Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-07-2008, 15:43   #1
Fantasy
 
Efcia's Avatar
 
Reputacja: 28789 Efcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputacjęEfcia ma wspaniałą reputację
[Mag: Wstąpienie] Koniunkcja zdarzeń

Marek Różogórski

Warszawa, przełom czerwca i lipca.

Wakacje zapowiadały się nudno. Pogoda nie sprzyjała wypadom za miasto. Rodzice byli tak pochłonięci życiem zawodowym, że nie było co liczyć na wyjazd na Majorkę. A wakacje u dziadków mogły być atrakcyjne, ale jakieś 10 lat temu. Cóż, na pewno jacyś znajomi też zostaną w mieście... Może urządzimy jakieś... Telefon wyrwał Marka z rozmyślań. Profesor Zacharska swoim zwyczajem przedstawiła się i nie czekając na odpowiedź, zaczęła wyrzucać z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego.
– Marku. Mam nadzieję, że nie masz specjalnych planów na wakacje. A jeśli masz, to rozważ ich zmianę, bo mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia – Marek jak zwykle zaczął się zastanawiać, kiedy jego mentorka zrobi przerwę na oddech. – To istotne dla ciebie. Dla twojego rozwoju. Chcę, to znaczy chcemy, żebyś pojechał do Wrocławia – użycie liczby mnogiej oznaczało, że decyzję tę podjęło liczniejsze grono. Prof. Zacharska dalej nie wzięła oddechu. Oby się tylko nie udusiła, pomyślał z troską. – Nasi bracia z Dolnego Śląska zaprosili nas do udziału w pewnym projekcie. Szczegóły poznasz na miejscu. Myślę, ze twoi rodzice nie będą mieli nic przeciwko. Zresztą, porozmawiam z nimi – ton jej głosu wskazywał, iż nie przyjmuje odmowy. Wzięła wreszcie oddech. – Za kilka dni spotkam się z twoimi rodzicami, żeby omówić szczegóły. Muszę kończyć. Do zobaczenia. Odpoczywaj, póki możesz.

Kilka dni później Małgorzata Zacharska, odziana w koszmarnie drogi, elegancki paryski kostiumik w kolorze burgunda, spuentowany dyskretną biżuterią z perłami, pojawiła się u państwa Różogórskich. Gestykulując przesadnie, zagadała ich bez pudła. Roztoczyła przed nimi wizję interesujących, dla znawców oczywiście, wykładów i warsztatów wakacyjnych na Wydziale Mechanicznym Politechniki Wrocławskiej.
– To dla Marka szansa, która może się już nie powtórzyć. Jest młody, ale pokładam w nim wielkie nadzieje. Powinien już myśleć o swojej przyszłości...
Marek siedział półdupkiem na skórzanej kanapie i milczał, bo i nie było nic do powiedzenia. Profesor Zacharska właśnie z właściwym sobie taktem zaplanowała mu wakacje.
Oczywiście wyjazd byłby darmowy, gdyż znalazł się sponsor. Państwo Różogórscy zgodzili się entuzjastycznie. Trudno powiedzieć, czy przekonały ich słowa kobiety, czy też magini użyła swych mocy. Faktem jest, że wyrazili zgodę na wyjazd syna.

Paweł Rodecki

Wrocław, 15 lipca.

Paweł Rodecki właśnie poczuł niemożliwą do zignorowania potrzebę kolacji. Odkleił się od stołu montażowego i przeczłapał do kuchni. Otworzył lodówkę, i oczom jego ukazała się wystawa pt. „Światło i lód“. Na jednej z półek stał słoik wysoce podejrzanego majonezu i zeschnięta cebulka. Paweł podrapał się po burczącym brzuchu. Gotów był przysiąc, że wczoraj zrobił zakupy! A może to było w zeszłym tygodniu, hmmm... Z niewesołych rozmyślań o tym, że trzeba by podjąć wyprawę do sklepu, a potem przytachać jakieś towary jadalne, wyrwał go dzwonek do drzwi. Rodecki z lekką opieszałością poszedł sprawdzić, kto domaga się widzenia z nim. Za drzwiami stał szczupły mężczyzna po czterdziestce, o wysokim czole znamionującym inteligencję, odziany dość elegancko jak na zwykłego akwizytora, a i jego twarz zdawała się Pawłowi znajoma, to chyba ktoś z fundacji...
– Zygmunt Berner – przybyły skrócił zmagania Pawła z niesforną pamięcią. Paweł przypomniał sobie, że mag zostawił mu kilka wiadomości z prośbą o spotkanie.
– Góra nie chciała przyjść do Mahometa, to Mahomet musiał się do góry pofatygować – uśmiechnął się Berner, stając w progu. Rodecki podrapał się po głowie i niechętnie usunął, by gość mógł wejść do środka. Poprowadził do kuchni. Zaproponował coś do picia. Zygmunt poprosił o herbatę, upił kilka łyków i przeszedł do rzeczy.
– Paweł, fundacja ma dla ciebie zadanie – brzmiało to raczej groźnie. – Na początku sierpnia do Wrocławia ma przyjechać jeden z naszych braci z Warszawy. Godny uwagi młody człowiek, niezwykle żądny wiedzy. Chcemy, żebyś go odebrał z dworca i zajął się nim trochę. Mam nadzieję, że możemy na ciebie liczyć – nawet nie czekał na odpowiedź Rodeckiego. Poklepał go tylko po ramieniu. Dopił herbatę. Położył przed Pawłem kartkę papieru. – Tu masz datę, godzinę przyjazdu pociągu, imię i nazwisko i numer telefonu. Tylko nie zapomnij. Liczymy na ciebie.
Paweł zapisał sobie wszystkie dane w komórce, ustawił przypomnienie, a kartkę przypiął do tablicy w centralnym miejscu. Po chwili zastanowienia pociągnął ją jeszcze odblaskowym markerem i zasiadł do pracy.

Marek Różogórski

Warszawa, dworzec Warszawa Wschodnia, 31 lipca, 6 rano

Małgorzata Zacharska odprowadziła Marka na dworzec.
– We Wrocławiu odbierze cię nasz brat, Paweł Rodecki. Mam nadzieję, że spodoba ci się tam. Wrocław to piękne miasto, a nasi bracia mają imponujące plany. Miłego pobytu – wręczyła swojemu podopiecznemu kartkę z numerem telefonu Rodeckiego. – Nie zawiedź mnie, wiesz, że pokładam w tobie wielkie nadzieje.
Prof. Zacharska oprócz cudownej umiejętności mówienia długo bez konieczności zaczerpnięcia oddechu, perfekcyjnie budziła również wyrzuty sumienia. Marek pożegnał się i z pewną ulgą zajął miejsce w przedziale. Pociąg ruszył.

Wrocław, dworzec Wrocław Główny, 6 godzin później



Po prawie 6 godzinach pociąg przyspieszony relacji Olsztyn Główny – Wrocław Główny wjechał terkocząc na dworzec w stolicy Dolnego Śląska. Pasażerowie, w tym Marek wysiedli. Nastąpiło normalne w takich sytuacjach zamieszanie, przekładanie bagaży, bieganie, szukanie przybywających i tych, którzy na nich czekali, całowanie, kwiatów wręczanie... Marek usunął się bliżej zejścia podziemnego, podumał nad płytą, upamiętniającą śmiertelny wypadek, jakiemu uległ skacząc do jadącego pociągu aktor Zbigniew Cybulski. Ludzkie ciało jest takie delikatne. Takie kruche...
Peron się wyludnił, a po Marka nie wyszedł nikt. Podany numer komórki milczał. Chłopak naprawdę był cierpliwy. Czekał prawie godzinę, zanim wyciągnął telefon i zadzwonił do swojej mentorki.

