Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-06-2016, 23:07   #1
 
Highlander's Avatar
 
Reputacja: 7613 Highlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputację
[Wod-esque] Freedom's Chains [18+]

Freedom’s Chains


Hypocrisy can afford to be magnificent in its promises, for never intending to go beyond promise, it costs nothing.
― Edmund Burke


26. 05. 2013 – 21:32 – Downtown – Dom, słodki dom
Złota kula skryła się na za wzniesieniami, niechętnie ustępując miejsca nadchodzącej nocy. Ostała się po niej jedynie delikatna poświata koloru pomarańczy, która nijak nie pasowała do pstrokatych szeregów domków mieszkalnych wypełniających przedmieścia. Sprawiała, że wyglądały jeszcze bardziej sztucznie niż zazwyczaj. Dobrze więc, że poblask minął szybko, nie drażniąc oczu i uczuć estetycznych budzącej się ze snu kobiety. Eve z satysfakcją odnotowała brak zmian w jej idealnym schronieniu. Cisza, spokój, delikatny szum wiatru. Status quo trwało. Wszystko i wszyscy byli na swoim miejscu. Ale czy aby na pewno? Ukłuta niepewnością jak rozżarzoną igłą, postanowiła to sprawdzić. Drugie, bardziej człowiecze „ja”, spało wygodnie na łóżku. Dłońmi tuliło żołądek, w którym znajdował się płód. Tak, wszystko i wszy… Phillip. Brakowało Philipa. Spojrzenie na zegarek. Wpół do dziesiątej. Został dłużej w pracy? Jeśli faktycznie, to powinien dać znać. Zawsze ją (je?) przecież informował. Kobieta w bieli zaryzykowała podejście do automatycznej sekretarki i odsłuchanie wiadomości, ale maszyna zawierała tylko farmazony od telemarketerów i jakiejś pseudoreligijnej sekty. W tym momencie do jej uszu dobiegło znajome, mechaniczne „klik-klak” drzwi frontowych. Odgłos zamka rozwiał piętrzące się obawy, a ona poczuła ulgę. To musiał być Phil. Faktycznie, był. Ale niestety nie sam.
- Kochanie, nie uwierzysz! Wychodząc z pracy wpadłem na Twoje koleżanki ze szkoły! Powiedziały mi, że strasznie chciałyby się z Tobą zobaczyć i powspominać stare dzieje, więc…- był taki zadowolony wygłaszając swoją małą przemowę. Jak pies, który przynosi panu gazetę. Tylko, że tym razem miał w pysku odpaloną laskę dynamitu. Przed Ewą stały dwie postacie z przeszłości.
- Hej, Judie! Kopę lat, tęskniłaś?! – pierwsza odezwała się Czerwona, wykrzykując swoje powitanie na pół dzielnicy. Uśmiech szaleńca tańczył jej na wargach, a w oczach drzemały płomienie.
- Przyniosłyśmy też małe co-nieco. W końcu nie wypada przychodzić w gości z pustymi rękami, prawda? – wychrypiała sarkastycznie Czarna i uniosła butelkę. Wampirzyca wyglądała tragicznie, jej skóra trupioblada, a twarz pokryta bliznami. Jedno oko nadal łypało czerwienią, drugie przesłaniało bielmo. Samą swoją zakazaną gębą mogła ściągnąć niechcianą uwagę na zakątek Eve.
- To jak, żabko? Wejdziemy do środka, czy… napijemy się na ganku? – tutaj ogniki w ślepiach Czerwonej rozbłysły jaśniej, rozpalane wrodzoną złośliwością. „Judie” musiała szybko znaleźć rozwiązanie. Takie, które mogło uchronić pozostałych domowników przed bolesną śmiercią.


26.05.2013 – 21:40 – Hollywood Hills – Rezydencja Crowfordów
Jaką szpilę wbić im następnie? W które miejsce i jak głęboko? Te pytania, postrzegane już chyba jako stricte hobbistyczne, krzątały się gdzieś na tyłach umysłu panny C. Przód zaprzątało coś zgoła innego. Uczucie, którego nie kosztowała już od dawna. Lęk. Och, żeby był on jakiś bardzo wyszukany, zabarwiony filozoficznie! Jednak nie, nic z tych rzeczy. Becca miała do czynienia z odmianą zwyczajną, samozachowawczą, nie dającą jej spokoju od przeszło czterech nocy. Od czasu, kiedy wpieprzyła się na jedną z największych min swojego (nie)życia. Kobieta zadziałała pochopnie, ugryzła więcej niż mogła przełknąć. Mimo, że lokalna kasta rządząca nie dostarczyła jej (jeszcze) oficjalnego pisma o ekskomunikacji, dziedziczka Crowfordów niemal słyszała tryby maszyny pomsty. Pracowały wolno, ale nieustępliwie; zgrzytały w oddali, na pozbawionym promieni słońca horyzoncie i Rebecca byłaby w stanie przysiąc, że wystukiwały czyjeś imię. Wiedziała oczywiście czyje - June Wallace. Tak właśnie nazywała się uśmiercona zabawka Księżnej. Osoba na tyle nieistotna by zostać sprowadzoną do czyjejś własności nawet po tym jak stała się częścią nadnaturalnego świata. Tyle, że tu właśnie zasadzał się problem – ktoś ukręcił łebek kanarkowi trzymanemu w złotej klatce, a takiej zniewagi łatwo się nie wybacza. Szlag jasny. Dostaną ją, to pewne jak amen w pacierzu. Tylko jak? Będzie to coś subtelnego czy widowiskowego? Ładunek w aucie podczas powrotu do domu? Upozorowany atak Sabatu? Assamicka pieczęć pozostawiona pośród jej zwęglonych kości? Paranoiczne scenariusze piętrzyły się w jej głowie, zmieniając się i wirując bez końca. Szczęśliwie, gdy była już bliska zupełnego odejścia od zmysłów, dał o sobie znać dzwonek interkomu. Wyrwana z objęć obłędu kobieta podeszła do ekranu i nacisnęła przycisk odpowiedzialny za obraz. To, co zobaczyła, nie pasowało do żadnej z dotychczasowych teorii. Przed bramą wjazdową, na podstarzałym motorze crossowym, siedziała dziewczyna. Była młoda, zbyt młoda by uchodzić za pełnoletnią. Pod ręką ściskała czarny hełm, a jej spięte w warkocz włosy sięgały do połowy pasa. Określenie jej urody jako skromnej było chyba najbardziej trafne. Z roztrzęsieniem niewiele ustępującym temu właścicielki domostwa, nacisnęła dzwonek po raz drugi. Co jak co, ale determinacji nie można było jej odmówić.
- Um? Halo? Pani Crowford? Mam dla pani przesyłkę. Erm. Znaczy… zaproszenie – z tak naiwnym i chwiejnym tonem głosu, kłamstwo raczej nie leżało w zasięgu możliwości młódki. Tylko skąd to młode diable znało domowy adres panny C.? Żaden rozsądny wampir nie afiszował się swoim lokum, a ona bynajmniej nie stanowiła w tej kwestii wyjątku. Co więcej, dziewczyna na motorze nie przypominała też żadnego z okolicznych ghuli, którym tego typu robota mogłaby zostać powierzona. Z sekundy na sekundę, scena ta tworzyła co raz większą ilość niewiadomych.


26. 05. 2013 – 22:07 – Brentwood – Negative Nights
John wpatrywał się beznamiętnie w ścienną biel. Elizjum w Brentwood miało do zaoferowania znacznie ciekawsze sposoby spędzania czasu, ale on nie przyszedł tu szukać rozrywki ani kultywować plotek, wobec czego pozostawał głuchy na szmery rozmów i losowe chichoty bywalców. Zjawił się w klubie aby załatwić sprawy służbowe – bo jak inaczej określić wezwanie od Księżnej, które zostało zaadresowane osobiście do niego? Sięgnął do kieszeni kurtki i raz jeszcze przyjrzał się różowemu skrawkowi papieru. Data, godzina, miejsce. Żadnych esów-floresów, próśb czy gróźb. Cammeria nie musiała uciekać się do tego typu wybiegów. Trzymała okoliczny Primogen za gęby, przetrwała dwa oblężenia Sabatu, a ostatnia osoba, która ośmieliła się podnieść na nią rękę spędziła przeszło miesiąc skamląc o dobrowolne wyjście na światło dnia. Szerzyły się także pogłoski, że przedstawicielka kasty rządzącej ma znajomości wśród innych istot nadnaturalnych, ale osadzenie takich stwierdzeń w rzeczywistości było dość wątpliwe. Skrzypnięcie bocznych drzwi wyrwało mężczyznę z zamyślenia. Próg przekroczył Charles. Charles, zwany również Bydlakiem, choć nigdy podczas rozmowy twarzą w twarz, reprezentował lokalnych Nosferatu. Jego masywny łeb, zielonkawa skora i dwa gigantyczne kły nie pozostawiały w tej kwestii żadnych wątpliwości. Ohydny mężczyzna został mianowany na szeryfa kiedy jego poprzednik wyciągnął kopyta niespełna rok temu, chociaż wielu widziało w nim po prostu pieska łańcuchowego Księżnej... i było w tym sporo prawdy. Egzystencja Bydlaka ograniczała się do bycia pociskiem arteryjnym; Cammeria wskazywała miejsce, a on zostawiał tam zgliszcza.
- Właź, Kziężna czeka – żadnego „przepraszam”, „dziękuję”, ani „pocałuj mnie w dupę”. Charles był prostym człowiekiem i preferował proste rozwiązania. John rozegrał sprawę ugodowo i wszedł do środka. Koordynatorka LA faktycznie czekała, usadowiona za mahoniowym biurkiem. Kiedy stanął przed nią nowoprzybyły, odłożyła jeden z zaśmiecających miejsce pracy folderów i uniosła swoje niebieskie oczy. Przez prawie ćwierć minuty wpatrywała się w gościa z narastającym wyczekiwaniem, tak jakby liczyła, że ten zdradzi jej sens wszechświata. W końcu przerwała ciszę.
- Powiadomiono mnie, że Sabat ponownie pojawił się w mieście. Jeden z naszych obywateli prawdopodobnie został porwany, dlatego potrzebuję kogoś, kto sprawdzi autentyczność tych informacji. Zanim wyjdziesz, Charles odpowie na wszystkie twoje pytania… tylko proszę, postaraj się niczego więcej nie spalić – to powiedziawszy, skinęła na Bydlaka, który wręczył Johnowi kartkę z adresem. Para mlecznych patrzałek osadzonych w seledynowym łbie zdradzała gotowość by rozwiać wszelkie wątpliwości. Cammeria natomiast, wróciła do swoich notatek, traktując dwójkę pozostałych wampirów jak powietrze – co było podwójnie uwłaczające, bo przecież nie musiała oddychać. Ale obrażanie się leżało teraz nisko na liście priorytetów Mavericka. Bardziej skupiał się on na rozszyfrowaniu, czy powierzona mu właśnie misja była formą kary… czy może egzekucji.


26. 05. 2013 – 22:40 – Downtown – Skid Row
Według opinii dbających o wizerunek miasta developerów, Los Angeles nie posiadało slumsów. Owszem, w metropolii były rejony biedoty i konfliktów na tle etnicznym, ale ludzie w tanich garniturach woleli określać je mianem dzielnic „kłopotliwych”; tak dobrany termin nie wywoływał konotacji z krajami trzeciego świata i sprytnie bagatelizował obawy społecznych aktywistów. Pete kierował się do domu właśnie przez jeden z takich nieistniejących slumsów. Towarzyszył mu zapach świeżego moczu oraz taniej gorzały. Pokarani przez życie menele o buraczanych twarzach przewijali się przed nim raz po raz, lawirując między zaułkami i bocznymi alejkami. Wracali do kartonowych pudeł po sprzętach AGD, gdzie mieli zamiar przeczekać kolejną noc. Wraki, cienie, żywe trupy– tak nazywano mieszkańców Skid Row. Większość sklepów i zakładów zbankrutowała, a potencjalni inwestorzy reagowali na nazwę obszaru wykonując znak krzyża. Nawet dziewczyny handlujące swoimi ciałami wiedziały, że nie ma tu czego szukać. Potrzeba było zaledwie kilku morderstw i zaginięć by utwierdzić je w tym przekonaniu. Zabawne jak niewiele dzieliło…

Trzask pękającego szkła zakłócił jego myśli. Odwracając głowę w kierunku dźwięku, Greaves zdążył zobaczyć ludzką sylwetkę wypadającą przez okno pobliskiego budynku. Postać runęła w dół z czwartego piętra. Machała przy tym opętańczo rękoma, ale jej próby pochwycenia rynny spełzły na niczym. Krótka podróż zakończyła się spotkaniem z alejowym betonem. Łupnięcie o chodnik brzmiało pusto i lepko. Choć zdarzenie w bocznej uliczce miało przynajmniej trzech świadków, nikt się nie zatrzymał. Nikt nie wyciągnął telefonu, ani nie podbiegł sprawdzić, co się stało. Tutejsi ludzie byli kompletnie ślepi i głusi na cierpienie innych. Ich własne już dawno wypaliło w nich ostatnie skrawki empatii. Teraz liczyło się tylko dobre samopoczucie. Zapicie i zaćpanie bólu.

Ktoś wyjrzał z okna na poddaszu kamienicy. Światło bijące zza pleców nieznanego typa dobrze nakreślało jego postur. Biały podkoszulek wisiał na jego wysokim i szczupłym ciele jak na haku. Mężczyzna oparł się o pozostałości okiennej ramy i… ziewnął, kręcąc od niechcenia głową.
 
