Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-12-2008, 15:51   #101
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 6266 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację
Rodecki wycierał blat, przysłuchując się temu, co Mirek mówił o Zachodzkiej. Twierdził, że była miłą, opiekuńczą kobietą, która dbała o edukację Mirka. Była też „strasznie inteligenta”.

Albo mówili o dwóch różnych osobach, albo chłopak zauroczył się w swojej nauczycielce. Tak czy siak, trzeba było uzmysłowić Mirkowi kilka rzeczy na temat szanownej pani profesor. Biedactwo, mógł być manipulowany przez potwora i postrzegać owe monstrum jako przyjaciółkę. Trzeba było mu otworzyć oczy, nim będzie za późno…

Paweł zostawił ścierkę i zszedł do swego laboratorium, nie usprawiedliwiając się podopiecznemu ani jednym słowem. Po dłuższej chwili wyszedł z pomieszczenia z dziwnie obojętną miną, niosąc pod pachą jakieś zawiniątko. Położył je na stole i rozwinął.

Tkanina kryła w sobie mechanicznego pająka wielkości dłoni. Jego mechaniczne odnóża były cienkie, a główna cześć urządzenia owalna, przypominające w swoim kształcie miskę lub hełm. Rzecz była lekka, wykonana z aluminium i pomalowana farbą, która miała być czerwona. Niestety, roztrzepany Eteryta źle dobrał kolor, otrzymując kolor czystej miedzi. Z miejsca, gdzie powinien znajdować się otwór gębowy, wystawała mała igiełka. Dodatkowo wynalazek był wyposażony w małą antenę radiową i wyświetlacz, umieszczony na grzbiecie robaka.

- Czerwony krzyżak- wyszeptał cicho Rodecki dziwnie beznamiętnym tonem.

- Prace nad nim zacząłem trzy miesiące temu. Mierzy w czasie rzeczywistym tętno, ilość tlenu związanego z hemoglobiną, temperaturę, potliwość. Bada też impulsy przekazywane przez neurony. Przyczepiony na ręce, pozwala przewidzieć większość zagrożeń, które mogę wpłynąć na organizm ludzki. W wypadku, gdy ciało zaczyna chorować, wysyła ostrzeżenie do użytkownika i komunikuje się radiowo z najbliższą karetką, o ile jest wyposażona w specjalny odbiornik. Może przewidzieć wszystko –od zawału, po atak padaczki. Po przewidzenie niebezpieczeństwa, wyświetlacz świeci się na czerwono i sugeruje ofierze zająć bezpieczną pozycję, np.: usiąść. Jest też wyposażony w trzy sloty. Domyślnie znajduje się w nich adrenalina, środek uspokajające i surowica jadu żmiji. Zawiera też informacje dotyczące chorób danego człowieka i „dziennik pokładowy” z pomiarami z ostatniego tygodnia. Wystarczy podłączyć do jakiegokolwiek komputera, by informacje te zostały przekazane. Są też pokazane na wyświetlaczu. Całość kosztuje poniżej trzydziestu złotych, to głównie mechaniczne części. Elektronikę i substancje medyczne fundowałby NFZ. Fundowałby…- tu, beznamiętny dotąd głos Rodeckiego wyraził gorycz. Zamilkł na chwilę, po czym kontynuował.

- Dzięki CK moglibyśmy ocalić niezliczoną liczbę istnień. Monitowalibyśmy pijanych kierowców, pomagali starszym ludziom, osobom przewlekle chorym, samotnym. Moglibyśmy nawet pomagać ofiarom rozbojów. Każdy by mógł kupić Krzyżaka za niewielka cenę. Byłby ogólnie dostępny. Niestety, pewna szanowna pani profesor z Warszawy ukradła mi projekt i wyprzedziła w urzędzie patentowym. Teraz jest to zabawka dostępna dla nielicznych. W czasie, gdy durna Zachodzka opływa w sławę, biedne babcie martwią się o to, czy dożyją jutra. Dalej sądzisz, że to mądra i miła kobieta znająca się na ludziach?- spytał, patrząc na niego spode łba.

- Nie mam nic przeciwko tobie Mirku, ale musisz zweryfikować swoje poglądy na temat tego babska. Nie wątpię, że jest dla Ciebie miła. Możliwe nawet, że traktuje Cię jak własne dziecko. Nie daj jej się zwieść, to wilk w owczej skórze. Gotowa wykorzystać Cię do własnych celów, a następnie zostawić, gdy przestaniesz być jej potrzebny.

Przez cały ten czas Paweł patrzył na Mirka bardzo dziwnie. Podejrzliwie, nawet z pewną domieszką pogardy.

Sam nie wiedział, co o nim myśleć. Z jednej strony był dobrym chłopcem, ale jeśli ufa bezgranicznie Zachodzkiej, to mógł okazać się niebezpieczny. Co, jeśli przekaże jej kolejny wynalazek? Z drugiej strony, to tylko miły Mirek.

Rodecki potrząsnął głową. Nie mógł się kierować uczuciami. Tu chodziło o los tysięcy przewlekle chorych ludzi. Jego obowiązkiem było ich wspierać.

Nawet, jeśli to oznacza koniec drużyny marzeń…
 
Kaworu jest offline  
Stary 04-12-2008, 20:28   #102
 
Ratkin's Avatar
 
Reputacja: 862 Ratkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwuRatkin jest godny podziwu
Grzesiu czuł się trochę nieswojo w nowym stroju. Matka nauczyła go że trzeba być ubranym zawsze elegancko i schludnie. Ciężko było osiągnąć ten efekt będąc odzianym zasadniczo w ciemnogranatowe ogrodniczki. Efekt całościowy nieco ratowała obszerna kurtka, niemalże nowa torba przerzucona przez ramię, oraz bezsprzecznie fakt że uniform był świeżo wyprany. Na głowie Grzesiu miał firmową czapeczkę od ojca, z logiem ich zakładu i emblematami serwisowanych marek. Trochę bał się kurtki, ale rozsądnie nie wziął tej z logiem Creative, gdyż ta mogła by sugerować panom pokroju tych ostatnio spotkanych, że posiada przy sobie jakieś cenne fanty. Na jej miejsce zabierając niebieską, z dumnie brzmiącym OSRAM wyszytym na plecach. Podróż środkami komunikacji miejskiej zawsze był dla Grześka stresujący, dla tego też skorzystał z niego tylko w niezbędnym do tego zakresie. Resztę trasy pokonał, jak zwykle zresztą, pieszo. Żałował że nie miał ze sobą żadnej emetrójki, nawet w telefonie, gdyż bezsprzecznie skróciłoby mu to czas wędrówki...

Po dłuższym czasie udało mu się dotrzeć ponownie na ulicę, na której kilka godzin wcześniej został pobity przez bandę wyrostków. Specjalnie unikał dopuszczenia do świadomości faktu że poboli go wtedy SS-mani, gdyż owi łysi panowie mogliby się jeszcze dzięki temu poczuć jakoś nobilitowani. Pomijając fakt, że raczej bez użycia przy tym siekiery lub innego podobnego narzędzia nie mogli by dostać się do wnętrza głowy Grześka by się o tym dowiedzieć i tak poczuć, nie przekonywało go zbytnio.

Brama którą widział w trakcie swojego przymusowego seansu kina wojennego, nie różniła się w zasadzie wiele od jej wersji z lat czterdziestych. Prawdę mówiąc, wyglądała tak, jakby od tamtego okresu pomalowano ją co najwyżej raz. Pomijając oczywiście pojawiające się sporadycznie tu i ówdzie graffiti i inne objawy "sztuki ulicznej".



