Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-10-2011, 00:08   #1
 
Storm Vermin's Avatar
 
Reputacja: 66 Storm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znany
[WFRP 2. ed] Obrońcy Imperium

Było nieco po południu, gdy podążająca z południa grupa konnych opuściła w końcu las. Chociaż słońce przyjemnie grzało, przenikliwy wiatr zapowiadał szybko zbliżającą się zimę, ale ta gromadka nie miała najmniejszego zamiaru długo bawić na bezdrożach Middenlandu. Grupę prowadził Inkwizytor Kościoła Sigmara, Zygfryd Himmelsang, mężczyzna w średnim wieku odziany w ciemny płaszcz i noszący swój charakterystyczny kapelusz o szerokim rondzie. Po jego prawej jechał grubawy człowiek, niejaki Helmut, który twierdził, że pomaga łowcy w jego poszukiwaniu prawdy. Za łowcą podążała szóstka najemników.

Po krótkiej chwili wędrowcy zobaczyli swój cel – Krefelheim. Miasto było położone na niewielkim wzgórzu, otoczone kamiennym murem. Do jedynej bramy wiodła szeroka, ubita droga. Polanę przed miastem pokrywały dziesiątki różnobarwnych namiotów i wozów. Nad obozowiskiem unosiły się dymy z palenisk, rozbrzmiewał w nim gwar rozmów, pokrzykiwania, nawet dało się wyczuć rozmaite dziwne zapachy - słowem, pod bokiem Krefelheim wyrosło drugie siedlisko ludzkie. Najwidoczniej plotki o tłumach uchodźców starających się osiedlić w mieście nie były przesadzone. Inkwizytor udał się wprost do bramy. Stojący przed nią strażnicy, po naprawdę krótkiej chwili wytłumaczeń wpuścili całą grupę do miasta.

Krefelheim od środka nie wyglądało dużo bardziej zachęcająco - uliczki były wąskie, domy w większości drewniane, a nieczystości swobodnie spływały rynsztokami. Jedynym, co różniło je od większości mieścin, były liczne patrole straży na ulicach. Łowca i jego towarzysze udali się w kierunku rynku miasta, który wypełniony był po brzegi mieszkańcami Krefelheim. Wydawało się, że tłum jest na skraju paniki – co chwila nad jednostajny szmer ludzkich głosów wzbijał się co chwila przenikliwy okrzyk albo wrzask, a cale zbiegowisko otaczały dwa tuziny strażników, którzy bardzo wyraźnie chcieli jak najszybciej gdzieś się ulotnić. Przybycie Inkwizytora jedynie pogorszyło sytuację – ludzka masa zaczęła, z wielkim hałasem, przesuwać się w kierunku nowo przybyłej grupy. Pod naciskiem końskich cielsk i ponagleń strażników tłuszcza rozstąpiła się na tyle, że łowca wraz z obstawą mógł przejechać do wejścia ratusza.

Tuż po wejściu, do Zygfryda pobiegł niewysoki, wielce zafrasowany człowiek. Nie zważając na dobre maniery i konwenanse wyrzucił z siebie okrzyk ulgi, po czym zaczął szybko mówić.
- Jest pan nareszcie! Niebiosa mi was zesłały! Taki obrót spraw, akurat teraz, prawie mnie tam na zewnątrz rozszarpali…
Łowca zmroził wzrokiem cierpiącego na słowotok rozmówcę, który momentalnie się uspokoił – przynajmniej na tyle, żeby konstruować pełne zdania.
- Ehm, tak, cóż… Nazywam się Zygmunt Messer i jestem burmistrzem tego miasta. Wybaczą mi panowie pewne zdenerwowanie, ale sprawy źle się mają. Jakieś dwie pacierze temu, pod bramy miasta zatoczył się obdartus, mocno poobijany i ledwie przytomny. Zdołaliśmy z niego jedynie wyciągnąć tyle, że przyszedł tu z pobliskiej wioski, która została napadnięta przez jakieś potwory, co prawie wszystkich wyrżnęły. Trzymamy go cały czas pod kluczem w świątyni Sigmara, o tu, naprzeciwko, ale jakoś się słowo wydostało do ludu, a że wszyscy teraz tacy podenerwowani, bo się źle dzieje, to, cóż…
Burmistrz zakończył wywód chrząknięciem, które miało przekazać, jak to źle się dzieje.

