Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-04-2013, 21:36   #1
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 11678 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację
[WFRP IIed.] Ciężar przeznaczenia



Ciężar przeznaczenia


-Mannan... Jest kapryśny niczym małe dziecko, zamknięte w boskiej powłoce boga. Bywa łaskawy jak Shallya ale i potrafi gniewać się niczym Ulryc. Czasami jest spokojny i nieobecny niczym Morr a czasami ingeruje w nasze życie... Niczym cztery potęgi chaosu... To bez wątpienia, najbardziej nieprzewidywalny z bogów...-
Alaric Barts, akolita Mannana


To był sztorm dekady. Nikt nie potrafił tego przewidzieć. Nikt. Nawigator, który znał się na mapach i znał się na pogodzie jak mało kto, nie miał pojęcia o nadejściu burzy. Bosman Bosper, który ponoć wyczuwał burzę nosem na wiele mil też nie podejrzewał, jakie piekło rozpęta sie po zmierzchu. Ba! Nawet pokładowy akolita Mannana – Friedrich nie dostał żadnej wizji, snu czy przeczucia, które mogłoby uchronić okręt od niechybnego końca na wiele mil od miejsca docelowego wyprawy. Gniew natury pokazał załodze tej nocy czym jest człowiek wobec straszliwej burzy. Podstarzały cieśla, który z trudem trzymał się jednej z lin, by nie wypaść za burtę krzyczał, że to kara boga mórz, za zbyt wiele wypitego grogu, zmarnowane godziny przeliczane później na dni gry w kości i karty, oraz piepszenie portowych dziewek. Być może miał rację. A może Mannan tak profilaktycznie sprowadził sztorm by dać innym marynarzom przestrogę?

Żagle stargały się niczym prześcieradło pociągnięte przez silnego kowala. Maszty połamały się jak zapałki, a bezradni marynarze jeden po drugim wypadali za burtę znikajac w wysokich na kilkanaście metrów falach. Gdy okręt uderzył o skałę, wszyscy, którzy zdołali się utrzymać na pokładzie, wiedzieli że to koniec. Potopią się w odmętach rozszalałego morza znikając z tego świata i pamięci wszystkich ludzi, których znali. "Purpurowy zachód" nabierał wody niczym dziurawe wiadro wrzucone do studni. To była kwestia kilku chwil. Friedrich błagał na kolanach w swojej szalupie, lecz Mannan okazał się być bez litości. Na nic szły modlitwy, błagania i łkanie marynarzy. Na nic obietnice poprawy i gorliwszej wiary. Okręt tonął wraz z towarem i załogą, marynarzami, kapitanem, bosmanem, czy najemnikami, chroniącymi przewożony towar przed piratami, których de facto ani razu nie spotkali na swej drodze...

~***~

Lodowata woda zabijała w kilka minut. Potężne fale roztrzaskiwały tych bardziej wytrwałych pływaków o przybrzeżne skały. Nikt nie miał czasu się dziwić, skąd ów skały się wzięły, wszak okręt trzymał się kursu, czyli dość daleko od brzegu Norski, do której zmierzali z towarem na sprzedaż. Mannan był kapryśnym bogiem, jednak w całej swojej złości i złośliwości znalał odrobinę łaski dla kilku nieszczęśników. Nie wyróżniali się z tłumu. Bezimienni człokowie feralnej załogi, wyrzuceni na skalisty brzeg. Każdy nieprzytomny, poobijany, zmarznięty na kość. Każdy balansował na cieniutkiej linii łączącej życie i śmierć. Ale każdy z nich żył. Cały swój dobytek stracili wraz z znikającym w odmętach rozszalałego morza "Purpurowym zachodzie" Mimo to winni losowi wdzięczność za to iż doczekali świtu żywcem...



Marienburg, dwa miesiące temu

-Pierdolicie się tam jak by wam ktoś za dniówki płacił! Ruszać się tępe obiboki! Za dwa dni wypływamy, a tu jeszcze trzy czwarte skrzyń nie załadowane!- wydarł się rosły mężczyzna w eleganckich szatach. Człek w ręku trzymał puchar z czerwonym winem. Oparty o burtę sporego okrętu spoglądał na ogromny, naprawiony już żagiel, który kilku pokładowych cieśli montowało na wysokości masztu.
-Proszę mi powiedzieć raz jeszcze panie von Rumpf, jakież to korzyści popłyną z dostarczenia tych towarów na miejsce?- rozmówcą krzykacza był szczupły i przystojny młodzieniaszek w drogich szatach, częstujący się tym samym trunkiem, co bosman statku.
-Na tym szlaku handel zamarł jeszcze przed wielką wojną z Archaonem tfu!- splunął w bok na myśl o przywódcy ogromnej armii, która splądrowała nie tak dawno sporą część Imperium.
-Te towary są tam niezwykle pożądane. Kiedy już dobijemy na miejsce zarobimy na nich dwukroć więcej niż gdybyśmy je sprzedali w Bretonii czy Kislevie. Po za tym, zdobędziemy ich zaufanie i będziemy mogli mieć ten szlak handlowy na własność.- wyjaśnił syn potężnego magnata z Altdorfu, właściciel sporej gildii kupieckiej w Marienburgu.

-Taaa. Tyle tylko, że to kawał drogi... Sztormy i piraci... Dużo ryzyka na tak sporym dystansie.- burknął bosman.
-Piratami zajmiesz się ty, a raczej twoja załoga. Najmij jakiś awanturników, do ochrony. To twoja broszka. O sztormy się nie martw. Popłynie z nami mój przyjaciel. Alaric jest obiecującym akolitą Mannana. Będzie dziennie prowadzić nabożeństwa, by ubłagać boga mórz aby dał nam spokojnie dopłynąć do celu. - Bosman skinął głową, wychylił do końca puchar z winem po czym spojrzał w stronę doków, gdzie kilkudziesięciu mężczyzn zajmowało się załadunkiem skrzyń z towarem i zapasami.
-Ruchy bo batem karzę wychłostać!- wydarł się ponownie...

