Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-07-2017, 11:46   #1
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5765 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
[Wampir: Mroczne wieki] Ognie na wzgórzach

Ognie na wzgórzach





Pierwszy dzień lata, 1241 r., Skrzynno na Mazowszu




- Jakiż słodki z ciebie głuptasek, pieszczoszek pocieszny – odparła mu na komplement Biruta. W jej spojrzeniu zmieścił się cały lód północnego morza. A Janek rzekł jej tylko, że niewiasta tak piękna jak ona mądra być już nie musi, byle była słodka… tyle że wnuczka Jawnuty słodka nie była ni trochę. Uraczywszy go jeszcze pogardliwym spojrzeniem, bo na dłuższe komentarze zdaje się nie zasłużył, wróciła do rozpakowywania swoich troskliwie otulonych w pakuły i płótna podczas podróży z Kurlandii lunet, map nocnego nieba i przyrządów. Prócz znanych powszechnie i prostych, jak używana przez żeglarzy laska Jakubowa, mogła się Biruta pochwalić misternym astrolabium.
- Stawiasz wróżby i horoskopy? - postanowił zmienić temat.
- Stawiam. Głuptaskom i pieszczoszkom.
- Dobrze – zaczął od nowa, bo się nie zwykł poddawać. - Co cię, pani, pociąga w astronomii?
- Namacalna świadomość, że nawet ci najwięksi i najpotężniejsi podlegają prawidłom i regułom. Gdy je poznasz i zrozumiesz, pojmiesz też tajniki ruchu i poczynań.
Pochylona nad okularem, przytrzymując grube, bladozłote warkocze, patrzyła przez lunetę w niebo. Przywołała Janka gestem nieznoszącym sprzeciwu, capnęła mało delikatnie za kark i przygięła, by też zobaczył.
- Widzisz?
- Gwiazdy widzę – odparł, choć jedno oko uparcie mu uciekało do krągłości biodra odzianego w len barwiony na obłoczysty kolor.
Syknęła zniecierpliwiona.
- Trzy gwiazdy na górze, trzy poniżej i jedna, później wielość w splocie wężym i kolejne, jedna za drugą, jak w warkoczu.
- Co to?
- To, Janie, smok jest – palce dziewczyny, za ciepłe jak na wampira, tak ciepłe jak jego własne, co go dotąd ściskały jak kleszcze, pogładziły pieszczotliwe jego szyję, zagłębiły się we włosach.
- Smok podlega regułom?
- Oczywiście. Jak wszyscy. Tyle że prędzej mu rozdwojony ozór kołkiem stanie, niż się do tego przyzna.
Oczywiście, sama także musiała ugiąć twardy kark przed przemożnymi regułami i przed laty opuścić ich dom wcześniej, niż to było zamierzone i pomimo tego, że Jan najchętniej zatrzymałby ja na zawsze.

Przeciągnął dłonią po stole. Niegdyś zastawiony przyrządami astronomicznymi i zasłany pergaminami, dziś pokrywał się jeno warstwą kurzu. Czy to jednak było ważne, skoro Jan jechał na północ, do Kurlandii, do niej?

Na dziedzińcu ich obronnego dworzyszcza pod Skrzynnem wrzało jak w kociołku czarownicy. Ośrodek burz i zawieruch wszelakich jako zwyczajno był Krzesimir, paradnie odziany i wyczesany jak klacz na sprzedaż. Żegnał się wylewnie i mało przystojnie z każdą dziewką, co mu się nawinęła, na zbrojnych pokrzykiwał i robił wokół swej persony masę zbytecznego hałasu.
Jednak nawet on skurczył się, zwinął w sobie, gdy na podwórzec wyszedł ojciec Janowy. W rozchełstanym gieźle i skórzanych portkach mógłby za zwykłego woja robić - jeno że wystarczyło, by się odezwał, by spojrzał czy krok uczynił, a nikt by go za zwykłego i przeciętnego nie wziął. Władza pasowała Bożywojowi, leżała na nim jak druga skóra. Niecierpliwym ruchem dłoni kazał wstać klęczącemu Krzesimirowi, połozył dłonie na ramionach jasnowłosego ghula.
- Pamiętaj - doleciało do Jana - to mój syn. Mój jedyny potomek.
I Jan dobrze wiedział, co to oznacza. Krzesimir będzie słuchał jego, Jana, rozkazów. Gdy jego martwe istnienie będzie zagrożone, z uśmiechem na namiętnych ustach położy głowę i da się ubić, by go chronić. Ale gdy Jan swoim słowem i czynem znieważy imię Bożywoja i imię rodu, Krzesimir mimo łączącej ich sympatii bez wahania wbije kołek w serce Janowe, i przywiezie ojcu związanego jak owieczkę na rzeź.

Skończyli mówić i Bożywoj ruszył ku niemu, po ojcowsku objął, ścisnął niesłabo wcale, żebra aż Janowi zachrzęściły.
- Ona tam będzie. Wiem, że na to liczysz, nie zapieraj się. Czyń, co uważasz za słuszne... ale tym razem pamiętaj. Każden problem, każde nieszczęście, każda strata ode czasów Adamowych u swego źródła zawszeć ma niewiastę.
Jan drgnął. Zimne przeczucie ścisnęło palcami jego martwe serce. Pomyślał bowiem, że tak. Prawda-li to, ojciec słusznie prawi i racja przy nim.
 
Asenat jest offline  
Stary 17-07-2017, 17:00   #2
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 9866 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
- Wiem ojcze, choć ta prawda nie w smak. Mej duszy, memu sercu... a nawet rozumowi co wiele sprzecznych myśli mi poddaje. - ściskał ojca oddanie. Po tych wspólnych latach, miał już go nie tylko za mentora. Tych można mieć wielu, Bożywoj był dla niego już prawdziwym ojcem. Ich relacja była burzliwa, pełna sprzeczności... jednak szczera, honorowa i przepełniona miłością. Choć śmiertelnik mógłby mieć na ten temat inne zdanie. - Nie martw się jednak, postaram się rozumu słuchać. Rodzinę godnie reprezentować i uczyć się pilnie. - gdy ojciec uścisk zwolnił, wskoczył na konia.

Jan pomyślał o zabawnym porównaniu. Uczucia jakimi darzył swego stwórce, który był ojcem choć nim nie tym pierwszym... Były równie intensywne co do Biruty. Inne choć równie mocne. Ciekawy argument gdyby przyszło się tłumaczyć przed ojcem z obaw jego.

Jan gwizdnął i spod murów dziedzińca zjawił się Wąchacz.. Młody spokrewniony pomyślał, że w tak długiej wyprawie... lepiej mieć więcej niż mniej. Pies wyczulone zmysły ma, wzmocnione jeszcze jego wampirzą krwią. Opijał go już od tygodnia. Gdyby ktoś się do obozowiska zbliżał pierwszy larum podniesie. Wąchacz ponadto od swego imienia miał jeszcze pewien oczywisty talent. Tropem szedł wartko... ponoć za wartko, zawrócić go niemożliwością niemal. To jednak Janek rozwiązał unikatową więzią miedzy nimi.

Spojrzał jeszcze po swoich ludziach. Krzesimir był spośród nich najważniejszy. Rzec by można o nim wiele. Jednak Janek był pewien, rozsądku i słuszności tego wyboru. Głównie dlatego, że wybór ojcowy.

Dwóch konnych łuczników znał dobrze. Kamir był zwiadowcą w drużynie ojca. Jednym z lepszych ponoć.

Agabek był człekiem doświadczonym. Jedynym który w stronach Kurów bywał. Zbrojny lata świetności, miał już za sobą. Zresztą był bardziej człekiem od spytek. Niepozornym dziadkiem w obecności którego, ktoś powiedzieć może coś nieostrożnego. Który wie gdzie zapytać i jak zapłacić. I fachu tym nieliche ma doświadczenie. Kamir zwykł go nazywać zwiadowcą innej natury. Do czasu aż burę dostał za zbyt długi język. Nawet wśród swoich...

Był jeszcze Krzysztof zwany dużym. Człek nielichej postury. Pewny w ręku i słowie.

Jan wiedział, że generalnie jego grupa była mocno mobilna. Wszyscy konno, każdy konny łucznik i przywykły do drogi. Nieliczni co prawda ale jeśli będzie trzeba... uderzą i odskoczą.

