Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-02-2008, 12:37   #1
 
Khemi's Avatar
 
Reputacja: 122 Khemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znany
[WoD] Horyzont Zdarzeń (+18)

Queen’s Park
Robert Dali
Młody mężczyzna szedł niespiesznie przez park. Ręce trzymał za plecami jak angielski gentleman sprzed stu lat. Mimo chłodu nie kulił ramion i nie wtulał brody w szyję. Pewnie uniesione czoło zdradzało wewnętrzny spokój, brak lęku przejmującego niektórych ludzi podczas nocnej przechadzki po pustym parku. Oddychał głęboko jakby napawał się powietrzem czystszym niż w centrum miasta. Rozglądał się na boki, ale nie nerwowo a raczej z zaciekawieniem. Przesuwał wzrokiem po rzędach równo zasadzonych krzewów, potem przenosił wzrok na niewielki strumień wyłapując pluśnięcia wyskakujących ponad powierzchnię rybek by znowu wpatrzyć się w potężne konary pięknych drzew.
Lubił noc. Lubił spokój, ciemność, delikatny szmer wiatru czasami urastający do gwałtownego szumu wśród koron starych, wysokich dębów, buków i platanów. Uśmiechnął się do siebie. ~Ludzie boją się ciszy~ - powiedziała kiedyś jego przyjaciółka - ~bo wtedy słyszą swoje myśli. Wszystko to o czym nie chcą myśleć samo pcha się do umysłu, jeśli nie jest czymś zagłuszane~. Robert, bo tak miał na imię młody człowiek, nie miał tego problemu. Kochał ciszę. W ciszy znajdował odpoczynek od natłoku bezdennej głupoty, którą epatował go świat. Reklamy pieluch, piwa, samochodów, proszków do prania, kredytów, lokat, głupie seriale, prymitywne filmy, żałosne gazety wszystko to w założeniu miało służyć sprowokowaniu niezliczonej rzeszy kretynów do wydania pieniędzy. Teraz o godzinie trzeciej w nocy w środku parku nareszcie czuł się wolny od irytującej nachalności zewnętrznego świata. Której nawiasem mówiąc doświadczył dziś znacznie więcej niż był przyzwyczajony. A miały to po prostu być ciekawe wakacje...
Kumpel został w hotelu, za który przynajmniej nie kazali płacić, a Robert wybrał się na spacer do parku w drugiej części miasta. Złość na ojczyste linie lotnicze powoli przechodziła kiedy spacerował wśród kojącego szumu wiatru napawając się tą namiastką dzikiej przyrody. Rozmyślał nad interesem, który zamierzali właśnie we dwóch rozkręcać z Kamilem.
Po paru minutach porzucił temat rozmyślań. Póki nie ma kredytu i tak nic nie zrobią. Postanowił cieszyć się chwilą, orzeźwiającym wiatrem i pogodnie rozgwieżdżonym niebem. W pewnym momencie przez spokój nocy w pustym parku dotarły do niego głosy rozmowy, około trzystu metrów z przodu. Robert tylko westchnął. Nie miał ochoty spotykać nikogo. Nie żeby się bał, po prostu nie miał ochoty. Właśnie miał zawracać i pójść inną ścieżką, kiedy w miejscu gdzie przed chwilą słychać było głosy, rozbłysło gwałtowne światło. Co to mogło być? Zarzucił pomysł pójścia inną drogą, ciekawość wzięła górę. Idąc dalej usłyszał jeszcze jakiś oddalający się głos i wszystko wróciło do normy, znowu słychać było tylko szum wiatru i szmer liści. Dochodząc do miejsca gdzie wcześniej słyszał ludzi Robert dostrzegł jakiś kształt leżący na ścieżce. Czy to... - O cholera... - jęknął. Na dróżce leżało ciało. Szybko sprawdził oddech, chociaż ilość krwi na chodniku sugerowała, że w żyłach tego kolesia nie ma już ani kropelki. Dopiero teraz Robert zobaczył, że koleś nosi mundur. Policjant! Drżącą ręką wyjął kieszeni telefon i wykręcił 112. - Cholera… czemu to ja go musiałem znaleźć? -
Rozejrzał się nerwowo wokół – i zaklął siarczyście, gdy jego wzrok zatrzymał się na czymś, co wyglądało na zwęglone ciało. To nie należało do najmilszych wrażeń z wakacji…
Nagle wyczuł ruch obok siebie i czyjaś dłoń mocno chwyciła go za rękę, trzymającą komórkę. Mimo, że Robert nie należał do „strachliwych” to z nagłego zaskoczenia wypuścił komórkę i pustym wzrokiem powiódł w dół, by zobaczyć, że to policjant, który jeszcze minutę temu wyglądał jakby wykrwawił się za dwóch, chwycił go za rękę. Robert patrzył na leżącego mężczyznę, jakby zobaczył żywego trupa. Mężczyzna wyszeptał tylko -Pomóż mi… Bracie-, nadal mocno trzymając rękę Roberta i najwidoczniej starając się podnieść…
Robert pomógł wstać mężczyźnie, nadal nie mogąc pojąć, co się dzieje… - Pomóż mi dojść… tam… - wysyczał mężczyzna i skinął głową w kierunku małego zbiornika wodnego, któremu wcześniej przyglądał się Adam. Nadal osłupiały, niczym bez własnej woli – Robert na wpół prowadził, na wpół ciągnął ciężko rannego policjanta. Po niedługiej chwili doszli do małego stawu a Adam odzyskiwał pewność siebie, zwrócił się do mężczyzny – Kim jesteś? Co się stało? Usiądź, zadzwonię po pomoc – Szybko sklecił tę wypowiedź, troszkę nieporadnie. Choć dobrze znał język angielski, to wiedza w takiej sytuacji wymykała mu się i skarcił sam siebie, za pomyłki w wymowie. Nagle poczuł, że mężczyzna mocniej go obejmuje i usilnie wpatruje się w lustro wody. – Pomoc nie nadejdzie… braciszku-, wyszeptał i mocno trzymając Roberta postawił krok na taflę stawu, jakby chciał po nim przejść. Robert chciał go powstrzymać, lecz coś powiedziało mu, że nie powinien – zrobił krok… Nagle poczuł, jakby zapadał się w coś miękkiego, jednakże nie takiego, jak woda – coś jakby przeciskał się między gęstwinę listowia w mrocznym lesie… To uczucie minęło tak szybko, jak tylko się zaczęło i Robert spostrzegł, że nadal stoi nad stawem. Mężczyzna leżał obok, jakby wyczerpany ostatnim wysiłkiem…


Porter Street
Adam

Adamowi nie było dane zasnąć tej nocy. Czuł w powietrzu coś, czego nie czuł od wielu lat i przed czym tak długo chciał się ukryć. Nie lubił tego. Miał nadzieję, że tu, w Hull, gdzie nie ma niczego, poza masą domów robotniczych, okrążonych dzielnicami wypełnionymi wszelakiej maści fabrykami nie będzie musiał powracać do przeszłości. Najwidoczniej przeszłość znalazła jego. Czy to możliwe, że ktoś go szukał? A może ktoś trafił tu przypadkiem?
Miał siedzieć tylko ze dwie godzinki nad kolejną porcją esejów historycznych klasy 4b. Miał sprawdzić wypociny strasznych, rozwydrzonych angielskich dzieciaków i pójść spać. Dawno już nie dane było mu porządnie się wyspać. Teraz wiedział, że tej nocy nie zaśnie. Powietrze przesycone było znanym tylko jemu zapachem. To musiało być niedaleko, musiało być gdzieś w centrum, gdyż on sam wynajmował apartament w jednym z nielicznych tutaj wieżowców. Miał widok na całe miasto i mimo, że już wielokrotnie tej nocy nerwowo odrywał się od sprawdzanych esejów i podchodził do okna – nie dostrzegł niczego, co mogłoby mu odpowiedzieć na dręczące go pytanie. Stał przy oknie po kilkanaście minut, wpatrując się w centrum miasta, mając nadzieję zobaczyć cokolwiek, co mogło być nienaturalne.
Po jakimś czasie nieco zgłodniał, uśmiechnął się do tej myśli… ~nie… nie zgłodniałem przecież, ale wypić kawę mogę dla zasady~. Z tą myślą poszedł do kuchni. Wlał nieco wody do czajnika, włączył go i sięgnął po swój ulubiony kubek.
Nagle uczucie nasiliło się do granic możliwości. Przez jedną sekundę Adam czuł się, jak za dawnych lat, gdy stawał oko w oko ze śmiercią. Mały ładunek elektryczny przeskoczył z wyłącznika przy czajniku i delikatnie ukuł go w dłoń, gdy miał chwycić czajnik z już zagotowaną wodą. Światło zgasło a dziwne uczucie nagle minęło. Adam zaklął szeptem a potem mimo wszystko odetchnął – dziwne uczucie nagle minęło, jakby nigdy nie istniało. Odstawił czajnik i po ciemku wrócił do pokoju. Podszedł do okna i wyjrzał na kompletnie zaciemnione miasto, „jakby ktoś nagle zdmuchnął wszystkie świece” – pomyślał. Faktycznie – całe miasto pogrążone było w mroku. To trwało tylko kilka minut a po chwili kolejne dzielnice miasta zapalały się jedna po drugiej. ~ Problemy w elektrowni? ~ zastanawiał się. ~ Chyba tak~ pomyślał. Jednak coś nadal nie dawało mu spokoju. Wpatrywał się w powracające do życia miasto…


