Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-01-2013, 00:28   #1
 
Lomors's Avatar
 
Reputacja: 126 Lomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znany
[WFRP 2 ed.] Znak Krwi - Prolog

Znak Krwi: Prolog



Do not ask which creature screams in the night
Do not ask which creature screams in the night,
Do not question who waits for you in the shadow.
It is my cry that wakes you in the night,
And my body that crouches in the shadow.
I am Tzeentch and you are the puppet
That dances to my tune.



***




Sigmaringen, Sitrland.
Siódmy dzień miesiąca Nachexen



U Rzeźnika

Bohaterowie: Ruppert i Magnus
Poranek


Minęło wiele dni odkąd Magnus wyruszył z rodzinnego miasta. Siedem dni temu miała miejsce Noc Wiedźm. Dosyć nieprzyjazny moment w roku, szczególnie jeśli spędza się go samotnie, poza miastem, w jakimś podejrzanym lesie, zaraz po zakończonej wojnie. Złodziejaszkowi wydawało się że tylko cudem udało mu się przetrwać w lesie, nie zostając pożartym przez zwierzoludzi, albo coś jeszcze gorszego. Mijały godziny, a z każdą następną Magnusowi zdawało się że jest bliżej szaleństwa. To jakiś szmer, to wycie jakiegoś dziwnego zwierzęcia z pewnością nie będącego wilkiem... Wydawało mu się jakby zaraz zza krzaków miało coś na niego wyskoczyć. Czas jednak mijał, a Magnus pozostawał bezpieczny.Cały zły urok nocy prysnął gdy jego oczom ukazało się wschodzące słońce, jak i zaśnieżona polana oznaczająca koniec lasu. Na tej polanie z kolei dało się dostrzec zarys, wyrastającej ze śniegu niczym wybawienie ludzkiej osady - Sigmaringen. Zbawienie przyjmuje różne formy, a tym razem przyjęło formę niezbyt pokaźnego miasteczka, otoczonego niespecjalnie dużym, drewnianym murem. Znad tychże murów dało się dostrzec drobne słupy dymu wydobywające się zapewne z kominów.
Dziękując w duchu Ranaldowi za szczęście, jakie spotkało go tej nocy (bo któż inny mógł nad nim czuwać w ciemnościach, jak nie to opiekuńcze bóstwo?), młody Magnus ruszył do miasta. A w samym mieście udało mu się dosyć szybko zlokalizować całkiem przyjazne mu miejsce a mianowicie karczmę noszącą nazwę “U Rzeźnika”. W oberży tej przebywała esencja kryminalnego świata tegoż miasta. Począwszy od drobnych złodziejaszków, poprzez łowców nagród na bandziorach skończywszy. Za resztę pieniędzy Magnus wynajął pokój u karczmarza, w którym to spędził już prawie tydzień. Gdy obudził się siódmego dnia miesiąca, zrozumiał że oto czas odpoczynku się zakończył, a on sam musi znaleźć jakiś sposób na zarobek. W przeciwnym przypadku karczmarz wyrzuci go na bruk bez pieniędzy i jedzenia. Wychodząc ze swojej izby zanim jeszcze nawet nastał świt, młody Magnus usłyszał rozmowę dobiegającą z piętra niżej,
- Czyli co? Mamy dorwać tego chłopaka?
- Tak, tak właśnie jest napisane w liście.
- Pokaż no... - pauza - Hm... No rzeczywiście. Ale kurwa, warto ryzykować?
- Widziałeś ile pieniędzy ten facet proponuje? To musi być ktoś ważny. No popatrz na ten list. Mówię ci Horst, to jest okazja! Trzeba tylko tego nie spieprzyć, złapać tego całego Jorga i poczekać aż koleś zjawi się w mieście!

Magnus zatrzymał się w pół kroku i postanowił przysłuchać reszcie rozmowy samemu pozostając w ukryciu.
- Czyżby Ranald wystawiał mnie na próbę, kusząc tak łakomym kąskiem? – pomyślał, po czym nastawił ucha aby nie uronić ani słowa.
- W ogóle... To jak ten koleś wyglądał? - z miejsca w którym znajdował się Magnus dało się słyszeć całą rozmowę doskonale.
- Mówiłem ci że nie wiem. Wysłał jakiegoś pośrednika, czy coś. I dał nam tyle złotych koron ile tu widzisz - pauza - więc myślę że całkiem poważne to zlecenie.
- Hmm... O tej porze ten cały Jorg chyba chodzi polować, mam rację?
- Nie wiem, ale faktycznie... Rano dosyć często go tam widywałem.
- No, to może go jeszcze dorwiemy i załatwimy wszystko teraz!
- po tych słowach dało się słyszeć dźwięk odsuwanych krzeseł.
Złodziejaszek uściskał ma szczęście swój medalion zawieszony na szyi, jak to zwykł robić od czasu pamiętnej dla niego Nocy Wiedźm i gdy tylko dobiegł go dźwięk zamykanych drzwi, zszedł na dół i opierając się plecami o ścianę wyglądał przez okno dalszych poczynań dwóch podejrzanych typków.
Magnus zbiegł na dół, dostrzegając praktycznie pustą karczmę. Jedynym wyjątkiem był karczmarz stojący za ladą i leniwie czyszczący szmatą kufle. Za oknem złodziej dostrzegł jedynie jak dwójka mężczyzn rusza ośnieżoną uliczką gdzieś w miasto.
- Ha! - buchnął karczmarz tak głośno że Magnus prawie podskoczył - Podsłuchiwałeś tych typków?
- Ja? - odburknął Magnus - A skąd przyszło Ci to na myśl?
- Grzeczniej chłopcze! Skoczyłeś jak dziki zwierz gdy tylko wyszli. - pauza - To dobre chłopaki, ale myślę że wpakowali się w jakieś bagno.
- Bagno mówisz, z tego co dane mi było usłyszeć powiedział bym raczej, że nastawili się na prostą robotę. - powiedział i zerknął ukradkiem, czy aby nie stracił z pola widzenia swoich dwóch nowych obiektów za interesowania.
Horst i ten drugi zniknęli gdzieś za oknem...
- Nie wiadomo od kogo ta robota. Podobno zapłacił koleś trochę z góry, ale jakoś niezbyt dobrze mi się to widzi. - karczmarz wzruszył ramionami - No ale cóż. Jak człowiek dobrze płaci to ludzie są w stanie zrobić wszystko...
- Ano, taki już jest ten świat
- odparł, skinął głową karczmarzowi po czym wyszedł, i czym prędzej udał się w miejsce w którym widział Horsta i jego towarzysza po raz ostatni. Rozejrzał się w ich poszukiwaniu.
… ale dwójki bandziorów już nie było widać. Ruszyli gdzieś uliczką. Za to w zaułku, zaraz przy karczmie leżał jakiś przykryty śniegiem człowiek cały zawinięty w potworną ilość szmat. Pewnie zamarazł w nocy. Obok niego stał jakiś wózeczek ze śmieciami...
- Cholera - zaklął pod nosem, lecz jego uwagę przyciągnął natychmiast zamarznięty człowiek.
- Zamarzł tuż obok karczmy, czemu nie wszedł do środka? - pomyślał, i podszedł do szmat.
Gdy Magnus tylko się zbliżył, poczuł od razu potworny smród. Może starzec nie miał pieniędzy, a nikt nie wpuściłby tak pachnącego śmieciarza na noc do karczmy?
- Cholera - zaklął po raz drugi - Za łatwo daje się rozproszyć - powiedział sam do siebie po czym przyjrzał się miejscu w którym stał wcześniej w poszukiwaniu śladów którymi mógł by podążyć, aby wznowić obserwacje.

Należy się parę słów wyjaśnienia. Kim jest Ruppert? Gdyby zapytać się wieśniaków z wioski mówiliby by o jakimś trędowatym starcu, wiecznie ubranym w swoje łachmany, spod których wystawała tylko jego ruda, kozia bródka i dwoje, chudziutkich dłoni. Jego nieodłącznym kompanem z kolei jest wózeczek, do którego zbiera do wszelkiego rodzaju skarby wśród których bardzo ważne miejsce zajmuje butelka gorzały. Co robi w Sigmaringen? Na dzień przed Wiedźmią Nocą przybył do miasta i od tej pory stał się stałym członkiem tutejszej ludności. Inna sprawa że jego zapach i domniemane choroby sprawiają iż jest dosyć niemile widzianym gościem we wszelkiego rodzaju karczmach i innych dużych skupiskach ludzi. Z tego też powodu noce spędza na zewnątrz. Jakim cudem zamarza? Być może to alkohol w jego krwi zakonserwował go na tyle dobrze, że jest w stanie znieść taki mróz. Ilość szmat na jego ciele z pewnością również pomaga. Ale tak. Oto jest Ruppert.

Gdy Magnus zbliżył się do sterty szmat na odległość mniejszą niż metr to coś nagle się poruszyło. Opadły na twarz kaptur przekrzywił się w lewą stronę. Towarzyszący tej czynności trzask kręgów szyjnych brzmiał jakby echem wzdłuż zaułku za karczmą. Ruppert ujrzał spod swojego kaptura jedynie buty nieznajomego, a następnie odezwał się swoim pełnym zająknięć głosikiem:
- K-kim jes-s-steś? Nie o-okradłeś R-Rupp-pp-pperta?!
- Żeby jeszcze było co
- opowiedział coraz bardziej zirytowany Magnus, okazja do zarobku i pozostania trochę dłużej w ciepłej karczmie właśnie ulotniła mu się z przed nosa, chłód niemiłosiernie wdzierał się przez szczeliny w odzieniu,a tu jeszcze jakiś zapijaczony łachmaniarz zawracał mu głowe.
- O żesz - skrzywił się zarywając rękawem usta i nos - Ale ty capisz -.
Ruppert wsadził swoje dłonie pod kaptur i powąchał je.
- Rupp-pp-ppert pachnie wódka! Tak tak! Chce wódka od Ruppert? - staruszek wstał i otrzepał się ze śniegu. Następnie odwiązał sznurek trzymający koc na jego wózeczku. Sprawdził czy nic nie zniknęło i ponownie zabezpieczył swój cały dobytek. Chwilę później zapytał znów.
- Kim j-j-jesteś?
- Magnus, a ty jak zgaduje jesteś Ruppert. - zlustrował spojrzeniem całą jego postać jeszcze raz - Jakim cudem udało przetrwać noc na takim zimnie?
- Tak tak. Ja Rupp-ppert. Skąd wiedziałeś? Ja z Kataju! Daleko daleko, mroźne góry w Kataju. Mi zimno nie s-s-straszne!
- Ale mnie tak, udajmy się gdzieś gdzie tak nie ziębi - zaproponował, całkowicie już zażegnując możliwość wyśledzenia Horsta i jego towarzysza. - Z resztą co się odwlecze to nie uciecze - pomyślał - Gdzie jeśli nie w karczmie mieli by zachlać pyski po udanej robocie? Równie dobrze może tam siedzieć i czekać na nich zamiast odmrażać sobie tyłek.
Ruppert popatrzył na Magnusa przekręcając łeb w drugą stronę.
- Hm... Ale jakby Rupperta chcieli w-wy-w-wyrzucić to obronisz ?
- A czy nie prostszym rozwiązaniem była by balia ciepłej wody?
- Hm.. hm... nie. Bo oni Rupperta nie lubią.
- W takim razie mam nadzieję, że masz lepszy pomysł
- rzekł coraz bardziej poirytowany złodziejaszek.
- Hm... Hm... No... Hm... hm... To może jak Rupperta będą chcieć wy-wygo-wygonić, to powiesz, że … że nie ?
Gdy tak rozmawiali obok nich przebiegł jakiś chłopak, po czym wbiegł do karczmy. Był młody. Zupełnie nie przypominał Magnusowi kwadratowej twarzyczki Horsta i jego kompana...