Inkwizytor przetrawiał przez chwilę informacje, po czym podjął decyzję.
- Helmut, pójdziesz ze mną do świątyni. Zobaczymy, jak tutejsze łapiduchy opatrzyły najważniejszego świadka, jakiego teraz mamy. Może uda nam się go trochę jeszcze pociągnąć za język. Tymczasem wam, panowie – zwrócił się do najemników – pan Zygmunt udzieli wszelkich informacji, które uznacie za niezbędne dla dalszego prowadzenia śledztwa. Dołączę do was za kwadrans, i zobaczę, jak się spisaliście.

Łowca wymaszerował wraz ze swym towarzyszem z budynku. Burmistrz, po chwili niezdecydowania, poprowadził resztę do swojego gabinetu, który okazał się być sporym, bogato urządzonym pokojem. Urzędnik poczekał, aż woźny wniesie do gabinetu krzesła dla wszystkich obecnych, po czym rozsiadł się za swoim biurkiem. Przywołał całą swoją rajcowską godność, i zagaił głębokim, donośnym głosem.
- Zatem jak mogę panom pomóc?
 
Storm Vermin jest offline  
Stary 02-10-2011, 06:21   #2
 
Yzurmir's Avatar
 
Reputacja: 202 Yzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie coś
Za inkwizytorem i jego pomagierem jechał brodaty mężczyzna w średnim wieku. Posiadał postawną sylwetkę i pewnie trzymał się w siodle, a na jego twarzy widniały dwie blizny — jedna na lewym policzku, a druga na czole. Znaki te sugerowały, że zajmuje się on na co dzień wojaczką. W istocie człowiek ten — który przedstawił się jako Gustav Schmidt — twierdził, iż ma doświadczenie jako strażnik dróg, a obecnie pracuje jako wolny strzelec, oferując usługi tropiciela lub przewodnika ludziom, którzy gotowi są za nie zapłacić.

Schmidt miał założony kaptur, lecz zsunął go na plecy, aby ogrzać się trochę w przyjemnym nordlandzkim słońcu, będącym przecież nieczęstym zjawiskiem. W ten sposób ukazał swe długie jasnobrązowe włosy i stalowe oczy. Był ubrany w wygodny, lecz znoszony strój podróżny, wykonany w barwach ziemi; na szare spodnie i koszulę nałożony był zielony kubrak, a na to ciemny płaszcz i kaptur. Mężczyzna wdział na ubranie krótką kolczugę, a za skórzany pas wetknął pistolet. Jechał na karym wałachu, którego nazywał Flink, starzejącym się już, wciąż jednak wiernie służącym swemu właścicielowi wierzchowcu. Do siodła przypięte były liczne sakwy, w których mieścił się dobytek Gustava, a pod ręką znajdował się także miecz w pochwie.

Przekroczywszy bramę Krefelheim i zmierzając wraz z innymi jego uliczkami, strażnik popadł w filozoficzny nastrój. Rozmyślania często stanowiły podczas wielodniowych patroli jedyną ucieczkę od nudy, toteż przyzwyczaił się do roztrząsania różnych spraw bez spuszczania oka z okolicy. Miasto mu się nie spodobało — jego alejki wydały mu się klaustrofobiczne, domy smutne, a, jak je postrzegał, tłumy ludzi — przytłaczające. Pomyślał, że to zabawne: wiele osób uważa samotne podróże przez lasy Imperium za coś ciężkiego do zniesienia; on sam przecież często, marznąc na trakcie, marzy tylko o tym, by w końcu dotrzeć do najbliższej osady. Ale oto znajduje się w mieście i nagle jedyne, czego chce, to wynieść się z tej śmierdzącej dziury, którą niektórzy chcieliby nazywać ostoją cywilizacji. Być może cel zawsze traci swą atrakcyjność, gdy już się go osiągnie.

Ich grupa dotarła do rynku, a widok niespokojnej tłuszczy wytrącił Gustava z jego myśli. Ludzie poczęli na nich naciskać, w odpowiedzi na co Flink cofnął się. Schmidt pozwolił mu na to, zastanawiając się, czego mogą od nich chcieć, gdy nagle zrozumiał, iż chodzi o nagłe pojawienie się inkwizytora. Na szczęście po chwili tłum rozszczepił się, robiąc dla nich przejście. Słuchając burmistrza, tropiciel poruszył parę razy dolną szczęką w zamyśleniu. Był ciekaw, czy ten atak w jakiś sposób wiąże się z misją Himmelsanga; nawet jeśli nie, sługa Sigmara zapewne nie zignoruje takiego problemu.