Dagmara O'Sullivan

Wrocław, ul. Sztabowa, Urząd Skarbowy dla dzielnicy Wrocław Krzyki

Dagmara nienawidziła urlopów. Sama nigdy ich nie brała, bo nie miała na nie czasu. Ku jej skrywanej wściekłości, brali je jednak inni. Przez co w ten piekielnie upalny dzień wylegiwali się gdzieś daleko, zamiast być pod ręką, kiedy byli potrzebni.
– Popilnuje mi pan miejsca? Wyszłabym na papierosa – poprosiła mężczyznę za nią. Przedsiębiorca skinął głową zmęczonym gestem, wachlując brodatą twarz plikiem papierów. Dagmara z ulgą opuściła kolejkę i wyszła na dwór. Zaciągnęła się papierosem jak astmatyk inhalatorem. A niech to wszyscy diabli porwą!

Urzędniczka ze skarbówki zadzwoniła o 7.30, irytującym cienkim głosikiem informując, że zeznanie podatkowe Dagmary nie dość, że jest pełne rażących błędów, to jeszcze zostało zrobione na niewłaściwym formularzu, konieczna jest natychmiastowa korekta, bo pani wie, jutro wyjeżdżam do Chorwacji. Dagmara zadzwoniła do swojego biura rachunkowego z zamiarem zrobienia awantury i dowiedziała się, że nie tylko jej księgowa jest na urlopie, ale także szefowa firmy i dwie pozostałe pracownice. Na lodowate pytanie, czy jest tam ktoś, kto wypełni poprawnie PIT, panienka zacukała i odparła, że jest tylko ona, czyli sekretarka, oraz dwie praktykantki. Dagmara trzasnęła słuchawką. Po chwili zadzwoniła do swojej koleżanki Łucji, która obecnie dorabiała jako księgowa, po to tylko, żeby usłyszeć, że dwa dni temu Łucja upchnęła kolanem w cinquocento swoją czteroosobową rodzinę i psa i popruła na Mazury, dlatego...Kazik, odłóż ten nóż kiedy bawisz się z siostrą!... nie może Dagmarze pomóc. Chcąc nie chcąc, Dagmara wypełniła PIT sama, posiłkując się internetem i klnąc, na czym świat stoi, co zajęło jej cztery godziny. A teraz już drugą godzinę tkwiła w kolejce podobnych jej pechowców, czekając na urzędnicze łaskawe posłuchanie.

Jej komórka zaczęła wygrywać radośnie uwerturę z „Wilhelma Tella“.

YouTube - G. Rossini - William Tell Overture (Finale) - Karajan 1983


Przełożyła papierosa do drugiej ręki.
– Halo? Dagmara O'Sullivan.
– Dzień dobry, Stefan. – wypalił po drugiej stronie na bezdechu Wirtualny Adept. Stefan też nigdy nie jeździł na urlopy, niestety. Och nie, nie, nie. Stefan Oderfeld był jednym z najbardziej wpływowych magów w mieście. To on wyprowadził wrocławskich przebudzonych ze stagnacji po latach komuny. To on starał się zbliżyć magów poszczególnych tradycji. To on w końcu był inicjatorem przeróżnych projektów, podjętych przez jemu podobnych. Czy się to komuś podobało czy nie, był on niekwestionowanym przywódcą społeczności. A niepodobało się wielu, zwłaszcza strasznym, którzy uważali się za bardziej doświadczonych. Młodsi magowie widzieli w nim jednak kogoś więcej niż osobę wydającą tylko polecenia. Zawsze gotowy do pomocy. Służący radą. Ten wysoki, postawny czterdziestolatek miał w sobie to coś - niezwykłą charyzmę.
Stefan zawsze nosił długie włosy. Starannie wypielęgnowane. Spięte w kucyk . Długie, czarne włosy, których wiele kobiet mogło mu pozazdrościć.
Oderfeld pracował w Instytucie Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego. Dodatkowo prowadził jeszcze prywatną firmę robiącą oprogramowanie. Może dlatego stać go było na garnitury z najwyższej półki. Stefan lubował się w garniturach. Zawsze w nich chodził. Schludny, gładko ogolony. Z pewnością był obiektem westchnień niejednej studentki...
I zawsze dzwonił do Dagmary tylko wtedy, kiedy natychmiast i niezwłocznie potrzebna była jej pomoc, i nikt, absolutnie nikt inny nie mógł wyręczyć Stefana w jakimś przykrym obowiązku.
– Dagmara. Musisz pojechać na dworzec – nadawał Stefan zduszonym szeptem. Miał dziwny pogłos, jakby echo, i słychać było odgłos spuszczanej wody. Pewnie z uczelnianego kibelka dzwoni, w ciężkiej potrzebie. – Czeka tam nieletni Syn Eteru, Marek Różogórski. Miał go odebrać ktoś z jego tradycji, Rodecki jakiś. Ale najwyraźniej nawalił, telefonów nawet nie odbiera. Odbierz chłopaka i zaopiekuj się nim.
– Nie mogę – syknęła. – Skarbówka na mnie wsiadła.
– Dziewczyno, to, co ci zrobi skarbówka, to jest nic w porównaniu z tym, co nam zrobi mentorka gówniarza. Właśnie do mnie dzwoniła. Wiesz, kto to jest profesor Zacharska? Małgorzata Zacharska? Ja wiem, i mówię ci, chrzań urzędasów i dymaj na dworzec po jej pieszczoszka, bo nieszczęście będzie! Ja jestem na radzie wydziału, muszę zaraz wracać. Jak odbierzesz smarka, zawieź go pod ten adres, zapisz sobie – Stefan podał Dagmarze adres Za Wrocławiem. – Tam mieszka ten cały Rodecki, sprawdź przy okazji, czy on jest cały i zdrowy.
– Jak ten mały wygląda?
– Zastanówmy się, jak może wyglądać nastoletni Syn Eteru? – zapytał zjadliwie Stefan i udzielił odpowiedzi.
W rezultacie całej rozmowy Dagmara O'Sullivan wpadła na dworzec o godzinie 16.47, dobre 4 godziny po przyjeździe pociągu z Warszawy. Zziajana, spocona, po zaparkowaniu samochodu w miejscu niedozwolonym, dysponowała tylko nazwiskiem: Marek Różogórski, i opisem, który trudno było uznać za precyzyjny
– Zastanówmy się, jak może wyglądać nastoletni Syn Eteru? Hmmm, pryszcze, pryszcze, pryszcze, kucyk i zapadnięta klatka piersiowa?

Paweł Rodecki

Brak komórki rzucił mu się w oczy już jakoś tak po śniadaniu, ale uznał, że poszuka jej później. Pracował wczoraj do późna, pewnie gdzieś leży przy stole montażowym... Przypomniał sobie o niej po 16.30, kiedy postanowił zadzwonić po pizzę. Przez jakiś kwadrans przerzucał szpargały w poszukiwaniu, zanim poszedł po rozum do głowy, żeby zadzwonić na własną komórkę z telefonu stacjonarnego. Podniósł słuchawkę i zaczął wykręcać numer... ale w słuchawce wręcz dźwięczała głucha cisza.
O cholera. Rachunki, pomyślał ze zgrozą i zaczął szukać. Znalazły się przypięte do korkowej tablicy. Niezapłacone, oczywiście, ostateczne wezwanie do zapłaty. Paweł stał przez chwilę, międląc wściekle fakturę w dłoni, a potem jego wzrok padł na tablicę, na to, co odsłoniły pozdzierane papierzyska. Na to coś zaznaczone odblaskowym zielonym markerem

Marek Różogórski, 31 lipca, 12.30, pospieszny warszawa – wrocław. ODEBRAĆ Z DWORCA. TEL...
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny

Ostatnio edytowane przez Efcia : 16-11-2008 o 13:14.
Efcia jest offline  
Stary 25-07-2008, 23:11   #2
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 6266 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację
Paweł nienawidził takich dni.

Najpierw było spokojnie…

Rodecki wstał rano i powoli wykonał poranną toaletę. Nie wiedzieć czemu, szef stwierdził że „ma wolny dzień zgodnie z umową” i zamierzał go wykorzystać na wykonanie całej rzeszy czynności, które –choć małe- sprawiały mu radość. Tak więc mógł nacieszyć się prysznicem, truskawkowym szamponem dla dzieci, który tak uwielbiał, i tą nową pastą do zębów o smaku świeżej pomarańczy. Po kąpieli przyszedł czas na śniadanie- niestety, pudełko z kawą w tajemniczy sposób wsiąkło w ziemię, więc mężczyzna musiał się zadowolić szklanką przegotowanej wody i kanapką zrobioną z tego, co było w lodówce. Resztę poranku Eteryta spędził na czytaniu „The Science”. Gnębiło go jednak uczucie, ze o czymś zapomniał. O czymś bardzo ważnym. Tylko o czym?