Na końcu był jeszcze Hamsa Vlaszy. Podopieczny i sługa. Uczeń i osobiste wyzwanie. Miał być w przyszłości tym dla Jana czym Krzesimir dla ojca. Obecnie był namiastką rodzicielstwa bez mała. Bo choć miał talenta i zalety. Miał i wady i był jeszcze młody... Ukształtować należało go... należycie. Jan co prawda talentów klanu w dziedzinie kształtowania jeszcze nie rozwijał. Jednak krew zobowiązuje, należycie do sprawy podejść.

Jan w głowie odhaczał punkty przygotowań do podróży. Prowiant i rzeczy błahe spadły na Krzesimira. Co prawda pewne nie bezpośrednio, jednak to on odpowiadał. Uzbrojenie własne, Jan sprawdził pod okiem rodzica. Zbroja, łuk, kołczany, miecz, szabla... Nie lichy arsenał. Dwie skrzynie ubrań, jedna praktyczna. Rzeczy podróżne, solidnej jakości. Druga skrzynia, reprezentatywne. Solidna szkatuła kosztowności. W niej sygnety i ozdoby maści wszelakiej. W reszcie dobytku zdał się na sługi. Ponoć nawet jakieś podarki dla gospodarzy przygotowano.

Pożegnania w Skrzynnie odbył wszystkie, wiele ich nie było. Wuj Włodek ledwo zauważył, był oszczędny w słowach i gestach. Później jednak poprzez sługę dał prezencik dla Biruty. Tomiszcze opasłe, ponoć o tematyce dla niej ważnej. Czyli jednak pamiętał...

Żywą swą rodzinę Jan obejrzał z rodzicem. Pod inną twarzą i mianem. Radzili sobie dobrze, więc był spokojniejszy. Ciekawił się co prawda czy sami doszli do tego czy pchnięci... Jednak nie zapytał rodzica. Stwórcę pożegnał przed chwilą, dziadka zeszłej nocy. Co prawda w śnie pogrążony, jednak wypadało.

Jan czuł przed podróżą niepokój i ekscytację. Co uważał za normalne w tych okolicznościach. Ciekawił jeszcze środek podróży... co ochroni go przed słońcem w razie czego w drodze.
 

Ostatnio edytowane przez Icarius : 17-07-2017 o 17:28.
Icarius jest offline  
Stary 17-07-2017, 21:44   #3
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5765 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację

Lało z nieba już drugi tydzień i Jan drżał o księgę, prezent Włodkowy. Owinął mu ją co prawda Agabek w nasmołowane płótno i zarzekał, że i przeprawę przez rzekę zniesie bez szwanku, ale serce i tak go bolało.
Jeszcze mocniej zabolało, gdy się okazało, że rzekę iście pokonac muszą, przez Niemen przeprawić się. I to własnymi siłami, gdyż we wskazanym miejsu nie czekał przewoźnik.
Nie, myślał. To się udać nie może.
Ludzie jego tratewki z trzcin zeszłorocznych powiązali, na nich złozyli kulbaki i swój dobytek i do końskich ogonów przywiązali. W wodę nadzy weszli, płynęli koni się przytrzymując.
- Że też nas sikorki jakie nie widzą – zachwycił się Krzesimir sytuacją całą, nim także w odmęty ruszył, owde rozchlapując zdecydowanymi krokami. On także się rozdział, jeno pas zostawił sobie na nagich biodrach, o kształtne jak kolumny nogi obijał mu się falchion.
- Pójdź – Jan popędził psa, do siebie go uwiązując.
Nurt go rychło, siebie próbował kipieli wyrwać i towarzysza wiernego, choć zwierzę to jeno było. Poszedł wyżeł pod wodę, raz się wynurzył i zapadł się znowu. Jan usłyszał krzyk Hamsy, ale puścił końską grzywę, co ją dotąd w garści ściskał kurczowo. Pozwolił swemu ciału opadać i nieść się z prądem, sznurem do siebie uwiązanym szarpał, by Wąchacza do siebie przyciągnąć, a ten drapał i gryzł, psiajucha, w amoku, nie rozumiejąc, że go ratują.
Hamsa znalazł go na piaszczystym brzegu parę godzin później i dobre dziesięć staji w dół rzeki. Jan własnym zimnym ciałem i krwią psa wycieńczonego ogrzewał. Nie rzekł tego chłopcu, bo i sam pewien nie był... lecz gdy już wyżła chciał puścić, bo ten zwiotczał mu w uścisku, jakieś dłonie objęły go w pasie i pociagnęły szparko ku powierzchni.

Choć mokry i wymęczony, promieniał Jan radością i dumą... aż mu ją zmyły kolejne trzy noce nieustającego deszczu.

Kraj mu się ten, ojczyzna Biruty, jawił dziki a nieprzystępny. Bagien pełen a moczarów, rzek rozlanych szeroko. Puszczą porośniętą drzew pełną co starsze były od niego i serce mu napełniały szacunkiem i bojaźnią. Przeklinał, że z ojcem częściej na łów nie jeździł, bo gdyby z lasami się obył, nie byłby teraz zdany całkowicie na swych ludzi w kraju obcym i niegościnnym.

Przynajmniej przewodnik, co ich miał przez najdziksze knieje powieść do dworzyszcza Jawnuty, sojuszniczki dziadowej, czekał na swym miejscu. Gangrel to był, o brodzie czarnej i gęstej i piersi pokrytej misternymi malunkami, ani chybi tzimiskiej sztuki dziełami. Montwił się przedstawił, a poza tem nie odzywał w wędrówca prawie wcale... aż stanęli na miejscu.

- To tu – oznajmił Montwił, a Jan nie powstrzymał się i oczy kułakiem przetarł. Hamsa zsiadł z konia, stanął w błocie przy lewym Janowym strzemieniu i mrugał intensywnie, jakby mu paproch w ślepko wpadł.

Dworzyszcze z dwóch długich chat się składało darnią krytych, a jedna chałupa chyliła się ku ziemi całkiem jak Krzesimir, gdy się łońskiego roku zachlał w Żywcu nieprzytomnie i Jan go musiał doma dotargać. Druga w stanie była niewiele lepszym, i z tej na powitanie wykuśtykał ku nim jakowyś dziadyga, a po chwili dołączyła do niego starka w wytartej wilczurze i dwóch młodzików.

- Imponująca siedziba – oznajmił Krzesimir w zapadłej ciszy.

 
Asenat jest offline  
Stary 17-07-2017, 22:43   #4
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 9866 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Ktoś mu dopomógł lub zwidów dostał. Przygoda lekka nie była, mogła się źle skończyć. Odnotował w myślach brak przewoźnika i decyzję by się przeprawiać. Niby była ona jego lecz wiadomo, że na swych ludzi osąd się zdawał. Dziwnym był ten ratunek nikogo nie spostrzegł. Mimo swych zmysłów wyczulonych. Przewodnik był milczący... cisza ma jednak swe zalety. Jan cenił ją jako paliwo do rozmyślał. A miał o kim... Co prawda próbował podpytać z początku. Jak konflikt z najeźdźcami? Co u pani Jawnuty? Czy Biruta na miejscu? Zbywał go jednak Montwił okrutnie. Jan machnął ręką. Czujniej ino patrząc.

- Imponująca siedziba – oznajmił Krzesimir w zapadłej ciszy po przybyciu na miejsce.

Jan wyuczony był, twardy o silnej woli... nie parsknął śmiechem. Chociaż uwaga Krzesimira celną nazwać należało. Słabość jednak ujście znalazła. Dała o sobie znać, chwil kilka później. Najpierw kułakiem twarz przetarł. Brew prawa ku górze powędrowała. Janek jednak uwierzyć nie mógł w to co widzi. Swoje uwagi zmilczał, choć również miał kilka.

Spojrzał na aury przybyłych i po myślach przeleciał swym zwyczajem. Odruchem było to wyuczonym. Nigdy nie wiesz co ciekawego znajdziesz w umyśle człeka na przeciwko. Nie ważne jak duży czy mały. W aurę spojrzał również z tego względu, by wiedzieć... Witać się dworsko i wylewnie bo spokrewnieni... Czy czekać na to by być powitanym, bo jeno sługi. Pojęcia Jan wszak nie miał z kim ma do czynienia. Na Gangrela spojrzał z myślą, że może podstawiony? Powiódł ich do siedziby Tzimisce ale nie tej co trzeba... Żart jakiś okrutny czy spisek świeżutki?
 