Wkrótce Zygfryd opuścił budynek, zostawiając najmitów samych z burmistrzem. Gustav chrząknął z zakłopotaniem. Wciąż ciężko mu było uwierzyć, że pracuje z prawdziwym inkwizytorem — a teraz, gdy nagle pojawiła się ta sprawa z poruszonym tłumem i martwymi wieśniakami, jeszcze bardziej niesamowita wydawała mu się ta sytuacja. I choć schlebiało mu, iż został potraktowany na równi z pozostałymi, był nieco zakłopotany tym, że pan Himmelsang skierował go tu tak, jakby spodziewał się, że Schmidt rzeczywiście da radę przyczynić się w jakiś sposób do postępu śledztwa. Bądź co bądź jednak, miał być przewodnikiem wyprawy, wypadałoby się zatem zorientować chociaż, gdzie ma ta wyprawa zmierzać.

Panie, em… — Zająknął się, starając się przypomnieć sobie imię siedzącego przed nim mężczyzny. — Witoldzie. Zygmuncie…! Jak się nazywa ta wioska niby przez potwory spustoszona i gdzie to ona leży? Mógłby nam pan coś o niej powiedzieć? Może o jej okolicy? Jeślibyśmy się mieli tam udać, to trzeba nam wiedzieć wszystko, co ważne.
 

Ostatnio edytowane przez Yzurmir : 02-10-2011 o 16:13. Powód: zapomniałem o pancerzu (+ drobne poprawki).
Yzurmir jest offline  
Stary 02-10-2011, 08:47   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 43433 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Jadący na karym ogierze dość młody mężczyzna korzystał z uroków ostatnich zapewne ciepłych dni. Zwinięty w rulon płaszcz przypięty został do tylnego łęku siodła, a zsunięty na plecy kapelusz pozwalał promieniom słonecznym na swobodny dostęp do opalonej twarzy, z której spoglądały na świat brązowe oczy. Poruszane lekkimi podmuchami wiatru ciemne włosy sięgały kołnierza jasnej koszuli, z płótna wysokiej jakości.
Mężczyzna był najwyraźniej miłośnikiem koloru brązowego, bowiem w tym kolorze były ciemne spodnie i wysokie, sięgające kolan skórzane buty z wywiniętymi cholewami. Dzień, chociaż słoneczny, nie był na tyle ciepły, by podróżować w samej koszuli, dlatego też Felix miał na sobie skórzaną kurtkę z dobrze wyprawionej skóry, przed paroma laty zdartej z pewnego jaszczura.
Jak wszyscy w tych niespokojnych czasach, był uzbrojony. Na szerokim pendencie wisiał rapier, broń wybierana ponoć przez tych, co wyżej cenią zręczność niż siłę. Za pasem tkwił pistolet, któremu towarzyszył tileańskiej roboty sztylet.

Zbiorowisko namiotów, które rozłożyło się przed miejskimi murami, w pierwszej chwili przypominało przeogromne targowisko. Całkiem jakby ludność z okolicznych wiosek postanowiła przenieść się, na kilka lub kilkanaście dni, bliżej cywilizacji. Jeśli oczywiście Krefelheim można było określić mianem ośrodka takowej.
Przynajmniej na pierwszy rzut oka nic o tym nie świadczyło. Chyba że uwzględni się liczbę krążących po ulicach strażników. Biorąc to jako główny wskaźnik ucywilizowania należałoby Krefelheim umieścić gdzieś na samej górze listy. Innych zalet, przynajmniej na pierwszy rzut oka, mieścina nie posiadała. Miano “dziura jak setki innych” pasowało do niej jak ulał.

Idąc za burmistrz tutejszym, Zygmuntem Messerem, Felix zastanawiał się, czy czasem inkwizytor nieco nie przesadza. Czy nie ma zbyt dobrego zdania o swoich, hmmm, współpracownikach. On sam nie sądził, by ktokolwiek z ich szóstki miał jakieś specjalne predyspozycje do prowadzenia śledztwa, do zdobywania informacji, które mogą być w czymkolwiek przydatne.
Coś do jedzenia i picia, pomyślał z przekąsem, gdy burmistrz zaoferował się z niesieniem pomocy. Największy nawet tłuk z najpodlejszej wioski powinien wiedzieć, że po podróży zdałoby się coś przekąsić. Ale widać burmistrz miał inne zdanie...
- Ilu mieszkańców liczyła tamta wioska? - Do pytań zadanych przez Gustava Felix postanowił dorzucić kilka swoich. - Ilu jeszcze przeżyło? Czy ten świadek jest jednym z mieszkańców, czy to jakiś obcy człowiek? Jaki potwory zaatakowały wioskę? Opowiedział coś o tym?
 
