Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-09-2011, 01:00   #1
 
Avaron's Avatar
 
Reputacja: 399 Avaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetnyAvaron jest po prostu świetny
[Wewnętrzny Wróg] Pomylona Tożsamość




Wewnętrzny Wróg



Pomylona Tożsamość




Pośród bezkresnego nieboskłonu, wśród poszarpanych wichrem obłoków powoli, na szeroko rozpostartych skrzydłach szybował majestatyczny orzeł. Wiatr niósł go przez Stary Świat, który majaczył gdzieś daleko w dole. Lecz przed jego wzrokiem nic nie mogło się ukryć.

Bystre oczy króla ptaków widziały wielkie ludzkie władztwo - bodaj największe w całym świecie. Widziały mozół i trud wielu pokoleń ludzi, którzy każdego dnia dokładali swą cegiełkę w wielkim gmachu jakim było Imperium. Jego spojrzenie omiatało chłopów, którzy codzienną pracą wydzierali nieurodzajnej ziemi gorzki chleb powszedni. Spoglądał na kupców, którzy z narażeniem życia przemierzali niebezpieczne trakty. Widział rosnące miasta, nad którymi górowały strzeliste wieże sigmaryckich katedr, a między miastami dostrzegł potężne oddziały imperialnej armii, która w imię cesarza Karla-Franza szły na kraniec świata. Widział bogactwo i potęgę. Widział całą chwałę Imperium - silnego, nowoczesnego i pięknego!

Ale oczy orła były bystrzejsze niż czyjekolwiek inne. Nie tylko wspaniałość i splendor widział. Widział hordy zielonoskórych barbarzyńców, którzy tylko czekali na upadek ostatnich krasnoludzkich twierdz, by zanieść ludziom ogień i miecz. Widział zamgloną kraine Sylvanii, gdzie wiatr niósł wołania potępionych dusz. Jego oczy przeszyły ciemne mateczniki drakwaldzkiego boru. Tam skrywały się zmutowane szkaradztwa, by czcić swych mrocznych władców i czekać dnia swej zemsty na tych, którzy ich odrzucili.

Było coś jeszcze, czego żaden człek widzieć nie chciał, ale oczy orła widziały. Widziały potajemne spotkania kultystów o przegniłych sercach, ukrytych między ludźmi mutantów. Widziały chciwość i rodzącą się z niej korupcje, żądnych władzy szaleńców zaprzedanych ciemności. Widziały plugawe rytuały odprawiane na uroczyskach i te odprawiane w zaciszu szlacheckich dworów. Widziały też przemykających w ciemnych zakamarkach miast szczuroludzi... Nawet w przestworzach dało się słyszeć szyderczy śmiech Mrocznych Bogów, drwiących sobie z ludzkiej naiwności.

Orzeł krzyknął dziko i wyzywająco, a szaleńczy chichot umilkł, rozpływając się w nicości. Ptak zanurkował ku ziemi. To była droga jak każda inna, zakurzona i ledwie widoczna pośród gęstwiny lasu. Zwykłe skrzyżowanie szlaków opodal samotnego zajazdu, z którego kominów leniwie ulatniał się pachnący strawą dym. Orzeł krzyknął raz jeszcze widząc wędrowców na szlaku. Przez niebo przetoczył się odgłos gromu, jakby bogowie ciskali po nim kośćmi grając o los śmiertelników. Rozpoczęła się gra...



 
Avaron jest offline  
Stary 01-09-2011, 01:54   #2
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 23387 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
Dietrich Spieler właśnie wychodził z wychodka gdy dyliżans Czterech Pór Roku ruszył w końcu spod wyjścia zajazdu w akompaniamencie trzaskania bata i rżenia poganianych koni. Widać w ciągu tych kilku, a może kilkunastu minut, które mężczyzna spędził w sławojce, woźnicom udało się w końcu unieść ośkę na tyle, by wpasować świeżo dosztukowywane koło na swoje miejsca. Co się jednak przy tym naklęli obaj to ich. Aż służka tej wymuskanej dziewuchy musiała zamknąć drzwi do karczmy, by jej pani mogła chociaż udawać, że nie słyszy ile różnych określeń znali woźnice Czterech Pór Roku na fekalia, oraz to czym bogowie obdarzyli rodzaj ludzki między nogami. Drzwi więc pewnie znowu będzie można otworzyć…

Kierujący dyliżansem woźnica po raz kolejny trzasnął z bata popędzając cztery gniade konie. Ani myślał ściągnąć cugli gdy w bramie zajazdu pojawiła się mała, by nie rzec zasuszona, postać w kolczej koszulce.

- Z droooogiii karyplu!!!!

Karypel, a raczej krasnolud, bo tak bujna ryża broda nie mogła należeć przecież do żadnego halflinga, uskoczył niemal w ostatniej chwili. Zaliczając jednak dodatkowo niezbyt bolesne uderzenie bata, zachwiał się na rozmiękłej ziemi podwórca i runął jak długi w błoto. Podnosząc się Imrak Druzd nawet nie miał już komu chociaż pięścią pogrozić, bo dyliżans wjeżdżał właśnie na drogę prowadzącą do Altdorfu wzbijając kołami w powietrze gęsty obłok grudek ciemnej ziemi.

Mniej więcej to samo mogło obserwować dwóch innych zbliżających się od przeciwnej strony traktu podróżnych. W pierwszym odruchu do głów przyszedł im napad jakiś, ale gdy tylko ich oczom mignął równo wymalowany symbol Czterech Pór Roku sprawa stała się zupełnie jasna. Szczególnie dla Ericha Oldenbacha, który „szyszkę” kojarzył zdecydowanie lepiej niż jego towarzysz. A tym był barczysty krasnolud Gomrund Ghartsson, którego to przypadkowa obecność na trakcie z dużą dozą prawdopodobieństwa oszczędziła Erichowi utarczki ze zbójującymi wokół okolicznych bagien łachmytami. Tym samym ostatnie kilka mil przeszli wspólnie i wspólnie też westchnęli na widok wyłaniającego się zza zakrętu zajazdu. Erich, bo słyszał różne nieprzyjemne rzeczy o okolicy i mokradłach po zachodniej stronie gościńca, a Gomrund, bo niezwykle bolał go fakt, że w jego dzbanku piwa zabrakło już wczesnym popołudniem.

Sam zajazd nie był w żaden sposób niezwykły. Ot karczma z jednym piętrem, dobudowaną obok stajnią i kilkoma budynkami gospodarczymi takimi jak kurnik, czy szopa. Całość otoczona gnijącym płotem, który jeśli przed czymś chronił to co najwyżej przed wilkami. Nawet nazwie daleko było od oryginalności. „Dyliżans i konie”. No chyba, żeby wziąć pod uwagę to, że koni nijakich dostać tu się nie dało. Jedyne wierzchowce jakie znajdowały się w stajni to dwa deresze w zamkniętych oddzielonych od reszty boksach, należące zapewne do właściciela, oraz cztery mieszanej maści wałaszki czyszczone obecnie przez nad wyraz pracowitych stajennych. Poza tym, stajnia stała pusta. I jakoś nie bardzo można się było temu dziwić. Główna droga do Altdorfu przez Kutenholz, choć dłuższa, była zdecydowanie bezpieczniejsza i częściej wybierana przez podróżnych niż nadrzeczny trakt. Tędy poruszały się głównie dalekobieżne dyliżanse, ludzie chcący uniknąć straży dróg, desperaci, którym śpieszno do stolicy i chmary wielkich jak ćmy komarów, które z okazji ciepłego Jahrdrung pobudziły się niezwykle wcześnie.

