Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-11-2014, 22:51   #501
 
Stalowy's Avatar
 
Reputacja: 17803 Stalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputację
Mrok. Ciemność. Cisza.

Albowiem trwanie bez przytomności snu nie sprowadziło. Tak też Galeb po opatrzeniu przez Thorina trwał długie godziny w niebycie ignorując szczęki broni, chlupot rwącego podziemnego strumienia, a także bezustanne walenie kilofem w skałę. Ciało runotwórcy domagało się odpoczynku i dopiero, kiedy umysł i głębsze partie ciała odpoczęły ze znużenia... bodźce zaczęły znów docierać.
Pobudce towarzyszył ból. To skóra pozbawiona wierzchniej warstwy protestowała przeciw przylegającym do niej bandażom. Protestowała przeciw najmniejszym nawet podrażnieniom przy ruchu, czy choćby powiewie. Obtłuczenia były przy tym niczym.
- Wody... wody... - wydyszał runotwórca.
A był to zaledwie pierwszy dzień. Galeb został napojony i obejrzany przez Thorina. Ach chwała niech będzie Przodkom za cyrulika. Po raz kolejny myśl że to sama Valaya czuwała nad rozwojem jego medycznych zdolności przeszła przez głowę Galvinsona. Choć moc ognia alchemicznego była straszliwa jego dłonie nadal miały ten kształt co powinny, a twarz, choć zapewne oszpecona na zawsze i pozbawiona brody nadal istniała.

Umysł jednak szybko męczył się pod wpływem ciągłego bólu. Z wielkim trudem runiarzowi przyszło załatwić swoje potrzeby i zjeść posiłek jaki mu naszykowano. Dziwne było jednak, że jedzeniem podzielił się Dorrin, który wydawał się z każdą bitwą przekraczać kolejne granice krasnoludzkiej wytrzymałości. Kto wie - może Dorrin nawet zostanie kiedyś Bogiem Przodkiem od uporu i wytrwałości? Nie mogąc wiele zdziałać Galeb błądził myślami po ścieżkach duchowych poza światem materialnym.

***

Kolejne przebudzenie. Wraz z każdym odpoczynkiem chyba kolejne nerwy wracały do działania, a ból wzrastał. Ale to dobrze. To znaczyło że żyje i nie stracił czucia.
Galeb patrzył na swoje zabandażowane dłonie. Rozdzielił palce. Ból. Na twarzy. Ból. Bandaże osłaniały wszystko... prócz ust, oczu i nozdrzy. Płótno było teraz jego zastępczą skórą. Westchnienie. Na jak długo.
Dopiero tego drugiego dnia postoju runiarza zaczęło interesować to co się dzieje w komorze. Spostrzegł wał ze skavenów. Spostrzegł zniszczoną oczyszczarkę i tunel kuty przez zdrowych towarzyszy.
Ale nigdzie nie było widać ani Rorana, ani Ergana. Co się z nimi działo? Gdzie się podziewali? Wpadli do rzeki? To oni byli po drugiej stronie wykopu?

***

- Dotyk Urbagora... - rzekł Galeb wykrzywiając usta w uśmiechu do Thorina, kiedy znów przyszła pora na pojenie - Może to sprawi... że większa... będzie biegłość... w runach ognia?
Po tych słowach Galeb wypił jakiś bardzo ciepły napar, jaki podał mu medyk. Usta piekły, ale ziółka rozgrzały runiarza i pomogły mu znów zapaść w sen.

***

Kolejna drzemka. Tym razem prawdziwy sen, choć zrodzony z bólu. Sen o domu. O ognisku. O ogniu, który pali. O karze za błędy. O Przodkach stale obserwujących poczynania tych, którzy żyją, którzy są spadkobiercami ich chwały. O tym co ma nastać i tym co było. O tym co jest teraz.
A potem znów przebudzenie.
Galeb znów czuł ból. Na twarzy i dłoniach. Palił ogniście... nieznośnie... ale był niczym w porównaniu do płomienia duszy, który płonął w Galvinssonie z mocą pieca hutniczego. Runiarz podniósł się powoli z ziemi wspierając się o kamulce, a potem o ścianę.


Znów na chodzie

W spojrzeniu jego zielonych oczu widać było pewność i wiarę. Tylko w co? Że się wydostaną? Że przeżyją?
Jedno było faktem. Pomimo strasznego stanu Galeb podniósł się i nie miał zamiaru być dłużej obciążeniem dla swoich towarzyszy.
Nozdrza wciągnęły zapach powietrza. Przesiąknięte było zapachem gnijącego skavena. Szczurze trupy z których ułożono barykadę nie mogły już nic zrobić, więc uprzykrzyły krasnoludom życie swoim smrodem.

- Podajcie mi... drwa, metal i narzędzi... muszę podreperować protezę. - rzekł hardo.

Niewątpliwie teraz to było największym zmartwieniem runiarza. Bez protezy stawał się większym obciążeniem dla wyprawy, a ta mogła się szybko rozlecieć biorąc pod uwagę jej opłakany stan. Na szczęście noży, grotów i kawałków metalu mieli pod dostatkiem. Narzędzia choć, bez trzonków nadal mogły być użyte, choć niewygodne. Nie mogło to jednak powstrzymać Galeba. Musiał nareperować tyle ile mógł sztuczną kończynę zanim wyruszą, a biorąc pod uwagę odgłosy jakie dochodziły z wąskiego wyrytego przez jego kamratów tunelu mogło to już stać się całkiem prędko.
 

Ostatnio edytowane przez Stalowy : 10-11-2014 o 01:06.
Stalowy jest offline  
Stary 10-11-2014, 00:06   #502
 
PanDwarf's Avatar
 
Reputacja: 5559 PanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputację
Cała drużyna szykowała się do zajęć górniczych gdy nagle po Sali poniósł się krzyk Grundiego, który stał na czujce u wlocie tunelu. Alarmował on a zbliżaniu się przeciwnika do naszych pozycji.

Zmieniło to diametralnie najbliższe plany, wszyscy uwijali się jak w ukropie gdy potok rozkazów spłynął z Detlefowego gardła.
Powstała prowizoryczna barykada z ciał zabitych gryzoni, ciężko ranni w osobach Galeba i Dorrina zostali odsunięci w bezpieczne miejsce.
Detlef zajął się na ten czas pracami górniczymi w miejscu skąd dochodził hałas, wszyscy żywili nadzieje że to nasi zaginieni towarzysze.

Ustawieni w szereg byli gotowi na obronę sali, rozpoczęły się pierwsze wymiany ognia, strzał, bełtów, trochę hałasu i nagle nastała cisza... przejmująca i tak intensywna iż słychać było oddechy towarzyszy, coś tu było mocno nie tak…

Po chwili wróg wyrósł jak spod ziemi przed samą barykadą! Przeklęte szczury podpełzły niezauważone!

Kyan z Grundim zareagowali odruchowo bez pardonu wypychając strzelców z pierwszej linii i zastępując ich. Zaczęła się walka, wymiany ciosów, trup ścieli się gęsto. Skromny oddział krasnoludów walczył dzielnie i zaciekle bronił swoich pozycji.

Ognistowłosy krasnolud starał się ogarnąć pierwszą linie by wytrzymała napór jednak szczurów była masa, napierali na barykadę tak mocno iż w końcu ta nie wytrzymała i zawaliła się przygniatając Kyana z Grundim pod stosem ciał.
Krasnolud czuł jakby właśnie wóz z węglem po nim się przetaczał, dziesiątki stóp, ogonów, i miażdżący smród mokrej sierści, krwi, odchodów i gnijących ciał… po prostu Delicje.

W końcu napór zelżał niestety smród nie… przez chwilę poczuł się żywcem pochowany i zakopany w morzu trupów. Ciężar zelżał na tyle by krasnolud mógł spróbować się wygramolić.
Starał się za wszelką cenę wydostać z tej makabrycznej pozycji w jakiej się znajdował. Ryzykował iż każdy przypadkowy skaven który go zauważy bez problemu strąci mu łeb z karku.
Walczył z kolejnymi ciałami odsuwając je, nie zdążył się jeszcze dobrze podnieść gdy poczuł uderzenie i fale bólu rozlewającą się po plecach.
Mimo to podniósł się,cały pokryty był szkarłatem niczym jakiś pieprzony bóg krwi. Do tego z pleców sterczał mu bełt…

Wkurwiony mocno krasnolud rzucił się na najbliższego skavena, który przyjął dwa ciosy Kyanowego młota i nagle zniknął z widnokręgu starając się ominąć przeszkodę jaka przed nim wyrosła i uciec do tunelu nawet nie podejmując walki.
Lekko zdziwiony krasnolud zauważył że praktycznie wszystkie skaveny, które znajdowały się w sali były w odwrocie, a na ich drodze stał właśnie Kyan.
Skakały, prześlizgiwały się, omijały i pierzchały, krasnolud starał się je trafić jednak były zbyt szybkie,zwinne i zdecydowanie miały opanowaną do perfekcji praktykę spierdalania z pola walki. Zbyt dużo w jednym momencie się zerwało do ucieczki by mógł je zatrzymać.

Nagle jakiś zabłąkany cios przemykającego bokiem skavena, wbił się w żebra krasnoluda odbierając mu dech i zatykając go, padł na kolana. Drugi uderzył go w twarz odcinając świadomość krasnoluda od dalszych wydarzeń...i losów towarzyszy.
 

Ostatnio edytowane przez PanDwarf : 10-11-2014 o 00:14.
PanDwarf jest offline  
Stary 11-11-2014, 01:34   #503
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 17750 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację
Pomylił się. Miał nadzieję, że ci, którzy próbują dostać się do nich znajdują się po drugiej stronie skalnej ściany - znacznie cieńszej ściany. Szybko zdał sobie sprawę, że przekucie się na drugą stronę nie jest kwestią kilku chwil, a raczej godzin. Zamieszanie przy barykadzie skłoniło go wreszcie do zaprzestania wysiłków i dołączenia do obrońców. Liczył, że odgłosy kucia uświadomią tamtym, że ktoś tutaj próbuje się do nich dostać i oni również zaczną kuć.

Kilof rzucił na ziemię, zabrał puklerz i gwiazdę zaranną, po czym podbiegł truchtem do Thorguna któremu zostawił swoją rusznicę. Ze zdziwieniem zauważył, jak przed nim pojawia się jakiś pokryty sierścią kształt i rzuca na niego. W ostatniej chwili odsunął się na bok i skaven wylądował ciężko obok. Był ranny, jednak to nie przeszkodziło mu jednym susem przesadzić obrońców barykady i wylądować za ich plecami. Na tym skończyło się jego szczęście, gdyż dwa uderzenia serca później kolczasta kula na drewnianym trzonku trzymanym w mocarnej ręce Thorvaldssona rozłupała wydłużoną czaszkę gryzonia na krwawe ochłapy.

- Strzelcy do tyłu! Dirk uważaj na wodę! - krzyknął przestępując nad truchłem przeciwnika. - Huran do tyłu! - wrzasnął na starego, który mimo ciężkich ran ani myślał rezygnować ze starcia wręcz. Mimo wcześniejszego zamysłu, by wesprzeć pierwszą linię zdecydował się pozostać w miejscu - jeśli kolejne skaveny zaczną przeskakiwać nad obrońcami, to przyda się ktoś, kto zrobi z nimi porządek.