Kerm jest offline  
Stary 02-10-2011, 09:24   #4
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 2801 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Tuż po prawej stronie brodatego mężczyzny, jechał mężczyzna, który na oko nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia parę lat. Miał niezadługie blond włosy, a twarz delikatnie pokrytą zarostem. Widać gołym okiem było iż bardzo, a nawet przesadnie dba o swój wygląd. Wędrowiec miał zawiązaną szarą apaszkę pod szyją, z pod której widać było białą koszulę. Na sobie miał błękitny długi płaszcz, wykonany z aksamitu. Miecz, jedyna broń którą posiadał przytłoczona była do siodła.

Adalbert Emden spokojnie rozglądał się dookoła, choć był równie milczący co jego towarzysze. Co jakiś czas wiercił się w siodle, widać było że cisza była mu nie w smak. Sam jednak nie podejmował żadnej dyskusji ani rozmowy. Co jakiś czas Adalbert wyciągał manierkę i pociągał pożądny łyk zawartego w nim trunku.

W końcu dotarli do Krefelheim, celu ich wyprawy. Szlachcic bo nim kiedyś był Adalbert rozglądał się z typową dla siebie ciekawością na domy czy też liczne patrole. Ci uważniejsi mogli dostrzec iż jeździeć patrzy na miasto, ulice czy nieczystości spływające do rynsztoka z lekkim obrzydzieniem. Jednak jeździeć nadal milczał i nic nie mówił. Nawet grymas niezadowolenia nie pojawił się na jego twarzy. Widok jego nowego pracowadcy według przypuszczeń Emdena sprawił iż ludzie zaczęli odsuwać się na bok czy też patrzyli na niego spode łba.

Gdy Zygfryd zszedł z konia i Adalbert uczynił to, nie zapominając zabrać miecza ze sobą. Tak samo w milczeniu słuchał tego co ma do powiedzenia burmistrz, i tak samo nie chciał jeszcze się odzywać. W końcu Sigmarita postanowił sam pójść do świadka a oni mieli się zająć przepytaniem urzędnika. Pierwsze pytania już padły z ust jego towarzyszy, które praktycznie wyczerpać mogły kolejne pytania lecz Adalber, czuł że warto zapytać o coś jeszcze. Wstał z krzesła, lekko się ukłonił jak na człowieka wyższego stanu powinien i rzekł:

- Waszmość czy wysłano do tej wioski jakiś oddział by sprawdzono ją, jeśli tak cożeście znaleźli ? Czy to pierwsza taka wioska czy były inne napaści i grabieże podobne do tych, lub też mogące zaniepokoić władze tego miasta ? – głos Adalberta był spokojny i rzeczowy
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline  
Stary 03-10-2011, 16:04   #5
AJT
 
AJT's Avatar
 
Reputacja: 11734 AJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputację
W grupie podążającej za inkwizytorem znajdował się również jedyny w tym towarzystwie krasnolud. Był to osobnik, którego wygląd wyraźnie sprawiał, że był on dość mocno zaprawiony w boju. Wielka szrama przechodząca przez oko nie była jedyna blizną na jego ciele, która mogłaby opisać wiele historii. Jego facjatę zdobiło rude owłosienie, a czubek głowy równie rudy irokez, obok którego znajdował się tatuaż. Jak to przystało na byłego kowala, charakteryzował się dużą tężyzną fizyczną i siłą. Odziany był w skórzaną kurtę, a w ręku zwykle dzierżył potężny dwuręczny korbacz. Bronią tą pozbawił niegodziwego życia niejednego już sługę Chaosu, a podążając za inkwizytorem Sigmara miał nadzieję, że ta liczba się jeszcze zwiększy i to znacząco.