Grzegorz rozpoczął przygotowania do operacji "Dzięcioł". Najpierw kilkakrotnie obszedł okolicę bramy, bacznie przyglądając się szczegółom. A to porównał treść pustej kartki z listą na domofonach przy jednych drzwiach, a to zanotował na niej oznakowanie skrzynki rozdzielczej w głębi ulicy. Po kilku minutach takiej szopki podszedł wreszcie do miejsca, w którym jak był pewien, mężczyzna schował przed kilkudziesięcioma laty tajemniczy pakunek. Bezceremonialnie już teraz, wyjął z torby narzędzia. Szybko zabrał się do pracy, dzierżąc w swych dłoniach dłuto i młotek. Kilka kolejnych chwil później, zadowolony z siebie, z tajemniczym zawiniątkiem, oraz znalezioną obok w skryte zasuszoną larwą jakiegoś motyla w torbie, czmychał już w kierunku swojego domu...

***

Kiedy wrócił do mieszkania, do jego uszu dobiegł chóralny chichot, dobiegający z pokoju siostry. Na oko, a raczej na ucho, dało się ocenić że siostra spędziła sobie tak ze trzy lub cztery koleżanki. W ciszy, przed przekroczeniem progu, Grzesiu pomodlił się do Mamusi -swojej, dla niego to była instancja najwyższa zaraz po Bogu-o wstawiennictwo, żeby to nie były koleżanki z tej jej "wirtualnej" bandy...

Jakimś cudem udało mu się przemknąć do swojego pokoju, pozostając niezauważonym. Kochał swoją siostrę, ale w towarzystwie jej koleżanek, jak każda nastolatka stawała się nieznośna do granic wytrzymałości. Skromny gabinecik Grzegorza wypełniały regały zajęte książkami i rozbebeszonymi, walającymi się wszędzie częściami komputerów i innych urządzeń elektronicznych. To było jego sanktuarium! Pracownia alchemika, której nie imały się żadne prawa fizyki, a te biologii i chemii wchodziły tylko za jego pozwoleniem, żeby mogły w ciszy przyglądać się pracy Mistrza! Mówiąc w skrócie, było to miejsce którego Grzesiu w przeciwieństwie do reszty domu niemal nigdy nie sprzątał. Tylko wrodzona kultura bycia nie spowodowała że miejsce to stało się zagrożeniem biochemicznym dla najbliższej okolicy...

Grzesiu odłożył na półkę czytane niedawno książki.

Neil Gaiman - Nigdziebądź..
.
Hmm...

Waldemar Łysiak - Flet z Mandragory...

Hmmmmmmmmmmm...

Baudelaire Charles - Kwiaty Zła

... może jednak w tym bredzeniu siostry o negatywnej, mrocznej energii zbierającej się w jego podświadomości było ziarno prawdy...

Terry Pratchett - Carpe Jugulum... eeee nieeeeee, głupie gadanie...

Książki wylądowały grzecznie na stosownej półce. Wyraz matki Grzesia, spoglądającej na pokój z zdjęcia stojącego obok, przybrał jakby bardziej srogiego wyrazu... Elektroniczne szpargały i narzędzia zamaszystym ruchem zostały zepchnięte pod ścianę za biurkiem, co część z nich wysłało na podłogę. Grzesiek położył na blacie pozyskany tego popołudnia pakunek.

Chwilę później, siedział już przed nim, przebrany w bardziej stosowny z jego punktu widzenia strój. Krótkie oględziny znaleziska pozwoliły na zauważenie że list nie był podpisany, brakowało na nim też znaczka. Odbiorcą miał być...

Laurentius Karl Baade, Heinrich Hoffmann Anstalt für Irre und Epileptische, Leubus.

Wyszperanym gdzieś ostrzem od skalpela, Grzesiek rozpieczętował wreszcie kopertę...

No tak, po niemiecku...Mamo! Za co?!- Grzesiek nienawidził tego języka. Nauczenie się jego postaw wymuszono na nim w podstawówce. Teraz, czekało go najwyraźniej odświeżenie dawno niewykorzystywanych umiejętności...

Po kilku kolejnych chwilach krzątania się, przygotował sobie stanowisko bojowe. Laptop już rozpaczliwie starał się nawiązać połączenie z routerem w pokoju siostry. Łącze, jak szybkie by nie było, zapewne będzie obciążone przez siostrę i jej koleżanki... Słownik z gramatyką języka niemieckiego leżały obok. Podobnie butelka Pepsi i firmowy kubek. Na spodku na którym stał leżały też obowiązkowe witaminki Grzesia.

Grzesiu zażył je, popił odrdzewiaczem i nim wziął się do pracy postanowił wprawić się w stosowny nastrój. YouTube, szybkie poszukiwania i oto na ekranie laptopa ukazał się fragment jego ulubionego serialu...

[media]http://www.youtube.com/watch?v=V8LIgd4IT04[/media]No to walimy - rzekł Grzesiu, zamykając okienko i skupiając się na liście.

...

7.6 sekundy później zaczął rytmicznie uderzać czołem w blat stołu i jęczeć. Jedyne co udało mu się zauważyć to że zawartość była pisana innym niż podpis na kopercie stylem pisma. Tylko nie niemiecki, litości... Jako że udanie się po prośbie do wszechstronnie uzdolnionej siostry nie było teraz możliwe i za razem było poniżej godności Grześka, sprawa wymagała brutalniejszego podejścia. Grzesiek łyknął kolejną dawkę multiwitamin i skupił się jeszcze bardziej na czytanym z olbrzymim trudem tekście...

Leubus, 1 czerwca 1941

Drogi mój przyjacielu,
List Twój ostatni, wysłany w marcu, dotarł do mnie ledwie parę dni temu i poruszył mię do głębi. Zdanie moje odnośnie takich działań, jakie miały miejsce w Gomadingen i Alkoven dobrze znasz. Otrzymałem już listy, straszne listy i chcę, byś ty, który byłeś mi mistrzem w naszej trudnej sztuce i jesteś mi oddanym przyjacielem, wiedział, że nie zezwolę na takie działania w moim szpitalu. Wysłałem już protest, czekam na odpowiedź, choć nie ukrywam, że w ostatnich dniach ogarnęły mnie złe przeczucia i dusi mnie niepokój. W miejscowej jednostce mam dobre imię, żona komendanta przebywała krótki czas u nas i liczę na jego pomoc.

Martwi mnie też Twoja sytuacja, drogi przyjacielu. Proszę Cię, błagam na kolanach: przyjeżdżajcie z Odette do nas. Znajdzie się dla was miejsce, a będzie tu znacznie bezpieczniej niż we Wrocławiu.

Chciałbym mieć Cię przy sobie z jeszcze jednego względu. Choć od lat mi powtarzasz, że nauczyłeś mnie wszystkiego, co sam potrafisz, potrzebuję Twej porady i trzeźwego osądu w jednym przypadku. Jeden z moich pacjentów, pamiętasz jego sprawę, gdyż obydwaj byliśmy konsultantami na jego procesie. Twierdziłeś wówczas, że żadne leczenie nie jest możliwe, a wręcz jest niewskazane, i wiele krwi między nami zepsuł ten proces.
Dziś, po latach, muszę przyznać Ci rację.
Pacjent budzi strach wśród innych, a nawet personelu. Jedna z moich najzdolniejszych pielęgniarek, młoda dziewczyna, odeszła. W dość histerycznej rozmowie jako wyjaśnienie podała mi, że pacjent ów regularnie nawiedza ją we śnie i katuje wymyślnymi torturami. Moi pacjenci traktują go jako kogoś w rodzaju mistrza, który jednym dotknięciem, cudownie, odpędzi od nich męczące ich wizje, co jest oczywistą bzdurą, bo taką siłę ma tylko medycyna.
Sam pacjent jest spokojny i bez sprzeciwu poddaje się zabiegom, choć często prosi o leki nasenne, za wyjaśnienie podając problemy z zaśnięciem. Nie był przyczyną żadnych awantur, zajmuje się książkami, które prosił, aby mu sprowadzić, jak nie śpi, to pisze. Załączam na osobnej kartce kopię jednego z jego rysunków.
Jego zachowanie nie odstaje od normy, nie przejawia objawów poprzednich skłonności, i gdyby nie nakaz sądowy, byłbym gotów go zwolnić, gdyż postrzegam go jako człowieka zdrowego. Niemniej niepokoi mnie atmosfera, jaka - paradoksalnie bez jego czynnego udziału - go otacza w mojej placówce.
Liczę na Twoją szybką odpowiedź i nalegam raz jeszcze, ażebyś razem z żoną schronił się u nas.