Droga prowadząca do Sigmaringen
Bohaterowie: Imhol i Ibes.
Poranek



Drogą wychodzącą z małego zagajnika w kierunku miasta szedł całkiem wysoki elf o kasztanowych włosach.
Elf. Mag. Tacy delikwenci nie za wiele dobrego uświadczą w Imperium. Za same uszy dostawał wszędzie wyższe ceny i na odchodne parę splunięć. Gdyby ktoś jeszcze zobaczył że para się magią, prawdopodobnie skończyłby na stosie w jakiejś biednej, imperialnej wiosce. Isha jednak uśmiechnęła się do Imhola, zsyłać elfowi... Przyjaciela? Towarzysza? Kompana? Niezależnie od nazwy mu nadanej, elf miał towarzysza, równie napiętnowanego jak on sam. Nie był co prawda on elfem, ale także początkującym magiem i - tak jak on - chciał zyskać większą moc. Człowiek ten miał na imię Ibes. Był to chuderlawy chłopak, o kruczoczarnych włosach i flegmatycznym spojrzeniu. Dosyć powolny i co nieraz Imhola irytowało ale cóż począć? Przynajmniej teraz, oboje siebie potrzebowali. A i mogli liczyć na pewnego rodzaju “magiczną” wyrozumiałość, spokojnie więc mogli przy sobie trenować rzucanie zaklęć, czy też wyciągać się z tarapatów związanych z ciekawskimi wieśniakami.
Ostatni tydzień dla tej śmiesznej parki był wyjątkowo ciężki. Noc Wiedźm. W okolicznej wiosce nawet nie pozwolono im wejść do karczmy! Po północy mało komu by otworzono zresztą, ale mimo wszystko spędzenie nocy, pod gołym niebem w środku zimy w Noc Wiedźm stawiało ich dwójkę w całkiem nieciekawej sytuacji. No ale co tu dużo mówić. Udało im się. Przetrwali pomimo tego że w oddali zaczynały majaczyć dziwaczne, zielone ogniki a przez nadmiar wszechobecnej magii mieli wrażenie jakby ich własny puls miał im zaraz rozsadzić czaszki.
Od tych wydarzeń minęło siedem dni. Oboje zdecydowali się wydać ostatnie pieniądze aby dotrzeć do mniejszego miasteczka na granicy Stirlandu zwanego Sigmaringen. W okolicy wielu wypowiadało się całkiem dobrze na temat tego miasteczka. Podobno - jak to powiedział karczmarz ostatnio ich goszczący - “wojna je ominęła a i zarobić się łatwo da!”. I tak oto przed ich oczyma ukazał się cel wędrówki. Całkiem niepozorne, zewsząd otoczone śniegiem miasteczko.
Ibes otulił się szczelniej płaszczem, pokonał kolejną zbyt wysoką zaspę, po czym zaklął pod nosem, gdy śnieżny płatek wpadł mu do buta..
- Zatem jesteśmy... Nie, żeby mi przeszkadzało odmrażanie sobie tutaj palców, ale może przyspieszymy kroku?- Rzucił zmęczonym tonem.
Elf i człowiek ruszyli razem. Ich każdemu krokowi towarzyszyło skrzypienie śniegu pod butami. Po chwili zauważyli jak w ich kierunku ktoś zmierza. A raczej biegnie. Po niezbyt długo trwającej chwili ich oczom ukazał się młodszy chłopak. Na widok dwójki magów stanął jak wryty i patrzył się na was, jakby pierwszy raz w życiu zobaczył kogoś podobnego.

Imhol miał tylko jeden cel w życiu, być lepszym niż własny ojciec. Jego ojciec był jednym z najlepszych czarodziejów i chciał aby jego potomek był jeszcze silniejszy. Imhol pragnął potęgi jak nikt inny. Jego nauczyciel nakazał mu wyruszyć w świat i tak właśnie uczynił. W trakcie podróży przez imperium spotkał ludzkiego adepta magii Ibesa. Wielokrotnie się z nim kłócił lub rywalizował. Rywalizacja ta była jednak bardziej jednostronna. Imhol zawsze usypiał rywala. Gdy Ibes narzekał na różne rzeczy, elf zazwyczaj go ignorował. Zazwyczaj narzekania były na pogodę lub kiepskie warunki życia jednak trzeba było jakoś sobie radzić. Gdy byli w pobliży Sigmaringen ujrzeli chłopca, który prawie skamieniał na ich widok.


- Co jest mały ? Gapisz się jak byś martwego zobaczył. Czy coś się stało szkrabie ? - Rzekł elf do małego chłopca.
Chłopak nic nie odpowiedział. Popatrzył tylko tępo na elfa. Dało się zauważyć że miał na sznurku zawieszone dwa martwe zające.
- J-j-j-a jestem J-j-org. - odpowiedział jakby niepewnie. - Uciekałem.
[i]-Przed kim, mały?- Ibes schylił się, by móc patrzeć dzieciakowi w oczy.
- czy coś się stało? Kim jest twój ojciec Jorg?
Chłopak otwierał i zamykał usta niczym ryba. Chyba nie należał do specjalnie bystrej części społeczeństwa... Ale i na odpowiedź nie przyszło długo dwójce magów czekać, bowiem z małego zagajnika znajdującego się pomiędzy wioską a aktualnie rozmawiającymi wyskoczyła dwójka mężczyzn z obnażonymi mieczami.
-Ibes! Przygotuj się! Twój jest ten po prawej, ja biorę drugiego. - W tym momencie Imhol zaczął skupiać się na wiatrach magii i gromadzić je w jednym miejscu. Jego celem było wytworzenie magicznych żądeł, które byłyby w stanie okaleczyć lub zabić dwóch zbliżających się mężczyzn.
-Celuj w nogi i ręce! Chciałbym ich jeszcze przepytać - krzyknął na szybko do towarzysza.
Jorg widząc biegnących w waszą stronę mężczyzn schował się za wami. Jego prawdopodobni oprawcy z kolei widząc dwójkę magów zatrzymali się. W tym czasie Imhol z sukcesem splótł wiatry magii.
- Hej, nie mamy nic do was! - wykrzyknął jeden z nich jakby celując w Jorga mieczem. - Ten chłopak sprawiał wiele problemów w mieście, chcemy się na tym skurwysynie odegrać.
- Kim jesteście, kim jest ten chłopak i co zrobił? odpowiedział elf będąc cały czas przygotowanym.
- Klątwę na kogoś rzucał! Sami kurwa widzieliśmy. A potem jak nam uciekl za pierwszym razem to całą łapę miałem w kurzajkach! - w tym momencie Jorg pokazał Imholowi niezbyt przyjemnie reprezentującą się dłoń.
- O-o-n-i k-k-k-łamią! - zawował wręcz piskliwie Jorg.
Twierdzicie, że ten dzieciak, który nawet wypowiadać się dobrze nie potrafi tylko się jąka cały czas, potrafi rzucić na kogoś klątwe ? Jakoś w to nie potrafię uwierzyć.
- Czy wierzysz czy nie, odsuń się. To nie twoja sprawa - warknął drugi z nich.
- Mam sposób, żeby sprawdzić czy mówicie prawdę, czy kłamiecie. Na wasze nieszczęście potrafię wykrywać zawirowania magii w każdym obiekcie w okolicy, również w chłopcu. Jeśli mówicie prawdę, może wam go oddamy, jeśli kłamiecie, zginiecie. Ibes obserwuj ich, jak będą robić coś podejrzanego, nie wahaj się. - Imhol podszedł do chłopca i zaczął badać aurę wiatrów wkoło niego.
[i]- To ty jesteś jakaś ylfia wiedźma?! - krzyknął jeden z nich - Nie wiadomo co gorsze... Mutant czy pierdolony elf co magii używa!
Po tych słowach wszyscy czterej panowie mieli przejść do czynów. Elf - jak to często z elfami bywa - był najszybszy z nich, więc zanim dwaj bandyci zdążyli użyć swoich mieczy, on już zdążył wypalić czarem prosto w nogę jednego z bandziorów. W powietrzu uniósł się zapach palonego mięsa i starych łachamnów...
W między czasie Jorg, do tej pory kryjący się za dwójką magów, rzucił zające i uciekł byle dalej od walczących.
Dwaj mężczyźni nie zwracali jednak już na niego uwagi. Ten z nich, który dostał przed chwilą od Imhola czarem po nodze, rzucił się teraz w kierunku elfa tnąc szaleńczo. Jego miecz szczęśliwie przeszył tylko i wyłącznie powietrze tuż przy ramieniu Imhola.
Drugi z nich rzucił się na jakby będącego w innym świecie Ibesa. Ten bandyta miał w głowie chyba odrobinę więcej finezji, to też nie rzucał się na człowieka niczym jakiś zwierzoludź. Po prostu go zaatakował. Ale i tak nic z tego nie wyszło.
Ibes splótł na szybko wiatry, po czym przywarował atakującemu żądłem.
Drugiemu magowi czar nie wyszedł już tak dobrze. Z jego dłoni wyleciała ledwo co mgiełka. Zaraz po tym elf rzucił następne zaklęcie. W efekcie bandyta go atakujący wypuścił z dłoni miecz. Przez chwilę popatrzył się tępo na efekt czaru “ylfiej wiedźmy”, by nie patrząc nawet na towarzysza rzucić się do ucieczki w kierunku miasta... Drugi z bandytów, do tej pory walczący z Ibesem widząc reakcje swojego towarzysza ruszył zaraz za nim. I tak oto dwójka magów pozostała sama.
Ibes! Nie daj im uciec, jeśli wejdą do miasta to rozpowiedzą, że jesteśmy magami i nas albo nie wpuszczą albo spalą na stosie. Szybko musimy ich zatrzymać!
Ibes chrząknął coś w odpowiedzi, po czym rzucił się biegiem w stronę strażników. W pośpiechu przywołał wiatry i jeśli bandyta był w zasięgu jego rąk, rzucił uśpienie.
Obaj magowie jakby idealnie się zsynchronizowali i rzucili na obu uciekających czary, mające sprawić... No właśnie. Po chwili jak i jeden, jak i drugi bandzior leżeli w śniegu, śpiąc w najlepsze.
- Dobra robota przyjacielu, sprawdźmy co mają ze sobą, ich broń na pewno się sprzeda u kowala albo innego handlarza a nam potrzeba pieniędzy. Może będą mieć przy sobie jakieś inne wartościowe rzeczy. Później zabierzmy im ubrania i zakopmy w śniegu. Niska temperatura powinna się nimi zająć. Po tym Imhol zaczął się rozglądać w koło za małym chłopcem.
Ibes złapał kilka oddechów, po czym zbliżył się do uśpionych bandytów..
- To już nie prościej im na miejscu poderżnąć gardła? - Wzruszył ramionami człowiek, po czym dobył sztyletu.
- A po co brudzić sobie ręce? Widziałeś gdzieś małego ?
- Może po to, żeby mieć pewność, że ci “nieboszczycy” nie upomną się o swoje dobra materialne.
- Niech ci będzie, ale schowaj sztylet, mamy przecież ich miecze, sztylet może się przydać jeszcze do jedzenia na przykład.
Ibes przekonany argumentacją elfa schował sztylet, po czym wziął miecz jednego z nich. Zanim jednak zadał śmiertelny cios, dokładnie go obszukał.
- Elf uczynił tak samo, po czym przesunął jeszcze ciało martwego napastnika aby nie leżało na środku drogi
Chłopaka nigdzie nie było już w pobliżu. Ibes i Imhol przeszukali bandziorów. Mieli przy sobie trochę pieniędzy... Dwie złote korony i dziesięć szylingów łącznie. Oprócz tego jeden z nich miał przy sobie liścik, znajdujący się jeszcze w kopercie ze złamaną pieczęcią. Oprócz tego dwa całkiem normalne miecze.
Po tym wszystkim Ibes i Imhol wrzucili dwa martwe już ciała do pobliskiego zagajnika.
Czarodzieje podzielili się się zdobytymi pieniędzmi po równo i odczytali liścik, który mieli przy sobie banici.


Obserwujcie miasto i złapcie tego chłopaka. Nie róbcie mu krzywdy. Będę się z Wami kontaktował.

I.


Po przeczytaniu listu dwójka magów postanowiła jak najszybciej znaleźć się w mieście. Strażnicy nie robili zbyt wielu problemów, to też szybko znaleźli się w Sigmaringen.


Na trakcie do Sigmaringen

Bohaterowie: Vilis i Kurt
W południe


Tymczasem zupełnie z drugiej strony, do tego samego miasta zmierzała dosyć osobliwa parka. Mężczyzna i kobieta. Dosyć niska, czarnowłosa kobieta, której dwukolorowe oczy skrywał kapelusz z szerokim rondlem, tak przecież popularny u łowców czarownic prowadziła zakutego w kajdanki wychudzonego, ubranego w jakieś łachmany posklejane ze zwierzęcych skór guślarza. Na tą pierwszą ludzie wołali Vilis i była to łowczyni nagród, ten czarnowłosy dziwak to Kurt Wagner.
Vilis niespełna parę dni temu otrzymała zlecenie w tutejszej straży miejskiej. W okolicy szwędał się jakiś guślarz. Nie wiadomo jakim cudem udało mu się przeżywać tą mroźną zimę na zewnątrz, poza miastem - no cóż, najwyraźniej jakoś mu to szło. I sam guślarz nie miałby żadnych problemów, gdyby nie jedzenie, które podkradał coraz częściej pojawiającym się tutaj karawanom. Tak się składa że w jednej z nich znalazł się mag z kolegium ognia. Szybko zorientowawszy się odnośnie tego kim jest Kurt, powiadomił tutejszą straż miejską. No i rzecz jasna ta została zmuszona do schwytania nielegalnego maga. Nikomu nie uśmiechała się tutaj wizyta łowcy czarownic, to też szybko rozwieszono listy gończe z podobizną guślarza
Łowczyni nagród która w swojej przeszłości miała wiele doświadczeń z tego typu sprawami postanowiła schwytać guślarza - i jak postanowiła, tak też zrobiła, jeszcze noc wcześniej...

