Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-09-2010, 22:55   #1
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 850 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu
[Eclipse Phase] Błąd w systemie - sesja (behemot)



Błąd w systemie
Bad Sector (muzyka)

Bał się. Nie był to pierwszy raz. Personel stanowili doświadczeniu medycy Magistratu. Standardowa procedura. A jednak zbyt wiele usłyszał opowieści o tym co pomiędzy. O strumieniu zapisu, który wszedł w interferencje z swobodnymi programami zawieszonymi w MESHu. Ludzie potem wychodzili inni, za każdym razem efekty kumulowały się i choć pamięć pozostała, to osobowość uległa zmianie. Ale nie to było najgorsze, straszniejsza była świadomość po co to robił - miał zginąć. Prędzej czy później, tego wymuszała jego praca, jego misja.
Doktor uśmiechnęła się widząc jego obawy, miała smukłą anielską twarzy futury, jasne proste włosy spływały na medyczny kitel. Promieniowała spokojem. Zapewne jej sylwetka została wyrzeźbiona by wywoływać spokój i zaufanie pacjentów. Medyk wskazała mu fotel zapisu.
- To nie będzie bolało. - nic nie miał poczuć, może ten drugi, ale skoro on miał zginąć to i tak było to bez znaczenia.
- Zamknij oczy i postaraj się o niczym nie myśleć. - na głowę opuścili mu hełm transmisji. Najpierw poczuł mrowienie w skroniach i ulotność myśli, nawet gdyby chciał nie byłby w stanie skupić się na żadnej z nich.
- Już. - usłyszał spoza słuchawek. Zdjęli mu okulary. W pokoju była ta sama anioł. Pojawiła się tylko nowa aparatura, której wcześniej nie było.
- Czyli jestem wolny?
- Tak, ale przez kilka dni proszę uważać na siebie, po reinstalacji mogą wystąpić anomalie.
- Reinstalacji?
- było aż śmieszne, że go to zdziwiło. Po to przyszedł. Ostatecznie lepiej, że to ten drugi.

Wypisał się z kliniki. Czuł się dziwnie, jak na szkoleniach operatorów mechów. Komenda: podnieś rękę; komenda: chwyć długopis; Wykonaj: program podpis... każdy ruch odczuwał jako coś dziejącego się poza nim. A on był demiurgiem, który wolą panował nad jej życiem, mógł zrobić cokolwiek, spełnić każdą zachciankę. Przypomniał sobie jak jeszcze w Berlinie był z córką na teatrzyku lalek. Teraz sam był panem marionetki, ciągnącym za sznurki by wprawić ją w ruch. Posmutniał myśląc o córce, Berlinie, ich domku w Poczdamie, Ziemi i wakacjach w Marsyli. Morze... ponoć teraz została tam pustynia radioaktywnych popiołów, przynajmniej wtedy gdy na Ziemi był ktoś zdolny przekazać co się tam dzieje. Przez AR wywołał swoją muzę. Obok niego zmaterializowała się kobieta w wieku może dwudziestu lat, podobna do jednej z gwiazd lat 60 poprzedniego stulecia. Ubrana była w krótką sukienkę stylizowaną na marynarski mundur pinup girl.
- Cześć kociaku, dużo straciłem?
- witaj Tygrysie, tęskniłam za tobą.
- zamruczała - Minął miesiąc od ostatniego razu. Zanim doszło do powtórzenia zdarzył się zamach przy orbitalnej windzie. Dlatego nic nie pamiętasz.
- Dobra, chyba nie chce teraz o tym słuchać.
- Czy mogę jakoś ci pomóc?
- zamruczała obejmując go.
- Chyba nie. Idź sobie. Chce być sam. - fuknęła zdenerwowana, i tak zakodował by status "foch" wyłączał się po trzech godzinach. Zadzwonił jeszcze do jednostki by zameldować, że znowu jest online, poprosił też o urlop by się zsynchronizować z morfem. A potem ruszył do domu. Lewa, prawa, lewa, prawa... idź marionetko. Miał wrażenie, że wszystkiego musi uczyć się od nowa.


Jego mieszkanie stanowił zwykły sześcian, składane łóżko, szafa wbudowana w ścianę, terminal. Wszystko mieściło się na 9 metrach. Za to jeśli chciał mógł wygenerować salony i ogród. Zupełnie jak w Poczdamie. Mógł nawet przywrócić życie rodzinie, ale wojskowy psychiatra ostrzegł go, że z stratą trzeba się pogodzić i żyć nowym życiem. Łatwo mu było mówić. On nie ryzykował śmiercią i reinstalacją. Przez kilka kilka kolejnych dni prawie nie wychodził z dziupli. Odtwarzał wspomnienia, swoje i cudze, przeważnie radosne. Nie zaglądał w MESH. Bał się. Przecież na każdym kroku mógł zginąć w zamachu, albo stać się ofiarą złodziei ID, lub zarazić się nano świństwem. Nie wierzył by tak szybka śmierć była przypadkiem, ktoś musiał go obserwować i czekał na okazje by podpiąć się do jego pamięci. Na wszelki wypadek nie otwierał kanałów MESHu. Biomasa się skończyła, ale mógł przetrzymać parę dni, póki nie będzie bezpieczny. Trzeciego uświadomił sobie, że jego paranoicznie myśli to kolejny efekt uboczny oswajania nowego ciała. Połączył się z koszarami by powiedzieć, że wraca do służby.

Koszary znajdowały się parę kilometrów poza głównym kompleksem Valles - największego miasta Na Marsie z populacją szacowaną na 37 milionów - tworzyło je kilkanaście długich tub zakopanych do połowy w ziemi, połączonych podziemnymi korytarzami. Bryła niewiele różniła się od pierwszych stacji kolonistów. Mars był obecnie największym domem ludzkości, na powierzchni i satelitach, żyło 200 milionów świadomości. W całym układzie żyło ich 500, zaledwie 5% przetrwało Upadek. Byli jeszcze bezcieleśni uchodźcy, ale ilu ich było nikt do końca nie wiedział, może sto milionów, może więcej. Garnizon liczył kilka tysięcy, dość by poradzić sobie z gangami, nomadami czy terroryzmem. Czas wielkich wojen minął. Większość zagrożeń wymagała nie wojska, a agentów wyszukujących zagrożenia zanim się pojawi. Taka była jego misja.



Gdy dotarł na miejsce w pierwszej kolejności udał się do stołówki, wziął trochę biomasy o smaku wieprzowiny w sosie pieczarkowym, ale to co dostał i tak smakowała jak soja zmieszana z celulozą. Wziąl też ogórka z szklarni. Większość jedzenia drukowano, ale w niektórych rejonach czerwonej plany terraformacja zaszła tak daleko, że możliwe stały się uprawy w szklarniach. Taka naturalna żywność smakowała jak pył, ale do licha, to był prawdziwy ogórek. Symbol nadziei i lepszego jutra. To o co walczyli.

Gdy usiadł i jadł zobaczył jak do stołówki wchodzi jeden z szeregowych z oddziału, podszedł do niego i zaczepił:
- I jak bohaterze?
- Bywało lepiej, dzięki, to że umarłem nie czyni bohatera.
- A no tak, skromny jak zawsze.
- zdawał się szydzić.
- O coś ci chodzi? Wiesz mam ostatnio kiepski tydzień.
- Ach no tak, przecież zawsze masz ważne sprawy, misje, których my zwykli śmiertelni nie zrozumiemy.
- słysząc to zaczął mieć już poważne obawy, miał nadzieje, że ten drugi idiota nie powiedział za dużo. - Tylko czemu się nimi nie zajmiesz, zamiast wpieprzać się w cudze życie? - był poważnie wkurzony.
- Posłuchaj, urwał mi się film z ostatniego miesiąca i naprawdę nie wiem o czym mówisz. Nie wiem co się wydarzyło, ale to nie byłem ja.
- Jasne, może to był Tytan.
- To nie jest zabawne.
- szeregowy wzruszył ramionami i poszedł w swoją stronę.

Gdy skończył jeść przyszła informacja, że Major chce go widzieć. Może przynajmniej dowie się czegoś, dotąd nie czuł potrzeby uaktualnienia danych, ale teraz braki zaczęły mu doskwierać. Szedł podziemnym korytarzem do kwatery głównej gdy usłyszał:
- Cześć Tygrysie, dobrze że wróciłeś. - odwrócił się, dogoniła go jedna z sanitariuszek, miała zwykłego seryjnego poda, jeszcze bardziej odosobnionego przez uniform obsługi medycznej, w lewym uchu miała wpięty jadeitowy kolczyk.
- Eee, hej. Wiesz czy Major jest u siebie.
- Pewnie tak, nie powiesz nic, jak się czujesz?
- oczy jej się śmiały, choć nie miał pojęcia o co chodzi.
- Dzięki, jest lepiej, sorry ale muszę iść.
- A no tak, powodzenia.
- zdawała się być przygnębiona. Odwrócił się
- Słuchaj czy ty i... ciągle jesteście...
- Nie, już nie. Ale to i tak nieważne. Leć.



Zapukał przez VR do biura Major, wpuściła go.
- Witaj sierżancie, dobrze że już jesteście, pamiętaj że sekcja medyczna jest przygotowana do leczenia traumy po reinstalacji. Sztab po zapoznaniu się z raportem ocenił twoje zachowanie bardzo pozytywne. W przyszłym tygodniu planują przyznać ci nawet order. Przesyłam też na twoje konto zapis wydarzeń twojej ostatniej śmierci. Jakieś pytanie. - nie było. Nieźle się zapowiadało, sprawdził swoje konto. Zauważył, że wzrosła jego wiarygodność w armii, a także - co go już bardziej zdziwiło - pozycja Irep.

Jedną z ofiar Upadku był system ekonomiczny, przynajmniej częściowo. Życie wśród gwiazd i postęp technologiczny sprawiły, że gospodarka oparta na uniwersalnym pieniądzu nie była już efektywna. Na odległych habitatach - zamieszkałych stacjach kosmicznych - zawieszonych w paśmie planetoid pieniądze były warte tyle ile materia potrzebna do ich wyprodukowania. Z plastikowych kart nie wytworzysz więcej biomasy, czy nie wybudujesz kolejnego modułu. W większych habitatach zbyt wiele towarów pierwszej potrzeby dało się wydrukować zużywając energie słoneczną i materie. Przy całym syfie niektórych stacji, nikt nie mógł mówić, że chodzi nagi i głodny. Gorzej było z strukturami złożonymi, a zwłaszcza tymi objętymi prawem autorskim. Często dostęp do usług był reglamentowany przez korporacje. W tej sytuacji wartością stały się nie tyle abstrakcyjne pieniądze, ile sama możliwość wykonania czegoś. Ceniono też unikalność, spersonalizowana zapora była trudniejsza do penetracji, unikalna sztuka była czymś rzadkim, a więc pożądanym. Kto posiadał rzadkie cechy był ceniony, kto posiadał środki i możliwości był ceniony. Kto potrafił sprawić by rzeczy się działy był ceniony. Na tym polegała nowa ekonomia.


