Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-03-2017, 15:24   #1
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 20057 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
[Wampir Maskarada] Minione Dni



Ostatnią rzeczą, którą zapamiętał był ból. Potworny ból przeszywający całe jego jestestwo. Trwał jeszcze wtedy gdy twarz stojącego przed nim tarquina znikła w mroku.

Zaraz potem pojawił się sen. Długi, męczący sen, przez który przebijały się głosy, dziwne dźwięki konkurujące z wizjami. Była tam Lady, był też Tarquin. Artur, który zginął ale jakby jeszcze żył. Była też łódź, wielka potężna łódź, która płynęła, w jej deskach odbijały się twarze znane i obce, zdające się być bliskimi i wrogimi zarazem. Łódź miała skrzydła, wielkie białe, acz dziwnie płaskie, powiewające niczym rozwieszone pranie. Ktoś odciął jej skrzydła, a całą wizję wypełnił dym. Szary duszący, bolesny.


Wtedy znów poczuł ból, dziwny o tyle, że przyniósł ulgę. Gaherisowi zdało się, że nawet wziął głębszy oddech gdy ten dziwny sen, ale toż on nie oddychał. Wraz z tą świadomością pojawił się głód. Wampirowi zdało się, że wszystko jego skóra, włosy, każda najmniejsza cząstka jego ciała woła o vitae. Poczuł zapach krwi i ruszył na łowy, a świat utonął w czerwieni.








Obudził się leżąc na ziemi w znanych sobie podziemiach. Znaną mu przestrzeń wypełniało dziwne światło wydobywające się ze lśniących szkatułek. Geharis schował się przed nim, lecz szybko okazało się, że nie jest to ani słońce, ani żywy ogień. Był zupełnie nagi, a obok niego leżeli mężczyźni. Biali i ciemni niczym diabły, a wszyscy ubrani w dziwne szaty. Większość była wysuszona, jakby wypita do cna.


Mieli krótko przycięte włosy i dziwnie zakręcone wąsy. Obok leżały dziwnie przejrzyste kryształy, a obok nich złote i srebrne łańcuszki, tak drobne, że ludzka ręka nie mogła ich stworzyć. Gaheris sam, leżał na jednym z nich. Musiał być jego ofiarą, bo szyja była rozszarpana, a jego dziwny strój - cały skąpany w krwi. Twarz mężczyzny… bo jakby Geharis na to nie patrzył, leżąca pod nią istota była człowiekiem. Obok jego dłoni leżał dziwny przedmiot, częściowo drewniany, a częściowo metalowy. Przypominał trochę jakiś instrument.


Nie licząc zwłok był sam. Słychać było tylko cichutkie bzyczenie od świecących szkatułek i kapanie wody w jakimś odległym korytarzu.
 

Ostatnio edytowane przez Aiko : 20-03-2017 o 19:04.
Aiko jest offline  
Stary 20-03-2017, 20:49   #2
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 5883 Kelly ma wyłączoną reputację
Kiedy wampir zasypia, myśli jego odchodzą dalej, niż za ocean. A Gaheris spał długo, bardzo długo, tak długo, aż przeminęła postać świata. Przynajmniej tak wydawało mu się patrząc po ludziach, których widział wokoło siebie. Biali właściwie mogli pochodzić z dumnej Anglii, ale ci czarni, niczym farbą pomalowani. Właściwie to byłoby sensowne, ale kto mógł kogoś pomalować. Może jakaś tortura, lub kara? Ponadto ubiory wyglądały dziwnie niepraktycznie. Żaden nie przypominał porządnej kolczugi rycerskiej, ani sukmany rolnika, w której chłop mógł robić coś. Gaheris wprawdzie kompletnie nie wiedział co, ale chłop ogólnie był ważny z powodu produkcji żywności, którą to produkcję ułatwiała mu sukmana. Tyle mniej więcej wiedział na temat chłopstwa. Najdziwniejsze jednak, że stroje nie przypominały również mnisich. Kim więc byli ci ludzie, czyżby wyznawcami jakiegoś straszliwego kultu, który zmuszał swoich do takich niepraktycznych ubiorów? Gaheris uznał, że to całkiem prawdopodobne, szczególnie jeśli w sprawę był zamieszany jego arcyoponent sir Taruin z Wieży. Drań, łajdak i skurwysyn chciałoby się rzec, gdyby nie to, że Gaheris takich słów nigdy nie używał.
- Tak - spróbował powiedzieć na głos, ale wydobył się jakiś głos przypominający wypluwanie tony mchu oraz kurzu, dopiero potem, dalsze słowa zabrzmiały normalnie. - Gdzie ja jestem? - bowiem niby doskonale przypominał sobie podziemia klasztoru Glastonbury, ale ci dziwaczni ludzie dokoła … Dobrze, że przynajmniej znalazło się coś, co można było uznać za maczugę. Dobra broń, chwycił barwiony przedmiot. Metalowy. Tym lepiej, nawet wampir dostawszy po łbie kawałkiem metalu zastanowi się, czy przypadkiem go nie zabolało.

Gaheris jeszcze raz obejrzał wszystkich leżących. Wysuszonych, noszących ślady ugryzień, chyba jego własnych. Co się stało? Czyżby sen przyniósł na końcu szał. Rycerz zmarszczył brwi i ukląkł, ażeby pomodlić się za dusze nieszczęśników. Właściwie większość jego pobratymców za szlachetnych czasów króla Artura wyznawała pogląd, że wampiry są potępione, lecz Gaheris starał się podejść praktycznie: skoro zaistniały, mają jakieś swojej miejsce. Skoro zaś tak, potępienie wcale nie jest takie pewne. Dlatego właśnie starał się postępować tak, jak dawniej, kiedy był jeszcze człowiekiem należącym do szlachetnego Zakonu Okrągłego Stołu. Ale ci tutaj stanowczo wyglądali inaczej. Zamyślił się. Im te ubrania nie są potrzebne, zaś on, no cóż, nago to można być przy boku równie nagiej kobiety, ale łazić na golasa nie uchodzi. Zaczął oglądać stroje tych osób, szukając wielkościowo podobnego do siebie. Biorąc pod uwagę ilość ofiar, raczej nie miał problemu z dobraniem czegoś dla siebie. Ten ma dłuższe nogi, tamten jest bardziej muskularny. Chyba najbliższe “ideałowi” były stroje czarnoskórych, którzy odpowiadali rosłej postawie rycerza. Jednak używać ubrań pofarbowanych pigmentem ludzi nie chciał. A nóż ich stroje są jakimś znakiem owej kary? Lepiej było zachować ostrożność, zaś Gaherisa, wcześniej klasycznego miłośnika typowej rycerskiej taktyki, czyli “otworzyć oczy, wznieść miecz, zamknąć umysł” wampirzenie oduczyło bezmyślności, zaś nauczyło iść na kompromisy. Choćby pod względem stroju. Za długie nogawki? Trudno. Podwinie się. Tak samo właśnie radził sobie ze wszystkim, oglądając ubrania i starając się zapamiętać sposób zapięcia. Trochę złota: cóż, uczciwy rycerski łup. Złoto zawsze jest cenne. Natomiast dziwne, iż żaden z nich, czyli tych ludzi, nie miał sakiewek. Gdzie nosili monety: złoto, srebro, miedziaki. Sprawdził dokładnie. Ale głąby, trzymali je w jakichś ciasnych, zszytych kawałkach skóry lub materiału. Były tam rzeczywiście monety, bardzo równe.


- Widocznie mamy dobrą mennicę - stwierdził na głos Gaheris uznając, że jak za czasów jego wysokości Artura, Anglia dbała o bicie pieniądza.
Ledwo zdążył założyć na siebie coś co przypominało nawet znane mu koszule i usłyszał dochodzące z oddali kroki. Postać ewidentnie się skradała i przeciętny człowiek raczej by jej nie usłyszał.

Ledwo dopiął się w kroku, gdzie akurat wymyślili sobie miejscowi jakieś złote guzy, przypominające odrobinę zdobienie zbroi, jakby dobry sznurek nie wystarczył? Ooo, czyżby nowy wróg, może Targuin, ale niby po co? Jeśli to człowiek, można go odpowiednio przepytać, choćby na temat Anglii? Bowiem niby kto jest królem obecnym. Na choćby takich papierkach z władcami był napis “Bank of England”, ale później imiona. Zapewne więc ów Bank albo to nazwa dynastii, albo tytuł królewski, tak jak dla Artura Pendragon. Wydawało się to całkiem sensowne.

Kiedy kontemplował monety kroki zdawały się być coraz bliżej. Po chwili usłyszał coś jakby wciągnięcie powietrza i cichy szmer. Ach, jakże mógł się tak zamyślić. Szybko podskoczył w tamtą stronę chcąc złapać intruza, kimkolwiek był. Gdy ruszył biegiem usłyszał że skradająca się w jego stronę postać zaczęła uciekać. Gaheris uznał, że nieco kropel krwi wpuszczonych odpowiednie miejsca spowoduje, iż pościg będzie łatwiejszy. Musiał mieć jakiegoś przewodnika. Przyśpieszył swoje ruchy akceleracją sprawiając, że od człowieka był wielokrotnie szybszy. Ba szybszy nawet od konia wyścigowego oraz wielu ptaków. Korytarz zaczął się zmieniać, w niczym nie przypominał architektury znanej wampirowi. Misterne rzeźbienia, z niszami w których coraz częściej widywał świecące skrzyneczki. Wtedy zobaczył swojego uciekiniera. Postać skryła się w cieniu. Chyba mężczyzna sądząc po stroju. Coś błysnęło. Sądząc po kształtach może jednak kobieta.
- Stój bo strzelam. - Kobiecy głos, czyżby chłopiec? Możliwe, może giermek? Nie, jednak białogłowa. Do tego język, dziwny, acz słowa znane.
Zatrzymał się. Z kobietami nie walczył.
- Schowaj tą swoją śmieszną procę, niewiasto. Nie walczę z niewiastami. Rzeknij mi pierwej, który to rok oraz kim jest twój pan? - spytał.
- Dżentelmen się znalazł. - Postać wysunęła się z cienia.


To co trzymała w dłoni ewidentnie nie było procą i raczej przypominało maczugę, którą znalazł Gaharis, tylko było dużo mniejsze. Kobieta celowała w niego stroną, w której zionął otwór.
- Kim jesteś i czemu zabiłeś tych ludzi?
Kobieta była dziwnie ubrana. Jak chłop! Wprost kompletnie nie do uwierzenia. Wystawiała jakąś śmieszną rurkę przypominającą gwizdek, jednak co mu chciała zrobić gwizdkiem? Kupy się nie trzymało. Chyba, że chciała wezwać swoją służbę, ale chyba powinna wtedy trzymać ten lufcik przy ustach, niczym pasterz fujarkę? Ponadto, jak ocenił, była całkiem ładna, a Gaheris mimo całej swojej wampirycznej natury, lubił urocze kobiety. Ładne, charakterne, miłe, albo nawet mniej miłe. Postanowił zagrać swym urokiem.
- Nazywam się Gaheris - posłał jej zabójczy uśmiech, od którego mdlała połowa dwórek na orkadzkim dworze oraz jedna czwarta na zamku króla Artura, zdrowo podrasowany Prezencją. - A ty, piękna damo? - w sumie nawet nie łgał, no może jedynie z tą damą, ale miała przyjemną buzię i kształtną figurę, więc niechaj będzie dama.

Nie opuściła broni, jednak widać było, że na jej twarz wypłynął lekki rumieniec.
- Jesteś wariatem? - Jej oczy emanowały pomieszaniem strachu, ale też zainteresowania. - Gah.. - Imię najwyraźniej wydało się jej dziwne, więc uznałą, że się przesłyszała. - ... Gehry czy jak ci tam, jesteś cały we krwi i podrywasz kogoś kto celuje do ciebie z broni?
- Gaheris, mam na imię Gaheris. Takie wymyślili rodzice, więc jeśli chciałabyś kogoś winić, iż jest takie dziwne, chyba jedynie ich
.
Uniósł ramiona.
- Zaś krew. To nie moja krew, sam obudziłem się przed chwilą wśród zwału trupów. Kompletnie nagi - dodał. - Wprawdzie zazwyczaj nie mam nic przeciwko byciu nagim obok ślicznej dziewczyny, jednak zazwyczaj wtedy wolę, by podobnie jak ja nie miała nic na sobie - dodał, jako że choć rycerzem był uczciwym, jednak słabość do kobiet również miał wielką. Oprócz tego wcale nie kłamał, choć mówił trochę pokrętnie. - Ale powiedz mi, jak ty masz na imię, żebym mógł cię nim nazwać oraz wyjaśnij proszę, slicznooka dziewczyno, dlaczego wspomniałaś, że trzymasz w ręku broń. Przecież to nie jest nawet malutki sztylet - dodał oczywistą kwestię.

Kobieta otworzyła szerzej oczy i zaczęła się cofać.
- Zaraz, zaraz, zaraz … - Widać było że jest przestraszona. - … Nie wiesz, co to jest? Pytasz mnie o rok? Kim ty do diaska jesteś?
Gaheris usiadł na ziemi. Dziewczynie, no może nieco starszej niż dziewczyna, ale co tam, mogło się wydawać, że jest bezbronny.
- Pytam, bowiem jak wspomniałem, obudziłem się niedawno. Byłem nieprzytomny. Obawiam się, że nieco poplątało mi się z pamięcią. Proszę, nie obawiaj się. Naprawdę cię lubię i nie chcę cię skrzywdzić. Jednak prosić o rozmowę damę to jest takie złe w Anglii? Dziwna sprawa - starał się być uprzejmy, ale widać, że Prezencja nie zadziałała na nią tak, jak liczył, że się uda.

Kobieta zatrzymała się. Nagle nerwowo obejrzała się za siebie. Chyba też nie do końca powinna tu być.
- Nie zabiłeś ich? - Wpatrywała się w niego uważnie, widać było że jej chwyt na “broni” zelżał lekko.
- A co ja powiedziałem? Kiedy obudziłem się, już nie żyli - powiedział dobitnie. - Rycerskie słowo - nie kłamał, choć oczywiście nie mówił prawdy. - Powiem tyle, pewien mój nieprzyjaciel zwabił mnie w to miejsce i jak widać, nie wyszedłem z tego bez szwanku. On zamordował wielu ludzi - co było prawdą.

Kobieta opuściła broń, nadal jednak trzymała ją jakby w pogotowiu. Uważnie mu się przyjrzała i widział, że wie czego szukać. Jakby była medykiem.
- Nic ci nie dolega...
- Nie wiem, chyba nie pamiętam dobrze wszystkiego, albo nie wiem wszystkiego. Mam lekki szum w głowie. Dlatego wypytuję o takie rzeczy. Zaś fizycznie, hm, nie dolega
- uśmiechnął się od ucha do ucha. - Może chcesz dokładnie sprawdzić? - zaproponował.
- Na twoim miejscu zabierałabym się stąd. Mi tam nie prędko na krzesło. - Kobieta ruszyła w jego stronę, ale minęła go i skierowała swoje kroki w stronę z której uciekli.
- Poprowadzisz mnie? Wiesz, muszę się umyć i tak dalej - ruszył za panią bez imienia. - Nie pamiętam, nie wiem tylu rzeczy. Mogłabyś być moją cicerone - użył łacińskiego słowa, jakby badając jej wykształcenie. Kobieta wyglądająca niczym mężczyzna, mogła mieć także męską naukę za sobą.
- Nie jestem niańką. - Jeśli nawet zrozumiała słowo, nie dała sobie tego poznać. Wyminęła mężczyznę i zaczęła przeglądać zwłoki. Po chwili wyciągnęła skądś coś białego, cienkiego. Przypominało trochę opłatek… a może bardziej pergamin. Schowała to do kieszeni i ruszyła dalej, chwytając jedną z szumiących świecących skrzynek.

Prezencja nawaliła kompletnie. Kobieta miała go, obrazowo powiadając, we swojej kształtnej dupie.
- Czekaj - krzyknął na nią i ruszył. - Jak się nazywasz i który jest rok. Kim byli ci ludzie. Przysięgam, że nie wiem. Ale widzę, że ty wiesz. Obawiam się, iż mogą być to jakieś osoby powiązane z owym łajdakiem, którego wspomniałem.
- Nie drzyj się, bo nas znajdą
. - Obejrzała się na niego i przeszła do komnaty, którą znał. Było to miejsce gdzie zabił go Tarquin. Szybko sprawdziła kilka kolejnych zwłok i wyciągnęła dziwnie małą książeczkę..


- Niby któż miałby nas znaleźć, ale jeśli, nie obawiaj się - stwierdził. - Jestem rycerzem i potrafię także bronić niewiasty - “nie tylko chędożyć” tych słów akurat nie dodał. Kobieta miała charakterek. - Jeśli powiesz mi więcej, będę w stanie lepiej się zachowywać, czyli tak, jak ci bardziej pasuje - podał jej logiczny argument.
- Rycerze wymarli w średniowieczu Gehry. - Kobieta podeszła do niego. Patrzyła na niego jak na wariata. - A my mamy XIX wiek.
- Nie ma rycerzy? W średniowieczu? To niby kto obecnie walczy, kobiety trzymające gwizdek
- roześmiał się, ech niby taka poważna, ale miała ochotę na przekomarzanki.
Zlustrowała go.
- Powiedziałeś Gaharis tak? Rycerz króla Artura jak z pieśni? - Uśmiechnęła się. - Psychiatrą też nie jestem. Chcesz mojej pomocy to się słuchaj, panie “rycerzu”. Rycerze wymarli kilkanaście wieków temu, wiesz co to wiek, czy też ci wyjaśnić?
- Objaśnij
- powiedział, zaś wewnątrz jego głosu można było dostrzec nutę prawdziwego przestrachu.
- Wiek oznacza 100 lat. - Zlustrowała go z uśmiechem. Widać było że ponownie zacisnęła pięść na “gwizdku”. - Chcesz mi wmówić, że masz ponad tysiąc lat czy też uznamy, że jesteś świrem?
- Wiem, ile to jest wiek. Ale zapominasz o jeszcze jednej możliwości
- uśmiechnął się. - To ty jesteś tym tego “Świrem” jeśli właściwie rozumiem to słowo, albo lepiej, chcesz mnie zwodzić z jakiegoś sobie tylko znanego powodu. Czyż nie jest to równie logiczne wyjaśnienie, jak obydwa twoje?
- To radź sobie sam rycerzyku
. - Wyminęła go i ruszyła z powrotem. - Pozdrów króla Artura. - Pomachała mu wychodząc.
- On już niestety nie żyje - odparł. - Przynajmniej wedle mojej wiedzy - powiedział i ruszył za nią. Skoro nie chciała z nim rozmawiać, trudno, lubił kobiety, ale na pewno nie był kimś, kto jest namolny. Rozmawiał, zaproponował, wreszcie zauroczył. Wszystko na nic. Ale jednak miała rację, że mogli się pojawić ludzie Targuina, więc trzeba było stąd się ulotnić, zdobyć jakiegoś konia lub oręż. Trudno, szkoda, ale tak bywa.
- Według mojej wiedzy. - Kobieta odezwała się cicho gdy szli w jakimś najwyraźniej dobrze jej znanym kierunku. - Jest mityczną postacią, nie wiadomo czy żył naprawdę. - Zerknęła na niego. Była ciekawa, cholernie ciekawa. - Kim naprawdę jesteś?
- Żył naprawdę i był dobrym człowiekiem
- powiedział poważnie.. - Zaś pytasz kim jestem. Podałem ci swoje imię, powiedziałem co tu robiłem, ty zaś nie chciałaś mi rzec dokładnie nic. Kimkolwiek więc jesteś, dlaczego oczekujesz, że wyjawię...
- Charlotte
. - Kobieta w pewnym momencie przywarła do muru, ciągnąc go za sobą. Ostrożnie wyjrzała za winkiel. - Nie powinno mnie tu być. Na razie musi ci to wystarczyć Gehry. Albo się z tym pogodzisz i będziesz odpowiadał na moje pytania, a ja ci pomogę. - Zerknęła na niego. - Albo w tym momencie się rozdzielamy i radzisz sobie sam rycerzyku.
- Czy dasz mi słowo, że mi pomożesz? Bez względu na wszystko
- spytał poważnie. - Słowo honoru. Jeśli tak powiem ci, może nie wszystko, ale to co uznam za wskazane i stosowne. Nawet jeśli to nie jest to, czego oczekiwałabyś, tyle mogę uczciwie ofiarować. Może kiedyś będziemy mogli być ze sobą szczersi. Czy tyle ci wystarczy?
- Jestem w stanie dużo przyjąć. Ale chcę mieć gwarancję, że nie wbijesz mi noża w plecy
. - Na chwilę odwróciła od niego wzrok. - A co do honoru… zniknął razem z rycerzami.
- Nie wbiłbym ci ani noża ani nie zabił w jakikolwiek sposób. Nie walczę przeciwko kobietom
- spojrzał pogardliwie, po prostu tak jakoś obojętnie. - Jesteś twardą osobą, cóż, szkoda, że nie możemy się dogadać. Wielka szkoda. Bądź więc zdrowa i uważaj na tych, którzy cię ścigają. Jeśli będziesz miała jakiś problem przez niedługi czas, krzyknij. Postaram się przyjść z pomocą. Rycerze mają obowiązek bronić niewiast - ruszył przed siebie. Cóż, czasem nie udaje się dogadać, jeśli druga strona uprawia strategię ściany.

Gdy wyszedł zobaczył ruiny kościoła. Jakieś dziwne namioty i milion rzeczy których nie rozumiał. Było coś co przypominało stoły ale było za cienkie. Jakby ławy. Torby ale z paskami. Nigdzie śladu konia. A w oddali wieś.

 
Kelly jest offline  
Stary 21-03-2017, 15:00   #3
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 20057 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Wieś, dobrze, ale najważniejsza sprawa, to noc. Spojrzał na niebo, która to była część nocy? Podejrzewał że był początek nocy skoro niedawno wstał. Wiosna bo było dosyć ciepło. Charlotte wyszła tuż za nim.
- Ładne niebo, co rycerzyku? - Zerknęła na niego i podeszła do stołu. Chciała z nim porozmawiać. Wiedział to, tak jak to że była ciekawa. Przeglądała pergaminy leżące na stole. - Niebawem pojawi się tu Yard... - Zgarnęła kilka arkuszy i oparła się o stół. Wpatrywała się w niego. Widział, że się jej podoba, widział jaką toczyła walkę, między tym co czuje, a rozsądkiem. - Naprawdę myślisz, że jesteś rycerzem? - Niepewnie zerknęła w stronę dochodzącej do tego miejsca gruntowej drogi. Z jakiegoś powodu nie chciała go tu zostawiać i obawiała się tego, co może nadjechać z tej strony.

