Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 14-07-2013, 18:22   #1
VIX
 
VIX's Avatar
 
Reputacja: 194 VIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie coś
Saga Kapłanów Żelaza; Brąz - Metal Krwi

Saga Kapłanów Żelaza™

Brąz - Metal Krwi





~ Helvgrim ~

Stolica Khazadzkiego Imperium, Karaz-a-Karak
Kazamaty Pamięci, podziemna droga do Sali Wyznań
1 Karakzet, czas Morganitu, roku Drum - Daar 5578 KI
10 lat po obleżeniu Stalowego Szczytu

Helvgrim Torvaldur Sverrisson. Stary, zmęczony khazad o łysej głowie i siwej brodzie, tak wspaniałej że budziła podziw nawet wśród zastępów Długobrodych. Helv, jak wołali go przyjaciele - krasnoludzki Mistrz Run i Prawodawca Żelaznych Kapłanów. Dawi znany z tego że jego słowo jest mocne jak gromril a znaki mocy które wykuwa na broni i pancerzach, nigdy nie tracą swej potęgi. Taki był Helvgrim syn Svergima, zawsze... ale nie tego jednego dnia. Zawsze jest coś co psuje wizerunek i nastręcza kłopotów na starczą głowę.

Tego feralnego właśnie dzionka, o świcie, wszystko było zupełnie inne. W niepamięć poszły wszelkie zasługi i honory. Sposobu nie było by pieczęcie królów innych twierdz, mogły zmienić los szanowanego kowala. Wszystko inne, zmieniło się jednak. Czasy, miejsca, równowaga w naturze i polityczne kolegacje... znany świat był w rozsypce . Przeminął Pan Końca Czasów. Pozostał tylko sam ich koniec. Wolny. Spuszczony ze smyczy i dziki... niczym nieokiełznany demoniczny cerber, który pożreć miał świat i mógł tego nawet nie zauważyć. Helvgrim o tym wiedział. Poczynił zatem pewne kroki, przygotowania rzec było można, a teraz? Cóż, teraz musiał zapłacić okrutną cenę za swą wiedzę i podjęte działania. Surowe prawa Khazadzkiego Imperium były jak ośnieżone szczyty Gór Korony Świata, lodowate, bezwględne i niezmienne... wieczne. Tak też umęczony Runkaraki, dziś miał stać jak khazadzki thrung i bronić swych racji. Być może istniała jeszcze szansa na ocalenie istoty znanego świata, kto wie, może się to jeszcze udać. Wszak wiele kronik było wciąż niezapisanych. Ich białe karty spragnione były atramentu tak jak żwirowe źleby łakną wciąż krasnoludzkiej krwi.

Teraz, odświętnie ubrany, uzbrojony w masę dokumentów świadzących o swoich racjach, kowal run przemierzał korytarze na czwartym poziomie, zwanym kwartałem Belhura i kierował się do Sali Wyznań. Znał drogę dobrze, nie było wiele miejsc w całym Karaz-a-Karak, które nie byłyby znane tak staremu dawi jakim był Sverrisson. Jednak tradycji trzeba było przestrzegać za wszelką cenę. Prowadzony był zatem przez jednego z kapłanów Grungniego, Hvarga syna Felgama, krasnoluda sztywnego zasadami i sposobem chodu zupełnie jakby połknął hutniczy komin. Ten ostatni szedł przed o pięć kroków przed kowalem i cytował szeptem wersy z Tomu Posłuchu. Helvgrim obejrzał się przez ramię i spojrzał na ariergardę pochodu. Dwóch odzianych w zdobione pancerze, przybocznych króla. Twarze ich skryte były za zasłonami stalowych hełmów, w rękach dzierżyli wspaniałej roboty dwuręczne młoty, oznaczone lśniącymi runami. Niosący Zagładę, Strażnicy Bramy, Młociarze... różnie nazywano gwardię przyboczną najwyższego króla Thorgrima, ale to nie z nazwy słynęli ci wojownicy, swą ogromną sławę zyskali dzięki otoczce tajemnicy wokół ich bractwa, ślepej wierze w słuszność czynów i słów ich pana oraz niewzruszonej postawie na polach walki. Byli żywą legendą, która teraz była oddelegowana do ochrony lub może pilnowania Mistrza Wysokiej Runy. Helv miał poznać odpowiedź na to pytanie właśnie tego dnia.

Szli więc pustymi korytarzami, które drążone były jeszcze w czasach kiedy bogowie stąpali po ziemi. Wspaniałe zdobienia, cudowne mechanizmy, system oświetlenia który był szczytowym osiągnięciem khazadzkiej myśli inżynieryjnej... nic z tych rzeczy nie przykuwało uwagi Helvgrima. Głowa kowala pełna była myśli o całkiem innym zabarwieniu. Wszelakich możliwych scenariuszy i dróg na które warto było wejść podczas rozmowy lub raczej przesłuchania, które odbyć sie miało przed samym królem. Przed królem królów - Thorgrimem Strażnikiem Uraz. Panem krasnoludzkiej domeny, sięgającej od Zło Ziemi na południu aż po krańce państwa godpodarów na północy, od łańcucha Gór Krańca Świata na wschodzie aż po wody Wielkiego Oceanu na zachodzie. Nikt, nigdzie w znanym świecie, nie dzierżył tyle władzy w jednym ręku co najwyższy król Thorgrim. Odpowiadało przed nim prawie cztery miliony khazadów. Choć świat znał jeszcze cztery inne krasnoludzkie imperia, to to jednak było najpotężniejsze i liczyli się z nim wszyscy, bez wyjątku. Potęga króla i jego stolicy była ogromna. Ponad dwieście pięćdziesiąt tysiecy mieszkańców Karaz-a-Karak utwierdzało tylko tę opinię każdego dnia. Same wspaniałości, rzec można by było, gdyby nie to że Sverrisson miał inne sprawy na głowie. Wiedział że za kilka chwil stanie się podsądnym, a członkowie posępnej prokury będą chcieli wsiąść na niego jak na łysego kuca i ujeżdżać go aż padnie... dziś nie mogła uratować go nawet tak zacna funkcja jaką jest bycie Kowalem Run. Funkcja równa prawie królowskiej, ale nie pozycji najwyższego władcy.