__________________
That's a wrap! I'm out. Roll the credits!

Ostatnio edytowane przez Highlander : 12-09-2016 o 16:23.
Highlander jest offline  
Stary 26-06-2016, 21:04   #2
 
Morri's Avatar
 
Reputacja: 1859 Morri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłość
Rebecca wdusiła gwałtownie przycisk otwierający bramę na pojazd. Wiedziała że ma jeszcze kilka chwil, nim rzekoma kurierka dojedzie do jej drzwi wejściowych, więc z foyer przeszła do małego saloniku, w którym przyjmowała niespodziewanych gości, otworzyła szufladę, w której trzymała jeden ze swoich pistoletów. Kaliber 9mm, z dumnie wytłoczonym na boku napisem Springield Armory U.S.A., który odbezpieczyła i przyczepiła do zmyślnie ukrytej skrytki pod kredensem. Tak, na wszelki wypadek. Podchodząc ponownie do drzwi, sprawdziła czy jej własny HK USP gładko wysuwa się z kabury ukrytej pod marynarką. Otworzyła drzwi dokładnie w momencie, w którym dziewczyna sięgała ku zdobnej kołatce.
- Zapraszam, może coś podać? Wina? A może raczej herbaty? Czy lepiej coś zimnego? - Rebecca zachęcająco narysowała łuk w powietrzu, jakby otwerając przed nieznajomą jeszcze jedne, niewidoczne drzwi, nie czekając jednak na jej reakcję przeszła ponownie już do małego saloniku, licząc, że młódka zrozumie i podąży za nią.

Dziewoja przywodziła na myśl mysz, która widziała w swoim życiu zbyt wiele darmowych kawałków sera. Jej ostrożność podchodziła pod psychozę przeplataną stanami lękowymi i jasne było, że “listonoszka” najchętniej znalazłaby się daleko stąd. Hen daleko. Gdyby Becca została kiedyś poproszona o naszkicowanie stereotypowego wampirycznego konspiratora, z pewnością użyłaby podobizny stojącej przed nią młodej damy jako punktu wyjścia.
- Uh, ja... nie chcę s-sprawiać kłopotów. Gdyby mogła pani tylko...
Tu wyciągnęła przed siebie tabliczkę z różowym kwitkiem, na którym widniało logo Magnolia Delivery Services - małej fiermki spedycyjnej działającej tylko na terenie stanu Kalifornia. Dokumentacja wyglądała na legalną. Szkoda, że mundurek dostawczy był kapkę niestandardowy. Bo od kiedy to niby kurierzy stylizowali się na młodzież z Lost Boys?

Rebecca zmierzyła wzrokiem kurierkę, długo i powoli, od czubka głowy po sam koniuszek przykurzonych butów, po czym podeszła do małego kredensu i wyjęła wieczne pióro.
- Tu podpisać jak rozumiem? - i nie czekając na odpowiedź, niejako próbując obudzić jeszcze większy strach w każdej komórce dziewczyny, podpisała różowy papier. Nim jednak młódka zdążyła wziąć nogi za pas dodała - Ktoś ci to przekazał osobiście?
- O-osobiście? H-ha, ha, ha... nie. Bardzo rzadko widuję swojego szefa. A-ale on cały cz-czas trzyma mnie na oku - formułowanie wypowiedzi przychodziło jej z rosnącym trudem. Becca przypuszczała, że jak tak dalej pójdzie, młódka zacznie po prostu sylabizować. Albo to, albo stanie jej serce. Sama wzmianka o pracodawcy dawała jednak gospodyni do myślenia. Czy dziewczynę śledzono? Obserwowano z oddali przy pomocy jakichś okultystycznych dyrdymałów? Coś musiało leżeć na rzeczy, bo z jakiegoś powodu kurierka bała się nawet własnego cienia i nie trzeba było dodatkowych zabiegów ze strony panny Crowford żeby wywołać u niej rozdygotanie rąk i nadmierną potliwość. Potliwość... kropelki uwalnianie przez skórę były przejrzyste, bez chociażby odcienia karmazynu. To, w połączeniu z chaotyczną respiracją, jasno dowodziło, że dziewczyna niewiele ma wspólnego z nieumarłymi. Przynajmniej tymi najbardziej powszechnymi - wampirami. Do samobójczo oddanego sprawie ghoula, który myśli tylko o kolejnej porcji Vitae także nie była podobna. W jej zachowaniu tkwiły cynizm, bezsilność i rezygnacja, nie nadnaturalnie napędzany fanatyzm.
- Proszę, oto pani przeszyłka - sięgnęła za pazuchę, wyciągając pakunek o wymiarach 16x16 centymetrów i kładąc go na stoliku do kawy. Kwitek zmięła i schowała.

Rebecca zawahała się, przez moment poczuła się nawet podle. A przynajmniej wydawało jej się, że tak właśnie powinna się poczuć. Tak poczułby się pewnie normalny człowiek, ale w sumie przecież daleko jej było do słowa “normalny”, nie mówiąc już o “człowieku”. Mimo to tknięta lekkim przeczuciem postanowiła zmienić swoje podejście.
- Słuchaj, jakbyś potrzebowała JAKIEJKOLWIEK pomocy, odezwij się. Jestem niemiła tylko na samym początku znajomości - powiedziała łagodnie, uspokojającym tonem i wsunęła w rękę dziewczyny swoją wizytówkę i pięćdziesięciodolarowy banknot, które wydobyła z kieszeni obszernych spodni - A tak na odchodnym… - zaczęła, odprowadzając kurierkę do drzwi i kładąc delikatnie dłon na jej ramieniu - … przystojny ten twój szef? To ktoś znany? - uśmiechnęła się i otworzyła dębowe drzwi przed dziewczyną.
- Pomocy? Ha! Pomocy... - dziewczyna niespodziewanie fuknęła w odpowiedzi na akt dobroci. Opamiętała się jednak i przygryzła wargę. Teraz mniej przestraszona niż zawstydzona z powodu własnej reakcji. Wbiła wzrok w wyplolerowane deski parkietu.
- Pani pomoże mnie... a k-kto pomoże pani? T-teraz obydwie jedziemy na tym samym wózku i... nieważne! To wszystko nieważne. A szefa pozna pani już niedługo i o-owszem, jest przystojny. Diabelsko przystojny - tyle miała do powiedzenia. Deliryczny strach w końcu wziął nad nią górę i zbiegła po schodach wejściowych, nie powiedziawszy nic więcej. Drapnęła hełm, weszła na podstarzały motor i tyle ją widzieli. Becca miała problemy z uwierzeniem, że cała scena nie była po prostu jej prywatnym urojeniem. Ale miała dowód - przesyłkę.

Crowfordówna wróciła do środka, zamykając dokładnie drzwi. Po drodze do swojego gabinetu wraz z przesyłką, wyjęła spod kanapowej poduchy mały rewolwer i schowała go do szuflady w gabinecie, lokując się na swoim fotelu. Ostrożnie, żeby nie rozerwać zupełnie kartonu otworzyła paczuszkę. DVD i liścik. Najpierw postanowiła przeczytać list, który miał szansę wyjaśnić jej zawartość DVD, które wsunęła już do czytnika w swoim laptopie.
Papierowa korespondencja okazała się zaproszeniem. Wydrukowane na grubym papierze złote litery zdradzały, że nadawca preferował przepych nad subtelność. To samo tyczyło się bocznych zdobień, pieczątki i własnoręcznego podpisu. Najwidoczniej, w swojej arogancji, piszący za główny cel postawił sobie umniejszenie adresata - sprawienie, żeby ten poczuł się maluczki, gorszy. Oczywiście po kimś takim jak Rebecca, tego typu zamiary spływały jak woda po gęsi. Może jakiś mający mleko pod nosem Neonita poczułby się zatrwożony wyglądem tego świstka, ale dla niej salonowe intrygi i związane z nimi zagrywki stanowiły chleb powszedni. Alexei Drenn. To on był domniemanym autorem zaproszenia. Nazwisko to zasłyszała już gdzieś wcześniej. Po wprowadzeniu zagadki do wyszukiwarki, z pomocą przyszła technologia. Pan Drenn poczynał sobie całkiem nieźle. Jego (główna) firemka, Centron Designs, zajmowała średnio-wysokie miejsce na Fortune 500. Mężczyzna współpracował z sektorem przemysłowym i rekreacyjnym, maczał palce w robotyce i... najwyraźniej nie był zbyt fotogeniczny, bo podczas półgodzinnej sesji szperactwa, panna Crowford nie natknęła się na nawet jedno jego zdjęcie. Tak czy siak, pan Drenn oficjalnie zapraszał ją na przyjęcie w hotelu o wdzięcznej nazwie The Garden, które miało odbyć się za dwa dni.
Płytka nie posiadała żadnego nadruku czy opisu. Ot, standardowe DVD-RW, które dało się nabyć w każdym supermarkecie. Soczewka i napęd zrobiły swoje, obraz pojawił się bez problemów, a na ekranie zagościła twarz kogoś, kto... raczej nie był panem Drenn’em. Chyba, że po zmianie płci wykonanej przez światowej klasy chirurga.
- Dobry wieczór, pani Crowford! - zakrzyknęła ze sztuczną słodyczą blondynka z nagrania. Za jej plecami Becca dostrzegła okna gabinetu i błękitne niebo dnia.
- Tutaj, w Centron Designs zależy nam na dobrobycie naszych klientów! Dlatego gdy usłyszeliśmy o pani problemach, zdecydowaliśmy się wyciągnąć pomocną dłoń. Oferujemy wygodę, bezpieczeństwo i...- coś zgrzytnęło w napędzie, a krążek zaczął wirować szybciej. Wizja i fonia straciły na konsystencji, a wysilająca się blondi zyskała na szarości -... ochronę przed mściwymi łapskami Księżnej. Cammeria nie łatwo nie zapomni o zabójstwie swojej konkubiny, ale istnieją osoby, z którymi liczyć się musi nawet ktoś taki jak ona... - płyta zwolniła. Kolory wróciły do normy, a mówiąca ziała wyuczoną uprzejmością renomowanej sekretarki, przekaz natomiasr znów wyglądał jak korporacyjne wideo informacyjne.
- Dlatego proszę nie nie zwlekać i zasubskrybować nasze usługi jak najszybciej! Centron Designs - lepsze jutro zaczyna się dziś! - w towarzystwie przyjemnego tematu muzycznego, nagranie dobiegło końca.
Rebecca, gdyby jeszcze miała jakieś ludzkie odruchy, pewnie wciągnęłaby gwałtownie powietrze w przypływie zaskoczenia. Teraz jednak wpatrywała się po prostu w pociemniały ekran swojego laptopa. Tak, wiedziała, że ma problem, że jeśli czegoś nie zrobi, to może się niedługo pożegnać ze swoim nieżyciem, jednak poza samą Beccą, Księżną oraz jej naprawdę zaufanym gronem, nikt nie wiedział, że to panna Crowford pozbawiła głowy konkubentkę radośnie rządzącej w LA. Alexei Drenn miał dostęp do źródeł, których na pewno nikt się po nim nie spodziewał.
Zaintrygowana postanowiła jeszcze raz puścić sobie płytę, licząc, że wyłapie tym razem więcej z przekanego jej komunikatu. Jej oczom ponownie ukazała się zanadto radosna blondynka:
- Tutaj, w Centron Designs zależy nam na dobrobycie naszych klientów! Dlatego gdy usłyszeliśmy o pani problemach, zdecydowaliśmy się wyciągnąć pomocną dłoń. Oferujemy wygodę, bezpieczeństwo i.. Proszę nie zwlekać i zasubskrybować nasze usługi jak najszybciej! Centron Designs - lepsze jutro zaczyna się dziś!
Zaskoczona wyraźnie skróconym filmem, przewinęła go jeszcze kilka razy, w tę i z powrotem, jednak nie usłyszała ponownie wiadomości, która nawiązywała bezpośrednio do jej problemów. Becca była pewna, że to nie było przesłyszenie się.

Dobrze. Doskonale nawet. Lubiła zagadki, a w zasadzie rozwiązywanie ich. To, w połączeniu z nieważne jak nikłą możliwością pomocy w jej problemach, przekonało Rebeccę, że powinna stawić się na przyjęciu w The Garden. Na pewno Drennowi brakowało klasy, skoro próbował pokazać swoją lepszą pozycję już na wstępie, jednak ona nie zamierzała zniżać się do takiego poziomu. Będzie klasą i subtelnością, jak zawsze, przy poważniejszym wyjściu.
Rebecca uśmiechnęła się do siebie, w myślach przeglądała już garderobę, dobierając suknię, biżuterię oraz… broń, pistolet na jednym udzie, nóż na drugim. W końcu potrafiła iść tak na bal, nie mówiąc o jakimś przyjęciu w hotelu. Wstała, krusząc płytkę w rękach i wrzucając resztki do kosza. Miała jeszcze wiele spraw do załatwienia.
 
__________________
"First in, last out."
Bridgeburners
Morri jest offline  
Stary 26-06-2016, 23:29   #3
 
TomBurgle's Avatar
 
Reputacja: 11835 TomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputację
"...October 12th, 1985..."


Jeez, dzielnica malujących własnymi flakami. Po pierwszej sekundzie dotarła do mnie ironia. Po drugiej brak rozsądnych opcji tłumaczących bezgłośny lot. Po trzeciej znikome szanse na to że jakieś wyjaśnienie pojawi się samo z siebie. Odruchowo sięgnąłem do paska. Ręka intuicyjne szukała kabury -której nie było. Przecież na pestki brakło, to po co nosić broń? Jeszcze ktoś taki poprosi o skrócenie mu cierpienia. Jak beznadziejne byłoby odmówienie z braku amunicji?
Po czwartej sekundzie, jak przystało na świadomego obywatela Miasta Aniołów, zacząłem śpiesznie oddalać się z miejsca zdarzenia żegnany beztroskim ziewnięciem. Zabawne jak szybko takie zdarzenie wymiatało inaczej tłoczne ulice tego slumsu.

Albo się angażujesz, albo masz to w dupie. Wszyscy wiemy na której opcji lepiej się wychodzi, prawda?