Ballathie Close
Sarah Addington

Sarah siedziała przy komputerze i wpisywała dane… Miała zamiar skończyć ten projekt do rana. Chciała skończyć wszystko, wykąpać się, wyspać i przygotować się na jutrzejszy, piątkowy wieczór. Nie mogła się tego doczekać. Umówiła się ze Spencerem na 18:00:00 wieczorem. Mieli iść do Hollywood Bowling i bawić się do białego rana z przyjaciółmi. Oderwała się od tych myśli i spojrzała na klawiaturę… No tak, trzeba to skończyć, pomyślała i w mgnieniu oka wróciła do pisania kolejnych skryptów.
Było już późno, gdy Sarah wiedziała już, że jej projekt jest na ukończeniu. Sprawdzała ostatnie dane i właśnie miała przystąpić do testowania ostatnich skryptów, gdy bardziej wyczuła, niż zauważyła, że w pokoju obok zgasło światło. Szybki rzut okiem za okno uświadomił jej fakt, że cała okolica pogrążyła się w mroku. Spojrzała pod biurko, by upewnić się, że zasilacz awaryjny wytrzyma. Powinien wytrzymać do 60 minut według danych producenta. Oczywiście producent nie podał, że przy rozruchu sam zasilacz zużywa cztery i sześćdziesiąt osiem setnych procenta własnych zasobów a także tego, że podane są dane dla samego komputera, nie wliczając zużycia energii przez monitor, głośniki oraz drukarkę ustawioną na czuwanie. Producent także nie wziął pod uwagę tego, że przy każdorazowym obciążeniu procesora pobierane jest dodatkowe dwa i osiemset czterdzieści trzy tysięczne procenta energii a nagły skok napięcia, jak ten teraz, który mógł dodatkowo obciążyć zasilacz o osiem i pięć setnych procenta. Matematyczny umysł Sary szybko podpowiedział jej, że obecnie zasilacz ładowany był tylko przez trzy godziny, osiemnaście minut i dwadzieścia trzy sekundy, co dawało jej jakieś dwadzieścia dwie minuty, czterdzieści trzy sekundy i piętnaście setnych sekundy na dokonanie niezbędnych zapisów, zanim energia zasilacza awaryjnego wyczerpie się zupełnie.
Szybko zapisała pozostałe, otwarte pliki i przyjrzała się zawartości katalogu. ~Tak – wszystko na swoim miejscu, będę musiała sprawdzić tylko...~ Nagle ekran monitora zgasł, a zasilacz awaryjny wyłączył się, pozostawiając po sobie tylko wibrujący dźwięk oraz zapach przypalonych kabli.
Sarah zaklęła cicho ~ gdzie mogłam się pomylić?~ Czuła wydzielające się związki chemiczne z izolacji kabli. Szybko zlokalizowała spięcie – jeden i szesnaście dziesiątych centymetra od obudowy zasilacza. Sama iskra przeskoczyła z obudowy komputera i po pokonaniu drogi sześciu centymetrów i dwóch setnych centymetra zetknęła się z obudową zasilacza. ~Przecież to niemożliwe~, pomyślała ~Iskra nie doszła do wnętrza zasilacza, gdyż ta jest izolowana~ i skąd to przepalenie w tym miejscu? Nie mogłam tego przeoczyć. ~Chyba, że… zastanowiła się… nie – nie możliwe~, pomyślała…


Pearson Park
Szon Borowski

Szon nigdy nie był w takiej sytuacji. Walczył nieraz i widział mnóstwo rozlanej krwi, jednakże teraz, pierwszy raz wiedział, że nie da rady. Dwóch potężnych drabów, którzy rozwścieczyli go w klubie wydawało się słabeuszami w porównaniu z jego dotychczasowymi przeciwnikami. Nie wziął pod uwagę jednego – że będą po kilku sekundach wielkimi, czarnymi jak smoła potworami w formie, przypominającej formę Crinos. Nie nauczono go – nie wiedział co to za stworzenia ale czuł od nich zapach Żmija i to było jedynym i wystarczającym powodem, by wiedzieć, że przyjaźnie nie da się z nimi rozmawiać. Przeliczył się i wiedział, że przeżyje chyba tylko cudem. Już teraz broczył obficie krwią i, choć jedna szpiczasto-ucha, czarna bestia leżała już zbroczona krwią równie obficie – to druga wyglądała jakby dopiero rozpoczęła walkę. Nie zwykł czekać na cuda i ostatnim wysiłkiem, bardziej wysiłkiem woli niż ciała – skoczył na czarną sylwetkę. To było ostatnie, co pamiętał – wielka, pazurzasta łapa strzeliła go z rozmachu w pysk z taką siłą, że stracił przytomność, zanim uderzył w coś twardego. A uderzył na pewno – bo straszliwie bolały go plecy.
Bolały go plecy? ~Jak to?~ Nie był martwy? Otworzył oczy i nie mogąc poruszyć głową – wodził oczami po pokoju. ~Pokój? Jaki pokój? Gdzie ja jestem?~ Faktycznie – leżał ciężko na twardej, topornej kanapie, ledwo mógł dostrzec zamglonym wzrokiem zarys pokoju, zwykłych ścian i zwykłych domowych mebli. Było ciemno a jedynym blaskiem, był blask świecy palącej się gdzieś, w korytarzu. Dostrzegł tam sylwetki dwóch osób – wysokiego, postawnego mężczyzny i drobnej, uroczej brunetki. Coś mówili, ale Szon ledwo mógł dosłyszeć…