Podróżował niewiele mówiąc, obserwował towarzyszy, kilku z nich wydawało mu się niezwykle wymuskanych, u niektórych dostrzegł pistolety. Zastanawiał się, jak sprawią się w boju. Droga nie była długa, dotarli do miasta o którym wcześniej wspominał im Himmelsang. Dostawszy się wewnątrz murów grupa wciąż poruszała się za Sigmaritą, Gottri rozglądał się dookoła, starając odpędzić się od ciągnących ku nim ludzi. W końcu dotarli do ratusza, na spotkanie z burmistrzem. Ten od razu przybiegł rozentuzjowany do Łowcy, najwidoczniej widząc w nim rozwiązanie wszelkich problemów. Pominął fakt by się przedstawić, ale z pewnością Gottri nie jest osobnikiem, który mógłby uczyć kogokolwiek dobrych manier.

Opowiedział o człowieku, który przybył tu niedawno, uciekając od potworów, które wybiły jego wioskę. Inkwizytor od razu ruszył by przesłuchać ocalałego, reszcie najemników natomiast przykazał, by poszli do burmistrza i dowiedzieli się coś więcej od niego. Tak też zrobili, burmistrz zaprowadził ich do swego wystawnego gabinetu. A tam poprosił o pytania, został nimi zasypany od razu. Gottri głównie tylko słuchał, wtrącając się jedynie raz
- No i jakim cudem ten człek zdołał zbiec przed potworami, he? - warknął po jednej z serii pytań
 
AJT jest teraz online  
Stary 04-10-2011, 00:17   #6
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1064 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
- Powiedz nam dobry człowieku… co ty pierdolisz? – Słowa, mocne słowa w ustach Bretończyka, zgrzytliwie zburzyły przyjemny, wręcz przyjacielski nastrój. Sielanka prysła a drużyna towarzysząca Inkwizytorowi spojrzała pytająco na rycerza z równym niezrozumieniem co i sam burmistrz. Ten nawet zdołał stężeć na twarzy i bulgotliwie zapowiadać nadchodzącą na poły z apopleksją odpowiedź.


- No, wiecie, ja nie tutejszy. U was tu może i inne obyczaje i inne takie. – nie zważając na zaskoczenie i złość burmistrza Jean otworzył przeszklony sekretarzyk i sam się obsłużył pociągając całkiem obficie złotawej ambrozji z przeźroczystej, kryształowej karafki. Widząc złaknione spojrzenie swoich kompanów Jean Pierre podał flaszę najbliżej siedzącemu Felixowi a sam wrócił do zgłębiania tajemnic zawartych w sekretarzyku. Stojąc tyłem do burmistrza pozwolił sobie sięgnąć po kolejną flaszę i mimo uszu puścić „Wypraszam sobie takie zachowanie! Tutaj nie barbarzyńska Bretonia, tutaj…”


- Tutaj pacierze pół dnia klepiecie, że człek, który „dwa pacierze temu pod bramy się zatoczył” naraz siedzi już w ciemnicy a i lud się wam wzburzyć zdołał. Po cóż łgacie mości burmistrzu? Nie lepiej po ludzku rzec co wam na wątrobie leży?
– Ukontentowany trzecią z kolei flaszą, o lekko śliwkowym posmaku, Bretończyk usiadł w końcu ze chrzęstem swego pancerza, krzywiąc się boleśnie po tym, jak odbity w siodle tyłek ponownie bierze cięgi. Jakoś tak od czasu, kiedy opadły mu klapki z oczu świat był brzydszy, brudniejszy i znacznie bardziej niewygodny. Począwszy od własnego jego, rycerskiego siodła. Jean Pierre jednak nie narzekał. Bretoński rycerz znalazł coś, czego nie spodziewał się odnaleźć. Znalazł prawdę. O życiu, świecie i ludziach. I zdołał dostrzec to, że wymysły jego ziomków o jakiejś wydumanej Panience, to bzdury. Nie było drogi ku chwale, nie było wzniosłych czynów. Swiat, który go otaczał był pełen kurestwa i skurwysyństwa. Jean Pierre Dubois de Crecy, nieodrodny syn wypełnionej ideałami ziemi bretońskiej, stracił swe powołanie.


Miał to w dupie i wcale mu z tym źle nie było.


Chociaż czasami, z rzadka, czuł się pusty…

.
 
