Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-04-2012, 22:38   #1
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
[WFRP 2 ed.] Cz.2 - Imię Róży

Klasztor „Oczyszczająca Łza Miłosierdzia” Ostland. 33 Erntezeit 2522 KI

- Ilu tym razem? -
- Trzech Matko. Dwóch jeszcze w nocy, trzeci na ranem. -
- Oby Morr przyjął ich do swego królestwa... -
- Tak Matko... -
- Ilu to będzie razem. Siedemnastu? -
- Osiemnastu, jeśli liczyć starego Joba. No i do tego trzech, którzy... -
- Wiem, córko, wiem. A ilu mamy zarażonych? -
- Nie wiemy Matko. W klasztorze nie ma już miejsca, więc chorzy zostają w domach. W niektórych zarażone są już całe rodziny. Siostry robią, co mogą, ale po tym co stało się wczoraj... -
- Wiem, córko, wiem. Nie lękaj się. Pani Światła nas ochroni, tak jak czyniła od zawsze. -
- Tak, matko. Jeśli nic się nie zmieni, to w niej nasza ostatnia nadzieja. -
- Tak, córko. W niej i w Magnusie von Antara. -

*****



IMIĘ RÓŻY


„Nie wiem czy rozumiecie, ale kaganek miłości ciężko jest odpalić od bierwion stosu...


*****

Zemsta najlepiej smakuje na zimno.


*****

Czarcia Mogiła. Zamek Magnusa von Antary w Ostlandzie. 4 Brauzeit 2522 KI

Historia lubi się powtarzać. Tak głosiło stare powiedzenie ludowe. Zgromadzeni na dziedzińcu Czarciej Mogiły awanturnicy, nie mogli odmówić mu racji. Znowu tu byli. Znowu wezwał ich Pana tego ponurego zamczyska. Znów przyjdzie im wypełniać jego rozkazy i zapewne znów nie wszyscy będą wstanie przeżyć czekające ich zadanie. Niektórzy z nich byli już znani jako „Pogromcy Bestii”, inni dopiero mieli nadzieje zdobyć sławę i chwale. Lub zwyczajnie chcieli spłacić długi, zarobić trochę złota, albo nie mieli innego wyboru. Magnus von Antara potrafił być przekonujący. Ci, którzy już ową sławę i chwałę mieli, wiedzieli, że ceną za jej zdobycie jest ból, krew i śmierć.

Historia lubi się powtarzać. Tak jak wtedy przygnało ich tu pilne wezwanie. Tak jak wtedy, niebo nad zamkiem było szaro sine od ciężkich burzowych chmur, które miały im towarzyszyć w drodze. Tak jak wtedy, czekając na posłuchanie, spoglądali po sobie, zastanawiając się, ilu tym razem pochłonie zadanie i czy jest sens zapamiętywać imiona tych, których jeszcze nie znali. Z czym przyjdzie im się zmierzyć tym razem i ile z tego co zobaczą, zostanie w nich na zawsze.

Historia lubi się powtarzać. Sam Magnus von Antara, przez długie lata swego żywota, boleśnie przekonał się jak wiele jest prawdy w ludowym porzekadle. Znów spoglądał z okna swej komnaty, na zamkowy dziedziniec. Znów trzymał w dłoniach listy. Znowu zastanawiał się, czy wysyła tych ludzi na pewną śmierć, czy znowu, na przekór losowi, kilku z nich być może przeżyje. Nad jego siedzibą znów zbierały się czarne chmury. Znowu nadchodziła burza. On zaś, był jednym z nielicznych, którzy wiedzieli, jak wielka.

*****

W końcu ich wezwano. Tak jak poprzednio Magnus przyjął ich w dużej komnacie, grzejąc stare kości przy kominku. Albert, sługa starego rycerza, nalał każdemu kielich wina i zniknął za drzwiami. Dopiero gdy wznieśli toast za poległych towarzyszy, Magnus przeszedł do rzeczy.

- Jak się pewnie domyślacie, wezwałem was, bo mam dla was kolejne zadanie. Wojna, która dotknęła nas wszystkich, wbrew temu co mogą sądzić niektórzy, nie skończyła się wraz ze zwycięstwem Imperatora pod Middenheim. Wróg został rozbity, ale nie zniszczony. Uciekł i ukrył się tyko, szykując do nowych bitew. My zaś wciąż musimy zmagać się z tym, co pozostało po jego przejściu. To, co niektórym z was było dane przeżyć w Ostermak, było właśnie takim śladem. Są jednak kolejne. Zwłaszcza tu, na północy, daleko nam jeszcze do normalności a niektóre z zadanych tej krainie ran wciąż krwawią i się jątrzą. Zwłaszcza, że Mroczni posługują się nie tylko siłą oręża. Plugawa magia, odrażające kulty i straszliwe zarazy. To są ich narzędzia i z nimi również przyjdzie się nam zwierzyć. Niektórym szybciej, niż innym...

- Czy ktoś zna ziemie południa tej prowincji, wzdłuż granicy z Hochlandem? Słyszeliście może o klasztorze „Oczyszczająca Łza Miłosierdzia”, przybytku Shallyi? -


Kilku z obecnych pokiwało głowami. Klasztor był znany w okolicy. W spokojniejszych czasach był miejscem pielgrzymek i wędrówek wyznawców bogini miłosierdzia, oraz wszelkich maści chorych i cierpiących. Zbudowano go w miejscu, skąd bije małe źródełko mające ponoć uzdrawiająca moc.

- Doszły mnie bardzo niepokojące wieści z tamtych okolic. Być może tego nie wiecie, ale klasztor, jako jedno z nielicznych miejsc w prowincji nie został zniszczony. Nieopodal stoczono małą bitwę z siłami Chaosu. Choć kosztowo to wiele istnień, to udało się uratować sam klasztor i przylegającą do niego wioskę. Niestety od dawna nie mamy wieści z innych miejsc, gdzie przed wojną mieszkali ludzie. Klasztor stanowił naturalną drogę ucieczki, dla uciekającej przed hordą ludności. Tam też zebrały się niedobitki lokalnego wojska. Wsparte rycerzami Sigmara i przy skromnym udziale zebranych przeze mnie sił, odparli atak na sam klasztor i uchronili zgromadzonych tam ludzi od masakry. Nie na długo jednak.

- Jak wam rzekłem na początku, wróg używa przeciw nam nie tyko oręża. Nie mógł pokonać Obrońców Imperium w uczciwej walce, więc zesłał na nich zarazę. Ostatnia wiadomość z klasztoru, jaką otrzymałem, była wysłana tydzień temu. Matka Przeorysza Ulrica Kohler, to moja stara przyjaciółka. W dużej mierze to dzięki niej i jej uzdrowicielskim mocą, nadal chodzę po tym umęczonym świecie. Nawet one są jednak niczym, wobec zarazy, która nawiedziła tamte ziemie. Ani moc kapłanek Shallyi ani kapłanów Sigmara nie położył jej kresu. Ponoć niektórych nawet udało się im uleczyć, ale tylko po to, aby za jakiś czas znów zostali zarażeni. Nikt nie wie jak plaga się rozprzestrzenia, ani jak daleko sięga, choć osobiście uważam, że akurat tutaj, widmo wojny nam sprzyja, bo ludzkie siedziby często nie mają ze sobą kontaktu.