Twój
Laurentiu
s


Na odwrocie charakterem pisma, którym opisano kopertę, wyraźnie w pośpiechu nabazgrane było jeszcze:

Natychmiast odizoluj od innych pacjentów i trzymaj pod kluczem. Wstrzymaj podawanie leków nasennych. ZABIERZ MU KSIĄŻKI I WSZYSTKIE NOTATKI. Jadę do ciebie. Aron

Pepsi okazała się niewystarczająca. Nawet dwie kawy nie pomogły. Grzesiek skończył tłumaczenie dopiero w środku nocy. Siostra wjechała do brata taranując drzwi swoim wózkiem około 21szej, kiedy poszły jej koleżanki, ale widząc brak kontaktu z bratem, spasowała. Prawdopodobnie zeskanowała jego umysł i wyczuła że pracuje na najwyższych obrotach, wprowadzony na nie za pomocą zabójczej mieszanki kofeiny i magiji, tak więc dla jego dobra nie przeszkadzała mu więcej. Ojcu, który wrócił do domu późnym wieczorem również nie udało się nawiązać z pracującym jak w transie synem żadnego kontaktu. Kiedy Grzesiek wreszcie przetarł oczy i spojrzał na zegarek, dochodziła godzina trzecia. Przeczytał swoje tytaniczne dzieło. Całość pracy podsumował ziewnięciem i udał się pod prysznic.

Ojciec spał jak zwykle przed telewizorem, ale przez szparę w drzwiach pokoju siostry przebijała się delikatna poświata bijąca z ekranu jej komputera. Rytmiczne odgłosy uderzania w klawiaturę zdradzały że jak zwykle nie położyła się i oddawała się sobie tylko zrozumiałemu życiu Virtualnego Adepta. Grzesiek miał chwilę żeby pomyśleć nad treścią listu, relaksując się pod prysznicem. Zastukał delikatnie.

-Wejdź. Ale mogę ci poświęcić tylko część swojej uwagi. -powiedziała, uśmiechając się do ekranu przed jej twarzą. Jednego z dwoch monitorów stojących przed nią. Lewą ręką obsługiwała klawiaturę, prawą zaś myszkę. Problem polagał na tym że obie były podłączone do różnych komputerów.

-Tylko część? - Grzesiek rozsiadł się na jej łużku. Nawet nie starał się zrozumieć co dzieje się na monitorach.

-Uczyłam cię jak dzielić percepcję i umysł. Oczywiście, nie pomyślałeś o tym żeby to zrobić zanim naszprycujesz się kofeiną i lekami? Kwadrans do ciebie perorowałam bezowocnie cholera! To teraz się nie czepiaj, nie mam czasu, więc mów oco chodzi.

-Laurentius Karl Baade.

-Szfab jakiś. No i? -Halinka tylko wzruszyła ramionami.

-Byłabyś tak miła i znalazła mi co się da o tym typie na sieci?
Dla ciebie to pikuś, Haluś?
- pierwsze podejście.

-Najpierw mi powiesz oco chodzi. Dawno nie widziałam ciebie tak zaaferowanego. Niestety, znowu nie chodzi o żadną laskę... wręcz przeciwnie. Braciszku, czy ty czasem nie jesteś coś ten tego ą ę przez bibułkę? -na twarz siostry zagościł szyderczy uśmieszek.

-Niema w domu zapasowych korków, wiesz. Ojciec ma wolne więc do południa nie wstaje, a je pewnie zaspię do roboty... -drugie, tym razem brutalniejsze. Grzesiu jechał po bandzie.

-No i? - Halinka w lot zrozumiała chamską zagrywkę braciszka.

-Skrzynka jest wysko wiesz?

-Jak możesz, co na to by powiedziała Mamusia co?!

-Naszą świętej pamięci Mamusią się nie zasłaniaj. Kocham Cię siostrzyczko, będę wdzęczny jak pomożesz mi jaknajszybciej, bo za pare dni wyjężdzam... - Grzesiek wstał, poklepał siostrę po ramieniu i wyszedł.

-Pewnie w góry z chłopakiem - odburknęła Halinka...

***

Budzik wyrwał Grześka ze snu o godzinie 6.30. Do pracy nie miał daleko. Zjadł szybki baueressen -nienawidził tej nazwy, zwłaszcza po wczorajszym wieczorze-i popił go kawą. Łyknął też obowiązkowe tabletki. Pamiętając radę siostry, podzielił swój umysł za pomocą technik przez nią nauczonych. Dodatkowy "Grzesiu" momentalnie powiedział Dobranoc, prosze mnie obudzić w stosownym czasie i poszedł spać. Taki mały trik ułatwiający Przebudzonym utrzymać pracę przy burzliwym trybie życia...

Na lodówce miał przypięty wydruk od siostry. Odręczny dopisek brzmiał "Kup toner". Grześka interesowała jednak część zasadnicza...

Laurentius Karl Baade - (1895-1941) - urodzony w Kamenz (Kamieniec Ząbkowicki), studiował w Heidelbergu i Halle. Doktor psychiatrii, tłumacz z greki i łaciny. W latach 1935-1941 dyrektor szpitala psychiatrycznego im. Heinricha Hoffmanna w Lubiążu. Od dzieciństwa ciężko chorował (prawdopodobnie wrodzona niewydolność nerek), pomimo tego ukończył studia i rzucił się w wir pracy zawodowej. On i jego przyjaciel, Aron Lenckner (wrocławski psychiatra pochodzenia żydowskiego) odeszli w prowadzonych przez siebie placówkach od części praktyk stosowanych w leczeniu psychiatrycznym. Poza pracą zawodową tłumacz dzieł klasyków. Człowiek światły i wykształcony, obdarzony niezwykłym umysłem i niepospolitą siłą woli, która pozwoliła mu z dobrymi wynikami prowadzić szpital, pomimo własnej ciężkiej choroby. Zginął 29 czerwca 1941, zastrzelony podczas przeprowadzania akcji T4 w prowadzonym przez siebie szpitalu, podczas obrony pacjentów. Personel placówki został rozstrzelany w niewyjaśnionych okolicznościach. Ocalała 1 pielęgniarka, której udało się zbiec z dwójką dzieci.

Grzesiu dopił kawkę czytając informacje które zdobyła dla niego siostra.
Praca nie zajmie mu dziś całego czasu który w niej spędzi, będzie więc mógł trochę pomyśleć na temat całe tej historii. Wieczorem za to, czekał go najprawdopodobniej arcyciekawy seans kina dokumentalnego...
 
