcumowaniu i zazwyczaj do końca podróży, do cumowania, nie budził już śladowego nawet zainteresowania. Dowódcy liniowców obstawiali zakłady, kiedy podróżni w kolejnym locie porzucą „widoki” i tradycyjnie siądą do barku. Podróż liniowcem miała bowiem swe dobre, ale i złe strony. Wszechobecna nuda i długi, wbrew pozorom, okres bez jakiegokolwiek zajęcia, służył popadaniu w uzależnienia, z których jedynie alkohol znajdował uznanie w oczach władz. Hazard, dość powszedni podczas podróży, choć nie zabroniony i opodatkowany, już tym uznaniem się nie cieszył. Liczne ograniczenia nie pozwalały na duże stawki w toczonych grach. Przez co i hazard nie cieszył się takim powodzeniem. Pozostawały godziny dyskusji, picia i nudy. Może właśnie dla tego tak wielu podróżnych decydowało się na „kosmiczny sen”, który choć wymagał dodatkowej dopłaty, dawał gwarancję przelotu bez wszystkich niedogodności wynikających z podróży. No, poza uszczupleniem konta o kilkaset creditów. Dla tych, których podróże w przestrzeni były codziennością a mordy przygodnie usadzonych przy stoliku podróżnych karą za niezawinione i zawinione występki, taka inwestycja zdawała się jak najbardziej trafiona.

To był jednak przywilej bogaczy. Ogół nudził się za darmo…


***


Wyjście z nadprzestrzeni nigdy nie bywało przyjemnym uczuciem. Pomimo stosowania kompensatorów bezwładności, których sprawne działanie było gwarantem życia istot lecących jednostką, każdy odczuwał po wyjściu mdłości. Mógł być doświadczonym pilotem flagowym służącym na dziesiątkach jednostek, to jednak skok w nadprzestrzeń i wyjście z niej zawsze skutkował mdłościami. W najdelikatniejszych wariantach.


Pasażerskie liniowce, odbywające loty zwykle na krótkich i utartych szlakach, zwykle nie korzystały z nadprzestrzeni stosując zwykle przestrzenne wrota lub podróże na napędzie grav. Poprzez wrota jednak lecieć można było wyłącznie do tych układów, w których takowe wrota się znajdowały a nie były anomaliami przestrzeni zbyt powszednimi. Dość powiedzieć, że łączyły ledwie siedemdziesiąt sześć układów i sektorów. Niespełna procent znanej przestrzeni. Napęd grav był metodą dobrą na krótko. Gdyby jakikolwiek statek chciał dolecieć z Alfa Centauri do Eberronu, dwóch najbliżej siebie położonych układów w znanym wszechświecie, doleciało by na grav trzecie pokolenie tych, którzy wylecieli. Chętnych na takie podróże nie było. I nie przewidywano by kiedykolwiek się znaleźli.


Podróż na DX-12, przez załogę pieszczotliwie zwanym „Duble Belluci”, musiała odbyć się w nadprzestrzeni. Z Korradonu do RU-2, nieskolonizowanej planety na pograniczu Republiki, nie mogła się odbyć wrotami, bo tych zwyczajnie nie było. RU-2 było wszak skrajem skraju. Ostatnią placówką Republiki przed kolejnymi sektorami pustej przestrzeni których holomap nie posiadały żadne z cywilnych jednostek. Gdzieś tam dalej miał o swój początek Imperium Thau. No, jego skraj. Jednak, że można było lecieć wrotami z innych miejsc Republiki wprost do Endicoru, Mathaus czy Brre, nie było sensu pchać się w niezbadany wszechświat. Nie czynił tego nikt, kto nie musiał. Pewnie dla tego RU-2 nie cieszyło się zbytnią popularnością podróżnych i lecieli tam tylko tacy, którzy mieli w tym istotny interes. Na orbicie RU-Alfa znajdowała się baza wojskowa, która najczęściej pełniła rolę zesłania dla nazbyt krnąbrnych, opornych i butnych. Lub zwyczajnie takich, którzy komuś podpadli, co w skorumpowanych siłach Floty Republiki tak rzadkie znów nie było. Na powierzchni RU-Alfa mieściła się mała kolonia karna, gdzie żyli wygnańcy społeczności zbyt niebezpieczni by umieścić ich w jakimkolwiek innym zakładzie naprawczym w bardziej dostępnych częściach Republiki. RU-Beta była martwa. Podobno niegdyś zbombardowano jej powietrznię pociskami nuklearnymi. Od tego czasu nawet zejście w kombinezonie na jej powierzchnię było niebezpieczną fanaberią. Teraz była już tylko, albo aż, poligonem. A za nią rozpościerała się pustka…


Zgodnie z Regulaminem podróży wszelkie wejścia i wyjścia z nadprzestrzeni odbywać się musiały po uprzednim sprawdzeniu, czy podróżni znajdują się w swoich kabinach. Kabiny bowiem miały dodatkową, poza kompensatorami bezwładności, osłonę na wypadek awarii – pole siłowe. Korporacje dbały o swoich, ubezpieczonych podróżnych. Wymógł podwójnego zabezpieczenia lecących klientów wymogły firmy ubezpieczeniowe, ale przyjął się powszechnie. Wyjący, ostrzegawczy alarm rodem z jednostek wojskowych, na liniowcach zastąpiła przyjemna muzyka narastająca w tonacji. I równie przyjemna spikerka prosząca o wprowadzenie do identyfikatora w kabinie indywidualnego kodu cyfrowego, generowanego dla każdego podróżnego na czas przelotu. Załoga, która liniowcem podróżowała choć rok gotowa była oddać wiele za wyjący alarm, byle zagłuszył bezjajeczną, korporacyjną sukę. Istniały podobno programy hakujące sygnały komunikatorów bezpieczeństwa, ale ścigano je z całą bezwzględnością, przeto każda załoga mająca choćby pół pasażera na pokładzie znosiła w pokorze dźwięk spikerki obwieszczający bezbarwnym głosem kolejne wydarzenia z życia okrętu.


- Uwaga! Uprzejmie informujemy podróżnych o wyjściu z nadprzestrzeni zgodnie z planem. Bieżący układ to RU-2. Zgodnie z planem podróży na orbicie portu kosmicznego znajdziemy się za osiem godzin i dwadzieścia siedem minut. Serdecznie zapraszamy do mesy, gdzie niebawem zostanie Państwu podany posiłek dostosowany do Państwa potrzeb dietetycznych. Linie Abredo cieszą się goszcząc Państwa na swoim pokładzie. Teraz prosimy o wprowadzenie unikatowego kodu, który pozwoli nam stwierdzić, że jesteście Państwo całkowicie bezpieczni…


***


Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 768x576.


Wiało pustką, ale osłony na oknach z armplastu zostały już usunięte. Goście przybywali zwykle w kilka minut po ogłoszeniu zakończenia skoku w nadprzestrzeni. Zważywszy na to, że lot w nadprzestrzeni rzadko kiedy trwał dłużej niż dwie standardowe godziny, pasażerowie wykorzystywali ten czas na drzemkę. Po zakończeniu skoku był czas na dyskusje i obserwacje nowo odwiedzanego systemu. Podziwianie planet tworzących lokalne konstelacje z ich naturalnymi i sztucznymi księżycami, zliczanie widocznych gołym okiem statków czy też ustalanie ich jedynie na podstawie wyświetlanej na powierzchni każdego z okien holomapie. Pasażerowie uwielbiali tę chwilę. I zwykle delektowali się nią. Około minuty. Zaraz po tym jak nasycili swój wzrok nowym lądowali przy barze lub stoliku. Alkohol na takim zadupiu jakim był RU-2 miał niebywałe wzięcie.


Tym razem steward Andy, najnowszej generacji technobot, został zignorowany przez wszystkich wkraczających do mesy podróżnych. Znali się pobieżnie, bo wszak przed skokiem już siedzieli przy jednym stole i jedli późne śniadanie. Rozmowy się nie kleiły i dopiero kolejna butelka drunnu sprawiła, że nieco rozwiązały im się języki. Teraz nadchodziła pora obiadowa i w zasadzie należało by się spodziewać, że od razu siądą do stołu, gdyby nie widok. Za oknami liniowca bowiem, miast przestrzeni upstrzonej dwoma planetami i ich księżycami wirującymi wokół słabego słońca klasy E, widniał potężny kadłub nowoczesnego frachtowca, którego ogromna sylwetka przesłaniała obie planety układu wraz z jego błękitno świecącym słońcem. Niespełna kilkadziesiąt kilometrów odległości pomiędzy dwoma jednostkami, co w przestworzach znaczyło tyle co splunąć, pozwalało dzięki systemom wizyjnym wbudowanym w holomapy okien z armplastu obserwować sąsiednią jednostkę tak, jakby stała bok w bok z „Duble Belluci”. W zasadzie zważywszy na to, że właśnie dopiero co zakończyli wyjście z nadprzestrzeni frachtowiec albo dokładnie przewidział perymetr i prędkość wyjścia i ruszył na ich spotkanie, albo też był tu zupełnym przypadkiem. W tym drugim przypadku należało podziękować losowi za cud. Gdyby był kilkadziesiąt mil w bok po obu jednostkach została by supernowa…


- Serdecznie witam Państwa na pokładzie mesy. Niebawem podany zostanie obiad wedle Państwa zamówienia. Czy mogę Państwu czymś służyć? – pytanie, zważywszy że stał na tle pełnej palety dostępnych na pokładzie alkoholi, zdawało się retorycznym. Kwestią było kto wyda mu polecenie jako pierwszy. Jednak nim wydali mu polecenia, nim zamówili to, co miało ukoić ich skołatane skokiem w nadprzestrzeń nerwy, uzmysłowili sobie, że coś jest nie tak. Coś nie grało. Coś się zmieniło. Minęło dobrych kilka chwil nim zdali sobie sprawę, że była to kwestia braku muzyki. W mesie zawsze coś grało. Zwolnieni ze służby członkowie załogi liniowca tracili nie małą część swego wynagrodzenia pijąc i bawiąc się w mesie. Jednym z ich ulubionych zajęć było puszczanie starych utworów muzycznych w czym był chyba wyraz nostalgii za odległym domem. W sumie co ich do tego skłaniało, było bez znaczenia. Dziwnym jednak było, że obecnie nikt z liczącej dobre piętnaście osób załogi nie ma przerwy. Jednak dziw ów nie był w stanie zakłócić wyścigu do baru.


Tego, któ ów wyścig wygra, nie obstawiał nikt…
 
malahaj jest offline  
Stary 23-08-2010, 18:50   #3
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
Zachariash i Shalia

- Mamy chwile czasu dla siebie Matko Przełożona – Zachariash odpiął pas z mieczem ceremonialnym. Długo trwało zanim nauczył się go nosić z godnością. Można by niejako rzec, że pozycje w zakonie określono po sposobie noszenia miecza. Jako Najwyższy Obrońca i Paladyn Zakonu Wiecznego Porządku miał prawo do miecza. Siłą rzeczy nie chcąc sobie wybić zębów musiał się nauczyć jak go nosić. Rzucił miecz w pochwie owiniętej pasem na stół. Odpiął pas z kaburą i położył go obok miecza..
Matka Przełożona przez moment spoglądał na niego w zamyśleniu, po czym sama też odpięła miecz. Jej wersja była delikatniejsza i lżejsza, ale to już kwestia pozycji. Była władna zażądać czegoś poręczniejszego niż zawalidroga Zachariasha.
Rozpuściła włosy i przeciągnęła się mrucząc jak kocica.
- Powinniśmy się zrelaksować, potem nie będziemy mieli czasu…
Paladyn stanął tuż przed nią, odgarnął jej włosy z twarzy. Shalia skrzywiła się i odtrąciła jego rękę.
- Wiesz, że nie lubię jak dotykasz mnie tym… czymś.
Zachariash popatrzył na swe lewe ramię, aż do łokcia pokrywała ja pancerna technobiotyczna rękawica. Zamknął i otworzył dłoń. Opancerzone palce przypominały trochę szpony jakiejś bestii. Nawet kolor był odpowiedni, szaro zielony. W dotyku była ciepła, temperatura nie różniła się od temperatury ciała.
- Stanowimy jedność, Matko Przełożona.
- Przestań, jesteśmy sami.
Krawędzie rękawicy powoli zwinęły się w sobie, powierzchnia zdawała się żyć. Po chwili technobiotyczny pancerz odsłonił zaczerwienione ciało…

Leżał na łożu z rekami założonymi pod głowę. Zastanawiał się, w jaki sposób udało im się wkopać w tą sprawę. Niestety wszelkie tropy prowadziły do Shalii. Nie winił jej za to, nie miała jeszcze takiego doświadczenia w gierkach i kłamstwach jak Zachariash. Cóż, nikt nie mówił, że polityka jest łatwa. Gdyby tylko był przy jej rozmowie z gubernatorem. Może dałoby się uniknąć tego zadupia. Niestety Hannish Za’labar był mistrzem w swoim fachu. Mimo, że zdarzało się Zachariashowi przerzucić przez kolano Shalię i wytrzaskać po tyłku to jednak ona była Matką Przełożoną. Mógł co prawda sprowokować gubernatora, wyzwać go na pojedynek i zabić. Wtedy mieliby powód by Zakon odmówił prośbie gubernatora. Ale za długo obracał się po świecie by emocje go ponosiły. Trup zbyt zapada w pamięć. Cóż, nie zawsze życie toczy się po naszej myśli.

- Pani, wyczuwam jakąś nieprawidłowość – rzekł zatrzymując Shalię na progu mesy. – Tu jest inaczej niż zwykle.
Matka Przełożona zmarszczyła nos i musnęła czubkami dłoni rękojeść miecza. Co prawda w przypadku ataku i tak wolałaby pistolet, jak każdy normalny obywatel Republiki, ale miecz był jej jedyną bronią. Tylko Zachariash miał zezwolenie na posiadanie broni na pokładzie, jako ochrona wysokiego urzędnika kościelnego.
Przyjmując oficjalne wyrazy twarzy weszli do mesy wymieniając pozdrowienia z innymi pasażerami.

Christina Young

Zabawne. Człowiek może spędzić praktycznie większość swojego życia za sterami i na pokładach najróżniejszych statków, a wchodzenie i wychodzenie z nadprzestrzeni niemal zawsze przyprawia go o ten sam przewrót w żołądku. Liniowce były dla niej swoistego rodzaju złem koniecznym, w małych myśliwcach nie było mowy o podróżach na tak daleki zasięg, ale przynajmniej w takim małym własnym stateczku nikt nie nakazywał słuchać jej tej całkowicie bezpłciowej muzyki i użerania się z cywilami, co już całkiem konkretnie wpływało na poziom jej morale i agresji.

- Zaskakujące, człowiek od ponad dwudziestu lat zajmuje się zasobami wojskowymi, i nigdy tak naprawdę nie odwiedził najdalszych zakątków Republiki. – westchnął nieco podstarzały mężczyzna w eleganckim garniturze, który ledwo co utrzymywał w ryzach jego spory, wyhodowany na pieniądzach podatników brzuchol. Nazywał się Nicholas O’Donnel i jak dla Christiny, pełnił swój urząd już stanowczo za długo. O jakościach wolała się wspominać, nienawidziła polityki jak każdy wojskowy, który nie osiągnął jeszcze stopnia generała (Generałowie bowiem odkrywali już całkowicie nowe pokłady nienawiści związane z polityką, będąc zmuszanymi do dłuższego przebywania za biurkiem w towarzystwie cywilnych doradców, niż w polu) i jej orientacja w tym polu ograniczała się do Rządu Najwyższego, a patrząc po szanownym panie O’Donnel, również do ich wszelakich dowódców.

- Nic pan nie traci. – odpowiedziała, wchodząc zaraz za nim do mesy.