Kolejne ciężkie i bogato zdobione drzwi otworzyły się przed maszerującą korytarzem grupą, działo się to jakby za dotknięciem runicznego kostura. Wszak nikt nie dotykał drzwi, nikt ich nie popychał czy odciągał, dało się słyszeć jednak pracę mocarnych mechanizmów ukrytych w rzeźbionych ścianach twierdzy. Helvgrim zadarł głowę do góry i spojrzał na parapety wzdłuż ścian, osadzone czterdzieści stóp nad posadzką, stali na nich wartownicy uzbrojeni w kusze. ~ Czyżby Thorgrim obawiał się że będę chciał uciec? ~ Przemknęło przez głowę zacnego kowala. Helvgrim musiał przerwać rozmyślania. Kolejne odrzwia które stanęły otworem były tymi ostatnimi. Za nimi czekało przeznaczenie i przyszły los khazadzkiej braci. Twarz Sverrissona stężała a brwi groźnie uniosły się. Runy na lasce zabłysły błękitnym światłem a wnętrze ogromnej komnaty wypełniło się zapachem ozonium. Włosy poczęły się jeżyć na głowach obecnych w sali krasnoludów... kilku z nich sięgnęło po miecze i topory. W ten czas Helvgrim przemówił... niepytany.

- Thorgrimie. Jeśli masz zamiar mnie sądzić to mylisz się i wiedz że na to nie pozwolę. Przyszedłem tu z własnej woli by ukazać ci ogrom niebezpieczeństwa i opisać pewne wydarzenia. Przyjmij mnie zatem jak gościa, albo nie marnuj swego czasu. - Takie słowa były wielkim ryzykiem, ceną za nie mogła być nawet głowa Runkaraki.


~ Thorgrim ~


Na swym wspaniałym tronie siedział on... Thorgrim Spamiętywacz, Strażnik Uraz, Powiernik Krzywd. Na kolanach trzymał ogromny tom... Dammaz Kron, jeden z wielu tomów Księgi Uraz. Wielu, nawet khazadów, myślało że to tylko jedna księga, kiedy w rzeczywistości był to szereg prastarych woluminów. Król królów siedział i patrzył na stronnice księgi. Odziany był zgodnie z tradycją i przepychem godnym samych bogów. Zresztą, Thorgrim był potomkiem bogów w prostej linii. Valaya i Grungni byli tymi którzy dali początek krwi klanu Durazklad, klanu z którego pochodził najwyższy król. Przepowiednie mowiły że tak długo jak potomek bogów siedział będzie na Tronie Mocy, i tak długo jak sam Tron nie zostanie naruszony, tak długo trwać będzie imperium krasnoludów. Thorgrim spojrzał po chwili na Helvgrima, a później podniósł wzrok na Azamar, Run Wieczności, wykuty na swym tronie. Znak lśnił potężnym światłem , tak jak runy na lasce Kowala Run. Król odezwał się, pierwej zaś wzniósł wysoko dłoń.

- Skoroś wszedł jak do swego to bądź mi gościem dumny Runkaraki. Twa magia jednak na wiele się tu nie zda. Święty Azamar chroni tego miejsca przed każdym rodzajem mocy. Runy rozerwią twe ciało jeśli tylko wyzwolisz ich potęgę. Jednak wiesz to, prawda? - Zapytał na koniec król.

- Wiem. Moja obecność tu nie ma na celu niczego złego w zamierzeniu. - Odparł kowal, a znaki na kosturze poczęły przygasać, by po chwili stać się jedynie misternymi żłobieniami na gromrilowym drągu. Sverrisson rozejrzał się. Pod ścianami stało może dziesięciu, a może dwunastu gwardzistów. W pobliżu tronu siedziało czterech sędziwych kronikarzy króla, a po lewej stronie od Thorgrima klęczała khazadzka kobieta odziana w błękitne szaty. Choć w uległej pozycji, to i tak wyglądała dumnie i dostojnie, niczym królowa przymuszona do czegoś co jej zupełnie nie przystało. W głębi komnaty siedziały skryte jeszcze dwie postacie, ale Helvgrim nie był w stanie ich zidentyfikować.

- Dobrze zatem. Obaj wiemy po co tu jesteś. Zaczynaj. Powiedz dokładnie jak to się zaczęło. Moi kronikarze spiszą każde twoje słowo. - Odparł król i gestem dłoni zaprosił jakby Helvgrima by podszedł bliżej.

- Wybacz Wielki Riku Thorgrimie, ale nie wydaje mi się by ktokolwiek poza garstką khazadów wiedział po co tu jestem... a wszyscy z tej garstki nie byliby w stanie podzielić się z nikim tą wiedzą. Muszę ostrzec że wieści które przyniosłem są smutne i zwiastują poważne zmiany, czas pokaże czy to zmiany na lepsze czy gorsze, ale jedno jest pewne, już dziś będziemy znać odpowiedź na to pytanie. To nie będzie krótka opowieść królu. - Sverrisson poszukał wzrokiem siedziska.

Thorgrim wykonał gest ręką i służący zjawił się z pięknym, zdobionym kamiennym zydlem w dłoniach. Ustawił go za plecami Helvgrima i zniknął tak szybko jak się pojawił. Helv pokłonił się oszczędnie królowi i usiadł.