Znalazł wygodne miejsce i odtworzył XP. Film był nagrany z pozycji Major, w lewym dolnym rogu lśniła ikonka adiutanta - jej osobistej muzy. Oglądał świat jej oczyma i przynajmniej częściowo słyszał jej myśli, czuł to co ona. Widział pustynia, Marsjańskie pustkowia z pyłu i kamieni, miejsce gdzie nie dotarła terra formacja. Myśli krążyły wokół stacji nomadów - tych mieszkańców planety, którzy nie chcieli nad sobą władzy innej niż prawda. Plan terraformacji zakładał budowę nowego kanału Shapiarelliego przez ich terytorium. Oni bronili swej ziemi. My walczymy o postęp i przyszłość planety.
- Trzecia drużyna gotowa do skoku. - wzbogacona rzeczywistość wskazywała niebieskimi znacznikami położenia skrytych za termo optycznymi kombinezonami żołnierzy.
- Idźcie. - komandosi ruszyli, jeden z nich zalśnił na niebiesko. To on, prowadził szarże, tak jak na szkoleniach. Zbliżali się do schronu. Ekran rozdzielił się by pokazać widok z sondy rozpoznawczej, wyglądało spokojnie, do czasu. Zapory schronu otworzyły się i z wnętrza popłynął deszcz kul, jeden z żołnierzy padł z przestrzeloną nogą. Reszta zdołała się ukryc za kamieniami. Jak na sygnał druga seria poleciała zza pobliskiej wydmy.
~ Wzięli nas w dwa ognia. ~ ci nomadzi wykazywali więcej taktyki niż zwykle, adiutant na dole zasalutował.
-[i] Dostałem raport z kwatery, ostrzegają nas, że nomadzi mogą posiadać nielegalne oprogramowanie bojowe, w tym również skrypt zakrzywienia obrazu i rozpoznania kamuflażu. Za przemyt prawdopodobnie odpowiedzialny jest Monolit.
- Cholera - Monolit był jedną z organizacji anarchistów, jednak stopień zorganizowania sugerował, że za rzeszą zombie mógł stać jeden z Tytanów.

Mianem TITAN określano wytworzone jeszcze na ziemi sztuczne inteligencji o zdolności uczenia i samoulepszania. Były to najpilniej strzeżone projekty wojskowe przeznaczone do symulacji i przygotowywane do potencjalnych elektronicznych wojen. Niestety na skutek wypadku kilka z nich przejęło kontrolę nad aparaturą ofensywną i rozpoczęło operacę wojenną. W reakcji łańcuchowej wszystkie programy uaktywniły się wcielając w życie najbardziej zabójcze i niszczycielskie procedury. Tak jak informacja wojna rozprzestrzeniła się po Ziemi spalając ją na radioaktywny popiół, a potem kolejne twory Tytanów sięgnęły koloni w Układzie Słonecznym. Żaden człowiek nie panował już nad buntem maszyn. A samoulepszające się programy konkurowały w generowaniu zagrożeń, zabójczych maszyn, gazów bojowych, nano wirusów zmieniających ludzi w potwory, czy też łamiąc zabezpieczenia cybermózgów zmieniając świat w wirtualny koszmar. Ludzie uciekali z płonącej planety. Porzucili ją by dopaliła się. Są ludzie, którzy wierzą, że kiedyś uda się powrócić, jednak na razie zbyt wiele demonów wojny pozostało na powierzchni. Było tam zbyt niebezpiecznie. Ludzi, którzy pozostali spotkała ostateczna śmierć. Sami Tytani ewakuowali się przez zakrzywiające przestrzeń trasmitery materii zwane Wrotami Pandory. Te same wrota prowadziły też do innych światów, które ludzkość powoli odkrywa. Jednak każdy skok to ryzyko, że trafi się do świata stworzonego przez TITANs. Same programy nie opuściły układu w pełni. Pozostawiły po sobie śmiercionośne bronie, aktywne programy, wiele z nich nadal było aktywnych i zagrażało ludzkości. Na razie cywilizacja przetrwała, ale jej los nie był pewny. Jeśli ludzkość miała żyć, musiała na to zasłużyć walką.


Pod sztandarem walki z wrogiem zbierali się ludzie i korporacje. Tak powstało Konsorcjum Planetarne, wedle myśli twórców miało jednoczyć wszystkich ocalałych ludzi w idei demokracji i wolnego rynku. Nie wszyscy jednak chcieli. Wielu mówiło, ze konsorcjum nie myśli o świadomości i transludzkości, tylko jest pacynką kierowaną przez sznurki w rękach korporacji. I tak pojawialy się inne organizacje, wokół księżyca, Wenus czy Merkurego. Część habitatów ogłaszało niezależność i nie chciało słyszeć o jakichkolwiek wspólnotach. Zewnętrzny układ był domem najdziwniejszych idei i eksperymentów społecznych. Najważniejsze było jednak Konsorcjum, to ono kusiło nowym domem na terraformowanym Marsie. Wielkie dzieło wymagało wielkich ofiar.

Widział jak ten drugi on rzuca granat pyłowy, dobra zasłona, czuł że myśli Major jeżą się, choć ostatecznie go nie zatrzymała. Ruszył w chmurę. Poleciała seria. Komunikat nad ikoną żołnierza zalśnił na czerwono, był ranny, stymulanty i nano łatały, i ratowały co się dało. Pewnie nawet nie czułby bólu, gdyby mu odstrzelili nogę mógłby biec dalej. System potwierdził wyrzucenie granatu. Wybuch. Brak sygnału. Uszkodzony rdzeń. Brak możliwości odtworzenia.
GAME OVER

Tak zginął za drugim razem, odetchnął. Poświęcenie dla grupy to rzadka cecha a przez to cenna. Poszedł jeszcze do swojej skrzynki by zabrać swoje stare rzeczy. W środku prócz broni i ubrania był też smok z polimerowego jadeitu. Pod spodem miał przybity stempel "made in new shanghai". A jednak tam pojechał. Od kilku miesięcy zbierał się by pojechać do Nowego Szanghaju, jednej z dzielnic Velles. Większość stacji rozpływała się w pstrokatej różnorodności, lub ascetycznej konwencji stacji kosmicznej. Ale Szanghaj konsekwentnie zachował stylistykę dalekiego wschodu, nawet ludzie zdawali się korzystać z tego samego skryptu zachowań. Zdawało się, że stacja miała dusze orientu. Wrzucił smoka do torby i ruszył w stronę miasta.



Jego kroki prowadziły do dolnych sektorów, miejsca w które nie zapuszczali się pracownicy korporacji, chyba że mieli bardzo egzotyczne pragnienia. Jego biomorf wyróżniał się, więcej było podów i syntetyków. Jego ciało weszło do kawiarenki.
- To znowu ty? - właściciel nie był miły, na jego metalowej twarzy próżno było szukać emocji.
- Tęskniłeś? Spokojnie, mam kredyty. Chciałem to co zawsze. - syntetyk prowadził kawiarnie z maskowanymi łączami z MESHem. Dobre miejsce, jeśli nie chciałeś by ktokolwiek wiedział gdzie surfujesz. Miał też otwarte kanały do miejsc sieci zbanowanych przez korporację. Jeśli chciałeś poznać prawdę, lokal był do niej bramą. Ponoć był też w stanie po cichu nadać czyjeś ego poza planetę. Ale z tego nigdy nie korzystał. Aż tak mu nie ufał. Przed wejściem wyłączył Muzę. Nie chciał mieć żadnych świadków. Podłączył się do sieci Eye. Czekały na niego dwie wiadomości. Nadawca nieznany.

"Dobra robota w windzie. Szkoda ciała. Może lepiej, że nie pamiętasz."

To wyjaśniało zmianę Irepu. Otworzył drugą.

"Ktoś włamał się do baz Direct Action. Wykradzione dane. Podejrzane Bojowe AGI."

To było wszystko. Zapłacił.

Jego praca miała wiele zalet, zaspokajała wiele potrzeb, prócz jednej "czy na pewno robię dobrze". Mimo inwokacji w statucie ich formacja była narzędziem w rękach Konsorcjum, niewiele się różnili od Oversightu. Myślał nawet by wystąpić i założyć własnego korpa, kilku kumpli tak zrobiło i dobrze na tym wyszło. I wtedy pojawili się agenci Firewallu.

Ludzkość przetrwała Upadek, zdziesiątkowana, ale trwała. Ale ciągle czekało wiele niebezpieczeństw. Część była wynikiem działań TITANs, ale znacznie więcej ludzkość tworzyła sama. Dlatego istniał Firewall, sojusz dawnych wywiadów zjednoczony by mimo nowej sytuacji nadal chronić ludzkość przed zagładą. Ostatnia bariera między transhumanizmem i zagładą. Jeśli za coś warto było ginąć, to dla przyszłości. W to wierzył. Dlatego był w Firewallu.

Szedł w stronę swojego sześcianu, będzie musiał zająć się włamaniem, można by pomyśleć, że nauczona doświadczeniami ludzkość powinna zrezygnować z igrania z bojowymi inteligencjami samoudoskonalającymi. Ale na rozsądek korpów nie można było liczyć. Wysłał Muzę by wyszukała mu parę rzeczy w MESHu, a sam szedł i nie myśląc o niczym nucił:
Your body is a shell.
Change it.
Your mind is a software.
Program it.
Death is a desease.
Cure it.
Extinciotn is approaching.
Fight it.


 

Ostatnio edytowane przez behemot : 23-09-2010 o 20:54. Powód: crush LI
behemot jest offline  
Stary 05-12-2010, 20:28   #2
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 850 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu

Ziemia, planeta ludzi, trwała jak pomnik wyrzutów sumienia, przestroga dla współczesnych czym jest druga twarz postępu. Minęło dziesięć lat odkąd opuścili to co wielu nazywało domem, przez ten czas nie podejmowano prób powrotu, obawa przed tym co mogło czekać na zniszczonej wojną planecie była tak silna. Zamiast tego na orbicie rozciągnięto żelazny płaszcz instalacji bojowych, gotowych zestrzelić wszystko co zechce opuścić planetę. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Planeta była martwa i jedyny ruch w atmosferze tworzyły kłębiące się chmury radioaktywnego pyłu niesionych huraganem.

Dr Michi Gakusha obserwował przez iluminator manewry stacji i oddalającą się kulę Ziemi, z każdym dniem coraz ogleglejszą. Znajdował się na pokładzie orbitalnego wahadłowca na kursie z Erato do Mitre. Gros podróżnych stanowiły pracownicy hiperkorporacji korzystających z liberalnego podejścia do bezpieczeństwa technologicznego na Mitrze. Większość z nich od początku lotu zapadła w własne wirtualne biura, gdy morfy leciały na habitat Agronautów Ego prowadziły interesy.
- Szanowni Podróżnicy, jest godzina 20:00 GMT, lot #815 linii Commet Extpress. lot potrwa dwie standardowe godziny. Życzymy miłej podróży. - zapowiedziało stewardo w androgenicznym syntmorfie.

