Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-09-2017, 18:06   #1
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 36965 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację
[V:DA] Kronika Denemearca - Północna furia [18+]

Where you recognise evil
Speak up against it
And give no truces
To your enemies
~ Havamal af Ódin


Dwie kobiety cicho i szybko przemykały kamiennymi korytarzami. Mrok ledwie rozjaśniany z rzadka odpalonymi pochodniami zdawał się raczej gęstnieć na drodze blondynki i brunetki. Rozglądając się za siebie, zbiegały jak najciszej po wysokich, wąskich schodach. Kilka pięter niżej, tam gdzie zaczynał się smród i jęki, zdyszana blondynka rozejrzała się i przystanęła przed drewnianymi wrotami.

- Zgodnie z umową – szepnęła do zezowatego strażnika otwierającego podwoje, pozostawiając ciemnowłosą ukrytą za załomem.

Kilku rosłych mężczyzn przywitało nowo przybyłą obleśnym rechotem:
- Z rzadka miewamy tutaj takich gości. – strażnik ze znakami ospy na twarzy ruszył z zydla, próbując odepchnąć odźwiernego, co giąć się zaczął w pokłonach na widok przybyłej.

- Gości? – jego łysy kolega z tępym wyrazem twarzy ruszył zza stołu, ocierając tłuste usta podartym rękawem - Przecaż nie miewajom tutej całkiem nijakich. – dziwowanie nie przeszkadzało mu w wyciąganiu ku jasnowłosej pulchnych dłoni z brudem niemal wrośniętym w ciało.

Kobieta wyprostowała się i żachnęła:
- Trzymaj ich z dala albo nici z umowy – spoglądała lodowato na czwartego, który do tej pory przyglądał się poczynaniom towarzyszy z odrobiną ciekawości i ulatującej nudy.
- Ać tam... troszkę rozrywki im żałujesz? Gniją tu z nudów razem z tamtymi o... – strażnik machnął za siebie ręką, cmokając głośno przez zęby, bez rezultatu próbując wyssać utknięty kawałek ości.
- No już posrańcy, zrobić mi tu miejsce! – huknął, mrugnąwszy do blondynki, prężąc się i pusząc, gdy poczuł chwilę władzy. – Stawka wzrosła. – oparł się ramieniem o mur blokując wejście.
- Wzrosła? Ustalaliśmy niedawno...
- Dawno... niedawno – rozłożył dłonie o długich paznokciach - teraz większe ryzyko. Jest po zmroku. Nie wiada kto może tutaj zawitać.. – spojrzał bystrzej na rozmówczynię - ... i kiedy.
Najwidoczniej argument przemówił do blondynki, bo zacięty wyraz twarzy jakby złagodniał.
- Ile? – spytała krótko.
- Drugie tyle – strażnik uśmiechnął się pazernie.
- Drugie tyle?! – kobietę aż zatchnęło lecz momentalnie się uciszyła. – Otwieraj – rzuciła wściekła, poddając się po chwili.
Strażnik zacmokał cicho, kręcąc głową:
- Wypłata z góry. – wyciągnał umorusaną dłoń.
Blondynka z pogardą na twarzy rzuciła mu brzęczący mieszek i dorzuciła broszę odpiętą z sukni. Strażnik nie odwracał łakomego spojrzenia od ciała ukazującego się zza dekoltu.
- Klucze. – blondynka wyciągnęła dłoń, którą strażnik niby przez przypadek dotknął podając żelazny pęk.
- Masz mniej niż pół klepsydry. – rzekł twardym już głosem – Potem zaczyna się obchód.
Machnął na pozostałych i zostawił blondynkę w śmierdzącej salce.

Dopiero, gdy echo kroków umilkło, odwróciła się ona w mrok:
- Gotowa?
- Tak – dobiegła drżąca odpowiedź.

Wiotka brunetka wysunęła się zza załomu i prześlizgnęła się ze swą towarzyszką do kolejnego pomieszczenia. Widok jaki zastała sprawił, że zachwiała się i z okrzykiem niemal osunęła na klepisko zasłane przegniłą słomą.

Lochy wypełnione były ludźmi. Smród ciał żywych i rozkładające się szczątki martwych mieszały się w chorobliwej chmurze. Jęki, zawodzenia, pochlipywania nagle wzmogły się, gdy blondynka troskliwie tuląc do siebie towarzyszkę prowadziła ją w głąb więzienia.
Liczne dłonie wyciągały się przez kraty prosząc o litość.

Brunetka załkała spazmatycznie.
Ukryła twarz w dłoniach i zamknęła oczy, dając prowadzić się jak dziecko.

Wizyta w tym miejscu odcisnęła również i piętno na blondynce, która stąpała sztywno, patrząc przed siebie i szepcząc coś z cicha ku podopiecznej.

Tak przeszły ku kolejnej części lochów, zatrzymały się przed drzwiami.
Blondynka przesunęła niewielki wziernik w drewnianych drzwiach i odsunęła się robiąc miejsce dla drugiej niewiasty. Dźwięki wywołały falę okrzyków w języku, którego żadna z nich nie rozumiała.

Ta podsunęła się i w świetle świecy zajrzała do środka, gorączkowo szukając wzrokiem czegoś lub kogoś, pozostając niewidoczną dla jeńców po drugiej stronie drzwi.


W końcu spojrzenie jej stało się nieobecne i zastygła w miejscu.


****


Nerwowo przechadzająca się blondynka doskoczyła do kobiety, gdy ta z cichym jękiem odsunęła się od drzwi. Bez pytania zasunęła wziernik i poprowadziła delikatniejszą brunetkę ku wyjściu.

- Musimy posłać wieści, gońców. – ta ostatnia szeptała, gdy po policzkach i wzdłuż arystokratycznie wyciętego nosa ciekły wąskie strumyczki krwawych łez – Musimy zapobiec... tak wiele cierpienia, tak wiele śmierci, Bertrado... – powtarzała cicho wciąż i wciąż gdy wychodziły na górę i przemykały korytarzami.

Blondynka zwana Bertradą otworzyła w końcu drzwi do komnaty i troskliwie wprowadziła do niej kompankę.
- Udałaś się na swój wieczorny spacer, moja droga? – uprzejmy i czuły głos zmroził je obie w miejscu. – Tak bardzo tęskniłem.
 

Ostatnio edytowane przez corax : 11-09-2017 o 21:34.
corax jest offline  
Stary 12-09-2017, 20:14   #2
 
TomBurgle's Avatar
 
Reputacja: 16162 TomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputację
Thing w Jelling, pierwsza noc po Ostarze, wczesny wieczór


Niewysoki, chudy młodzik w rozchełstanej koszuli siedział wraz ze swym krępym towarzyszem na ziemi, przy biesiadnych ławach daleko od ognia i zgiełku. Spóźnili się. Co miało się wydarzyć na thingu już się wydarzyło, i dla nich zostało jedynie słuchanie historii o czynach innych. Dwójka pijanych mężczyzn, wciąż upojonych wczorajszą przemową Freyvinda przed chwilą nieskładnie opowiedziała im zarys zdarzeń. Taką samą jak wszyscy wcześniejsi u których zasięgali języka. Tyle że były to wieści z perspektywy śmiertelników, gubiące tak wiele detali cennych dla synów i córek Canarla. I innych istot które tu były.

W nich także istot o tyle ciekawszych, o ile zwykle były mniej skłonne do rozmowy, a bardziej do zabijania. Zaprawdę, wielkie rzeczy musiały się tutaj dziać. Było to czuć w powietrzu, w ludzkich głosach i spojrzeniach. A jeżeli taki rozejm był możliwy - choć pewnie krótkotrwały - to tym większą zbrodnią byłoby zmarnować taką okazję. Wypatrywał więc tych którzy się zmieniają kuflami miodu w ręce.

Trudności większej nie miał z właściwym ich namierzeniem bo czuć ich było z dala… czymś innym, co w wibracje wprawiało jego wyczulone zmysły. Ludzie obozowisko obchodzili łukiem a para, co zdawała się główny prym wieść jakby na odwrót wzrok zwracała jakby wymuszając szacunek i posłuszeństwo. Niedługo też musiał czekać by usłyszeć gderanie swego towarzysza:

- Jakieś durny to sam idź się pchać w ichnie towarzystwo. - marudny i jakby znudzony głos przedarł się przez zafascynowanie aftegangera - Ja idę poszukać lepszego towarzystwa co mi kłakiem w gardle nie stanie i nie zanudzi opowieściami o dokonaniach swych dziadków - zirytowane sapniecie podsumowało podejście korpulentnego jegomostka.

Mając łatwiejszą część za sobą, Dökkálfar mógł przejść do części trudniejszej. Przypomnienia sobie z głębin pamięci znaków i słów które miały mu zapewnić choć odrobinę przyjaźniejsze spojrzenie wilkołaków.

Przez myśl przebiegły mu zwykłe banały by nie wyzywać Alfy ni podważać jego autorytetu, nie ukazywać agresji. Przerzucał je niczym pergaminy i gliniane tabliczki, niezadowolony z efektów. Wraz z kolejnym krokiem w kierunku obozowiska roześmianych zmiennokształtnych poczuł jednak chłodny powiew, co zwykłego człeka zmylić mógł. U ciekawskiego młodzieńca jednak wywoływał powstanie drobnych włosków na karku… Ci, co zmieniają kształt nigdy nie chodzą sami… Uczucie chłodu tak dziwne dla niego samego narastało gdy zbliżał się ku rosłemu, górującemu mężowi stojącemu blisko ognia. Rozmowy, głośne dotąd, stopniowo milkły gdy drogę zastąpił mu blondyn z warkoczami dyndającymi po obu stronach twarzy. Stanął jako pierwszy z oczyma zmrużonymi podejrzliwością, spięty choć dłonie wyciągnął otwarte na boki powstrzymując pozostałych, co podnosić się poczęli.

- Zabłądziłeś? - spytał wprost, bez pięknych okólników, głowę pochylając przekrzywioną.
- Nie - dostosował mowę do rozmówcy - Przyszedłem do was, do waszego szamana - wskazał brodą na mężczyznę koło ognia. Powoli zaczął odpinać pas z mieczem i wręczył go blondynowi na przechowanie.
Niejakie zdziwienie odbiło się w oczach blondyna, jednak szybko zastąpiła je poprzednia podejrzliwość. Nie podjął wyciągniętego w jego kierunku miecza za to zrobił krok w przód, nadal powstrzymując pozostałych gestem rozwartej dłoni.
- Do naszego szamana?
- Tego tam - wskazał jeszcze raz na rosłego mężczyznę - Zwiecie go inaczej, prawda? Ale jest szamanem. -
Ze stojącego już całego obozu rozległy się pierwsze pokrzykiwania i kolejnych dwóch mężczyzn ruszyło ku Dokkalfarowi:
- Szacunku okaż - pierwszy z nich nie patyczkował się specjalnie sięgając ku gardłu aftergangera. Duży się zdawał i przytłaczający. - Bo nie gadasz o swoich pchłach. - wypluł słowa - a mówisz o jarlu Aros. - buta dźwięczała w jego głosie.
- A więc Jarlu Erlingu, Grzmocie Burzy, czy przyjmiesz mnie jako gościa? - choć martwe serce podchodziło mu do gardła, zignorował wilkołaka przed sobą i głośno zwrócił się do wodza

Przez chwilę panowała cisza przerywana jedynie sapaniami stojącego obok zmiennokształtnego, którego dłoń zaciskała się z siłą mogącą przerwać mu gardło.
Brzęk, wrzask, pijane pokrzykiwania zupełnie pozbawione znaczenia, stały się jedynie tłem. A Dokkalfar czuł, że noszony przez niego mrok chce się zerwać, wypłynąć, gdy drażniący chłód otulał jego nieumarłe ciało. Co dziwne, w tej chwili wilkołaczy uchwyt zelżał, a ulfedinn odsunał się z pogardą i obrzydzeniem na twarzy.

- Czego chcesz? - dobiegł go głos przywódcy, rezonujący mocą bas.
- Niczego. Doceń to, bo to rzadkie. I przestań - głos był młodzieńczy, słaby. Dokkalfar toczył teraz walki na wielu frontach. Nie dać się zabić. Poznać te istoty. Absolutnie, w żadnym wypadku nie pozwolić wyrwać się temu co nosił w sobie.

Wiedział, że coś mówią. Widział kątem oka jak robi się ich coraz więcej. Mrok zaczął walczyć i przepełniać go jak wino kielich! Powietrze przesyciła elektryczność. Stojący wokół zmiennokształtni zaczęli rosnąć choć Dokkalfar nie był już pewien czy to oni rośli czy to on malał… gdy spadał spiralnie w ciemność.

Dla postronnych zaś w obozie Erlinga i Solveig począł się tumult. Narastało warczenie z początku jakie można było kręcącym się psom przypisac co o kości się gryzły i resztki rzucane na oślep przez ucztujących. Ludzie albo zrzucali hałas na swoje pijaństwo lub zaczynali cofać się i szybko oddalać. Pachniało agresją i żądzą krwi.

To była chwila próby młodego wampira; wciąż mógł bezpiecznie uciec, okrywając się hańbą. Mógł uderzyć, zyskując sobie wielu wrogów. I, co najtrudniejsze...mógł próbować zapanować nad tym co chciało uciec. Był wprawiony w zmuszaniu tej ciemności do robienia tego co on chce, ale ta sytuacja wymagała czegoś więcej niż wprawy. Żelaznego panowania nad tą siłą.

Ciemność, chłód były tak bardzo znajome, tak bardzo łudząco przyjemnie, niemal jak muśnięcia ciepłego wiatru na policzkach, jak smak krwi w ustach. Młody Dokkalfar jednak wiedział i wyczuwał, pod zwodniczym pięknem i przyjemnością czaiło się dużo więcej. Tysiące lat cierpienia pochłonięte przez ciemność i zamienione w apatię. To był jednostronny mur: przyjmował wszystko, ale więził w środku cały ten gniew, strach i cierpienie. Dotykając tego z zewnątrz można było ulec temu złudzeniu. Ktoś kto widział to od środka, nie miał już szczęścia popełnić tego błędu.
Duchy próbowały zerwać więzy nałożone na ten pierwotny mrok i afterganger skoncentrował się jedynie na odporze tej napaści. Siła woli i dyscyplina - dwa składniki ciągle i wciąż ćwiczone przez jego mentora i w mniejszym stopniu wbijane młodzikowi do łba aż do całkowitego wyczerpania. Uzbroił się w tamte chwile, sięgnął po nie jak po pancerz, gdy mrok go pochłaniał, korzystał z okazji by wyrwać go z jego miejsca na granicy światła i cienia. Czuł, że tonie, że jeżeli będzie musiał panować nad tym i walczyć jednocześnie to jeszcze jedno szarpnięcie a nie zdoła pokonać tego wyzwania. Nie wiedział, że drżał cały - a nawet jeśli, to nie było ważne. Nie widział pociemniałych źrenic. Nie dostrzegał nic wokół siebie.

- Przestań słać duchy, bo nie dam rady tego utrzymać tam gdzie tego miejsce. A akurat ty wiesz co to. I obaj będziemy mieli niechcianego wroga, ku uciesze wrogów - wywarczał, otwierając szeroko czarne oczy i rozkładając nisko ręce - Wyznacz inne miejsce i czas na rozmowę, jeśli to ci nie pasuje -
- Zabieraj się stąd, miklimunnr! - któryś z nich rzucił obelgą w kierunku aftergangera.
Trzech czy czterech - Dokkalfarowi zlewali się przed oczyma - zastąpiło mu drogę samymi sobą zasłaniając dostęp do Alfy. Mrok nadal przelewał się, a afterganger dostrzegł wydłużające się z wolna szarości i cienie spod jego stóp. Pływały miękkimi falami, co nasuwały na myśl odpływ i przypływ morza albo delikatne pieszczoty.

W końcu odpływ cofnął się głęboko pod nogi wampira niczym niziutki postument - nie znikł i trzymał duchy na dystans, ale nie zagrażał bezpośrednio wilkołakom, nie próbował ich pochłonąć. Dökkálfar cofnął się dwa kroki i obrócił bokiem do Alfy, z ostatnim pytaniem przed dejściem. Stał spokojny, trzymajacy niszczycielską moc na uwięzi, jasna skóra na tle pulsującej czerni.
- Cóż mi na to rzekniesz, Grzmocie Burzy? Wysłuchasz kogoś poza vitskertri?
- Idź do Welanda i nie wracaj bez wyraźnego uzgodnienia.
Zza pleców Erlinga wyjrzała kobieta w średnim wieku o oliwkowej skórze i zaniepokojonym spojrzeniu. Jej ciemne włosy zaczynały być gdzieniegdzie przetykane siwizną. Najwyraźniej była cały czas w obozie lecz pozostawała niedostrzeżona. Alfa przesunął ją szorstko za siebie, nawet nie patrząc w jej stronę. Nim się schowała, Dokkalfar ujrzał raz jeszcze jej troskliwy wzrok.
- Zgoda - na tą krótką chwilę spojrzał w oczy kobiecie, wchłonął ciemność która zasłaniała jego oczy. Po czym skłonił się jak należy gospodarzowi i odszedł w głąb ludzkiego obozu.
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -

Ostatnio edytowane przez TomBurgle : 12-09-2017 o 22:47.
TomBurgle jest offline  
Stary 12-09-2017, 20:39   #3
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 13895 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Freyvind siedział w bezruchu patrząc w palenisko.
W uszach wciąż miał ten ryk grzmiący na polach pod Jelling na zakończenie Althingu, lecz było to jedynie preludium do mocniejszego ryku północnej furii gdy wojowie zgromadzą się przybywając na drakkarach, skeidach i snekkarach do Aros, które wybrane zostało jako punkt zborny Wielkiej Armii Północy.
“Furia Północy” rozbudzona pod Jelling była niczym lawina niszcząca wszystko i powiększająca swą moc, im dalej toczy się wzdłuż zbocza. Wielu z tych którzy przybyli na althing było właśnie w drodze do swych osad, aby pociągnąć ziomków na wyprawę mającą przynieść łupy i chwałę. “Furia Północy” niczym wściekły niedźwiedź, wybudzony w zimie niszczący i rozdzierający wszystko na drodze, gdy ktoś przebudził go nieopacznie naruszając spokój gawry.

Skald nie miał jednak pewności co się wydarzy, Skuld skrywała przeznaczenie. Ta straszna niszczycielska siła połączonych Dunów, Northmanów z Nord Vegr, Svedów i Gotów, einherjar i ulfhednar, mogła zniszczyć wszystko na swej drodze, ale… mógł i czekać ich ten sam los co wyprawę Agvindura. Wielu dostało się w ręce Franków, pozostali rozpierzchli, cofali się na Dorestad, szukali ratunku u Żelaznobokiego. Weland-Agvindur zawiódł, Weland-Freyvind też mógł zawieść.