- Sama choroba, nie jest podobna do żadnej, o której wcześniej słyszałem. Matka Ulrica pisze, że zarażony człowiek początkowo czuje przypływ niezwykłej siły i witalności. Jest wstanie robić rzeczy, których nigdy wcześnie dokonać nie zdołał. Ponoć starcy nabierają wigoru młodych mężczyzn a dzieci mają siłę dorosłych. Zarażeni żołnierze w pierwszych dniach choroby potrafi władać wielkimi mieczami i ciężkimi toporami w jednej dłoni, ich ciosy były tak mocne, że potrafili jednym cięciem topora ściąć grube drzewo a ciężką kuszę napinali niczym proce.

- To jednak tylko początek. Po kilku dniach - u niektórych po dwóch a u innych po tygodniu - człowiek wiotczeje jak nieświeża ryba. W kilka godzin starzeję się o całe lata. Chorzy nie mogą jeść ani pić a ich ciała wręcz pożerają się same. Znikają mięśnie, wypadają włosy i paznokcie, kości stają się kruche jak szkło. Tylko brzuch pęcznieje i puchnie napełniając się ohydną galaretowatą substancją, której jest coraz więcej w miarę jak zarażony słabnie. Jego ciało powoli zmienia się w te breje, która zaczyna wylewać się z niego na zewnątrz, przez wszystkie otwory i pękające na skórze wrzody. Większość zarażonych umiera, kiedy ich narządy wewnętrzne gniją i przemieniają się w te galaretę. Ci jednak mają szczęście...

- Niektórych z tych, którzy dożywają jeszcze do tego etapu, czeka straszniejszych koniec. Matka Ulrica pisze, że z trzewi najbardziej chorych na świat wydostają się straszliwe istoty. Przebijają od środka brzuchy i w eksplozji ohydnej substancji wydostają na zewnątrz, by atakować wszystko co żywe. Zanim uzdrowicielki zorientowały się w zagrożeniu, potwory zbiły trzy z nich. Potem je zabito. W rzeczy samej, po „wykluciu” okazały się niegroźne, przynajmniej dla wyszkolonych i uzbrojonych wojowników. Matka boi się jednak, że jeśli nie powstrzymamy zarazy, niektóre z nich mogą przeżyć dłużej i tylko mroczni widzą czym mogą się stać, jeśli w porę się ich nie zniszczy.

- Tam właśnie się udajecie. -


Magnus przerwał swą opowieść, spoglądać po wszystkich. Niektóre oblicza były sine, inne blade jak trupy. Po innych nie dało się poznać niczego, ale on wiedział lepiej.

- Wiem, że choć niektórzy z was mają pewne talenty, to nie jesteście uzdrowicielami. Nie tego jednak od was oczekuje.

- Kiedy dowiedziałem się o wszystkim, skontaktowałem się z jedynym człowiekiem, który może nam pomóc. To Mistrz Piter Bergman z Kolegium Jadeitu. Człowiek ten położył już kres niejednej zarazie i jest zaprzysięgłym wrogiem Władcy Much, który je zsyła. Mistrz uważa, że i tym razem Pan Zrazy, zesłał swą moc. Mistrz był tu przed wami i po zapoznaniu się z wieściami wyruszył wcześniej, szukać rozwiania tego problemu. Wczoraj przysalał do mnie swego latającego sługę, aby doręczyć mi wiadomość. Wedle niego zaraza jest wynikiem jakiegoś mrocznego rytuału, odprawionego przez sługi Władcy Much. Tylko jego odwrócenie może uratować ofiary i klasztor. Mistrz zebrał wszystko co będzie do tego potrzebne, ale ostrzegł mnie, że sługi nieprzyjaciela są na jego tropie. Dlatego to Wy musicie dostarczyć wszystko na miejsce.

- Udacie się do wsi Gladbach, trzy dni drogi na południe stąd. Tam odnajdziecie człowieka imieniem Kristian. To zaufany sługa Mistrza Pitera. Waszym zadaniem jest odeskortować jego i wszystko co wam zleci do klasztoru. Z Gladbach do klasztoru można dostać się drogą lądową lub rzeką. Sami będziecie musieli zdecydować, którą trasę wybrać. Nie jestem wstanie powiedzieć, która z nich jest bezpieczniejsza, bo nie mamy żadnych wieści ani z wsi leżących nieopodal drogi dla klasztoru, ani od rzecznych stanic i osad. Z Gladbach do Klasztoru normalnie było pięć, może sześć dni drogi. Jak będzie teraz, nikt nie wie...

- Wczoraj po otrzymaniu wiadomości od Mistrza Pitera, wysłałem do Gladbach swego łowczego z kilkoma ludźmi. Mieli zadanie zbadać drogę przed wami i powinniście ich zastać we wsi. Kacper Jager, tak się nazywa łowczy. Mając informacje od niego, zaplanujcie trasę i ruszajcie jak najszybciej do klasztoru. Dostanie oczywiście mapę, ale nie wiem, na ile jeszcze jest teraz aktualna.

- Z racji pewnych spraw, wynikłych przy ostatnim zadaniu, a na które zwrócił moją uwagę Albert, nie chce wiedzieć o waszych poczynaniach, ani o tym jaką drogę obierzecie. Dla waszego bezpieczeństwa. Nikt nie wie dokąd was wysyłam. Wy też tego nie rozgłaszajcie. Tak będzie lepiej dla wszystkich.

- Pamiętajcie, że każdy dzień a być może i każda godzina zwłoki, to kolejne ofiary zarazy. Musicie dotrzeć do klasztoru jak najszybciej i odprawić rytuał. Nie wątpię, że Mistrz Bergman, będzie już tam na was czekał, lub dołączy do was po drodze. „Czarodziej nigdy się nie spóźnia i nigdy nie przybywa za wcześnie. Pojawia się zawsze dokładnie wtedy, kiedy sobie tego życzy”. Tak mi kiedyś powiedział. -


Stary rycerz uśmiechnął się pod wąsem, ale szybko spoważniał.