Chwilę później barykada runęła pod naporem prących do przodu szczuroludzi. Co gorsza pod masą sierściuchów zniknęli Grundi oraz Kyan i tylko domyślać się można było, czy wciąż byli wśród żywych. Nie było czasu dłużej się nad tym zastanawiać, bowiem obok Detlefa zaroiło się nagle od gryzoni. Najpierw kolczasta maczuga przetrąciła dolną łapę skavena, by następnie z nieprzyjemnym mlaśnięciem wbić się i rozpruć klatkę piersiową przeciwnika. Thorvaldsson ani myślał na tym poprzestawać - kolejny cios pozostawił głębokie krwawe szramy na torsie następnego i posłał go umierającego na ziemię.

- Wytrwać! Trzymać się! Damy radę! - zaryczał przechodząc do następnego ataku. Wolną przestrzeń, jaką sobie wypracował zajęli kolejni przeciwnicy - bogowie raczyli wiedzieć ile ich w tym tunelu siedzi. Tym razem obuch zmiażdżył szczuroludziowi stopę wyłączając go z dalszej walki. Trzech skavenów próbowało pomścić zabitych towarzyszy, ale Thorvaldsson zdawał się być niepowstrzymany - nie imały się go ostrza toporów ani wystrzelone w jego kierunku bełty. Zupełnie jakby chroniło go coś więcej, niż tylko fortuna.

Po zabiciu kolejnego stało się coś, czego nie przewidział - skaveny zaczęły rejterować. Wszystko wskazywało na to, że nieugięta postawa krasnoludów i ilość wyeliminowanych z walki szczuroludzi wzbudziły lęk w liczącym coraz mniej osobników oddziale. To dobrze, bowiem właśnie padł Huran, Thorgun i Kyan, który wraz z Grundim zdołał się wreszcie wygrzebać spod martwych skavenów. Odwrót wroga stał się faktem. Ostatni gryzoń poległ z ręki Detlefa, który potężnym ciosem morgenszterna przetrącił skavenowi kręgosłup. To była dobra walka, jednak okupiona poważnymi stratami.

Thorin już był zajęty łataniem najbardziej potrzebujących. Oddelegował Grundiego do pomocy. Trzeba też było jak najszybciej odciąć tunel, bo skaveny z pewnością wrócą. Zajął się tym wraz z Khaidar, bo razem ze wspomnianymi wcześniej stanowili jedynych zdolnych do jakiejkolwiek pracy khazadow. Przytargali wszystkie poległe skaveny jakie zalegały tunel i rzucili je na stos okrwawionych ciał. To samo tyczyło się ich uzbrojenia - wszelkie drewniane elementy można było użyć jako opał lub materiał na pochodnię. Obdzieranie trupów szczuroludzi z ubrań i układanie ich w tunelu, by zatkać go przed ich pobratymcami trwało długo, było wyczerpujące i odrażające. Nie mieli jednak innego wyjścia. Efektem wspólnego wysiłku było zatkanie ostatnich dwudziestu stóp tunelu ciałami aż po sufit oraz usypanie stosu u wylotu korytarza. Makabryczne, ale powinno dać im nieco tak potrzebnego wytchnienia.

Po skończonej pracy umył się dokładnie w podziemnej rzece. Mimo ciężkiej pracy dzięki miksturze leczącej czuł się już o wiele lepiej i bardziej rześko. Rozejrzał się po komorze oświetlonej nikłym płomykiem z ustrojstwa Alriksona. Thorin wciąż robił co mógł, by doprowadzić do porządku rannych krasnoludów.
- Masz. - Zagaił. - Przyda się dla rannych. - Mówiąc to Detlef wręczył Alriksonowi cztery napary kojące i pół tuzina rolek bandaży. Musieli postawić wszystkich na nogi i odejść stąd, nim szczury przekopią się przez ciała współplemieńców.
- Masz jeszcze coś? - mina Thorina zapewne odzwierciedlała kurczące się zapasy w torbie z medykamentami. [i]- Huran nie przeżyje, jeśli nie odpocznie kilka dni. Stracił dużo krwi i dalszy marsz będzie ponad jego siły.
- Daj mu to. - Odparł po chwili wahania Thorvaldsson podając piąty i ostatni napar kojący, który przeznaczył dla siebie. - Mam jeszcze zestaw do cerowania i kilka bandaży. Pewnie przydadzą się później.

Następnie podszedł do ciężko rannego Thorguna i podał mu pełny róg z prochem oraz sakiewkę z dziesięcioma ołowianymi kulami. Wydawało mu się, że białowłosy krasnolud uśmiechnął się w malignie gdy jego palce zacisnęły się na przekazanych przedmiotach, ale może przewidziało mu się.

Zdecydował, że wrócą do kucia ściany kilofem Dorrina. Ponieważ tylko czterech khazadów było w stanie wziąć udział w tej wyczerpującej pracy i innych obowiązkach, przydzielił zadania tak, aby praca przy ścianie była prowadzona w sposób ciągły. Jeden z nich miał pracować, kolejni dwaj odpoczywać, a najlepiej spać, a ostatni wartować przy stosie skaveńskich trupów i regularnie wypatrywać wroga w ciemnych wodach przepływającej rzeki.

Grundi rozpoczął fedrowanie, a wyczerpany brakiem snu, trudami przeprawy przez kopalnię i walkami Detlef siadł ciężko pod ścianą. Rozpiął sprzączki pancernego ramienia i odłożył je na ziemię. Ostrożnie zdjął z siebie pancerz kolczy starając się nie podrażniać bardziej poparzonych gorącem dłoni i twarzy. W końcu elementy pancerza skórzanego dołączyły do metalowych osłon, a zmęczony krasnolud miał zasnąć.

Przedtem przypomniał sobie o jeszcze jednej rzeczy. Wstał i podszedł do stosu rzeczy znalezionych przy szczuroludziach. Do worka, w którym znalazło się kilka wcześniejszych znalezisk dołączyły nowe. Nie znaleźli żadnych pieniędzy, dlatego nie śpieszyło mu się, by zastanawiać się nad jakimkolwiek podziałem. Na to przyjdzie czas później.

Wrócił na prowizoryczne posłanie i niemal natychmiast zasnął.

* * *

Najbliższe trzy dni wyglądały podobnie. Thorin zajmował się rannymi i dodatkowo pomagał przy kuciu korytarza. Pozostała najlżej ranna trójka na zmianę waliła kilofem w twardy materiał próbując dostać się do tych, którzy mieli być po tamtej stronie. Thorvaldsson nie dopuszczał do siebie myśli, że mogą nie być to krasnoludy.

Wraz z upływem czasu nasilała się aktywność skavenów w tunelu technicznym. Ciała ich pobratymców uniemożliwiały im przedarcie się do krasnoludów, ale nie ustawały w wysiłkach. W międzyczasie wyszło na jaw dlaczego nie próbowały przedrzeć się od strony wody - zniszczony mechanizm oczyszczarki zablokował nurt wody i szczuroludzie topili się uwięzieni pod wodą lub ginęli roztrzaskani o elementy maszyny. Dobre i to.

Kyan, jak tylko doszedł do siebie, aktywnie zabrał się za konstruowanie pochodni i opału wykorzystując do tego ubrania, pancerze i oręż zabitych skavenów. Dzięki niemu nie spędzili tego czasu w całkowitych ciemnościach i mogli prowadzić prace przy wykuwanym tunelu. Ta radość nie przyćmiewała jednak faktu, że od strony sterty ciał unosił się powalający fetor rozkładających się zwłok. Musieli wynosić się stąd jak najszybciej.

* * *

Trzeciego dnia przedostali się na drugą stronę. Dwudziestokilku stopowy korytarz wykuty desperacją i determinacją grupy rannych krasnoludów. Thorvaldsson zawołany przez Grundiego przyświecił pochodnią i dostrzegł znajomą postać. Ergan wyglądał na wycieńczonego i potrzebującego pomocy lekarskiej.

Gdy tylko uradowani towarzysze zabrali Erganssona, Detlef pozostał na miejscu wpatrzony w ciemny korytarz ciągnący się gdzieś dalej. Czyżby to miała być ich szansa na uniknięcie śmierci w komorze oczyszczarki?

Jak tylko stan Ergana pozwoli będą musieli ruszać. Wrócił do pozostałych i wydał polecenie szykowania się do wymarszu.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 11-11-2014, 08:06   #504
Szpieg Reptilian
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 59535 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Szczęk oręża powoli ucichł, tak samo jak agonalne jęki rannych. Wróg tymczasowo został odparty, a gdy opadł kurz, Khaidar ze zdziwieniem odnotowała, że tym razem stoi pewnie na nogach. Jakim chujem - nie miała bladego pojęcia. Czuła się, jakby ktoś ją przeżuł, przetrawił i wysrał na rzadko, rozmazując dla lepszego efektu po ścianach tunelu. W płucach jej rzęziło, każdy oddech boleśnie przypominał o ranie na piersi, a obraz tracił ostrość, choć mordy w alkoholu nie moczyła od dobrych kilku dni. Bolały ją mięśnie, o których istnieniu nie miała wcześniej pojęcia. Najchętniej wskoczyłaby do wody, by ochłodzić palące ciało, rozsądek jednak wziął górę nad emocjami. Nie zamierzała tu zdychać, mimo tego, że złośliwy los najwyraźniej miał co do niej kompletnie inne plany.

Badając pobieżnie nowe obrażenia, nie potrafiła ukryć ulgi. Oberwała parę razy, na szczęście w łeb - jemu i tak nic już zaszkodzić nie mogło. Poparzona, poharatana gęba straszyła przeciwników spod poobijanego hełmu, a kobieta dziwiła się, czemu futerkowe skurwysyny nie spieprzają na jej widok. Na ich miejscu porzygałaby się sobie pod nogi, gdyby tylko ktoś dał jej ku temu sposobność.

Czasu na próżne żale nie miała, zresztą nie tylko na nie. Nawet odpocząć nie było jej dane, o złapaniu oddechu nie wspominając. Dowódca z miejsca zagonił do roboty tych, którzy mieli jeszcze siłę stać na nogach, więc słaniając się i potykając, khazadka ruszyłą do pracy, marząc tylko o tym, by bogowie pozwolili jej nie stracić przytomności.

Kolejne dni mijały jej niczym w malignie. Zapamiętała z nich pojedyncze obrazy: tłukący o ścianę kilof, pokryte krwią i pęcherzami dłonie. Podłogę korytarza, na której leżała niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Czyjś głos, jazgoczący za uchem i rozkazujący zagęszczać ruchy...dobre, kurwa, sobie. Była skrajnie wycieńczona, ranna, ale wciąż potrafiła nabluzgać na upierdliwego poganiacza, mimo iż jej umysł nie potrafił go zidentyfikować.
Odnalezienia Ergana nie zanotowała, zbyt zmęczona by okazać jakiekolwiek emocje.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."
Zombianna jest offline  
Stary 11-11-2014, 10:56   #505
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 2801 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Skaveny. Ponowne ich pojawienie zwiastować mogło tylko jedno. Rzeź. Ustawiony za barykadą Thorgun, trzymał w dłoniach swoją wierną Miruchnę i Detlefową rusznicę. Lodzia, tak ją nazwał w myślach. A potem rozpętało się piekło. Z ciemności do ich uszu dochodziły odgłosy. Dziesiątki, a może setki istot zbliżało się i tylko śmierć mogła je powstrzymać. Miruchna wypalił w ciemność, a zaraz po niej Lodzia. Krzyk, który przypominał pisk, dał znać że któryś z tych skurwysynów dostał.

-Jeden zero dla Thorguna.. - uśmiechnął się strzelec pod nosem i zaczął przeładowywać obie bronie.