A w razie klęski wykrwawieni Dunowie padną. Po nich zaś inne northmańskie ludy.
Ot kwestia czasu.
I odejdą w niepamięć starzy bogowie. Jak na południu, gdy Karol zwany Wielkim wytępił wiarę ojców wśród Sasów.

[MEDIA]https://ii.yuki.la/6/ab/823a9d6a8f649d7e287221986b1fdf6956e114d8b5ebf3c18f d4c1b75e5b5ab6.jpg[/MEDIA]

Werdandi nie czekała z rzucaniem problemów na głowę nowego Welanda, którym się stał po odrzuceniu imienia Freyvinda. Problemy zaczęły się szybciej niż przewidywał w najgorszych przypuszczeniach.



- Erling chce cię widzieć - odezwał się wilkołak, ten z włosami zaplecionymi w warkoczyki, którego poznali w langhusie Jensa podczas tak trudnych rozmów. Stał teraz w tej samej halli bo tu właśnie przybył przybył w poszukiwaniu Welanda.
Wraz z nim z obozowiska Úlfhéðnar powróciła Karina. Bywała tam nader często starając się dbać o spokój pomiotu Valiego podczas przebywania w pobliżu znienawidzonych aftergangerów. Ale i często przychodziła tu, często tu spała, bo Bjarki starał się być blisko swego pana po tak długiej rozłące.

Skald miał już kiwnać głową i sięgnąć po płaszcz wykończony skóra białego niedźwiedzia, ale zawahał się. Jako Freyvind-skald nie widziałby problemu, aby zadosćuczynić prośbie, lub raczej żądaniu jarla Aros.
Jednak Freyvindem już nie był.
- Jeżeli ma coś do Welanda, niech przybędzie - rzekł.
Twarz pogodnego z pozoru wilkołaka stężała, spojrzenie spięło się ze wzrokiem skalda.
Zdawać się mogło jakby się zapowietrzył.
Bez słowa odwrócił się i odszedł.

- Jak się z tym czujesz? - Frey zbliżył się do Kariny gdy wilkołak wyszedł. - Dziękuję ci za to coś uczyniła, ale martwię się czy nie jest ci z tym źle. Chlo mówiła mi o najważniejszym z poleceń Jedynego.
- Niepewnie. - Navarrka wyglądała na zagubioną, gdy uniosła spojrzenie na aftergangera.
- Szkoda, że Jedyny jest tak zachłanny i nie możesz pokochać pięknej Frei i mężnego Thora.
Karina nic nie rzekła, zapatrzyła się w ogień.
Gdy zdawało się już, że odpowiedzi nie udzieli podniosła ponownie oczy na skalda.
- Bóg dał wszystkim wolną wolę. Za to Chryst umarł na krzyżu - odparła cicho - ale ja pewna nie jestem, czy w sercu miejsce na więcej niż dwóch - szepnęła.
- Dwóch? - Skald zdziwił się. Franka kiedyś próbowała wyjaśnić mu koncepcję jedności trójcy krześcijanskiej. Frey nie pojmował tego zbyt dobrze, ale rozumiał z tego tyle, że Zachłanny mimo skomplikowanych bytów i trzech postaci jest jedynym bogiem południowców. - Ach… wybacz. Bjarki… - Afterganger skonfudował się nieco zrozumiawszy jej słowa i jakby zawstydził. Co jak na Freyvinda było czymś bardzo dziwnym.
Karina chyba nie dostrzegła jego pomieszania. Zaczerwieniła się lekko i dłonią machnęła jakby samej się odganiając.
- Cieszę się jednak, że pomóc mogłam. Piękne wydarzenie - dodała ostrożnie, nie bardzo wiedząc czego skald od niej oczekuje - Przywołać Bjarkiego?
- Nie. Chciałem wiedzieć jak się czujesz. Bałem się, że mogłaś odczuwać zgryzotę. Dziękuję Karino. - Frey odwrócił się by zostawić ją samą.

Gdy do chaty wszedł Erling z dwójką przybocznych, salka zdała się za mała na dwóch przeciwnych sobie do tej pory stworzeń.
- Słowo do Ciebie mam - zadudnił basem zmiennokształtny. - Swoich trzymaj w ryzach a w szczególności nie wysyłaj ich w nasze okolice tego młodzika. - Zmrużone oczy świadczyły o tym, że Erling stara się trzymać nerwy na wodzy. W tej chwili jego gniew czuć było jak iskry na skórze. Nie był teraz dyplomatą i nie zamierzał nim być.
- Zamierzam trzymać, ale o jakiego młodzika idzie? - Frey zmarszczył brwi nie bardzo rozumiejąc o co chodzi. - Zaszło coś złego?
- Jeśli wejdzie do nas bez zaproszenia kolejny raz, zginie. Miaruj, żeśmy paktu przestrzegali tym razem. Więcej mroku - słowo wypluł - i plugastwa tego nie zniesiem. Na morzu i na lądzie z dala niech będzie. - Erling zgrzytał zębami musząc tłumaczyć skaldowi coś co dla niego całkowite plugastwo oznaczało.
- Mogę trzymać go blisko siebie by mieć na niego oko, ale muszę wiedzieć o kogo chodzi i co uczynił. Gdyby to jeno zwykłe najście było i jego osoba w waszym obozie… Nie wściekłbyś się tak i by cię tu nie było Erlingu.
- Mówię o tym co mrok nosi - wycedził Erling, któremu zarzucenie w twarz wściekłości dolało oliwy do ognia. - Zrób z tym coś, albo ja zrobię.
- Kto mrok nosi? - skald spytał raz jeszcze, choć już mniej spokojnie. - Co uczynił...?
Nim jednak dokończyć zdołał jarl Aros gniewnie obróciwszy się, wyszedł z halli.

Dopiero wtedy z salki wychynęła Karina, stając za Freyvindem położyła mu dłoń na ramieniu.
- W obozie pojawił się blondyn domagający się widzenia z Alfą. Niewiele brakowało by się to wszystko krwawo skończyło, Welandzie. - Zasmucona i jakaś rozdrażniona sama była tym tematem.
- Czemu ten wilk na tego blondyna tak cięty?
Karina otworzyła usta by zaraz je zamknąć.
- Nie mogę rzec szczegółów, ale Grzmot Burzy rzekł prawdę. Mrok wokół niego. Cienie go przepełniają. Samo spotkanie z … - kobieta jakby w język się ugryzła - … z wojownikami, wywołało tę ciemność na jego obliczu. - Navarrka pobladła przy tych słowach. - Nie wyglądał na kogoś, kto by mógł swobodnie obok nich przebywać. A i oni ledwo kontrolę utrzymywali. Możesz sobie wyobrazić jak to się może skończyć.
- Czym jest ten mrok? Bo tuszę, że nie o to chodzi, co we wszystkich einherjar widzą?
- To - Navarrka szukała właściwych słów sama mocując się z emocjami - to co w Aros było. - mruknęła. - Walczyli z tym. Z tego …. - machnęła dłonią - … uczynione co i przeciwniczki ich używały. - Dziewczyna starała się mówić spokojnie choć przebiegło ją drżenie nawet na samą myśl czy wspomnienie.
- Czyli to pobratymiec Segovii, co szpieguje i starał się szał w wilkach wzbudzić - Frey spojrzał na Karinę marszcząc brwi - aby tu jatkę uczynić zanim żeśmy wyruszyli. Być może poświęcając przy tym siebie, jak jeden z nich w Aros gdyśmy z Erykiem do husu wracali.

Kobieta wzruszyła ramionami z niepewnością po krótkiej ciszy jaka zapadła.
- Miecz oddać chciał. - Spojrzała niepewnie na skalda. - Rzekł, że nic nie chciał. Może to pułapka? Ale spokój trwał jeno mgnienie oka, tegom pewna.
- Dobrze, żeś mi o tym rzekła. Trzeba działać, nim ten przybysz znów co spróbuje. - Skald zamyślił się. - Niedługo wyruszamy do Aros, tam siły się zbiorą. Erling jak się zachowuje sama widzisz. - Karina nieco się wyprostowała na te słowa zadzierając podbródek .- Nie będę w oczy mu lazł. W Aros jemu nie wypada do mnie chodzić, mi do niego. Rzeknij mu gdy wśród nich będziesz, że chcę aby zaczął swoich do Franków kraju słać powoli, aby kontakt z tamtejszymi Ulfhednarr nawiązali. Wiedzieli których siół i wsi nie palić aby ich ludzi nie krzywdzić. By rozmawiali o wspólnym ataku na tamtejszych nieumarłych.

Coś w twarzy ciemnowłosej sprawiło, że Freyvind w tę część planu nieco zwątpił. Jednak Navarrka nie należała do osób, co dużo mówią i skinęła jedynie głową.
- Grzmot Burzy? - Frey spytał jeszcze nim się rozstali.
- Jego miano wśród swego ludu. - Uśmiechnęła się ciepło odpowiadając.
- Dobre miano. Wygląda niczym syn Thora. A Solveig jakie imię wśród ich ludu nosi?
- Ta o Wielu Odcieniach Szarości. - Karina każde ze słów wypowiadała z dumą i widocznym zadowoleniem. - Tylko… to miana honoru, jak odznaka, na którą zasłużyć sobie trzeba.
- Też ładne miano. I też pasuje. Chciałbym byś w czasie podróży i potem w kraju Franków opowiadała mi o nich. O ich zwyczajach, o tym jak żyją. Nie dla zadawania bólu i śmierci wiedzieć to i poznać ich chcę. Jeżeli zechcesz, na bogów mych to przysięgnę. Zgodzisz się?
- Powiem tyle ile mogę. A ty obiecaj, że prosić ponadto nie będziesz.
- Obiecuję.



Wilczyca nie była sama.
Wilki rzadko chodziły same.
Ciężko jednak było ocenić, czy towarzyszący jej trzej mężczyźni i jedna kobieta byli pomiotem Valiego, czy ludźmi w służbie wilkołaków.
- Ta o Wielu Odcieniach Szarości - rzekł bez kpiny. - Możemy porozmawiać? Sami?
Wpatrzona w niego czwórka nie odrywała wzroku, skupionego, świdrującego. Siedziała nieruchomo jakby zupełnie ignorując jego bezpardonową sugestię.
Wojowniczka zaś opierała łokcie na kolanach i uniosła głowę jedynie trochę, by łypnąć szarymi oczyma. Czy zdziwiła się słysząc swe miano ciężko było wyczuć.


Jakby na jakiś niewidzialny znak, czwórka odeszła tak, by obejść Welanda z obu stron. Blisko, niemal ocierając się o niego, na co nie zareagował rozumiejąc w tym zaczepkę.
Solveig uczyniła jeno krótki gest brodą, uznając zapewne, że wyłuszczy sprawę z jaką do niej przyszedł.
- Cieszysz się sporym mirem u swoich, chcę przydzielić ci zadanie. - Skald usiadł naprzeciw wilczycy. - Mogą być bójki, walki. Chcę byś opanowywała to gdy o twoich idzie.
- Moim zadaniem jest chronienie ciebie.
- Owszem i wiem, z jaką pasją i ochotą to wypełnisz. Chcę jednak spokoju wśród wojów.
- Chcesz podważyć - Solveig podniosła się gwałtownie - słowo Alfy i umowę? - pytała gwałtownie mówiąc lecz skald poznał też, że słowa uważnie dobiera.
- Podważyć? - Nie zrozumiał. - Jak?
- Mam zajmować się rozdzielaniem bójek - Szarooka wpatrywała się w oczy skalda intensywnie. Pamietał to spojrzenie i strach jakie wzbudzało. - Skoro tak nie będę przy Twoim boku by móc chronić Twój martwy zad.
- Erling uczynił cię wodzem sił Ulfhednar na wyprawie. - Skald wydawał się spokojny, ale spojrzenia nie spuszczał. - Więc tak czy owak swoich w ryzach musisz trzymać. Zajedno mi czy sama będziesz to czynić czy wybierzesz kogoś kto dbał będzie o spokój. I jakoś cię nie widzę byś bez przerwy wokół mojego “zada” się kręciła. Więc czasu masz chyba pod dostatkiem?
- Może się kręcę? Bez wiedzy twej? - Solveig blysnęła oczyskami - Hm? Pomyślałeś o tym?
- Drugi świat. - Skald pokiwał głową. - Wciąż jednak wydaje mi się, że miałabyś czas, aby swoich ludzi w ryzach trzymać. Sama lub przez wyznaczonego kogo. Wiesz jak mało brakuje do wybuchu walki.
- To nie o moich obawiać się musisz - zmiennokształtna wzruszyła ramionami - oni porządek rzeczy znają. To na twoim poletku bałagan i rozmemłanie.
- I tam się zajmę, ale w was szał jak i w nas furia. Widziałem cię w husie jarla, podczas spotkania z Bacsegą. Dalekaś wtedy była?

Nagłym gestem wilczyca przyciągnęła skalda za kurtę do siebie tak że twarze ich się prawie stykały. Z bliska zauważył kilka płytszych blizn i to, ze tęczówki jej oczu złotymi punktami nakrapiane były.
- Od rozszarpania Ciebie nigdy dalekam nie jest. - Głos głuchy miała, wibrowała aż żywotnością, gorącem, pasją i mocą. Przez myśl skalda przemknęło czy tak też i smakuje…
Wspomniał krew synów i córek Fenrisa, którą opił się na wilczej polanie. Ten smak, ta moc w drzemiąca w potężnej posoce. Zastanowił się co by zrobiła, gdyby teraz pochylił się do tej pulsującej w jego oczach tętnicy…

- Będziesz miała okazję. Przyrzekłem ci to. Na razie zaś dbaj więcej o spokój. - Urwał przypatrując się złotym punktom. - Co w was gniew wzbudza? - zadał pytanie związane z poprzednią wypowiedzią. - Nasze istnienie, to wiem. Co jeszcze?
- Mam Cię osłaniać, a nie szkolić jak szczeniaka. - Szarpnęła skaldem bliżej, wciągnęła mocno jego zapach by w końcu odepchnąć go, puszczając. - Śmierdzisz - dodała z nosem zmarszczonym i obrzydzeniem już czysto kobiecym na twarzy.
- Wiedza o tym co wzbudza w was gniew, może pomóc by tego nie czynić. - Zignorował jej węchowe spostrzeżenia.
- Jeśliś spostrzegawczy to szybko pojmiesz. - Odwróciła się by odejść. - Znajdę Cię, nie musisz słać po mnie.
Pozwoliła dwuznaczności zakraść się w te słowa.
Nie odpowiedział.



To skald przyszedł do namiotu zajmowanego przez jego potomka. Jako Weland i wódz wyprawy mógł wszak go wezwać, choć ten jarlem był, ale między nimi i tak wiele zła było, nie chciał zadrażniać jeszcze bardziej. Sven z pewnością by poczytał to opacznie.
A rozmowa czekała ich ciężka.
Zapowiedział się wojowi z jego hirdu i czekał.

- Wpuść go - usłyszał przez cienkie płótno co za ściany robiło. Nie udało się Svenowi jednak ukryć niechęci i nutek zmęczenia w głosie, a skaldowe powonienie przypomniało mu, że w zasadzie zjadłby coś. Lub kogoś.
Sven siedział na drewnianym zydlu i tulił do siebie dziewczynę co ledwo kobietą się stawała, a teraz nieprzytomną z uniesienia była. Potomek Lenartssona uniósł ją w ramionach i ułożył na rozrzuconych pod ścianą namiotu skórach.
Zmierzył swego stwórcę pytającym wzrokiem.
- Skoro nie świętujesz to czegoś chcesz. - Ruszył ku nowemu Welandowi, stwierdzając a nie pytając.
- Tak. Rzekłeś w halli Jensa gdyśmy się tu w Jelling spotkali po raz pierwszy od Ribe, że jeno przez pamięć mam twe ramię. - Zmierzył potomka wzrokiem. - Alem świadom, co było po wyruszeniu z Ribe do Jelling, trzynaście lat temu. Kiedyś jako śmiertelnik jeszcze i nie mający ku mnie urazy, me przywództwo podważał. Wiesz czym się to skończy. Jak wtedy się skończyło.. Sam sobie odpowiedz, czy będziesz potrafił się wstrzymać.
Freyvindson zmierzył starszego aftergangera zmęczonym spojrzeniem.
- Spodziewać się tego można było - rzekł jeno - a tyś sobie odpowiedział? - Brew uniósł nie komentując wydarzeń prowadzących do “buntu”.
- Tak. Że będziesz potrafił. - Zbliżył się do jarla Ribe. - Jeżeli przyjmiesz za pewność, że skald Freyvind odszedł, zniknął. Że nie ma tego do którego złość żywisz. Tam pod głazem na polu thingu stanął Weland, on prowadzi wyprawę. Wtedy myślę, że masz szansę. Inaczej, choćby za drwinę pozycję mą podważającą musiałbym cię zabić. A tego nie chcę.

Dwóch ich stało naprzeciwko. Każdy brzemię i ciężar w sercu noszący. Tak podobni do siebie ojciec i syn z krwi, a mimo to tak różni.
Sven mierzył skalda spojrzeniem, szczękę zaciskając z lekka.
- Nie pierwszy by to raz był - burknął gdy niecierpliwość dziedziczna słowa z ust mu wypchnęła. W oczach jednak mu błysnęło coś na kształt złośliwego rozbawienia. - Nie będę podważać dowództwa jeśli dorośniesz do imienia. Nic na wieczność danym nie jest. Zawsze wszak znaleźć się może inny śmiałek co miano Welanda przyjmie.
- Nie pierwszy, ale ostatni. Może nie na wieczność imię to. Agvindur tego dowodem, a i ja powrócę do swego miana, bo mi ono droższe. - Skald zmierzył Svena lekko ironicznym spojrzeniem.

Miał lata by zobaczyć w Agvindurze (który go zapewne wprowadził w istnienie jako einherjar) coś na kształt ojca, w miejsce skalda. Teraz by iść mu z odsieczą musiał uczynić to pod dowództwem tego, którym gardził, a który był jego prawdziwym ojcem w ciemności. Jakby tego było mało powodzenie było możliwe jedynie wtedy, gdy ten pogardzany okaże się lepszym niż ten podziwiany.
Chichot Norn.
Freyvindowi zrobiło się trochę żal młodszego aftergangera, wprawdzie niewiele ale jednak. Odpuszczać mu zamiaru jednak nie miał, Frey przeżył swoje lekcje pokory, Sven też musiał ich doświadczyć.
- Wezmę cię, jeżeli na przybocznego mi staniesz podczas wyprawy. Wyznaczysz wodza swoich ludzi, sił z Ribe, a sam będziesz przy mnie.
- Zawsze zaciągnąć się mogę do kogo innego. - Nie spuszczal wzroku z Freyvinda.
Ten jedynie wolno pokręcił głową dając do zrozumienia, że nie przewiduje tego jako rozwiązanie. Nie zrobiło to wrażenia na stojącym przed nim aftergangerze. Wolnym był i decyzje podejmować mógł własne.
- Żal będzie braku dzielnych wojów z Ribe w wyprawie, żal i braku ciebie, ale nie dopuszczę cię do udziału w niej inaczej niż rzekłem. I nie po złości czy dla upokorzenia to czynię. Co innego w tym jest. Zgadzasz się?
- Tylko jeśli Ty też coś mi przyrzekniesz. Na co przysięgniesz na Asów i Wanów - odparł jego potomek z przekorą widoczną na twarzy.