Icarius jest offline  
Stary 19-07-2017, 21:35   #5
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 9866 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Montwił stał nieporuszony i spokojny jak wiekowe drzewa wokół sadyby. Barwy przelewające się wokół tych, co z chatynki wyszli, wskazywały na szacunek i zaniepokojenie. Tylko starca otaczał bledszy kolor, a i nie było to tak ewidentne jak u wąpierzy, ani tak zauważalne jak u Krzesimira, co wiele lat już z nadgarstka krew nieumarłą pił.
- Czas na mnie - oznajmił Montwił i odwrócił się na pięcie.
- Oszczędnyś w słowach do tej pory. Pomówmy teraz. Raz, że dziękujemy za wspólną podróż i bezpieczne dostarczenie. Dwa Pani Jawnuta tutaj? Do niej miałeś nas odprowadzić.
- Pani u siebie, na Bejsagole. Tu �-iaulē, niedaleko, po drugiej stronie jeziora. �-iaulē, Szawle, po waszemu. Tu miałem przywieść - poprawił Montwił. - Pokazać, kędy najbliższy z naszych - przypomniał sobie.
Muskularne nagie ramię wskazało bliżej nieokreślony kierunek za plecami Jana.
- Tamój - wskazanie zostało podkreślone słowem mówionym.
- Gościła u mego rodu kiedyś panna Biruta. Wiesz gdzie teraz jest? - nie dał rady Jan się powstrzymać przed pytaniem. Chciał też zajrzeć w umysł ghula co wyszedł z chaty głębiej.
Gangrel zadumał się chwil parę.
- Takoż - odrzekł, nadal słów używając z taką oszczędnością, jakby mu zabraknąć miało. Krzesimir tymczasem z konia zsiadł i potoczył się ku dziadydze. Kolejne spojrzenie na starca pozwoliło Janowi dowiedzieć się, że ghulem to Bujwid był. Do czasu jak pan jego głowę pięć lat temu pod Szawlami w bitwie położył. A teraz z przybyciem Jana nadzieje wiązał pewne.
- Takoż? Czyli gdzie? - dociekał Jan niewiele rozumiejąc.
- Takoż na Bejsagole - powtórzył Montwił, a wejrzał przy tym w Jana tak, jak się patrzy na dziecko lubo kogoś słabującego na umyśle. Poruszył ramionami potężnymi jak góry, znać już było po nim pierwsze oznaki zniecierpliwienia towarzystwem. - Czas na mnie.
Reszta pytań Jana mogła zaczekać i zmienić adresata.
- Żegnaj. - powiedział Jan już krótko. Zwyczajem Gangrela.
- Powodzenia - rzucił ten przez ramię. - To dobra ziemia - dodał jeszcze.
- Wzajemnie - dorzucił szczerze Jan na odchodne. Dobra ziemia? Ciekawa uwaga. Sam zsiadł z konia i ruszył ku Bujwidowi. Ten przyklęknął, a za jego przykładem poszli młodzieńcy i niewiasta.
- Wygląda na to, że zostaniemy tu jakiś czas. Naszykujcie strawy i pomóżcie się rozgościć. Krzesimir jest tu wydłużeniem woli mojej. Bujwidzie oprowadzisz mnie. I rzekniesz o wszystkim co uważasz za istotne.- rzekł do zgromadzonych.
Młodziankowie skoczyli z końmi pomóc, a starka w kociołku strawę dla przybyłych mieszać i podpłomyki ugniatać.
- O, panie złoty - zarzekał się Bujwid po kurońsku i Jan sam sobie był wdzięczny, że Birutę poprosił, by go języka swego nauczyła, bo by ni słowa nie wyrozumiał z tej dzikiej mowy. - Panie złoty, my czekalim, my wiedzielim, wszystko przygotowane!

W chacie, tej z dachem całym, gdzie wpierw powiódł, czysto było nad podziw. Polepa świeżym sitowiem zasłana pachniała przyjemnie, palenisko obłożono niedawno kamieniami i oblepiono gliną… Nie dało się jednak ukryć, iż było biednie. W tejże chacie mieszkał wespół z córką i dwoma wnukami Bujwid oraz dwie kozy, kilka kur i półślepa ze starości suka. Posłanie Janowi w rogu wymościli futrami, zdaje się najlepszymi, jakie mieli. A daleko im było do soboli… W charakterze zasłonki, co miała zapewnić Janowi ciut intymności, na konopnym sznurze zawiesili dwa płaszcze z czerwonym krzyżem i mieczem, znakiem kawalerów mieczowych.
- Dla innych nie przygotowalim nic… nie wiedzielim - przysięgał Bujwid i w piersi się bił zapadnięte. - Leszy… pan nasz poprzedni, świty nie miał. Jeno nas. Ale naprawim drugą chałupę, miejsce się znajdzie, spyża też, lasy tu łowne, jezioro w ryby bogate.
Jan nie mógł nie zauważyć, że tym, co najsamprzód naprawy wymaga, jest dziurawy jak rzeszoto ostrokół. Jan spojrzał na Bujwida.
- Pracy jest sporo. -przyznał krytycznym okiem zerkając - Mam w przód wiele pytań. Co wam rzekli o przyjeździe naszym i pobycie? Czy ludzie od pani Jawnuty są jeszcze jacyś zapowiedziani? Jak daleko do sąsiada najbliższego a jak do Bejsagole? Kim był twój pan i czy coś tu się po nim zostało? Odpowiadaj wyczerpująco. - podkreślił Jan na koniec.
- Przybieżał pół księżyca temu posłaniec, człek pani Egle. I rzekł, że możny czart z południa zjedzie, i schedę po Leszym obejmie. I że przygotować mamy wszystko, a ugościć jak dawnego pana. Czy zjedzie kto? Ciężko rzec cokolwiek, panie. Od kiedy Leszego zbrakło, to mu tu na uboczu, jako myszki. Czasem ktoś na dzień, dwa stanie, głowę przede słońcem schronić. Wiara z osad naszych dawniej zapomnieli zdaje się już, komu posłuszeństwo należy się. Brodu strzegą woje Samboi, co na wyspie na Rėkyvos żywią. I chyba Samboja teraz władztwo tu trzyma. Do jeziora niedaleko, i ćwierci nocy nie idzie się. Do Bejsagoły będzie z pięć dni drogi… do morza trzy. Po drodze ku morzu Montwił sadybę ma swoją. I gdzieś jeszcze Gościerad, co drugim jest synem Leszego, ale kędy, to nie wiem już. Jeno Montwił nas tu odwiedzał po bitwie. Inni… są pewnie. Ale jam nie słyszał. Po bitwie pozmieniało wszystko się.
Potem zaś Jan pieśni pochwalnej wysłuchał na rzecz Leszego, któren jeśli imię jakie miał ludzkie, to nikt go nie pamiętał. Gangrel był to krzepki, ale samotnik z natury, jak i syn pierowrodny, co go sobie wybrał. Surowy i ostry, rycerstwa krzyżowego wróg zapamiętały. Ale czasem jak noc miał dobrą, to i podróżnym zagubionym dopomógł, i ciepłym słowem sługi własne dopieścił.
- Mało o ludzi jednak dbały był. Piosnki drzewom śpiewać lubiał, w głuszę pójść na długo.
Dóbr po Leszym, okazało się, nie zostało żadnych. Montwił i Gościerad podzielili je między siebie, a do dziedziny ani żaden z nich, ani nikt inny praw sobie nie rościł. Wprost przynajmniej… bo niemożnością było teraz wskazać, kędy granica z sąsiadami biegnie, i kto tu komu podlega. A przynajmniej Bujwid tego nie wiedział.