Trup ścielił się gęsto. Jego towarzysze walczyli dzielnie, a pot spływał obficie z czoła Thorguna, który z dokładną precyzją ładował obie bronie. Czas dla niego zwolnił, ziarenka prochy zdawały się wolniej przesypywać do lufy Miruchny, a pędząca ku nim zagłada jakby zwolniła na chwilę. Wszystko to jednak wróciło do normy w momencie gdy jakieś szczurek wyskoczył na strzelca. Ten nie wiele myśląc przywalił mu z Lodzi w twarz. Zęby posypały się na ziemię, a przeciwnik odurzony mocnym uderzeniem upadł na ziemię, tak że złamał nogę. Kolejne Bum rozległo się w sali, gdy Miruchna dobiła nieszczęsnego skurwiela.

-Dwa zero.. - mruknął ponownie do siebie weteran wielu bitw, nie zdając sobie sprawy, że ta może być ostatnia.

Czy to głupota, a może zbytnia pewność siebie, która zamieniła się w pychę? A może po prostu sytuacja, w której strzelec musiał sięgnąć po topór i sztylet sprawiła, że wdał się w walkę na ostrza ze skavenem. Efekt był tego taki, że Thorgun krwawił zewsząd. Dziesiątki ran, maluczkich i pojedynczo nie groźnych, skumulowane doprowadziły Thorguna na skraj śmierci. Rozcięcie na plecach, kolejna blizna na twarzy i strzelec nim padł na ziemię, brocząc krwią spojrzał błagalnie na Thorina. Uśmiech jednak z twarzy krasnoluda nie znikał. Skaveny zostały po raz kolejne pokonane.

***

Przez kolejne dni Thorgun dochodził do siebie i pomagał towarzyszom. Zarówno manierka jak i bukłak, w którym znajdował się bimber, zostały napełnione wodą. Nie chciał dopuścić do kolejnej sytuacji, kiedy będzie zdychał jak pies z pragnienia. Ergan został znaleziony. Na skraju śmierci, wyczerpany. Drużyna ponownie znów zaczęła się jednoczyć. Detlef dał rozkaz do wymarszu. Pokryty zaschniętą krwią, strzelec wyglądał jak chodząca śmierć. Śmierć, w której dłoniach znajdowały się zabójcze bronie. Nie myślał już o tym czy przeżyje, czy o tym co dalej będzie z nimi. Chciał cieszyć się każdym dniem, w którym dane było mu oddychać. Nabił fajkę i zapalił, z uśmiechem na twarzy.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline  
Stary 11-11-2014, 15:49   #506
 
blackswordsman's Avatar
 
Reputacja: 41 blackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodzeblackswordsman jest na bardzo dobrej drodze
Ergan wskoczył za Roranem do rwącej podziemnej rzeki. Popalony, nieprzytomny i opancerzony kamrat, porwany przez wodę miał nikłe szansę na przeżycie. Ergansson starał się zanurkować za towarzyszem ale nie umiał pływać. Prąd zawirował nim jak sztuką prania w bali i Roran zniknął z oczu rzemieślnika w odmętach ciemnej wody. Krasnolud próbował dogonić towarzysza i po omacku odnaleźć go w wodzie ale nie udało się. Nie było szans pokonać wodnego prądu. Roran przepadł w topieli a rzeka zdawała się stawać śmiertelną pułapką także dla Ergana. Woda rzucała krasnoludem o skały aż nie wypłynął gdzieś nad taflę wody za ścianą i został przez coś pochwycony. Chwilę dochodził do siebie trzęsąc się z zimna i ociekając wodą, przestraszony, że mógł utonąć. Wpierw dojrzał, że znajduje sięw małej sali gdzie płonie pochodnia a potem leżącego skavene z brzechwą w bebechach, zdychał. Szybko jednak okazało się, że drugi skaven, ten który wyszarpał Ergana z wody, chciał przerobić krasnoluda na potrawkę. Głębokie dźgnięcie w nogę całkowicie rozbudziło rzemieślnika aż wrzasnął z ból gdy ostrze przebijało jego udo. Krasnolud szukał rozpaczliwie broni ale zarówno młot, kusza jak i tarcza zostały porwane przez wodę lub utonęły na dnie rzeki. Bezbronny zdał sobie sprawę, że jeszcze ma sztylet. Sięgnął po broń ukradkiem i chciał dźgnąć skavena ale sam był jak żółw wywrócony na plecy. Cały ekwipunek był ciężki od wody a zmarznięte ciało niczego nie ułatwiało. Szczur odskoczył a potem ciął krasnoluda po nodze uszkadzając jego nowe buty. Zanim krasnoludowi udało się wstać dwa kolejne cięcia zpstawiły głębokie ślady na jego skórzanej kurcie. Ergansson skupił się na jednym tylko ciosie i mocnym szarpnięciem ciął mięso skavena aż do kości odsłaniając jego żebra. Szczur jednak nie chciał zdychać. Może to pobudzenie walką a może coś innego trzymało jeszcze gryzonia na nogach. Walka dopiero się rozpoczęła. Ergansson udając wielkiego krasnoludzkiego sztukmistrza Houdniego broniąc się sztyletem przed wściekłymi atakami gryzonia, odpiął od plecaka zwój mokrej liny i w ciągu następnych chwil stworzył z niej prowizoryczną tarczę. Skaven napierdalał krasnoluda jakby był jakimś gladiatorem i jeszcze nażarł się tego ich szczurzego świecącego gówna, bo kolcza bluza krasnoluda zaczęła przepuszczać uderzenia i tylko parowanie dawało Erganowi szansę na przeżycie. Walka przeciągała się i krasnolud szybko zrozumiał, że jest zbyt wolny aby dopaść skavena, trzeba było go wykrwawić bo głęboka rana między żebrami wypluwała z siebie sporą ilość szczurzej juchy. Raz do krasnolud trzasnął w ryj szczura to znowu szczur rozbił łuk brwiowy krasnoluda. Nowa krew Wymiana ciosów zdawała się nie mieć końca, twardy ale dość powolny Ergan dzielnie stawiał czoła skaveńskiemu zabójcy który atakował częściej i znacznie szybciej się poruszał mimo, że zdychał. Minęło dobre pięć minut zanim Skathnik czy jak tam brzmiało imię tego okurwieńca, stracił parę i zaczął się wycofywać. Ergan widział wszystko w kolorach brudnego błota, krew zlepiała mu oczy, lewe ramię bolało jak cholera, płuca nie chciały dawać tyle powietrza ile trzeba, wszystko było mokre i lodowate ale krasnolud trzymał swoje tempo. Tylko to trzymało go przy życiu. Ruszył od razu za cofającym się ze zmęczenia wrogiem i wpakował mu nóż w kolano. Szczur zakwiczał jak świnia i czołgając się chciał uciec. Rzemieślnik nie miał ochoty na zabawę. Dopadł do szczura i wepchnął stalowe ostrze między jaja skavena tak, że wyszło mu prawie dupą i przekręcił nim w środku.>
-Gnido, tak skończy twoja rasa... z urżniętymi jajami..tfu..

Dostrzegając, że drugi skaven jeszcze żyję Ergansson podszedł do niego szybko i poderżnął mu gardło. Dopiero teraz był spokój. Wykorzystując światło pochodni krasnolud zabrał się za opatrywanie swoich ran. Kawałkami podartych i mokrych ubrań obwiązał nogę, twarz i rozcięcia na rękach. Zastanawiał się co dalej. Nasłuchując długo zdał sobie sprawę, że nie ma nikogo poza nim i rzeką. Towarzysze najpewniej zginęli, udusili się tym trującym dymem. Rzemieślnik pokręcił się po jamie w skale i szacował co gdzie i ile można zrobić. Dokąd pójść, gdzie się wydostać. Ułożył z kamieni swoje imię na podłodze, gdyby kiedyś jakiś krasnolud się tu dostał. Nie widząc szans na pokonanie rzeki Ergan ruszył nieznanym ciemnym korytarzem przyświecając sobie prymitywną pochodnią. Tunel wydawał się długi i dość prosty, cichy i pusty. Nie było w pobliżu żadnych innych komnat. To znaczyło, że Roran się utopił. Coś zaświtało w głowie Erganssona i postanowił wrócić na miejsce z którego wyruszył. Kiedy dotarł tam gdzie pozostawił leżące ciała dwóch skavenów, powybijał drewniane styliska narzędzi, zostawiając sobie tylko jeden sprawny młot, kilof i drugi kilof ze skróconym trzonkiem. Wbijając ostrza kilofów mocno w skałę i rozciągając od jednego do drugiego linę, rozwiesił mokre rzeczy. Krasnolud zauważył, że zarówno proch jak i składniki do jego wynalazku były do wyrzucenia, więc pozbył się ich jako zbędnego ciężaru. Tyle poszło na marne a Rorana i tak nie dało się uratować. Zmęczony krasnolud położył się przy prowizorycznym maleńkim ognisku, które rozpalił aby choć trochę się ogrzać i osuszyć rzeczy. Chyba zasnął ale nie był pewien. Może minęły godziny a może zaledwie kilka chwil? Nie wiedział. Kiedy wstał ponownie podszedł do interesującego go kawałka ściany i uderzył w nią kilka razy kilofem. ściana była twarda ale kruszyła się. Największym zaskoczeniem dla Ergana było to, że ktoś odpowiedział stukaniem z drugiej strony. Krasnolud uderzył ponownie kilofem w ścianę dokładnie tak jak stukało naprzeciw. Ponownie uderzył kilka razy w ścianę i zdał sobie sprawę, że jego towarzysze jednak żyją, bo skaveny zamiast kopać przepłynęły by rzeką. Jakieś dodatkowe siły obudziły się w Erganie. Obliczając, że to tylko siedem metrów skały krasnolud wziął się za kopanie. Pracował kiedyś w kopalni, wiedział jak to się robi więc wymierzał skale kolejne uderzenia. Starał się robić jak najmniej przerw i bić jak najefektywniej. Lewa ręka dokuczała, zmęczenie też, ból, brak powietrza a mimo to krasnolud wgryzał się w skałę powtarzając sobie, że to tylko kilka metrów.


---------------------------------------------------------------------------------

Robiąc tylko krótkie przerwy na rozluźnienie mięśni, coś do zjedzenia i popicia, Ergan łupał skałę godzina za godziną. Nie spał a jeśli nawet to nie był tego świadom i trwało to krótko. Maleńkie ognisko pochłaniało łapczywie wszystko co drewniane ale minimum światła krasnolud miał aby kopać. Uderzał i uderzał , i uderzał, i uderzał... Odłamki skalne usuwał na bok by mieć porządek pod nogami. Teraz liczyło się kopanie. Im szybciej się przebije tym wcześniej uwolni towarzyszy... Czas przestał się liczyć. Mijały dni i wykop się pogłębiał. Zmęczenie i ból ciała był tak ogromny, że Ergan nie zwracał już na nie uwagi. Po prostu uderzał w ścianę odłupując kolejne kawałki skały oddzielającej go od towarzyszy. Zasypiał bezwiednie. Nie wiedział kiedy ani ile spał wsunięty we własny wykop. Nie był pewien ile jeszcze zostało bo choć sam wykopał dobre trzy, prawie cztery metry to mógł się pomylić w obliczeniach i ściana mogła być grubsza. A co jeśli towarzysze kopali w złym miejscu?
Jakiś czas później Ergan ocknął się wepchnięty między ściany tunelu. Ktoś go tarmosił i nie dawał spać. Na twarzy krasnoluda pojawił się uśmiech kiedy ten rozpoznał Detlefa i Grundiego. Wyczerpany zdołał powiedzieć tylko kilka słów zanim znów zasnął.