Dalej dziwię się samemu sobie że nie wybrałem wtedy drugiej opcji. Gdzieś w zakamarkach umysłu mignęło neonowe “Hell’s Kitchen”, jakby to wyjaśniało taką głupotę - ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć że wcale tak nie było. Nie wyjaśniało. Coś “zagrało”, odezwało się drugie ja, prawdawne gwiazdy ustawiły się jak należy albo nitki Fatum szły tak a nie inaczej. W każdym razie, zamiast zwiać, wcisnąłem się za śmierdzący kontener, w mrok pod rozwaloną latarnią. Jeżeli z pana paćki miał być jakikolwiek pożytek dla świata - albo choćby dla mnie i mojej tymczasowej dzielnicy - potrzebowałem chwili dla siebie, choćbym miał tu siedzieć po łydki w śmieciach.

Przymusowy spadochroniarz wyglądał lepiej, niż można się było spodziewać. Mężczyzna co prawda zostawił swoim lądowaniem ślad w betonie i zabarwił go na nieco odmienny kolor, ale daleko było mu do zmiany kariery na powidło. Oczy miał otwarte, na wpół obecne. Spoglądał na stojącego w oknie osobnika jak na przejaw pozaziemskiej cywilizacji. Klatka piersiowa niefortunnego lotnika nosiła odcisk buta. Duży, czarny i ułożony po skosie. Nawet krwawe zabarwienia nie pozbyły się brudu wżartego w podkoszulek. To sugerowało, że mężczyzna zapoznał się ze strukturą okiennej szyby dzięki czyjejś pomocy.
- S..skurwysyn. Pierdolony liz...lizodup. Łeb mu przetrącę. A ty... ty zasrańcu się nie śmiej!-
Skoczek ryknął pijacką salwą na faceta obserwującego z czwartego piętra. Chociaż tamten zdawał się być uosobieniem stoicyzmu, leżący na ziemi widział to, co chciał widzieć.
- J-już... idę. Lepiej żebyś na mnie poczekał, Crickey. Słyszysz?!-
- Pół dzielnicy cię słyszy. Wlaź i przestań pieprzyć -
skwitował mężczyzna z okienka i zniknął w głębi pomieszczenia. “Upadły” nie rzucał słów na wiatr - targnął się do góry, a ja usłyszałem grzechot kości pośród chlupiącej juchy. Samodzielnie nastawiających się kości...

Sytuacja była co najmniej nieprawdopodobna - bo jakie są szanse na pyskówkę między kimś kto wyfrunął z czwartego piętra, widzem spektaklu i jego muzą która dała mu skrzydła?
W tym mieście, jak widać, niezerowe.
Noc nabierała kolorów - najwyraźniej nie można było przejść kilku ulic bez natrafienia na nadnaturala. Ale cóż, kto by tam narzekał?
Przecież to tylko kolejna okazja zginąć.
Poczekam. Przecież nigdzie mi się nie śpieszy. Posiedzę sobie tutaj aż lotnik łaskawie wejdzie na górę. Nie wstawią nowej szyby w środku nocy, więc i tak będzie wszystko słychać. Chyba że...o, jest lepsze miejsce do nasłuchiwania.

W przeciwieństwie do mnie, spadochroniarz miał głęboko w czterech literach subtelności maści wszelakiej. Zerwał się na równe nogi, jęknął z bólu kiedy jego ciało wprowadzało ostatnie poprawki i natarł na klatkowe drzwi. Te zamek zgubiły już dawno, więc nie stawiały wielkiego oporu. Echo kroków choleryka-nielota stopniowo traciło na głośnośności, aż wreszcie ucichło prawie zupełnie kiedy dotar on na czwarte piętro. Zaświadczył o tym szereg bliżej nieokreślonych przekleństw, które wydobyły się przez ziejącą dziurę po szybie.

Moment w sam raz żeby ruszyć się z miejsca. Z radością wyskakując z sterty wszelakich darów miasta ( z zużytymi prezerwatywami i kartonami po najtańszej pizzy i tak biednej dzielnicy na czele) podtruchtałem do krwawej plamy pod oknem. Miałem parę pytań - a ona mogła udzielić odpowiedzi. Zapewne chętniej niż ci u góry. I w rzeczy samej, wstając znad kałuży wiedziałem już nieco więcej. Miałem parę typów z kim mam do czynienia.
Pogaduszki u góry zaraz miały nabrać rozmachu. Gdybym wiedział wcześniej, zabrałbym coś żeby zwinąć próbkę tej krwi - albo nawet trochę na późniejsze potrzeby - a tak...z niejakim smutkiem trzeba było przejść prosto do konkretów. Czyli do schodów przeciwpożarowych naprzeciwko. Bardzo, bardzo nie chciałem żeby mnie zauważono, więc na razie odpuściłem sobie wchodzenie na samą górę. Wiecie, pewne twarze się zapamiętuje. Niekoniecznie pozytywnie. Z połowy powinno być słychać równie dobrze. Może towarzysz Crickeya też mi się przedstawi?

Crickey i jego kumpel nie tracili czasu na rozmowy. Zamiast słów słychać było warknięcia, syknięcia i krzyki bólu. Opcje były w zasadzie dwie - albo na górze miał miejsce zlot homoseksualistów o sadystycznych tendencjach, albo ktoś wcielał się właśnie w worek treningowy dla dwójki nadnaturalnych katów. Sądząc po aparycji pana C. i kolegi (nielota), prawda leżała bliżej tej drugiej teorii. Rozległ się kolejny wybuch ekspresji tego od parkietu.
- Pierdolony, spedalony francuzik! W dupę ci wsadzę te twoje kłaki... urwę ci łeb i nasram do krtani! Zobaczymy jaki będziesz chojrak, kiedy przyjdzie Kev!
Kimkolwiek był(a) Kev, wyglądało na to, że jeszcze nie wszyscy dotarli na tę imprezę.

To musiało mi wystarczyć jako wizytówka. Zawsze miałem szczęście. Zawsze.
A przynajmniej tak mi mówiła kiedy było już po wszystkim.

Po prawdzie, to nie było do końca szczęście. Upewniłem się że nie zostanę zaskoczony niczym ekstra jeszcze raz.
Wlazłem na te cholerne czwarte piętro, najciszej jak się dało - a takie schody miały tendencję straszliwie trzeszczeć . To nie tak że miałem zamiar iść na noże z dwójką kłaczków - i trzecim w drodze bawiących się w sado maso z “francuzikiem”. Po prostu...taką mam pracę.
I to mógł być ktoś znajomy. Chociaż wątpię, to cholernie głupio byłoby dowiedzieć się po fakcie, prawda?
Zapuściłem wzorowego żurawia przez strzaskane okno - tylko na chwilę, bo przecież w końcu ktoś się obróci

Na szczęście chłopcy byli zbyt zajęci krwawą zabawą w środku żeby martwić się o potencjalnych podglądaczy. Chociaż tak naprawdę bawił się tylko jeden - spadochroniarz. Crickey, jeśli to faktycznie było jego imię, wzorowo podpierał sćianę i obserwował jak na ciele więźnia podwieszonego u sufitu pojawiają się co raz to nowsze pamiątki. Więzień, domniemany francuzik, trzymał głowę spuszczoną. Strumienie zabarwionego czerwienią potu spływały po jego ciele, a czarne, sklejone pióra zasłaniały twarz. Czy “Kev” mógł (mogła?) zaoferować na wpół przytomnemu więźniowi coś gorszego niż zamienienie wszystkich żeber w bezkształtną masę? Lotnik twierdził, że tak, a to, nie wiedzieć czemu, wywoływało we mnie niepokój. Dziś pojawiło się właśnie coś co określam jako "ekstra": mogłem wskazać źródło owego przeczucia jako realny, fizyczny punkt - obiekt w świecie rzeczywistym, z każdą sekundą zmniejszający odległość między sobą a budynkiem. Jeszcze go nie widziałem, ale była to kwestia chwil. Słowem...

...bomba w drodze.
Ufałem swoim przeczuciom. Dzięki nim przetrwałem tak długo. A to co leciało w tą stronę było gównem lecącym prosto w wiatrak. Dzieckiem bawiącym się odbezpieczonym UZI. Cholernym Charliem Foxtrotem.
Nie ma opcji, czas w drogę.
Przewinąłem się jak po sznurku. Z trzaskiem poszła szyba. Wślizgnąłem się na klatkę schodową. Fuck - rozdarłem mój ostatni t-shirt - Nosz po prostu... Następne parę zdań nie nadaje się do cytowania, zresztą czy ktoś je w ogóle słyszał? Nie. Kłódka na dach nie stanowiła problemu - bo po co ktokolwiek dawałby tutaj porządne zamknięcie. Tędy się wychodzi tylko raz, kiedy chce się skoczyć. Rachel miałem na speed dialu - a jeżeli mogliśmy być z czegoś dumni, to z komunikacji. Odbierz.
Swoją drogą, w tej dzielnicy te kłódki uratowałyby tuzin ludzi tygodniowo.

Wyłożyłem się na dachu budynku, pomiędzy zardzewiałymi ściankami. Było nieźle widać, a nie tyczałem jak kaczka na odstrzał. Cel za dwa punkty, trudniejszy tylko od tarczy w otwartym polu. I miałem sensowne drogi odwrotu, zamiast zbiegania im prosto pod drzwi.
No, Kev, pokaż kim ty jesteś.
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -

Ostatnio edytowane przez TomBurgle : 05-07-2016 o 22:55.
TomBurgle jest offline  
Stary 27-06-2016, 20:59   #4
 
Amon's Avatar
 
Reputacja: 11962 Amon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputację
Dwontown - Dom państwa Swansenów: ganek, przedpokój i salon.

Eve starała się skupić na stronach pozytywnych: nie mogła dostać zawału ani ze złości ani ze strachu. Puls nie rozbijał jak oszalały jej skroni a ramiona nie cuchnęły potem. I to chyba już było na tyle. Ubrana w białą koronkową halkę stała zupełnie nieruchomo jak tylko nieumarły potrafi. Jej śnieżne włosy opadały na ramiona i pozostawały w tej pozycji niewzruszone o ile nie uderzył w nie prąd powietrza. Philip patrzył na nią z miłością, Eve i jego żona Judie zlewały się w jego umyśle w jedną osobę od bardzo dawna, mimo iż przecież wiedział że jest ich dwie. W pierwszym szoku, widząc kainitki w progu własnego domu, jej domu, żywcem wyrwane z najgorszego koszmaru Eve czuła, że po prostu odda się w objęcia szału. “- Zajmuję najmniejszą możliwą przestrzeń potrzebną drapieżnikowi do przeżycia!” - użalała się w myślach “- unikam wszelkich pijawek, dlaczego nie można po prostu dać mi spokoju!” - ciągnęła dalej choć dobrze wiedziała jaka jest odpowiedź - spokój nigdy nie był opcją. Wzrok Eve podświadomie ogniskował się na framudze wejściowych drzwi w których stały “siostry” i jej głupiutki niewolnik. W umyśle Eve, framuga była wylotem stalowej lufy a ona sama papierowym nabojem shotguna. Jej dom! jej, prywatna hodowla! Eve znała tu każdy centymetr kwadratowy powierzchni i każdy centymetr sześcienny krwi. Od niekontrolowanego wystrzału powstrzymał ją w zasadzie jedynie sposób, w jaki Ruda Hiena wypowiedziała swój komentarz. Forma pytająca sprawiała przynajmniej wrażenie zapytania o pozwolenie na wejście do środka. Nie żeby Eve łudziła się by kobiety po prostu sobie poszły jeśli trzaśnie im drzwiami przed oczyma. Nie to nie miało sensu, ona była jedna a ich było dwie. Kiedyś były sobie w zasadzie równe ale minęło dużo czasu, który Eve poświęciła na rozwijanie subtelności a jej siostry, sądząc po ich wyglądzie, na “otwartości”. Oczywiście Eve też nie pozostawała bez kłów czy pazurów, ale siostry doskonale przecież o tym wiedziały.
- No pewnie, można by nawet rzec, iż myślałam o was każdego dnia… - Uśmiechnęła się do niechcianych gości po czym przeniosła wzrok na Philipa. - Misiu, idź proszę na górę i dopilnuj żeby nikt nie niepokoił mnie i moich koleżanek w salonie. Najlepiej idż spać, już bardzo późno. - Pozwoliła się objąć mężczyźnie i cmoknęła go w usta, zanim zniknął im z oczu. - wtedy przeniosła spojrzenie na siostry:
- Zajęło wam trochę czasu żeby mnie znaleźć, za to ja byłam pewna, że umarłyście.
- Pewność zyskuje się widząc coś na własne oczy. A jeszcze lepiej jest załatwić sprawę samodzielnie - zripostowała Czarna, a naznaczone szramami usta polubownie się wykrzywiły. Weszła do środka i, robiąc użytek z wieszaka, ściągnęła płaszcz. Pod spodem miała tank top i smoliste sztruksy, na nogach umorusane zaschniętym błotem tenisówki. “Moda” i “estetyka” istniały w jej głowie stricte jako terminy słownikowe.
- Na przykład przy robieniu z kogoś kozła ofiarnego i zostawianiu go na kosy, tak jak lubił to robić stary, dobry Wielebny! Ha! - dorzuciła od siebie ruda, papugując postępowanie siostry i zostawiając kurtkę w przedpokoju. Udawane koleżanki ze szkoły najwidoczniej nie przyszły w gości żeby zamienić Eve w kupkę popiołu - przynajmniej nie bez odpowiedniego pretekstu. Eve poprowadziła je do salonu.
- Jejku jej! Ale żeś się tu urządziła, siostra! Kominek, plazma, fifaśne meble, dosłownie miejsce wygląda jak z jakiegoś katalogu! - krzykaczka musiała wszystko obrzejrzeć i wszystkiego dotknąć. Dwoiła i troiła się w oczach. Dla kontrastu, Czarna postawila upominkową butelkę na stole, po czym spokojnie usadowiła się na pierwszej z brzegu sofie.
- Zapomniałaś o zapasie krwi na wyciągnięcie ręki - rzuciła do hiperaktywnej rówieśniczki.
- Faktycznie, faktycznie! A jaka ufna i posłuszna ta torebka! Super wytresowana!
- Może aż za dobrze? Był taki naiwny i uległy. Słowem nie zakwestionował bajek, które mu naopowiadałyśmy
- tutaj spojrzenie karmazynowego oka spoczęło na gospodyni. Czy powinna odczytać je jako zarzut? Reprymendę za frywolne stosowanie mocy krwi? Eve spokojnie opadła na inną niż dziewczyny sofę, założyła nogę na nogę, położyła rozłożone ramiona na oparciu, słowem rozsiadła się. Nie spuszczając jednak wzroku ze swoich gości. I tak, zarejestrowała też obecność butelki, choć z premedytacją nie zwracała na nią uwagi.
- Każda z nas zawsze miała swoje dobre i lepsze strony, Ja na przykład jestem praktyczna. Zostałam sama i wystawiona, więc zajęłam się sobą samą, a nie angażowaniem się w konflikty z miejscowymi których nie mogła bym wygrać. A jeśli nie ma gwarancji wygranej, to po co w ogóle zaczynać? - uniosła brew, uderzając powoli długimi paznokciami w obicie sofy.
- Dlatego te woreczki zajmują się wyłącznie dostarczaniem tego - omiotła pomieszczenie wzrokiem - oraz tego - klapnęła w powietrzu obdarzonymi kłami i zamlaskała. Następnie zwróciła się bezpośrednio do Czarnej:
- A co? przejmujesz się, że coś by wygadał? zależy ci na takich rzeczach…? - zapytała z ironią. Emanując spokojem grabarza, jednookoa wzruszyła ramionami.
- Czy to grzech martwić się o siostrę, która przez tyle czasu musiała radzić sobie sama?
- Nie musiała, nie musiała! Po prostu dała drapaka jak tylko zaczęły się kłopoty! Prawdziwe oddanie sprawie, nie ma co! Dlatego Vinculum powinno być lepiej nad...-
Czarna uniosła ostrzegawczo rękę, natychmiast przerywając nabierającą rumieńców tyradę siostry.
- Dosyć. Już o tym rozmawiałyśmy. Kilkakrotnie. Dobrze wiesz, że przyszłyśmy tu wyciągnąć do niej rękę w geście pojednania, a nie zadawać cios pięścią...
- A szkoda... z chęcią przyprowadziłabym ze sobą paru wygrzebańców i zrobiła tu...
- Dosyć, powiedziałam! Biskup stwierdził, że to ja decyduję! -
Czarna łypnęła z pode łba, kończąc dysputę na dobre. Bez szansy na ostatnie słowo, ruda tylko ostentacyjnie ziewnęła. Ta mała wymiana zdań szybko obnarzyła Eve kto rządzi a kto doradza. Teraz należało dojść do sedna całej tej farsy. Przez moment panowała kłopotliwa cisza, którą zakłóciła dopiero gospodyni:
- Zapewne jest wiele rzeczy których chciałybyście ode mnie, ale musi być przynajmniej jedna która spowodowała iż mam zaszczyt gościć was tu dzisiaj w moich skromnych progach, toteż, zamieniam się w słuch… - oczyściła umysł, zrobiła miejsce na horror, który miał wlać się zaraz przez uszy.

