Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-01-2020, 15:43   #1
 
PeeWee's Avatar
 
Reputacja: 27796 PeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputację
Łakinara - oWoD crossover



No.0

Te znaki wróżą wojnę
Te znaki wróżą dużo
Wróżą czasy niespokojne
donGuralesko


Szyby w oknie na poddaszu pokrywała gruba warstwa szronu i lodu. Zima tego roku postanowiła udowodnić wszystkim lewackim naukowcom, że ich paplania o ociepleniu klimatu, to zwykły judaszowy bełkot. Hajs się musi zgadzać - co nie?
Mieszkańcy Moskwy i okolic musieli każdego ranka przekopywać się przez wysokie zaspy, żeby w ogóle wyjść z domów.

Drogi do państwowego sierocińca im. Maksyma Gorkiego od kilku dni nikt nie odśnieżał. Podopieczni, którzy się tym zazwyczaj zajmowali ogłosili strajk. Żaden z dzieciaków nie zamierzał wziąć do rąk łopaty, dopóki obsługa nie podkręci ogrzewania.
Strajk nie miał większego sensu, z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze nawet gdyby obsługa chciała ogrzać budynek, to nie było czym. Alosza, stróż i palacz w kotłowni, sprzedaż cały zapasa węgla na zimę za dwie skrzynkę wódki i kilkaset rubli.
“Klimat się ociepla - tłumaczył się sam sobie - Zimy nie będzie. Tak mówią amerykańscy naukowcy, a oni się przecież nie mylę.”
Drugi powód był o wiele ważniejszy. Ze strajkującymi nie miał w ogóle kto rozmawiać. Dyrektor ośrodka, Aleksiej Iwanowicz Jeremiejew, zniknął gdzieś kilka dni temu. Gdyby siły go nie opuściły, tego typu sytuacja nie miałaby miejsca. Jeremiejew należał do nielicznego grona ludzi, których nie złamała ani stalinowska propaganda, ani Pierestrojka, ani agresywny kapitalizm. Dyrektor sierocińca był miły, uczciwy, troskliwy i z wielką powagą traktował swoją pracę i swoich podopiecznych. Wszyscy nazywali go Papa i w pełni odpowiadało to jego osobowości i naturze. Jeremiejew był jak żywcem wyjęty z powieści Tołstoja. Archetypiczne ucieleśnienie dobra, moralności i ciepła.

Niestety nikt z mieszkańców sierocińca nie mógł przypuszczać, że Papa Aleksiej odszedł na zawsze.
Jego zwłoki znaleziono dopiero tydzień później w sekretnym pokoju na poddaszu. Dokładniej mówiąc znalazł je zupełnie przypadkowo pies o jakże oryginalnym imieniu, Antracyt.


Ból ma więcej imion niż jedno
Bisz


Na tyłach dworca leningradzkiego roiło się od milicji, OMON-u, a także kilku oficerów FSB. Sytuacja na tyle niecodzienna, że większość przechodniów przypuszczała, że dokonano jakiegoś zamachu, albo doszło do poważnego wypadku.
Sprawa, która sprowadziła tutaj wszystkich tych przedstawicieli państwa była o wiele bardziej błaha i powszednia.

Śmierć narkomanki.

Ksenia Kuznetsova. Takie znaleziono przy niej dokumenty i właśnie to postawiło na równe nogi wszystkie służby.
Zaginiona przed sześcioma miesiącami, córka oligarchy prasowego Borysa Kuznetsova. Śledztwo w sprawie jej śmierci, stało się priorytetem dla wszystkich służb. Gdyby nie znalezione przy dziewczynie dokumenty sprawę uznano by za zwykłe przedawkowanie i jeszcze tego samego dnia zamknięto.
I choć na pierwszy rzut oka okoliczności śmierci Ksenii nie budziły żadnych wątpliwości, to dla wszystkich zaangażowanych w sprawę jasne było, że trzeba będzie odtworzyć ostatnie pół roku życia dziewczyny i znaleźć winnych.

Dla pracujących przy tym śledztwie oznaczało to wiele tygodni intensywnej pracy, setki godzin przesłuchań i ciągłego stresu i presji przełożonych, a dla koczujących w okolicy bezdomnych i narkomanów poważne kłopoty.


Jestem bestią!
Zrobię ci z mózgu pierdoloną sieczkę lekko!
Bisz


Dla Igora Petrova odnalezienie wymienionych w testamencie osób nie stanowiło większego problemu. Znany w całej Moskwie adwokat miał rozległe kontakty i liczne znajomości. Spełnienie ostatniej woli Aleksieja Iwanowicza Jeremiejewa stanowiło nie tylko zawodowy obowiązek, ale także przyjacielską przysługę.
Petrov, gdy kilka lat temu odbierał od Jeremiejewa dokument i przybijał na niego państwowe pieczątki nie przypuszczał, że faktycznie przyjdzie mu odegrać rolę wykonawcy ostatniej woli przyjaciela.

Śnieg za oknem sypał obficie, a Petrov w oczekiwaniu na spadkobierców pogrążył się we wspomnieniach. Sącząc dwunastoletniego Hennessa przywoływał w pamięci dni i lata, które spędził razem z Jeremiejewem. Liczne podróże, poszukiwania i niebezpieczne wyprawy, a na koniec budowanie siatki zaufanych osób. To były piękne i ciekawe czasy.

Wskazówki zegara przesuwały się ospale w kierunku godziny dwunastej. Petrov nawet tego za bardzo nie zauważył. Butelka koniaku stojąca na biurku była opróżniona do połowy.
Gdyby nie uśpione przez alkohol zmysły, zapewne adwokat dostrzegłby stojącą tuż pod oknami jego kancelarii czarną Wołgę.
Dwóch siedzących w środku mężczyzn, nawet nie specjalnie kryli się z tym, że obserwują znanego w całej Moskwie prawnika.
Skrupulatnie notowali wygląd i zachowanie osób przybywających na odczytanie ostatniej woli Aleksieja Iwanowicza Jeremiejewa.




No.1

Enjoy the silence
Depeche Mode


Płatki śniegu wolno spadały na oblodzony chodnik. Wzdłuż krawężnika zalegały wysokie śnieżne kopce, które dobitnie świadczyły o tym, że zima w tym roku prężyła mięśnie, niczym zawodowy kulturysta.
Kancelaria Petrova mieściła w świeżo odrestaurowanej kamienicy w pobliżu cerkwi Narodzenia św. Jana Chrzciciela w dzielnicy Priesnia. Dzielnica ta słynęła z wszechobecnego bogactwa i luksusu, a także urokliwych parków. Sama cerkiew także należała do niezwykle wyjątkowych. Jako jedyna prawosławna świątynia w Moskwie nigdy nie została zamknięta. Wierni odwiedzali ją tłumnie nawet w czasach największego stalinowskiego terroru.

Spadkobiercy Jeremiejewa niemal jednocześnie stawili się na spotkanie wyznaczone przez znanego w całym mieście adwokata. Wieść o śmierci mentora spadła na nich niczym przysłowiowy, grom z jasnego nieba i poruszyła do głębi.
Człowiek, któremu zawdzięczali tak wiele. Człowiek, którego traktowali niemal jak ojca, którego żadne z nich nigdy nie miało, odszedł na zawsze.