- Podobno rycerzy już nie ma, ale ja jestem. Nawet jeśli ostatnim i jeśli nie chcesz uwierzyć temu. Ale macie przynajmniej książąt, baronów, hrabiów. Kto jest waszym królem, ten Bank?
- Mamy królową… - Przyglądała mu się uważnie. W końcu przetarła twarz. - Pomogę ci, dobra? - Słychać było, że sama nie wierzy w to co mówi.
- Dziękuję, przyjmuję twoją pomoc. Będę zobowiązany - skłonił się dworsko. - Ale właściwie, lady Charlotte, dlaczego zdecydowała się pani mi pomóc? Jestem dla pani takim dziwadłem, które jest względnie ciekawe, choć niebezpieczne - spytał kobietę.

Zarumieniła się. Człowiek by tego nie zauważył, ale wzrok wampira wyłapał to bez problemu. Obróciła głowę.
- Jeśli nie chcesz to nie korzystaj. - Odwróciła twarz ale on już wiedział czemu. Prezencja zadziałała! - Nie jestem żadną lady.
- Skoro powiedziałem, że jesteś lady, znaczy jesteś - jakby nie było, był królewiczem orkadzkim, siostrzeńcem króla Logres, więc jeśli nadawał komuś tytuł, to znaczy że było to istotne. - Powiedziałem już, że przyjmuję pomoc oraz dziękuję. Jeśli powiadam coś, to znaczy, że tak naprawdę jest - uśmiechnął się podwójnie zadowolony, ze względu na działanie Prezencji oraz ponieważ udało im się porozumieć, chociaż nie było to łatwe. - Zaś proszę się nie dziwić, po prostu jestem ciekawy, dlaczego pani zdecydowała się mi jednak pomóc?
- Zabierajmy się stąd, dobrze? - Zerknęła na niego i ruszyła w stronę łąki zamiast w stronę drogi. Nim weszła między trawy, obejrzała się upewniając czy podąża za nią.

- Nie ma problemu. Ty prowadzisz. Tylko jest jedna sprawa. Przed świtem muszę się dostać do bezpiecznego schronienia. Takiego, które będzie całkowicie osłonięte. I tutaj nie ma możliwości spóźnienia. To pierwsza, najważniejsza rzecz, którą musisz poznać o mnie - powiedział jej.
- Na królową… z każdym zdaniem coraz bardziej czuję, że robię błąd. - Mówiła ściszonym głosem. Nagle za plecami usłyszeli stukot kół i głosy. Kobieta przyspieszyła, poganiając go ruchem dłoni. Pochyliła się, niemal w całości chowając się w trawach.

- Nie skrzywdzę cię, będę musiał ci zaufać i ufam bardziej, niżeli w tej chwili możesz przypuszczać - wyszeptał jej arcycichym głosem chowając się wraz z nią. Potem siedział bardzo cicho, po prostu nie wiedząc, kim są ci ludzie, jednak widocznie byli wrogami.

Charlotte nachyliła się do niego.
- Mam pokój we wsi, ale musimy się tam po cichu dostać, dobrze? - Wyjrzała jeszcze z zarośli i pochylając się ruszyła dalej, w łąki.
- Dotrzemy tam bardzo cicho. Bardziej niżeli przypuszczasz - uśmiechnął się. - Jeśli jest dla ciebie zbyt ciemno oraz nie chcesz, żeby ktokolwiek cię zaprowadził możemy iść bokiem. Dobrze widzę nocą, więc mogę prowadzić.
Nie odpowiedziała. Widać było, że zna trasę, gdyż mimo ciemności poruszała się sprawnie. W pewnym momencie dotarli do jakiejś leśnej ścieżki tutaj wyprostowała się i teraz już szła pewniej. Uśmiechnęła się do niego.


- Tamci, to była policja. - Mówiła nadal cicho.
- Co to policja? Tacy zbóje zapewne - domyślał się.
- Wprost przeciwnie. Chronią prawa. - Gdy to powiedziała w jej głosie dało się wyczuć ironię.
- Czyżbyś wobec tego ty nie przestrzegała go?
- Rycerzyku, jakby nas znaleźli przy tych zwłokach, skończylibyśmy na stryczku. - Charlotte zerknęła na niego. - Na szczęście to idioci i raczej nas nie wytropią.
- Oczywiście rozumiem i wcale nie mam ochoty tłumaczyć się gwardzistom, których nazywacie policją. Jednak wątpliwie, żeby owa policja tak sobie tutaj przybyła bez celu. Ktoś tutaj coś chyba narobił.
- Tak… - Teraz już widział w jej oczach szczere wątpliwości. - Od kilku dni nie było informacji od archeologów, którzy pracowali w tym miejscu. Wysłano Yard by sprawdzili co się stało. Nie uwierzysz, ktoś wszystkich wymordował, a ty byłeś pośrodku tego wszystkiego. - Znów powiedziała z tą swoją lekko irytującą ironią.
- Yard rozumiem, że tak nazywacie ową policję, ale archeolodzy? To badacze starych kościołów, bowiem rozumiem, że ten piękny budynek nie dotrwał do twoich czasów.
- Scotland Yard. To po pierwsze. Archeolodzy to badacze ruin, nie tylko kościołów. - Zawahała się. - Ale rzeczywiście w Anglii jest sporo ruin kościołów.
- Niby po co badać ruiny? - Charlotte powstrzymała parsknięcie. - Ale nie będę oceniał tych ludzi. Zbyt mało wiem. Odbudowaliście Camelot?
- Camelot to fikcyjne miejsce. Możliwe, że kiedyś istniało coś takiego… mit oparty na strzępkach faktów. - Wyczuł w jej głosie niepokój.
- Jak na mit, było zbyt duże, zbyt twarde, zbyt wypełnione ludźmi. Mówiłaś, że macie królową. Myślałem więc, że rządzi krajem stamtąd. Jeśli nie to pewnie z Winchesteru zwanego przez pospólstwo Londynem. Też spore miasto, choć dosyć kupieckie.
- Tak… Londyn to jedno z największych miast na świecie. - Zatrzymała się i popatrzyła na niego. Była przerażona.

- Błagam powiedz, że sobie żartujesz. Uderzyłeś się w głowę prawda? To jakaś dziwna amnezja?
- Nie tylko się uderzyłem. Prawie zginąłem. Pamiętam, jak walczyliśmy, a potem straciłem przytomność. Jeśli więc o to pytasz, masz rację, ale nie przypuszczam, żebym miał amnezję. Raczej nikt w mojej rodzinie nie przejawiał takich przypadłości.
- Amnezje można mieć od uderzenia… - Charlotte ruszyła dalej. Widać było, że się nad czymś zastanawia, raz na jakiś czas zerkała na niego.
- Tutaj trudno mi rozmawiać, jednak amnezja to chyba jakaś forma utraty pamięci. Mi się zaś wydaje, że do czasu owego uderzenia, pamiętam wszystko, potem jednak nagle obudziłem się nagi wśród tamtych zwłok. Nie pamiętam, co się działo - nie dodał przez skromność, iż to najprawdopodobniej jego własna robota.
- Nie wierzę… to niemożliwe. - Kobieta skrzyżowała ręce na piersi pewnie idąc w ciemnościach.
- Ale co masz na myśli, pani?

- Pamiętasz wojnę stuletnią? - Zrównała się z nim i teraz już patrzyła na niego z czystą ciekawością. - Wiesz co to anglikanizm? Wiesz czym jest Wielka Brytania? - Rzucała mu kolejne pytania.
- Kolejno odpowiadając. Wojen pamiętam wiele, ale żeby którąś nazwano stuletnią? Anglikanizm to bycie Anglikiem. Inna sprawa, że Anglowie, jeśli masz na myśli to małe plemię saskie, to nie jest przeciwnik dla prawdziwego wojownika. Zaś Brytania, oczywiście to wyspa, na której leży nasz kraj, ale zaprawdę trzeba wielkiej pychy, ażeby nazwać ją wielką, choć oczywiście jest wielka sercami mieszkańców.

Zatrzymała się i zszokowana patrzyła na niego.
- Ty masz… nie, nie nie to niemożliwe. - Zaczęła krążyć w kółko. Nagle przypomniała sobie. - Wilhelm I Zdobywca?
- Uważaj, bowiem zakręci ci się w głowie - rzekł pełen dobrych chęci. - Zaś Wilhelm ów, niestety nie wiem, co takiego zdobył - wyjaśnił przepraszająco.

Zatrzymała się, jakby posłuchała jego rady. Cokolwiek się działo w jej głowie, musiało przypominać burzę. Kobieta raz uśmiechała się, po chwili kręciła głową i poważniała.
- Kiedy umiera Artur?
- Podczas bitwy pod Camlann. Właściwie zaraz po, choć krążą legendy, że przeżył, że odwieziony na wyspę na Jeziorze oczekuje chwili, aby powrócić. Jednak zaiste, choć pragnąłbym tego, trudno uwierzyć, choć sam nie brałem udziału w tej bitwie. - Charlotte słuchała go z coraz szerzej otwierającymi się oczami i w pewnym momencie zaczęła kręcić głową, jakby negowała to co słyszy, ale nie przerywała mu. - Jednak słyszałem od sir Bedivere’a, który potem został mnichem, że po Artura przyszły trzy damy, między innymi moja przybrana matka, ale ona później nie chciała mi nigdy mówić. Powiadała wtedy: drogi chłopcze, to tajemnica.
- Nie.. nie… nie. Czy ty w ogóle siebie słyszysz? - Prawie podniosła głos. - Rozmawiałeś z Badivere… błagam kimkolwiek on jest. Byłeś wtedy, tam? To znaczy, że masz… - Chwilę coś liczyła. - … jesteś wariatem, albo duchem… albo jesteś do cholery nieśmiertelny! - teraz już krzyknęła.
- Czy masz mnie za wariata? Ci uważający się za nieśmiertelnych powinni być przywiązywani do pala oraz oblewani zimną wodą. Przynajmniej taką terapię za moich czasów przepisywali mnisi. Przeważnie skutkowała. Nie jestem także duchem, ani wariatem, ale ...
- … rycerzyku.. nie jestem specem, bo w tych czasach jak i pewnie w twoich kobiety nie za bardzo mogą się edukować, ale Artur na moje oko żył, o ile żył, w wieku szóstym… - zawahała się. - siódmym. Mamy wiek dziewiętnasty.
- Artur,hm, nie wiem, kiedy urodził się, ale jego ślub, całkiem udany zresztą ze względu na turniej, który wygrał mój starszy brat ...
- Nie! - Charlotte podeszła i chwyciła go za koszulę. - Posłuchaj mnie. Jak chcesz mi niby wytłumaczyć, że byłeś w stanie przeżyć 1200 lat? Pomijając detale, typu dokładny rok i reszta tego g… - Ugryzła się w język.

- Fakt - przyznał - sam nie wiem, jak do tego doszło. Mogę jedynie przypuszczać. Kiedy Tarquin dorwał mnie, nie myślałem, że kiedykolwiek zobaczę księżyc na niebie. Najprawdopodobniej to jego sprawka, choć … pewnie tak czy siak będę ci kiedyś musiał powiedzieć. Równie dobrze więc teraz. Cóż, pytałaś kim jestem, nie kłamałem, jednak nie mówiłem całej prawdy. Rzeczywiście nie jestem zwykłym człowiekiem, choć raczej na nieszczęście, niż cokolwiek innego - powiedział melancholijnie.
- Niezwykłym człowiekiem? Żartujesz sobie ze mnie? - Warknęła.
- Nie twierdzę, że jestem niezwykły. Twierdzę jedynie, że nie jestem zwykły, czyli przeciętny, taki, jakich spotykasz na ulicach swoich miast albo siół.
- Ratuję twój tyłek, ryzykując przy okazji swój, czy zechciałbyś mi łaskawie wyjaśnić, co niby znaczy, że nie jesteś zwykły? - Widział w jej oczach strach, uczucie za którym teraz ukrywały się pragnienie które wywołała prezencja i ciekawość, cały czas ta dziwna ciekawość.

Spojrzał na nią mocą Nadwrażliwości starając się odczytać aurę. Jej sylwetka wypełniona była jasną zielenią, która w dziwnym tańcu plątała się z głęboką czerwienią. Gdzieś tam migotały nitki czerwieni i pomarańczy. No tak, rozumiał, że się boi, że jest zła, nieufna, ale jeszcze dochodziła rozsadzająca ją żądza pożądania. Zapewne spowodowana Prezencją … chociaż przyznawał, że jeśli rzeczywiście to był XIX wiek, to trochę długi okres celibatu. Wobec tego pozyskanie względów jakiejś damy było nadzwyczaj odpowiednie.

- Musisz być wyjątkową kobietą - powiedział cicho. Charlotte zamarła. Puściła jego koszulę i cofnęła się. - Masz odwagę i potrafisz opanować strach. Ponadto myśleć, to zaś problem dla wielu mężczyzn także. Lubię cię, więc nie obawiaj się mnie i co więcej, przez znaczną część czasu będę na twojej łasce, gdyż jak wspomniałem, podczas dnia muszę być ukryty, ażeby nie dosięgły mnie promienie słońca. Taką właśnie mam naturę, częściowo ludzką, częściowo nie. Inaczej, jak słusznie zauważyłaś, nie miałbym szans przetrwać wieków, Chociaż okres ten raczej przespałem unieprzytomniony, teraz zaś czuję się, niczym kompletnie głupi, nie wiedzący nic na temat twojego XIX-ego wieku. Potrzebuję przewodnika, czy zechcesz nim być?
- Zaraz, zaraz… - Patrzyła na niego, a wraz z tym jak mówił w jej aurze coraz większą rolę grała pomarańcz. - Wiesz… widzę że lubisz mity, i powiem, że mamy we współczesnych czasach mit o istotach nie lubiących światła. To nie brzmi zbyt, dobrze… Tamci ludzie… wiesz tam było sporo krwi…
- Nie kłamałem ci ani razu. Obudziłem się wtedy, kiedy oni nie żyli. Ale mówisz, że macie mity, a czy macie opowieści o zwykłych ludziach, niektórzy są draniami, inni przyzwoitymi poddanymi korony?

Charlotte zaczęła się cofać, jak tak dalej pójdzie zwieje w las. Chyba jedyny powód dla którego nie zwiałą to byl ten urok, ktorym uraczył ją wampir.
- Tak… zwykli ludzie też się pojawiają w mitach i wiesz co zazwyczaj się z nimi dzieje? Podpowiem… umierają.
- Przykro mi, ale muszę cię rozczarować. Nie mam zamiaru zabijać ani ciebie ani nikogo, chyba, że jakiegoś drania lub w obronie własnej. Jednak ludziom chyba to także jest dopuszczalne. Lady Charlotte, nie będę panią do niczego zmuszał, co więcej, idąc z panią oddaję się w pani ręce, bowiem nie będe mógł uczynić nic za dnia. Czy mogę zrobić więcej?

Kobieta trafiła na drzewo i teraz patrzyła na niego opierając się o nie. Zrobił jej pranie mózgu, widać było że sama nie wie czemu nie ucieka i to dodatkowo napędza jej strach.
- Czym jesteś rycerzyku? Chcesz mi zaufać, to mi powiedz.
- Określamy siebie, jako Rodzina. Od zawsze, choć wy nazywacie nas bardzo różnie. Krwiopijcy, czasem wampiry, albo jeszcze inaczej. Bywamy draniami, bywamy przyzwoici, dokładnie, jak każdy człowiek ...

Kobieta osunęła się na ziemię siadając na ziemi. Zakryła uszy i zaczęła drżeć.
- Wampiry nie istnieją. To bajka… - Zamknęła oczy.
- Osobiście wątpię, Rodzina bowiem zawsze się świetnie maskowała. Jednak jeśli tak jest, to warto mieć chyba znajomego wampira, który obdarza przyjaźnią oraz ma rycerski charakter? Nieprawdaż lady Charlotte.

Kobieta nie słyszała. Siedziała z zatkanymi uszami i podkulonymi nogami, starając się nie patrzeć na niego. Cóż, chwilę miał czasu. Usiadł więc nieopodal i cóż robić, musiał poczekać. Nie chciał podchodzić, obawiał się bowiem, iż kobieta dozna wstrząsu niczym rycerz, którego walnie turniejowa kopia. Po prostu liczył, że wreszcie otrząśnie się, szczególnie, że gdzieś krążyła owa policja.


Charlotte dłuższą chwilę siedziała w ten sam sposób. Pierwsze zniknęły drgawki. Po kolejnej chwili uchyliła oko zerkając na niego, ale gdy tylko zobaczyła, że nadal tam jest szybko je zamknęła. Czułe ucho wampira wyłapało, że ktoś w sporej odległości od nich powoli się zbliża. Błyskawicznie przyskoczył do niej łapiąc ją w ramiona, jednocześnie zakrył jej usta i wyszeptał jednocześnie w ucho:
- Ciii, ktoś się zbliża. Może twoi wrogowie. Puszczę ci teraz usta, nie krzycz - mówił wprost do małżowiny.

Kobieta zadrżała od jego dotyku, kątem oka zobaczył, że gwałtownie otworzyła i zamknęła oczy. Jej dłoń powędrowała do broni, ale powstrzymała się.
- Niech cię… - Wyszeptała cicho. - … ruszajmy.
- Prowadź … - puścił ją całkowicie szepcząc. - Jakby co, obronię cię. Przysięgałem chronić niewiasty - nie dodał, że ponadto bardzo mu się podoba, choć przypuszczał, że szczególnie ze względu na długi okres wstrzemięźliwości.

Kobieta chwyciła go za rękę. Poczuł jak się wzdrygnęła, ale mimo to poderwała się i ruszyła dalej ciągnąc go za sobą. Nie odzywała się. Biegła szybko, mimo wszystko robiąc to bardzo cicho. W pewnym momencie ponownie skręciła między drzewa, aż w końcu wypadli z lasu tuż obok wioski. Charlotte nadal szła szybkim tempem. To co zauważył, to że większość chat była murowana, jednak nie licząc tego gospodarstwa niewiele różniły się od tych z jego czasów. Kobieta pociągnęła go dalej.

 
Aiko jest offline  
Stary 22-03-2017, 20:41   #4
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 5883 Kelly ma wyłączoną reputację
Mijali dziwne meble, stojące na tyłach domów. Raz na jakiś czas dochodziło ich szczekanie psów. Zatrzymali się na tyłach jakichś wielkich zabudowań.
- Tu mieszkam. - Wskazała podbródkiem uchylone na poddaszu okno. - Dasz radę się wspiąć?
- Raczej tak, wiesz jestem rycerzem, nie wspinaczem, ale powinienem sobie poradzić. Właściwie wioska jak wioska, podobna do tego, co znam, Choć za moich czasów raczej kominy były rzadsze - przyznał. - Już wchodzić, otwarte tam jest?
- Za mną
. - Kobieta podeszła do dziwnej drabinki, po której pięła się jakaś roślina. Co było dziwne w oknach były przezroczyste elementy, trochę przypominające kryształki jakie widział w podziemiach. Charlotte bez większego wysiłku dotarła do krytego strzechą dachu i ruszyła dalej, chwytając się słomy. Po chwili była przy uchylonych drzwiczkach, także wypełnionych tym kryształem.Dała mu znak by się ruszył. Więc zrobił to powtarzając jej drogę. Cóż bowiem mógł więcej. Niby był wampirem, starszym, ale co właściwie z tego, skoro bez niej nie mógł praktycznie nic. Trzeba było słuchać.

Gdy kobieta zobaczyła, że sobie radzi, wskoczyła do środka, a on za nią rozglądając się wokoło. Wszystko było niby podobne, jednocześnie zaś niepodobne. Chociażby wspomniane kryształki? Musiał spytać kobietę później.


Ledwo się mieścili w środku we dwoje. Charlotte przecisnęła się obok niego, zamykając za nim dziwne drzwiczki. Zasłoniła też dziwny, wiszący w nich materiał. Po chwili jakby się w czymś zreflektowała i zaczęła zgarniać leżące tu i ówdzie stroje. Szczególnie te białe i upychać je w walizce.


- Rozgość się. - Wybąkała najwyraźniej zmieszana.
- Dziękuję. Mogę ci jakoś pomóc. Nie lubię po prostu stać - patrzył na dziwnie maleńki pokoik z jeszcze dziwniejszymi meblami. Ogólnie ściany były obite jakimś kolorowym pergaminem. Jednakże takim z niezwykle regularnym wzorem. Ile służących musiało to robić. Dziwne, że tak drogą rzecz umieścili na poddachu maleńkiego pokoju. Szafy, jak szafy, no cóż, za jego czasów też istniały szafy, ale zainteresowało go łóżko. Co za dziwak robił metalowe łóżka, wszak kowale mieli znacznie więcej do roboty, niżeli wykuwanie takich prętów. Wspomniany wiek coraz bardziej wydawał się zwariowany. Niby maleńka przestrzeń, ale pościel także wyglądała całkiem dobrze. Niejeden szlachetny pan mieszkał gorzej oraz pijał z glinianych naczyń, a nie takich cudeniek, które stały na szafce. Aż podniósł do góry, były tak dziwnie delikatne.
- Piękne - wyszeptał. - Naprawdę ludzie potrafią zrobić coś takiego?
Jednak jeszcze bardziej zainteresował go obrazek obok. Był genialny. Cały taki niezwykle dokładny. Bystre wampirze oko doskonale rozróżniało każde pociągnięcie pędzelka. Do tego jeszcze dwa malunki na ścianach przedstawiające jakieś łąki, trawy oraz pasące się krowy.
- To tanizna z rynku. - Wyszeptała kobieta. - Jesteśmy na poddaszu pubu, wynajęłam tu pokój. Ściany są potwornie cienkie, więc mów cicho, dobrze?
- Dobrze
- ściszył głos - jaka tanizna. Mieszkasz całkiem bogato. Za moich czasów to raczej poza bogatymi ludźmi, nikt nie miał takich wspaniałości - widać było, jak podziwia wszystko. - Co to jest pub?

Kobieta schowała te kilka rzeczy. Najwyraźniej resztą się nie przejmowała. Podeszła do wampira i skrzywiła się.
- Jutro załatwię ci jakieś rzeczy… - Wyszeptała. - ...że też naprawdę to robię.
Pokręciła niedowierzająco głową i zerknęła na naczynia. Na jej twarz wypłynął rumieniec.
Ujął jej dłoń.
- To, to znaczy co, lady Charlotte? Czy mogłaby pani być precyzyjniejsza … bardzo proszę - uśmiechnął się miło.
Gdy tylko jej dotknął jej twarz stała się niemal czerwona.
- Ciuchy… ubrania. Będę musiała kupić ci jakieś odpowiedniejsze. Gdzie planujesz się udać?
- Och, nie wiem. Dopiero się obudziłem. Dlatego właśnie tak pani potrzebuję, lady Charlotte. Przy tak urodziwej, pełnej wdzięku kobiecie
- jego dłoń zaczęła leciutko głaskać jej nadgarstek - może odnajdę się w tym XIX wieku tak, żeby nikogo nie krzywdzić oraz spokojnie sobie żyć nie wadząc nikomu. Pomyślałem, że może chciałaby pani mi pomóc w tej istotnej sprawie.
Kobieta zadrżała od jego dotyku, ale jej twarz była nadal zmieszana.
- Geharis… będziemy musieli zrobić coś z tym imieniem… ale… - Wskazała palcem na stojący na komodzie lśniący przedmiot. Wampir zobaczył w nim siebie. Tak jak w tafli wody. Oczywiście znał także lustra, lecz były one polerowanym metalem, często srebrem. Tymczasem tutaj wyglądało to jakoś nadzwyczaj nienormalnie. Cała jego twarz była umorusana krwią, podobnie szyja i pierś.