…potem trudności zaczynają się piętrzyć…

Po południu Paweł uznał, że wypadałoby zamówić pizzę. Nie miał w domu potrzebnych składników, a po za tym potrawa miała dziwną tendencję przypalania się gdy tylko Rodecki odchodził na chwilę do sąsiedniego pokoju. Tak więc zadzwonienie do pizzerii nie było tak złym pomysłem. Po przetrzepaniu kieszeni spodni okazało się jednak, że miejsce, w którym przebywa komórka było równie tajemnicze jak lokacja, w której spoczywała kawa. Niewzruszony mężczyzna ruszył do piwnicy, by tam poszukać urządzenia. Przecież nawet on nie był tak roztrzepany, żeby wrzucić przyrząd razem z praniem do pralki. Prawda?

… by w najmniej spodziewanym momencie…

Po kilkunastu minutach szukania w piwnicy wśród części mechanicznych różnego rozmiaru i stanu technicznego Paweł uznał, że powinien zadzwonić na komórkę ze swojego telefonu stacjonarnego. Jak pomyślał, tak zrobił. Niestety, po wklepaniu numeru Eteryta przywitała głucha cisza. Było to dziwne- niezależnie od tego, jak bardzo bujający w obłokach, Rodecki dbał o sprzęt i telefon powinien być jako-tako naładowany. Przecież nie rozładował się w jeden dzień? Choć może był to tydzień?

Po nieudanej próbie odnalezienia telefonu Paweł postanowił rzucić okiem na tablicę. Zawsze zapisywał tam rzeczy o których nie miał prawa zapomnieć (czyli całe mnóstwo) i jeśli z komórką coś się stało, to tam właśnie powinna znajdować się tego przyczyna.

Od razu zauważył urzędowy papier. Oczywiście, zapomniał zapłacić rachunku. Więc to tak go gnębiło! Rodecki odpiął papier od tablicy i zanurzył się w lekturze, zastanawiając się czy i jak można ponownie uruchomić aparat. Gdy jednak zdał sobie sprawę, że uczucie niepewności nie zniknęło, jego spojrzenie padło na małą karteczkę na tablicy, zaznaczoną na zielono odblaskowym mazakiem.

… runąć człowiekowi na głowę.

Paweł już wiedział, co go tak gnębiło przez cały dzień. Wiedział, czemu miał dziś wolne. Przede wszystkim jednak wiedział, że spóźnił się dobre sześć godzin. Bez namysłu wybiegł z domu, szukając kluczyków od malucha i modląc się, by były w portfelu.

Tak, to był właśnie jeden z takich dni. Paweł ich nienawidził.
 

Ostatnio edytowane przez Kaworu : 26-07-2008 o 14:12.
Kaworu jest offline  
Stary 26-07-2008, 01:14   #3
 
echidna's Avatar
 
Reputacja: 563 echidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemu
Dagmara zrobiła kolejny krok. Kolejka w skarbówce żółwim tempem posuwała się do przodu. Gdzieś tam w środku zaczął się odzywać cichutki szept powtarzający w kółko „Czas na papieroska”.
– Popilnuje mi pan miejsca? Wyszłabym na papierosa – poprosiła mężczyznę za sobą.
Po chwili stała przed gmachem zaciągając się głęboko. „Nienawidzę takich dni” – pomyślała wypuszczając dym ustami. Wtedy właśnie odezwał się telefon. Kobieta za wszelką cenę chciała przetłumaczyć Oderfeldowi, że nie może spełnić jego prośby. Nie wyszło – mężczyzna nie dał jej dojść do słowa. Zrezygnowana przytakiwała posłusznie, na koniec pożegnała się, westchnęła i wrzuciła telefon do torebki.„No i szlag trafił moje miejsce w kolejce! A byłam już tak blisko!
Wsiadła do samochodu, przekręciła kluczyk w stacyjce i ruszyła. Auto powoli wlokło się po zatoczonych ulicach. Wrocław w godzinach szczytu to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Zamyśliła się, gdzieś za nią zaryczał klakson.„I czego trąbisz, Baranie?!"

W końcu – cudem jakimś niezwykłym – udało jej się zaparkować przed budynkiem Dworca Głównego. Tuż przed wejściem zgasiła papierosa i wkroczyła do cuchnącego wnętrza. Idąc bez pośpiechu przelotnie spojrzała na tablicę informacyjną. Godzina 12:44, peron 3. „Chłopak nie zając, nie ucieknie. Czeka 4 godziny to poczeka jeszcze chwilę” – pomyślała z ironicznym uśmiechem. Ruszyła spokojnym krokiem we właściwym kierunku.
- Zastanówmy się, jak może wyglądać nastoletni Syn Eteru? Hmmm, pryszcze, pryszcze, pryszcze, kucyk i zapadnięta klatka piersiowa? – mruknęła do siebie wchodząc po śliskich schodach. Problem miał się niedługo rozwiązać sam.
Na pustym peronie rozległo się ciche stukanie obcasów. Niebawem na schodach prowadzących ku wyjściu pojawiła się sylwetka. Wysoka, szczupła kobieta powoli szła w kierunku siedzącego samotnie nastolatka. Ubrana w wydekoltowaną czarną sukienkę do kolan i czarne buty na wysokim obcasie posuwała się do przodu delikatnie kołysząc biodrami. Jedynym akcentem przełamującym jednostajną kolorystykę ubioru był duży srebrny wisior z krwistoczerwonym klejnotem.

- Witaj – powiedziała kobieta szczerząc równe, białe zęby w delikatnym uśmiechu- Marek Różogórski, jak mniemam? Jestem Dagmara – dodała podając chłopakowi rękę na przywitanie. Twój opiekun niestety nie mógł cię odebrać, ale przeprasza za to całe zamieszanie. Idziemy?
Nie czekając na potwierdzenie ruszyła ku wyjściu. Niebawem oboje znajdowali się przed dworcem. Dagmara skierowała swe kroki ku czarnemu Audi A8, przy którym właśnie kręcił się jakiś policjant.
- Przepraszam, ja tylko na moment – powiedziała do mężczyzny uśmiechając się zalotnie – Już odjeżdżam. Wkładaj torbę do bagażnika i jedziemy – zwróciła się do chłopaka po czym wsiadła.
Już po chwili jechali jedną z głównych ulic miasta. Chwilę pogrzebała w schowku i wyjęła z niego paczkę papierosów, wyjęła jednego i zapaliła.
- Palisz? – zapytała zaciągając się. Uchyliła okno. – Jesteś głodny? Może zjemy coś na mieście? Ja stawiam.
 
__________________
W każdej kobiecie drzemie wiedźma, trzeba ją tylko w sobie odkryć.

Ostatnio edytowane przez echidna : 28-07-2008 o 13:58.
echidna jest offline  
Stary 28-07-2008, 11:33   #4
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 7277 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Krzysztof Bursztyński

Wrocław, 8 stycznia, most Grunwaldzki

Wypił więcej niż zamierzał. Cała wypłata za poprzedni koncert spłynęła w kieliszki, a teraz chlupotała mu miło w żołądku i szumiała dziko w głowie. No, może nie nie cała, bo Iza, brunetka o zjawiskowym biuście i najlepsza laska na germanistyce UWr, również wypiła niemało... dzięki czemu wisiała mu teraz pijaniutka na ramieniu, raz po raz niezbornie gmerała upierścienioną rączką w okolicach jego rozporka i dyszącym szeptem obiecywała naprawdę ciekawe rzeczy... Była druga nad ranem, ale Wrocław tętnił dźwiękami piątkowej nocy i nie zamierzał kłaść się spaść. Zresztą, Chris wiedział, że to miasto nigdy nie kładzie się spać.
Czuł się królem tego miasta, ba, nawet świata, po ostatnim udanym koncercie, pochlebnej recenzji w lokalnej prasie, z tą dziewczyną wtuloną w jego bok. Delikatnie, ale zdecydowanie holował Izę w stronę akademika Dwudziestolatka, bo byłoby naprawdę szkoda, gdyby padła i zasnęła, zanim zrobi te wszystkie cuda, których mu tak hojnie naobiecywała. Przechodzili przez most Grunwaldzki. Iza zatrzymała się, poprawiła opadające ramiączko stanika i zadarła głowę. Szczyt mostu ginął w mroku.
- Wiesz - wymamrotała dziewczyna - moi kumple wchodzili na górę, to było niesamowiteeee, byli na sameej gószeeeee – wybełkotała.
Chris spojrzał w górę. Każdego innego dnia spacyfikowałby szybko dziewczynę, zaciągając ją do najbliższego łóżka i pokazując tam ciekawsze tematy do rozważań niż wspinanie się na wysokie, wysokie mosty. Ale dzisiaj... Iza była wyjątkowo piękna, a Chris bardzo pijany.
- Iza, robię to co piątek - oznajmił mężnie. - Zaraz ci przyniosę z góry gwiazdkę z nieba.