- Wasze zadanie jest proste. Musicie jak najszybciej dotrzeć do klasztoru, za wszelką cenę ochraniać w drodze wszystko, co będzie potrzebne do odprawienia rytuału, chronić samego Mistrz Pitera i wypełniać jego rozkazy. Musicie uratować tak wielu jak się da. Ten klasztor MUSI przetrwać, czy to jasne? -

- Żyje jednak wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że życie rzadko dostosowuje się do naszych planów. Dlatego jestem świadom, że możecie przybyć za późno, lub z innych przyczyn nie być wstanie uzdrowić zarażonych. Jeśli tak się stanie, musicie zrobić to co należy. Zaraza nie może się rozprzestrzenić, bez względu na wszystko. Jeśli stwierdzicie, że nie ma innego sposobu, macie wypalić ją ogniem. To jedyny pewny sposób jaki znam. Nikt z zarażonych, nie może przenieś choroby dalej. NIKT, rozumiecie? Dotyczy to również każdego z was... -


W komnacie zapadła cisza a stalowy wzrok von Antary, mówił jasno co ma na myśli.

- Wysłałem wiadomość do Lordów przebywających na północy od klasztoru. Wyślą do niego swoje siły, jednak dla nich to dużo dłuższa droga niż dla was. Sam również wyśle za wami żołnierzy, jak tylko będę miał ich wystarczająco dużo. Jednak to wy musicie uratować klasztor. Wojsko, albo przybędzie już po wszystkich, albo będzie miało za zadnie oczyścić teren ze wszystkich zarażonych i spalić wszystko. -

- Za wypełnienie zadania i uratowanie klasztoru, dostaniecie po pięćdziesiąt Karli na głowę. Za uratowanie matki Ulrici drugie tyle, bez względu, na to, czy dokonacie tego „przy okazji” pierwszego zadania czy przyprowadzicie ją tutaj, jeśli klasztoru nie będzie dało się uratować. Po dziesięć sztuk złota, za każda z pozostałych kapłanek. Za wykrycie kto stoi za tym wszystkim i zabicie go, kolejne pięćdziesiąt, ale to nie jest wasze główne zadanie. Być może mistrz Piter dołoży coś od siebie jeśli wypełnicie jego polecenia.
- W ostateczności jeśli, nie będzie innego wyjścia, za wypalenie ogniska zarazy, tak aby nie rozprzestrzeniał się dalej, też dostaniecie pięćdziesiąt Karli.

- Wyruszacie jak tylko będziecie gotowi.


Von Antara nie miał w zwyczaju powtarzania rozkazów a im już wcześniej, po przybyciu na zamek zapłacono za poprzednie zadanie i umożliwiono przygotowanie się do drogi. Pozostało im tylko dopić wino i ruszać. Gdy opuszczali już komnatę, rycerz zatrzymał jeszcze na chwile Bruna.

- Twój brat Ralf, wyruszał do klasztoru, krótko po tym, jak rozstaliście się, przed twoim wyruszeniem do Ostermak. Wyruszył wraz rycerzami zakonnymi i z tego, co pisała mi Matka Ulrica cięgle jest w klasztorze... -

*****

Wyruszyli trzy godziny później, uprzednio przygotowawszy się do drogi. Początkowo los im sprzyjał i zdołał wyruszyć z Czarciej Mogiły przed burzą. Z czasem pogoda poprawiła się i podróż przebiegła bez przeszkód. No nie licząc tego, że nie spotkali nikogo po drodze. Nikogo. Aż do Gablach co prawda nie miał być żadnych ludzkich siedzib, ale ten kompletny brak podróżnych był... niezwykły.
Większość trasy biegła przez las. Magnus poinformował ich, że w promieniu dnia drogi od jego zamku, powinno być bezpiecznie, ale dalej może być już różnie. Tym niemniej jak na razie nikt ich nie zaatakował ani nie napadł. Heizn i Moperiol od czasu do czasu wyprawiali się do lasu i na zwiady. Znaleźli ślady goblinów, zwierzoludzi i innych istot, ale żadnej z nich nie spotkali, ani nie było oznak, aby planowały na nich zasadzkę.

Do Gladbach dotarli planowo po trzech dniach intensywnego marszu. Świadomość, że do szybkości przebierania przez niego nogami, zależy czyjeś życie, potrafi dodać człowiekowi skrzydeł. Wieś okazała się na wpół opuszczonym zbitkiem rozsypujących się chat i nędznych szałasów. Większość tego był stawna niedawno na szybko, w miejsce spalonych poprzednich budynków. Wystraszeni ludzie spoglądali na nich zza zabitych okiennic, zaciskając w rękach siekiery i widły. Wyszedł do nich tylko jeden, podający się za przywódcę. O Piterze Bergamnie nie widział nic, zaś pytany o Kristiana i ludzi von Antary pokazał im tyko szlak na południe. Cztery wozy, ośmiu ludzi. Nic więcej się od niego nie dowiedzieli.

*****

Dogonili ich godzinę później. Słońce stało właśnie w zenicie. Weszli na szczyt płaskiego wzgórza i przed sobą, u stóp pagórka zobaczyli płytki strumień. Przez bród przeprawiły się dwa wozy. Trzeci utknął na środku płytkiej rzeczki a ciągnące go muły, nie chciały się ruszyć. Czwarty dopiero czekał na swoją kolej. Wszystkie kryte płótnem i ciągnięte przez parę mułów. Dokoła krążyli i krzyczeli ludzie, którzy musieli być poszukiwanymi przez najemników von Antary Kristianem i ludźmi samego Magnusa. Po drugiej stronie strumienia trakt ginął w lesie.

- Spójrzcie! Tam w lesie! -
Elfie oczy nowej w ich gronie Taliany, zwrócił ich uwagę na ścianę lasu.
- Jeźdźcy. - dodał Moperiol - Czterech konnych i sześciu pieszych. Oni... -

W tym momencie rozległy się strzały. Trzech konnych wypaliło w galopie z pistoletów. Czwarty wypuścił strzale z łuku. Podążający za nimi piesi mieli kusze i również użyli ich do ostrzelania przeprawiającej się kolumny. Człowiek siedzący na pierwszy wozie spadł z kozła zmieciony kilkoma trafieniami, padł też jeden z prowadzących go mułów. Drugi wpadł w szał, usiłując samotnie pociągnąć wóz, wraz z bezwładnym ciałem towarzysza.

- Spójrzcie na prowadzącego jeźdźca! -

Postać prowadząca napastników do ataku. Wydała się dziwnie znajoma wszystkim, którzy przybyli z Ostermak, choć większość widziała go tylko przez chwile, kiedy przekrzykiwał się ze strażnikami Magnusa, chcąc dostać się do budynku, gdzie dochodzi do zdrowia. Charakterystycznego długiego płaszcza i szpiczastego kapelusza o szerokim rondzie tak łatwo się nie zapomina.

mapka
 

Ostatnio edytowane przez malahaj : 05-04-2012 o 16:13.
malahaj jest offline  
Stary 05-04-2012, 11:40   #2
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Reputacja: 808 Ulli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwuUlli jest godny podziwu
Gottri powoli dochodził do siebie. Po kilku dniach był już w stanie wstać i przejść kilka kroków. Do brakującego jednego oka doszedł kolejny znak szczególny kulejąca lewa noga. Nie udało jej się całkowicie wyleczyć po tym jak został poszarpany przez bestię. Tylko Spąg był jak dawniej wesoły i skory do zabawy

Postrzępiona broda i krępa sylwetka dopełniała obrazu tego wiekowego krasnoluda.