Frey spojrzał na niego baczniej, zapanowała cisza
- Co mam przyrzec.
- Przyrzekniesz, bym to ja pierwszy z Agvindurem pomówił. Jeśli żyw będzie. Jeśli nie, pierwszy pomówię z jego zabójcą.
- Jeżeli będzie to możliwe - skald skinął głową - to tak, niechaj będzie. Bacz jeno, że nie wiadomo w jakich okolicznościach go znajdziemy. Może nie być czasu, ani możliwości bym czekał aż będziesz mógł z nim rozmawiać. Jeżeli będzie to możliwe, to tak. Jednak z jednym wyjątkiem. Jeżeli Eryk jego mordercą, to ja mam z nim bardziej na pieńku. Więcej niźli by chodziło o samego Agvindura.
- Jak zwykle język giętki - prychnął Sven - Jeśli okoliczności będą takie, że go znajdziesz beze mnie lub też gdyby inne zdarzenia miały miejsce, poślesz po mnie lub utrzymasz go w istnieniu bym z nim słowo zamienić mógł. Z Erykiem wiem, że Ci nie po drodze. I to jedyny wyjątek od mego żądania.
- Dobrze - głos skalda zaczął nabierać gniewnych tonów - jeżeli będzie to możliwe - zaakcentował. - Zważ, że istnieje szansa iże go związali krwią i jak z nim przyjdzie mi się spotkać, to w boju. Czekać na ciebie wtedy nie będę, ale z jego zabójcą wtedy rozmowy ci nie odmówię.
- Przyrzeknij na Asów i Wanów.
- Na Asów i Wanów, przyrzekam.
- Tak i zdobyłeś przybocznego. - Złość Welanda poczęła wybudzać irytację i pana na Ribe.

Freyvind wyszedł.
Dwoje przybocznych. Oboje wściekłych na niego za to co uczynił i wobec siebie za to kim byli.



Orm z Viborga cieszył się ogromnym szacunkiem i pozycją wśród dunów, a jego sława wybiegała poza Jutlandię i znano go, jako i szanowano również w Zelandii i Skanii. Freyvind upatrywał spotkania z nim jeszcze przed thingiem lub w czasie jego trwania, ale czasu na to nie miał, a i Orm późno przybył do Jelling.
Po Ostarze, gdy lada chwila miano ruszyć do Aros, wolnego czasu już było w bród i po rozmowach z Erlingiem, Solveig i Svenem, afterganger zdecydował się pójść ku wielkiemu obozowisku rozciągniętemu pod stolicą Bacsegi, aby poszukać sławnego woja.

Odnalazł go przy jednym z ognisk i przywitawszy się zasiadł z dala od ognia nie czując się pewnie przy mocnym płomieniu. Dłuższy czas rozmawiali o mało ważnych kwestiach, a także o ogólnych aspektach wyprawy. Skald badał i oceniał rozmówcę i nie zawodził się w swoich oczekiwaniach.
- Ważnym jest aby wyprawa ta umocniła jedność północy - rzekł w końcu. - Silna władza króla, pokój z pomiotem Fenrira. Nadzieję w tym pokładam. Tylko silna władza królewska to może zagwarantować. Nie słabych jak Klak, czy Dziecię i bez prób zakusów na słabego władcę jak ze strony Rorika.
- Becsaga zdaje się mieć wszystko pod dobrą opieką - Orm spojrzał na skalda z powagą - Ma szansę na poparcie wielu, nie tylko z krain tutejszych. - dorzucił z zadumą.
- Tak - zgodził się skald. - Bacsega to dobry król. Mądry, wierny tradycji i silny. Nie próżny, dobrze zarządza Denemearką. Od dawna tak silnego na tronie nie było. chciałbym… aby rządził jak najdłużej i wiele bym za to dał. Jednak Bacsega już niemłody, a synów nie ma. Silny król, ciągłość władzy przez krew spłodzonego dziedzica, jak w sadze głosiłem na thingu. To potrzebne stabilności, sile królestwa.
- Ciężko zatem będzie ciągłość krwi zachować - Orm zmarszczył brwi. Do tej pory królów wszak wybierano… a i przekonać wszystkich by przyjąć chcieli takie rozwiązanie niełatwo. Wielu podnieta i ekscytacja wyprawą opadnie, a wtedy przekonać i ciężej.
- Gdyby Ragnar Lodbrok chciał po tron sięgnąć wielu by go wsparło. Za jego nieśmiertelną sławę jaką na zachodzie zdobył. On jednak wolał za morzem chwałę powiększać, a i stary już tak, że mało kto tyle żyje. To jednak dobra droga. Ktoś o sławie wielkiej, za kim wielu pójdzie. W rządach pokazać się potem jak wielkim i sprawiedliwym jest się władcą. Syna na następce chować, aby od dziecic był obyty we władzy sprawowaniu i wiedział, że dobro poddanych dobrem królestwa i jego. Dziedzictwo władzy usankcjonować, niechętnych temu za ryj uchwycić. W tym drogę do siły i spokoju widzę.
- Ale to dla wielu będzie powód i do buntu. Tyranii się bać będą i despotyzmu co naruszać porządek mogłaby. - Kiwał głową Orm zasłuchany w słowa Welanda. - Może który z synów jego by się podjął?
- Też posunięci w latach i poza Bjornem już nie tak sławni synowie Ragnara są przez własne czyny. Następca Bacsegi mógłby zostać ten, co ludziom podczas najazdu przewodził będzie na Kraj Franków. Ja w świetle Sól dowodzić nie mogę. - Freyvind uśmiechnął się. - Śmiertelny winien mym zastępcą być na ten czas. A i wiem to, że przyjdzie mi z pewnością parę razy armię opuścić na dłużej wraz z einherjar i ulfhednar w polowaniu na tamtejszych przeklętych. Taki wódz co po Bacsedze po władzę sięgnie wskazany przez króla również jako następca z jego woli… Krwią nie związany, aby mógł potomków płodzić. Oddałbym swój miecz aby wspomóc go w rządach i budowaniu potęgi, jedności. Rozwinięciu teraz jedynie nominalnej władzy na Zelandię i Skanię. Wykuciu silnego królestwa.
- Planujesz kolejny thing w tem celu?
- Po powrocie chciałbym rozmówić się o tym z Bacsegą. Od tego jak wyprawa pójdzie wszak wiele zależy. - Freyvind wzruszył ramionami. - Wierzę, że wiking udany będzie. Wojowie powrócą z drakkarami pełnymi zrabowanych dóbr i w sławie, zostawiając tam zgliszcza. Wtedy przyjdzie naradzić się co z tym zrobić o czym mówię. Może kolejny althing? To się obaczy. Na wszelki wypadek jednak chciałbym, aby ktoś już cieszący się wielkim poważaniem wśród Dunów, zbudował sławę nieśmiertelną w naszej wyprawie. - Skald spojrzał Ormowi w oczy. - Jeżeli król zaakceptuje mój plan, będzie już kto na ustach całej Denemearki by go promować na następcę Bacsegi.

Orm chwilę przyglądał się skaldowi.
- Sugerować chcesz… - urwał - … mnie? - spytał z jakimś skołowanym niedowierzaniem.
- Ludzie mają cię już za jednego z najpierwszych Dunów. Gdy udowodnisz to w kraju Franków, to znaczy, żeś godzien. Ja wtedy stanę u twego boku, jako protektor twej władzy i stabilnego, silnego, dziedzicznego królestwa Denemearki. Nie jako pan twój. Krwią wiązać nie chcę, dziedziców mieć wszak musisz i śmiertelnym być po swój kres, co zapewni dziedziczenie korony. Poniesiesz kruczy sztandar jako śmiertelny zastępca Welanda?
Mężczyzna podrapał się po policzku.

Milczał.

A skald nie takiej reakcji się spodziewał, bo człowiek siedzący przed nim najwyraźniej kontemplował i kalkulował na zimno i bez emocji.
W końcu skinął głową i wyciągnął ramię.
- Poniosę - rzekł krótko.

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 12-09-2017 o 20:47.
Leoncoeur jest offline  
Stary 12-09-2017, 21:18   #4
 
Amon's Avatar
 
Reputacja: 18533 Amon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputacjęAmon ma wspaniałą reputację


Wysoka kobieta, wysoka tak, by o krew olbrzymów można było ją podejrzewać, lecz nie aż tak by o nią osądzać, przechadzała się wybrzeżem. Spoglądała na mosiężny dysk, w blasku którego, jej skóra lśniła niczym śnieg. Lico tak blade, że nawet w czasach gdy kobieta wciąż oddychała, promyki słońca pozostawiały na niej purpurowe bruzdy. Skadi zerknęła w stronę ogni, przy których synowie i córki północy znosili kufle i rogi. Zapach unoszący się sponad tych naczyń nie nęcił jej, nawet tych od których czuła krew, (bo był tam i takie a nos nocnego drapieżcy jakim była potrafił to wychwycić)
Nie była bowiem głodna. Jeszcze.
Skadi, bo tak zwała się nosząca męski strój kobieta, uśmiechała się. Wielu aftergangerów szykowało się przeciw frankom, a to oznaczało tylko jedno: wielu wrogów będzie tam na nich czekało.
Potężnych wrogów. Wrogów podobnych nim samym.
Skadi niemal już czuła głód.

Ale był jeszcze czas. Czas pląsów, rozmów, bajań. Czas ciszy przed burzą. Skadi wolała burze, ale to co ją poprzedzało było naturalną koleją rzeczy, a to było coś warte jej szacunku. Było coś jeszcze, w swoim życiu, które było nie takie znów krótkie nawet nim zaczęła nazywać te zimne krainy swoim domem, Skadi nigdy nie widziała tylu aftergangerów w jednym miejscu, na tak małej przestrzeni. Jeden z nich, był w zasadzie na wyciągnięcie ręki… kobieta zastanawiała się jak długo tyle wilków może zadowolić się wzajemnym powarkiwaniem. Skadi zataczała koła między ogniskami, przyglądała się osobom przy nich siedzącym, żywym i umarłym.

Freyvind siedział obok Orma z Viborga, jednego z najbardziej zawołanych i sławnych śmiertelników w Jutlandii. O ile nie najsławniejszego. Z pewności cieszącego się największym szacunkiem, może poza królem i Jensem z Jelling jarla stolicy. Śmiertelnik wyglądał na lekko zaskoczonego odbyta rozmową, ale i szczęśliwego z jej przebiegu. Urósł jakby w sobie. Pożegnał się zaraz z nieumarłym skaldem i opuścił swoje miejsce jakby zaaferowany tym co ma uczynić.

Skadi była akurat w pobliżu. Słyszała imiona, choć nie skupiała się zbytnio nad ich znaczeniem, nawet gdy je znała. To między innymi dlatego jej mąż i ojciec tak lubił nazywać ją “dzieckiem”. Może i tak, może miał przyjść czas, gdy kobieta zacznie interesować się tytułami czy polityką żywych i umarłych. Ale jeszcze nie dziś, nie jutro. Jednak kobieta nie była ślepa. Każde stworzenie walczy w sposób miły własnej naturze. Słowa również mogą zabijać, poruszać całe masy istot do wzajemnej rzezi.
- Sigurvegariúlfa - powiedziała przykucając niedaleko mężczyzny - to rzadki przydomek - powiedziała z zainteresowaniem.
Spojrzał na nią i przez moment jakby starał ją sobie przypomnieć, jednak poddał się nie rozpoznając na szybko. Znamionowała go niecierpliwość.
- Powtarzaj to miano częściej, a zamiast wyrzynać Franków zrobimy to tu, między sobą. Ulfhednar są w obozie i ich ludzie. Nie reagują dobrze na to miano - mimowolnie się uśmiechnął.
Skadi wzruszyła ramionami.
- Nieczęsto cokolwiek powtarzam, czy mówię. Bez obaw. - wyjaśniła, po czym rozejrzała się i zaciągnęła wilgotnym morskim powietrzem - ale przecież wiesz, że oni wiedzą. - spojrzała mu w oczy - pozwalasz więc by “nie pamiętali” by mogli zachować swą dumę? - Skadi była autentycznie ciekawa.
- Tak. - Kiwnął głową. - Jeżeli znasz me miano jakim zaczęto mnie zwać po viborskim thingu, wiesz kim jestem - zmienił temat. - Ja nie znam nawet Twego imienia, czuję się przegrany. Pozwól mi zachować dumę i zdradź kim jesteś. - Znów uśmiechnął się lekko.
Skadi przekrzywiła z zaciekawieniem głowę, kiedy afterganger pokazał zęby. Nie różnili się przecież od zwierząt, więc czemuż to ten gest miał oznaczać coś innego u niemartwych? Czy ten tutaj właśnie z nią walczył? - zapewne! był lisem, lisem, który zagryzł wilka. Walczył z nią w sposób którego nawet nie była do końca świadoma. Czy powinna więc walczyć dalej? - oczywiście! jak inaczej można się czegoś nauczyć jeśli nie poprzez praktykę.
- Skadi - powiedziała po prostu, łypiąc na mężczyznę przed sobą ciekawskimi, szarymi oczyma.
- Skadi - powtórzył. - Skadi Białoskóra, Skadi Białowłosa. Skadi Trolobójczyni. Wybacz, żem cię nie rozpoznał. - Sięgnął po bukłak z piwem. - Skal! - Upił łyk. - Tak, winien im jestem by pozwolić zachować dumę.
Kobieta machnęła dłonią.
- Sama nie rozpoznaje tych opowieści, może akcent bajarzy jest dla mnie za ostry - wyjaśniła bez emocji, po czym jej rysy wyostrzyły się, gdy zadała włąsne pytanie:
- Winien?
- Winien - znów powtórzył jej słowo. - Zabijałem śmiertelnych, aftrgangerów, “Synów Lokiego”. Tylko wśród tych ostatnich nie było żadnego, kto nawet wiedząc co go czeka, nie uciekł. I każdy z nich, wilków, padłych z mej ręki zginął bo my i oni nie rozumiemy się. Oni nas nienawidzą, a jednak wolę zabijać Franków, Anglów, Sasów niż ich. Nie odmówię dumy synom północy, nawet Úlfhéðnar.
Skadi słuchała słów mężczyzny w skupieniu.
- Skoro niewiedza powoduje śmierć, tędy prawdą jest to co mówią o tych którzy posiadają wiedzę. - powiedziała wreszcie odchylając nieco głowę do tyłu i spoglądając teraz na aftergangera z nowym respektem, gdyż zrozumiała jak działają jego umiejętności.
- Wiedza - zamyślił się. - Wiesz, że moją przyboczną na wyprawie ma być jedna z wodzyń wilków? Której zabiłem dwóch braci… Będzie mnie chronić w czas Sól, zanim roztoczą się ciemności w czasie Maniego. My i oni bedziemy mieli dużo okazji by walczyć. Razem, przeciw Frankom i tamtejszym nieumarłym. Dużo czasu i możliwości by posiąść wiedzę.
Skadi przymknęła oczy, to zawsze tak już chyba było nieprawdaż?
- Och tak - uśmiechnęła się - kto emanuje przed nimi większą przemocą jeśli nie zabójca ich własnych krewniaków. Oczywiście masz rację… jak chcesz bym cię tutaj nazywała? lisie?
- Nieodzowna potomkini Odindisy. - Wzrok jego stał się ostrzejszy. - Drapieżna, widząca jeno przemoc. - Wstał i znów napił się z bukłaka. - Jam syn Eyjolfa. Choć dumnym ze swych zwycięstw - spojrzał na nią wyzywająco gdy usiadł na kłodzie bliżej jej przykucniętej sylwetki - potrafię czuć żal czasem, że ten a nie inny padł z mej ręki. Nie zjednam ich. - Pochylił się, a wzrok miał zimny. - Bo oni Skadi mają to w dupie. Moja przyboczna wilczyca wyzwała mnie na holmgang po zakończeniu wyprawy. Ona, lub ja. Nawet gdy wygram obiecałem nie wrócić do Denemearki. Przedtem zaś postaram się uzdrowić ich caern, który zniszczyłem. Nie idą za mną bo niosę przemoc. Idą z nienawiści do mnie, bo chcą mnie zniszczyć w uświęconym tradycją pojedynku. Idą ze strachu, bym był daleko od ich leż. Idą z nadzieją, że co zniszczyłem, to naprawię. A ja idę z nadzieją, że zozumieją, iż my nie jesteśmy ich wrogami. Walcząc ramię w ramę. By wyrywać serca i flaki, pić krew, rozdzierać na strzępy. Mordować tysiącami, przelewając juhę niczym rzeki, palić, gwałcić. Ale tam! Franków, Sasów, Anglów, a nie tu, siebie wzajem. I po to poprowadzę einherjar i ulfhednar na orgię krwi i zniszczenia, i dlatego nie odmówię wilkom dumy. - Omiótł jej sylwetkę od stóp do głowy. - Lis..., może być i lis.
Skadi pokiwała głową.
- Żal… przez ten żal też można zabijać. Nienawiść i strach, to jedynie efekty i narzędzia. - zagalopowała się, zdziwiona sama sobą, ale faktem było iż kobieta rzadko miała możliwość w ogóle z kimś rozmawiać, a co dopiero z podobnym sobie stworzeniem. Skadi przymknęła oczy i podniosła się do góry. - Dziękuję ci za tą rozmowę. - powiedziała.
Kiwnął głową.
- Przybyłaś tu by z nami za morze ruszyć? - Zapytał jakby upewnić się chciał. Prawie nie było powodu, aby ta Skadi o której mówiono przybyła tu w innym celu. Ale prawie, to prawie.
Kobieta uniosła brew, omiotła wzrokiem okolicę po czym znów wbiła szare oczy w skalda.
- Nie, jeśli jedyną rzeczą jaką zamierzacie zrobić jest “za morze ruszyć” - uśmiechnęła się perliście po czym spoważniała - ja też potrafię czuć żal.
- Nie jedyną. A co tam uczynim, wierzę, że dziki dreszcz satysfakcji nam przyniesie, nie żal. - Spojrzał na stojącą aftergangerkę. - I ja ci dziękuję - dodał nie precyzując, czy za rozmowę, czy za to że przybyła co znamionować mogło jej udział w wyprawie.
A Skadi nie zamierzała się dopytywać, zrozumiała już, że siłować się ze skaldem na słowa, to tak jak wlewać strumień w odmęty morza. Rozmowa z nim, mogła być tak samo niebezpieczna jak sparing z silniejszym przeciwnikiem - pouczający ale tylko do pewnego poziomu a potem już jedynie wyniszczający. Kobieta obiecała sobie przyglądać się temu Lisowi.