O okolicznościach śmierci nie było wiadomo zbyt wiele. Tak przynajmniej twierdził Igor Petrov. Adwokat w krótkim liście poinformował z osobna każdego ze spadkobierców, że Aleksiej Iwanowicz Jeremiejew odszedł nagle i niespodziewanie w wieku 93 lat.

W sumie słuszny wiek, ale trzeba obiektywnie stwierdzić, że jak na swoje lata dyrektor sierocińca wyglądał nad wyraz dobrze. Nie dość, że był samodzielny, sprawny fizycznie i umysłowo, to nikt kto spojrzałby na niego pierwszy raz nie dałby mu więcej niż siedemdziesiąt wiosen.
Nawet głos Jeremiejew miał dźwięczny, żywy i czysty. Tym bardziej wieść o jego śmierci zaskoczyła wszystkich wezwanych na odczytanie jego testamentu.

***
Tuż po przekroczeniu progu kancelarii, przybyli na odczytanie testamentu zostali przywitani przez wysoką i niezwykle atrakcyjną blondynkę. Wokół młodej kobiety ubranej w jasno beżowy, elegancki żakiet, unosiła się delikatna, mgiełka zmysłowych perfum. Sekretarka zaprowadziła wszystkich do obszernego pokoju urządzonego w nietypowym dla nowoczesnych kancelarii, dziewiętnastowiecznym stylu. Olbrzymie mahoniowe biurko zajmowało centralną część gabinetu. Za nim znajdowała się wysoka dębowa półka z ułożonymi w równiusieńkie rzędy, kodeksami rosyjskiego prawa oprawionymi w brązową skórę. Na środku znajdowała się specjalna oszklona i podświetlona gablota, gdzie właściciel trzymał stare woluminy. Specjalne wiatraki utrzymywały wewnątrz odpowiednią temperaturę i ciśnienie.
- Proszę spocząć - rzekła sekretarka, wskazując rząd krzeseł w stylu Ludwika Szesnastego - Pan mecenas raz do państwa przyjdzie.

W gabinecie nastała cisza. Jedynie tykanie wiekowego zegara, stojącego pod ścianą, odmierzało upływający z wolna czas. Śnieg za oknem opadał ospale na ziemię. Widok ów przywodził na myśl dziecięcą zabawkę. Szklaną kulę z pozytywką w której wirowały płatki sztucznego śniegu.
Zebrani spadkobiercy poczuli się jakby ktoś zamknął ich właśnie w takiej kuli. Czas przestał istnieć, a wszystkie dźwięki dobiegające z zewnątrz dobiegały do ich uszu, stłumione i zniekształcone.

Płomień czarnej świecy, stojącej na biurku, unosił się niebywale wysoko. Idealnie pionowy ogień lewitował kilkanaście milimetrów ponad świecą, którą pokrywały geometryczne wzory. Przywodziły one skojarzenie z jakimś antycznym pismem.
Tuż obok świecy leżała inkrustowana drewniana szkatuła oraz srebrny kluczyk na skórzanym rzemieniu. Pudełko wyglądało nie tylko na niezwykle stare, ale także bardzo wartościowe. Złocenia, które na pewno nie były wykonane zwykłą farbą, błyszczące diament i rubiny, a także srebrne okucia w kształcie geometrycznych wzorów dobitnie świadczyły o tym, że przedmiot ten wart jest majątek.

***
Cisza trwała zawieszona, niczym rozpięty w próżni całun. Z każdą upływającą sekundą stawała się ona coraz bardziej drażniąca i wręcz bolesna. Pojedyncze dźwięki, jakie dobiegały zza drzwi gabinetu brzmiały tak, jakby cały pokój znajdował się na dnie ogromnego basenu. Ledwo słyszalne trzaski i przytłumione szuranie.

Nagle powietrze stało się niezwykle zimne i ostre. Chłód przenikający do szpiku kości, zawładnął całym gabinetem. Wraz z mrozem, dźwięki dobywające się zza drzwi stały się czyste, klarowne i mocne.

Wzburzona fala odgłosów rozbiła się o zmysły zebrany w gabinecie spadkobierców. Najpierw metaliczny zgrzyt. Później trzask pękającego drewna. A pół sekundy później świst metalu przebił powietrze.
- Gabinet! Biegiem, kurwa! Ja się zajmę starym! - rozkazał zachrypnięty głos.
 
__________________
>>> Wstań i walcz z Koronasocjalizmem <<<
Nie wierzę w ani jedno hasło na ich barykadach
Illuminati! You're never take control! You can take my heartbeat, but you can't break my soul!
PeeWee jest offline  
Stary 13-01-2020, 12:57   #2
Świat Mroku
 
Mi Raaz's Avatar
 
Reputacja: 66698 Mi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputację
Płaszcz pasował jak ulał. Metka wciśnięta z tyłu. Podpięta maleńką agrafką. Wypożyczony garnitur. Odprasowana koszula. Dla Ivana to nie była pierwszyzna. Udawanie. Był pozerem. Dwa lata trwało zanim sobie to uświadomił. Teraz już wiedział. Udawał. Zawsze udawał. Udawał kogoś kim nie był. I nabierał wprawy.

Wczoraj wypożyczył elegancki garnitur. Do tego kupił czarny krawat. Zdecydowanie za drogi, jak na jego rzeczywiste potrzeby. Ale cóż. Ivan traktował to jak inwestycję. Do tego eleganckie skórzane rękawiczki. I dwa tygodnie bez jedzenia… na to wskazywało obciążenie rachunku. Buty miał od dawna. Każdy elegancki mężczyzna powinien mieć eleganckie skórzane buty.

Płaszcz był najgorszym wydatkiem w tym wszystkim. Jego koszt prawie wyssał kartę kredytową do cna. Ale płaszcz miał zwrócić za dwa, albo trzy dni. Jako nieużywany. Trzeba było tylko zachować nienaruszoną metkę. A kto wie, może przyda się jeszcze. Dragonowicz planował właśnie nowy biznes. Era internetowych start-upów w Moskwie kwitła w najlepsze. Młody oszust, cwaniak i pozer miał nieodpartą chęć zagarnięcia dla siebie kawałka tego tortu. Oznaczało to, że miał się już niedługo spotykać z biznesmenami i obiecywać im gruszki na wierzbie pokroju nowego Facebooka, Instagrama, YouTube'a czy innego Ubera. W zamian oczekiwać tylko setek tysięcy rubli. Złoty biznes, który pozwoli mu wreszcie spełniać marzenia. Przynajmniej gdy już pieniądze zostaną skutecznie wyprowadzone do Gwinei Równikowej, gdzie on będzie na nie już czekał sącząc drinka z palemką.

A tu nagle taka kicha. Telefon od niejakiego Petrova. Zapraszał na odczytanie testamentu Jeremiejewa. Gardło Ivana ścisnęło się, a krew odpłynęła z jego ciała. Odpowiedział krótko i się rozłączył. Wujaszek Jeremiejew. Jedyna rodzina jaką miał. No, poza innymi dzieciakami z sierocińca. Ale on przecież był wieczny. Był zawsze. Nie mógł odejść. Nie mógł ich zostawić.

Potem była faza wyrzutów sumienia. Dlaczego tak rzadko jeździł do sierocińca? Dlaczego go nie odwiedzał? Czy dlatego, że przestał wierzyć w te historyjki o Pazuzu? Ale czy przestał? Na ręce miał najnowszego iWatcha. Symbol statusu. Kradziony, ze złamanym przez pasera oprogramowaniem. Łączący się z kradzionym i zhakowanym iPhonem. Ale obok paska miał ciasno owinięty srebrny łańcuszek z wisiorkiem i tajemniczym symbolem. Nie rozstawał się z nim odkąd pamiętał. Jeden z dwóch prezentów od Jeremiejewa.