W zabawach i polowaniach urządzanych przez resztę towarzystwa w okolicach Ostermark nie brał udziału ze względu na stan zdrowia i brak chęci. Uznał, że jeśli z kimś się ma zapoznać to i tak się zapozna podczas misji.

Gdy nadszedł czas ruszył na zamek Magnusa wraz z innymi. Miał nadzieję zaopatrzyć się tam w jakąś lekką zbroję bo jego dotychczasowy pancerz bestia rozerwała na strzępy. Z pomocą wypłaconych mu pieniędzy udało mu się sfinalizować zakup skórzni i jednej porcji mikstury leczniczej. Ponieważ nadal zostało mu sporo pieniędzy a słyszał o planach zakupu jakiegoś zwierzęcia pociągowego głośno zapytał.
- Zbywa mi 40 sztuk złota. Jeśli chcecie kupować tego konia lub muła służę tymi pieniędzmi. Znaczy się mogę się dołożyć.

Podczas odprawy słuchał uważnie i nie przerywał. Prawdę mówiąc nosił się z zamiarem zakomunikowania Antarze, że chce zrezygnować ze służby dla Bractwa Młota. Rany i podeszły wiek a także ostatnia misja sprawiły że był zwyczajnie zmęczony, ale gdy usłyszał ile mają zarobić zmienił zdanie. Taka sumka pieniędzy mogła ustawić go na stare lata. Musiał w końcu myśleć o przyszłości.

Po dopięciu wszystkiego na ostatni guzik ruszył wraz z innymi do Gladbach. Wioska zrobiła na nim przygnębiające wrażenie. Wystraszeni ludzie i nędza. Cóż poradzić takie czasy. Człowiek którego mieli eskortować najwidoczniej ruszył bez nich, nie pozostało więc nic innego jak ruszyć czym prędzej ich śladem.

PO godzinie udało im się dogonić Kristiana a przynajmniej Gottri miał nadzieję, że wozy które widzą należą do konwoju który mieli ochraniać. Gdy zobaczył oddział łowcy czarownic pojawiający się od strony lasu i ich atak na bezbronnych ludzi zbaraniał.
- Co robić? Nawet nie wiemy na pewno czy to nasi ludzie. A jeśli łowca czarownic jest w prawie, jeśli to jacyś kultyści czy inni czarownicy? Psia mać!-
Zaklął wyraźnie zdenerwowany po czym dobył topora i tarczą założoną na ramię zaczął kulejąc biec w dół wzgórza ku wozom. Spąg mocno ujadając ruszył w ślad za panem.

Postanowił zaryzykować i włączyć się mimo wszystko do walki po stronie wozaków. Jego zdaniem należało to zrobić choćby dlatego, że byli na z góry przegranej pozycji.
 
Ulli jest offline  
Stary 05-04-2012, 15:39   #3
 
Agape's Avatar
 
Reputacja: 1444 Agape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumny
Czas mijał powoli a zarazem szybko, szybko mijały chwile przeznaczone na odpoczynek i sen, nieznośnie powoli cała reszta podczas której musiała pracować przy odbudowywaniu umocnień. Tak, tak, zajęcie któremu wymykała się przez ostatnie kilka dni dopadło wreszcie blondwłosą ochotniczkę pod postacią wyjątkowo zrzędliwego krasnoluda, który nadzorował prace budowlane. Zresztą biorąc pod uwagę jej biało-niebieski mundur wyróżniający się na tle ubrań mieszkańców nie było się w zasadzie czemu dziwić. Międląc w dłoniach jakiś pokreślony liniami papier brodacz wykrzykiwał komendy i próbował przekonać robotników że wszystko co robią, robią nie tak jak trzeba. Za każdym razem kiedy jego słowa były skierowane do niej przewracała swoimi błękitnymi oczyma i odbórkiwała że przecież się stara, naprawdę się starała. Miała go serdecznie dość, szczególnie że przez niego nie starczało jej czasu żeby poszukać składników do mikstur. Czy on nie rozumiał że są rzeczy znacznie ważniejsze niż jakieś tam kamienie czy palisada? Trzy razy wyprawiała się by poszukać ziół ale efekty jej poszukiwań były raczej mizerne. Czy odpowiednie zioła nie chciały tu rosnąć, czy może zostały już zebrane wcześniej przez kogoś kto miał więcej czasu niż ona, nie miała pojęcia. Wreszcie przyszła pora by wyruszyć co uczyniła z nie ukrywanym entuzjazmem, którego nie zmniejszyła nawet konieczność dźwigania ciężkiego plecaka.

Na zamku uzupełniła tylko prowiant. Kiedy Gottri wspomniał o koniu i zbywającym złocie westchnęła z rezygnacją gdyż to ją prawdopodobnie najbardziej uszczęśliwiłby zakup zwierzęcia, niestety w kwestii pieniędzy nie miała się czym pochwalić.
- Nie kryję, że chętnie pozbyłabym się swoich maneli z grzbietu, ale dołożyć się wiele nie mogę, cały mój majątek ledwie pięć marek.

W komnatach von Antary czuła się onieśmielona, milczała i trzymała się raczej z tyłu starając się zrozumieć i zapamiętać jak najwięcej. W miarę jak szlachcic mówił robiła się coraz bledsza. Zaraza! Potworna zaraza której mieli stawić czoła. Jakie mieli szanse na to że nie podzielą straszliwego losu zakażonych? W tej misji nie mogli zawieść. Żołądek jej się ściskał na samą myśl że mogłoby im się nie udać, sporo wysiłku kosztowało przegnanie obrazów usłużnie podsuwanych przez nakarmioną właśnie detalami wyobraźnię. Mimo to przez myśl jej nawet nie przeszło by odmówić udziału w zadaniu, była gotowa zrobić wszystko co tylko będzie konieczne by pomóc tym ludziom i wykonać wolę Magnusa.
***

Podróż do Gablach minęła nadzwyczaj spokojnie, zdecydowanie za spokojnie gdyby brać pod uwagę okoliczności, to jednak nie stanowiło powodu do zmartwień dla Elise. Wychodziła z założenia że zdecydowanie lepiej nie spotkać spodziewanego niebezpieczeństwa niż spotkać nie spodziewane. Podczas podróży zachowywała umiarkowanie dobry humor starając się skupić na teraźniejszości nie zaś na celu wędrówki. Nie rozpoczynała rozmów i zdecydowanie nie była w nich najaktywniejszą stroną, niemniej zawsze dorzucała swoje trzy grosze do dyskusji.