Na szczęście w takich wypadkach to O’Donell był w swoim żywiole, witając się ze wszystkimi, lawirując wśród nich jak podstarzała, gruba baletnica. Major Young przystanęła przy barze, zerkając na swego towarzysza, Simona Rheeda, który wraz z nią przydzielony został za karę do całego tego wyjazdu i podobnie jak ona, krzywił się gdy tylko tamten odwracał od nich swój wzrok.

- Żadne alkohole wszechświata, nie wynagrodzą mi dni, spędzonych z tym hipopotamem... – stwierdził Simon. Najgorsze było to, że jakby nie patrzeć, oboje byli na służbie, wszelkie alkohole i zabawy nie wchodziły w grę, przynajmniej dla nich.

- Taa... Wolę karcer, niż kolejną minutę z tym politykiem... – westchnęła, przecierając oczy. Właśnie z takich powodów uważała, że prywatne wojsko (Chociaż trudno było nazwać ich wojskowymi) Zakonu Wiecznego Porządku byłoby idealnym przykładem dla stworzenia podobnych mu sił, działających jedynie na potrzeby delegacji politycznych. Owszem, jakby na to nie patrzeć, Siły Zbrojeniowe Republiki podlegały pod rządy cywilne, ale wysyłanie żołnierzy na tak błahe podróże, było po prostu głupotą.

- Wyszliśmy z nadprzestrzeni, dziwne, że nie ma tu nikogo z załogi. – mruknęła, sięgając po szklankę mrożonej herbaty.

- Może zamkną nas w tym pomieszczeniu i poczekają, że pozagryzamy się nawzajem o ostatnią butelkę drunnu? – odparł mechanicznie jej towarzysz, na co oboje parsknęli lekko w swe napoje, od razu jednak stawiając się do pionu, gdy w zasięgu ich wzroku pojawił się senator O’Donnel.



„Wysocy Lordowie Terry? Oni tylko pilnują by to miejsce się nie rozsypało; spójrzcie dalej, zobaczcie kto tak naprawdę jest prawdziwym władcą Republiki - Imperium Ludzkości!”
- Karlees Navarre, komentując siłę jaką w swych dłoniach dzierży Uświęcona Inkwizycja.

Terra, Stolica dawnego Imperium

Terra – Stary Świat; kolebka całej ludzkiej cywilizacji. Miejsce spoczynku Nieśmiertelnego Imperatora, któremu każdy, jak wszechświat długi i szeroki, winny jest poddaństwo, za jego poświęcenie i wielkość. Od tysięcy lat Imperator siedzi na swym Złotym Tronie, podtrzymywany w katatonicznym stanie między życiem, a śmiercią; otoczony prawdziwie boską czcią. Tylko Patriarchowie i Najwyżsi Mistrzowie Zakonów doznają zaszczytu by spojrzeć w oblicze Imperatora, nikt inny nie jest godzien, by spoglądać na swego Boga.

Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 700x990.


Terra, jest dla Ludzkości Ziemią Świętą. Usiana zbudowanymi z kamiennych bloków katedrami, kościołami - liczącymi sobie wiele tysięcy lat, pamiętające czasy, gdy Imperator kroczył pomiędzy nimi w pełnym blasku swej chwały. Nim nadeszła zdrada jego syna Horusa, a Imperium pogrążyło się w bratobójczej walce, gdzie ojciec zabił swego syna, oddając swe życie na ołtarzu Ludzkości.

Wiele z Zakonów ma na Terrze swoje siedziby; Krwawe Kruki, Imperialne Pięści, Zakon Wiecznego Porządku, Zakon Ultramary. Inne zakony rozsiane są po wielu planetach Imperium, lecz dla nich wszystkich prawdziwym domem jest i pozostanie Terra. Spokój i miejsce wytchnienia, gdzie boska moc Imperatora sprawuje opiekę nad tymi, którzy pokochali go najmocniej. Miejsce wolne od Xenos – obcych, heretyków i zdrajców.

Codzienne życie reszty świata różni się od tego, które toczą ludzie z Terry. Setki, tysiące planet, rządzonych jest przez Wysokich Lordów Terry, którzy w zgodzie z wolą Nieśmiertelnego Imperatora, wzięli pod swe władanie całe dawne Imperium, rządząc zgodnie z zasadami demokracji, przynajmniej pozornie. Każda z tych planet czerpie garściami ze zdobyczy cywilizacji. Lecz tam, gdzie łatwo osiągnąć potęgę dzięki technice, kontrolowanym mutacjom i genetycznym modyfikacją, tam jeszcze łatwiej jest o zepsucie...

„Póki podli mutanci wciąż mogą zaczerpnąć oddech, nie będzie pokoju. Póki ohydne serce heretyków wciąż biją, nie będzie wytchnienia. Póki bezbożni zdrajcy wciąż żyją, nie będzie przebaczenia.”, to są słowa, które każdy zakonnik, każdy Inkwizytor wyrył w swym sercu. Mówią… Że podróż Inkwizytora trwa całe jego życie.

To tylko połowiczna prawda.

Ci, którzy dostąpią najwyższej łaski Nieśmiertelnego Imperatora, podróżują i służą mu także po śmierci.

Katedra Mrocznych Aniołów, Noc.

W katedrze biły dzwony.

Świece ustawiono przed ołtarzem, na którym leżało okaleczone, nagie ciało mężczyzny. Nie miał nóg, a w klatce piersiowej ziało wiele krwawych dziur, nie od pocisków, lecz kłów i pazurów. Dowód, że zginął w walce z Xenos – obcymi. Kiedyś mógł być przystojny, lecz teraz z trudem dawało się rozpoznać rysy twarzy, tego co z niej zostało.

Lion El’Jonson, patriarcha Zakonu Mrocznych Aniołów podszedł do kamiennego ołtarza i klęknął, a jego twarz znalazła się na wysokości wyrytego w chłodnym kamieniu symbolu jego Zakonu.



Po krótkiej chwili wstał i odwrócił się do pełnych katedralnych ław.
- Jako nasze ciała zakuwane są w zbroje z adamantium; tak dusze chronione są przez naszą lojalność.
Jako nasza ciała są obciążone śmiercią nieprzyjaciół Imperatora; tak myśli są przepełnione jego mądrością.
Jako nasze zastępy rosną; tak i rośnie nasze oddanie.
Kimże jesteśmy - Mrocznymi Aniołami.
Kimże jesteśmy, jeśli nie wybranymi Imperatora, jego lojalnymi sługami aż do śmierci?

Odpowiedziała mu cisza.

- Bez Ciemności, nie może być Światła. – Lion kontynuował swoje nabożeństwo. Teraz odmawiał credo Zakonne.
- Nasz cel! – ożywione szepty wypełniły katedrę, gdy zakonni włączyli się do modlitwy, którą każdy wypaloną miał w sercu.
- Bez Kłamstwa, nie może być Prawdy.
- Nasz cel!
- Bez Wojny, nie może być Zwycięstwa.
- Nasz cel!
- Bez Śmierci, nie ma Poświęcenia.
- Nasz cel!
- Bez Nadziei, nie ma Przyszłości.
- Nasz cel!
- Bez Lojalności, nie może być mowy o Zakonie.
- Nasz cel!
- Bez Imperatora, nie ma niczego!
- I my nie mielibyśmy celu.

- Żegnamy dziś naszego brata, Inkwizytora Gabriela Setha, bowiem był on prawdziwie naszym bratem. Zginął w obronie Tarsosis przed Xenos. Walczył w pierwszym szeregu, ku chwale Imperatora i z jego imieniem na ustach. Zginął śmiercią prawdziwego marine.
- Lecz nie rońmy łez, bowiem naszemu bratu postawione zostało zadanie, a jego podróż nie kończy się z dniem dzisiejszym. Imperator wyznaczył go dla wyższego celu, a więc wróci do nas, więc radujmy się, albowiem łaska Boga jest wielka!

- I NIE BĘDZIESZ ZNAŁ STRACHU! – ryknęło sto gardeł, a potem katedra wypełniła się ciszą i zapachem kadzidła.

Cmentarz Zakonny

Samotna sylwetka, okuta w ciężką adamtytową zbroję, spoglądała na prosty, kamienny nagrobek. Klęczała. Czerwony blask oświetlał wypisane na nim nazwisko - „Gabriel Seth”.

Kto wstępuje na pewną ścieżkę, musi zniknąć z innej…

Terminatus - Wielcy Mistrzowie; Inkwizytorzy; Ci, których służba nigdy się nie kończy, tak bliscy Imperatorowi, że noszą przy sobie cząstkę Złotego Tronu, dodaną do stopu dwuręcznego młota – oznaki ich urzędu.
- I nie będziesz znał strachu.

Gabriel Seth

~~Czynności życiowe – przywrócone.~~

Otworzył szeroko powieki, mrużąc je, przyzwyczajając się do ostrego, czerwonego światła. Przed oczyma ujrzał dziesiątki zmieniających się z prędkością myśli statystyk - były wyświetlane na specjalistycznych neuroprojektorach znajdujących się wewnątrz hełmu; jednocześnie wszystkie informacje dostarczane były bezpośrednio do mózgu Setha, siecią specjalistycznych połączeń, nad którymi biotechnicy spędzili długie miesiące. Nagle poczuł jak setki neuro-igieł wbiły mu się w kręgosłup. Przez wiele lat zdążył do tego przywyknąć, lecz za każdym razem ból był tak samo przejmujący i nagły.



Po dłuższej chwili odetchnął z ulgą i wyprostował się. Mierzył dobrze ponad dwa metry, sprawiało to pewne trudności w co niższych statkach, ale tak naprawdę, nie miał innego wyjścia. Przy pasie przytroczoną miał miecz, opasłą księgę Imperatora i kilka zwojów, które świadczyły o jego doświadczeniu, każdy z nich opowiadał inną historię. Wszystkie, okupił krwią i potem. Na plecach leżał młot, był pozłacany, bogato zdobiony – oręż przeciw heretykom i demonom. W rękawicach znajdywały się działka plazmowe i szpony, wysuwające się, działające pod wysokim napięciem – broń na obcych.

Wiedział, że na statku przebywa co najmniej jeszcze jeden zakonnik, ale dotychczas nie miał okazji zamienić z nim ani jednego słowa. Z oczywistych względów opuścił śniadanie, nie posiadał zbyt wielkich możliwości pożywiania się. Pancerz dostarczał mu wszystkiego co było potrzebne.

Jego ciężkie kroki odbijały się echem po korytarzach statku, gdy z miejsca swojego spoczynku przechodził do mesy. Wszedł do środka i stanął przy ścianie, pozwalając by ciekawskie spojrzenia dobrze zarejestrowały z kim mają do czynienia…
 
__________________
naturalne jak telekineza.
malahaj jest offline  
Stary 23-08-2010, 18:50   #4
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
Marcius Graf von Steiberg
~Może czas na kolejną zmianę nazwiska?~ pomyślał Marcius kiedy dosłownie padł na wygodne łóżko w kabinie i spojrzał na sufit. Sufit pokryty pseudoantycznym ornamentem w którym formy geometryczne mieszały się z roślinnymi; zapewne nie udało mu się powstrzymać krzywego grymasu na twarzy... Nie to było jednak najważniejsze. Tradycyjnie nudny, wyzuty z jakichkolwiek emocji głos nawinął o przygotowaniach do wejścia w nadprzestrzeń. Odczekał chwilę i wbił swoją kombinację na niewielkiej klawiaturze. Kilka minut później to charakterystyczne uczucie – jak w szybkobieżnej windzie – było sygnałem, że definitywnie odlecieli. W końcu. Cała pieprzona polityka i układy, bardziej układy i gierki; powodowała, że zdecydowaną większość przebywających w portach gwiezdnych i w ogóle w jakiejkolwiek komunikacji stanowili szpicle. Unii Handlu; Unii Transportowej; Kościoła w ogólności, albo któregoś z zakonów w szczególności; wojska; co bogatszych magnatów śledzących swoje bydło; czy w końcu – szpicle szpiegujący wszystkich, dla wszystkich i za kasę. Samo przebywanie w portach komunikacyjnych dostarczało znacznie więcej frajdy niż nudne podróże między planetarne.

DX-12 nie był może najlepszym wyborem – z racji wycieczki do wielkiego nigdzie – ale miał jedną niezaprzeczalną zaletę odlatywał z Korradonu dokładnie wtedy kiedy mężczyźnie było to potrzebne. Zainteresowanie lotem też było niewielkie, aby nie powiedzieć mizerne, o czym można było się przekonać na śniadaniu, z którego Steiberg zrezygnował szybko tłumacząc się czymkolwiek z zakresu „słaby żołądek” w połączeniu ze „skoki przestrzenne”. Prawda była jednak taka, że nie zamierzał wchodzić w zbyt zażyłe dyskusje kiedy groźba wpadnięcia na pokład jakiejś lotnej brygady była duża. Po pierwszym skoku... Wszystkich przestawało wszystko obchodzić – ot, urok podróży po galaktyce.

Ze snu obudził go komunikat z cyklu: „wprowadź kod, bo nie wiemy czy podczas skoku nie dostałeś zawału, albo nie wyssało cię na zewnątrz przez kibel”. Wstukał zestaw cyferek i spojrzał w lustro – wyglądał jak półtora nieszczęścia... W miarę szybko doprowadził się do porządku, zmienił ciuchy na coś luźnego i wytrzymałego – w końcu byli na jakimś końcu świata poznanego... Kreację spuentował naręcznym zegarkiem klasy: „szczęśliwi czasu nie liczą, bogacze rekompensują sobie drogimi zegarkami”.
Przysiadł naciągając spodnie i jednocześnie rozciągając mięśnie.



Wyszedł na korytarz i podążył do mesy. Miękko oświetlone korytarze były poste, co z jednej strony było sympatyczne, z drugiej – szybko doprowadzało do paranoi, podobnie jak długie latanie w przestrzeni. Marcius miał kilka ładnych dni na wymyślenie nowego nazwiska i całej towarzyszącej temu historii. A przede wszystkim – kilka dni czasu na zastanowienie się co i gdzie dalej robić...

*****

Informacje o systemie planetarnym RU-2 przyjął z właściwym każdemu arystokracie znudzeniem. Jednak jego umysł wyłowił kilka ciekawych zwrotów. ~Imperium Thau, dawno nie słyszałem tej nazwy. Jeżeli powierzchnia RU-Beta została zbombardowana to prawdopodobnie na tej planecie znajdował się posterunek. Samo imperium Thau uważane jest za upadłe, ale...~ bieg myśli został przerwany przez obraz „za oknem”. Nie trzeba było być specjalnym znawcą przestrzeni, aby zorientować się, że oba statki mijają się na grubość lakieru, czyli ktoś tu miał więcej szczęścia niż rozumu. Wypadki jednak zdarzały się rzadko, więc... o co chodziło?

Pozostali podróżni również wydawali się lekko poddenerwowani, no może z wyjątkiem „biednego pudła”, po którym standardowo nie było niczego widać, a już najbardziej człowieczeństwa. Marcius żałował takich ludzi, część z nich nie miała specjalnego wyboru – któryś zakon proponował honorowe wyjście kolejnej biednej, zadłużonej po uszy rodzinie i za zatarcie długów przerabiał jej najzdrowszego członka na blaszaną kukiełkę. Druga część "biednych pudeł" to ci którzy zgłosili się na ochotnika – tu w zasadzie pranie mózgu nie było konieczne; bo nie było mózgu. W każdym razie kościelnych było zdecydowanie za dużo – aby stać się agentem zakonu. Wyglądało na to, że Marcius Graf von Steiberg będzie istniał jeszcze jakiś czas.

Nie zamierzał brać udziału w ogólnym wyścigu do baru – odczekał więc zadowalając się pozycją prawie na końcu. Wykorzystując czas na obserwację statku za oknem. Wyglądało, że ich liniowiec porusza się szybciej niż tamten, choć ciężko było ocenić czy sąsiednia jednostka stoi. Brak załogi był zastanawiający, może miał coś wspólnego z sytuacją za oknem? W pomieszczeniu brakowało jeszcze jednego – muzyki, czy może raczej brzdękania bez wyrazu... ~Coś tu jest poważnie nie tak~

- Zastanawiające, że nie ma nikogo z załogi – rzucił w przestrzeń ustawiając się przy barze, nie było to jakaś strasznie wyszukana forma rozpoczęcia konwersacji, ale nie było widać, aby ktokolwiek kwapił się do jakiegoś bliższego towarzystwa – mam nadzieję, że tak bliskie sąsiedztwo innej jednostki nie sprawiło nam żadnych problemów...