~***~


Trudno było określić, co to było za miejsce. Z tego, co dowiedzieli się podczas rejsu, okręt płynął na bezpiecznej odległości od niebezpiecznych brzegów Norski. Lodowata woda doprowadziła ich na skraj życia i śmierci. Ci, którzy odzyskali przytomność dostrzegli nieprzyjazną dla człowieka krainę, skalistą plażę, której jedynie morskie ptactwo nie omijało szerokim łukiem. Z dala majaczył wysoki i bujny, iglasty las i gdzie okiem rzucić brakowało śladów życia człowieka. Na długości dobrej mili, morze wyrzuciło sporo ciał członków załogi, oraz strzępy i kawałki okrętu.
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!

Ostatnio edytowane przez Nefarius : 28-04-2013 o 09:49.
Nefarius jest offline  
Stary 28-04-2013, 10:22   #2
 
SyskaXIII's Avatar
 
Reputacja: 53 SyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodzeSyskaXIII jest na bardzo dobrej drodze
Valdred, a może raczej Tobruk jak nazywał się w ostatnim czasie cały przemoczony i poobijany wylądował na brzegu nieznanej krainy. Wkoło leżało pełno ciał, żywych i martwych oraz pełno szczątków statku, którym podróżował. Po chwili zdążył poczuć silny ból w prawym uchu. Okazało się, że jest całe poszarpane. Tak samo jak cała charakteryzacja Tobruka.

-Wygląda na to, że Tobruk zginął podczas sztormu, trzeba wymyślić inną bajeczkę - powiedział sam do siebie pod nosem. W tym momencie zauważył też, że wszystkie jego wartościowe rzeczy poszły na dno morza. Łatwo przyszło, łatwo poszło jak to mawiają. Rozejrzał się po plaży i zaczął przeszukiwać szczątki statku wyrzucone na brzeg. Niewykluczone, że coś przydatnego się w nich znajdzie. - Na szczęście takiego nikt mnie nie zna... Na tym statku było zbyt dużo awanturników i innych takich, których nie chciałbym mieć przeciwko sobie.
 
__________________
"Widzieliście go ? Rycerz chędożony! Herbowy! trzy lwy w tarczy! Dwa srają, a trzeci warczy!"
SyskaXIII jest offline  
Stary 28-04-2013, 10:53   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 23575 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Friedrich zakaszlał.
Żołądek ponownie się zbuntował, skurczył... Ale niewiele z siebie mógł wyrzucić...
Friedrich uniósł nieco umęczone ciało. Czuł się jakby przecwałował po nim tabun rozpędzonych koni. Z trudem usiadł, ignorując potworny ból głowy i zawroty.
Gdzie my, na demony, jesteśmy, pomyślał.
Bynajmniej nie chodziło mu o to, że na brzegu morza. Aż za dobrze pamiętał zmagania "Purpurowego zachodu" z wichrem i falami. Podobnie jak i chwilę, gdy kadłub statku uderzył o skałę, a on sam poleciał za burtę, gdy pękła lina, którą był przywiązany do relingu. A może to pękł reling?
W każdym razie nie pamiętał walki z falami. A musiał walczyć, bowiem inaczej nie znalazłby się na brzegu, tylko spocząłby w morskich odmętach, a jego ciało stałoby się żerem dla mniejszych czy większych ryb. No, chyba że skończyłby tak jak tamci.
Obrzucił wzrokiem leżące ciała tych, co nie mieli szczęścia i których dusze zabrał Morr, chociaż ciała znalazły się na brzegu.

Stale jeszcze nie mając zaufania do swych sił siedział i spoglądał w morskie fale. Chwyciwszy wiszący na szyi medalion podziękował Mannanowi za łaskę ocalenia życia. Po raz kolejny.
Może jednak nie powinien był wystawiać na próbę łaskawości Pana Mórz? Może po tamtej katastrofie powinien zostać na lądzie? Ruszyć z jakąś karawaną do Imperium czy Bretanii, zamiast znów wchodzić na pokład statku?
Do trzech razy sztuka. Za kolejnym razem mu się już pewnie nie uda.

Zadrżał czując, jak zimny powiew wiatru przebija się przez przemoczone ubranie. Dobrze, że chociaż tyle zachował - koszula, spodnie, buty. I sztylet wiszący u pasa. Kapelusz poleciał gdzieś z wiatrem, ale płaszcz się ostał. Jak wyschnie to się przyda. Bardzo się przyda.
No i, co najważniejsze, ocalił życie. Na dodatek - jak widział - nie sam. Kilku innych też wyniosło głowy z katastrofy i zaczęli się poruszać.

Wstał, z pewnym trudem zachowując równowagę, i ponownie rozejrzał się dokoła.
Na brzegu leżało kilkanaście ciał. Prócz tego poniewierało się tam mnóstwo mniejszych czy większych kawałków drewna, strzępy żagli, porozbijane skrzynki i beczki.

Friedrich ruszył wzdłuż brzegu. Chciał sprawdzić, czy w którymś z leżących tam ciał kołatała się jeszcze iskierka życia. No i warto było przekonać się, czy wśród leżących na brzegu rzeczy nie znajdzie się coś przydatnego. Jakaś broń na przykład. Chociażby solidna pałka, bo jego sztylet nadawał się najwyżej do wypatroszenia kury, a nie do obrony, gdyby z lasu wylazł jakiś zgłodniały zwierz.
 