Naukowiec przyjrzał się swojemu sąsiadowi, o dziwo był to jedyny nie licząc stewardes syntetyk na pokładzie, blaszany korpus wyrzeźbiony z prostych walcowatych brył. Jego czujniki wodziły po wszystkim dookoła, a mechaniczne palce przebierały nerwowo po poręczy. Wychwytując spojrzenie Azjaty zaczął się usprawiedliwiać:
- Przepraszam jeszcze nigdy nie latałem, znaczy nie wahadłowcem, tylko awionetką, taką małą. - obmierzył manipulatorami wielkość, jego syntezator był starszej generacji, ale bioinżynier po samym sposobie mówienia wyobrażał sobie 40-letniego mężczyznę, z małego miasteczka, z kochającą rodziną i niewielką nadwagą, zapewne pracującego na budowie lub w transporcie.
- Nic się nie stało. - uspokoił blaszaka.
Sam postanowił pójść w ślady innych i zaktualizować informację o najważniejszych wydarzeniach wokół Luny. Najpierw jednak chciał odświeżyć zapis materiałów, które były przyczyną jego podróży.



Kilka dni wcześniej na jego adres przyszła kolejna fala od Whitenoisea, jak zwykle zakodowana w spamie w rodzaju "powiększ swego morfa" czy ofercie profilowanych skryptów motywacyjnych.
Przywołał Żurawia i polecił mu monitorować bieżące bodźce, Muza śpiewnie potwierdziła polecenie i odleciała do wiersza procesów w toku. Sam zaś Japończyk uruchomił Pagodę i zaczął przeglądać materiały przesłane przez Szumowinę.

Pierwsze nagranie pochodziło z sterylnego Hexagonu, habitatu podobnego do Mitry, jednak o ile stacja docelowa lotu 815 znana była z postępowych idei, o tyle Hexagon trzymał się paranoicznie starych reguł, a był to żelazny uścisk korporacji Direct Action. Zapis stanowił strumień z kamer robota strażniczego patrolującego stację militarystów. Obraz wyśrodkował się na wyjściu z centrum DirectAction, przez strzeżoną bramę wychodził obywatel, sądząc po sylwetce morf furii. Obserwowany zamówił automatyczną taksówkę i wsiadł do niej. Przeskok kamer, tym razem z obiektywu poda sprzątającego. Znowu taksówka, zatrzymuje się wokół centralnej alei, a ze środka wychodzi wysoka kobieta o białych włosach, ubrana w płaszcz i kapelusz, zapewne modne w którejś części układu. Kobieta wtapia się w tłum, a robot koncentruje wizje na kupce śmieci. Koniec zapisu.

Wiadomość zapisana była w kodzie innego filmu, reklamówki DA skryptu sztuk walki, przyjemny głos z radością zachwalał produkt: "I ty możesz zostać wojownikiem Kung Fu już dziś, zadziw znajomych i sojuszników z MMO kata z pakietu Hektor 3..." w tle sylwetki ubranych w kimona ninja pozorowali walkę, jeden z modeli uniknął ciosu zbijając pięść, chwytając nadgarstek i uderzeniem barku wyłamując staw łokciowy przeciwnika. Reklamy stawały się coraz brutalniejsze ostatnimi czasy.

Druga wiadomość nie pochodziła z Białego Szumu, tylko była zaproszeniem na stację od prof Wilhelm Higginsa , naukowiec wyrażał chęć przedyskutowania rozwoju morfokreacji, wspominał też o konferencji na temat trendów. Muza Gakusha wyszperała dla niego ostatni artykuł zapraszającego o tytule "Wpływ Formy na treść". Streszczenie objaśniało:

Przez wieki człowiek kierowany był nie tylko własną myślą, ale i niezależną reakcją organizmu, często wynikającą nie z oceny sytuacji ile z zakodowanych, jeszcze w epoce przed cywilizacyjnej, odruchów. To co poeci nazywali miłością czy lękiem, miało też swoje odbicie w nadmiarze kortyzolu czy oksytocyny we krwi.
Dziś w epoce programowanych i sterowalnych w każdym aspekcie morfów wydawać by się mogło, że dusza jest niezależna od ciała. Przedstawione przeze mnie badania, ukazują, że morf jest nie tylko odbiciem stylu nosiciela, ale może też kształtować świadomość...


Od chwili gdy rozpoczęto eksperymenty z transmisją ego i rzeźbieniem ciała, powracały głosy i obawy o tym jak wpłynie to na osobowość, rzadko pojawiały się nowe myśli, choć z każdym rokiem danych było coraz więcej.

Ostatnim fragmentem przesyłki od spamera była informacja o jego partnerce w tej misji...


Ana Simone uruchomiła deck i oparła się na miękkim fotel, nawet jeśli hack miał trwać minutę, to mogła dbać o wygodę, i bezpieczeństwo. Zlecenie było dość standardowe, włamać się do bazy Somateku, skopiować dane dla niezdecydowanego klienta, zatrzeć ślady, rozpłynąć się w MESHu. Nawet jeśli kiedyś wytropią sygnał to trafią do anonimowej kapsuły w podziemiach Erato. Najgorsze było to, że to zwykłe zlecenia były najbardziej wrażliwe na niespodziewane wypadki, ale czego się nie robi dla... znajomych. Tak to słowo było i tak zbyt dobre dla Mobiego.

Zaczęło się w kantynie, jednej z tych wypełnionych dymem inhalatorów z przekrojem używek, a klientele stanowili podejrzane typy, czy roznegliżowane furries negocjowalnego afektu patrzące spode łba na niepasującą do otoczenie kobietę. Moby na wiele spraw miał bardzo konserwatywne podejście, w tym również na to jak powinien wyglądać porządny gangster. Do spotkania doszło w wydzielonym pomieszczeniu zapewniającym minimum prywatności, centralne miejsce zajmował holoprojektor emitujący szarą i pooraną szramami powierzchnie księżyca. Gdy drzwi za gościem zasunęły się, przez księżyc przeszła pozioma szpara rozszerzając się w fiszbinowy uśmiech.
- Witaj Ano, dobrze cię widzieć w jednym kawałku. - obraz z projekcji zatańczył przesuwając się po zmarszczonej powierzchni wyżej ukazując czarne jak kosmos ślepie. - Mam nadzieje, że tubylcy nie dali ci się we znaki, niestety tak niewiele jest bezpiecznych połączeń, ale sama o tym chyba wiesz. Aby ci to wynagrodzić mogę podarować odrobinę niewiedzy.
- Nie sądze bym tego potrzebowała.
- Ależ nie dla Ciebie moje dziecko, jak wiesz zawsze dostarczam brak informacji tym, którzy go najbardziej potrzebują, przynajmniej według mnie.
- ponownie zaprezentował rząd fiszbinów, a plamy na jego skórze zamigotały co syntezator mowy rozszyfrował jako rechot. - Dla Juana Cortesa, przeskanuj później, zapewniam że będzie to fascynująca lektura, na razie niech starczy, że ten Joviański podróżnik myszkował za tobą na poziomach Lucyfera, troszkę nie trafił, ale dajmy mu szansę, albo i nie... Jeśli chcesz mogę podrzucić mu parę informacji, takich które wyślą go z powrotem poza Kuipera.
- A w zamian?
- Więcej wiary w ludzi.
- zaprzeczył pomijając fakt, że on i ludzkość dość dawno się nie widzieli - Znaj moje ciepłe serce. Ale rzeczywiście możesz coś zrobić dla staruszka. Słyszałem, że Somatek pracuje nad nowym modelem zmiennokształtnych morfów, gdybyś była tak miła i przekonała ich by wypuścili dla mnie limitowaną wersję byłbym najszczęśliwszym żeglarzem w tej części układu.
- Masz dość swojej skorupy?
- Co? Porzucić takie boskie ciało?
- kamera oddaliła obraz ukazując Suryae w całej okazałości wraz z rozpostartymi płetwami słonecznych żagli. - Nigdy! - minęła chwila nim czarne plamy uspokoiły swój rytm.
- Niestety nie wszyscy moi pracownicy są tacy piękni i im przydała by się częsta zmiana. Jeszcze pomyślę jak ci się odwdzięczę albo sama coś podsuniesz. To kiedy mam spodziewać się bożonarodzeniowej przesyłki?


Zbliżała się w pół do dziewiątej, za minutę będzie już po wszystkim. Ana zanurzyła sie w MESHU surfując od razu do architektury bazy danych Somateku. Wślizgnąć się w szczeliny LODu, podszyć się pod autoryzowany proces, skopiować swoje bez wzbudzania alarmu i zniknąć bez śladów w logach. Wszystko szło zgodnie z planem do czasu gdy odnalazłszy pożądany projekt program monitorujący powiadomił o nowym użytkowniku. Wysłała cichą sondę by sekundę później dostać informację - Nazwa: Nieznany, Wersja: Nieznany; Uprawnienia: Nieznane... użytkownik widmo. Mniej więcej w tym samym czasie o jej zapory rozbiła się sonda drugiego intruza, to dało już więcej informacji. Miała podstawy by sądzić, że drugi jest noobem. Kto inny w tych czasach mógł używać przestarzałego oprogramowania jak SeeYa czy Bloodhound. Podejrzała jego ikonę - Czarny Łabędź - słoń w składzie porcelany byłby bardziej na miejscu. Co nie zmieniało faktu, że miała problem i musiała się spieszyć...

***

Tymczasem na wahadłowcu minęło pół godziny lotu, które Gakush poświęcił głównie na przeglądanie danych. Z zacisza pogody wywołał go metalowy sąsiad, który domagał sie by wypuścić go na korytarzy.
- Przepraszam muszę do toalety. - wyjaśnił, choć nie brzmiało to przekonywająco. Synthmorf klekocząc dreptał w stronę kokpitu, na końcu korytarza zatrzymało go steward.
- Przepraszam Pana, Panią, ale tam nie można wchodzić.
- Ale ja tylko na chwilę.
- zabrzęczał robot i chwycił je za głowę przekręcając gwałtownie, przerywając połączenia rdzenia. Ciało maszyny opadło na podłogę strzelając snopem iskier. Pasażerowie zamilkli na ten widok i siedzieli jak zahipnotyzowani z wzrokiem wlepionym przed siebie, nie ze strachu, lecz w pośpiesznej synchronizacji danych z zewnętrznym serwerem. Tymczasem pozostałe stewardy aktywowały tryb ochrony i ruszyły na agresywnego robota, jedno z nich wyprowadziło cios paralizatorem. Pasażer jednak uniknął ciosu zbijając pięść, chwytając nadgarstek i uderzeniem barku wyłamując staw łokciowy przeciwnika. Ten nadal próbował walczyć, ale blaszak wyprzedzał każdy jego ruch o pół kroku. W końcu odrzucił mechanicznego ochroniarza i zatrzasnął się w kokpicie pilota. Rozległ się gwizd interkomu. Terrorysta mówił wolno, nie spieszył się, głos miał wyprany z uczuć, gdyż jego skorupa nie mogła ich przekazać, to co czuł w tej chwili pozostawało w sferze domysłów.