Jan obchodził ziemię mu podarowaną. Oglądał wszystko okiem gospodarza. Zarządzania znał podstawy jeno. Jednak liczył, że Bujwid lub Krzesimir w temacie wiedzieli więcej. Czemu o nadaniu nikt oficjalnie nie powiedział? Jechał w gości do Jawnuty. Dom reprezentować i nauki pobierać. Przetrwanie w głuszy to oczywiście też forma nauki… tylko coś mu nie pasowało. Czemu nie przyjęli go w Bejsagole najpierwiej? Odpowiedź prosta opóźnić go chcieli lub odwieść od wizyty. Pięć dni drogi od Biruty. Nie brzmiało źle, choć tylko pozornie zapewne. I miałby się zatrzymać? Niedoczekanie. Bujwida chwilowo odprawił i na bok wziął Krzesimira. Hamsa nigdy nie opuszczał pana na krok. Chyba, że na rozkaz wyraźny. Ten nie padł tym razem.
- Ziemie podarowali - powiedział Jan. - Tylko w dziwny sposób. Na Bejsagole nie zaprosili lub ktoś zmienił rozkaz. Co myślisz o sprawie? - Jan wiedział, że Krzesimir doświadczenie zdobywał jako prawica Bożywoja. Nie jedno więc widział i słyszał.
- Iże na tym bezludziu prędzej czy później spijesz mnie. Ale ja cię pierwej jako dziewkę wyobracam - Krzesimir wydął wargi. Nie tego spodziewał się i zawiedzion był okrutnie.
- Nie żartuj mi tu teraz. - choć i tak Jan lekko się uśmiechnął - Chce tylko wiedzieć czy myślisz podobnie. Czemu o nadaniu nikt oficjalnie nie powiedział? Czemu tu a nie na dwór Jawnuty? To nie narusza jakiejś etykiety? Nie powinienem się stawić przed jej obliczem osobiście najpierwiej?
- Ktoś nas… ciebie, Janeczku niebożę, urządził wielce subtelnie - przyznał ghul z niechętnym podziwem i powiódł spojrzeniem po sadybie. Z ust mu nie schodził urokliwy uśmiech, ale w oczach znać było zniechęcenie.
- Pewnikiem to nie nadanie zresztą żadne, a czort wie co. Ale nawet to odbyć się nie mogło poza świadomością Jawnuty. Ostawisz ten kurnik na oka mgnienie, czy burzyć się poczniesz, to jakbyś Diablicy na rękę w hojnym geście wyciągniętą napluł. Obcy jesteś, rządzić się będziesz, to zaraz swara się z miejscowymi z tego jaka urodzi. Będziesz siedział i w barłóg bździny puszczał bezczynnie, to pokażesz, żeś strachliwy i zaszczytu danego niegodny. Nie pojedziesz się pokłonić, wyjdzie, żeś cham lubo władzy jej nie uznajesz. Źle, żeś tego wielkoluda puścił. On wiedział coś… a sentymenta jakieś ma miałkie. Nie do nas - zastrzegł. - Do kurnika.
Jan teraz jak nad sprawą myślał. Rację musiał przyznać. Montwił mógł być pierwszym synem Leszego. Skoro Gościerad był drugim. To by tłumaczyło sentymen do domu ojca. Może się tu wychował? Rzec mógł coś przydatnego. Gdyby Jan wiedział, że gospodarz zaprosiłby z miejsca. Wtedy jednak jeszcze nie wiedział. A gonić po lesie głupio i nie wypada.
- Puścił, nie puścił. Sytuacja byłaby taka sama. Mieszka w okolicy. Zawsze możemy zajechać. Po mojemu trza nam wybrać drogę dyplomatyczną. Zostańmy tu noc lub dwie. Naprawim ostrokół i zadbamy z grubsza o miejsce. Bujwidowi można by dać krwi, miejsce oznaczyć. Potem jechać nam do Jawnuty. Pokłonić się i podziękować. Zostać nam nikt nie kazał. Wyjście takie widzę. Nie idealne ale chyba jedyne.. reszta stawia nas w świetle gorszym.
- Pięć dni drogi tam. Pięć z powrotem. Może więcej - wciął się Krzesimir. - Z dwa-trzy na miejscu. Wiem, żeś kurnik dostał. Ale jak go zostawisz na pół miesiączka, to ci kury i dach ukradną.- Krzesimir przesadzał podłóg Jana miary.
- Kurnik stoi tu od lat pięciu. To jeszcze postoi… Tu nie ma czego grabić. Jakby jakieś zamiary mieli niecne nic byś tu nie zastał.
- Teraz już jest - zaoponował ghul kwaśno. - Twoje i ojca twego dobre imię.
Jan wzniósł oczy ku górze. Rację niby miał choć marudził Krzesimir. Nie takie miejsce zesłania mu się widziało. Czy ktoś faktycznie chciałby Janowi wyzwanie rzucić. Niszcząc ziemię jego. Zresztą jaką jego. Czuł, że to chwilowe. Choć marzył mu się jak każdemu z jego klanu skrawek ziemi własnej.
- To co proponujesz krynico mądrości?- rzekł Jan z rezygnacją.
- Ubierz gębę we wdzięczny i zachwycony uśmiech. Ktoś nas obserwować może. Ty zostajesz i pilnujesz obejścia, ja jadę do Bejsagoły. List napiszesz do Jawnuty, w którym się rozpłyniesz nad jej darem i wyrazisz ubolewanie, że pokłonić się nie możesz osobiście. Lecz nowe obowiązki nie pozwalają ci. Ja się wywiem, co się tam dzieje. Bo albo ktoś ci chce zaszkodzić, albo trzymać z dala od Jawnuty. Mnie w nic nie wplączą, jest tylko ghulem. I zawsze mogę rżnąć głupszego i mniej znacznego niż jestem.
- Przeszło mi to przez myśl, chwil kilka temu. Tylko obawa zachodzi czy cię ktoś po drodze… nie zatrzyma.- nie dodał, że pernamętnie - Jakbym chciał nam zaszkodzić, obserwował. Tak bym sam zrobił. Dalej zachodzi pytanie.. z dala chcą mnie trzymać od Jawnuty a może Biruty? Niezależnie od której... jeśli ktoś ma interes by mnie tam nie było. Być czym prędzej powinienem.
- Chuć ci poczynania dyktuje, nie rozsądek. A na pewno nie dbałość o ród - zauważył kąśliwie ghul i do koni się obrócił. - Jadę do osady nad jeziorem. Obaczę, na czym się tu stołować można i czy odszorować trzeba przed zakosztowaniem.
- Zagonisz ludzi za dnia do odbudowy ostrokołu. Jak oddech złapią.
- Taaaaa… jedną zerdz aksamitem okręce. Gdyby twa sikorka zjechała i na twoim drążku nie chciała usiąść. Będzie miała jak znalazł…
- Przyganiał kocioł garnkowi. Ciebie napędzają nawet większe chucie. I uprzedzając moja nic mi nie przesłania. W dodatku pojedyńcza.
- Właśnie - zgodził się ghul. - Napędzają. Po prawdzie to - myslisz że przyjedzie?
- Rozważałem to i obaj wiemy jak jest. Wiele czynników. Pierwszy to czy wie? Zakładam, że lisica jak ona wie. Drugi czy może? Czy zakazu nie dostała. Skoro mi ktoś drogę utrudnia to i jej może. Liczę, że przyjedzie lub kogoś przyśle. By naświetlić nam sprawę. To jej strony nie nasze.- że sprytniejsza od niego głośno nawet nie rzekł.
- Dam ci radę złotą za darmo. Nie polegaj na niewieście innym sposobem niż biblijny.
- Za radę dziękuję jak zawsze.- choć stosunek Krzesimira do kobiet był mu powszechnie znany - Wywiedz się jak najwięcej o tej osadzie. Drwali nam trzeba, żeby tu porządek zrobić. Czymś ich trzeba przekonać do posłuszeństwa i roboty. Niestety subtelnie, sami nie wiemy na czym tu stoimy. Bujwid coś tam szeptał, że osady były Leszego. Tylko "ludzie zapomnieli zdaje się komu służyli". Po mojemu nie zapomnieli, tylko zapomnieć chcieli. Póki czarta widzieli posłuch był. Bujwida jako marnego sługę pogonili. - zakończył Janek gdy Krzesimir był już siodle.
-Powodzenia i w pierwszej wizycie nie trwoń czasu nad miarę. Zdążysz jeszcze, trzeba nam najpierw zadbać o swoje. - słowo swoje brzmiało w jego ustach obco. Mało miał rzeczy swoich a już na pewno nie ziemię. Nie dowierzał w podarek. Dany w dziwny sposób i bez zasług. Poza uratowaniem Biruty lat temu parę, innych czynów miłych dla rodu Jawnuty nie sprawił.