Kerm jest teraz online  
Stary 28-04-2013, 11:05   #4
 
MrKroffin's Avatar
 
Reputacja: 1600 MrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłośćMrKroffin ma wspaniałą przyszłość
Wdech. Szybki, nagły, niespodziewany.
~ Żyję ~ to była pierwsza, choć dość prosta myśl jaka przyszła do głowy Albrechtowi.
Myślał, że sztorm na zawsze zakończy jego żywot. Sądził, że to koniec jego ziemskiej wędrówki, tymczasem Sigmar każe mu się nadal włóczyć po tym świecie. Poleżał przez chwilę oddychając ciężko. Lekka, zimna bryza owiewała go. Był tylko w ubraniu, jego piękna zbroja z herbem, któremu zawdzięczał swój przydomek zniknęła w odmętach oceanu. Wstał z trudem zachowując równowagę. Naraz chwycił się za kieszeń. Serce zaczęło bić mocniej.
~ Uff… jest ~ odetchnął.
Najważniejszy przedmiot nadal był tam, gdzie zawsze Albrecht go nosił. Podziękował w myślach Sigmarowi. Sytuacja nie była jednak najlepsza. Stracił miecz i zbroję – najcenniejsze przedmioty jakie posiadał. Reszta jego rzeczy, które poszły na dno nie była zbyt cenna. Wiatr potężnie zahuczał. Albrecht wzdrygnął się z zimna. Upadł na kolana i rzekł:
- Panie, przyjmuję wyzwanie, jakie mi rzucasz. Niechaj moja pokuta będzie kompletna.

Był średniego wzrostu, miał krótkie, kruczoczarne włosy oraz bródkę. Na oko liczył plus minus dwadzieścia pięć lat. Bez swojej zbroi i miecza w niczym nie przypominał Niedźwiedzia, pogromcy nieprawości. Teraz nie różnił się niczym od innych jego rówieśników. Rozejrzał się po plaży: ciała, skrzynie i inne porozrzucane klamoty. Postanowił, że musi uratować jak najwięcej tych nieszczęśników. Nie zrobi tego jednak jeśli zamarznie. Najpierw trzeba znaleźć okrycie, może jakieś konkretniejsze ubranie. Po cichu liczył na kożuch lub futro. Miło byłoby też znaleźć jakąś broń czy jedzenie i wodę pitną. Postanowił przeszukać skrzynie i zwłoki, bowiem co po ubraniach zmarłym?
 
MrKroffin jest offline  
Stary 28-04-2013, 12:52   #5
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1270 Eliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumny
Hans odkaszlnął słonawą wodę gdy jakiś głos i ręka wybudzały go ze snu. Przez dłuższą chwilę, drżąc z zimna dochodził do siebie, dość szybko jednak rozpoznał człowieka który sprawdzał jego stan. Pamiętał go był akolitą Mannana – albo tak kiepskim, że doprowadził do zatopienia statku, albo tak dobrym, że swoją osobą wyprosił dobicie do brzegu dla siebie i innych ocalałych.
"Na dwoje babka wróżyła" – pomyślał gorzko, po czym rozejrzał się wokoło siebie, próbując rozgrzać się przez pocieranie różnych części ciała.

Podczas gdy Fredrich ruszył dalej Hans rozglądał się wśród zwłok za swoim przyjacielem – za takowego miał bowiem Helvgrima Sverrissona. Wkrótce go znalazł i próbował ocucić, przeszukiwanie zwłok, resztek statku oraz sporządzanie prowizorycznej broni pozostawiając na później.

Zastanawiał się czy śmierć którą spowodował w Grundhaim przyszła zebrać swoje żniwo. Zaciągnięcie się na statek było w dużej mierze za jej przyczyną, inaczej zapewne podróżowałby po Imperium. „I równie dobrze mógłbym być już martwy” - pomyślał, wiedząc dobrze, że na trakcie roi się od różnych niebezpieczeństw. Miał w tym już spore doświadczenie.

Po dłuższej chwili gdy uświadomił sobie, że krasnolud potrzebuje nieco więcej czasu na dojście do siebie, począł rozglądać się za wszelkimi zdatnymi do użytku rzeczami. W pobliże krasnoluda znosił wszystko co mogło się przydać teraz i w późniejszym czasie. Wiedział, że niebawem będzie trzeba zrobić ognisko, aby rozgrzać zmarznięte ciało. Potrafił to zrobić starą sprawdzoną metodą pocierania patyczków, wystarczyło zebrać trochę suchej ściółki, mniejszych i większych gałązek, oraz umiejętnie obracać patyczkiem ocierając go o podstawkę. Wiedział jednak , że to zajęcie czasochłonne, dlatego zostawił je na sam koniec gdy już nie będzie czego zbierać z trupów i resztek statku. Rozglądał się tez za czymś co mogłoby posłużyć za pałkę, a właściwie dwie gdyż dostrzegł, że i krasnolud nie posiada broni. Zastanawiał się przez moment jak bardzo Helvgrim cenił sobie topór kupiony za majątek w Grundhaim, na którego badanie poświęcał sporo czasu i zapału. Teraz leżał zapewne gdzieś w odmętach wody.

Myślenie o przeszłości pozwalało mu odganiać natrętne myśli na temat nieciekawej teraźniejszości. Pomimo to pewne rzeczy wykonywał niejako automatycznie, zbyt długo zajmował się przetrwaniem o własnych siłach w niesprzyjających warunkach, by nie rozglądać się za źródłem prowiantu , który niebawem będzie potrzebny. Od razu pomyślał o ptactwie i jajach, mając nadzieje, że znajdzie się też jakieś źródło wody - być może w głębi lądu. Rozglądał się też za ziołami. To wszystko wymagało jednak czasu i zorganizowania, miał nadzieje , że z pomocą Helvgrima uda się jakoś zorganizować rozbitków, znacznie zwiększyło by to szanse wszystkich na przetrwanie.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 28-04-2013 o 15:37.
Eliasz jest offline  
Stary 28-04-2013, 18:32   #6
 
Zormar's Avatar
 
Reputacja: 7605 Zormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputację
Czy to możliwe, że Magnus już go dopadł? Na środku morza? W tym bezkresie wód? Takie właśnie myśli przebiegały Urlichowi przez głowę, gdy sztormowy wiatr rozrywał żagle, a pieniące się fale podrzucały statkiem, jak dziecko zabawką.