- Nareszcie... ile można na was czekać... Jest wyjście... długi korytarz... Roran utonął porwany przez rzekę... Ostanie słowa były domniemaniem Ergana ale skoro Roran był nieprzytomny, straszliwie poparzony i obciążony zbroją a w odległości conajmniej kilometra czy dwóch nie było możliwości wypłynięcia to musiał utonąć. Poza tym nie umiał pływać... chyba.
 
blackswordsman jest offline  
Stary 11-11-2014, 20:04   #507
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1586 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
Szczury , parszywe Thaggoraki - słowo to składało się z dwóch odrębnych słów oznaczających szczura i zdrajcę. Pasowało do tej rasy jak ulał. Szkodniki nie wiedziały kiedy skończyć a ich ocean nieprawości dopełnił bukłak zrobiony z khazadzkiej skóry. Żeby nawet po śmierci nie dać khazadowi spokoju, to już wołało o pomstę do nieba - a ta pomsta dość szybko tym razem miała być zrealizowana.

Thaggoraki nie znając umiaru znów ruszyły do ataku, Thorin tym razem zamierzał upuścić skaveńskiej krwi. Czuł że Ysassa domaga się tego od niego, czuł że topór własnie tą krwią chce być napojony w pierwszej kolejności. Nie wiedział własciwie dlaczego, ale tak właśnie czuł.
Od czasu walk w tunelach pod młynem, minęło sporo czasu. Wówczas z sztandarem nałożonym na włócznie siał nie małe zniszczenie wśród wrogów, nie inaczej miało być tym razem. Pośpiesznie ruszył do naprędce zbudowanej barykady gdzie Kyan z Grundim odpierali zaciekłe ataki. Było ciasno, nie miał wielkiego pola manewru, mimo wszystko nie zamierzał dłużej czekać z zemstą. A masz - wychrypiał zadowolony gdy ostrze wgłębiło się w szczurze cielsko, był to cios tak głęboki iż nie sposób było go wyrwać od razu, musiał wpierw przyciągnąć cielsko do siebie , nad Kyanem którego w obfitości zalazł skaveńską krwią , by dopiero po chwili wspomagając się nogą ściągnąć ścierwo z Ysassy.

Potem była już czysta rzeź , tak to przynajmniej zapamiętał Thorin , siekł i ciachał , szybko, sprawnie i skutecznie. Dawno nie walczyło mu się tak dobrze. Nigdy nie miał tak dobrej broni w dłoniach poza tym ostatnie miesiące wojaczek nauczyły go kilku trików, wyrobiły mięśnie, oswoiły z walką. Walczył szybciej i sprawniej, a fakt że wydobrzał z skutków oparzeń jedynie wspomagał go w tej walce.

Nie zwrócił większej uwagi na cios który dostał, był niczym klaps w porównaniu z tym co wycierpiał, Dirk i Galeb mieli się tego właśnie nauczyć. Uderzenie, cios, rozcięcie, wszystko to było śmieszne, gdyż ból trwał chwilę, był miejscowy, zaś poparzenie odczuwało się non stop i to na całym ciele - przynajmniej przy takich obszarowych oparzeniach jakim cała trójka włącznie z nim uległa. Dziś wspomnienie wybuchu było już odległą przeszłością o której przypominała mu głównie broda, z która pojęcia nie miał co zrobić. Jego duma była groteskowo wypalona i wykręcona i przodkowie dobrze wiedzieli że Thorin nie miał siły by dłużej się nad nią zastanawiać, serce by mu pękło.
Tymczasem skaveny padały jeden po drugim, dwukrotnie zadał tak potężne cięcie iż z pewnością ściąłby drzewo gdyby w takie uderzył. Ostrość topora była niesamowita, jego wyważenie doskonałe, aż prosiło się by go używać... by jej używać, by używać Ysassy.

Kiedy ostatnie skaveny zaczęły pierzchać Thorin nie wiedział czy to z powodu rozbitego wcześniej słoja z gruczołem czy też z powodu topniejącej liczebności Thaggoraki, wiedział że dwaj towarzysze - Thorgun i Kyan potrzebują natychmiastowej pomocy. Huran zdawał się już być pośród umarłych, choć należało się mu przynajmniej sprawdzenie. Całe szczęście że to zrobił, okazało się iż przedwcześnie przekreślił starego wojaka.
Thorin starał się jak mógł by pomóc towarzyszom, pod koniec był już nawet zadowolony z tego co udało mu się zrobić. Wreszcie zapowiadała się chwila odpoczynku...

***

Kilka dni minęło jak z bicza strzelił, sen przerywany pracą posiłkiem załatwianiem fizjologicznych potrzeb i zajmowaniem się rannymi. W gruncie rzeczy miał więcej do roboty, zwłaszcza że część czasu przeznaczał na dokończenie przepisywania i nauki obrzydliwego skaveńskiego. Po prawdzie musiał przyznać, że już dwukrotnie język ten był użyteczny. Raz gdy na chwilę powstrzymał skavenów przed atakiem i tym sposobem dotarł do towarzyszy, a było to jeszcze w trakcie obowiązków związanych z komisariatem. Drugi raz przy tej walce, wykorzystał bowiem pechowe zranienie skavena przez swego pobratymca i krzycząc stisk-tri ! , stisk-tri ! - czyli "zdrada tak! ", "zdrada tak" - uderzony skaven chyba podłapał okrzyk Thorina i widząc że jego kamrat go zranił musiał uznać iz ten współpracuje z khazadami. I o to własnie Thorinowi chodziło, miał nadzieje że i inne skaveny podłapią groźbę zdrady i zaczną obawiać się swoich towarzyszy broni, te jednak były zbyt zajęte , albo zbyt mądre/głupie by dac się pochwycić na zarzuconą im przez kronikarza przynętę.

Wcześniejsze okrzyki związane z ogniem nie przyniosły żadnego rezultatu i mimo zawołań volk - stisk - czyli "ogień zdrada" skaveny parły naprzód jak gdyby go nie słyszały. Musiał się jeszcze sporo nauczyć co , kiedy i w jaki sposób krzyczeć aby mieć wpływ na znienawidzonego wroga... być może to obupulna własnie nienawiść sprawiała że generalnie Thaggoraki były głuche na podstępy Thorina , pozostawiając być może gadki na czas po walce...
Galeb nie miał siły bądź chęci nauczać Thorina czegokolwiek, zapewne działo się to co mu zapowiedział wcześniej , miała być próba, być może już się odbywała Thorin zas miał dość własnych zajęć by nalegać. Przepisanie i nauka słownika , przyjrzenie się książce oraz pergaminom z skaveńskimi piktogramami, literami czy co to tam w ogóle było? Nie mógł zapomnieć o napisaniu kilku słów do notatek, służących jako źródło do wpisów w kronice. Zawsze musiał zakładać własną śmierć - notatki musiały być więc bieżące.
Księga była spisana reikspielem, był to traktat o budowlach i rusztowaniach - pióra Hermana Waltera Gropiusa, mistrza architekta przy Altdorfskim Uniwersytecie. Kartki wyrwane, część pomazana, ślady krwi a w środku wpięta nota o przydziale drewna na budowę strażnicy przy południowym trakcie na Averheim, podpisana przez urzędnika Gustava Eisenberga. Księga traktowała o tym jak budować mosty i wieżyce oraz rusztowania, projekty, pomiary, kąty, zabezpieczenia. Nic co interesowałoby Thorina lub stanowiło jakąkolwiek użyteczność , a nawet gdyby miał się z niej czegokolwiek uczyć, to z pewnością nie w tych warunkach i nie w obecnym stanie.

Bardzo interesująca okazała się jednak dodatkowa nota dotycząca drewna i budowy strażnicy na przy południowej drodze na Averheim - Thorin znalazł na niej datę…. 8 Sommerzeit 2523 KI czyli nie dalej jak 36 dni temu!

Wnioski nasuwały się same, ktoś z Imperium, poprzedni właściciel owej księgi - a przynajmniej noty, musiał być w pobliżu Azul! To wydawało się całkiem prawdopodobne, zwłaszcza w zestawieniu z Tilejskimi, Estalijskimi i Imperialnymi monetami. ludzkie armie czaiły się u wrót Azul, nie podejmując walki z orkami , czekając tylko na sposobność do przejęcia Azul... Do innych wniosków nie potrafił dojść, a i te które obmyślił zawierały pewną ilość wiedzy przekazanej mu do tej pory przez Rorana. Poczciwego starego dowódcy, który zginął bezpowrotnie... Thorin zadumał się na chwilę, wiedząc, że Roran był światowcem, i jesli ktokolwiek mógł mieć jakieś szanse w poruszeniu owych armii z miejsca to właśnie on.

Nota opiewa na wydanie z miejskiego tartaku Averheim bel okragłych, desek heblowanych i nieheblowanych, 15 stóp przestrzennych dębu i 40 stóp sześciennych leszczyny tegorocznej…. na nocie było tez wskazane miejsce gdzie miała powstać strażnica - dokładnie dwie staje na południe od Averheimskiej granicy z Wissenlandem a Karak Angazhar, na obrzeżach wsi Merfeld. Dla Thorina oznaczało to ni mniej ni więcej tyle iż ludzie zamierzali zrobić sobie przyczułek , do twierdzy która zamierzali przejąć - czy czasowo czy na zawsze tego już nie wiedział i nie sposób było się domyśleć, jasno jednak wiązało się to z budową wielkiego działa, bardziej na użytek ludzkich armii niż do jakiejkowliek zemsty czy obrony. Jedno wielkie polityczne bagno , Thorin nie spoczął jednak na notatkach swoich przypuszczeń, podejrzeń i spisaniu dowodów które właściwie miał w rękach, całą swą wiedzą i domysłami podzielił się z Detlefem i Galebem.

Sprawy czytelniczo - piśmiennicze stanowiły dla Thorina własciwie wypoczynek po utarczkach ze ścianą z pomoca kilofa a także po zmianie opatrunków , batalionowi już niemal rannych. Przynajmniej Khaidar się znacząco polepszyło, choć o robaku wspomniała mu dopiero wtedy gdy nie można było już go znaleźć. Rostał najpewniej rozdeptany, albo przedostał się do wody, lub nie daj przodkowie wlazł któremuś z rannych i nieprzytomnych do ciała przez otwory w ciele... Choć to ostanie było raczej mało prawdopodobne ze względu na opisywane rozmiary pasozyta, Thorin nie mógł jednak tego wykluczyć skoro go nie widział. Żałował tylko spóźnionej reakcji Khaidar, następnym razem mógłby komuś lepiej pomóc gdyby wiedział z czym ma do czynienia i na co ów robak reaguje... zasadniczo można było jednak uznać , że nalewka Dirka oparta na spirytusie , pomogła w oczyszczeniu organizmu Khaidar czyniąc naturalne środowisko pasożyta, niezdatnym do życia.

Nie zapomniał o kąpieli , dokładnej zwłaszcza tuż po starciach z skavenami, o oczyszczeniu, wypraniu wręcz ubrań i zbroi, do czego mydło nadało się w sam raz, o naostrzeniu Ysassy, napełnieniu wody do wszystkich możliwych butelek, bukłaków a nawet pustej tuby w której wcześniej trzymał słój z skaveńskim gruczołem. Zużyte bandaże wiązał do resztek oczyszczarki, pozwalając by prąd wody dokładnie je wypłukał , aby móc użyć ich ponownie. Drut ze szwów Dorrina w końcu wyjął i dokładnie oczyścił, starając się jak najmniej wyginać go by nie połamać. Bezcenna metalowa nić była rzadkim eksponatem , potrafiła jednak zszyć i trzymać w ryzach takie zranienia przy których chirurgiczna nić zwyczajnie by pękała. Żałował, że w rzece nie było żadnych ryb na to jednak nic już poradzić nie mógł. Mógł za to naprawić swoją koszulkę kolczą którą skaveński cios nieco uszkodził. Poprosił Galeba o użyczenie narzędzi po czym po raz pierwszy od dawna przystąpił do naprawy. Jeśli na serio zamierzał zostać w przyszłości kowalem run, nie mógł opuszczać sposobności do pracy kowalskiej.