- Czasem się nie przejmuj, wszak czekamy na to już dekadę, to poczekamy jeszcze i dzień jeden... mów jak było. Wszystko, dokładnie i od początku. Później zajmiemy się oskarżeniami w stosunku do twej osoby synu Svergrima. - Najwyższy król nie owijał słów w bawełnę.

- Dobrze niech tak będzie. Swą opowieścią potwierdzę tylko czy jest ze mnie zabójca czy zbawiciel. Pamiętaj proszę jednak Thorgrimie, nie jestem twym poddanym i nie dam się sądzić jak zaszczuty pies. Służę Najwyższemu królowi północy, Hargimowi Łamaczowi Zębów, panu północnych twierdz i łańcuchów górskich Skadi, Naglfari, Ulferenar, Hel, Trollheim, Gór Gigancich. Rubieży od Drakfjordu przez Korv aż po Góry Żelazne. Zwierzchnikowi króla Thangrima Ognistobrodego. Stoję tu nie jako khazad twego domu. Proszę by o tym pamiętano i brano wgląd na prastare tradycje naszego ludu. - Helvgrim przypomniał o zwyczajach, musiał się upewnić że nikt go nie zlinczuje nim nie skończy opowiedzieć historii do końca.

- Twe słowa zostały zapamiętane Helvgrimie z linii Torvala... zapamiętane i zapisane w annałach. Zaczynaj już że tę opowiastkę. - Król niecierpliwił się.

- Tak, zgadza się. Yhym... yhm... Początek wszystko miało lat temu dziesięć, jak sam wspomniałeś władco królestwa środka. Pracowałem wtedy dla króla Kazrima Kazadora, którego syn Kazrik został porwany przez orcze ścierwo... - Mówił norskański khazad, kiedy nagle Thorgrim mu przerwał.

- Źle mówisz kowalu. Kazrik został ogolony i żywcem przybity do tronu Kazadora. Wszycy o tym wiemy. - Wtrącił król.

[i]- Hm... i tak i nie. To nie było wcale takie proste jak się wydawało. Pozory były bardzo mylące. Ta historia miała zupełnie inny początek i koniec. Wszystko ma jednak swój porządek, zatem i do śmierci Kazrika dojdę w swych słowach. Więc dziesięć lat temu, w królestwie Kazadora, na skraju Gór Krańca Świata, w potężnej twierdzy Karak Azul, wszystko wzięło swój zaczątek. Wszystko to co powoduję mną dziś i co skłania mnie by opowiedzieć ci królu całą Sagę, a później? Cóż, później... stanie się to co stać się musi. Los i tak został już nakreślony w gwiazdach. -[i] Helvgrim napił się wina ze wspaniałego rogu grzmotobestii. Napitek podał mu służący. Kowal run kontynuował mowę.

- Czasy wtedy były dziwne. Azul było odcięte... - Sverrisson złamał pieczęć Sagi i począł mówić... zdradzać sekrety wielmoży i ujawniać sprawy tajne tak bardzo że słuchający go trzymać musieli dłonie na rękojeściach toporów. Tylko król Thorgrim był spokojny, niewzruszony tak jak skała w której wydrążono wspaniałą warownię Karaz-a-Karak. Zbyt spokojny jak na pierwszy rzut oka... wszak Sverrisson wyjawić miał też sekretną wiedzę na temat samego najwyższego króla.

 

Ostatnio edytowane przez VIX : 15-07-2013 o 00:10.
VIX jest offline  
Stary 16-07-2013, 04:26   #2
VIX
 
VIX's Avatar
 
Reputacja: 194 VIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie coś

~ Karak Azul ~



Królestwo Kazrima Kazadora, Pana Stalowego Szytu
1 Karakzet, czas Morganitu, roku Drum - Daar 5568 KK
Początek Czasu Wojen

Odcięci i oblężeni. Z cichą nadzieją na to że nie powtórzą się wydarzenia sprzed kilku lat, kiedy to Gorfang z Czarnego Urwiska ze swymi hordami, wdarł się do Karak Azul i splądrował miasto twierdzę. Wtedy, odebranie miasta, kosztowało krasnoludy tysiące istnień, jednak udało się. Kazador wrócił na tron w Azul, lecz Kazrik, syn króla, został zabity. Orki ogoliły mu brodę i głowę, po czym przybiły go gwoździami do tronu ojca. To były straszne czasy. Jednak niewielu wiedziało że to nie syn króla dokonał żywota przybity do wspomnianego tronu... ten który oddał swe życie za Kazrika zwał się Uren, poza imieniem nic więcej o nim nie było wiadomo. Król Kazador obiecał że odda połowę swych bogactw temu kto sprowadzi porwanych khazadów spowrotem w progi Azul. Ćwierć skarbca za to jeśli ktoś wróci z ciałami porwanych. Za głowę wodza Uruk'azi wyznaczył inna nagrodę, jaką nie było dokładnie wiadomo, ale mówiło się że jest ona bardziej niż szczodra. Wszystko to było prawdą, wszystko poza faktem że syn królewski był wśród porwanych, a nie martwych. Tylko garstka khazadzkich thanów znała prawdę. Postanowiono owego faktu nie ujawniać... gdyby jakimś sposobem Gorfang dowiedział się o tym że ma w swych brudnych łapach syna króla... Azul już dawno padło by u jego stóp. Tak czy inaczej historia sprzed lat mogła sie powtórzyć. Tak jak i wtedy...