Aschaar jest offline
Stary 06-01-2010, 19:26
Eleanor

Eleanor's Avatar

Reputacja: 9 Eleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwu
$: 207 890

Słysząc spokojny damski głos mówiący o wyjściu z nadprzestrzeni, uniosła dłonie i zsunęła z twarzy maseczkę kompozytową. Dwie godziny idealnego relaksu w połączeniu z odżywczym działaniem syntetycznych alg i ziół doskonale wpływała na cerę. Wstała i podeszła do lustra. Poprawiła włosy i przejechała po wargach szminką w kolorze najciemniejszej czerwieni jaką udało jej się zdobyć w porcie na Prima Tannis. Gdyby tatuś to widział dostałby zawału:
- Proszę wpisać kod identyfikacyjny – Kolejne napomnienie wywołało w dziewczynie przeciągłe westchnienie. To dlatego nie przepadała za towarzystwem cyborgów. Niezależnie od tego co człowiek by zrobił lub czego nie zrobił i tak nie dawały się wyprowadzić z równowagi.
Na szczęście termosyntetyczna maseczka nie pozostawiała śladów. Podobno kiedyś trzeba je było smarować na twarzy. Przyklejały się do skóry i włosów, spływały na ubranie. Anna Luisa wzdrygnęła się na sama myśl. Nie znosiła brudu i lepkich nieprzyjemnych substancji.
Usiadła na łóżku powolnym ruchem wciągając na nogi skórzane kozaczki. Dziś miała nastrój na czerń, więc do czarnych jak otchłań czarnej dziury butów dobrała idealną mini spódniczkę i gorset wysadzany dżetami. Jeszcze tylko kolczasta obroża i zawał tatusia z każda chwila przybliżał się coraz bardziej... na szczęście nie było go na pokładzie uśmiechneła się do nieoczekiwanego poczucia wolności. Poprawiła niewidoczną fałdkę z boku ubrania.
Była gotowa...


...na pierwszą samodzielną wycieczkę bez nieustępliwych jak cień i nudnych jak kosmiczna przestrzeń ochroniarzy. Odwróciła się do stojących po drugiej stronie bez ruchu dwóch cybernetycznych jednostek najnowszej generacji i pokazała im język. Była pewna, że ja obserwują, nie wyłączyła im przecież funkcji analizy i obserwacji, ale to ze nie mogły się ruszać i napominać było wystarczająco cudowne. Była również pewna, że jej zachowanie nie robi na nich wielkiego wrażenia. Prosty analityczny umysł nie potrafił pojąć zawiłości umysłu kobiety!
- Kod identyfikacyjny niepodany, za pięć sekund włączy się sygnał alarmowy... cztery... trzy...dwie... Kod potwierdzony. Dziękujemy. Załoga DX-12 życzy państwu udanej podróży.
Wpisywanie kodu na ostatnią zawsze było takie zabawne...

Anna Luisa chwyciła jeszcze maleńką czarną torebkę i ruszyła na spotkanie przygody... na razie do messy. Chodzenie na piętnastocentymetrowych obcasach nie było łatwe, ale ona opanowała je do perfekcji. Lekkim swobodnym krokiem wkroczyła do pomieszczenia, w którym znajdowało się już kilka osób. Rozejrzała się z ciekawością i ruszyła do baru gdzie kręciło się kilka osób. Usiadła na wysokim krześle idealnie eksponującym jej długie, obleczone w skórę nogi:
- Dandey bull – rzuciła przykładając dłoń do czytnika. Odpowiednio spreparowany chip zapewniał o jej pełnoletności. Wiedziała, ze nie powinno być większych problemów z otrzymaniem alkoholowego trunku. Wzięła do ręki czerwony drink. Lekko skrzywiła się czując gorzki smak. Nie wybrała go jednak przecież dla walorów smakowych. Po prostu idealnie kontrastował się z jej dzisiejszym strojem.
Ktoś wspomniał o braku muzyki, a potem załogi. Oczy Anny Luisy rozbłysły. Czyżby działo się coś nieprzewidywalnego? Dopiero teraz zauważyła widoczny w oknach z amplastu wielki okręt. Jego obecność w tym miejscu nie była chyba sprawą standardową? Pociągnęła głębszy łyk gorzkiego paskudztwa.
Cudownie... po prostu cudownie...

__________________
Vous l'avez voulu, Georges Dandin, Vous l'avez voulu!
Eleanor jest offline
Stary 06-01-2010, 21:57
malahaj

malahaj's Avatar

Reputacja: 7 malahaj wkrótce będzie znanymalahaj wkrótce będzie znany
$: 46 777

Major John Nowak

- Za nadzwyczajne bohaterstwo o obliczu wroga, poświęcenie w ratowniku życia cywili i postawę dalece wykraczającą poza obowiązki żołnierza i oficera, nadaje się majorowi Johnowi Nowakowi najwyższe odznaczenie Republiki - Gold Kross of Terra. Niech wszystkim będzie wiadomo... –

Major John Nowak, pierwszy od kilkunastu lat odznaczony Gold Kross of Terra zastopował nagranie. Lubił ten moment. Większość kamer w Sali Pamięci skierowana była na jego nieruchome oblicze. Nie wszystkie jednak i właśnie te interesowały Johna. Część wycelowana była w twarz Admirała Salomona Toshaka, przypinającego medal do galowego munduru Republic Marin Corps. John lubił przyglądać się jego nieudolnie skrywanej furii i frustracji. Może nie trzeba było bzykać jego żony i siostry? Chociaż z drugiej strony obie praktycznie same wpakowały mu się do łóżka a on był przecież tylko bezbronnym mężczyzną. Tyle, że trochę ciasno było... Lubił jeszcze ten moment, kiedy Samon Toshak musiał mu zasalutować. W zasadzie to nie musiał, ale wtedy straciłby resztki autorytetu w oczach podkomendnych. Ot tradycja, która mówiła, że każdy, bez względu na stopień musiał salutować pierwszy właścicielowi Gold Kross of Terra. Trochę zapomniana, bo poza Johnem żyło może z ośmiu jego posiadaczy i wszyscy już od dawna nie byli w czynnej służbie. Taką przynajmniej nadzieje miał admirał Toshak. Widać ktoś musiał mu przypomnieć, że Republic Marine Corps mają bardzo poważny stosunek do swojej tradycji.

John chętnie jeszcze raz obejrzał by, jak krew zalewa admirał Toshaka, ale akurat mieli wyjść z nadprzestrzeni. Ot niby nic nowego, ale jakoś nigdy się do tego nie przyzwyczaił. Na szczęście znalazł sposób radzenia sobie ze skutkami. Stara, dobra, ziemska Coca-Cola szybko przywracała właściwą dyscyplinę w żołądku. Szkoda tylko, że za te zasranych parę puszek musiał wydać pół pensji. Widać marka zobowiązuje.

John zgniótł pustą puszkę w dłoni i rzucał w kąt. Wklepał kod do urządzenia i raz jeszcze staną przed lustrem. W galowym mundurze prezentował się naprawdę doskonale. Choć i w zwykłym nie musiał sobie długo szukać towarzystwa do łóżka. Chciał go jednak założyć. Ot choćby żeby wkurwić dowódcę bazy Styks, kiedy się u niego stawi. Ta kupa gówna też będzie musiała podnieść swój spasiony zadek i oddać mu honory, bo nawet ślepy zauważył by złoty krzyża na jego mundurze. Gold Kross of Terra nie miał baretki, kiedy już się go zakładało, to w całej okazałości. Po prawdzie to i baretek mu nie brakowało. Miał ich tyle, że starczyło by na kilku emerytowanych admirałów, po długoletniej liniowej służbie. Co bardziej obeznani mogli by zauważyć ich nieco dziwny dobór. Spora część była przyznawana wyłącznie we Flocie Republiki, ale drugie tyle, to odznaczenia charakterystyczne dla korpusu Marins. No i były też inne świecidełka. Srebrny emblemat pilota myśliwskiego, że złotym laurem zarezerwowany dla asów przestrzeni. Nie wiele już mu brakowało, aby godać jeszcze do tego koronę, czyli wszystko o czym mógł marzyć pilot myśliwca. W całym imperium nie żył nikt, kto mógłby się tym pochwalić. Głownie dla tego, że od dawna utrzymywał się względny pokój, ale... Ktoś mógłby powiedzieć, że jest próżny tak napawając się swym widokiem. Cóż, ktoś też zawsze mógł dostać w mordę.

No dosyć tego narcyzmu. Postało tylko przypiąć pas z pulserem i można było wreszcie opuścić te zasrana kabinę. Swoje bambetle brał ze sobą, bo miał szczerą nadzieje już tu nie wracać przed zejściem ze statku. Co prawda ochrona początkowo nerwowo reagowała na fakt, ze nosi broń przy sobie, ale szybko im przeszło. Mundur korpusu wraz godłem elitarnego pułku Raiders na ramieniu, dziwnie studziły wszystkie emocje. Od razu było mniej chętnych do prób jego rozbrojenia. John wziął to za dobry znak, bo dzięki temu istniała szansa, że nie będzie musiał nikogo zabijać do końca podróży a to nie zdarzało mu się tak znowu często. Niewielka, ale zawsze.

W mesie pojawił się jako jeden z ostatnich, bo i spieszyć się nie miał do czego. Bar sobie darował, bo od alkoholu trzymał się jak najdalej, mając w perspektywie szybkie stawienie się w bazie. Znał z widzenia kilku bywalców i pozdrawiał ich skinieniem głowy. Jego widok też nie był im obcy. Metr osiemdziesiąt z hakiem podręcznikowego żołnierza jednej z najbardziej elitarnych formacji znanych w galaktyce. Tyle, że teraz się trochę wystroił. Bohater Republiki, psia mać. Niektórzy może nawet kojarzyli jego mordę, z przekazów telewizyjnych.

Nowak podszedł do okna liniowca, ignorując przepychanki przy barze. Spoglądał na drugą jednostkę z niepokojem, bo fakt że znaleźli się tak blisko siebie, nie świadczył dobrze o profesjonalizmie załogi. ~~ Co ma zamiar nas wsiąść na hol, czy jak? Nawet dla myśliwców to nie było daleko... ~~ Na te myśl, aż zacisnął pięści ze złości. Jebany admirał Toshak postarał się aby najbliższy myśliwiec jaki zobaczy, będzie starszy od niego i kupiony przez zainteresowanego z demobilu. Jak dobrze pójdzie, za jakiś 250 lat standardowych, przy jego obecnej pensji. No chyba, że wybuchnie jakaś wojenka. Zawsze pozostawało mieć nadzieje...

Nowak usłyszał za sobą chrzęst stali i spojrzał ku drzwiom do pomieszczenia. Puszkarz. Pięknie. W dodatku ktoś mu przykleił listę zakupów do pancerza.

- Zastanawiające, że nie ma nikogo z załogi. Mam nadzieję, że tak bliskie sąsiedztwo innej jednostki nie sprawiło nam żadnych problemów...-

John spojrzał z ukosa na autora komentarza. Kojarzył go mgliście, podobnie jak całą resztę. Facet miał też trochę racji. Nowak od razu przywołał z pamięci schemat statku. Odruchowo się z nim zapoznawał, za każdy razem, kiedy pierwszy raz miał do czynienia z jakąś jednostką. Ot zboczenie zawodowe. W końcu nigdy nie wiadomo, czy nie będzie musiał go bronić czy zdobywać. Mostek, maszynownia, kapsuły ratunkowe, hangar dla promu. Pamięć miał fotograficzną.

- Pewnie chłopaki zastanawiają się jak udało im się tak konkursowo spierdolić podręcznikowy manewr. – Stwierdził kwaśno, ostatecznie porzucając oglądanie frachtowca. - Zawsze możemy zapytać co u nich, prawda? –

Maszynownia była za daleko, poza tym, wiedział z doświadczenia, że jej załodze nie należało przeszkadzać. Ale mostek... Zawsze mógł tam wtargnąć, pozabijać wszystkich i przejąć kontrole na liniowcem. Ot na przykład z zamiarem zaparkowania nim na dachu kwatery dowódcy bazy Styks, na orbicie RU-Alfa. Względnie najpierw grzecznie zapyta ich, co tu się odpierdala. Pierwsza możliwość była kusząca, ale... Postanowił, że zdecyduje po drodze i ruszył w kierunku mostka.

Ostatnio edytowane przez malahaj : 06-01-2010 o 22:09. Powód: literówki i inne bździny
malahaj jest offline
Stary 06-01-2010, 21:58
Hesus

Hesus's Avatar

Reputacja: 2 Hesus ma w sobie cośHesus ma w sobie coś
$: 21 900

Delikatnie z pewnym namaszczeniem osuszał centymetr po centymetrze swoją skórę. Ta krótka kąpiel po tym jak zwrócił poranne śniadanie kiedy wychodzili z nadprzestrzeni dobrze mu zrobiła. Nie podróżował zbyt wiele, ale z tego co słyszał do efektu skoku nie sposób było się przyzwyczaić. Nie czuł tym razem do siebie aż takiej odrazy.
Zmęczony tą niespodziewaną gimnastyką uwalił swoje nagie grube cielsko na jednym z furtrfoteli, tych cudeniek, które potrafiły automatycznie idealnie dopasowywać się do ciała. Niestety ten model przeznaczony był dla mniejszego użytkownika.
~Będę musiał zgłosić to obsłudze~ przeszło mu namyśl kiedy niezadowolony z efektu wiercił się na siedzisku. Przymknął oczy i oddychał ciężko uspokajając rytm serca. Czekał go przecież jeszcze wysiłek związany założeniem ubrania.
Kiedy wiązał bordowy niwelujący ostatnie widoczne krągłości pas na piaskowej obszernej tunice czuł się już swojsko i rześko. Elastyczna bielizna z syntetycznej elastobawełny otulała szczelnie jego ciało od nadgarstków po końce palców u stóp. Naprężenia, które czuł w obwodzie brzucha, powoli przestawały irytować a pozwalały za to na większą dynamikę w poruszaniu. Pociągnął nosem. Efekt go zadowalał. Szlachetny jabłkowo-miętowy zapach wydobywający się z aplikatorów zapachowych umiejscowionych w „strategicznych” częściach garderoby mile łechtał jego nozdrza. Dla pewności skropił się jeszcze wodą kolońską. Zasiadł raz jeszcze w furtrfotelu zagłębiając się z wyrazem satysfakcji na ustach. Mylił się, był idealny.
-Stopklok! -krzyknął. Na wysokości jego oczu ukazały się cyfry w kolejności 18.23. Uśmiechnął się delikatnie i podniósł z fotela rozgarniając obraz leniwym ruchem ręki jakby to była natrętna mucha. Cyfry rozpadały się na iskierki w przyjemnej dla oka animacji rozbijając się o podłogę i gasnąc. Podszedł do lustra. Spojrzał krytycznie. Bezduszna tafla oceniła go teraz na jakieś 112 kilogramów, wyświetlając zaraz poniżej jego właściwą wagę, na którą z przyzwyczajenia nawet nie spoglądał.
-Bywało lepiej-mruknął niepocieszony.
Na prawie łysej czaszce pojawiły się kropelki potu. Wyciągnął z rękawa tuniki kawałek śnieżnobiałej chusteczki i nerwowym ruchem osuszył mokre partie skóry rozglądając się z niepokojem swoimi wyłupiastymi oczkami.