Nie bał się. Wtedy naprawdę się nie bał. Wiele razy rozważał potem tę sytuację. Do jakich szaleństw zdolny jest mężczyzna dla pary ładnych cycków? Chris, który przeżył własną śmierć, mógł powiedzieć z całą pewnością - do największych.

Wskoczył na barierkę mostu i zaczął piąć się w górę, coraz wyżej i wyżej. Zawsze się zastanawiał, jakim cudem on, z paraliżującym lękiem wysokości, bez wahania wspiął się na sam szczyt. Ale wszystkie myśli z wspinaczki ginęły w oparach alkoholu. Pamiętał tylko własny ciężki oddech i śmiech zachwyconej Izy dobiegający z dołu.
Stanął na górze i uśmiechnął się jak triumfator wyścigu, jak zwycięski generał. Pomachał do Izy, bijącej mu na dole brawo, popatrzył ponad miastem...

... i zachłysnął się. Wciągnął w płuca nocny wiatr, stanął wyprostowany z rozrzuconymi ramionami i dał się zalać zachwytowi i euforii.

Tysiące dźwięków przeplatało się ze sobą, światła układały się jak w kalejdoskopie. Tu na górze, każde słowo, każdy dźwięk, zlewały się w jedną melodię. Słyszał je wszystkie razem, a jednocześnie każdy z nich z osobna, i to tak wyraźnie, jakby stał obok. Nagle poczuł, że rozumie cały świat, a przynajmniej ten jego mały kawałek nad Odrą i zapragnął irracjonalnie przytulić nocny Wrocław do piersi.

Na dole Odra toczyła leniwe nurty. O Boże, Boże...

Błędem byłoby powiedzieć, że Chris w tym momencie wytrzeźwiał, bo przeczą temu badania krwi, które mu potem wykonano... ale tak właśnie się poczuł.

Na dół było naprawdę daleko. Z lustra wody przyglądał mu się wykrzywiony szyderczo księżyc. Pot zalał Chrisowi oczy. O Boże, Boże...

– AaaaaaAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!! RATUNKUUUUUUUUU! – rozdarł się, oplatając rękoma i nogami linę mostu.
– Chriiiiiiiiiisssssss! - Iza piszczała cienko na dole. Chris zamknął oczy. Niech to się skończy, jak najszybciej, proszę. Po jakimś czasie na syrenie zajechała policja, karetka i straż pożarna.
– Jadą jadą chłopcy, chłopcy radarowcy, niebieska czapeczka, przy boku pałeczka – próbował podśpiewywać sobie dla odwagi, ale tylko szczękał zębami. Coś do niego mówili przez megafon, ale nagle przestało go to interesować. Czuł dojmujący ból w klatce piersiowej, jakby jakiś mały ptaszek zalągł mu się pod żebrami i drążył, drążył zakrzywionym dziobkiem, tłukł skrzydłami. Przy samym filarze, gdzie kilka tłustych gołębi gruchając obserwowało Chrisa czerwonymi paciorkowatymi oczkami, dostrzegł jakiś ruch. Ptaki zerwały się do lotu, a Ona odsłoniła twarz, skrytą do tej pory za białymi piórami. Szamocący się pod żebrami Chrisa ptak znieruchomiał, rozpościerając okrwawione skrzydła.
Rysy miała delikatne i słodkie, a w jej oczach zobaczył całe współczucie świata. Anielica. A jednak nie wytrzeźwiałem...
– Kim...
– Gołębicą.
– Nauczysz mnie latać? – zapytał, nagle rozbawiony.
- O mój piękny, mój słodki, mój kochany - odparła Gołębica śpiewnie, jej melodycyjny głos poruszał w Chrisie jakieś ukryte struny, o których do tej pory nie miał pojęcia. – Nauczę, ale najpierw... – w jej głosie dźwięczał smutek i współczucie.
– Najpierw nauczymy cię upadać – powiedział ktoś za plecami anielicy. Z łopotem skrzydeł wystrzeliła z cienia przy filarze. Czarnopióra, czarnooka, straszna.

Szczupłymi dłońmi pchnęła jego piersi. Chris zamachał rozpaczliwie rękoma i jak kamień runął w dół.
Mówią, że człowiek spadający z dużej wysokości widzi przed oczyma całe życie. Chris nie zobaczył nawet fragmentu. To bzdury. Kiedy spadasz, nie nie widzisz. A każda twoja komórka jest wrzaskiem protestu.

Chris krzyczał. A obok niego w stronę oleistej tafli Odry z szelestem skrzydeł sunęła Czarnopióra. I też wrzeszczała, tyle że dla zgrywu.

Uderzył w wodę jak kamień i jeszcze zanim zdążył poczuć ulgę, że przeżył upadek, zaczął się topić. Powietrze uciekało z płuc. Ostatnim wysiłkiem słabnącego ciała wybił się na powierzchnię i stracił przytomność.

Wrocław, szpital kolejowy, ul. Hallera, tuż przed świtem.

Pik, pik, pikało jakieś urządzenie, podłączone do Chrisa. Leżał w szpitalnym łóżku, okablowany jak komputer szalonego informatyka, pod plamą na suficie w kształcie Wysp Brytyjskich. Łeb mu pękał, a w ustach czuł dojmującą suchość. Co ja za paskudztwo piłem?
Ach taak, wodę z Odry,
wspomnienia ostatnich wydarzeń zwaliły mu się biedną, skacowaną głowę.
– No nie da się ukryć, że jesteśmy w dupie – usłyszał za sobą wesoły głos. Oszalałem. Czarnopióra siedziała po turecku w powietrzu, jakieś dwa metry nad ziemią. Otuliła swoją nagość skrzydłami.
– Nie ma cię tam, jesteś wytworem mojej wyobraźni – zażył ją z mańki Chris.
– Masz rację, ale tylko częściowo.
– Mogłaś mnie zabić, durna cipo!
– Kto, ja? Wytwór twojej wyobraźni? – parsknęła krótkim śmieszkiem. – Sam skoczyłeś, bohaterze. To było świetne.
– Tylko to, co martwe, nie umiera – szepnęła śpiewnie Gołębica, usiadła przy łóżku i pogładziła go miękko po twarzy. A niech mnie przymkną, byle razem z nią.
Ciszę rozdarł przeraźliwy pisk, wwiercający się w uszy, sprawiający ból.
– Wyłącz to – jęknął do Czarnopiórej.
– To nie ja, naprawdę... To ty. Teraz więcej słyszysz. Szykuj się. Nadciąga kawaleria.
Ściana pękła, chociaż nie, to nie ściana... to powietrze przed nią rozdarło się z trzaskiem. Przez rozdarcie, psykając i uciszając się nawzajem, wpadła grupka ludzi. Na czele postępował dostojny pięćdziesięciolatek w eleganckim jasnym płaszczu i jedwabnym szaliku, tulący do boku pudło na saksofon. Obok niego w wydekoltowanej, falbaniastej sukni stała najprawdziwsza tancerka flamenco, Murzyn z dredami do pasa i okolczykowany metal, który zarzucił skórzany płaszcz na piżamę w kotki. Metal trzymał na ramieniu jakieś bezwładne ciało.
Krzysztof wytrzeszczył oczy. Otworzył usta i już miał zacząć wołać pomocy, kiedy tancerka flamenco, gestem, który tysiąc okrętów wyprawiłby w morze, ściągnęła z szyi saksofonisty jedwabny szalik i wepchnęła go Chrisowi w usta. Chris został zwleczony z łóżka, odłączony od maszynerii i rozebrany do naga. W szpitalne ciuchy został wbity nieprzytomny z przepicia nieszczęśnik, którego przytachał metal. A potem Chris, zakneblowany i zawinięty w płaszcz, został podniesiony i poniesiony w stronę rozdarcia.