Po tym znów wziął Bujawida na spytki. Granice mogły być niepewne ale teren Leszego Bujawid znał. Jan chciał sobie narysować z grubsza mapę. Co na tym terenie jest. Wszystko co godne uwagi zaznaczyć. Łowiska, drogi czy inne warte wzmianki obiekty. Bujawid rzekł też o osadach nie osadzie więc teren był chyba rozległy. Czym się w tych osadach zajmują z czego żyją? Jak liczni mieszkańcy? Czy mocno się im Kawalerowie Mieczowi dale we znaki? Kto w nich rządzi teraz. Jak Leszy tam władzę sprawował? I o sąsiednich jak najwięcej. Bo na razie jeno to imiona Samboi, Montwił czy Gościerad. W gościach pewnie u pana poprzedniego bywali, może coś o nich mówił czasami... W końcu Bujwid może i sam miał jakieś obserwacje. Czytał przy tym jego myśli. By słowa poparły obrazy i by wiedzieć czy gdzieś się z prawdą nie rozminął. Choć Jan uważał, że Bujwid liczy na służbę u niego i krew pana. To była nadzieja jaka się w nim ukazała i połączona z Janem była. Bujwid chciał zyskać to co najważniejsze.... przetrwanie.

Stąd Jan to oczywiście zaznaczył, o ile starzec się sprawi... Wtedy przygarnie go i wykarmi jak poprzedni pan. Zastanawiał się przy tym Jan czy starcem był ghul wcześniej? Czy go ta starość dopadła jak pięć lat krwi nie pił. I ile sił mu wróci jak znów jeść dostanie. Nakazał mu coś więcej rzec również o sobie i synach. Kim są i co potrafią. Jan lubił wiedzieć więcej jak mniej w każdej niemal sprawie.

Gdy wszyscy pogrążyli się w zadaniach Jan usiadł do listów. Pierwszy skreślił do Jawnuty. Miły uprzejmy i dziękczynny. Wymienił jej wszystkie tytuły, zaznaczył że przybył zgodnie z umową rodową. Podziękował za gościnę. Za dar podziękował kilkukrotnie. Nadmienił co Krzesimir radził, że ukłony przesyła ale nowe obowiązki zatrzymały. Podarek od rodziny przesyła i o wierności swej zapewnia.

Zresztą pomyślał Jan pisząc, gdyby chciała go Jawnuta widzieć... Gangrel by go doprowadził do niej bezpośrednio.

Drugi list Jan skreślił do Biruty. Napisał, że przybył na ziemie jej rodu i z jakiej przyczyny. Radość wyraził z końca przymuszonej rozłąki. O tęsknocie tęż zapewnił i żywych uczuciach. Wyjaśnił pokrótce w jakiej sytuacji się znalazł. Powiedział szczerze o chęci galopu do niej na końskim grzbiecie. I przyczynach wstrzymania się... które rozsądek i zasady nakazują. Oni zaś ich więźniami. Poprosił też o wskazówki co dalej czynić. Bo sytuacji zastanej tu nie zna i błędów nie chce uczynić.

O spotkanie prosić się nie ważył. Ona wie i on wie... i tak sobie Janek pomyślał, kocha przyjedzie sama. Jeśli kocha szczerze.
 
Icarius jest offline  
Stary 21-07-2017, 19:21   #6
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5765 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Jan musiał przyznać, rzecz jasna w skrytości ducha, że początek jego panowania równie mało imponujący był jak dziedzina. Gdy słońce zaszło i trupi paraliż opuścił jego członki, ujrzał nad sobą chłopięcą twarz swego młodego sługi.
- Z tego ostrokołu to nic nie będzie, panie – ocenił, podając mu giezło. - Krzysztof i jednego drzewa nie ściął. Zamachnął się toporem, raz uderzył i drugi, a potem nad rzycią złapał się i jako tur zaryczał. Leży teraz. Nie rusza się. Mówi, że wiedźma go kopnęła...

Młody Tzimisce buty wciągnął, by znaleźć zaraz człeka swego. Krzysztof, co w niejednej bitce stawał, a w Skrzynnie częstokroć na ucztach popisywał się, ławę z siedzącymi na niej czterema dzierlatkami podrywając na wyciągniętych ramionach w górę, nie mógł ni stanąć, ni siedzieć, ni leżeć nawet na plecach. Pokładł się na brzuchu z zadem w górę wypiętym i jęczał z bólu niby klępa cieląca się.

Nim się zdążył zastanowić dobrze, jak tu by słudze wiernemu ulżyć, dopadł go Bujwid. Musiała go ośmielić wczorajsza obietnica krwi, bo czepił się janowego rękawa i pytać począł, kiedy Jan ofiary złoży, i kiedy niedźwiedzia złapa. Bowiem za Leszego to zawsze mieli oswojonego niedźwiedzia na łańcuchu na bramie, a Leszy ofiary miłe bogom czynił. I rzecz jasna, Leszy we wszystkim był najlepszy i czynił najsłuszniej. Krzesimir ledwie Jana zobaczył zażądał, by dziewki służebne ściągnąć i to szybko, bo jakoby nie mógł znieśc widoku córki Bujwidowi, przy praniu zarzucającej sobie obwisłe piersi za ramiona, by się jej w wodzie nie nurzały. Tak nie mógł znieść, że się spił ostatnim garncem miodu zabranym Bujwidowi, zły był jak osa i uszczypliwy, i tylko obietnica weseliska w Zgniłym Potoku, o którym się Jan od Bujwida dowiedział, rozjaśniła nieco jego urodziwe oblicze.

Jan pewny nie był, czy akuratnie teraz zaślubiny będą mieć miejsce... jednak im bliżej byli, tym więcej owej pewności zyskiwał. Pierwszą oznaką był jakowyś mąż, z przepicia nieprzytomny, leżący wpoprzek ścieżyny, którą jechali. Później muzyka, gwałtowna i dzika. Na koniec światła między drzewami, śmiechy i korowody tańczących na polanie i między rozstawionymi ławami. Tu kilku starców nad rogami z miodem kiwa siwymi głowami nad obecnymi czasy, tam młodzież przeze ognie skacze. Rejwach i wizg niemożebny, ciżba przeogromna, cała okolica się chyba zjechała. Nie wiedzieć tylko, która to panna i pan młody...
- Smacznego – oznajmił Krzesimir i, przeniewierca, zerwał się z Janowej smyczy, ulatniając się w tej samej chwili. Młodziutki Vlaszy gapił się na rozpasane a swawolne tańce okrągłymi jak czerwońce oczyma.

I nagle dziewka jakaś chwyciła Jana za ręce, dłonie jego oplotła wokół swej kibici i pociągnęła za sobą w wir tańca, przylgnęła całym ciałem. Jan próbował nadążyć, a nade wszystko próbował nie stracić równowagi. Dziewczyna traciła ją co chwila i łapała, przytrzymując się Jana, napierając na niego ciepłymi piersiami aż nazbyt dobrze widocznymi spod rozwiązanego zachęcająco giezła, wionęła mu twarz oddechem słodkim od miodu.

W tym szaleństwie, wirowaniu i słodkości dostrzegł nagle Jan Montwiła. Siedział Gangrel na pniu drzewa w towarzystwie woja jakowegoś zacnie odzianego, i usta jego ewidentnie się poruszały. Poruszały się nieustannie, co by znaczyło, że wypowiada właśnie więcej słów w tej jednej chwili niż do Jana przez góra tydzień. Jakaż niecodzienna potrzeba przerwała tamę jego milczenia jak wezbrany potok?

Nim sobie Jan zdołał odpowiedzieć na to pytanie, zdał sobie sprawę ze zgrozą, że przypadkowa jego bogdanka ciągnie go w stronę strzelających snopami iskier ognisk. Zdał też sobie sprawę, że wie, co teraz śpiewają. Co więcej, wie, kto śpiewa. Znał tę kobzę, i znał ten głos, zaskakująco młody w starym ciele.
- Chorotka? - spytał sam siebie na głos, a zawirowanie korowodu tancerzy odsłoniło mu dawnego przyjaciela.
 