Wyjątkowo żwawo jak na swoje możliwości przemierzał zalany światłem korytarz. Kiedy znalazł się nareszcie w mesie zobaczył kłębiący się tłum przy barku. Przysiadł na najbliższym krześle i przyglądał się beznamiętnie ludzkiej ciżbie. Na myśl przyszło mu porównanie do górników z jego sektora, którzy ustawiali się w kolejce po izotoniki. Temperatura w korytarzach dochodziła w porywach do 40 stopni. Nie dziwota kiedy niektórzy padali jak muchy kiedy on siedział sobie w dyrektorskim gabinecie. Do czasu… .Odruchowo wyciągnął chusteczkę i osuszył czoło i kark. Wsunął ją powrotem i widząc swoją szansę ruszył na azymut ku wolnej przestrzeni przy barze. Z jego masą mało kto chciał stawać mu na drodze więc dotarł bez przeszkód.
-Marsjański sen poproszę-Barman spojrzał na niego ze zdziwieniem Nie wiadomo czy z powodu jego skrzekliwego głosu czy z oryginalności zamówienia. Drink ten cieszył się złą sławą. Wystarczy dodać, że kolor oczu następnego dnia dobrze obrazował co piło się poprzedniego wieczora. Chwycił szybko cylindryczny pojemnik przesunąwszy bransoletą wzdłuż panelu płatniczego i ruszył ku jednemu z wolnych siedzisk przy armplaście. Postanowił popodziwiać widoki, czyli jak zwykle posiedzieć w samotności i posiorbać drinia. Nie odrywając ust od słomki rzucił jeszcze okiem ku czarnym błyszczącym kozaczkom na 15 centymetrowych obcasach. Zarechotał kiedy natrętna myśl nijak nie chciała opuścić jego czaszki. Zasiadł wygodnie i pociągnął kilka łyków. Dopiero kiedy przyjemna fala ciepła rozlała się po kończynach zaczepił pierwszego z brzegu sąsiada.
-Ej! To znaczy przepraszam. Czy ta fregata nie jest aby za blisko nas? -wskazując pulchnym paluchem kierunku holomapy.

__________________
Nikt nie jest nieśmiertelny.ODWAGI!
Ostatnio edytowane przez Hesus : 06-02-2010 o 07:39.
Hesus jest offline
Stary 06-02-2010, 09:51
Sekal

Sekal's Avatar

Reputacja: 15 Sekal ma z czego być dumnySekal ma z czego być dumnySekal ma z czego być dumnySekal ma z czego być dumnySekal ma z czego być dumnySekal ma z czego być dumnySekal ma z czego być dumnySekal ma z czego być dumny
$: 311 786

Lubił podróże, chociaż spędził na nich już dużą część swojego życia. Pozwalały się relaksować na wygodnych łóżkach w cichych, osobnych kabinach. Czasem z dziwką, którą udało się wyrwać jeszcze przed skokiem w nadprzestrzeń. Tym razem jednak Jurij był sam, leżąc z otwartymi oczami na miękkiej, syntetycznej pościeli. Patrzył się w czarny kosmos, ale go nie widział, pogrążony głęboko w myślach. Tylko tutaj, na statkach, zazwyczaj nie pracował. Jako ambasador musiał być w pełni sprawny, gdy schodził z pokładu. Musiał stłumić wszystkie negatywne uczucia, nawet w takim miejscu jak to, na krańcu znanego świata, ostatniej planecie, która już nie nadawała się do życia. Pozostawała tylko stacja kosmiczna pełna wojska. Oby sprawa, która tu go przywiodła, okazała się łatwa i krótka, by mógł wyruszyć w drogę powrotną już z następnym pasażerskim liniowcem. Zerknął na zegarek, który owijał mu się wokół nadgarstka, załamując i wyginając z każdym jego ruchem. Teraz wskazywał 35:143:10:23:45. Dobrze, nadprzestrzeń, mimo, że nie wygodna dla żołądka, nie była takim złym sposobem na przemierzanie kosmosu.

Wstał, słysząc nagrany głos każący po raz kolejny potwierdzić swoją tożsamość. To wszystko było takie powtarzalne i schematyczne. Przypomniało mu się pierwsze jego zadanie, gdy jeszcze cały w nerwach wchodził do śluzy na Alpha Centauri. Wtedy sam lot był identyczny, identyczny był głos z głośników a także alkohol później. Teraz wspominał to z uśmiechem. Ubrał dobrze skrojone spodnie i koszulę, którą zapiął pod szyję. Szaroniebiski kolor nie rzucał się w oczy, zgodnie z modą z którejś planety, nie pamiętał już której. Buty same opięły mu stopy, dostosowując miękkość podeszwy do twardości posadzki. Do tego brakowało tylko solidnego pasa, który zacisnął mocno. Duża, metalowa klamra także była najnowszym hitem. Poprawił kołnierzyk i podążył do mesy.

Do pomieszczenia wszedł jako jeden ostatni, co bardzo dobrze się składało. W butach pojawiły się obcasy, które stukały o pokład, zwracając tym samym uwagę na jego osobę. Mężczyzna był przystojny, chociaż rysy miał nieco toporne. Dość wysoki, sięgający pod metr dziewięćdziesiąt, z jasnymi włosami i dobrze zarysowanymi mięśniami pod cienkim materiałem doskonale skrojonego ubrania. Szedł pewnie, a uśmiech wykwitł mu na ustach jakby sam z siebie, doskonale wyuczony i niezbyt szczery, ale tym nie przejmowano się nigdy w dyplomatycznych kontaktach. Przecież tam każdy kłamał. Usiadł przy barze, rozglądając się w poszukiwaniu odpowiedniego dla siebie trunku.
- Катюша, один раз.
Droid, jak większość takich, doskonale zrozumiał o co mu chodziło. Szklanka z przeźroczystym drinkiem przejechała po blacie, trafiając najpierw do dłoni Jurija a potem dalej, do gardła.

On sam rozglądał się po wnętrzu, każdego z obecnych zaszczycając zarówno swoim spojrzeniem jak i uprzejmym skinieniem głowy. Nawet człowieka-puszkę, który był na tyle wartościowy dla swojego bractwa, że zachowali szczątki jego świadomości i umysłu w ciele wartym pewnie miliony kredytów. Oby nie doszło w mechanicznym mózgu do jakichś spięć, byłoby niebezpiecznie. Niewiele więcej uwagi poświęcił wojskowemu, którego twarzy kojarzył, ale nie mógł sobie przypomnieć za co tamten dostał ten swój order. I nieszczególnie go to obchodziło, co ukrył pod doskonale przygotowanym na tę okoliczność uśmiechem. Podobnym obdarzył grubasa, kobietę z nieśmiertelnikiem pomiędzy dorodnymi cyckami czy mężczyznę głośno komentującego brak załogi. Znacznie szczerzej szczerzył się do długonogiej, którą mógłby nawet zaciągnąć do łóżka. Pasażerowie, wszyscy dostarczeni na odludzie. Ciekawe czym sobie na to zasłużyli. Najbardziej pasował tu ten w galowym mundurku. Czyżby obraził czymś swojego szefa i tylko ten cały medalik zachował jego główkę na swoim miejscu? No tak, tutaj przecież nikt nikomu nie mógł zaszkodzić. Okropne, barbarzyńskie miejsce. Oby udało się je szybko opuścić. Tymczasem spokojnie czekał na rozwój wydarzeń, nie komentując na razie niepokoju, który i sam zaczął lekko odczuwać.

Sekal jest offline
Stary 06-08-2010, 14:02
Bielon

Bielon's Avatar

Reputacja: 10 Bielon jest jak klejnot wśród skałBielon jest jak klejnot wśród skałBielon jest jak klejnot wśród skałBielon jest jak klejnot wśród skał
$: 64 495

Pewne rzeczy oczywiste były nawet dla laików podróży przestrzennej. Brak załogi może nie rzucał się od razu w oczy, w końcu wciąż obsługiwał ich wszystkich usłużny Andy, steward będący techno botem najnowszej generacji, ale i tak ci którzy mieli jakiekolwiek doświadczenie czy wiedzę z zakresu podróży kosmicznych i wyposażenia pokładowego liniowców musieli wiedzieć, iż Andy jest tylko wyposażeniem. Elementem cząstkowym na stanie DX-12. A noszony przezeń mundur stewarda skrywał w pełni stechnologizowaną jednostkę którą od robotów przemysłowych dzieli wyłącznie powłoka bioorganiczna. Nie był, choć pozornie mógł tak wyglądać, członkiem załogi. Co jednak rzucało się o wiele bardziej w oczy to fakt bliskość ogromnego frachtowca. Nawet laik przestrzenny widząc elektronicznie powiększony obraz poszczególnych segmentów lecącego w bezpośredniej bliskości statku, miał świadomość jak blisko ten się liniowca znajduje. W całej ich gwiezdnej podróży na DX-12 tylko raz przelatywali tak blisko innej jednostki ale był to jedynie statek kontroli lotu w Służbie Astro, obsługujący Wrota Harona. On musiał pozostawać w tak bliskiej odległości od jednostki opuszczającej układ, bowiem czasami dowódcy Służby Astro podejmowali decyzję o przeszukaniu podejrzanie wyglądających jednostek. Wówczas bliskość służyła szybkiemu wejściu na pokład i ucieczce w nadprzestrzeń podejrzanej jednostki. Tak blisko bowiem innego statku nie sposób było uruchomić pierścieni napędu, dzięki którym można było wejść w nadprzestrzeń. Groziło to eksplozją obu statków, choć znacznie większe ryzyko ciążyło na okręcie, który w takiej sytuacji uruchomił by napęd. Spoglądając na bliski kształt sunącego za oknem frachtowca, który mimo że powolutku mijany zdawał się nie mieć końca, nie mogło być wątpliwości że przy takiej dysproporcji mas uruchomienie napędu nadprzestrzennego groziło by zniszczeniem tylko jednej jednostce. I nie był by to frachtowiec.


Major Young i jej towarzysz Simon Rheed swoje życie związali ze służbą we Flocie pnąc się po szczeblach wojskowej kariery krok po kroku aż osiągnęli stopień, który… No właśnie. Który umożliwiał zaszczytną służbę w osobistej ochronie takich kanalii jak ich podopieczny Nicholas O’Donell. Jednak pomijając ewidentny niefart, udało im się zdobyć dość wiedzy i doświadczenia, by zorientować się, że frachtowiec widoczny za oknem musi mieć niezwykle przeczulonego na punkcie bezpieczeństwa armatora, bowiem jego powłoki skrywały nie jedną standardową a co najmniej kilkanaście grup sensorów pokładowych. Ich kształt nie mówił wiele, więc nie sposób było ocenić, czy są to sensory pasywne, czy aktywne, typu wojskowego. Jedno było jednak pewne, było ich wiele. Zbyt wiele jak na frachtowiec. Wnet też dostrzegli, że nie oni jedyni zorientowali się w niecodzienności sytuacji. Bohater Republiki, którego twarz sterczała na niemal wszystkich hologramach werbunkowych Floty, podróżujący dziwnym zrządzeniem losu z nimi razem tym samym liniowcem, dostrzegł to również. W swoim galowym mundurze rzucał się w oczy i ściągał spojrzenia.


- Zastanawiające, że nie ma nikogo z załogi. Mam nadzieję, że tak bliskie sąsiedztwo innej jednostki nie sprawiło nam żadnych problemów...- powiedział na głos jeden z podróżnych. Głośno wyrażając myśli wszystkich. Spojrzenie Majora Nowaka, Bohatera Floty w stanie czynnej służby, którym obrzucił siedzącego przy barze mówiącego nie wyrażało nic. Choć ktoś bardziej wrażliwy mógłby je nawet wziąć za natarczywe.


- Pewnie chłopaki zastanawiają się jak udało im się tak konkursowo spierdolić podręcznikowy manewr. – Stwierdził kwaśno Major Nowak, ostatecznie porzucając oglądanie frachtowca. - Zawsze możemy zapytać co u nich, prawda?


Przeszedł może z dziesięć kroków zbliżając się do dużych wrót grodzi, które otwierał czujnik, kiedy nagle rozległo się głośne, dominujące nad wszystkimi dźwiękami buczenie wyłączanych generatorów zasilania a światło w mesie zamrugało przez chwilę, po czym zgasło. Nim jednak zdążyły rozlec się głosy niezadowolenia, światło włączyło się na powrót. Jednak jego pulsowanie wskazywało na jakąś zmianę. Zmianę, o której niebawem poinformował sprzężony z komputerem pokładowym Andy.


- Uprzejmie informuję, że chwilowo statek przeszedł na zasilanie awaryjne w związku z awarią generatorów. W imieniu załogi zapewniam Państwa, że niedogodności nie potrwają długo i niebawem przywrócony zostanie podstawowy system zasilania. Do tego czasu jednak proszę o pozostanie w mesie. Załoga dopełni wszelkich starań dla zapewnienia Państwu najwyższego standardu wygód możliwych na pokładach Linii Abredo. – głos Andy’ego nie zmienił się ani o jotę, choć musiał wyczuć zdenerwowanie pasażerów liniowca. Maszyna, którą jednak przecież był, nie musiała dbać o uczucia.


- Załoga? To znaczy jest jakaś załoga? I pilot? Czy leci z nami pilot? – Nicholas O’Donnel zaśmiał się z wyświechtanego żartu, który rzucił i wypił solidny łyk zamówionego drinka. Zakrztusił się i zaparskał, bowiem śmiał się jeszcze przez chwilę. Andy jednak nie miał poczucia humoru. Żadna maszyna nie miała.


- W imieniu załogi liniowca DX-12 uprzejmie informuję, że cała załoga udała się na pokład sąsiedniego frachtowca i niebawem spodziewany jest jej powrót. Do tego czasu proszę o nie opuszczanie mesy w celu zagwarantowania Państwu najwyższego bezpieczeństwa.


Andy nie odczuwał niepokoju, który powinien wkraść się w umysł każdego w jego położeniu. Wszak wyłączenie zasilania okrętu i jego pozbawiało zasilania. Jednak nie zdawał się zrażony tą sytuacją. Każdy człowiek na jego miejscu byłby…


- To znaczy, że nie ma załogi… - powiedział już dużo poważniejszym głosem O’Donnel. Powoli docierało doń to, co kilkoro ze zgromadzonych chwyciło w lot.


Major Nowak był już przy grodzi i wbiwszy swój kod identyfikacyjny do podręcznej konsoli, która w takich właśnie sytuacjach zastępowała automatyzm maszyn pokładowych, poczekał na uruchomienie się wrót. Z dziwnie głośnym sykiem wsunęły się one w ścianę ukazując korytarz wiodący między innymi na mostek. Korytarz oświetlony w tej chwili oszczędnym, błękitnym blaskiem awaryjnych lamp…


Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 1200x709.


W ciszy, jaka zapanowała po otwarciu się wrót grodzi, dał się słyszeć odległy, ale wyraźny trzask. Trzask, który niektórzy z obecnych potrafili rozpoznać. Taki dźwięk wydawały cumy magnetyczne słyszane ze środka okrętu, na którego kadłubie osiadał inny okręt, zwykle dużo mniejszy. To zaś oznaczać mogło, że DX-12 doczekał się w końcu powrotu załogi…
 
malahaj jest offline  
Stary 23-08-2010, 18:51   #5
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
Na wpół pytanie na wpół stwierdzenie Steiberga zawisło na chwilę w powietrzu nie doczekując się specjalnego odzewu; choć wywołując niewielką falę – jak kamień wrzucony w spokojną toń jeziora. Może było to i lepszym rozwiązaniem? Dopiero teraz bliżej przyjrzał się zebranym w mesie. Zbiór oryginałów i indywiduów... Zatapiając wargi w białym, lekkim winie pomyślał przelotnie, że do pełni groteski trzeba tylko rozbicia się tego liniowca klasy kaszalot o RU-Beta, ustawienia kamer i kręcenia remake'u „Straconych” albo „Zagubionych w Kosmosie”. Przez chwilę przypasowywał kolejne osoby z sali do kolejnych bohaterów głośnych kiedyś filmów – wprawiając się w coraz lepszy nastrój. Udało mu się jednak zachować pełną powagę i ze spokojem czekać na kolejne wydarzenia. W całym zgromadzeniu byli wojskowi, więc to oni mogli się zająć sprawdzaniem co się stało i dlaczego. Również oficjele zakonów powinni być zainteresowani pokierowaniem rozwojem sytuacji niż „zwykli pasażerowie”... Umiejętności i wiedza mężczyzny mogły spokojnie jeszcze pozostać ukryte... Tym samym Marcius miał do odegrania tylko skromną rolę „ojej, to straszne” - koniecznie z wyrazem arystokratycznego, zatroskanego znudzenia w całej posturze. Przygotowanie do kolejnego aktu „aaaaa! Wszyscy zginiemy! Kto mnie uratuje” pozostawił na „za chwilę”, kiedy już będzie wiadomo, że coś jest nie tak. Chociaż zastanawiał się, czy nie będzie miał konkurencji w postaci długonogiej piękności, czy dystyngowanego gościa.