Horror ten został przedstawiony jako względnie standardowa formułka. Oczywiście “prosta” nie znaczyło “łatwa do przełknięcia”:
- Rozpoczęliśmy kolejny atak na LA. Chciałabym żebyś dołączyła do sfory.
Zadziwiające, jak wielki ładunek konotacji potrafiło zawierać jedno słowo. Owe “chciałabym” kryło w sobie pojednawcze nastawienie jednookiej, jadowitość Rudej oraz gniew całej sekty, który teraz praktycznie wisiał nad gospodynią jak przysłowiowy miecz Damoklesa... czy inna tykająca bomba pod siedzeniem sofy. Była to oferta żywcem wyjęta z mafijnego filmidła.

Eve nie kłamała, gdy przypisywała sobie praktyczność. Najważniejszym priorytetem jej egzystencji było przetrwanie. Oczywiście przetrwanie miało różne barwy i odcienie. Najbardziej podstawowym, pierwotnym poziomem było po prostu posiadanie głowy przytwierdzonej do szyi. Ale w zależności od możliwości, można było też walczyć o przetrwanie w dobrobycie, czy nawet w luksusie. Przetrwanie oznaczało też ile można było dla niego poświęcić, by zachować jakiś konkretny poziom. Eve nie interesowało kto kręci miastem, gdyż jedyna jego część na której naprawdę jej zależało, to dom w którego salonie właśnie siedziała. Czy miastem “kręci” Książę, Biskupi czy Arcybiskup mało dla niej znaczyło. Liczyło się tylko co ona z tego ma. A Eve nie była przecież wymagająca, przez te wszystkie dekady w LA nigdy nic od nikogo nie chciała, ani też nikt od niej. Aż do teraz. Czy Eve chciała przyłączać się do ataku na miejscową Camarillę? - skąd! po co? Miejscowe pijawki nawet jeśli o niej wiedziały, najwidoczniej dawno zrozumiały, że wampirzyca nie ma zamiaru nikomu robić żadnych problemów. A w tej ich całej zafajdanej maskaradzie była lepsza od nich wszystkich razem wziętych.

Jednak jeśli sekty w istocie zawalczą o miasto, żaden kamień nie pozostanie nienaruszony. No chyba że się jest jakimś pierdolonym Inconnu (Eve zawsze w duszy bawiła hipokryzja sabackich sióstr i braci. Młode zasadniczo wampiry pierdoliły o przedpotopowcach a wolały zarzynać się o jakieś lasombryczno-venturowskie wpływy. Wygrzebańce ginęły w iście stalinowskich proporcjach a takie staruchy z Inconnu raczej żadko - niestety taka była prawda, przynajmniej na ile poznała ją Eve.) Dlatego Eve musiała albo wynieść się z miasta, albo się określić. Z racji iż kainitki siedziały teraz w jej salonie, kwestia się wyklarowała. Eve spojrzała sponad własnego nagiego kolana na swoje “siostry” były jak dwa kurze jajka. Eve nie raz widziała w lodówce swoich ghuli pudełko z jajkami. Często zdarzało się tak, że kilka jajek zmiażdżyło jedno, same pozostając nietknięte, lub tylko lekko pęknięte. Teraz pytanie: jak rzucić jajkiem tak żeby zbić dwa inne nie rozbijając rzucanego? niemożliwe. Eve nie miała myśli samobójczych. Teraz chodziło o zachowanie połączenia głowy z szyją, zachowaniem stanu posiadania będzie zajmować później.
Wampirzyca uniosła brew, uśmiechnęła się obdarzając białe zęby i kły. Energicznie klasnęła dłońmi o kolana.
- No nie… nie wierzę, czy to sama ducta i wielebna we własnych osobach? - wycelowała długim paznokciem wskazującego palca to w Czarną to w Rudą, po czym już całkiem poważnie skłoniła głowę. Chwyciła w prawą dłoń swoją lewą pierś w teatralnym geście.
- Skoro ręka jest pojednawcza, ja jej nie odtrącę - Eve starała się myśleć o stronach pozytywnych, niedługo “przełknie” może trochę lepiej to błoto na dywanie. I to chyba już było na tyle.
 
__________________
Our obstacles are severe, but they are known to us.

Ostatnio edytowane przez Amon : 27-06-2016 o 21:17.
Amon jest offline  
Stary 27-06-2016, 22:56   #5
 
Raist2's Avatar
 
Reputacja: 2526 Raist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputację
Spojrzał się na adres na kartce.
- Jest coś, co powinienem wiedzieć? - zwrócił się w stronę Nosferatu. - Wiadomo ilu? Czego się spodziewać? Jeńcy? Proszę powiedz, że nie koniecznie.
- Ta... facet, którego zwinęli nazywa się Eric Rince. Francuzik z amerykańskim obywatelstwem, tępy bysior Anarchistów. Sam z siebie jest płotką, ale spędził u nas dwa miesiące, a to znaczy, że ma przewagę informacyjną w postaci kilkudziesięciu dni nad pierwszym-lepszym łopatologiem Sabatu. Hehe...- Nosferatu zarechotał jakby ktoś opowiedział mu sprośny dowcip, ale szybko uciął dalszy przejaw dobrego humoru w obawie, że niepotrzebnie ściągnie na siebie uwagę zafrasowanej papierzyskami Księżnej.
- Ilu? Czterech? Pięciu? Może dwudziestu? Cholera wie. Pamiętaj, że zgarnęli z ulicy Krzykacza, który wcale nie był zielony. Znaczy, że mają wystarczająco duże łokcie żeby zacząć się rozpychać - w tym miejscu zgniłek pokiwał palcem. Ku przestrodze.
[i]- Twoja fucha nie polega na byciu pieprzonym Rambo. Robisz za rekonesans, zgłaszasz, co widziałeś w podanym miejscu i wracasz albo czekasz - zależnie od sytuacji i mojego taktycznego widzimisię. Ostatnie, co chcemy, to dostarczać im kolejnych ofiar. Jasne?
- If you say so. - John wzruszył ramionami.
- Idę. - skinął głową i odwrócił się do wyjścia. Kartka zdradziła mu, że cel jego eskapady znajdował się w Skid Row, jednym z bardziej znanych rejonów biedoty na terenie Los Angeles. John zanotował w myślach dokładny adres przed wyjściem z Elizjum. 625 San Pedro St. - pewnie jakaś rudera przeznaczona do wyburzenia. Te zwierzęta z Sabatu lubiły chować się po takich norach.

Wsiadł do zaparkowanego niedaleko czarnego Chevroleta Camaro SS z 69r. Lubił tę brykę, i nie wyobrażał sobie żeby zamienić ją na inną. Odpalił silnik i włączył się do ruchu w kierunku adresu z kartki.
- Francuzik anarchista tak? - mówił na głos - Na takim zadupiu mieszkał? Spoko. Tylko czemu to mi pachnie jakby wpuszczali mnie na minę?
- Nieważne. Powystrzelasz ich wszystkich jakby co. Zawsze możesz też puścić z dymem budynek. - powiedziała Rose.
- A co powiem księżnej? “Sorki, samo wyszło”? “Wadliwa elektryka”?
- Zwalisz na nich. Zobaczysz, będzie fajnie. - odpowiedziała mu Violet.
- Nie przejdzie. Nie tym razem.
- Co? Boisz się? No dawaj. - znów odezwała się Rose.
- Boi się, boi. - zaczęła Violet, po chwili dołączyła się do niej Rose - Boi, boi. Booooiii.
- Zamknijcie się już! - ryknął.
Obie ucichły.
Po chwili odezwał się.
- Przepraszam, nie chciałem.
- W zamian musisz coś spalić. A nimi się nie przejmuj. Bóg ich ukarze. - odpowiedziała mu Rose.
- Tak. Zawsze to robi. - zawtórowała jej Violet.
Nie odezwał się już.

Wyjechał z jednej z bogatszych dzielnic miasta, gdzie ruch nawet o tej porze był całkiem spory. Jednak kierował się do coraz to gorszych dzielnic. Ruch uliczny coraz bardziej malał. Za to przybywało więcej śmieci na ulicach, zarówno materialnych jak i ludzkich.
Skid Row. Kloaka miasta. Ciekawe było to że o ile człowiek ma tylko jeden odbyt, tak miasto potrafiło mieć ich kilka. I właśnie do takiego przyszło mu teraz zajechać. Gdy dojechał na wskazany adres zaparkował po drugiej stronie ulicy. Spojrzał jeszcze raz na kartkę po czym na budynek. Adres się zgadzał. Wyciągnął zapalniczkę ze schowka i zapalił papier wyrzucając go przez okno. Siedział jeszcze kilkanaście minut w samochodzie obserwując budynek i okolicę. Ale nic się nie działo. Oczywiście nic było pojęciem względnym, dla fircyków takich jak z Brentwood wszystko co tu się działo mogło uchodzić za "coś". Kłótnie słyszalne na półulicy, bójka dwóch cwaniaków w bocznej alejce, czy nawet narkoman dający sobie w żyłę na schodach jednego z budynków.
W końcu wysiadł z samochodu, poprawił na sobie swój brązowy prochowiec i ruszył do budynku w którym miał ponoć mieszkać uprowadzony anarchista. Zaszedł od strony schodów przeciwpożarowych i w miarę możliwości bezszelestnie wdrapał się nimi na odpowiednie piętro. Najpierw nasłuchiwał odgłosów dochodzących z mieszkania, potem wyjął komórkę i odpalając aparat wystawił ją trochę żeby rzucić okiem na wnętrze.
 