Każdego dnia zajmował się kamratami właściwie wszystkimi, jego własna rana dość szybko się goiła o po jej opatrzeniu nie musiał się nią właściwie zajmować. Najgorzej było z Huranem, po trzech dniach gdy wreszcie udało im się dokopać do Ergana musiał przekazać Detlefowi nie najlepsze wieści.

Detlefie, ranni potrzebują dnia lub dwóch odpoczynku więcej, zwłaszcza Huran. Mówiąc wprost będzie ciężko, jeśli ruszymy teraz. - Thorin był zmęczony i zmartwiony...jak zwykle ostatnio. - Dzień, góra dwa i jego stan będzie stabilniejszy, reszta też powinna na tym skorzystać, już raz straciliśmy okazję do wypoczynku a potem wlekliśmy się w mozolnym tempie. Każdy dzień odpoczynku to znacząca poprawa zwłaszcza wśród najciężej rannych. Idąc teraz mocno ryzykujemy że otworzą się rany i będzie problem, być może nawet przymusowy postój bez źródła wody i zapchanego tunelu. Wiesz zresztą że jak tylko skaveny zwęszą że nas tu nie ma, ruszą za nami. W przypadku Hurana może nie być żadnego jutra, jeśli ruszymy teraz. Zresztą sam zobacz. Thorin wskazał na idącego w stronę wody Hurana, był blady jak ściana, ledwo szedł, gdy klęknął by uzupełnić wodę w bukłaku, omal nie wpadł do rzeki. Dzień lub dwa, a być może będzie kiedyś opowiadał wnukom o naszej przeprawie przez tunele, w innym przypadku może umrzeć - Thorin mówił poważnie i z pełnym przekonaniem.

***

Thorin nie mógł uwierzyć własnym oczom na widok Ergana, przywitał go po bratersku ciesząc się na widok tak dobrze znajomej mordy. Szybkim fachowym wzrokiem ocenił stan towarzysza pod kątem zranień czy złamań i uściskał go ponownie - Cieszę się że cie widzę stary druhu, słyszeliśmy odgłosy zza ściany i zakładaliśmy że możesz to być ty z Roranem, ale pewności nie było. A właśnie jest Roran? - zapytał zaglądając niejako przez ramię kumplowi.

Ergan był ledwo przytomny, strasznie chciało mu się spać. Mruczał i warczał kiedy Thorin niby po przyjacielsku go witał ale dla krasnoluda to było brutalne budzenie. Ergansson uchylił oczy i powiedział wprost nerwowym tonem. -Starczy tego witania...dobrze już. Rorana porwała woda… nie dało rady… chyba utonął. Tak sądze. Ja też się cieszę ale nie musisz mną tak potrząsać. Kopałem ten jebany tunel trzy dni bez przerwy… Krasnolud oparł się o ścianę i zsunął do pozycji prawie leżącej.

- Spokojnie, odpoczywaj przyjacielu, Thorin dał Erganowi nieco przestrzeni, widać było że jest wycieńczony. To stawiało pod znakiem zapytania pomysł Detlefa z natychmiastowym wyruszeniem i choć rozumiał dowódcę, to jednak sam wolałby zostać przynajmniej jeszcze jeden dzień. Po prawdzie nie odpoczął za mocno przez ostatnie dni gdyż nie dość że na zmianę łupał kilofem w ścianę to jeszcze musiał doglądać wszystkich rannych a nie było ich mało. Wiedział, że jakiś czas będzie musiał poświęcić na badanie i pomoc Erganowi, który nie otrzymał żadnej lekarskiej pomocy od momentu walki ze skavenami. W rany mogło się wdać zakażenie a oczyszczenie ich po czasie, było zawsze trudniejszą sprawą niż zajęcie się nimi bezpośrednio po urazie. - Odpoczywaj, będziesz nam potrzebny by rzucić okiem na protezę Galeba, próbowałem mu ją poskładać, ale to ty jesteś rzemieślnikiem. Dopiero po chwili zauważył że mówi do śpiącego już Ergana, nie przeszkadzał mu już dłużej i zabrał się do lekarskiej roboty.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 11-11-2014 o 23:35.
Eliasz jest offline  
Stary 13-11-2014, 18:47   #508
VIX
 
VIX's Avatar
 
Reputacja: 200 VIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie coś

Królestwo Kazrima Kazadora, Pana Stalowego Szczytu
10 Vharukaz, czas Lazulitu, roku Drum - Daar 5568 KK
Sala kopalniana na Zilfir, odnalezienie Ergana, wieczór


W momencie gdy odnaleziono azulczyka Erganssona ten był już skrajnie wyczerpany, do tego wszystkiego głodny i dotkliwie poraniony. Jego dłonie pokryte ranami i krwią zaciśnięte były na stylisku kilofa i nim jeszcze na swój sposób uradowany Ergan zapadł w sen zdołał on zamienić kilka słów z przedzierającymi się wąskim tunelem towarzyszami broni. Jego słowa wiele wyjaśniły i zgodnie z tym czego obawiała się większość z drużynników, po Roranie nie było śladu w komorze gdzie był Ergan, widać podziemna rzeka zabrała długobrodego dalej w swą głębię, nie wiedzieć jak daleko ale z pewnością ta podróż w lodowatej wodzie kosztować go musiała życie. Nic z tym zrobić na razie nie można było, to fakt… ale warto było zastanowić się może jak do tego doszło i gdzie popełniono błąd bo nie była to raczej jedna z tych rzeczy które można było zwyczajnie zignorować, efekty tego zajścia miały odbić się na jakości życia tych którzy ucierpieli w straszliwym ogniu. Skaveński gaz, błękitne płomienie, gorąc i bomby zapalające, nieudany rzut Galvinsona i w efekcie nagle cała sala stanęła w ogniu… w ogniu który spowił Urgrimsona na krótką chwilę, tym samym który ciężko poparzył rzucającego ładunkiem kowala run, dokładnie ten płynny żar który pokrył całą sylwetkę Ronagaldsona i zmusił by w efekcie wrzucono go w lodowaty nurt Szarej - Zilfir. Ktoś mógł powiedzieć że Erganson skazał długobrodego na śmierć ale myliłby się pewnie bo Roran płonąc w alchemicznym ogniu tam gdzie stał, z całą pewnością zamieniłby się sczerniały szkielet tak jak miało to miejsce w przypadku skavenów. Błękitnego ognia klanu Lisa nie sposób było ugasić w prosty sposób bo substancja nawet ugaszona wciąż trzymała swą temperaturę jakiś czas i wżerała się w miękką tkankę. Kto jak kto ale alchemicy Warut Kalan doskonale by to wiedzieli.



Ergan wkrótce zasnął, chyba po raz pierwszy od tygodnia był to w jego przypadku w miarę spokojny sen. W ten czas Detlef nakazał ponowny odpoczynek bo wiadomym było że bardzo tego potrzebują tak Ergan jak i Huran, a szczególnie Dirk i Galeb oraz Dorrin i Kyan. Tak, to wszystko wcale nie było pocieszające gdyż połowa oddziału była ciężko ranna i jej wartości bojowe znacznie spadły, co prawda wszyscy byli w stanie iść ale by utrzymać solidnie w dłoni miecz lub topór stawało się ogromnym problemem. Khazadzi co do jednego mogli być zgodni, z całą pewnością nadchodził wieczór, oczywiście było mnóstwo przesłanek co do tego, na przykład ilość odbytych wart i postojów oraz porcje racjonowanej wcześniej wody, liczba spalonych pochodni i oleju czy choćby skrupulatne wyliczenia kronikarza względem opuszczenia Azul, obozu kapitana Telina, ale i ścisły umysł Ergana potrafił dokonać swego rodzaju pomiarów jakie to wymykać mogły się większości krasnoludów… jednak wszystko to było jedynie dodatkami do czegoś czego nikt tak naprawdę nigdy nie pojął, coś zwanego i znanego przez brodaczy jako An’drin - zmysł khazada. Jedni mówili że to spuścizna od króla królów i ojca wszystkich krasnoludów, od Grungniego który dał swym synom i córką tę niesamowitą zdolność, inni mawiali zaś że to zmysł który wykształcił się wraz z rozwojem rasy i jej zejściem pod ziemię gdzie nie sposób dostrzec było słońca, gwiazd i księżyców, rzadziej ale zdarzali się uczeni tacy którzy to doszukiwali się źródeł wyjaśnienia tej sprawy w czymś zwanym psychiką somatyczną w połączeniu z geomancją, ciśnieniem tak tym które jest głęboko pod ziemią lub wysoko w górach jak i tym wewnątrz czaszki, ci ostatni nie byli jak można się domyślić pośród lubianych osobników ale nauka rządziła się własnymi prawami. Jak by nie było i kto by nie miał racji lub ją miał, jedno było pewne, w jakiś dziwny sposób krasnoludy potrafiły wyczuć przynajmniej pory dnia i nocy, robiły to z dość dużą dokładnością, a co warte było uwagi to że im khazad lat miał więcej na karku tym jego zmysł był bardziej wyczulony, tak też sędziwi synowie i córy Grungniego i Valayi z dokładnością co do klepsydry potrafili określić czas. Tak jak pochodzenie An’din było wciąż tajemnicą, tak wieczorowa pora w sali gdzie zatrzymał się Detlef z drużyną już nie. Wielkimi krokami nadchodziła kolejna noc w miejscu gdzie sen nawiedzał chorych i rannych mających z jednej strony wrogą hordę starającą się zatopić swe kły w ciałach krasnoludów, z drugiej lodowatą rzekę która nie znała litości, z trzeciej niepokonane skalne ściany twarde niczym pięści Grimnira, a z czwartej nieznany mrok - tunel na końcu którego było zbawienie lub śmierć.