... tak też było i teraz. Zjednoczone klany tkwiły pod sztandarem króla Kazadora w ciemnych tunelach warownego miasta, prawie bez szans na wygraną, ale z nadzieją. Hermetycznie zamknięte karak czekało czasu kiedy fala zielonoskórych odbije się od jego mocarnych murów, tak jak działo się to już wiele razy w przeszłości. Teraz jednak chodziły słuchy że to znów kohorty Gorfanga dobijałą sie taranem do Stalowych Wrót. Orki zniszczyły już Izor Khazid - miasteczko które wyrosło u stóp Stalowego Szczytu. Wymordowały wszystkich ich mieszkańców którzy nie zdążyli skryć się za murami wewnętrznej cytadeli. Teraz Izor stało w ogniu, a grupy Uruk'azi grasowały między domami i niszczyły wszystko na swojej drodze. Zgodnie z rozkazem ich pana... miał nie zostać kamień na kamieniu z miasteczka. W przeszłości, orki Gorfanga przegrały bitwę o to miasto i od tego zaczął się łańcuch niepowodzeń orczych dowódców. Łańcuch który doprowadził do wypędzenia zielonej zarazy. Wściekłość maruderów była tak potężna że potwierdzało to obecność głównego wodza klanu Złamanych Zębów, samego Gorfanga z Czarnego Urwiska lub Ścierwojada, jak zwykli zwać go khazadzi. To były bardzo niepokojące wieści. Karak Azul miało upaść.
 
VIX jest offline  
Stary 17-07-2013, 02:00   #3
VIX
 
VIX's Avatar
 
Reputacja: 194 VIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie coś
Królestwo Kazrima Kazadora, Pana Stalowego Szczytu
1 Karakzet, czas Morganitu, roku Drum - Daar 5568 KK
Karak Azul, przedmurze twierdzy, miasto Izor Khazid
Początek Czasu Wojen

~ Hargin Gildorhn ~

Hm... atak na Izor wcale nie zaskoczył Hargina, nic a nic. Jedyne co uniosło jego krzaczaste brwi, to fakt że padło tak szybko. Karczma w której spał i jadł, szulernia w której zostawiał swój zarobek, łaźnia którą odwiedzał od czasu do czasu... wszystko stało teraz w ogniu. Krzyki khazadów oraz mieszkających w Izor ludzi, wciąż przedzierały się przez odgłos płonących domów. Był to straszny czas, ale Hargin nie tracił ducha. Do tej pory nie wiedział jak udało mu się uniknąć pierwszej fali orczego pomiotu, który zmasakrował miasto. Podziękował zatem jedynie bogom za ten dar i pchnął mocniej ciężkie piwniczne drzwi. Wybiegł wprost w płonące miasto. Fakt, nie tak sobie wyobrażał Azul, kiedy podróżował przez góry by tu zanzać przygody i sławy, ale być może był teraz świadkiem czegoś wielkiego... byle tylko nie był to upadek Karak Azul. Myśli Gildorhn miał ponure, ale biegł dalej. Brudny, zmęczony, z całym dobytkiem na plecach i obnażoną bronią w dłoni... skręcił w dzielnicę tkaczy, zaraz za strażnicą lub za tym co z niej zostało, a było to teraz tylko czarne rumowisko. To co zobaczył khazad zaciekawiło go bardzo, przeraziło, natchnęło nadzieją, a po chwili trwogą. W tej kolejności. W głębi ulicy, na środu drogi, między ciałami krasnoludów, ludzi i orków, kilka osób stawiało jeszcze opór wrogowi. Z miłą chęcią Hargin porozmyślałby może i dalej, ale z ruin strażnicy, z jej okna na piętrze, wysypały się jakieś kształty.

Rozpoznał je od razu, tu nie mogło być błędu. Wstrętne małe pokurcze, orcze dzieci, nalot na szczynach Uruk'azi... grobi lub gobliny jak zwali te stworzenia ludzie z Imperium. Skrzeczały i piszczały. Poruszały sie bardzo nienaturalnie, skakały w przód w prawo, po czym biegły w lewo, uderzenie serca później padały na ziemię i wycofywały się na czworaka przepuszczając przed siebie pobratymców. Wciąż wydawały z siebie odgłosy podobne do śmiechu. Były marnie uzbrojone. W łapach dzierżyły kawałki połamanych włóczni, szczątki mieczy, drewnianych lag... ale to nie to było zwiastunem kłopotów. Njagorsze były małe czerwone ślepia i równe rzędy małych ale ostrych jak brzytwa zębów... no i liczba wrogów... to też było przerażające. Goblinów nie mogło być mniej niż trzydzieści, może nawet czterdzieści.


Hargin zacisnął zęby i poprawił chwyt na broni. Rzucił spojrzenie na przedmurze Karak Azul, całe stojące w ogniu, później szybki rzut oka na broniącą się na środku drogi grupę wojowników. W końcu mignęło mu przed oczyma, wejście do spalonej strażnicy. Najodważniejszy z przeciwników skoczył na Hargina, ale szybkie uderzenie buławą posłało go na płonącą ścianę domu. Wróg się zbliżał, czasu było mało. Widać szczęście już opuściło dziś Hargina, syna Imraka... może jednak nie do końca... jeden z grobi padł nagle z bełtem w klatce piersiowej. Skąd nadeszła pomoc, tego Hargin nie wiedział. Zresztą, ten jeden bełt niewiele zmieniał.

~ Glandir Torrinsson, Ysassa Moisurdottir, Thorin Alrikson, Detlef, Skalli Haakonsson ~

Glandir doskonale wiedział że to był głupi pomysł by wracać do Izor, szczególnie teraz. Jednak obietnica tysiąca grudek złota od Gervala, azulskiego lorda zrobiła swoje. Wszystkiego można odmówić, zasadniczo... ale tysiąc... nie, tysiąca monet się nie odmiawia. Cóż, zadanie wyglądało na proste, tak się przynajmniej wydawało, tym bardziej że Gerval zabezpieczył drogę powrotu do miasta. Głupią, niebezpieczną... wrecz idiotyczną drogę powrotu, ale nie to teraz było zmartwieniem Glandira. Teraz musiał skupić się na owym zadaniu. Zgodnie z tym co powiedział lord, jego żona i kuzynka miały być w tym domu na który teraz Glandir spoglądał. Co prawda ogień strawił już posiadłość, ale ponoć na tyłach budynku, obok studni, było wejście do ziemianki w której ukryć to miały się dwie khazadzkie kobiety. Jak na razie wszystko szło dobrze i Glandir nie narzekał specjalnie, ale i tak wiedział że to był głupi pomysł. Tym bardziej że musiał podzielić zysk z tej wyprawy na osiem części. Zatem z całego tysiąca miało mu się ostać ledwie trzy setki wspaniałego kruszcu. Inaczej się nie dało, wiedział że sam nie podoła przedrzeć się do obleżonego miasta, a jeśli nawet by mu się udało wejść, to trudniej byłoby wyjść, tak to zawsze bywa, a i tym razem nie miało być inaczej.