Ostatnio edytowane przez Raist2 : 28-06-2016 o 02:42. Powód: literówka
Raist2 jest offline  
Stary 01-07-2016, 22:00   #6
 
Highlander's Avatar
 
Reputacja: 7613 Highlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputację
I'm suddenly finding it hard to know the difference between nightmares and consciousness.
― Lauren DeStefano, Fever

26. 05. 2013 – 22:00 – Downtown – Dom Eve
- Nie słodź, nie słodź, bo mam już wysoki poziom cukru – skomentowała gorzko ruda.
- Dowodząca sforą jest jedna i jestem nią ja – wyklarowała sprawę Czarna.
- Ta, ja tu jestem zwykłym popychadłem. Jak zawsze. Chociaż Ductus to plakietka ozdobna, z tego , co kojarzę. A skoro zeszłyśmy na „wielebnego”, to nie martw się, kochana. Za szybko go nie zobaczysz. W końcu ty na drabinie społecznej figurujesz teraz niewiele wyżej od łopaciaka…
- Ale to przecież lepsze od statusu zdrajcy wobec Sabatu, prawda Eve?
- zapytanie jednookiej miało zabarwienie retoryczne, wobec czego nie było sensu na nie odpowiadać. Nawet ona to wiedziała.
- Teraz musimy dopełnić tradycji i odprawić Vinculum – w tym momencie spojrzenie czerwonej tęczówki padło na pozornie zapomnianą butelkę. W umyśle Eve nagle wszystko się wyklarowało. Naczynie zawierało krew dwóch kolorowych panien. Oraz, zakładając, że jacyś byli, pozostałych członków sabatniczej ekipy remontowej. Szkoda więc, że kobiecie w bieli nie ofiarowano szansy na wkład własny. Jeżeli gospodyni zdecydowałaby się wypić zawartość przyniesionego prezentu, powstała w ten sposób więź Vitae miałaby charakter zatrważająco jednostronny – nie tyle łączący wszystkich w braterskiej kooperacji, co czyniący z jednej strony niewiele więcej niż niewolnicę. Oczywiście sama świadomość tego faktu stanowiła swoistego asa w rękawie Białej. Decydując się na podniesienie wystarczająco głośnego rabanu, z pewnością mogłaby utemperować zapędy Czarnej i domagać się przeprowadzenia rytuału na nowo, z równym poszanowaniem praw wszystkich biorących w nim udział. Nawet to rude diablę nie miałoby żadnego pola do manewru…

26. 05. 2013 – 23:00 – Downtown – Skid Row
Turkot silnika pojawił się znikąd, zmalał do kociego mruczenia i w końcu całkowicie ustał. Przed ostrupiałym blokiem zaparkował czarny Bentley z lat osiemdziesiątych. Był lśniący i wypolerowany, prawie zlewał się z nocą. Kliknięciu samochodowego zamka towarzyszyło wyłonienie się mężczyzny w aksamitnym garniturze. Pete nie miał żadnych wątpliwości, że za oknem, na parterze, pojawił się wspomniany wcześniej przez spadochroniarza Kev. Pewność sięgała niemal stu procentów, bo skryty wewnątrz sąsiedniej rudery obserwator wciąż zawiadamiany był przez swój szósty zmysł o wybuchach nadnaturalnych fajerwerków. Ich źródłem był nikt inny jak wysiadający facet. Garniak poprawił mankiety marynarki i ruszył drogą przetartą kilka minut temu przez lotnika. Szedł równym, miarowym krokiem – jak ktoś, kto nie ma potrzeby nigdzie się śpieszyć. Sięgnąwszy poddasza kamienicy, uchylił drzwi delikatnym gestem i zaczął mielić scenę brązowymi oczyma. Uścisnął dłonie obydwu zakapiorów, wymienił parę uprzejmości i, gestem dłoni, polecił poluzować mocowanie łańcucha utrzymującego więźnia przy suficie. Łoskot metalu i tąpnięcie Francuza o spróchniałe deski dało się usłyszeć bez trudu, nawet z drugiej strony ulicy. Ściągając marynarkę, Kev pozwolił sobie na lekki, ledwie zauważalny uśmiech. Odłożył na krzesło wierzchnią kapotę, zostając w koszuli i krawacie. Kiedy jeniec wciąż wił się na ziemi, strojniś przeczesał palcami kędzierzawe włosy. Jeśli nie liczyć sprzeczności w postaci spokoju ducha, był trochę jak aktor przygotowujący się do występu na Broadway’u. Tak, jego wielki, skrzący iskrami show miał wystartować lada moment.


Podglądacz nazwiskiem Greaves wstępnie zmuszony był zakryć oczy dłonią, bo oto z pokoju naprzeciw wybuchła seria wiązek światła zwiastujących zaklinanie rzeczywistości przy pomocy własnych wymysłów. Iluzja sensoryczna – diablo silna i irytująca wzrok nie gorzej niż wybuch granatu gazowego. Mężczyzna mógł co prawda ocenić dalsze położenie i gesty osób z drugiego budynku, ale sceneria nabrała tak pulsującego blasku, że musiał co kilka sekund dawać odpocząć swoim źrenicom. Francuz o nieznanym imieniu porzucił wcześniejsze samozaparcie – teraz, niczym dziecko lgnące do matki, czołgał się po ziemi w stronę Kev’a. Tylko, że tego zastąpiła bliżej nieokreślona, kobieca sylwetka utkana ze złota. Duet dryblasów pozostawał ukryty za zmyślonymi ścianami. Czekając na efekty indoktrynacji z uśmiechami na parszywych gębach, nie odzywali się nawet słowem.

Dla czatującego w pobliżu John’a, problem zasadzał się na tym, że schody pożarowe budynku nie były ulokowane po stronie intrygującego go okna. Choć miał niezgorszą fonię, zwyczajnie nie posiadał wizji. Czemóż to nie istniały wampirze dary, które umożliwiałyby wampirowi zabawę w Człowieka-Pająka? Możliwość pokonania dowolnej powierzchni o tendencjach wertykalnych byłaby nie lada udogodnieniem podczas szpiegowskich zagrywek między dwoma sektami…. On jednak nie posiadał takich kart przetargowych w rękawie, wobec czego zdany był na zwyczajne nasłuchiwanie. Fragmenty rozmowy docierające do jego uszu nie zapowiadały jednak niczego dobrego.
- Ciiii. Już, już. Wszystko dobrze, Eryku. Ciiii… nie musisz się bać. To był tylko zły sen. Jesteś w domu. W swoim pokoju. Bezpieczny. Nie dam nikomu zrobić ci krzywdy. Mama nie pozwoli… – kobiecy głos był tak kojący, że Maverick sam się w nim na chwilę zatracił. Dopiero smród z pobliskiego śmietnika i wiatr świszczący przez pozostałości szyb wyrwały go z idyllicznego zadumania. Kto by pomyślał? Nawet tak paskudna sceneria jak ta posiadała swoje zastosowania. Nie zmieniało to faktu, że przysłowiowa ryba połknęła przynętę na jeden raz.
- Tak się… tak się bałem! Te wampiry… te nieludzkie potwory, chciały dowiedzieć się gdzie są Elizja Camarilli! Chcieli zrobić tam rzeź, wysadzić je w powietrze budynki i zabić tak wiele osób… – ufność i ulga. Mylne uczucie przebudzenia się z długiego koszmaru – tym właśnie rezonowały słowa wydukiwane przez właściciela głosu naznaczonego francuskim akcentem. Jednakże John czuł tylko rozczarowanie i współczucie, bo wiedział, że złudne zwody jeszcze nie rozpoczęły się na poważnie. Miał rację. Tylko dlaczego musiał ją mieć zawsze w tak paskudnych momentach jak ten?
- Ciiii… Koszmar już się skończył! Nie ma wampirów, wilkołaków ani innych zabobonów. To tylko bajki! Zwyczajne opowiastki, które opowiada się niegrzecznym dzieciom. A mój Eryk jest przecież zbyt grzecznym i mądrym chłopcem żeby ślepo wierzyć w tego typu historyjki, prawda? – co jak co, ale aktorskiego drygu mówiącemu można było tylko pozazdrościć. To przekonanie odnośnie autentyczności własnych słów, ta barwa głosu i nasycenie emocjonalne…
- Tak, mamo. Tylko, że ja naprawdę mogłem tam…
- Hmm… dobrze, Eryku. Jeśli dzięki temu łatwiej zaśniesz, to opowiedz mi wszystko. Wszyściutko, od samego początku. Zaczynając od tej całej „Camarilli” i jej „Elizjów”. Czymkolwiek by nie były…
- „jej” wyrozumiały, rodzicielski ton sugerował, że nie się czego wstydzić, a mężczyzna cofnięty w rozwoju do stadium dziecięcego zaczął z ochotą snuć swoją „wyśnioną” historyjkę. Maverick musiał zdecydować się na jakąś formę działania, ale był pewien, że wpadanie do środka na wcześniej wspomnianego Sylwestra Stallone nie należało w tym wypadku do zbyt mądrych pomysłów.


26. 05. 2013 – 23:10 – Crenshaw – Magazyn Viacom Co.
Worek leżący na ziemi nie przestawał się tarmosić, co zachęciło Gustawa i Morta do wypłacenia mu kilku kapci. Szefowa dwójki drągali skomentowała ich taktyki uspokajające uniesieniem kciuka i wróciła do swojej rozmowy telefonicznej… choć niezbyt chętnie. Zdawanie raportów miało dla niej czynnik tolerancji porównywalny z wyrywaniem zębów, wobec czego wolała ograniczać wkład własny do całkowitego minimum. Oczywiście nawet niechęć nie mogła ukryć pewnych wyuczonych nawyków, jakie nabyła podczas dziesięciu lat zatrudnienia – znaczyło to tyle, że mimowolnie przytakiwała na każde zapytanie, chociaż rozmówca i tak nie mógł zobaczyć tych nerwowych gestów.
- Tak, udało nam się przejąć przesyłkę z centrum anomalii w San Rico. Mhm. Aha. Wciąż jest przytomny i, mimo wszelkich starań, nie możemy uczynić go „przytomnym mniej”. Znaczy się… mogłabym, ale po tym, co mi chodzi po głowie, nigdy nie już nie odzyskałby przytomności.
Mając z głowy fazę wstępną ustaleń, wydała kolejne polecenia swoim podkomendnym. Uznała ten moment za czas najwyższy, bo w końcu wyładunek wora na asfalt zajął im prawie dziesięć minut.
- Wnieście gnoja do magazynu i przyszpilcie od wózka. Reszta załatwi się sama. Ha? Nie, jestem. Tylko załatwiam sprawy załadunkowe. Czy na miejscu zdarzenia był ktoś inny? Tak, krwawa plama. Nie, nie znam imienia. Nie miałam jak jej wylegitymować, dowodu nie było. Jak chcesz, to zabrałam kilka zębów do przeanalizowania. Ha! Tak myślałam! Nie, nic i nikogo innego. Pa, słodziaku.

Zdająca raport nacisnęła czerwoną słuchawkę i pozwoliła swojej głowie opaść na bok ciężarówki. Minęło kilka sekund i parę głębszych oddechów. Następnie kobieta odwróciła się w stronę auta, a jej dłoń o pstrokatych paznokciach szarpnęła za boczne drzwi. W środku panował półmrok, ale uważna osoba wciąż mogła przyuważyć skuloną i kwilącą pomiędzy pudłami sylwetkę.
- Jak to jest być nikim i niczym innym?- zapytała z sympatyzującym uśmiechem.
- Powiedziała, ze wróci. Obiecała mi… czekałam na nią. Dzień i noc, dzień i… – odpowiedź, która dobiegła z mroku, była przepełniona smutkiem. Wypowiadający ją głos łamał się na co drugiej sylabie. Stojąca na zewnątrz koordynatorka przewozów spuściła głowę i… splunęła na chodni.
- Słuchaj, mała. Nie znałam Twojej kumpeli, ale… współczuję. Ja też straciłam kogoś bliskiego. W tym przypadku… w twoim przypadku, sztuka polega na tym, żeby zdać sobie sprawę, że nie zawiniłaś.
- Mogłam ją powstrzymać. Nie pozwolić jej odejść, mogłam… mogłam…
- Gówno mogłaś i dobrze o tym wiesz. Niezależnie od tego, co do niej czułaś, ona i tak zrobiłaby swoje. Żyła według własnych zasad i tak kopnęła w kalendarz. Mylę się? Hm?


Oczy skryte za parą muszych lustrzanek nakierowały się na odgłos łkania pochodzący z wewnątrz pojazdu. Jakby rzucając wyzwanie. Ale wyzwania kto podjąć się nie miał, bo odgłosy rozpaczy ucichły dosyć szybko. Kształt drgnął, potem podpełzł na kolanach do wyjścia i wyciągnął drżącą rękę. Ta została ujęta, natychmiast i bez wahania, przez panią terapeutkę. Oferowało to dalszą motywację.
- Nie… nie myli się pani. Ona… ona właśnie taka była…
- Zuch dziewczyna jesteś. Dobrze, że w końcu załapałaś. A teraz chodź, zaraz na rogu jest Starbucks. Pogadamy trochę dłużej i powiesz mi, co dokładnie się stało. No, dalej!

Dziewczyna wyszła z furgonu. Po raz pierwszy od tygodnia, spojrzała na świat trzeźwiej.
- Co pani… właściwie ma na sobie? Wokół szyi?
- A, chodzi ci o ten kawał żelastwa? Nie przejmuj się, mała. To po prostu taka moda… chociaż trafniej chyba powiedzieć, że to nasza forma propagandy. Nieważne. Chodźmy.

Dwie sylwetki ruszyły w stronę lśniącego bielą i zielenią neonu, a aromat kawy prawie już łaskotał ich nozdrza. Ta wyższa, pewniejsza swego i bardziej „napuszona” zastanawiała się co dalej. W końcu usunęła jeden z krytycznych elementów z miejsca zdarzenia. Wiedziała, że takie postępowanie może mocno ukłuć ją w dupę… oczywiście zakładając, że ktokolwiek puści parę z gęby. W co Q wątpiła.
 