De Grey Street 28
Deidre O’Neill

Deidre leżała skulona na łóżku, zatopiona w myślach. W ręku ściskała kartkę papieru i wciąż patrzyła w nią z niedowierzaniem. Przeczytała kolejny raz. -Test ciążowy – wynik pozytywny-.
Zaklęła dosadnie i złapała się za głowę. ~Przecież zupełnie nie jest na to gotowa~. Ma dopiero 25 lat i inne sprawy na głowie. Właśnie rozpoczęła pracę w szpitalu, wyprowadziła się na własne śmieci... ~A teraz co?~ Ma to wszystko rzucić i zostać samotną matka? Ponieważ, że będzie to dziecko wychowywać sama nie miała raczej wątpliwości. Przez sekundę nasunęło się na myśl proste rozwiązanie ale zaraz odegnała je ze wstydem. Przecież sama tak bardzo szanowała życie! Że też przeszło jej to w ogóle przez myśl!
Nagle stałam się odpowiedzialna za jeszcze jedno życie. ~Jak mogłam do tego dopuścić?~ – skarciła się w myślach. ~A jeśli ono... Jeśli będzie jednym z nich? Czy będę musiała kiedyś je oddać? Najpierw pokochać, poświęcić lata na wychowanie aż któregoś dnia Ryan po prostu je zabierze tak jak ojciec wziął moich braci?~ Postanowiła odłożyć to na później. Ma jeszcze kilka miesięcy żeby coś postanowić. Zasnęła wycieńczona dwunastogodzinnym dyżurem ale zaraz nawiedził ją znajomy, upiorny koszmar.
Koszmar urwał się tak nagle, jak się pojawił. Po chwili Deidre wiedziała już dlaczego – rozległo się kolejne pukanie do drzwi. Pukanie? Nie! Walenie do bram – tak mogła to nazwać i wiedziała już co się święci. Zeskoczyła z łóżka tak nagle, że przez chwilkę zakręciło się jej w głowie. Sekundę później opanowała zawroty, narzuciła szlafrok na skąpą koszulę nocną i popędziła do drzwi. W drzwiach stał Reilly, w rękach trzymając zakrwawione ciało rudowłosego nastolatka. Jak na nastolatka był dobrze zbudowany, choć przeciętnych, jak na jego wiek rozmiarów. – Kiepsko z nim – znów Tancerze – rzucił szybko. -Musisz mu szybko pomóc a ja zadzwonię po Emmeta – mam nadzieję, że przyjedzie, zanim trucizna rozejdzie się po całym ciele-.
Wszedł do pomieszczenia, kierując się do małego, gościnnego pokoju i w miarę delikatnie położył ciało na twardej kanapie. Spojrzał na Deidre, która już, nie wiedzieć skąd, miała w rękach podręczną torbę lekarską, z której wyjmowała różne przyrządy na mały stolik, znajdujący się obok kanapy. Dziewczyna szybko zabrała się do pracy, opatrując rany i usztywniając kręgosłup. Musiała dobrze usztywnić ramię, które z pewnością było złamane, co stwierdziła od razu, przy pierwszym spojrzeniu.
Po kilkudziesięciu minutach, późno w nocy, gdy młoda lekarka kończyła opatrywać młodzieńca – zgasło światło. -Co się dzieje? Czy to korki? Reilly, możesz to sprawdzić?- Powiedziawszy to wstała i poszła w stronę kuchni. Po chwili doszedł ją głos brata – Nie – korki są w porządku, chyba na całej ulicy siadło zasilanie – usłyszała tubalny głos z przedpokoju. Szybko znalazła świecę w kuchni, zapaliła ją, po czym przeszła do przedpokoju. Postawiła świecę na stoliczku przy telefonie i spojrzała w kierunku pokoju gościnnego. -Biedny chłopak – szepnęła, -wygląda okropnie, jakby miał już nie wstać. Czy to ktoś z Twoich przyjaciół?- Ponownie spojrzała na brata, czekając na odpowiedź. Po chwili zamyślenia, Reilly spojrzał na chłopaka, jednocześnie mówiąc lekko przyciszonym głosem –nie – nie wiem kto to, ale to z pewnością Garou-. Został zaatakowany przez dwóch Tancerzy i jakimś cudem położył jednego, jednakże nie dał rady drugiemu. Zauważyłem to w samą porę i wykończyłem gnojka. Nie wiem skąd się ostatnio tyle ich tutaj bierze…


Molo przy Princess Quay
Aleister Crowley

Starszy mężczyzna przechadzał się, jak co dzień mrocznymi uliczkami Hull. Zawsze lubił przyglądać się życiu, które toczyło się nocami. Było – jakże odmienne od tego, które ludzie zwykli obserwować za dnia. Przemoc – alkohol, zabawa. Radość i rozpacz. Ciągły cykl życia młodych i starszych. Wszystko to tłoczyło się na ulicach tego starego, przemysłowego miasta. Lubił stać na molo, koło Princess Quay. We dnie można było podziwiać piękno tego arcydzieła. Marina wyglądała jednak wspaniale o każdej porze – dnia czy nocy. Tylko nocą jednakże można było zobaczyć różnicę między pięknem samego centrum handlowego a plugastwem przyległych uliczek, pełnych klubów nocnych i zapijaczonych nastolatków. Można byłoby nawet określić to jako gorzki dowcip konstruktorów budynku – najlepszy obiekt miasta, otoczony wszystkim tym, co budziło odrazę. Mimo jednakże takich częstych wypadów – nic specjalnego się nigdy tutaj nie działo. Nic specjalnego w odczuciu Aleistera oczywiście. Dla reszty społeczeństwa wiadomości poranne opisujące zatrzymanie bandy chuliganów były wartym uwagi wydarzeniem. Nie dla niego jednak. Zawsze to kończyło się tak samo. Ten cykl powtarzał się z taką regularnością, z taką dokładnością, że zapewne można by ułożyć pewien wzór matematyczny, dzięki któremu Policja mogłaby po prostu wyjechać z posterunku o konkretnej porze, w konkretny dzień i trafić w sam środek jakiejś bójki.
Aleister nie tylko to analizował. Zastanawiał się, kiedy wreszcie to miasto runie i pogrąży się w szlamie pełnym krwi, przemocy i alkoholu. Szlamie, który wartko płynął wszystkimi żyłami tego parszywego miasta. Mógł niemalże wyczuć, jak koło jego stóp przepływały takie strumienie rozpadu i zniszczenia, które kiedyś wyleją się na ulice i zaleją to miasto, pozostawiając tylko pył i przesycone czasem powietrze. To miasto wiele razy umierało. Umierało kulturowo, umierało historycznie – i tylko przemysł zdawał się trwać. Przemysł, który utrzymywał to miasto przy życiu, wtłaczając od czasu do czasu nieco świeżej krwi do żył miasta. Przemysł jednakże wtłaczał także do tych żył pieniądze, które młodzież doskonale umiała wykorzystać, by skazić te wszystkie strumienie świeżej krwi – alkoholem i gromkim wrzaskiem, nazywanym często śpiewem… To zadziwiające, że to miasto stało trwalej na swym przemyśle niż kiedyś stała sodoma na swym nierządzie. Soidoma – tak – to był doskonały przykład rozkwitu i zniszczenia. Tylko patrzeć, jak kwitnący przemysł w Hull sam zamieni w proch to stare miasto.
Aleister zapewne kontemplowałby inne jeszcze aspekty „cyklu” miasta, gdyby nie wyrwano go z tego siłą. Jednakże tym razem wyrwano go z zamyślenia nie siłą, lecz zapachem. Tak zwykł go nazywać, jednakże zapach ten wyłączny był tylko dla niego. Niewielu posiadało ten właśnie zmysł. On czuł zapach śmierci – tak ~tej nocy poleje się krew. Nie będzie to krew plugastwa ale krew żywa – jeśli już się nie leje~. Aleister za nic w świecie nie zamierzał stracić takiej okazji. Chciał być „tam” i obserwować, analizować, chciał mieć swój udział w „cyklu”. Nie wiedział gdzie iść – musiał podążać za swym nosem – z pewnością są drogi mniej, lub bardziej prawdopodobne a on wiedział, że uda mu się znaleźć tę najlepszą drogę… Przeszedł szybko obok Carr Lane i wszedł na ciemną uliczkę Guildhall Road, ograniczającą z jednej strony Quinn’s Park. Tu nigdy nie działo się wiele, gdyż park znajdował się w sąsiedztwie głównego posterunku policji. Coś jednak było nie tak. Śmiertelna cisza, jaka tu panowała, nie zdradzałaby, że może się dziać coś niezwykłego, jednakże Aleister wiedział, że się nie myli. On nic nigdy nie pozwoli zostawić przypadkowi – na to mogą sobie pozwolić inni, ale nie on. Wiedział, że coś właśnie dobiega końca, że coś także się rozpoczyna. Niemalże czuł namacalną woń krwi… Przystanął na chwilę i umysł jego wypełnił się tysiącami myśli… ~Nie ludzkiej krwi~ pomyślał – i wiedział, że się nie myli… Gdy wchodził do parku rozbłysło silne światło. Odruchowo odwrócił wzrok na kilka sekund a światło zgasło. ~Nie~ – pomyślał ~to nie światło – to „gwiazda”~. Przystanął na chwilę i po kilku sekundach odczuł cząstki rozerwanego powietrza, wnikające w jego ciało. Smakował się tymi cząstkami, jak dziecko rozkoszuje się smakiem ciasteczek. Tak – to była magia – silne wyładowanie Sił. Wyładowanie przesiąknięte także resztkami istnienia. To resztki kwintesencji – umarłej kwintesencji.
Aleister westchnął, zmrużył oczy i ruszył w kierunku z którego dolatywała go woń czystej magii. Po chwili doszedł do rozstaju dróżek, zatrzymując się nad spalonym ciałem wampira. -No chłopie– szepnął –nieźle cię przypalili-. Uśmiechnął się do swych myśli, zastanawiając się, kto dokończył „cyklu” tego, który zapewne przez dziesiątki lat uciekał temuż „cyklowi”.
Z rozmyślań wyrwało go poruszenie po jego prawej stronie. Gdzieś w oddali wyczuł rozdarcie w gobelinie. Nie – nie rozdarcie – otwarcie, niczym w drzwiach. Dostrzegł dwie postacie, które stały nad stawem. W sekundę później obie postacie zrobiły krok w kierunku stawu… i zniknęły. Aleister nie był specjalistą w tej dziedzinie, jednakże wiedział, że ten, kto właśnie przeszedł przez Rękawicę rzeczywistości… zrobił to tak swobodnie, jak ziarnko piasku wpadające do wody...
Aleister mógł się znów pogrążyć w rozmyślaniach, gdyby nagle z równowagi nie wytrąciło go inne zdarzenie. Poczuł falę kwintesencji, podobną do poprzedniej, jednakże zarazem skrajnie różną. Fala była namacalna, jak fala ciepłego powietrza, lecz nie było to powietrze i nie było ani ciepłe ani zimne… Do przyjemnych też jednak nie należało… Poczuł falę, jaką wywołać mogło tylko silne wyładowanie Paradoksu…
W sekundę później cała okolica pogrążyła się w ciemnościach, jakby nagle wszyscy mieszkańcy miasta postanowili powyłączać światła i iść spać a jedynym światłem, jakie pozostało, było światło odbitego księżyca na tafli stawu…
 