Wieś wywarła na niej przygnębiające wrażenie, opuszczając ją zwróciła się w myślach do Shallyi i Randala by nie zapominali o mieszkańcach. Nie podobało jej się że zarówno łowczy jak i Kristian z całym ładunkiem już wyruszyli. „Mieli przecież na nas czekać, nie spóźniliśmy się. Jak u licha mamy chronić ładunek jeśli nas przy nim nie ma? Oby tylko dalsza droga była równie spokojna jak do tej pory.”

Na szczęście przewaga wozów nie była duża i szybko je dogonili. Ten widok bardzo ją ucieszył, już miała machać radośnie do wozaków i krzyczeć że oto przybyła ich eskorta, ale ostrzeżenie Taliany sprawiło że zaniechała tej czynności. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie i to w kierunku który mógł oznaczać zniweczenie zadania. Natychmiast sięgnęła po łuk, nie było nad czym się zastanawiać, przynajmniej do póki nie rozpoznała prowadzącego jeźdźca. Łowca Czarownic którego widziała w Ostermark. Zawahała się. Otrzeźwiła ją reakcja Gottriego. Łowca czy nie łowca oni mieli swoje zadanie, które musieli wypełnić. Pobiegła za utykającym krasnoludem nakładając strzałę na cięciwę. Gdyby tylko się udało zająć odpowiednią pozycję i ustrzelić konia łowcy- w jego samego nie miała odwagi celować- może udałoby się powstrzymać natarcie.
 
Agape jest offline  
Stary 05-04-2012, 16:20   #4
 
Matyjasz's Avatar
 
Reputacja: 615 Matyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemu
Szlajał się po Ostermark właściwie bez celu, miał nadzieję, dowiedzieć się czegoś pożytecznego i nic mu z tego nie wyszło. Tylko raz zyskał ból głowy następnego dnia. Pomysł by spróbować spić podejrzanie wyglądającego wojaka był zły, szczególnie od momentu gdy Albert stwierdził, że będzie uczciwie pić równo i go przepije. Później znów wyruszył w drogę, na kolejne wezwanie. Polecenie mówiło jasno co ma robić i on zamierzał być posłuszny. W końcu przełożony żył i widział więcej więc wiedział więcej niż on.


Po raz kolejny stał na zamku i kolejny raz patrzył na zbierające się chmury.
-Niech to wszyscy diabli...
Z uwagą wysłuchał odprawy, jeżeli można to było tak nazwać bo Magnus nie wiedział absolutnie nic przydatnego. Oczywiście sama choroba jak i jej przyczyna była zastanawiająca, szczególnie czy może ona mieć związek z tym co Wins opisał jako ostatnią ich bitwę gdy wróg odprawił rytuał. Czy mógł mieć długofalowe skutki? Niestety on był jedynym magiem i to do niego należało wymyślenie tego. Jednak całość to odległa przyszłość, o drodze nie dowiedział się nic.
Następnie miał chwilę czasu na uzupełnienie ekwipunku.
-Sprytnie pomyślane, płaci nam a później wydajemy to w jego zbrojowni.- Rzucił do jednego z starych kompanów.
Wyszedł bogatszy o nową owalną tarczę i dwie alchemiczne mikstury oraz komplet komponentów do zaklęć. Tutaj czuł się jak hiena cmentarna, bo były w magazynie na potrzeby Siegfrieda von Antary. Na odchodnym poprosił o dokupienie bo, pewnie jak wróci to będą mu nowe potrzebne.


Jeszcze tylko poprawił ekwipunek, miecz u boku jest, torba z komponentami przewieszona przez ramie i przywiązana do paska by nie latała na boki, też, w plecaku nic nie zabrakło. Na to jeszcze zarzucił tarczę oraz kuszę. Na sobie miał solidne buty, wojskowy mundur, wielokrotnie zszywany choć wciąż trzymający się w miarę dobrym stanie z naszywką trzydziestego szóstego regimentu lorda Gunthera. Według jego wiedzy nikt z regimentu już nie żył więc nie bał się używać tego stroju a działał znacznie lepiej niż strój identyfikujący z byciem magiem. Z racji pogody założył także ponoć wodoodporny płaszcz, będący na tę wodę odporny przez pewien czas. Ponieważ dowiedział, się, że będą podróżować z wozami niósł także przywiązane do plecaka na rzemyku kolejne buty ściągnięte z jakiegoś barbarzyńcy, dobre obuwie to istny skarb. Z twarzy właściwe nie rzucałby się w oczy gdyby nie blizna po poparzeniu na twarzy, którą mniej lub lepiej starał się ukryć hodując brodę.


-Co do konia, bo koń były chyba lepszy niż muł, to mam przy sobie trzydzieści złotych koron, z których część mogę bez oporu przeznaczyć. Choć mam nadzieję, że coś tanio kupimy w końcu nie potrzebny nam rumak bojowy tylko coś do noszenia naszych rzeczy.


Wioska była ponura, bardziej niż Ostermark po bitwie. Rozmawiać chciał tylko jeden człowiek, o ile strach nie zabił w nich wszystkich ludzkich odruchów.
-Wiecie coś o łowczym Kacprze Jagerze?- Odpowiedziało mu milczenie, coś o ludziach von Antary wiedział a czy to był łowczy?- No to nasz zwiad szlag trafił, i niech tego Kristiana Spąg wyrucha! - Słysząc swoje imię zwierzak podbiegł i zamerdał.- Nie, nie dam ci jeść. Samemu z cennym ładunkiem w niebezpieczny teren. Żebyśmy tylko znowu nie zaczynali od ratowania wozu jak w drodze do Ostermark, chociaż nie pada i nie toniemy w błocie.


Sytuacje skomentował krótko.
-No to wykrakałem. Cholerny łowca czarownic! Większość to albo szaleńcy albo psychopaci albo i to i to. - Powiedział ściągając z pleców kuszę jedną ręką a drugą wyjmując strzałki do czarów.
-Gówno a w prawie, jak w prawie to powinien ich próbować złapać, choćby krzyczeć by się poddali a nie zabijać wszystkich. Jak prawo mojej prowincji pamiętam to za rozbój na drodze książęcej można na miejscu ubić. Tamte zarośla- wskazał- Idealne do ostrzału, nas chronią dobrze bród widać a w brodzie utkną i ich wystrzelamy.
Będąc przygotowany pobiegł do swojego upatrzonego miejsca w drodze krzycząc do tych na wozach.
-Tutaj do nas kryć się! Żeby nas nie wzięli za tych od tego sukinsyna!- Krzyknął do tych też biegnącyh.
 