Potem dowiedział się, jakiego miał farta. We Wrocławiu trwał właśnie Brave Festival, i do miasta zjechali Kultyści Ekstazy z całego świata. Dlatego ten z saksofonem, Kamil, jego przyszły mentor, dał radę zorganizować akcję ratunkową w niecałe dwie godziny. Nawet dokumentację medyczną wykradli.

Wrocław, 31 lipca, 16.40

Chris obudził się rano po koncercie swojego mentora Kamila, na kanapie w salonie w jego mieszkaniu, wyrwany ze snu przez swoje normalne objawy kaca: posmak kocich szczyn w ustach, piekielny ból głowy i głosy kłócących się anielic. Znaczyło to, że będzie jeszcze gorzej, bo skoro je widział, to był jeszcze pijany. Na trzeźwo widywał je raczej wyjątkowo. Siedziały na oknie i obydwie były chyba obrażone.
– O co chodzi? – jęknął zgnębiony.
– Chcemy do Portugalii – zażądała Czarnopióra.
– Podobają nam się pieśni fado – uzupełniła Gołębica.
Chris otworzył usta i na powrót je zamknął.
– Kupię wam płytę – zaproponował desperacko.
– To nie to samo, i dobrze o tym wiesz.
Chris jęknął. Dlaczego właśnie jemu na awatara trafiły się te dwie piekielne dziewczyny? Za co? Jedna namawiająca do zachowania rozsądku, druga do największych szaleństw, zdarzało się, że wykłócały się nad jego głową jak przekupki o kawał mięsa. Ale najbardziej przerażało go, kiedy były zgodne. Bo to oznaczało, że nie ma szans. Skąd ja wezmę pieniądze na podróż do cholernej Portugalii?

Poranek toczył się swoim zwyczajnym biegiem, tzn. Chris wziął prysznic i zjadł śniadanie, oglądając Teleexpress. Zerknął do swojego mentora, ale Kamil spał z saksofonem w objęciach. Zatyrkał telefon.
– Nie odbieraj. Żaden przyjaciel nie zadzwoniłby do Kamila po koncercie o takiej porze – ostrzegła Czarnopióra i uśmiechnęła się złośliwie. Chris podniósł słuchawkę.
– Haloo, tu Stefan, Kamil, jesteś trzeźwy, możesz gadać?
– A nie mówiłam?
Chris poinformował uprzejmie, że Kamil jest obecny, ale prawdopodobnie tylko ciałem, i choć z pewnością ma wiele rzeczy do powiedzenia, to z odbiorem tego, co mówią inni, może być cienko. I po tej ilości opium, ten stan utrzyma się jeszcze jakiś czas.
– Cholera, Chris, mam prośbę. Zrobił nam się tu mały burdel. Z Warszawy przyjechał nieletni Syn Eteru, Rodecki miał go odebrać, ale nawalił, nie odbiera telefonów. – Chris kojarzył Rodeckiego z kilku spotkań. Zrobił na nim wrażenie kogoś, kto żyje w stanie permanentnego haju, choć nic nie bierze. – Po dzieciaka wysłałem Dagmarę, znasz ją? Nie? Nieważne. Ale martwię się o Rodeckiego, możesz podskoczyć do niego i sprawdzić, co się dzieje? Trudno, żeby to robiła kobieta i chłopak ledwie odrosły od ziemi? No, proszę cię...
– Dobra.
– Wynagrodzę ci to – galopował Stefan.
– Powiedziałem, że dobrze.
Chris przez chwilę zastanawiał się, skąd weźmie samochód. A potem po prostu otworzył drzwi do pokoju gościnnego. Rozczochrany Arlekin chrapał w objęciach lekko rozmazanej Kolombiny. No, tego to jeszcze nie było. Chris usiłował sobie przypomnieć, w którym momencie ta dwójka dołączyła do imprezy, ale dał za wygraną. Pogrzebał w torebce Kolombiny i znalazł kluczyki. Zostawił aktorom kartkę na szafce, ale sądząc z gęstych oparów przetrawionego alkoholu, zdąży wrócić, zanim wstaną.

Krzysztof Bursztyński i Paweł Rodecki

Chris właśnie zatrzymał się przed domem Rodeckiego i już miał wysiadać, kiedy drzwi wejściowe domu odskoczyły, otworzone dziarsko z kopa. Rodecki zatrzasnął drzwi i z włosem rozwianym i obłędem w oczach, w tempie i stylu zaiste olimpijskim, przesadził niską furtkę jednym skokiem i dopadł zaparkowanego pod jarzębiną malucha. Ruszył z kopyta, wyraźnie pomyliła mu się szutrówka z torem wyścigowym, a stary fiacik z bolidem Formuły 1.
– Za nim! – wrzasnęła entuzjastycznie Czarnopióra, podskakując na siedzeniu pasażera.
– Za nim – zgodziła się Gołębica z tyłu. – Zanim zrobi krzywdę sobie albo innym.
Pod dworcem Paweł Rodecki wbił fiacika między drzewo a wrak poloneza i machając nerwowo rękami przebiegł przez ulicę na czerwonym świetle, prawie wpadając pod furgonetkę z napisem „Wrocławski Teatr Pantomimy“, po czym, dysząc ciężko z wysiłku, zniknął w czeluściach dworca.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 28-07-2008 o 23:10.
Asenat jest offline  
Stary 28-07-2008, 20:21   #5
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 6266 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację
O dziwo kluczyki były na swoim miejscu, co stanowiło wyjątek w dziwnym domu Rodeckiego. Sam Paweł, niewiele myśląc na ten temat, rzucił się w stronę drzwi, ściskając klucz jakby był największym skarbem. Był pewien, że gdyby teraz mu wypadły, już nigdy by ich nie odnalazł. A w każdym razie zapomniałby odnaleźć…

Mężczyzna wywarzył z kopa drzwi, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim wozie- małym fiacie 126p. Przeskoczył przez płot i jednym płynnym ruchem wpadł do malucha i wsadził klucz do stacyjki. Po przekręceniu usłyszał charakterystyczne buczenie dobrze utrzymanego silnika. Natychmiast docisnął pedał gazu i chwycił za sprzęgło, co spowodowało dosłowne wystrzelenie autka.

W końcu Paweł zaparkował pod dworcem, o ile można taka nazwać maksymalne wykorzystanie wolnej przestrzeni pomiędzy drzewem i innym zaparkowanym wozem. Prawdę mówiąc to istny cud że rozpędzony maluch dotarł na miejsce w jednym kawałku. Tak czy siak Rodecki wybiegł z autka i pobiegł w stronę dworca, modląc się w duchu żeby młody Eteryta czekał gdzieś w dworcowej kafajce i powoli wcinał hamburgera.

- Technik! Technik z…Gdańska? Krakowa?! Łodzi?! Z dużego miasta technika szukam, z pociągu co przybył tu sześć godzin temu! Jest tu ktoś taki?!- wydarł się na cały peron, biegając jak głupi po całym budynku i sprawdzając wszystkie kafejki. Niestety, Syn Eteru najwidoczniej się ulotnił.