__________________
That's a wrap! I'm out. Roll the credits!

Ostatnio edytowane przez Highlander : 09-07-2016 o 15:20.
Highlander jest offline  
Stary 02-07-2016, 22:24   #7
 
Amon's Avatar
 
Reputacja: 11962 Amon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputację
Eve, parsknęła. Nie - raczej fuknęła.
- Ktoś tu niedawno mówił, że chce bym dołączyła do sfory oraz, że proponuje pojednanie. A może to mi tu słodzono hm? - uniosła brew w czysto retorycznym pytaniu. - Czyżby braterstwo zmieniło ostatnio formę? chcecie mojej miłości ale same nie chcecie kochać mnie? siostrzyczki? A może mam się wykazać? tu i teraz? - wyszczerzyła wściekle kły pozwalając im urosnąć już zupełnie nienaturalnie, nawet jak na wampira. - Tak jak mówiłam jestem pragmatyczna, dlatego nie rozumiem dlaczego miałybyśmy leczyć rany po kłach... i to na twarzach. - Przeczesała włosy długimi szponami. - Przecież nie wymagam nie wiadomo czego. Ba, ja niczego nie wymagam Czarna, ja uprzejmie proszę tylko o należyte dopełnienie rytuału. - Puściła oko w stronę baru. - Weźmy szkło i nóż, napijmy się razem tak jak nakazuje tradycja. Kiedy dane mi będzie poznać resztę, zrobimy to jeszcze raz. Tak jak sama powiedziałaś “pojednanie”. - Eve miała nadzieje, że siostry kierują się zimnym rozsądkiem. Fakt, miały przewagę ale po co walczyć i ryzykować rany od kłów, które będą leczyć się długo i są upokarzające. Jeśli zaś Eve miała stać się niewolnicą, nic jej nie stopowało przed obroną i to najbardziej kłopotliwą jak tylko się da. Czarna i Ruda musiały to wiedzieć i jeżeli w ogóle prawdą było to co mówiła wcześniej Czarna, mogły by przestać być pizdami i po prostu grać według zasad. Jeżeli zaś w istocie chcą ją tylko zdominować. Cóż, przetrwanie Eve nie będzie zabezpieczone takim układem i wampirzyca będzie musiała walczyć o życie tu, teraz, zaraz.
Wyrażając swoje rozczarowanie, czerwone diablę pstryknęło palcem.
- Ech, nosił wilk razy kilka, czy jakoś tak. Liczyłam, że na starość straciłaś wyczucie.
Druga kobieta zignorowała gadkę rudowłosej i akceptująco kiwnęła głową.
- Masz oczywiście rację. Takie rozwiązanie nie byłoby względem Ciebie w porządku. Odprawimy rytuał w należyty sposób... jutro, z udziałem wszystkich członków sfory.
Czarnowłosa podjęła swoją decyzję i wstała z sofy. Wyglądało na to, że nie miała chęci do krwawej improwizacji - nie kiedy reszta jej żołnierzy przebywała gdzie indziej.
- Ooo... właśnie. Dobrze, że czarnula mi przypomniała - Czerwona uniosła palec wskazujący w geście mentalnego triumfu - mamy na stanie jeszcze jeden nowy narybek. Tylko problem z nim jest. Bo widzisz, Biała, ta gościówka, o którą mi chodzi, to towar uszkodzony. Bardziej niż ty, ja i napuszona pani dowódca razem wzięte. Mówię o smaczkach takich jak puste ślepka, brak reakcji na wszystko poza słoneczkiem i losowe napady szału.
Ruda, która nadal nie podniosła zadka, zaczęła kreślić paznokciem po blacie stolika.
- Pomyślałam, no wiesz, że mogłabyś użyć trochę tego swojego umysłowego hokus-pokus żeby ją zresetować. Bo Biskup uparł się że chce wykorzystać ją w następnej akcji.

Kiedy perspektywa mniej lub bardziej szybkiej śmierci, tudzież beznadziejnego niewolnictwa, odsunęła się nieco - tak jak perspektywa raka oddala się po każdych kontrolnych badaniach, wampirzyca pozwoliła sobie na refleksję nad słowami Rudej. Eve osobiście nie kupowała bzdet o taranie. Jasne, taki uszkodzony straumatyzowany umysł, zakuty w nieumarłe ciało powykręcane darem zniekształcenia miało wspaniały, wręcz romantyczny potencjał. Ale no właśnie: “romantyczny”, wyrwany z odległej epoki, może i poetycki ale dość kosztowny. To samo można było osiągnąć na przykład granatem, którego przecież nie trzeba chociażby karmić. No ale to już były prywatne dywagacje Eve, którymi nie zamierzała się dzielić - bo i po co. Strategiem przecież ona nie była. Sama wizja “powykręcania” i tak już złamanej jednostki była jednak diablo kusząca. No wystarczy pomyśleć… - Eve zamarzyła się. Biskup mógł być Diabłem, pewnie chciał po prostu bawić się tym “wykrętem”. Cóż, Eve na pewno nie odpuści położenia łap, rąk, szponów, czy czego tam akurat by nie miała, na czymś takim. To niemal jak sztuka. Nie, poprawka - to jest sztuka.
- Cóż za przewrotny, lisi pomysł. - wyraziła z uznaniem - oczywiście z chęcią dołożę starań by ten ambitny projekt stał się bliższy rzeczywistości. Gdzie w ogóle trzymacie coś takiego? no i rozumiem że nie doznaje tych “przebudzeń” względem krewnych których “kocha”?
- A bo ja wiem? Widuję ją tylko na zbiórkach. Biskup trzyma ją na krótkiej smyczy, bo ostatnio rozpruła mu jakiegoś ghula. Ale chyba nie za bardzo przejął się stratą, bo sucz nawet nie została porządnie napiętnowana. Tak czy siak, pomysł jest przedni. Nie mogę się doczekać żeby zobaczyć, co zrobi kiedy spuścimy ją z łańcucha. Dosłownie jak na szpilkach siedzę.
Ten sam, znajomy już blask tęczówek. Jak u dziecka, które pastwi się lupą nad owadami.
Eve zaświeciły się oczy “- Też bym chciała takie coś na smyczy. Wszystkie cechy spokrewnionego za to zero mózgu i własnej woli, żaden zwierzęcy ghul nie może się z tym równać!” - rozmarzyła się.
- Ale, ale, żeby Ci do łebka nie strzeliło, że zostaniesz z nią sama! Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza, jak mawiał papcio Stalin. Będę siedziała obok ciebie przy każdym grzebaniu w jej łepetynie. Jeszcze nakładłabyś jej do makówki jakichś niezdrowych pomysłów - Czerwona nie grzeszyła elokwencją wypowiedzi, ale pragmatyzmu i instynktu samozachowawczego miała aż nadto. Jednooka, powoli i z podobną dozą rozwagi, mruknęła akceptująco na tę propozycję. Jakby chcąc być fair względem Białej, dodała:
- Tylko przy kilku pierwszych wizytach. Aż Vitae ponownie nas nie zjednoczy. Jeśli zaś chodzi o Twoje przeczucia, Eve, to są one trafne. Regularnie karmimy tę kobietę naszą krwią. Zapobiega to wypadkom podobnym do tego, jaki spotkał jednego z sługów. -
Eve zdążyła już zapomnieć, że głupota Rudej jest wartością samą w sobie. Uświadamiając to sobie odczuła niemal jakiś sentyment do siostry… “- Stop!!” - Eve natychmiast się zbeształa, Ruda była może i prostym, ale bardzo niebezpiecznym zwierzęciem. No ale faktem było to, że wampirzyca miała kiepskie zrozumienie tego czym jest zniekształcenie. Oczywiście Eve nie miała zamiaru wyciągać jej z niewiedzy. Co by niby miała na tym zyskać? Oj tak, Eve jeśli pogrzebie tej nieszczęsnej istocie w głowie, to tylko w ten sposób by jej mózg był odpowiednio uciskany, tak jak czyni to guz. Eve doskonale orientowała się w tym, która część odpowiada za co. Można “zmotywować” mózg do bycia bardziej agresywnym na przykład. I to na pewno właśnie się stanie. Poza upewnieniem się, że ból będzie permanentnym uczuciem odczuwanym przez nieszczęsną kainitkę, Eve zajmie się raczej innymi niż głowa częściami ciała.
Czarna wyszła na przedpokój i wyjęła coś z kieszeni. Pomięty kawałek papieru i zdjęcie.
Wróciła do salonu i wraziła obydwa przedmioty w ręce Białej. Na karteczce widniał numer telefonu, z kolei fotografia najpewniej przedstawiała jej przyszłą pacjentkę.

- Zadzwoń pod ten numer jutro, kiedy już będziesz gotowa. Wyślę po Ciebie kierowcę, który zabierze Cię do schronienia nieopodal. Tam będziesz mogła...
- Odprawić swoje mambo-jumbo! Ale pilnuj się, bo i ja tam będę. A i Biskup może wpaść!

Hiperaktywność gorejącej czupryny ponownie o sobie przypomniała. - Eve kiwnęła głową. Czy siostrom nie przeszło przez głowę, że wampirzyca wcale nie miał by ochoty siedzieć zamknięta sam na sam z dziką bestią? Obecność osób trzecich była wręcz porządna. Jeśli oszalałej odbije, jest mniejsza szansa, że skupi swoją uwagę właśnie na Eve.
- Jak sobie życzysz - przytaknęła przejmując w dłoń zdjęcie i numer telefonu.
- Cait, idź już. Ja zaraz do Ciebie dołączę...- jednooka po raz pierwszy zwróciła się tak do koleżanki w obecności gospodyni. Najwyraźniej zaczynała powoli tracić cierpliwość, a miała jeszcze kilka rzeczy do wyjaśnienia. Płomienna panna wykonała parodię wojskowego salutu i umknęła przez drzwi, zatrzaskując je za sobą na głucho. Czarna poczekała aż kroki ucichną.
- Przepraszam za nią. Ruda za wszelką cenę chce się wykazać, ale nie zawsze wychodzi jej to na dobre. Miło z Twojej strony, że nie rozwiewałaś niedomówień i nie wywoływałaś kolejnej sprzeczki. To i tak niewiele by zmieniło. Co do tej kobiety... to nie ukrywam, że chętniej znalazłabym kogoś, kto jest obdarzony talentami jakie mylnie upatruje w Tobie Cait. Kogoś, kto... naprawiłby jej umysł, a nie wypaczył ciało. Nasza sfora nie ma jednak nikogo takiego, a skoro nie możemy przywrócić jej umiejętności logicznego i klarownego myślenia, to pozostało zamienić ją w mięsną bombę. A szkoda, naprawdę szkoda - mimo zniszczonego ciała i ponurych poglądów, w Czarnej nadal tliła się iskierka Sabatniczki-idealistki. Osoby, która chce walczyć za sprawę, a nie robić burdel gdzie tylko się da.
Eve od razu widziała kto jest tutaj znacznie bardziej niebezpieczny. Ze wszystkich możliwych typów osobowości, Eve najbardziej obawiała się idealistów. Przerażała ją myśl, że ktoś zarzuci zdrowy rozsądek na rzecz jakiegoś fanatyzmu. Perspektywa przebywania z kimś, kto może zrobić coś dla Idei była wyjątkowo niepokojąca. Eve przytakiwała idealistom na równi z głupcami wtedy gdy sytuacja tego wymagała. Różnica polegała na tym, że jeśli ten drugi się zorientował, łatwiej mogło się to rozejść po kościach. Natomiast jeśli fanatyk wyczuje w tobie fałsz. No to… nieciekawie.
To jedno.
Dwa, to kondycja miejscowego sabatu jaka rysowała się w świetle dzisiejszego spotkania. Cała sfora Czarnej musi wymyślić zastosowanie dla odpadu (nie ważne jak kuszącego dla Eve, ale jednak odpadu) tylko dlatego bo takie jest widzimisię biskupa. “- Ciekawe jak znosi to idealizm Czarnej” - Eve nie mogła powstrzymać się przed choćby cichą kpiną w zakątku własnego umysłu. Od kiedy to sfora przejmowała się jakimś odrzutem, którego jakiś pojeb jak na przykład Ruda, pierdolnął zamiast płazem, ostrzem szpadla? śmiech! Wszystko to tylko dla zaspokojenia próżności Biskupa. “- I tu masz swoją walkę o ideały czarna pizdo!” - jad wciąż lał się po czaszce Eve, gdy na powierzchni jej mina pozostawała anielska (no pomijając kły). Eve znów położyła dłoń na piersi i przekrzywiła głowę:
- Nie mi się wypowiadać niepytaną, czy uświadamiać tych którzy wyssali już wszystkie rozumy i dobrze się z tym czują. - odniosła się do Rudej - Tym bardziej, że już niedługo zapałam do mojej siostry głębszą nawet wyrozumiałością. Jeśli pozwolisz, pozwolę sobie jednak zauważyć, iż miasto pełne jest pijawek nieświadomych prawdziwego obrazu rzeczywistości. Nieszczęśników którzy nigdy nie poznali mądrości Sabatu. W śród nich mogą być i tacy którzy posiadają wspomniany dar. Gdybyś takich znalazła, mogłybyśmy dać im jedyną w swoim rodzaju szansę wykazania się i zrozumienia swoich błędów. Część z tutejszej młodzieży może zrozumieć odwieczną prawdę: “jeśli nie możesz z czymś walczyć, przyłącz się” - Eve nie mogła sobie wyobrazić by w całej miejscowej Camarilli nikt nie miał ochoty spicia własnego starszego. Nie potrafiła też sobie wyobrazić, by Sabat który próbował zająć LA już kilkakrotnie, zamierzał znów wykrwawiać się na przeważających siłach. Nie mogła tym bardziej sobie wyobrazić, że ona sama stoi po przegranej stronie jakiegokolwiek konfliktu.
 
__________________
Our obstacles are severe, but they are known to us.

Ostatnio edytowane przez Amon : 02-07-2016 o 22:31. Powód: błędy Panie, błędy!
Amon jest offline  
Stary 05-07-2016, 22:56   #8
 
TomBurgle's Avatar
 
Reputacja: 11835 TomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputację
Anioł Stróż




Rachel wciąż nie reagowała, a umysł podpowiadał mi parę użytecznych, współczesnych określeń na to co właśnie zobaczyłem. Crap shit fuck, zwykle spajane w clusterfuck. Wychyliłem na chwilę głowę nad murek, ale, jak mogłem się spodziewać, sytuacja wiele się nie poprawiła i parę sekund później zanurkowałem z powrotem między mój dzisiejszy “arsenał”. Spory pręt i dwie cegły, stary telewizor jedynie odnotowałem w pamięci. Dzięki Bog...dobrze że choć w ogóle było cokolwiek słychać z tej pozycji.
Wiesz, tak w sumie, ostatnie lata stabilnie trzymały taki cudowny poziom. A ironia zbyt często była gorzka.