***

Przechodzącą przez tłum kłębiących się ciał Skadi ktoś popchnął.
Mocno i z głuchym uderzeniem w ramię.
Odwracając się jedyne co ujrzała to wielki łeb niedźwiedzia, co miast ślepi miał czarne kamienie. Najwyraźniej wygładzone czyjąś czułą ręką bo blada kobieta ujrzała w nich swe odbicie połyskujące i podświetlane płomieniami ognisk.
Ujrzała też swoją szponiastą dłoń sięgającą ku tej niedźwiedziej skórze, zaciskającą się na niej i szarpiącą sierść dawno umarłęgo zwierzęcia do tyłu.
- Zawszony pierdoło! - usłyszała zduszony wrzask najwyraźniej kobiecy - Ile razy… - wielka, mięsista piącha leciała w kierunku gdzie zwykle znajduje się splot słoneczny, wiążący energię. Skadi jednak nie była zwykła i pięść wylądowała nieco niżej.
Skadi poczuła więc wielką łapę wciśniętą na wysokości swojej martwej macicy i wiedziała… wiedziała, że było to dobre. Było tak dlatego, gdyż to oznaczało iż głowa oponenta jest dokładnie tam, gdzie Skadi ją teraz chciała, to jest w zasięgu obu jej mocarnych ramion. Kobieta z wrzaskiem puściła swoje dłonie by w zamaszystym ruchu zderzyć je ze sobą… to jest zderzyć je na upierdliwym kudłatym czerepie. Gdyby jednak, z jakiś bliżej nie znanych Skadi przyczyn, nie pozostała jej między palcami sama wilgoć, kobieta zamiarowała zacisnąć szpony na uszach i poprawić uderzeniem własnego czoła.
Poczuła to…
Nie jeno na pazurach co zanurzyły się w skórze przypadkowego robaka, ale i w nozdrzach.
Uderzenie pierwsze z dwóch wydarło głośny ryk z gardła przeciwniczki, lecz krótki, urywany. Kudłaty łeb niedźwiedzia wciąż nie ukazał Skadi jej twarzy, lecz leniwie zakołysł się drgającym ruchem zmemłany ciosem kobiety. Najwyraźniej bogowie pozwoli dokonać brunatnej bestii ostatniego bohaterskiego czynu i ocalić swą właścicielkę. Skadi nie czekając na reakcję okrytej skórą przeciwniczki ponowiła cios, który z pewnością celu dosięgnął a mimo to nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Miast fontanny czerwonego soku i mazi mózgu usłyszała śmiech zmieszany z wściekłością. Niedźwiedzica wpakowała w Skadi bark próbując najwyraźniej powalić ją na ziemię. Siła, dzikość i pasja zawarły się w tym ciosie. Gdyby nie dar męża Białowłosej, miałaby pogruchotane kości.
Teraz i Skadi wrzasnęła ukazując kły. Kobieta chwyciła krawędź niedźwiedziego futra i szarpnęła nim tak, by mieć pewność, że morda, która do tej pory się nie ukazała i teraz ukrytą pozostanie. Wampirzyca wbiła zęby w ciało przeciwniczki szarpiąc mięso na wszystkie strony.
Wyrwała na oślep kawały ciała zamieniając ramię przeciwniczki w poszarpany i ziejący mięchem szlak nim jeszcze padły na ziemię. Sama zaś odczuła uderzenie o zabłoconą i rozjechaną glebę i wchodzące gładko i głęboko cztery źródła bólu. Spięte wojowniczki nie zważały na rozchlapujące się wszędzie błocko. Obydwie przepełniała teraz żądza wygrania a ich dzikie wrzaski zwracały uwagę uczestników thingu. Kotłując się nie słyszały komentarzy rzucanych przez rozbawionych ludzi. Trafiła im się darmowa rozrywka. Natychmiast też rozpoczęły się zakłady.
Tłum jednak przerzedził się gdy w sam środek walki wparowała Wadera z Jelling.
Roześmianemu tłumowi spieszno stało się nagle być w innym miejscu. Walczące nie zauważyły tego jednak. Nic wokół się nie liczyło jeno kolejne ciosy. Skadi wciśnięta w błotnistą paćkę odczuła niejaką lekkość choć ramiona młóciły zaciekle powietrze. Rannevig zaś przeleciała niewielki odcinek i z głuchym plaskiem walnęła o ziemię.
Gdy Trolbójczyni przetarła zlepione szarą mazią oczy przed sobą ujrzała niewielką blondynkę o przeraźliwie niebieskich oczach jakie nasuwały na myśl szczyty lodowców.
- Szczezłyście na umyśle?! - warkot dobył się z gardła aftergangerki.

- Bynajmniej… - Skadi splunęła kawałkiem rannevigowej skóry. Kobieta spoglądała na miejsce lądowania swojej “siostry”. Sama też odczuła ranę w podbrzuszu zadaną pazurami niedźwiedzicy, co nie było bardzo uciążliwe, po prostu zwyczajnie uciążliwe, jak świerzb na dupie, albo drzazga w języku.

- Na głupią nie wyglądasz. Na thingu Cię nie było. Welandowi się odpowiedziałaś? - lodowe ślepia mierzyły to jedną to drugą. Skadi pokiwała gospodyni, obserwując reakcję Rannveig,ta podnosiła się zrzucając skórę i spluwając w błoto. Pomimo złości byłej Pani na Jelling uśmiechnęła się szeroko. Skadi puściła jej oko… “złe”, świecące oko, jak nazywali to śmiertelni.
- Bitek tu nie będzie. - stwierdziła stanowczo Gudrunn jakby czekała tylko na jedno słowo zaprzeczenia lub podważenia - A po krew w las idźcie i miarkujcie co robicie.
Skadi przeniosła spojrzenie na Waderę:
- Ano i nie będzie. - zgodziła się. Gudrunn była tu u siebie, a Skadi nie zamiarowała obrażać gospodarzy.
Żadna z nich nie zauważyła przyglądającej się temu wszystkiemu ciemnowłosej i szarookiej wojowniczki co z założonymi rękoma stała oparta o pobliską chatę. Na twarzy kobiety malował się wrednie złośliwy uśmieszek.

***

Skadi przeczesała raz jeszcze ciężkie od błota włosy i rozejrzała się za najbardziej dogodną drogą ku wodzie… która przecinała by się z drogą Rannveig
Lodowooka stała w miejscu obserwując obie wojowniczki. Rannveig zaś nie odezwawszy się ani słowem ruszyła niby to w kierunku przeciwnym
jednak gdy tylko skręciła za róg pierwszej chaty ruszyła za Skadi.
- Hej, ty! - krzyknęła starając się by tubalny głos jednak brzmiał jak szept. Średnio wychodziło to ciche pokrzykiwanie, a sama niedźwiedzica wyglądała zabawnie: niby to skulona niby to próbująca stąpać dumnie. Na szczęście rozmowy, które na nowo się rozpoczęły pomogły jej nieco w wysiłkach.
Gdyby Skadi była kimś innym, na przykład złotoustą istotą pokroju Lisa-Walenda, tędy mogłaby cynicznie wypomnieć, czemuż to berserkerka fatyguje się teraz głos nadwyrężać dla zwrócenia uwagi. A co to? sił w ramieniu brakuje? odwagi może? Jednak usta Skadi złote nie były, były blade i martwe, jak i wyraz jej twarzy gdy powoli obróciła się w kierunku Rannveig.
- Ja. - potwierdziła zatrzymując się jednocześnie.
- Rannveig mnie zwą a lepszej okazji do poznania mieć nie można. - podeszła radosna i ciężka ku zabłoconej bladolicej. Rękę co niedawno waliła z zacięciem przeciwniczkę wyciągnęła ku Skadi.
A Blada wyciągnęła swoją szponiastą dłoń na przeciw. Rannveig mówiła do niej zrozumiałym językiem, mową przemocy i tej przemocy umiłowania. Berserkerka była więc dla Skadi jak siostra, a z jednakowym rodzeństwem było już tak, że można było je kochać lub nienawidzić, z tych samych przyczyn. Skadi nie chciała wybierać, nie musiała. Wolała czuć te dwie rzeczy na raz.
- Skadi. - powiedziała gdy ich dłonie i ramiona zakleszczyły się w uścisku. Spoglądała z góry na kobietę oglądając sobie dokładnie to cudo w czerwonym blasku własnego wzroku. Skadi była magicznym stworzeniem, jej ciało, kości i mięśnie były pomyślane w głowie bóstwa. Ta tutaj wojowniczka, musiała wywalczyć sobie miejsce w zimnym świecie ludzi północy. Bladej niemal zrobiło się cieplej w brzuchu.
Zapewne z powodu niedawnej rany i głodu którego jeszcze nie było, ale przecież szybko mógł przyjść.
- Na althingu Cię nie widziałam - Rannveig rzuciła z ciekawością - a kilkoro z nas ciekawe wieści miało - skinęła - i wiele się wydarzyło.
Skadi kiwnęła głową.
- Prawda, toć ledwo stopami dotknęłam lądu wcześniej tego wieczoru. Od wikingu do wikingu. - wyjaśniła.
- Nigdym nie przypuszczała, że to chuchro Alfą zostanie. - wymamrotała Rannveig też jakby coś więcej na zebraniu się wydarzyło co niekoniecznie jej w smak było.
- To jak “została”? - dopytywała się Skadi. - przecie nie na oczy piękne hm? - mówiąc to wampirzyca poczęła rozpinać ubranie, gdyż zamiarowała w sadzawce popływać, coby ziemię z siebie zmyć.
- Nie na piękno oczu - Rannveig też zrzuciła odzienie i wskoczyła ciężko do wody. Ciało jej pokrywały blizny z różnych ran a uda i ramiona pokrywało ciemnobrązowe szczeciniaste futro podobne do niedźwiedzia co go na sobie nosiła.
- Walkę wygrała - burknęła obmywając miejsce, które Skadi rwała i drapała. Rana z wolna się zasklepiła. - jeno niewielu z nas ruszy. - zmieniła raptem temat.
Skadi sama skończyła się rozbierać i powoli, bez entuzjazmu czy jego braku, zwyczajnie weszła między wody jeziora. Tamtego dnia, gdy jej przyszły ojciec i mąż uprowadził ją siłą z rodzinnych ziem, żywą jeszcze będąc, kobieta położyła liczbę nortmanów z jego załogi. Pierwszego własnymi rękoma, resztę zdobycznym nań żelazem. To nie była oczywiście jej pierwsza walka, jednak dziś po latach życia i nieżycia, pierwsza godna zapamiętania. Do nocy w której poznała męża, Skadi (choć to dopiero on ją tak nazwał) nie nosiła żadnej skazy: Jej ciało nie tylko zostało ulepione przez bóstwo jako doskonałe, ale i później, kapłani jej ludu, dbali by lico kobiety nie szpeciła choćby jedna blizna. Jednak, gdy mąż w odległe strony ją zabrał, Skadi latami walczyła u jego boku a rany się zdarzały czasem i poważne. Wciąż, krew męża pomagała przezwyciężyć kobiecie najgorsze urazy, co w połączeniu z byciem doświadczoną przecież wojowniczką sprawiło iż za życia blizn jakiś specjalnych Skadi się nie nabawiła. Nic nie zakłócało więc regularnych kształtów mięśni, oplatających ciasno szkielet aftegangerki. Kiedy dała mężowi dziecko: gdy został dla niej ojcem, blizny przestały ją w zasadzie dotyczyć, pomijając walkę z trollem rzecz jasna, gdyż ten urządził Skadi znacznie gorzej niż, ona sama przed chwilą Rannveig. Były za to inne, znamiona, znacznie bardziej słodkie jej duszy. Po tym jak przestała oddychać, palce u dłoni, już na zawsze podobne stały się pazurom niedźwiedzia. Po boju z Trollem również i uszy aftegangerki nabrały dzikich cech. Białe włosy zgęstniały i porastały teraz również tył szyi.

Skadi była już po pas w jeziorze i zimna woda wlewała się właśnie w świeżą ranę na brzuchu. Kobieta pozwoliła jej zasklepić się tylko trochę, chciała czuć w sobie Rannveig gdy się jej przyglądała. Jej wzrok powędrował ku ramieniu berserkerki, które Skadi zbrutalizowała, naznaczyła sobą na długi czas. Kobieta przygryzła wargę, tak dobrze poczułaby się całkowicie niszcząc tą aftegangerkę, wypijając ostatnią kroplę krwi z jej połamanej czaszki. Rannveig była wspaniałym dzikim zwierzęciem, a takie zasługują na bycie wspaniałą zwierzyną, wspaniałym łupem, są tego godne. Skadi zbyt szanowała siłę berserkerki, by chcieć pozwolić jej żyć. Takiej bestii nie wolno więzić, łamać jej woli, udomawiać, to byłoby okrutne i podłe, pozbawione czci i honoru.

Ale nie musiało tak być, przynajmniej na razie. Berserkerka nie była obecnie dla Skadi wrogiem, czy nawet rywalem. Były z rodu Odindisy, przepychanka, parę klapsów czy ugryzień to nie żadna walka. No dobra, pewnie gdyby Gudrunn im nie przerwała, to mogłoby się zmienić w autentyczny bój ale kto by to teraz rozpamiętywał? chyba tylko skald jakiś.

Skadi zanurzyła się pod taflą wody i przepłynęła między nogami Rannveig wynurzając się po przeciwnej stronie. Grubo ciosana wojowniczka odskoczyła w bok nieco zaskoczona takim postępkiem.
- Tędy wzięła siłą co jej. - zawyrokowała Blada wyrzymając włosy. - Gdy wilki w stadzie, ten pierwszy z nich siłę musi mieć… - uśmiechnęła się do siebie - A jak nie… - urwała, gdyż obie doskonale wiedziały jakimi prawami rządzi się przyroda i honor Ejnherjara. - I nie musi być nas mało.
- Nie? A co? Przekonasz pozostałych pięknymi słowami? - zarechotała wesoło z niedowierzaniem, uderzając dłońmi o taflę wody. Nabrała w dłonie przezroczystej cieczy i ochlapała twarz. Ciemne strugi czernidła rozpłynęły się jej po twarzy, przyciemniając jej oblicze. - Ni Dan za ruszeniem nie był, a rzadko Alfy nie wspiera. - Rannveig zanurzyła się głęboko po czubek głowy i wypłynęła kawałek dalej. - Ni brat jego Tryggr, chociaż ten ostatni nie do końca pewien był pozostania tutaj. Skadi ruszyła po dnie ku berserkerce, w nocnych ciemnościach można było śledzić przemieszczający się pod taflą jeziora czerwony blask bijący z jej oczu. Blada wynurzyła się tuż obok dzikiej kobiety.
- Są lepsze rzeczy niż rozmowa - powiedziała do jej pleców. Rannveig odkręciła się błyskawicznie chlapiąc wokół siebie wodą z kłami odsłoniętymi i odstraszającym rykiem.
Niewiele drapieżników lubiło być zachodzonymi od tyłu a berserkerka nie była wyjątkiem. Zmrużone oczy wpiła w Skadi podejrzliwie i krok w tył uczyniła tworząc nieco przestrzeni między ich ciałami. Przyjazna atmosfera zdmuchnięta była niczym płomyk świecy i niedźwiedzica najwyraźniej szykowała się do odparcia ataku. Skadi również obnażyła kły, w uśmiechu lub jedynie w jego cynicznej karykaturze, a może po prostu w geście w żaden sposób z uśmiechem nie związanym.
- Mi też szkoda… - powiedziała jednak, pomna zakazu bójek… przynajmniej na razie. Rannveig bez słowa zaczęła wycofywać się z jeziora wciąż mając na oku bladą aftergangerkę.


 
__________________
Our obstacles are severe, but they are known to us.

Ostatnio edytowane przez Amon : 13-09-2017 o 13:55.
Amon jest offline  
Stary 13-09-2017, 16:00   #5
 
Blaithinn's Avatar
 
Reputacja: 1068 Blaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumny
Elin i Dökkálfar


- Völva Elin, jarl Jens poradził mi cię odnaleźć -
Wyższy z dwójki mężczyzn którzy podeszli do Elin na targowisku, ten w skromnej, niebarwionej koszuli, przedstawił się jako pierwszy. Był to Dökkálfar, potomek Ljósálfar, Białej Kapłanki z Steigen. Głos miał młodzieńczy - choć w ruchach tej młodości już nie było. Zbrojny zaś, przedstawiony jako Alf, który trzymał się z tyłu był we wszystkim poza wiekiem jego przeciwieństwem - broń nosił bogatą i wcale się z tym nie ukrywał
- Że sprawnych żeglarzy władających mową franków wam trzeba do wyprawy
Wieszczke zastali za jednym z kramow rozmawiająca z kobietami i pochylajaca się nad jakąś robótką. Na dźwięk swego miana powstała i przyjrzała się uważnie obu mężczyznom. Gdyby nie wieści i plotki jakie do nich docierały mogliby pomyśleć że stoi przed nimi młoda dziewczyna o krótkich włosach i smutnym spojrzeniu.
- Prawda to. - Rzekła w końcu i wyszła do nich. - Nie zdążyliście na thing. - Stwierdziła nagle patrząc uważnie na Dökkálfara.
- Na daleką północ wieści docierają zbyt późno - potwierdził - A wielkie rzeczy uradziliście
Skinęła lekko głową by za nią podążyli i ruszyła oddalając się od straganów.
- Zatem chcielibyście dołączyć i towarzystwo Ulfednar nie będzie Wam przeszkadzać? - Zapytała ostrożnie zwracając się ku aftergangerowi. Wolała już na początku rozmowy poruszyć temat, który mógłby przekreślić zainteresowanie mężczyzny.
- Tak długo jak nie muszę się obawiać ich pazurów, nie przeszkadza. Z tym też przychodzę: jakże to się stało że ruszymy razem? -
- Trzynaście lat temu przepowiedziałam, że jeno zjednoczeni zdołamy sługi Białego pokonać. Najwyraźniej nadszedł właściwy moment.- Uśmiechnęła się delikatnie. - Często u Franków bywaliście?
- Ani razu, jak do tej pory - odpowiedział lekko, jakby to nic nie znaczyło - Przepowiednie kwitną długo, ale kto zdecydował że czas zerwać owoc? -
- To czemuście za tłumacza się podali? - Stanęła patrząc pytająco na niego.
- Bo nim jestem -
- Nie będąc u Franków? - Zamyśliła się na moment. - I sądzisz, że dasz sobie radę? - Pytała kierując się ku wschodniej części Jelling, gdzie powinien znajdować się Freyvind.
- Niechaj mi martwy język ścierpnie na wieki jeżeli nie zdołam przetłumaczyć słów zwykłego kupca - obruszył się - Dokąd idziemy? -
- Wybaczcie, nie chciałam urazić… Po prostu nie jeno zwykła walka armiami nas czeka. - Westchnęła cicho. - Do Freyvinda Lenartssona. - Odpowiedziała spokojnie. - Sądzę, że na spokojnie lepiej nam w trójkę będzie wszystko omówić.
- Jego imię też padło, kiedy opowiadano o thingu -
- To on zbiera wielką armię i to on poruszył tłumy, by do niej dołączyły. - Uśmiechnęła się spokojnie. - Ja mu w tym pomagam.
- Wielką armię...zbyt wielką jak na zwykły rajd -
Skinęła lekko głową.
- Mamy nadzieję na dobre pokonać Franków… i tych nieumarłych, którzy nimi z ukrycia dowodzą.*
- I tej części już nie opowiadają między ogniskami - parsknął zadowolony - czyli nie tylko zwykłe łupienie, a wejście głębiej na ląd
- Tak jak mówiłam… Nie było Was na thingu… - Zerknęła na mężczyznę towarzyszącego einhejahr. - tym pierwszym. - Elin uśmiechnęła się delikatnie do Dökkálfara. - I zgadza się… Chcemy się do Franków stolicy dostać.
- Złupić Paryż? - wybuchnał śmiechem - Należycie ambitny plan, nie powiem -
- Tak… Paryż. - Potwierdziła.- Ambitny? Powiedziałabym, że momentami szalony. - Uśmiechnęła się lekko. - Gdyż planujemy dostać się do siedziby króla… - Wyglądało jakby chciała powiedziećcoś jeszcze ale dotarli już do wielkiego ogniska, przy którym mężowie przeróżni siedzieli a wśród nich i skald.
- Frey… - Elin ugryzła się w język przypominając sobie, że Lenartsson odrzucił przecież swe imię. - Welandzie. Przyprowadziłam tłumacza.
 