***
 

Ostatnio edytowane przez Lomors : 28-01-2013 o 02:23.
Lomors jest offline  
Stary 28-01-2013, 00:45   #2
 
Lomors's Avatar
 
Reputacja: 126 Lomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znany
***

Vilis szła powoli, ciągnąc przed sobą więźnia. Nerwowym wzrokiem rozglądała się po okolicy. Mężczyzna budził jej niepokój, podobnie jak niegościnna zimowa okolica.
- Oddaj mi lalkę - Powiedział sucho, beznamiętnie.
Kobieta parsknęła tylko, otulając się szczelniej płaszczem i ciągnąc za postronek.
- Lalkę? Nie za duży jesteś na zabawę lalkami?
- Bawić to mogą się Tobą miejscowi. Ja jej POTRZEBUJĘ.
- powiedział tym samym tonem głosu nie odwracając głowy i nie spowalniając kroku.
- Potrzebujesz, powiadasz - zamyśliła się, spoglądając na szmacianą zabawkę, dynadjącą beztrosko przy jej pasie. Nic szczególnego, trochę słomy i gałganów. Oczy z czarnych guzików patrzyły na nią jakby z wyrzutem. Zaśmiała się i kopnęła mężczyznę w tyłek - No to masz problem chłopie, będziesz musiał poradzić sobie bez niej. Smutne...
Nie reagując na kopnięcie, pogodzony z losem - widmem powolnej egzekucji... a po niej... sam doskonale wie co jest dalej...
- Bez niej robię się.... nerwowy... sama rozumiesz. Widziałem list gończy. Nie rozumiem co tam napisali, ale domyślam się, że same złe rzeczy. Naprawdę nie uważasz, że przyjemniej Ci się będzie prowadzić mnie na rzeź bez utrudnień z mojej strony? Szybkie i łatwe pieniądze. Czy tak wiele pragnę? Dla Ciebie to TYLKO zwykła lalka, nie teraz Agnus, dla mnie całe życie.
Przy tym wywodzie nieco spowolnił kroku, pod koniec zatrzymując się całkowicie. Gdy słowo “życie” kończy się nieść echem po okolicy, zaczyna coś mamrotać do siebie. Zbyt cicho aby ktokolwiek mógł usłyszeć.
Vilis warknęła i zaczęła raz jeszcze sprawdzać, czy więzy krępujące więźnia są w porządku. Nie znajdując niczego, co można by poprawić, wyciągnęła kawałek sznura i oderwała laleczce głowę, robiąc z niej prowizoryczny knebel i wpychając go mężczyźnie w usta.
- Zamknij żeś się do kurwy nędzy, pojebie - wysyczała, wpychając brudne gałgany w usta obłąkańca - Laleczek mu się zachciewa. Laleczek! Ja ci kurwa dam laleczkę. Proszę !
Widząc jak urywa głowę jego “artefaktowi” Kurt stanał jak wryty. Źrenice mu się rozszerzyły do granic możliwości. Oddech stał się płytki i szybki. Serce waliło jak oszalałe. Poczuł coś, czego nie czuł jakieś 20 lat. Paniczny strach przed stratą jedynej rzeczy jaka miała na tym świecie dla niego wartość i morderczy gniew na osobę która ją zniszczyła... Nie mogąc się odezwać stał tylko i patrzył, gdzie ona chowa tułów lalki. Gdy już dojrzał co chciał, po raz pierwszy podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy. Wiatr rozwiał jego długie włosy, płatki śniegu zastygały na brodzie. Nawet nie mrugał. Nie mamrotał, po raz pierwszy od swojego opuszczenia Altdorfu. Patrzył tylko z pełną nienawiścią i pogardą. Wyrok w jego duszy został już wydany. Nie wie jak i kiedy, ale zrobi jej dokładnie to samo. Urwie głowę i wepcha sobie do ust.
- Od razu lepiej, co? - Vilis zaśmiała się i przyjaźnie poklepała swojego więźnia po policzku - To teraz ruszaj dupę i przestań gapić się na mnie, jakbym ci wyruchała stado owiec.
Dość niedelikatnym pchnięciem zmusiła go, by się odwrócił i podjął dalszą wędrówkę. Wolała mieć go przed sobą, nie czuła się komfortowo gdy myślała że może mieć go za swoimi plecami.
- Nie można było tak od razu? - prychnęła - Iść w ciszy i spokoju bez tego całego memlania pod nosem? Gówno mnie obchodzisz ty i twoja przeklęta lalunia. Niedługo zdechniesz i nie będzie ci do niczego potrzeba. Ciesz się główką póki możesz, resztę sama osobiście wrzucę do rynsztoka, gdy tylko odbiorę za ciebie nagrodę.
Kurt szedł powoli. Piętnaście minut temu był pogodzony z losem i nawet się cieszył, że jego udręka dobiegnie końca. Przynajmniej jej część. Teraz ma nowy cel w życiu. Wcześniej była to tylko ucieczka i przetrwanie. Teraz coś mroczniejszego. Coś co pali się żywym ogniem w jego umyśle. Zabić ją. Zaczął się rozglądać po okolicy szukając możliwości ucieczki. Wiedział, że w otwartej walce jeden-na-jeden nie ma ze swoim oprawcą żadnych szans. Sprawdził węzły. Były za mocne. Jeden-na-jeden nie ma szans. Ona natomiast nie wie najważniejszego. Kurt nigdy nie jest sam...
Główka mu krępowała usta, ale mimo wszystko dało się usłyszeć szept. Ona nie mogła zrozumieć słów, były zbyt zniekształcone. Dało się natomiast rozróżnić jedno... Powtarzane kilka razy... “Agnus”
Kobieta obserwowała uważnie Kurta, mocno ściskając powróz i uważając na jakiekolwiek sygnały świadczące o tym, że jej ofiara ma zamiar zrobić coś głupiego. Zacząć uciekać na przykład. Denerwowało ją to ciągłe mamrotanie i martwy wyraz oczu, pozbawiony jakichkolwiek emocji niczym u trupa. Żywego trupa. Wzdrygnęła się
- Im szybciej oddam cię straży tym lepiej - wymamrotała - działasz mi na nerwy, pojebie.
Kurt nagle zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. Nie patrzył na nią, tylko jakieś pół metra obok. Z lewej strony. Tam gdzie reszta lalki. Patrzył tak w powietrze i widać było, że próbuje coś powiedzieć. Knebel to uniemożliwił, więc tylko kiwnął głową znak “nie”. Po czym odwrócił się i kontynuował marsz na szafot, stos, czy co tam mu przygotowali. Jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Vilis prowadziła swojego więźnia dalej w kierunku miasta. Wraz z każdym ich krokiem dało się słyszeć skrzypienie śniegu. Wkrótce dotarli do prowizorycznej bramy miasteczka. Strażnicy w barwach Stirlandu przypatrywali się jakby z niechęcia nadchodzącej parce. Gdy Vilis i Kurt zbliżyli sie na dostateczną odległość dało słyszeć nie zbyt energiczny głos jednego ze strażników.
- Hmm? - pauza - Czego tu? I co to za jeden? - zadając ostatnie pytanie strażnik kopnął nogą w śnieg.
- Sprawe ma do twojego szefa
Strażnik który sie odezwał przybliżył się do Kurta.
- Aaa! Tak! Ten pysk wygląda znajomo. Pójdę z wami bo i nie wiadomo czy tam się nie przydam... Tutaj zresztą i tak nic się nie dzieje.
Kurt nie patrzy na nich.
Kobieta popchnęła więźnia i podjęli wędrówkę. Całą drogę milczała, uważnie obserwując jego zachowanie. Nie chciała by po tej całej gonitwie zwiał jej w mieście. Byłoby to wielce niefortunne.
Vilis wraz z zakutym w kajdanki Kurtem ruszyła za strażnikiem. Samej kobiecie zachowanie strażnika wydało się dosyć dziwne, szczególnie ze względu na ogólną sytuację polityczną... Ale cóż, miała odebrać tylko pieniądze, a nie zajmować się dyscypliną wśród straży.
Cała trójka ruszyła uliczkami miasta. Nie minęło wiele czasu a znaleźli budynek o którym mówił strażnik - dosyć długa, niska, otoczona czymś na kształt płotu budowla wyglądała na zaniedbaną.
Po chwili wszyscy znaleźli się w środku. Było tu dosyć... Pusto. W pierwszym pomieszczeniu na jakie się znaleźli ze ścian wystawały wszelkiego rodzaju wieszaki, na których zapewne wcześniej znajdowała się broń. Ruszyli dalej i wkrótce znaleźli się w długim, prostokątnym pomieszczeniu po środku którego znajdowało się biurko. Było na nim pełno jakichś papierów, ale przy nim samym nikt nie siedział. Strażnik odchrząknął.
- Noo... To by było na tyle.
Kurt zerknął na papiery. Czytać nigdy się nie nauczył, ale szukał swojej podobizny. Obejżał dokładnie pomieszczenie. Gdzie są dzwi? Jak ułożone są okna? Czy słyszy jeszcze jakieś głosy z przyległych pomieszczeń? W głowie kłębiło mu się miliard planów ucieczki, ale żaden nie dawał nawet cienia szansy na powodzenie. Wiedział, że musi coś zrobić. I to szybko. Główka lalki wciąż tkwiła w jego ustach, ale starał się mówić:
- Agnus - zaczął - na litość bogów, chyba oszalałem do reszty. Nie wiem nawet, czy jesteś prawdziwy. Nigdy Cię o nic nie prosiłem, ale zawsze pilnie słuchałem Twoich rad. Teraz muszę Cię prosić. Błągam... jeżeli mam zginąć, nie przeszkadzaj im w zamęczeniu mnie, ale pomóż mi odzyskać lalkę. Jesteś realny, czy nie - wiesz ile ona dla mnie znaczy.
Kurt rozejrzał się po pomieszczeniu. Na żadnym z papierów z pewnością nie było podobizny jego twarzy, co zaś tyczy się samego pomieszczenia... Samo było bardziej szerokie niż długie. Zaraz za biurkiem znajdował się szereg okien. Dostanie się przez nie promieniom słonecznym utrudniała zapewne masa śniegu tudzież mróz. Po obu bokach pomieszczenia znajdowały się drzwi.
Mężczyzna starał się coś powiedzieć, ale całkiem średnio mu to wychodziło... Aż do momentu w którym główka lalki wręcz wypadła mu z ust i potoczyła się po papierach na biurku. Zapadła niezręczna cisza, którą przerwała dopiero Vilis:
- Co z zapłatą? - kobieta zignorowała sapanie Kurta.
- Ergh - zaczął strażnik - ja wracam do bramy. Gdzieś tutaj jest Oskar. On się tym zajmie... - jakby na świadectwo słów mężczyzny z pomieszczenia po prawej dało się słyszeć huk, jakby ktoś strącił tarczę na posadzkę. Słysząc to strażnik wycofał sie.
Jak tylko dźwięk tarczy ucichł, Kurt uśmiechnął się szeroko. Powoli odwrócił głowę w stronę swojego porywacza. Z obłąkańczym uśmiechem rzekł do niej cicho:
- On już po Ciebie idzie - po czym znów zaczął coś szeptać do siebie zbyt cicho aby ktoś mógł usłyszeć. Spróbował jednocześnie szarpnąć kajdany - ale nic to nie dało. Zrobił za to trzy kroki do tyłu... jakby chciał zyskać miejsce do rozbiegu.
- Gdzie? - Vilis warknęła wrogo, gdy Kurt o mało co nie wszedł na nią. Szarpnęła już chyba z przyzwyczajenia powrozem - I zamknij się. Łeb mi pęka od twojego gadania.
- Ciiii... Kurcie. Ze wszystkim sobie poradzimy. Spokojnie. - w głowie guślarza rozbrzmiał przyjemny, czysty i dobrze znany mężczyźnie głos przez co w rzeczy samej Kurt przez chwilę ucichł. - Zaufaj mi. - na ostatnie słowa Agnusa Kurt poczuł jak przez ciało przepływa mu przyjemna fala ciepła.
- Dobrze - szepnął. Zamknął oczy. Zrobił głęboki wdech. Na chwile spróbował zapomnieć o całym swoim życiu. O męce. O cierpieniu. O rodzinie. Na jedną krótką chwilę wyobraził sobie, że jest kimś innym, gdzieś daleko stąd. Jest kimś kto nie musi codziennie się martwić, czy dożyje jutra. Jest gdzieś, gdzie nigdy nie jest mu zimno. Jest gdzieś gdzie jest wiecznie syty. Na jedną krótką chwilę stał się wyjątkowo spokojny. Uniósł twarz do góry i nadal z zamkniętymi oczami delikatnie rozchylił wargi. Tym razem to był szczery uśmiech. Wizja była skromna, ale Kurt niewiele więcej w życiu pragnął. Na ten jeden krótki moment był kimś innym. Nie mamrotał, nie szarpał się. Całkowicie oddał się Agnusowi.
- Pies cię trącał - westchnęła kobieta patrząc na anielską błogość, malującą się na obliczu skazańca - rusz się pojebie, nie mam całego dnia - To powiedziawszy popchnęła Kurta i ruszyła z nim w kierunku drzwi po prawej stronie. Przycisnęła mężczyznę do siebie i wychylając się załomotała pięścią o framugę
- Do Oskara, przesyłka - powiedziała głośno.
Przez krótki moment w umyśle Kurta wszystkie głosy ucichły. Często działo się tak, kiedy przemawiał Agnus. Niestety nie działo się to tak często, jakby on chciał. Z tej chwili nieziemskiego spokoju wyrwał go głos łowczyni nagród. I w tej samej chwili jego umysł z powrotem zalały Głosy. Głosy. Jak spośród nich wyłowić jego własny? Często już zapominał jak on sam brzmi. Nie wiedział kto teraz porusza jego wargami, czy on sam, czy kto inny. Ciało Kurta rozdarła fala psychicznego bólu, dobrze mu zresztą znanego, ale za każdym razem tak samo bolesnego.
Gdy Vilis ruszyła wraz Kurtem w kierunku drzwi, guślarz był przez moment kompletnie oszołomiony. Dawał się też prowadzić jakby uleciała z niego świadomość. Na głos czarnowłosej dziewczyny z drzwi wyłonił się przygruby, o czerwonej niczym burak twarzy jegomość. Przyjrzał się dwójce “gości” parą wąskich, ukrytych głęboko w czaszce oczu.
- Jak to: “przesyłka do Oskara”?
- Normalnie - warknęła wskazując na skrępowanego guślarza - Kurt Wagner. List za nim gończy wystawiliście, więc go przywlekłam. Do ciebie kazano mi się zgłosić po nagrodę, nie działam charytatywnie.
Strażnik, który zresztą kompletnie na strażnika nie wyglądał, przyglądał się przez dłuższą chwilę Kurtowi, jakby próbując sobie coś przypomnieć.
- Ah, tak! Kurt Wagner! Pamiętam! Ano wystawiliśmy list gończy, ten cały magister tu... Ehh... Nagroda będzie, tak. - mężczyzna wydawał się podirytowany. - Chodźcie za mną.
Kurt jeszcze raz się odwrócił do Łowczyni.
- Oni wiedzą. Oni wszystko widzieli. Każdy. Każdy jeden. Oni nie są spokojni. Cierpią przez Ciebie. Wielu ich było. Wielu jak na takie dziecko jak Ty. Wiele krwi przelałaś. Winnej, niewinnej... to nie jest ważne. Oni mówią, ciągle mówią. Widzieli. Widzieli wszystko. Każdą śmierć zadaną z Twojej ręki... Każdą śmierć.... Każdą.... tamta dziewczynka też.... stoi tutaj.... widzę ją..... Wiesz że ona była kozłem ofiarnym? Wiedziałaś doskonale.... Ona to wie.... Ja to wiem... powiedziała mi.... Te złoto było zbrukane jej niewinną krwią.... Nie patrz tak... wiesz doskonale o której mówie... - jego cichy monotonny szept przerodził się w dziki krzyk:
- PRZESTAŃCIE WSZYSCY NARAZ! - rycząc to padł na kolana boleśnie wykrzywiając sobie skrępowane ręce.
Vilis zamarła na moment, słuchając tej tyrady. Zamrugała kilka razy oczami,a jej twarz zmieniła się w wykrzywioną wściekłością maskę. Złapała wijącego się mężczyznę za ramię i postawiła do pionu i wycedziła do ucha
- Zamknij tą plugawą, parszywą, obłąkaną jadaczkę. Nic nie wiesz, nic kurwa nie rozumiesz.
- Wiem wszystko... Widzę każdą śmierć którą zadałaś... Czuję ją.... Jeśli ja milczeć będę, kamienie wołać będą. Już nigdy nie zaśniesz spokojnie - powiedział swoim głosem całkowicie pozbawionym emocji i pokornie wstał.
- Nie cierpię i nigdy nie będę cierpiała na bezsenność, o to się nie martw - wycedziła jadowitym tonem - Potrzeba czegoś więcej niż groźby obłąkańca żeby mnie przestraszyć.
- A temu co się stało? - zapytał nieprzytomnie Oskar wskazując na Kurta swoim małym, pulchnym paluszkiem. - Chodźmy. Wsadzimy go do celi. Tam będzie mógł sobie wrzeszczeć ile tylko mu się zachce.
Po tych słowach strażnik przecisnął się przez drzwi i ruszył w kierunku drugich, leżących dokładnie naprzeciwko. W dłoni wcześniej już trzymał lampę. Vilis kątem oka spostrzegła że pomieszczenie w którym wcześniej byli to coś jakby schowek. Było tu pełno zgromadzonej w nieładzie broni, w tym leżąca na posadzce tarcza.
Oskar poprowadził parkę przez schody wiodące na dół. Lampa nie dawała zbyt wiele światła, to też wszyscy za wyjątkiem Vilis nie za wiele widzieli. Ale Kurtowi specjalnie to nie przeszkadzało. W ciemności mniej widać, więcej da się usłyszeć...
Gdy tylko znaleźli się na dole krętych schodów, trafili na parę prostej budowy cel. (po prostu - okratowana przestrzeń) Jedna z nich była już zajęta. Leżał w niej plackiem, twarzą do dołu jakiś mężczyżna.
- Będzie miał przynajmniej z kim porozmawiać... - mruknął oskar, po czym dobył ze swoich kieszeni całkiem bogaty pęk kluczy, aby następnie otworzyć drzwiczki “już zamieszkałej” celi.
- Jakby towarzystwo było mu potrzebne do gadania - kobieta parsknęła - Ale chyba się sobie spodobają.
Kurt siada w rogu celi ze skrzyżowanymi nogami i rękoma założonymi na piersi. Zaczyna się kiwać delikatnie w przód i tył...
- Agnus - szepcze... - Dziękuję Ci. Wiem, że mnie nie zostawisz...
Nagle zaczyna mówić na powrót swoim beznamiętnym głosem zwracając się do zwłok na ziemi.
- Trochę czasu tu spędzimy razem, chcesz mi coś o sobie opowiedzieć? Kim byłeś dobry człowieku. Cóż takiego uczyniłeś, że Los pokarał Cię samotną śmiercią w tej norze? - mówi to głośno nie przestając się kiwać. Gdy kończy zdanie opuszcza głowę i przymyka oczy. Z boku wygląda to jakby nasłuchiwał odpowiedzi. Może tak jest i w rzeczywistości?
- To już kurwa nie mój problem - Vilis pokręciła głową z widoczną ulgą. Nie chciała tego głośno przyznać, ale Wagner przerażał ją. Widywała już takich jak on, dawno temu, ale wtedy między nią a szaleńcami stał ktoś jeszcze. Ktoś kto niczym tarcza osłaniał kobietę przed ich obłędem i nienawiścią. Te czasy jednak bezpowrotnie minęły i była zdana tylko na siebie. Odetchnęła, odganiając ponure myśli i zwróciła się do Oskara
- Co z moją zapłatą? - warknęła - Od dwóch dni nic nie jadłam i ganiałam po mrozie za tym oszołomem. Jestem głodna i zmęczona. Marzę o kąpieli, winie i dobrej kolacji więc z łaski swojej racz się ruszyć i skończmy interesy.
- Nie opuszczę cię mój chłopcze, nie opuszczę... - w głowie Kurta znowu rozbrzmiał przyjemny, prawie że melodyjny głos.
Gdy tylko guślarz zwrócił się do zwłok w jego głowie rozbrzmiał wrzask. Wrzask tak rozdzierający że mężczyzna aż ponownie musiał się skulić w kącie pomieszczenia. Ale to nic. Był przyzwyczajony. Tak często się działo. Jest dużo czasu...
Oskar z kolei poprowadził Vilis na górę.
- Zapłata... Ah tak... Ile to tam miałem ci płacić? - zapytał się nieprzytomnie - A co się tyczy kąpieli i wina.. To widzisz... Moja żona niedawno zmarła. Chorowała długo... - po tych słowach strażnik urwał. Chyba myślał że reszta powinna być oczywista...
- Tak, tak - wycedziła spokojnym głosem, krzyżując ręce na piersi i patrząc na Oskara spod szerokiego ronda kapelusza - To bardzo przykre i smutne, ale widzisz. Jestem zajęta i nie zamierzam wpuszczać pod swoją kołdrę obcych, tak więc rozliczmy się. Miało być dziesięć koron. Czekam...
- Dziesięć karli? Taak.. - mruknął pod nosem niezadowolony strażnik, kiedy byli już z powrotem przy biurku. Po tych słowach zaraz zabrał się za penetrowanie szuflad, swoich kieszeni i nie znajdując niczego pozostawił Vilis bez słowa i ruszył lekkim truchcikiem w kierunku schowka. Gdy wrócił niósł w dłoni sakiewkę.
- Tutaj powinna być nagroda.
Kurt słuchał historii. Nadal w głębi duszy nie był pewien czy to prawda, czy tylko jego urojenia. Nigdy nie miał okazji ani ochoty rozmawiać o tym z kimkolwiek. Zawsze jednak gdy miał wątpliwośći przypominał sobie o tamtym dniu w Stirlitz. Głosy są realne, czy nie - on jest groźny dla swojego otoczenia. Rozmyślania te przerwała jakże przyziemna sprawa. Dawno nic nie jadł. Bardzo dawno. Kurt spojrzał na zwłoki leżące z nim w celi. Obrzydzenie wzdrygnęło całym jego ciałem. Ale mięso to mięso. A ten trup niewiele się różni od tamtego jelenia którego jadły wilki. Jest nawet jakby nieco świeższy... Walcząc sam ze sobą Kurt jednak pohamował instynkty. Wytrzyma jeszcze chwile...