Sala w której przyszło spędzić oddziałowi noc była znacznie mniejsza niż ta w której była oczyszczarka choć w podobny sposób przebiegała przez nią podziemna rzeka, w głębi sali pod ścianą woda z wielką mocą podróżowała w swej niekończącej się przygodzie. Na środku sali płonęło niewielkie ognisko które nie mogło być zwane źródłem ciepła a jedynie płomykiem który dając odrobinę światła pozwolił Erganowi na zachowanie zdrowych zmysłów w jego samotnej walce z wrogiem i fedrowaniu w niesamowicie twardej skale. Cóż musiał czuć ten dzielny azulski wojownik mając przed sobą zaporę o której doskonale wiedział że jej nie pokona bez pomocy, za plecami zaś mając tunel z którego w każdej chwili mogły wypełznąć stwory z koszmarów czy to prawdziwe z krwi i kości czy też te które poczęły rodzić się w psychice khazada?! Z pewnością ten wątły jęzor ognia pozwolił przezwyciężyć sporą ilość strachu w sercu osamotnionego rzemieślnika. W głębi sali leżały dwa ciała thaggoraki, jeden miał bebechy wyciągnięte przez dziurę w podbrzuszu i zmasakrowane przyrodzenie oraz pocięty ostrzem pysk, drugi leżał z bełtem wbitym głęboko w brzuch i poderżniętym gardłem, miał widać strach w swych gnijących oczach w chwili śmierci bo nawet teraz jego spojrzenie było lustrem strachu… zginął w przerażeniu i budził przez to przerażenie. Obok rozkładających się ciał leżało mnóstwo narzędzi górniczych, łomy, dłuta wszelkiego rodzaju, kilof, młoty i świdry… wszystko ze stali, ciężkie i toporne, pozostawione przez górników. Wśród narzędzi brak było ich lekkich i jednoręcznych odpowiedników, co się zaś tyczyło tego co pozostało to zauważyć się dało drewnianych części, zatem kilofy i młoty były bez stylisk, te ostatnie płonęły w ognisku lub połamane leżały obok ognia gotowe by je rzucić w płomienie i podtrzymać liche światło. Przez całą sale rozciągnięta była lina na której wisiały rzeczy Ergana, suszyły się w ten sposób… lina zaś przyczepiona była do ostrzy dwóch kilofów wbitych w skałę co z pewnością musiało być robotą Ergana i co być może tłumaczyło pierwsze odgłosy kucia jakie dobiegły uszu Kyana i Detlefa trzy dni temu. Z sali prowadziło tylko jedno wyjście za którym to tunel o szerokości sześciu stóp zakręcał w lewo i w prawo. Po lewej stronie sytuacja stała się jasna gdyż tunel był tam zasypany w podobny sposób jak ten w sali oczyszczarki, być może była to właśnie druga storna tego samego tunelu. W prawo ciągnął się zaś długi i ciemny tunel, był on dość prosty i miał sześć stóp szerokości i cztery stopy wysokości. Tym tunelem ruszyć miał oddział jak tylko najbardziej potrzebujący odpoczynku będą gotowi do drogi.

Nadchodząca noc nie miała należeć do najmilszych, to było pewne. Skaveny nie czując oporu i słysząc dźwięków z sali oczyszczarki mogli pracować w spokoju i już wkrótce mieli znaleźć się pod nosem drużyny krasnoludów. Nim jednak do tego doszło, wieczorem, każdy zajął się swoimi sprawami. Dorrin wreszcie zakrył opaską pusty oczodół co pewnie pozwoliło kilku osobom spokojniej spożywać posiłki, opaskę zrobił zaś z czarnej bawełny milicyjnego munduru, jako jeden z tych którzy służby w milicji nie znosili pewnie sprawiło mu przyjemność podarcie go. Thorin poza tym co zwykł robić już rutynowo, dał Dorrinowi przedziwną szklisto - purpurową miksturę do wypicia, ponoć w tego efekcie miało być wzmocnienie sił dzikiego górala. Ergan w ten czas spał i nawet nie wiedział że aromatyczny olej jest wcierany w jego stłuczenia co miało wrócić mu zdrowie znacznie szybciej niż by się tego spodziewał… dodatkowym efektem Thorinowych medykamentów był wspaniały zapach jaki rozchodził się po sali i co pozwoliła skutecznie zamaskować odór gnijących w kącie skaveńskich ciał. Alrikson także uraczył się czymś na wzmocnienie bo chyba wycieńczony drogą, walką i pomocą innym, organizm zaczynał domagać się czegoś więcej niż tylko kawałka suchego mięsa i kubka zimnej wody oraz kilku godzin snu. Thorin był także poniekąd zmuszony by spróbować swych sił przy naprawie protezy Galeba… kowal run ze względu na rany nie mógł tego zrobić a oddziałowy specjalista od napraw i budowy, Ergansson, spał jak zabity i tylko głośno chrapał. Jak by jednak Thorin nie próbował, lewo i prawo to nie dał rady tego zrobić i musiał odpuścić. Proteza była zepsuta i usztywniona na całej długości była niczym zwykła drewniana noga od stołu co sprawiało ogromny dyskomfort Galebowi oraz znacznie go spowalniało. Wcale nie trzeba było być wielkim mistrzem gildii mechaników i inżynierów by dostrzec iż jeden tylko byle cios lub krzywe ustawienie protezy i ta pęknie niczym suchy patyk posyłając stalowe mechaniczne stawy tam skąd uszkodzone maszyny już nie wracają, na złom. Grundi uwalił się na koc, gdzieś w pobliżu ognia i robić nic nie mógł… sen pochłonął go całkowicie, co wcale nie było dziwne po jego tytanicznej pracy przy wyłomie, każdy tam pracował jak potrafił najlepiej ale Grundi nie oszczędzał się wcale i teraz płacił za to właśnie. Huran również spał, ciężko ranny, owinięty płótnem bandażowym niczym khemryjski zmarły, chrapiąc okrutnie miarowym oddechem podrzucał swą długaśną czarnosiwą brodę i rzucał się na boki widać męczony jakimiś niespokojnymi wizjami. Kyan zaś sprawdzał ekwipunek i choć także był ranny to zdołał przebrać kupę skaveńskiego złomu jaką zebrał Detlef i wyciągnął z niej cztery kiepskiej jakości bełty by uzupełnić kołczan, wszak bełt to bełt a ostrze to ostrze, Kyan nie borykał się z radykalnym podejściem wielu krasnoludów do tego typu spraw. Thravarsson czuł się zdecydowanie lepiej odkąd Thorin załatał mu ranę a Galeb ją wypalił, później były maści i napoje które smakowały jak szczyny ale ponoć pozwalały zwalczyć truciznę, najgorzej było z twarzą Kyana, cios skavena rozrąbał żuchwę i kość pękła, trzy zęby wybite, rana choć zaszyta to opuchnięta tak na zewnątrz jak i do środka zatem mowa, jedzenie i picie, te zwyczajne codzienne rzeczy były dla syna Thravara teraz ogromnym wyzwaniem. Poza tym nie miły one wpływu na mobilność żołnierza i Kyan szybko odzyskiwał sprawność, szkoda może że jego hełm tak ucierpiał i stracił część zasłony twarzy. Sen zmożył też szybko Galeba, Dirka i Dorrina, każdy z nich może miał chęć by coś zrobić ale szczelne opatrunki na dłoniach nie pozwalały im na jakiekolwiek czynności, zresztą ból odczuwali tak wielki że sen był dla nich zbawieniem. Na Thorgunie, Khaidar i Detlefie spoczął obowiązek pilnowania reszty podczas postoju. Krasnoludzka kobieta szybko dochodziła do siebie a rany jej dzień za dniem zdrowiały, podobnie Thorgun którego podwichnięta kostka bolała już mniej a opuchlizna zniknęła całkowicie. Strzelec raczył się bimbrem i z wielką chyba żałością musiał się go pozbyć by napełnić bukłak wodą pitną. Detlef zaś porządkował dodatkowy ekwipunek i szykował go w pakietach dla każdego z członków oddziału, wtedy też z wąskiego tunelu który krasnoludy przebiły poczęły dochodzić jakieś odgłosy.



Na końcu tunelu, za ścianą ze zlepieńca grubą na dwadzieścia stóp którą trzy dni przebijała garstka krasnoludów, dostrzec dało się jakiś ruch i słychać było piski. Po jakimś czasie do tego doszły odgłosy węszenia i skaveński pysk pojawił się w szczelinie jaką przedarli się wojownicy Detlefa. tunel był jednak bardzo wąski, tyle o ile dało się iść khazadowi w nim bokiem, dla skavena to nie było już takie trudne ale i oni musieli wędrować tam jedne za drugim skazując się na pewną śmierć. Detlef zauważył że skaven który węszy po tunelu jest zdecydowanie inny niż te które ich do tej pory atakowały. Ten osobnik miał długie włosie i znacznie bardziej podłużny pysk, nos jakby większy i złośliwe zielone ślepia… był nie dalej jak dwadzieścia, może trzydzieści stóp od Detlefa ale gdy tylko zauważył że jest obserwowany to zniknął. Thorvaldsson słyszał skaveny w komorze ale nie nie było ich wielu, być może tylko kilku i całą noc buszowali dosłownie za ścianą lecz by ruszyć w wąski tunel nie odważyły się. Zupełnie jakby coś przeczuwały, a może coś planowały. Tak też nerwowo dl Detlefa minęła noc, w sąsiedztwie prastarego wroga krasnoludzkiej rasy… gdy nad Stalowym Szczytem właśnie budził się dzień, głęboko pod ziemią budzili się członkowie oddziału, zaś po skavenach w sali oczyszczarki nie było śladu. Całkowita cisza i bezruch zapanowały po drugiej stronie tunelu.

Królestwo Kazrima Kazadora, Pana Stalowego Szczytu
11 Vharukaz, czas Ezarytu, roku Drum - Daar 5568 KK
Tunel prowadzący do komina sitowego, wczesny ranek


Po skromnym śniadaniu i napełnieniu bukłaków i manierek oraz po spakowaniu plecaków grupa była gotowa do drogi. Te kilka dni odpoczynku dla niektórych było niczym boskie zbawienie, to był czas pełen nerwów ale zmęczone w podróży nogi i obolałe mięśnie zregenerowały się, oczywiście nie u każdego bo jak mawiało stare krasnoludzkie porzekadło. ~ By odpoczywać mógł ktoś, ktoś inny musiał pracować za dwóch.~ Jednak co mniejsze rany zamknęły się, płuca zapomniały o skaveńskim gazie, przeszedł ból lekkich oparzeń, a u tych najciężej rannych przeminęły najgorszy szok i uczucie bezradności oraz majaki i krzyki związane z tym co ich spotkało ze strony wynalazku klanu Lisa. Wielu spośród wojowników szykujących się do drogi znalazło swe płócienne zawiniątka na jadło puste lub prawie puste. Okruchy chleba, resztki orzechów i suszonych śliwek zebrane z dna plecaka oraz najmniejsze i najgorsze kawałki suszonej wołowiny które wcześniej każdy pomijał chwytając te co solidniejsze i smaczniejsze z wyglądu. Niektórzy dojadali już resztki swoich wałówek, inni nie mieli ich już wcale i albo ze smakiem spoglądali na jedzących albo ich hardość charakteru nie pozwalała nawet na wspomnienie o tym że są głodni. Jednak fakty były faktami, w oddziale kończyło się jadło.

W końcu drużyna ruszyła w dalszą drogę. Wzmocnienie o zapas pochodni zrobionych przez Kyana mieli przed sobą światłą w miarę drogę ale los im nie odpuszczał, zamienił brak drogi na brak wody, brak wody na brak światła a braki światła na brak prowiantu, cóż jeszcze miało ich spotkać! Oby nie wszystko na raz. Idąc tunelem każdy czuł że za plecami czai się wróg, w oddali, trzymając dystans z jakiegoś powodu… ale skaveny tam były, czekały albo szykowały się do kolejnego starcia. Niepomierna armia gryzoni zalała tunele pod Karak Azul, ich falą nie było chyba końca i z pewnością to co napotkali członkowie oddziału było tylko małymi oddziałami na flankach lub tyłach pochodu… główne siły z pewnością szły na miasto największymi i najlepszymi tunelami, tam gdzie było masę krasnoludzkich pułapek i gdzie thaggoraki ginęli setkami a może i tysiącami i gdzie wcale nikt się tym nie przejmował, ani jedna ani druga strona bo khazadzi za zadanie mieli wybić wszystkich bez litości a skaveny widząc śmierć swych klan braci nic sobie z tego nie robili. Skaveńska rasa nie znała przegranej w taki sposób jak inne rasy, nawet gdy byli oni niszczeni nie znali porażki, zawsze było ich więcej, mieli tysiące gniazd i ich plaga była niepowstrzymana, umierało dwa tysiące a kolejne pięć już maszerowało na te same linie frontu tyle że z innej strony… być może coś było w tym o czym mawiali mędrcy, że ponoć gdy czas dobiegnie końca na świecie pozostaną tylko szczury i karaluchy, padlino i gównożercy. Do tego było jednak jeszcze daleko a i krasnoludzcy bogowie nie mieli z pewnością zamiaru dopuścić do takich wydarzeń. Na razie oddział Detlefa kroczył tunelem oświetlając drogę i kierował się ku kominowi sitowemu z tego co powiedział Huran, ponoć tak właśnie można było dostać się do kompleksu jaskiń pod kopalniami. Huran niestety głośno sprzedał swe myśli i jak na starego wojownika nie był to zbyt rozsądny wybieg, może to rany osłabiły w nim ducha bo słowa jego brzmiały tak. - W bogu nadzieja że jaskinie nie są pełne gryzoni albo gorszego sortu stworów, przecie to droga na powierzchnię, może wróg tam już siedzi. Hę?! - Dalej droga już była pokonywana w ciszy, ale nie na długo… oto nie dalej niż po upływie połowy piachu w godzinnej klepsydrze tunel kończył się a po lewej wyrastał zakręt… jednak kończył się nie oznaczało wcale że była tam ściana, o nie! Przed krasnoludami ukazała się duża jama w której z obecnej ich pozycji nie sposób było dojrzeć co jest w środku… to jednak nie było jeszcze takie złe, najgorszy był odgłos i nie mowa tu była o odgłosie wody który dobiegał z jamy przed grupą khazadów bo ten także był i przypominał ten sam dźwięk jaki można usłyszeć stojąc pod wodospadem, zupełnie jakby woda spadając z krawędzi uderzała o skałę poniżej… nie to nie był ten odgłos, tam było jeszcze coś.