Ratkin jest offline  
Stary 05-12-2008, 21:01   #103
 
MigdaelETher's Avatar
 
Reputacja: 802 MigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwu
Jolka otworzyła oczy, słońce niemiłosiernie wdzierało się przez niedbale zaciągnięte zasłony, drażniąc jej wrażliwe oczy. Głowa bolała. Dziewczyna miała wrażenie, jakby stado obutych w ciężkie glany krasnoludków urządziło sobie na niej ćwiczenia przed castinkiem kolejnej edycji "You can dance" albo "Mam talent". Skoro startować w nim mogą ludzie węże, ninja z Bełchatowa czy mistrz dmuchania w zioło z Podhala, to czemu nie miałby wziąć udziału balet liliputów-skinheadów. Przemyślenia na temat układu choreograficznego, jaki mogliby zaprezentować owi nieduzi tancerze, przerwało nagłe kopnięcie w goleń. Jola skupiła się maksymalnie i postarała zogniskować wzrok na najbliższym otoczeniu. Leżała w łóżku, między barczystym, długowłosym brunetem, który właśnie wierzgnął nogą przez sen i spaloną na brązowo, przez zdezelowane lampy, blond niunią. Dobra...zaraz sobie przypomnę co ja tu właściwie i z kim robię. Jednak próby logicznego myślenia, skutecznie utrudniała przykra suchość w ustach i nieprzyjemny ucisk w pęcherzu. Dobra, jedno było pewne, Jolka miała kaca giganta.

Wygramoliła się z wyra, co umożliwiło jej stwierdzenie, że jest goła, ba jej towarzysze spali smacznie, również jaki ich pan Bóg stworzył. Czerwony ślad po ugryzieniu na lewej piersi podpowiedział J.J. co robiła przez ostatnie kilka godzin. Jak przez mgłę przypomniała sobie scysję Kamila z Arlettą. Jezu co za rozwydrzona gówniara, Jola szczerze jej nie lubiła, ona w jej wieku... no właśnie ona w jej wieku była zupełnie inna. Wciągając na siebie majtki, dziewczyna przypominała sobie kolejne wydarzenia wczorajszej nocy. Z niesmakiem spojrzała na wytatuowane plecy bruneta. Im więcej gadają i się przechwalają tym mniejszego mają... Z tego to żadnej inspiracji nie będzie, za to z niej... Na samo wspomnienie wilgotnego i ruchliwego języka dziewczyny Jolę przeszedł przyjemny dreszcz.

Drzwi w jej umyśle otworzył się szeroko i pozwoliły płynąc natchnieniu. Kultystka zobaczyła oczyma wyobraźni wielkiego, różowego jelenia.




Miał wypomadowany błyszczykiem pysk, a na wysmarowanym brązową farbą łbie z dumą nosił blond perukę. Jego plastikowy korpus ubrany był w przyciasną lateksową sukienkę mini, a zamiast przednich racic miał ludzkie dłonie zakończone gigantycznymi tipsami. Jednak kluczem całej instalacji był jego zad, na którym widniała wielka czerwona naklejka.




Tak to jest to! Nazwę to dzieło " Super Star "!
Kiedy w końcu znalazła biustonosz, który ktoś w przypływie ułańskiej fantazji rzucił na lampę, usłyszała pukanie do drzwi. Biedna Katarzyna, stanęła jak wryta i spiekła raka, kiedy otworzyła jej półnaga, potargana Jolka.

- K..k..k.. - nie mogła wydukać ani słowa.

- No wyduś wreszcie co chcesz powiedzieć i nie zachowuj się jak cnotka-dewotka. Co to cycków nie widziałaś?! - spiorunowała ją wzrokiem wyraźnie zirytowana Jola.

- Kamil cię prosi, czeka na ciebie... - dziewczyna nie zdążyła dokończyć, ponieważ drzwi zamknęły się jej tuż przed nosem.

Ostatnie co usłyszała to:

- Powiedz mu, że zaraz będę.

Kiedy Jola weszła do pokoju, Kamil już na nią czekał, ale nie sam tylko...ehhh... Kto to właściwie był? Jola bezceremonialnie rozsiadłą się w fotelu na przeciwko Kultysty.

- Mój drogi czy mógł byś, poprosić kogoś, żeby przyniósł mi dobrej herbaty. Wybacz ale nie mogę zacząć dnia bez szklanki mocnej Senshy albo aromatycznego Earl Greya - uśmiechnęła się zalotnie, tak naprawdę nigdy nie przyznałaby się przed tym mężczyzną, że ją najzwyczajniej w świecie suszy.

Ten dzień musi przynieść coś niedobrego, przebiegło przez umysł Joli, kiedy zdenerwowana grzebała w torebce w poszukiwaniu papierosów. Kamil odchrząknął i chciał podjąć przerwany wątek, kiedy spojrzenie Joli spoczęło na młodzieńcu siedzącym tuż obok.

- A ty właściwie kim jesteś, co prawda wydaje mi się, że wczoraj mieliśmy okazję się poznać ale... wybacz wyleciało mi z głowy? - pytanie zawisło w powietrzu.
 
__________________
Zagrypiona...dogorywająca:(

Ostatnio edytowane przez MigdaelETher : 11-12-2008 o 20:40.
MigdaelETher jest offline  
Stary 06-12-2008, 23:39   #104
 
Vincent's Avatar
 
Reputacja: 50 Vincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodze
- Mój drogi czy mógł byś, poprosić kogoś, żeby przyniósł mi dobrej herbaty. Wybacz ale nie mogę zacząć dnia bez szklanki mocnej Senshy albo aromatycznego Earl Greya. – powiedziała Jola, kokieteryjnie się uśmiechając do Kamila, po wejściu do pomieszczenia. Krzysiek znów przypomniał sobie jej nieobecne oczy i twarz pokrytą krwią, którą widział w swoim śnie. Kamil przez chwilę chciał na nowo podjąć wątek, o którym rozmawiał z Chrisem, ale w końcu postanowił spełnić życzenie dziewczyny i zniknął za drzwiami.

- A ty właściwie kim jesteś, co prawda wydaje mi się, że wczoraj mieliśmy okazję się poznać ale... wybacz wyleciało mi z głowy?

- Ja-a... – zaczął trochę niepewnie Chris. „Co jest z nią? W ogóle mnie nie kojarzy?” – przebiegło mu przez myśl, ale po chwili odzyskał pewność siebie. Odrzucił włosy z czoła zdecydowanym ruchem głowy.

– Jestem barmanem – powiedział i zaczął żonglować butelką, z której przed chwilą polewał wódkę.

- Na tym dancingu – dokończył, lecz w momencie gdy to powiedział, upuścił butelkę. Spojrzał na śliczny biały dywan, który zniszczył jego popis a potem uśmiechnął się do Jolki.

- Tak... – podsumował wydarzenie zamiatając nogą szkło, żeby leżało dalej od niego, po czym oznajmił trochę bardziej na serio:

- Spotkaliśmy się już kilka razy wcześniej, w Kalamburze... – „Jak to możliwe, że mnie nie pamięta? Zapomniała mnie mimo, że tyle razy ze sobą gadaliśmy?”
 

Ostatnio edytowane przez Vincent : 07-12-2008 o 03:03.
Vincent jest offline  
Stary 06-12-2008, 23:48   #105
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 7277 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Krzysztof Bursztyński i Jolanta Jawornicka

Zamek na wodzie w Wojnowicach, niedzielny poranek

Drzwi uchyliły się i Kamil tyłem wkroczył do pokoju. Na plastykowej tacy w kształcie jabłka niósł nie tylko dzbanek z parującą herbatą, ale również ciastka i kefir. A także wielką, secesyjną popielniczkę. Przymknął drzwi łokciem i postawił tacę na stoliku przed Jolą.
- Proszę, częstujcie się.
Usiadł w fotelu naprzeciwko Joli, czubkami złożonych w słupek dłoni dotknął ust. Musnął palcem długą szramę po paznokciu Arletty i milczał.