Pasażerowie lotu 815, nazywam się Jack Ash, przez trzydzieści lat byłem kierowcą w Alphaville. Przez kolejne dziesięć byłem nikim. Błędem w systemie poza marginesem waszej uwagi. Za chwile wszyscy umrzemy, wy odrodzicie się w nowych ciałach, ja nie. Wsłuchajcie się więc w moje słowa, bo to ostatnia rzecz, którą usłyszycie w tym życiu...

 

Ostatnio edytowane przez behemot : 06-12-2010 o 00:53. Powód: Nie ważny powód, ważny jest skutek.
behemot jest offline  
Stary 23-12-2010, 12:16   #3
 
Miriander's Avatar
 
Reputacja: 241 Miriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie coś

Wnętrze wahadłowca, 2.48 sekundy po zamknięciu drzwi kabiny pilotów

- ...Pasażerowie lotu 815, nazywam się... -
~なしなし なし!~ pomyślał rozpaczliwie azjata, lecz nie dlatego, że fakty dochodziły do niego powoli - wręcz przeciwnie:
Żuraw momentalnie, niepytany, wydziobywał informacje z rzeki danych płynących od ubezpieczyciela, wyrzucając miriadę różnego rodzaju ikon z tekstem i zapytań połączeń na wizję. Poddenerwowany pasażer przerzucił skinięciem szóstego palca całość na ukrytą warstwę tła, HUD AR okroił prawie zupełnie, tak, że teraz mógł doświadczyć strasznego uczucia ciszy, które wdzierało się do jego fonii po wyłączeniu appletu z głosem Morriseya.

/*Zapomniał jednak wyłączyć forum dyskusyjnego, zaraz ktoś zlinkował nazwę kanału "Crisis on the flight 815", Żuraw momentalnie połączył. Masa Marsjan, ale zamiast mandaryńskiego słychać było wszędzie cholernych jankesów i ich anglosaskie, kulawe abrewiacje:
Kod:
Connecting...
Conversation on the channel "Crisis on the flight 815" started
Topic of the channel: dicks | more dicks
Gman	        Wat?
-> cttc joins Crisis on the flight 815 channel
Dorian_Gray	Huh?
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE 
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE
halp            Passgnr here, halp! sit #23, PM me! 
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE 
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE 
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE
halp            Passgnr here, halp! sit #23, PM me! 
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE
lolidunno       @halp Vision plz
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE 
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE 
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE 
somesortoffag   CRISIS EVERYWERE CRISIS EVERYWERE  CRISIS EVERYWERE
*/
Ukrył zaraz to cholerstwo, ale całość napełniła go strachem.
~Zaczęło się~ . Objerzał się szybko w bok, na siedzenie numer 23. Mężczyzna, 181 cm, 78 kg, 21lat±3, fenotyp kaukaski. Mocno zanurkował w AR, podobnie jak i pasażerowie siedzący przed i za nim. Potencjalne niebezpieczeństwo. Potencjalny sprzymierzeniec. Przyszłe chwile pokażą.
Michi oparł się mocniej o swoje siedzenie.

Wnętrze wahadłowca, 4.17 sekundy po zamknięciu drzwi kabiny pilotów

-...kolejne dziesięć byłem nikim. Błędem w system-
~探す~ wypowiedział krótko w AR do Muzy, podając jej tagi: Hektor 3 reklama pic opinie hack błąd
Sam dał jeszcze swoim myślom kilka chwil.

~Lunatyk->zmanipulowany: tak | nie. Jeśli tak, to chodzi o pozyskanie rdzenia pamięci któregoś z pasażerów. Mniejsza jednostka albo już czeka w przestrzeni, albo na powierzchni Luny. Ja? Może, ale nie napędzajmy paranoi.
Może chodzić o któregoś z biznesmenów. Lecz czemu akurat ten czas i miejsce? Może chodzi o mnie. O ujawnienie się, jeśli zacznę działać. Pasażer #23 może zacząć reagować w przeciągu kolejnych minut, tak samo stewardzi. Ufać, ufać im. Ale jeśli nie zdążą lub nie poradzą sobie - śmierć. Śmierć. Dobrze, gotowy jestem na to poświęcenie, to nic, to nic, mój ubezpieczyciel...~


Podniósł dłoń do czoła. Odstawił, spojrzał - wilgoć na rękawiczce. Racjonalne.
Denerwował się. Każdy żywy organizm zacząłby się denerwować w takiej sytuacji, to normalne. To normalne, że nie może pogodzić się z myślą o własnej śmierci. Przymknął oczy. Odetchnął głęboko, niewidzialne głośniki dalej wydawały z siebie monotonny wyrok.

~Przyzwyczaj sie do tej myśli. No, oddychaj. W porządku, to tylko wariat, czasami tak się zdarza, wiesz, że to, co on robi, jest zupełnie bez sensu. Nic tym nie osiągnie. W przeciwieństwie do Twojego milczenia. Ma ono sens. Ma sens, Michi. To najlepsza forma sprzeciwu. Dawaj, wiesz, że tak, jest, połącz się z powrotem z pagodą, wyłącz sensorykę.
Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej. Dalej.

Nie, nie mogę umrzeć. Nie chcę umrzeć. なし! なし! なし! なしなしなし!
~

Kod:
Wdech   -           wydech 
Wdech   -         wydech 
Wdech   -       wydech
Wdech   -     wydech
Wdech   -   wydech
Wdech   -     wydech
Wdech   -       wydech
Wdech   -       wydech
Wdech   -       wydech
Wdech   -       wydech
-bo to ostatnia rzecz, którą usłyszycie w tym życiu...- zapadł syntetyczny wyrok.

Wnętrze wahadłowca, 9.31 sekundy po zamknięciu drzwi kabiny pilotów

~Koniec. To było do zaakceptowania. W porządku, był na to gotowy: ciałem i umysłem. W końcu, to tylko nic nieznaczące wspomnienia, pewnie i tak chciałbyś zapomnieć o tym locie. Będziesz się mniej stresował bez nich. To logiczne, dzięki temu myśleniu przetrwałeś tak długo...takich decyzji oczekuje się od rozsądnego człowieka. Od mądrego mężczyzny. Człowieka nauki. Światłego człowieka. Poważnego mieszkańca poważnego habitatu.~
- 馬鹿! - zadźwięczał w jego uszach skrzekliwy, kobiecy głos.
W strachu ledwie udało mu się zdusić własny krzyk. Obrócił się w stronę głosu, tam, za siebie. Spojrzenia skrzyżowały się. Czarne jeziora niewidzących oczu fenomulatki odbijały jego własną, pełną przerażenia twarz. Kobieta była całkowicie pogrążona w AR. Powiódł spojrzeniem dookoła. Nikt nie zareagował. Nikt nic nie usłyszał. Jeden ze stewardów nachylał się nad leżącą na podłodze skorupą, drugi rozsyłał wiadomość ze swojego syntezatora:
- Proszę pozostać na swoich miejscach, obsługa linii zajmuje się problemem. Prosimy o cierpliwość -
Usiadł więc bezwiednie z powrotem na fotelu. Atak paniki.
Jego pierś falowała, był blady, pomimo "oddychającej" koszuli czuł nieprzyjemny zapach potu na całym swoim ciele. Żuraw, łypiąc podejrzliwie swoim żółtym, zwężonym ślepiem, informował o abnormalnym stanie bicia serca i przebijał się z ostatnimi formalnościami od ubezpieczyciela na warstwę główną HUDu. Michi czekał. Żuraw dziobnął go w palca, zaszczypało leciutko. Ślepie łypie groźnie.

Wnętrze wahadłowca, 14.52 sekundy po zamknięciu drzwi kabiny pilotów

Doktor wstał z miejsca, wymijając ptaszysko które strosząc pióra popędziło za nim.
Steward który nadawał komunikat wyszedł krok do przodu, wyciągając swoje robotyczne ramię, by przeprosić pasażera i uprosić o powrót na wyznaczone miejsce, ale zatrzymał się zaraz spoglądając pod swoje nogi na dziką wizualizację Żurawia, który teraz podniósł swoje skrzydło w sposób naśladujący znak stopu. Na jego białym wnętrzu była wypisana sygnatura informująca o ukończonych szkoleniach psychologicznych dr Michiego Garkushy.

- Jack? Jack?! - spytał z głośnym akcentem Garkusha. Pytanie po części pewnie padło w eter, kabina pilota powinna być wyciszona. Jego plan jednak nie opierał się na negocjacjach z nieszczęsnym terrorystą. Postanowił zaindukować sterowalne zachowania emergentne*. Przykucnął, podnosząc czarną obudowę paralizatora. Niebieski łuk elektryczny rozświetlił na moment jego twarz, gdy sprawdzał szybkim ruchem dłoni jego działanie.
Miło, od razu poczuł się jak w jakimś XP akcji. Teraz czas na #23. Powinien za sekundę zebrać się w sobie, ruszyć z całym ekranem swojego AR wypełnionym bzdetnymi i mniej bzdetnymi informacjami od anonimowych kibiców w stylu "budowa drzwi kabiny pilota wahadłowca typu TD-37" lub "jak obezwładnić maniaka". Powinien...lub nie. Czas zawierzyć trochę ludziom w Meshu. Czas wypromować bohatera. ~Numerze 23 - rusz się. No, już. Już. Już!~
Jednak dalej panowała w kokpicie cisza. Pomylił się? Znów powrót strachu, takiego obezwładniającego, ściskającego żołądek, wyciskającego przerażenie z człowieka.
- Ja...Jack?! JACK? Słyszysz mnie?! Ja-


- On Cię nie słyszy. Ściany kabiny są dźwiękoszczelne - przerwał mu donośny głos mężczyny. ~Nr 23. ありがたい, już się bałem, że nigdy się nie ruszy.~
- Spróbujmy przez interkom. Jack? Słyszysz mnie? - powiedział pewnie, jednocześnie współdzieląc klucz do wejścia na głośnik. Michi zmierzył go wzrokiem. Zaabsorbował się, nałożył sobie nawet modulację głosu, by pewnie lepiej wypaść przed zgromadzonymi transludźmi. ~Nieźle~. Azjata podał przez Żurawia wizytówkę zawierającą zaproszenie do prywatnej rozmowy na łączu bezprzewodowym, a ten przekazał ją...Muzie w formie sukkuba.
Doktor aż odruchowo przymknął na chwilę oczy, gdy demonica przeszła obok niego, machając figlarnie spiczastym ogonem i spalając się wraz z krwawiącym liścikiem w morzu ognistych płatków. ~Nieźle. Naprawdę nieźle.~