Ostatnio edytowane przez Khemi : 24-02-2008 o 18:32.
Khemi jest offline  
Stary 23-02-2008, 22:17   #2
 
Silwilin's Avatar
 
Reputacja: 65 Silwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znanySilwilin wkrótce będzie znany
W pewnych sytuacjach ludzki mózg pracuje na najwyższych obrotach, do jakich nie jesteśmy się w stanie zmusić bez silnego zewnętrznego bodźca. Potrafimy wtedy w mgnieniu oka ocenić sytuację i podjąć kilka decyzji, od których może zależeć życie. Jednak nie jest to normalny stan, do jakiego ten kluczowy narząd został zaprojektowany. Odruchy walczą wtedy z rozsądkiem, a rozsądek z emocjami, adrenalina jednocześnie paraliżuje i zmusza do anormalnej aktywności i wysiłku. Mózg, analizując informacje, na które normalnie potrzebuje minut lub godzin w ciągu ułamków sekund, ma tendencje pracy w sposób niekontrolowany, tylko w pewnym stopniu zależny od woli, czasami też pracuje w sposób całkowicie jałowy nieprawdopodobnie wiele razy przetwarzając tę samą informację i nie wyciągając żadnych wniosków.

Mniej więcej tak poczuł się Robert, gdy ręka, która właśnie chwyciła jego własną okazała się należeć do martwego policjanta. ~~Zombi!~~ przemknęła mu absurdalna myśl. Rzeczywiście, ten człowiek jednak żył! Musiał zbyt nieuważnie zbadać oddech, chociaż wydawało mu się, że badał przez 10 sekund, dokładnie tak jak go uczyli i jak zaleca Europejska Rada ds Resuscytacji, albo coś w tym guście. Ale taka ilość krwi? A może to ktoś inny? Nie zauważył kolejnego ciała? Do tego mętliku jaki mu się robił w głowie dołączyła kolejna informacja, mianowicie zobaczył telefon w połowie drogi między swoją ręką a ziemią.~~Szlag!~~ Już miał się rzucić w kierunku telefonu, kiedy uświadomił sobie, że w ten sposób mógłby uszkodzić rannego. Teraz ranny bardziej potrzebuje pomocy jego czy karetki? Czy nacisnął już przycisk zadzwoń? Czy...

- Pomóż mi... Bracie... - wyszeptał policjant. Przytomny. Więc pewnie ma szanse się wylizać. Co więcej, ewidentnie chce wstać. Wbrew temu co wiedział, że powinien zrobic Robert pomógł rannemu podnieść się na nogi po czym na wpół go niosąc zaprowadził do stawu, tam gdzie ten chciał.-Zadzwonię po pomoc... -Pomoc nie nadejdzie... braciszku. Bredzi. Jest w szoku. Dlaczego pomoc by miała nie nadejść? Krok policjanta w stronę tafli wody spowodował, że z Robert po raz kolejny poczuł się jakby myśli płynęły niezależnie od niego. Sam nie wiedział czemu na to pozwolił. Jego całe ciało ogarnęło coś dziwnego, niby miękkiego, a jednak nie do końca, z jednej strony jakby przyjemne, z drugiej mroczne. A potem po prostu przeszło.

~~No dobra. Co to było? Halucynacja? Ale skąd by się wzięła? Czyżby przeciążenia podczas dzisiejszego lądowania dały o sobie znać w taki dziwny sposób?~~ Mundurowy leżał na ziemi, obok stawu, a Robert stał o krok od brzegu i jeszcze przez chwilę patrzył na lekko falującą powierzchnię wody. Potem potrząsnął głową, jakby pozbywając się resztek snu i zwrócił się do rannego.
-W porządku? Chyba miałem zawrót głowy, wiesz, ciężki dzień.
Mężczyzna nie odpowiedział. ~~No tak, ty to dopiero miałeś ciężki dzień... A przynajmniej wieczór.~~ Tak jak go uczono, ułożył poszkodowanego na boku, tak, żeby mógł swobodnie oddychać. Potem sięgnął do kieszeni po telefon. Właśnie, telefon. Upuścił go parę chwil temu. Albo... W sumie to już nie wiedział co robił parę chwil temu, ale telefonu w kieszeni nie było, więc zapewne jednak go upuścił. Wrócił na środek ścieżki spacerowej w poszukiwaniu swojej motoroli. Ciemno było jak diabli. No, w każdym razie zbyt ciemno by znaleźć taki mały przedmiot jak komórka. Szlag.
-Halo! Jest tu ktoś? - krzyknął - Halo! Na pomoc! - bez telefonu był bezradny. Wtedy też przypomniał sobie o spalonym ciele które dopiero co leżało przy ścieżce, a teraz go nie było. ~~Wydawało mi się?~~ Był coraz mniej pewny swojej pamięci. Wrócił do leżącego policjanta i poklepał go po kieszeniach, gdzie spodziewał się znaleźć telefon. Nic.
-Leż bracie, na pewno za chwilę ktoś nas znajdzie - całkiem nieświadomie użył tego samego słowa, jakim zwrócił się do niego nieznajomy. Stając przed dylematem, czy gościa zostawić bez opieki i szukać pomocy, czy przy nim zostać, zdecydował, że lepiej zrobi zostając. Znowu odszedł parę kroków i z całej siły wykrzyczał: - Na pomoooc!!!
 