Kobieta zgarnęła sakiewkę i przeliczyła zawartość
- Macie jeszcze kogoś do złapania? - mruknęła w międzyczasie do Oskara - Mam teraz trochę czasu, a robota zawsze się przyda.
- Hmm.. - Oskar podrapał się po brodzie - W zasadzie to herr Krupp obiecywał jakąś nagrodę za złapanie tych co mu się na dzieciach... Zresztą nie wiem! Jeśli chcecie to go wypytajcie... - pauza - Ano i jeszcze dzisiaj dwóch ludzi zabito. Nie wiem czy ciebie taka rzecz interesuje... Ale jeśli złapiecie sprawców to też jakaś nagroda będzie.
- Gdzie znajdę tego Kruppa? - spytała chowając sakiewkę - I co to za zabici? Szczegóły. Wiadomo kto to był, gdzie ich znaleziono, jak wyglądały ciała. Wszystko co jest przydatne. A no, i ile za to ?
- Krupp to karczmarz. Poszukajcie takiego bogatszego sklepu, co tam jakieś “Towary południa” sprzedają czy kij wie co. Karczma jego “Pod Smokiem” się zwie. Ile pieniędzy on już za to daje... Jego się pytajcie. Co się zaś tyczy tych trupów... Dwa trupy, to dwa razy się płaci, nie? - po tych słowach Oskar zaśmiał się sam ze swojego żartu - Znaleziono ich przy drodze. Gardła im poderżnięto. Jeden miał jakby nogę przypaloną... Zwali się Horst i Thomas.

Tymczasem, w nieco innej części budynku Kurt zdał sobie sprawę z jednego. Agnus go stąd nie uwolni. On wskaże co najwyżej drogę. Żeby uciec Kurt musi zregenerować siły. Instynkt zwyciężył...
Mięso było zimne i w zdecydowanej części nadgniłe. Kurt musiał wyszukać nadające się do zjedzenia kawałki.
- Co robisz z moim ciałem?!
- Wybacz - rzekł z pełnymi ustami. Oboje dobrze wiemy, że to tylko naczynie, Ty już go nie potrzebujesz. Ja tak. Po wybraniu co zjadliwszych kawałków, Kurt obrócił ciało, żeby zakamuflować swój akt kanibalizmu. Nie ma potrzeby dorzucać kolejnych zarzutów do przeczytania przez Herolda przed egzekucją.
Kobieta patrzyła na rechoczącego strażnika zimnym wzrokiem jaszczurki. Czekała aż skończy się trząść i wyszła bez słowa. Nie miała ochoty spędzać w jego towarzystwie więcej czasu niż było to potrzebne. Skierowała swoje kroki w stronę rynku, patrząc po drodze na szyldy i szukając czegoś, co zbliżone byłoby nazwą do “towarów południa” bądź “pod smokiem”.