Zaraz po tym jak wrota warowni zatrzaśnięto, karczmy zaczeły pękać w szwach, oczywiście zanim królewscy ich nie zajeli na dobre. Nim jednak do tego doszło, karczma Chciwego Avera była dobrym miejscem by znaleźć tych najtwardszych, odważnych na tyle by zrobić coś szalonego... głupich tak bardzo by pójść do płonącego miasta z nim samym. Oczywiście zdołał znaleźć odpowiednich khazadów. To nie było trudne, ale namówić dała się jedynie garstka. Wszyscy ci którzy byli tego dnia z nim tutaj mieli mieć swój udział w nagrodzie. Oczywiście o ile znajdą żonę i kuzynkę Gervala.

Detlef stał w jednej z bocznych ulic dzielnicy tkaczy. To miejsce wydawało się rozsądne wedle jego doświadczenia. Wąskie gardło, dobre do obrony. Dwa spalone budynki po obu stronach drogi mogły stać się grobowcem dla ewentualnych oponentów. Z młotem w jednej dłoni i toporem w drugiej. Stał tak na środku drogi, byle dalej od gorących zgliszczy budynków. Ze swej pozycji widział też Glandira, który rozglądał sie stojąc przed wypaloną do gołej ziemi posiadłością lorda Gervala. Tak, to była dobra pozycja, powtórzył sobie w myślach i rozejrzał się uważnie. Myśli teraz schodziły w stronę możliwości jakie dać może sto grudek czystego złota... no i może czas było pomyśleć o jakiejś podwyżce. Trza by to z Galndirem obgadać, nie ma co. Zresztą, jakoś specjalnie Detlef nie żałował że wybrał się w to miejsce, lepsze to niż siedzenie i obserwowanie wroga ze szczytu murów. Wojownik musiał przyznać przed samym sobą że wstydził się trochę za swych braci, chowali się jak szczury, ale z drugiej strony. Pancerne twierdze i umiejętność doskonałej obrony pozwoliły przetrwać khazadom tysiące lat, może to było jednak mądre posunięcie. Kto jak kto, ale stary ochroniarz powinien to wiedzieć najlepiej. Stał tak zatem i rozglądął się... a jego oczy natrafiły na jakiś dziwny kształt za załomem budynku, o tyle było to podejrzane że po chwili ów kształt zniknął. Detlef wiedział że musi być ostrożny, ale wiedziony ciekawością i charakterem służby, musiał to sprawdzić. Podszedł zatem najciszej jak potrafił do załomu i wyjrzał zań. Oczom jego ukazał się niewielki oddział zielonoskórych. Odzianych w zbroje i uzbrojonych w zębate ostrza. Orki warczały między sobą. W tej chwili podbiegł do nich właśnie niewielki grobi i informował ich o czymś w swym spaczonym języku. Jeden z orków złapał małego pokurcza i i uniósł w pobliże swej gęby. Zapytał o coś i otrzymał krótką odpowiedź od goblina. Po chwili orki spojrzały w stronę gdzie Detlef wyglądał zza rogu. Uruk'azi który trzymał goblina wydawał się węszyć przez ułamek chwili, po czym złamał kark goblinowi potężnym ciosem z lewej łapy. Orki ryknęły i ruszyły biegiem w stronę Detlefa.

Thorin siedział na piecu w jednym ze spalonych domów. Trochę to było ironiczne, siedzieć na piecu, w spalonym domu... na jedynej rzeczy która nie spłonęła doszeczętnie, a która służyła do jako takiej władzy nad gorącym żywiołem. Krasnolud uśmiechnął się i chwycił przez przypadek za w miarę ciepły jeszcze kawałek metalowego zawiasu. Syknął przeciągle z bólu i wsadził palec do ust by go schłodzić śliną. Czuł że wybrał sobie dosyć gówniane miejsce by trzymać straż. Śmierdziało spalenizną okrutnie i nie było bezpieczne by tkwić w takim budynku który to groził zawaleniem w każdej chwili. Jednak z punktu widzenia wroga to miejsce też nie było ciekawe, dlatego Thorin wybrał je z rozwagą. Szkoda tylko że było wciąż tak gorąco w środku ruiny. Khazad przejmował się losem miasta i tego co spotkać mogło cytadelę w Stalowym Szczycie. Czuł że jest tu dla złota, ale może i z jakiegoś innego powodu, może z poczucia obowiązku lub winy że nie mógł uczestniczyć w obronie Izor... a może to i lepiej wyszło. Teraz byłby pewnie martwy. Wiedziony tą myślą Thorin sprawdził swe niewielkie torby na pasie, czy aby są zamknięte porządnie, wszak w nich, mógł kryć się ratunek dla całej grupy. Czas się było skupić na zadaniu, bo jak na razie nie podchodził do tej pracy jak należy. Sporo myśli nawiedzało jego głowę, a tę łatwo stracić jak się nie używa jej dobrze. Thorin wyjrzał zatem przez okno i dostrzegł zbliżającą się postać. Ktoś biegł. Po chwili z okien, ze spalonej strażnicy, wyskoczyły jakieś kształty. Rzuciły sie w stronę uciekiniera. To nie było jednak wszystko. Z głębi spalonego domu w którm był Thorin, dało się słyszeć odgłosy łamanego drewna. Krasnolud spojrzał w tę stronę i w resztach portalu który prowadził kiedyś z salonu do kuchni dostrzegł stojącą potężną postać. Oczy błyszczały jej złośliwie, a z pyska ciekła ślina. Stwór zaczął węszyć, zdawał się nie widzieć skrytego w rogu pomieszczenia krasnoluda. Postanowił jednak wejść do izby. Poczwara musiała mieć ze dwa metry wzrostu. Elementy płytowego pancerza pokrywały cełe cielsko orka, bo tym był właśnie ów stwór... w łapie trzymał potężny miecz, zabrany pewnie z martwej dłoni jakiegoś rycerza. Thorin spojrzał w stronę okna, przełknął ślinę i... wkurwił się, a jednak złą obrał kryjówkę.