Konrad Sparren jeszcze schodząc po schodach, słyszał jak do karczmy wchodzą nowi goście. W sumie w krótkim czasie zebrało się jeszcze dwóch krasnoludów i dwóch ludzi. Trudno się było dziwić. Pora była coraz późniejsza, a nocowanie w dziczy mało komu się uśmiechało. Z pewną obawą jednak pomyślał, że i oni mogą zdążać do Altdorfu, a co za tym idzie mogą chcieć skrócić sobie podróż i pojechać dyliżansem Zębatki. Miejsc w środku zapewne była ograniczona liczba…
Zszedł do głównej izby i… przełknął ślinę czując zapach jaki rozchodził się wokół obsługiwanego przez potwornie chudego kuchcika rusztu. Ktoś zdążył zamówić jakąś pieczeninę… Również bulgocząca w saganie nad paleniskiem zupa flisacka zawierająca zapewne wszystko to co mogło złapać się w rybacką sieć po odjęciu ryb, budziła same dobre skojarzenia. Przed zasiąściem do pustego stołu rozejrzał się raz jeszcze po obecnych. Najtrudniej było nie zauważyć dwóch dobrze już podchmielonych mężczyzn, których śmiech niósł życie po całej karczmie. Jedli i pili ile wlezie opowiadając sobie te bardziej i mniej popularne dowcipy i anegdotki.
- A posłuchaj tego Hulz! Wiesz po co bogowie dali kobiecie nogi???
Doskonale zadbana dziewczyna odziana w niepraktyczne jedwabie o wszelkich znanych i nieznanych mu odcieniach koloru niebieskiego co i rusz rzucała im lodowate spojrzenia. Jednocześnie nadal umilała sobie czas owiewając twarz fikuśnym wachlarzykiem, którym co i rusz odganiała od siebie wszechobecne w izbie muchy i komary. Dwie pozostałe towarzyszące jej kobiety raczyły się teraz posiłkiem, choć ta starsza robiła to wystarczająco czujnie by uchwycić spojrzenie, które Konrad zaledwie na sekundę zawiesił na szlachciance. Był też raczący się winem fircykowaty Bretończyk przy szynkwasie. To z nim karczmarz rozmawiał najwięcej. Przynajmniej póki ta czwórka nowych nie przyszła, bo karczmarz swoim gawędziarstwem oszczędził do tej pory, całkiem przezornie zresztą, tylko szlachciankę. A. No i był jeszcze ubrany jak żak, młodzik w kącie izby. Ten jednak wydawał się zainteresowany wyłącznie swoją miską zupy i książką, która obok niej leżała otwarta.

- Witamy w Dyliżansie i Koniach! – zakrzyknął do nowoprzybyłych tęgi jak beczułka piwa pucołowaty karczmarz. Dietricha co prawda już widział, ale w najmniejszym stopniu nie przeszkodziło mu to powtórzyć swoje ulubione powitanie raz jeszcze - Usiądźcie sobie, może tam przy ogniu, będzie wam przyjemnie i ciepło. Czy chcecie jeść i pić? Tak? Ależ oczywiście, najpierw coś do picia. Głupiec ze mnie! Już lecę. Herpin! No ruszajże się żywiej chłopie! Zaraz, zaraz… Ach tak. Więc czego się napijecie?

Do izby jako ostatni wleciał nie wiedzieć którędy czarny kruk, który spoczął na jednym ze stropowych bali podpierających całe piętro. Bystrymi oczkami przypatrywał się nowym gościom.

Był 1 dzień Pflugzeit 2512 roku zaraz po Rozkwitaniu. Piątka podróżnych męłła w kieszeniach bądź pamięci ogłoszenie o pracy dla prawdziwych poszukiwaczy przygód.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin

Ostatnio edytowane przez Marrrt : 01-09-2011 o 02:30.
Marrrt jest offline  
Stary 01-09-2011, 15:02   #3
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Reputacja: 808 Ulli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwu
Imrak Druzd był wzorowym mężem Hildy Druzd i (prawie) nieustraszonym poddanym Kazadora... do czasu. Ten z pozoru typowy i spokojny krasnolud dusił w sobie przez 128 lat życia chęć poznawania świata i sprawdzenia czy za rogiem nie ma może lepszego piwa. Niby wiadomo, że Bugman najlepszy, ale nie jednego psa burek wołają a i krasnoludów sporo poza górami.
Pragnienia te narastały wraz z upływem lat i wzrastającą zgryźliwością Hildy. Zgryźliwość Hildy zaś była powodowana niemożnością urodzenia potomka. Mimo 80 lat pożycia małżeńskiego nie udało się państwu Druzd dać Imperium Krasnoludzkiemu i klanowi nowych krasnoludów. Małżonka Imraka traktowała to jako ujmę na honorze i gdyby tylko nie była kobietą z pewnością zostałaby zabójcą trolli. Nie mając tej możliwości ograniczyła się do katowania męża w łożnicy i rozbijania mu na głowie naczyń kuchennych poza nią.
Imrak widział to zupełnie inaczej. Jako doświadczony krasnolud wiedział, że nawet najlepiej wykuty topór może pęknąć jeśli nim walić bez opamiętania przez 80 lat. Bardzo nie chciał żeby jego topór pęknął „co to to nie!”. Drugą prawdą było, że nie z każdego kawałka kamienia da się wykuć posąg Grungniego. Hilda, co by o niej nie powiedzieć, nie była najbardziej foremnym „kamieniem”. W dniu w którym te prawdy skrystalizowały się w jego umyśle postanowił podzielić się nimi z żoną co skutkowało rozbiciem reszty zastawy kuchennej.
Imrak w trosce o własne bezpieczeństwo zaczął brać roboty poza fortecą. A to wyprawa na orki i trolle, a to zwiad w okolice Czarnego Urwiska. To jednak nie do końca rozwiązywało sprawę, bo zawsze potem wracał do twierdzy i trafiał z łapy żony. W końcu znalazł coś na co czekał.

„Kupiec Jotun poszukuje krasnoludów do eskorty swojej karawany kupieckiej na tereny Imperium.”

Zgłosił się i zabrał na wszelki wypadek trochę zaskórniaków, które udało mu się odłożyć przed żoną. Po dotarciu na miejsce odebrał zapłatę i rozpoczął swoją długą drogę do domu. Droga ta przypadkiem zawsze zbaczała do najbliższej karczmy, przez co mimo upływu miesięcy Imrak ani trochę nie przybliżył się do Karak Azul. Miał czasem z tego powodu wyrzuty sumienia gdy trzeźwiał, to jednak nie zdarzało się zbyt często.
Trafiwszy na ogłoszenie nie zastanawiał się długo. "To powinność wobec ludu Sigmara i okazja do zwiedzenia Gór Szarych (o uniknięciu łap Hildy nie wspominając)."