U Rzeźnika
Bohaterowie: Craig
W południe

Craig un’Shalach. Brzmi groźne? W rzeczy samej powinno. Przy ladzie baru “U Rzeźnika” siedział dosyć podejrzany typ. Elf. Ale na pierwszy rzut oka było widać że to nie był byle jaki elf. Czarne włosy, blada cera, całkiem wysoki i pieruńsko - nawet jak na elfa - długie uszy. Nie sposób było zaufać takiemu typowi. I z pewnością mało kto ufał. Oprócz tego nosił całkiem niezłej jakości ubranie w kolorze czerni i zieleni. Z kolei cała twarz elfa była pokryta wszelkiego rodzaju bliznami.
W tej właśnie chwili Craig rozmawia z pewnym bandziorem. Ten nie może nawet mu spojrzeć w oczy... Chłodny wzrok elfa zdaje się być zbyt męczący, irytujący.
- Tak więc tak... - ciągnął bandzior - posłaliśmy po tego całego Jorga dwóch naszych, nie? I co kurwa? Znajdują ich! Martwych! To też tutaj jest moja propozycja..
- Nie pierdol, tylko mów. Precyzyjniej, o ile umiesz - odparł elf drwiąco się uśmiechając.
- Tak, tak mości elfie... - pauza - Bo teraz została nas tylko dwójka. To się znaczy: ja i Kurgar. A tamten inny elf obiecywał całkiem pokaźną ilość złotych koron, jeśli nam się uda tego chłopaczka porwać...
- Ile? - spytał się. W końcu najważniejsza tu była kasa.
- Miało być po dwadzieścia złotych karli na łebka... - po tych słowach bandzior dodał szybko, jakby bał się że uraził czymś elfa - To znaczy ty byś dostał i resztę po tamtych dwóch! Czyli sporo całkiem! Czterdzieści złotych koron.
Tylko czterdzieści. Mało. Ale kasy potrzebował i to bardzo. Najwyżej zarąbie tamtych dwóch. Wtedy będzie miał i ich kasę. No i ofiara... będzie na ofiarę. Khain spojrzy na elfa przychylniejszym okiem!
- Zgoda. Gdzie ten człeczyna? I co zabiło tamtych kretynów?
- No właśnie nie wiemy! Znaleźliśmy ich martwych z poderżniętymi gardłami. Jeden miał jakby przypaloną nogę. A ten człeczyna... On to syn herr Kruppa jest. Chociaż dzisiaj jeszcze z nami ma się skontaktować ten cały nasz infor-infol... No ten gość co nam listy daje!

- Gdzie jest ten Krupp? - spytał się krótko Craig krzywiąc się na słowa o informatorze, który był elfem.
- Ten cały Krupp ma karczę dokładnie po drugiej stronie miasteczka. “Pod Smokiem” się zwie.
- Mam wam przynieść chłopaka. Całego, czy w częściach? - spytał się ponownie uśmiechając się paskudnie.
- Tamten mówił żeby cały... - mruknął mężczyzna - Ale to pójdziemy wszyscy. We trójkę. Tylko musimy poczekać na tego informatora. - bandzior nawet nie zauważył jak sprawnie tym razem udało mu się wymówić to “trudne” słowo.
- Sami z nim pogadacie. I wytargujcie więcej kasy. Tak w ogóle jak tu wygląda sprawa ze strażą?
- Mości ylfie! - bandzior aż machnął dłonią - Straż w tym mieście pozwala robić nam wszystko! Żyje się tu cudownie!
- Jak to kurwa wszystko? Chleją, dupczą się, że mają wszystko w dupie? Czy po prostu nie umieją trzymać piki tą stroną co trzeba?
- Wyjdź że elfie na miasto... I nie wiem. Przyjeb komuś. Weź se kobietę, o. I zobacz co na to straż. - mężczyzna roześmiał się.
Elf podniósł jedną brew wyżej. Jeśli to była prawda, to miał bardzo łatwe zadanie. Jednak nigdy nie wiadomo.
- W takim razie ta robota jest debilnie prosta. Wręcz to jest aż nazbyt podejrzanie. Musi w tym być jakiś haczyk. Tylko ciekawe jaki... - Craig znowu się uśmiechnął - Będzie zabawnie. Bardzo zabawnie. Jakiś plan już macie?
- No własnie Horst też myślał że proste, a tu bah! - w tym momencie mężczyzna wykonał ruch dłońmi symbolizujący wybuch - są martwi! Może on jakąś ochronę temu Jorgowi całemu wynajął...
- I to jest ten haczyk. Jednakże macie mnie. Jakiś plan kurwa macie?
- Póki co to chcieliśmy poczekać na tego drugiego ylfa co powie...
- A kiedy ten wąchacz kwiatów przylezie?
- Ma dzisiaj pod wieczór w tej karczmie nas znaleźć...
- To ja się idę przejść po tej dziurze. Może kogoś pobije. Wiecie jak mnie znaleźć. A jak nie, to ja was znajdę
- odparł po czym wstał - Więcej kasy wytargujcie. O ile potraficie - dodał po czym wyszedł z karczmy zakładając kaptur na głowę.

Pod Smokiem

Bohaterowie: Hakoon
Popołudnie


Hakoon Rozbity Wóz. Krasnoludzcy zabójcy to dosyć rozpoznawalne osobistości i tak też było tym razem. Bransolety, tatuaże i przede tak charakterystyczne, barwione na czerwono włosy. Co też wydarzyło się w życiu krasnoluda że obrał on taką a nie inną ścieżkę? Mało kto miał dosyć odwagi tudzież był na tyle głupi by się go o to zapytać.
Khazad siedział przy stoliku dziabiąc od niechcenia jajecznicę i zapijając posiłek już o wiele chętniej piwem. Gdy Hakoon tylko obudził się dzisiaj rano czuł złość. Od wielu tygodni wałęsa się od miasta do miasta w zasadzie bez celu. Trzeba było to zmienić. Ten cały tytuł "zabójca" do czegoś zobowiązuje!
Kiedy tak krasnolud karcił się w myślach, do karczmy wbiegł jakiś chłopak... Młody blondynek. Dopadł on karczmarza a ten gdy tylko go zobaczył udał się z nim na zaplecze.

U kowala
Bohaterowie: Khemorin
Popołudnie


Zaraz po podkuciu dla kupców koni, krasnolud musiał czym prędzej wyruszyć na północ. Khemorin obrał sobie za cel góry końca świata, a następnym celem w trakcie jego wędrówki miało być miasteczko Sigmaringen. Inna sprawa że za dwa dni miała mieć miejsce Wiedźma Noc, a żaden wędrowiec nie chciałby spędzić w ten czas nocy samotnie. Tak więc Khemorin wraz z tymi samymi kupcami, którzy przed chwilą dali mi okazję do zarobku, wyruszył mając tylko nadzieję, że nie stanie się nic co zmusi ich do postoju. I w rzeczy samej, na dzień przed Wiedźmią Nocą, krasnoludowi ukazało się pośród śniegu miasteczko, otoczone niezbyt pokaźnym, drewnianym murem.
W samym mieście khazad postanowił trochę zarobić - jak była ku temu okazja to czemu nie? Szybko zakwaterował się w całkiem porządnej karczmie i wraz z właścicielem tej - herr Unterbellem - przy świecach przesiedział Wiedźmią Noc, by wspólnie przeczekać noc i móc powitać wschodzące słońce. Noc dłużyła się wszystkim. Dziwaczne odgłosy, wycie wilków, a co najgorsze - chrobotanie i szuranie. Przez całą noc wszystkim zdawało się, jakby wielka horda gryzoni chciała oskrobać cały budynek karczmy z resztek drewna. Noc jednak minęła ustępując miejsca promieniom słonecznym, których to światło odsłoniło dosyć ciekawi widok - budynek mieszczący się naprzeciw karczmy, wcześniej podobno zamieszkiwany przez jakiegoś kartografa, stał totalnie zrujnowany, jakby przeszło przezeń potężna wichura.
Poza tym dziwnym zjawiskiem, miasto powróciło do życia. Ludzie cieszyli się z nadchodzącego nowego roku. Wszystkim zdawało się, jakby przeminęło pewne zło, aby ustąpić dobru. Krasnolodowi również udzielił się ten humor, szczególnie że szybko udalo mu się znaleźć zajęcie. Tutejszy kowal potrzebował pomocnika. Jego syn (czy wszyscy kowalowie muszą tracić synów?!) stracił swojego jedynego potomka. Zaoferował on więc khazadowi pracę i szybko okazało się, że krasnolud przewyższał wręcz umiejętnościami tutejszego kowala! Ten chcąc nie chcąc zajał się sprzedawaniem wyrobionego sprzętu. Pewnego dnia jednak kowal - a na imię miał Oskar - oznajmił z żalem że przynajmniej na chwilę obecną usług khazada nie potrzebuje. Dnia następnego Khemorin zgłosił się u Oskara po pieniądze. Za dużo tego nie było, z pewnością przyda się znaleźć jeszcze jakiś sposób na zarobek. Kiedy opuszczał lokal kowala, usłyszał jeszcze fragemnt rozmowy pomiędzy nim, a jakimś mieszczaninem. Mówili coś o twojej pracy i o jakiejś tarczy, którą udało się temu mieszczaninowi sprowadzić do swojego sklepu z “towarami z południa”. Nie chcąc podsłuchiwać krasnolud wyszedł na mroźną, pokrytą śniegiem uliczkę miasteczka.
 

Ostatnio edytowane przez Lomors : 28-01-2013 o 18:09.
Lomors jest offline  
Stary 28-01-2013, 13:40   #3
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 5242 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Poranki bywają ciężkie na ogół dla każdego. Dla Hakoona poranek to katorga. Smród piwska wydobywający się z ust Khazada zapewne starczył by do powalenia regimentu Imperialnego, a głośne i częste beknięcia mogły by obudzić każdego umarłego.

Krasnolud zszedł na dół i zamówił napitek i strawę. Tak, w tej kolejności, toteż piwo, które pił miało jedynie wyleczyć go z kaca, bowiem poprzedniej nocy, tak jak i poprzedniej i wcześniejszej i od wielu wielu nocy wcześniej, zalewał ryj do upadłego. Jajecznica wystygła już prawie od tego dziobania, a głośne beknięcie, kolejne z rzędu, świadczyło że maniery krasnolud co najwyżej mógł pobierać od świni. Przynajmniej tak dostrzegali go ludzie, ale co oni go obchodzili. Nic. Zupełnie nic albowiem to słaba rasa w oczach Hakoona była. Nie wnosząca nic do jego życia. A mogli by chociaż wskazać jaką bestyję co by ją ubić można.

"No tylko nie jak ostatnio - skarcił się w myślach i prawie pękł ze śmiechu, gdy ostatni zleceniodawca opowiadał o żarłocznej bestii co straszy gości i porywa ich. Bo jak się okazało tym strasznym potworem była dwójka jego małych dzieci, robiąca sobie jaja z podstarzałego dziadziusia"

Hakoon pokręcił głową. Widząc małego dzieciaka, który zniknął z karczmarzem gdzieś tam na zapleczu Khazad wstał. Nawet nie wytarł brody, w której zagnieździł się jakiś kawałek jajeczka, i ruszył dziarsko na zaplecze głośno wołając:

- Karczmarzu...karczmarzu...Ej no... podejdź no tu...sprawę by omówić warto by - beknięciu na koniec towarzyszyło uderzenie się w pierś.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline  
Stary 28-01-2013, 19:54   #4
 