I wtedy właśnie dotarło do Rodeckiego, co zrobił. Młody mógł wyjść z dworca znudzony czekaniem na Pawła i postanowić udać się do jakiegoś hotelu. Był sam, w wielkim, nieznanym mieście i pewnie z niewielkim zapasem pieniędzy. Mogli go też porwać technokraci. Wtedy…

Eteryta zamachał energicznie głową, odpędzając od siebie złe myśli. Minęło tylko kilka godzin! Nie mógł być daleko! Jeśli miał rozum, to zajął miejsce w hotelu gdzieś niedaleko, tak żeby mógł zostać odnaleziony. Przecież nawet dziecko wie, że jak się zgubi to ma czekać w jednym miejscu aż nie zostanie zawołane przez mamę!

Kartka!

Rodecki zaczął energicznie przeszukiwać kieszenie, modląc się o to, żeby w całym tym zamieszaniu zabrał ze sobą dane Eteryty. Musiał je zabrać! Przecież tu są budki telefoniczne. Zawsze znajdzie się te kilka groszy na rozmowę. A wtedy wszystko się wyjaśni!

Tylko musi znaleźć tą cholerną kartkę! Przecież nie był taką gapą żeby jej nie zabrać!

Prawda?
 
Kaworu jest offline  
Stary 03-08-2008, 21:36   #6
 
Vincent's Avatar
 
Reputacja: 50 Vincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodzeVincent jest na bardzo dobrej drodze
Chris, Wrocław, 8 stycznia, godzina 1:15.



- Mi idzie trochę gorzej. – powiedział Chris, gdy Iza pochwaliła mu się swoimi wynikami na studiach. Poprawił czarno-żółtą opaskę na lewym przedramieniu. – Wyrzucili mnie z UW.
- Za co?
- Za kilka rzeczy – młody, dobrze zbudowany chłopak uśmiechnął się do brunetki siedzącej obok niego.
- Wymień coś. – poprosiła go.
- Skąd miałem wiedzieć, że trafię na prowadzącego, który akurat czyta całe prace zaliczeniowe? Myślałem, że nikt tego nie czyta…
- Hmm? A co w niej miałeś? W ogóle, o czym to miało być? – zainteresowała się dziewczyna. To chyba był nagły przebłysk trzeźwości.
- „Gnoza - herezja wczesnego chrześcijaństwa” - wyrecytował z pamięci nagłówek swojej pracy. – Przecież napisanie tego zajęłoby z miesiąc… Moja praca składała się z jednej strony wstępu, jednej zakończenia, pięciu stron przepisów na gofry i kilkunastu z informacjami o broni atomowej. – Iza zaczęła się śmiać, a Chris zamówił sobie kolejnego drinka.
- Gdzie mieszkasz? – zapytała dziewczyna po chwili. Chris przeniósł swoje brązowe oczy z barmana na nią.
- We Wrocławiu, oczywiście – odpowiedział trochę zdziwiony.
- Ale mi chodziło o to, skąd jesteś?
- Nadal nie jarzę, z Polski?
- Nie!...
- Tak! Wrocław jest w Polsce, powinnaś o tym wiedzieć. – dziewczyna ponownie zaczęła się śmiać, opierając się o wytatuowaną rękę chłopaka.
- Nie, mi chodziło o to gdzie masz rodzinę, a nie gdzie teraz mieszkasz, wiesz?
- A co ci się na takie tematy zebrało? Gdybym chciał gadać o takich pierdołach, to bym się umówił z profesorem Gejowskim… znaczy się Bejowskim. Wiesz, że tę ksywkę też ja wymyśliłem?
- Taa… wszyscy wiedzą. Bardzo popularna, swoją drogą. – powiedziała nie odrywając głowy od ramienia Krzyśka. Położyła dłoń na jego nogę.
- Ty chyba też potrzebujesz drinka, skoro chcesz ciągnąć temat naszego homo-profesora. Barman, dla niej to samo, co wcześniej.
- Nie chcę już mojito, za słodkie. Chcę to, co ty. Co pijesz?
- Old Canada z Colą – powiedział Chris do dziewczyny i skinął głową na barmana, który słyszał tę rozmowę. Chris zdjął muszkę z szyi. – Chcesz? Ładnie pachnie.
- Co ty, striptizerka jesteś? Wepchniesz mi to w usta?
- Nie. – powiedział maczając końcówkę materiału w swoim drinku, po czym włożył ją do stanika brunetki. Zaczęli się śmiać. Gdy przestali, Chris położył lewą dłoń na jej karku i przemieścił ją w górę, lekko podnosząc jej włosy. Dziewczyna lekko rozwarła usta i zamknęła oczy. Trochę kręciło jej się w głowie, ale było to bardzo przyjemne. Było jej ciepło, słodko… bezpiecznie. Poczuła ruch obok siebie, a po chwili drugą dłoń Chrisa, nisko, na jej biodrze. Otworzyła oczy i ujrzała jego twarz. Uśmiechnęła się i jej powieki ponownie opadły. Pocałował ją, a ona przesunęła swoją dłoń z jego kolana w stronę krocza. Westchnęła ciężko, gdy Chris zatopił się w jej szyi, dotykając jej językiem i ustami. Dopili swoje drinki i wyszli, kierując swoje kroki w stronę Pasażu Grunwaldzkiego, obok którego mieszkała Iza.



Chris, Wrocław, 31 lipca, godz. 16.40



Krzysiek, gdy wstał wyglądał okropnie, co nawet po imprezie rzadko mu się zdarza. Jego włosy wyglądały jak stara szczotka do podłogi, a ciuchy śmierdziały dymem, alkoholem, dragami, pizzą… no, po prostu bardzo śmierdziały. Ból głowy i kwas w ustach mocno psuły mu humor, a nastrój Gołębicy i Czarnopiórej wcale nie poprawił mu samopoczucia. Prysznic i półtora litra mineralnej, nie gazowanej jak zwykle okazał się zbawieniem. Ogolił się, założył jeansy, jakąś niebieską koszulę z szafy Kamila, psiknął swój ulubiony Dolce & Gabbana – The One na włosy oraz nadgarstki po czym zabrał się za śniadanie. Zadzwonił Stefan i poprosił o sprawdzenie, co się dzieje z Rodeckim – osobą, żyjącą w swoim własnym świecie i nie bardzo rozumiejącą, co się dookoła dzieje. Przynajmniej w ocenie Chrisa był kimś takim.
– Dobra. – powiedział Chris. I tak nie miał co robić.
– Wynagrodzę ci to – galopował Stefan.
– Powiedziałem, że dobrze.
Krzysiek włożył swoją komórkę i portfel w spodnie, wziął auto Kolombiny i ruszył do mieszkania Pawła. Gdy dojechał, Rodecki właśnie wybiegał z mieszkania.
- Hej! – rockman krzyknął do niego, ale ten nie zareagował.
- Paweł! – spróbował ponownie, lecz chłopak wskoczył do fiata i ruszył paląc gumę.
- Za nim! – wrzasnęła entuzjastycznie Czarnopióra, podskakując na siedzeniu pasażera.
– Za nim – zgodziła się Gołębica z tyłu. – Zanim zrobi krzywdę sobie albo innym.

Chris westchnął i ruszył za nim W sumie zobaczył, że z Pawłem wszystko OK i mógłby już wrócić do domu, ale dziewczyny nie dałyby mu spokoju. Zaparkował auto na przystanku taksówek koło dworca. Chyba nie odholują auta, może obędzie się bez mandatu… a z resztą, przecież to nie moja bryka - pomyślał Krzysiek poszedł za Pawłem. Gdy go dogonił, przez chwilę przyglądał się jego desperackim próbom znalezienia chłopaka, po czym zagadał:
- Cześć Paweł, zapomniałeś odebrać małego z dworca? Luz, callnę do Stefcia, poczekaj. – powiedział wybierając numer i odgarniając z czoła swoje dwudziesto-kilku centymetrowe, czarne włosy –Stefan, cześć, jestem z Pawłem na dworcu, tylko że Dominika pewnie zabrała już młodego. A, no tak, Dagmara. Wiesz może, gdzie oni są? – zapytał, a po chwili, patrząc na zdezorientowanego chłopaka obok siebie zadał jeszcze jedno pytanie - Poszukać go razem z Pawłem?
 