- Rany, jak wyglądam - jęknął, choć cicho pamiętając, że jest jakiś pub, cokolwiek to to takiego właściwie. - Gdybym sam siebie zobaczył w takim stanie, to bym się przestraszył - przyznał. - Czy można się jakoś umyć. Nie chciałbym siedzieć przy tak urodziwej kobiecie będąc tak brudnym. Mężczyzna powinien się prezentować odpowiednio przed damami, nie uważa pani?
- Puścisz mnie? To spróbujemy coś z tym zrobić
. - Uśmiechnęła się niepewnie.
- Ach przepraszam - rzeczywiście puścił jej rękę, ale tak jakoś powoli, niechętnie. - Choć pani dłoń jest równie piękna jak oblicze. Ślicznie śmieją się pani oczy, czy wie pani? - oddał uśmiech. - Proszę, oddaję się pod pani opiekę - uniósł ręce nieco w okolice piersi.
- Zdejmij tą koszulę. - Wyszeptała cicho. Przecisnęła się obok niego i podeszła do naczyń stojących na komodzie. - Możesz usiąść na łóżku. - Niepewnie zerknęła na jego zakurzone spodnie.

Rzeczywiście żadna dama nie poprosiłaby szlachetnie urodzonego mężczyznę o zdjęcie koszuli, ale cóż, nowe czasy nowe obyczaje. Uśmiechając się ciągle zdjął górę przyodziewku.
- Hm, chyba spodnie także muszę, żeby nie pobrudzić poni pięknej pościeli. Musi być jednak pani bardzo zamożna wynajmując taki wspaniały pokój.
Zrzucił buty.
- Czy ma pani może jakiś ręcznik, bym mógł owinąć biodra po zdjęciu spodni? - spytał uprzejmie.
Kobieta wyjęła z jednej z szuflad materiał i podała mu. Odwróciła się tyłem, widział jednak że zerknęła w odbiciu lustra. Jednak nie przeszkadzało mu to, bowiem niby dlaczego miałoby. Czyżby miał czegokolwiek się wstydzić. Poza wyświniona budem skórą oczywiście. Spokojnie powoli zdejmował spodnie, celebrował przebierankę, stał całkiem ładną chwilkę nago, potem usiadł okrywając biodra ręcznikiem niczym narzutką.
- Może zabrzmi to dziwnie, ale mów mi Charlie, dobrze? - Kobieta obróciła się. Ustawiła obok łóżka miskę i nalała do niej odrobinę wody z dzbanka. Po chwili zanurzyła w niej gąbkę. - Tytuł Lady nadaje królowa, jakby ktoś usłyszał, że tak mnie artykułujesz mogłabym mieć problemy. - Powoli zaczęła zbierać krew z jego twarzy. Widział jak jej ręce lekko drżą, jednak wyglądało jakby miała wprawę. - Do tego to dziwne jak goły mężczyzna mówi do mnie per Pani.
- Tylko królowa? Cóż, prawa się zmieniły - przyznał. - Ale jeśli tak, jeśli mam cię nazywać Charlie, to jak ty będziesz mnie nazywać?
Spojrzała na niego zaskoczona. Jednak zreflektowała się szybko i powróciła do mycia go. Spłukiwała gąbkę i ponownie czystą obmywała go.
- Nie wiem… jeśli chcesz się wtopić z dziewiętnasty wiek… - Zerknęła na niego. Widać było, że nadal nie jest przekonana do tej całej historii. - … to może powinno być imię popularne w tych czasach?
- Piękna Charlie, przecież pojęcia nie mam, jakie są popularne imiona. Może wybierzesz mi jakieś
? - przeciągnął się, odpowiednio prezentując swoje ciało, szeroką, po męsku owłosioną pierś, twarde mięśnie oraz kilka blizn po ciosach mieczem. Kobieta przełknęła ślinę. - Czy mówiłem ci już, że ślicznie wyglądasz, kiedy mnie tak myjesz? Jesteś niezwykle urodziwą niewiastą, Charlie. Ukrywasz piękno pod męskim strojem, ale można je i tak dostrzec, jeśli ktoś potrafi patrzeć.
- Głupku… nie założyłabym sukni do jaskini
… - Wyszeptała to tak cicho, że gdyby nie słuch wampira, pewnie by nie rozpoznał słów. Rzeczywiście, niedaleko leżało coś co mogło być bardziej odświętnym strojem, elementem, którego z jakiegoś powodu Charlie nie ukryła, w przeciwieństwie do pozostałych. Zerknęła mu w oczy, ale odwróciła wzrok. - James? George? Charles? Henry?
- Jakie wolisz, jakie ci się podoba
? - spytał. - Chciałbym zobaczyć cię w sukni. Bez sukni także, tak jak ty mnie - wyszeptał cicho, że raczej mogła się domyślić, niżeli słyszeć.
Kobieta zabrała gąbkę.
- Przestań to robić…
- Co robić, piękna Charlie
? - spytał. - Dziękować ci, cieszyć się, że jesteś ze mną, doceniać twoją urodę? Chyba pozwolisz mi na mówienie ci szczerej prawdy.

Podniosła wzrok. Jej twarz cała była oblana rumieńcem. Widać było, że jej oddech przyspieszył. Wampir czuł bijący od niej gorąc. Odłożyła gąbkę.
- Doskonale wiesz co robisz. - Zobaczył, że drży. Czuł, że jej ciało woła go, pędząca w jej żyłach krew niemal pachniała. Jej serce było jedynym dźwiękiem w tym pokoju… przez chwilę.
Wtedy pojawił się kolejny. Głośny kobiecy jęk, dochodzący zza ściany. Jęk, doskonale znany wampirowi. Charlie szybko zebrała rzeczy do mycia i wyjęła kolejny ręcznik podając go Gaherisowi.
- Wytrzyj się... proszę. - Jej głos drżał. Prezencja i zagrywki wampira, nie dawały Charlie żadnych szans. Widać było, że zsuwa nogi, że dłonią chwyta koszulę by zasłonić odkryte, z powodu rozpiętych guzików, ciało. Czuł tą napiętą skórę, nagle przyśpieszony dech oraz krew, która przyśpieszyła w jej żyłach. Podobało mu się, wszak od tylu lat leżał jedynie pogrążony wśród ciemności, zaś jego jedynymi towarzyszami były dziwaczne sny. Tutaj zaś obok stała kobieta, nawet jeśli nie szlachcianka, gdyż sama tak stwierdziła, to niewątpliwie żywa, zgrabna, mająca ładną twarz oraz smaczną krew. Czy trzeba chcieć więcej? Gaheris potrafił docenić wyjątkowość i twardy charakter kobiety.

Powstał i zaczął się wycierać, przewiązawszy przepaskę biodrową z ręcznika. Dosyć luźno zresztą. Powstał nie próbując ukryć lekkiej jeszcze, ale zaznaczającej się erekcji, która trochę uwypukliła w pewnym miejscu materię. Powoli wycierał się, jakby specjalnie prezentując swoje ciało, napinając poszczególne mięśnie.
- Jestem ci bardzo wdzięczny za pomoc, Charlie – odłożył wreszcie ręcznik. Ujął jej dłonie pochylając się i unosząc do swoich ust. Pocałował jej smukłe paluszki, potem ponownie, jeszcze raz, powoli przemierzając wargami cały wierzch kobiecych dłoni.

Kobieta szybko zauważyła jego wzwód i bardzo starała się nie patrzeć w tamtym kierunku. Gdy pocałował jej dłoń jej serce jeszcze przyspieszyło. Spróbowała się cofnąć ale to nie tak że miała w pokoju jakiekolwiek pole manewru. Oparła się o komodę o mały włos nie zrzucając podstawionych na nią naczyń.
- Wiesz jak w tych czasach traktuje się kobiety, które idą do łóżka z mężczyzną poznanym tego samego dnia? - Wpatrywała się w jego twarz.
- Zapewne zawsze tak samo, jeśli wiedzą na ten temat jedynie one, oraz ich skryty kochanek, który umiejąc milczeć, ofiaruje coś więcej, aniżeli jedynie zwykła przyjemność - cóż, właściwie czy to był pierwszy dzień, czy któryś tam znajomości, jeśli kobieta zachowywała dyskrecję, nic się nie działo. Czy na dworze króla Artura czy kiedykolwiek. Można było mieć poważne zastrzeżenia co do stosunków osobistych Lancelota i Ginewry, jednak póki ich nie przyłapano przy świadkach, pies mający kulawą nogę się tym nie zainteresował nawet. - Jesteś piękną, namiętną dziewczyną, jesteśmy sami pośród naszej tajemnicy.

Stojąc przed nią objął Charlotte tuląc takim opiekuńczym ruchem. Z sąsiedniego pokoju dotarły do nich kolejne jęki. Dziewczyna spłonęła jeszcze większym rumieńcem ale dała się objąć. Położyła nawet dłonie na jego piersi.
- To jakieś szaleństwo, a miało być łatwo. - Podniosła wzrok i jej rozpalone oczy napotkały wzrok wampira.
- Będzie łatwo, jeśli twe myśli przestaną się opierać temu, czego pragniesz. Uśmiechnij się do siebie, odrzuć wszystko i wtedy spytaj, czego naprawdę chcesz? - przerwał pozwalając się rozluźnić kobiecie. - Twe dłonie już wiedzą, twe ciało także … Czy pragniesz być całowana, jak nigdy, pieszczona, jak nigdy, kochana, jak nigdy - szeptał jej do ucha pełne uroków zaklęcia.
- Jestem twoja Gaheris. - uśmiechnęła się. - Tej nocy.
- Moja ty, ja twój. Tej nocy
- pochylił się całując jej czoło, oczy, wreszcie usta, pierwej delikatnie, ale potem mocno, po męsku, jednocześnie zaś jakoś opiekuńczo, jakby chciał powiązać ich węzłem mocy. Mężczyźni rzadko pamiętają, że pragnąc utulić kobietę na puchowym łożu, oprócz brania, muszą także coś dać. Gaheris wiedział, doświadczony arkanami miłości dworskiej. Jego pocałunki, dotyk, pieszczota miały sprawić przyjemność im obojgu. Spinające się mocno wargi wiązały ze sobą jej kobiecą słodycz oraz jego męską siłę. Oczywiście, Charlotte miała energię oraz była mocna kobietą, psychicznie i fizycznie, ale teraz oddawała mu się archetypicznie kobieco, omdlewająco niemal, drżąco oraz pragnąco jego męskiego ciała. Dotykała go, błądziła dłońmi po jego ciele złakniona czułości. On zaś oddawał jej pieszczotę. Jego usta powoli spływały z ust na smukłą szyję, na której słodko, wręcz nieznośnie ponętnie, żyły przetaczały kolejne porcje smakowitej krwi. Oblizał swoje wargi wręcz powstrzymując się przed zatopieniem kłów. Na taką słodycz był jeszcze czas, wiele czasu. Ona jednak chyba owo oblizanie się, kiedy język przesunął się po jego wargach, przyjęła za coś innego. Kto wie …

Rzeczywiście śliczna kobieta dawała mu coś, czego nikt nie oferował rycerzowi od kilkunastu wieków. Siebie. Usta mężczyzny całowały coraz mocniej szyję, zaś dłonie wściznęły się na plecach pod jej bluzkę, przesuwając się po aksamitnej skórze dziewczyny. Wampir wyczuł pod palcami kilka blizn. Akurat jednak to nie wzbudziło w nim jakiegoś negatywnego podejścia. Blizny zazwyczaj oznaczają przejścia, przejścia zaś ćwiczą charakter. Oczywiście, bardziej fizycznie podobały mu się damy dworu, szlachcianki, panie wielkich rodów, które były niczym nieskazitelna cieleśnie waza. Jednak niekiedy miał dosyć takich niewiast spotykając się z kobietami o ciałach może nieco oznaczonych przez czas, ale dużym wdzięku, inteligencji, charakterze oraz, pomimo wszystko, jednak urodzie. Każdą spośród tych cech miała Charlotte. Gaheris powoli zaczął przenosić dłonie na bok przesuwając po ciele oraz unosząc coraz wyżej kamizeklę i noszoną przez nią pod kamizelką bluzkę.
- Jesteś niczym kwiat, który skrywa swe wspaniałe wdzięki - wyszeptał ponownie podnosząc usta oraz skupiając się na całowaniu, kiedy zdejmował kamizelkę i bluzkę dziewczyny. Charlotte pomogła mu z łatwością rozpinając guziki zarówno kamizelki jak i koszuli. Gdy wampir zaczął ją zsuwać przeszła do spodni. To było dziwne, kobieta i spodnie. Jeszcze nigdy nie spotkał takiego wyjątkowego przypadku. Pochyliła się zdejmując dolną część garderoby. Wtedy właśnie zdjął jej górę. Dziewczyna nie miała nic na sobie, poza już naprawdę nielicznymi drobiazgami, co tylko nadawało jej jeszcze więcej powabu oraz sprawiało, że męskość Gaherisa coraz bardziej wypychała materiał ręcznika, który okrywał biodra rycerza. Charlie przytuliła się do niego napierając nań obwiązanymi bandażem piersiami. Ona zaś utulił ją mocno, szukając jednocześnie opuszkami palców końcówki bandaża. Długie reformy, oraz buty mogły jeszcze poczekać, obecnie najbardziej wabiły wampira piersi kobiety. Oczywiście wiadomo, zawsze na pierwszym miejscu pociągała go krew, ale gdy był względnie syty, w grę wchodziły inne potrzeby, zapamiętane oraz dalej kultywowane, szczególnie uprawianie wspólnoty fizycznej prowadzące do wzajemnego zaspokojenia pragnień. Pożądała go, czuł doskonale, ale on też pragnął posiąść jej ciało. Całował oraz zdejmował bandaż nie śpiesząc się, budując coraz bardziej wzajemne pragnienie. Aż fragment materii osłaniający jej wdzięki upadł obok, zaś uwolnione piersi ruszyły się, leciutko opadły przyjmując naturalny kształt.
- Są piękne, wiesz - wyszeptał do niej leciutko kąsając jej śliczne uszko.

Uśmiechnęła się. Wiedziała! Jak zachowywalaby się, gdyby nie prezencja? Ruchy Charlie mimo że drżące miały znamiona pewności siebie. Lubiła tą grę i kto wie, co by było gdyby … Jego usta stopniowo znowu zaczęły krążyć wokoło szyi, zaś dłoń obejmująca dziewczynę zaprowadziła ją do metalowego łóżka. Jednak zanim jeszcze dotarli mocno przytulił ją.. Siedzieli obok siebie całując się i obejmując. Jej usta były takie pełne słodyczy oraz chęci do dzielenia się nią. Zaś pierś unoszona dechem pięknie prezentowała się, szczególnie kiedy jego prawa dłoń spoczęła na jej lewym pagórku. Była śliczna, tak śliczna, jak mocno reagująca na jego dotyk. Obejmował ją, niby tamta materia. Pełną dłonią, leciutko unosząc, przesuwając się tak, że wnętrze dłoni muskało ciemnoróżową malinkę. Raz za razem, coraz mocniej i bardziej pewnie. Gdy ją pieścił sięgnęła jedną dłonią do pierwszego buta i sprawnie go rozsznurowywała.
- Jesteś bardzo delikatny. - szepnęła i uśmiechnęła się. - Wszystkie wampiry są takie?
- Raczej nie, tak jak reszta ludzi. Jedni są przyzwoici, drudzy mają myśli piękne, niczym twoje piersi, Tak samo wśród nas. Jedni zabijają, drudzy dbają, by ludzie nie umierali, niekiedy zaś nawet pomagają i są bardzo delikatni dla kobiet
- mówiąc to przerywał całowanie jedynie na moment. Męska dłoń zmieniła tylko obiekt pieszczot na drugi cycuszek, ułatwiając tym samym zdjęcie drugiego buta.
- Ach… że też nie powinnam zdradzać że tu jesteś. - wyszeptała zdejmując drugi but.
- Moja piękna, przynajmniej teraz możesz, jeśli pragniesz być głośniej. Tutaj, jak się wydaje, nikt nie zwróci na to uwagi ...

Siedzieli na brzegu łóżka, bliżej wezgłowia nieco, kiedy mężczyzna lekko nacisnął ciało kobiety tak, że nie zabierając nóg z podłogi, po prostu ułożyła się plecami w poprzek łoża. On zaś pochylił się nad nią i zamiast dłoni, tym razem jej piersiami zajęły się męskie usta, całując się, przesuwając się po nich wargami, chwytając sutki, zasysając mocno oraz pieszcząc języczkiem rosnące brodawki.
- Im bliżej do nich, tym lepiej widzę ich urodę - uśmiechał się szeptem, choć niekiedy trudno było mu się przebić, kiedy zza ściany rozlegał się jęk, lub wręcz głośny krzyk.
 
Kelly jest offline  
Stary 22-03-2017, 22:07   #5
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 20057 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Całował je coraz gwałtowniej. Skupiał się na prawym cycuszku, zaś jego prawa dłoń pieściła jej lewy. Obydwa musiały być równo traktowane, tak by kobieta poczuła, jak godną pożądania część ciała posiada oraz jak jej partner je pragnie pieścić. Uwielbiał czuć sutki rosnące, twardniejące, ciemniejące. Pożądanie jego także wzrastało. Tak jeszcze długo …

Powolutku jednak usta mężczyzny powoli zeszły z jej jędrnego biustu, który drżał pod jego ucałowaniem i ciągłą pieszczotą. Jednak później doszedł do jej pępka. Jego języczek otaczał go, pieścił wokoło. Przesuwał się po jasnej skórze ciała.
- Dokąd zmierzasz rycerzyku?
- Och, piękna pani, zmierzam do kwiatu twojej urody - chyba rzeczywiście, bowiem zaczął rozsznurowywać wtążkę, która przytrzymywała jej majtki. Dziwna rzecz, za jego czasów nie noszono takich części garderoby, ale pewnie chroniły przed zimnem. Oczywiście także seksownie przedłużając moment zbliżenia.

Wstążka została rozpięta, zaś pociągnięte silnymi dłońmi białe, długie majtki zaczęły spływać w dół, powoli ujawniając najpilniej ukryte sekrety kobiety. Charlie wciągnęła powietrze ale powstrzymała jęknięcie. Pomogła wampirowi oswobodzić ją z bielizny. Była dosyć wysportowana co nie było zaskoczeniem biorąc pod uwagę łatwość z jaką się tu wspięła. Czując na sobie jego dotyk zamruczała cicho. Zaś jego ciało wydało również pomruk na widok jej słodkich wdzięków. Jego usta całowały płaski brzuch kobiety, okrągłe bioderka oraz górną część ud przesuwając się wokoło, otaczając ponętny kwiat. Póki co jeszcze pieścił, jeszcze ustami przemierzał okolice ciesząc się jej pięknym ciałem, które właśnie odsłoniło wszystkie swoje wdzięki. Mrr, jak dobrze, że udało mu się ją uwieść, choć po prawdzie sam też był trochę uwiedziony jej wyczuwalną zmysłowością. Bawił się pocałunkami dając jej przyjemność. Oglądał słodki pagóreczek pokryty kręconym meszkiem, podobnym do barwy włosów. Gdzieś tam, niżej, krył tajemnicę, którą powoli zaczął ujawniać. Usta wampira coraz częściej zaczęły wspinać się na ów mech, wyczuwając delikatność oraz miękkość pagórka, aż wreszcie jego dłonie rozsunęły jej smukłe uda, przyciągając lekko kobietę ku skrajowi łóżka. Ukląkł pomiędzy jej kolanami mając przed sobą cudowną, kobiecą słodycz. Sycił się moment widokiem owej niekłamanej urody. W pewnym miejscu delikatny pagórek dzieliła długa szczelinka, która stawalo się jego celem. Wystawały z niej końcówki delikatnych, różowych płateczków, spiętych na górze ponętnym węzełkiem, którym także planował się zająć. Jednak najpierw męskie usta zbliżyły się do kwiatu i jego płatków, ucałowały je, jakby tym samym odpieczętowując je. Pieczęć spajająca kobiece ciało w najintymniejszym miejscu rozwiała się. Zaś jego usta rozpoczęły pieszczoty.

- Prawdziwie śliczne - wyszeptał tak cichutko, że mogła nie usłyszeć, jednak na pewno poczuła na swojej intymności leciutki podmuch powietrza. Jednak był to pojedynczy, oraz naprawdę leciutki, przy dotknięciu warg, języczka oraz ich pieszczoty. Czuł jej ciało, jego drżenie, zapach łona, tak napędzający mężczyznę do działania, słyszał jej każde słowo, jęk, westchnienie, dech, nawet poruszenie drobne dłoni ściskającej kołderkę. Gaheris zaś całował, leciutko podszczypywał łapiąc wargami jej płateczki i nieco pociągając, potem zaś zalizywał miejsce języczkiem. Tyle wieków, a kobiety nadal drzą, nadal muszą powstrzymywać jęk, jeśli pragną być cicho. Charlie delikatnie przebierała nogami, starając się jednak nie przeszkadzać mężczyźnie w tym co robi.
- To wspaniałe Gaheris… - Wyszeptała cicho, a szept ten przerodził się w pomruk przyjemności. Wydawało się, że kobieta po raz pierwszy doświadcza tego typu pieszczot. Tym bardziej więc rozochacał się Gaheris. Zresztą, jeśli kobieta mówi kochankowi, że jest jej wspaniale, czyż istnieje dla mężczyzna większa duma oraz większy afrodyzjak? Jego usta wzmocniły nacisk, zaś języczek zaczął wślizgiwać się pomiędzy jej płatki, do wnętrza kielicha kwiatu. Delikatnie rozdzielał je językiem, spijał kropelki, które nagle zaczęły się pojawiać coraz częściej oraz wchodził w głębię różowiutkiej szczelinki. Poruszał językiem wewnątrz tego kanionu kobiecości, wyczuwając każdy najmniejszy fragmencik wrażliwego ciała, od wiązania płatków na górze, aż do jamki na dole. Powoli dokładnie w każdą stronę,aż wreszcie jednak wybrał górę oraz węzełek splatający płateczki. Właśnie on oraz okolice stały się teraz przedmiotem jego ataku. Najpierw pieścił, całował, nakłuwał go końcóweczką języczka, później zaś chwytał wargami, zasysał pociągając oraz mocno ściskając ustami. Charlie zasłoniła usta swoją dłonią. Jej druga ręka powędrowała do głowy mężczyzny. Widać było, że traci nad sobą kontrolę. Chwyciła mocno jego włosy niby chcąc go odsunąć, ale nie zrobiła tego. Jej ciało zaczęło się poruszać, chcąc nabić się mocniej na język wampira. Który ponownie zmieniał położenie, tylko po to, by zacząć się w nią wkręcać. Przeszedł z góry na dół, z węzełka na magiczny tunel. Palcami rozciągnął jej płatki odkrywając jak najwięcej i włożył języczek jak najgłebiej mógł. Później ponownie, jeszcze bardziej i tak mocno coraz bardziej zwiększając nacisk oraz szerokość, na której działał jego języczek. Jednocześnie słuchał oraz czuł, skupiając się tam, gdzie była najwrażliwsza. Znalazł to miejsce, widział jak niemal całe ciało kobiety poderwało się, jak ledwo co udało się jej zagłuszyć jęk, który starał się wyrwać z jej ust. Jej dłoń zacisnęła się w pięść, lekko boleśnie ściskając jego włosy. Była blisko, czuł jak na jego język spływa coraz więcej soków.