Matyjasz jest offline  
Stary 05-04-2012, 20:29   #5
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 15188 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację
-Agrha!- krzyknął, ułamek sekundy po przebudzeniu się. Bruno był cały pokryty kroplami potu, drżał i dyszał, jakby przebiegł milę z Gislanem na plecach. Łowca nagród rozejrzał się dookoła. Brudnych i wychudzonych oprawców nie było. Nie było też w pobliżu zwłok ostatniego z Czarnych Proroków. Koszmary nawiedzały go bardzo często, od czasu jak wrócił do zdrowia, jak wrócił do Ostermak. Młot leżał obok jego posłania. Po tamtych wydarzeniach zmienił się, choć nie chciał dać tego po sobie poznać. Był znacznie bardziej podejrzliwy, bardziej nerwowy. Dość często łapał dłonią drzewiec młota, by upewnić się, że broń jest na swoim miejscu.
Najemnik otarł ręką pot z czoła. Kiedy był pewien, że to co widział to tylko wspomnienia uspokoił się i ułożył w posłaniu. Pragnął zobaczyć się z bratem. Chciał się wyspowiadać i błagać Sigmara o wybaczenie wszystkich bluźnierstw, które padły z jego ust.

~***~

Bruno wejrzał na Gislana i skinął mu głową. Zadanie, o którym opowiedział im Von Antara było równie niebezpieczne, co polowanie na bestię, a może nawet jeszcze bardziej. Najemnik był gotowy. Co prawda, miał w planach wcześniej udać się do brata, jednak wiedział, że nie ma na to czasu a tak dobrze płatna misja może się prędko nie powtórzyć. Pobożność pobożnością, jednak jeśli chciał prosić o wybaczenie grzechów musiał oddać na kościół Młotodzierżcy datek tak hojny, na jaki tylko Brunona było stać. Misja, która ich czekała, była pewną drogą ku śmierci i zatraceniu, jednak Bruno miał świadomość, że świat pełen jest niebezpieczeństw i mógł umrzeć byle gdzie, z byle powodu. Chciał zrobić coś przed śmiercią by naprawić świat. Chociaż odrobinę. Bez warunkowo dotknął dłonią trzonka młota. Broń czekała by rozłupać łeb jakiegoś sługi chaosu. On również.

Gdy Von Antara tuż przed wyjściem z jego komnaty poinformował go, że do klasztoru udał się Ralf, Bruno poczuł jak jego żołądek ściska się w pięść. Zbladł lekko. Myśl, że sługę Sigmara, jego rodzonego brata może spotkać taki los, jaki czekał każdego zarażonego, była niczym potężny kopniak w żebra. Bruno poczuł jak zapiera mu dech w piersi i bynajmniej nie było to pozytywne uczucie. Najemnik skinął głową. Zrozumiał słowa rycerza.
-Panie, nim odejdę jedną prośbę mam do was.- zwrócił się do pracodawcy -Złoto nie potrzebne na szlaku. Tylko by moją uwagę skupiało. Zakupić u was chciałem lekką zbroję jaką i kuszę, bo to oręż, w którym walce się specjalizuję. Zabrać z pozostałego złota pięć monet chciałem, resztę jeśli to nie problem u was zostawić, co bym wiedział, że bezpiecznie na mnie zaczekają nim wrócę...-

~***~

Podróż minęła spokojnie. Przynajmniej dla niektórych. Koszmary nie dawały mu spać nocą. Za dnia jechał zaś zmęczony i struty. Najmita rozmawiał głównie z Gislanem, którego uważał za przyjaciela. Takiego naprawdę. Pamiętał to południe jak opiekował się krasnoludem po walce z bestią. Pamiętał jak gotowali się do walki z obdartusami Iskarioty i pamiętał jak zamieniali Czarnego Proroka na Jotunna. Czasami, kiedy nikt nie patrzył spoglądał na Elise. Nie łudził się, że kobieta się nim zainteresuje, ale oczy mógł nacieszyć jej urodą. Klara również była piękna, jednak jej już tu nie było. Uśmiechnął się pod nosem lekko, kiedy przypomniał sobie wieczór, kiedy walczyli z bestią a on wyrwany ze snu nago biegł za potworem trzymając w ręku tylko swój młot.
-Dobrze że los znowu nasze ścieżki połączył.- burknął w powietrze, jakby mówił do ogółu.

~***~


-Żesz kurwa!- warknął, kiedy w okolicy rozległ się odgłos wystrzału. Nie będąc tego świadomym pochylił lekko głowę, jakby miało to go uratować od przypadkowego trafienia kulą z pistoletu. Bruno skrzywił się na twarzy. Tożsamość agresorów była mu obojętna. Co za różnica, czy znał, kojarzył, nienawidził. I tak trza było zabić, wszak atakował „karawanę”, której oni mieli strzec. Łowca nagród wiedział, że walka wręcz nie wchodzi w grę. Prędzej padłby poraniony jak sito niż trafiłby któregoś przeciwnika swym młotem. Plan jaki miał w głowie był prosty jak drzewiec jego młota. Miał zamiar jak najszybciej dobiec na tyły ostatniego wozu, za którym chciał się skryć, załadować kuszę, wycelować w któregoś z oponentów i oddać strzał. Ot cały sekret jego genialnego planu.
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!
Nefarius jest offline  
Stary 06-04-2012, 13:40   #6
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 87 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
Stojący pod ścianą Heinz słuchał. Słuchał, bo nic innego nie mógł w tym wypadku zrobić. Von Antara znów wysyłał ich na misje. Och, jakże to była za odmiana. Łowca milczał, zastanawiając się czy kiedykolwiek dane będzie mu wrócić do lasów Raiklandu. Coraz częściej wątpił w to, chociaż z drugiej strony lasy są wszędzie.

Ale pachną inaczej...

Leo spojrzał na zbierające się nad zamkiem chmury i z trudem zmusił się by dokładnie wysłuchać starego rycerza. Niestety, mętne informacje posiadane przez Antare na myśl przywodziły jedno. Nurgle.

Nurgle...

Po stokroć przeklęty bóg chaosu, którego imię niosły na ustach owrzodzone, napęczniałe od zarazy bestie kroczące kiedyś przez lasy będące dawnym domem łowczego. Heinz nie mógł uwierzyć własnym oczom, widząc chodzące, gnijące truchła, nawołujące radośnie do tego... tego czegoś.

Dodatkową motywacją był fakt, że zarażenie było jednozaczne ze śmiercią jeśli nie uda im się odprawić kontrarytuału. Równie dobrze z rąk towarzyszy, co przez powolne obumieranie narządów wewnętrznych.

I jeszcze ten deszcz...


***


Heinz miał złe przeczucia już w chwili gdy usłyszał że wozy które mieli chronić już wyjechały. Na usta łowcy zaczęły pchać sie liczne inwektywy, których nie wypowiedział nawet na widok kłopotów na trakcie. Skrzywił się tylko, prychnął przez nos i ruszył biegiem, wyjmując strzałę z kołczanu.

Walczyli już w znacznie gorszych warunkach. Walczyli w trakcie oberwania chmury oraz z najemnikami z Norski, gdy Ostermark stał w płomieniach. Ale mimo to łowca wolał nie ryzykować niepotrzebnie. Kiedy zbliżyli się dostatecznie blisko, uniósł łuk i wystrzelił, celując w najbliższego z przeciwników. Jeśli był to jeździec, opcją było ustrzelenie pod nim konia.