Dlatego nie mógł zachować się inaczej. Wyposażył się w zestaw czarnych ubrań i ruszał na odczytanie ostatniej woli.

***

Zapłacił za Ubera i wysiadł ulicę obok. Ufał dziewczynom bezgranicznie, ale jednak jego zmysł Pozera wygrywał. Przyjechanie Uberem nie pasowało do wizerunku jaki miał roztaczać. Wszak miał uchodzić za człowieka sukcesy. Tego, któremu się udało po bidulu. Który po wyjściu spod skrzydeł Jeremiejewa rozwinął własne. Dlatego teraz szedł w padającym śniegu. Bez czapki. Bo oczywiście skoro przyjechał Mercedesem, to po co mu czapka? A gdzie Mercedes? Nie było gdzie zaparkować? Problem w tym, że było. Wzdłuż całej ulicy było masę miejsca. Jedna czarna Wołga i ze dwa inne auta. Trudno… gdyby ktoś zapytał, to powie, że GPS go źle poprowadził. Ale nikogo nie spotkał przy drzwiach. To otwierało nową perspektywę. „Tak, ale kierowca pojechał na serwis. Jakaś kontrolka się pali, a w tych nowych autach więcej komputerów niż mechaniki”. Tak. Brzmiało to dobrze. Wiarygodnie.

Wysoki. Nieco za chudy. Ale elegancki płaszcz i drogi garnitur dodawały mu powabu. Zawsze był chudy. Wyparł z pamięci wspomnienia o tym jak sprawniejsze od niego dziewczyny otaczały go całą młodość. Choć nie wszystko dało się wyprzeć. Miał szczęście, że Luda mu nigdy nic nie złamała w tych swoich zaczepkach. Do tego wszystkiego jego imię. Ivan Drogonowicz. Ivan Drago. Tak… „Syberyjski Ekspres”. „Śmierć z wysoka”. Dwumetrowy blond bokser, który miał zgnieść na proch Rockyego w jakże ambitnym hollywoodzkim tytule „Rocky 4”.
Tak. Dolphh Lundgren mógł bez wątpienia uchodzić za całkowite przeciwieństwo Ivana Drogonowicza. I chyba dlatego wszyscy w sierocińcu inaczej niż Drago nie wołali za niskim chudzielcem. Dopiero po czternastym roku życia wystrzelił ze swoim wzrostem, co nadało mu aparycję kija mogącego za chwilę zostać złamanym silniejszym podmuchem wiatru.

Zazwyczaj z jego ust nie schodził uśmiech. Pasował do jego gładko ogolonej twarzy. Nigdy nie zapuszczał brody, bo miał rzadki zarost. Wyglądał z nim raczej śmiesznie niż poważnie. Teraz jednak sekretarka Igora Petrova nie została obdarowana uśmiechem. Nie umiał się śmiać gdy myślał o śmierci swojego opiekuna. Nigdy go nie nazywał ojcem. Dla Ivana funkcja ojca nie niosła ze sobą żadnych pozytywnych emocji. A wujaszek Jeremiejew wręcz przeciwnie. To od niego i dziewczyn z sierocińca pochodziła większość pozytywnych emocji.

***

Przyszedł pierwszy. Jak nie on. Zazwyczaj spóźniał się gdzie tylko mógł. Gdy przychodziły kolejne dziewczyny to każdą całował na powitanie. Koniecznie na trzy razy z obowiązkowym misiem. Kiedyś bardzo go to bawiło. Ale kiedyś Aleksiej Iwanowicz Jeremiejew żył. I chociaż nie widział żadnej z nich od kilku, albo i kilkunastu miesięcy, to nie miał ochoty niczego mówić. Nawet jego zmysł Pozera schował się głęboko pod metką płaszcza odwieszonego w kącie.

***

Najpierw cisza. Potem hałas. Ivan zerwał się z miejsca. Wymienił spojrzenia z dziewczynami.
- Sześć osób. Coś mi mówi, że sekretarka już nie żyje.
Krzesło na którym siedział powędrowało w bok. Ivan doskoczył do biurka.
- Luda? - patrzył na dziewczynę. Była pewnie silniejsza od Ivana. Jeżeli ktoś miał mu pomóc postawić biurko pod drzwiami, to musiała to być ona. Czy wydawał jakieś rozkazy? Nie. Ich grupa nigdy dotąd nie miała lidera. Nie potrzebowała go. Każde z nich znało swoje mocne i słabe strony. Każde wiedziało co robić w obliczu zagrożenia. W zasadzie nie musieli nawet ze sobą rozmawiać. Chyba, że uznało, że pozostali mogą czegoś nie wiedzieć:
- Ten głos brzmi znajomo.
 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.
Mi Raaz jest offline  
Stary 14-01-2020, 03:25   #3
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 128043 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=HCM1U5V5ZKM[/MEDIA]
Zima jest porą roku dla bogatych. Jeżeli jest się bogatym, chłód staje się raptem igraszką - drobną, nie wartą dłuższego rozmyślania drobnostką. Niczym, czym należy się przejmować, a tym bardziej obawiać. Jeśli jest zimno, wystarczy kupić porządne futro, podkręcić ogrzewanie w domu i z zachwytem obserwować taniec białych drobin za panoramicznym oknem. Iść na spacer, podziwiając czystą biel puchu, przysiadłego na drzewach, murach i wszystkim, co tylko znalazło się pod gołym niebem. Wtedy zimowe miesiące zmieniały się w bajkę, cudowną historię wyciętą z książeczki dla dzieci, gdzie wszystko zawsze kończy się dobrze, ludzie są prawi, a zło i mrok przegrywają ze światłem, ciepłem, miłością, przyjaźnią… tudzież którąś z całego szeregu górnolotnych bzdur, zwykle do owych baśni wypychanych. Wiadomo przecież, że dzieci potrzebują dobrych wzorców, aby od najmłodszych lat mogły budować charakter w sposób poprawny. Życie szybko weryfikowało naiwne ideały, lecz cóż z tego?

Dobrze było czasem pomarzyć, choć przez krótką chwilę znów poczuć się brzdącem: czystym, szczerym i naiwnie wierzącym, że jego życie będzie cudowną, dobrą przygodą pełną rycerzy na białych koniach, dobrych wróżek i czarodziejów odpędzających złe smoki zanim te zdążyły pożreć niewinnych wieśniaków. Albo księżniczkę zamkniętą w wieży, czekającą na ratunek z rąk cnego księcia i epilog dający się podsumować zwrotem “... i żyli długo i szczęśliwie.”