Khemi's Avatar
 
Reputacja: 122 Khemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znanyKhemi wkrótce będzie znany
Khemorin brnął przez zaśnieżone uliczki Sigmaringen. Nie było sensu wracać do karczmy. Poprzedniego wieczora nawet nie zwrócił uwagi na jej nazwę i mimo, że orientował się w terenie a miasto nie było duże - krasnolud i tak nie rozpoznawał już ulic, którymi szedł. Śnieg prószył dookoła, zacierając ślady a ospałe uliczki i ośnieżone domy wyglądały jednakowo. "Hej chłopcze" - zakrzyknął do jakiegoś młodzika kowal - "gdzie tu znajdę jakieś targowisko?". Chłopak niechętnie wyciągnął małą dłoń spod poły kaftana i machnął od niechcenia na wschód - "tam panoczku". Khazad nawet nie zdołał podziękować, jak mały chłopak już wbiegł do jakiejś kamieniczki. Nie oglądając się długo zaczął iść w stronę wskazaną przez małolata.
Doszedł do targowiska dość szybko, nawet nie zauważał uliczek i domów głównie spoglądając na własne buty podczas marszu. Co jakiś czas zauważał tylko jakichś przechodniów, to ludzi, czasem elfa a raz nawet jakieś pary osób. Co jakiś czas jakąś bandę rozwrzeszczanych dzieciaków, mających ubaw podczas zabaw na śniegu. Gdy dotarł na targ, ludzi, czy też nie ludzi pojawiło się więcej, jakby wyłonili się zza płatków śniegu oblepiających krasnoludowi masywne, krzaczaste brwi. Niewiele potrzebował, by wśród straganów dostrzec te, które miałyby do zaoferowania coś, czego szukał. Wypatrzył dwa stanowiska ze starą bronią i jednego kupca, który sprzedawał "towary z południa". Tym trzecim nie był zainteresowany zbytnio i tylko od niechcenia zerknął na niektóre sprzęty, wystawione najbliżej deptaka. Khemorin uśmiechnął się ponuro spoglądając na szeroką tarczę piechoty pokrytą solidnymi ćwiekami na bokach. Na samym brzegu widniał symbol bardzo przypominający runę solidności z dodatkową rysą po prawej stronie. Tylko krasnolud mógłby dostrzec różnicę i pojąć, że nie była to żadna ze znanych run. Khemorin wyżłobił i przypalił ją naprędce, gdyż kowalowi Sigmaringen bardzo się spieszyło. Podobny symbol widniał jeszcze na ostrzu długiego puginału, którego Khazad przekuł zeszłego dnia.
Khazad nawet nie zatrzymał się, by przyglądać się dłużej. Może i znajdowały się tam przedmioty z południa ale większość miały tak daleko do południa, jak daleko znajdowała się kuźnia kowala w mieście. Chwilkę to trwało, zanim krasnolud przejrzał pozostałe dwa stanowiska. Nie szukał nowej ani specjalnej broni. Wręcz przeciwnie. Po chwili udało mu się wydobyć spod sterty blach i drutów wygięty nieco sztylet długości jakichś dziesięciu cali a także dwie pęknięte części ostrza, które sprzedawane były jako złomki metalu. Te dwie części leżały po przeciwnych stronach drewnianej ławy ale wprawne oko krasnoluda od razu dostrzegło, iż były to części jednego krótkiego miecza. Były w opłakanym stanie ale widać było, że metal jest dobrej jakości. Sprzedawca najwidoczniej się nie znał. Odsprzedał obie rzeczy za zaledwie jednego złociszcza i osiemnaście srebrników. Krasnolud był z tego wielce zadowolony.
Nie było to wszakże najlepsze znalezisko. Niemalże dziesięć minut później kowal jakby szczęśliwym trafem wydobył ze sterty śmieci innego sprzedawcy niby nic nie znaczące pierścienie metalu o wielkości pół cala, było ich 39. Do tego dobrał trzy poczerniałe kule metalu, które chyba traktowane były jako dziecinne zabawki i mocny kawałek drewna. Było oczywistym, że sprzedający wyprzedawał coś, co pewnikiem znalazł w jakichś śmieciach i za miedziaka nawet nie miał wyobraźni. Uczeń Khanina miał - przed oczyma wyobraźni już widział oprawioną w metal drewnianą rękojeść z trzema łańcuchami zakończonymi mocnymi kulami. Jeszcze kilka ćwieków i korbacz będzie jak się patrzy. Jakość metali nie była doskonała, ale w mieście, gdzie starą tarczę można sprzedać jako "sprowadzoną z południa" - z pewnością da się ją odsprzedać za co najmniej dwukrotność wartości materiałów. Za te kolejne "śmieci" Khemorin zapłacił jedynie dwanaście srebrników. Był wielce zadowolony, aczkolwiek brzęk w jego mieszku jakby przycichł, gdy oddalał się od straganów. Niewiele tego zostało. Teraz musi się wziąć do roboty, jeśli chce cokolwiek zarobić.
Khemorin udał się do kuźni znajomego kowala, aby poprosić go, lub wynająć kowadło i palenisko na połowę dnia. Chciał choćby przekuć miecz i wyprostować, a także naostrzyć sztylet. Nie powinno zająć mu to wiele czasu. Korbaczem zajmie się jutro, lub w miarę możliwości dziś, jeśli w karczmie nie znajdzie żadnego zajęcia. To miał być jego kolejny krok po kuźni. Popołudniami z pewnością znajdzie jakąś robotę, gdy tylko wypije kilka głębszych. To też przypomniało mu o suchości w gardle i przewiercającym na wylot mroźnym powietrzu. Jednym ruchem wyjął z plecaka niewielką butelkę, odkorkował i wziął porządnego łyka gorzałki. Szybko zakorkował i schował dłonie w kieszenie kaftana. Gorzałka już grzała wewnątrz. Nie jest aż tak zimno dla krasnoluda, którego wspomagają rodzime napitki.

"Kurwa jego mać", zaklął Khazad siarczyście pod nosem widząc już przed sobą szyld kuźni Sigmaringen. Zdjął plecak i przejrzał zawartość. Spojrzał na złomki miecza, którego dopiero co kupił. Część, która powinna posiadać rękojeść... nie miała rękojeści. Na końcu sterczał tylko gruby pręt, na którym niegdyś musiała być osadzona dobra nasada. Jak mogłem na to nie zwrócić uwagi? Gderał do siebie krasnolud. Może dokupię coś u tutejszego kowala, albo coś wykombinuję jeszcze...
 
__________________
Projektant wie, że osiągnął doskonałość nie wtedy, gdy nie ma już nic więcej do dodania, lecz wówczas, gdy nie ma już nic więcej do odjęcia...

Ostatnio edytowane przez Khemi : 28-01-2013 o 20:00.
Khemi jest offline  
Stary 28-01-2013, 20:20   #5
 
Ibes's Avatar
 
Reputacja: 0 Ibes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znanyIbes wkrótce będzie znany
Ibes znajdując się wreszcie za względną osłoną przed wiatrem utworzoną z drewnianego murku, poświęcił minutę na obserwację okolicy. Nie mógł ukrywać ulgi, lecz też nie byłby sobą, gdyby należycie nie ponarzekał.
-Nareszcie jakaś cywilizacja. Ha. Cywilizacja. Dobre sobie... Kilka zbitych kup dech na krzyż. To zasługuje co najwyżej na miano zaplutego naparstka cywilizacji. Ale dobre i to.- Mruczał pod nosem. To była jego skłaniająca do frustracji przypadłość. Głośno myślał. Znaczy nie tyle głośno, co werbalnie. O ile dla przyzwyczajonych do jego usposobienia było to czymś normalnym, to dla dalszego otoczenia uchodziło to za dziwactwo. Kiedy skończył spoglądać krytycznie na chatki i dym lecący z kominów, zwrócił się do swego towarzysza Imhola.
-Wezmę to. Muszę się temu dokładniej przyjrzeć.- Mignął elfowi liścikiem, po czym schował z powrotem do torby.- Pójdę nam wynająć pokój, o ile można tak nazwać cztery ściany z zapchlonym barłogiem i umazanym w czymś zydlem. Ty rób co zechcesz. Spotkamy się w karczmie. Powinna tu być tylko jedna...- Powiedział mężczyzna, po czym oddalił się od elfa. W obecnej chwili jego priorytetem Ibesa było znalezienie jakiegoś przybytku. Jeśli jego położenie nie byłoby intuicyjne, po prostu pytał ludzi.
 
Ibes jest offline  
Stary 28-01-2013, 20:45   #6
 
SyskaXIII's Avatar
 
Reputacja: 246 SyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie coś
Imhol pewien już czy przypadkiem nikt nie widział jak zabijali bandytów ruszył w stronę miasta. Do tego czasu zdążył się już rozdzielić z Ibesem i zaczął badać sytuację w miasteczku. Gdy zbliżał się do bramy zauważył strażników.

- Witam, panie władzo. Jestem podróżnym elfem. Chodzę po imperium i pogłębiam wiedzę na temat terenów i kultury w Imperium. Mógłbyś mi wskazać miejsca, które warto odwiedzić w tym mieście ? Również byłbym wdzięczny za udzielenie mi odpowiedzi na pytanie: Gdzie znajdę kowala lub handlarza, mam trochę rzeczy do sprzedania - Starał się udawać miłego czarodziej.

~Parszywe podrostki, że też muszę się tak zniżać aby dostać informacje na temat miejsca, w którym mógłbym sprzedać te miecze i nie ujawniać, że jestem czarodziejem. Cholera jedna wie czy nie wylądował bym na stryczku za znajomość magii, oby tylko Ibes się nie wydał bo inaczej będę musiał uciekać szybciej niż wiatr...~

Bo krótkiej rozmowie ze strażnikiem miasta udał się na przechadzkę po mieście w celu odnalezienia kogoś kto kupiłby te miecze i nie zauważył, że są ślady świeżej krwi, wytartej z nich na tyle na ile było to możliwe.

Imhol cały czas podróżował po Imperium szukając magów. Magów, którzy pozwoliliby mu odnaleźć drogę do siły będącej w stanie przewyższyć siłę ojca.
~ Przysięgałem, że któregoś dnia go pokonam i tak uczynię.~ Powiedział do siebie pod nosem rozglądając się po mieście.
 
__________________
"Widzieliście go ? Rycerz chędożony! Herbowy! trzy lwy w tarczy! Dwa srają, a trzeci warczy!"
SyskaXIII jest offline  
Stary 28-01-2013, 20:46   #7
 
Ramzes's Avatar
 
Reputacja: 35 Ramzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodzeRamzes jest na bardzo dobrej drodze
Bohaterowie: Ruppert i Magnus
Południe