Młodzieniec ocknął się. Leżał na czymś twardym i nieprzyjemnym, a do tego wszystkiego mokrym. W głowie czół pulsujący ból, tak samo w plecach. Co się... Pomyślał Urlich podnosząc się z kamienistego posłania na jakim mu było się znaleźć. Gdzie ja do cholery jestem?! Wykrzyczał sobie w myślach nadal zamroczony, ale momentalnie chwycił się za głowę, w której zatętnił ból. Upadł nieprzytomny.

Człowiek ocknął się, gdyż ktoś lub coś drapało go zawzięcie po torsie. Otworzył oczy i ujrzał swego brata Wolfganga, który od nie wiadomo jak dawna był zmieniony w łasicę.

Wolfgang

Wstał, a dokładniej zmienił pozycję na półleżącą. Już trzeźwiej niż poprzednio rozejrzał się do o koła. Jego oczom ukazały się dryfujące jeszcze szczątki statku, powyrzucane przez morze ciała, które teraz w przeróżnych pozach czekały na godny pochówek, ale czy go doznają to już miał wielkie wątpliwości, przynajmniej z jego strony. Gdy tak patrzył nagle sobie przypomniał coś ważnego. Gdzie był jego tubus?! Szybko zaczął przeglądać zakamarki przemoczonego podróżnego stroju.

Szata w którą jest ubrany Urlich.

Na szczęście obawy się szybko rozwiały, jak tylko wydobył zaplątany w płaszcz skórzany przedmiot, w którym jak wiedział tylko on i jego brat, trzyma to co zdążył ukraść swemu niedoszłemu katowi. Były to zwoje z czarnoksięskimi zaklęciami. Wiedział, że dzięki nim zdobędzie siły by wreszcie się z tym chędożonym Magnusem rozprawić.

Tubus:

Szybko rozejrzał się do o koła, czy aby ktoś z ocalałych nie widzi jego cennego pakunku i jednym ruchem schował go za pazuchę mokrego płaszcza. Wstał, a Wolfgang wdrapał mu się na ramię. On sam założył na głowę kaptur z którego co chwilę skapywała kropla morskiej wody. Chciał chodź trochę ukryć swą twarz, a zwłaszcza jej lewą stronę, gdzie to nie miał ucha.

Wiedział, że nie może nikomu ujawnić swojej prawdziwej tożsamości, gdyż to by oznaczało niechybną śmierć. Kiedy przypatrywał się temu co wyrzuciło już morze spostrzegł, że ten zwany niedźwiedziem upadł na kolana i zaczął drzeć się w niebo głosy do swojego chędożonego bożka. Urlich nigdy nie był religijny i nie rozumiał ludzi i innych ras czasu wierzą w te brednie, bo w końcu gdyby bogowie naprawdę istnieli to, czy by nie sprawili by, że wszyscy byli by szczęśliwi?
 

Ostatnio edytowane przez Zormar : 28-04-2013 o 18:35.
Zormar jest teraz online  
Stary 28-04-2013, 19:42   #7
 
Luffy's Avatar
 
Reputacja: 27 Luffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodzeLuffy jest na bardzo dobrej drodze
Hansa obudziły gwałtowne torsje. Po stanie lodowatej nieświadomości, uczucie zwracanej morskiej wody było błogosławieństwem. Było pierwszą oznaką życia, od kiedy fale wyrzuciły go na brzeg.

Przewrócił się na bok, ze łzami w oczach i podrażnionym gardłem, sporządzając w myślach spis strat po sztormie.
Kończyny na miejscu. Głowa obolała lecz cała. Belek wbitych w żołądek zero. Ku szczeremu zdziwieniu, najgorszym co mógł zaobserwować było kilka siniaków na ramionach.

Zamknął oczy przywołując obraz żywiołu z jakim walczyli przed chwilą. A może minęło już kilka godzin, nie miał pojęcia. Był wtedy na maszcie, doglądając żagli. Siedział tam często, ze względu na widok, którego chyba nikt poza nim nie umiał docenić. W czasie sztormu też było na co patrzeć. Tylko Sigmar z Morrem mogą wiedzieć, co by się z nim stało, gdyby przez przypadek nie zaplątał się we flaglinkę i 5 innych lin, których nazw nie mógł sobie przypomnieć. Niechybnie spadłby, rozbijając głowę o pokład lub wpadając do wody, gdzie widział ludzi, których fale rozrzucały jak szmaciane lalki.

Ale przeżył. Wyszedł z tego piekła jedynie z potłuczeniami. Dalej ze łzami w oczach zaczął się śmiać, gdy dotarło do niego jak wielkie miał szczęście, jak po raz kolejny uniknął śmierci.
Gdy dał upust radości, rozejrzał się po plaży. Kiedy zobaczył, że parę osób z załogi również przeżyło, całkowicie się uspokoił. Jest ich tylu, a każdy na pewno posiada jakieś umiejętności, dzięki którym przeżyją, gdziekolwiek Mannan ich zostawił.

Wstał, otrzepując się lekko. Ponownie nie miał nic, poza koszulą na karku. Przede wszystkim pójdzie przeszukać wyrzucone przez morze resztki statku i ciała. Trzeba się szybko zorganizować, ważna będzie broń i jedzenie, cieplejszym ubraniem też nie pogardzi. Później można pomyśleć o zwiedzeniu miejsca, w którym się obudzili. Może są tu jacyś ludzie.
 

Ostatnio edytowane przez Luffy : 28-04-2013 o 19:46.
Luffy jest offline  
Stary 28-04-2013, 21:50   #8
 
hubix's Avatar
 
Reputacja: 8 hubix nie jest za bardzo znanyhubix nie jest za bardzo znanyhubix nie jest za bardzo znany
Obudziło go coś dziwnego....


Kiedy uchylił powieki i zaczął kasłać wodą i piachem ,
zobaczył Albatrosa siedzącego na kamieniu który się w niego wpatruje ...


Nagle albatros poderwał do lotu skrzydła i odleciał
a Gottfried zrozumiał że to znak od Mannana.