Bielon jest offline  
Stary 05-10-2011, 13:39   #7
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 1285 Aeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumnyAeshadiv ma z czego być dumny
Herr Lynre cały czas jechał za łowcą milcząc. Był pogrążony w swoich przemyśleniach jak to zwykle mnisi. Zdarzało mu się to niezwykle często podczas podróży. Wystarczyła tylko chwila aby wyrwać go z tego stanu. Taką chwilę zafundował mu właśnie burmistrz. Zakonnik skrzywił się widząc jak mężczyzna tak o podbiega i ni z tego ni z owego, bez żadnych form szacunku zaczyna żalić się inkwizytorowi. Gdy tylko Zygfryd zwrócił mu uwagę samym spojrzeniem, Aldbert uśmiechnął się. Znał łowców i ich charakter. Samemu miał z nimi styczność i wiedział, że gniewne spojrzenie inkwizytora nie miało prawa zawieść, zawsze było tak samo przenikliwe i tak samo chłodne.

Ludzie w miasteczku dziwnie patrzyli się na jego ubiór. Płaszcz z kruczych piór wyglądał bardzo dziwnie. Był to jednak standardowy ubiór jego zakonu. W Siegfriedhof każdy otrzymuje taki habit po ukończeniu odpowiednich nauk zakończonych pierwszym odesłaniem nieumarłego do dziedziny Morra. Zarośnięty mnich cały czas został w kapturze. Nie ściągał go. Wystawała z niego długa broda. Różnokolorowe oczy patrzyły na burmistrza w pewnym politowaniem. Jak to bywało w jego zwyczaju nigdzie się nie spieszył po prostu czekał, aż burmistrz odpowie na wszystkie pytania jego poprzedników. Dopiero wtedy będzie trzeba to przeanalizować i wyciągnąć wnioski.
 
Aeshadiv jest offline  
Stary 09-10-2011, 21:19   #8
 
Storm Vermin's Avatar
 
Reputacja: 66 Storm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znanyStorm Vermin wkrótce będzie znany
Burmistrz wysłuchał uważnie wszystkich pytań zanim na nie odpowiedział. Widocznie naprawdę nie chciał udzielić błędnych informacji najemnikom.
- Wioska nazywa się Klauben, leży ze trzy kilometry na północny zachód od miasta. To osada drwali i węglarzy, leży głębiej w lesie, na polanie. Okolica jest płaska jak stół, a do wioski prowadzi tylko jedna droga. Mieszkańców była mniej niż setka, licząc kobiety i dzieci. Świadek… świadek pochodził z Klauben, jeden z zajmujących się nim akolitów go rozpoznał. Wrzeszczał coś o pożerających ludzi rogatych demonach. Nie wiem, czy chodziło mu o jakieś mutanty, czy o coś gorszego. – burmistrz wzdrygnął się nieco.
- Wysłaliśmy kilku odważniejszych strażników, żeby zobaczyli, co się stało, koło godziny temu. Powinni wrócić za jakieś dwie godziny, może więcej. To pierwszy atak na taką skalę, przedtem były tylko te zniknięcia, no ale to były dwie, trzy osoby co miesiąc, razem jakiś tuzin, nie cała setka naraz. A jak chłopak się tu doczołgał? Bo ja wiem, może napastnicy myśleli, że go zabili? Nie mam bladego pojęcia.

Burmistrz był przez krótką chwilę nieco odprężony, ale jego spokój zniszczył wybuch bretońskiego rycerza. Urzędnik nie śmiał nawet zaprotestować, kiedy obcy zaczął grzebać w jego trunkach – wyraźnie nie miał ochoty na kłótnię z uzbrojonym szaleńcem.
-Eh, tak, hm… Gdzie moje maniery! Trzymam tu panów głodnych, a na dole powinien już być porządny obiad. Zapraszam, zapraszam! – burmistrz zawołał nieco histerycznym tonem. Sprowadził grupę na dół, do jadalni. Stojący w niej stół był zastawiony półmiskami z mięsiwami, warzywami i kaszą. Wygłodniali podróżni nie marnowali czasu na zbędne grzeczności i zabrali się do jedzenia.