Silwilin jest offline  
Stary 23-02-2008, 22:36   #3
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9832 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Deidre stała naprzeciw brata zupełnie otępiała. Dopiero co wróciła ze szpitala po dwunastogodzinnym dyżurze i otrzymała całkiem sensacyjną wiadomość, z którą nie zdążyła się jeszcze oswoić a Reilly już zafundował jej kolejną porcję wrażeń. Była zwyczajnie zmęczona. Do tego zapach krwi, który unosił się w powietrzu niespodziewanie ją zemdlił. Zakryła dłonią usta. ~Cudownie. Trochę to nieprofesjonalne jak na osobę, która całymi dniami dłubie w ludzkich wnętrznościach.~
Jeszcze raz spojrzała z przerażeniem na nieprzytomne ciało chłopca. ~ Mam nadzieję, że z tego wyjdziesz dzieciaku. Proszę, nie umieraj. Nie waż się. Po prostu ci na to nie pozwolę... I jeszcze ten brak prądu. Ktoś ma fatalne wyczucie czasu.~
Mieszkanie było spowite mrokiem. Tylko pojedynczy migoczący płomień świecy wabił przyjaznym ciepłem. Deidre stała zamyślona i nieobecna. Głos brata dochodził do niej jakby z opóźnieniem, niósł się echem w jej głowie.
- Został zaatakowany przez dwóch Tancerzy i jakimś cudem położył jednego, jednakże nie dał rady drugiemu. Zauważyłem to w samą porę i wykończyłem gnojka. Nie wiem skąd się ostatnio tyle ich tutaj bierze…
Na dźwięk słowa „Tancerz” zadrżała instynktownie. Odżyły wspomnienia pary kipiących nienawiścią oczu. Oczu, których miała nadzieję już nigdy więcej nie zobaczyć.
Zapaliła jeszcze jedną świecę i oddaliła się do łazienki. Zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Ręce umazane we krwi po łokcie. Na szlafroku i nocnej koszuli widniały zakrzepłe, czerwone plamy. Mogłaby swobodnie startować w castingu do taniego horroru. Ale to nie był film. Tak wyglądało jej pokręcone życie. Umyła się pośpiesznie i narzuciła na siebie jeansy i wysłużony podkoszulek. ~Lepiej żebym nie paradowała półnaga po domu kiedy dzieciak wreszcie się ocknie.~
Gdy wyszła z łazienki od strony kanapy dobiegł ją przeciągły jęk. Chłopak zaczął chyba się wybudzać. W słabym świetle świecy jego twarz wydawała się blada i stężała, jakby jedną nogą był już po tamtej stronie. Westchnęła przygnębiona. Pochyliła się nad nim, uśmiechnęła się ciepło i pogładziła go po rudych włosach. Mówiła z wyraźnym irlandzkim akcentem.
- Już wszystko w porządku. Tutaj nic ci nie grozi. Tancerze solidnie cię poturbowali ale na szczęście mojemu bratu udało się unieszkodliwić drugiego z nich. Masz złamaną rękę i straciłeś sporo krwi ale nie martw się, zrobię wszystko co w mojej mocy aby ci pomóc. - jeszcze raz zerknęła na rany aby upewnić się, że wszystkie dokładnie opatrzyła po czym matczynym gestem pogładziła go po po policzku – A teraz leż i odpoczywaj.
Wyprostowała się i stanęła obok rosłego mężczyzny. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, szeroką klatkę piersiową i mocno umięśnione ciało. Na pierwszy rzut oka można było wychwycić wyraźne podobieństwo w ich rysach twarzy. Te same niebieskie oczy, linia podbródka, kości policzkowe.
- Wybacz, że się nie przedstawiłam. Nazywam się Deidre. Deidre O'Neill. Jestem lekarzem. A to mój brat Reilly. Zaufaj nam. Zrobimy wszystko abyś z tego wyszedł.
Deidre wyglądała na niewiele ponad dwadzieścia lat. Była ładną dziewczyną, ale z pewnością nie klasyczną pięknością. W jej twarzy było coś delikatnego, niemal dziecięcego. Duże ufne oczy, odrobinę zbyt długi nos i drobne usta. W świetle świecy cała jej postać wydawała się krucha i ulotna, trochę nierzeczywista. Może przez to, że każdy jej ruch, każdy gest wykonywany był mimowolnie z ogromnym wdziękiem. To jak się poruszała, jak przeczesywała palcami długie, ciemne loki, jak się uśmiechała. To właśnie uśmiech zmieniał jej twarz nie do poznania. W policzkach ukazywały się wówczas dołeczki a oczy promieniały ciepłym blaskiem, biły od nich optymizm i życzliwość.
- Reilly? – zwróciła się do brata i – a ty jesteś cały? - opiekuńczym gestem położyła dłoń na jego policzku. Nawet kiedy lekko wspięła się na palce sięgała mu co najwyżej do ramion. - Może pozwolisz też się obejrzeć? Chcę się upewnić czy aby na pewno wyszedłeś z tej potyczki bez szwanku. A może ty w tym czasie – spojrzała na leżącego chłopaka – powiesz jak się nazywasz i co dokładnie ci się przytrafiło? Oczywiście jeżeli czujesz się na siłach by mówić.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 24-02-2008 o 10:43.
liliel jest offline  
Stary 25-02-2008, 21:49   #4
Fantasy
 
Efcia's Avatar
 
Reputacja: 16125 Efcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputację
Cholerne, tandetne, chińskie gówno!! – Sarah syknęła wściekle.
~Człowiek kupuje urządzenia znanych firm. Myśli sobie, że zapłacił za jakość. A tu co?? Made In China. Nasze urządzenie wytrzymuje wszystkie przepięcia!! Zapewnia komfort pracy!! Chroni przed utratą danych!!! ~ wymyślała w myślach producentowi elektronicznego badziewia, schodząc do kuchni po latarkę. Pomimo iż znała doskonale rozkład domu, stawiała swoje kroki ostrożnie, żeby nie zlecieć ze schodów.
Gdzieś tu musi być – Sarah po kolei wyciągała różne przedmioty z szuflady stołu. ~Ło!! A to skąd tu się wzięło??~ wyciągnęła z szuflady zabytkowy pistolet.
Dziadek musiał go tu zostawić, tak jak wiele innych rzeczy w różnych dziwnych miejscach.
~Zawsze znajduje się nie to co potrzeba.~ Kobieta odłożyła znalezisko i wyciągała kolejne rzeczy. ~Będę musiała zrobić tu w końcu porządek. O jest.~ Zadowolona Sarah włączyła latarkę i umieściła ją sobie na głowie. ~Bardzo praktyczne~ uśmiechnęła się do siebie, wchodząc z powrotem na górę.
Przyjrzała się dokładnie zwęglonemu kablowi. Kawałek odpadł pod wpływem dotyku, ukazując nagie druty. ~Ale co?? Co mogło to spowodować?? Aż takie przepięcie??~ Sarah mimowolnie spojrzała przez okno. Całe miasto spowite ciemnością. ~No, to ktoś pięknie się zabawił. Bardzo pięknie. ~. W umyśle kobiety pojawiły się obrazy łuków elektrycznych powstałych przy załączaniu stacji wysokich napięć. Kiedyś jej szwagier pokazywał jej takie filmiki ze swojej pracy. Później na zasadzie skojarzeń Sarah oczami wyobraźni widziała błyskawice, uderzające w ziemię podczas burz.
Podeszła do okna i podziwiała okolicę w słabym blasku gwiazd. Wpatrywała się w czarną pustkę, która na co dzień wypełniona jest tysiącami świetlnych punktów. ~Jak w mrocznym średniowieczu.~ Po kilku, a może kilkunastu minutach oderwała się od okna i wróciła do swojego sprzętu. Sprawdziła jeszcze raz zasilacz i kable.
~Miejmy nadzieję, że płyta główna wytrzymała.~ Przy takich niespodziankach zwykle obrywały najcenniejsze części. ~I że dysk nie ucierpi, a razem z nim moje cenne pliki i programy.~ Na szczęście tego typu programy miały zabezpieczenia przed nagłą utratą danych w postaci automatycznego zapisu co ustalony odcinek czasu. Zwykle to było 10 minut. ~W najgorszym przypadku 10 minut pracy poszło na marne.~ Kobieta lekko skrzywiła się.
Oceniła rozmiar zniszczeń. Niewielki wprawdzie, ale zawsze. Przezornie wyciągnęła wtyczkę z kontaktu. Właściwie obeszła cały dom i odłączyła od sieci wszystkie urządzenia elektryczne. ~Strzeżonego Pan Bóg strzeże.~ przeszło jej przez myśl przysłowie zasłyszane od babci.
No, to pora chyba iść spać. Dziś już nic nie napiszę. A jutro? Jutro się zobaczy. – pomyślała sobie z optymizmem godnym filmowej Scarlett O'Hary. Udała się do swojego pokoju i położyła się spać.
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny
Efcia jest offline  
Stary 26-02-2008, 18:26   #5
 
rasgan's Avatar
 
Reputacja: 226 rasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie cośrasgan ma w sobie coś
Nie, to od czego tak pragnął uciec Adam, to od czego starał się odpocząć, odizolować nie mogło go znaleźć tak przypadkiem. Przeszłość nie była tak łaskawa, a on, znawca historii zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Łudził się, że zaszywając się w Anglii w jakiś sposób będzie mógł żyć normalnie, że ucieknie od swego przeznaczenia. Łudził się, gdyż w głębi duszy był świadom swego losu. Wiedział, że przeszłość odnajdzie go wcześniej czy później. Przeszłość ani historia nie znała przypadku. Wszystko co dzieje się teraz jest konsekwencją działań z przeszłości. Historia i przeszłość tworzyły teraźniejszość. Proste, przyczyna – skutek, akcja – reakcja. Nic dodać nic ująć.