-Szlag by to trafił...- oczy Leo skupiły się na chwilę na dość znajomej postaci.
 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...
Makotto jest offline  
Stary 06-04-2012, 14:39   #7
 
Luffy's Avatar
 
Reputacja: 29 Luffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodze
Dni spędzone w Ostermark mijały powoli. Reszta ich drużyny dochodziła do zdrowia a on sam również czuł się coraz lepiej. Jedynynymi pozostałościami po bitwie, z której tak szybko został wyłączony z powody topora w głowie, była blizna na twarzy, od skorni po prawe ucho, oraz co jakiś czas pojawiający się nieznośny ból głowy. Z tego powodu młody łowca nagród był często rozdrażniony i często sięgał po gorzałkę wraz z żołnierzami von Antary. Poza pijatyką często odwiedzał pogorzelisko pod bramą, wciąż nie mogąc uwierzyć, że tyle ludzi pochłonął ogień, który nierozważnie podłożyli z magami. Już samo poczucie winy sprawiało, ze cieszył się na myśl o nowym zadaniu jakie miał dla nich szlachcic.

-Robimy postępy, tym razem nie pada!- powiedział do towarzyszy. Stali na dziedzińcu zamku, czekając aż Atara ich przyjmie. Felix czuł się nie pewnie. Nie z powodu oczekiwania ani przyszłej misji. W ich drużynie znowu pojawiły się kobiety. Łowca z natury był nieśmiały gdy chociło o kobiety inne niż dziewka w gospodzie podająca piwo, dlatego niewiele odzywał się do obu pęknych pań. Najwięcej w drodze na zamek rozmawiał z Albertem, z którym spędził najwięcej czasu podczas ostatniej misji, choć często przerywali rozmowy z powodu kolejnych ataków migreny nawiedzających Felixa.

Gdy szlachcic skończył opowiadać im na czym polegać będzię ich zadanie miał mieszane uczucia. Z jednej strony cieszył się, bo zapowiadało się na spędzenie większości czasu na trakcie, będzie się czuł jak ryba w wodzie. Przemknęły mu wspomnienia licznych dni w pogoni za ludźmi z nagrodą za ich życie. Z drugiej strony opis zarazy w połączeniu z jego bujną wyobraźnią tworzył w głowie łowcy straszne obrazy. I nie martwił się o siebie, po wydarzeniach w Ostermark wierzył że Sigmar nad nim czuwa. Zastanawiał się czy będzie wstanie stanąć przeciwko towarzyszom jeśli będzie musiał. Wszelkie wątpliwości rozwiały jednak sumy wypowiadane przez Angusa z taką łatwością jakby mówił o ziemniakach.

Pozostało przygotować się do wymarszu. Zamek jak i pełna sakiewka prezentowały przed Felixem szereg możliwości. Przede wszystkim postanowił sprzedać zbędne bagaże, ograniczające go podczas długiej drogi. Za pistolet z jaskini kapelusznika, miecz oraz kuszę dostał ładną sumę stu siedemnastu koron. Następnie udał się do kowala by ten naprawił jego zbroję oraz zakupił proch i naboje do pistoletu który mu został. Już miał kończyć, gdy pomyślał o długiej drodze. Znalazł więc mały namiot, miksturę leczniczą i 3 butelki gorzałki, na wypadek gdyby ból nie chciał ustapić, wszystko upchnął w świerzo kupionym plecaku. Kupując prowiant usłyszał, że reszta grupy zostanawia się nad kupieniem konia lub muła. Felix nie chciał odstawać od grupy.
-Mogę dać...- zawachał się. Reszta nie wie ile miał pieniędzy a on sam wolał zaoszczędzic trochę grosza.- Mam chyba 10 marek, chętnie dorzucę się do tego konia.

Droga przebiegała spokojnie. W opustoszałym lesie panowała groza a przede wszystkim martwa cisza. Łowca starał się utrzymywać stałą czujność. Wątpił by rozbujnicy napadli na dziwną bandę jak oni, mieszanine ludzi, elfów i krasnoludów uzbrojonych po zęby jednak wolał mieć przy sobie nabity pistolet. Przez trzy dni dalej nie odważył się odezwać do nowych kobiet w drużynie, utrzymując kontakt z samymi "Pogromcami Bestii". Gdy dotarli do Gladbach złe przeczucia tylko w nim wzrosły. Ponura dziura, pomyślał. Nie mógł zrozumieć czemu ten cały Kristian na nich nie czekał.

-Znowu atak na wozy. Tym razem przynajmniej tak nie leje i może przy odrobinie szczęścia zmutowany kozak nie wyjdzie z krzaków.- starał pocieszyć samego siebie. Jednak pojawienie się tego fanatyka nie może wróżyć nic dobrego. Wyjął pistolet i miecz i pochylony podbiegł na tył ostatniego wozu. Uspokoił oddech i zaczął celować w najbliższego konnego.
 
Luffy jest offline  
Stary 06-04-2012, 22:03   #8
 
Komtur's Avatar
 
Reputacja: 15748 Komtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputację
Gislan nie ukrywał, że najlepiej czuł się w towarzystwie Bruna i Mierzwy, nie to że innych nie lubił, po prostu wiedział że ci dwaj ulepieni są z podobnej gliny co on. Tym razem ten młody krasnolud z gęstą i postrzępioną brązowo-rudą brodą, zmienił swoje podstawowe uzbrojenie. Ostatnie wydarzenia dowodziły, że walka w krótkim dystansie była jego prawdziwą domeną. Tak więc, topór wymienił z jednym mieszkańcem Ostermak na krótki miecz o szerokim ostrzu, zapewne była własność jakiegoś barbarzyńcy z północy. Resztę bojowego ekwipunku dopełnił w zamku von Antary i były to trzy wyważone noże, prosty sztylet, puklerz i nabijana ćwiekami skórznia. Tak w mordę jeża, wreszcie prezentował się jak zawodowiec, a nie kawał obszarpańca. Zresztą robota była wreszcie tym do czego przywykł, czyli ochranianie dupska jakiegoś "maślaka". Jedyne co go niepokoiło to to, że ostatnio jak ochraniał czarodzieja, to o mało co nie skończyło się to nadzianiem na szpaler wideł.

Przeczucie go zresztą nie myliło, gdy wreszcie namierzyli karawanę, którą mieli ochraniać, okazało się że jest w poważnych tarapatach. Gdyby wozy zaatakowali zwykli zbóje sytuacja byłaby jasna, ale to był łowca czarownic z pomagierami i sprawa się skomplikowała.
"Gówno" - Gislan zaklął w duchu. Wiedział że w tej sytuacji zginąć musi i łowca czarownic i jego ludzie.
Krasnolud zarzucił puklerz na rękę i dobył noża do rzucania, miał zamiar dobiec do wozów i korzystając z ich osłony, zranić nożem konia łowcy.
Biegnąc w stronę pierwszego zaprzęgu, zaczął też krzyczeć - von Antara! von Antara! - nie miał zamiaru by ludzie z karawany wzięli ich za wrogów.
 