Asenat jest offline  
Stary 22-07-2017, 01:21   #7
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 9866 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Dziewoja chciała z Jankiem skakać przez ogień i gzić się w krzakach. Teraz go ciągneła do ognisk. Jan do dziewczyny przemówił, żeby przy Chorotce usiadła. Palcem go wskazał. Mówi, że to jego przyjaciel i miło go zaskoczy. Skakać przez ogień nie będzie złe wspomnienie z dzieciństwa. Chorotce niech powie o Janie ze Skrzynna. Radość mu sprawi a on Jan zaraz do niej wróci.
- A bo to ja kostur sękaty, by przy starcu w weselną noc siedzieć? - odparła dziewoja, a na wzmiankę o złych wspomnianiach, które jakoby wzbraniają jej wybrankowi skakać przez płomienie, skrzywiła się z niesmakiem.
- Wynagrodzę ci to za chwil kilka. Nikt takiego skarbu nie odstawi na długo. Wrócę za pieśń lub dwie. Potańcujemy w milszy sposób.
- Jak nie ty, to kto inny - rzuciła lekko przez ramię, i przez to samo ramię przerzuciła grubą kosę ozdobioną kwieciem. - Teraz albo nigdy - przymrużyła oczy jak żbik na gałęzi.
- Zrób jak mówię. Nie pożałujesz tego do końca wieczoru - Jan na dziewkę lekko nacisnął i pocałunek skradł. Bo i wyboru nie miał. Podsłuchiwać chciał - Zrób staremu radochę i mi tylko.. jedna pieśń. - i Jan nie czekając ruszył w swoją stronę. Licząc, że a nóż dziewczynę przekonał. Jeśli nie ze swym ładnym licem i w nocą upojną, poradzi sobie z pewnością. Nie ta to inna.

Tymczasem Montwił i obcy woj miny mieli jakby na stypie siedzieli, nie na weselisku. Mars głęboki przeciął czoła obydwu mężczyzn. Szeptali do siebie, w krzepkich prawicach dla niepoznaki dzierżyli rogi z miodem.
- … a pewnikiem Biruty ciżmy wylizuje brat mój - mówił Montwił. - Żadnego ze szczawia pożytku. Na was wiedziałem, że liczyć można.
- Niedźwiedź pilnować się teraz musi, krzyżactwa się nalazło, to i mnie jeno posłał… a sam by rad zjechał, z tobą uwidział się. Myślisz, że iście coś tu urodzi się?
- Córki lasowi przyobiecał a nie dotrzymał. Źle, żem nie dopatrzył.
- A może rozejdzie się po kościach? - zasugerował woj, ale po głosie znać było, iż nie nazbyt w to wiary pokłada. - Z Samboją mówiłeś?
- Z Samboją nie gadam, chyba że wojna…
Rozmowa gładko zeszła na wojnę poprzednią.

Jan chwilę odczekał czytając myśli wojaka i badając aurę. Po czym podszedł do wojów.
- Witam, ponownie Montwile. Rzec teraz powinienem sąsiedzie. - spojrzał na drugiego wojaka i skinął mu również głową. - Jan ze Skrzynna. - przedstawił się.
- Hmpf - odmruknął Montwił swoim zwyczajem, ale po chwili dodał. - Diabeł, co objął dziedzinę ojcową. A to Merlund, ghul Niedźwiedziowy.
- Miłorad, proszę - odparł tamten. - Miłek.
Janka zdziwiło, że to ghul Trędowatego. Choć nie najmłodszy, był całkiem miły oku i nie nosił żadnych obrzydliwych znamion, którymi naznaczała czesto krew Nosferatu. Ale potem ghul wyciągnął ku niemu prawicę, całą pokrytą kurzajkami. Jan nawet się nie skrzywił. Widział rzeczy w rodzinnych stronach, wielokrotnie gorsze. To drobna zaś wada. Miłek miał szczęście lub krótko służył, jako ghul Niedźwiedzia. Uścisnął prawicę w geście przywitania.
- Chciałbym rzec Montwile, żem nowy w tych stronach. Chciałbym jednak zgody i przyjaźni między sąsiadami. Gościem będziesz zawsze miłym u mnie. Możem i Diabeł lecz takiego lepiej zawsze mieć przy boku. - uśmiechnął się szczerze - Honoru zaś mnie i rodzinie mej nikt nie odmówi. Miłoradzie przekaż wyrazy szacunku swemu panu. Zdaje się i on mym sąsiadem lecz z północy.
- Hmpf - skomentował Montwił, a Miłek rozjaśnił się jak słoneczko, które to zjawisko Jan jeszcze pamiętał.
- A jakże, a jakże. To kiedy nawiedzicie nas? Ilu ludzi macie ze sobą, panie?
- Nawiedzę jak w sprawach okolicznych się rozeznam i o teren oraz ludzi zadbam. Najpewniej nie prędko, bo do odwiedzenia mam również panią Jawnutę. Dziadek Zoltan nakazał szacunki przekazać - Jan celowo wspomniał dziadka. Skoro Jawnuta była pierwszym jego przymierzem. To najpewniej gdzieś w plotkach krążył nawet na północy. - Ludzi kilku mam i sam walczę nie zgorzej. Sądząc po pytaniu i waszych minach gdym podchodził. - zamilknął na chwilę - Problem was trapi, wrogi problem najpewniej. Rzeknijcie coś więcej?
- Widzicie, mości Janie, z rycerstwem Bożym to jest tak: niby nie rodzi się, bo niewiast wśród nich nie ma. A jednak mnoży się na potęgę. Jakby na każdej komturii mieli diabła własnego, co im lepi nowych puszko głowych że słomy zgnitej i mysich bobków… pokonaliśmy ich pięć lat temu, do cna prawie znieśliśmy, a nalazło się zarazy od nowa - naświetlił sprawę Miłek i miodem w rogu zakręcił, by trunek jednym haustem w gardziel wlać.
- Rzekłeś prawie i tu bym szukał przyczyny. Zwycięstwo w walce to etap, do końcowego zwycięstwa ostatecznego. Komturie trzeba spalić lub przejąć w nich władzę. Inaczej ten problem nigdy nie zniknie. Mięć je w garści albo w gruzie. Nie dopuszczać nowych… niezależnych. Wojaków w Europie wielu. Każdy chce ziemi, złota i tytułów. Rycerze zakonni zawsze znajdą chętnych. Będzie ich rzeka, mrowie całe.
- Hm… pf- tym razem wymruczał Miłek, ewidentnie i z rozmysłem Gangrela naśladując. - A ile ty, Diable, żeś bitew wygrał i przegrał?
- Nie rzeczemy tu o bitwach moich. Naukim i prawidła życia pobierał od najlepszych. Rzekłeś, wracają. Ja ci rzekłem czemu. Problem nakreśliłem i możliwe rozwiązanie. Nie rzekłem, że łatwe czy najlepsze. Wygraliście raz, wygracie i drugi. Wojów ziemia ta twardych rodzi.
- Aha - wciął mu się Miłek w słowotok. - Znaczy, niewiele. I tu bym szukał przyczyny - powtórzył jego słowa razem z intonacją i wstał, klepnąwszy Gangrela w ramię. - Porozglądam się nieco… za ślicznotkami.
Dziwnie niewesołym rzekł to głosem.

Jana ghul nie wzruszył. Nie jego sprawa. Gdy Miłek odszedł rzekł do Montwiła.
- Pomoc ci potrzebna? Rzeknij szczerze i otwarcie. Jak i ja teraz mówię.
- Otwarcie? Mądrz się dalej, to cię Niedźwiedź swemu pieszczochowi w kawałkach poda. Albo Samboja krwi do sucha na kamieniu ofiarnym upuści - Montwił nagle zyskał na wymowności, a potem zamilkł równie gwałtownie jak przemówił, oczami wodząc czujnie po rozradowanych biesiadnikach.
- Prawdę rzekłem, oni nie przestaną napływać. Sam Miłek rzekł, że w komturiach diabeł ich lepi.
- Miłek był skaldem. To taki grajek, co bajędy prawi do muzyki. Czasem jak powie co, to inakszej rozumiec to trza. Zamki chcesz burzyć i obsadzać? A jakimi ludźmi? Chyba temi, co ich sam z mysich bobków ulepisz - Gangrel parksnął jak koń i pokręcił głową. - Lipa stoi?
- Szczerość i otwartość. Czasami boli w uszy. Lecz tym cenniejsza jest, bo nie każdy tak rzeknie. Większość nic nie rzeknie, z tego nie użytek. Nic nie powiedziałem o własnoręcznym burzeniu czy obsadzaniu. Za młodym na takie sprawy. Rzekłem co zrobić można. Miłek może Skald i bajarz. Tylko każda bajka ma ziarno prawdy. Oni naprawdę nie przestaną napływać.
- To nie gadaj, czego zrobić nie jesteś władny - Gangrel skrzywił się, jakby zgniłą śliwkę ugryzł. - Stoi lipa?
- Stoi ponoć. Jeszcze przy niej nie byłem. Pani już nam znak dała o swojej obecności.
- Jaki znak? - twarz Gangrela ścięło w jednej chwili jak mrozem.
- Mego człeka napomniała. Połamany bólem leży. Ostrokół chciał naprawić i po drzewo poszedł. Nieświadomi byliśmy jej obecności. I z nią chciałbym w przyjaźni sąsiedzkiej żyć.
Podobno wampir nie może zblednąć. Montwił zbladł jak całun pośmiertny, nawet malunki na piersi mu pojaśniały.
- Nie wiesz o czym mówisz - wyszeptał. - Nie tykajcie drzew. Nie tykajcie ptactwa.
- Dziękuję za radę. Szkoda, że nie rzekłeś mi tego od razu. Powiedz mi bo widzę, że wiesz dużo. Kim ona jest i jakich zasad w kontakcie należy przestrzegać?
Montwił miast odpowiedzi powstał, rozprostował się, rękę wolno przed się wyciągnął.
- To nie twój sługa, chłopię tamto? - wskazał palcem na Hamsę, stojącego pośród tańczących nieruchomo jak żona Lota w słup soli obrócona. - Na co on patrzy?- Jan na Hamse spojrzał momentalnie i sam się poderwał za wzrokiem Montwiła podążając.