Dzięki ci - wykrakał bolącym gardłem Gottfrid
i modlić się na kolanach począł.

Po litanii odmówieniu powstał i otrzepując swe szaty
spostrzegł że coś jest nie tak....

Może chodziło o włosy które były białe , albo o rozdarą szatę a może o ....
rozproztowując dłoń ujrzał on symbol manna ściskany w dłoni od czasu sztormu .

Przeżegnał się i ruszył w poszukiwaniu zapasów , wszelkiej maśći przedmiotów i innych ocalałych
nucąc pod nosem psalmy i błogosławiąc martwych,

Wpierw jednak kija lub broń jakąwś znalawszy
i podnosiwszy do obrony przed dzikim zwierzem
i do pomocy w wędrówce
 
__________________
Może się uda....
hubix jest offline  
Stary 28-04-2013, 22:31   #9
 
Tasselhof's Avatar
 
Reputacja: 186 Tasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie coś
Delikatny ruch dłonią po szorstkim kamieniu nadbrzeżnym, który fale wyszlifowały uderzając w niego latami, dał mu do zrozumienia, że żyje. Drobinki piasku piłowały pod paznokciami, kuły między palcami, drapały skórę pomiędzy włosami. Uniósł z ogromnym trudem głowę do góry. Huk jaki wewnątrz niej panował rozsadzał uszy i przyprawiał o mdłości. Resztkami sił obrócił się na plecy i przed oczami zamajaczył mu rozmyty obraz nieba. Wciąż granatowego, pełnego gęstych i ciężki chmur sunących jednolitym tempem gdzieś przed siebie. Po woli odzyskiwał zmysły i czucie. Nozdrza rozrywał mu słonawy smród morza, a kolana doskwierały piekącym bólem. Spojrzał w dół, spodnie były poszarpane i starte, podobnie jak skóra skryta pod nimi. Musiał się na nich kawałek przeczołgać zanim stracił przytomność. A przynajmniej tak mu się wydawało. Sztorm wszystko co miało miejsce tak jeszcze nie dawno, majaczyło tylko gdzieś w pamięci niczym odległy sen. Nie mógł sobie przypomnieć niczego więcej, choć z całych sił się starał.

Spróbował się podnieść, zmiana pozycji okupiona została jednak falą bólu, który wybuchł w jego głowie niczym kująca szpila w nią wbita i promieniując rozszedł się po całym ciele. Zacisnął zęby z całych sił, a mięśnie spięte w amoku wygięły jego ciało w łuk. Z ust wydarł mu się stłumiony krzyk, a w uszach na nowo zadźwięczał tak znienawidzony przeze niego huk. Odczekał chwilę, a może i parę godzin, łapiąc ciężko powietrze do wymęczonych już i tak dość płuc, aż w końcu ból przeminął.

Po woli zaczęły docierać do niego dźwięki otaczającego go świata, dźwięki morskich fal, wciąż wzburzonych i uderzających zaciekle o brzeg, niczym szpony śmierci, które rozgoryczone nie mogły sobie wybaczyć iż komuś udało im się wymknąć, a teraz próbowały pochwycić go na nowo by móc rozszarpać w morskiej toni. Pisk i skrzek mew mieszał się w tej przedziwnej kakofonii, w której skład oprócz wspomnianych wcześniej fal wchodziły jeszcze jakieś nie zrozumiałe krzyki i szloch. Rozejrzał się na boki, ujrzał skalisty brzeg pokryty odłamkami drewna, fragmentami szmat z masztów, lin i kawałków skrzyń oraz beczek. Gdy wzrok przestał odmawiać w pełni posłuszeństwa zrozumiał, że niektóre z obiektów wziętych przeze niego wcześniej za strzępy i odłamki statku, były w rzeczywistości martwymi ludzkimi korpusami.

Tym razem spróbował podnieść się po woli. Ból pojawił się znów, lecz już nie tak gwałtownie. Resztkami sił powstrzymał chęć zwymiotowania i przyjrzał się dokładniej miejscu w którym się znajdował. Dalej za wybrzeżem dostrzegł ogromny las, ciągnący się gdzieś w głąb lądu. Był na wyspie, czy może na jednym z nadbrzeżnych fiordów. Nie był w stanie tego określić. Tak samo jak tego kim był. Dotarło to do niego bardzo szybko. Rękoma dotknął swojej twarzy, czuł szorstki zarost, podłużny haczykowaty nos. Na twarz opadały mu kosmyki włosów, mokrych i poplątanych, pełnych piachu. Ręce w końcu po prawej stronie głowy natrafiły na coś dziwnego, tam włosy również były mokre, z tą różnicą że biło z tego miejsca ciepło i przy każdym dotknięciu go czuł szczypiący ból. Spojrzał na dłonie, znajdowała się na nich purpurowa ciecz o metalicznym zapachu. Jego krew. Prawdopodobnie podczas sztormu coś uderzyło go w głowę, może jakaś skrzynia lub kawałek innego śmiecia, którego pełno było w falach.

Spojrzał jeszcze raz przed siebie, potem na obie strony linii brzegowej. Podniósł się z kolan i w końcu stanął na nogach. Żył i ocalał, a przynajmniej ocalało jego ciało.
 
__________________
"Dum pugnas, victor es" - powiedziałaś, a ja zacząłem się zmieniać...

Ostatnio edytowane przez Tasselhof : 29-04-2013 o 00:26.
Tasselhof jest offline  
Stary 29-04-2013, 19:56   #10
VIX
 
VIX's Avatar
 
Reputacja: 194 VIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie coś
Zaraz przed sztormem...tak wtedy to być musiało. Sverrisson był pewien że na kilka chwil przed tym jak rozszalał się gniew Krignar'a... boga burz i nawałnic, czuć było zapach niebieskiego lodu jak zwał go lud z miasta -fortecy... czyli zapach mroźnego powietrza z dalekiej północy. Helvgrim cieszył się jednak że jeśli wściekły bóg zgotował taki los dla ''Purpurowego Zachodu'' i jego załogi to pewnie nie patrzy teraz wściekłym wzrokiem na Azkahr i jego śnieżne szczyty. ~ Zawsze jest odrobina dobrego w złym. Pomyślał Helv, wtedy właśnie otrzymał uderzenie otwartą dłonią w twarz, a do jego uszu dotarły słowa, głos był znajomy, na szczęście dla młodego awanturnika Hansa Hohenzolerna... właściciela ów głosu.