Krzysiek był skonfudowany. Zawsze postrzegał swego mentora jako skałę pośrodku wzburzonego morza, niezawodnego przewodnika. Cokolwiek by się nie wydarzyło, Kamil zawsze wiedział co zrobić i co powiedzieć, reagował spokojnie, ale błyskawicznie. Nic nie było w stanie podkopać jego wiary w siebie. Nigdy się nie wahał. A teraz wyraźnie starszym magiem targał niepokój. Uwadze Krzyśka nie umknął fakt, że Kamil nie patrzył w miejsce, na którym w sposób naturalny ogniskowały się spojrzenia mężczyzn, gdy Jola pojawiała się w zasięgu wzroku - na głębokim dekolcie kobiety. Kamil unikał wzroku Joli, co też było dziwne. I milczał.

Kłąb dymu wyprysnął z ust Joli, zakrywając całkowicie jej twarz. Milczenie coraz bardziej jej ciążyło, i wyraźny niepokój Kamila zaczął się jej udzielać. To nie mogła być kwestia Arletty, bo Kamil potrafił w razie potrzeby spacyfikować swą niesforną pociechę i skrócić jej smycz.
Kamil patrzył w okno, za którym z mozołem wschodziło słońce.
Któż może poznać myśli przywódcy? Kogoś, kto prowadzi innych, kto rezygnuje z siebie na rzecz grupy, kto nie ma na kim się oprzeć?
Jola wsypała sobie hojne, czubate łyżeczki cukru do filiżanki. Pokrywka cukiernicy brzęknęła w ciszy nienaturalnie głośno. Kamil drgnął i na chwilę spojrzał w jej oczy, zanim ponownie uciekł wzrokiem. Ale chwila trwała dość długo, by Jolka zdążyła zobaczyć i nazwać to jedno uczucie.

Strach.

Strach o innych.
Bo ci, którzy stają na czele, czy to z woli Boga, jak kiedyś sądzono, czy demokratycznym trafem, czy dzięki własnemu samozaparciu, zawsze biorą odpowiedzialność za losy tych, którym przewodzą.

Strach przed innymi.
Czy zrozumieją? Czy ich zaufanie nagle się nie wyczerpie? Czy dalej pójdą za każdym słowem, czy też odejdą po niepopularnej decyzji? Czy własna tradycja nie odwróci się nagle plecami?

Strach o siebie.
Tak, znał i strach o siebie. Jola obserwowała od dawna poczynania przywódcy, i choć nie rozumiała celu większości z nich, przez skórę czuła, na jak cienkiej linie tańczy Kamil.


Mag nalał sobie wina i wypił duszkiem. On, który zawsze medytował nad każdym kieliszkiem, obracał go w dłoniach, grzejąc ciepłem własnego ciała, doszukując się kolejnych woni i smaków. A teraz po prostu rąbnął kielicha na odwagę.
- Nie będę ukrywał, że jest źle. Jest nawet bardzo źle. Proszę, abyście zachowali wszystko, co teraz powiem, dla siebie, niezależnie od decyzji, jakie podejmiecie. Przy oczyszczaniu pałacu Hatzfeldów po wojnie popełniono wiele błędów. Jednym z nich jest sfera wokół pałacu... sami zresztą wiecie. Pogorzelisko magii. Nic tam nie może się udać. Ta sfera zaczęła się rozrastać. Powstrzymałem to razem z Michałem Kosteckim, ale nie wiemy, na jak długo. Ucierpiał nasz Węzeł w Kalamburze. Sądzę, że to tylko przyspieszyło wydarzenia, bo Węzeł wygasał od dawna i nic nie mogliśmy z tym zrobić. A teraz... sądzę, że to już kwestia tygodni, jeśli nie dni. Zostaniemy bez Węzła we Wrocławiu.
Kamil odkaszlnął, przez moment badał wzrokiem twarze młodych magów i ciągnął dalej:
- Jak z nieba spadło nam odkrycie nowego Węzła przez Wirtualnych Adeptów. Stefan Oderfeld na szczęście postanowił, na fali swoich pomysłów zjednoczenia i współpracy międzytradycjnej, nie zachowywać tego odkrycia dla siebie, ale utworzyć na Węźle fundację z młodych magów różnych tradycji. Chcę, abyście to wy reprezentowali Kult w tym przedsięwzięciu. Otrzymałem jedno miejsce, natomiast ostatecznie byłaby was dwójka. Przywódcy innych tradycji nie mogli się oprzeć urokowi Joli...

Chyba twojemu. Jola zapaliła kolejnego papierosa, kac zniknął jak sen jaki złoty i umysł kultystki podjął wreszcie pracę na normalnych obrotach. Kilka pozornie irracjonalnych zachowań Kamila z ostatnich tygodni zaczęło nabierać sensu. Jola nie miała jeszcze wizji całości, ale już pomału zaczynała się domyślać.
Chris wsunął dłoń do kieszeni. Już podjął decyzję, ale wieść o wygasaniu Węzła huknęła w niego jak grom. Był zżyty z lekko zapyziałym, ale zawsze gościnnym Kalamburem. I teraz co? Koniec? To przecież nie tylko Węzeł. To miejsce. Nasze miejsce we Wrocławiu. Tymczasem oglądał nogi Joli, obute w wysokie szpilki.
Nie te. Nie ten obcas. Ale pewnie ma takich całą szafę.

- Zatem wy obydwoje zajęlibyście miejsce w nowej fundacji, która początkowo byłaby międzytradycyjna, natomiast docelowo nasza, ponieważ wasi towarzysze szybko się wykruszą. Jednym z nich będzie niejaki Stanisław Rocki, podopieczny mojego przyjaciela Grzegorza. Poznałem go już, jest tak solidny, jak solidne potrafią być tylko Werbeny. Z jego strony nie musicie się obawiać żadnych problemów...

Ponieważ po prostu sobie odejdzie na Ślężę, bo ma w dupie Wrocław z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jola już miała wizję całości. Bawiło ją szalenie, jak Kamil krąży wokół tematu, ale nie zamierzała pozwolić na zbycie się półsłówkami. Nikomu. Nawet jemu.

- Dobrze, Kamil, ale skąd pewność, że oni się wykruszą? Znaczy, mówisz tak, ale...
Jola parsknęła i weszła Chrisowi w słowo:
- No proszę cię. Pewność stąd, że nasz uroczy przywódca wybrał nie tylko nas do tej fundacji. Wybrał też innych, może i wszystkich. Urządził proszone obiadki, pogawędził z przywódcami, posłużył radą. Wybraliby jako reprezentanta
gościa spod budki z piwem, gdyby we właściwym momencie Kamil wskazał go dystyngowanym gestem.