***

Imrak Druzd, nieustraszony żołnierz krasnoludzkiej armii zmierzał chwiejnym i niecierpliwym krokiem w stronę kolejnego zajazdu na swej długiej drodze ... donikąd. Chwiał się trochę na nogach bo nie do końca wywietrzały z niego wypite w ostatnim zajeździe trunki a niecierpliwie, bo bał się, że wytrzeźwieje nim dojdzie.
Prawdopodobnie przez to stracił wrodzoną czujność i dał się zaskoczyć przez rozpędzonego, świszczącego batem i rzucającego przekleństwa w staroświatowym potwora.
Z początku rozstawił szerzej nogi i uniósł tarczę, jak to czynił setki razy szykując się do odparcia gobliniej szarży, ale zorientowawszy się z czym ma do czynienia, zastosował taktyczny odwrót. Pech chciał, że jedna z nóg uwięzła w błocie a gdy dodatkowo dostał batem całkiem stracił orientację i wyłożył się jak długi na poboczu.

- Bodajciż matka nie rudziła ty gobliński wypirdku!- wyrzucił z siebie gdy poderwał się z błota gotowy zabijać w imię urażonej dumy. Niestety sprawcy krzywdy nie było i jedynymi odbiorcami tych klątw byli dwaj podróżni, zmierzający, jak on, do zajazdu.
Widząc że jednym ze świadków jego krzywdy jest krasnolud na chwilę go zatkało, ale zaraz odzyskał rezon. Otrzepał pospiesznie skórzany płaszcz z błota i skłonił się nadchodzącym.
- Witojcie! Zwę siem Imrak Druzd. Jestyście świdkami myjej krzywdy. Ta kryatura -wskazał ręką uzbrojoną w młot bojowy pusty trakt- zniważyła mni. Przy najbliższej spusobności wymirze sprawiedliwość. Muszem siem was tszymać byście mogli zaświdczyć.
Zamrugał oczami jakby sobie o czymś przypominając.
- Ale najpirw zajazd i kufelek a'le- myśl o napiciu się piwa odgoniła skutecznie myśli o krwawej zemście i sprawiła, że rozpromieniony ruszył przodem do zajazdu.
Gdy karczmarz zaproponował miejsce przy kominku i gościnę, usiadł i zaczął opowiadać o sobie, planach zarobkowych związanym z eksploracją Gór Szarych a także o bitwach, bohaterach, potworach i niezliczonych dziwach na jakie można było trafić w tym dziwnym i niebezpiecznym świecie.
 
__________________
Zawsze zgadzać się z Clutterbane!

Ostatnio edytowane przez Ulli : 01-09-2011 o 15:37. Powód: błąd rzeczowy
Ulli jest offline  
Stary 01-09-2011, 16:12   #4
 
baltazar's Avatar
 
Reputacja: 126 baltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znany
Gomrund „Płomienny Łeb” Ghartsson z domu Rot-Gorr członek klanu Kimril z portu Sjoktraken



Taaaaa to była pierwsza zawiłość, jaką spróbował wytłumaczyć długonogiemu młodzieniaszkowi, z którym przyszło mu spędzić ostatnie godziny drogi… jak to z tymi imionami krasnoludzkimi naprawdę jest. Tłumaczył jak się nadaje imię i skąd nazwisko, o przydomku, domu z którego się wywodziło i o klanie do którego się należało… mówił o tym jak ważne jest też miejsce skąd się pochodzi. Mówił i tłumaczył do czasu aż mu zaschło w gardle i do reszty stracił cierpliwość dla takiej ludzkiej ignorancji mającej w poważaniu tradycję… - A pierdolę, to! Nie zrozumiesz i tyle… nie mój problem. Zatem człeczyno jam jest Gomrund „Płomienny Łeb” Ghartsson z domu Rot-Gorr członek klanu Kimril z portu Sjoktraken. Możesz mi mówić Gomrund Ghartsson, możesz Gomrund, możesz Płomienny Łeb… a możesz po prostu ej ty, chodź się napić! I biorąc pod uwagę fakt, że ten śmierdzący stajnią jegomość dość niewyraźnie gadał to taka forma była jak najbardziej dopuszczalna. Uśmiechnął się przy tym wymownie klepiąc się po pustym bukłaku.

Gormund był wysoki, jak na krasnoluda. Miał pewnikiem ponad półtorej metra wzrostu i ważył dobrą setkę. W barach szeroki, ramiona wielkie jak niejedno męskie udo a przy tym sploty mięśni nie chciały się ukrywać pod tłuszczykiem… nawet brzuch nie przypominał beczułki z piwem jak to w typowej krasnoludzkiej anatomii było w zwyczaju. Widać było, że albo w ostatnich miesiącach ktoś go zmuszał do sporej aktywności fizyczno - ruchowej albo bieda zionęła mu z sakiewki. Pokaźna ruda czupryna wystawała spod hełmu z byczymi rogami. Broda spleciona w warkocz spięty mosiężną klamrą tak by nie plątała się w walce. Do tego zawzięta gęba i krzaczaste brwi zmarszczone sprawiały wrażenie jakby z każdej strony spodziewał się zaczepki i był gotowy na jej odparcie! Na ubranie miał zarzuconą koszulkę kolczą, przez plecy przewieszoną okrągłą tarczę… i w ogóle sporo broni. Po prawdzie to można by nią obdzielić kilku wieśniaków z pospolitego ruszenia. Co ciekawe nie miał tak typowych dla swoich pobratymców ani topora ani młota. Jego głównym orężem był miecz – wykuty i przyozdobiony na północną modłę. Nieco krótszy od tych imperialnych i do tego praktycznie bez jelca. Trzon był powleczony grawerowaną skórą, a głownia była szersza niż te na co dzień spotykane w tych stronach.


Oprócz oręża i zbroi o jego północnym pochodzeniu świadczył tatuaże pokrywające ramiona i plecy w typowej dla Norsmenów stylistyce z morskim smokiem oplatającym jego bicepsy i barki oraz ze złączonymi trzema trójkątami na plecach. No i rzecz jasna permanentne narzekał na niezwykle upalne „lato” z typowym, nieco charczącym akcentem.


Zastanemu w błocie krasnoludowi chwilę się przyglądał i w odpowiedzi przystał na jego nader rozsądną propozycję. Kurz z traktu boleśnie drapał jego delikatne i wymagające nieustannego zwilżenia gardło. Przedstawił się jednak tak jak do tego przyzwyczajone były klany zza morza wymieniając kolejno imię swoje i ojca, przydomek i wszystko czego od niego wymagała etykieta krasnoluda z Norski. Zajazd raczej wyglądał na jakąś szopę czy inszy kurnik, który swoją lichością wręcz odstraszał. Jednak jak większość przybytków tego przeznaczenia krył w swoim wnętrzu piękną obietnicę chłodu i możliwość ugaszenia pragnienia.