- Żyjesz Sverrisson? Ciebie by chyba taki deszczyk nie zabił, co? Dopytywał się Hans z przekąsem.

- Oz'hr Na nek ... nai Rhu'ff - akh Az Hehnz' elrn, yur? Odpowiedź khazada nie była na pewno w Reikspelu.

- Hm, jak mówisz? ... ... ... Chyba potrzebujesz miarkę piwa mości Helvgrimie by dojść do siebie. Rozejrzę się za jakąś bronią dla nas, wrócę wkrótce. Hans musiał krzyczeć bo w głowie azkahrnieńskiego khazada, słowa człowieka brzmiały jak bębny bojowe Graelingów. Krasnolud zdał sobie sprawę że przemówił w języku praojców i po chwili poprawił się mową południowego cesarstwa ludzi.

- Pytam, czy ciebie i twojego humoru nie może zmyć nawet taki sztorm, herr Hohenzolern? Odpowiedzią się nie trudź, znam ją już. Mokry Sverrisson dźwignął się z kamienistego podłoża i usiadł, przetarł oczy które szczypały od słonej wody. Ta czynność jednak nie pomógła, a wręcz odwrotnie, tylko pogorszyła sprawę, Helvgrim nawciskał sobie w oczy więcej mokrego piachu i soli. Khazad zaklął szpetnie pod nosem. Przeklął statki, marynarzy i morze oraz inną wszelaką wodę w ilościach większych niż te które mieszczą się w beczce z zacnie syconym miodem jego dziadka.

- Ha! Parsknął tylko Hohenzolern przyjaźnie i odszedł robić co wcześniej zamyślił. Helvgrim rozejrzał się po plaży. Obraz nędzy i zniszczenia spowodował głębokie westchnienie i skierował myśli krasnoluda na niebezpieczny tor nieuchronnego losu, czas było jednak stamtąd zawrócić i wziąć się w garść. Kilku ludzi, którch widział Helv, kręciło się miedzy szczątkami statku wyrzuconymi przez morze na brzeg. Zresztą, wyrzuconymi tak jak Helvgrim, inni ocalali oraz masa martwych załogantów i pasażerów nieszczęsnego okrętu. Sverrisson spojrzał po nich wszystkich i doszukiwał się czy są tam jakieś znajome twarze, poza Hansem Hohenzolernem oczywiście. Z Hansem łączyła Helvgrima przeszłość z burzliwego Grunheim, a tylko inny krasnolud wiedzieć mógł jak ważna była dla Helva przeszłość, jak ważna jest ona dla całej krępej rasy... a zatem jak ważna była przyjacielska więź z Hansem... bardzo ważna. Hansowi można było ufać i w tym zamykała się cała przyjaźń, czy potrzeba czegoś więcej niż zaufanie. Spojrzenie po mokrych i zrozpaczonych ludziach na brzegu morza przywołały do pamięci młodego dawi, twarze i imiona załogantów.

Był tam człek którego krasnolud nazwał Ur'z... co znaczyło tyle co niedźwiedź w nowym Futhark'u, a oznaczyć go szło runą Urzu-nha. W dniu kiedy Helv poznał człeka który przedstawił się imieniem o totemicznym znaczeniu dla khazadów, runy te dawi wyrył na drewnianej belce wspierającej forkasztel na pokładzie statku... dnia to było już pierwszego kiedy się zaokrętowali. Jakże było możnym mówić na człeka niedźwiedź? ~ Niedźwiedź to niedźwiedź... ale człek to musiał być Ur'z. Myślał wtedy Helv o bogobojnym mężczyźnie za jakiego wziąć można było Ur'za sądząc po jego częstych modlitwach. Po plaży chodził też dziwny jegomość... Tobruk brzmiało imię jego. Skryty był i wiele nie mówił, ale plotki różne o nim wśród załogantów krążyły... tak tajemniczego człeka dostrzec łatwo było pośród grogiem zaprawionej załogi... zresztą, bogowie dali dwa miesiące na tej krypie zbutwiałej, a tam ukryć coś nie łatwo było.

''Purpurowy Zachód'' załogę miał iście piracką... i choć boga ludzkiego mórz i oceanów Mananna, czcili wszyscy załoganci to poza tym wciąż zostawali ślepi na bogów znaczenie. Co innego było z pasażerami i ochroną statku. Widać bojaźń przed boską karą w życiu opłacać się musi bo na brzegu zasłanym ciałami, pośród ocalałych był nie tylko ów wspomniany Ur'z, ale i herr Gottfried oraz mości Arthur. Wszyscy wspomniani znani byli pośród załogi jako religijni ludzie. Modlili się często. W złe dni składali podarki swym bogom by ich przepraszać, w te dobre i pogodne, również nie szczędzili kolan i psalmów. Czy to bogowie ocalili tych mężów, trudno było powiedzieć, ale kto bogów nie raduje ten na ich gniew się naraża. Ci zaś ludzie, widać musieli mieć bóstwa po swej stronie. Dobre to były nowiny dla tych co lęk przd młotem Smednira czuli, do nich wszak zaliczał się Helv z Kamiennych Tarcz.