Ostatnio edytowane przez Vincent : 09-08-2008 o 16:58.
Vincent jest offline  
Stary 04-08-2008, 22:04   #7
 
Mical von Mivalsten's Avatar
 
Reputacja: 13 Mical von Mivalsten nie jest za bardzo znany
As the sun breaks, above the ground,
An old man stands on the hill.
As the ground warms, to the first rays of light
A birdsong shatters the still.

Monotonna podróż pociągiem upłynęła młodemu eterycie na słuchaniu równie monotonnej muzyki. Jeśli w brańży muzycznej można zdefiniować jakieś stałe, to zdecydowanie jest to muzyka Ironów, niezmienna przez ponad 20 lat.

His eyes are ablaze,
See the madman in his gaze.


Inna sprawa, że mimo monotonności, Ajroni mieli zawsze genialne teksty, które z powodzeniem można było dopasować do prawie każdego nastroju, więc bardzo szybko stali sie zespołem na smutne i wesołe chwile. Przy huśtawce nastrojów przeciętnego nastolatka taki zespół to złoto, nie dziwił więc chyba nikogo fakt, że nawet mimo monotonności wygrywali oni z każdym innym zespołem, który próbował na dłużej zagościć na empetrójce Marka.

Fly on your way, like an eagle,
Fly as high as the sun,
On your way, like an eagle,
Fly and touch the sun.


Dworzec we Wrocławiu nie był właściwie nawet taki brzydki. Ba, w porównaniu do peerelowskich bunkrów z Warszawy sprawiał nawet przyzwoite wrażenie, ale Marek nie czuł się tutaj zbyt dobrze. warszawskie geny oczywiście nakazywały mu czuć się wszędzie jak pan i władca lecz mimo to odwiedzanie innych polskich miast nie było ulubionym zajęciem eteryty. U siebie miał wszystko czego potrzebował, więc poza miasto wyjeżdżał li tylko na wakacje.

Now the crowd breaks and a young boy appears
Looks the old man in the eye
As he spreads his wings and shouts at the crowd
In the name of God my father I fly.


- Tak mamo, dojechałem. Nie, nie było żadnych opóźnień. Tak, zabrałem wszystko. Dobrze, będę na siebie uważał. Dobrze, pozwiedzam. Tak, porobię zdjęcia. Kończę... Naprawdę. Muszę zadzwonić do profesor Zacharskiej. Nie, nie musisz tego robić za mnie. Tak, jestem tego pewny. Naprawdę. Pa. - Marek rozłączył się mrucząc pod nosem. Oczywiście, wiedział, że to wszystko troska, ale, na Boga, miał już 17 lat i mógł już zwykle kupić piwo bez żadnych problemów.

His eyes seem so glazed
As he flies on the wings of a dream.
Now he knows his father betrayed
Now his wings turn to ashes to ashes his grave


Marek siedział na jakimś murku na peronie i zatopiony w muzyce kreślił cyfry w dużym, akademickim zeszycie a godzina oczekiwania minęła jak z bicza strzelił.
- Dzień dobry, pani profesor.
- Marku, stało się coś?
- A nie, właściwie to nie, ale zrobiłem już parę całek z Kiełbasy a jeszcze nikogo nie ma.
- Aha. To licz dalej a ja do kogoś zadzwonię.



Fly, on your way, like an eagle,
Fly as high as the sun,
On your way, like an eagle,
Fly as high as the sun.
On your way, like an eagle,
Fly, touch the sun
On your way, like an eagle,
Fly


- Obawiam się, że musisz po prostu cierpliwie poczekać.
- Długo?
- Nie wiedzą, niestety, ale postarają się coś z tym zrobić. Po prostu nie ruszaj się z miejsca, poczytaj coś i niedługo Cię odbiorą.
- D´accord!
- Wprawdzie Marek nie znał dobrze francuskiego, bo uczył się języka raptem pół roku, ale parę słówek wymówić potrafił, a że jego mentorka nie pałała zbytnia miłością do naszych zachodnich braci wolał nie używać w jej obecności szlachetnej, niemieckiej mowy.

Fly as high as the sun.


Bruce Dickinson zakończył właśnie kolejny kawałek swoim popisowym zawodzeniem, gdy przed pogrążonym w cyfrach Markiem stanęła jakaś kobieta mówiąc coś, co zagłuszały słuchawki. Ten wyciągnął je szybko, akurat by usłyszeć, jak ta się przedstawia.
- Marek Różogórski, bardzo mi miło panią poznać. - Zaiste, było mu miło, bo pani Dagmara prezentowała się nad wyraz urodziwie. Gdyby tylko miała te siedem, może osiem lat więcej... Marek zaczął pakować do podręcznego plecaka stary i gruby zbiór zadań z fizyki, by po chwili zarzucić torbę na ramię i ruszyć za swoją przewodniczką. Gdy wstał, miał mniej-więcej 180 centymetrów wzrostu, zadbane, kręcone włosy sięgajace ramion i raczej normalną sylwetkę, która nie zdradzała symptomów zapadniętego mostka. Nosił się na czarno-zielono, w wojskowe bojówki i koszulkę z dużym, zielonym okiem informującą, że oto przed obserwatorem stoi fan Comy.
Z zaciekawieniem obserwował, jak policjant bez wystawienia mandatu odchodzi od ich samochodu zastanawiając się, czy to tylko wdzięk, czy może jakiś magyczny efekt.
- Mam nadzieję, że nic poważnego się nie stało? - Zapytał z troską, zaczesując palcami grzywkę za ucho, gdy już wsiadł do samochodu. - Dziękuję, mam swoje. - Powiedział, wyciągając z plecaka nową paczkę papierosów marki djarum. - Może to zabrzmi szczeniacko, ale wolałbym, żeby moja mentorka się o tym nie dowiedziała. Rodzice to przy tym małe piwo. No i nie chcę sprawić jej zawodu. - Powiedział, podając pani Dagmarze ogień i/lub papierosa. Po chwili z namaszczeniem zaciągnął się dymem. Z wyglądu nie miał więcej, niż osiemnaście lat.
 
Mical von Mivalsten jest offline  
Stary 07-08-2008, 21:51   #8
 
echidna's Avatar
 
Reputacja: 563 echidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemu
Dagmara zahamowała gwałtownie cudem unikając stłuczki z zielonym Fiatem Bravo. Wrocław w godzinach szczytu nie był miastem przyjaznym kierowcom. Upał, tłok, brak miejsc na parkingach i kilometrowe korki sprawiały, że spokojny Kowalski stawał się krwiożerczą bestią gotową na wszystko. To była jedna z tych rzeczy, których kobieta nienawidziła w tym mieście. Z drugiej strony... tutaj sytuacja wyglądała o niebo lepiej niż w Dublinie, czy nawet Oxfordzie.
Magini uśmiechnęła się zapalając swojego Davidoff'a.
- Spokojnie. Twoje układy z mentorką to nie mój interes - powiedziała z cieniem ironii w głosie. - ...ale nie zdziwiłabym się, gdyby ona od dawna wiedziała - dodała po chwili. - I nie mów do mnie per "Pani". Aż taka stara nie jestem. Mam na imię Dagmara - rzuciła po czym uśmiechnęła się przyjaźnie.
Korek powoli posuwał się do przodu. Zdenerwowana Dagmara bębniła palcami w kierownicę. W radiu cicho brzmiał przebój z "Titanica".
Minęło trochę czasu zanim Dagmara i Marek dotarli do centrum miasta. Czarne Audi A8 krążyła chwilę wśród śródmiejskich uliczek, by wreszcie zatrzymać się w cieniu rozłożystego kasztanowca.
- No to jesteśmy! - stwierdziła kobieta. - Zanim pojedziemy do tego twojego "opiekuna", zjemy coś.
Szli chwilę ulicą zanim kobieta zatrzymała się. Westchnęła z zadowoleniem i z uśmiechem powiedziała:
- Witaj na Pasażu Niepolda. Oto rozrywkowe centrum naszego pięknego miasta - powiedziała wykonując ręką zapraszający gest.