Pododawałem sobie strzępki informacji- wiadomo skąd były wszystkie cztery wampiry. Nie miałem pojęcia kim jest Kev - ani co robi tu John. Sytuacja nie trzymała się kupy. Nijak.

Elizja. Jeżeli miały zacząć latać takie konkrety, wypadałoby żadnego nie przegapić, prawda? Znowu wychyliłem się nad murek. Tyle że tym razem starałem się nie patrzeć wprost na wypalającą oczy światłość. Tyle by nie zgubić żadnego z bohaterów tej sceny. Sprawa solidnie się uprościła, kiedy Malkavianin załatwił za mnie rozbijanie Bentleya.

No to dzień dobry, witamy wśród Sabatu. Dywersja pierwsza klasa, a ja nie kiwnąłem nawet palcem. Nie pozostało mi nic jak tylko przygotować “amunicję”. Albo drogę ucieczki. W sumie oba. Maszynki do mielenia ruszyły.


Kiedy John docenił “mój” kontener, rozsiadłem się wygodniej za murkiem i niemal od razu dostałem swój prezent. Brentwood, Negative Nights. Zerknąłem przez ramię w dół uliczki. No, jeszcze chwilka.

Pręt, długi i niekoniecznie ostro zakończony, niespecjalnie nadawał się do tego co chciałem zrobić. Wymagał pracy. To nie tak że miałem coś przeciwko wzięciu go na warsztat, ale musiał posłużyć swojemu celowi już teraz, a nie za tydzień...
...od razu lepiej. Dużo bardziej jak broń. Został tylko typowy problem: w kogo rzucać?

Fairfax.

Crickey zabierał się do skopania Johnowi dupy. No, świrze, dzisiaj kibicuję tobie. Ale czy mi się gdzieś śpieszyło? Ależ skąd. Jak na razie francuzik nie sypnął żadną informacją której nie mogli wydobyć z dowolnego żółtodzioba. Albo ghula. Tak jakby...walczył. Jakby celowo sypał drobnicą, wbrew błogiemu wyrazowi twarzy..
Może i jest dla niego nadzieja. Ale dopóki nie Lotnik wyturlał się na zewnątrz, nie było mowy o żadnym ruchu z mojej strony.
Co ja, głupi, żeby znowu iść z Sabatnikami na noże?
Jak się okazało John też nie był.

Zabawa rozpoczęta. Huk armaty ogłosił rozpoczęcie igrzysk. W Skid Row rzadko słyszano strzały. Mieszkańców po prostu nie było stać na broń - a jeżeli ktoś dopadł ją inaczej...to i tak nie był ten kaliber. Pięć dolców za magazynek?
Cholera, nawet jak miałem spluwę to nie pluła .357. Przecież nie polowałem na hummery.
No, Julio w oknie, kochana, pokaż co potrafisz. Pokaż że nie jesteś rozsądną, zdyscyplinowaną pijawką. Rusz dupę. Idź pokroić go tak jak to robi twój kolega.

Nope. Cudownie. Ale przynajmniej padły już wszystkie trzy adresy. Przedtem huk magnum w wąskiej uliczce, a teraz wycie syren. Czy człowiek nie może sobie podsłuchiwać w spokoju?

Jeszcze jeden potężny wystrzał targnął nocą.

Koniec przyjemności. Pręt był już w tamtej chwili oszczepem, bardziej zbliżonym do idei oszczepu niż prawdziwe oszczepy. Kawałek świadomości który domagał się bohaterskich czynów dostał pomarańczowe światło. Cel...głowa Lotnika. Za rozsądek. W nagrodę. Po coś były te wszystkie lekcje w collegu prawda? Uspokoić oddech…a że francuzik rozdaje kolejne prezenty...

Dwa kolejne wystrzały - czy on właśnie wywalił w powietrze mój tygodniowy budżet? - i jęki torturowanego kontenera zagłuszyły kilka słów przesłuchiwanego wampira. A szkoda, bo właśnie z radością opowiadał o Primogenie. A potem syreny zawyły już znacznie bliżej, totalnie psując atmosferę zwierzeń. Policja w Skid Row, no proszę. Czyżby John jednak miał plecy?

...Wyciągnąłem się na pełny zasięg ramion…po prostu przestałem wierzyć że coś się dowiem przy tym ryku - ale nawet te kilkanaście słów które usłyszałem o Primogenie mogło być warte tej poświęconej godziny - ...a teraz nadszedł już czas.
Zielone.
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -
TomBurgle jest offline  
Stary 05-07-2016, 23:18   #9
 
Raist2's Avatar
 
Reputacja: 2526 Raist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputacjęRaist2 ma wspaniałą reputację
“No i dupa blada z całego misternego planu.” John nie był zadowolony z braku możliwości podejrzenia, co prawda przynajmniej i jego nie mogli podejrzeć. Zamiast więc użyć telefonu do podglądu włączył dyktafon, może uda się coś nagrać chociaż wątpił żeby taki sprzęt dorównał mu w wyłapaniu interesujących go dźwięków.
Gdy “kobieta” poprosiła francuzika o opowiedzenie o Camarilli i jej miejscówkach, wyłączył dyktafon i wybrał numer do “Łysego” Charlesa.
- Nie jest dobrze. - mówił szeptem - Mają go i trzymają u niego na chacie. Nie wiem ilu, widziałem jednego ale on dopiero co przyjechał, czarnym Bentley’em z lat 80’ - wysilił wzrok żeby przyjrzeć się rejestracją, nawet poprawił sobie wzrok Nadwrażliwością - Kalifornijskie blachy 6MLU753. Jakiś goguś. Właśnie robi mu pranie mózgu. Za chwilę żabojad wyśpiewa im wszystko co wie, włącznie z tym kiedy przestał siadać na nocnik. Podeślę ci ich gadkę, może się nagrała.
- Hrrmm... słyszałem coś o tym resoraku... - odezwał się ochrypły głos po drugiej stronie połączenia. Chociaż John nie mógł tego zobaczyć, był pewien, że Bydlak zmuszony był przekalkulować sobie coś na boku przed udzieleniem mu jakiejkolwiek odpowiedzi.
- Jebać blachy na razie. Większy problem to śpiewająca żaba. Będę tam za pięć minut. Postaraj się do tego czasu jakoś odwrócić ich uwagę. Byle nie wchodząc ze spluwami przez frontowe drzwi. Ciao. - klik. Nawet jeśli John chciał coś odpowiedzieć, teraz nie miał komu. No, chyba, żeby poczęstować sygnał zerwanego połączenia soczystą wiązanką.., jakoś nigdy nie lubił tego dźwięku - był on trochę jak przyjęcie płaskiego na twarz.
- No i chuj. skomentował krótko pod nosem.

John wypełzł w końcu z zaułka zataczając się lekko i drąc się wniebogłosy.
- KURWA CYCKI CHUUUUUUJ!! JEDZIE SOBIE RANO SZCZUUUUUUUR!! - zbliżał się w stronę Bentleya wpdając przy okazji na niego - CO JEST KURWA?! CO ZA CHUJ MI TU STAJE?! WON Z TYM ZŁOMEM! - nagle lusterko pożegnało się z resztą karoserii - PARKOWAĆ KURWAŻ TWARZ NIE POTRAFIĄ!

Seans świetlny wewnątrz lokalu na kilka chwil wyraźnie zwolnił tempa. Zbałamucony francuz na chwilę skrzywił się tak, jakby usłyszał jakiś bardzo irytujący odgłos na granicy słyszalności. Uśmiech na twarzy jego “matki” nie drgnął nawet o milimetr. Jej dłoń czule pogłaskała go po głowie, rozwiewając wszystkie lęki. Z duetu szpiegów, tylko Greaves był w stanie zobaczyć znak, który wykonała drugą dłonią. Nie znał co prawda jego znaczenia, ale domyślał się. Drągale ukryci za ścianami utkanymi z kłamstw zostali wprawieni w ruch. Ten spokojniejszy ruszył w stronę drzwi. Spadochroniarz, zapewne kierowany siłą nawyku, dopadł do okna. Chociaż jego pełne gniewu patrzałki ziały skupieniem, Maverick zdołał w samą porę skryć się za kontenerem, który jeszcze do niedawna służył do tego samego jego poprzednikowi.

- Jedno z nich... zbudowali w Brentwood. Miało jakąś taką komiczną nazwę... - spowiedź Eryka, choć na chwilę zakłócona poezją uliczną, znowu ruszyła pełną parą.

”Plan coś chyba nie wypalił w 100%, ten gość nie lubił na tyle swojej bryki żeby aż tak przejąć się utratą jednego lusterka…… ciekawe co by powiedział…… Nieee” Maverick pokręcił energicznie głową.
”Miało być bez palenia…… Ale eksplozja to nie palenie….. Chociaż ogień to ogień….. Pieprzona baba!”
John rozejrzał się chwilę wokół siebie, wiedział już które okno go interesuje, niech teraz tylko ta morda z niego zniknie….. Policzył do 10 po czym wyjrzał zza winkla w stronę okna.

-... Negative Nights, no tak! Drugie było... było w Fairfax. Na... - każde wypowiedziane słowo zdawała się przynosić katowanemu mężczyźnie większą ulgę. Teraz, tkwiąc w swoim błękitnym pokoiku z modelami samolotów podwieszonymi u sufitu i plakatami piłkarzy zdobiącymi ściany, nie musiał się już niczego bać. Mama mogła przegonić każdego potwora...

Na dole, bardziej opanowany strażnik wyłonił się z klatki schodowej. Miał na tyle dobrze wyostrzone zmysły i bystry umysł żeby skierować kroki w stronę pojemnika. Nie zauważył John’a per se, ale przeczucie celnie wskazało mu gdzie szukać ofiary. Dobył z kieszeni noża, a jego sylwetka... zaczęła niepokojąco falować, jakby ktoś nałożył na siebie slajdy z postaciami w nieco różnych pozach lub nieumiejętnie pstryknął fotografię.

“Come to papa. Let’s Dance”
John zauważył jak ktoś wyłania się z klatki schodowej, do tego dziwnie się rozmywa, nie ma mowy żeby to był zwykły mieszkaniec bloku. Usiadł na ziemi opierając się plecami o kontener, wyciągnął Rose, odbezpieczył i ukrył z dłonią pod sobą. Spuścił głowę na pierś, zamknął oczy i skupił się na pozostałych zmysłach, przede wszystkim na słuchu, nawet wzmocnił je Nadwrażliwością. Gdy tylko typ zbliży się do niego odpowiednio blisko poczęstują go ołowiem z armaty prosto w pysk…. Chyba że udało by się w tył głowy, jeszcze lepiej, ale poco ryzykować?

Obaj mężczyźni wiedzieli czego się spodziewać. Mniej-więcej. Ukryty za kawałem blachy Maverick miał przewagę w postaci swoich nadludzkich zmysłów i może właśnie to zagwarantowało mu pierwszeństwo. Kiedy Crickey zmniejszył dystans i wychylił się zza pordzewiałego pojemnika, czekała na niego ciemność lufy należącej do spluwy dużego kalibru. Potem nastała jasność - nie tak widowiskowa jak ta kilka pięter wyżej, ale zdecydowanie głośniejsza. Sabatnik zareagował. Niestety dla niego, nie dość szybko. Odchylił się wystarczająco w bok aby uniknąć zdmuchnięcia całej głowy, jednak jego ucho i kawałek szczęki zamieniły się w krwawą mgłę. Crikey stracił cały swój spokój jak za pacnięciem czarodziejskiej różdzki. Huk wystrzału przeszedł w bestialski ryk, a nóż bojowy rozciął powietrze w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu znajdowała się szyja John’a. Na nieszczęście wysłannika Księżnej, na tym się nie skończyło - drugie machnięcie zostało wyprowadzone natychmiast, z nadludzką prędkością. Już nie tak dogodna pozycja Mavericka uniemożliwiła uniknięcie ataku, a ostrze rozcięło jego ubranie i skórę klatki piersiowej. John mógłby przysiąc, że zabrało sobie też na pamiątkę kawałek lewego żebra.

HELL YEAH! BUYAHH!!” krzyknęła Rose.
“Chuj kurwa farta miał.”
John odskoczył do tyłu sięgając drugą ręką pod płaszcz by zaprosić na imprezę jeszcze Violet. W tym samym czasie znów Rose wypluła ołowiem w stronę Uszatka, tym razem chcąc skraść mu serce.

Nadzieja machnęła Pete’owi środkowym palcem, bo Lotnik nadal obstawiał okienną futrynę. Mimo, że widział co się dzieje na dole, nie zamierzał ruszyć swoich czterech liter żeby wesprzeć kolegę. Zapewne miała to być swoistego rodzaju zemsta za zniewagę, jaką Spadochroniarz ubzdurał sobie wcześniej. Z kolei Crickey, mimo, iż został pozbawiony części uzębienia, zrezygnował z szarżowania jak ostatni idiota. Nabój wystrzelony przez Rose może i napotkałby jego serce, ale zamiast tego nawiązał romantyczną znajomość z bokiem kontenera. Zza zasłony wyłoniła się tylko ręka, która cisnęła nożem - na przysłowiowe “odwal się” i bez prób mierzenia. Ostra krawędź minęła twarz John’a o dwa, może trzy centymetry. Spowiedź na poddaszu trwała nadal, a pojmany Brujah wyśpiewał już dokładne lokalizacje trzech Elizjów. Przez irytujące dzwonienie i szum, które okupowały uszy prawie wszystkich obecnych zaczęły nieśmiało przebijać się odgłosy policyjnych syren...