Jakby na zawołanie co do słów Hurana przybył zły los i postanowił ukarać zuchwalców. Pierwej był jęk i stukanie metalem o skałę, dźwięk ów dochodził z jamy rzecz jasna. Po długim jęku pojawił się drugi, jeszcze dłuższy i głośniejszy i wtedy na krawędzi jamy pojawiła się straszliwa dłoń...nie łapa, niczym u stworów z koszmarnych opowieści… po chwili druga, okryta krwią i zwojami potężnych mięśni. Ukazały się potężne barki i stworzenie wypełzło z jamy, jakby z dołu który w niej był. Barki zakrwawione i okryte płatami schodzącej skóry… kreatura wstała i ukazała swe całe ciało, wstrętne, powykręcane, zakrwawione i o mięśniach które miejscami były widoczne. Istota miała paskudną głowę która nie byłą podobna właściwie do niczego, prawie że bezkształtna maska o otwartej gębie i oczach szerokich tak bardzo ze aż wyglądających nierealnie. Stwór był mokry i dyszał jak miech kowalski, nagle ruszył prosto na was, powoli, ociężale ale biła od niego ogromna złość… straszliwa chęć zemsty.


 
VIX jest offline  
Stary 13-11-2014, 19:47   #509
 
vanadu's Avatar
 
Reputacja: 121 vanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znany
Szarpnięcie, głuche uderzenie o taflę wody i gwałtowne podtopienie gdy siła rozpędu, ciężar czyjegoś ciała i i masa zbroi pchnęły Rorana na dno wodnej strugi. Skała za skałą zderzały się ze starym krasnoludem, woda poczęła wdzierać się w niego, topić go i dławić. Ból uderzający raz za razem, coraz silniej i brak możliwości zrobienia…czegokolwiek gdy silny nurt rzeczny zasysał go na dno i dalej wzdłuż wezbranych brzegów. W końcu zapadła cisza, czy też może tylko Ronagaldson ją czuł. To wszystko… ten ból…światło rozchodzie się wokół i …sylwetka. Zbliżał się do Rorana… i wtedy zapadła ciemność.

Jedyne co mogło dziwić to fakt że nadeszło przebudzenie. Bolesne. Głośne, w ryku trąb i w grzmieniu błyskawic. A nie, to był jebany wodospad. Ocknął się z wolna, nie dowierzając. Czuł jakby dotykał go ktoś, budził – lecz nikogo nie było. Nie było topora…pamiętał, został, upadł tam gdzie Roran się zapalił. Tarcza spłonęła, pistolety zapewne przepadły w nurtach.

Gdziekolwiek nastąpiło jego przebudzenie, za życia czy już w następnych światach – tego nie wiedział – nastąpiło ono w ciemności, ciemności czarne i pełnej rozpaczy. Woda, wodostan jakowy, lała się na niego strumieniami. Ale może i pomagało mu to, gdyż rany nie bolały tak jak powinny. Pogłos i echo były porażające. Stał zaś krasnolud na wielkiej, grubej kracie przez którą woda spadała i spadała z łoskotem. Był to zapewne jakiś tunel filtrujący albo inny ciek wodny solidnie zabezpieczony. Zatrzymywały się tam i kawały skał i większe śmieci a nawet…martwy skaven. Długo martwy zapewne – rozpadał się on bowiem w rękach, a zmarł śmiercią…głodową? Ran nie było. To była zła wiadomość, bardzo zła. Nie wyszedł. Faktycznie, sala była okrągła i nie miała wyjść. Ściany były pionowe, wilgotne i trochę straszne.

Ale długobrodzi nigdy nie słynęli z poddawania się łatwo. Z jęków i krzyków to na pewno ale nie z łatwego zdychania. Począł więc Roran szukać i macać.
W górze nie dało dostrzec się nic. Fakt, przy zerowym oświetleniu było to dość jasne i spodziewane, w dole..? W różnych miejscach kraty zrzucił kamienie…. Jeden, drugi, trzeci. Cisza, cisza, cisza…plus – jakby bajoro. Drugi zaś walnął w stal, większość jednak wpadała w błoto. A więc były i kolejne kraty filtrujące zapewne, a na dnie…demony wiedziały co.

Wielki system krat o obwodzie piętnastu kroków i średnicy pięciu. Nie wiedział do końca jakie ma to zastosowanie, lecz zabezpieczanie nurtu rzeki przed intruzami i kamieniami albo jakieś górnicze zdawały się brzmieć rozsądnie. Krata umocowana była wielkimi śrubami przykręconymi od dołu. Idąc dalej… ściany były jak zauważył już wcześniej całkowicie mokre, hm droga na górę chyba była odcięta…

Huk przerwał jego rozmyślania. A właściwie to cios w łeb. Znów dopadła go fala bólu gdy macał w ciemnościach czymże to bogowie postanowili go ukarać tym razem…tarcza i kusza? Cóż to miało znaczyć? Czyli tędy faktycznie spływały odpadki. Kusza na nic się nie zdawała lecz oprawszy się o ścianę, Ronagaldson odsłonił się od góry tarczą i w kocu, choć przez chwile, woda przestała z mocą spadać mu na umęczoną głowę. To ocaliło mu życie… i utrudniło je z drugiej strony. Gdy po chwili z rzeką spłynął młot, nie zdążył go chwycić i ten zniknął w czeluściach Dziury.
Splunął by po chwili przepłukać usta wodą i napić się z wolna. Stać nie było po co, czekać - na co. Osłaniając wciąż głowę począł macać śruby by sprawdzić, czy któryś odkręcić się nie da.

Nie wiedział czemu działo się to wszystko, cóż uczynił że bogowie karali go tak surową pokutą. Był coraz bardziej zmęczony, nawet odpływał. Mocowania śrub były solidne. Dwie obluzowane co prawda lecz… jego umysł zachodził powoli mgłą. Tylko rzadkie skoki adrenaliny pozwalały mu utrzymać przytomność, acz myślenie funkcjonowało raczej od skoku do skoku. Grimnirze, za co..

Powoli przegrzebywał rzeczy jakie pozostały przy nim. Flakon leku, lecz tak…nic do jedzenia. A z wodą, nie mając co jeść, umierać można długo, bardzo długo.

Wtedy naszło go olśnienie.. jakieś wyjście musi być – musza usuwać kamienie! Znów z entuzjazmem ruszył do poszukiwań. Obchodził kratę w krąg, macał ściany – a znał je już nieźle, nie potykał się już prawie po ciemku idąc na pamięć. Raz, drugi…w końcu z trudem znalazł to czego szukał. Otwory w skale, płytkie, nieszerokie – oparcia dla stóp przy wspinaczce po linie. Której nie miał.. i nie miał jak podwiesić ją u góry. Opadł bezsilnie na podłogę. Za co.. Zasłoniwszy głowę tarczą, bez choćby jednej jeszcze przytomnej myśli – zasnął.

Obudził się nie wiedzieć po jakim czasie. Spalony, wymarznięty i krytycznie obolały. Głodny, złamany i zły. Osowiały wstał z trudem. Witalne siły, ich resztki raczej, poczęły go opuszczać.

Sprawdził raz jeszcze czy nie ominął jakiej klapy czy czegoś..nie ominął, niestety. To była idealna, jebana pułapka. Dopiero po chwili dotarło do niego że wszystkie ściany, tunele, echo – niosły odgłosy kopania, łupania skał, jakby cała kopalnia odżyła. A może to był tylko umysł Rorana wymęczony tym wszystkim? Wtedy dotarło do niego. Rzucił się wykręcać dwie znalezione wcześniej, zdatne ku temu śruby. Wielkie, długie bydlęta. A później począł łupać skały, poszerzać otwory na nogi. Pracować z całych sobie dostępnych sił. Wyjdzie stąd, oj tak, wyjdzie. I pokaże światu, i to jeszcze jak. To nie miał być jego koniec. Jeszcze poczekasz na to spotkanie Gazulu!

***

Praca trwała dwa dni. Dwa długie, mozolne dni. Lecz skończył i z tarczą przywiązaną szmatami skavena do pleców wyszedł. Zziębnięty, głody, zdezorientowany..Wyszedł – odmieniony. I gotów po raz kolejny stratować świat.

Bo był starym, twardym, zmęczony skurwielem. Mógł umrzeć ale nie chciał i nie zamierzał. Dlatego mimo złości, czuł radość gdy napotkał kompanów. Zaśmiał się krótko i spoglądając po nich przemówił.

- Niech bogowie Was strzegą jeśliście nie wzięli mego topora… Dajcie żreć. A właśnie… i chce wiedzieć który to rzucił odparł chłodnym tonem lecz po chwili wyciągnął już dłoń by powitać Detlefa.
 
vanadu jest offline  
Stary 14-11-2014, 16:14   #510
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 17750 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację
Znaleźli Ergana, a Ronagaldson najpewniej był martwy. Wiodać tak musiało być. Poza Erganem Thorvaldsson odnalazł też coś jeszcze - nadzieję, bowiem zaczopowany truchłami szczuroludzi tunel techniczny zdawał się żadnej nadziei na przeżycie nie dawać. Tutaj jednak czernił się nieznany im kolejny korytarz, prawdopodobnie łączący się pierwotnie z komorą oczyszczarki. Czyli dokładnie tak, jak zamierzał iść wcześniej. Tymczasem odpoczywali jeszcze, bowiem stan rannych, a szczególnie odnalezionego Erganssona tego wymagał.

Nocna wizyta skavenów nie zaowocowała na szczęście kolejnym starciem. Wyglądało na to, że te osobniki nie miały nic wspólnego z tymi atakującymi ich do tej pory. Wyglądało też na to, że albo nie zostali odkryci, być może z powodu wszechobecnego odoru rozkładających się zwłok, albo liczebność tego oddziału była niewielka i sierściuchy nie zaryzykowały konfrontacji.