Karczmarz nad wyraz rozgarnięty jegomość szybko zwietrzył zarobek odpowiednio ich potraktował. Tedy właściwie jeszcze w drzwiach Gomrund wysapał zamówienie – Kufel piwa, a żywo karczmarzu… a potem kufel piwa i jakiegoś pieczystego. Ino żeby to bydle, z którego było zrobione nie pamiętało czasów poprzedniego cesarza. Bom ledwo co wydłubał z zębów to łykowate ścierwo, którym mnie uraczyli w poprzednim ptfuuuu – tu splunął bez skrępowania na klepisko – zajeździe. Po czym skierował się do wskazanego stolika. Nim dotarł na miejsce rzucał na lewo i prawo ciekawskie spojrzenie po obecnych. Po czym zrzucił z pleców część ekwipunku, poluzował pas i rozsiadł się wygodnie za solidnym stołem.

Z uwagą wysłuchał opowieści Imrak’a… sam jednak jakoś specjalnie wylewny nie był. Może było to spowodowane tym, że mocno koncentrował się na swoim talerzu a może czymś inszym. Ot stwierdził tylko, że podróżuje z Marienburg’a i też rozgląda się za jakimś zajęciem. Kiedy przyleciało ptaszysko chwilę poświęcił mu swojej uwagi zastanawiając się, co to za oswojone stworzenie z niego musi być?

- Istotnie wyprawa w Grár Toppur widzi mi się też dość kusząca. Wprawdzie wnerwił mnie ten pisarzyna niemożebnie... no ale w porę się zreflektował, kto najbardziej się do tego przedsięwzięcia nadaje. A i jak tam długouchych nie będzie to nawet lepiej. Skwitował niefortunne umieszczenie krasnoludów w jednym szeregu z tchórzami, włóczęgami... i ptfuuuuu elfami. Raz jeszcze przyglądnął się zerwanemu obwieszczeniu i odczytał je. – A jak ty się na to Eriś na to zapatrujesz? Te dwadzieścia złociszy na dzień to nader godziwy zarobek tak mi się widzi. Ino czy ten cały von Taseninck nie jest jakimś dusigroszem co to potem zapomina swoim ludziom zapłacić za robotę?

Sam był w sumie zdecydowany na udział w przedsięwzięciu no bo i nic lepszego nie zapowiadało się, że go spotka. Dlatego też i po prawdzie odczytał to nader głośno aby może i kogo jeszcze zainteresować. Wprawdzie dwa krasnoludy to równowartość dziesięcioosobowej drużyny no ale jak pisali o drużynie to im więcej by się ich zebrało tym lepiej. No bo tak w pojedynkę do jego koronowanej ekscelencji nie godzi się chodzić. Jak drużyna to drużyna... tym bardziej, że z tego co wie do Aldorfu jeszcze parę dni drogi jest to i ewentualne plewy można by odsiać.

- Karczmarzu, przynieś no jeszcze kufel tego piwa... a i masz tu za nocleg we wspólnej.
Mówił właściwie przez całą salę do znajdującego się przy szyknwasie właściciela. – A jak ktoś chce dołączyć do drużyny to właśnie jest formowana i pewnikiem będziemy wyruszać o świcie! Rzucił do reszty.

Potem przyszedł czas na kolejny kufelek... nie omieszkał też zagadnąć karczmarza o tego całego księcia cóż to za jeden no i o wyprawę. Czy wiedział coś więcej i co za potrzeba może tam kierować uwagę jego ekscelencji i czy przypadkiem nie było już wcześniejszych takich wypraw, o których ślad zaginął. Tak, karczmarz wydawał się być odpowiednią osobą aby pogawędzić z nim chwilę. Rzecz jasna nie omieszkałby pogadać z jakimś chętnym do całej tej ekspedycji... a potem kufelek i karty. Niestety w sakiewce już dużo nie było tedy nie zamierzał zgrać się więcej niż jednego srebrnika, zatem stawki były nader mizerne.
 

Ostatnio edytowane przez baltazar : 01-09-2011 o 18:31.
baltazar jest offline  
Stary 01-09-2011, 21:14   #5
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 60397 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Dwadzieścia sztuk złota za dzień. Co kryło się w tej ofercie? Bardzo niebezpieczne zadanie, czy też błąd pisarza? Może zwykły szwindel? Tylko jakiemu miałoby to służyć celowi?
Takie myśli krążyły po głowie siedzącego przy stole mężczyzny, delektującego się flisacką zupą, od czasu do czasu spoglądającego w stronę przypiekanego, nadzianego na ruszt kawału mięsa.
Wysoki brunet o brązowych oczach, opalonej twarzy i olśniewająco białych zębach nie wyglądał na kogoś, kto całe swe (acz niezbyt długie) życie spędził pod troskliwą opieką mamusi. Wprost przeciwnie - sprawiał wrażenie, że niezbyt często przebywał pod jakimkolwiek dachem. Jego ubranie, w zasadzie porządne, było w tej chwili nieco podniszczone, w sposób typowy dla kogoś, kto przemierza drogi i bezdroża. Chociaż, co trzeba było przyznać, czyste. W solidnych, skórzanych butach na salonach pokazać by się nie mógł, ale na szlaku - jak najbardziej. Przejrzeć się w nich nie można było, ale ilość kurzu nie dostrzegłaby najbardziej nawet czepiająca się i dbająca o czystość gospodyni.
Konrad, jak to miał w zwyczaju, nie zszedł na posiłek nieuzbrojony. Okalający biodra szeroki, skórzany pas obciążony był z jednej strony solidnie wykonanym mieczem, z drugiej - nożem, który mógł być wykorzystany zarówno do oskórowania sarny, jak i zrobienia w kimś solidnej dziury. Rękojeści tak miecza, jak i noża, świadczyły o tym, że oba te przedmioty nie tylko wisiały spokojnie przy pasie, ale że od czasu do czasu bywały w użyciu.
Można się było domyślić, że Konrad nie jest przedstawicielem żadnej typowo wojskowej profesji. Jego kurtka, chociaż z pewnością mogła ochronić przed niektórymi ciosami, w żadnym wypadku nie mogła zostać zbroją.

Gdy krasnolud nawiązał do organizowanej w Altdorfie wyprawy, Konrad postanowił dorzucić kilka słów do jego wypowiedzi.
- Dwadzieścia sztuk złota to nad wyraz hojna oferta - stwierdził. - Zadziwiająco wysoka - dodał. - Jeśli jest prawdziwa, to wielu śmiałków, straceńców czy zwykłych zjadaczy chleba zechce się na nią połakomić. Tłumy zapewne będą się garnąć do tego księcia, von Tassenincka. Warto by jak najszybciej zjawić się w Altdorfie, by nas inni nie ubiegli.

Gdyby nie ta kwota, oferowana za udział w wyprawie, zapewne omijałby to miasto szerokim łukiem. Za to był pewien, że jak się tam znajdzie, będzie zdecydowanie unikać okolic portu.
 