Cudownie, że trafił właśnie na nią, bowiem co, jakby pomagał mu brudny, opchlony chłopina? Wtedy nie tylko na pewni nie zakończyłoby się to miłymi godzinami pożądania, ale raczej użyciem dominacji oraz późniejszą ucieczką gdzie pieprz rośnie. Jednak przy niej nie musiał się hamować, wręcz przeciwnie, wskazane było użyć wszelkiej swojej fantazji oraz energii. Kiedy wyczuł owo najwrażliwsze miejsce, właśnie na nim się skupił. Języczek całował przede wszystkim właśnie je. Dobierał się do niej, jej zaś się to bardzo podobało. Czyż może być wspanialej w łóżku, jeśli obydwie strony pragną siebie sprawiając sobie radość? Smakował ją! Jej soczki, które były wspaniałe smakiem, budzące pragnienie oraz podniecenie. Jakże przyjemnie byłoby je spijać wraz z jej krwią? Tak! Wewnątrz jego ust pojawiły się nagle wzrastające kły, choć póki rosły, starał się, by nawet nie musnęły jej ciała, zaś potem … wampirze kły wbiły się w wewnętrzną część wrażliwego, kobiecego uda. Nie chciał pić dużo. Nie miał takich potrzeb, jednak tyle, ażeby posmakować jej, dopełnić ową resztkę oraz dać jej niezapomnianą rozkosz. Teraz już nie powstrzymała się, jęknęła i poczuł jak jej ciało spina się, zobaczył jak wygięło się w łuk. Jęk powoli przerodził się w pomruk gdy po ciele kobiety rozpływała się rozkosz od miejsca ugryzienia. Powolutku uspokajała się. On zaś wypił nieco, zalizując później ranę. Nikt nie dostrzegłby na jej udzie blizn po dwóch ostrych kłach, które ponownie schowały się wewnątrz.

Była przez chwilę na szczycie, ale nawet nieco spokojniejsza już, na schodzącej fali rozkoszy, dalej unosiła się wysoko. On zaś przedłużał przyjemność, kiedy była pogrążona wewnątrz przyjemnej słodkości wrażeń. Poderwał się przesuwając ją, ustawiając tak, by ustawiła się wzdłuż łoża. Leżała na wznak, piękna bardzo, jednak jeszcze bardziej ponętna. Jej piersi unosił gwałtowny dech, zaś ciało drżało, rozchylone usta, jakby chciały coś powiedzieć, ale nie powiedziały, kiedy niósł jej nogi rozkładając je oraz przyklękając pomiędzy nimi. Charlie wpatrywała się w niego. Widać było że kobieta już została zaspokojona, a jednak wciąż z głodem w oczach obserwowała górującego nad nią mężczyznę. Prosty ruch wystarczył, żeby zedrzeć okrywający biodra ręcznik. Odtąd byli obydwoje nago, jak ich mamy porodziły. Kobiecość Charlie była gotowa po pieszczocie ust, mokra, ślicznie rozwarta, ukazująca wszystko, zaś jego męskość stała naprzeciwko niej. Ani bardzo duża, ani mała, ot przyzwoita męska część ciała, odpowiedniej grubości i długości, z czerwieniejącym czubem, śliskim oraz wyglądającym, jakby był wręcz podbity krwią. Cała zaś reszta, choć mniejszej średnicy, także była niczego sobie. Przyzwoitej mocy, twarda, pokryta szeregiem sinych żyłek.

- Jesteś taka piękna - wyszeptał gwałtownie wchodząc do jej głębokiej jaskini.
Kobieta gwałtownie znów zasłoniła usta i spojrzała na niego zaskoczona. Wyglądało jakby nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś stara się ją doprowadzić, a już na pewno nie do tego, że coś będzie potem. Jednak akurat tym, że jej poprzedni kochankowie myśleli głównie o sobie, nie rozumiejąc tej prostej rzeczy, iż największa rozkosz to wspólna rozkosz, Gaheris nie przejmował się. Zaskoczenie kobiety powoli mijało i poddała się mu. Jej spojrzenie ponownie nabierało ogników, tych które towarzyszyły im gdy zaczynali tę zabawę. Poruszał się wolno już potem po szybkim dotarciu do jak najgłębszeg miejsca. Rozciągnął ją, dosięgnął swoim mieczem głębi pochwy, później powolutku wyszedł oraz ponownie wszedł pod nieco innym kątem, robiąc to samo co poprzednio językiem. Starał się wyczuć jej najwrażliwsze miejsca, najlepsze pozycje. Spoglądał to na jej twarz, to na falujący biust, który poruszało każde jego pchnięcie, to na rozciągnięte płateczki, które ślizgały się po jego nasączonej męskości. Była wcieleniem erotycznej nimfy, on zaś, spragniony niczym pasterz wiejski, zaspokajał swe rządze, dając jednocześnie jej niesamowitą przyjemność. Czuł, jak się spręża, jak jej łono drży, tak samo jak jego ciało, szukał owych wyjątkowych miejsc, kiedy zaś odnajdywał je, atakował potężniej. Charlie zorientowała się co robi i z uśmiechem na twarzy cichutko szeptała

- Tutaj… - Za każdym razem gdy trafiał na jej wrażliwe miejsce. - Wspaniały… jesteś wspaniały.
- To ty jesteś wspaniała, piękna damo - dostosowywał się do jej wskazówek, skupiając się na tych ulubionych punktach. Oddawała mu się, on zaś pochłaniał jej przyjemność. Była taka ciepła, taka ogarniająca go, taka głęboka i taka spragniona. Bawili się grą, która jednak powoli zaczęła przybierać coraz gwałtowniejsze formy. Z ust Charli coraz częściej wyrywały się jęknięcia, czuł jak stara się napierać na niego. Jej ciało znów domagało się spełnienia. Czuł, jak powoli dochodzi, czuł jak budzi się w nim ta przyjemność, która czyni mężczyznę lwem biorącym swoją lwicę. Spragniona jego męskość twardniała jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemal niemożliwe i poruszała się już coraz mocniej, coraz szybciej, coraz bardziej nieokiełznanie. Kobieta chwyciła się ramy łóżka, zaciskając na niej pięści tak, że pobielały jej kłykcie. Widział, że sama jest gotowa by dojść ponownie. Jak bardzo musiała być spragniona? Czuł, że nie może już dłużej utrzymać się, na dnie jego pala, wbijającego się w nią coraz ostrzej zbierało się bijąc w niego gwałtowną falą podniecenia, która wywołała jeszcze szybszy ruch bioder, aż potem niewielka, ale gwałtowna fontanna krwi wystrzeliła z czubka żołędzi bijąc wewnątrz niej.

- Charlie - wymruczał pół, pół zaś wyjęczał wampir, który odruchowo przytrzymał jej biodra podczas wytrysku, ażeby trafiło w nią jak najbardziej głęboko.
- Ah… Gaheris… - Wyjęczała kobieta, nie puściła się jednak ramy łóżka, co sprawiło, że jej mięśnie jeszcze bardziej zacisnęły się na nim. - … ty cudowna pijawko. - Powiedziała to czule. Jakby wraz z tym stosunkiem wszystkie obawy związane z jego naturą znikły.
- Ach, Charlie … mrrr - wymruczał rycerz, który arcyprzyjemnie odebrał ów zacisk na swoim członie męskości. - Mrrr - to było tak przyjemne i takie słodkie, że przynajmniej to się nie zmieniło przez te 1300 lat. Kobiety dalej były piękne, miały piersi, które można było pieścić, pupy, które można było całować i łona, które potrafiły pochłonąć największy męski oręż. Uśmiechały się też tak samo, jęczały, wzdychały, a on robił to identycznie z nowoczesną Charlie, co z damami arturowego dworzyszcza. Oraz także czuł przy niej niekłamaną przyjemność. Jakże to było piękne …

Trzymał wewnątrz niej swojego ptaka nie wyjmując póki co.
- Jesteś absolutnie wspaniała, moja droga przewodniczko - wyszeptał do nagiej kobiety.
- Dziś poczułam się jakbyś to ty był moim przewodnikiem rycerzyku. - Uśmiechnęła się do niego i w końcu puściła chwyt na ramie łóżka. Odetchnęła wyraźnie zmęczona. Wampir dostrzegł to, uniósł się powoli opuszczając ją i ułożył się na brzegu obok niej. Objął kobietę ręką na wysokości piersi.
 
Aiko jest offline  
Stary 23-03-2017, 10:34   #6
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 5883 Kelly ma wyłączoną reputację
- Zawsze chętnie służę swoim przewodnictwem, Charlie.
Zaczął żartobliwie, jednak potem spoważniał.
- Kiedy przyjdzie świt usnę kamiennym snem, aż do wieczora. Czy mogłabyś zadbać, żeby nie dotknęło mnie słoneczne światło? - spytał. - Może jakoś wszedłbym tuż przed porankiem pod łóżko? Bowiem pewnie domyślasz się, jakie rzeczy robi wampirom wystawienie się na słoneczny dzionek.
Przysłuchiwała mu się uważnie i nagle zaskoczona sięgnęła do swojego łona, po chwili uniosła zakrwawiony palec.
- Ja… nic ci się nie stało? - Spojrzała na niego z obawą.
- Nie … nic, jestem członkiem Rodziny. Możemy kochać, jednak, jak się domyślasz, pewne części naszych ciał nie działają. Nie możemy mieć dzieci w normalnym tego rozumieniu. Nie możemy dać kobiecie niczego, ażeby mogła począć. Możemy ofiarować jedynie krew, bowiem jest to najcenniejsze, co mamy … jesteś naprawdę świetna, Charlie. Cieszę się, że się poznaliśmy - powiedział poważnie.
- Wybacz mi, ale ja jeszcze nie wiem co o tym myśleć. - Uniosła się na łokciu i spojrzała na niego. - Jakoś nadal wizja tego, że masz… że jesteś taki stary. - Uśmiechnęła się, po czym nachyliła się i pocałowała go w usta. Delikatnie, lekko nieśmiało.
- Czy wyglądam na starego, czy moje ciało przypomina staruszka? Wątpię, ponadto ach przecież w naszej kulturze przyjęło się, że mężczyzna powinien być nieco starszy od kobiety, nieprawdaż? - uśmiechnął się do niej. - Wracając zaś do dnia, to naprawdę istotna sprawa, Charlie.
- Słyszę, słyszę… wiesz kobieta lubi rozmawiać o innych rzeczach po seksie, niż to że jej partner pójdzie zaraz spać
. - Rozejrzała się po pokoju. - Myślę, że pod łóżkiem powinno być dobrze, materac jest dosyć gruby. Okna mają okiennice więc je zamknę, zrobię zasłonę z jakiegoś ręcznika i owiniesz się w koc. Na wszelki wypadek wsunę pod łóżko walizkę by cię osłonić, co ty na to?
- Zdaję sobie sprawę. Także wolałbym porozmawiać o kształcie twoich piersi
- pokiwał twierdząco. - Dlatego, jeśli będziemy mieli ochotę na figle, powinniśmy zacząć jak najwcześniej, żeby móc potem robić wiele innych spraw. Jednak zanim się położę, opowiedz proszę o XIX wieku. Powiedz wszystko, jak najwięcej, bowiem z tego, co widziałem, jedynie kobiety i mężczyźni pozostali pod pewnymi względami tacy sami, lecz reszta się zmieniła.

Charlie położyła się na nim. Czuł bicie jej serca na swojej piersi.
- Bardzo dużo się zmieniło… - Przyglądała mu się uważnie. - .. z tego co mi wiadomo. Wiedza o twoich czasach jest baardzo znikoma. Król Artur i rycerze to dla nas mit… bajka. Legenda o która jest bardzo ważna ale to tyle. - Uśmiechnęła się patrząc mu w oczy. Od czego by tu zacząć…
- Zacznij od Anglii. Kto panuje, kim jest ta osoba, jak wyglada społeczeństwo tego kraju. Rycerzy nie ma, jak stwierdziłaś, jednak czy jest ktoś na czele ludu? Mieszkamy na wsi. Moje wioski miały chłopów, którzy odrabiali na polach prace i opłacali żywnością swoje istnienie. Jak jest tutaj?
- Co do roli i podatków z tej części gospodarki, za dużo ci nie powiem… nigdy się tym nie interesowałam. Jestem mieszczuchem
. - Uśmiechnęła się. - Urodziłam się i wychowałam w Londynie. Obecnie królową jest Wiktoria Hanowerska. Anglia jest częścią Wielkiej Brytanii, nad którą władzę sprawuje królowa. Jesteśmy wielki mocarstwem, sami zajmujemy całe wyspy Brytyjskie, podlegają nam Szkocja, Irlandia… mamy też wiele kolonii na całym świecie.
- Szkocja
… - powiedział tak gdzieś, zawieszając zdanie na niewidzialnych linkach powietrza - … moje strony, urodziłem się na Orkadach. Ale doskonale, że jesteśmy mocarstwem, tworzymy dumny naród. Jednak właściwie, co to oznacza “kolonia”? Wszak użyła pani tego właśnie słowa.
Kobieta powstrzymała śmiech.
- Podczas seksu jestem Charlie, a po już “pani”? - Ucałowała go.
- Punkt dla ciebie - przyznał. - Powiedz proszę, co to takiego ta kolonia, Charlie.
- Jaka jest twoja wiedza na temat świata, królestwa, kontynenty
? - W jej oczach pojawiło się zaciekawienie. Zgięła nogi w kolanach i zaczęła nimi machać niczym dziewczynka.
- Kontynenty? Zaś świat … właściwie świat to my. Anglia, ziemia Franków, którą oni sami nazywają Francją, Germania, Italia, królestwa Półwyspu Iberyjskiego oraz oczywiście pozostałości sławetnego Rzymu. Wiem, że dalej jest jeszcze Afryka, gdzieś na wschodzie Azja, skąd wywodzą się Babilończycy oraz inni. Co jeszcze? Właściwie tyle - odpowiedział spoglądając na nią bardzo zaciekawiony. - Pojmuję, że przez ten czas wiele się mogło przemienić.
- Niesamowite… o niczym nie masz pojęcia
. - Wpatrywała się w niego z zachwytem. - Kontynenty to wydzielone kawałki ziemi, rozdzielone zazwyczaj wodą. Musisz doliczyć do znanych ci jeszcze kilka odkrytych. My mamy kolonie, czyli należące do naszego państwa obszary, płacące nam podatki, w Azji, Amerykach północnej i południowej i Azji. - Nagle wpadła na szalony pomysł i tak łatwo zobaczył to na jej twarzy. - Wiesz, że świat jest kulą?
- Jasne jasne, przynajmniej mogłabyś ze mnie nie żartować. Naprawdę potrzebuje twojej pomocy oraz porady. Poważnej. Ażeby to udowodnić, popatrz
- pochylił się oraz ucałował mocno każdy jej sutek zdobiący szczyt piersi.
- I wiesz co jest w tym cudowne, nie żartowałam… - Uśmiechnęła się do niego.
- Jasne, jasne - powtórzył się. - Więc niby dlaczego nie spadały z tej kuli na dół, ponadto na czym ta kula leży?
- Zastanawiałeś się kiedyś na ile będziesz mi musiał zaufać w tym co mówię
? - Spoważniała. - Dużo się zmieniło, wiemy dużo więcej.
- Zaufam ci całkowicie, nie mam innej możliwości. Ponadto lubię cię, choć powiadasz niesamowite rzeczy. Kula, jakaś ameryka Północna, Południowa? Co to za państwa, leżą w Azji
? - to już łatwiej mógł sobie wyobrazić.
- Mam w domu globus… taki przestrzenny obraz świata. - Pogładziła jego włosy. - Jeśli uda nam się dotrzeć do Londynu to ci pokażę. Nie jestem geografem i inaczej będzie ciężko mi wytłumaczyć, a nie chciałabym cię wprowadzać w błąd.
- Chętnie obejrzę ten globus świata, jakbyś miała jeszcze globus Anglii, albo globus Londynu, to także chętnie
- stwierdził zadowolony, że będzie mógł jakoś porównać, to co znał oraz to, co występowało za jej czasów.
- Nie ma globusu Anglii… jest tylko mapa. Mam ją przy sobie. - Podniosła się i wykonała nagle kilka zupełnie dla niej naturalnych rzeczy. Zamknęła okiennice, zasłoniła zasłony, odpaliła dziwne naczynku,w którym pojawił się ogień i sięgnęła to jednego z pakunków po jakiś pergamin.
- Ach mapa, mapy oczywiście także posiadaliśmy. Dla króla były ważne, żeby wiedzieć gdzie są miasta, wioski, podatnicy, wrogowie, przyjaciele - zawahał się - jakim sposobem to coś się zapaliło? - odsunął się nieco na wszelki wypadek.
- To? - Zerknęła na naczynie. - To lampka oliwna. W Londynie mamy oświetlenie gazowe, ale to wioska. - Kobieta przysiadła na łóżku.
- Wiem co to oliwa, ale my używaliśmy jej raczej do nacierania ciała, zaś oświetlenie zapewniały pochodnie oraz świece. Zaś gaz … - niespecjalnie rozumiał słowo. - Charlie, czy to bezpieczne? Wybacz pytanie, jednak mój rodzaj obawia się ognia. Wiesz jest to jednak spośród rzeczy, która nam jakoś zagraża.
Położyła obok niego mapę. Dziwnie cienką i w niczym nie przypominającą znanych mu map. Była na tym dziwnym materiale i gdyby nie wielki napis “Cruchley Map of England” na froncie za nic by nie uwierzył, że to to. Pokazała mu małe pudełeczko.


- To są zapałki. Używamy tego do zapalania rzeczy szybko. - Zerknęła na niego niepewnie. - Wolałbyś bym ich nie odpalała? Czy jesteś ciekaw?
- Najpierw odpowiedz proszę, czy ogólnie często u was używa się takich ogników, tych zapałek czy takich tam. Bowiem jeśli tak, odpal. Będę się musiał przyzwyczaić. Jednak nie dziw się proszę, jeśli na początku będę się trzymał z daleka. Chociaż przyznaję, że sama nazwa wskazuje, i że to nasienie zła.
- Często. Bardzo często
. - Uśmiechnęła się i odsunęła lekko widząc jego obawę. Po chwili wyjęła z pudełeczka drewniany patyczek z kolorową główką. Pokazała mu go po czym wykonała błyskawiczny ruch. Po chwili trzymała w dwóch palcach malutką pochodnię. Zapałka paliła się, a patyczek znikał błyskawicznie. Po chwili Charlie machnęła dłonią gasząc ją. Zdołała jednak dostrzec napięcie na twarzy wampira. - Na czubku jest siarka. Wierzy się, że piekło jest całe w siarce więc… taka gra słowna, odwołanie do ideologii… - Zerkała na niego. - To nie ma nic wspólnego z piekłem.
- Macie dziwne skojarzenia, jednak rzeczywiście, nie jest to wielki ogienek. Przyzwyczaję się, skoro można zgasić zwykłym machnięciem. Hm, oczywiście to nie moja sprawa, ale jak to jest pomiędzy kobietami i mężczyznami oraz w rodzinie? Bowiem, proszę wybaczyć, chodzi pani, och widzisz, dawne przyzwyczajenie, nosisz Charlie męski strój i po prostu nie wiem. Kiedy mieszkałem w czasach Artura, żaden mąż, czy ojciec nie pozwoliłby swojej córce tak paradować. Poza oczywiście Sasami, lecz ich tam nikt nie liczy
- stwierdził pytająco, bowiem nie dawało mu to spokoju. Strój, swoboda, hm dziwne.
- W tych czasach kobiecie też nie wypada tak chodzić. - Charlie skrzywiła się rzuciła zapałki na komodę i sięgnęła po mapę. Chwilę bawiła się poskładanym materiałem. - Nie mam rodziny, więc nie ma kto narzekać, jednak w mieście nie zobaczysz mnie w tym stroju. Miałeś niepowtarzalną okazję. - Uśmiechnęła się do niego ale po chwili jakby posmutniała patrząc na mapę. - Wielu rzeczy kobietom “nie wolno”. Wiele się im nie należy. Jestem specyficzną przedstawicielką tej płci.
- Rzeczywiście jesteś. Moja mama była uznawana za osobę duże siły woli oraz niezwykle samowolna, lecz wątpliwe, by kiedykolwiek zdecydowała się na taki strój
- przyznał. Widać było, że lekko posmutniała. Tak trafił na bardzo specyficzna kobietę, ale jaka inna zapuszczałaby się w nocy do jakichś podziemi? - Chociaż bez stroju jest ci naprawdę bardzo ładnie - rzekł uprzejmie. Uśmiechnęła się do niego. Widać jednak mimo wszystko lasa była na komplementy. - Hm, teraz tak, na czele Anglii, czy też, jak się to teraz zwie, Wielkiej Brytanii, stoi królowa. Dobrze. Kto jest pod królową, kto jest za nią? U nas byli książęta, baronowie, hrabiowie, nawet królowie podlegli naszemu Arturowi. Wielu spośród nich należało do rycerzy Okrągłego Stołu. Byli także mieszczanie oraz chłopi.
- Przyznam, że nigdy nie byłam dobra w zawiłościach współczesnej polityki, a i kobietom nie za bardzo wolno się na te tematy wypowiadać. Jest Izba Lordów oraz Izba Gmin, oczywiście rządzi premier oraz rząd. Lordowie mają tytuły: kolejno od najniższej do najwyższej: barona, wicehrabiego, hrabiego, markiza, księcia
. - Spoglądała na niego niepewnie. Ta sytuacja była dziwna, ale czuł, że jest w tym coś więcej. - Tych dwóch pierwszych tytułuje się lordami, zaś kolejnych już właściwym tytułem. Małżonki oczywiście od tytułu męża oraz wyłącznie nazwiskiem, czyli hrabia Horn i hrabina Horn. - Widać było że się mimo wszystko tym interesowała. Wampir wyczuwał też, że Charlie interesuje się wieloma rzeczami, co tłumaczyłoby jej zainteresowanie jego osobą i to dlaczego zgodziła się na opiekę nad nim. - Jeśli mogę ci coś doradzić, gdy będziemy wśród ludzi nie pytaj mnie o takie rzeczy tylko zapamiętaj i pozwól sobie wyjaśnić gdy będziemy na osobności. Powinnam się interesować tylko poezją i modą, polityka, geografia, historia… to tematy zarezerwowane dla mężczyzn i to tych bogatych. Tak jak wiele innych.
Charlie otworzyła mapę. Pergamin był tak cienki, że prześwitywało przez niego nawet słabe światło.