Cyrulika Konrada Helvgrim poznał dość dobrze, na ile oczywiście da się poznać kogoś dobrze przez dni sześćdziesiąt na otwartych wodach... a da się nawet nieźle, skoro co innego niż rozmowa, gra w kości czy wachta nie wzywa. Znajomość ich poczeła się od khazadzkiej łysiny powiedzieć by można. Helvgrim choć głowę zakrywał skórzanym pątnikiem, to ukryć przecież nie mógł faktu że łysy jest. To jednak nie było wszystko co z jego gołą czaszką związane było. Paskudne, stare blizny nie mogły być mylone z niczym innym jak obrażeniami od ognia, a było to lat temu najmniej trzydzieści. Choć dawi nie wyjawił nigdy co stało się i skąd blizny ma, to na pewno zwracało to uwagę innych na łeb wojownika. Prawdziwym nieszczęściem tego wszystkiego było to że tam gdzie blizny nie znaczyły głowy, tam blond włosy kępkami wyrastały... wygląd to dziwny khazadowi dawało. Wyglądała ta jego łysina jak pole marchwi pijanego krasnoluda, a te ostatnie jak wiadomo dobrymi rolnikami nie są. Helvgrim postanowił zatem golić głowę od czasu do czasu by wyglądu normalniejszego nabrać i jak chory na trąd nie wyglądać... i takie to początki miała znajomość między oparzonym krasnoludem a cyrulikiem, herr Konradem Altmanem.

Był tam też i człek o imieniu Hans, pogodny i zawadiacki awanturnik. Jednak ten wciąż szybki i skoczny, lawirował pośród olinowania statku. Krasnolud nie poznał go tak dobrze jak cyrulika, ale widać było że Hans to człek dobry... choć pozory zawsze mogą mylić, a takie lekcje Helvgrim już nie raz i nie dwa w życiu otrzymał. Inny za to był Ulrich, ten równie skryty co Tobruk, najlepiej by z tym ostatnim przystąpić do kubka grogu mógł. Wciąż do siebie coś gadał, a może do tej łasicy swej przeklętej, kto go tam wie. Człek ten stronił od towarzystwa hardego khazada, to i Helv mu nie przeszkadzał, zresztą krasnolud kompana nie szukał, ni do rozmów ni do rumu. Tak to już jest z górskim ludem, swoich się trzyma, w cudze nosa nie pcha. Drogi ich zatem rozmijały się dotąd, teraz może im jednak przyjść iść w kierunku jednym... i tylko wszechmocny Grungni wie jedynie jak długo i daleko ta podróż trwać będzie.

Pośród rozbitków dostrzec dało się dwóch jeszcze, mokrych ludzi. Pierwszym z nich był obywatel Imperium, Friedrich, drugim zaś sin'ha Starkad, syn Erlenda, który gdzieś z północnych rubieży pochodzić musiał. Zaś ten pierwszy, Friedrich Hoffman, bo takie nazwisko nosił ten doświadczony marynarz służył w ochronie statku. Wstyd było przyznać, ale zdarzało się że pomagał Helvowi w czynnościach na pokładzie, czy to węzeł założyć na haczywo, czy burtę korkować. Sam mówił o swych umiejętnościach żeglowania skromnie, ale krasnoludzki wojownik taki jak Helv, mógł traktować pracę Friedricha i jego rady jak katorżniczą robotę w kopalniach Korony Nieba i nauki u mistrza kuźni Frunverga z Żelaznobrodych. Friedrich był w żegludze lepszy niż będzie kiedykolwiek syn Helvgrima, nawet jeśli ojciec jego zacznie nauki już dziś. Tak ten świat już był złożony przez Valay'ę Matkę Dusz... khazad nadawał się do pracy na morzu tak jak ork do stołu Karla Franza, ludzkiego władcy. Choć podobno w Barak Varr życiem przypłaciło wielu krasnoludów by wiedzę o morzach i oceanach posiąść i teraz pływają oni dumnie pod bacznym okiem Grungniego i sędziwą brodą Smednira. Kto wie, może kuszą los, a może są przyszłością dla synów Thorgrima Spamiętywacza? Dla Helva byli szaleńcami, lecz wciąż byli braćmi krwi. Tak więc na Hoffmana liczyć było można, znał się może na pływach, prądach morskich i innych takich rzeczach, a jako żołnierz to i z wojaczką pewnie obcy nie był. Sverrisson rad był że ten zatwardziały wojak cesarski przeżył sztorm. Z synem Erlenda historia była zupełnie inna ... jednak kiedy Helvgrim tak rozmyślał nad ocalałymi i co teraz czynić należy, wiatr zerwał się mocny i przywołał krępego górala do działania. Nad Starkadem przyjdzie jeszcze pomyśleć.

***

Chłodny, silny wiatr zerwał się z nad na pozór spokojnego już morza. Podmuch poruszał długimi i bujnymi, blond warkoczami w jakie spięte były broda i wąsy krasnoluda. Instynktownie Sverrisson sprawdził czy jego obfity zarost jest wciąż należycie zapleciony i ozdobiony zestawem drogocennych spinek i pierścieni ze srebra i złota, z osadzonymi klejnotami i bogato grawerowanymi khazadzkimi motywami. Spinki były ważną częścią dziedzictwa rodziny Svergrima, ojca Helva... teraz skarb był w rękach najmłodszego z rodu. Fakt że biżuteria uchroniła się przed gniewnymi bóstwami mórz i oceanów był wart modlitwy i drogocennej ofiary. Sverrisson obiecał sobie w duchu taką złożyć kiedy tylko nadarzy się okazja. Druga część całego skarbu jaki posiadał Helv była stracona. Młody dawi zdecydował rozprawić się z tą myślą wkrótce, ale jeszcze nie teraz... nie w tym momencie, nie był na to jeszcze gotowy. Zresztą, być może nigdy nie będzie. Jednak by nie zapomniał hańby że wypuścił topór z dłoni potrzebne było coś by mu o tym przypominać.