Kerm jest offline  
Stary 01-09-2011, 23:40   #6
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Reputacja: 808 Ulli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwu
Opróżniwszy pierwszy kufel Imrak beknął przeciągle. Potężnie zbudowany krasnolud okazał się przybyszem z Norski. Zdziwiły go zarówno nienaganne maniery i to że walczy mieczem. Sam w chwili spotkania był zbyt wzburzony by przejmować się grzecznościami.
- Tak winc sami widzicie, że małżyństwo to ni przelywki- powiedział uczonym tonem, zdradzającym dziesięciolecia doświadczeń i kończąc opowieść o swoim życiu.
Istotnie wyglądał na kogoś steranego. Wzrostu był mniej więcej przeciętnego jak na krasnoluda, ale nie był najmocniej zbudowany. Sylwetkę maskował płaszcz i niezwykle bujna, ruda broda sięgająca za pas. Teraz jednak gdy rozebrany ciepłem bijącym od kominka i rozgrzany przez alkohol zdjął wierzchnie okrycie i odłożył obok na ławę rogaty hełm, okazał się być ledwie w połowie taki jak Gomrund.
Pobrużdżona twarz kryła małe załzawione oczka nieokreślonego koloru, zaś czerwony i nieco napuchnięty nochal błyszczał jak nawoskowany. Włosy na głowie były również rude i krótko przystrzyżone.
Słysząc, że Gomrund zamawia kolejny kufel, poderwał się gwałtownie z ławy krzycząc:
-Dla mni tysz! A daj no do tygo minsiwa z rusztu i pajdę chlyba. Tszyba si podtuczyć. Aaa! Śpim tam gdzi tyn krasnolud- wskazał ręką Gomrunda- zapłacem od razu za wszystko.
Siadając, uśmiechnął się przyjacielsko do Gomrunda i wyznał półgłosem, bezbłędnie i płynnie w khazalidzie:
- Dobrze móc porozmawiać z innym krasnoludem tak daleko od domu. Całe życie spędziłem w górach i nie nawykłem do tej ich mowy. Jeśli ruszasz o świcie to chętnie się przyłączę.
Omiótł wzrokiem resztę wędrowców mających chętkę na książęce złoto.
- Tedy jutro idziem do Altdorfu. Jak się pojawi ten leniwy karczmyrz z mojom strywą i pifem to przypilnujta. Ja muszem do wychodka.

Zostawił pod czujnym okiem Gomrunda tarczę, hełm, kuszę, płaszcz i plecak, po czym lekko kulejąc na lewą nogę ruszył ku wyjściu z karczmy. Młot starym żołnierskim zwyczajem zabrał z sobą "Co by wróg nie zaskoczył bezbronnego ze spuszczonymi gaciami."
 
__________________
Zawsze zgadzać się z Clutterbane!

Ostatnio edytowane przez Ulli : 02-09-2011 o 00:05. Powód: dodanie jednej informacji
Ulli jest offline  
Stary 02-09-2011, 12:57   #7
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4582 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację

Bolały go nogi. Czuł każdą pieprzoną milę, jaką musiał przejść do Kutenholz z Brockel. Już dawno odwykł od tak dalekich pieszych wycieczek. Na domiar złego mimo że podróżował traktem middenheimskim żaden furman nie chciał go podwieźć, a przecież co jak co, ale Erich w szerokoskrzydłym kapeluszu, w skórzanym, niebarwionym płaszczu, z rogiem powozowym u pasa i garłaczem na ramieniu wyglądał na woźnicę , jak malowany. Pomimo tego żaden sukinsyn nie podrzucił kolegi po fachu. Banda końskich wypierdków.
W dodatku otarte nogi nie były jego jedyną bolączką. Po ostatnich deszczach Jahrdrunga namnożyło się komarów, które bezlitośnie cięły najmniejszy odsłonięty skrawek ciała podróżnych. W dodatku okolica nie była najbezpieczniejsza, a i zbójców samotny człek mógł spotkać. Zatem gdy Erich zobaczył idącego w tym samym kierunku co on krasnoluda chętnie się do niego przyłączył. Szybko jednak zaczął żałować swej decyzji.
Gomrund, bo tak się nazywał ów krasnolud, przez kilka mil jakie zostały im do zajazdu „Dyliżans i Konie” zanudzał go pierdzieląc coś o swoich przodkach i rodowym nazwisku. Oldenbach słuchał z wyrazem uprzejmego zainteresowania na swej okolonej blond zarostem gębie, lecz jego brązowe oczy były wyraźnie znudzone. Był na tyle obyty, że wiedział, iż z krasnoludami nie warto zadzierać. Zwłaszcza z takimi uzbrojonymi po zęby, które najwyraźniej lubują się w okładaniu innych po mordach. Na szczęście Gomrund sam doszedł do tego, że zawiłości genealogiczne jego rodu mało kogo obchodzą poza nim i dał Erichowi spokój.
Właśnie zbliżali się do zajazdu, gdy nagle zza bramy wyjechał dyliżans Czterech Pór Roku omal nie przejeżdżając jakiegoś innego krasnoluda. Erich podbiegł do poturbowanego.
- Niç çi nie jeşt Panie? – spytał sepleniąc i świszcząco wymawiając głoski.
- Çi z Çzterech Pór Roku, to najgotşze łajzy. Myślą gnoje, że wşzyştko im wolno.
Splunął ze złością na trakt. Gdy mówił Imrak mógł zauważyć, iż Erich nie ma dwóch górnych jedynek.
- Erich Oldenbach. – przedstawił się w odpowiedzi Imrakowi podając prawicę.
Gdy wreszcie dotarli do środka nawet nie specjalnie zwrócił uwagę na gospodarza Dietricha i całą resztę gości. Usiadł na najbliższej ławie i powoli, w miarę delikatnie zdjął buty, a później onuce. Posiedział tak chwilę ciesząc się swobodą dla swoich stóp.
- O bogowie jaka ulga. – stwierdził z wyrazem błogości na twarzy.
Dopiero teraz rozejrzał się po sali na dłuższą chwilę zatrzymując wzrok na dwóch podchmielonych mężczyznach. Znał ich. Jeden miał na imię Hulz, a drugi … wyleciało mu z głowy. Obaj jednak byli woźnicami z Zębatki. Erich zaś miał dość podróżowania pieszo.
Tymczasem Gomrund poruszył kwestię ogłoszenia jakie widzieli po drodze, a którego treść niepiśmiennemu Erichowi przybliżył krasnolud. Do rozmowy włączył się jakiś chłopak najwyraźniej pomimo wątpliwości zainteresowany 20 franzami wynagrodzenia. Dwadzieścia koron, tak to było dokładnie dwa razy tyle ile miał w sakiewce Oldenbach.
- Mnie tam w Şzare Góry nie çiągnie, ale i tak zmierzam do Altdorfu, ale nie na nogach. Dzięki şerdeçzne. Widziçie tych dwóch pijusów? – wskazał kciukiem na podchmielonych i dowcipkujących mężczyzn.
- Powożą dyliżansem Zębatki na traşie do Middenheim. Pogadam z nimi, może wcześniej dotrzemy do ştolyçy. – puścił oko do świeżo poznanych kompanów.
Powoli założył z powrotem onuce i buciory i podszedł do mężczyzn. Bez ceregieli otwartą dłonią walnął jednego z nich w plecy.
- Ço jest Hulz? Znajomych nie poznajeşz?
Mężczyzna niemal nosem dotknął blatu. Oldenbach pomimo średniego wzrostu i niezbyt krępej budowy ciała miał sporo pary w łapie.
- E … Erich? – wykrztusił Hulz zachłysnąwszy się gorzałką.
- Co tu robisz? Nie robiłeś trasy do Ostermarku? – spytał z pijackim uśmiechem.
- Do Hochlandu. – sprostował Oldenbach witając się i ściskając rękę drugiemu woźnicy.
- Już nie chłopaki. – stwierdził przysiadając się. – Wywalili mnie. Za dużo ich koşztowałem.
Uśmiechnął się krzywo.
Hulz spoważniał. Po chwili poklepał Ericha po ramieniu.
- Napijmy się. – zaproponował.
Erich pokiwał głową na znak zgody.
- Ja ştawiam. Doştałem odprawę. A wy ço jedziecie do Altdorfu? Zabierzeçie mnie i paru znajomych?
- Czemu nie. Jak zapłacą. –
stwierdził Hulz.
- I jak się dopchają. – odparł drugi wymownie patrząc w stronę siedzącej w milczeniu szlachcianki i jej orszaku.
Oldenbach zamówił flaszkę gorzałki, coś do jedzenia i skinął na znajome krasnoludy i młodzieńca.
- Panowie zapraşzam. Opijemy wspólną znajomość. – zawołał pokazując w uśmiechu braki w uzębieniu.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 03-09-2011, 14:54   #8
 