- To tutaj, proszę pani - z zamyślenia wyrwał Zoję głos taksówkarza. Drgnęła, poprawiając przeciwsłoneczne okulary, zatknięte na nos mimo ciemnej, zimowej szarówki . Przez całą przejażdżkę pilnowała, aby ani przez chwilę nie odkryć zbytnio twarzy, lecz i tak widziała jak starszy jegomość z wąsem, rzuca jej wcale nie ukradkowe spojrzenia przez wsteczne lusterko. Odwrócił też parę razy głowę pod pretekstem zagadania pasażerki. Ta jednak pozostawała niewzruszona na próby nawiązania konwersacji. Siedziała na tylnej kanapie, owinięta w sobolowe futro z obszernym kapturem i barwną chustę. Na kolanach trzymała torebkę od Hermesa, wzrok zaś wbijała uparcie w szybę, oglądając surrealistyczny obraz mijanych ulic, ludzi i aut.
[media]http://i.gifer.com/LBlS.gif[/media]
Pewnie brał ją za kolejną nowo-ruską, albo kochankę któregoś z miejscowych biznesmenów. Cóż… nie mylił się zbytnio, lecz nie musiał o tym wiedzieć. Zwykle Gromowa nie dbała o pozory, z przyjemnością kolekcjonując spojrzenia jakimi obdarzali ją mijani ludzie. Cieszyły ją, mile łechtały próżność… lecz dzisiejszego dnia nie dało się podpiąć pod łatkę “jak zwykle”.

Dzisiaj potrzebowała spokoju, dyskrecji. Możliwości aby móc na spokojnie zebrać się w sobie, raz jeszcze poukładać w głowie splątane supły myśli i odczuć, o jakie się nie podejrzewała. Bez słowa zapłaciła za kurs, wychodząc na zaśnieżoną ulicę.

Spojrzała pod nogi, krzywiąc się odruchowo na widok solno-lodowej brei. Już wiedziała, że po powrocie do domu będzie musiała albo wywalić buty, albo oddać je do czyszczenia. Niestety każdy śnieg z początku wygląda czysto i świeżo, ale kiedy ludzie go rozdepczą staje się najbrudniejsza na świecie szaro-burą masą, z żółtymi naleciałościami. Drobinami soli niewidocznymi gołym okiem. Albo piachem. Zamarzniętymi ciałami bezdomnych, zdechłymi psami. Figurkami ptaków przymarzniętych do powierzchni kałuż, a następnie przykrytych śniegiem.

Zima. Nastał czas cichych odejść, odsiewanie wszystkiego, co nie wytrzymuje mrozów. Wiele istot ludzkich twierdzi, że lubi zimę, ale tak naprawdę lubią uczucie zabezpieczenia przed nią. Nie istnieje dla nich problem jedzenia w zimie. Mają ogień i ciepłą wodę. Zima nie może im zaszkodzić, przeciwnie, zwiększa ich poczucie własnego sprytu i bezpieczeństwa.

Do tej pory Zoja uważała się za samodzielną, samowystarczalną. Tą, która nie potrzebuje do szczęścia balastu emocjonalnego pokroju nadużywania pustych frazesów typu “rodzic”, “rodzina”. Miała swoją paczkę podobnych losowych wykolejeńców… miała też jego. Tego, którego z premedytacją nazywała Zgredem, a który przygarnął ją gdy była młodym gnojkiem.

Przygarnął, odchował, zapewnił opiekę i namiastkę normalności w bidulu, dzięki czemu nie czuła się jak totalny wyrzutek, odludek. Odmieniec…

… a teraz szła równym krokiem na odczytanie jego ostatniej woli.


Wchodząc do kancelarii Zoja miała wrażenie, że oto przekracza próg świata realnego aż do bólu. Trzask zamykających się za nią drzwi brzmiał symbolicznie. Nie było odwrotu, powrotu do przeszłości. Już nigdy stary Zgred nie spojrzy na nią tym spojrzeniem pełnym troski i niepokoju, nigdy w subtelny sposób nie będzie próbował nakłonić jej do zmiany profesji, a ona już nigdy go nie wyśmieje i nie zbyje, rzucając argument że w tym świecie biznesy załatwiało się albo przez portfel, albo przez rodzinę, albo przez łóżko. Była sierotą, forsa się jej nie trzymała, zostawała ostatnia opcja.

Stukając obcasami po korytarzu Zoja musiała zwolnić kroku nim dotarła do recepcji i przełknąć gorzką kulę żółci, gnieżdżącą się w przełyku. Zaniedbała ich stosunki, wszak miała czas. Całe morze minut, dni, miesięcy i lat… Los chciał inaczej.

Znowu on. Los. To słowo często towarzyszyło Gromowej za dzeiciaka. Szeptał do niej z ciemnych kątów pokoju w czasie samotnych nocy. Był pieśnią ptaków na wiosnę i wołaniem wiatru w nagich gałęziach zimowego popołudnia. Los. Zarówno udręka, jak i pociecha.
Jej towarzysz i jej klatka.


Dopiero po przekroczeniu progu pokoju docelowego Gromowa pozwoliła sobie zdjąć kaptur i okulary, odsłaniając bladą twarz o idealnie harmonijnych rysach, wydatnych ustach i dużych zielonych oczach, patrzących dookoła spod firany długich rzęs równie czarnych, co spływające aż do pośladków włosy. Może i Los poskąpił dziewczynie na starcie bogactwa i rodziców, lecz z pewnością nadrobił to z nawiązką, jeśli chodziło o urodę.

Wewnątrz budynku było ciepło, jednak nie o wygodę chodziło. Zoja z ulgą rozpięła futro, rozplątała też chustę i dopiero wtedy uśmiechnęła się szeroko, czarująco, do przyszywanego rodzeństwa. Starała trzymać zblazowana minę, jakby cała sytuacja z testamentami oraz nagłymi zgonami nie robiła na niej żadnego wrażenia… co z tego, że Luda, Tinka i Ivan bez problemu umieli przejrzeć fasadę? Znali sie przecież od zawsze, a niestandardowe sytuacje wymagały standardowych procedur, dzięki czemu chaos dookoła nabierał pozorów normalności.

Wpierw oczywiście musiał zaistnieć w spektrum pokoju Ivan, z tym swoim rozbrajającym wyszczerzem, przytulasami i całowaniem. Gromowa dała się wyściskać, wycałować nie ukrywając radości ze spotkania. Okoliczności przyrody mieli wystarczająco dołujące, aby bawić się w zgrywanie akurat na tym polu. Objęła też na powitanie Ludę, ściskając ją mocno za rękę gdy się odsuwała. Z ich czwórki Złośnica utrzymywała chyba najbliższe kontakty ze Zgredem, jego śmierć więc najbardziej ją dotknęła. Musiała być w nielichym szoku bądź dole, bo wszystkie meble wciąż stały, a karetka nie zabierała nikogo na sygnale.

Ostatnia do powitania została Tinka - ich rude, optymistyczne słoneczko. Sam jej widok poprawiał humor. Gromowa i ją uścisnęła na powitanie. Wymieniły dwa słowa i już miały się rozminąć, gdy czarnowłosa chwyciła ją za ramię, podcinając równocześnie, przez co rudzielec przewinął się i prawie upadł na podłogę, lecz nim to nastąpiło, Zoja chwyciła ją w pasie, pochylając się w ślad za jej tułowiem. Cały ruch zakończył żarliwy pocałunek, zupełnie jak na starych filmach, oglądanych przez nie z wypiekami na twarzy dawno, dawno temu, gdy były młode i wciąż mieszkały w biudlu.



Chaos wrócił nagle, niespodziewanie i równie dobitnie niczym cios prosto w twarz. Hałasy, krzyki. Czyjaś śmierć - bez znaczenia,bez sensu. Bardziej Gromową zabolał fakt, że nie pozwolono im opłakać Zgreda, załatwić formalności… do tego ta cisza. Obca, dudniąca w uszach i sprawiająca, że zęby świerzbiły, a włoski na przedramionach stawały dęba. Próżno było w niej szukać naturalności, prędzej magii.