Sługa jego, czy też giermek, jak wiedział, że Hamsa wolałby być nazywany, stał nieporuszenie pośród wirujących w uścisku par, plecami do nich zwrócony. Ten bezruch u żywego jak srebro chłopaka był czymś nienaturalnym, Hamsa ledwie był w stanie usiedzieć podczas nauki pisania, a co dopiero pośrodku weseliska.
- Wołaj go! - syknął Montwił i ramię za pień zapuścił, dobywając wielkie toporzysko.
- Hamsa do mnie! Co się dzieje? - Jan był zdezorientowany. Lecz gardło zdzierał jakby się palił, sam dobył miecza i rzucił się w tamtą stronę.
Para tancerzy z wrzaskiem zeszła mu z drogi, kolejna, rozpędzona, wpadła na niego, pchnęła na innych. Jan dostrzegł, że Vlaszy krok zrobił przed siebie na dziwnie sztywnych nogach, muzyka wwiercała się w uszy, ludzie zaczęli krzyczeć, a najgłośniej ryczał Montwił za jego plecami. Dobiegł Jan wreszcie, złapał Hamse za rękę, obrócił ku sobie przemocą. Dzieciak oczy miał zeszklone zachwytem, całkiem jak służka trafiona sztuką uroczną, w której cechowali Patrycjusze. Na ustach uśmiech rozanielony. Nogami ciągle przebierał, i byłby poszedł, gdyby go jan z całej siły nie przytrzymywał.
- Są tu - mruknął Montwił, ledwie rzuciwszy okiem na Hamsę. Od ognisk nadbiegał Miłek.
- Kto i jak zwalczać? Chorotka do nas bronić się trzeba! - wydarł się w stronę ogniska. Liczył, że głos jego tak często słyszany rozpozna. Rozejrzał się czy i drużyna jego która trzymać się miała blisko nadbiega.
- Glande córki wszystkie żonie przyobiecał, że lasowi odda. Tę sobie zatrzymał. To las po nią przyjdzie - mruknął.
- Bijemy się czy oddajemy dziewkę? - spytał poważnie Miłek, a Jan poczuł na ramieniu dłoń miękką jak irchowa rękawiczka.
- Nie podoba ci się muzyka moja, Janie, to idź szmeru listowia posłuchać, a nie weselisko młodym psujesz.
Jan po pytaniu Miłka spojrzał na Montwiła. Był starszy i tutejszy. Dziewki było szkoda ale czy warto i można było stawić czoła owemu lasow.
- Jak walczyć i czy walczyć? - spytał Montwiła - Córki Glande szkoda, on wierny człek Leszego. Obronić chciałbym. - wtedy do Jana dotarł dotyk i słowa Chorotki. Na twarzy Janowej przejętej i niepewnej wykwitł uśmiech. Naturalny nie wymuszony na widok przyjaciela. Choć nie pasujący do sytuacji. Niczym uśmiech szaleńca. - Chorotka nie żartuj. Las po dziewkę idze, pomóż jakoś. - sam nie wiedział co plecie i na co liczy. Co niby Chorotka mógł zrobić jak tu Montwił, nawet się zawahał.
 
Icarius jest offline  
Stary 22-07-2017, 17:58   #8
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5765 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
- Ja dopomóc mogę – zaszemrał Chorotka zamszyście, i został doszczętnie zignorowany.
Montwił, nawet Miłek, choćby i kiedyś gędźby plótł, byli wojami. Nie zwracali uwagi na wątłego starca. Wojem był też Glande, co się pojawił znikąd i z gniewem zakrzyknął, czemuż z bronią w czas wesela biegają, obyczajów nie szanują...
- Byś własne słowo dane szanował – odgryzł mu się Miłek – nie musielibyście.
- Córkę ostatnią, tę najmłodszą, najbardziej umiłowaną oddać miałem – Glande zacisnął zęby – Ty byś lasowi oddał? - zwrócił się do Montwiła ostro, ale Gangrel jeno wzruszył potężnymi ramionami.
- Nie mam córki.
Powiódł spojrzeniem po zbitych w krąg wojach, Miłku, Glandem, przybocznych Janowych.
- Diabeł ma rację. Bronić trza. Ale każdemu z nas za człeka straconego swojego woja oddasz, Glande. Tyś przyczyną tej chryi.
Podrapał sie po gęstej czuprynie.
- Ojciec gadał, że nigdy ich nie widział więcej niż pięć. Może ich więcej jak pięć nie ma. Zwieść się nie dajcie. Silniejsze są niż my, zręczniejsze i wytrzymalsze. W drzewo potrafią schować się i wychynąć. Zwierzęta mają na usługach. Ptactwo zwłaszcza, żbiki, rysie i wilki... Podobno brąz im szkodzi... ale ociec nie sprawdzał tego nigdy. A najgorsze nie to, że wypatroszyć umią jednym pociągnięciem. Jeno że tak spojrzą się, uśmiechną, że sam serce sobie wyrwiesz i im podasz na wyciągniętej ręce – Montwił zagryzł wargi i mruknął cos w gęstwinach brody niezrozumiale, by pociągnąć zaraz głośniej: - Sporo nas, spróbujmy je przegnać.
- Nasz gość zdaje się nie wie, z czym do czynienia ma – zauważył Miłek, wskazując na Jana.
- No dziwożony przecie – sarknął Gangrel
- A czemuż – zaszemrał znów ignorowany przez wszystkich Chorotka w Janowe ucho – ów człek miał dziewkę oddać lasowi?
 