Betterman's Avatar
 
Reputacja: 530 Betterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnie
Na to świszczące co nieco wezwanie raczył się wreszcie ruszyć Spieler. Dotąd, wsparty łokciami na szynkwasie - tam, gdzie cierpliwie czekał na niego opróżniony w trzeciej części kufelek - tylko mierzył fachowym okiem nowo przybyłych. Robił to zresztą odkąd skrzypnęły za nim szczerbate drzwiczki po ustronniejszej stronie podwórca i, nawet poświęcając sporo nieskrępowanej zupełnie uwagi panience w modrych fatałaszkach, zdążył wyciągnąć parę wniosków, które byłby skłonny nazwać rozsądnymi. Lewą ręką podjął z ziemi dobytek, na który składał się zgrabny, ciasno zwinięty płócienny tobołek oraz miecz i pofatygował się do stołu potężnego krasnoluda, prawą unosząc w krótkim pozdrowieniu osobisty zdrój pokrzepienia.

- Brzmiało jak zaproszenie - wyjaśnił, okraczając ławę. Tobołek ze stłumionym zgrzytnięciem upuścił pod spód, miecz położył przed sobą na wygładzonych łokciami dechach stołu. Krótki i szeroki, w wytartej, owiniętej grubym rzemieniem pochwie. Wyraźnie używany, jeśli nie mocno zużyty.

Pod pewnymi względami całkiem podobny do właściciela, który swoje już od losu wziął, czasem ulegając jego kaprysom, innym znów razem zmagając się z nim do upadłego. Na sympatycznej w gruncie rzeczy twarzy – prócz tępiącego brzytwy przekleństwa balwierzy – i w trochę może zmęczonym, ale jakby z przyzwyczajenia wyzywającym spojrzeniu brązowych oczu, nosił ślady czterech przeszło dekad, wypełnionych życiem po brzegi. Jasne, przerzedzone włosy co prawda utrzymywały jakoś najważniejszy przyczółek, ale na flankach dawno oddały pole.
Poza tym wystawał ponad krasnoludzie standardy sporo mniej niż to się zwykle ludziom zdarza, chociaż z kolei konkretnością konstrukcji – pomijając oczywiście osobników pokroju gospodarza stołu – niewiele im ustępował. Kiedy zachęcony bliskością płomienia ściągnął z grzbietu kurtkę z ciemnej skóry o prostym, ponadczasowym kroju, popularnym w kręgach ceniących sobie praktyczny i nienachalny szyk, odsłonił więcej piersi i ramion niż brzucha. Jeżeli koszula przejawiała tendencje do opinania, to w zdecydowanie górnych partiach.
Chociaż obecne ubranie nosić musiał dosyć długo i intensywnie, nie zdążył jeszcze zgubić na szlaku tej szczególnej, niezobowiązującej elegancji, która cechuje pewien typ fachowców – spotykanych zwykle w miejskim kontekście wyraźnie spersonalizowanego bezpieczeństwa – często niejasno powiązanej z szerokością ich karków, obwodem ramion albo dyskretnym wybrzuszeniem pod pachą. Zresztą jego prawy bark też opasywała rzemienna pętla. Dla wygody przesunięty do tyłu, przy pasie wisiał spory traperski nóż.

Spieler łyknął piwa i zerknął na kończącego zupę młodzieńca.
- Oferta hojna, ale... - Potarł kark, mrużąc oko. - Wstępna. Warto by wybrać jednego, co będzie się targował z tym - zerknął lekceważąco na wymięte obwieszczenie - Zygzak, osobistym pisarzem. Wyróżnić się z tłumu łakomczuchów.
 

Ostatnio edytowane przez Betterman : 03-09-2011 o 15:29.
Betterman jest offline  
Stary 12-09-2011, 01:20   #9
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 23387 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
Stajenni zamykali nadpróchniałą nieco bramę gospodarstwa gdy otaczającą „Dyliżans i konie” brzezinę zaczął spowijać mrok zimnej schwartzwaldzkiej nocy. Podmokły las, który sięgał na północ i zachód jak okiem sięgnąć, zaczęły wypełniać odgłosy budzącego się właśnie życia. A życie to przespawszy cały dzień wstawało zwykle głodne i w nienajlepszym nastroju. Dało się więc słyszeć pierwsze pohukiwania sów obwieszczających rozpoczęcie łowów na nierozważne gryzonie, a także wzmożone rechotanie żab i kumaków rozochoconych w gęsto występujących w lesie płytkich sadzawkach. W ciemniejszych gęstwinach kryli się groźniejsi drapieżnicy. To o nich też lokalne chłopstwo zwykło opowiadać historie tak przedziwne, że zwykły człek nie wiedział, czy ma się zaśmiać, czy ma mu się zjeżyć włos na głowie. I tak w jarze prowadzącym do rzeki Delb żył olbrzymi basior o kurzym łbie co wieczorami owce dupczył; w jeziorze na skraju bagien żyją wielkie obleśne pijawki co to człeka zauraczają i wszystek żywot z niego spijają; a na lokalnym wzgórzu jakiś czarownik zakopał skarb, którego pilnują krwiożercze chaszcze sumaku. I w ogóle mutactwo szerzy się po lasach jak te długie i szerokie. Trochę w tym prawdy oczywiście było. Ci najczęściej występujący jednak drapieżnicy na ogół byli zdecydowanie bardziej zwyczajni. Ot, zdarzyło się kilka wilków, jakiś za wcześnie wybudzony niedźwiedź… czy tak jak teraz. Piskliwy skowyt jenotów, na którego dźwięk zdawał się milknąć przykarczemny kurnik. Jego domownicy, zdecydowanie bardziej pragmatyczni od ludzi, być może i wiedzieli że gospodarz nikogo już dziś nie pozbawi życia, ale doskonale też sobie zdawali sprawę z bynajmniej nierzadkich nocnych gości, których czwórce stajennych Gustava nie zawsze się udawało na czas przegonić. W końcu jednak i ptactwo domowe i odpoczywające w stajni konie i na sam koniec również stajennych, zmorzył w pełni zasłużony sen.
Tylko w izbie „Dyliżansu” wieczór trwał w najlepsze. A i wszystko też wskazywało na to, że prędko się on nie zakończy.