Nienaturalna cisza, stojąca na stole świeca z pismem klinowym i srebrny wisiorek ukryty głęboko w torebce Hermesa.

Zamieszanie, niezrozumienie… a później złość. Głosy za drzwiami, przerywające im spotkanie. Szargające pamięć ich opiekuna. Męskie głosy. Z mężczyznami zawsze doskonale sobie radziła. Sytuacja rozwinęła się jednak błyskawicznie.

- Drago… nie mów że oni po ciebie - syknęła z wyrzutem, zapominając momentalnie o tym, że gra solo i nie obchodzi ją los kogokolwiek prócz niej samej. Byli zespołem, Drużyną Pierścienia. Pieprzonym, dysfunkcyjnym rodzeństwem, znającym się jak łyse konie. Jeśli Ivan ze Złośnicą zatarasują biurkiem drzwi, zyskają trochę czasu. Akurat tyle aby znaleźć sobie wyjście awaryjne.

- Tinka, łap nasz szajs! - Zoja doskoczyła do okna, zaczynając je otwierać. Od każdej reguły znalazły się wyjątki.
Rodzina była jednym z nich.
 
__________________
Living Dead Owl

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."
Zombianna jest offline  
Stary 14-01-2020, 14:27   #4
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 61501 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację

Od kilku dni była pobudzona, nie mogła znaleźć sobie miejsca. Ani w hospicjum ani na ‘darmoszce’ dla ludzi pozbawionych nadziei, marzeń i domów, ani nawet w ukochanym parku. Wszystkie zmysły podpowiadały, że stało się coś. Coś czego nie rozumiała i na co nie znajdowała odpowiedzi nieważne gdzie szukała wskazówek. Dodatkowa energia nie pomagała. Tinka wprost parzyła od ognistej pasji czego się nie dotknęła. Myślała nawet, że to nadciąga ten dzień, gdy może wypuścić swe lisie ja na wolność. Ale nie...

Papa Aleksiej nie żył.

To nie mieściło się w głowie Tinki. Wprost fizycznie odczuwała brak przyzwolenia na ten fakt. Była pewna, że to nie był żaden wypadek. To musiało być coś... coś związanego z Pazuzu. Każda cząstka drobnej postaci dziewczyny miała tę pewność. To nie chodziło nawet o absurdalne wprost okoliczności śmierci Papy. I o to, że znalazł go zwykły pies. Chodziło o to, że jeszcze niedawno Tinka sama sprawdzała jego stan zdrowia. Może nie było idealne, bo Papa miał tendencję do zapominania o sobie, ale nie był stetryczały ani przewlekle chory... Nie mógł umrzeć tak po prostu!

- Tinka. – dziewczyna poczuła ciężką dłoń za ramieniu. Gdy otworzyła oczy z zamyślenia i ściągnęła z nich wielką kolorową czapę autorstwa cioci Iryny, ujrzała pooraną twarz Wasyla Tomanka. Starszego leśniczego, przyszywanego wujka, jej samonominowanego obrońcy.

– Tinka! – klepnał ją raz jeszcze aż echo poszło. Najwyraźniej chciał się upewnić, że doszła do siebie i rejestruje jego słowa. - Jesteśmy na miejscu. Dasz sobie rady sama?

- Co? Ach tak... tak – Tinoczka zaczęła rozgrzebywać się z kokonu jaki uplotła z długiego znoszonego kożucha, podarunku od przemiłej pani Niuni z warzywniaka, której rudzielec pomógł z hemoroidami. Nogi wyplątane z jednej pułapki, wpadły w kolejną. Patchworkową torbę robioną przez pacjentów hospicjum na tinkowe urodziny. Torbę wypełnioną dodatkowym swetrem, szerokim, czarnym szalem, szklaną butlą wody, paczkami ziółek, teczką z papierami już pogiętymi na rogach, pękatym skórzanym piórnikiem z toną ołówków i portfelem. Eleganckim, z krokodylej połyskującej skóry, podłużnym i poza kilkoma drobnymi banknotami pustym. Prezentem od jedynej osoby jaka potrafiła jednocześnie wyprowadzić Valentinę z równowagi dwoma zdaniami i wprawić w błogostan samym spojrzeniem.

- Tak, tak, dam! – Tinka sapała zawijając się szalikiem, szaleńczo wprost kontrastującym z jej bladą karnacją, piegami i ognistymi włosami. – Dziękuję, Wasylu, Wasyleńku, mój ty dobrodzieju kochaniutki – w końcu wśród chaosu włosów, wełny i i potakiwań Lisova wypadła z UAZa. Torba jaka wypadła za nią, lekko ją przeważyła i dziewczyna gibnęła się, poślizgnęła, przytrzymała drzwiczek i w końcu złapała równowagę. – Jedź, jedź. Zobaczymy się później. Dziękuję Ci!

Pomachała na pożegnanie a końcowe słowa Tomanka zdusił głośny trzask z zamachem zamkniętych drzwi.


Była pierwsza.
Dało jej to czas na odsapnięcie, przygładzenie i napicie się soldnej porcji wody w gabinecie prawnika. Sekretarka i całe otoczenie mocno onieśmieliły dziewczynę. Siedziała więc co i raz podciągając górkę bambetli jakby bała się, że zaraz znikną. Machała nogami dla dodania animuszu a gdy pozostali zaczęli się zjawiać kolejno, zerwała się na powitanie.

Luda – ich groźna Ludoczka dawała się wyczuć. Tinka dostawała na nią ciarek po kręgosłupie. Mrówki pełgały przez chwilę w górę i w dół. Tak było i tym razem. Jednak mrówki zostały zignorowane, gdy rudowłosa po prostu wtuliła się kurcząc do wielkości kieszonkowej jak zwykł żartować kolejny przybyły.

Drago przy Ludzie był jak powiew powietrza. Niekoniecznie świeżego, ale jednak. Tinka tęskniła do jego wygłupów i żartów i niech tam, nawet jego pyszałkowatości. Z tego wszystkiego i jego Ruda powitała radośnie, najpierw tonąc w jego miśku a potem po swojemu, gdy wspięła się na krzesło i zawisła chłopakowi na szyi z cichym śmiechem. Może to przez bliskość tej dwójki, lecz śmiech raptem przemienił się w krótkie łzy i siąpanie nosem, przerwane nadejściem Zoji.

Po ich ostatniej kłótni pełnej fajerwerków, Tinka była pewna, że Gromowa potraktuje ją wręcz chłodno jak miała w zwyczaju. Serce Tinki pękło nieco na widok tego cuda, co było niczym słońce. Piekne, gorące, pomagające w odnowie ale i niszczycielskie gdy go mieć w za dużych ilościach. Słońce co cieszyło, radowało, dawało energi i wypalało na popiół jednocześnie. Pocałunek zaparł jej dech w piersiach, co uciekł w głośnym westchnieniem. Zaskoczenia nie dało się ukryć ani tego specjalnego błysku uczucia w orzechowych lisich oczach.