*****



Przez chwilę krytycznie przyglądał się wystrojowi wnętrza, ale w końcu dał sobie spokój ze znajdowaniem kulturowych i historycznych lapsusów. Od jakiegoś czasu panowała moda na antyczną antyczność rozumianą jako zestawianie plastikowych krzesełek z kopiami sarkofagów z Ithasis (najlepiej z V ery) czy... to. Z modą się nie dyskutuje. Usiadł przy jednym ze stolików i spokojnie oczekiwał na zamówiony obiad. W myślach ustawiając wszystkich pasażerów w niewidzialnej siatce wpływów, polityki, możliwości... równocześnie zastanawiając się nad dobrym pretekstem znalezienia się na pokładzie DX-12. Co mogło się przydać gdyby zaszły jakieś nieprzewidziane okoliczności... zwierzeń. To była jedna rzecz, o której nie pomyślał w natłoku zdarzeń przed wylotem. A dokładniej – jedyna rysa na perfekcyjnej historyjce, którą miał ułożoną i opisaną przez wszystkie możliwe dokumenty... Uznał jednak, że najprostsze wytłumaczenie będzie najlepszym...

Polityczno – psychologiczna gierka w umyśle Marciusa wypadła intrygująco – przynajmniej dla niego osobiście. Wiedział z kim lokalna koalicja przyniesie najlepsze korzyści, a z kim dogadanie się będzie prawie niemożliwe. W oczywistej, pojawiającej się na horyzoncie zdarzeń, grze wolał nie brać udziału – piękna kobieta zawsze miała wokół siebie wianuszek wielbicieli; a jeżeli była to piękna i wolna – przynajmniej chwilowo – kobieta... Obserwacja jeleni na rykowisku mogła być świetnym urozmaiceniem nudnego lotu...

*****

Zamierzał właśnie zająć się bliżej morszczukiem w ziołach, kiedy zgasło światło. Zapaliło się co prawda dość szybko, ale informacja o przejściu na zasilanie awaryjne nie była uspakajającą wcale...

- Zagwarantowaniu mojego najwyższego bezpieczeństwa znacznie lepiej służy załoga na pokładzie w pełni sprawnego statku, a nie przeprosiny barmana... Jaka jest przyczyna uszkodzenia generatorów? - powiedział Marcius rzucając serwetę na stół. Po kilku sekundach przerwy dodał, kierując rozmowę w zupełnie inną i niepotrzebną stronę: Mam nadzieję, że linie Abredo będą w stanie zagwarantować nam jakiś upust jako wyrównanie niedogodności podróży? ~Niech Andy ma czym zająć swoje obwody neuronowe~

To wszystko wyglądało na coraz bardziej dziwne. Niezależnie od tego co wydarzyło się na frachtowcu - dlaczego cała załoga DX-12 opuściła pokład? Dlaczego w ogóle opuściła pokład przed wyprowadzeniem statku na bezpieczną pozycję? Pytań było coraz więcej, a okoliczności nie nastrajały optymistycznie. Wszak główną atrakcją turystyczną systemu RU-2 była kolonia karna. Mimo wszystko bunt więźniów nie był całkowicie wykluczony...

- Proszę zaczekać... - rzucił Steinberg w powietrze kiedy ten w galowym mundurku wychodził z messy. Czekanie w pomieszczeniu, które było tak samo bezpieczne jak reszta statku nie miało żadnego sensu.

*****

- Chyba nie mieliśmy okazji się poznać – powiedział, kiedy wojskowy walczył z zamkiem – Marcius Steiberg – zrezygnował z podawania ręki, czy dodawania tytułu spokojnie czekając, aż drzwi się otworzą. Kiedy w oddali dał się słyszeć dziwny dźwięk zauważył: Czyżby załoga wróciła? To musiałby być bardzo szybki rekonesans... Od chwili kiedy wyszliśmy z nadprzestrzeni minęło ile... dwadzieścia, góra trzydzieści minut... Zdecydowanie za szybko.

Ostatnio edytowane przez Aschaar : 06-09-2010 o 17:23. Powód: wycięcie podpisu
Aschaar jest offline
Stary 06-08-2010, 20:41
malahaj

malahaj's Avatar

Reputacja: 7 malahaj wkrótce będzie znanymalahaj wkrótce będzie znany
$: 46 095

Major John Nowak

- Coraz lepiej… - mruknął pod nosem John pochodząc do konsoli otwierającej drzwi. Słowa robota zarejestrował, ale samą maszynę ignorował w podobny sposób jak ignoruje się holoprojektor albo automat do kawy. Jaki jest sens rozmawiać z automatem do kawy, nawet jest ubrali go w mundur i nauczyli mówić? Tak, ogólnie rzecz biorąc nie przepadał za robotami...

Awarie generatorów też przyjął spokojnie, choć doskonale zdawał sobie sprawę co to znaczy. Jeśli ich nie uruchomią, to nie uruchomią napędu a awaryjne zasilenie kiedyś się skończy...

- Major John Nowak –

Odpowiedział Steibergowi wreszcie dochodząc od porozumienia z zamkiem. Wyszedł na korytarz zlewając kompletnie „prośby” o pozostanie w mesie. Przy awarii generatorów i tak nie byli tam bezpieczniejsi niż gdzie indziej. Rozejrzał się po korytarzu rejestrując kolejne odgłosy, tym razem cumującego statku, czego nie omieszkał skomentować Steiberg. John spojrzał na niego z ukosa.

- Jeszcze nie widziałem takiego rekonesansu, na który musiałaby iść CAŁA załoga. Tylko skończony idiota opróżnia okręt z załogi. Choćby dlatego, że pod ich nieobecność zawsze może się coś zdążyć, ot dajmy na to awaria generatorów. Poza tym, te zasrane linie musza dbać o bezpieczeństwo pasażerów i choćby dlatego nie zostawia się ich bez opieki. Cała załoga nie udaje się na rekonesans. Jedyna sytuacja, kiedy czyści się okręt z załogi, to ewakuacja a nawet w tedy powinni najpierw zadbać o pasażerów. No chyba, że na liniowcach pasażerskich linii Abredo są inne zwyczaje. –

Nowak szybko przywołał z pamięci schemat liniowca. Droga na mostek była prosta, za to miejsc w których mógł przycumować mniejszy statek... Cóż, tak na prawdę to mogli zaczepić się w dowolnym miejscu i zwyczajnie wywalić otwór w kadłubie. Kto jak kto, ale on wiedział o tym najlepiej. Zdarzało mu się już uczestniczyć w abordażach i to obu stronach.

- Nie wiem kto to jest, ale coś tu śmierdzi. Ten tam przyjemniaczek za oknem, na pewno nie jest wyposażony jak standardowy frachtowiec a nie widać co ma ukrytego pod kadłubem. Równie dobrze to mogą być piraci, chociaż oni wolą mniejsze i szybsze jednostki, albo raider. Okręt wojenny, udająca frachtowiec. Względnie to tylko moja zawodowa paranoja i to faktycznie wróciła załoga i zaraz zabierze nas w dalszą drogę. –

John sprawdził czy pulser jest gotowy do użycia. Był oczywiście, jak zawsze, kiedy po milion razy go sprawdzał. To był już odruch bezwarunkowy, jak oddychanie. Taki gest mógł jeszcze bardziej zdenerwować resztę pasażerów, tylko w gruncie rzeczy, major miał w dupie ich odczucia w tym temacie. Dopóki nie upewni się, że jest inaczej, przyjął, że grozi im niebezpieczeństwo i tak długo jak nie potwierdzi, że tak nie jest, miał zamiar przedsięwziąć wszelkie środki ostrożności. Na przykład takie, jak wpakowanie kilku wybuchowych strzałek w każdego kto, wyda mu się podejrzany.

- Nawet jeśli to nasza załoga, to należy jej się porządna zjeba. Na mostku będzie można zobaczyć odczyt z sensorów i obraz z wewnętrznego sytemu kamer liniowca. W komputerach powinien być też zapis ostatnich wydarzeń. –

Powiedziawszy co miał powiedzieć, major ruszył korytarzem w kierunku mostka. Szedł szybko, krokiem zawodowego żołnierza, który spodziewa się niebezpieczeństwa za każdym zakrętem. Nawet nie obejrzał się za siebie, żeby sprawdzić czy inni podzielają jego ciekawość. W sumie nie wiele go to obchodziło a nie mogli go opóźnić, bo zwyczajnie na nikogo nie czekał. Wytężył słuch, oczekując kolejnych dźwięków zdradzających, kto też odwiedził ich statek. Pulser miał w dłoni. W razie czego powie, ze sprawdza bilety.

malahaj jest offline
Stary 06-10-2010, 06:36
Mike

Mike's Avatar

Reputacja: 1 Mike ma wyłączoną reputację
$: 13 886

Zachariash i Shalia
Instynkt mówił mu, że coś jest bardzo nie tak. Już pomijając całkowity brak załogi.
- Pani. Chodźmy na mostek – wyjął z dłoni Shalii szklankę i odstawił na kontuar. – To miejsce w razie jakichkolwiek kłopotów stanie się pułapką.
Matka przełożona kiwnęła w milczeniu głową. Nauczyła się polegać na instynkcie Zachariasha. Ruszyli korytarzem za Novakiem.
- Majorze, proszę zaczekać. – rzucił do pleców oddalającego się.
Idąca za Zachariashem kobieta nie wyglądała na przestraszoną czy zaniepokojoną. Najwyraźniej zanim została Matką Przełożoną jej życie było o wiele barwniejsze niż przekładanie papierów czy dyplomatyczne rozmowy.

Mike jest offline
Stary 06-11-2010, 10:21
Eleanor

Eleanor's Avatar

Reputacja: 9 Eleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwu
$: 204 709

Anna Luisa z ciekawością przyglądała się siedzącym w mesie osobom próbując dopasować ich do zajęć jakie mogli wykonywać. Najprościej oczywiście było z mundorowymi, ale dziewczyna nie lubiła prostych rozwiązań.

Usiadła bokiem na wygodnym fotelu z wysokimi oparciami i na jednym z nich oparła swoje długie nogi prezentując czarne kozaczki w całej okazałości. Popijając wolno paskudnego drinka próbowała go przełknąć nie znieniajac obojętnego wyrazu twarzy. Wolała się nie odzywać. Chociaż uciekła z domu słowa tatusia ciągle dzwięczały w jej głowie i pojawniały się w najmniej spodziewanych okolicznościach: "Lepiej nic nie mówić i wydawać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości" należało zdecydowanie do tych ulubionych, a ona dopiero niedawno doceniła jego pokrętną mądrość.
Nie komentowała więc zniknięcia załogi, ogromnego frachtowca widocznego w otworach wizyjnych, nie powiedziała też nic kiedy na chwilę zgasło światło i biomechaniczny steward oznajmił przejście na zasilanie awaryjne. Kiedy jednak golowy elegancik otworzył przejście na mostek i zobaczyła stalowy pomost z siatki zamiast normalnego podłoża, popatrzyła na swoje sterczące obecnie w górę, piętnastocentymetrowe obcasy, potem jeszcze raz przeanalizowała szerokość przestrzeni miedzy metalowymi elementami i doszła do jedynego sensownego rozwiazania w tej sytuacji:
- Wolałabym jednak zostać tutaj...

Odgłos dokowania statku, mimo zapewnień Andiego o możliwości powrotu załogi zaniepokoił Annę. Wprawdzie wyruszyła z domu z myślą o przygodzie, jednak możliwe, ralne niebezpieczeństwo wywołało ciarki na jej ciele.
Przez chwile rozważała czy nie wrócić do własnej kajuty i nie włączyć technoochrony, ale potem stwierdziła, że poczeka na prawdziwe zagrożenie. Ich ponowne wyłączenie mogłoby być nieco trudniejsze. Nowe GTB007 (Gwarancja Twojego Bezpieczeństwa) uczyły się zbyt szybko na swoich błędach.

__________________
Vous l'avez voulu, Georges Dandin, Vous l'avez voulu!
Eleanor jest offline
Stary 06-13-2010, 21:54
Hesus

Hesus's Avatar

Reputacja: 2 Hesus wkrótce będzie znanyHesus wkrótce będzie znany
$: 19 791

Chwilowa awaria zasilania uświadomiła Albertowi, że tak właściwie to znajdują się wielkiej metalowej puszce wędrującej przez próżnie. Sama myśl o awarii czy zderzeniu przerażała go ogromnie. Zacisnął mocniej dłoń w której trzymał napój. Mokra, spocona ręka nie była w stanie utrzymać drinka i pojemnik uderzył z łoskotem o posadzkę. Nie zwróciło to niczyjej uwagi, takie rzeczy zdarzały się nagminnie podpitym pasażerom. Pojemnik zamknął się automatycznie nie roniąc ani kropelki i ustawił się w pionowej pozycji aby jego właściciel mógł spokojnie go podnieść i kontynuować konsumpcje. Uczyniłby to niezwłocznie gdyby nie komunikat który dotarł do jego uszu?
-Jak to nie ma załogi? To kto tu teraz za to wszystko odpowiada? Kto kontroluje przyrządy, analizuje komunikaty?-rzucił oskarżycielskim drżącym głosem, sam nie wiedząc do kogo.
Wyciągnął pospiesznie z rękawa białą jak śnieg chusteczkę i nerwowo osuszył czaszkę, kark, twarz i dłonie. Zajęło mu to chwile podczas której miał czas przeanalizować sytuację. Nie za bardzo orientował się w procedurach panujących na transporterach kosmicznych, ale jako inżynier lądowy doskonale zdawał sobie sprawę, że coś jest tu cholernie nie w porządku. Nigdy jako koordynator wydobycia w sektorze IV kwadrantu Gamma kopalni należącej do Inferno Mine nie pozwolił sobie na to, żeby pozostawiono przyrządy kontrolne bez opieki Człowieka. Mieli wiele zaawansowanych technologicznie maszyn z najwyższej klasy oprogramowaniem. Mogliby sobie pozwolić na chwile "luzu", ale on bardzo tego pilnował. Dzięki temu piął się w statystykach bezwypadkowej pracy i dorobił się wśród kolegów z kadry uroczego przydomku śmierdzący trzęsidupa. Nie przejmował się tym po jakimś czasie, jedynym czym się przejmował to fakt, że pozostawieni byli bez czynnika ludzkiego zdani na niepewne oprogramowanie bez żadnej kontroli a błąd mógł go kosztować wszystko.
Inni pasażerowie widać też wzięli sobie do serca jego obawy. Kilkoro z nich ruszyło, pewnie słusznie, w kierunku mostka.
Rozważał gorączkowo co zrobić. Czy ruszyć za tymi którzy podążają do centrum dowodzenia?
Tylko po co skoro nie znam się na tym?-odrzucił w myślach tę ewentualność.
Czy też może udać się do kajuty. Pakunek był wszakże bezpieczny, ale jego gruczoły potowe pracowały na najwyższych obrotach i obawiał się, że za niedługą chwilę wszyscy będą skazani na ledwie akceptowanie jego obecności.
To za długo potrwa-odrzucił pomysł w myślach i wyciągnął flakonik. Skropił się dyskretnie perfumami licząc na zatarcie negatywnego wrażanie. Postanowił poczekać na rozwój wydarzeń. Poprosił tylko o dużą porcję wody z lodem, żeby uzupełnić elektrolity i zasiadł na ławeczce blisko grodzi prowadzącej wgłąb statku do kajut.