Komtur jest offline  
Stary 07-04-2012, 19:51   #9
 
kymil's Avatar
 
Reputacja: 9611 kymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputację
Ołowiane niebo przysłoniło słońce, deszcz padał jak z cebra uderzając rytmicznie o blanki zamku Czarcia Mogiła.
"Magiczny Brauzeit, kurwa, cesarska pogoda, psie krwie" - złorzeczył w myślach Kislevita racząc się słodkim miodem.

Wezwano ich wreszcie do ponurego zamczyska.

Mierzwa słuchając przemówienia starego von Antary stał wyprężony jak czarna kozacka szabla, którą miał przy boku. Wygolony na głowie jak praaski lansjer - osełedec zniknął wczorajszej nocy w płomieniach kominka - odziany w zbroję, przy wysłużonej szabli, z wielkim toporem na plecach. O lewe udo oparta okrągła masywna tarcza bez herbu. Jednym słowem silnoręki na usługach cesarskiego magnata.

Deszcz padał, a szlachcic gadał dalej. To co mówił nie nastrajało bynajmniej optymistycznie.

Przygnębiony Dmuch począł tedy łypać spod oka na nowych rekrutów Starego Sępa jak zwykł określać Magnusa. Starzy "Pogromcy" to co innego: Gislan, Bruno, Heinz, Gottri, Felix. Nawet ten parszywy kuglarz Flick... Ci którzy nie umarli z ran do dalszej roboty się nadawali, reszty Dmuch nie był pewien. "Wielki Ursun ich doświadczy. Czas pokaże kto godzien naszej kompani a kto skurwiel" - klarował sobie kozak.

Stary rycerz przemawiał długo. Objaśniał zawiłości ich misji, szczegółowo określał symptomy choroby, określał wynagrodzenie. Dmuch zrozumiał jedno. "Jeśli się zarażę, nie ma ratunku. Dla nikogo nie ma ratunku. Chyba, że czarownik z Kolegium Jadeitu będzie na tyle potężny, by pozbyć się plugastwa".



***


Podróż do Gladbach, nie licząc przelotnej ulewy, minęła im spokojnie. Mierzwa trzymał się tradycyjnie z tyłu. Od czasu do czasu zagadywał Gislana na temat miotania sztyletami. Wymienił parę znaczących spojrzeń z Brunem. Klepnął po plecach Gottriego, rzucił kąśliwą uwagę w kierunku magusa. Wreszcie począł bezczelnie wlepiać wzrok w okrągłe kształty kobiet i gdy wydawało mu się, że nie widziały cmokał i mlaskał z uznaniem. Od kiedy bowiem zakosztował preparatu od medyczki Klary, ciągle mu się chciało hożej niewiasty.

- Ursunie, doświadczasz mnie nad wyraz, lecz i to zniosę z pokorą. Wielki Niedźwiedź wie co czyni - wyjaśniał rozbawionym towarzyszom podróży, ściskając mimowolnie niedźwiedzi symbol.


***


Gdy ujrzeli bród z wozami, Kislevita okrzyknął do idących na przedzie.

- Ten Kristian!? Wiemy jak on wygląda, bo... - nie skończył mówić, gdy z lasu wychynęła śmiertelna czereda z łowcą czarownic na czele.

- To ten skurwiel, co chciał nas wyspowiadać w Ostermak
- palnął to co wszyscy doskonale wiedzieli.

Szarpnął za szablę i puścił się pędem w dół zbocza ślizgając po trawie. W biegu założył jeszcze tarczę. Trzeba było ocalić Kristiana i jego ludzi. Tak brzmiał bezwzględny rozkaz von Antary. Tym razem Kislevita chciał jego polecenia wykonać co do joty.

Gdy Gislan począł drzeć się jak przystało na najmitę von Antary Dmuch huknął z pomocą:

- Magnuuss von Antara! Na pohybel skurwysynom!


Gdy dopadł wreszcie do ostatniego z wozów okrzyknął woźnicę:

- Zawracaj, bratku. Ratuj cały majdan!


Sam zaś przemierzył szybko wodę i skoczył ku pierwszemu konnemu. Celował w nogi konia. Gdy jeździec spadnie, szansę od razu się wyrównają.

- Graj muzyko! - czarne ostrze przecięło powietrze.
 

Ostatnio edytowane przez kymil : 07-04-2012 o 19:56.
kymil jest offline  
Stary 10-04-2012, 10:14   #10
AJT
 
AJT's Avatar
 
Reputacja: 13723 AJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputację
Moperiol po jako takim wylizaniu się z ran, zajął się głównie pomocą w lazarecie. Chciał zdobyć wiedze na temat leczenia, jak zadbać o rannych, jak udzielić pierwszej pomocy. Spędzał w związku z tym więcej czasu z nową członkinią ich drużyny. Wiedza ważna i przydatna jeśli miał wieść życie jako najemnik von Antary. Dla relaksu wybył też raz na polowanie z Mierzwą. W końcu znowu trzymał łuk, w końcu znowu spędzał czas w dziczy. Brakowało mu już tego…

U Antary uzupełnił zapas strzał, zlecił naprawę opancerzenia, a także kupił miksturę leczenia. Ostatnio był blisko śmierci, teraz musiał lepiej zadbać o siebie, jeśli miał jeszcze jakiś czas pożyć.

***

W trakcie podróży, tak jak i w szpitalu. Dużo czasu spędzał przy elfce. Raz, dawno nie miał kontaktu z przedstawicielem swojej rasy, a szczególnie tak urodziwym. Dwa mógł u niej pobierać nauki leczenia, choć w sumie to był tylko raczej pretekst do spędzania czasu z nią.

W końcu dogonili Kristiana i ludzi von Antary. Tyle że…
- Spójrzcie! Tam w lesie! – krzyknęła Taliana
- Jeźdźcy. -dodał Moperiol - Czterech konnych i sześciu pieszych. Oni... –

Teraz wszystko zaczęło dziać się szybko, bardzo szybko. Strzały z pistoletów…łowca…łowca?…Towarzysze ruszyli chronić ludzi z wozu. Elf się chwilę zawahał, jednak zaraz jego łuk było także gotowy do użycia. Ruszył w kierunku wozów. On też miał zamiar ‘przykleić się do jednego z nich. I zza takiej osłony szyć strzałami. Miał zamiar celować w najbliższego jeźdźca. Idealnie byłoby zestrzelić go, tak by spadł z konia, a później ‘przejąć’ jego wierzchowca, w razie gdyby trzeba było ruszyć w pościg. Miał w związku z tym nadzieję, że kompani nie wybijają wszystkich zwierząt.
 
AJT jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:25.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167