- Sześciu, sześciu. Ale kto to? Na co? Czego chcieć mogą? – Mamrotała Tinka gasząc czarną, dziwną świecę polizanymi i drżącymi palcami. Zagarnęła ramieniem wszystko co stało na blacie biurka - w tym i szkatułę i klucz
- zrzucając do przepastnej torby. Nawinęła jej uszy na ramię, łapiąc świecę nim Drago i Luda zaczęli walczyć z meblem. Przytuliła świecę do siebie, zgarnęła kożuch i zamotała się w nim po drodze ku oknu. Wtem przyszło olśnienie. Wiedziała! Wiedziała, że Papa nie odszedł bez powodu! – To jacyś słudzy Pazuzu. Ta cisza to magia!

- Zoja, zasłony. – pisnęła drżącym głosikiem, nawykłym do komenderowania w sytuacjach stresowych. Bała się, lecz nie traciła głowy. Wyjrzała przez okno by sprawdzić czy czysto, nerwowo podskakując – Jak wtedy co Roszponkę odwalałaś... Szybciej, szybciej...
 

Ostatnio edytowane przez corax : 14-01-2020 o 19:11.
corax jest offline  
Stary 15-01-2020, 02:11   #5
 
Sepia's Avatar
 
Reputacja: 14705 Sepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputacjęSepia ma wspaniałą reputację
Nie wiedziała co ją podkusiło aby jechać metrem, ale to był zły pomysł. Seria niefortunnych zdarzeń trwająca od paru dni prześladowania nie mogła przecież odpuścić, prawda? Na pewno nie w chwili kiedy Ludmiła Zakharova opanowała szargającą nią rozpacz na tyle aby nie widzieć przez czerwoną mgłę. Podziemna podróż była szybka, wygodna. Udało się dorwać miejsce siedzące w wagonie tuż obok młodej parki migdalącej się do siebie przez cała drogę i spijającej sobie miodek z dziobków. Po drugiej stronie miała przez większość trasy porządnie ubranego starszego pana, zaczytanego w książce. Takiej zwykłej, manualnej - z papieru i atramentu. Nie do pomyślenia w erze cyfrowego szaleństwa i millenialsów zakochanych w technologii do tego stopnia, że nie umieli sobie wyobrazić pójścia do toalety bez uwiecznienia tego wydarzenia sesją pierdolonych selficzków.

Żyć nie umierać - żadnych kloszardów, ani bezdomnych. Żadnych napierdolonych gówniarzy szukających okazji do rozładowania buzującej w zaćpanym krwioobiegu energii. Obyło się też bez obecności dziamgających psiapsiółek, które z najmniejszymi szczegółami i bez jakiegokolwiek skrępowania opowiadały o swoich najintymniejszych rozterkach. Starych bab rozprawiających o chorobach i licytujących się która bardziej chora - ich też zabrakło. Było dosyć pusto, cicho i spokojnie. To zmyliło Ludę, uśpiło jej czujność. Uwierzyła że może sobie zdjąć słuchawki, cieszyć ciszą bo od ciągłej rąbanki sączonej przez słuchawki dostawała już migreny. Albo przez niewyspanie, albo kaca. Nie spała odkąd dostała informację o śmierci Aleksieja Iwanowicza Jeremiejewa, za to dużo piła.

Dziewczyna wsiadła jak gdyby nigdy nic, przecież od tego było metro. Następna podróżna, tyle że z gitarą. Na oko piętnastoletnia, ścięta na pazia, wychudzona modnie blondyneczka w ciemnym prochowcu. Na plecach niosła dumnie nie dający się z niczym pomylić futerał i wyglądała na za młodą żeby wpaść na pomysł noszenia tam flaszek i karabinu. Wsiadła drzwiami na lewo od Zakharovej, za nią wsiadła trochę starsza dziewczyna. Wyglądały podobnie, może były rodzeństwem… nic wartego uwagi.

Siadły w drugim końcu wagonu i Luda zapomniała o nich przez dwie stacje. Zatopiła się w czarnych myślach, wyrzucając sobie zaniedbanie papy Aleksieja. Może mogła coś zrobić, cokolwiek. Jakoś zapobiec tragedii…

Muzyka rozległą się nagle, niespodziewanie wypełniając wagon. Głowy podróżnych zwróciły się w stronę hałasu, Luda nie była wyjątkiem. Dostrzegła tę dziewczynę z gitarą, teraz wyjętą z futerału. Pierwsze akordy przeszyły ją, jakby została nagle postrzelona. Zacisnęła szczęki z całej siły.

I've heard there was a secret chord
That David played, and it pleased the Lord
But you don't really care for music, do you?


Obca dziewczyna śpiewała, Ludmiła siedziała sparaliżowana kilkanaście metrów dalej, patrząc w jeden punkt przed sobą. Poczuła się bardzo zmęczona, obolała. Lewa strona klatki piersiowej rwała jakby była tam rana postrzałowa. Robiło się jej zimno, światło bladło… albo takie miała wrażenie. Mrok sączył się z kątów, a ona wpatrywała się weń przez zbyt wiele lat. Sama i bez zmrużenia oka. Topiła się, a wtedy pojawił się Jeremiejew i zapalił świecę. Nauczył tak wiele, tyle razy był jedynym pozytywnym elementem trzymającym Ludę na tym paskudnym świecie… a ona go zawiodła.

It goes like this the fourth, the fifth
The minor fall, the major lift
The baffled king composing Hallelujah


Oczy Zakharovej zaszkliły się, opuściła głowę i ścisnęła jej boki dłońmi. Obite, zdarte do mięsa kostki dłoni zapiekły. A tak, racja. Przecież między odłożeniem telefonu po rozmowie z dziwnym typem przynoszącym złe wieści do spicia się jak zwierze, zdążyła zdemolować mieszkanie bo rozerwanie na strzępy worka treningowego nie wystarczyło. Tłukła się po domu niszcząc wszystko co nawinęło się pod ręce, aż wreszcie waliła pięściami w beton, zostawiając na nim czerwone, lepkie plamy…

- Hallelujah... Hallelujah… Hallelujah… Hallelujah… - zanuciła ochryple razem z blondyneczką. Akurat dziś… kurwa dziś. Nie należała do osób które się rozklejają, o nie. Tylko…

Tylko tęskniła. Tym rodzajem tęsknoty który nigdy już nie zostanie zaspokojony. Kiwała się w przód i w tył, a wiszący na szyi medalik od papy Aleksieja palił jej szyję. Próba wzięcia się w garść nie wyszła za dobrze, a musiała.

Musiała wziąć się w garść, inni nie mogli zobaczyć Ludy w takim stanie. Była przecież Złośnicą, tą którą straszyło się kolegów i nieprzyjaciół. Zostali we czwórkę. Cztery sieroty po papie. Znaczy było ich więcej, ale akurat te trzy wyjątkowe Ludmiła darzyła tym… czymś, co chyba dało się nazwać braterską miłością. Nazwać w myślach oczywiście, nigdy na głos.

Wesoły, gadatliwy Ivan, zgrywający cwaniaka nad cwaniakami. Szczypior, chuchro i tyczka. Kij od mopa. Nie musiał być silny, ktokolwiek miał do niego wąty, on miał Ludę. Prosta, oczywista sprawa. Bywał wkurzający

Zmysłowa, eteryczna Zoja, równie piękna co wyrachowana. Ile to razy po cichu babochłop pokroju Zakharovej zazdrościł jej tego, jak jednym uśmiechem sprawiała że ludzie szli za nią na ślepo, z wywieszonymi ozorami? Inna liga… a jednak trzymały się razem i dało się poczuć odrobinę mniej odpychająco.