Porter Street wyglądało pięknie nocą. Liczne latarnie oświetlające ulicę, światła w domach... to wszystko było po prostu piękne, i choć było to codziennością to wciąż zachwycało Adama. W miejscu gdzie się urodził nie było tak pięknie, nie było świecących latarni, nie było domów z elektrycznością.

Młody mężczyzna przyglądał się jeszcze chwilę miastu, które odżywało lampa po lampie. Które ponownie kładło się do sennych marzeń tuż po przebudzeniu brakiem elektryczności. Ile razy już widział takie zjawisko? Ile razy brał w nim udział? Ile to już razy był jego przyczyną? Te pytania wciąż kłębiły się w jego głowie, choć wcale nie miał ochoty na nie odpowiadać. Adam mógł wymienić z imienia, nazwiska i daty śmierci wszystkie swoje ofiary. Ot, takie miał hobby, lecz dziś nie miał na to ochoty. Nie chciał wspominać przeszłości, przed którą się ukrywał, a która w końcu go dopadła. Nie był jeszcze na to gotowy.

Choć wiedział, że nikogo to niepowstrzyma, Adam zupełnie ludzkim gestem podszedł do drzwi sprawdzić czy aby na pewno są zamknięte.
- No to kawy się dziś już nie napiję. – powiedział do pustego pokoju, podszedł do łóżka i położył się z nadzieją, że szybko zaśnie. Sen jednak nie nadchodził przez długie minuty. Młodzieniec był na tyle doświadczony przez życie i na tyle znał swoje ciało, że wiedział, iż sen już nie nadejdzie tej nocy.
- Fantastycznie, co Adasiu? Dziś już sobie nie pośpimy. Nie, nie. Chodźmy więc na spacer. – przemówił ponownie sam do siebie. Wciągnął sztruksowe spodnie, zapiął koszulę i wyszedł z mieszkania po drodze łapiąc płaszcz.

Adam szedł od dłuższego czasu zupełnie nie znając celu swej podróży. Sam nie wiedział czy chce iść do parku, do centrum czy szwendać się ulicami. Nie wiedział dokąd idzie, nie wiedział po co. Po prostu szedł i obserwował okolicę nocą.
 
__________________
Szczęścia w mrokach...
rasgan jest offline  
Stary 26-02-2008, 21:11   #6
 
uzziah's Avatar
 
Reputacja: 14 uzziah nie jest za bardzo znanyuzziah nie jest za bardzo znany
Zaniepokojony wydarzeniami Aleisteir rozejrzał się uważnie aczkolwiek szybko po okolicy, zupełnie jakby chciał dostrzec w zaległych ciemnościach źródło nadciągających problemów. Może to rzeczywistość zakrzyczała upominając się o szacunek… a może to nie był już tylko krzyk a wołanie o pomoc… pomoc najstraszliwszej istoty, jaka można sobie wyobrazić… bezdusznej, bezlitosnej i bardzo pamiętliwej… tak to mógł być duch paradoksu.
Aleisteir zawsze podziwiał te byty za metodyczne podejście do swoich obowiązków. Jedyną pocieszającą rzeczą było to, że dopóki nie stanie się duchowi na drodze do wykonania „wyroku” nie grozi nikomu więcej nic złego z jego strony. Niestety nie można powiedzieć tego o nieszczęśniku, który doprowadził swą pychą i wulgarna magią do powstania tej istoty.
Chwila zawahania nie trwała jednak długo. ~ Działaj Aleisteir… działaj. ~ Pomyślał. Co prawda miał już do czynienia z wieloma nietypowymi sytuacjami, aczkolwiek ta wydawała się nader ciekawa. Szybko przypomniał sobie o miejscu spoczynku zwęglonych zwłok nieszczęśnika. ~ O jakże byłoby ciekawie móc zamienić parę słów z tym krwiopijcą ~ Podszedł, nachylił się i zabrał ze sobą fragment rozsypującego się w palcach, zupełnie jak stara 500 letnia księga, ciała wampira. Aleisteir uśmiechnął się i wyszeptał - …i tak powiesz mi kim byłeś… kolego – Następnie zgodnie z planem który wykonywał zupełnie instynktownie skierował się w stronę pierwszego wyładowania energii. ~ Ciekawe kto z taka łatwością rozplątuje nici gobelinu ~
Tak… bycie byłym żołnierzem ma swoje plusy. Czasem myśli zastępowane są zakodowanym w mózgu, wyuczonym i bezwarunkowym działaniem. Tym razem też tak było. Choć Aleisteir wiedział, że to może się skończyć dla niego źle, podjął jednak ryzyko. Z drugiej strony nie ma się czego bać i tak każdy w końcu przejdzie przez wszystkie etapy cyklu. Aleister już poznał czym jest śmierć, nie bał się jej... rozumiał i akceptował tak samo jak poczęcie.
Szybkim, pewnym krokiem podążał w interesującym go kierunku. Był gotowy na nadchodzące zdarzenia, cokolwiek by to nie było. Starał się wyciszyć swe myśli i koncentrować na przygotowaniach do odparcia ewentualnego zagrożenia...
 
__________________
Bohater jest człowiekiem, który kłóciłby się z Bogami i budził diabły w sporze o swą wizję...
uzziah jest offline  
Stary 28-02-2008, 21:56   #7
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 9777 Cedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputację
~Wszystko zaczęło się dzisiaj nie tak jak trzeba.~ myślał Szon Borowski z trudem odpierając ataki stworów.
~Od kilku tygodni pech nie odstępuje mojej ferajny najpierw naloty policji, która się jakby wściekła. Pewnie ktoś ich pogonił, aby załatwić sprawę bezdomnych sierot i to definitywnie. Gajo – Matko, czemu tak doświadczasz swoje dzieci i tych najsłabszych. Który to już squot, który musieliśmy opuścić w ostatnim czasie trzeci nie czwarty w tym drugim nawet godziny nie siedzieliśmy. No na pewno się nie dam zamknąć w jakimś sierocińcu z nich wychodzą dziwni ludzie, a wielu umiera. Nie nikt z mojej ferajny tam nie trafi.~

Momentalnie zmienił postać i przemienił się w stepowego wilka unikając ciosu powolnego Crinosa, i rozdzierając mu ścięgna pod prawym kolanem.

~Ciekawe w jakie gówno tym razem wdepnąłem. Cóż to za stwory jakieś nietoperzowilkołaki tak bynajmniej wyglądają no i śmierdzą Żmijem. Ciekawe skąd się tu wzięli i najważniejsze czy nie wiedzą nic więcej.~

Szybko zmienił postać na Hispo i potężnym skokiem obalił drugiego z potworów. Odrzucony przez Potwora jeszcze w powietrzu przybrał postać wilka i bezpiecznie wylądował na czterech łapach.

~Ani chwili czasu mi nie dają zrobiłbym krok w bok i tyle by mnie mieli chyba, że też potarcia wnikać w Umbrę.~

W ostatniej chwili odskoczył przed stworem chcącym mu rozerwać brzuch. Popędził w kierunku podnoszącego się potwora, którego chwilę wcześniej obalił. Rozerwał mu zębami gardło na nogami wywlekł kichy z brzucha. Potężny cios w bok głowy rozszarpał mu ucho i odrzucił daleko od swojej ofiary. Jeszcze wlocie zamienił postać w Crinos i wtedy wpadł na niego potwór. Potężne kły zbliżały się do jego gardła, cios łapą odebrał oddech i wrzucił w ciemną otchłań niepamięci.