Po ledwie kilku minutach do najemników dołączył inkwizytor wraz ze swoim przybocznym i bez słowa zasiadł do posiłku. Wyraz jego twarzy wyraźnie wskazywał, że przesłuchanie jedynego świadka nie poszło pomyślnie. Gdy przybysze napełnili już żołądki, Zygfryd wysłuchał garści informacji, które zdobyli najmici.
- Udało się wam dowiedzieć więcej niż mnie. Chłopak z wioski jest ciągle w malignie, plótł bez sensu o potworach. Przynajmniej Helmut załatał go na tyle dobrze, że powinien przeżyć, żeby mógł nam zdać nieco dokładniejszą relację. Tak czy inaczej, wygląda to bardziej na robotę bandy zwierzoludzi lub mutantów niż jakiegoś kultu, więc póki co będzie to zmartwienie władz miasta.
Burmistrz wyraźnie oklapł, kiedy tylko usłyszał słowa inkwizytora.
- Tymczasem, skoro mamy odrobinę czasu, przydałoby się dokładniej omówić warunki naszej umowy. Nasza umówiona stawka – sto złotych koron od głowy za wykonanie zadania, o ile dobrze pamiętam – wzrośnie, jeśli okaże się, że śledztwo będzie znacznie bardziej niebezpieczne niż zakładałem. Miasto powinno zapewnić nam darmowy wikt i opierunek. Jestem pewien, że znalazło się już coś odpowiedniego.
Zygmunt pokiwał bez entuzjazmu głową.
- Dobrze. Zanim jednak udamy się na zasłużony spoczynek, musimy zrobić jeszcze jedną rzecz. Prowadzący pobliską świątynię kapłan raczył mi powiedzieć, że ledwie dwa dni temu miało miejsce kolejne zniknięcie. Pewien stolarz, mieszkający samotnie w biedniejszej dzielnicy miasta, zniknął bez śladu z własnego domu jakieś dwa dni temu. Chcę zbadać to miejsce zanim zostanie zupełnie zadeptane i ograbione. Chodźmy czym prędzej. Helmucie, ty zostań, i ustal dokładniej z burmistrzem warunki naszego pobytu.

Grupa opuściła ratusz tylnym wyjściem wraz z jednym strażnikiem, który szybko doprowadził ich do bocznej uliczki przy której stał wspomniany budynek, po czym błyskawicznie się ulotnił. W pobliżu nie było widać żywego ducha. Przybysze stali przed dwupiętrowym domem, wyraźnie zaniedbanym, podobnie jak cała okolica. Można było się domyśleć, że na parterze był warsztat zaginionego, a piętro stanowiło część mieszkalną. Zanim łowca wszedł do środka – drzwi nie były nawet zamknięte - polecił Gustavowi poszukać jakichkolwiek przydatnych tropów w pobliżu domu. Poza tym rozkazał, aby Bretończyk i krasnolud pilnowali drzwi do domu – dwójka uzbrojonych po zęby ponuraków powinna odstraszyć wszelkich ciekawskich – a resztę grupa miała mu towarzyszyć w poszukiwaniach, w myśl zasady, że co cztery głowa, to nie jedna.

Niewielki warsztat na pierwszy rzut oka wyglądał zupełnie zwyczajnie, nie dało się zauważyć żądnych śladów walki. Widocznie stolarz przed zniknięciem zajmował się jakimś zamówieniem, bo niemal każda powierzchnia była pokryta warstewką drewnianych wiórów, a na stole leżało kilka narzędzi i desek. Łowca, nie znajdując żadnej poszlaki, udał się na górę. Polecił jednak swoim towarzyszom dokładniej przeszukać pełne zakamarków pomieszczenie.

Podczas gdy reszta grupy prowadziła śledztwo, do pilnującej drzwi dwójki podeszła szóstka mężczyzn, wyglądających raczej podejrzanie.
- Hej, zara, co tu się dzieje? – warknął jeden z nich, najstarszy i największy, prawdopodobnie przywódca bandy. – Ta chałupa jest nasza, skoro Franz zwiał z miasta. A teraz zejdźcie z drogi, pókim dobry.
Reszta oprychów zaakcentowała groźbę, sięgając po noże, pałki i temu podobne przyrządy. Jednak obaj najemnicy zauważyli, że ruchy te były nieco niepewne, zupełnie jakby młokosy z ulicy bały się starcia z odzianym w zbroję rycerzem i krasnoludem z błyskiem szaleństwa w oczach.
 