Kochana, empatyczna i słodka Tinka. Wulkan optymizmu i radości. Żywe srebro i dobra dusza która najchętniej zlikwidowałaby całe cierpienie aby wszystkim bez wyjątku żyło się dobrze. Mała, niepozorna istotka potrafiąca pokazać że warto żyć, a życie jest piękne. Najlepszy antydepresant i do tego darmowy.

Słuchawki wróciły na uszy Zakharovej, obolałe palce wyłuskały z kieszeni skórzanej kurtki smartfona. Czas wziąć się w garść.

There's God…

Gitara grała coraz ciszej, ale to tylko złudzenie. Wypierała go inna muzyka.

There's God…

Wdech. Odliczyć dwóch. Wypuścić powietrze. Powtórzyć.

There's God...

- Zaczynasz umierać w momencie, kiedy się rodzisz. I nie ma na to rady. - głos Yury wmieszał się w narastającą kakofonię. Siedzieli przy flaszce. Wczoraj. Próbował ją pocieszyć - Odtąd już całe życie to przekładanie talii ze śmiercią. Dlatego nie przejmuj się.

Nie przejmuj się, kurwa dobry żart. Albo i nie.

Obraz się wyostrzył, oczy przestały Ludę piec. Siorbnięcie nosem zgrało się z uderzeniem perkusji słyszalnym pewnie dla siedzących dookoła jako że Luda nie uznawała cichego słuchania muzyki.

There's God!

Staruszek z książką drgnął, odwrócił zaskoczoną gębę, gapiąc się na Zahkarovą z wyrzutem. Widział pewnie brzydką jak noc, ubraną na czarno młodą kobietę, ściętą krótko, pomalowaną na pandę i z przekrwionymi oczami.

Can I feed you again?
Will I have to stay dumb?
You can feel and it begins
But I know inside this heart attack
I can see through your eyes
I'm terrified of everything
But it's no real surprise


Właśnie te przekrwione oczy wbiły się w staruszka, przesyłając mu całe pokłady tłumionej wściekłości, żalu i nienawiści, które pojawiły się w Ludmile wypierając żal. Gniew był o wiele lepszy.

Because the parasites are dancing closer
All this sacrilegion warns in posters
Can you handle it?


Staruszek szybko uciekł oczami, chwilę później się przesiadł. Pewnie nie chciał być obok kogoś, kto wygląda jakby miał ochotę go rozszarpać gołymi rekami. Smutek wyparował, Ludmiła znowu pragnęła przede wszystkim zobaczyć jak wszystko staje w płomieniach. Życie raniło, raniło dotkliwie. Dlatego miała ochotę je zniszczyć, spalić aż do fundamentów. Oddać cios tak silnie, żę spadną głowy. Roztrzaskiwać na kawałki, zmiażdżyć całą doskonałość, cały kłamliwy spokój. Znajdzie odpowiedź co stało się z papą. Znajdzie tych którzy zrobili mu krzywdę i wytoczy im bitwę tak straszliwą, że stanie się ich ostatnią. W tej chwili, wychodząc z metra Ludmiła Zakharova ziała ogniem, lejąc wściekłością jak napalmem.
Tak, to był idealny nastrój aby spotkać się z rodziną.


Spotkanie rodzinne wyszło… na początku w porządku. Przywitali się po kolei, Luda stanęła pod ścianą i gapiła się milcząc, ale spokój nie trwał długo.
Halasy, strzały.
- Karki z Wołgi. Czarnej. Chyba - burknęła, wyciągając rękę zza pazuchy. Odruchowo sięgnęła po broń, do cholery pracowała w policji!
- Skądś… znam ten głos - Popatrzyła po rodzeństwie i westchnęła boleśnie, dopadając do biurka aby pomóc je przestawić.
- W razie ostrzału na glebę i nie wychodźcie mi zza pleców - syknęła. W policjanta mogła się bawić, ale teraz… teraz miała inny cel niż dbanie o obce trupy - dopilnowanie aby najbliżsi do nich nie dołączyli.


 

Ostatnio edytowane przez Sepia : 15-01-2020 o 02:16.
Sepia jest offline  
Stary 18-01-2020, 14:44   #6
 
PeeWee's Avatar
 
Reputacja: 27796 PeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputację


No.2


Witaj w moim śnie
Płomień świecy zgasł.
Nocy, uchyl drzwi
Chcę odpłynąć w snach
Grzegorz Turnau



Pod dotykiem wilgotnych palców knot świecy zasyczał, niczym wściekły wąż. Mrok skryty po kątach zaczął z wolna wypełzać na powierzchnie i otulać wszystkich swymi lepkimi łapskami. Świat zawirował, a Ziemia zatrzymała swój bieg. Gdzieś w oddali huk wystrzałów, trzask pękającego drewna, krzyk i bluźnierstwa.
Kurwy, złodzieje i demony darły mordy ze wściekłości.

Zapach igliwia i świeżej żywicy wzmagał się z każdym każdym uderzeniem serca. Wrzaski rozwścieczonych demonów ucichły, a zamiast nich przestrzeń wypełniły ptasie trele.
Bór, dziki i pierwotny przywitał ich jak starych, dobrych znajomych. Spokój, ciepło i niezachwiana pewność, że to miejsce, to dobre miejsce. To miejsce, to dom, którego żadne z nich nigdy nie miało.

- Dzieci - znajomy głos Papy spłynął na nich z góry.
Zoja, Tinka, Ivan i Luda spojrzeli w górę i wokół siebie, ale nigdzie nie było żywego ducha.
- Dzieci moje - powtórzył Papa. Tym razem jego głos był odległy i przepełniony nostalgią i bólem.
Wschodni wiatr zerwał się nagle. Jego mroźne powiewy przyniosły ze sobą swąd zgnilizny i rozkładu.
- Dzieci moje, jaaaaaaa - Papa odezwał się po raz trzeci, ale jego głos załamał się i przemienił w nieartykułowany wrzask przepełniony do granic możliwości cierpieniem i trwogą.
Dziki, pierwotny bór w mgnieniu oka zaczął blednąć, jak fotografie płowieją pod wpływem promieni słonecznych.

- Kurwy parszywe! - ostry, chrapliwy głos wdarł się do umysłów czwórki sierot - Znajdę was! Sacer nepotibus cruor!

Wokół tylko beton, szkło i stal. Drobne płatki śniegu spadały wolno z nieba. Jazgot policyjnych syren, mieszał się z ludzkim krzykiem, zdziwienia i przerażenia. Na tyłach kamienicy, gdzie znajdowała się kancelaria Petrova czwórka sierot stała lekko zdziwiona i zaniepokojona. To, co się wydarzyło stanowiło niezaprzeczalny dowód, że śmierć Papy nie była naturalnym zgonem.
Na szczęście Tinka zdążyła zgarną z biurka wszystkie rzeczy, jakie się tam znajdowały. Być może one przyniosą jakieś odpowiedzi na rodzące się setki pytań. Trzeba było tylko znaleźć spokojne i bezpieczne miejsce.

Luda, która nadal ściskała w dłoni swój służbowy pistolet, dostrzegła go pierwsza. Chłopiec, nie więcej niż dwanaście lat, stał u wyjścia z zaułka. Wiatr rozwiewał jego cienkie płócienne hajdawery oraz czarną, kozacką soroczkę. W oczach chłopca dosłownie płonął żywy ogień. Wpatrzony ognistymi ślepiami w Ludę, dzieciak uśmiechnął się szeroko i zaczął nagle biec w jej stronę.
 