Asenat jest offline  
Stary 22-07-2017, 23:49   #9
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 9866 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
- Przysięga pewnie jakaś. Driady czy inne coś co tylko dziewczęta biorą. Zapłacił im pewnie za coś na ten sposób. Jak masz jakiś pomysł mów prędko i zwięźle. Po ich słowach może rozpoznajesz z czym mamy do czynienia. - odpowiedział Jan Chorotce. Ten był spokojny, zbyt spokojny jak na gust Jana. Po czym przemówił do pozostałych.
- Rzeknij Glande jeśli mam krew za ciebie przelewać. Czemu miałeś córkę oddać Lasowi? - zapytał spokojnie zdecydowanym tonem. Emocje które w nim buzowały starał się trzymać na wodzy.
- Obiecała, że synów mi urodzi, jeślić córki oddam - odburknął Dzik odstręczająco, znać, że mu pytanie Jana w słabiznę trafiło. - Jeno że mniej było tych synów niz córek!
Jan pomyślał, że na ilości i podział to się pewnie nie umawiali. Więc Glande dał się zrobić lub miał pecha zwyczajnego.
- Dziwożony nie porywają mężatek - wymamrotał na stronie Chorotka. Tłum wydzierających się na siebie i szczerzących kły wojów onieśmielał go i Jan widział, że przyjaciel o krok jest od tego, by się po cichutku ulotnić.
- Spokojnie Chorotka, bezpiecznyś ze mną zawsze. - miarkował do przyjaciela dłoń mu na ramieniu oparł - Mówiłeś, że dopomóc możesz. Rzeknij jak?
- Zaczarować mogę. W pole wyprowadzić - poddenerwowany Chorotka wił się jak glista, unikając Janowego wzroku - Po pokładzinach dziewka, co według tego człeka słów jest z ich krwi, będzie mężatką. Bliżej jej będzie do śmiertelniczki niże leśnej panny. Winny odstąpić. Mogę, emmm… pomówić z nimi?
- Mścić się nie będą? Wyprowadzim ich w pole, zdobyczym pozbawim. Jest jakiś zwyczaj sposób na pakt czy chociaż rozmowę?
- Reguły obowiązują wszystkich - Chorotka poruszył długimi wąsami - Mężatek brać im nie wolno. Dziewka ze ślubnym zdążyła lec? A to się było pospieszyć. Umowy umowami, ale kto swego nie pilnuje, ten stratny z własnej winy. Pewnikiem dlatego teraz przyszły… o zaślubinach wywiedziały się.
- Oni z kolei - wskazał na wojów głową. W szeptach między nimi - Mogą cię nie posłuchać. Wojowie dumni, tyś dla nich muzykant w dodatku starzec. Nie mądry przyjaciel jak dla mnie. Ja im to rzeknę jeśli pozwolisz? - Jan poczekał na zgodę. Nie chcąc sobie przypisywał słów czy zasług Chorotka bez zgody. Starzec kiwnął głową, tuląc do siebie swoją kobzę, jakby mu tarczą była. Jan wyszedł do przodu.
- Słuchajcie i zaufajcie Diabelskim sztuczkom. Teraz gdy wiem więcej o naturze problemu. Walka wda nas w konflikt to ostateczność marna. Wyrwę uczyni między nami a leśnym ludem nie do wyleczenia. Glande, córa ma mieć pokładziny natychmiast. Dziwożony brać mężatek nie mogą. Odpuszczą twej córce, ułożym się z nimi potem jakoś. Chorotka je oczaruje w pole wyprowadzi da ci czas. Ja z nim pójdę pleców jego pilnować. - Jan był spokojny, bo spokój przybrał niczym maskę. Jego pierwsze emocje minęły. Przemawiał naśladując ojca swego. Tonem nie za głośnym, zdecydowanym choć chłodnym.
- Zaatakują, jak zwąchają, co święci się - Montwił szarpnął brodzisko. - Ale dziewki i tak strzec trza… można i mężatki. Dawaj córę mężowi, Glande, niech drzwi od wewnatrz podeprze belką i bierze co jego, teraz. My wokół chaty ustawim się.
Jan kątem oka dostrzegł, że Chorotka krok po kroczku, rakiem cofa się z kręgu radzących.
- Chorotka miałeś mylić i czarować. Róbmy to zatem, szkoda panny i awantury nam nie trza. Będę tuż przy tobie. - wspierał przyjaciela gdy tego strach ogarniał.
- Dopomogę, dopomogę… jeno żeby to do jaśniepani uszu nie doszło - uzupełnił szeptem. Janka zawsze zdumiewało, jak ktoś tak bojaźliwy mógł wieść trudny i pełen niebezpieczeństw żywot wędrowca, zamiast dzięki swemu talentowi przytulić się przy jakim dworze. - Nie bocz Janku się, ale klan twój wielce ubogi w poczucie humoru…
- Prawda to, to i co się boczyć. Mnie ty humorem zarażasz. Później rzekniesz o co chodzi z tą panią. I co tam słychać na Jawnutowym dworze. Nim zaczniemy prawić o innych niewastach, uratujmy najpierw tę pierwszę. - rzekł Janek ze śmiechem dla rozładowania atmosfery.
- Hm...em… no… tak - zgodził się Chorotka i palcem pokazał.
- O, panna młoda.
Nim Janek zdążył zobaczyć cokolwiek ponad zarys smukłej sylwetki, dziewczyna prowadzona przez liczne towarzyszki zniknęła w głębi jednej z chat. Montwił i Miłek przetoczyli obok się, by każden u innego węgła stanął, wachtę trzymając.
Vlaszego którego Jan trzymał do tej pory za kołnierz należało przed zajściem gdzieś odprawić. Chłopak był podatny na dziwne moce. Jan skinął na Agabka.
- Trzymaj chłopaka. Odpowiadasz za niego - zdzielił Jan w policzek i samego Hamsę. - Słuchaj uważnie, coś dziwnego na ciebie wpływa. Zatkaj uszy i siedź przy Agabku co by się nie działo. Kamir pilnuj ich, poradzę sobie. Dziwożony postronnych raczej nie zaatakują. Na chatę naprą. - Chorotkę trzymał Jan już bez przerwy w zasięgu wzroku. - Ruszajmy, stań tak bym i ich widział. Wolałbym nie stracić Hamsy ratując dziewkę. - rzekł do staruszka. Gdy swoich ludzi zabezpieczył.
- Przez łeb i przywiązać gdzie do słupa - poradził mu wampir od serca. Kobzę przez ramię przewiesił i wyłamał palce pomarszczonych dłoni.
- Rzeknij Janku osiłkom, ażeby pamiętali, że cokolwiek obaczą, to dziewka w środku pod mężem bezpieczna leży. I że… em…. no… nie widzieli niczego.
Gdy przy chacie stanęli Jan faktycznie w wielkim pośpiechu rzekł tu każdemu strażnikowi chaty. Ufał Chorotce jak bratu.
- Młoda panna w domu, wiecie o tym sami. Widzieć zaraz może jednak coś innego, to element fortelu. Ni pary o tym coście zobaczyli. - Jan podejrzewał już teraz, że Choratka był Ravnosem lub znał klanu tego sztuczki. Tzmisce rodu Jawnuty natomiast, surowo zakazali mu za pewnie używania mocy w ich domenie lub szerzej obecności w ich domenie spokrewnionych tej krwi. Ciekawe czy skoro był na ziemiach dawnych Leszego a obecnie Jana. Ten mógł mu zezwolić w wielkiej potrzebie? Co jakby sprawa się wydała? Wolał tego zapewne nie sprawdzać bard, ni.. Jan sam.
 

Ostatnio edytowane przez Icarius : 23-07-2017 o 13:15.
Icarius jest offline  
Stary 24-07-2017, 08:52   #10
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5765 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Do chaty obstawionej niby skarbiec królewski kilku druhów wśród śmiechów i przygadywań, sypiąc złotymi radami, kilku druhów prowadziło pana młodego. Jan zamrugał… albo Krzesimir rację miał, chuć i tęsknica mąciły mu pojmowanie… albo młodzian naprawdę podobnym był dawno nie widzianej Birucie.

Chorotka nie planował zastawiać córki Glandego własną wątłą piersią. Wywinął się Janowi jak piskorz przy pierwszej okazji, i nim się Janek obejrzał, zdążył niespiesznie dodreptać do kłody, na której rozsiedli się grajkowie z piszczałkami i gęśliczkami. I stamtąd, zdrajca, pomachał wesoło młodemu Diabłu. Dwa głosy, sprzeczne całkiem, rozbrzmiały w głowie Jana. Skoro ktoś nie spełnia twych oczekiwań, zmień go, choćby pod batogiem, mówił ojciec. Jeśli nie pozwolisz sługom być sobą, kiedy to nie zawadza, pouczała Biruta, nie staną ponad własnymi słabościami, gdy będziesz w potrzebie prawdziwej.

Stary kobziarz pomachał Jankowi raz jeszcze. W struny uderzył, wpletli się w podaną nutę gęślarze i fleciści. Tańczący przyspieszyli kroku. Ktoś wznosił tubalnie toast za młodą parę. Jan zaś dostrzegł dziewkę, co się przystawiała do niego, gdy zjechał, szła ku chacie z napięciem na twarzy, od tancerza do tancerza… i Jan miał wrażenie, że momentami znika, by pojawić się bliżej. Nagle przystanęła skonfudowana. Pośród tancerzy wirowała bowiem panna młoda w objęciach swego bogdanka. Jeśli Chorotka faktycznie twórcą był owego zwidu i wiernie oddał cześć urodzie córy Glandego, musiała w niej zaiste płynąć krew leśnego ludu. Jej krasa miała w sobie coś nieludzkiego, oczy lśniły czarownie, każdy ruch pełen był nadzwyczajnego wdzięku. Przyciągnęła ku sobie głowę wybranka, pocałowała głęboko i namiętnie. Zaś Jan dostrzegł swój zagubiony skarb.

Krzesimir lazł w poprzek korowodu z niezwyczajnym zagubieniem na twarzy, potargany jak nieszczęście, w kaftanie rozchełstanym i pasie przekrzywionym, tak że falchion chwiał mu się nad tyłkiem na podobieństwo krowiego chwosta.
 
Asenat jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166