- Ehh, no dobra ale nie bede nadstawiał za Ciebie karku - powiedział i ruszył w stronę karczmy.
- Dobrze dobrze! Chodźmy chodźmy! - powiedział Ruppert wyraźnie ucieszony.
Ruppert i Magnus ruszyli z powrotem do karczmy w której było już trochę pełniej. Oprócz karczmarza, w kąciku jakiś elf rozmawiał z bandziorem “w stylu” Horsta. Sam karczmarz widząc Rupperta skrzywił się.
- Dlaczego go tutaj przyprowadzasz?!
- Kogo? - wtrącił się staruszek rozglądając się po karczmie.
- Aaa... to mój p-p-przyjaciel! - Ruppert wskazał na Magnusa. - Chyba m-mogę p-przyjaciela przyprowadzić!
- Spokojnie, nie narobi syfu - spojrzał na staruszka - A nawet jeśli, to po sobie posprząta, prawda Ruppert?
- Ruppert porządny! Tak tak! Nigdy nie bałagani i zawsze po sobie sprząta! Tak tak! Zawsze ani śladu tam gdzie był Ruppert! Tak tak tak!
Karczmarz popatrzył groźnie na parkę.
- Usiądźcie tylko w jakimś kącie, co by was nie musieli wąchać. Jak coś nabrudzi to będziesz po nim sprzątał! - karczmarz pogroził Magnusowi paluchem
- On nic nie nabrudzi! On dobry! - powiedział Ruppert potrząsając łbem pod kaptura. - Ruppert też nie nabrudzi. Nic a nic! Tak tak!
- Po prostu świetnie - burknął pod nosem i usiadł przy stoliku w kącie, po czym zwrócił sie do swojego nowego towarzysza - Mogę wiedzieć czemu zawdzięczamy twą awersje do gorącej wody?
- Co zawdzięczam? Ruppert nie stąd. Ruppert nie zna tak dużo słów. Ruppert z Kataj. - powiedział siadając na krześle w dziwny sposób. Jakby klęcząc.
W między czasie jak i Ruppert jak i Magnus całkiem niechcący usłyszeli fragment rozmowy elfa z człowiekiem. Rupperta i tak za wiele nie obchodziła, ale złodziejowi udało się usłyszeć coś o Horście... Martwym? Wkrótce ich rozmowa dobiegła końca i elf wyszedł z karczmy.
Magnusowi dreszcz przebiegł po plecach na wzmiankę o śmierci Horsta - Oj Ruppert chyba mam szczęście, że Cię spotkałem.
- Hm? A cz-cz-czemu ?
- Długo by opowiadać - powiedział, spoglądając na karczmarza - wybacz mi na chwilę - rzekł i podszedł w stronę oberżysty.
- Wybaczam - powiedział Ruppert wesoło stukając dłońmi o blat stołu.
Oberżysta popatrzył się na chłopaka pytająco.
- Hm? Chcecie czegoś?
- Słyszałem, że Horstowi przytrafiło sie coś złego, wiesz coś o tym? - zagaił.
- Ten tutaj chłopak co przybiegł mówił coś tym że znaleziono ich w jakimś zagajniku przy trakcie do miasta. Ale to różne rzeczy ludzie mówią. Może który żyje? Kij to wie.
Usłyszawszy to Magnus, skinął głową w podziękowaniu karczmarzowi i zwrócił się do wyjścia, po drodze zwracając się do staruszka - Chodź Ruppert, musimy coś sprawdzić.
- Ooo! Jakaś zagadka jest? Chodźmy, chodźmy! - powiedział schodząc z krzesła i człapiąc niezdarnie za Magnusem zostawiając za sobą charakterystyczny smrodek wódki, spleśniałego żarcia i mokrego psa.
Po opuszczeniu budynku oboje udali się w stronę zagajnika. Żeby do niego dotrzeć musieli po drodze popytać się paru mieszczan odnośnie konkretnego miejsca w którym zginąć miał Horst. Trakty do Sigmaringen były dwa po zupełnie przeciwległych stronach miasteczkach. Na szczęście większość przechodniów szybko wskazała Magnusowi właściwą drogę i wkrótce opuścili miasto. Oczom obu ukazała pokryta śniegiem polana, na której to znajdował się zagajnik w którym prawdopodobnie zginął Horst. Gdy złodziej i staruszek dotarli do “miejsca zbroni” zauważyli że nie są sami. Oprócz nich kręciło się tu paru bandziorów. Przetrząsali zagajnik jakby chcieli prowadzić własne śledztwo. Same ciała Horsta i jego kompana leżały nadal w śniegu.
Gdy Magnus zbliżył się do ciał drogę zastąpił mu potężnie zbudowany mężczyzna uzbrojony w zwyczajną pałkę.
- Czego tu?
- Witam, chciał bym przedstawić Ci tą oto niezwykłą osobę - Rupperta!
Gdy Magnus odwrócił się by wskazać bandziorowi staruszka uświadomił sobie że... Go nie ma. Bandzior popatrzył się groźnie na złodzieja.
- Jaja se robisz chłopcze? - powiedział marszcząc brwi
- Eee, bynajmniej nie - opowiedział zmieszany - mógłbym przysiąc, że jeszcze przed chwilą tu był - spojrzał się na bandziora - Ale tym zajmę się zaraz, a teraz opowiedz mi co tu się stało -
Zbira chyba jeszcze bardziej zirytował ton głosu złodzieja. Jak zaczął krzyczeć to reszta z jego “towarzyszy” ruszyła w kierunku Magnusa, zwyczajnie zaciekawiona.
- Nic ci kurwa gadać nie muszę! Zajebali nam Horsta, co tu mówić. -
- Cóż ten fakt nie ulega wątpliwości- zauważył - lecz mnie również dane było go poznać dziś w karczmie to też jestem wiedziony czystą ciekawością. Chyba mogę się mu nieco przyjrzeć - obrzucił resztę bandziorów spojrzeniem - dla dobra sprawy oczywiście.
Zbir tylko pokiwał głową.
- Spieprzajcie stąd lepiej. To nasz chłopak. Nikt mu się nie będzie przyglądał.
- A nie ciekawi Cię jak zginął? Gdyby ktoś zabił Rupperta był bym bardzo ciekaw jak i dlaczego.
Gdy zbir chciał już coś powiedzieć dało się słyszeć.. Chrapanie? Magnus odwrócił się szybko i zobaczył jakieś trzydzieści metrów za sobą Rupperta zwiniętego w kłębek i... Śpiącego.
- Już my się tym zajmiemy. - powiedział niechętnie zbir. Po chwili dało się słyszeć krzyk jednego z mężczyzn również przeszukujących zagajnik.
- Szyfie, chodźcie no tu! - po tych słowach zbir rozmawiający z Magnusem podbiegł w kierunku ciał. Magnus trzymając się parę kroków za nim, również udał się w tym kierunku.
Nikt chyba nawet nie zwrócił uwagi na idącego Magnusa. Wszyscy jakoś żywo zainteresowali się ciałami.
- Tego wcześniej kurwa nie było!
- Czary!
Złodziejowi udało się wyjrzeć zza pleców zbirów i zobaczył co ich tak wszystkich zainteresowało - znak na czole martwego.
Magnus ujrzawszy go starał się sobie przypomnieć czy dane mu było już go kiedyś zobaczyć. Prawie że palnął się w czoło kiedy zorientował się co ten znak oznacza. Chaos, przekleństwo Imperium. Przez tą niszczycielską siłę ludzkość stanęła ostatnimi laty na krawędzi zagłady. Symbol ten nie oznaczał z pewnością nic dobrego.
- Ojojoj! Ruppert chyba widział ten znaczek! Tak tak! Miał go taki wielki wielki! Co miał trzy ręce i strzelał taaaakimi słońcami z rąk! Tak! I on miał takie zielone ubrania z takim symbolem! Tak tak. Chciał strzelać w Rupperta, ale Ruppert uciekł. - odezwał się pojawiający ni stąd ni zowąd staruszek.
- Mówiłem, że jest niezwykły - mruknął pod nosem Magnus, zdziwiony nagłym pojawieniem się staruszka, po czym postarał się ocenić w jaki sposób Horst i jego towarzysz mogli ponieść śmierć.
Magnus zauważył dwie rany jakby po mieczach przebijające gardła obu delikwentów. Oprócz tego jeden z nich miał przypaloną nogę. Złodziej zauważył że oba ciała musiały być ciągnięte z traktu. Wskazywały na to chociażby ślady krwi.
- Czy macie tutaj jakiś czarodziei? Guślarzy? - Magnus zwrócił sie do osiłka - Bo pomijając fakt tych symboli to trudno jest się w takie zimno oparzyć na trakcie zważywszy na to, że nie widzę tu śladów węgla ani niczego podobnego. Chyba nie ponieśli śmierci z rąk zwykłych ludzi.
- Jakiegoś tutaj guślarza właśnie złapali! Złote karle za niego obiecywali... A oprócz tego dzisiaj w mieście jakiegoś elfa podejrzanego widziano.
- Trzeba mu wizytę złożyć!
Większość zbirów przystała na tą deklarację.
- Widziałem jakiegoś elfa dzis w karczmie - stwierdził złodziejaszek - macie jakieś pojęcie gdzie może byc teraz?
- Kij to wie, jak był w karczmie to pewnie tam jest! Chodźmy! - wykrzyknął zbir, a reszta ruszyła za nim... Zostawiając ciała.
- Perfekcyjnie - pomyślał złodziej - pozorując chęć udania się z resztą, postarał się o to by mógł pozostać sam z nieboszczykami. Po czym jeszcze raz przygląda się ciałom i dokładnie je przeszukuję.
Ciała były dokładnie już przeszukane. Żadnej sakiewki, żadnej broni, nic... Kiedy Magnus chciał już odejść zauważył że śniegu leży... Koperta? Koperta. Z zerwaną pieczęcią.
Magnus podnosi kopertę i przyglada się jej, czy na pieczęci widnieje jakiś symbol?
- Co to? - zapytał Ruppert zerkając na kopertę.
Pieczęć po złożeniu dawała symbol czegoś na kształt poszerzonej na końcach kolumny. W samym środku tejże kolumny znajdowała się czaszka.
- Ruppert poznajesz może ten symbol?
- Aa... Ruppert kiedyś widział. Miał na zbroi taki smutny pan w dużym kapeluszu. Bardzo niemiły i wszyscy p-przed nim uciekaa-a-a-li.
- Dużo widziałeś - zauważył - ciekaw jestem czy zlinczowali juz tego elfa, idziemy sprawdzić?
- Po co. Lepiej skarbów poszukać. Ruppert ma wózeczek ze skarbami. Chcesz popatrzyć?
- Coś mi się wydaje, że będę tego żałował ale tak, chce.
- Ooo! To chodźmy! Szybko! - powiedział ucieszony staruszek i zaczął dreptać w stronę miasta.
 
Ramzes jest offline  
Stary 28-01-2013, 20:53   #8
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 1745 Aeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłość
Gdy tylko znaleźli się w mieście, z powrotem przy wózeczku staruszka, ten odwiązał sznureczki trzymające koc, co by nic się nie wysypało i zaczął demonstrować cały swój majątek.
A to spleśniały ser, uszkodzony kompas, który nie pokazywał północy, jakaś kukiełka z czerwonymi wzorkami na policzkach, wygięta łyżeczka, pudełko z martwym kotem w środku, amulet w kształcie głowy wilka, bursztynowa kula z dwoma gwiazdkami w środku, kawałek papieru z jakimiś sześcioma liczbami. Dopiero ostatnie co pokazał Ruppert przykuło uwagę. Zdobiona ołowiana szkatułka. Zamknięta na zamek w kształcie serca. Ruppert przytulił szkatułkę i pogłaskał ją czule.
- Co jest w środku?
- Skarb. Wielki skarb. Tylko Rupperta i nikogo innego.
- Możesz mi go pokazać? -
zapytał zaciekawiony złodziej.
- Nie. - powiedział przytulając mocniej szkatułę.
- A co oznaczają te znaki? - zapytał wskazując na kawałek papieru.
- A... nie wiem. Leżało gdzieś pod jakimś takim kamiennym budynkiem to wziąłem. Może się przyda. Może się Ruppert kiedyś nauczy pisać i czytać to przeczyta.
- A ta kulka i ten amulet skąd to masz?
- w tym samej chwili wyciągnął swój wisiorek z głową kota i porównał je.
- Kulka leżała gdzieś w strumyku, a wisiorek znalazłem w jaskini w której leżał mały martwy smok ze skrzydłami nietopera.
- Ehh
- westchnął - W wielu miejscach byłeś i wiele widziałeś, chodź opowiesz mi jedną z Twoich histori w karczmie.
- No więc Ruppert jest mnichem pewnej pięknej tradycji z Kataju...
- rozpoczął staruszek...
 
Aeshadiv jest offline  
Stary 29-01-2013, 13:19   #9
 
Lomors's Avatar
 
Reputacja: 126 Lomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znanyLomors wkrótce będzie znany
Magnus i Ruppert - U Rzeźnika


Złodziej rozmawiał najlepsze z Ruppertem. A co on mu to nie opowiadał! A o tym że pochodził z jakiejś odległej krainy, że widział potężnych magów i ostre wieże Bretonii - tak, o nich szczególnie wspominał! Samemu Magnusowi nie chciało się specjalnie w to wszystko wierzyć ale słuchał. Pewnie staruszek ma coś nie tak z głową, ale z pewnością mógł być kimś ważnym.

W pewnym momencie do karczmy weszli jacyś zbirowie. Magnus rozpoznał że ci sami, których jeszcze przed chwilą nakierował na elfa. A tak się złożyło, że elf właśnie wszedł do karczmy...

- Gdzie że kurwa jest ten elf mówicie?!
Karczmarz chciał chyba wzruszyć ramionami, ale w tym momencie spostrzegł Craiga wchodzącego do karczmy.
- Tutaj! - powiedział wskazując na elfa grubym paluchem - I dajcie mi święty spokój!
Elf spojrzał się zimno na karczmarza. Po chwili i skrzywił nienawistnie.
- Czego? - spytał w kierunku osiłków - Jakiś interes macie do mnie? - dodał i wolnym krokiem podszedł kilka kroków zatrzymując się przy najbliższym krześle.
- A żebyś wiedział że do ciebie! - ktoś kto wyglądał na “przywódców” tej bandy ruszył w kierunku Craiga
- Taaa... Interes - mruknął jeden z jego “przybocznych”.
- Co masz wspólnego z śmiercią Horsta, hę?!
- Ciekawe pytanie -
stwierdził kpiąco - Czemu w ogóle powiązujesz mnie z jego śmiercią? Na oczy go nie widziałem - odparł uważnie obserwując ruchy “przywódcy”.
Bandzior zacisnął wargi i wręcz “fuknął” na elfa.
- Hej ty tam! - tutaj zwrócił się do staruszka siedzącego gdzieś tam w kącie - Mówiłeś że to ich mag jakiś ubił
- Ruppert tylko widział wielkiego z trzema rękami! Tak tak! Co slońcami strzelał!
- Jaki kurwa wielki z trzema rękami? - zirytował się Craig - Nie, ja widziałem oparzenie na nodze i nieudolnie poderżnięte gardło. Ewidentnie to zrobił jakiś mag. A ja mimo, że mam długie uszy, to nie umiem czarować.
- Nie rób krzywdy Ruppertowi! - spanikował staruszek
- Staruszek ma tylko grzecznie powiedzieć - zaczął bandzior podchodząc do Rupperta i nachylając się nad nim - czy ten tutaj długouchy nam towarzysza zabił. Staruszek pamięta dwa trupy? No. To się pytam czy ten tutaj ma coś wspólnego z tym wszystkim?
- N-ni-nie wiem! Ja tylko widział wielkiego w zielonym z takim kółkiem jak na statkach! Tak tak! I on miał trzy ręce i strzelał słońcem! Nie robić Rupp-pp-pertowi krzywdy!
Bandzior tylko machnął ręką, po czym zwrócił się do “jednego ze swoich”.
- To co z nim robimy? Elf to pewnie jakiś wiedźmak. W mieście nie ma wielu elfów.
- Nawet jeśli to nie on, to...
- Hola, hola!
- przerwał wszystkim nagle karczmarz - Jeśli zamierzacie się tłuc to poza karczmą.
Craig nie wytrzymał. Starał się, ale już nie potrafił. Wyjął kastet i nałożył go na prawą rękę.
- Daj mi powód, żebym nie zrobił z ciebie właśnie miazgi za karczmą - wycedził do dowódcy patrząc się na niego nienawistnie - Daj mi tylko powód. A tak ci przetrąca ryj, że będzie go można pomylić z twoją dupą.
- Chodź chodź - powiedział Ruppert ciągnąć elfa za rękaw.- Ruppert pokaże jak spokojnie. Tak tak. Ruppert jest mnich i zna sposoby na spokój. Chodź chodź!
Elf spojrzał z szałem na starca.
- Puść mnie - powiedział takim tonem jakby zaraz miał eksplodować - Nie potrzebuje twojej pomocy - po chwili znowu spojrzał na człowieka - No co?! Strach cię obleciał?
- Precz staruchu! - warknął czerwony ze złości mężczyzna, po czym ruszył w kierunku drzwi, chcąc prawie że staranować elfa jak i Rupperta.
Craig umknął szybko przed człowiekiem widząc, że zmierza do drzwi a nie frontalnie na niego. Uśmiechnął się szyderczo.
- Nawet nie masz jaj! - wykrzyknął jeszcze za nim.
Ruppert pisknął cicho spod kaptura i wyszedł z karczmy. Był widocznie niezadowolony.
Po chwili zza karczmy dało się słyszeć odgłosy bójki... Sam z kolei Ruppert zniknął.


U Rzeźnika - Craig

Elf stał z tyłu karczmy. Był otoczony, napastników było wielu. Craig zdawał się być jednak w swoim żywiole. Rzucił się ze sztyletem na jednego z bandziorów tnąc nim tuż koło brzucha przeciwnika. Zaraz potem cała banda rzuciła się na elfa osaczając go. Sam przywódca zbirów rąbnął elfa w głowę niezdarnie pałką. Elf poczuł jak ciepła krew skleja mu włosy. Zaraz potem o mały włos elf nie zostałby skrócony o głowę ciosem miecza na wysokości jego szyi... Lecz i nie miało być lepiej. Następny z bandziorów przywalił elfowi pałką nabitą kolcami w brzuch. Elf stęknął gdy poczuł jak gwoździe przebijają mu skórę. Następny z bandytów rąbnął jakimś młotem elfa w ramię. Ostatni z nich - najniższy, ten którego chciał zaatakować Craig - zrobił młynek w powietrzu pałką, zatoczył się i rąbnął twarzą prosto w ziemię...
Walka była zacięta, a elf walczył jak niedźwiedź przyparty do muru niczym wilki. Jasnym jednak nawet dla wojowniczego Craiga zdało się że bez pomocy może sobie nie poradzić...