__________________
Nikt nie jest nieśmiertelny.ODWAGI!
Hesus jest teraz online
Stary 06-14-2010, 09:50
Sekal

Sekal's Avatar

Reputacja: 14 Sekal jest godny podziwuSekal jest godny podziwuSekal jest godny podziwuSekal jest godny podziwuSekal jest godny podziwuSekal jest godny podziwuSekal jest godny podziwuSekal jest godny podziwu
$: 306 865

Zniknięcie załogi oczywiście musiało mieć jakieś podłoże. Nikt ot tak nie opuszcza swojego statku, który jednocześnie jest ich biletem do domu z tego zadupia, miejscem pracy a często na pewno również domem. O ewakuacji nikt nic nie mówił, a przy poważnym zagrożeniu automatyczne systemy ostrzegania powinny oznajmić to wszystkim, także pasażerom. No cóż, czas jak zwykle pokaże co tak na prawdę się tu wydarzyło. Czyżby na pokładzie był ktoś niepożądany? To by wyjaśniało ucieczkę załogi oraz następujący teraz abordaż kogoś, kto prawie na pewno załogą tego statku nie był. Wstał, wciąż popijając zamówiony alkohol i odpowiedział na słowa tego, który przedstawił się jako pierwszy.
- Ambasador Jurij Iwanov
Skłonił się delikatnie pozostałym i podszedł do okna, ze spokojem na twarzy przyglądając się szczegółom wiszącego w próżni, tuż obok nich, frachtowca. Robił wrażenie, trzeba było przyznać. Ciekawe ilu ludzi kryło się w środku i ilu mieściło się do abordażowego statku?
Obrócił się do środka mesy, bliżej przyglądając zgromadzonym w niej indywiduom. Kilku wojskowych oraz uzbrojonych ludzi kościoła dawało w razie czego jakąkolwiek szansę, chociaż powiedzmy sobie szczerze - czy jeśliby chcieli ich zabić to puszczaliby amatorów? Mogli to zrobić na setki sposobów. Wolał nie wymyślać jakich. Mimo wszystko ten w galowym mundurku wyglądał zdecydowanie mniej pewnie od stalowej puszki, wciąż stojącej w miejscu. Może procesory mu się zgrzały? Tak czy inaczej, to była lepsza tarcza od galowego mundurka, więc i Jurij pozostał w pomieszczeniu.
- Prawdopodobnie lepiej byłoby się nie rozdzielać.
Wzruszył ramionami.
- I liczyć na to, że to na prawdę tylko załoga. W co śmiem wątpić, zważywszy na bliskość obcego okrętu. W takich sytuacjach nie pomaga nawet immunitet.
Uśmiechnął się czarująco i przechylił szklankę, jakby na dodanie sobie otuchy wypijając cały znajdujący się w niej alkohol. Uznał, że najlepiej będzie trzymać się puszki, więc czekał jaką decyzję podejmie pół-robot.

Sekal jest offline
Stary 06-15-2010, 22:13
Suryiel

Suryiel's Avatar

Reputacja: 2 Suryiel wkrótce będzie znany
$: 29 466

Christina Young

- Senatorze… – zaczęła I spojrzała na pulchnego mężczyznę który mógłby teraz spokojnie wejść do lodówki i udawać zieloną galaretkę, z nieskromnym sukcesem. Christina czasem miała wrażenie, że ilością pochłanianego przez niektórych polityków jedzenia, można by spokojnie wyżywić niejedną mniejszą kolonię. Na łebka.
- Co? Mowy nie ma, nigdzie się stąd nie ruszam! – stwierdził pospiesznie O’Donnel, a major Young po raz kolejny, w ciągu tej dość krótkiej podróży, musiała poważnie nadwyrężyć swą siłę woli, by nie zabić go tu na miejscu. Zapewne oszczędziła by tym sobie wielu kłopotów.
- Senatorze, nie wiem czy bezpiecznie jest w takiej sytuacji zostawać tutaj... – wysyczała, szukając wsparcia ze strony swego partnera, ten jednak nie należał do osób, które miałyby jakiekolwiek zdolności w zakresie dyplomacji. Właściwie nawet chodnik miałby większe szanse od niego w przekonaniu polityka, by wraz z nimi udał się na mostek.
- Jasna cholera majorze! Macie zostać przy mnie cokolwiek się będzie działo, a ja mówię wam – zostaję tutaj! – piskliwy krzyk mężczyzny wprawił jego trzy podbródki w dość komiczny ruch, jednak teraz nie było czasu na jego podziwianie. Wreszcie jednak Simon wziął sprawy w swoje ręce, zrobił krok do przodu i stanął niesprostowany przed kurczącym się z sekundy na sekundę O’Donnelem.

- Może być pan pewny, sir, że w przypadku pańskiego zgonu nie obowiązują nas już te reguły. – powiedział swym niskijm, mocnym głosem, krzyżując dłonie na klatce piersiowej- A teraz proszę, senatorze O’Donnel... Niebezpiecznie będzie zostawać tutaj...

-... D-dobrze... Niech panu będzie... – Christina pokręciła głową, przepuszczając senatora w drzwiach. Brać go ze sobą było równie niemądrze, co iść z nim na mostek. Z dwojga złego jednak ruszenie się gdziekolwiek było jakąś formą działania...

Suryiel jest offline
Stary 07-27-2010, 07:26
Bielon

Bielon's Avatar

Reputacja: 9 Bielon jest jak klejnot wśród skałBielon jest jak klejnot wśród skałBielon jest jak klejnot wśród skał
$: 62 398

W kompletnej ciszy jaka zapanowała na pokładzie pasażerskiego liniowca sunącego bezwładnie lotem balistycznym przez bezmiar przestrzeni kosmicznej, przerywanej jedynie wypowiedziami pasażerów podenerwowanych obrotem sytuacji, każdy dźwięk słyszany był doskonale. Kroki idącej ku mostkowi grupy, prowadzonej przez majora Nowaka odbijały się od pancernych ścian metalicznym echem. Podobnie jak syk zamykanej za nimi grodzi. Zarówno ci, którzy ruszyli śladem majora, jak i ci, którzy zdecydowali się pozostać, poczuli się osamotnieni. Pozbawieni złudnej opoki w postaci przygodnie spotkanych pasażerów, towarzyszy podróży. Dla pokoleń ludzi, którzy od wieków już przemierzali przestrzeń w poszukiwaniu coraz to nowego, uczucie samotności w przestrzeni nie było już tak dominujące jak dla pierwszych osadników, którzy wyruszali na podbój kosmosu z Ziemi. Terra, lub Święta Terra dla niektórych, teraz była już jedynie wielkim muzeum podróży w przestrzeni. Ludzkość poszła na przód, zmieniła się, wyewoluowała. Ludzki umysł już nie odczuwał dominującej pustki spoglądając w ciemną czerń przestrzeni kosmicznej. Zwłaszcza, jeśli tak blisko znajdował się jakiś inny obiekt z całą pewnością również obsadzony przez ludzi.

Tym razem jednak uczucie pustki i opuszczenia pozostało. Być może sprawił to niepokój wywołany przemyśleniami niektórych z pasażerów. Być może brak załogi. Być może świadomość, że RU z obu swoimi planetami, to nic innego jak miejsce zsyłki, gdzie trafiali wyłącznie ci, których społeczność chciała się pozbyć. Być może wyłączenie zasilania głównego na okręcie albo też dziwne, odległe trzaski i metaliczny huk. A może wszystkie te czynniki razem wzięte. Jakiś pierwotny lęk i niepokój budził wszystkie najgorsze podejrzenia i obawy. Które omijać zdawały się jedynie tych, których życie nauczyło walczyć o swoje. Lub takich jak ten w pancernym kombinezonie, który zdawał się odporny na wszelką wiedzę.


***


O dziwo, droga do mostka przebiegła bez żadnych zakłóceń. Tych niespełna sto kroków w prostym korytarzu oświetlonym jarzeniowym światłem awaryjnego oświetlenia, przeszli błyskawicznie. Widać spieszyło się nie tylko majorowi. Stalowa gródź odgradzająca ich od mostka i tym razem jednak była zamknięta. Kod dostępu, który wcześniej tak sprawnie pomógł w otwarciu drzwi z mesy, okazał się jednak niewystarczający. Major, który zdawał się obejmować milczące przywództwo, po raz kolejny wbijał ciąg cyfr, znaków i liter łudząc się po raz kolejny , że pomylił się w którymś miejscu, znów ujrzał ten sam komunikat na elektronicznym, matowym z racji oszczędzania zasilania, wyświetlaczu:

KOD NIEPRAWIDŁOWY, DOSTĘP NIEMOŻLIWY, PROSZĘ NATYCHMIAST SKONTAKTOWAĆ SIĘ Z ZAŁOGĄ…



Odległy wcześniej trzask powtórzył się po raz kolejny, bliżej. Tylko wprawne ucho wyłowić zeń mogło odgłos, który przecież na pasażerskich liniowcach nie bywał słyszany niemal nigdy. Odgłos wystrzału…

- Odsuńcie się! – rozkazał major unosząc pulser. Co prawda wolałby mieć pod ręką laserowy pistolet, albo miotacz plazmowy ale miał to co miał a marudzić nie miał zamiaru. Pulser może nie był najlepszym rozwiązaniem w tej chwili, ale z pewnością nie różnił się wiele od tego, co przed chwilą wydało dźwięk, gdzieś na odcinku pomiędzy poszyciem kadłuba a korytarzem. „Goście” najwidoczniej również zapomnieli o kodach dostępu.

Trzask wystrzału z pulsera w jedno zlał się z jękiem rykoszetów odłamków odbijających się od opancerzonych powłok ściany korytarza. Sypnęły się skry a i w powietrzu rozszedł się dziwny, ozonowy zapach. Jednak gródź, co w sumie w tej chwili było najważniejsze, z sykiem rozsunęła się koncentrycznie otwierając przejście na mostek. Na mostek, na który wpadli niemal biegiem…


***


Siedzący w mesie, wymieniający mniej lub bardziej zdawkowe uwagi pasażerowie w napięciu wpatrywali się to w okna z armplastu za którymi widać było sunący bok w bok frachtowiec, to znów w technobota, który najwidoczniej nie widział żadnego powodu do zmartwień. Swoje obowiązki wykonywał bez zarzutu, szybko i sprawnie. Widocznie komputer pokładowy wciąż działał idealnie. Myśli wszystkich jednak wciąż krążyły wokół możliwego wytłumaczenia tej dziwnej historii i pewnie krążyły by jeszcze długo, gdyby nie słowa ambasadora.

- Prawdopodobnie lepiej byłoby się nie rozdzielać… I liczyć na to, że to na prawdę tylko załoga. W co śmiem wątpić, zważywszy na bliskość obcego okrętu. W takich sytuacjach nie pomaga nawet immunitet...

Jakby na potwierdzenie jego słów, gdzieś spoza mesy i sąsiadujących z nią pomieszczeń i korytarzy, rozległ się odległy huk a zaraz po nim trzask. A po chwili, która trwała nie dłużej niż kilka uderzeń serca, odpowiedział mu inny wystrzał, bliższy znacznie, od strony korytarza, którym ruszyła część pasażerów…


***


Mostek, jak na warunki liniowców pasażerskich, był ciasny i w miarę schludnie utrzymany. Co znaczyć mogło tyle, że liniowiec należał do tanich linii krążących po obrzeżach znanych systemów, oszczędzających na swej załodze by zapewnić pasażerom możliwie tanim kosztem umiarkowane wygody. Co było prawdą. Oraz że załoga składała się z ludzi przykładających się do swojej pracy i wykonujących ją profesjonalnie i sumiennie. Co zważywszy na pozostawienie pasażerów samym sobie, takim pewnym już nie było. Jednak myśli wszystkich, którzy znaleźli się na mostku w tak dziwnych okolicznościach, podążały w zupełnie innym kierunku. Kierunku, który wyznaczał rząd migających kolorowo diod, ku komputerowi pokładowemu.

Pierwszy, co zresztą było zrozumiałe i oczekiwane, dopadł go major. Rząd wpisywanych przezeń komend i komunikatów spotkał się z taką samą odpowiedzią, jaką wcześniej udzielił mu wyświetlacz przy grodzi:

KOD NIEPRAWIDŁOWY, DOSTĘP NIEMOŻLIWY, PROSZĘ NATYCHMIAST SKONTAKTOWAĆ SIĘ Z ZAŁOGĄ…

Tym razem jednak położony na blacie pulser był bezużyteczny. Spięcie mogło pomóc przy otwarciu wrót, ale już w wejściu do bazy danych komputera pomóc nie było w stanie. Nie bez ryzyka zniszczenia całkowicie danych zawartych w komputerze. Danych, po które właśnie przyszli…




.

Bielon jest offline
Stary 07-28-2010, 15:56
malahaj

malahaj's Avatar

Reputacja: 7 malahaj wkrótce będzie znanymalahaj wkrótce będzie znany
$: 46 095

Major John Nowak

- Większy problem, większy młotek... –

Mruknął major celując z pulsera w panel obsługi. Poszło łatwo. Z komputem pokładowym już gorzej.

- Kurwa. –

Zaklął po polsku, po kolejnej nie udanej próbie dostania się do komputera. Wymownie spojrzał na leżący na blacie pulser, jakby chciał pogrozić maszynie. W końcu wstał od konsoli i schował broń do kabury. Sądząc po odgłosach, nie długo może mu się przydać.

- Jeśli ktoś się na tym lepiej wyznaje, to bez krępacji. Ja mogę go co najwyżej zresetwać, odcinając zasilanie. Tyle, że to mało bezpieczne, bo nie wiadomo co i czy w ogóle włączy się z powrotem. –

Nowak rozejrzał się po innych stanowiskach. Bez napędu i tak większość jest bez użyteczna. Czasu dużo niemieli, bo tamci też skierują się na mostek. Sądząc po wystrzałach, też nie mają kodów, więc załoga raczej z nimi nie współpracuje. Przynajmniej nie cała. Więc gdzie się podziała? Wszyscy nie mogli pójść do maszynowni, bo po co? Może chcą uciec promem? Mało profesjonalne, ale możliwe. Tylko gdzie? Są w czarnej dupie, do najbliższej planety daleko a jeśli tamten frachtowiec jest uzbrojony, to daleko nie zalecą. Z drugiej strony jak ktoś wie, że jego krypa zaraz wybuchnie...

To jednak były tyko zgadywanki. Potrzeba mu był więcej informacji, a główny komputer nie był jedynym miejsce gdzie można było je znaleźć.

W liniowcach takich jak ten, wszytko było podporządkowane wygodom pasażerów. Załoga była drugorzędna, więc projektanci nie poświęcili jej zbyt dużo czasu, zapewniając jedynie jak największą funkcjonalność. Dzięki temu kabina kapitańska, reszty załogi i pomieszczenia ochrony, były niedaleko od mostka. Tak było prościej i wygodniej.

- To nie jest jedyny komputer na statku, z którego można się coś dowiedzieć. Zaraz wracam. -

Oświadczył reszcie pasażerów i skierował się do wyjścia. Kapitańska czy pomieszczenia ochrony? Zdecydował, że najpierw zajrzy do dowódcy. A nuż się zachlał i śpi? Po chwili stanął przed drzwiami do kapitańskiej kwatery. W pierwszej chwili irracjonalnie chciał zapukać, ale opanował odruch i wpisał kod do konsoli przy drzwiach. Efekt był równie spodziewany co irytujący, postanowił więc zastosować sprawdzoną już wcześniej metodę.