Pasaż Niepolda prezentował się całkiem przyjemnie. U góry błękitne niebo, nieco niżej odrestaurowane XIX-wieczne kamieniczki, pod spodem zaś kostka brukowa i kilkanaście knajp, które samym widokiem zachęcały do odwiedzenia.
Dagmara stała jakiś czas rozglądając sie z wyraźną satysfakcją. Wyremontowane kamienice faktycznie warte były podziwiania - zwłaszcza ta naprzeciwko magów, w kolorze ceglanym, z dużą płaskorzeźbą z piaskowca przedstawiającą dwóch rzemieślników odpoczywających na kolumnie oraz okazałą bramą wjazdową również wyłożoną piaskowcem.

Niebawem oboje ruszyli w kierunku sympatycznie zapowiadającego się pabu. Tuż pod płaskorzeźbą, obok bramy stał drewniany podest przykryty dachem. Dwóch kelnerów rozkładało na nim stoliki, zapewne w oczekiwaniu na gości, którzy mieli tu się bawić wieczorem. Większość stolików nie była jeszcze rozłożona, ale najwyraźniej knajpa była już otwarta, bo Dagmara pewnym krokiem ruszyła do środka. Zatrzymała się jeszcze tylko na moment, tuż przed wejściem na ganek. Wskazała na czerwony szyld na którym złote litery ozdobione czterolistną koniczyną głosiły "Celtic Pub & Restaurant"

- A oto i moja ulubiona knajpa - powiedziała z dumą w głosie, po czym weszła do środka.
Celtic Pub, podobnie jak cały Pasaż, prezentował się przyjemnie, można by nawet powiedzieć, że przytulnie. Tuż przy wejściu można było zauważyć okrągłe stoliki przykryte lnianymi obrusami, a wokół nich po 4 fotele o niskich oparciach. Nieopodal witryny stał kominek, nad nim porozwieszano obrazki reklamujące różne alkohole, a trochę dalej ze ściany wystawał fragment dębowej beczki. Podobna baryłka stała na parapecie.

Wchodząc głębiej nie sposób było przeoczyć baru wyposażonego w bogaty asortyment alkoholi, a także młodziutką barmankę o ładnej buzi. Przy jego blacie stało kilka wysokich krzeseł o miękkich oparciach. Na jednym z nich spoczywał mężczyzna w garniturze, z teczką. Sączył jakiegoś drinka.

Na lewo od baru znajdowały się schody prowadzące do podziemnej części baru. Właśnie tam Dagmara poprowadziła chłopaka.
Ściany niższego poziomu wyłożone były rudą cegłą, podobnie jak faliste sklepienie. Tutaj również znajdował się bar otoczony rzędem krzesełek. Na ceglanych filarach podpierających sufit porozwieszane były średniowieczne miecze i topory nadające pomieszczeniu niepowtarzalny klimat. W całym pomieszczeniu królowała delikatna pomarańczowa poświata sącząca się z lamp porozstawianych w różnych miejscach.

Dagmara usiadła przy stoliku w jednej z zatoczek utworzonych przez dwie równoległe ściany. Było to miejsce na tyle ciche i spokojne, by magowie mogli swobodnie rozmawiać nie przejmując się ciekawskimi podsłuchiwaczami.
Mimo wczesnej jeszcze godziny pub powoli napełniał się ludźmi. Bar okupowało kilku zmęczonych życiem studentów, ale trudno było powiedzieć, by w pomieszczeniu panował tłok i zaduch. Temu ostatniemu skutecznie zapobiegała klimatyzacja.
Niebawem zjawił się kelner. Chciał zostawić karty i odejść, ale Dagmara już dokonała wyboru. Zamówiła sobie i chłopakowi porządny obiad - frytki, kurczaka, jakąś surówkę i coś zimnego do picia. Kelner zapisał zamówienie w swoim notesiku i odszedł.
- Mamy jeszcze trochę czasu, zanim przyniosą jedzenie - powiedziała. - Możemy porozmawiać. Jak ci się podoba Wrocław?
 
__________________
W każdej kobiecie drzemie wiedźma, trzeba ją tylko w sobie odkryć.
echidna jest offline  
Stary 09-08-2008, 09:22   #9
 
Mical von Mivalsten's Avatar
 
Reputacja: 13 Mical von Mivalsten nie jest za bardzo znany
Młody eteryta nie był raczej koneserem sztuki, zabytków czy czegokolwiek innego. Mimo tego, że rozumiał, ze pani Dagmara chce mu pokazać ładniejsze części miasta, jakoś nie potrafił z siebie wykrzesać wielkiego entuzjazmu. Nie mógł już się doczekać zajęć, o których mówiła prof. Zacharska i to ta sprawa pochłaniała większość myśli chłopaka.
- Nie jest brzydki, właściwie. - Odpowiedział chłopak, ciekawie rozglądając się po pubie w staroświeckich, lotniczych goglach, tworząc w wyobraźni plan pubu. Po paru chwilach schował gogle do plecaka i odwrócił wzrok w kierunku Dagmary.
- Pasywny filtr eteralny, soczewki z domieszką Hermium o zmiennej ogniskowej. Rocznik 73, wykonane w laboratorium warszawskiej fundacji. Piękna rzecz. - Dopiero w tym momencie można było dostrzec w jego oczach błysk radości i pasji.
- Jeśli mogę spytać: jakimi sferami władasz?
 
Mical von Mivalsten jest offline  
Stary 14-08-2008, 21:47   #10
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 6266 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację
Rodecki był zrozpaczony. Zawiódł, zawiódł na wszystkich frontach. Nie miał numeru Eteryty, spóźnił się o dobre sześć godzin i nie wiedział nawet jak wyjaśnić to swoim przełożonym z Fundacji, których nawiasem mówiąc pamiętał jak przez mgłę. Nie ma co- cudowna sytuacja.

I kiedy cały świat zwalił się Pawłowi na głowę, zjawił się on. Rodecki przysiągłby, że wyrósł spod ziemi. Znał Eterytę i zaraz wykręcił numer do kogoś, kogo śmiało można było nazwać „Wielkim Bratem”.

Mężczyzna przysłuchiwał się rozmowie, nieśmiało patrząc w stronę tajemniczego wybawiciela. Było mu wstyd, ze znowu wpadł w tarapaty, ale najbardziej piekła go męska duma, nakazująca rozpoczęcie samodzielnych poszukiwań. I nie chodziło wcale o to, ze ktos mu oferował pomoc. Sęk w tym, że znowu traktowano go jak małe dziecko, które trzeba trzymać za rączkę. A przecież gdyby wyznaczyli mu sektor do przeszukania, z pewnością znalazł by chłopaka.

Gdyby wyposażono go w portret, spis danych osobowych i tłum przyjaznych, wyrozumiałych ludzi…

-Bardzo przepraszam za kłopot- wybąkał pod nosem, zażenowany kolejna wpadką.

- Wiem wiem, znowu zawiodłem! Nie patrz tak na mnie- komórka zawieruszyła się w warsztacie, kartka została przykryta przez rachunek od TP, który oczywiście zapomniałem uregulować. Naprawdę się starałem! Pomalowałem to małe papierowe badziewie markerem i zaznaczyłem datę w komórce. Gdyby nie ta cholerna miniaturyzacja wszystko poszłoby jak po maśle!- próbował się usprawiedliwić przed nieznajomym.

Oczywiście, była to szczera prawda. Rodecki potraktował zadania bardzo poważnie i tym razem udałoby mu się wywiązać z zobowiązań. Niestety, nikt nie mógł przewidzieć nieszczęśliwego zbiegu okoliczności.

- Ten Mariusz pewnie się zgubił w tym mieście. Może być wszędzie- w hotelu, biurze informacji turystycznej, pociągu do domu. Poszedł na posterunek policji? Albo zajął pokój w jakiejś pobliskiej noclegowni! Przysiągłbym ze gdzieś tu była noclegownia prowadzona przez zakonnice! Nie możemy tak stać, zróbmy coś- wybuchł, pragnąc jak najszybciej zająć się czymkolwiek, byle tylko nie myśleć o tym, co się stało. Był pewny, że jeśli szybko zadziała to uda mu się odnaleźć chłopaka i wszystko się jakoś ułoży.
 
Kaworu jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:46.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169