Storm Vermin jest offline  
Stary 10-10-2011, 11:58   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 43433 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Bez wątpienia jedzenie było lepsze, niż w dziesiątkach gospód, oberż i karczm, które zostawili za plecami. Co prawda powiadają, że na zapas najeść się nie można, ale Felix nie zamierzał z takiego tylko powodu nie jeść do syta. W końcu nie wiadomo, czy inkwizytor, który wyglądał na zdecydowanego, zawziętego i oddanego swej sprawie człowieka, nie zapomni w pewnym momencie o tak przyziemnych rzeczach jak strawa.
Ale, przynajmniej na razie, był na tyle rozsądny, że zaczął rozmowę od konkretnych spraw, w tym i kwestii wynagrodzenia za przewidywane usługi. A sprawa musiała być dość poważna, skoro burmistrz wyraził zgodę na przedstawione warunki i to, w zasadzie, bez mrugnięcia okiem. Złoto piechotą nie chodzi, szczególnie w takiej ilości. Nieźle się człek nabiegać musi, by mniej zdobyć. Do tego wikt i opierunek. Warto było się do sprawy przyłożyć. A że trzeba było zacząć od małego spaceru? Przechadzka po obiedzie - dobra rzecz. Tłuszcz się nie odkłada przynajmniej.

To, że chłop zniknął, nawet w takiej małej dziurze jak Krefelheim nie powinno być aż taką sensacją. Wcale nie musiały to być mroczne kulty czy mutanci. Długi, zrobione komuś dziecko, oferta lepszej pracy, spadek po krewnych w dalekim mieście... Albo też spił się na umór w podrzędnej knajpie i o całym świecie zapomniał. Powodów mogło być tysiąc, a każdy tak samo dobry.
Sam warsztat wyglądał tak, jakby rzemieślnik w połowie przerwał jakąś pracę i już do niej nie wrócił. Ale to nie świadczyło o niczym. Gdyby Felix nagle miał wyjechać, to też by zostawiłby wszystko, nie kończąc takiej czy innej pracy, nie tylko z braku czasu.
Przeszukiwanie położonego nad wejściem pokoju przerwała dobiegająca z dołu wypowiedź. Felix wychylił się przez okno. Trudno było nie zauważyć sześciu zbirów z pałkami i nożami.
- Ej, nie zabijcie wszystkich! - krzyknął z góry. - Co najmniej jeden się przyda do złożenia zeznań!
Ruszył w stronę schodów, by jak najszybciej znaleźć się na dole.
 
Kerm jest offline  
Stary 10-10-2011, 12:59   #10
AJT
 
AJT's Avatar
 
Reputacja: 11734 AJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputację
Gottri słuchał odpowiedzi burmistrza. Burknął jedynie z zaciekawieniem.
- Rogate demony powiadasz
Po chwili zostało im zaproponowany posiłek, widać każdy z nich na to czekał. Krasnoludowi również w brzuchu już solidnie burczało, więc gdy tylko obaczył syto zastawiony stół, to wpierw zaczął pożerać wszystko oczami. Jednak w momencie już siedział przy nim łapczywie pożerając kolejne kawały mięsa. Przerwał dopiero, gdy dokładnie usłyszał jaka jest stawka za wykonanie zadania. Do jedzenie już nie wrócił i tak był syty, a w głowie kłębiła się już tylko wizja zarobku i pozbawienia nędznego życia, pewnie dość sporą garść stworów.

Inkwizytor miał zamiar sprawdzić jeszcze jedno miejsce i polecił najemnikom, by poszli za nim. Na miejscu znowu Gottri dostał polecenie, by wraz z Bretończykiem pilnować wejścia. Tak też zrobił, oparł się ścianę koło drzwi, trzymając w ręku korbacz. Przymknął na moment oczy nie spodziewając się zagrożenia. Nie zdołał się za bardzo odprężyć, gdyż po momencie zbliżyła się szóstka niezbyt miło wyglądających typów.
- Hej, zara, co tu się dzieje? Ta chałupa jest nasza, skoro Franz zwiał z miasta. A teraz zejdźcie z drogi, pókim dobry-
Słowa te niebywale zaskoczyły Gottriego. Zerknął na przybyłych i dostrzegł, że zaprawieni w boju to oni za bardzo nie są. Są za to albo niezwykle odważni, albo niezwykle ograniczeni, chcąc atakować uzbrojonego w korbacz Krasnoluda, który w dodatku nie był sam.

- Ej, nie zabijcie wszystkich! – krzyknął z góry Felix - Co najmniej jeden się przyda do złożenia zeznań!
Słyszeli?! Jeden zostaje, reszta wypieprza, jak chce przeżyć. Ale już! – Vapensmund wrzasnął, podnosząc korbacz i przygotowując się do ataku. W jego oczach pojawił się szaleńczy błysk.
 
AJT jest teraz online  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166