Jola zawinęła dłonią w parodii rzeczonego gestu. Dym z papierosa utworzył dryfujący w powietrzu okrąg, w centrum którego dla Joli znalazła się twarz Kamila. Kultysta nawet nie wyglądał na zaskoczonego. W jego oczach wreszcie zobaczyła to, co chciała widzieć. Zachwyt. Porażający zachwyt jej osobą.
A potem po prostu się uśmiechnął, dzięki czemu Jola upewniła się ostatecznie, że trafiła w sam środek tarczy.
- No, Kamil? Czego brakuje naszym ewentualnym towarzyszom fundacyjnych zmagań? Werbena szybko się znudzi, plunie na Wrocław gęstą śliną i odejdzie. Dla nich wszystkie Węzły Wrocławia nic nie znaczą. Dla nich zawsze liczyła się tylko Ślęża. A pozostali?
- Werbena faktycznie odejdzie. Z Eterytów mamy geniusza o osobowości dziecka, który ma tak nikły kontakt z rzeczywistością, że żyje prawie całkowicie we własnym świecie. Zapomina o wszystkim. I nie wierzy, że jest magiem. Stadnicki wybrał chłopaka, który ledwie radzi sobie ze sobą, zdruzgotany po śmierci matki. Jako człowiek - otwarta rana, we której można grzebać do woli. Jako mag - zupełnie do niczego. Z Porządku Hermesa będzie kobieta, prawniczka, o naturze tak konfliktowej, że nie starcza jej czasu na nic poza tym.
Niestety, do całej sprawy wmieszała się wysoko postawiona Eterytka z Warszawy, Małgorzata Zacharska, i wepchnęła do projektu swojego ucznia. To młody chłopak, i jak znam Zacharską, zapewne całkowicie od niej uzależniony. Cóż. Nie można przewidzieć wszystkiego. Profesor Zacharską się nie przejmujcie. To nie jest gracz na wasze siły. Sądzę, że niebawem będziemy mieli przyjemność goszczenia jej we Wrocławiu, a wtedy zamienię z nią kilka słów. Zawsze lubiłem Małgorzatę. Jest tak odświeżająco... warszawska.
Tymczasem - jakie jest wasze zdanie? Wybrałem was, bo w moim mniemaniu poradzicie sobie i będziecie w stanie doprowadzić całe przedsięwzięcie do momentu, w którym grupa się rozsypie i będziemy mogli przejąć Węzeł.
 
Asenat jest offline  
Stary 07-12-2008, 02:33   #106
 
Vincent's Avatar
 
Reputacja: 50 Vincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodze
Chris siedział w milczeniu i słuchał. Słyszał go i widział, ale nie bardzo wierzył, że to on. Że to Kamil, jego majestatyczny i imponujący mentor opracował taki chamski plan i prosi go o skłócenie członków innych tradycji.
Chris nie był zły na Kamila, to nie to. Był zawiedziony. Jego autorytet… upadł.

- To jest trochę, kurwa, nie w twoim stylu… wciągać nas w coś takiego. – powiedział dość spokojnym głosem, lecz jasne było, że spokojny raczej nie jest. Powstrzymał ręce od jakiejkolwiek gestykulacji, widać było, że trochę na siłę. Wyglądał na spiętego.

– Poza tym, nigdy mnie specjalnie nie obchodziły sprawy organizacyjne. Czemu niby ja miałbym się tego podjąć? – gdy zapytał, wizja Joli, leżącej w kałuży krwi ze złamanym obcasem, znów powróciła. Wzdrygnął się lekko na siedzeniu. Gdyby nie ten zakrwawiony liść, który ma w kieszeni, skłonny byłby uwierzyć, że to tylko sen. Że to wcale się nie stanie. „Bo cię tam nie było. Bo cię to nie obchodziło” – zadudniło mu w głowie. Spuścił wzrok i wbił go w odłamek szkła który wkomponował się w dywan. „To się stanie, jeśli nic nie zrobię. Jeśli odejdę, właśnie to się stanie, ośle. Przez twoje matactwo. Gdybyś nie namieszał, nie miałbym tej wizji, bo całej sprawy w ogóle by nie było, wy, gołąbki, bylibyście „happy ever after”, a ja bym się dobrze z wami bawił w Kalamburze. Tak, jak do tej pory.” – pomyślał Chris, ale zaraz się zreflektował. „No, nie w Kalamburze, ale gdzieś indziej”. Podniósł wzrok na swojego mentora. Chrisowi nie podobało się, czego Kamil od niego chce. Gdyby nie Jolka, odmówiłby. Nie dlatego, że mieszanie się w tę sprawę jest jakoś daleko sprzeczne z jego naturą… Ale po prostu, jeśli byłaby taka możliwość, to by się z tego wywinął. Nie musiałby knuć żadnych intryg, mógłby grać koncerty i dobrze się bawić, tak, jak do tej pory, a ktoś inny zająłby się węzłem.

I wszystko byłoby dobrze, jednak jeśli odmówi, ta pogodna, inteligentna i bezpośrednia dziewczyna, po prostu zniknie. I to będzie wina jego lenistwa. „A może to będzie wina Kamila? Przecież to on to uknuł. Gdyby tego nie zrobił, to pewnie wszystko byłoby inaczej, więc to jego wina.” – stwierdził Chris w myślach. „Tylko, że… on już nic na to nie może poradzić. A ja mogę, bo to widziałem.” Muzyk westchnął ciężko. „Nie mam wyboru, hę? Muszę się tego podjąć... W sumie to nie jest aż taki zły pomysł, w końcu przecież potrzebujemy tego węzła. Ktoś to musi zrobić a w tej sytuacji chyba nie mogę tego zrzucić na nikogo innego.”
 

Ostatnio edytowane przez Vincent : 07-12-2008 o 19:38.
Vincent jest offline  
Stary 07-12-2008, 18:27   #107
 
MigdaelETher's Avatar
 
Reputacja: 802 MigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwuMigdaelETher jest godny podziwu
Jola odetchnęła z ulgą. Paczka papierosów zaplatała się gdzieś między parę zapasowych pończoch, trzy tabliczki czekolady, które dziewczyna z wiadomych sobie przyczyn zawsze miała przy sobie oraz chusteczki higieniczne i tubkę kleju szybkoschnącego Dragon. Włożyła papierosa między spierzchnięte wargi, zapaliła i zaciągnęła się. Dym powoli dostał się do płuc, gdzie błogosławiona nikotyna wniknęła do krwiobiegu i rozlała się po całym ciele błogą, słodką ociężałością.

Z niekłamanym zdziwieniem kobieta obserwowała nieudolne popisy i pożałowania godną gadkę młodego Kultysty. Już otwierała usta by mu coś powiedzieć, kiedy do pokoju wrócił Kamil. Z wdzięcznością przyjęła filiżankę gorącej herbaty. Powoli uzupełniając, nadwątlone wczorajszą libacją elektrolity Jola przysłuchiwała się słowom przywódcy. Z minuty na minutę jej zdziwienie rosło, porcelanowa filiżanka zatrzymała się gdzieś w połowie drogi między zdobionym w pąsowe róże spodeczkiem a szkarłatnymi, wciąż na wpół otwartymi, ustami kobiety. Jak każdy szanujący się mag we Wrocławiu Jolka wiedziała o " martwej strefie ", podobnie jak zdawała sobie sprawę ze stopniowego wyczerpywania się węzła pod Kalamburem. To ostatnie zresztą nie było trudne dla kogoś obdarzonego podobnymi zdolnościami jak ona. Pamiętała jak silny i ożywczy był przepływ kwintesencji kiedy profesor Wolnicki zabrał ja tam po raz pierwszy, a teraz... Faktycznie, z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. Czemu wcześniej nie zwróciła na to uwagi ? Pochłonięta tymi wszystkimi nowinami już dawno zapomniało o bólu głowy. Odstawiła filiżankę na stół i słuchała z uwagą, była gotowa przyjąć powierzone jej zadanie i zrobić wszystko co w jej mocy dla Tradycji i dla Kamila, przedewszystkim dla niego.