- Tak, słyszę Cię dobrze i wyraźnie...Samuelu. - odpowiedział wyzuty z emocji głos Jacka. Czyli #23 musiał również wysłać swoją wizytówkę terroryście. I ma na imię Samuel. Zanotowane.
- Mów mi Sam. - odważnie zadeklarował nr 23.
- ... - w trakcie pauzy, Garkusha wysłał Samowi wiadomość "Mów dalej. Powoli przełamuj lody"
- Słuchaj, erm, Jack, jesteś z Alphaville, right? To koło Phoenix, right? Byłeś tam kiedyś, right? Wiesz, ja jestem z Phoenix, na skrzyżowaniu 95th Lane z takim okrągłym budynkiem...chyba nazywał się "Shrubbery" Agricultural Center, right? No, to tam mieszkałem i... -
I nie odpowiadał na rozpaczliwe PW wysyłane przez Michiego. ~O co chodzi? Przecież to nie tak miała iść ta rozmowa, ten chłopak produkuje się, ale sposób "na luzaka" powinien zatrzymać sobie na później, najpierw trzeba było pozwolić synthowi gadać, stawiać żądania...a teraz jego modulator nawet nie współigra z tonem, jaki chciał nadać wypowiedzi! Katastrofa, katastrofa. I jeszcze do tego wyłącza się na PW. Cholera. Oby Ash nie zorientował się za szybko, że Samuel jest tak naprawdę Australiczyjkiem...~
- Tak...to było przy Cinema City?
- Right, right!
- To pamiętam. - zaklekotało w głośnikach. Musiał przemieścić któreś ze swoich złącz za pomocą swoich przestarzałych serwomotorów.
- To my się znamy! Jesteśmy ziomkami, a rodacy potrafią się ze sobą dogadać, right? Widzisz, tutaj są ludzie, którzy niepokoją się, o co wogóle chodzi. Masz tutaj loga, widzisz, Ci goście nie rozum-

Tego było za wiele. Samuel wysłał, jeśli nie wszystkie, to przynajmniej część PW Garkushy do blaszaka, azjata z niedowierzaniem mógł jeszcze zaobserwować długi zwój pergaminu, rozkołysane biodra sukkuba...i zaraz zniknęły one za ścianą.
Japończyk zemdlały oparł się o ścianę
~To koniec~ przeszło mu przez myśl. Zrezygnowany, podniósł wzrok, w porę, by doczekać się solidnego dziabnięcia dziobem w nos i zostania zalanym wizją dwudziestu ikon, z czego 10 odwoływało się do strony, podstron i ich źródeł terminala dla gości przygotowanego przez linię kursu, a pozostałe 10 do możliwych rozwiązań napędu otwierania i zamykania drzwi. ~Hackowanie? Ale...~

- ...
- Jaack? - tym razem to przyszły 'hero' został sprowadzony do figur pytających.
- Chwila, przetwarzam tekst - zgasił jego pytanie syntetyczny terrorysta.
- Ok, nie gorączkuj się, mamy masę czasu - porozumiewawcze stwierdzenie ze strony Sama i jednocześnie pytanie/rozkaz na posłany na PW do Garkushy - Daj mi to - ze wskazaniem na przedmiot leżący na kolanach mężczyzny. Azjata bez słowa podał mu paralizator, nawiązując na 0.7 sekundy kontakt wzrokowy z obiektem nr 23. Wyrażenie docelowe: "Mam nadzieję, że wiesz co robisz". Potem ucieczka wzrokiem w dół i w kąt pomieszczenia. Popychamy dalej jego Ego.
W kącie czekała już Muza, układając bloczki programu w bardziej przyjazną formę, rozprostowywując nici połączeń i kolorując je, by lepiej podświetlić relacje między poszczególnymi jego częściami. Michi przesunął całość w bok i rozpoczął nowe okno, rozbudowywując program. Syntetyk zaczął gadać, dobry znak.
- Nie zdajesz sobie sprawy z tego, co przeszedłem, Sam. Nikt z was nie zdaje sobie z tego sprawy. Wszyscy zginęli. Wszyscy. Przeżyli tylko Ci, co mieli pieniądze. Rewolucja przemysłowa oraz jej konsekwencje okazały się katastrofą dla rodzaju ludzkiego. Znacznie zwiększyły średnią długość życia tych z nas, żyjących w krajach “rozwiniętych”, lecz zdestabilizowały społeczeństwo, uczyniły życie niespełnionym, podporządkowały ludzi nieudogodnieniom, doprowadziły do cierpienia na płaszczyźnie psychologicznej (w krajach Trzeciego Świata również i fizycznej) oraz naraziły naturalny świat na poważne szkody. ZNISZCZYŁY nasz świat. A znajdujemy się teraz w rzeczywistości po największym katakliźmie, jaki dane było widzieć ludzkości. Katastrofie, którą WY, lewacy, sprowadziliście na ten świat! - tutaj jego głos podniósł się wyraźnie - Z pewnością technologia podporządkuje ludzi jeszcze większym nieudogodnieniom i narazi naturalny świat na jeszcze większe szkody, prawdopodobnie doprowadzi do większego rozłamu społecznego i psychologicznego cierpienia! Czy wiesz, jak to jest nie spać, ale zamiast tego przechodzić w moduł stand-by? Wiesz, jak to jest nie widzieć światła przez miesiące, tkwiąc w jednym miejscu, jedynie co trzy dni przesuwając się ledwie o pół metra, tyle, ile jest potrzebne, by żłobić dalej ciemny korytarz? Nie ruszać swym ciałem, by oszczędzać baterię, bo jeśli tam, na dole, wyłączysz się, nikt Cię nie odnajdzie, nikt nie będzie wiedział, że istniałeś, że żyłeś, że mogłeś kochać, że byłeś człowiekiem...człowiekiem! Wy, lewackie, obrzydliwe świnie [niezrozumiałe dla młodzieży nawiązanie do czasów przed Upadkiem - przyp. レーン], które przez lata wydzierałyście z nas pieniądze, a teraz pławicie się w luksusie tyranii, którą budowaliście przez dziesięciolecia, wy wieprze, pozbawiliście mnie rodziny, kraju, wiary i ciała! Zrobiliście ze mnie klekoczącą, starą skorupę, na szyderstwo i kpinę, by zadowolić wasze okrutne poczucie humoru! By zadowolić się moim poniżeniem, moją nicością, by zrobić ze mnie niewolnika waszych żądz, wy nie-ludzie, potwory nie znające już żadnych wartości! Lewacy wydają się nienawidzić wszystkiego, co...

~Kompilacja zakończona, オーク ~ zakomunikował cesarski ptak.
~Monitoruj ruch w Meshu, sprawdź, czy ktoś nie łączy się po zewnętrznym z kabiną~ krótkim poleceniem nastawił tryb pracy SI. Sprawdził czas.

Wnętrze wahadłowca, 1 minuta 44.27 sekundy po zamknięciu drzwi kabiny pilotów

Pasażerowie siedzą na swoich miejscach, pogrążeni w Meshu głębiej niż w swych snach. Jack wygłasza dalej przez interkom swój wyrzut zwrócony ku światu po Upadku. Samuel przygotowywuje się do swojej roli bohatera, błyskając co chwila paralizatorem, wsłuchując się w głos Jacka. A ja?
Czekam. Bojąc się śmierci.
 

Ostatnio edytowane przez Miriander : 23-12-2010 o 22:09. Powód: kosmetyczne poprawki w dialogach, większa korekta po przeczytaniu porad Milly...i pewnie po świętach
Miriander jest offline  
Stary 29-12-2010, 11:16   #4
 
Lirymoor's Avatar
 
Reputacja: 26 Lirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodze
Ana Wypadła z kantyny żwawym, gniewnym krokiem niemal taranując jakiegoś roznegliżowanego bywalca.~ Przeklęte furies, jak patrzysz takiej na goły tyłek źle, jak nie patrzysz jeszcze gorzej. Przykręciłyby sobie noradrenalinę zamiast łypać czerwonymi oczami na wszystko w okolicy. Pomyślała. ~
W pół biegu wpadła w tłum zmierzających gdzieś w sobie tylko znanych sprawach dusz.
- Kaszalot – syknęła pod nosem, pokasłując. Morf wciąż źle znosił domieszki w powietrzu, był zbyt nowy i dziewczynie przyszło na myśl, że chyba powinna go bardziej zszargać. Jego poprzedni właściciel chyba za dużo siedział w MESH-u, zaniedbując rozkosze jakie zapewnia sprawne ciało. Wciąż w duchu dziwiła się, że ktoś zamienił prawie fabrycznego mentona na jej poprzedniego zdezelowanego exalta. Z drugiej strony jeśli musisz się szybko dostać z Oktavii na Oberona trudno znaleźć skuteczniejszy sposób. Cóż jego strata jej zysk.
Wmieszana w tłum zajętych czymś ciał wpadła w MESH szukając planów stacji. Wystarczyło kilka setnych sekundy żeby cała wiedz jakiej potrzebowała przeskoczyła przez zwoje morfa.
- Rój! – syknęła pod nosem.



Zawsze pojawiał sie szybko. Chmara złocistych światełek obsiadła ją jak spam skrzynkę e-mailową na oficjalnym portalu. Większe i mniejsze światełka o plastycznych, kształtach śmigały tuż przy policzkach, prosto przed rozszerzonymi źrenicami morfa. Zawsze musiał jej to robić, tak jakby celowo chciał żeby na coś wpadła.
- Jesteśmy – zsynchronizowany szept dobiegał ze wszystkich stron na raz.
- Czyść sześcian, przenosimy się – poleciła sucho.
Światełka zamigotały wpierw na czerwono, chwilę potem na niebiesko.
- Kłopoty? – zaszczebiotał głosik gdzieś z tyłu.
- Po prostu rób co mówię – prychnęła. Chyba nie sądzili, że będzie się im zwierzała na środku korytarza.
- Filtry na emocjach dalej nieszczelne? – westchnienie dobiegło jednocześnie z przodu i po lewej. – Nie dobrze, za długo dostrajasz się do tego morfa.
- Poważnie? Ależ z ciebie genialny behawiorysta – prychnęła przez zaciśnięte zęby kierując sie do jednej z wind. – Do roboty. Już!
~Zanim dobiorę ci sie do kodu~ Dodała w myśli. Kto jak kto, ale Rój powinien był wiedzieć kiedy można pożartować a kiedy się z nią nie dyskutuje. Żeby tylko wiedziała który z tych przeklętych modułów odpowiedzialny jest za to, jak bezczelna i przemądrzała zrobiła sie ostatnio jej muza.
Światełka zamrugały na czerwono racząc ją nanosekundami urażonego milczenia.
- Gdzie się przenosimy? – podjęły po chwili.
- Jeszcze nie wiem. Coś się znajdzie
Zawsze się znajdowało.
Okazji nigdy nie brakowało w życiu. Trzeba było tylko uważnie patrzeć i przesadnie nie wybrzydzać. Już dawno temu przekonała się, ze jednym sposobem że zachować swoje plany w tajemnicy jest nie mieć ich w ogóle. Dryfować w słonecznym wietrze jak ta przebrzydła, spasiona szuja, która bezczelnie sobie z nią pogrywała. Zniknąć w szumie danych, stać się niczym innym jak kolejną zmienną.
Ana zawsze lubiła stacje kosmiczne. Mała przestrzeń, dużo ludzi, tłok w MESH-u. Chaos życia we własnej osobie. Dane, informacje pędzące wokoło. Bo czym innym teraz byli jak duchami zatopionym w przypadkowym ciągu zdarzeń losowych? Nigdy tak naprawdę nie byli niczym więcej jak informacją. Tylko nośnik się zmieniał z kodu genetycznego przechodząc w ten binarny.
I Mobby o tym wiedział. Rozumiał ta odwieczną zależność i handlował nią nadzwyczaj zręcznie. I czy to się Anie podobało czy nie znów trzymał w swoich płetwach jej życie.
Tak jak przed laty kiedy musiała szybko opuścić sieć, zniknąć w chaosie powstającej z kolan ludzkości. W tych dniach każda nanosekunda sie liczyła bo musiał zacząć zacierać ślady już, zanim przez niebotyczne rozmiary tragedii zaczną przebijać się odrobinę praktyczniejsze sprawy ocalałych ludzi.
To on w tamtych dniach pochwycił ją i przebudził do nowego życia. Kupił ten kod, którym była. I tylko dlatego nie miał jeszcze rozbitego lodu i gniazda elektronicznych robali w tym swoim pękatym, bujającym w komisie łbie.