***

Kruki to zwierzęta naprawdę wyjątkowo inteligentne. Niektórzy wręcz bakałarze twierdzili, że ptaki te swoją roztropnością przewyższają wielce co pośledniejsze istnienia ludzkie. Wiary jednak tym uczonym nikt nie dawał skoro wielkie Imperium zostało wzniesione rękami ludzkimi, a nie kruczymi, a sam kruk dostał się wyłącznie jako symbol Morrowi, na posługi. Kruki jednak… to naprawdę były zwierzęta wyjątkowo inteligentne. Inteligentne i ciekawskie. Można choćby wziąć takiego Czarnusia na przykład.
Karczmarz Gustav Fondleburger zainteresował go już dawno temu i do tej pory nie przestawał dziwić. Dlaczego akurat ten opasły gaduła? Na to pytanie zapewne mógłby odpowiedzieć tylko sam Czarnuś. Lub ewentualnie inny kruk. Faktem jednak pozostawało, że mimo okolic obfitujących zarówno w pokarm jak i w chętne krucze partnerki, Czarnuś większość czasu spędzał w „Dyliżansie i Koniach”.
Tego wieczora gdy kruk w ślad za czwórką podróżnych wleciał do karczemnej izby i usiadł na stropowym balu, nie robił w zasadzie nic więcej. Ot poza tym, że siedział sobie cierpliwie i grzał się ciepłem paleniska, co jakiś czas tylko powtarzał kilka zdań za Gustavem swoim skrzekliwym, gardłowym głosem.

- Tak, witamy, tak szybko nas opuszczacie, jak miło was widzieć, czy może chcecie drogę do pójścia skąd przyszliście? Och oczywiście, że chcecie! A może łyczek kurczaka?

Oczywiście przez fakt, że robił to bez specjalnej dokładności, ludziska tylko wybuchali śmiechem, lub mruczeli coś w stylu „głupie ptaszysko”. Czarnuś jednak nie miał na celu precyzyjnego powtórzenia słów karczmarza. Przecież nie o to chodziło. Ot tak jak dorosły człowiek powtarza guganie niemowlęcia to przecież nie czyni tego w sposób identyczny dlatego, że mu brakuje trochę oleju w głowie. Chodzi o nawiązanie z tym małym dziwnym stworem jakiejś nici porozumienia. Może nawet wzbudzenie tym radości. I Czarnusiowi szło o to samo. A tu? Notoryczne nieporozumienie. Kruk mógł więc tylko westchnąć po kruczemu i dalej obserwować ludzki żywot sporadycznie tylko ponawiając próbę nawiązania dyskusji. Całkiem zrezygnować z niej przecież nie mógł. Kruki w naturze bowiem miały całkowitą niezdolność do poddawania się. Ta dzielna i jakże honorowa cecha nauczyła je żywić się padliną, odpadkami i znosić w zdrowiu najpaskudniejsze choróbska pokroju moru, czy plagi. Tym samym jednak mogły dalej prowadzić obserwację rodzaju ludzkiego praktycznie nieniepokojone przez warunki w jakich rodzaj ludzki bytował. Czarnuś więc obserwował. Obserwował i słuchał. A słuch kruki mają tak dobry, że choćby najczujniejszy z elfów by się w dupę z wysiłku ugryzł to i tak by Czarnusia nie pokonał. A w Dyliżansie i Koniach ludzie, zarówno ci duzi jak i ci mali z brodami, mówili całkiem dużo.

- Proszę, oto i drugie piwo. Niezłe prawda? Mam w Silberwurt zaznajomionego piwowara, ale ćśśśśś… Nie mówcie panie krasnoludzie w innych karczmach. Odkąd mocy i zrozumienia wśród tych powsinogów, strażników dróg, nabrało to nowe prawo Reinheitsgebot, strach się ujawniać ze źródłem piwa! Połowę takiemu piwowarowi wychleją, a resztę skonfiskują, że niby z nielegalnego zboża! Wyobrażacie sobie??? Nielegalne zboże! Toć niedługo wejdą ukazy jak człek za przeproszeniem pierdnąć może, a jak nie! Że co? Aaaa.. von Tasseninck. Możny. Tyle wiem. Ja tam się panie krasnoludzie nie pcham w politykę. Lepiej mieć z prawem i z możnymi tak mało wspólnego jak tylko się da. Niedaleko na przykład w Teufelfeuer pojawił się niejaki Heinzdork. Łowca wiedźm, jak mówili. Tak, tak. Z t y c h Heinzdorków. I w zgodzie i za aprobacją prawa spalił całą wieś z ludziskami. Mówił, że się z demonami zbratali. Że mięso ludzkie jedli. Tfu. Taki to i świat takich arystokratów jak von Tasseninck.
- Arystokraci Heinzdorków w zgodzie i za aprobacją całej wsi z ludziskami mięso demonów jedli! Taki to świat panie wiedźmo.
- Oj, cichaj Czarnuś…
- Von Tasseninck? Parę rzeczi o nim wiem monsieur. A wyście jak słiszałem z Marienburga. Usiądźmi może i pogadajmy. A w karty griwacie?

- Za szeląga? Fiu, fiu… Toć i to hańba dla sportu jakim karty są panie krasnoludzie… no dobra. Pierwej za szeląga, a potem obaczymy, oui?

- Ale, ale! Erich. Płatne z góry! I nie ma to tamto. Ty możesz za dwie france… po starej kompańskiej znajomości. Wiesz… co by nas potem za komitywę nie kasowali. Ale tamci za siódmiaka za łebka! Zgoda? Nooooo… To napijmy się! Twoje zdrowie Gunnar!
- A jak?! Zdrowie Eriś! I panowie! Eeee… Jak wam? A nic. Najpierw siup w ten głupi dziób!
- Ych… klepie czyściocha, co Hulz?
- Brrr… no ale co zrobić? Trza, nie?

- A oj jużże dajcie spokój tej kości panie Irmak. Patrzaj Hulz jak ją ochwacił. Do szpiku psia jucha… Jak ten… no jak mu tam? Erich, jak zwał tego wielkiego gamonia z Cesarskiego? Wunsch? Łoooo… Pamiętasz Hulz? Ten se upychał do gęby z pół kuraka…
- Nooo… i żuł, żuł tak chwilę aż same resztki kości po chwili wypluwał.
- Uhh… To był przygłup jak mało, co Erich?