Skalli miał najlepszą a zarazem najgorszą pozycję, ale sam mógł być sobie winien. Wspiął się na dach jednego z mniej zniszczonych budynków, gdzie kamienne ściany, płaski kamienny dach i schody trzymały się jeszcze. Solidna khazadzka robota rzec można było jedynie... ale gdyby było do kogo. Na dachu nie było z nim nikogo, ale może to i lepiej bo gdyby grupa zobaczyła to co widział Skalli, to mogłaby starcić ducha walki. Izor stało w płomieniach, był to widok okrutny, do tego jeszcze jeśli pomyśleć o wszystkich tych krasnoludach które spłonęły żywcem w swych domach... to były straszne wizje. Skalli postanowił nie myśleć o tym, skupił się na robocie. Zbliżył się do krawędzi dachu i spoglądał po mrocznych ulicach, rozświetlanych jedynie słabiutką poświatą z tlących się resztek spalonego drewna. Tu i ówdzie, w bocznych alejach, płonęły jeszcze budynki, ale większość dzielnicy tkaczy była wypalona do gołej ziemi. Po zamknięciu wartowniczego kręgu i obejściu całego dachu, Skalli odnotował gdzie każdy z najmnych stał na drodze... brak było jedynie Ysassy i Thorina... ale wiedział gdzie oboje się znajdują, był o nich zatem spokojny. Punkt obserwacyjny jaki obrał sobie bystrooki krasnolud był o tyle dobry że można było razić ewentualnego wroga ciężkimi bełtami, kórych to Skalli posiadał pęk. Dobre, wyważone pociski do jego ciężkiej kuszy. Stary drwal poklepał swą broń i przełożył ją przez niski murek który okalał dach. Doskonały wzrok khazada zanotował ruch w jednej z ulic. Po chwili był już tylko pisk, dziwny warkot i z uliczki wybiegł nieznajomy krasnolud z bronią w ręku. Zdzielił jednego z wrogów i stał chwilę. Kolejny przeciwnik podchodził do nieświadomego wędrowca z boku, wyłonił się z ciemności spalonego domostwa. Skalli zareagował natychmiast. Przyłożył łoże kuszy do policzka i zwolnił mechanizm. Bełt poszybował i przybił wroga do ziemi. Tego już Skalli nie widział... ładował swą broń ponownie.

Ysassa była wkurwiona... zła jak nordlandzka osa. Najchętniej użądliła by w dupę Glandira za te jego pomysły. Prawda, sto złotych kamyków drogą nie chodzi, ale żeby zaraz robić z niej niańkę... no to już za kurwa...wiele. Szła teraz przez spalone podwórze posiadłości lorda Gervala i rozglądała się za wspomnianą studnią. Gdzieś tam miało być wejście do ziemianki, a w niej kryć się miały khazadzkie kobiety. Tak to sobie Glandir wykombinował... skoro i ona była kobietą to mogła zająć się innymi kobietami... a bodaj go piorun jasny w łeb ten kudłaty strzelił. Ysassa idąc zasłaniała się tarczą i młot miała gotowy by w każdej chwili zareagować jak należy na obecność wroga... tego jednak nie było ani śladu. Kilka uderzeń serca później odnalazła studnię i wejście do ziemianki. Drzwi były wyłamane. Rozejrzała się zatem na boki po czym zeszła po schodach w dół, w khemryjskie ciemności. Szczęściem wzrok miała ostry, a i słuch niegorszy. Gdy już była na dole krótkich schodów trafiła na szeroki korytarz, po którego obu bokach były półki, teraz zupełnie puste, splądrowane przez wroga. Ruszyła zatem wzdłuż korytarza i po kilkunastu krokach znalazła się w większej komórce, gdzie znajdować musiało się około piećdziesięciu zniszczonych beczek. Śmierdziało winem, piwem i orczym moczem. Ysassa splunęła i zaklęła głośno zawiedziona... nikogo tu nie było. Traf jednak chciał że dostrzegła coś ciekawego kątem oka... jedyny w sali kredens z metalowymi okuciami. Sam w sobie nie był może taki ciekaw, ale w boku kredensu ziała spora dziura i cały mebel wyglądał na zniszczony mocno tylko z jednej strony, i jakby odsunięty od ściany. Córka Moisura zbliżyła się i dostrzegła że z otworu w meblu dochodzi słabe światło. Szybko zlokalizowała ukryty mechanizm kontrolujący ukryte drzwi i zwolniła go. Kredens odchylił się odrobinę od ściany i odsłonił kolejny korytarz. Kobieta ruszyła nim. Już chwilę później oglądała martwe zwłoki trzech istot. Dwie khazadzkie kobiety w pięknych szatach... zabite w okrutny sposób toporem, oraz nagie ciało goblina z krasnoludzkim mieczem wbitym w bok. Grobi musiał zdechnąć z upływu krwi, ale w łapie ściskał wielki złoty łańcuch, zerwany pewnie z szyi szlachetnie urodzonej kobiety. Ysassa chwyciła łańcuch i szybko ukryła go pod pancerzem. Zabrała też złote pierścienie które rozsypane były po kamiennej podłodze.