Pulser znów okazał się kluczem otwierającym wszystkie drzwi i Nowak wszedł ostrożnie do kabiny, lustrując otoczenie. Oczywiście najlepiej byłoby znaleźć kapitana albo innego członka załogi, ale jakoś na to za bardzo nie liczył. Szukał komputera osobistego dowódcy, chipów z danymi, dokumentów, czegokolwiek, co powiedziało by mu, co tu się dzieje. No i broni rzecz jasna. To co prawda była cywilna jednostka, ale wiedział, że niektórzy kapitanowie lubi mieć coś pod ręką. To samo miał zamiar zrobić w pomieszczaniu ochrony. Stamtąd może udało by się dostać do sytemu kamer na statku? Byle za długo tu nie zamarudzić....

malahaj jest offline
Stary 07-28-2010, 21:35
Hesus

Hesus's Avatar

Reputacja: 2 Hesus wkrótce będzie znanyHesus wkrótce będzie znany
$: 19 791

Czy mu się tylko zdawało czy też powietrze w mesie zrobiło się nieznośnie gęste i duszące.

Boże, odcięli dopływ tlenu, chcą nas podusić - rozchylił materiał tuniki oddychając a właściwie sapiąc ciężko. Uspokoił się kiedy dotarło do niego, że właściwie tylko on ma kłopoty z oddychaniem. Wodził wzrokiem po współpasażerach zastanawiając się co właściwie sobą reprezentują i w kim pokładać ewentualne nadzieje na opanowanie sytuacji.

Sterczący pod ścianą w bezruchu metalowy kolos wcale nie napawał poczuciem bezpieczeństwa. Oczyma wyobraźni widział jak ten robi użytek z arsenału jakim jest obładowany i brak tlenu przy dekompresji staje się paradoksalnie jego najmniejszym problemem.

Mimo, że znał wiele mniej lub bardziej uroczych kobiet, które zasługiwały na szacunek za swoja pracę wiedzę i profesjonalizm to jednak instynktownie postrzegał je jako ... no właśnie to zależy. Nie inaczej było tym razem. Długonoga piękność, która tak kusząco eksponował swoje walory mogłaby być samym marszałkiem floty imperialnej a Albert i tak w myślach potraktował ją zgoła odmiennie. Chociaż myśl o mundurach, armii, szpicrucie i planach taktycznych na wielkim holostole z Panią Marszałek w roli głównej zawładnęła nim przez dłuższą chwilę. Obserwowana musiała się zorientować bo zerknęła na niego z ciekawością przeradzającą się po chwili w lekki niesmak i w konsekwencji zdenerwowanie. Chyba wgapiał się w nią zbyt nachalnie.
Słowa ambasadora wyrwały go z sali dowodzenia flotą imperialną. Zdołał tylko zdobyć się na krzywy uśmiech i przeniósł wzrok na przemawiającego dyplomatę.

Albert rozważał siłę jego argumentów. Oczywiście nie tych wygłaszanych tylko tych, których będzie musiał użyć gdyby sytuacja się skomplikowała i statek zostałby na przykład przejęty przez zbuntowanych więźniów. To podejrzenie spośród wielu innych wydało mu się najbardziej prawdopodobne.

Zatrząsł się cały na odgłos wystrzału, zmrużył odruchowo oczy i rozejrzał nerwowo. Kolejny, już bliższy nie wstrząsnął nim już tak bardzo. Mimo wszystko był zdenerwowany a jego hipoteza wydała mu się jeszcze bardziej możliwa. Na razie jednak postanowił wstać i zaznajomić się z dyplomatą. Ktoś taki w obliczu brutalnego ataku mógł być nieoceniony. Wytarł spoconą dłoń.

-Obawiam się, że może mieć Pan rację - wyciągnął dłoń w jego kierunku - Jestem Albert John Aleksander Fletcher. Pańskie doświadczenie jako dyplomaty, w tym wypadku może być nieocenione. Myślę, że nie pomylę się jeśli powiem, że dobrze by było, gdyby doszło do takiej sytuacji, by negocjował Pan w imieniu nas wszystkich.
 
malahaj jest offline  
Stary 23-08-2010, 18:52   #6
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
Zahariash i Shalii
- Pani… - rzekł nie odwracając się, gdy tylko usłyszał strzał w oddali, w odpowiedzi usłyszał syk wysuwanego ostrza i ciche buczenie tarczy osobistej.
Shalii stała za Zahariashem spięta i gotowa. Na granicy widzialności można było dostrzec otaczające ją pole molekularne. Co prawda dobre było przeciw broni ręcznej, ale i tak było wstanie powstrzymać ze dwa strzały z cięższej broni. Po za tym pozostawała zbroja.
- Chodźmy, tu nic nie zwojujemy – ruszył za majorem.
Omijając kajutę kapitańską stanął przed drzwiami pomieszczenia ochrony. Nie marnując amunicji wbił opancerzoną pięść w konsolę przy drzwiach i pogrzebał chwilę. Drzwi stanęły otworem, gestem nakazał stanąć matce przełożonej pod ścianą i dopiero potem ostrożnie zlustrował kabinę.

Mike jest offline
Stary 07-30-2010, 17:25
Aschaar

Aschaar's Avatar

Reputacja: 16 Aschaar ma wyłączoną reputację
$: 239 264

Droga na mostek okazała się szybka, łatwa i przyjemna. Rozkład statku nie był jakimś labiryntem, a większość pomieszczeń była opisana, nawet na korytarzach. Podróżni podążyli więc zgodnie ze strzałkami głoszącymi mostek. Nie do końca było wiadomo, po co umieszczano aż tak dokładne oznaczenia, ale Unia Transportowa uwielbiała tworzenie różnych dziwnych przepisów, wymuszających to czy tamto... Armia urzędników opłacanych z ceł i tym podobnych opłat musiała czymś zarabiać na chleb...


Samo wejście na niewielki mostek dostarczyło całkiem sporej atrakcji związanej w niestandardowym, acz skutecznym - to trzeba było przyznać - otwarciem drzwi. Problemy jednak zaczęły się już w następnej chwili kiedy okazało się, że kompetencje majora Nowaka nie obejmują dogadania się z komputerem pokładowym. Marcus zamierzał coś powiedzieć, ale mężczyzny już nie było w pomieszczeniu... "Współdziałanie, tak... oczywiście... jasne." - pomyślał Steinberg spoglądając na pozostałych na mostku. Jego znajomość komputerów była ograniczona do interfejsu głosowego. Komputer był narzędziem pracy, a sieć magazynem danych i, z założenia, miały działać i wykonywać polecenia; do takich celów mężczyzna potrafił je wykorzystać, poza tym... cóż. Niekoniecznie. Mężczyzna zostawił więc konsole innym zainteresowanym.

Wielkość obrazka została zmieniona. Kliknij ten pasek aby zobaczyć pełny rozmiar. Oryginał ma rozmiar 766x439.

Zainteresowania jednak nie było, a jego stwierdzenie:
- W tej sytuacji może najlepszym rozwiązaniem jest opuszczenie statku? - zasugerował w zasadzie w przestrzeń mostka. - Nie sądzę, aby pozostawanie na dryfującym bezwładnie statku miało jakikolwiek sens...

Trafiło w praktyczną pustkę ponieważ kościelni też wyszli. Decyzji o opuszczeniu statku nie było specjalnie z kim skonsultować...

Odgłosy jakie dochodziły ze statku bynajmniej nie sprawiały wrażenia "powrotu załogi", chyba, że rzeczona załoga również zapomniała kluczy i rozwalała drzwi. To było jednak mało prawdopodobne. Chociaż Marcusa chyba nic by już nie zdziwiło. DX-12 zdawał się być coraz gorszym wyborem; jednak teraz już trzeba było z tym żyć i przeżyć... Sytuacja wydawała się w miarę jasna - na statku, dryfującym w środku wielkiego nigdzie na obrzeżu znanego świata; nie było załogi, a sam statek był średnio funkcjonalny. Dodatkową atrakcją był abordaż jaki właśnie się dokonywał. W tej komfortowej sytuacji można było panikować (co było by może efektowne, ale na pewno nie efektywne), lub przygotować się do opuszczenia statku - co było może głupie, ale paradoksalnie... rozsądne. Pasażerowie walczący z napastnikami dokonującymi abordażu było to zdarzenie, którego wynik można było prosto i z dużą precyzją przewidzieć; zwłaszcza, że teoretycznie najbardziej wojowniczy z pasażerów wolał pozostać bezpiecznie w mesie. Cóż najwidoczniej pudło było nie tylko biedne, ale jeszcze tchórzliwe... "Cholera, co za lot" - pomyślał Steiberg spoglądając tępo na konsolę.

Marcius zaczął szybko, aczkolwiek metodycznie przeszukiwać mostek. Ludzie po prostu mieli tendencje do przyklejania haseł pod klawiaturą, wrzucania kluczy do najbliższej szafki, i tym podopbnych zagrań... Oczywiście najlepszym znaleziskiem byłby przycisk z napisem "autodestrukcja", w ostateczności jakaś broń; ale, aż na tyle szczęścia Steinberg nie liczył...

"Do cholery, co stało się na tej krypie???" - pomyślał przetrząsając kolejną półkę.

__________________
..., aby choć raz stworzyć KANDO.
Aschaar. . . . . . . . . : Brzemię / Eliksir / *Frasdorf / Sedona / Zdobywcy / ...
[@11]: TBL / *Winterheaven / ...
Aschaar jest offline
Stary 08-06-2010, 09:31
Eleanor

Eleanor's Avatar

Reputacja: 9 Eleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwuEleanor jest godny podziwu
$: 205 802

Teoretycznie była przyzwyczajona do samotności. tatuś izolował ją od wszelkiego niebezpieczeństwa. Co oznaczało izolację od rówieśników oraz wszystkich osób, które mogłaby uznać za interesujące. Wychowała się praktycznie w izolacji, za jedyne towarzystwo mając technoroboty i komputery. Była więc przyzwyczajona do samotności... a jednak teraz, na statku zawieszonym w próżni i najwyraźniej pozbawionym załogi, odejście części pasażerów wywołało w niej mocne poczucie utraty.

Rozejrzała się po tych co pozostali, na chwilę spojrzenie zawieszając na opasłym osobniku, któremy zdecydowanie przydałaby się operacja zmniejszenia żołądka i przymusowy pobyt w klinice odchudzającej. Niesmak musiał odmalować się na jej obliczu i dotrzec do pasażera. Widziała to w jego oczach zanim odwrócił wzrok. Poczuła się nieswojo, a potrzeba opuszczenia messy stała się jeszcze bardziej nagląca.

Wstała, odłożyła na niewielki stolik niedopity drink i skierowała się do wyjścia na korytarz. Tutaj na szczeście rozsuwane grodzie otwierały się bez problemu. Słyszała za sobą marudzenie elektronicznego stewarda proszącego o pozostanie na miejscach. Zignorowała go. Już dawno temu nauczyła się ignorować cudze polecenia. Szybkim krokiem ruszyła w kierunku swojej kwatery. Nagle doszła do wniosku, że ponowne uruchomienie ochraniarzy wcale nie jest takim złym pomysłem. Tak samo jak dobranie się do pamięci statku za pomocą terminalu, który miała tam pod ręką.

__________________
 
malahaj jest offline  
Stary 23-08-2010, 18:55   #7
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
Nos nie zawiódł Marciusa i tym razem. Miał do tego kurewski dryg. Byli tacy, którzy znali się na sprawach wojskowości, inni znali się na lotach, jeszcze inni na handlu czy polityce. On znał się na ludziach. Natura ludzka, zwykle tak skomplikowana i nieodgadniona, potrafiła w najmniej spodziewanym momencie obnażyć przed nim swe tajemnice. Tym razem było podobnie. A widok naszkicowanego ciągu liczb i cyfr na matowej obudowie panelu kontrolnego rozpromienił jego twarz. Odwrócił się przez ramię, ale widząc, że pozostali zajęli się sąsiednimi kajutami skupił się na konsoli i szybko wstukał odkryte symbole.

POTWIERDZONO PRAWIDŁOWY KOD, DOSTĘP PEŁNY…

Chciał krzyknąć do pozostałych, ale dostrzegł otwarty dziennik pokładowy. Szybko przemknął wzrokiem po ekranie. Poznając ostatnie zapisy dające obraz historii, jaka tworzyła się z jego udziałem…

… Niezidentyfikowany obiekt zbliża się z prędkością przechwytującą. Wyjście z nadprzestrzeni za 2h 23m i 36s…
… Wysłany kod identyfikujący niepotwierdzony …
… Za 47m i 12s „OBCY” znajdzie się w zasięgu broni konwencjonalnej. Uruchomiono procedury ewakuacyjne na wypadek abordażu…
… Kapsuły XL 2, XL 3 i XL 6 uszkodzone, brak możliwości ewakuacji pełnej obsady…
… Wyjście z nadprzestrzeni za 1h 15m i 19s, 12m i 58s do wejścia w zasięg broni konwencjonalnej, za 2m i 58s uruchomione zostaną procedury ewakuacyjne, podjęto decyzję o nieewakuowaniu pasażerów…
… Ewakuacja w toku…
… „OBCY” zwalnia…
… Wyjście z nadprzestrzeni…
… Wysłany kod identyfikacyjny niepotwierdzony. Wobec braku załogi przejście na zasilanie awaryjne…



Komputer wypluwał dane opieszale, jakby spowolniony. Nie było jednak w tym nic dziwnego. Zasilanie awaryjne objawiało się na różnych okrętach w najróżniejszy sposób. Na okręcie wojennym rzecz taka była by nie do pomyślenia, ale na paserskich krypach komputer pokładowy mógł dostawać minimum energii potrzebnej do funkcjonowania, byle działał system podtrzymania życia, w mesie grała muzyka, działała klimatyzacja i serwowane były drinki. Żyć, nie umierać.
***

John Nowak był w swoim żywiole. Lepiej może czułby się jeszcze gdyby miał do dyspozycji skafander szturmowy, ale ujrzawszy pięć pięknych, nieużywanych karabinów plazmowych stojących w równiutkim rzędzie, ponumerowanych i gotowych do użycia, uśmiechnął się już nie tylko w duchu. Ta broń doskonale nadawała się do szturmu w korytarzach statku. Podobnie jak nadawała się do odpierania tegoż szturmu. Szybko sięgnął po pierwszy z brzegu dostrzegając rozkopane łóżko, pozostawione w pośpiechu części kapitańskiego munduru i… elektroniczną kartę na łańcuszku. Karta, która mogła być dlań kartą wstępu wszędzie na tym okręcie. Myśl, że leciał statkiem, którego kapitan był do tego stopnia idiotą, że pozostawił to w swej kajucie uzmysłowiła mu, że jednak opatrzność nad nim czuwała. O czym jeszcze ten baran zapomniał?
***

Anna Luisa zbliżała się do swej kajuty zyskując z każdym krokiem na pewności siebie. Dokładniej zaś z każdym krokiem zbliżającym ją do GTB007. Tatusia było nań stać a teraz te dwa ruchome wieszaki okazywały się dla niej najbardziej pożądanym towarzystwem. Nigdy by w to nie uwierzyła. Technoboty stały tam, gdzie je zostawiła. To wprawiło ją w stan niemal euforii. Wystarczyło tylko wsunąć palec czytnika linii papilarnych umieszczonego w soczewce…

- Przejście w stan gotowości… - metaliczny głos zawsze ją drażnił. Teraz jednak jakby odrobinę mniej. Obrzuciła wzrokiem bajzel jaki po sobie zostawiła w swojej kajucie, lecz teraz nie miała ochoty oddelegowywać do tego nikogo z towarzyszących jej automatów. Drugi wnet obwieścił o przejściu w stan gotowości na podobieństwo pierwszego. W samą porę. Huk wystrzału rozległ się już bardzo blisko. GTB007 zareagował szybciej od niej. Pierwszy błyskawicznie pchnął ją w głąb kajuty zasłaniając wyjście własnym ciałem i odsłaniając oba pulsery wmontowane w jego przedramiona. Drugi był już na korytarzu analizując sytuację. Dokładnie pół sekundy. Zaraz po tym otworzył ogień…
***

Zahariash i towarzysząca mu niewiasta nie tracili czasu czując, że walka z czasem to walka o życie. Pancerna rękawica utorowała drogę do kajuty ochrony, która z sykiem otwieranej spięciem grodzi stanęła przed nimi otworem. Trzy rozkopane posłania, powywracane na stole plastikowe kubki i rozrzucone dokumenty wskazywały na pośpiech w jakim załoga opuszczała to pomieszczenie. Jednak Zahariash zwrócił uwagę na coś jeszcze. Trzy skafandry próżniowe w wersji półbojowej, stojące w osłoniętej pancernym armplastem gablocie. Migający diodami czytnik zmuszał jednak do konkluzji, że ich widok może być czymś zbliżonym do smaku lizaka lizanego przez szkło. Tu pancerna rękawica mogła okazać się nieskuteczna.
***

Albert liczył na jakąś rozmowę, ale jego słowa zawisły w próżni bez odpowiedzi. Bliższe i dalsze trzaski wskazywały wyraźnie na przemieszczanie się osób na pokładzie a emerytowany inżynier miał przeczucie, że nie są to wyłącznie dźwięki myszkujących po okręcie współpasażerów. Niezręczne milczenie stało się jeszcze bardziej namacalne w chwili, kiedy zupełnie blisko, tam gdzie zniknęła rozpuszczona młódka o wyglądzie zwykłej kurwy, ktoś otworzył ogień.