__________________
>>> Wstań i walcz z Koronasocjalizmem <<<
Nie wierzę w ani jedno hasło na ich barykadach
Illuminati! You're never take control! You can take my heartbeat, but you can't break my soul!
PeeWee jest offline  
Stary 19-01-2020, 19:47   #7
Świat Mroku
 
Mi Raaz's Avatar
 
Reputacja: 66698 Mi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputacjęMi Raaz ma wspaniałą reputację

Szarpnięcie.
Skok w bok.
Przejście.

I dziesiątki innych słów na opisanie tego dziwnego procesu w czasie, którego ich ciała wyrywają się z materialnego świata i trafiają do świata duchów. Świata za lustrem.

Ivan nie przepadał za tym uczuciem, choć Papa zwykł mawiać, że gdy już się nauczy, to będzie robić to niemal instynktownie. Póki co instynktownie tego unikał.

Pamiętał ten bór. Ten sam. Lata temu. Pierwszy raz gdy tam był miał dwanaście lat. Ale niezmiennie wydawał się domem.

Zamknął oczy. Wciągnął powietrze.
Głos Papy spadający z nieba ścisnął jego serce. Przez głowę przeszła mu myśl, że wujaszek żyje i ma się dobrze, a cała zabawa z testamentem miała być pstryczkiem w nos dla marnotrawnych dzieciaków, które przestały odwiedzać sierociniec.

A potem przyszły krzyki. I znowu szarpnięcie w brzuchu.

Otworzył oczy.
Spadające płatki śniegu uświadomiły go w jakiej jest sytuacji. Ubrania zostały wewnątrz. Razem z ich prześladowcami. To ich głosy słyszał przy przenoszeniu się w bór.

Adrenalina jeszcze nie pozwoliła mu odczuwać zimna. Ale ile to mogło trwać? Trzy minuty? Pięć?
ivan odruchowo poklepał się po kieszeni marynarki. Telefon, portfel, grot… to było przy nim. Na szczęście.

Szybko rozejrzał się wokół. Wszyscy byli cali. Stali w ślepym zaułku. Tinka kurczowo trzymała świecę i zdobioną szkatułę. Luda trzymała za to gnata.

Ivan szybko spojrzał na wyjście z zaułku.
- Luda schowaj to, bo kogoś zabijesz.
Położył delikatnie swoją lewą dłoń na nadgarstku dziewczyny, próbując ją zachęcić do opuszczenia broni. Zaraz po tym geście zrobił krok do przodu. Oto pozer stawał przed dziewczynami, żeby zasłonić je swoim wątłym ciałem i autorytetem garnituru.

- Dajcie mi chwilkę, zerknę kim jest ten dzieciak.

Ivan sięgnął po swoje najbardziej pierwotne zmysły. Te same, których Wujaszek uczył go w tamtym borze. Te, które miały ich wszystkich chronić, przed innymi zmiennokształtnymi.
 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.
Mi Raaz jest offline  
Stary 19-01-2020, 21:51   #8
 
PeeWee's Avatar
 
Reputacja: 27796 PeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputacjęPeeWee ma wspaniałą reputację

Ivan, niczym za dawnych lat, odważnie wystąpił naprzód. Od zawsze chciał imponować i być w centrum uwagi. I tym razem udało mu się to doskonale. Nie tylko oczy stojących z nim kobiet, zwróciły się w jego stronę. Wzbudził on także zainteresowanie innych osób. Osób ukrytych i bacznie obserwujących toczące się wydarzenia.

Nie minęła sekunda, a Ivan upadł na jedno kolano. Z jego nosa, niczym z fontanny, buchnął krwisty pióropusz. Śnieg w promieniu metra zmieniły się w karmazynową mandalę wykonaną ręką szalonego informelisty.

Wychudzony chłopiec zatrzymał się w półkroku, a jego płomienny wzrok wbity był w skuloną postać Ivana.
 
__________________
>>> Wstań i walcz z Koronasocjalizmem <<<
Nie wierzę w ani jedno hasło na ich barykadach
Illuminati! You're never take control! You can take my heartbeat, but you can't break my soul!
PeeWee jest offline  
Stary 21-01-2020, 13:47   #9
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 61501 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację


- Drago! – współczucie i gniew szarpnęły rudzielcem. Tinka ruszyła ku chłopakowi wyciągając przed siebie dłoń z rozciapierzonymi palcami. W zasadzie nie wiedziała co chciała zrobić ale instynkty szeptuchy, szamana, leczącej, opiekunki, co nie potrafiła przejść obok bólu, cierpienia i choroby obojętnie sprawiły, że Tinka zapłonęła gniewem. Nie mogła pozwolić by ktoś robił Drago krzywdę.

- Zostaw go w tej chwili! – lisica stanęła obok Ivana, z dłonią zaciśniętą na jego ramieniu i wpatrując się w kozaczka. Nim zdołała powstrzymać naiwny język już słyszała swe kolejne, pełne oburzenia słowa:
– Nie wolno krzywdzić innych!


 

Ostatnio edytowane przez corax : 21-01-2020 o 13:52.
corax jest offline  
Stary 23-01-2020, 01:02   #10
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 128043 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację



Przychodzi taki czas w życiu, kiedy niczego nie można być pewnym. Magiczna chwila, w której przekracza się mistyczną, symboliczną granicę między uporządkowanym, systematyzowanym światem dopiętym na ostatni guzik, a dzikim chaosem jakiego unikało się usilnie dnia powszedniego. Zamieszanie, przeniesienie… las, zapach dzieciństwa i głos Zgreda. Wystarczyło parę słów, aby serce Gromowej zatrzepotało rozpaczliwie, gubiąc po drodze parę uderzeń. Oto miała wrażenie, że całe jej istnienie wali się, kruszy. Rozpada i za nic nie da się już pozbierać go do kupy…

Na szczęście była to tylko sekunda, może dwie. Trzy głębokie, uspokajające oddechy potrzebne do wzięcia w karby tęsknoty oraz tej całej gamy zbędnych teraz uczuć.

Pozostało raptem zmieszanie, oraz konsternacja. Cicha złość na myśl o pozostawionym na piętrze prawniczej mieliny futrze. Zoja lubiła je, a teraz wychodziło iż nieprędko własność odzyska, o ile kiedykolwiek to nastąpi.

Spektrum zaśnieżonej ulicy, gdzie pojawiła się cała ich czwórka, nie dawało czasu odpocząć dłużej, ani zorientować w sytuacji. Krew na śniegu, Drago zgrywający bohatera, Luda z bronią w dłoni i krzycząca Tinka. Wszystko zaś na przeciwko dzieciaka wyjętego z mokrego snu Stevena Kinga, który jak wiadomo lubił małych chłopców. Umieszczać w swoich powieściach oczywiście.

- Wystarczy - Pajęczyca powiedziała z całym spokojem, na jaki mogła się zdobyć, wyczarowując na twarzy miły, ciepły uśmiech. Uzbrojona w niego zrobiła krok do przodu, później następny i jeszcze jeden, stając na przeciwko wyjętego z koszmarów gówniarza.
- Wszyscy tu jesteśmy istotami cywilizowanymi - odparła wciąż z tą samą miną - Masz do nas biznes to mów śmiało.
 
__________________
Living Dead Owl

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."
Zombianna jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:12.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169