Kobieta położyła mapę obok wampira.
- Mówiłeś, że masz dobry wzrok. Dla mnie w tym świetle jest ciut za ciemno, ale ty możesz zerknąć. - Chwyciła jeden z leżących na łóżku pledów i okryła się nim. Najwyraźniej zrobiło się jej już chłodno. Opatuliła się nim dokładnie, podciągając kolana pod brodę, na jej udach widać było strużki krwi, które najpewniej wypłynęły z jej szparki.
- Jest faktycznie chłodno. Przepraszam Charlie, że o tym nie pomyślałem. Pewnie dlatego, iż chciałem na ciebie spoglądać jak najdłużej. Dlatego przez moment zapomniałem o grzeczności. Wybacz, proszę. Natomiast mapa, rzeczywiście nie potrzebuję światła - oglądał okazaną kartę czegoś. - Ładnie namalowana - powiedział. - Papirusowa? - spytał.
-To papier, a ta technika to wydruk. - Charlie wzruszyła ramionami, siedząc pod kocem. - Dzięki wydrukom, możemy otrzymywać setki takich samych kopii, a co za tym idzie teksty mogą docierać do coraz większej ilości osób.
- Setki kopii, tyle osób maluje? Nieźli są. Wspomniany zaś wydruk to co, to jakiś rodzaj cienkiego pędzelka
? - pytał dalej. Faktycznie ponosiła go ciekawość. Odkrywał tak wiele rzeczy, które stanowiły cząstkę normalności dla niej, zaś dla niego kompletnej inności.
- Hm… nikt tego nie maluje. - Rozejrzała się po pokoju i w końcu schowała dłoń pod kocem by wydobyć umorusany we krwi palec. Odcisnęła go na ramieniu wampira. - Widzisz, to jest taki trochę druk. Mogłabym cały czas zamaczać palec i odbijać na tobie takie same ślady. Teraz wyobraź sobie, że zamiast mego palca masz coś w rodzaju płaskorzeźby i odbijasz ją na papierze z użyciem tuszu… startego ta pył węgla rozrobionego w jakimś płynie. Tak powstają takie mapy, gazety, książki

Dziewczyna nie miała wstydu. Doskonale wiedział, gdzie musiała sięgnąć, żeby wydobyć krew, jednak faktycznie, odpowiednio wytłumaczyła. Kaczan kwadratowy zrozumiałby, zaś Gaheris kaczanem nie był. Właściwie za jego czasów było coś podobnego. Wszak mincerze wybijali monety dokładnie przy pomocy takiej formy, która nadawała konkretny kształt wielu monetom, ciągle taki sam.
- Dobry wynalazek. Książki, tam gdzie mnie uczono było zaledwie kilka książek. Oraz paręnaście zwojów. Uważano je za bardzo cenne. - Kobieta przytaknęła dając znak, że wie o tym jak to wyglądało dawno temu. Oblizała palec by nie pobrudzić pościeli i zapatrzyła się w lampkę. Rany, ta kobieta jest faktycznie niesamowita, kurde, dziwne, jednak zaczął się jej nieco obawiać. Skupił się jednak wewnątrz siebie. - Widać, że wasza epoka bardzo różni się od mojej. Właśnie pomyślałem sobie, czy poradzę sobie w niej. Ech, cóż zrobiłbym, gdybym nie spotkał ciebie … jestem ci bardzo wdzięczny, Charlie. Szczerze pod każdym względem.
- Byłoby dziwne jakby po takim czasie nic się nie zmieniło, czyż nie
? - Nie odrywała wzroku od lampki. Chyba lubiła ten widok. - Zostałam wysłana w to miejsce i zaczynam się lekko obawiać… ale nie ma co denerwować się na przyszłość.
- Przez kogo wysłana. Właściwie kim jesteś, charlie, poza tym, że masz urodę oraz odwagę niekłamaną.
- Według społeczności angielskiej… absolutnie nikim
. - Odwróciła się do niego i uśmiechnęła się. - Ja bym powiedziała, że zawodowym kłamcą. Nadal chcesz mi ufać?
- Chcę, powiedz proszę jednak coś więcej
- zaproponował.

Chwilę przyglądała mu się jakby sprawdzając czy może mu zaufać. W końcu westchnęła ciężko i odwróciła wzrok.
- Tak naprawdę mam na imię Katherine... Kate. Podszywam się pod kogoś kim nie jestem by móc jakoś żyć w tym cudownym kraju. - W jej głosie pojawiło się dużo ironii. - Uczę dzieciaki. - Uśmiechnęła się. To by tłumaczyło łatwość z jaką objaśnia mu różne rzeczy. - Jednak wcześniej zajmowałam się czymś innym i ktoś się dowiedział o tym. Teraz mnie szantażuje i czasami zleca różne zadania. To tak w dużym skrócie. Proszę używaj jednak imienia Charlie.
- Oc
h - dotknął jej wylizanej dłoni. - Rozumiem, jest draniem. Wiesz, nie lubię szantażystów, bardzo nie lubię i nie lubię, kiedy się szantażuje moich przyjaciół. Charlie, bowiem będę właśnie tak cię nazywać, jeśli chcesz ta istota przestanie cię szantażować, jeśli pojawi się okazja z nim porozmawiać.
- Z nią
… - Delikatnie poruszyła palcem dotykając jego dłoni. - Dobrze mi płaci, dzięki temu mogę żyć tak jak żyję. Nie przejmuj się tym. Ważne byś się jakoś sam w tym wszystkim odnalazł.
- Przejmuje się tobą, ale jeśli sobie życzysz, niechaj tak będzie. Wycofuję swoją ofertę, bowiem mało jest tak wrednych rzeczy, jak zmuszanie kogoś do przyjęcia pomocy. Jakie zlecenie teraz otrzymałaś, jeśli to nie jakaś tajemnica. Jeśli obawiasz się, że się wygadam, to biorąc pod uwagę mój sekret sama wiesz, ze to mniej niż mało prawdopodobne przecież.
- Miałam zdobyć zapiski z wykopalisk. Zabroniono mi do nich zaglądać
. - Jakoś było ciężko sobie wyobrazić by tak postąpiła, tym bardziej, że sam widział jak przeglądała coś w podziemiach. - A co do oferty… wolałabym byś najpierw zrozumiał świat, w którym się “obudziłeś” - Użyła określenia wampira. Najwyraźniej główka Charlie pracowała nad wyraz wydajnie, zapamiętując wszystko. - Nim zaczniesz obiecywać mi rzeczy. - Odwróciła twarz od płomienia i z powagą spojrzała na wampira.
- Prawda, muszę, aczkolwiek wiesz, rycerzem jest się zawsze, czy to pod postacią człowieka, czy niekoniecznie. Obrona niewiast wchodzi w skład obowiązków rycerskich, ciebie zaś naprawdę lubię. Jednak masz rację. Nie znam wielu rzeczy, zaś zapalczywość mogłaby ci narobić kłopotów. Dlatego oferta wycofana, jeśli kiedyś jednak będzie okazja, być może ponowię ją. Twoja suzerenka mieszka w Londynie? - spytał ją.
- Tak jak niemal wszyscy, których znam… - Przez sekundę się nad czymś zastanawiała. - Obecnie ludzi o podobnych do twoich ideałach, jeśli pozwolisz, że tak dosyć pobieżnie je ocenię, nazywa się “Dżentelmenami”. - Uśmiechnęła się do niego podobnie. - To honorowi ludzie… mężczyźni.
- Aaa, rozumiem, obecna nazwa rycerzy
- Tak jakby
. - Delikatnie chwyciła jego dłoń. Oddał jej uścisk.
- Jednak kiedy nazwałem cię lady, wspominałaś, że to także tytuł, jak rozumiem tak tytułowane są żony oraz córki szlachetnie urodzonych?
- Żony lordów. Ta.. córki też
. - Oparła policzek o jego dłoń. - Właśnie zaczynam czuć, że dorobiłam się kolejnego ucznia.
- Będę grzeczniejszy, niżeli na rodzinnym dworze. Mój król ojciec często straszliwie się wkurzał, jak wraz z Garethem płataliśmy kawały naszym nauczycielom. Jednak chociaż ojciec był wielkim wojownikiem, matki baliśmy się bardziej. Królowa była przyrodnią siostrą króla Artura oraz czarodziejką. Zresztą magia zawsze była mocna wewnątrz jej rodziny
- przyznał. - Jej bowiem siostra rodzona także zajmowała się zaklęciami.
Charlie spojrzała na niego znów z obawą.
- Błagam… jeszcze czarodzieje? - Pokręciła głową i schowała między kolanami. - Chcesz mnie dobić. Dla mnie najstraszniejsza była siostra zakonna, która się nami opiekowała. - Wyszeptała cicho.
- Niektórzy ludzie Kościoła to dranie, ale jest także wielu przyzwoitych. Podobnie jak wśród świeckich ludzi. Zaś czy czarodzieje byliby dziwniejsi niżeli członkowie Rodziny
? - spytał uśmiechając się lekko.
- Po prostu dozuj mi te przyjemności… chcę wiedzieć. Wiedzieć jak najwięcej. - Dodała cicho, a w jej głosie pojawiła się zachłanność. - O tobie, o wampirach… o czarodziejach. - Podniosła głowę. - Możesz mi tak płacić za lekcje. - Mrugnęła do niego.

Odmrugnął wesoło.
- Dobrze, jednak uprzedzam, że mogę dostać zakaz informowania ciebie. Nie wiem, jak bowiem wygląda, jednak istnieje wśród nas taka zasada. Kiedy znajdziemy się na jakimś terenie, składamy wizytę miejscowemu księciu lub księżnej, jak nazywamy wampirzych władców danego miasta, czy obszaru. Podobnie będę musiał uczynić w Londynie. Poszukam miejscowego księcia, albo ktoś od niego mnie odnajdzie. Możliwe, że będę miał zakaz opowiadania czegokolwiek.
- Oj możliwe… możliwe
… - Opadła na łóżko obok niego. - Więc będziesz musiał zaspokoić moją ciekawość do tego czasu.
- Jestem członkiem Rodziny, Toreadorem, jak nazywają nas niektórzy, choć inni mówią Rzemieślnicy, inni zaś bardzo niemiło. Opowiem ci kiedyś, kiedy słońce ponownie zajdzie za linię horyzontu, zaś teraz, Charlie, chyba powinienem się schować pod łóżkiem, niczym pies
- uśmiechnął się smutno oraz pocałował ją. - Jesteś bardzo ładna - zaczął wciskać się pod stojące wyrko. Wyczuwał nadchodzący poranek, jak wszyscy członkowie Rodziny.
Charlie zdjęła z siebie koc i podała mu go, kucając obok łóżka.
- Owiń się, dobrze? - Zerknęła na niego niepewnie. - Może chcesz poduszkę?
- Dziękuję, ale nie potrzeba … jednak daj, przez tyle lat leżałem bez poduszki, więc należy mi się odrobina luksusu
- zażartował, jednak jego usta, zamiast do uśmiechu otwarły się do szerokiego ziewnięcia.
Kobieta zdjęła z łóżka poduszkę i podała mu ją. Gdy wampir zniknął jej z oczu wyprostowała się i podeszła do naczyń z wodą. Słyszał jak namacza gąbkę i najwyraźniej sama się obmywała. Po nodze Charlie spłynęła strużka zabarwionej krwią wody. Po chwili usłyszał też jej ściszony głos.

[MEDIA]https://www.youtube.com/watch?v=vhdQQyru1xA[/MEDIA]

Słysząc nieznaną sobie kołysankę zasnął, leżąc po raz pierwszy od wieków z głowa na poduszce i owinięty nagrzanym kobiecym ciałem kocem.
 
Kelly jest offline  
Stary 23-03-2017, 21:51   #7
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 20057 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Obudził się owinięty kocem. Początkowo zdało mu się, że to jakieś obce miejsce, jednak powoli do świadomości docierały wspomnienia poprzedniej nocy. Przeżył dzień, wobec tego Charlie dotrzymała słowa i zadbała o jego bezpieczeństwo. Kątem oka zobaczył lśniącą, różową tkaninę spod której wystawały obute nogi. Jedna z nich nerwowo tupała. Wciągnął powietrze wyczuwając zapach. Jego wampirzy węch rozpoznał wśród mieszaniny kwiatowych aromatów znajomy zapach kobiety.

Był pod łóżkiem, gdzie ukryła go dziwna niewiasta imieniem Charlie. Właściwie nazywająca się kompletnie inaczej, jednak skoro chciała dla sobie wiadomych przyczyn, niechaj będzie Charlie. Szalony okres, kompletnie szalony. Jednak mając dobrą nauczycielkę mógł tutaj wejść względnie z marszu. Niepokoiły go trochę jej zobowiązania, jednak uznawał, wszystko jakoś się powoli wyprostuje. Ruszył się pod łóżkiem wystawiając głowę. Sprawdzał, czy nos go nie zawodzi.

To była Charlie, tyle że… jej strój.


O ile wcześniej może była to koszula i spodnie, to teraz to co miała na sobie było zbiorem dziwnych rzeczy, które z przymrużeniem oka można by nazwać suknią.
- Wstałeś w końcu. - Uśmiechnęła się widząc wampira i przestała tupać. - Pospiesz się niebawem powinien być nasz dyliżans.
- Dyliżans, tak … - zerwał się. - Wiesz, wyglądasz jakoś bardzo inaczej. Tak dworsko - nie wiedział, jak określić jej strój. Nie była to klasyczna suknia, jednak suknia. Zawsze to bardziej pasowała kobiecie niżeli spodnie oraz miała ładny krój. Podobało mu się. - Masz może ubrania dla mnie iiiiii … właściwie co to takiego dyliżans?

Kobieta podbródkiem wskazała leżące na łóżku poskładane rzeczy, jednak nim wampir zdążył zareagować sięgnęła po dziwne, krótkie spodnie i przykucnęła przed nim.
- Podnieś nogę. - Zamierzała go ubrać! - Nie mamy czasu.

Dziwne spodnie … aaaaaaaaa, przypomniał sobie, że ona także takie nosiła. Czyżby był to element garderoby mężczyzn oraz kobiet. Faktycznie, tamci ubici na terenie podziemi nosili cos podobnego, aczkolwiek brudnego niesamowicie. Tymczasem takie, jak ona mu podawała były czyściutkie oraz wyglądały przytulnie. Poddał się jej poleceniu unosząc nogę. Kobieta wsunęła nogawkę.

- Druga. - Wsunęła też drugą nogę i naciągnęła ubranie na niego, wiążąc je w pasie. - To bielizna. - Sięgnęła po coś co przypominało koszulę i nałożyła na niego. Sprawnie zapinała ją. - To są guziki. - Doszła do rękawów. - To są mankiety.

Koszula była trochę szorstka i bardzo równa, poprawiła jej górę.
- To kołnierzyk.
- Wiem, co to kołnierzyk - odparł trochę zażenowany. - Myślisz, że za czasów Artura chodziliśmy na golasa?
- Nie wampirku, po prostu uprzedzam pytania. - Sięgnęła po kolejne spodnie i znów przykucnęła przed nim. Teraz już wiedział by unieść nogi.

Szybko nasunęła je na niego i zaczęła zapinać kolejne guziki.
- Usiądź proszę.
Usiadł więc, skoro się śpieszyła nie było co kombinować, ani się droczyć.
- Spodnie także zdarzało mi się nosić, nawet często, natomiast rzeczywiście nie widziałem wcześniej takich dziwacznych zapinek.
- Myślałam że szkoci chodzą w kiltach. - Zażartowała i wydobyła coś bardzo dziwnego. Czarne, krótkie. Uniosła jego stopę i naciągnęła to na nią. - To są skarpety. - Założyła drugą i sięgnęła po dziwnie błyszczące buty.
- Skarpety? Dobrze, choć za moich czasów wystarczały onuce, chociaż czasem chodziliśmy w rajtuzach, szczególnie na bale - zignorował przytyk o kiltach, wszak Orkadczyczy nie ubierali się jak mieszkańcy Brytanii. Jednak szczególnie ciekawie wpatrywał się w dziwaczne obuwie. Wszystko było świetne, zaś but lewy był inny niż prawy!!!

Charlie nasunęła je szybko i wprawnie zasznurowała, wiążąc na dziwny węzeł.
- Wstań. - Sięgnęła po kamizelę przypominającą, tą którą miała wczoraj na sobie. Gdy wampir się podniósł nałożyła mu ją i sięgnęła po dziwną chustę.
- Hm, aż nie mogę wytrzymać, żeby zobaczyć efekt - mruknął, kiedy tak zajmowała się nim. Planował zaraz przyskoczyć do tego zwierciadła, tak innego niżeli lusterka za jego czasów. Charlie podniosła kołnierzyk i sprawnie zawiązała węzeł, na koniec przypinajac srebrną ozdobę, któr apodtrzymywała całość. Sięgnęła po przedostatnią część garderoby i stanęła za nim.
- Ręce do tyłu. - Gdy cofnął ją nasunęła na niego coś co przypominało trochę płaszcz. - To surdut. Chcesz to możesz się przejrzeć.


Wyglądał całkiem nieźle, choć trochę swędziała go bielizna. Niespecjalnie był przyzwyczajony do stroju, który tak przywierał do ciała. Jednak reszta wydawała się bardzo elegancka.

Po chwili Charlie podeszła do niego z czymś co przypominało monetę na drobnym złotym łańcuchu i przypięła to do kieszonki.


- To zegarek ale pozwól, że wytłumaczę ci później, dobrze? - Sięgnęła po ostatnią rzecz leżącą na łóżku był to jeden z tych dziwnych hełmów które widział w podziemiach. Kobieta sama miała podobny ale dużo mniejszy na głowie.


- Zegarek i czapka - wprawdzie trochę dziwne, zaś zegarek wydawał się jakąś zabawką, ale cóż, co kraj to obyczaj. - Może jest na łańcuszku po to, żeby sobie nim jakoś pomachać?
- By go nie zgubić. - Nałożyła mu kapelusz na głowę. - Gdy się witasz zdejmujesz kapelusz z głowy. - Charlie wykonała typowy męski ukłon wykonując odpowiedni gest swoim kapeluszem.

- Aha, dobrze, zapamiętam - potwierdził mając nadzieję, że wszystko zajarzył. Wykonał też kilka szybkich ukłonów naśladując kobietę. Jakby nie było, stanowiły znacznie łatwiejszy element etykiety, niźli dworski ceremoniał.
- Moje pełne imię to Charlotte Ashmore, na razie pobawimy się w to że jesteś moim mężem, dobrze? Może być Henry Ashmore? - Kobieta szybko podniosła z ziemi dwie dziwne skrzynki i podała je wampirowi.


- Jak najbardziej, pani Ashmore. Ale co to właściwie są za paczki? - spytał całkiem zadowolony z przebrania. Wszak nawet rycerze stosują tricki taktyczne podczas wojny. Przynajmniej własnie tak sobie tłumaczył owe drobne kombinacje.
- Nasz bagaż kochanie… Walizki. Niestety nie wypada bym go dźwigała skoro jest ze mną mój mąż. - Skrzynki ważyły sporo, ale był to niewielki ciężar dla silnego wampira. - Dobra… może jakoś damy radę. Dyliżans to taki powóz.
- Czyli kareta, aha.

Wyciągnęła z ukrytej kieszonki zwinięty plik.
- To są pieniądze. Dasz mu dwa takie papierki… banknoty, dobrze? Nie wolno mi płacić gdy obok jest mój mąż. - Wsunęła plik do wewnętrznej kieszeni surduta.
- Papierowe pieniądze? Wasi królowie poszaleli. Skoro jednak tak wam pasuje, ech, jakim cudem Anglia jest mocarstwem mając papierki zamiast złota … - wypowiedział niewiele rozumiejąc. Jednak skoro tak sobie urządzili Anglię …. Doskonale, prosze bardzo. Jeśli woźnica chcę dostawać papierki zamiast przyzwoitej monety. Choć na tych papierkach takze były jakieś znaki. Oczywiście mógł odczytać słowa. Były “wydrukowane” jak wytłumaczyła mu Charlie. Miał jednak problem ze znaczkami, które pewnie wyrażały liczby. Nigdy takich nie widział.

- Popatrzysz później. Sprawdziłam i przed świtem musimy być w Bristol by złapać pociąg do Londynu. Bez pytań przez chwilkę, dobrze? - Podeszła i otworzyła je. - Normalnie to mężczyzna otwiera drzwi… - Pokręciła głową. - Po prostu chodźmy skarbie. - Uśmiechnęła się.
- Nie wiem po co ten ciąg, ale jeśli chcesz go złapać, to ci pomogę. Spokojnie dorwiemy uciekiniera - stwierdził zadowolony, bowiem na Akceleracji potrafił pędzić bardzo prędko. Oczywiście ruszył też za nią trzymając walizki oraz zachowując się tak, jakby cały świat zależał och fochów mistera Ashmore.

- Powiesz mu że ma jechać na stację Bristol, dobrze? - Szepnęła. - Stację. - Powtórzyła słowo, które uznała, że na pewno jest nowe.
- Dobrze “stacja Bristol” cokolwiek to oznacza - powiedział tonem, jakby codziennie wybierał ową stację. - Prowadź żono.
- Ty idziesz przodem. - Szepnęła. - Prosto, po schodach na dół, skiń kobiecie po lewej i do drzwi na wprost. - Nagle jasne stawało się jak trudne zadanie ma Charlie. Okazywało się że gdy jest z nim, nie wolno jej prawie nic.

Szedł więc dumnie. Kiedy przechodził obok jakiejś kobiety po lewej kiwnął jej nieco obojętnie, ale później ponownie uśmiechnął się do żony, kierując się prosto do drzwi wprost. Wszystko wydawało się niezwykłe, choć dobrze przynajmniej, że bielizna przestała go szczypać, zaś buty okazały się niezwykle wygodne.

Gdy opuścił budynek, zobaczył coś co pewnie Charlie miała na myśli mówiąc o dyliżansie.


Siedzący na przodzie mężczyzna z wąsem, zeskoczył na ziemię i podszedł by przejąć. Od niego bagaż.
- Witam. Czyżby Pan Ashmore? - Pokłonił się dosyć nisko i uśmiechnął się, a z jego ust doleciał potworny odór. Lekko skłonił się Charlie.
- Rzekłeś człowieku - podał tamtemu bagaż. - Witam - uchylił wedle nauki Charlotte kapelusza podczas przywitania. - Ach, jeszcze drobiazg - wręczył mu pieniądze przekazane przez pseudo żonę nawet nie patrząc na nie. Nonszalanckie ruchy miał opanowane od dawna. - Moja pani - zwrócił się do żony. - Pozwól, że pomogę ci wejść do kar ...ygh - zakaszlał - dyliżansu - podał jej elegancko ramię.