Blaithinn jest offline  
Stary 14-09-2017, 15:38   #6
 
TomBurgle's Avatar
 
Reputacja: 16162 TomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputacjęTomBurgle ma wspaniałą reputację
Elin, Dökkálfar, Woland

Skald podniósł głowę, a jego wzrok od razu podążył do sylwetki wieszczki. Dopiero po chwili przeniósł włos na młodzieńca. Patrzył na niego przez chwilę taksującym spojrzeniem.
- Niech Asowie i Wanowie przychylnie patrzą na twe ścieżki - odezwał się w końcu wskazując miejsce na kłodzie ułożonej prostopadle do tej na której siedział. Były odsunięte bardziej od ogniska, wszak dzieci Canarla nie lubiły przebywać blisko żywiołu Lokiego. Afterganger zdawał się być czymś zafrasowany jakby męczyło go coś czego nie mógł rozwikłac, albo każda z opcji była tą złą.
- Me imię: Woland. - Oczywistym było, że przedstawiać się nie musi, bo chociażby jasnowłosy przybysz nie wiedział kim jest, to volva już jego miano rzekła. Pytające spojrzenie wskazywało raczej na oczekiwanie rewanżu w tym. Młodego northmana widział po raz pierwszy.

- Dökkálfar, potomek Ljósálfar z dalekiej Północy - fakt że skald nie raczył wstać do powitania jak dla równego, mówił swoje - Niech pomyślnymi wiatrami prowadzą twój statek - odpowiedział, odwzajemniając badawcze spojrzenie. Bo i było kogo badać

- Ciemny elf, potomek jasnych. - Skald uśmiechnął się. - Przewrotne miana. Spocznij proszę. Rad bym wysluchać ile o Kraju Franków wiesz.

- Tylko tyle ile Ljósálfar mnie nauczyła albo kupcy powiedzieli przy stole - zaczął, siadając. Głos miał młody, ale mówił spokojnie mimo publiki - Z dawnego Rzymu wyrósł ten kraj, króla mieli którego na thingu wybierali. Ale szybko znalazł się taki co władzy wiecowi nie oddał.
Skald roześmiał się.

- Nie o historię mi szło - przerwał mu, a w oczach na moment zatańczyły wesołe ogniki. - Język znasz, myślałem, żeś w tym raju bywał i wiesz coś o nim teraz, a nie z domeny Urd.

- Więc skrócę tą historię, do tego co rzec trzeba: u franków król się teraz chrześcijaństwem podpiera, a nie głosem ludu - westchnął te
atralnie - Jeżeli czasu na historie dziś nie masz, to pytaj wprost o wojenne rzeczy, może i tam coś wiem. O fortecę królewską chodzi? O drogę na Paryż? -

- Nie mam Dokkalfarze - Skald pochylił się trochę sięgając po bukłak. - Miód - wyjaśnił. - Nie zaprzestałem przyjemności z życia, skosztujesz? - Podał młodzieńcowi. - Język znasz, pomyślałem że może i drogi, miasta, kamienne umocnienia, ludzi tamtejszych - odpowiedział w końcu w temacie. - Zwykle ten co mową innych włada, bywa lub bywał u nich.

- Drogi mogę polecić dwie: od północy, od Dorestad gdzie władają nasi i będziemy mieli bezpieczne schronienie i w pół cyklu marszu będziemy pod Paryżem. Albo sprytniej, iść kwadrę od wybrzeża, granicami zwaśnionych Neustrii i Austrasii, bijąc raz jednych raz drugich i stwarzając pozory potyczek na granicy by zamaskować nasz pochód - łągodnym gestem odmówił miodu i korzystając z okazji zaczął mówić - To pomoże zmylić Roberta Mocnego który rządzi z Paryża jako nuncjusz, ale przede wszystkim sługa krwi Eryka z Tisso. A takiego fortelu będziemy potrzebować, Wolandzie, by zmylić Eryka i Alexandra - spojrzał porozumiewawczo na skalda

Freyvind wyciągnął miecz i przypatrywał mu się przez chwilę.
- Co wiesz o tym Alexandrze? - spytał.

- Że mieni się księciem Paryża już kilkaset lat; może nawet więcej niż ma całe królestwo franków i chrześcijaństwo na tamtych ziemiach. Że nie uzurpował sobie władzy na całym terenie tylko dla siebie jak to mają w zwyczaju tamtejsi władcy, a współpracuje. Że jest z klanu Róży i jest klanem Róży na tamtych terenach - przepraszająco uśmiechnął się do Freyvinda, jakby za to że go zawiódł

- A Segovia? - Frey spytał podnosząc wzrok na Dokkalfara.

-Rzymska prowincja osiedlona przez Gotów? Tamtędy chcemy iść? Czy aftergangerkę Segovię która pokonała Bjorna Żelaznego? - zapytał niepewny

- Wampirzycę? Tak, jeżeli o osobie mówisz to o nią mi idzie.
- Jarl Jensen wymienił ją jedynie jako kogoś znaczącego dla tej sprawy, ale nie mógł lub nie chciał rzec dlaczego - a skoro była przywoływana po raz drugi w tak krótkim odstępie czasu, była faktycznie znacząca - Więc jest znacząca. Dlaczego? -

- Była. Jest. Będzie znacząca. - mruknął Freyy spoglądając na ostrze jakby chciał się w nim przejrzeć. - Jakiż mrok w tobie drzemie Mroczny Elfie, że wilki nienawidzą cię bardziej niż zwykłych Einherjar?

- Wszystkie wilki? Czy jedynie te bez szerszego spojrzenia? - mina wampira stężała

- Nie wiem czy wszystkie. - Frey wstał. Miecz trzymał jak gotowy do ciosu… gdyby zapadła ciemność, jak w Aros gdy coś oblepiło mu oczy w oborze boendra, a potem gdy stawał z Volundem przeciw Segowii. Był spięty, jak drapieżnik gotowy do skoku. - Odpowiedz na pytanie Mroczny Elfie.

- Głębszy niż czerń dna morza; okrutniejszy niż sumienie i równie prawdziwy jak Bestia. - Dokkalfar także wstał, mimo gestu Welanda i chciał zrobić krok w tył. Ale nie zdążył lub nie chciał zdążyć.

Zaszokowana volva, co do tej pory stała obok Welanda boku krzyknęła jeno ostrzegawczo:
- Welandzie! On bezbronny! - strach w głosie jej znać było. Czy o skalda chodziło czy o coś lub kogoś innego, nie wiadomo było.

To go wstrzymało. Z jednej strony wiedział do czego są zdolni przeklęci walczący za pomocą mroku. Z drugiej bezbronnego ubić chwały nie przynosiło. Wręcz przeciwnie. Ci co wyśpiewywali sromotę takich czynów, chędożyli fakt iż czasem pozwolić tylko sięgnąć po broń przeciwnika, to jakby od razu przegrać. Jak z Segowią i tym tu.
Ostrze ze świstem przecięło powietrze zatrzymując się przy szyi Dokkalfara.
- Siadaj - wycedził skald głosem znamionującym iż nie jest daleki od furii.

- Nie chciałem wierzyć w historie tym jak zaatakowałeś Eryka - wamir nie dość że nie usiadł, to jeszcze sypał sól na ranę. Atak na gościa w swoim obozie!

- Chędożę w co wierzysz. Zaraz usiądziesz krześcijańskie ścierwo, albo łeb twój wrzucę w ognisko. Elin, kołek znajdź jaki.

- Czyli mogło tak być. Że zaatakowałeś bezbronnego Eryka. - siadł, trzęsący się - Chcesz powtózyć taką skazę na honorze, swego bezbronnego gościa atakując? -

Sztych miecza spoczął na gardle blondwłosego młodziana.
- Eryk jeno w dłoniach broni nie miał. On pierwszy uderzył. Mocą Canarla chcąc mnie złamać i zniewolić - wzrok Welanda był zimny. - O tym już sagi co je obkupił gdy z kołkiem w sercu spałem, nie mówiły? Dobrą też lekcję miałem w Aros. Takim jak Ty czy Segowia dać chwilę jeno starczy… Spójrz mi w oczy i sam stwierdź czy się zawaham czy nie.

- Nie mówiły. A przecież widzę że zabiłbyś ze strachu. Jak sługi Erlinga, przerażeni czymś poza ich pojmowaniem. I nie wiem kim jest Segovia, ale tak, gdybym był twoim wrogiem, to jeno chwila. -

- Strach tylko u was łamie ducha krześcijaninie. My też go czujemy, przekuwając w gniew. Ze strachu przed tym co uczynić możesz bym cię zatłukł, prawdę rzeczesz. Nie wstyd mi strachu, wolę ponie...

- Widziałeś ty kiedyś sługi białego tam gdzie nie nadchodzi dzień? W kuźniach krasnoludów i domach elfów? - tym razem Lasombra już przerwał litanię głupot która wylewałą się z usta Freyvinda. - Przybyliśmy z synem Völundra w twoje progi, a ty masz mnie za chrześcijanina? -

- Spotkałem świetlistego Alfa już. Pod Aros. Chcesz mi rzec, żeś przybył tu ze svartalheim? - Skald nie wyglądał jakby brał tę opcję poważnie.

- Przybyłem ze Steigen, jako rzekłem. - uspokoił się nieco i kruchy spokój wrócił także na jego twarz - Głupcem byłem, chcąc walczyć o bogów, głupcem dalej nie będę. Zamiast pod twoją komendę pójdę pod inną. Złotem i brankami się zajmę. Z samym Thorvaldem popłynę! -

- Jeśliś krześcijańskim nieumarłym, jedyne gdzie popłyniesz, to gnijącym, bezgłowym ciałem, po Farup. - Wciąż patrząc na Dokkalfara Frey zwrócił się do volvy: - Elin, jesteś w stanie sprawdzić go zaglądając w jego losy. Pytając o niego Urd?

- Dosyć tego. Nie chcesz mojego miecza, honoru nie masz, to nic tu po mnie. - rzekł wzburzony. I, bez żadnego ostrzeżenia, próby powstania czy
gwałtownego ruchu zapadł się w sobie i znikł, miecz Freyvinda zamiast gardło blondyna przebił powietrze.

Elin przysłuchiwała się całej rozmowie nie do końca pojmując co się w zasadzie dzieje. Czuła się niemal jak w Aros, gdzie gdy cokolwiek próbowała czynić w niwecz się obracało. Pytanie skalda z odrętwienia ją wyrwało.
- Tak, Welandzie, mogę spróbować. - trzęsacymi się dłońmi wyciągać runy poczęła ale wtedy Dokkalfar zniknął.

- Trzeba zawiadomić cały obóz, że krześcijański szpieg tu mącić chce. Żywcem go ująć najlepiej, ale przy tej magii południa, to może być niemożliwe. Ubić trzeba. - Aftergangera przepełniała złość.

- A może - Elin westchnęła - wiedzę wykorzystać? Mówił o Alexsandrze, sposobie na dostanie się do Agvindura… - nie była pewna sama czy to dobry pomysł, lecz stracić takiej okazji na przybliżenie się do celu nie chciała.

- Dlatego żywcem bym go wolał. Wiele dowiedzieć się by można. - Skrzywił się patrząc na miejsce gdzie Dokkalfar siedział jeszcze przed chwilą. - Ale weź tu i złap takiego jak ten czy Segovia.

- Ale skąd pewność, że szpiegiem, Welandzie? - Zapytała nieśmiało. - Sprawdzałam jego emocje… Z początku był zadowolony, radosny i ciekawy, a gdyś miecz wyciągnął oburzenie wielkie i złość go dosięgła… Nie wydaje mi się, by miał ukryte zamiary…

- Nie mam pewności. Gdybym miał to bym z nim nie rozmawiał. Mrokiem podobny do Segovii, zakradł się do wilków prawie szał nich wzbudzając.
Elin wzdrygnela się na wspomnienie.

- Mimo wszystko pozwól mi na spokojnie pierw z nim pomowic… Sprobuje myśli jego odczytać.

- Zabronić Ci nie mogę. Ostrożna jeno bądź. Sama wszak wiesz jak oni niebezpieczni.

Volva skinęła poważnie głową.
- Zabronić nie ale możesz ludzi od razu za nim posłać, co przekreśli szanse na spokojne rozmowy. - Uśmiechnęła się łagodnie. - Będę ostrożna, nie mam ochoty ponownie wpaść w ręce jednego z nich…

Skald kiwnął głową.
- Wstrzymam się do przedświtu. Nie ryzykuj zbytnio.

- Dziękuję i nie martw się, nie będę. - Odrzekła nie wspominając, że ostatnim razem, gdy próbowała odczytać myśli innego aftergangera zemdlała. Musiała mieć nadzieję, że tym razem obejdzie się bez komplikacji. - Wrócę, gdy tylko z nim pomówię. - Skinęła głową i się oddaliła.


Freyvind patrzył jak się oddala.
- Tej nocy moja martwa dupa nie potrzebuje ochrony. - Rzucił w noc. - Proszę, miej dziś w pieczy ją - dodał, ani nie mając pewności czy Solveig kręci się wokół w świecie duchów, ani większej nadziei, że jego prośbę spełni.



Dökkálfar

- Leć szukaj Gandalfa po obozie, i powiedż mu coby czym prędzej uciekał na przeciwległy brzeg Fårup Sø - ciągle wzburzony afterganger zebrał już swoich ludzi poza nim jednym. Dzięki pomocy jarla byli już tez należycie zaopatrzeni, i w tej sytuacji nawet thralle mieli broń w ręku. Zauważył przerażenie w oczach chłopaka. Nie chodziło o zakładanie wojennego ekwipunku - przeżył rabunek Londynu. Po prostu do tej pory oszczędzono mu kontaktu z nadnaturalną częścią Midgardu. Od teraz każde słowo które Harold usłyszał, każda rzecz którą zobaczył mogły być wykorzystane przeciwko niemu. Nie wiedział za dużo...ale to miało się zmienić. Licząc od tej chwili, od otchłani spoglądającej na niego z oczodołów jego właściciela.

Dökkálfar z Øyarrem odszedli na bok i przez chwilę radzili. Najpierw pierwszy streścił sytuację - od zdradzieckiego napastowania duchami przez wilkołaki po niezasłużone obelgi i obie próby morderstwa przez Freywinda, pierwszą powstrzymaną przez Elaine i drugą unikniętą dzięki naukom Ljósálfar. Później drugi radził, ile uradzić umiał. I uradził wspaniale. Przez dobrą chwilę młodszy wiking radośnie ściskał swojego mentora i poklepywał go po plecach.

- Broń za pasy! - huknął swoim młodzieńczym głosem - Dzięki Øyarrowi mamy lepszy plan. Nie bić nikogo, chyba że będą chcieli nas zatrzymać w drodze - zmienił rozkazy. Bez dalszej zwłoki wyrwał biegiem z powrotem do obozu w Jelling.

Nie kryjąc się ani nie nie czając, przemaszerowali przez obóz prosto do namiotu Bjarki, mówcy prawa. Wręcz przeciwnie: każdemu pytającemu - a i wielu tym którzy nie pytali - głośno oznajmiał że idzie ze sprawą Wolanda, co go przed chwilą zamordować chciał. I przed tym całym towarzystwem, kopą albo i więcej luda, które sprawę za ważną uznało stanął przed Bjarkim i całą sprawę swą przedstawił, jak to Freyvind bez ostrzeżenia mieczem się na niego zamachnął i zamordować bezbronnego chciał. A także, jak to honor Elin go raz ocalił, a drugi raz własna szybkość. I o przywołanie tejże Elin na świadka poprosił, by jako towarzyszka Welanda i świadek mogła słów jego prawdy dowieść. Padło jeszcze wiele pytań i odpowiedzi i ledwie uradzono że sprawa wyjaśniona wszystkim w Aros będzie, proszona volva sama nadejść zdążyła, jakby jakim zmysłem wiedziona. I jedyne co, co głębszą sprawę mu zwiastowało, to obecność oliwkowoskórej kobiety o zatroskanym spojrzeniu, która za alfą Lupinów stała w ich obozie. Ale nie rzekł nic w tej ostatniej sprawie.



Elin, Dökkálfar

Volva po skończonej rozmowie ze skaldem ruszyła na poszukiwania Dökkálfara. Nie chciała dopuścić do podobnej sytuacji jak z jarlem Erikiem, nawet jeśli myśl o mocach jakimi mógł dysponować afterganger przerażała ją jak mało co. Ciągle pamiętała wizję ataku Segovii na hird Einara… Moc sięgająca czegoś gorszego niż sam Nilfheim… I taka osoba była gdzieś tu, teraz, obrażona i wściekła na Freyvinda… Musiała zapobiec konfliktowi. Dökkálfar mógł nie być związany z ich wrogiem ale pochopne działania obecnego Welanda mogły to zmienić. Musiała porozmawiać z nowym aftergangerem i sama się przekonać.

Poszukiwana Dökkálfara trwałyby zapewne długo, gdyby jacyś ludzie nie poinformowali jej, że on sam jej szuka i wskazali drogę. Uśmiech losu czy pułapka? Odetchnęła cicho i uspokoiła się. Do tej pory nie sprawiał wrażenia, by chciał komukolwiek z nich zrobić krzywdę. Podążyła we wskazane miejsce ze zdumieniem odkrywając, że znajduje się w obozie jarla Jensa, w halli jarla. Przepuszczona została bez problemu, jako że wszyscy ją tu znali.
- Szukaliście mnie… - Odezwała się cicho stając przed nim, w oczach obawę dało się dostrzec. - Cieszy mnie to, gdyż i ja Was szukałam.