Maverick przyłożył swoje dziewczynki do metalowej płyty kontenera w miejscu gdzie teoretycznie powinien być nasz Uszatek, i jednocześnie pociągnął za spusty.
”BUM!” krzyknęły razem Rose & Violet. Cienka blacha nie powinna stawiać oporu przy takim kalibrze, kule powinny przejść jak przez kartkę papieru…. Tylko czy trafił w jegomościa?

Takiego rozwiązania Crickey się nie spodziewał. Pierwsza dziura wylotowa pojawiła się w jego klatce piersiowej, rozsiewając po zaszczanym betonie kawałki od dawna nie pracujących płuc. W momencie kiedy spojrzał na wyrwę, eksplodowała jego głowa. Pozostałości wampira padły na kolana, a następnie rozwiały się w proch. Problem polegał na tym, że John zapłacił za swój wyczyn niemałą cenę. Przyłożenie tak wielkich armat do grubej na 3 centymetry blachy nie skończyło się zbyt dobrze dla jego nadgarstków - przeszywający ból sprawił, że niemal upuścił swoje “dziewczyny” na ziemię. Rozrywkowy rezonans metalu i wystrzału zaowocował... przeciągłą ciszą w jego uszach. Głuchota zapewne nie była permanentna, ale na tę chwilę bezgłos otulał cały jego świat. Na górze, “matka” Eryka zdobywała właśnie wiedzę na temat Primogenu. Widząc unicestwienie sojusznika, Lotnik wściekle syknął. Odwrócił się do Kev’ żeby coś powiedzieć, ale Pete nie mógł usłyszeć co. Syreny były już blisko....

-Niech Bóg ci wybaczy złe parkowanie, bo ja tego nie potrafiłem. - powiedział na do widzenia z Uszatkiem…. A przynajmniej tak mu się zdawało.
 
Raist2 jest offline  
Stary 08-07-2016, 09:09   #10
 
Morri's Avatar
 
Reputacja: 1859 Morri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłość
Gdy Becca starała się dopasować kolorystykę uzbrojenia i wyjściowej kreacji, jej wzrok powędrował w kierunku otworzonej paczki. Mogłaby przysiąc, że zaznajomiła się z całą zawartością pakunku, ale delikatne lśnienie dochodzące do jej źrenic z wnętrza kartonu, dowodziło czego innego. Nurtującym ślepia świecuszkiem nie była jednak folia bąbelkowa, czy inny środek zapobiegawczy, który miałby chronić przewożone fanty. Opakowanie przechyliło się po raz drugi tego wieczora, a na wyciągniętą dłoń nieumarłej kobiety wypadł... cukierek. Niewielki, okrągły i prawie całkiem płaski. Białe literki na złotym papierku dawały światu znać, że w środku znajduje się Werther’s Original, karmelowy przysmak niemieckiej marki liczącej sobie ponad sto lat. Nawet pstrokata osłonka nie była w stanie zatrzymać jego intensywnego aromatu, który uwodził obietnicą słodyczy rozpływającej się na języku i oferował możliwość powrócenia na kilka chwil do beztroskich czasów dzieciństwa. To właśnie przed całkowitym zatraceniem się w tej pokusie, trzymając zawiniątko na wysokości twarzy, Rebecca uświadomiła sobie coś ważnego i potencjalnie niepokojącego - czuła zapach tego kawałka słodyczy tak wyraźnie, jakby jej płuca zostały pobudzone do pełnego dozą Vitae. Uświadomiwszy to sobie, zapobiegawczo odłożyła przysmak na stoliku. Poza tym, nie mogła go przecież zjeść ot tak zjeść - jej specyficzna dieta to uniemożliwiała. A nawet gdyby kobieta jakoś dała radę powstrzymać odruchy zwrotne... przyjmowanie cukierków od nieznajomych było kiepskim pomysłem. Wiedziały o tym nawet małe dzieci, prawda?

Becca zastanawiała się, czy bezpieczniej będzie oddać słodki cukierek do laboratoryjnej analizy, czy lepiej nie wyciągać pochopnych wniosków i nie doszukiwać się rzeczy, których nie ma, a które podsuwała jej rozwijająca się paranoja. Pamiętała, że bardzo lubiła tę markę słodyczy i każdy Walmart dysponował kilkoma, różnej wielkości wersjami opakowań. Co jednak taki cukierek mógł robić w jej paczce? I to po, wydawałoby się, dokładnym przejrzeniu zawartości otrzymanego pakunku? Nie, widocznie w pośpiechu nie zauważyła małej słodkości, przecież nie pojawiła się ona w pudełku nagle i “magicznie”. Czy taki cukierek był dodawany jako standardowa ozdoba-poczęstunek do każdej przesyłki tej firmy? Czy był to jakiś osobisty akcent, dobrany dla niej i mający obudzić dawno zapomniane wspomnienia?
Cukierek raczej nie był standardowy, bo zwykle ze zbiorczego opakowania, niezależnie od wielkości, wyciągało się zapakowaną w przezroczystą folijkę brązową grudkę toffi, a nie opatrzoną dodatkowym, opisanym papierkiem. Kobieta skupiła się na cukierku, a raczej jego opakowaniu, otwierając nań swoje nadprzyrodzone zmysły. Skoro dane jej było dysponować szczególnymi mocami, dlaczego miałaby nie próbować tego wykorzystać? Biorąc pod uwagę, jak intensywnie zadziałał na nią zapach, Becca spodziewała się odnaleźć coś więcej...

Sama osłonka nie była niczym wyjątkowym - strasznie duża dawka niezwykłości kryła się natomiast w środku. Kawałek karmelu roztaczał wokół siebie feerię barw. Ciemna zieleń i cynober przebijały się przez cukier, przeplatały nawzajem i tworzyły zagadkowe wzory. Małe kuleczki odlane z pulsującego złota wypływały na powierzchnię przysmaku, po czym wzlatywały w górę niczym bańki mydlane i, pękając, strzelały iskierkami tęczy. Kilka z tych róznobarwnych fragmentów dotknęło opuszka kciuka Rebecci, co skłoniło ją do uśmiechu. Kto by pomyślał, że w tym kawałku palonego cukru tkwiło coś tak wyjątkowego? Chyba tylko specjaliści od reklamy, bo to przecież oni często uchodzili za największych marzycieli tej epoki.

Cukierek był więc mieszanką czyjegoś szczęścia oraz zazdrości. Nowe pytanie brzmiało: czy były to uczucia przypadkowej osoby…? Nie, to nie brzmiało wiarygodnie. W tej paczce nic nie było przypadkowe. Rebecca była raczej skłonna założyć, że wszystko miało swój powód i cel. Ktoś, kto umieścił słodycz w paczce, nałożył nań swoje odczucia. Bańki były intrygujące i to one wzbudziły największą ciekawość kobiety. Osoba, która prawdopodobnie pakowała, a może i przysłała zaproszenie w tym momencie zyskała więcej w oczach Becci. Warto było doceniać kogoś, kto włożył w swoje plany tyle zachodu. Nie zmieniło to jednak jej podejścia do całej sprawy - ubrać się odpowiednio i uzbroić, nie na tyle, aby zdenerwować potecjalnego gospodarza, ale na tyle, aby czuć się pewnie.

Istniała oczywiście możliwość, że to nie osoba trzęsąca całą operacją była odpowiedzialna za próby osłodzenia życia panny Crowford. Złote zawiniątko zawsze mogło wylądować w paczce przy udziale persony trzeciej - na przykład emocjonalnie rozstrojonej dziewczyny, która (niezbyt chętnie) świadczyła usługi kurierskie. Z jakiegoś powodu nadnaturalny kawałek karmelu sprawiał, że przez myśli Becci przewijała się właśnie ta zapłakana postać. Tylko w jakim celu owa płaczka miałaby się wysilać na coś takiego?

Rebecca potrząsnęła głową, jakby odganiając od siebie kłebiącą się mgiełkę myśli. Do swoich planów dorzuciła nowy punkt - wyśledzić roztrzęsioną dziewoję. I to od tego postanowiła zacząć, zważając na fakt, że do imprezy w hotelu miała jeszcze dwa dni. Panna Crowford usiadła przed swoim komputerem, przesuwając z zafascynowaniem w palcach enigmatycznego cukierka. Raz kozie śmierć, pomyślała, z cichym szelestem folii zdjemując opakowanie, oraz wsuwając do ust smakołyk. Na języku poczuła lepką słodycz…

Chwila szczerości, chwila ryzyka, oddalenie i... Ameryka. Choć może raczej zostawienie tej ostatniej w tyle byłoby trafniejszą relacją z odczuć nieumarłej kobiety. Smak rozszedł się po jej języku, przesączył do umysłu i w końcu zalał sobą pozostałe zmysły. Zwykły cukier nie grał tutaj niemal żadnej roli, został zepchnięty daleko na drugi plan. Becca czuła niewinną, dziecięcą radość w każdej komórce swojego ciała. Na krótką chwilę zaznała ulgi gdy jakaś niewidzialna dłoń usunęła z jej serca ciężar, który kumulowała przez tyle lat. Zdjęła wagę występków - jej własnych i tych cudzych. Chęć zemsty, choć niezupełnie przyćmiona, teraz zdawała się rozmazana, odległa i... mało istotna. Wszystkie te doznania bez trudu mogły stanąć w szranki z odczuciami wyzwalanymi przez pierwsze spożycie Vitae. Były jednak czystsze, bardziej szczere i pozbawione negatywnej otoczki pasożytnictwa czy też żerowania na innych istotach. Powoli i skromnie, stan błogości zaczął się wyrównywać, pszechodzić na jej węch, wzrok, a nawet słuch. Nie wiedzieć skąd, pannę Crowford dobiegł zapach świeżych wypieków. Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat miała prawdziwą ochotę wybrać się do cukierni. Teraz. Natychmiast. Zaraz potem kuchenny aromat przeszedł w intensywną woń kwiatów - zapewne lilii hortensji z ogrodu. A gdyby tak wybiec na zewnątrz i, zarzucając suknią na boki jak młoda, naiwna dziewczynka, ułożyć się między nimi? Zerwać kilka i wpleść je we włosy? Nie, nie mogła sobie przecież na to pozwolić. Była dojrzałą kobietą, obowiązywały ją pełne normy. Ale nawet owe normy bledły przy intensywności i kontraście kolorów napływających z każdej strony. Nigdy nie widziała wszystkiego tak wyraźnie, co drugi przedmiot sprowadzał na jej umysł ciąg przyjemnych, kapkę nostalgicznych wspomnień. Do tego dochodził także odgłos szumiącego za oknami wiatru. Płatający figle między gałęziami zefir przywodził na myśl małe dzieci bawiące się pośród drzew. Sprawiał, że Becca ponownie zaczęła kwestionować swoje nawyki - te parszywe, płynące z dumnej dorosłości.

Rebeccę nagle zalała fala obrazów, rozpoznawała swoje wspomnienia z odległego dzieciństwa. Nagle przesuwające się jej przed jej oczami klisze zatrzymały się, obraz na jednej wyostrzył i powiększył tak, jakby znowu znalazła się w tamtym pokoju. To było późne popołudnie po jednej z lekcji z guwernantką. Becca nienawidziła swoich guwernantek, co do jednej. Zawsze próbowały w niej tłumić chęć zdobywania wiedzy. Były od uczenia, ale jak zostać doskonąła panią domu, która - będąc na jej stopie społecznej i tak nie musiała umieć za dużo. Ojciec późno wyłapał, że zainteresowania córki należy pięlegnować.
W tamto popołudnie było wyjątkowo nieprzyjemnie. Nie pamiętała dokładnie dlaczego, ale panna Burton, surowa, postawna kobieta, która “dbała” w pewnym momencie o jej edukację na pewno powiedziała garść niemiłych słów i próbowała zdominować swoją uczennicę. Zawsze tak robiła, akcentując, kto jest górą.
Becca wcisnęła się na fotel w mniejszej bawialni, przykrywając się do tego ciężką, nieco przykurzoną kotarą, która wisiała przy oknie. Nagle jej uszu dobiegło ciche szuranie, jakby ktoś przesuwał coś cięższego, niż pozwalały na to siły owej osoby. Dziewczynka wysunęła część głowy spod swojej “ochronki” i spojrzała w stronę drzwi, przez które w tym momencie wszedł jej brat. Carl ze skupieniem ciągnął za sobą kartonowe pudło.
- Chodź, zobacz! - niemal krzyknął z entuzjazmem, trwożnie się rozglądając, jakby sam wiedział, że lepiej nie krzyczeć, żeby nie przyciągnąć tu czyjejś nieproszonej uwagi.
Rebecca zsunęła się ze swojego fotela i podeszła szybkim, tanecznym krokiem do młodszego brata, wyglądając nad jego ramieniem do kartonu.
Westchnęła cicho i opadła na kolana, zadzierajac poły sukienki.
- Pieski! - pisnęła, wyciągając ręcę w stronę dwóch rudych i puchatych kulek, które próbowały sobie nawzajem zjeść czerwone kokardy z szyi i ciągneły się za uszy.
- To dla was dzieciaki! Dla każdego po jednym - usłyszała głos swojego ojca, dochodzący ze strony drzwi.
Podniosła szybko główkę i zobaczyła stojących na progu bawialni rodziców, razem, trzymali się za ręce, rzadko widywała takie sytuacje.
- Tatuś! Mamusia! - krzyknęła, czując zbierające się pod powiekami łzy, zerwała się z podłogi i w biegu, wpadła w ich wyciągnięte ręce…
Obraz powoli wyblakł i zamazał się. Widziała całą scenę, jako obserwator, pamiętała jednak wszystko doskonale. Było tak, jak przypomniała sobie teraz, błogo, spokojnie, bezpiecznie, szczęśliwie.
 
__________________
"First in, last out."
Bridgeburners
Morri jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:58.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166