Ochłonęła dopiero po trzech godzinach bezcelowej, chaotycznej jazdy każda możliwą windą jaka tylko się natrafiła. Pięć razy modyfikowała swoje ubranie, zagłębiała się w każdym napotkanym tłumie. Chciała poczuć stację, przeciążenia metalu, rytm korytarzy, pulsowanie elektroniki, śpiew MESH-u.
Dopiero wtedy odetchnęła głęboko i dostroiła zdewastowane filtry emocjonalne.
Oparta plecami o stalowy korytarz na jednym z niższych poziomów stacji zdawała się nie marzyć o złączeniu swojej formy ze skorodowanym metalem i zniknięciu. Usiłowała głębokim oddechem uspokoić parametry życiowe morfa. Rój miał rację, za wolno wskakiwała w nową rolę. To nie dobrze. Błyskawiczne przystosowywanie się było konieczne do przetrwania już od czasów kiedy pierwsza zapluta ameba wygrzebała się z wody.
Zwłaszcza jeśli faktycznie miała jakiś ogon.
To nie był dobry moment na kłopoty. Uśmiechnęła się do siebie krzywo. Tak jakby jakikolwiek był.
Nie byłaby w stanie znaleźć dość szybkiego transportu żeby zgubić ciekawskiego amanta. Inna sprawa, ze nie mogła sobie przypomnieć żeby czymś ostatnio podpadła Juncie, chociaż z nimi zawsze trudno było powiedzieć. Byli dla niej kimś w rodzaju naturalnego wroga. To w co wierzyła i czym się zajmowała godziło chyba w każdy z ich radosnych sloganów dla mas.
A skoro nie mogła uciec musiała przychylić niebios zardzewiałemu szantażyście, niech mu promieniowanie słoneczne przepali receptory.
Z drugiej strony dlaczego kaszalot tak się zachował? Wystarczyło poprosić, wiedział o tym. Po tym ile razy ratował jej tyłek jak mogłaby odmówić?
Wyjścia widziała dwa. Albo sprawa była zupełnie nietypowa, ważniejsza niż brzuchaty raczył powiedzieć. Albo gangster nie znał jej mimo wszystko za dobrze. Ta druga opcja bardziej by jej odpowiadała, jednak pierwszej też nie mogła wykluczyć.
Trzeba było poszperać w RNA, może jej zacni koledzy wiedzieli co się ostatnio dzieje nowego u starego dobrego Someteku. Skoro i tak nie miała za bardzo wyjścia mogła też sprawdzić w co się pakuje.

***

Lubiła przebywać w sieci. Tutaj Ana była bliżej strumienia danych, bliżej istoty otaczającego ją świata. Zatapiała się w ciągach zer i jedynek poznawała rzeczy i ludzi od znacznie intymniejszej, prawdziwszej strony niż morf w morf. Tak jakby przeczesywała palcami przestrzeń pomiędzy śmigającymi elektronami tą tajemniczą pustkę w której zawierał się świat.
Tutaj czuła się jak w domu.
Rzecz jasna póki wszystko szło tak jak trzeba. Teraz jednak miała pewnego diabła co złośliwie wyskoczył jej z pudełka.
Gdyby miała więcej czasu pewnie spróbowałaby wykrzaczyć Czarnego łabądka z systemu albo doręczyć go jakiemuś modułowi strażniczemu rodzimego oprogramowania. Problem w tym, że od tego zdania zbyt wiele zależało. Tyłek co prawda jeszcze się jej nie palił ale w każdej chwili mógł zacząć. Na szczęście od tego miała Roja z wmontowanym podstawowym oprogramowaniem jakie każdy pomocnik hakera mieć powinien.
~Odciągnij mi gdzieś tego „gościa” i spróbuj mu przyczepić trakera~ poleciła swojej zawsze pomocnej muzie samemu kontynuując rozpoczętą robotę.
Wiedziała, że zabrał się za robotę zanim jeszcze w pełni sformowała polecenie. Dobre zestrojenie w czasie pracy było podstawą sukcesu. Czasami miała wrażenie, że za bardzo wzorowała go na swoim kodzie, za głęboko wpuszczała zbliżając się powoli do granicy gdy muza przestanie być przydatnym narzędziem a zacznie stanowić zagrożenie wykrycia lub co gorsza zniewolenia.
Zanurkowała w danych szukając wśród ostatnich projektów tego czego tak bardzo pragnął jej spasiony zleceniodawca.
Zmiennokształtny morf. Sama by czymś takim nie pogardziła. Móc zawsze wtopić się w otoczenie, zmienić swoją fizyczność na życzenie, tak jak teraz modyfikowała strój. Z drugiej strony znając własna potrzebę mobilności i upodobanie do zmienny ciał długo by się taką zabaweczka nie cieszyła. Nie, zostawi sobie u Mobby’ego otwartą przysługę, to mogło się okazać znacznie bardziej przydatne na przyszłość.
Po czym poznać korporacyjny system? Po irytującym porządku, który na dzień dobry ma się ochotę przemodelować tak żeby nic do siebie nie pasowało. Ani te schludne klastry, ścieżki, idealnie skrojone pliki. Nic tylko dać kopa w ciąg zer i jedynek, i patrzeć jak turlają się an wszystkie strony w bezradnym chaosie.
Cóż korporacje zawsze do nieprzytomności ją irytowały wszystko było w nich zbyt uszyte na miarę. Może poza nią, giętko prześlizgująca sie do celu, a ten był już w zasięgu wzroku.
Teraz pobrać dane, wrzucić Mobbego na listę uwierzytelnionych klientów tak żeby system się w kukułczym jaju nie zorientował i już nas nie ma.
~Co porabia Łabądek?~
Po raz pierwszy od dawna nie czuła od Roju jasnego komunikatu.
~Nie jestem zdolny jednoznacznie sklasyfikować. Wygląda jakby… zwiedzał?~ przekazał po chwili.
~Czyli zajmuje się swoimi sprawami~ skwitowała.
Dwa włamania do jednej sieci w tym samym czasie? To mógł być przypadek Somatek był duży, ktoś ciągle musiał sie im dobierać do zadka. Tyle, że Ana w przypadki nie wierzyła. Ci co w nie wierzyli zbyt często lądowali w kontenerach na odpadki ze zniszczoną kapsułą.
~Przyczep mu tego trakera, ja zaraz kończę i zmywamy się stąd.~ Poleciła zabierając się za to po co tu przyszła.
 
Lirymoor jest offline  
Stary 02-01-2011, 21:13   #5
 
behemot's Avatar
 
Reputacja: 850 behemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwubehemot jest godny podziwu

System Somateku rozpadał się na oczach Anny.
A z początku wszystko szło tak sprawnie. Przedarła się przez bazę danych jak iskra, nawet zapory nie wymagały tyle czasu do złapania. To było, aż za prostę. Niesprawne zabezpieczenia, opóźnione sensory wykrywające intruzów, nieaktywne agresywne programy strażnice. System był sparaliżowany zanim do niego weszła i nie był w stanie powstrzymać ją przed zdobyciem zastrzeżonego pliku. A potem rój zamigotał wskazując obraz w kącie pola widzenia. Ptak. Czarny. Łabądź. Muzy miały go śledzić. Zrobiły to, jedna z wróżek pojawiła się zapewniając, że nie opuściły stanowiska i wykonały zadanie. Wplotły nawet znacznik w splot maskę drugiego intruza. Ale włamywaczy było więcej. Ten drugi ptak musiał zauważyć, że został wykryty bo zrzucił tryb ukrytego, a wraz z nim zrobił to kolejny, i kolejny... Cyberprzestrzeń wokół Anny zaroiła się kluczem skrzydlatych ikon, już nie zwiedzały i nie obserwowały, ale biły skrzydłami i rozsiewały wokół siebie pióra agresywnych programów. Jedno z nich Ana zmroziła i zachowała kopię. Klucz czarnych ptaków szturmował osnowę całego systemu, krusząc mury, rozkładając struktury. Wyglądało to tak jakby ich jedynym celem było niszczenie.
Światła jeszcze ocalałych ikon zaczęły gasnąć.
Administratorzy w ostatniej próbie ratunku odłączali serwer.
Miała to po co przyszła, a teraz musiała uciekać jeśli nie chciała zostać uwięziona na odciętym dysku. Magistrale zaczęły się zamykać, rzuciłą się w jedną z nich, pędząc prosto w stronę światła na końcu tunelu, prosto aż do świtu.


Odetchnęła głęboko po drugiej stronie. Teraz musiała tylko zatrzeć za sobą ślad połączenia i rozpłynąć się w szumie Erato. Ruchomymi chodnikami wypłynęła na górne poziomy. Stacja miała długą historię, pełną lat świetności. Po nich zostały spektakularne kopuły wydrążone w skałach Luny - nieraz szerokie na kilometr - a w nich odtworzone mikroekosystemy. Wodospady, bambusowe gaje, drewniane pagody i posążki brzuchatych bożków, z napisem "żyj skromnie acz uczciwie". Można było się założyć, że na Errato nikt ich nie czytał. Pięciu milionom mieszkańców stacji żyło się dość dobrze, tym w centrum kopuł oraz wieżach wspartych na ścianach kanionów zdecydowanie lepiej, tym w glebinach lub przy samej powierzchni znacznie gorzej. Za to ci zaraz pod powierzchnią, mogli podziwiać spękną i zimną przestrzeń srebrnego globu.
Spacerując po pasażu handlowym przesłuchiwała strumienie wiadomości oznaczone jako Somatek. Pierwsze z nich wspominały o awarii zasilania na Manufakturze i czasowo niedostępnych serwerach. Drugi pochodził z oddziału korporacji na Mitrze, dyrektor Fu Leng udzielał wywiadu:
- Teraźniejszość, to czas wyzwań, nowa, nieznana ludzkości sytuacji, era możliwości, wolności, wyboru... my podjęliśmy wybór. Secesja to konieczność. Oddział Somatek Mitra odtąd stanie się niezależnym od siedziby w Manufakturze podmiotem. Niezależną ideą i misją. Szanujemy naszą macierzystą korporację, przez wiele lat wspólnie działaliśmy dla dobra nowej ludzkości. Ale Mitra-Somatek wyrusza tam gdzie nie dotarł żaden człowiek i ta droga wymaga zwinności, którą może gwarantować tylko mniejsza organizacja. Skupiona na jednej idei. Za wcześnie by zdradzać nasze plany, jedno możemy państwu obiecać. Wkrótce nadamy kształt przyszłości. - w tle grała pompatyczna muzyka.