Nagle jak bzyczenie upierdliwej muchy, która budzi nas rano siadając nam na nosie, niepewny głos siedzącego koło niej chłopaka, przypomniał Jolce o jego obecności. Kobieta zmierzyła go wzrokiem i nie dała dokończyć. Co za kretyn, a może tylko takiego udawał, nagle osoba Krzyśka urosła do rangi przeszkody nie do przeskoczenia. Jego obecność i idiotyczne zachowanie działały kobiecie na nerwy. Dlaczego w ogóle Kamlil chciał go w to pakować? Przecież gówniarz mógł im bardziej zaszkodzić niż pomóc... choć może przywódca Kultystów miał w tym jakiś głębszy zamysł. Kiedy chłopak skończył żałośnie skamleć, Jola rozsiadła się wygodnie na fotelu, zapaliła kolejnego papierosa i podjęła rzeczowo.

- Oczywiście Kamilu możesz na mnie liczyć. Z tego co mówisz rozumiem, że naszym największym zmartwieniem jest ten młody Eteryta. Już moja w tym głowa, żeby przestał nim być jak najszybciej. - uśmiechnęła się szeroko odsłaniając swoje równe białe żeby - Zjem go na kolacje a potem zrobię z niego wypluwkę. W końcu Eteryta czy nie to tylko młody chłopak.

Zawiesiła na chwilę głos, spojrzała na Kamila a potem na Krzyśka.

- Zgadzam się reprezentować Kult, ale pod jednym warunkiem - mówiła spokojnie i stanowczo.

- Pójdę sama, albo wyznaczysz kogoś innago niż on - wskazała, niezbyt grzecznie, palcem na młodego Kultyste - Czemu, otóż, po pierwsze nie będę pracować z wariatem i półgłówkiem, który nie potrafi odpowiedzieć na proste pytanie, uraz z dzieciństwa. Do tego przed chwilą sam jasno stwierdził, że ma ciebie i naszą Tradycje w dupie, w przeciwieństwie do mnie.
 
__________________
Zagrypiona...dogorywająca:(

Ostatnio edytowane przez MigdaelETher : 07-12-2008 o 23:24. Powód: ehhh tak już chciałam tego Eutanatosa:P
MigdaelETher jest offline  
Stary 08-12-2008, 00:18   #108
 
Mical von Mivalsten's Avatar
 
Reputacja: 13 Mical von Mivalsten nie jest za bardzo znany
Marek przysłuchiwał się przemowie Pawła z rosnącą irytacją. W końcu nie wytrzymał i zdenerwowany wrzucił kubek z powrotem do zlewu. W paru krokach znalazł się przy Rodeckim i zbliżył swoją twarz do jego. Fakt, to było niegrzeczne. Fakt, było bardzo agresywne ale Paweł przeginał pałę. Pająk bez wątpienia był rekwizytem i i tak nie zadziałałby na zwykłym człowieku.
- Posłuchaj mnie uważnie, bo nie mam zamiaru tego powtarzać. Możesz obrażać kogo chcesz, ale na pewno nie profesor Zacharską. Patentując Twój wynalazek uratowała Cię przed pośmiewiskiem i przed możliwością zdradzenia się ze swoim Przebudzeniem. W dupie mam, że nie rozumiesz tego, co próbowali Ci na pewno wytłumaczyć, ale Pająk nie zadziała na nikim, poza nami, Technykami. Na kim go testowałeś? Pewnie tylko na sobie. - Marek parsknął szyderczo, a potem ruszył do przedpokoju i dalej na dwór. Wyciągnął papierosy i zapalając jednego ruszył przed siebie, nie bardzo zwracając uwagę na kierunek.
 
Mical von Mivalsten jest offline  
Stary 08-12-2008, 13:37   #109
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 7277 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Krzysztof Bursztyński i Jola Jawornicka

Zamek na wodzie w Wojnowicach, niedzielny poranek

- Nie w moim stylu jest proszenie członków tradycji, aby uczestniczyli w życiu Fundacji? - zdążył się zdziwić Kamil, zanim Jola weszła mu w słowo.

Kultystka zakończyła przemowę postawieniem ultimatum i wycelowała oskarżycielsko palec o pomalowanym karminowo paznokciu w Krzyśka. Obydwoje - i Kamil, i Jola - wyraźnie dali mu odczuć, że...

- Krzysiek, najwyższy czas, żebyś włączył się aktywnie w życie naszej fundacji. Nie tylko dlatego, że jesteś moim uczniem. Dlatego, że jesteś jednym z nas - głos maga był spokojny i wyważony. Zbyt sterylnie wyczyszczony z uczuć. Słowa, które padły z ust Krzyśka wyraźnie ubodły mentora. - Czy mam ci tłumaczyć, dlaczego Węzeł jest istotny? To dla nas kwestia: być albo nie być. Jeśli nasza Fundacja zostanie pozbawiona Węzła w mieście, momentalnie zaczną się oskarżenia o kradzież Kwintesencji. I większość z nich, nie oszukujmy się, nie będzie bezpodstawna. Potrzebujemy tego Węzła. Jak daleko jestem gotów się posunąć, aby go zdobyć? Krzysiek... jeszcze nawet nie widać granicy moich możliwości.

...że nie tylko Krzysiek doznał dzisiaj zawodu.

Chris pociągnął z kieliszka i odparł: - Skoro Jola nie chce z mną pracować, to możesz wyznaczyć kogoś innego... W sumie to ja w początkowym planie miałem przedstawiać kultystów, a Jolka prawdę mówiąc doszła tak na doczepkę...

Kamil zbladł jak ściana. Złapał gwałtownie oddech. A potem zaciśniętą pięścią łupnął w stolik, z którego z brzękiem posypały się filiżanki. Krzysiek struchlał i oniemiał z wrażenia. Zdumiona Jola aż podskoczyła na swoim miejscu. Jak bardzo musi być źle, skoro Kamil przestaje panować nad gniewem?

- DOŚĆ! - krzyknął Kamil, gniew podbarwił mu blade policzki na czerwono, ponownie łupnął pięścią w stół. - Spokój - kontynuował już ciszej. - Zacznijcie myśleć o tradycji, nie o własnych animozjach. Swoją urażoną godność i niespełnione ambicje zachowajcie na spokojniejsze czasy, bo teraz nie ma na to miejsca. To jest być albo nie być naszej tradycji. Naszej, rozumiecie? Nie chcecie chyba powiedzieć reszcie, że zawiedliście ich, bo oczy przysłoniły wam opary weselnej wódki i niechęć do siebie?

Kamil opadł w fotel i poprawił rękawy marynarki. Oddychał głęboko i wyraźnie walczył z własną furią... i wygrał, bo odezwał się już spokojnym, uprzejmym, właściwym sobie tonem:

- Jeśli chodzi o powierzenie tego zadania komuś innemu, bo Krzysiek nie ma ochoty zawalczyć o istnienie własnej fundacji, a Jola nie ma ochoty na współpracę z Krzyśkiem - nie ma takiej możliwości. Stefan wyraźnie określił wymogi projektu - uczestniczyć w nim mogą tylko młodzi magowie, którzy dopiero wyszli spod pieczy mentorów i uczą się funkcjonować samodzielnie jako Przebudzeni. Ten wymóg wśród nas spełniacie tylko wy oraz Kasia Flisak, Dominik Truskacki i moja córka Arletta. Kasia wybrała sobie tę szczególną chwilę na zajście w ciążę, Dominik ma problemy z utrzymaniem języka za zębami. Problem mojej córki - zaplótł nerwowo dłonie i zakończył gładko - zapewne jest wam znany. Zostajecie wy. To muszą być dwie osoby, żebyśmy mieli większość, gdy inni zaczną odchodzić. I możecie to być tylko wy.
To jest gra, w której stawką jest byt naszej tradycji we Wrocławiu. Tak, w tym rozdaniu to ja tasowałem karty, i przeciwnicy dostali takie, jakie im podsunąłem. Ale nie łudźcie się, że to wystarczy. Ciągle gramy według zasad, które dyktuje Stefan Oderfeld. Przed następnym rozdaniem Kult powinien podyktować własne. A do tego potrzebny nam Węzeł.