Pod Smokiem - Hakoon

Krasnolud zastał karczmarza i chłopaka rozmawiających. Chłopak mu coś żywo opowiadał.
- Nooo i wtedy przyyszli ci dwaj panowie-magowie rzucili czar jakiś!... - chłopak urwał wypowiedź gdy zobaczył zbliżającego się khazada. Krasnolud widział strach w jego oczach. Ha, jakie to pospolite!
Sam oberżysta natomiast zmrużył oczy jakby niezadowolony. Ale co mógł zrobić? Wyrzucić krasnoludzkiego zabójcę za drzwi? Mężczyzna powiedział coś na odchodne chłopakowi i zbliżył się do krasnoluda.
- Czego potrzebujecie mości krasnoludzie?

Khemorin - U kowala

Khazad wrócił do kuźni. Pan Kügelgen - bo tak miał na nazwisko kowal - zgodził się udostępniać krasnoludowi palenisko. On sam chyba za dużo czasu przy nim teraz nie spędzał, w większości przesiadywał bowiem w sklepie obok, starając się sprzedać to, co już sam wyrobił.
Co zaś się tyczy rękojeści - kowal co prawda żadnych nie miał, ale zaproponował Kherominowi udostępnienie materiałów (rzecz jasna za pewną opłatą) potrzebnych do wykonania rękojeści. I tutaj już zależało od krasnoluda jaką on rękojeść chciał wykonać.

Kowal zobowiązał się udostępnić khazadowi palenisko następnego dnia, to też zabierając wszystkie swoje "znaleziska" Khemorin powrócił do karczmy "U Rzeźnika". Słońce zaczynało już zachodzić, może i miasteczko nie wydawało się być jakimś dosyć niebezpiecznym miejscem (aczkolwiek tutejsza straż wydawała się być co najmniej w innym świecie), ale nie było też większego sensu we włóczeniu się po mieście po ciemku.

Krasnolud kiedy tylko odkrył że znalazł inną karczmę, niż ta w której poprzednio nocował usłyszał odgłosy bójki...



Ibes - Pod Smokiem

Mężczyzna pozostawił elfa i ruszył w swoją stronę - czyli do karczmy. I szybko ją odnalazł. Nazywała się "Pod Smokiem". Uwagę człowieka przykuł dosyć osobliwy - bo zrujnowany kompletnie - budynek stojący naprzeciwko karczmy. Był to jeden z niewielu budynków w tym mieście zbudowanych z czegoś trwalszego niż drewno, a zdawało się jakby przeszło przezeń tornado, wspaniałomyślnie oszczędzając jednak resztę miasta.
Oprócz tego przy karczmie znajdował się sklepik z "Towarami z południa". Dosyć kolorowy.

Gdy mężczyzna tylko wszedł do karczmy, zastał dosyć schludny i czysty lokal. Samego oberżysty widać nie było, ale wystarczyło parę kroków by zobaczyć że za drzwiami za ladą rozmawia z jakimś khazadem...

Vilis - Pod Smokiem

Kobieta z łatwością znalazła jak i sklep, jak i karczmę. Sklepik wyglądął zachęcająco. Mnóstwo dziwacznych, kolorowych świecidełek czy tkanin... Cóż, rzadko takie rzeczy się widuje... Ciekawe czy kogoś w ogóle w tej mieścinie na to stać?
Zaraz obok stała karczma. W samej karczmie nie było jednak nic nadzwyczajnego a uwagę przyciągał budynek znajdujący się naprzeciwko. Cały zniszczony, jakby przez ten jeden przeszedł huragan, postanawiając wspaniałomyślnie pozostawić resztę miasta nietkniętą...

Kurt - cela


Guślarzowi z łatwością przychodziło odrywanie kawałków mięsa z człowieka. Trochę trudniej już mu szło powstrzymaniem się od odruchów wymiotnych, ale i to jakoś przeszło. Gorsze rzeczy jadał.
Duch martwego zawodził co denerwowało tylko denerwowało Kurta. Ale znowu - był do tego przyzwyczajony.
Bo zakończonym posiłku kurt znowu usiadł w kącie. Miał na sobie jeszcze kajdanki Vilis.
- Nie obawiaj się. - usłyszał głos wewnątrz swojej głowy - Musimy trochę poczekać.

Imhol - Pod Bramą

Elf postanowił wejść do miasta z drugiej strony. Parę minut go nie zbawi, a tak zawsze było bezpieczniej... Gdy tylko zbliżył się do bramy zagadał do strażnika. Ten ubrany w barwy Stirlnadu patrzył się na niego jakby... Był pijany? Już chciał coś powiedzieć, gdy z miasta powrócił drugi strażnik.
- Cholerny babszyt - mruknął coś do wcześniej stojącego tu strażnika. - Przychodzi z całym tym guślarzem i pieniędzy wielkich oczekuje... Ja rozumiem że to jakiś niebezpieczny mag był, no ale... - tutaj strażnik urwał widząc elfa. - Czego tu, długouchy? - zapytał dosyć nieprzyjaźnie.
Gdy elf ze złością powtórzył pytanie wcześniej zadane pierwszemu strażnikowi, ten odpowiedział:
- Hm... Wiele tu ciekawego nie ma. Mamy kowala. Jak tylko znajdziecie się w mieście idźcie wzdłuż muru w lewo. Z pewnością go znajdziecie. Oprócz tego mamy tu dwie karczmy... "U Rzeźnika" i "Pod Smokiem", świątynie Sigmara... Jeden sklep z dziwacznymi towarami... - strażnik się zamyślił - Noo i zrujnowany domek tego kartografa.
 

Ostatnio edytowane przez Lomors : 29-01-2013 o 18:28.
Lomors jest offline  
Stary 29-01-2013, 19:36   #10
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 133619 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Vilis szybkim krokiem przemierzała miasto, czując jak jej żołądek skręca się z głodu w supeł. Chciała w końcu znaleźć jakiś kąt i dać odpocząć zmęczonemu ciału. Zbyt długo nic nie jadła, powinna była przewidzieć ewentualnie komplikacje podczas pościgu i zabrać ze sobą choćby głupi kawałek..czegokolwiek, byle jadalnego. Przeklęła w myślach swoją głupotę i lekkomyślność, zresztą po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku dni. Gdy w końcu odnalazła zarówno "Towary" jak i "Smoka" poczuła ulgę, kierując się wprost do drzwi karczmy. Przed wejściem przystanęła, oglądając się na dziwną ruinę, lecz gdy lodowaty podmuch wiatru targnął płaszczem czarnowłosej dziewczyny, kąsając tysiącem mroźnych igieł i tak już wyziębione ciało, dała sobie spokój.
Weszła do środka i o mały włos nie zderzyła się z jakimś czarnowłosym mężczyzną o flegmatycznym spojrzeniu. Już miała go minąć, ale coś ją tknęło. Jeszcze raz zlustrowała go dokładnie wzrokiem. Skądś kojarzyła jego twarz, była tego pewna. Czy widziała go na liście gończym wiszącym na słupie w miasteczku, a może znała go...wcześniej? Nie mogła sobie przypomnieć. Szybko zauważyła też karczmarza. Kończył on gadać z jakimś krasnoludem. Łowczyni nagród z miejsca rozpoznała profesję tegoż - barwione na czerwono włosy, irokez, liczne bransolety - to wszystko mówiło samo za siebie.
Ruszyła powolnym krokiem w stronę oberżysty i cały czas obserwowała czarnowłosego. Przystanęła kilka kroków za krasnoludem i zwróciła się w stronę jego rozmówcy
- To ciebie wołają Krupp? - spytała obojętnym tonem
Karczmarz kiwnął głową.
- Tak, to ja. - powiedział, po czym kiwnął głową w kierunku krasnoluda.
- Słyszałam od niejakiego Oskara że szukasz kogoś, kto zająłby się twoim małym problemem. Możemy porozmawiać na osobności? - kobieta zmrużyła oczy, splatając ręce na piersi.
- Ah... Tak. Te bandziory. Z tym tu właśnie khazadem rozmawiałem w tej sprawie. Rozmawiajmy tutaj, nie chcę wchodzić do izby co by dziecka nie przestraszyć. Wolę żeby to słyszały uszy obcego, niż tego chłopaka.
- Pokrótce, co to za ludzie, czym ci się naprzykrzyli, jak wyglądają. Kurwa... - westchnęła ciężko. Czuła się zmęczona i głodna, a karczmarz zaczynał ją irytować - powiedz po prostu wszystko co o nich wiesz i ile płacisz za to zlecenie.
Oberżysta wręcz się nastroszył.
- Moje dzieci napadają! - udzielił mu się chyba nastrój kobiety - Kręcą się cały czas tu koło karczmy. Jakiegoś elfa o cerze bladej jak kreda dzisiaj rano tu widziałem. Źle mu z oczu patrzyło.
- Coś więcej poza tą bladą cerą zauważyłeś? -
warknęła cicho - To dość..pobieżny opis.
- Chodził w kapturze. Twarz miał jakby w bliznach. Ubrany był na czarno-zielono. Oprócz tego jakieś inne bandziory się tu znajdują ciągle...
- Na przykład? - spytała już dosyć mocno podirytowana. Pieprzeni amatorzy, czy sklecenie kilku prostych zdań opisu było takie trudne?
- Ten no na przykład Horst! Ale on to się dowiedziałem że nie żyje... No i wszyscy mu podobni co tam “U Rzeźnika” siedzą. Popytacie tam to znajdziecie.
- Ile płacisz?
- Mogę zapłacić maksymalnie dwadzieścia złotych koron. Jeśli ktoś ci pomoże będzie trza się dzielić. Oprócz tego jak będziesz siedzieć tu w nocy w karczmie i pilnować to nocleg i jadło.

Kobieta momentalnie rozpogodziła się...trochę. Myśl o darmowym zakwaterowaniu i posiłkach odrobinę poprawiła jej humor
- Wchodzę w to. Daj mi klucz do pokoju - powiedziała wyciągając rękę
Karczmarz wręczył dziewczynie klucz.
- Ten tu krasnolud też się zobowiązał pomóc. - dodał na odchodne.
- To niech nie wchodzi mi w paradę - warknęła biorąc klucz i wychodząc na zewnątrz. Ganianie po lesie to historia zupełnie odmienna od walki w zamkniętym pomieszczeniu. Potrzebowała odpowiedniejszego sprzętu.
Zimny wiatr spoliczkował ją gdy tylko opuściła ciepłe wnętrze karczmy. Nasadziła kapelusz głębiej na uszy i owinęła się szczelniej płaszczem. Nie dało to zbyt wiele, bo ciągle szczękała zębami, a o głodzie nawet wolała nie myśleć. Skierowała kroki w kierunku kramu kowala.
Łowczyni nagród szybko odnalazła kuźnię jak i stojący obok budyneczek, w którym kowal z pewnością sprzedawał swoje wyroby. Minęła jakiegoś kolejnego khazada, wyglądającego na rzemieślnika. No może nie wyglądał, ale niósł całkiem sporo narzędzi przeznaczonych do tego właśnie. Rudowłosy, z krzaczastymi brwiami krasnolud. Nie wyglądał jakoś szczególnie, posiadał za to u boku naprawdę solidnie wyglądający młot, który nadawał się równie dobrze do rozbijania głów, jak do pracy rzemieślniczej. Sam khazad szedł w kierunku karczmy.
Vilis szybko otworzyła drzwi i weszła do sklepu
- Miecz półtoraręczny masz? Nie jakąś gównianą tandetę tylko coś co nie połamie się przy pierwszym ciosie - warknęła od progu, nie zważając na dobre wychowanie
- Em, no ten...tak. Mam. Dwadzieścia koron - kowal widocznie zaskoczony obcesowym zachowaniem kobiety gapił się na nią przez chwilę po czym sięgnął na stojak i zdjął z niego miecz
Ta obejrzała broń dokładnie, mruknęła coś pod nosem po czym kiwnęła głową
- Biorę. Daj jeszcze dwa noże - sięgnęła po sakiewkę, odliczając należność i zabierając ze sobą całe żelastwo. Bez pożegnania wyszła ze sklepu i szybkim krokiem wróciła do karczmy. Po wejściu od razu podeszła do Kruppa
- Mówiłeś że jedzenie w cenie ochrony. Daj co masz, byle było gorące i podwójna porcja. Do tego piwo, wódka, cokolwiek
Karczmarz pokręcił głową z rezygnacją i ruszył na zaplecze, a Vilis usiadła przy jednym ze stolików. Niedaleko krasnoluda i irokezem. Milczała i zniecierpliwiona bębniła palcami w stół.
 

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 04-02-2013 o 12:13.
Zombianna jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:50.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169