- Że co? Czy zagramy? A ja wiem… A w co? W lancknechta? No to chyba możemy, nie Gunnar?
- Azże wco? A dajta mi spokój… Odsapnąć chwilę… Zara będę. Jeno do sławojki zajdę. Offf…

- Janna, idziemy na spoczynek. Mam już powyżej dziurek w nosie przebywania w tej izbie. Zapytaj karczmarza, czy ten chudzielec zaniósł w końcu do naszego pokoju balię z wodą. I bądź tak dobra i sprawdź czy ciepła. Och, ruszże się dziewucho.
- Już, pani.

- Och… tak bardzo przepraszam proszę pana. To niechcący. Cały pana trunek…

- Bogowie… lubię tę dziewczynę, ale mogłaby czasem przestać bujać w obłokach. Spójrz na nią, Marie... A w każdym razie żywię nadzieję, że to niefrasobliwość, a nie że bałamuci tego chłopca…
- Zostanę na dole pani. Nie usnę, a piętro puste. Jak ktoś będzie szedł do pokoi, pójdę i ja.
- Dobrze Marie. Ale bacz na tego niskiego blondyna. Tego szerokiego. Gapi się na mnie jakoś tak… nieprzyjemnie. Mhmm… Janna! No i co? Długo jeszcze mam czekać?
- Nie pani. Balia już czeka. Możemy iść.
- Och wreszcie… Marie? Idziemy.

- Książę Hergard von Tasseninck… O… bien… to mości panów stari chutliwy cap. A tak, tak. Wiem, że panom zajedno ile i co dziad chędoży, alé…
- Alé!
- Alé….
- Alé!
- Alé zawrzij no pysk furmanie!
- Oj, patrzcie jaka drażliwa bretonina…
- No to na czim skończiłem? Aaah. No tak. Że chędoży. A tak się składa, że znam proszę panów pewną młodą damę co pracuje w przybytku Knackiger Po. Uuu… a tam to się moźna dowiedzieć zaiste wiele o gustach politycznych Imperium. I tak na przikład Hergard von Tasseninck jest jednym z tich panów dla których regularnie sprowadzane są dziewciny z Arabii. I to ponoć co i rusz nowe! Nie muszę proszę panów dodawać, jaki stąd wniosek, oui? Ech… I znów gówno w tej karcie…
- Oooo… pani też w lancknechta? Zapraszamy!
- No pewno, że tak. Panie Gustavie! Pani pracę skończiła! Polejcie no jeszcze kufelek… wina, mademoiselle?
- Marie. I nie żadnej małmazji. Gorzałki.
- Ha! Tres bien! Jeszcze jedno rozdanie na te same stawki? Nooo. To gramy!


***

Poranek został obwieszczony okolicy przez małego równie chudego co pomocnik Gustava, Herpin, koguta. Przykładne bydlę rozdarło dziób gdy tylko pierwsze promienie słońca przebiły się przez chmury i dotarły do świętującego spokojną noc kurnika.
Nastroje w samej oberży były jednak nieco odmienne. Czy to za sprawą trunku sprowadzanego od piwowara z Silberwurt, czy, co bardziej prawdopodobne, lichej pogody, większość gości karczmy miała ochotę rzucić czymś ciężkim w obowiązkowego koguta. Co gorsza dzionek tego dnia był odczuwalnie zimniejszy od ostatnich. Do tego z okien karczmy widać było wstającą z ziemi gęstą mgłę spowijającą już teraz podwórzec.
Tak czy inaczej wstać jednak trzeba było. Wszak dyliżans do Altdorfu wieczności czekać nie będzie. Goście więc dość prędko po tej wymuszonej pobudce, zaczęli zbierać się w sali jadalnej gdzie Gustav już czekał ze śniadaniem. Poza chlebem, twarogiem, jajkami i garnkiem z miodem, gospodarz przezornie przygotował też kilka kubków z ciepłą jeszcze zalewajką.

Z prawdziwym problemem przyszło wszystkim borykać się dopiero po posiłku. Okazało się, że dyliżans w ogóle nie został przygotowany do dalszej podróży, konie cały czas stały w stajni, a zamknięci w swoim pokoju woźnice Hulz i Gunnar nie dawali żadnych znaków życia. Łatwo było dojść co może być przyczyną takiego stanu rzeczy. Chyba jako jedyni dnia wczorajszego pili i gorzałkę i piwo na zmianę… Gorzej, że bez woźniców dyliżans nie ruszy. A przynajmniej nie w zgodzie z prawem.
Gustav na pytanie Lady Izoldy o zapasowy klucz do pokoju woźniców najpierw zrobił taką minę jakby nie był pewien, czy zrozumiał, a potem szybko skwitował, że właśnie sobie przypomniał o tym, że Herpin dwie niedziele temu zgubił wszystkie zapasowe klucze.
A czas, który potrzebny był na dotarcie do następnego zajazdu przed zachodem słońca, mijał nieubłaganie…
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 12-09-2011, 18:49   #10
 
Betterman's Avatar
 
Reputacja: 530 Betterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnie
Chłód poranka przynajmniej prowizorycznie naprawiał to, co popsuły trzy kufelki przed snem i twarda decha pod cienką warstwą trocin, które - choć przechodzone - nie dały się łatwo spacyfikować kocem i całą noc złośliwie kłuły zamiast izolować. Elementarne braki wychowania kilku toczących nierówny bój z fizjologią współlokatorów też miały swój udział w tym, że Spieler czym prędzej opuścił duszne wnętrze zajazdu.
Kurtkę i resztę skromnego dobytku zawiesiwszy na kołku rachitycznego ogrodzenia, po kolana w gęstej jak śmietana mgle, ziewnął rozdzierająco i poprzeciągał się chwilę okrutnie, aż trzeszczały stawy. Potem zebrał dłonią z okolicy ust drobne pozostałości śniadania, oblizał palce i wytarł w spodnie tam mniej więcej, gdzie plecy definitywnie tracą prawo do swej szlachetnej nazwy. W kilku wymachach ramion zasymbolizował jeszcze poranny rozruch, po czym obwieścił gotowość do życia głuchym klaśnięcie i energicznym zatarciem dłoni.
– Rześko...

Gdyby nie wygłupy pogody, widziałby już bryłę stajni i absolutny bezruch w najbliższej jej części rzeczywistości zupełnie wyraźnie. Zmarszczył brwi, małym palcem wydłubując wspomnienie snu z kącika oka. Kiedy przeniósł badawcze spojrzenie na wysokiego, opalonego młodzieńca, z którym prawie na pewno stuknął się wieczorem kuflem, jedną uniósł pytająco.
– Radzisz sobie z końmi?

Odpowiedź skwitował oszczędnym kiwnięciem, przewracając nogą najeżoną drzazgami ławeczkę spod płotu.
– Znajdź tego spieszonego wozaka – zaordynował szorstko, schylając się po garść suchego pyłu, po czym nie czekając na odpowiedź, pomaszerował energicznie do drzwi.
Od progu rzucił groźnie i całkiem donośnie:
– Pora zaprzęgać.
 

Ostatnio edytowane przez Betterman : 13-09-2011 o 00:41. Powód: Drobna poprawka, żeby się lepiej z hardym młodzianem zgrać, a nie wyjść na idiotę.
Betterman jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168