Helvgrim wstał na równe nogi i zrobił kilka kroków w kierunku wody, wszedł na tyle daleko by zamoczyć się jedynie do kolan. Klęknął we wzburzonej wodzie, która teraz zakrywała go do pasa, a przy fali sięgała do podbródka. Krasnolud zamknął oczy i na ślepo wyszukał dłonią na kamienistym dnie, duży i ostry odłamek skalny. Wyjął go z wody i nie patrząc na niego nawet, wyszukał drugą dłonią najostrzejszą krawędź. Wszystkie troski poza hańbą odeszły precz, znaczy wcale lżej nie było, ni na chwilę... jednak nic nie mogło być robione z pośpiechem inaczej wszystko to nie miałoby sensu. Helvgrim Sverrisson przywołał wspomnienie chłodu w Wielkiej Sali Studni i rozpoczął modlitwę pamięci.

- Trzymać sztandar wysoko, tak aż do gwiazd,
maszerować z nim dumnie, po czasu kres.
Tarczę i słowo naszego pana zaniesieść w dal,
uszczesliwić matkę płaczącą wciąż za nas.
Dla naszych braci, dla naszych ziem, dla serc,
dla spiżowych ścian i stalowych dusz... pamiętać.
Za krew, za szał, za sławę i chwałę, wytrzymać,
i ból i strach, rozpacz i gniew, wojnę i głód.
Ojców zbroję traktować z honorem, za gromril
co w niej, za pot co ją zrosił, za blask... pamiętać.
Siostry swe bronić, braci w przysiędze nosić,
przed bogami klękać i w wierze służyć.
Przysięgam pamiętać... na zawsze pamiętać.


Helvgrim chwycił mocniej kamień w dłoni, przystawił go do lewej skroni i powolnym ruchem rozciął skórę... skończył ciąć dopiero wtedy kiedy rana sięgała już żuchwy. Wciąż nie otwierając oczu, cisnął kamieniem przed siebie w morską toń, po czym obmył ręce w krwistoczerwonej, słonej wodzie. Nabrał wspomnianej wody w dłonie i przemył twarz oraz krwawiąca ranę. Ból był niczym w porównaniu ze wstydem jaki czuł krasnolud po wypuszczeniu broni z ręki. Krwawiąca rana na lewej stronie twarzy nie rozwiązywała jednak jeszcze kwestii zagubienia pradawnego ostrza. Tak to już było. Krasnoludy z Miasta - Twierdzy, miały twarde i zabójcze prawa. Prawa łatwe do przestrzegania jeśli chciało się szybko dołączyć do braci i kuzynów w Wielkiej Sali Grungniego przy jego Kamiennym Stole i ucztować z bohaterami.

Sverrisson wyszedł z wody i policzył ciała leżące na plaży. Ukryć się nie dało faktu że należało zająć się martwymi. Inni, ci którzy przeżyli sztorm, sprawdzali już zwłoki poległych. Krasnolud miał jedynie nadzieję że szukają oni oznak życia a nie pękatych sakiewek nieszczęśników. Krasnolud z Azkrah nie tknąłby osobistych rzeczy martwych ludzi, o khazadach nawet nie wspominając... to mogło tylko przyciągnąć nieszczęście, albo i gorzej nawet... duszę martwego. Kusić losu nie należy nigdy, no... przynajmniej wtedy kiedy można było tego uniknąć. Sverrisson ściągnął wysokie, podkute buty i grube wełniane skarpety oraz lniane spodnie i koszulę płócienną, przez chwilę stał tak jak go Grungni i Valaya stworzyli. Mocno wyżął nogawice i założył je spowrotem, to samo zrobił ze skarpetami, z tym że ich nie nałożył na stopy a jedynie zawiesił na barku. Z butów wylał wodę, po czym ruszył przed siebie. Szybko znalazł okazały głaz na którym postawił buty i rozłożył skarpety aby się wysuszyły. Tylko głupiec pomyliłby krasnoludzkie odzienie z ludzkim, tak więc o szaber się nie bał, wiedział że głupców na tej plaży nie ma... wszyscy głupcy poszli na dno morza.

Krasnoludzka, płócienna koszula również znalazła swe miejsce na kamieniu, ale zaraz po tym jak została pozbawiona rękawów. Oba kawałki płótna, połączone, posłużyły jako chusta na głowę którą krasnolud założył by ochronić łysinę od wiatru, słońca i aby pot nie spływał mu do oczu... a potu miało być sporo. Wszyscy martwi na plaży czekali teraz na ostatnią posługę. Skórzana zbroja, pątnik, torba podróżna czy kusza... te przedmioty krasnolud wspomniał teraz po raz ostatni, nie miały już żadnego znaczenia jako że leżały na morskim dnie. Odziany jedynie w spodnie, szeroki w barkach i muskularny krasnolud, o bujnym zaroście nie tylko na twarzy ale i plecach, klatce piersiowej czy przedramionach... z pięknym i misternie wykonanym tatuażem smoka na szyi, ruszył przez plażę. Po chwili w jego rękach był już ogromny konar, a po kilku następnych żałobnych momentach, ułożona była już niewielka sterta drewna na opał. Jednak drew potrzeba było więcej... stos pogrzebowy musiał być wielki, ogromny. Tak wysoko będą musiały sięgać jęzory ognia by dusze zmarłych wiedziały jak ci którzy ich oddają bogom, żałują ich odejścia. Tak wysoko ogień musi lizać niebo by zbudzić Orgvala, strażnika bramy, niechaj przepuści on tych którzy na to zasługują. Niechaj ogień który strawi ciało, podsycony wiarą zmarłych, da znak innym że ci co przeżyli mają się dobrze i rozumieją jaką łaską ich obdarowano dzisiejszego dnia. Sverrisson zaczął nucić pod nosem pożegnalną pieśń w khazalidzie... nikt jej zrozumieć nie mógł, ni żywi ni martwi tutaj ludzie, ważne że bogowie rozumieli jeśli słuchali. Dawi nie przestawał pracować, żyły uwydatniły się na rękach i skroniach, pot obficie zrosił plecy i czoło. Pochówek nigdy nie jest lekki.
 

Ostatnio edytowane przez VIX : 30-04-2013 o 11:48.
VIX jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:42.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166