Charlie skorzystała z podanego ramienia, zajmując miejsce w pojeździe. W tym czasie woźnica wrzucił ich bagaż na dach i przypiął jakimiś pasami.
- Dokąd, panie? - Wskoczył sprawnie na przedni kozioł.
- Stacja Bristol. Ruszajmy - popędził go podniesionym głosem, zaś sam rozkoszował się siedliskiem znacznie miększym, niźli te które pamiętał. Nawet królowa Ginewra miała jedynie deskę, na której leżała haftowana poduszka, jednak tutaj widać, nawet przeciętni ludzi, mogli podróżować mając podobne wygody.
 
Aiko jest offline  
Stary 24-03-2017, 10:20   #8
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 5883 Kelly ma wyłączoną reputację
Charlie szybko zamknęła okienka i gdy ruszyli, rzeczywiście dosyć szybko, odetchnęła.
- To twój dyliżans? - spytał ją udawany mąż.
- Nie… w tych czasach można wynająć sobie taki dyliżans na przejazd, płacąc za niego kwotę odpowiednią, do jakości pojazdu, trasy i tempa jakie się narzuca. - odpowiedziała już spokojnie.
- Ten wydaje mi się bardzo dobry, chociaż nie ma służącego na tyle, zaś woźnica chyba trochę podpił winka.
- Nie jest jakiś bardzo dobry, ale to jedyny, który udało mi się załatwić na przejazd nocą i trzeba było do tego dopłacić
. - Pochyliła się i wydobyła mu z kieszeni jeden z banknotów. - To jest sporo warte.
- Cóż, chyba akurat to się nie zmienia odkąd istnieją ludzie. Płacić trzeba zawsze oraz za wszystko
- mruknął. - Prawie wszystko - poprawił się. - Wspomniałaś, ze wytłumaczysz mi, do czego służy wspomniany zegarek - mówił cicho, żeby ewentualnie woźnica nie mógł podsłuchać, choć wątpił, żeby miał aż takie świetne uszy.
Kobieta delikatnie odpięła zegarek i popatrzyła na niego. Chwilę bawiła się dziwną monetą w dłoni.
- Wybacz ten pośpiech. - Uśmiechnęła się do niego. Widać było że na jej twarz wypłynął lekki rumieniec gdy jej wzrok w końcu na spokojnie mógł się na nim skupić. - Teraz mamy kilka godzin jazdy. Mogę ci co nieco potłumaczyć.

Wampir widział wszystko w świetle gwiazd. Charlie nie mogła widzieć zbyt wielu szczegółów i najwyraźniej działała na pamięć. Czyli zegarek zawsze był tak przypięty, kieszonka w surducie zawsze była po tej stronie. Chwyciła jego dłoń i położyła mu na ręce tą monetę. Teraz dotarło do niego lekkie tykanie. Coś poruszało się. Cieniutka kreseczka, która wskazywała na dziwne znaczki.
- Będzie mi łatwiej jak będziesz pytał. Bo nie wiem ile z tego nie rozumiesz. Dobrze? - Mówiła cicho ale nie szeptała. Najwyraźniej wiedziała że przy tym łomocie nikt ich nie usłyszy. Dyliżans podskakiwał na nierównej drodze.
- Ten zegarek choćby. Oczywiście mieliśmy w Camelot choćby świetne zegary słoneczne z podziałka podobną, jak tutaj, ale tutaj jest trochę inna. Pałeczki ruszają się same i są dwie. Tam jakaś mrówka wewnątrz je napędza jakoś? - dumał pytając kobiety.
- Nie, to bardzo złożony mechanizm, na który składa się wiele elementów. - Uśmiechnęła się. - Obawiam się, że to jak działa zegarek wyjaśni ci tylko zegarmistrz, czyli osoba, która robi i naprawia te przedmioty, w Londynie… chyba będę mogła ci pokazać zegarek od środka. - W jej głosie pojawiło się rozbawienie. - Te kreseczki to wskazówki, bo wskazują czas. Mała wskazuje godzinę, duża minuty. Te numerki oznaczają czas.
- Aha, czyli mała pełni podobną rolę, jak cień naszych zegarów słonecznych, ale po co komu taka dokładność, co do minuty
?- powątpiewał spoglądając na dużą, przesuwającą się nieco szybciej oraz dokładnie wyznaczającą minuty. Co do minuty wręcz, kompletnie bezsensownie. - Albo ubranie, za moich czasów tylko bardzo bogaci ludzie chodzili w takich strojach, tak dokładnie uszytych. Tymczasem ty masz suknię, wprawdzie dziwnego kroju, ale elegancką, ba nawet woźnica. Czyżby Anglicy obecnie byli tak bogaci?
- Jestem dosyć zamożna. Jak na starą pannę. - Uśmiechnęła się. - A co do pierwszego pytania. Na przykład “pociąg” - podkreśliła słowo - którym będziemy jechać odjeżdża o godzinie 1:15. Muszę znać dokładną godzinę by na niego zdążyć.

Owszem, tak mu się właśnie wydawało, że musi być kimś takim, ewentualnie kobietą, która utraciła męża choćby na zawierusze wojny. Miała już dwadzieścia parę lat i zamiast uczciwie wyjść podczas piętnastych, góra szesnastych urodzin za jakiegoś gentlemana, biegała po podziemiach klasztoru. Inna kwestia, że właśnie tak się poznali, nawet całkiem polubili.
- Pociąg to taki inny dyliżans, jak rozumiem, bowiem z samej nazwy wygląda, jakby pasażerowie mieli wejść i sami go pociąg-nąć?
- Hm… to wieki dyliżans… bardziej wiele spiętych ze sobą dyliżansów, ciągniętych przez wielką maszynę
. - Charlie zerkała na niego, tak jak się spodziewała nie znał chyba określenia stara panna. - Taki metalowy przedmiot, wielkości małego domu, który zastępuje konie i ma siłę kilkudziesięciu połączonych ze sobą zwierząt.
- Aha, to wydaje się logiczne
- uznał Gaheris, albo raczej Henry Ashmore. - Czy istnieją jakieś dokumenty, które określają, kto jest kto, jakby jakiś urzędnik nas zapytał? - urzędnicy byli plagą Camelotu, bowiem Artur miał bzika dotyczącego porządku administracyjnego. Nawet jeśli ogólnie przyznawano, że urzędnicy ułatwiają rządzenie, ich wtrącania się nikt nie lubiał kompletnie.
- . - Charlie wyjęła z kieszeni niewielką książeczkę i podał ją wampirowi. - To są moje dokumenty. Posłałam list do “znajomego” i jak dobrze pójdzie na stacji przekaże mi twoje, jak nie, będziemy udawać że zgubiłeś swoje, a ja jako żona mam prawo świadczyć, o twojej tożsamości. - Na chwilę się zamyśliła. Widać było, że cokolwiek zrobiła, musiała się bardzo przemóc by wykonać ten krok. - Jeśli policjant lub inny funkcjonariusz będzie miał dobry nastrój.
- Aha, pamiętam, policja to ci głupi gwardziści
- przypomniał sobie oglądając książeczkę. Poczytał, zapamiętał, oddał dziewczynie. Przy czytaniu największy problem sprawiały mu zaokrąglenia, jednak kiedy patrzyło się wnikliwiej, szło się przyzwyczaić. - Głupcy natomiast bywają upierdliwi - potwierdził. - Ciekawe jak bardzo Londyn się powiększył. Za moich czasów to było już duże miasto. Miało może ze sto ulic oraz nawet brukowany rynek, na którym wystawiali kramy handlarze. Można tam było kupić owoce, przyprawy oraz nawet wyroby z dalekiej Francji. Słuchaj, trochę mam problem, tam na tych pieniądzach są takie znaczki, których nie rozumiem. Podobne niektóre do pałek, inne zaś do literki “o”.
- Numery, liczby… za twoich czasów były cyfry rzymskie czyż nie
? - Charlie wyraźnie odetchnęła. Wampir doskonale wyczuwał, że była grupa pytań, na które kobieta wolałaby teraz nie odpowiadać.
- Owszem, tutaj ich nie widzę właśnie - potwierdził.
- My używamy ich tylko do opisywania miesięcy… na co dzień do obliczeń i między innymi do oznaczania godzin używamy cyfr arabskich. - Nie widząc zegarka pokazała mu pierwszą. - Jeden… - Przesunęła drobny palec. - Dwa… trzy… - Pokazywała mu kolejne cyfry. - Gdy chcesz opisać wyższą wartość niż dziewięć używasz opisu dziesiętnego. Czyli pierwsza cyfra opisuje wielokrotność dziesiątki, druga… jednostki czyli dodatkową cyfrę. Czyli tu jest dziesięć.. Jeden i zero, dalej jedenaście czyli jedna dziesiątka i jeden. To bardzo wygodny i prosty zapis, dlatego zdominował współczesne czasy.
- Powtórz proszę, to trudne
- potem jeszcze raz i jeszcze, aż wreszcie po dobrej godzinie udało mu się opanować, do czego służą owe literki “o”, pałki, zawijasy oraz inne. Właściwie nie były trudniejsze do opanowania niżeli francuska heraldyka, którą przecież choćby każdy giermek musiał znać śpiewająco ze szczegółami wszelkimi.
- Pałka jeden, jak stojąca męskość. Łatwo zapamiętać. O to niby zero, jak dziurka, także łatwo - mruczał cichutko skojarzenia. 2 to fotelik mający przekrzywione oparcie, bez nóg. Proste. 3, oczywiście cycuszki, tylko na bok. 4 to też fotelik, tylko mający dodatkową poręcz, który jakiś kretyn wstawił zamiast przedniej nogi. - Kobieta przyglądała mu się. Widział jej poszerzający się uśmiech, ale nie komentowała. - 5 trochę przypomina przerwaną pętlę na belce. 69 są podobne. Pasują do siebie. Pętle zamknięte, mniejsza ma brzuch na dole, większa na górze. 7 to kopnięta jedynka, czyli męskość jeszcze nie całkiem wyprostowana, zaś 8 właśnie, co przypomina osiem. Dwie dziurki, aaa, dwie dziurki, to już jasne, co to jest, dwie dziurki obok siebie - naprawdę uśmiechnął się aż znajdując odpowiednie wyobrażenie. - Czyli jakby coś, zawsze można powiedzieć, zróbmy to na ósemkę, albo podobnego coś. - Charlie lekko się zarumieniła, słysząc o dziurkach… czyżby miała podobne skojarzenie?

Umiał już liczyć oraz sprawdzić godzinę.
- Ten zegarek to zawsze tak samo chodzi, czy coś trzeba zrobić z tą chodzącą mrówką, znaczy mechanizmem? Aha, zapomniałem, o której odjeżdża ten popręg?
- 1:15. Trzeba go nakręcić i trzeba to robić co 12 godzin
. - Charlie uśmiechnęła się. - Pomyśl, że teraz będziesz mógł znać godzinę nawet w środku nocy, gdy zegar słoneczny jest bezużyteczny. W dowolnym miejscu. Ten zegarek… jest wart tyle co zarobek tygodniowy urzędnika. Dbaj o niego.
- Sporo
- przyznał. - Będę dbał - jeśli urzędnicy zarabiali tyle, co za czasów Artura, czyli sporo, zegarek musiał być cennym gadżetem.

Kobieta nachyliła się ale tak by mu nie zasłaniać, powoli odsunęła drobny elemencik na górze, wyciągając go i zaczęła go kręcić w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.
- Tak go nakręcamy, robisz to, aż poczujesz opór. - Dała mu spróbować, odsuwając się od niego. Zrobił to bez problemu. Akurat czas miał dla wampira podstawowe znaczenie, więc można się było spodziewać, iż nie zapomni tego. Musiał nakręcić zaraz po wstaniu oraz przed świtem, to wszystko było. Kobieta gdy skończył docisnęła elemencik i pozostawiła przedmiot w jego dłoni.
- Charlotte, wspominałaś, że nie macie rycerzy, ale czy macie wojny. Jeśli zaś tak, to kto tam się bije oraz jak? Jestem wojownikiem, takie sprawy mnie bardzo interesują, niejako fachowo - wyjaśnił dziewczynie.
- Teraz walczą żołnierze. Miewamy wojny, ale na szczęście ostatnio omijają Europę i nie licząc jakichś niewielkich walk jest dosyć spokojnie. - Kobieta wyjrzała przez okno. - To czasy walk urzędników, polityków, agentów. Oraz oczywiście kupców.
- Żołnierze to kto? Pewnie najemnicy
- domyślał się - oraz czym walczą. Takimi gwizdkami, jak ten posiadany przez ciebie?
- Król Artur miał armię, czyż nie? Każde państwo… bo teraz mamy głównie państwa, nie królestwa, ma swoją armię
. - Nie patrzyła na niego mówiąc.
- Owszem, każdy pan lenny składał królowi hołd oraz był obowiązany mu służyć ze swoimi wasalami oraz służbą. Posiadał także uzbrojonych pachołków do utrzymywania porządku, czasem także do obrony. Jednak wyjaśnij proszę szczegółowo. Armia to wojsko pod dowództwem króla, prawda?
- Pod dowództwem przywódcy państwa
. - Poprawiła go. Zamyśliła się na dłuższa chwilę. - Wybacz, ale zadajesz mi pytania, nad którymi długo się nie zastanawiałam. Niby to wszystko jest takie oczywiste, ale trudno to komuś wytłumaczyć.
- Wyjaśnij więc ten gwizdek, proszę.
- To broń palna
. - Charlie podciągnęła suknię i zobaczył, że ma ten “gwizdek przymocowany po wewnętrznej stronie uda. Odpięła ją, ale nie podała mężczyźnie. - Kobiety nie powinny jej nosić. - Zerknęła na niego niepewnie.


- Masz ładne uda, zaś broń palna, czyli służy do podpalania, jak zapałki - domyślał się rozumiejąc, dlaczego ma takie opory. Niby za jego czasów także nie było formalnych zakazów, ale panie raczej nie bawiły się bronią. Oczywiście niektóre nosiły bogaty sztylecik jako ozdobę, ba nawet całkiem dobrze strzelały z łuku, jeśli ich ojciec zdecydował, że córka może umieć taką myśliwską zabawę, lecz raczej tego typu umiejętności nie należały do kobiecych zalet. - Ale wobec tego dlaczego to broń? Nawet zbyt małe, żeby dać komuś po łapach.
- Palna ponieważ do wykonania wystrzały potrzebna jest iskra. - Podała mu pistolet. - To jest Remington Reminnger. Taka nazwa konkretnego modelu broni. Mała, na jeden nabój. Nabój to taki ciężki drobny przedmiot, przypominający wydłużoną kulkę, za nim znajduje się proch, który wybucha przy kontakcie z iskra wypychając “nabój” z dużą szybkością. To bardzo zabójcza broń. Nabój jest w stanie przebić się przez kość czaszki. Sam pistolet ma spory zasięg, to maleństwo 8-10 metrów. Im dłuższa lufa - pokazała element. - Tym większy zasięg… zazwyczaj.
- Hm, nie rozumiem, ale pewnie trzeba zademonstrować. Za moich czasów istniały łuki, kusze, proce. Takie coś kompletnie nie przypomina niczego takiego. Rozumiem, że to także supernowoczesny wynalazek twoich czasów. Hm, jak się tutaj je jakieś potrawy? Wprawdzie wampiry muszą jedynie pić
- powiedział to bardzo cicho - ale ludzie jadają, ja zaś czasem lubię im towarzyszyć oraz lubię próbować różnych potraw, nawet jeśli nie musiałbym. Macie łyżki do zupy pewnie, ale coś takiego, jak pieczeń, to rozumiem, po prostu rękami. Przynajmniej tak najwygodniej jest.
- To… będzie najłatwiej pokazać jak będę miała przykład
. - Charlie zmieszała się.. Jakby okazało, się że to o co poprosił może być naprawdę trudnym orzechem do zgryzienia. - Dania... Myślę że część jest podobna do twoich, ale część z uwagi na dostęp do różnych krain, może być dla ciebie absolutnym zaskoczeniem. Nauczę cię byś nie wyszedł na prostaka, ale uprzedzam, że rękami się obecnie nie jada.
- Acha, koniecznie trzeba zapamiętać. Teraz tak, właściwie jako twój udawany mąż, jak mam się odnosić do innych? Mówiłaś oraz pokazywałaś, jak uchylać kapelusza podczas przywitania. Jednak kogo właściwie witać. U nas witało się równych sobie oraz wyższych stanem. Kto jednak tutaj jest wyższy stanem, jaki my mamy stan
? - dla feudalnej mentalności Gaherisa opartej na dokładnym wyznaczeniu miejsca w społeczeństwie pewien chaos, jak się wydawały wiktoriańskiego społeczeństwa, był lekko szokujący. Trochę przypominał pod pewnymi względami plemienne podejście Sasów, gdzie oczywiście istniała arystokracja, ale każdy kto miał siłę, talenty oraz chęci mógł się do niej dobić, albo przynajmniej zajść naprawdę wysoko. Wśród natomiast ludzi Artura, wymagane było albo dobre urodzenie, albo przynajmniej solidna protekcja możnych.
- Na królową w co ja się władowałam… - Charlie zasłoniła twarz dłonią.
- No właśnie, ech ty moja biedna żono - zażartował Henry.
- Jesteśmy mieszczanami. - Zerknęła na niego. - Wybacz ale nie posiadam tytułów.
- Spokojnie, ja mam w nadmiarze, choć nie są obecnie wiele warte. Zaś podczas mojej epoki mieszczanin także nie był równy innemu mieszczaninowi. Lord mayor Londynu należał do wpływowych ludzi królestwa, spotykał się nawet z Arturem niekiedy, zaś jakiś biedak spod murów, także mieszczanin, raczej stał niczym chłop wedle hierarchii. Zasadniczo porównując z chłopami, po prostu mieszczanie byli wolni, mieli prawo do przemieszczania się swobodnego, nie płacili pańszczyzny, tylko podatki, jednak także mieli różną kondycję. Niektórzy należeli do obłędnie bogatych, inni zaś odwrotnie.
- My zamiast chłopów mamy rolników
… - Charlie ukryła broń znów podciągając suknię. - Zacznijmy od tego z czym się niebawem zetkniesz, dobrze? Jesteśmy mieszczanami, ja należę do warstwy intelektualistów, na tyle na ile tylko kobieta może do niej należeć, czyli jestem guwernantką. Uczę szlachetnie urodzone dzieciaki.
- Właściwie także mieliśmy coś podobnego. Niektóre panie dworu zwane ochmistrzyniami uczyły młode dwórki, rozumiem jednak, że tutaj jesteś taką ochmistrzynią zwaną gubernatką
- powtórzył nieznane słowo.
- GuWErnantką. - Uśmiechnęła się. - Tak, tylko uczę też chłopców, czasami już całkiem dojrzałe dziewczęta i kobiety.
Akurat to wydawało się logiczne. Przecież młodych chłopców na dworach do 7ego roku także wychowywały kobiety. Dopiero później przechodzili pod władzę mężczyzn.
- Opowiedz coś, jak pracujesz, jakie masz obowiązki - poprosił.
Nagle Charlie zmartwiła się... bardzo. Widać było, że nad czymś się mocno zastanawia. Widać też było na jej obliczu lekkie zmęczenie. Najwyraźniej musiała się nabiegać w ciągu dnia by pozałatwiać wszystkie sprawy, zdobyć dla niego ubranie… Nie spała też poprzedniej nocy.
- Mało istotne, gdy przyjedziemy do Londynu i powiem, że jesteś moim mężem pewnie będę musiała zakończyć pracę… - Nagle w jej oczach pojawił się błysk. - Chyba, że powiem iż wynajmuje ci pokój! Stara Dosett będzie się pieklić, ale przynajmniej mielibyśmy źródło dochodu. - Zerknęła na niego. Widział, że dla niej rezygnacja z pracy była czymś okropnym, czymś na co nie chciała sobie pozwalać, nawet mimo iż zgodziła się nim opiekować. Jednak bardzo chciała dotrzymać danego mu słowa. - W sumie i tak uważają mnie na niezdatną dla mężczyzny starą pannę, a pieniędzy nigdy za dużo. Powinno się udać… tylko nie będziesz mógł mi okazywać ani w pociągu ani w Londynie czułości.
- Mogę być twoim bratem lub kuzynem. Takim, któremu się pomaga, ale nikt nie będzie miał do ciebie pretensji, czy uważał całą sprawę za cokolwiek nieprzystojnego
- zaproponował.

Uśmiechnęła się do niego, już trochę spokojniejsza. Oparła się wygodnie i przymknęła oczy, chcąc dać im najwyraźniej odpocząć.
- Odpowiadając na twoje pytanie. Wstaję wcześnie rano i idę do wynajmującej mnie rodziny. Tam, zazwyczaj w gabinecie, lub salonie, widzę się z przydzielonym mi dzieckiem. Uczę wszystkiego po trochu. Sztuki liczenia, pisania, etykiety zwanej obecnie savoir vivre, trochę języków obcych i gry na pianinie. Tańca, jeśli dziewczę jest starsze. Zazwyczaj dzielę sobie kolejne tematy na dni. Spędzam u dziecka kilka godzin. Obecnie obsługuje dwa domy. Jeden dzień zawsze przeznaczam dla siebie by móc pozałatwiać różne sprawy. Czasami robię sobie wolne tak jak dziś po pretekstem konieczności odwiedzin u rodziny. - Uśmiechała się lekko. - Niektóre guwernantki oferują też usługę szkolenia chłopców w innej kluczowej dla życia tematyce, ale mnie nie bawi zabawa z dzieciakami.
- Czyli jesteś bardzo zajętą kobietą. Hm, właściwie jeśli nawet wyrwie ci się gdzieś, że masz kuzyna na karku, będą ci jedynie współczuć. A ta inna praca
? - spytał cichutko. - Czy twój pracodawca to naprawdę taka twarda osoba?