- Panie Ambasadorze! Pan musi natychmiast skontaktować się z napastnikami! Panie ambasadorze! – jego nerwowe nawoływania zdawały się trafiać w próżnię. Zarówno Jurisj Iwanov, jak i drugi, eskortowany przez dwójkę uzbrojonych żołnierzy dyplomata milczeli wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Jakby wiedzieli co się tu dzieje…
***

Marcius już chciał się odwrócić ku swoim współtowarzyszom zaniepokojony odgłosami strzelaniny od strony mesy, kiedy nagle monitor komputera ożył po raz kolejny.

- KOD OMEGA Z POKŁADU PASAŻERSKIEGO. POTWIERDZAM NADANIE KODU „OMEGA” Z POKŁADU PASAŻERSKIEGO. ODBIORCĄ SYGNAŁU NIEZIDENTYFIKOWANY OKRĘT…
***

„Duble Belluci” zadrżał nagle a wszystkie światła na jego pokładzie na ułamek chwili przygasły. Choć poczuli i dostrzegli to wszyscy, to tylko nieliczni zrozumieli co tak naprawdę się stało. Mało kto wszakże był w stanie rozpoznać efekt wystrzału działa antyenergetycznego. Wygaszone monitory, otwarte w jednej chwili grodzie i zamki niedostępnych dotychczas pomieszczeń i szaf a nade wszystko wyłączone wszelkie drozdy, były jednak żywym dowodem na to, że użyto właśnie tej broni. Dla ludzi była ona niemal niegroźna. Niemal…

Albert Fletcher niezwykle rzadko był pod ostrzałem i bynajmniej do chwili tej nie tęsknił. Jednak w tej właśnie chwili, stojąc w mesie, znalazł się dla siebie samego zupełnie nieoczekiwanie, w samym sercu piekła. I to piekła, które nadeszło z zupełnie nieoczekiwanej strony.

Inkwizytorzy należeli do przedziwnej kategorii ludzi. Byli i tacy, którzy nie doszukiwali się w nich już zupełnie cech ludzkości. Ten, który stanął w progu mesy bez słowa od momentu wybudzenia, był tego żywym dowodem. Teraz zaś okazało się, że jego pancerz nie podołał efektom użycia broni, która z natury rzeczy wywoływać miała spięcia…

Potężny huk wystrzału wypełnił mesę a Albert z niedowierzaniem spoglądał na miejsce, gdzie przed chwilą stali obaj dyplomaci i dwóch uzbrojonych wojskowych. Miejsce, które w tej chwili wyglądało niczym relacja z frontu. Odwrócił się z niedowierzaniem ku opancerzonemu słudze Boga Jedynego, kiedy nagle jego pancerz zadrżał i przy blasku rozświetlających się na nowo jarzeniówek awaryjnego oświetlenia eksplodował. Od wewnątrz. Moduł samozniszczenia uległ chyba również spięciu…

A Albert naraz pojął, że w mesie jest już zupełnie sam a przez rozwarte śluzy może wejść tu ktokolwiek. A on nie mógł już na to nic chyba poradzić.
***

Czwórka zwiedzających na odgłos wystrzałów w jednej chwili znalazła się na korytarzu. Tu na chwilę zaskoczyło ich przygaśnięcie świateł, ale zajęło to ledwie chwilkę. A zaraz po nim do ich uszu doszedł syk rozwieranych grodzi i śluz. Okręt stawał dla wszystkich otworem…
***

Anna wyrwała się zza techno botów korzystając z okazji, że i one na chwilkę uległy „zawieszeniu”. W ciemności pomknęła na złamanie karku ku mesie, byle dalej od ognia walki. Wpadając do niej miała tylko nadzieję, że którykolwiek z GTB007 zdoła podążyć za nią. Wiedziała jednak również, że ich priorytetem zadaniowym było ocalić ją a to oznaczało powstrzymać tych, którzy właśnie wdzierali się na pokład…


[Proszę Phate, Sekala i Suryiel o niepostowanie. Jakby było po co ]
 
malahaj jest offline  
Stary 23-08-2010, 18:56   #8
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
Anna Liza nigdy nie sądziła że ponowne uruchomienie ochroniarzy będzie jak powrót do bezpiecznego domu. To było łatwe i szybkie. Na szczęście, bo w koło zaczynało się robić naprawdę gorąco.
Nie przejęła się specjalnie odepchnięciem jej w głąb kajuty i tak miała zamiar spakować co nieco na dalszą drogę.
Nigdy jeszcze nie była w takiej sytuacji.
To było bezładne wrzucanie ubrań butów, kosmetyków do niewielkiego podręcznego plecaka. W ostatniej chwili chwyciła jeszcze miniaturowego palmtopa i wsunęła go do kieszeni.
Panika powoli ogarniała ją coraz bardziej. Nagła cisza i rozsuwanie się wszystkich drzwi dosłownie ją zelektryzowały.
Dźwięczała jej w uszach gdy drobne włoski na ciele podnosił do góry strach. To nie była zabawa i nigdzie nie było tatusia, który przyjdzie z pomocą w trudnej sytuacji. Była całkowicie zdana na siebie. Zdecydowanie przestało jej się to podobać. W swojej kajucie tkwiła jak w pułapce. Jednak przecież w messie byli inni. Z pewnością ja obronią! Korzystając z chwilowego zawieszenia się technorobotów wyskoczyła na korytarz i pobiegła z powrotem. W tym momencie z pewnością była w stanie pobić rekord prędkości w biegu na szpilkach.

Nie oglądając się za siebie biegła z powrotem do messy. Wolała nie widzieć co czai się za jej plecami!
Myśli z błyskawiczną prędkością przelatywały jej przez głowę.
Tam, przed nią przynajmniej byli inni pasażerowie. Ludzie i nieludzie którym mogła zaufać, którzy mogli ją ochronić, którzy z całą pewnością jej pomogą. Przecież to byli głównie żołnierze i wielki inkwizycyjny robot, w tej sytuacji z pewnością doskonale nadający się do obrony.
Na pewno mają już opracowany idealny plan co zrobić w tej sytuacji...

Gdy dopadła szeroko otwartych drzwi, zobaczyła, że jedyną osobą, po za stewardem którego za osobę jednak trudno było uznać, znajdująca się w pomieszczeniu żywą i w całości był ogromny, nieruchawy grubas.
Z jej ust mimo doskonałego wychowania wyrwało się dosadne, niecenzuralne słowo, zdecydowanie potępiane przez tatusia, ale doskonale podsumowujące sytuację:
- O kurwa!

---------------------


Zahariash i Shalii
Popatrzył na skafandry.
- Przebieramy się, pancerze nie zapewnią ochrony przed dekompresją. Szybko, osłaniam cię.
Matka przełożona błyskawicznie zaczęła pozbywać się pancerza. Zahariash zebrał go do plecaka, gdy autodiagnostyka skafandra dobiegła końca, przekazał jej broń i sam zaczął się przebierać. Ubieranie się na czas w skafandry było popularnym sportem w kosmosie, zazwyczaj przegrany nie bardzo mógł cieszyć się drugą nagrodą. zarzucił na plecy plecach i odebrał broń. Na razie hełmy mieli jeszcze otwarte.
- Weź ostatni dla majora, może mu się przydać.
Ruszyli w miejsce gdzie ostatni raz go widzieli. Zahariash był teraz ostrożniejszy, ktoś powyłączał całą elektronikę nie bez powodu...
 
__________________
naturalne jak telekineza.
malahaj jest offline  
Stary 23-08-2010, 18:57   #9
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
Major John Nowak

Widząc beztrosko porzuconą elektokarte kapitańską, Nowak nie wiedział czy się śmiać czy płakać. Teoretyczni dawała mu wstęp wszędzie i otwierała wszystkie drzwi. Z drugiej strony, jeśli kapitan uznał, że nie będzie mu juz potrzebna i nie warto nią sobie zawracać głowy, to jaki los przewidywał dla swojego okrętu?

Na szczęście karabiny plazmowe, nie wzbudzały już tak mieszanych uczuć. Major szybko sprawdził wszystkie i przerzucił sobie przez ramie. Nic innego nie sprawiało wrażenia, że jest warte zabrania, więc szybko wyszedł, dołączając do Zahariasha i siostrzyczki, na korytarzu.

- Ha, fanty! Też mam trochę! –

Stwierdził na widok skafandra próżniowego, który mu wręczono. Z zamian dozbroił obydwoje w plazmówki i szybko przywdział skafander. Nie była to wersja szturmowa marines, ale nie ma co wybrzydzać. Skierował się na mostek w poszukiwaniu Marciusa, kiedy liniowiec ostrzelano.

- Dlaczego mnie to nie dziwi... – mruknął pod nosem, wsłuchując się w coraz bliższe dogłosy strzałów
- Trzymaj, zaraz ci się przyda. –
Powiedział do Marciusa, rzucając mu karabin plazmowy. Skafandra dla niego niestety zabrakło. Ostrzał z broni antyenergetycznej przepalił większość sprzętu, ale na monitorze zastygł ostatni oglądany przez Marciusa widok. Major tyko skrzywił się nie nieładnie, szybko wchłaniając zawartość ekranu.

- Słuchajcie – Nowak zwrócił się do pozostałej trójki - Nie wiem co tu się dzieje, ani kim są nasi namolni goście, ale nie wykluczone, że trzeba będzie się szybko ulotnić z tej krypy. W hangarze jest prom, którym można zwiać. Nie chwaląc się ma sporo wprawy w pilotowaniu takich zabawek, mogę spróbować nas stąd wydostać. Powinniśmy dolecieć do najbliższej, nadającej się do lądownia planety, - Nowak nie dodał, że przy jego szczęściu to będzie kolonia karna – albo w pobliże bazy wojskowej. Kapsuły się nie nadają, część jest nie sprawna, a poza tym i tak tamci by je pozbierali. Można je za to wykorzystać inaczej, ale to juz inna bajka.... Mały sabotaż, może odwrócić ich uwagę, od odlatującego promu, wiem z grubsza jak to zrobić. Komputer pokłady promu jest wyłączony w czasie postoju, wiec nie powinien ucierpieć od tego ostrzału a dzięki niefrasobliwości kapitana, powinno udać nam się go uruchomić bez problemów. Tyle, że zapewne pokład hangarowy, juz jest zajęty, więc trzeba będzie dostać się do promu po trupach.... –

W tej chwili główny komputer, postanowił włączyć się do dyskusji, nadając kod OMEGA z miejsca ich niedawnej biesiady. Major poprawili tylko uchwyt na karabinie. Po rozdaniu trzech został mu jeszcze jednej, dla kogoś z tych co zostali w mesie. O ile będzie komu go dać.

- To i tak po drodze do hangaru a tutaj nie możemy zostać, więc.... –

Nowak skierował się do messy, podejrzewając, że to już ta chwila, w której kogoś trzeba będzie zabić. Dziś, wyjątkowo, może zapyta kim jest, zanim go zastrzeli.
 
malahaj jest offline  
Stary 23-08-2010, 22:30   #10
 
Hesus's Avatar
 
Reputacja: 298 Hesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skał
Boże jedyny, Matko Przenajświętsza, Infernalisie Wszechpotęzny, Cubulusie Wszwechwiędzący, Święty Albercie, wszyscy bogowie lądu, morza i powietrza strzeżcie mnie strzeżcie. Mamrotał biedny Albert raczkując niby małe dziecko pośród dymiących resztek tego co nazywało się kiedyś mesą. Chyba faktycznie wszystkie bóstwa kosmosu skupiły na nim swoją uwagę, bo tego co się tam wydarzyło nikt nie miał prawa przeżyć. Dymiące zgliszcza i swąd palonego ciała. Grubasowi chciało się rzygać, ale adrenalina buzująca we krwi dała mu tyle mocy, że nie dość, że nie zwrócił zawartości żołądka to jeszcze zdołała wypełznąć na korytarz prowadzący do kajut. Trząsł się jak galareta co właściwie było jego naturalnym stanem skrywanym tylko przez odpowiednie odzienie. Teraz kiedy poszarpane dymiące resztki materiału zwisały z ogromnego cielska nie dało się ukryć jego prawdziwej postury. Nawet teraz zastanawiał się czy nie przebrać się w coś co ukryje mankamenty jego sylwetki. Idiota.
Chwila otrzeźwienia pozwoliła mu myśleć racjonalnie. W mesie wszyscy byli martwi, z głębi korytarza słychać było odgłosy walki a jedyni „mundurowi” już dawno ruszyli w kierunku mostka.
Nie kwapił się już po ochłonięciu, żeby tak skwapliwie dziękować tym, których przed chwilą prosił o pomóc. Po prawdzie nie myślał o tym wcale. Cieszył się, że żył, ale już się zastanawiał jak to jego życie będzie wyglądać dalej kiedy uratuje dupsko i wydostanie się z tej całej opresji. Co? Będzie sprzedawcą w jakimś kramiku na jakimś zapchlonym targu gdzieś na jakimś zadupiu? Czy będzie żyła jak szach w swoim pałacu otoczony wianuszkiem… . Podjął decyzję. Kto by chciał łykać kurz skoro można spijać nektar.
Pobiegł w kierunku odgłosów strzelaniny w głębi korytarza. Zatrzymał się tuż przed zakrętem zza którego słychać było odgłosy walki i wbiegł do swojej kajuty. Dopadł do przytwierdzonej na magnes czarnej skrzyneczki wpisując kod, czujnik badający skład chemiczny jego potu posłusznie zwolnił mechanizm. Schował szkatułkę w obfitych fałdach ubrania właśnie wtedy kiedy za jego plecami odezwał się stukot obcasów. Obejrzał się ,ale nikogo już nie dostrzegł. Słyszał tylko dalszy stukot. Dla pewności zabrał swój różowy paralizator EVAII, damski model, męskich nie mieli akurat i skierował swoje kroki z powrotem.
Zasapał się straszliwie docierając do wejścia. Stała tam, cała drżała ze strachu wpatrując się w krajobraz po bitwie jaki zastała w mesie.
-Kurwa-usłyszał.
Uśmiechnął się mimowolnie, ale za chwile przybrał odpowiedni wyraz twarzy.
-Na mostek, szybko!-rzucił
Spojrzała jakby rażona piorunem. Wyglądała jakby chciała coś powiedzieć, ale Albert złapał ją tylko za rękę i pociągnął w stronę wyjścia na mostek.
 
__________________
Nikt nie jest nieśmiertelny.ODWAGI!
Hesus jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:40.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167