Transmisja się skończyła, pojawił się rój, podekscytowany szum cienkich głosików, przekrzykujących się i przepychających byle tylko stanąć przed obliczem An:
- Jest ślad co ptak skrył się w brył skraju Nektaru Starego Syberii się gnieździ. - bocznym oknie wyświetliła się mapka modułu Starego Nektaru nazwanego Syberią z racji złóż lodu.


Dotarła do hotelu, tyle informacji, a ciągle za mało. Więcej wysłuchała z Białego Szumu:


Dziesięć lat wcześniej, Boswash, ulice Nowego Yorku w tle strzeliste wieże Manhattanu, niektóre już strawione płomieniami lub zdruzgotane uderzeniem bomb. Mężczyzna o przyjemnej dla oczu twarzy, trochę asyryjskimi rysami i inteligentnym spojrzeniem, dziennikarz.
- Gwardia odcięła wyspę, wedle statystyk rządu po drugiej stronie zatoki pozostało ponad sto tysięcy ludzi. Wszyscy zarażeni wirusem predatora. Elektroniczni zwiadowcy nie zauważyli by morfy próbowały pokonać barierę wody. Wedle dowodzącego akcją majora Juana Cortez na wyspie wszyscy zdrowi zostali już ewakuowani, na wyspie nie ma już ludzi, a w ciągu godziny rozpocznie się ostrzał artyleryjski i Manhattan zostanie oczyszczony. Dla Experia Media Samuel Singer. - w czasie relacji zachowywał profesjonalny spokój. Nawet nie zająknął się gdy mówił o ewakuowanych nieskażonych.
Przejrzała międzywierszowe nieaktywne bity. Tak jak zwykle był tam ukryty nic nie mówiący plik danych, zawierający zestawienie raportów transportowych Commet Express w ralacji między głównymi stacjami Luny: Errato, Nektar, Szekla a stacjami Wspólnoty Lagrangea. Do tego dołączono raporty wieży kontroli lotów. Krzyżowe porównanie wskazywało, różnicę w ocenie masy raportów korporacji i pracowników lądowiska.

Drugi plik był nieco ciekawszy, zwiastun nowego serialu XP firmowanego przez Emmę Starlight - wschodzącą gwiazdkę przemysłu rozrywki - serial nazywał się Niebo Pełne Gwiazd i opowiadał o grupie kosmicznych kowbojów poszukujących nowej ziemi poza wrotami Pandory.
Na drugiej warstwie było tylko jedno zdjęcie z kamery przemysłowej. Fabryki wypełnionej komorami rozwoju biomorfów. Były ich setki. Przefiltrowała obraz nadając mu trzeci wymiar i w rozejrzała się po stworzonej wirtualizacji. Ponad sto komór ułożonych w kilkunastu rzędach. Raczej produkcja, a nie tylko zamrażarka zapasowych kopii. Stara konstrukcja, ale zadbana. W zewnętrznym układzie było kilkanaście takich konstrukcji. Jeden z zaparowanych iluminatorów zachował przejrzystość. Podeszła bliżej i zajrzała do komory. W kapsule pogrążona w letargu lśniła jej - Any Simone - twarz.
Dziwne. Podejrzała kod by znaleźć >>Get (ID_icon)<< ale to niewiele zmieniało. Whitenoise był jak posłaniec, przesyłał swój spam, który w jego pokrętnych algorytmach był powiązany, albo i nie. Wiersz kodu wymagał działania. Aktu woli. A to było coś nowego u enigmatycznego informatora.

Pozostawało tylko znaleźć drugiego agenta...


Dr Michi Gakusha dręczyły diabły wątpliwości, I need a hero mógłby zaśpiewać, gdyby sytuacja wyglądała nieco lepiej. Bohater za to okazał się nie tym czy zaplanował. Samuel działał po swojemu, doktor rozwinął plik jego curriculum vitae, ex dziennikarz Experii, od trzech lat wolny strzlec, teksty często krytyczne względem Konsorpcjum, Jutrzenki, Junty... nawet Agronautom się dostało. Kontestator gotów przewrócić stół. A teraz prowadził negocjację z zagubionym.
- To nie musi się tak kończyć, nic nie musi się kończyć, to może być początek. Wszyscy coś stracili, niektórzy więcej. Ale oni potrzebują pomocy, również twojej. Nie możesz ich opuścić. Przecież chcesz im pomóc, nie pomożesz im ginąc, to samolubne. Pomyśl, gdybyś wrócił, gdybyś działał dla innych porzuconych, gdyby było was więcej, a wierz mi jest. Znam ludzi o podobnych doświadczeniach, którzy się nie poddali, którzy czekają na ciebie, musisz tylko chcieć zostać wśród żywych. - przemowa dziennikarza w symulacjach nie wróżyła dobrze, zbyt wiele oskarżeń o tchórzostwo, za dużo jak na świadomości na krawędzi, którego samoocena przez dekada była wbijana w ziemię. Analizy dawały im jeszcze pół minuty w czasie których zamachowiec odtworzy wszystkie porażki i przekleństwa losu.
- Co mam zrobić? - wyszeptał przez interkom Jack.
Cisza.
Przerywa ją trzepot skrzydeł Żurawia.
- Panie, transmisja do obiektu, nie wychwyciłem źródła, może ten drugi... - opuścił łeb przytłoczony ciężarem swojej porażki.
Tymczasem Sam próbował wywołać Jacka, a gdy to się nie udało sforsował zamek do kabiny. W środku leżało ciało pilota oraz wrak Asha, tylko skorupa bez reprezentacji w MESHu.

Dalej zadziałały już procedury, wahadłowiec został odholowany na Mitrę. Po opuszczeniu pokładu poddano go krótkiemu przesłuchaniu, na jego skrzynkę przyszedł osobisty list od dyrektora połączenia przepraszający za całe zajścia. A na jego kontro zwrot kosztów lotu i strat moralnych.



Minęło trochę czasu zanim naukowiec ochłonął na tyle by móc skupić się na zadaniu, przesłuchać profesora Higginsa. Spotkali się w Instytucie, profesor był w trakcie pakowania. W wyniku secesji planował opuścić Mitrę i wrócić na Manufakturę, miał nawet przygotowaną katedrę edukacji Wyniesionych.
- Wszystko zaczęło się jakieś 3 miesiące temu, dyrektor Fu Leng każdego z pracowników naukowych sondował o plany na przyszłość i zapatrywania na bardziej niezależne od Somateku działania, wielu w tym i Ja odmówiło. To był początek schizmy, ci którzy zostali z dyrektorem stworzyli wewnętrzny krąg, nie mówili o nowym projekcie i jakie mają plany. Ta atmosfera konspiracji była bardzo męcząca. Zapamiętałem tylko wzmianki o "Czystej Formie", ale nie mam pojęcia co to może znaczyć, a dokładnie zbyt wiele rzeczy pasuje. Co bardziej niepokojące finansowanie projektu jest zastrzeżone, dotychczas firma była bardziej transparentna. Oczywiście takie rzeczy się zdarzają, tajemnica przemysłowa to ceniona wartość, ale wszystko powinno mieć swoje granicę.

Jest jeszcze coś, znacznie gorszego...
- jego wypowiedź przerwał nagły atak kaszlu, dopiero wyjęty z kieszeni marynarki inhalator przyniósł ukojenie - ...przepraszam, na czym skończyłem, a już wiem, otóż ktoś zasabotował moje badania. Wdrażałem nowy schemat stymulacji rozwoju animorfów, ale ktoś musiał naruszyć parametry poszczególnych sesji. W rezultacie uczestnicy zaczęli wykazywać nieprzewidziane cechy: nadmierną ciekawość, ambicję, chęć nauki a także spadek agresji i rozbudzoną empatie względem członków grupy. Wiem, że nie brzmi to niepokojąco. Ale sam fakt sabotowania wrogiego projektu budzi mój niepokój. - spojrzał na gościa wzrokiem "czy ktoś ma pytania".
- Czy próbował profesor wypytać kogoś z drugiej strony.
- Oczywiście, ale jak już wspomniałem wszyscy byli objęci zmową milczenia, chociaż... jest jedna osoba.
- przerwał ponownie i dokuśtykał do biurka, z szuflady wyjął wizytówkę i podał ją mężczyźnie.
- Nicolas Felone, młody asystent, nie brak mu ambicji, nic dziwnego że zgodził się na te ekscesy. Wydawał się niezadowolony z rozwoju projektu i swojego miejsca w nim. Ambicja, ma zawsze dwie twarze. Może on byłby skłonny podzielić się informacjami, jeśli zobaczył coś niepokojącego. Niestety, my dwaj mamy zbyt wiele odmiennych poglądów by zdobyć się na nić zaufania, lepiej więc nie wspominać o moim poleceniu.
 
__________________
Efekt masy sam się nie zrobi, per aspera ad astra

Ostatnio edytowane przez behemot : 03-01-2011 o 14:36.
behemot jest offline  
Stary 15-01-2011, 22:42   #6
 
Miriander's Avatar
 
Reputacja: 241 Miriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie cośMiriander ma w sobie coś
Tam za modułem Somateku, dwa korytarze w prawo i trzy w górę od włazu, pod ścieżką rowerową, siedząc częściowo w kucki między rozdzielaczem ciśnienia a PCC, morfa uprzednia

Yesterday Was Dramatic – Today Is OK

I was born in the early sixties. My grandma lived way out in the wilderness, but I would visit in the summertime to pick blackberries for jam.
Usta profesora zamarzły w pauzie przed oddechem
Częściowo przymknięte, mięśnie nadal napięte, przy lewym kąciku i dolnej wardze mniej
- Sym-ula-cja XP zatrzy-ma-na-
She taught me as a child that blackberries want to be free, but their thorns constrain them. Then she said that blackberries - taste, texture, nutrients - all of it was just information.

Elektroluminescencyjne graffiti męczy oczy
Regularnym nawrotem na przeciwnej ścianie zakłóca wizję
Migocze
That blew my mind because I was four years old. She said information wants to be free. What kind of information, Grams?

Zmienia się
Nanami zapisała wspomienie dla swojego 惚け
Przeglądną je razem w Nowy Rok, na Erato
惚け
She answered, oh, ladies in latex, warez, corporation secrets: all of it. She said let your buddies know if thorns are dull or missing. They can spider the info and release it, she said.
Zapomniał
Marnuje
Łza
Trzeba zamknąć
It actually wants to be free.

Deprywacja_sensoryczna.exe
Wilgoć wyschła dla Nanami.
Światło przygasło.
Uszy zamknęły się.
Czerń. Wszędzie.
Wspomnienia zaglądają.