Charlie uśmiechnęła się słabo. Widać to ewidentnie nie był temat, na który chciała rozmawiać.
- Tak…ale przede wszystkim ma przeciwko mnie bardzo mocne karty. - Uchyliła oczy i zerknęła na niego. - To bardzo silna i humorzasta kobieta.
- Pojmuję, czyli co, potem mam być twoim stryjecznym bratem? Wyjaśniłoby to wspólne nazwisko oraz fakt, że się mną zajmujesz po przybyciu do Londynu. Zaś rzeczywiście, mogłem przybyć z Orkadów, co wyjaśni mój akcent oraz ewentualne pomyłki
- zaproponował.
- Brzmi dobrze. Stara Dosett i tak ciągle narzeka, że mam tak paskudny akcent, że muszę być z północy. Postaram się jak najszybciej wprowadzić cię w ten światek. - Powstrzymała ziewnięcie. - Pewnie nikt z Rodziny nie lubi być zależny od człowieka.
- Ano nikt nie lubi być zależnym od kogokolwiek innego. Jednak będę miał środki, żeby się wielokroć odwdzięczyć
- powiedział spokojnie. - Jesteśmy bardzo potężni, jeśli porównywać ze słabym człowiekiem. Mamy też słabości oraz wady, wspominałem ci, jednak przeważnie mam bardzo duże możliwości. Jednak szczerze mówiąc, żeby wykorzystać jakiekolwiek umiejętności, trzeba znać teren, zaś ja nie znam. Rzekłaś prawdziwie Charlotte, że początkowo będę zdany na twą pomoc. Ale też nigdy nie zapomnę tego, że mi okazałaś dobroć.
- Wiesz … miło mieć kogoś kto chce ciebie posłuchać
. - Oparła się głową o jego ramię. - Przyzwyczajona jestem do tego, że ludzie nie chcą słuchać kobiet, nie pozwalają się im odzywać.
- U nas było podobnie, choć oczywiście nie dotyczyło to wszystkich kobiet. Zresztą wspomniałaś, że macie królową, czyli jednak kobieta jest tą najważniejszą osobą.
- Yhym… Pozwolisz mi, że utnę sobie godzinę drzemki? Muszę być w pełni sił na stacji. Czeka mnie mała ope
… - ziewnęła, już nie mogąc się powstrzymać.
- Śpij, obudzę cię, kiedy będziemy dojeżdżać. Pewnie bowiem woźnica powie. Powtórzę sobie przez ten czas uzyskane informacje.
Poczuł, że się uśmiechnęła.
- Obudź mnie, gdy wjedziemy do miasta… poczujesz je. - Odsunęła się i ułożyła głowę na jego kolanach. - I jakby co… nic poza człowiekiem nie chce cię zabić.
- Tak się stanie
- ułożył dłoń na jej głowie oraz rozchylił lekko zasłonę wpatrując się w ciemność nocy. Potem już wewnątrz swych myśli zaczął powtarzać cyfry nowopoznane oraz słowa, których się nauczył. Cały czas, bowiem co miał więcej do roboty? Powtarzanie oraz obserwowanie otoczenia, które także potrafiło uczyć.

Rzeczywiście wyczuł, że do czegoś się zbliżają. Na początku był zapach wody, a potem potworny smród gdy koła powozu wjechały na coś twardego. Jego oczom ukazały się wielkie, ciasno ustawione murowane budynki. Ludzie, brudni wszyscy ubrani, ale… Między nimi przemykały bardziej eleganckie osoby. Domyślał się, że niekiedy dostrzegani biedniejsi, przemykający się wzdłuż ścian, wracają z jakiejś pracy, zaś ci bogatsi z rozmaitych karczm, które Charlotte nazywała pubami. Do tego dzieci… też kilka, oczywiście spośród tych najgorzej ubranych. Gdzieniegdzie stały dyliżansy, podobne do tego, którym jechali. Kilka które zobaczył, były pozbawione koni. Wraz z tym jak się poruszali, zabudowa rosła i się zagęszczała.


- Zbliżamy się Panie Ashmore! - Krzyk woźnicy przebił się przez łomot kół.
Poruszył ramieniem Charlotte.
- Już dojeżdżamy - wyszeptał.
Kobieta przeciągnęła się.
- Dziękuję. - Uchyliła zasłonę po swojej stronie i wyjrzała.
Im bliżej do celu podróży tym częściej widywał umieszczone raz na jakiś czas skrzynki, na słupach przypominające to co widział w podziemiach. Zazwyczaj oświetlały przedpola okazałych gmachów.
- Całkiem dobra rzecz - powiedział cicho mając na myśli światła. - Ułatwia wszystko. Duże miasto - stwierdził rozglądając się. - Wiesz, ale cuchnie dziwnym brudem - skrzywił się.
- Londyn jest jeszcze większy i śmierdzi jeszcze bardziej. - Powiedziała Charlie z rozbawieniem. Natomiast dyliżans zatrzymał się. Jego oczom ukazał się wielki budynek tak podziurawiony oknami, ze zdawać się mogło, że zaraz powinien się zawalić. Cały był poczerniały, a zza niego widać było wydobywający się biały dym. - No to idziemy Henry.
- Wielka katedra
- uznał. - Wspaniale zrobiona, jednak po co ktokolwiek w niej pali nocą? - zapytał kobiety.
- To “stacja” - Uśmiechnęła się i szepnęła. - A ten dym, to para z pociągu.
- Pociąg to te dyliżanse razem podoczepiane, pamiętam. Ale jak to się ma poruszać. Pokażesz mi ten pociąg? Hm, właściwie faktycznie, po wielkości myślałem,że katedra, ale jednak trochę niepodobna, nie ma wieży ani symboliki odpowiedniej.
- Stacje to katedry współczesnych czasów
. - Zerknęła na niego.
- Tutaj odmawiacie modlitwy? - spojrzał zadziwiony.
- Nie… tak jak katedra jest symbolem Boga, tak one są dla nas symbolem kierunku, w którym zmierza świat. Chodźmy dobrze? Muszę jeszcze odebrać nasz bilet i odbyć pewne spotkanie.
 
Kelly jest offline  
Stary 25-03-2017, 22:35   #9
 
Aiko's Avatar
 
Reputacja: 20057 Aiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputacjęAiko ma wspaniałą reputację
Ponownie pojawiło się mnóstwo niezrozumiałych słów, choćby bilet. Gdyby modlili się tutaj, pewnie dołączyłby, jednak widocznie mieli inne obyczaje. Ponadto Charlotte miała się spotkać. Obiecał sobie siedzieć cicho oraz robić mądrą minę.
Odebrali swój bagaż i ruszyli ramię w ramię w stronę wejścia, gdzie mimo późnej godziny było co nieco ludzi. Charlie poruszała się tu swobodnie, mimo dziwnego zamieszania i poruszenia. Jakby tego było mało raz na jakiś czas słyszał potworny gwizd, który z każdym ich krokiem zdawał się być coraz bliżej. Wtedy weszli do najbardziej niesamowitej przestrzeni jaką kiedykolwiek zdarzyło się wampirowi widzieć. Coś co przypominało wielką stodołę. TYlko było wykonane z żelaza i tak wielkie, że mogłoby przykryć całą wioskę.


Po chwili znów rozległ się ponowny gwizd i przestrzeń wypełniła się parą. Ogarnął go podziw oraz przestrach jednocześnie. Chwycił doń kobiety rozglądając się gwałtownie. Jakaś pułapka, wredna sztuczka. Jego oczom ukazało się coś dziwnego, z czego dobywała się ów para.


Rozejrzał się gwałtownie poszukując broni, ale niczego nie było, co choć przypomnałoby oręż. Wszyscy! Wszyscy muszą być w z mowie. Wcale nie reagowali na te złomagiczne dziwactwa. Taaaaaak, chcieli go pojąć. To na pewno Tarquin.
- Stój spokojnie - szepnął cicho do Charlotte. - Uratuję cię.

Kobieta chwyciła go pod ramię.
- Pamiętasz? Nic poza człowiekiem nie chce cię zabić. - Spojrzała mu w oczy i wskazała podbródkiem dziwną rzecz. - To jest pociąg.
- To jest smok, widzisz jak dyszy - rozglądał się nerwowo.

Kobieta spoważniała.
- Miałeś mi ufać, Henry.

Oklapł. Faktycznie racja, jednak to było ponad wszelkie pojęcie.
- Ufam, ale nie wiedziałem, że jeździcie na smokach. Czy świat zwariował, żeby korzystać ze złych, choć wielkich istot?
- To przedmiot, nie istota. - Puściła go. - Teraz tam podejdziemy, a potem do tego wsiądziemy.
- Do tego dyszącego, nie boisz się, nie będzie chciał połknąć? Jeśli zaś to przedmiot, to jak niby dyszy, jak ma niby się ruszać - miał tysiące pytań. Widać było, że widok lokomotywy strząsnął wampirem.

- Chcesz bym ci to teraz tłumaczyła, kuzynie? - Kobieta ruszyła dalej, pewnie idąc w stronę pociągu. Widział, że ludzie dziwnie się na niego oglądali, jednak po chwili ruszali w swoją stronę.

Przygryzł wargi. Ta stacja, jak nazwała to Charlotte była ludnym miejscem. Niektórzy faktycznie dziwnie się wgapiali.
- Chodźmy kuzynko. U nas na Orkadach nie ma takich rzeczy chyba - stwierdził cicho. - Budujecie żelazne stodoły. Prowadź - dodał głośniej. Rozglądał się jednak dalej mocno, choć widać było, iż chce opanować ten odruch zdradzający obawę.

Kobieta podeszła do stojącego przy pociągu dziwnie ubranego mężczyzny. Miał dziwną czapkę i cały był na czarno. Okazała mu dokumenty, a on podał jej jakieś dwa kawałki papieru. Po chwili otworzył im drzwi jednego z “dyliżansów” przypiętych do tego dymiącego czegoś. Charlie czekała na niego przed wejściem.
- Wobec tego do boju - Charlie mogła dostrzec determinację na jego twarzy. Pewnie dla niego owo wejście byłoby niczym pójście na Łysą Górę podczas sabatu. Wszystko było nowe, dziwne, szalone. Charlie weszła pierwsza korzystając z pomocy tamtego mężczyzny, który skłonił mu się nisko, widząc że nadchodzi.
- Panie Ashmore.

Henry odpowiedział lekkim skinieniem, przypominając sobie, jak miał się zachować wobec kobiety w pubie. Już będąc obok zobaczył wnętrze, w którym siedziała kobieta.


Luksus godny króla. Spadłby z krzesła, gdyby nie fakt, że nie miał żadnego pod sobą. Zachwiał się prawie łapiąc dłonią za futrynę.
- Niesamowite - westchnął aż. - Królewskie luksusy. U was tak się jeździ tymi popciągami. Musicie być bardzo zamożni, choć wydawało mi się, że na stacji, jak ją nazwałaś, były osoby różnej kondycji finansowej.
- Zaraz ci to wyjaśnię, tylko muszę na chwilę wyskoczyć. - Podała mu jeden z papierków. - To bilet jakby ktoś pytał. Wrócę za kilka minut, dobrze?
- Dobrze. Po prostu będę czekał, jeśli nie potrzebujesz rycerza, który wesprze cię męskim ramieniem.
- Moi “znajomi” nie przepadają za obcymi. - Powoli opuściła pomieszczenie i ruszyła w tłum po chwili w nim znikając.

Wtedy do uszu wampira dotarł kolejny gwizd i stacja ponownie wypełniła się parą. Wytrzymał prawdziwie odważnie, choć trochę brała go chętka, żeby wyskoczyć przez okno oraz wziąć nogi za pas. Straszny był te wiek XIXy. Oraz dziwny. Jednak obiecał Charlie, że poczeka, dlatego czekał. Miał doskonałą okazję patrzeć przez okna na ludzi, na stroje, na bieganie, chwytać dźwięki mowy, jakże inaczej akcentowane niż jego. Czasami nawet inaczej wymawiane. Także mnóstwo słów, których nie znał, szczególnie od mężczyzn, którzy mówili sobie coś podniesionymi głosami. Głównie typu:
- Fuck you! You motherfucker!
- I don’t give a fuck about you!

Oprócz tego szybkie zdania ze zwrotami, których nie uczą żadne przyzwoite guwernantki, odnoszące się do intymnych części ciała. Król Artur, albo sir Kay zamknęliby ich w dyby na dobę, żeby sobie nieco dali na wstrzymanie, jednak tutaj widocznie panowały inne zasady.
- Gdzie jest Charlotte? - powiedział cicho.

Nagle poczuł wstrząs.
- Co się stało? - przez chwilę nie wiedział, jednak obraz za szybką zaczął się lekko przesuwać. Jak to możliwe, ale po prostu przypomniał sobie dyliżans, zresztą kareta tak samo. Tylko że to było znacznie delikatniejsze oraz nie trzęsło, chociaż gwizdało od czasu do czasu, niczym grający na rogu królewski myśliwy. Pociąg najwyraźniej zaczął wyjeżdżać ze stacji. Przez głowę wampira przelatywały setki myśli. Czy powinien wysiąść, czy Charlie go zdradziła?

Wtedy zobaczył ją biegnącą. Widząc jego twarz dała mu znak by otworzył drzwiczki. Skoczył do klamki. Prawda, jak to się otwiera? Faktycznie. Brakuje kołatki. Ruszał ją we wszystkie strony, wreszcie drzwiczki się otwarły. Albo raczej szarpnięte wystrzeliły, zaś wampir wychylił się mocno wyciągając dłoń, żeby chwycić pędzącą kobietę.
- Dawaj! - krzyknął. - Złapię cię.

Charlie skoczyła, łapiąc się jego dłoni i podciągając się jednocześnie. O dziwo zrobiła to lewą dłonią. Zaś mężczyzna schwytał jej nadgarstek szybko wciągając do środka. Spróbował zamknąć drzwi, jednak niespecjalnie pamiętał, jak się to robi. Za drugim razem po prostu nacisnął i jakoś samo się zatrzasnęło szczęknięciem zamku.
- Cała jesteś? - spytał szybko kobietę.
- Prawie. - Charlie uderzyła w jakiś odstający od drzwi kawałek, tak że się wcisnął. Zobaczył, że na jej prawym ramieniu, zaczyna się pojawiać czerwona rana. Nie było śladu po cięciu, ani innej broni. Jednak jego wampirze powonienie nie pozostawiało, żadnych wątpliwości. To była krew. Kobieta szybko zasłoniła kawałki tkaniny w okienkach od korytarza i zaczęła zsuwać z siebie suknię. - W jednej z walizek, powinnam mieć ręcznik.
- Dobrze - szybko zaczął otwierać, albo przynajmniej próbował starą metodą, czyli coś, co wyglądało na otwarcie, we wszystkie strony. Wreszcie puszczało. Kiedy zaś pierwsze trzymanie puściło, wiadomo już było, jak dalej. Szybko przeglądał. - Gdzie to jest? Gdzie to … dobra jest - szybko podał jej ręcznik. Przynajmniej dalej ręcznik był ręcznikiem, nawet jeśli materiał wykonania się wydawał inny.

Kobiecie udało się jakoś zasznurować suknie i zsunąć ją i to co miała pod spodem z ramienia, w którym zionęła dziura. Szybko docisnęła ręcznik tamując krwawienie. Chwyciła dziwnie, jakby rana była na wylot.
- Udało się. - Odetchnęła, jakby dopiero zdała sobie sprawę, że siedzi już spokojnie w pociągu. O ile siedzenie w tym strasznym czymś można było nazwać spokojnym.

- Zdejmij to, zaraz zapomnisz o ranie. Wampiry dysponują lepszymi możliwościami leczenia okaleczeń niżeli doktorowie. Zdejmuj, albo odsuń materiał, zaraz się tym zajmę - pochylił się nad jej raną.

Charlie wpatrywała się w niego lekko nieprzytomnym wzrokiem. Musiała stracić co nieco krwi, gdyż była też bledsza. Powoli odsłoniła ranę, najpierw od przodu, wciąż trzymając ręcznik z tyłu. Wampir dokładnie spojrzał.
- Oberwałaś też z tyłu? - spytał. Pocisk jest wewnątrz? Muszę wiedzieć.
- Wyleciało… z tej strony. - Uśmiechnęła się słabo. Widział, że jeśli zaraz czegoś nie zrobi, kobieta odpłynie. Z rany spłynęła kolejna strużka krwi. Zaczął więc szybko zalizywać. Przód i tył. Przy okazji spijając to, co tak czy siak wypływało. Kobieta drgnęła i jęknęła z rozkoszy, mimo bólu fakt, że wampir z niej pił musiał sprawiać jej sporo przyjemności.
- Nie ruszaj się - pod jego językiem rana zabliźniała się powoli. Najpierw tworząc strupek, potem wściekle czerwony placek. Kiedy zarosła skórą, wprawdzie świeżą oraz nieładną, ale zawsze, od przedniej strony, zabrał się za tył. Chwile wszystko trwało, najgorsze zaś, że wewnątrz pocisk, czymkolwiek by nie był, mógł narobić solidnego kłopotu. Trochę się poznał na tym, jako rycerz, weteran wielu bitew. No tak, to co robił było interesującym miksem rozkoszy oraz bólu. Przerwał na chwilę. Pozwolił kobiecie dojść do siebie. Tak czy siak musiała się zaraz zacząć trudniejsza część rozmowy.

Charlie ułożyła się na jednym z siedzisk, rzucając ręcznik na ziemię.
- Dziękuję. - Oddychała ciężko, ale widać było, że sam fakt że się z niej nie leje znacznie poprawiał sytuację. - Ktoś śledził albo mnie, albo mojego znajomego.
- Znajomym zajmiemy się później. Skóra całkiem zarosła, ale środek nie wygląda ciekawie. Mięsień ramienia przebity, zdajesz sobie sprawę? - spytał poważnie.
- Jak to mawiają do wesela się zagoi… a jako że wesele mi nie grozi… to trochę potrwa. - Uśmiechnęła się słabo.
- Chyba, że się rozciapało? Wtedy będzie średnio. Mógłbym temu zaradzić, jeśli będziesz chciała. - kontynuował.
- Rozciepało? - Spojrzała na niego pytająco. - Przestrzelił mnie. Mam chyba naderwany mięsień, albo ścięgno, albo kto tam ich wie. Słabo ruszam prawą ręką. - By zademonstrować spróbowała ją zacisnąć w pięść. Nie wyszło. - Może być ciężko grać na pianinie.
- Cóż, pianino pół biedy, ale jak mówię, jeśli sobie życzysz, zaradzę temu. Poswędzi cię jedynie. Jeśli nie, nie będę zawracał głowy. Będziesz musiała jedynie sobie coś powyobrażać oraz zrobić to, co już robiłaś, tyle że nieco więcej - wyjaśnił enigmatycznie. Jednak nie chciał zmuszać, do tej pory raczej nie miała ochoty na pomoc, więc nie naciskał.
- Jak chcesz mi pomóc?
- Możesz, jeśli chcesz, wypić trochę mojej krwi. Tej, której już próbowałaś. Ona przyspieszy gojenie, właściwie bardziej niż bardzo. Jeśli chcesz …
- Czemu miałabym nie chcieć, Gaheris? - Wyszeptała jego prawdziwe imię, tak by nikt po za tym pomieszczeniem nie mógł ich usłyszeć.
- Bo jeśli będziesz ją pić zbyt często, możesz ją pragnąć zawsze i będę mógł wydać ci rozkaz, ty go zaś wykonasz. Nie teraz, ale jeśli będziesz częściej pić większe ilości. Chociaż z drugiej strony, twoje starzenie zatrzyma się, więc coś za coś. Dlatego uczciwie uprzedziłem. Zależy mi na tobie, Charlie - powiedział poważnie.

Przyglądała mu się uważnie. Po dłuższej chwili przygryzła wargę, a w jej oczach pojawiła się ta już znana mu ciekawość.
- Chcę...
- Wobec tego pij oraz skup się na ranie. Wyobraź sobie, jak twoje rozerwane mięśnie się spajają, jak twoje ścięgna przywierają odpowiednio, jak twoje ciało się leczy i pij - przyłożył nadgarstek własnej dłoni do swych ust i dziabnął kłem tak, że pojawiła się niewielka strużka krwi. Kobieta patrzyła na to z coraz szerzej otwierającymi się oczami. Szybko przyłożył rękę do jej ust. - Pij oraz wyobrażaj sobie, pij Charlie, pij najsłodszy napój.

Powoli sięgnęła językiem do rany. Posmakowała i już po chwili przysunęła usta do jego nadgarstka całując go i spijając sączące się vitae. Widział jak sięga do niego zdrową dłonią. Czuła jak krew w jej własnym ciele przyspiesza, czując to dziwne nienaturalne spełnienie, tą doskonałość, którą mogło zapewnić tylko wampirze vitae.
- Myśl tak jak mówiłem. Jest smaczna, ale ty myśl, skup się. Twoja rana. Leczy się, gwałtownie poprawia się. Twoje ciało łaczy się, naprawia. Myśl Charlie - mówił półgłosem. - Ssij i myśl bez przerwy.

Niestety po zalizaniu ran nie za bardzo mógł zobaczyć, czy kobiecie się udaje. Pierwszym znakiem, że już jest dobrze, było to, że sięgnęła do niego także prawą ręką. Uważnie obserwując jej twarz widział, że nie odmalował się na niej nawet najmniejszy grymas bólu.
- Jeszcze trochę i kontynuuj. Jest dobrze, ale nie będziemy ryzykować - powiedział spokojnie. - Prosze, tak samo jak przed chwilą. Tak doskonale - czuł jak zasysa, skoro potrafi jednocześnie ruszać ramieniem, idzie odpowiednio. Był zadowolony, choć będzie musiał zrekompensować sobie utratę krwi. Jak nie dziś, to jutro. Bowiem takie zabawy jak ta, rodziły wampirzy głód.

W pewnym momencie kobieta oderwała się od jego nadgarstka i pociągnęła zaskoczonego wampira do siebie. Złożyła na jego ustach łakomy pocałunek. W ustach poczuł smak swojej własnej vitae. Oddał jej pocałunek, choć poczuł się dziwnie. Jakby zakręciło mu się w głowie. Od 1300u lat nie karmił nikogo swoją krwią.
- Masz słodkie usta, Charlie - całował ją łącząc się ponownie ze swoją vitae. - Słodkie, ale też piękne. Nie ruszaj się tylko za bardzo. Twoja ręka się regeneruje bardzo szybko. Nie zakłócimy tego - całował ją. - Ostrożnie, nie ruszaj ręką i najlepiej ogólnie ciałem. Szczerze mówiąc tego też nie powinniśmy robić, całowania, ale nie mogę się powstrzymać - mówił pomiędzy kolejnymi całusami. Kobieta nie reagowała na jego słowa. Pragnęła go całym ciałem i teraz nawet jeśli coś ją bolało, było raczej nieistotne. Czuł jak przyciąga go do siebie, jak wsuwa dłoń pod jego surdut.
 
Aiko jest offline  
Stary 26-03-2017, 00:52   #10
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 5883 Kelly ma wyłączoną reputację
Ajajajaj, problem polegał na tym, że on też jej chciał i choć chciał, pożądał ciała, pragnął zanurzyć swój miecz w jej pochwie po prostu wiedział, że przy gwałtownych ruchach, które byłyby nieuniknione, proces leczenia spóźniłby się. Przynajmniej jakiś czas, kto wie zresztą … kolejna rzecz, to do licha, kto do niej strzelał. Może ten ktoś wskoczył za nią do pociągu. Nic nie powiedziała. Ale usta miała tak słodkie … właściwie dziwnie się czuł w tej dymiącej karecie, którą podejrzewał poważnie, że jest jakimś smokiem.
- Jesteś piękną kobietą … bardzo piękną - ucałował ją mocniej i spiął swój język z jej językiem.
- Czemu wszystko co robisz, jest takie przyjemne? - Wyszeptała z uśmiechem, przerywając pocałunek. Odchyliła się układając na siedzisku. Na jej ramieniu nie było widać nawet siniaka. Było gładkie, białe, odcinające się od różowej sukni, którą z resztą, musiała podczas pocałunku zadrzeć do góry, poruszając z rozkoszy nogami. Widział jak bielizna opina się na jej udach i czuł zapach jej wilgoci, który pomalutku tak jak zapach vitae wypełniał całe pomieszczenie.