- Völva Elin, podziękować żem ci nie zdążył - rozmawiający z Bjarkim afterganger pochylił się głęboko, znacznie głębiej niż wypadałoby na powitanie. Z wyczekiwaniem spojrzał na gospodarza, wszak jemu nie wypadało podnosić tego tematu pierwszemu

Zaskoczona wieszczka skinęła głową niepewnie.
- Nie ma za co… Niewielem zrobiła… - Odrzekła i podążyła za spojrzeniem Dökkálfara, by zaraz również skłonić głowę na widok Jensa. - Jarlu.

- Elin, ważne sprawy miejsce mają - Jens spojrzawszy na volvę brwi zmarszczył. - sprawa przeciw Welandowi przedłożona i Ciebie na świadka wezwać będzie nam trza.
Bjarki z Karina u boku wpatrywali się w wieszczkę z napieciem:
- Zglosił mi tu oto obecny Dokkalfar próbę morderstwa i atak na bezbronnego. - rzekł z wolna słowa wymawiając - w twej obecności. Na świadka Cię jako tą,co od śmierci go uratowała chce. Zgodzisz się?
Smukle palce Navarrki otaczały ramie godiego.

Wieszczka jęknęła w duchu.
- Weland natomiast pragnął obecnego tu Dokkalfa ścigać jako szpiega… - Odezwała się powoli i spojrzała na aftergangera. - Nim odpowiem, pomówisz, że mną na osobności?

- Że bez powodu o szpiegowanie mnie przy ludziach pomawiał także mówiłem - potwierdził słowa wieszczki - Jasna to rzecz że porozmawiam, jeśli taka twa wola -

- Dziękuję… - Elin odetchnęła z ulgą. - Jarlu wybaczysz nam zatem?

Jens skinal glowa:
- Tak. Zostańcie jednak w okolicy by dalszych pomówień uniknąć. Porozmawiać możecie w sali obok - wskazał pomieszczenie w głębi husu.

Wieszczka skłoniłą głowę w podzięce i zwróciła do Dökkálfara:
- Pójdziemy zatem? - Wskazała na salę.

- Chodźmy - dał znać swoim ludziom by baczenie mieli, ale trzymali się daleko - O czym to rozmawiać w cztery oczy chciałaś? - zapytał łagodnie kiedy przeszli już do osobnej sali

- Pierw odpowiedz mi proszę czyś rzeczywiście taki jak Segovia? - W głosie wieszczki napięcie dało się wyczuć i obawę patrzyła jednak aftergangerowi prosto w oczy jakby próbując w duszę mu zajrzeć.

- A skąd miałbym wiedzieć? - wampir oburzył się, ale słabiej niż kiedy Frey go oskarżał, bo nie czuł w jej głosie złej intencji tak jak wtedy

- Czy mrok sprowadzać umiesz?

- Ragnarok opóźniam, ciemność z korzeni Yggdrasila kradnąc i siłę mu zabierając - potwierdził. I na szczęście także głową pokiwał.

Elin zagryzła wargi i drżącymi rękoma wyciągnęła powoli z mieszka złożony kawałek skóry, na którym pieczołowicie narysowała maskę.
- Znasz ten znak?

- Nie znam. Ostatnie pytanie, Elin, kolejnego przesłuchania nie będzie po tamtym -

Wieszczka rozluźniła się lekko, teraz mógł stwierdzić że mogła się bać.
- I tylko jedno zadać planowałam. - Odparła łagodnie. - Czy zechcesz posłuchać co wydarzyło się w Aros trzynaście lat temu? - Spojrzała pytająco na niego.

- Bo już zaczynało to brzmieć jak moment kiedy Frey miecz wyciągnął - aftergangerowi trochę - ale tylko trochę - udzielił się spokój Elin. Spokój na który miał obecnie duży popyt, na uspokojenie umysłu i sformułowanie jakiegoś większego planu - Wysłuchałem już sag które doszły w dalekie strony, wysłuchałem ludzi rozmawiających po thingu, wysłuchałem Freyvinda, i ciebie chętnie wysłucham

Volva uśmiechnęła się delikatnie i oklapła na ławę z ulgą.
- Dziękuję. Zapewne moja wersja będzie się lekko różniła od sag i Weland lepiej by opowiedział, to co nas tam spotkało ale postaram się Cie nie zanudzić. - Zaplotła dłonie na podołku zastanawiając się od czego zacząć. - Ruszyliśmy do Aros z polecenia Agvindura, dawnego Pana na Ribe, - głos jej przy imieniu sławnego aftergangera zmiękł nieznacznie. - gdyż od dłuższego czasu wieści nie dostawał od swego potomka, który jarlem Aros był. Mieliśmy sytuację wybadać… - Elin skrzywiłą się leciutko wspominając jak bardzo “nie zwracali” na siebie uwagi. Ruszyliśmy więc w trójkę: Freyvind, Volund - berserker i ja… Na miejscu mieliśmy spotkać się z jarlem Tisso - Erikiem. Miasto okazało się zamknięte dla gości nocą, a jarla od dłuższego czasu nikt nie widział, wszystkie polecenie tamtejszy godi przekazywał. Spotkaliśmy też ludzi Erika, którzy szukali go od trzech dni… - Westchnęła cicho. - Być może już wtedy był w jej mocy… - Dodała nagle cicho ale zaraz potrząsnęła lekko głową i kontynuuowała. - Odnaleźliśmy go w dość kiepskim stanie na obrzeżach miasta. Nie pamiętał zupełnie co się z nim działo przez ostatnie noce. Zaprosiliśmy do naszego schronienia, gdzie próbowałam wywiedzieć się co się z nim działo… - Wzdrygnęła się nagle leciutko. - Niestety tom czego wtedy doświadczyła korzystając ze swych mocy… - Pokręciła lekko głową. - Pamiętam dopiero następny wieczór, kiedy dowiedziałam się, że Freyvind Erika zaatakował.... - Zagryzła lekko wargi. - Nie wiem z jakiego powodu, choć gdy teraz na spokojnie, o tym myślę, być może Lenartsson uznał, że Erik mi coś zrobił… Zbyt szybki w działaniu jest, jak zapewne zauważyłeś… A myśmy wtedy braterstwem krwi związani byli… - W głosie Elin nutka tęsknoty się pojawiła. - Nie dopytywałam jednak za wiele, gdyż wydawało się, że konflikt był już zażegnany… To też mój błąd… Udało mi się audiencje u jarla uzyskać.- Kontynuowała dalej. - Powołałam się na Agvindura… - Pokręciła głową z politowaniem nad swoim pomysłem. - I spotkałam Einara… a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało… Moc Segovii okazała się silniejsza od mego Wzroku. - Spojrzała na Dökkálfara. - Wtedy pierwszy raz się z nią spotkałam, nie wiedząc nic o tym. “Einar” twierdził, że wszystko jest w porządku i że pan Ribe nie powinien się martwić. Chciał mnie też następnej nocy odesłać z powrotem statkiem z ładunkiem dla Agvindura. Jak się domyślasz rady nie posłuchałam. - Uśmiechnęła się leciutko. - Potem zostaliśmy zaatakowani… Erik w schronieniu naszym czekał, gdy nas akurat nie było. A na zewnątrz ktoś wymordował prawie wszystkich naszych ludzi. Jarl Tisso twierdził, że nic nie słyszał… Wtedy znowu starł się z Freyvindem…, który wściekły z powodu zniknięcia swoich zapewne by go zabił… Lecz Erik posłużył się swą mocą i nawet serce Freyvinda się zlękło… Uciekł… a wtedy Segovia dopadła go po raz pierwszy… Oplotła mrokiem, odebrała wzrok i kazała wybierać: życie bądź opuszczenie Aros. Nie mając wielkiego wyboru zgodził się, a ona wypuściła go wolno… kilka godzin z dala od miasta. Gdy wrócił do Aros, Erik zdążył je już opuścić obiecując nam, że wróci z posiłkami… - Elin uśmiechnęła się lekko. - Nie wrócił… Za to rozesłał skaldów ze swoją wersją wydarzeń… Sami powinnyśmy już wtedy uciekać… - Westchnęła cicho. - Choć już pewnie było za późno… Ale nie mogliśmy… Nasi ludzie… dwoje sług krwi Freyvinda, Karina, którą widziałeś dziś przy jarlu i Bjarkim, a także młody chłopak, który do nas dołączył by od Lenartssona się uczyć pozostawali w rękach wrogów… Odnalazłam ich… i ruszyliśmy z odsieczą… Służkę Segovii pokonaliśmy… ale potrzebowaliśmy krwi by uzupełnić straty, ruszyłam sama uważając, że mam największe szanse uciec przed wrogiem. Nie miałam. - Uśmiechnęła się smutno. - Frevinda i Volunda sama Segovia pojmała...Mnie gdzieś na ulicy ktoś przytomności pozbawił… Gdym się obudziła byłam już w mocy krwi Segovii… - Elin wpatrzyła się w jakiś odległy punkt. - A ona… pracowała nad Freyvindem i Volundem… Nie pomnę co im uczyniła… - Wieszczka wzdrygnęła się na wspomnienie, a w kącikach jej oczu pojawiły się krwawe krople, które szybko starła i powstała. - Wiedz jednak Dökkálfarze, iż to przez co Weland przeszedł… sprawiło, że zareagował na Ciebie w ten, a nie inny sposób… Nie była to właściwa reakcja… alem jak powiedziała wcześniej… On często najpierw działa, potem myśli. - Uśmiechnęła się leciutko.

- Co powiesz o tym co zrobił Frey? Gdy Bjarki zapyta przed wszystkimi? -afterganter zapytał po dłuższej chwili milczenia które zapadło gdy volva przestała mówić. Opowieści skomentować nie chciał.

- Iż zbyt pochopnie i niewłaściwie Cie ocenił ale nie pragnął zabić. Jeno nastraszyć, by zmusić do mówienia… Choć wolałabym uniknąć rozprawy… Nie przysłuży to naszej sprawie… Nie zgodziłbyś się ten jeden raz poniechać?

- Czyli skłamiesz? - zapytał, jakby niedowierzając.

- Nie. Gdyby chciał Cie zabić, nie zdołałabym go powstrzymać… Jednakże jak widać sam nie był pewien.

- I nie zdołałaś, uciekać musiałem - po chwili dodał - Samaś rzekła że Eryka zaatakował, ze sagi niedaleko prawdy stały. I że błędem było udawać że konflikt zażegnany -

- Owszem ale nie zamierzam teraz niczego udawać, jeno wolałabym to rozwiązać inaczej niż

- Inaczej niż prawo nakazuje? - wtrącił

- Nie zakazuje polubownego rozwiązania sprawy.

- I powiedz mi jeszcze że tego Weland chce, polubownie zadośćuczynić temu co nabruździł? Nie wyglądało na to kiedym spod miecza uciekać musiał ledwie ćwierć wachty temu -

- Gdyż za szpiega Cie miał, jednakże zdołać go przekonam, że się pomylił. Chciałam się upewnić i to zrobiłam. Pomylił się.

- Szpiegiem i krześcijaninem mnie przy ludziach obszczekał, to i przy ludziach odszczeka albo honor swój stracę -

Elin westchnęła.
- Poza Segovią, która sługą Białego jest, nigdy wcześniej i później, nie spotkaliśmy kogoś obdarzonego takimi zdolnościami… Poza Tobą. Stąd jego konkluzja… Daj mi z nim pomówić, by Cie przeprosił bez thingu.

- Zamordować mnie chciał, a teraz on mnie przeprosi? Co mi po jego przeprosinach? Zamordować znów spróbuje przy lepszej okazji. A tak thing prawdę powie żem nie zdrajca i że to zwykły raptus a nie wódz jak mnie ubić znów spróbuje. Prawem ochrony mam się zrzec bo co? Bo on głupi i porywczy, dlatego? Za samo wyciągnięcie broni na bezbronnego hańba mu w oczach bogów i ludzi - po chwili milczenia dodał już spokojniej - Ciebiem za świadka prosił, bom widział żeś prawa. Ale i bom słyszał żeś mu towarzyszką, a ty mówisz że bratanką krwi. I że miarę brać będziesz nad sprawą, do rozlewu krwi nie dopuścisz. Ale tegom się nie spodziewał, że problemu nie widzisz -

Wieszczka pokręciła głową, a w jej głos rezygnacja się wkradła.
- To nie tak, iż problemu nie widzę… gdyby to wszystko wydarzyło się w innych okolicznościach stanęłabym z radością jako świadek, byle mu nosa utrzeć w końcu i zmusić do myślenia… Ale tu chodzi o coś więcej niż Ciebie, jego czy mnie… Tu chodzi o armię, która dopiero się kształtuje, a przez ten thing może w pył się rozwiać zanim zupełnie się uformowała. - Spojrzała ze smutkiem na Dokkalfara. Nie powinna tego mówić, gdyż pewnie w pychę wbije młodego, jak myślała, aftergangera ale nic innego jej nie pozostało. - Armię, która potrzebna jest byśmy Franków powstrzymali i uratowali naszych, którzy do niewoli przy poprzedniej wyprawie się dostali. Jeśli my nie uderzymy pierwsi…. Wykorzystają poprzedniego Welanda… Związanego mocą krwi pewnie poślą na czele armii stworzonej z tych co tam się ostali… Frankowie jeno przyglądać się będą mogli, gdy my się ze sobą będziemy bić… A jak myślisz jak na naszych ludzi wpłynie fakt, że dawny Weland pod znakiem Chrysta będzie ich próbował zabić? Nie mogę do tego dopuścić. - Elin zacisnęła pięści. Nie dodała, że woli nie myśleć jak sam Agvindur będzie musiał się czuć zabijając tych, których pragnął chronić. Spojrzała prosto w oczy einhejahr z nagłą determinacją. - Dlatego pytam Cie, Dokkalfarze synu Ljosalfar, czy nic, poza thingiem, nie jest w stanie zadośćuczynić tego co Freyvind uczynił? Gdyż i Ty jesteś nam potrzebny w tej wyprawie.

- Na wiele sposobów może swój honor ocalić, ale ni jednego który nie zaczyna się od głośnego, głośniejszego niż jego wstrętne szkalowanie było, zaprzeczenia jakbym krześcijaninem i szpiegiem był. Czy powie że wrogowie podstępnie go w błąd wprowadzili, czy szczerze do błędu się przyzna, jedno mi to; to jego honor i jego decyzja, a wiedzieć będziemy tylko my. Ale szargania mojego honoru zdzierżyć nie mogę i nie zdzierżę.
Ale zadaj sobie inne pytanie niż jakie mamy szanse gdy takiego wodza pogrążyć. Jakie mamy szansę pod wodzem który wrogów sobie wśród swoich robi, który głupio wpadnie w każdą pułapkę i sam skrzywdzi się lepiej niż najlepszy fortel wroga? Zmuś go do myślenia teraz, zanim będzie za późno, póki cena jest niska. Althingu jako ostrzeżenia użyj i na wrogów winę zrzuć, inny, lepszy sposób wymyśl, duchami co masz w mocy go zastrasz, cokolwiek, ale niech zacznie myśleć bo biada twoim przyjaciołom gdy taki wódz armię wytraci gdy już na obcej ziemi z mieczem się na jednego ze swych wodzów rzuci -

- Zatem zgodzisz się wycofać zarzuty, gdy Weland oficjalnie Cie przeprosi i przyzna, żeś nie szpieg i krześcijanin? - W głosie Elin nadzieja się pojawiła.

- Te zarzuty? Czy wszystkie zarzuty, z próbą mordu włącznie? I gdzie w tym prawem przewidziane zadośćuczynienie? On nawet bardziej stratny będzie, jak się rozejdzie że prawo chce ominąć zamiast godnie przed thingiem stanąć i swoich czynów bronić. Ale prawo thingu nie wymaga, jeżeli winny sam się do tego przyzna przed świadkami. Bo bez świadków to znów miecz na mnie podniesie i nikt nie będzie wiedzieć że ma łzę uronić. Jak świadków znajdę, to tyle będę mógł dla ciebie zrobić, jeżeli jesteś w stanie mu przemówić do rozsądku. -

- Nie podniesie więcej, gdyż przemówię mu do rozsądku. - Skinęła głową. - I o publicznych przeprosinach i tak myślałam. Dziękuję. - Spojrzała na Dokkalfara i przyłożyła do swej piersi. - Dziękuję. - Powtórzyła. - Jakiego zadośćuczynienia zatem pragniesz?

- Godnego. Takiego by każdemu raptusowi w armi mordować towarzyszy nad łupami się odechciało na samo wspomnienie, a watażkowie zawachali się czy są na tyle śmiali by ponieść konsekwencje mordu niewygodnego beondra -

Wieszczka zagryzła wargi z namysłem ale po chwili skinęła głową.
- Pomówię zatem z Welandem. Gdzie można Cie szukać, gdy już wszystko ustalę?

- Do wyprawy przygotowania skończyć muszę, a to podróżowania wymaga. Będę tu, w halli i w jej pobliżu, i przedyskutuję kwestie thingu. Ale jeżeli Weland faktycznie da ci się przekonać w ciągu pół wachty, to wszak jarl nie obrazi się że prawu stało się zadość szybciej niż tam. -

- Nie wstrzymasz się… - Westchnęła cicho. - Niech będzie. Wrócę najszybciej jak zdołam.