*****

~Długi ciemny korytarz na jego końcu, oświetlony pokój. Z niego dobiegają znajome głosy słychać jak Dana wykłóca się z bliźniakami Tomem i Ew ciekawe, o co znów mogło chodzić. Pomyślał Szon szybko zbliżając się. Nagle ciemność zgęstniała i z niej wyłoniły potwory. Szon w biegu przemienił się w wilkołaka, lecz im szybciej biegł, tym dalej były drzwi~


Chłopak zerwał się na równe nogi. Znajdował się w jakimś pokoju obok stało rozkopane łóżko z poplamionymi krwią poszewkami. Wszystko to było jakieś nierealne, tak jak i nierealny mógłby się wydawać ten nastolatek, stojący w pozie oczekiwania, gotowy do walki lub do ucieczki. Nerwowym ruchem odrzucił długie rude włosy wpadające mu do oczu.

Wtedy to spostrzegł też na swoim szczupłym ciele bandaże. Jak przez mgłę pamiętał jakieś obrazy, chyba widział ją wcześniej czy ona się nim opiekowała pewnie tak skoro jeszcze żyje.

- Kim jesteście i skąd ja się tu wziąłem - powiedział gotując się do natychmiastowej ucieczki. W jego wymowie słychać było wyraźny obcy akcent.
Życie go nauczyło, aby nie ufać zbytnio dorosłym póki ich nie pozna lepiej.

Usłyszawszy wyjaśnienia kobiety spojrzał po nich dziwnie. Cały czas nie rozluźniał się.

- Trochę to za mało, chciałbym usłyszeć duszą wersję. No imię wam mogę podać jestem Szon . – chłopak cały czas wypatrywał możliwości ucieczki, wiedział, iż jest osłabiony jadem Żmija, ale nie mógł pozostać na łasce tych dziwnych ludzi.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975
Cedryk jest offline  
Stary 01-03-2008, 14:17   #8
 
Khemi's Avatar
 
Reputacja: 122 Khemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znany
Queen’s Park
Aleister Crowley


Aleister stał przez chwilę, rozglądając się. Pierwszym, instynktownym działaniem było zebranie fragmentów zwęglonych zwłok wampira. Musiał być stosunkowo młody… ~stosunkowo młody~ pomyślał mężczyzna. -…i tak powiesz mi kim byłeś… kolego – szepnął, niby do siebie, powoli się rozglądając. Przez chwilę zastanawiał się nad możliwościami… Chcąc, nie chcąc – z tym będzie potrzebował pomocy. Był już wystarczająco wyszkolony, by być niezależnym nawet od jakiejkolwiek Kabały, ale to wymagało pomocy kogoś z miasta. Mimo, że miał masę pomysłów, to przestudiowanie resztek wampira nie będzie możliwe tylko i wyłącznie przy użyciu własnych środków.
Nagle, nie wiedzieć czemu Aleister poczuł lekkie zawirowanie energii gdzieś za sobą. Wieloletnie doświadczenie wojskowe odbiło się nie tylko na jego życiu, lecz także na ciele. Jego ciało zareagowało samo. Instynktowny zwrot w tył z jednoczesnym uskokiem w bok pozwoliło mu się znaleźć między niewielkim pniem młodego drzewa a miejscem, z którego poczuł przepływ kwintesencji. Nieświadomie przesunął ręką w stronę serca a palce lekko wsunęły się pod połę płaszcza, muskając nieznacznie metalowy przedmiot. Crowley obserwował przez kilka sekund miejsce, z którego dochodziły do niego kolejne, niewielkie cząsteczki energii. Po chwili niczym z powietrza wysunęła się dłoń i poczęła rozsuwać delikatnie zasłonę rzeczywistości, niczym zasłony okna w mrocznym pokoju. Były wojskowy w sekundę ocenił tą dłoń. Silna, duża i zdrowa dłoń rozsupływała gobelin delikatnie, nić po nici, jakby nie chciała zadrapać choćby najmniejszej nitki. Po chwili kurtyna rozchyliła się delikatnie i z ciemnego pomieszczenia poza nią cicho, powoli wyszedł mężczyzna.
Mózg Aleistera szybko ocenił przybysza, mimo, że wzrok nie mógł dostrzec w ciemności wszelkich szczegółów. Mężczyzna, który właśnie pojawił się w parku był dobrze zbudowanym, wysokim mężczyzną. Mimo chłodu nocy miał na sobie rozpiętą skórzaną kurtkę, pod którą nosił nie wiele więcej poza dobrze dolegającą do ciała koszulką. ~Z pewnością byłby doskonałym dodatkiem do specjalnych sił wojskowych~ - pomyślał ukryty mag. W tej samej chwili stało się coś, co zaskoczyło Crowleya, mimo jego doświadczenia nie tylko wojskowego, mimo jego magicznego przygotowania także… Mężczyzna niczym w odpowiedzi na myśli Crowleya spojrzał dokładnie w stronę maga. ~Potrzebuję Twojej pomocy kolego~ - Aleister usłyszał w swej głowie myśl – nie mamy duzo czasu, proszę – usłyszał teraz donośny, tubalny głos przybysza.





Queen’s Park
Robert Dali
- Na pomoooc!!! – Krzyczał Robert coraz głośniej. Wydawało mu się , że dźwięk jego głosu rozchodzi się daleko a mimo wszystko nigdzie nie dociera. Jakby był na jakimś ogromnym pustkowiu.
Kilka minut, które zdawały się wiecznością dla młodzieńca, niemalże odebrało mu głos. Nie mógł dalej krzyczeć i chyba był bardziej przerażony, niż kiedykolwiek. Jak to możliwe, że wszystko zniknęło? Komórka, zwęglone ciało. Jak to możliwe, że nikt nie słyszy? Było późno w nocy – owszem, ale przecież wydzierał się tak, że zmarłego mógłby zbudzić. ~Zmarłego~ – ta myśl zamarła w jego umyśle, gdy klęcząc, wpatrywał się w ścieżkę, prowadzącą w kierunku miasta. Ścieżką powoli podążał mężczyzna w długiej sutannie z kapturem głęboko nasuniętym na twarz. Z rękawów sutanny wystawały tylko palce dłoni. ~Palce?~ - pomyślał Robert. Nie! ~O mój Boże~ - myśl zamarła w jego umyśle i znów powrócił do myśli o budzeniu zmarłych. To nie były palce – lecz kości palców, a sam przybysz wyglądał niczym „Śmierć” przedstawiana w historycznych rycinach.
Robert powoli przesunął się do leżącego policjanta i przykucnął za nim, chcąc się skryć przed przybyszem. Trwało to może minutę, może dwie. Robert nigdy nie czuł tak wolnego upływu czasu a sparaliżowany – nie wiedział, co ma zrobić. Zakapturzona postać przystanęła niedaleko niego, przykucnęła, potem znowu wstała. Rozglądała się wokół, ale jakimś dziwnym trafem – nie dostrzegła ani jego, ani leżącego policjanta. Po chwili z powietrza pojawiła się nowa postać. Postać? – Nie! To był jakiś potwór. Ogromny, na wpół mechaniczny, na wpół żywy – cielesny – pająk!. Wyglądało to jakby istota z filmów Science-Fiction, które kiedyś oglądał Robert. Pająk, powiększony do ogromnych rozmiarów z ogromną ilością przewodów – żyłek, łączących jego stawy. Pająk lśnił lekko metaliczną i lekko zielonkawą poświatą. Młodzieniec skulił się za ciałem policjanta, przerażony już nie na żarty. Co tworzył jego mózg? Co to za iluzje? Co się ze mną dzieje? Rozum Roberta podpowiadał mu miliony możliwych wyjaśnień… Możliwych? Nie! Żadne z wyjaśnień nie było możliwe! Robert spojrzał na ciało policjanta. Czy wzrok go aż tak bardzo zawodzi? Przyglądał się w czasie płynących minut ciału. Mężczyzna nie był ubrany w mundur – był niemalże nagi, gdyby nie opaska biodrowa rodem z Conana Barbarzyńcy, którym kiedyś zachwycał się, gdy był mały, a rodzice pozwalali mu do późna oglądać telewizję. Co dziwniejsze – był pewny, że mężczyzna krwawił – a teraz, rany po głębokich cięciach, jakie mogły pozostawić tylko pazury jakiejś bestii – były zasklepione stężałą krwią. Czy to możliwe, żeby tak się stało? Żadna rana nie goi się tak szybko. Robert spojrzał na twarz mężczyzny. Wyglądała jakby zastygła twarz posągu. Mimo tego na tejże twarzy widoczny był grymas jakiegoś niezwykłego wysiłku – mocno zaciśnięte powieki i szczęki. Młody podróżnik spojrzał znów przed siebie. Nie było już pająka. Mroczna postać „Śmierci” właśnie odchodziła w nieznanym mu kierunku.