Było jasne że nie ma już czego szukać w posiadłości Gervala. Ysassa ruszyła zatem do wyjścia. Gdy opuściła ziemiankę dostrzegła coś co zmroziło jej krew w żyłach. Grupa zielonoskórych szła w rozsypce przez spalony ogród na tyłach posiadłości. Orki dostrzegły ją i rzuciły się do biegu. Ci przedstawiciele orczego pomiotu nie krzyczeli jednak... jedynie biegli, w ciszy.

Glandri przeczuwał że coś jest nie tak. Spojrzał w stronę gdzie powinien być Detlef... ale nie było go tam. Ysassa też nie wracała już dłuższy czas. Skalliego ni widu ni słychu, ale mógł obserwować drugą stronę budynku, to nie było jeszcze tak źle. Jednak nie było śladu Thorina, jakby zupełnie zniknął. Khazad miał złe przeczucia. Dłonie zaczęły mu się pocić obficie. Ciszy nie mógł złamać, tak zaplanowali... musieli być niewidoczni i niesłyszalni... ale na Grimnira... działo się coś złego i Glandir to wiedział. Chwycił swą broń mocniej silnymi dłońmi i rozejrzał się wokół. Był sam. Jednak nie na długo... w oddali, gdzieś z końca drogi gdzie płomienie na budynkach tańczyły w jakiś dziwny sposób, Glandir dostrzegł coś. Biegacza. Potężny khazad biegł i śmiał się jak opętany, krzyknął też. - Har, no chodźcie kurwie syny. Mam więcej stali dla was niż myślicie! - Zatrzymał się, odwrócił i zdzielił najbliższego wroga toporem... wyrwał broń i dał zasmakować krwi swej drugiej broni. Wyrwał drugi topór z martwego przeciwnika i biegł dalej wciąż śmiejąc się jak szaleniec. Za nim biegła grupa Uruk'azi... sapali i ryczeli wściekle. Zbliżali się w stronę pozycji Glandira. Od strony głównego placu natomiast, słychać było potężną eksplozję.

~ Galeb Galvinson, Baldrik, Dorrin Zarkan ~

Galeb wykonał zadanie najlepiej jak potrafił. Tych kilka pułapek zmontowanych z przygodnie znalezionego złomu nie mogło zadać większych obrażeń wrogom, ale zawsze to było coś. Żadne z zabójczych ostrzy czy nawet sprytnie podłożona kega prochu, nie były w stanie przechylić szali zwycięstwa na stronę obrońców Izor Khazid. Smutne ale prawdziwe. Khazad zostawił miasto ale wiedział ze będzie musiał wrócić, wiedział że to po co wróci nie ma żadnej wartości dla orków, dlatego powinno być tam gdzie to zostawił. Z tego powodu właśnie, Galeb znów był w Izor, znał mieścinę bardzo dobrze i zgłosił sie jako przewodnik. Dwa tubusy z domu kowala musiały zostać odnalezione. W owych tubach kryły się tajemne zwoje, a na nich jeszcze bardziej tajemne znaki... o wiele bardziej skomplikowane niż klinkarun, aldhrun czy endrinkuil... znaki były spisane prastarymi runami. Młody runkaraki cieszył się że bogowie pozwolili mu odzyskać zwoje. Teraz ukryte na dnie plecaka czekały na lepsze czasy by je odcyfrować. Galeb teraz sprawdził pułapki po raz kolejny i wszedł w miejsce gdzie miał dobry widok na cały plac gdzie oczekiwał nadejścia reszty grupy. On, Baldrik i Dorrin, mieli mieć baczenie na główny plac i dać sygnał jeśli siły wroga nadciągały by z tej strony. Na razie był jednak spokój. Pozostała dwójka kahazadów ukryła się w sobie tylko wiadomych miejscach. Taki wybieg nie był może najlepszy, ale pozwalał na zachowanie możliwie jak największej ciszy i doskonałej obserwacji wszystkich dróg dochodzących do głównego placu w Izor. Galeb jeszcze raz rozejrzał się po drodze, po czym usiadł na chwilę i zamknął oczy. Ktoś by powiedział że to nierozważne, ale Galeb znał siebie i swoje możliwości... słuch miał czuły jak kret, nie musiał widzieć by wiedzieć. Tak też tego dnia było. Kowal usłyszał odgłosy pękającego drewna, śmiech, porykiwania oraz odgłosy ciężkich kroków... orki, to mogły być tylko one. Galvinson przygotował swą broń i wyjrzał z kryjówki. Dostrzegł wrogą grupę idącą ulicą, szli wprost w objęcia pułapek kowala. Kiedy wreszcie bezwiednie wkroczyli w strefę śmierci, zaczęło się.

Ukryte ostrza wystrzeliły z okien. Worki pełne żelastwa, spadały z dachów. Pociski zasypały zielonoskórych i bez litości mordowały ich. Orcze - śmieciowe pancerze słabo chroniły skryte pod nimi ciała. Za to doskonała khazadzka stal przebijała je jak kowalski punktak skierowany na delikatną skorupkę kurzego jaja. Jednak pomimo poważnych strat i srogich obrażeń, wielu z orczych wojowników ruszyło biegiem przed siebie. Galeb zaśmiał się cicho z głupców i szykował do starcia. Czekał tylko na ostatnią niespodziankę. Wiedział że po niej, nie będzie wiele czasu... najeźdźcy zostana zaalarmowani.