- Nie zażądam zwołania thingu aż nie wrócisz albo nie stanie się nic, co by łamało to zawieszenie broni -

- Dziękuję. - Skłoniła się głebiej niż zazwyczaj.
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -

Ostatnio edytowane przez TomBurgle : 14-09-2017 o 16:15.
TomBurgle jest offline  
Stary 15-09-2017, 17:47   #7
 
Blaithinn's Avatar
 
Reputacja: 1068 Blaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumny
Elin i Weland


Zauważyła go, gdy szedł gniewnym krokiem i zaciętą miną między namiotami w kierunku bram osady i zapewne langhusu jarla Jensa. Też ją ujrzał idącą z naprzeciwka.
- Obiecałem, wiem - zaczął - ale tu już przesadził. Słyszałem jak mnie obmawia.
Volva wyglądała na zmęczoną i taka się też czuła. Czytanie w myślach do najłatwiejszych nie należało, a ona przy rozmowie z Dokkalfarem zbyt często się nim posiłkowała. Spojrzała na skalda i złość błysnęła w błękitnych oczach. Bez słowa chwyciła go za ramię próbowała pociągnąć gdzieś na bok z dala od ciekawskich uszu.
- O co chodzi?! - Widać było po nim irytację, ale chyba tylko dlatego, że to była Elin dał się pokierować wzdłuż palisady, kilkanaście metrów od bram.
- O to, żeś raptus jak zawsze… - Odparła ze złością. - Nie obmawia, bo żaden z niego szpieg ni krześcijanin, tylko sprawę przeciwko Tobie za próbę morderstwa na thingu chce przedłożyć. Wiesz co to dla wyprawy będzie oznaczało? Wielki wódz, wyprawy, nim do niej w ogóle doszło oskarżony o atak na bezbronnego w środku obozowiska. - Mówiła powoli mimo złości. - Nie dość opinii, którą po Aros mamy… Teraz to dojdzie… I nikt za Tobą nie pójdzie. - Spojrzała poważnie na Freyvinda.
- Gdy dotrwam kiedy do czasów gdy kogo tu na północy takie rzeczy, jak zważanie czy kto bronny czy bezbronny, będa obchodziły… - aż się roześmiał - to znaczy żeśmy przegrali i nic tylko pójść do świątyni białego w której Gudrunn kapłanem. A morderstwa jeszcze nie ma. Jeno jak młodzik słów swych nie odszczeka… to nawiązkę dam godną za łeb co zetnę.
- Zatem furda, że wszystko przekreślisz, cośmy do tej pory osiągnęli, by Chlo i Agvindura ratować? - Zapytała ze smutkiem? - Dla ludzi ważnym będzie to, że sprawa przeciw Tobie… tak podobna do tego co Erik kazał skaldom rozpowiadać. Myślisz, że pójdą za kimś, po kim nie wiedzieć czego się spodziewać? - Elin mówiła już spokojnie. Złość przeszła zastąpiona, zniechęceniem, wiedziała, że będzie ciężko przekonać Freyvinda do przeprosin ale nie spodziewała się, że ten stanie w zupełnej kontrze.
- Może to i dobrze. Przy okazji tego Dokkalfara będzie okazja raz na zawsze w takim wielkim zgromadzeniu ludzi jak tu w Jelling naprostować erikowe kłamstwa. Bjarki logmadurem thingu, sam wszak słyszałem, że po mym wybiegnięciu z chaty rzucił się na Erika z nożem - Skald uśmiechnął się - Erika bezbronnego - uśmiech stał się szyderczy. - Bo ten kurwi syn wszak jako afterganger inne moce posiada. Kogo obejdzie ten młokos noszący w sobie mrok Segovii - skald pochylił się nad volvą - który wilkołaki wyczuły?
Tego właśnie Elin nie rozumiała - wilki wyczuwały mrok w Dokkalfarze, którego ona sama nie dostrzegała. Widziała aury, wyczuwała emocje, słyszała myśli ale żadnego mroku… tak samo jak u Segovii, gdy myślała, że jest Einarem… Teraz jednak nie była pora na takie rozmyśłania.
- I kto poza wilkami i nami o tej ciemności wie, Welandzie? - Zapytała. - Wszak ludzie nieświadomi byli tego co się działo a i tą walkę,którą potem o Aros stoczono, pewnie w zupełnie inny sposób im wytłumaczono. A Dokkalfar choć jak sam przyznał potrafi manipulować mrokiem z Segovią nic więcej nie ma wspólnego. Sprawdziłam, go. Jest jednym z nas i zupełnie normalnym jest, że pragnie domagać się swych praw, boś przy ludziach od szpiegów i krześcijan go wyzwał. Sam powiedz, jak Ty byś się zachował w tej sytuacji, gdyby ktoś na dzień dobry, tak Cie określił?
- Pewnaś tego, że on z nas i z krześcijanami nic nie ma wspólnego?
Pokiwała poważnie głową.
- I z Segovią również. - Dodała.
- Dobrze tedy. Do błędu się przyznam - westchnął - po Aros… Gdym usłyszał, że ten nieznajomy nikomu mrok ma jak ona. Jej mrok… i że wilki denerwował że mało w szał nie wpadły. Przeproszę go za te obmowę. Jak Odszczeka swe słowa co rozgłaszał i mnie też przeprosi. - Spojrzał na Elin. - Przy tobie i przy innych rzekł mi w twarz, że honoru nie mam. Normalnie bym zabił czy krześcijanin czy wierny bogom Northman. Dla dobra wyprawy, jeno przeprosiny przyjmę i niech się spór zakończy.
Gdy Freyvind o Aros wspomniał Elin ramię mu uścisnęła jakby chciała mu w ten sposób dać do zrozumie, że wie i rozumie. W oczach smutek zagościł.
- Formalnie, przy świadkach pragnął przeprosin… - Zaczęła ostrożnie. - I sądzę, że dobrze by było mieć go blisko nas… Możemy się od niego sporo nauczyć o tym mroku. Może byś go przybocznym swym mianował?
- Moimi przybocznymi Sven, co wiesz jakim mnie widzi, oraz Solveig co chce rozszarpać. Wpasowałby się. Nie - Frey uśmiechnął się lekko - ale blisko trzymać go zamierzam. Erlingowi to obiecałem, bo o ile nas nienawidzą, to niczem to przy mroku jaki w nim wyczuwają.
- Dobrze by było jednak oficjalnie mu jakąś rolę przydzielić… Z pewnością, by to ułatwiło zażegnanie Waszego konfliktu.
- Mowę Franków zna, tłumacza szukaliśmy - Skald wzruszył ramionami - to by wymagało by blisko się trzymał i wilkom w oczy nie lazł. Ale Elin… niech Twoje słowo mam, żeś go pewna i czego nie wywinie. - Spojrzał jej w oczy.
- Widziałam jego myśli, wyczuwałam emocje. Wydaje się młody i jest ciekawski. Nie miał złych zamiarów do Ciebie przychodząc, potem zaś… Cóż, przestraszyłeś go.. Być może w pełni nad swą mocą jeszcze nie panuje. Przewidywać zachowań narwanców nie zdołam… Spójrz na siebie i sam powiedz jak mi się to udaje… - Uśmiechnęła się nieznacznie.
Roześmiał się, objął i przytulił aftergangerkę.
- Dobrze już. Rzeknij mu że za obmowę krześcijaninem i szpiegiem go zwąca przeproszę, choćby i wśród wszystkich. Przyjmę jego przeprosiny za podważanie honoru, będzie miał na naszym okręcie miejsce i zajęcie za co, tłumacza pracę, coś z udziałów w łupach mu wpadnie. - Spojrzał na nią. - Ale niepokoi mnie ten mrok.
Uścisnęła go w odpowiedzi leciutko się rozluźniając.
- Rzekniesz też, że wyciągnięcie broni zatem było bezzasadne? - Zapytała prosząco patrząc mu w oczy.
- Nie. Na takich co moc mają jak Segovia najpierw miecz wyciągać, potem rozmawiać na sztychu miecza go mając. Gdy nie jest się pewnym intencji i kto zacz - Skald pokręcił głową. - Stawałem przeciw niej dwa razy, raz z Wolundem. Wiesz jak się to skończyło. Sromota mi gdybym sławnym będąc jako jeden z pierwszych mieczy Denemearki, na takiego zwykłego miecz wyciągał. Zamiast jak Erika opętanego przez bestię i zbrojnych jego w husie w Aros gołymi rękami porozrzucał. Ale nie tego co mu mrok podległy. I może dobrze, że się stało co się stało. Bo i wszystkim rzec trzeba, że gdy z kim takim jak Segovia sprawa przyjdzie, to najpierw ciąć mieczem lub toporem, potem dopiero pytać.
Westchnęła cicho.
- Zatem trzeba to będzie wyjaśnić… - Pokiwała powoli głową. - Mnie bardziej niepokoi, to że ja tego mroku uchwycić nie jestem w stanie… W Segovii też nic nie dostrzegłam, gdy Einara udawała… Potrzebujemy go, Freyvindzie. - Powaga w spojrzeniu i słowach się pojawiła. - Może zdołamy nauczyć się reagować na ten mrok, jeśli z nim potrenujemy… Dlatego błagam Cie… Weź to pod rozwagę, gdy będziecie z nim ustalać przeprosiny.
- Wilki mamy od tego. Wyczuwają ten mrok. Zgadnijże co wybiorę, sojusz z Dziećmi Fenrisa, czy tego blondyna? - Wciąż obejmując Elin zaczął iść prowadząc ją w kierunku langhusu jarla. - Ale prawda to, możemy się wiele nauczyć i potrzebować takiej pomocy.

Volva, nim przed jarlem i Dokkalfarem stanęli, poprosiła Bjarkiego na słowo, by jeszcze się poradzić. Po czym Freyowi rzekła:
- Bjarki również uważa, że nadanie Dokkalfarowi wysokiego stanowiska go uspokoi. Nie wiem czy jeno tłumacz, jest odpowiednio wysokim. Weź to też proszę pod rozwagę, gdy przed nim staniemy.
- Jak w czym innym dobry, to i wyższe otrzymać może. Nic mu nie winien, ani zastęp zbrojnych przywiódł. Furda mi też czy spokojny. - Skald wzruszył ramionami. - Powodów by go wielce honorować nie widzę.
 
Blaithinn jest offline  
Stary 19-09-2017, 11:15   #8
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 36965 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację


Dökkálfar


- Elin o czas na przekonanie Welanda poprosiła, by przekonać go do przyznania się bez thingu - afterganger wrócił do tłumu który sprowadził przed Bjarkiego - A że życie mi ocaliła i dla dobra wyprawy prosi, tom głupi by był gdybym odmówił. Ale jakby rozsądku mu nie stało, to rzeknij mi, Bjarki, kto na taki althing w Aros przybędzie? Których aftergangerów się spodziewać, ulfadnarów, innych?

Wielki jednooki godi w ramionach trzymał ciemnowłosą kobietę, którą wcześniej Dokkalfar ujrzał w obozie Grzmotu Burzy. Ta pocieszającym gestem gładziła jego zapadnięty policzek. Wokół nich panowała jakaś delikatna otoczka intymności i spokoju, gdy kobieta szeptała coś powoli.
Odsunęli się od siebie, słysząc pytanie aftergangera. Ciemne oko spojrzało bystro na Dokkalfara, a zabliźniony paskudnie pusty oczodół tym razem nie poddawał się nerwowemu tikowi.
- Dobrze, że poszła. Sprawy mediacji volvie powierzyć każdy by chciał - górował godi nad aftergangerem znacznie i wzrostem i posturą - A co zebrania, to nie widzę potrzeby by wzywać na sprawy związane z aftergangerami zmiennokształtnych. Wartałoby jednakoż kogoś z was wyznaczyć do zapewnienia poprawności sądu. By żaden z was nie mógł ludzi zmamiać mocami waszymi. - słowa padały wolno, z zastanowieniem i powoli.
- Ja faktami walczyć będę, nie mocą Canarla. Dość ich mam w zasobie. Ale za mądrą myśl dziękuję, kogoś takiego znaleźć trzeba. I dlategom o ulfendar pomyślał, z czujności i niechęci do takich rzeczy słyną. Głupcem byłby ktoś kto tego by użył wobec nich -
- Nie warto wprowadzać kolejnych, którym brak może być niezawisłości - na słowa godiego kobieta skrzywiła się lekko. - Znaleźć kogoś kto nie skorzysta na waszym zatargu i jego ustanowić obserwatorem. - brunetka bez lęku i wściekłości wpatrywała się w Dokkalfara.
- My sami na nim stracimy, ale miarodajni być nie możemy. Volva - nie, bo jeżeli wskórać coś potrafi to zrobi to teraz, a jeżeli nie potrafi to i wtedy potrafić nie będzie. Ale wyżej celując…Gudrunn z Jelling, jeżeli ktoś wie gdzie jest, a znaleziona się zgodzi. Albo Hakon z Truso. Co na to rzekniecie?
- Można jarla poprosić by posłańców puścił do Gudrunn - Bjarki pokiwał głową - i po Hakona. Pomówić z nimi i się przekonać. Bez tego więcej nie powiem wiele. - mruknął.
- Tako zrobię, zaraz do jarla pójdę, i tak mi spotkanie z nimi polecał już ostatnio - pokiwał potakująco głową - Ale widzę że coś cię frapuje, a że i mnie coś martwi, to myślę że to rzecz podobna - spojrzał w oczy mówcy praw, szukając potwierdzenia że nie pomylił się przychodząc do niego. I takie potwierdzenie w jego spokojnych oczach znalazł.

- A ty Trygve, zbieraj się, i posłańcom jarla Gudrunn znaleźć pomóż. Rzeknę że ode mnie jesteś. W twoje talenty wierzę, że dobry użytek z nich zrobisz. Gdyby pytali, opisz całą sprawę tak jak teraz jest: czyli że volva o zawieszenie broni poprosiła. Gdyby nie pytali, nie mów i rzeknij tylko że jarl Jensen spotkanie mi z nią zalecił i kiedy i jak się wywiedz - zostawił na chwilę Bjarkiego i kobietę na rzecz także obecnego w hali jarla. Sługa skinął jeno głową i wmieszał się w tłum niczym łasica.

Przeciskając się między ludźmi, powtarzał im co we czworo ustalili, dbając żeby nastroje nie opadały. W końcu znalazł i jego i oparł się ciężko o ścianę obok niego
- Jeszcze jedną sprawę mam, jarlu, choć musem już wiesz - zaczął, korzystając z chwili bez tłoku i hałasu na rozluźnienie.
- Wolę nie bawić się w zgadywanki w taki czas - blondyn założył ramiona i spojrzał na aftergangera wyczekująco. Wokół kręciło się sporo ludzi bo Jelling ostatnio przepełnione było
- Tako jak radziłeś, z Gudrunn , Hakonem i Svenem spotkać bym się chciał. I o posłańca z dobrym słowem coby temu dopomógł cię proszę. Do Gudrunn pierwszej, bo jeżeli Weland rozsądku nie nabierze to o przewód nad althingiem ją poproszę.
- Z posłaniem po nią trudności nie widzę. A i reszta gdzieś po osadzie się kręci. - Jens skinął głową chociaż minę miał frasobliwą.
- Zrób to teraz, proszę, a i człowieka swego dam coby drogę poznał.
Jens gwizdnął przez zęby i do nogi przybiegły mu dwa psy co w kłębie niemal młodemu cielakowi dorównywały.
- Człowiek twój da radę kroku utrzymać? - podał psom kawałek wyciągniętego futra do powąchania a Dokkalfar miał wrażenie, że bestie się uśmiechnęły. Wywaliły jęzory ukazując spore zębiska i szczeknęły jeden przez drugiego. I na cmoknięcie Jensa ruszyły z halli.
- Musi, jak chce sławną personę poznać, to biegiem mu trzeba - nakierował swojego towarzysza na właściwego posłańca Po Hakona i Svena jarl posłał już posłańców dwunożnych: dwóch chłopców kilkunastoletnich, którym wąs jeszcze się nie sypnął.
- Coś jeszcze Ci potrzeba?
- Øyarr mi radę dał, dobrą jak to zwykle, by zawczasu udział w łupach ustalić a nie kłócić się nad trupami franków. Do ciebie to z tym czy do kogo innego?
- Później dokończymy - Jens uniósł dłoń wskazując na zbliżającego się Welanda.
- Widzę właśnie. Chodźmy im więc na spotkanie, na środek.

Wraz z volvą do langhusu wkoczył skald rozglądając się i wnet zauważył jarla i stojącego obok Dokkalfara, wedle wilków: “Nosiciela Ciemności”. Zwrócił się w ich stronę i zbliżać począł, ale napięcia ni gniewu jaki miał w sobie w uprzedniej rozmowie z blondynem nie było po nim znać.
- Jarlu. - Kiwnął głową witając się, Jens odpowiedział skinieniem.
- Dokkalfar… - rzekł spoglądając w oczy aftergangerowi. Nie wyglądało to jak zaczątego do czegoś więcej, a raczej coś między powitaniem (powtórnym) i stwierdzeniem oczywistego faktu.
- Elin rzekła że porozmawiać z tobą chce; więcej czasu potrzebowała, a jednak już tu jesteście - afterganger z dalekiej północy mijał ich lekko po łuku, idąc pod miejsce Bjarki. Spojrzał na niego uważnie, szukając śladów wpływu mocy Elin
- Rozmawiała - Frey skinął głową. - Jako wcześniej z tobą. - Spojrzał ku volvie. - Dziw to... Nawet miesiąca jej nie znam, wiesz Mroczny Elfie? A przeszliśmy tyle, że nie wiem zaali kto jest komu bym więcej zawierzył. Rzekła, że pewna, żeś nie krześcijanin, prawy eiinherjar, nie szpiegować przybyłeś i z Segovią nic wspólnego nie masz. Jak ona tak rzekła, mi to starczy.
Elin z napięciem przyglądała się i jednem i drugiemu, lekko wargę zagryzając.
Dökkálfar potaknął parę razy głową w czasie mowy skalda...i milczał, wyraźnie czekając na dalszą część
- Elin mówiła, że ubodło cię to. I dziwić się nie mogę. Obraza to dla dzieci Odyna. Rzekła, że przeprosin oczekujesz - Skald skinął głową - i rację w tym masz. Przepraszam, żem pochopnie osądził. Jeśli jednak jak Segovia nad mrokiem władzę masz… Wiedz, że dwa razy gasiła światło mrok spuszczała nieprzenikniony, utkanymi z tejże lepkiej ciemności mackami mnie pętając. Więc tacy jak ona czy ty nigdy bezbronni, a jam ryzykować nie mógł, że jeśliś wróg, to w ciemność umkniesz bez choćby próby przebicia cię nawet na oślep. Elin rzekła też, że publicznie przeprosin chcesz. Nie wadzi mi to.
- Całej wyprawie będziesz przewodził. Od wyruszenia, to ty praw będziesz pilnował i waśnie rozstrzygał - to że skald zostanie wodzem i wyprawa wyruszy, zostało podkreślone jako pewnik - Czyż nie tak będzie? -
- Tak i nie. - Freyvind uśmiechnął się. - Przewodzić tak, alem w prawie nie tak biegły. Uważam, że ten kto się na czym zna, winien to czynić. W sądach i sporach Bjarki będzie decydował i rozstrzygał. Ot czasem jeno po przywilej sięgnę.
Elin westchnęła cichutko i dłonie zacisnęła za plecami jakby chcąc swą siłą woli zmusić obydwu do rozstrzygnęcia sporu.
- Gdy wymazać u wszystkich coś błędnie rzekł przyobiecujesz i godnie zadośćuczynić całej krzywdzie takowoż, to zwoływać althingu nam nie trza, bo prawdy nikt nie podważa. A żeby prawem nie kupczyć i nie targować się jak Żydzi w przeddzień łupów po które nas poprowadzisz, to na Bjarkiego zdałbym się w drugiej z tych kwestii i jego decyzję przyjmę, jaka by nie była. Cóż na to rzekniesz?
- Zadośćuczynić? - Skald zdziwił się wyraźnie. - Nie o zadośćuczynieniu mowy żadnej nie ma i nie będzie. Ale Przeproszę. Publicznie. Ale i ty to uczynisz przed wszystkimi. Przeprosisz, żeś rzekł przed ludźmi iże bez honoru jestem. Elin obiecałem, że tym się zadowolę i nie ubiję. Dla dobra wyprawy.
- Mądrześ rzekł, że Bjarki bieglejszy w prawie jest. I zawierz mu w tym.
- Nie.
Elin dłoń na ramieniu skalda zacisnęła lekko.
- W pogardzie masz prawo? -
- Logmadur karę i zadośćuczynienie określi - Frey zbliżył się do Dokkalfara, a spojrzenie mu stwardniało - gdy thing winę orzecze. Jeżeli bez thingu się układamy, to zadośćuczynienie wolą jeno ktorejś ze stron. Może i thing za obmówienie cię winę mą wskaże. Może logmadur zadośćuczynienie określi. Wiem to. Ale ty już żyć nie będziesz, albo tym zadośćuczynieniem nie nacieszysz się. Bo wiem, że za obmówienie mnie o brak honoru, to mogę ubić. Czy to po wyroku thingu, czy bez niego.
Dökkálfar spojrzał po zebranych. Na twarz jarla, w halli którego takie groźby padły. Na logmadura, bacząc na jego minę gdy tak bezcnie gwałt na prawie obiecywano. Wreszcie na Elin, której wysiłki w niwecz się obróciły.
Volva między nimi stanęła i spokojnymi słowy do Freyvinda się zwróciła.
- Aleś przecie Welandzie mówił, iż Dokkalfar miejscy przy Tobie i na naszym statku mieć będzie, a także pozycję tłumacza dostanie. Gdy więcej Twych zalet poznamy będziemy mogli zdecydować do dalej… Co do ostraszenia… - Patrzyła teraz na młodego aftergangera. - Ponieważ, to mnie Bogowie powiedzieli, że jedność w naszych szeregach potrzebna by sługi Chrysta pokonać, zatem na swoje barki to wezmę.
- A więc althing, skoroś tak nieroztropny. - cienie rzucane przez pochodnie zadrgały, i jakby ściemniało, choć światło świeciło tak samo. Jedynie pod nogami Lasombry cień był wyraźnie gęstszy...żywszy?
 