- Nie mam zamiaru stać nad wami jak przedszkolanka i namawiać, abyście podali sobie ręce. Ale potrzebuję was obydwojga. Współpracujących. Musimy pokazać, że Kult jest jednomyślny. I muszę znać waszą odpowiedź najpóźniej do dzisiejszego wieczora. Albo dojdziecie do porozumienia i pokażecie, że jesteście godni pokładanego w was zaufania, albo będę musiał przejść do planu rezerwowego. Nie chcę tego, i uwierzcie mi na słowo - wy też nie chcecie.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 08-12-2008 o 13:59.
Asenat jest offline  
Stary 08-12-2008, 21:52   #110
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 6266 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację

Gdy Rodecki skończył mówić, obserwował Mirka, czekając na jego reakcję. Liczył na to, że chłopak przeprosi za swoją mentorkę. Że wyprze się jej i poprze Pawła. Że przyzna mu rację. Namówi babsko do skończenia z tą maskaradą, wpłynie na nią. Że zrobi cokolwiek.

Nawet nie chodziło o prawa autorskie. Eteryta chciał tylko i wyłącznie, by Zachodzka przyznała się do błędu i przestała zdzierać kasę. Zarówno on, jak i ona wiedzieli, ile tak naprawdę był wart Krzyżak. Cena była niska i niezmienna, dla każdego taka sama. Powszechny dostęp do środków ratujących życie- o to walczył Rodecki. O nowy, lepszy, piękniejszy świat, równy dla wszystkich.

Niestety, młody mechanik, zaślepiony troskliwością kobiety, spojrzał na wszystko z zupełnie innej perspektywy…

TRACH!

Szklanka wylądowała w zlewie, gdzie pękła na wiele kawałków, błyszczących niczym tęcza w porannym słońcu. Na ich nieszczęście, mężczyźni nie mogli się zatrzymać i popatrzeć na piękny widok. Gniewny Mirek już ruszył w stronę swego mentora, by przedstawić mu swój punkt widzenia. Ich twarze zbliżyły się na nieprzyzwoicie bliską odległość, a czas zwolnił. Brunet widział każdy szczegół twarzy swego młodego przyjaciela- grube brwi, kręcone włosy, zmarszczone czoło.

A także ogniste spojrzenie wpatrzone w niego, krzyczące mu bólu, przeklinające za niedawno wypowiedziane słowa i wyrażenie opinii o ukochanej nauczycielce Różogórskiego.

Rodecki wiedział, że kasztan także miał na niego doskonały widok. Co więc ujrzał? Strach? Zdziwienie? Zawód? Niepewność? Rozpaczliwe pragnienie, by cała sytuacja okazała się jedynie koszmarem lub też żartem, który pojawił się w głowie nastolatka? A może nieuchronną, na wpół świadomą pewność, że już nigdy nie będą tak blisko jak dawniej?

Nie ujrzał niczego…

Wrażliwy umysł Rodeckiego został zalany potokiem nieprzemyślanych słów, wypowiedzianych pod wpływem chwili. Mirek znów użył swego dziwnego slangu, tym razem z szyderczą i zabójczą precyzją. Choć Paweł nie znał się na Magyi, sens słów młodego dotarł do niego. W oczach Różogórskiego był nic nie wartym śmieciem, namiastką prawdziwego technika. Gdyby nie Zachodzka, pewnie wpadłby w łapy Technokracji. W ogóle nie powinien się pokazywać i siedzieć cicho- był do niczego.

Oczy mężczyzny wezbrały łzami, które starał się powstrzymać. Nieskutecznie- wkrótce po jego twarzy popłynęły dwa potoki łez.

Czuł się zraniony, wykorzystany. Jak śmieć, nawet gorzej. Zaufał Mirkowi, kochał go. Traktował jak syna, brata, własne dziecko. Chciał mu dać wszystko to, czego on sam nigdy nie miał- ojca. Ale Eteryta wzgardził jego szczerymi uczuciami, wybierając zamiast tego jędzowatą Zachodzką i jej kłamstwa.

Nie powinien tak się przywiązywać, okazywać chłopakowi serca, bezwarunkowo, bezinteresownie. Zupełnie, jakby znali się od zawsze. Sądził, że ludziom należy okazać szacunek, miłość, wsparcie. Wszystko to tylko i wyłącznie dlatego, że są.

Tego dnia po raz pierwszy zastanowił się, czy aby nie powinien kochać ludzi dlatego, że są dobrzy.

W tym samym czasie Mirek odwrócił się i ruszył do drzwi, wybiegając z domu. Rodecki skoczył za nim. Sam nie wiedział, co chciał mu powiedzieć. Żeby się zatrzymał? A może miał nigdy się nie pokazywać w domostwie maga? Wkrótce to się wyjaśniło. Mężczyzna stanął w drzwiach, patrząc za odbiegającym chłopakiem.

- Idź i nie wracaj! Nie potrzebuję tu Ciebie i tej twojej cholernej złodziejki! Możesz nocować nawet na wysypisku, nikt nie będzie tu za tobą płakał!- krzyczał wściekły, nawet gdy jego niedawny przyjaciel zniknął, odchodząc w nieznane. Trzasnął głośno drzwiami i uciekł do kuchni, gdzie siadł na krześle.

- Nikt, w ogóle…- szepnął do siebie załamany, kryjąc twarz w dłoniach. Zaczął chlipieć jak małe dziecko, wspominając wszystkie dobre chwile i po ran setny karcąc się w myślach za głupotę.

Nie powinien tak bardzo wiązać się z Mirkiem. Ze strony chłopaka był to pewnie podły podstęp, atak, z góry zaplanowana akcja. Pewnie przybył tu tylko po to, żeby szpiegować Fundację w imię Zachodzkiej. Znając ją, chciała ukraść więcej wynalazków.

Paweł powinien się cieszyć, że tak szybko zdemaskował szpiega. Tak podpowiadała mu jego logiczna część duszy. Czemu więc nie mógł powstrzymać potoku łez? Czemu jego serce krwawiło?

Czemu łudził się, że cała sytuacja jest koszmarną pomyłką?

Porzucił zbędne rozmyślania, nic nie mogło cofnąć czasu. Musiał pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Nie miał innego wyboru. Nawet, jeśli nie potrafił zaakceptować tego, co się wydarzyło. Wstał, ubrał się i powolnym krokiem ruszył przed siebie, w stronę swego auta.

…auta, które było zniszczone…

Rodecki działał jak w transie. Podszedł powoli i pogładził dłonią wgniecioną maskę, wodząc nią długo po karoserii. Zbadał każdy ślad, każdą rysę, każde najmniejsze uszkodzenie. Uszkodzoną szybę, wygiętą antenę, zbity reflektor. Po raz kolejny poczuł się jak zbity pies.

W tym aucie woził swą mamę…

Pamiętał, jak była dumna, gdy kupił je za swoje ciężko zarobione pieniądze. Wciąż słyszał jej śmiech, gdy zawiózł ją na piknik z okazji dnia matki. Jej melodyjny głos, gdy śpiewała razem z radiem przeboje ze swojej młodości. Jej pobłażliwy uśmiech, gdy snuł plany śmiałej modernizacji samochodu, by mógł konkurować z innymi maszynami.

Jej krzyk bólu, gdy wiózł ją do szpitala…

Zapłakał gorzko. Stracił część siebie.
 
Kaworu jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169