W końcu mogli ruszać. Detlef przydzielił kilkorgu dodatkowy balast w postaci prowizorycznych pochodni, opału i skaveńskich kusz. Obciążeni zostali wszyscy, którzy nie uginali się pod ciężarem swojego ekwipunku albo słaniali na nogach z powodu ran. I tak on sam, Thorin i Thorgun wzięli zapas pochodni, Khaidar poza pochodniami również trzy wiązku szczap na opał a Grundi z Erganem wzięli zdobyczne kusze i bełty. Mimo pierwotnego zamiaru zrezygnował z dwóch dodatkowych kusz - po prostu nie mieli sił targać ich ze sobą.

Na przedzie szedł Grundi, Detlef mniej więcej pośrodku, a Khaidar na końcu kolumny. Nauczeni przykrym doświadczeniem korzystali tylko z jednej pochodni na przedzie kolumny ryzykując potknięcia i drobne urazy na skutek braku światła. Szli jednak dość wolno, a niepewny krok powodowany był raczej ciężkim stanem rannych, niż niedostatecznym oświetleniem.

[i]- ... - Kyan stojący za Detlefem był w takim szoku widząc stan Rorana iż nie był w stanie wymowić słowa, obolała szczęka otwierała się i zamykała głucho niczym jama z której wylazł Roran. Po dłuzszej chwili wydusił z siebie - Tloolinn mysle se bemcies tu pocebny... Sybko... - krasnolud mógł jedynie seplenić przez napuchniętą i złamaną szczękę.

- Roran, kurwa, gdzieś ty był?! - Detlef wydusił z siebie po dłuższej chwili, a ręka zaciśnięta na toporku powędrowała wreszcie, by odwzajemnić uścisk Ronagaldsona. - I zrób coś z sobą, bo jak cię kto zobaczy to z miejsca ustrzeli. Wyglądasz… nienajlepiej. - Detlef w ostatniej chwili zrezygnował z porównania Rorana do orka, chociaż takie właśnie skojarzenie cisnęło mu się na usta.
- Thorin - podejdź szybko. Dajcie jakieś ubranie, jeśli kto ma. - zawołał.

- Bywało gorzej...trochę. Własnym ciałem sprawdzałem drogę. I chyba znalazłem sposób byśmy ominęli skaveny. Patrz na plus Detlefie, nikt nie pozna mnie na listach gończych, ghahaha - zaśmiał się krasnolud chrapliwie - Właśnie, co z tubą. Nie spłyneła ze mną, ocalała?

- Wszystko spłonęło. Ledwo dało się rozpoznać, że tam jakaś tuba była. - Odpowiedział.

- [i]Tak przypuszczałem….cóż, jesteśmy w dupie. Dość wspólnie a więc chociaż ciepło będzie. W takim razie pozwól Detlefie, że złożę na twoję ręce prosbę o -[i]tu krasnolud zakasłał mocno -dołączenie do twojego oddziału. Sądzę że przyda się to wszystkim ze mną włącznie. Proponuje iść dołem - wskazał na dziurę z której wyszedł -Tam powinna być trasa bez skavenów. Powiedzcie że macie do picia coś poza wodą...sram wodą. Piwa, błagam

- Mam coś lepszego. Trzymaj. - Detlef pogrzebał chwilę w tobołkach i wyciągnął flaszkę spirytusu. - A z oddziałem sam wiesz jak jest. Idziemy pod moją komendą, a później znowu zdecydujemy wszyscy. Tymczasem witaj wśród nas. - Odpowiedział na zadane wcześniej pytanie.

Roran wlał ochoczo podany trunek w gardło. Czuł w końcu na powrót że żył. W końcu rozejrzał sie po kompanach i rzekł: -Tunel jest przegrodzony kratami ale nie na daleką wysokość. Można zejść, ma coś w rodzaju szczebli dla personelu. Wodospad z wody spływającej strugą spada poniżej. Powinno dać się tamtędy ominąć górne korytarze, po cichu liczę i na jakis magazyn górniczy. Na pewno schodzily tam ekipy a nie sądze by za każdym razem znosili wszystko. Co wy na to? Widzę wszystkich, choć w różnym stanie... więc skaveny odparliście ale na bank więcej ich będzie.

- Huran - co ty o tym sądzisz? Mówiłeś o drodze do jaskiń. Dołem przejdziemy, czy trzeba górą? - zapytał rannego dziadka.

Huran podrapał się po głowie i westchnął głośno. - Ten tunel tam…- wskazał na korytarz biegnący w lewo…- prowadzi do komory czyścicieli, tam też powinny być schody w dół które kończą się w jaskiniach, na samym dole. Zaś co się do komina tyczy, to nie najlepsza droga, mokra, zdradliwa i bez powrotu. Tunel zabierze nas tam gdzie komin ale szybciej i łatwiej… i na sucho. - Chrząknął na koniec i wyjął manierkę by się z niej napić.

- Masz rację we wszystkim jak mniemam Huranie. Ale to droga oczywista a to znaczy że na pewno napotkamy tam wroga. Dlatego tylko proponuję to wyjście. Zmęczenie i wszelkie trudy jako alternatywa dla kolejnych starć - pokiwał głową krasnolud, pociągając ponownie z flaszki i podając ją na powrót Detlefowi. Na zasadzkach się Roran akurat znał i tę wiedzę zamierzał wykorzystać by przeżyć.

- Zrobicie jak uważacie, przystałem do Detlefa więc za jego rozkazem pójdę a swoje zdanie powiedziałem. Jeno zauważcie w jakim stanie jesteśmy, czy aby droga w dół na linach, a trza wam wiedzieć że to nie pięć czy pięćdziesiąt stóp jest, to może nas wykończyć. Twoja decyzja Detlefie. - Huran łyknął ponownie z manierki i wbił wzrok w Thorvaldssona.

- Dodam jeno że na sporej długości są wyryte wyraźne i głebokie szczeble. Da się po nich wejść bez asekuracji nawet w stanie takim jak mój. Spóścić rzeczy na linie nie jest problemem a z asekuracją damy radę. Szczeble są dobre, ryłem je dwa dni by z tamtąd wyleźć. A obawiam się, że starcia nie przetrzymamy tym bardziej niestety - odparł Roran przyglądając się swym kompanom i ich dośc opłakanemu stanowi.

- Przypomnijcie mi, ile mamy łącznie liny? - Detlef zapytał głośno. - Ile w dół może być - tak naprawdę - 100 stóp, więcej? - zwrócił się do Hurana nie czekając na odpowiedź reszty.

- Trudno powiedzieć, kilka poziomów może być i ze sto pięćdziesiąt stóp, choć po drodze są osadniki. To fakt. Nigdy tam nie byłem ale wydaje mi się że co kilkanaście stóp jest sito, w końcu to komin sitowy. - Huran wręcz sapnął niedbale miast mówić normalnie, widać opcja zejścia linowego mu się nie bardzo podobała.

- Poświadczam. Kraty mają średnice około pięciu stóp i obwód piętnastu. Drogi zejścia są całkiem dogodne, śruby zaś da się odkręcić. Cały tunel zdaje się być przygotowany do swobodnego użytku ekip pracowniczych - potwierdził Ronagaldson. - Osadniki są co jakieś...9 szczebli, czyli z 15- 17 stóp

Kyan słuchał wywodów Detlefa, Hurana i Rorana ze spokojem. - Samilknijcie siem na chfile… - skwitował krasnolud krzywiąc się mocno. - Komin profaci pses fsystkie posiomy do jaskin, jak Lolan gadal, co parenasce metlóf jest klata, te fysoko majom wylapac glasy, a te coras nisej fiadomo coras mniejse kamienie, ocyfiscie flas s tym psesfity i ocka lrat są coras mniejse. Co 5 metlóf jest tunel technicny z któlego opuscajom siem klasnoludy na linach by móc cyscic osadniki. Na dnie jest bajolo i jaskinia. Z góly leje siem woda i fliltuje.

Sapnął cięzko i kontynuował mimo bólu jakiego doznawał wiedział że to ważna sprawa i musi zabrać głos...

-Tunel na lefo plofadzi do magasynu cyscicieli osadnikóf, dalej sa nim jest tunel i schody któle plofacom takse na sam dól do jaskin. F stanie jakim snajduje siem palu s nas... no cós nie fiem cy damy ladę pses klaty, lusymy tunelem w lefo lysykujemy se skafeny wejdom nam na galba, bo psybendom tu pledzej czy posniej.... Na klatakach mose nas cekac loskuwanie i losklencanie tego gófna takse by psedostac siem dalej….

- Kraty nie są bardzo trudne do rozpiżenia. W miare grube ale to wykonalne. Nie proponowałbym tego gdyby się nie dało, a uwierzcie, całą tę powierzchnię wzdłuż i wszerz zmacałem z tuzin i jeszcze pół tego razy - dodał długobrody po chwili namysłu.

Widok długobrodego, który… który wyglądał jak teraz potwór sprawiła, że harde serce runotwórcy, który miał zamiar znieść wszelkie trudności rzucone mu w twarz, zmiękło. Roran zniósł coś co w porównaniu z jego… obrażeniami… szkoda słów.

Bez słowa podszedł do Rorana i odwrócił się plecami. Do plecaka był przytroczony wspaniały topór z kryształem.
- Musisz sam po niego sięgnąć. Me dłonie...- powiedział cicho - Urbagor dotknął nie tylko ciebie.

-Dzięki ci Galebie powiedzial z westchnieniem Roran. Bardzo nie chciał stracić tego akurat przedmiotu - Nie martw się... wyzdrowiejemy. Świat nas jeszcze zobaczy - dodał z niewidocznym uśmiechem.

Galeb poczekał spokojnie aż długobrody odciąży jego plecy, po czym odwrócił się, aby móc spojrzeć spomiędzy bandaży na Rorana. Chciał to zapamiętać. Ten straszliwy stan w jakim był Roran, aby mieć nauczkę na przyszłość.
- To ja sprowadziłem na nas płomień. - powiedział w końcu i dobitnie.

- Płomień na nas sprowadził pech, ty tylko użyłeś granatu... nie przejmuj sie tym tak. Ja się nie przejmuję... bardzo. Damy radę, któż jak nie stare uparciuchy - spróbował pocieszyc kompana były siezant. Był zły lecz przeszło mu to... czyżby nazbyt filozficznie począł pdochodzic do życia?

Odpowiedzią Galeba na te słowa było tylko skinienie głowy i posępne spojrzenie.

- Pamiętajcie o jeszcze jednym… khmm… choć jeżeli szczury nas dogonią to będziemy mieć przesrane w tym kominie to wilgoć i woda wiążą zapachy. Rzeczywiście może to być sposób na uniknięcie pogoni. - powiedział ostrożnie.

- Zrobimy tak - Detlef zdecydował wreszcie. - Sprawdzimy obie drogi. Poza mną tylko Thorin i Grundi są w stanie pozwalającym na łażenie po linach - reszta jest zbyt poważnie ranna na wspinaczkę w ogóle albo wspinanie się grozi otwarciem ran. Dla najciężej rannych musimy przygotować jakąś uprząż do opuszczenia w dół. Dodatkowo posłanie na dół większej części najsprawniejszych z was i przy tym najbardziej zdolnych do walki naraża na niebezpieczeństwo wszystkich, którzy zostaną na górze - szczuroludzie mogą zaatakować w każdej chwili. - Przerwał na chwilę myśląc o czymś.
- Jedna osoba nie da rady by zejść i sprawdzić drogę przez komin. Ktoś musi zostać na górze i dopilnować, że nikt nas tutaj nie zaskoczy. Komin mogą sprawdzić Thorin i Grundi, Roran raczej nie da rady. Ja i Khaidar w tym czasie sprawdzimy drogę do schodów. Reszta zostaje tutaj i szykuje się na potencjalne spotkanie z wrogiem. Później zdecydujemy którędy iść.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:26.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166