__________________
A Goddamn Rat Pack
We are strong! No one can tell us we’re wrong. Searching our hearts for so long, both of us knowing
Life is a battlefield
corax jest offline  
Stary 19-09-2017, 11:31   #9
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 36965 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację



Aros

Pomimo zamieszania, w Jelling nie spędzono dużo czasu, bowiem wybrawszy miejsce zboru armii na Aros, król nakazał wszystkim tam ciągnąć. Część wracała do siedzib swych, aby ludzi zbierać, okręty szykować i do Aros przepłynąć na drakkach, skeidach, snekkach gotowymi już na wielką wyprawę.

Po przybyciu do miasta jarla Erlinga, które tak żywe wspomnienia wywoływało u Freya i Elin, skald odrzucił stan irytacji z powodu czekającej go sprawy, marazmu i niepewności czy nie za dużo wziął na swe barki. Nie mogąc wytrzymać w bezczynnym oczekiwaniu, rzucił się w wir przygotowań nim nadpłyną wszyscy na wyprawę chętni, a szczególnie potrwać mogło nim zjawią się Svedzi i Goci co najdalej mieli, a porwani żądzą wyprawy mogli zostać przez tych z tych, co na althing przybyli.

Pierwszym co uczynił to powierzenie Ormowi z Viborga kruczego sztandaru jako chorążemu wielkiej armii i zastępcy Welanda w komendzie nad wszystkimi ludźmi. Dunów, najliczniejszych w gromadzących się siłach pod komendę oddał Jurgenowi, któren przez Bacsegę i Jensa, pozostających w Jelling, obrany został jako królewski reprezentant i ramię Bacsegi na czas wyprawy. Króla Geistad Olafa Gudrødssona, wuja Hakona Pięknowłosego postawił na czele wojów z Nordr Vegr co niemałą liczbą przybywali, lecz nie uczynił nikogo takiego nad Svedami i Gotami, którzy ściągali na razie nielicznie i powoli. Nadzieje miał oddać ich pod komendę Bjorna Żelaznobokiego, któren królem ich był nim tron porzucił aby na zachodzie wojować, gdy w Wessex się z nim połączą.

Erling Solveig uczynił przywódczynią Úlfhéðnar w dziesięć okrętów wraz z ludźmi i krewniakami swymi zasilającymi wyprawę, natomiast nad aftergangerami nie zdecydował się Frey ustanawiać kogoś wyżej niż innych. Wśród dziewiątki synów i córek nocy (nie licząc jego i Elin) miał dwie nieokiełznane berserkerki, dwóch dumnych ze swej pozycji jarlów i protektorkę stolicy Dunów… Bodaj tylko Ranulf, Beccan, Rebeca i Thorvald może zaakceptowaliby wyniesienie któregoś z aftergangerów ponad resztę. Zresztą nie bardzo miało to sens.
Poprzestał na wskazaniu Gudrunn jako tej co aby na straży spokoju stała, prawo miała bez konsekwencji nawiązki, albo i wymogów prawa, ubić każdego z potomstwa Canarla kto by w obozie burdy wszczynał, niepokój siał i na szkodę działal. Choć dzika jak całe potomstwo Odindisy to długie lata opieki nad Jelling wykształciły w niej pewne dążenie do spokoju, a jej pozycja mocną wśród aftergangerów była.

Hakona z Truso i Svena z Ribe skald uczynił odpowiedzialnymi za niewojskowe przygotowania do wyprawy. Armia potrzebowała zapasów i Frey dobrze o tym wiedział, ale sam się na tym nijak nie znał. Jego potomek dbający o zarządzanie Ribe po odejściu Agvindura tak dobrze dbający i rozwijający tę osadę, oraz potomek Sighvarta zdający się naturalnym talentem ku temu, najlepszymi mu się do tego zdali. Przez Karinę i Solveig słał do Erlinga aby ten przydzielił im kogo do pomocy ze swoich, byle nie Ulfhedinn, oraz dołożył im do tej ciężkiej pracy Jorika, który raz że bratem Jensa, jarla Jelling był, a dwa, że sprytny i inteligentny chłopak sporo pomóc im mógł, a i się wiele nauczyć.

Po rozmowie jeszcze w Jelling z Erlingiem, część obozowiska w którym dzieci Canarla pomieszkiwały, kazał uczynić w pewnym oddaleniu od Aros i tej części obozu gdzie pomiot Fenrira się rozłożył. Jednym i drugim zakazał bez zaproszenia drugiej strony do swych obozowisk zachodzić. Mimo to w porozumieniu z Solveig i jej wiedzy na temat swych pobratymców, starał się przydzielać wspólne prace i zadania czasem bardziej spokojnym wilkom i aftergangerom. Z einherjar rzecz jasna ani Skadi, ani Rannveig nie były obierane ku temu, tak jak i kilku z dzieci Valiego, o których Szarooka mówiła, żeby lepiej z dala ich trzymać od “trupów”. W ogóle rozmowy z Solveig do łatwych nie należały, a skald wewnątrz walczył sam ze sobą aby nie rozszarpać wilczycy za kolejne mniej lub bardziej dyskretne obrazy, których mu nie szczędziła po wydarzeniach z Jelling. Świadomość, że ona toczy taką samą wewnętrzną walkę za każdym razem gdy choćby go widzi... trochę pomagała, ale łatwo nie było.

Zgodnie z uzgodnieniami z Jelling powołany też został thing wielkiej armii, który trwać miał bezustannie. Każdego wieczora kto sprawę miał mógł ją na głównym placu przedłożyć, a logmadurem wybrano Bjarkiego. Godi stąpał w świetle Sól i blasku Maniego dłużej niż niektórzy nieśmiertelni w tej armii, dawniej sługą był słynnego logmadura-aftergangera i nie było chyba w obozie kogoś, kto lepiej znałby się na prawie. Wszelkie niesnaski, żądania, lub też inne sprawy rozwiązywane miały być na tym co wieczornym thingu, a kto by z pominięciem go swojego chciał dochodzić, ten gardłem miał być karany albo zthralleniem. Dla aftergangerów Grim był sługą krwi Welanda i dawnym sługą krwi Thorvalda zwanego “Mądrym”, dla wilkołaków był tym co lata wśród nich przebywał i mężczyzną Kariny, którą nader szanowali. Dla ludzi był tym co ostatniemu Althingowi w Jelling przewodził. Ostatecznie też miał przewodzić thingowi co Freyvinda czyny miał osądzić.


Czas płynął wypełniony przygotowaniami i rosnącym podminowaniem wojów. Gońcy zwozili wieści nie wszystkie dobre, inne nieco lepsze. Nastroje w Aros napięte jak postronki były a ludność mniej lub bardziej wyczulona w zachowaniu swym objawiała sztorm trwający pośród istot o wiele od nich potężniejszych...

Z obrzeży Aros przyglądała się temu wszystkiemu wysoka postać...
 
__________________
A Goddamn Rat Pack
We are strong! No one can tell us we’re wrong. Searching our hearts for so long, both of us knowing
Life is a battlefield
corax jest offline  
Stary 19-09-2017, 20:30   #10
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 36965 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację
Lat kilkanaście później


“Może ktoś kiedyś opowie naszą historię, kochanie
Choć boli mnie to, że nie mogę Cię spotkać, to
Nie ma odległości pomiędzy naszymi duszami.
Odległość jest tylko lekcją, ma pani.
To gra między nami.
Kobieto, Twoje serce to mój dom
A nasze runy są wciąż spisane razem…”

Zakapturzony mężczyzna przerwał nucenie piosenki, patrząc z czułością na delikatną, drobną blondyneczkę u jego boku. Jej twarzyczka rozświetliła się niczym słońce w szerokim szczęśliwym uśmiechu. Niewinne oczy jednak spoglądały na niego z szaleństwem, nutką strachu ale i uwielbienia, gdy oddawała długi pocałunek.

Tłem ich czułości było skrzypienie drewnianej konstrukcji krześcijańskiego kościoła, stojącego na okrągłej polanie, tej obok głazów. Do świątyni wiodła wydeptana przez czas droga, a po obu jej stronach widać było pełno niewielkich, prostych krzyży, wbitych w ziemię.

- Czas płynie nieubłaganie i nawet dla nas nie ma zmiłowania. Zobacz jak poruszone raz koła wydarzeń lat minionych zbierają swe żniwo… - mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Jego spojrzenie nabrało wyrazu obłędu, choć dłoń gładziła dziewczynę - dziecko niemal - czule po twarzy. - … rzuć ziarno szaleństwa w tłum i obserwuj jak pęcznieć będzie i rosnąć - słowa mężczyzny poniosło leśne echo.

Jego zaś wspomnienia zabrały w czasie, na tę samą polanę, na której teraz dwa widma wspomnień ze sobą tańczyły. Duch ciemnowłosej, szarookiej wojowniczki co rzuciła się na szybkiego niczym błyskawica Thora mężczyznę. Ten kły obnażył złowrogo, kroku przyspieszył i rozmył niemal w powietrzu, odpierając natarcia kobiety. Parował, ciął, tańczył niemal choć ona wciąż i wciąż nacierała.
Pamięć zadumanego mężczyzny wypełniały przebrzmiałe już dźwięki stali.

- Oboje nieustępliwi, oboje z nienawiścią na siebie patrzący, oboje porywczy, mocarni i oboje konający tutaj… na tej polanie - zaśmiał się radośnie olbrzym a dziewczyna uśmiechnęła się do wtóru. - co do cna zbezczeszczona. Krew ni jednego ni drugiego zmienić jej losów nie zmogła.
- Nienawiścią tak łatwo sterować, prawda? - słodki głos dziewczyny przerwał nostalgię.
- Jo, min skat - rzucił mąż w odpowiedzi. - Wystarczy posłuchać kapłana… - rzucił ironicznie.

- Opowiedz dalej - poprosiła.
Nie mógł jej odmówić.

- On, banita, przepadł w odmęcie niepamięci po wydarzeniach thingu w Aros. Zginął z rąk poranionej wilczycy. A szkoda - westchnął teatralnie - Mało takich jak on. - złośliwy chichot wyrwał się z ust mówiącego - Podatnych i z natury otwartych na nasze oświecenie. - teraz donośny śmiech wypełnił polanę, zgrzytem będąc w atmosferze tego miejsca. - Jego resztki rozwiał wiatr, a sagi o czynach w niełaski ludzi popadły. - dopowiedział - Ona swej zemsty dokonała, mszcząc swych braci lecz sama to życiem przypłaciła. Próżna to zemsta, gdy Tobie jeno służy, kochanie.
- A nasza zemsta?
- Nasza, kochana, to nie zemsta. To czyn miłości, choć wielu, och jakże wielu, tego nie rozumie. Ślepcy! - wielkolud mówił z smutkiem złączonym z rosnącą pasją, gdy we dwójkę z wolna odchodzili z uświęconego niegdyś miejsca - To akt najwyższego poświęcenia. Uwolnić ludzi od tych co bogami się mianują, tu w Midgaardzie i tam … - twarz jego niemal zwierzęca wściekłość wykrzywiła - w Asgardzie. - cedził słowa ze złością - Oddać im wolną wolę i odebrać ślepotę!

Dziewczyna wtuliła się mocniej, dłoń jego pocałunkami lekkimi obsypując. Zdawać by się mogło, że koi tym budzącą się w nim bestię.

- I co dalej?

Blondyn przecknął się nieco i porwał ze śmiechem dziewczę na ręce. Ruszył biegiem w las:
- Dalej…. dalej - zamarudził - … Słońce moje, znasz przecie tę opowieść …
- A znam! - droczyła się wysuwając się z jego ramion i klucząc między drzewami - Wyprawa nie ruszyła! - zakrzyknęła bawiąc się misternym naszyjnikiem co węża wijącego się wokół ust i uszu twarzy przypominała.
Na drugim rzemieniu wisiał niewielki srebrny krzyżyk z postacią rozciągniętą na krzyżu co drzewo przypominał.

- Kłótnie o stołek wodza toczyły się czas długi aż w końcu wilcy przejęli losy vikingu i całej Północy - pojawiała się i znikała pomiędzy drzewami. - A tyś czas zyskał, by posłów pokój niosących od Franków przejąć, wybadać a i nastrojami Północy posterować, by pomocy ich nie przyjęto! - rzuciła dumnie i wsparła się plecami o jedno z nich dając się mu odnaleźć. Dopadł ją w końcu i pocałunkami obsypał twarz o oczach z przyjemności przymkniętych.

- Zgadza się, światło moje… - mruknął tuląc ją do siebie, lecz w dal gdzieś zapatrzony - Piewca prawa rozpadł się w nicość, a kobieta jego z żalu i tęsknoty oczy i życie wypłakała. - rzekł z jakimś szacunkiem, całując skroń dziewczęcia.
- A tamta druga?
- O tamtej jeno wieści mi rzekli, że na życie się swe targnęła skacząc z wieży. Pono z banity imieniem na ustach skonała. Szkoda jej. Piękna i wierna mu była.
- Ja też wierna - delikatnie twarz wielkiego męża do siebie odwróciła patrząc na niego niewinnie.
- Wiernaś. - zgodził się - Ale ona człek, a Tyś nieumarła. - tłumaczył zazdrosnej - Jej ciało nie wytrzymało.

Ruszyli dalej przed siebie, odchodząc z miejsca co kiedyś ktoś świętym nazywał.

- A teraz Ci co bogami się mienili tutaj, chować się jak szczury muszą. Zarasta o nich pamięć pajęczyną i perzem. Frankowie żądni władzy, jako i ich nowy bożek. - mężczyzna miał szeroki, złośliwy uśmiech na twarzy.

- A co z wiedzącą? Kochałeś ją, czemuś jej nie ratował?

- Bo mnie zdradziła. Gdy ulfednar stery władzy przejęły przegoniły wielu z was. Część wybiły. Ona ruszyła do Franków by ratować uwięzionego naiwniaka. - blondyn zaśmiał się - Za późno było. Rumakom Leikny* na nim nie zależało, oni sporu z Frankami nie mieli, domówili się z nimi. A głupek księżom oddany został. Odyn mu nie pomógł - olbrzym zaczął się śmiać i nie mógł przestać rechotać - bo sam zajęty odwrotem był! A to mnie kłamcą nazywają. Odyn - bóg, Odyn - Ojciec, oszukał ich wszystkich. - kpiący śmiech męża nie ustawał - A to zwykły jeno nieumarły.

Spoważniał:
- Widzisz, jak słowo może nakręcić spiralę zdarzeń? Jeśli czynisz to umiejętnie, bogiem ostać możesz.

Dziewka pokiwała blond łebkiem.

- Odyn nie pomógł, a jam nie chciał, słońce utuliło. Ona pono koło niego była. Czy to prawda? Nie sprawdzałem. Ona nieważna, zawiodła mnie srodze … - machnął dłonią lekceważąco. - Wilki okupy pobrali i ruszyli na Brytanię, ciągnąc wielką armię za sobą kilka lat później. Nowi nieumarli, co do wyprawy dołączyli, próbowali ich przechytrzyć i pierwej ruszyli ku nowym ziemiom.

Blondyn cmoknął z uznaniem:
- Musim się tam wybrać, Słońce. Sprawdzić jak nasze pacynki się sprawdzają. Ciekaw jestem tego młodego, buńczucznego. Dobrze się spisywał i mało co mego planu nie zniszczył. Dobrze się stało, że banita na niego się rzucił i ruszył koło chaosu. W Brytanii zaś na szczęście dopomógł nasz sługa: pamiętasz go, Słońce? Ten, co przeraził Cię odbiciem swym.
Dziewczyna zachichotała:
- Taaaak! Pamiętam go!

Po namyśle wielkolud dodał: - Należy im się nagroda. Jako i Kobiecie Bez Barwy, co koło nich rzekę krwi przelała.
- Dobrze, Hveðrungr.

Szli chwilę w ciszy.
- Bolało Cię? - spytała w końcu niepewnie.
- Co bolało? - zaskoczony aż wstrzymał kroku.
- Gdy Cię krzyżowali... tam, na Golgocie ...
Roześmiał się w głos:
- Bolało - przyznał a ona skrzywiła się niemal ze łzami krwawymi w oczach - ale widzisz ilu pociągnąłem za sobą? Kto lub co memu dziełu się równać może? Noszą mój znak, posłuszni są wielbią mnie, w me imię sieją chaos z własnej woli - zacisnął dumnie pięść - A sami nie wiedzą do kogo modły zanoszą.
Ona uśmiechnęła się czule, z oddanym obłędem:
- Tyś jedyny, na Ziemi i niebie - pocałunek przypieczętował jej wyznanie.
Oboje wsiedli do łodzi.

Zostawili po sobie kamień co po dziś dzień w Aros stoi:













* rumaki Leikny = wilki (kenning)
 
__________________
A Goddamn Rat Pack
We are strong! No one can tell us we’re wrong. Searching our hearts for so long, both of us knowing
Life is a battlefield

Ostatnio edytowane przez corax : 19-09-2017 o 20:38.
corax jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168