Białe włosy
Kobieta
Kapelusz
Płaszcz


Skojarzenia → Wnioski

Habitat Mitra, Schadenfreude Straße, +0724.32.06 UTC

- Apopleksja
- Apostazja
- Apostazja?
- Animusa.
- Γιατί δεν είναι?
- Anima steht für Sofie.
- Clever. Deal.
- Arigatou.

Michi ukłonił się w podzięce za udaną transakcję. Sprzedawcu fenotypu mieszanki iberyjsko-marokańskiej, przystrojonu ciemnu-zielonu włosiem na wzór poskręcanego drutu odwzajemniłu uprzejmość świetlistym uśmiechem.
Teraz wystarczyło chwilę poczekać na zamówiony prezent. Cena kupna nie była niska: sprzedawcu wymagału oprócz kredytów podzielenia się dwoma opowieściami shinto, jednym odręcznie zapisanym wierszem, 30 minutami czasu na rozmowę IRL i wymiany profili muzycznych, ale Garkusha stwierdził, że poprawienie relacji z kuzynką warte jest takiego szaleństwa. Z drugiej strony, stres jeszcze niedawno przeżyty w wahadłowcu zadziwiająco silnie nadwyrężył komfort psychiczny doktora, więc teraz z przyjemnością nierozważnie szastał wolnym czasem i prywatnością, wymieniając się uprzejmościami ze sprzedawcum, grając w dziecięcą grę na skojarzenia i obserwując instalacje artystyczne anarchistów, tutaj w ich siedzibie, na 800 m^3 Schadenfreude Straße.

3.23 minuty po przekazaniu paczki

~ Tancho, połącz mnie z biurem Nicholasa Felone~
~ Czy MOGĘ przed wykonaniem połączenia wygłosić sugestię...Michi? ~ wyśpiewał uprzejmie żuraw, choć niski ton położony na wyraz "mogę" zaniepokoił naukowca. Skinęciem w AR potwierdził.
~ Kolejne połączenie z biurem Pana Nicholasa może wpłyn-
~ Wyjaśnij: kolejne~
~ 1:35:12 temu zostało nawiązane połączenie ~
~ Dlaczego nic o nim nie wiem? ~ zapytał gniewnie Michi, wypatrując przez przeźrocze windy którą zjeżdżał na niższy poziom świateł habitatów Luny.
~ Sam Gakusha-han zainicjował je. Wywołać XP? ~
Michi zastanawiał się, przełączając niecierpliwie utwory muzyki tła. W końcu odezwał się do ptaka zwiniętego w kulkę na podłodze windy:
~ Nie, przypominam sobie. Umówione spotkanie, w bibliotece (wyświetlił czas) ~ Zdążymy przed czasem ~
~ Obieraj pomarańczę z góry ~ zasygnalizowała Muza. Japończyk tylko fuknął na nią.
~ W takim razie nadrobimy stracony czas organizując mapę powiązań ~ oddarł skórkę. Dużo soku. Poleciało na sterylną posadzkę habitatu. Nano sprzątnie.
~ Już to zrobiłeś, Michi. ~ wyśpiewał znów czerwony łebek.

Zamarł. Zamrugał. Przecież...nie zginął. Ciągłość istnienia została zachowana →powinien wierzyć swojej pamięci. Dlaczego jednak wspomnienia były tak niewyraźne? Czy ktoś wpłynął na Muzę? Kto? Kiedy? Sprzedawcu? Nie, on nie. Higgins? Nie bądźmy paranoikami. Poruszał się w tłumie? W tłoku - tak. Tłumie - nie. Możliwe zarażenie jakimś nano? Nie, nie.

Błąd Muzy?

Szybko rozkazał jej pokazać te dane.
Powiązania ładnie uwypuklone, wnioski i scenariusze nakreślone - ale sposób organizowania informacji był dla niego obcy. O co chodzi? Nie przyjmował przecież wcześniej wiadomości z zewnątrz, nie licząc umówionego spotkania.
Spytał o okoliczności w których powstała siatka.
Odpowiedź: deprywacja sensoryczna jednostki.
Zakłopotanie.
~ Powinien Pan Gakusha przyśpieszyć nieco kroku, by zdążyć przed czasem~
~ Dziękuję, タンチョウ ~
~ Powinen Pan również nawiązać kontakt z agentem #1285647 ~
~ Nie zrobiłem jeszcze tego? ~
~ Nie, nie zrob-
~ To był żart. ~
~ ... ~
~ Monitoruj moje ciśnienie krwi, nie chcę mieć rumieńców, gdy będę rozmawiał z Felone-han.

Przypomnij później:
update siatki powiązań ;
przeglądanie: rozmowa z prof. Higginsem ;
kontakt z agentem #1285647
~

19.21 minuty po przekazaniu paczki, wyjście z windy #B4

Lepkie kałuże soku zaczynają znikać.
 

Ostatnio edytowane przez Miriander : 16-01-2011 o 15:01.
Miriander jest offline  
Stary 16-01-2011, 17:20   #7
 
Lirymoor's Avatar
 
Reputacja: 26 Lirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodze
- Nowa siostra? – spytał Rój a jedna z jego składowych właśnie wyfrunęła jej bezczelnie przed oczy Any. Simone westchnęła, mierząc hologram karcącym spojrzeniem. Na szczęście podkręcone filtry emocjonalne zdołały już trochę rozładować cały ten cyklon wściekłości jaki zebrał się w głowie kobiety. Dlatego tym razem się nie darła. W sumie sama chciała żeby Muza była ciekawska. W ten sposób zazwyczaj zbierała więcej informacji.
- Być może, jeszcze nie zdecydowałam – odpowiedziała w końcu. Sprawa dotyczyła Roju, mieli prawo wiedzieć co wyczyniała.
- Dlaczego? – dopytywała się wróżka przekrzywiając łepek, migoczące świateł z białego zmieniło się na lekko złociste.
- Bo… – Ana zawahała się na chwile. Spojrzała na szablon programu, dawno opracowany schemat od którego zaczynała prace nad kolejnym modułem dla Roju.
…bo czasami gdy idziesz mozolnie pewną drogą, uświadamiasz sobie nagle gdzie cię ona zaprowadzi. Niby zawsze chciałeś tam dojść, ale strach pozostaje.
Wróżka przypatrywała się swojej pani z nieodgadnioną pustką na ledwie zarysowanych rysach twarzy. Sądząc po wzorze na skrzydełkach i liściastej sukience była jednym z modułów autonaprawczych Roja, psychopolicjantką i przeciwciałem w jednym. Nic dziwnego, że interesowała się nowym komponentem.
- Nie możesz tego strachu zwyczajnie wyłączyć? – spytała w końcu wróżka.
Cwanie. Czyżby rozmawiała nie tylko z pojedynczym modułem swojej Muzy ale i z ich współświadomością? Cóż były tak połączone, że świadomość i tak się dowie.
- W sumie mogłabym. – Manipulacje na filtrach emocjonalnych, albo głębsza ingerencja w cybermózg umożliwiały takie rozwiązania. – Tyle, że ucieczka przed uczuciami to jak ucieczka przed życiem. W końcu i tak musisz przestać zwiewać i zacząć sobie radzić. Albo przestajesz żyć – odpowiedziała kobieta z krzywym uśmiechem na bladej twarzy mentona.
Morf był fizycznie atrakcyjny, ale bez wyraźnych śladów personalizacji, miał reprezentować młodą kobietę, która zaszła w społecznej drabinie na tyle wysoko żeby stać ją było na porządne ciało i dom w miejscu dla zamożniejszych. W sumie pasował do korporacyjnej myszki, zdolnej i obiecującej i uparcie walczącej żeby pozbyć się odcienia szarości w firmowym tyglu.
Tak też udekorowała mieszkanie. Mało osobistych rzeczy, masę związanych z firmą i pracą. Pozostawało tylko wypiąć dumnie pierś i mówić dzień dobry korporacyjnym sąsiadom.
Maska powierzchowna ale powinna na jakiś czasy wystarczyć. A przecież Ana i tak nie zamierzała zostać na długo.
- Według dostępnych nam danych kasacja emocji nie powoduje zaburzeń w ciągłości funkcjonowania – stwierdziła wróżka.
Liczba mnoga. Czyli jednak współświadomość.
- Jest różnica pomiędzy funkcjonowaniem a życiem
Wróżka zawisła kręcąc łebkiem. Zmieniła kolor ze złocistego w chłodny błękit.
~Chcielibyście żyć?~ Tego pytania nie miała odwagi zadać.
- Masz już lepszy humor. Zaczynasz się zestrajać – stwierdziła Muza. Zmiana tematu. Obejście w przypadku braku danych.
- Czy ja wiem? Może po prostu ta symulacja dla Mobby’ego poprawiła mi humor.
Uśmiechnęła się gorzko na wspomnienie przesyłki dla kaszalota do której dołączyła wizualny pokaz tego co zrobi z jego kosmicznym zadem jak jeszcze raz spróbuje ją szantażować. Przyjaźń przyjaźnią, ale nikt nie będzie jej rozstawiał po kontach. Może właśnie na własne życzenie zyskiwała wroga. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz.
- Za wolno się ostatnio zestrajasz – stwierdziła Muza.
Ana uniosła brew. To była troska, krytyka czy stwierdzenie?
- Za często zmieniam morfy – odparła po czym tym razem sama postanowiła wrzucić na obejście.
- Jak tam dossier pana Juana Corteza o które prosiłam?
- Pracujemy
Dziewczyna westchnęła rozciągając się w fotelu.
- Tylko sprawdźcie mi ten Manhatan. Chyba ja też powinnam popracować, co? – westchnęła gasząc plany wróżki-modułu. Mogła się tym torturować równie dobrze jutro. I tak napisanie programu i jego przetestowanie zajmie co najmniej trzy tygodnie. Jeden dzień nie robił wielkiej różnicy.
W sumie lubiła Whitenoise’a. Nic od niej nie wymagał, po prostu podrzucał nowe zabawki i nie czepiał się rezultatów. A ona się bawiła.
Na razie nie wiedziała o co chodziło z komorami choć wydawała się najciekawsza. Tak wiec ostawiła ją na dalszy plan.
- Jak ktoś was jest akurat wolny to zapraszam. Idziemy na spacerek – rzuciła do wróżki.
Najpierw zamierzała sprawdzić na ile dostępny w MESH-u jest obszar Syberii. Czy dało się zdalnie poszukać jakiś czarnych piórek programu, który widziała w systemie Sometaku?
Teoretycznie to nie byłą jej sprawa, zrobiła co miała zrobić. Tyle, że zawsze była stworkiem znacznie bardziej ciekawskim niż przewidywał instynkt samozachowawczy. No i tak zmasowany atak na system był na tyle wspaniałym widowiskiem, że trudno było tego nie drążyć.
Potem planowała sprawdzić transporty. Co takiego wieźli, skąd i do kogo kiedy zaczęła się rozjeżdżać papierologia.
Zapowiadało się lekkie ale ciekawe popołudnie.
 
Lirymoor jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:23.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169