De Grey Street 28
Szon Borowski i Deidre O’Neill


- Kim jesteście i skąd ja się tu wziąłem? – rzucił szybko i gniewnie młody Garou. Nagle poczuł, jak słabnie a kolana ma jak z waty. Nagły ból w okolicach krzyża dał mu znać, że jego ciało nie leczy się tak szybko, jakby tego oczekiwał. Zwalił się ciężko na kanapę, zaciskając mocno szczęki z bólu. Nie miał pojęcia gdzie jest a nie przywykł do tego, by ktoś mu pomagał w ten sposób.
- Wybacz, że się nie przedstawiłam. Nazywam się Deidre. Deidre O'Neill. Jestem lekarzem. A to mój brat Reilly. Zaufaj nam. Zrobimy wszystko abyś z tego wyszedł.
- Trochę to za mało, chciałbym usłyszeć duszą wersję. No imię wam mogę podać jestem Szon . – chłopak cały czas wypatrywał możliwości ucieczki, wiedział, iż jest osłabiony jadem Żmija, ale nie mógł pozostać na łasce tych dziwnych ludzi.
Szon za wszelką cenę chciałby się wybrać, jednakże wiedział, że w takim stanie nie zajdzie daleko. Wiedział, że musi szybko wrócić i sprawdzić, czy wszystko w początku u Dany. Szon zawsze taki był – najpierw troszczył się o innych, o bliskie mu osoby a dopiero w drugiej kolejności o siebie.
Deidre zamieniła kilka słów ze swym bratem i ponownie zwróciła się do Szona. Była zaniepokojona daremnymi próbami Szona, by wstać. Chłopak najwyraźniej jej nie ufał i chciał się zapewne szybko wydostać z jej domu. Cóż – nie mogła go za to winić. Nie pierwszy raz widziała taką właśnie reakcję. Garou nigdy od razu nie darzą nikogo zaufaniem. Prawdopodobnie znów czekały ją długie wyjaśnienia, by oswoić chłopaka z myślą o tym, gdzie jest i… kim ona jest.




 
__________________
Projektant wie, że osiągnął doskonałość nie wtedy, gdy nie ma już nic więcej do dodania, lecz wówczas, gdy nie ma już nic więcej do odjęcia...

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 25-03-2008 o 22:39.
Khemi jest offline  
Stary 01-03-2008, 18:43   #9
 
uzziah's Avatar
 
Reputacja: 14 uzziah nie jest za bardzo znanyuzziah nie jest za bardzo znany
Nastąpiła dłuższa pauza… Aleister trzymając rozłożoną kartkę papieru kontemplował, a w jego głowie kotłowały się myśli:
~ Kimże ty jesteś Spencer'ze Compton żeby mi cokolwiek kazać!~ Aleister nienawidził słowa „musisz" ~ Zaskakująco dużo o mnie wiesz… tylko jak… to znaczy w jaki sposób się dowiedziałeś… do tego dojedziemy później. Dobrze tajemniczy magu… pomogę Tobie, to cześć mojej natury ~ Aleister był, kim był… taka była jego karma. Stereotyp każe takim jak on kłócić się ze światopoglądem bractwa Akashic, ale Aleister był inny i dzielił z nimi kilka przekonań. Bo przecież tu nie chodzi o zabijanie, to tylko ostateczność… jeśli tylko jest szansa na pomoc trzeba jej udzielić. Tym razem Aleister zdawał się dostrzegać szansę!
Następnie Aleister postanowił oddalić się, tym razem wiedział dokładnie gdzie ma się udać. Balathie Close 3 ~ Miejscowi na pewno będą wiedzieć gdzie to jest. ~ W tym czasie Aleister był już w drodze do podanego adresu. ~ Sarah Addington… Sarah… ładne imię… obyś była warta mojej pomocy.~
 
__________________
Bohater jest człowiekiem, który kłóciłby się z Bogami i budził diabły w sporze o swą wizję...
uzziah jest offline  
Stary 02-03-2008, 18:06   #10
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9832 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Deidre obserwowała Szona uważnie. Chłopak gniewnie cedził słowa i omiótł ich nieprzyjemnym spojrzeniem. Oczy miał rozbiegane jakby cały czas wietrzył możliwość ucieczki. Przypominał jej rozjuszone zwierzę niespodziewanie zamknięte w klatce. Nie miała mu tego za złe. Byli dla niego obcymi. Miał prawo być podejrzliwy. Choć miała jak najlepsze intencje siłą go przecież do tego nie przekona.
- Posłuchaj Szon. Nie jesteśmy wrogami. - jej głos brzmiał łagodnie - Uspokój się i przestań się miotać. Chcesz wiedzieć coś więcej? Niewiele więcej mam do powiedzenia. Miałeś szczęście, że los postawił dziś na twojej drodze Reilly'ego. Mój brat jest Garou, jak ty. Zdaje mi się, że dziś uratował ci życie więc mógłbyś okazać mu odrobinę wdzięczności zamiast się wściekać. - westchnęła zrezygnowana. Przez moment chciała przysiąść na kanapie obok Szona ale zawahała się jakby nie chciała mocniej drażnić chłopaka i w końcu wybrała fotel.
- Co więcej chciałbyś usłyszeć? Co do mnie to nie jestem wilkołakiem. Tak naprawdę nie jestem nikim szczególnym. Jestem po prostu spokrewniona z moją rodziną i staram się dobrze wypełniać wobec niej moje powinności. A skoro mój brat cię tutaj przyniósł zrobię wszystko co w ludzkiej mocy żebyś szybko wrócił do zdrowia. Jak mogę cię przekonać, że mam czyste zamiary? Zresztą, jak tylko dojdziesz do siebie możesz stąd śmiało odejść. Nikt przecież nie będzie trzymał cię siłą. Ale osobiście proponowałabym abyś spędził tutaj noc. Rano poczujesz się lepiej i wtedy zrobisz co zechcesz.
W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Deidre wstała z fotela i skierowała się w stronę korytarza. Na moment przystanęła jeszcze, odwróciła się na pięcie i powiedziała:
- Aha, jeszcze jedno. Jeśli chcesz zawiadomić twoją watahę, że nic ci nie jest to oczywiście to załatwię. Powiedz tylko jak ich znajdę. Mogą się niepokoić twoim zniknięciem. Zastanów się nad tym i daj mi znać jeśli coś postanowisz. - wzruszyła ramionami i lekko ziewnęła. Była wyczerpana. Nie marzyła o niczym innym jak o odrobinie snu.
Dziewczyna zniknęła w ciemnym korytarzu aby zaraz wrócić z drugim mężczyzną o niedźwiedziej posturze. Od razu rzucało się w oczy, że dwaj bracia to bliźnięta.
- To Emmet, drugi z moich braci - dziewczyna spojrzała na Szona i pośpieszyła z wyjaśnieniami, jakby nie chciała jeszcze bardziej spłoszyć chłopca przybyciem kolejnej dla niego obcej osoby. - Pomoże usunąć truciznę z twojego organizmu.
Mężczyzna podszedł do Szona i zaczął oglądać jego rany. Deidre stała nad nimi przytrzymując świecę. W jej słabym blasku można było dostrzec, że twarz Emmeta była idealną kopią twarzy jego brata. Może z małym wyjątkiem. Emmet miał w spojrzeniu mądrość i spokój a Reilly wyglądał raczej na narwańca i choleryka.
- Witaj chłopcze – na jego twarzy zagościł oszczędny uśmiech - Masz sporo szczęścia. Moja pomoc jest zbędna. Nie ma potrzeby ingerować.
 
liliel jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:44.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168