Ach słodycz ciała oraz krwi, jakież to urocze, piękne oraz smaczne. Czy może być coś wspanialszego, jakieś danie.
- Jest przyjemne, bo ja życzę wszystkim dobrym istotom dobrze, szczególnie zaś swoim przyjaciołom, bliskim, zaś spośród nich, ty jesteś jedyna, która jest tutaj. Jest przy mnie oraz poddaje się moim pocałunkom.
Chętnie ukąsiłby kobietę, ale tak czy siak straciła wiele krwi. Akurat jakiekolwiek kąsanie krwiopijcze było raczej niewskazane. Charlie uśmiechnęła się.
- Jakby był jakiś inny “przyjaciel”, całowałbyś się z nim? - Sięgnęła do jego spodni i sprawnie je rozpięła.
- Niestety lub stety, ale nie. Moimi przyjaciółmi byli do tej pory wyłącznie mężczyźni. Przykro mi Charlie, może jesteś zawiedziona, ale całuję wyłącznie kobiety - wyjaśnił filuternie, bowiem także zaczynał być już podniecony.

Właściwie nie powinni, jednak … Powoli męska dłoń wśliznęła jej się pod podwinięty nieco klosz sukni. Póki jeszcze mógł się jako tako kontrolować dobrał się do sznureczka ściągającego jej długą, niepraktyczną bieliznę. Charlie wciągnęła powietrze czując jego lekko chłodny dotyk. Szerokie nogawki bielizny, swobodnie przeszły przez buty i teraz wampir miał do niej swobodny dostęp. Swobodny na tyle na ile pozwalała wielka suknia. Nie mieli czasu na ściąganie sukni czy garnituru, szczególnie, że obok był korytarz. Wampir wiedział, że od czasu do czasu ktoś się nim poruszał, choć oczywiście dojście do przedziału było okryte kotarami zapewniającymi intymność. Odłożył, albo raczej odrzucił kapelusz na bok, bowiem nawet nie zauważył, że próbując zalizywać oraz karmić Charlie miał go ciągle na sobie, ale pod suknią przeszkadzałby mu. Kobieta zobaczyła, jak sprawnie unosi klosz jej stroju i jak pochyla się klęka i nurkuje pomiędzy jej uda narzucając na siebie materiał. Było ciemno, ale nie dla wampira. Kobieta usadzona na ławie, bardzo wygodnej, fotelowej przedziału ukazywała mu swoje piękno pod każdym możliwym kątem. Odbierał ciało jej wszystkimi zmysłami. Widział jej łono tak dokładnie. Niemal co do najmniejszego włoska. Widział jak kobieta drży od podniecenia, jak z jej rozpalonego wnętrza powoli wypływają soki. Chwyciła się kurczowo siedziska by go nie poganiać. Najwyraźniej wciąż miała w pamięci, przyjemność którą dał jej Gaheris poprzedniej nocy.

Użył Nadwrażliwości, by odebrać wszystkie bodźce wzrokowe. Każdy płatek, ich delikatność, każdy najmniejszy fragment różowego, delikatnego ciałka, wejście do głębiny ...jednakże także czuł ją idealnie, drgnięcia jej ciała, pulsowanie krwi, leciutkie ruchy rozchodzących się płateczków. A piękny zapach kobiecego łona, tak podniecający mężczyznę, a smak każdej kropelki soczku, a najmniejszy ton jęku lub westchnienia wydobywający się z jej ust. Kobieta poczuła jego pieszczotę, pocałunki, języczek, czuła jak chwyta wargami jej płateczki pociągając i pieszcząc, jak skupia się ssąco na spoince, jak reszcie przesuwa języczkiem wzdłuż jej słodkiej szparki, zatrzymując się na dole i próbując dotrzeć jak najgłębiej może. Usłyszał, że Charlie stłumiła jęknięcie. Nie widział jej ale poczuł zapach świeżej krwi. Najwyraźniej kobieta przygryzła wargę, by nie krzyknąć czując dotyk jego języka. Widział, że jej nogi rozchyliły się bardziej ułatwiając mu do niej dostęp. On zaś miał ochotę już nie na całowanie jej, ale wzięcie.

Chciał ją posiąść! Wcześniej zaczęła rozpinać mu spodnie, ale nie dokończyła. Szczęśliwie zajmował się własnymi guziczkami już kolejny raz więc rozpiął je rękami nie przerywając penetracji językiem, coraz gwałtowniejszej, takiej wręcz kłującej końcówką języka miejsca, które były najwrażliwsze, gdzie kobieta wiła się najmocniej, gdzie najwięcej soczku wytrysnęło z jej szparki. Potem jeszcze własne majtasy, szczęśliwie dosyć proste, gdzie wystarczyło pociągnąć sznureczek. Spodnie i majtki znalazły się na wysokości klęczących kolan, zaś jego męskość mogła wreszcie się wyprostować. Wystrzeliła wreszcie wypuszczona z materiałowej klatki. Uniósł głowę spod jej sukni i po prostu przekręcił jej ciało tak, że klęknęła na fotelu opierając się o oparcie. Widział, że Charlie przegryzła sobie wargę, teraz na jej podbródku widać było strużkę krwi. On usiadł obok niej, wygodnie, tuż przy jej boku, zaś kobiecie nie pozostawało nic więcej, jak wejść na niego okrakiem i nabić się na wystającą, twardą, czerwoną włócznię. Pomógł jej nawet, łapiąc przez suknię nóżkę dziewczyny i pomagając przekładać tak, by nie straciła równowagi. Wampir siedział, ona zaś była tuż nad nim, mogła to zrobić w każdej chwili. Mężczyzna czuł na dole podniecenie zbliżającego się kobiecego piękna, zaś na górze, coraz mocniej podniecała go płynąca leciutko z wargi krew. Charlie wpatrywała się w niego rozmarzonym wzrokiem.
- Chcesz bym ciebie dosiadła rycerzyku? - Szepnęła przysuwając swoje usta do jego warg. Gdy mówiła poczuł wręcz smak krwi na swojej skórze. Czuł… wiedział, że robi to nieświadomie, że nie wie jak bardzo z nim igra pokazując mu krew. Delikatnie otarła się swoimi wilgotnymi płatkami o jego męskość.
- Tak, być była moją galopującą rycerką, cwałującą na moim ogierze. Chodź ze mną powalczyć ze smokiem - mówił zbliżając własne usta do jej twarzy i starając się dostać do krwi, która tak pobudzała wampirze zmysły, podobnie jak kropelki z jej szparki, które właśnie spływały na jego czerwony czubek drażniąc go dodatkowo wedle najprzyjemniejszego znanego kochankom sposobu. Kobieta nabiła się na niego ponownie przygryzając wargę. Z już otwartej ranki popłynęło więcej krwi. Widział jak zbiera się na jej podbródku i skapuje na odsłonięty dekolt. Przynajmniej takie bezcenne kropelki, które nie zdołał wyłapać językiem. Mrrr, uwielbiał seks i krew jednocześnie. Widać Charlie, czy jak to się ona zowie, również. Mogli zostać prawdziwymi przyjaciółmi na długie lata.
- Ach - chwilowo stracił ochotę na jakiekolwiek spekulacje, gdy jego członek wszedł w nią, albo raczej, gdy ona się osunęła na niego nadziewając się na męski pal. Jego dłonie weszły pod jej suknię, chwyciły za pupę i zaczęły unosić lekko w górę po to, by ponownie mocno opuścić, ale język, ten skupiał się na całowaniu i lizaniu jej okrwionej wargi.
- Jesteś cudownie ponętna - wymruczał chwytając jej wargę dolną pomiędzy swoje i pieszcząc takim pocałunkiem. Jednocześnie czuł, jak słodko jeszcze mocniej twardnieje wewnątrz niej, jak ją potężnie rozciąga …

Charlie chwyciła jego twarz i zaczęła go całować gorąco, tłumiąc okrzyki. Wystarczyły dwa jego ruchy by jej biodra same zaczęły poruszać się góra-dół. Kobiece wargi, zranione przez nią samą, zostały zalizane. Krew zniknęła, ale został jej zapach, pobudzający zmysły wampira. Całował ją gwałtownie, mocno, wbijając wręcz swoje usta w jej wargi. Jednocześnie zaś czuł jak jego męskość wręcz spływa wilgocią, którą tworzyło jej podniecone ciało. Jeszcze się poruszała, jeszcze gwałtowniej, jeszcze mocniej, nabijała się, męski organ zaś w nią wchodził gwałtownie po to, żeby ponownie wystrzelić krwią. Gdyby ktoś obcy mógł dostrzec płynącą czerwień, pewnie wziąłby ich za parę poślubnej nocy, która nie mogąc już wytrzymać bez siebie dokonała pierwszego aktu. Charlie prawie ugryzła jego wargę, gdy w niej doszedł.

Poczuł jak jej spragnione ciało zacisnęło się na nim. Objęła go mocno, nabijając się jeszcze kilka razy. Bezradnie, chaotycznie… nie chcąc przerywać tej przyjemności. Potem zaś obydwoje zawiśli wręcz na linach zwanych rozkoszą. Mężczyzna oparł się po prostu na fotelu mrucząc, zaś namiętna kobieta oparła na nim siedząc dalej, ciągle nadziana na tą słodką włócznię, która dzięki sile wampirzej energii, niemalże wcale nie osłabła. Dalej rozpychała ją, dalej rozciągała, dalej sięgała głęboko.

Namiętna Charlie ucałowała jego szyję.
- Jesteś cudowny. - W jej głosie nadal dało się wyczuć pożądanie. Jak bardzo spragniona musiała być? Przytuliła się do niego mocno.
- Tylko jedynie z cudowną kobietą - wyszeptał jej na uszko. - Podoba mi się, jak tak siedzisz na mnie i jak bardzo mogę cię czuć.
Miał ochotę powtórzyć zabawę w jakiejś innej pozycji. Może tym razem od tyłu, ciekawa myśl. Aczkolwiek chciał dać jej jeszcze moment na pełne dojście do względnej normalności.
- Bardzo chętnie nie będę się stąd ruszać. - Uśmiechnęła się i pocałowała go delikatnie. Zauważył że lekko zakręciła pośladkami, zaciskając się przy tym na nim. - Pomyślałam jednak, że może chciałbyś zobaczyć resztę pociągu. Jutro w nocy powinniśmy dotrzeć do Londynu i nie będzie czasu, a teraz mamy chyba jeszcze chwilę do świtu.
- Ach, wyrywasz mnie urocza syreno swoją logiką z pięknych marzeń na temat twojego ciała. Ale masz rację. Chcę zobaczyć resztę tego stwora i popytać cię o parę jeszcze rzeczy, jeśli zaś uda nam się wrócić na czas, to cóż, nie obiecuję, że nie będę chciał wrócić do tego, co właśnie przerwaliśmy
- uśmiechnął się do niej, choć faktycznie nie miał nic przeciwko dalszym figlom. Nawet miał na nie dużą prawdziwie ochotę, jednak chłodna logika przeważyła, choć liczył, iż faktycznie uda im się zdążyć na odpowiedni czas.
- Tylko się przespacerujemy i ewentualnie napijesz się whiskey. Wolałabym tam nie zabawić zbyt długo, bo takie miejsca są epicentrum gier politycznych. - Poprawiła sukienkę, zasłaniając dekolt, jednak nie zeszła z niego.
- Także wolałbym nie zabawić tam długo - jego męskość wewnątrz niej się powiększyła odzyskując poprzednią twardość oraz odpowiednie rozmiary. - Wiesz, zastanawiam się, czy uda ci się poprawiać elementy sukni nieco poruszając się na mnie? - mięśnie jego ud zaczęły się lekko spinać unosząc ją nieco, zaś przy rozluźnieniu opuszczając. Niewiele, ale ten cal, potem ponownie na dół, mrr miłe.

Urodziwa Charlie zarumieniła się lekko. Czuła jak rozpycha się w niej, jak napiera na jej rozpalone ciało.
- Powinnam zmienić suknię… jest zakrwawiona. - Nachyliła się do niego. - Rozepniesz, ją do końca?
Suknia była z przodu zaciśnięta rzędem guziczków. Kobieta odchyliła się, ułatwiając mu do nich dostęp. Czuł, że uniosła delikatnie biodra i ponownie na niego opadła.
- Podoba mi się twój sposób przebierania - wykonywał owe lekkie ruchy napinając uda, ażeby ułatwić jej poruszanie. Uśmiechał się widocznie. Powoli dobierał się również do jej guziczków. Nie miał jeszcze wprawy, więc tym dłużej mu schodziło, jednak pewnie i tak by się nie spieszył. Rozpinał jeden za drugim, powoli, dostosowując ruch swoich dłoni do tego, jak ona poruszała się na nim. Pod spodem miała kolejną warstwę. Białą cieniuteńką suknię, której ozdoby pasowały do bielizny, która już zdjął. W pasie ściskał ją dziwny, związany pas. Znane mu piersi, prześwitywały przez delikatny materiał, uniesione przez ów pas. Szybko też rozpoznał, że była to część garderoby, którą poprzedniej nocy Charlie ukryła. Nie wiedział, co jest co, ale jego dłonie spoczęły na jej cycuszkach delikatnie zaczynając je ugniatać.
- Podobają mi się, choć nie wiem, co to takiego ten pas. Ale piersi masz Charlie przepiękne - wymruczał.
- Gorset. Jednak jeśli chcemy stąd wyjść o rozsądnej porze odradzam zdejmowanie. Będziesz się musiał nimi nacieszyć przez halkę.

Halka, gorset, nowe słowa, choć w jego czasach mężczyźni i kobiety nie rozmawiali o swoich bardziej skrytych strojach. Ale jednak nie pamiętał, by którakolwiek z jego kochanek miała coś takiego, jak gorset, bowiem takie leciutkie, przezroczyste suknie pod właściwą suknią oczywiście istniały.
- Oczywiście, bardzo mnie cieszą - skupił się na objeżdżaniu malinek po ciemniejszych, otaczających je kręgach, aż wreszcie zabrał się za same sutki. Pieszcząc, drażniąc, lekko pociągając. Jednocześnie postarał się mocniej poruszyć biodrami, by jej uniesienie oraz nabicie się ponowne było mocniejsze. Wygodny fotel pozwalał na takie ruchy. Widać było, że już nie ma tej powolności, jaką prezentował na początku. Wtedy bawił się spinając uda oraz utrzymując swoją męskość wewnątrz niej. Teraz już mocno zaczynał kochać. Rozpięta suknia, opadła na podłogę. Przez prześwitującą halkę wdział teraz też jej intymne, ciemne włoski. Widać było, że zarumieniła się bardziej, że czując podniecenie zaczęła się sama poruszać gwałtowniej. Nie mogąc go całować w tej pozycji ponownie przygryzła wargę, jednak nie przegryzła jej tym razem. Jego męskość była już bardzo twarda i tkwiła w niej, niczym wielki, przesuwający się w ciele pal, dodkonale dopasowany do miejsca przeznaczenia, zaś dłonie pieściły intensywnie piersi sprawiając, że sutki Charlie stawały się coraz większe i intensywniejsze barwą. Pociągnął za nie przyciągając dziewczynę do siebie tak, że ich usta ponownie się zetknęły, ucałowały mocno.

Męskie ręce nie mogąc już pieścić, objęły jej biodra. Mocnym ruchem nabiły kobietę szybciej, potem zaś uniosły, gwałtownie przyspieszając wszystko. Widać było, iż jego oczy czerwienieją rozgorączkowaniem zaś ustami wyczuła, że w jego ustach pojawiły się kły. Kobieta oddała pocałunek i nagle ku zaskoczeniu wampira przesunęła językiem po jego kle. Czuł jak z jej ust chce się wyrwać jęk, gdy poczuła lekkie ukłucie. Znał to. Ludzie uzależniają się od bycia pitymi i najwyraźniej Charlie miałą juz tego objawy. Nie przebiła sobie języka, czuł jednak pulsowanie jej krwi, jej pragnienie. Dlatego powstrzymał się, choć potwornie miał ochotę ponownie podzielić się krwią, może później zrobić z niej ghulicę, straszliwie seksowna ghulicę, która teraz tańczyła na nim, niczym baletnica na scenie poruszając się coraz szybciej.
- Ach! - wyrwało mu się głośniej, kiedy jego dłonie bezwiednie niemal nabiły ją bardzo mocno, potem zaś uniosły niemal na wysokość główki penisa, żeby spuścić jeszcze mocniej, potem znów, znów, znów … wreszcie mocnemu ruchowi towarzyszył jęk oraz potężny wystrzał niczym uderzenie wodospadu, które poruszyło najdalsze części jej głębiny.

Charlie tłumiąc swój własny okrzyk pogłębiła pocałunek i zrobiła coś czego wampir starał się uniknąć, kalecząc swój własny język. Gaheris poczuł jak ich usta wypełniają się krwią kobiety. Jej biodra poruszały się gwałtownie, czuł jednak, że są to te kończące ruchy, te ostatnie niekontrolowane drgnienia, wykonywane wbrew woli.


Pocałowała go mocno, sprawiając, że krwi z jej języka było coraz więcej. Więc dołączył do tego swoją, delikatna ranka na jego języku splotła obydwie purpury ze sobą, spijana przez obydwoje. Po jego męskości zaczęła spływać jego własna vitae, która najwyraźniej już przepełniała wnętrze kobiety. Jednak to było na chwilkę obojętne. Chcieli spełnienia i właśnie to do nich dochodziło. Pragnęli się, pożądanie łączące ich wymagało zaspokojenia i straszliwie mocny szczyt, który niósł ich przez długą chwilę zaspokajał owo pragnienie. Jeszcze powolutku się ruszali, jeszcze napinali, jeszcze wzdychali i całowali, ale coraz wolniej.
- Charlie, jesteś niewątpliwie najnamiętniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem - przyznał trzymając ją wewnątrz kręgu swoich ramion.
Spojrzała na niego radosnym, rozpalonym wzrokiem.
- A ty jesteś pierwszym mężczyzną, który zwrócił na to uwagę. - Szepnęła i pocałowała go. - Czuję jak we mnie pływasz… aż boję się momentu kiedy się ze mnie wysuniesz.
- Hm, bądźmy ostrożni
- rozejrzał się szybko, czy miał w zasięgu ręki cokolwiek, żeby po wyjęciu natychmiast podłożyć pod jej szparkę oraz wytrzeć własnego ptaka. Z przyczyn oczywistych nie planował zerwać zasłonki.

Seksowna Charlie odchyliła się siedząc na nim, wyginając się niemal w łuk. Poczuł jak jego męskość napiera przy tym na jej ściankę. Sięgnęła po leżący na podłodze ręcznik i podała go wampirowi. Mężczyzna zwinął nieco ręcznik, przesunął za jej pośladek dotykając swojego woreczka i jej szparki.
- Mrr - wymruczał - unieś się teraz tak troszkę szybciej nade mnie.
Planował zakryć jej krwawiący kwiat ręcznikiem pozwalając, by purpura z wewnątrz niej wypłynęła. Gdyby mieli balię, wodę, pewnie nastąpiłby dalszy ciąg zabawy, jednak tutaj musieli improwizować. Charlie zrobiła jak polecił i po chwili duża porcja krwi spłynęła na trzymany przez niego ręcznik. Poczuł jak rośnie jego pragnienie, że najchętniej by to spił. Kobieta wydała przy tym z siebie cichy pomruk. Jednak trzymał przez dłuższą chwilę przy jej łonie. Wiadomo bowiem, że nie wszystko wydobędzie się od razu, ostatnie kropelki ze środka uczynią to bardzo powoli.
- Wiesz, bardzo mi się ten wynalazek, ten podciąg podoba - uśmiechnął się do niej ciesząc się wspaniałą kochanką.
- Ten smok? - Charlie udała zaskoczenie, ale po chwili na jej twarz powrócił uśmiech. Ucałowała go czule. - To pomieszczenie to przedziały. Są przedziały prywatne i wspólne, ale jako, że musisz gdzieś spać wybrałam nam prywatny. Jechałam podobnym w tą stronę i uznałam, że powinieneś się zmieścić pod siedziskiem.
- Dobrze pomyślane, bowiem zastanawiałem się, co planujesz zrobić, kiedy wspomniałaś, iż dojedziemy dopiero jutro nocą. Ale zaraz, właściwie gdzie dojedziemy, do Londynu? Przecież to strasznie daleko. Trzebaby pędzić konno przynajmniej dzień dłużej, nawet zajeżdżając rumaka.
- Witamy w XIX wieku, w czasach pary
. - Kobieta delikatnie przejęła od niego ręcznik i wytarła się. Podniosła się i sięgnęła do bagażu. Ułożyła go na przeciwnym siedzisku i powoli wpakowała suknię, wypinając się w jego kierunku. Przez przejrzystą halkę widział jej nagie pośladki. - Jak wspominałam dojazd, tym pojazdem, zajmuje 15 godzin. Po drodze będzie jeszcze kilka stacji, ale będę pilnowała byś był tu bezpieczny.
- No rozumiem, jedziemy parą, we dwoje - zgodził się z nią. - Oczywiście wierzę ci, ale dla mnie to tak dziwne, jak czary Merlina, który machnięciem dłoni potrafił przenosić konia z jeźdźcem na inne miejsce. Chociaż chyba raz coś mu nie wyszło i mój biedny Agravein, brat, wylądował na dachu stodoły.

Charlie obejrzała się na niego zaskoczona. W dłoni trzymała kilka elementów, które zapewne składały się na nowy strój.


Szybko zaczęła wkładać na siebie kolejne warstwy.
- Magia… trochę ciężko mi uwierzyć, że to prawda.
- Właściwie dla mnie stanowczo normalniejsza niżeli ten pociąg oraz taki czas dotarcia do Londynu. Niesamowite! Magia to magia. Rzucasz po prostu czary, choć ja nie potrafię. Wampiry nie umieją, lecz mamy inne moce. Wilkołaki, faerie także
.
Widział jak oczy kobiety otwierają się coraz szerzej. Zamarła z niedopiętą suknią.
- Miałeś mi dozować przyjemności. Są wilkołaki? - Zobaczył w jej oczach zachwyt, pomieszany z ciekawością.
- Raczej nie w miastach. Nigdy nie lubiły dużych skupisk ludności, ale owszem, istnieją. Zasadniczo nie lubią nas, choć słyszało się, że istnieją zaprzyjaźnione wyjątki. Jednak ogólnie nie cierpią członków Rodziny. Wzajemnie także. Nikt właściwie nie wie, dlaczego tak się nie cierpimy. Dlatego przepraszam, jeśli ci się podobają, ale do nich nie mogę cię zaprowadzić, ani nawet podprowadzić.
- Nie… to po prostu niesamowite. Zupełnie jakby te wszystkie baśnie ożyły i były prawdą
. - Dopięła suknię i ku zaskoczeniu wampira wydobyła pasujący do niej kapelusik. - Jestem gotowa.
 
Kelly jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166