Baldrik drżał na całym ciele. Trochę nie tak sobie to wyobrażał. Myślał że to będzie jak spacer do karczmy. Ot, mieli wejść do miasta i wyprowadzić dwie panny. Brzmiało całkiem prosto. Okazało się jednak że było zupełnie inaczej, ale przecież mógł to założyć z góry. W czasie wojny nic, nigdy, nie jest proste. Do tego kryjówkę też wybrał sobie kiepską. Spalona prawie do gołej ziemi stajnia nie dawała odpowiedniego schronienia. Baldrik wciąż musiał rozglądać się na boki... lustrować każdą dziurę w ścianie zrobioną przez wroga, resztki ościeżnic, a do tego ten przklęty właz prowadzący do ścieku. Krata była odsunięta na bok i była zbyt ciężka by ją zasunąć, Baldrik o tym wiedział gdyż wcześniej starał się zablokowac choć tę jedną drogę z której nadejść mogła dla niego śmierć. Przez głowę młodego khazada przemykały myśli o tym czy w kanałach skryły się krasnoludy czy może zastępy wroga wlały się tam by rozejść pod całym miastem jak szczury. Wydawało się że uciekający przed pogromem mieszkańcy miasta zamknęliby za sobą właz... ale kto to wiedział jak było na prawdę? Chyba tylko ci którzy owy właz unieśli ogromną siłą. Zatem Baldrik siedział i myślał kiedy do jego uszu dobiegły odgłosy śmiechu i dziwnego powarkiwania. Wychylił jedynie głowę przez okno i dostrzegł grupę orków którzy wchodzili właśnie w obręb szeregu pułapek; szeregu który on sam oraz Dorrin, pomagali zbudować Galebowi. Teraz zahipnotyzowany zdarzeniem młody wojownik patrzył na żniwo śmierci jakie zbierał Grimnir pośród orków. Padały martwe w przeciągu chwili. Przebite czaszki, zmiażdżone klatki piersiowe. Potworny ryk i ten dziwny, obcy język z gardeł wrogów, zupełnie jakby niektórzy prosili o litość. Khazad dostrzegł że ci którzy przeszli przez ścieżkę zniszczenia projektu Galeba, zmierzali teraz do wlotu ulicy... tam gdzie czekała na nich ostatnia pułapka. Co prawda Baldrik nigdy nie widział efektu tego czegoś co zmajstrował Galeb, ale łatwo było się domyślić co się miało za chwilę stać. Baldrik ucałował swój wisior który nosił zawieszony na łańcuchu, i owinął go wokół swej dłoni zaciśniętej na trzonku topora. Potem usiadł i przełożył tarczę nad swoją głową, zupełnie jakby chciał osłonić się przed deszczem. Czekał na sygnał który miał dać kowal. Już niedługo.

Dorrin. Dorrin stał pod ścianą jak gdyby nigdy nic. Trudno. Robił za przynętę i godził sie na to. Wiedział że bogowie mają go w swojej opiece, tak być musiało. Od zawsze jak sięgał pamięcią bóstwa mu sprzyjały, czemu to zmienić miałoby się dziś? Dlatego też stał gdzie stał i nie robił z tego większego problemu. Myślał o tym raz czy dwa że jakaś strzała haniebna może go ucałować na dobranoc... ale było to mało prawdopodobne ze wzlędu na nocną porę i ogólny chaos jaki panował w innych częściach miasta. Wróg musiał się skupiać na tych dzielnicach gdzie byli jeszcze jacyś mieszkańcy do wyrżnięcia. Dorrin zganił się za to że myśli o tych którzy teraz giną, zupełnie jak o karcie przetargowej która pozwoli mu wyślizgnąć się z Izor Khazid bez szwanku. To były ponure, złe myśli. Postanowił zadać sobie pokutę i oddać część zarobionego złota tym najbardziej potrzebującym... oczywiście bardzo małą część. Wrodzony optymizm Dorrina nie pozwolił mu też by cofnąć się kiedy dostrzegł grupę orków jaka zbliżała się w jego stronę. Tyle tylko że cofnął się w bramę i czekał aż głupie stwory zaczną umierać w męczarniach gdy osiągną linię pułapek. Kiedy rozpętało się piekło i poczwary zaczęły umierać, Dorrin wyszedł na drogę i podskoczył w miejscu... rozprostował ramiona, przeciągnął się i zakręcił młynek swym toporem w powietrzu. Uruk'azi dostrzegły go i zmiast wycofać się... to postanowiły dalej brnąć przez ścieżkę śmierci. Dorrin nie czekał dłużej. Zgodnie z planem wbiegł do bramy i przebiegł jej całą głębokość na drugą stronę, a było to dobre dwadziescia kroków. Kiedy zatrzymał się po drugiej stronie, schylił się i odnalazł ukryty między kamieniami lont. Krzesiwo miał już przygotowane w dłoni. Potarł zatem krzemieniem o kamienną drogę, a wskrzesane iskry zrobiły co do nich należało. Przeskoczyły na lont i tchnęły w niego swego rodzaju życie. Dorrin uśmiechnął się szeroko jak to zwykle miał w zwyczaju i ruszył dalej... ale byle dalej od bramy i ukrytego w niej ładunku prochowego. Przebiegł może czterdzieści stóp i skręcił za warsztatem kuśnierza. Wskoczył za kamienny mur i padł na ziemię. Wybuch nadszedł zaraz po tym kiedy głowa nakryta została dłońmi. Wojownik chwycił swój dwuręczny topór i ruszył z powrotem. Prawie nic nie widział... prawie nic nie słyszał... jedynie dym w oczach i przeciągające się dzwonienie w uszach. To mu jednak nie przeszkadzało. Znał się na swojej robocie.


Brama była zawalona. Dla Dorrina nie było łatwego powrotu. Wszedł zatem między ogłuszone i ranne orki. Nim bestie się spostrzegły, Dorrin rozpoczął swe dzieło.

Bladrik spoglądał teraz w stronę kryjówki Galeba... oczekwiał sygnału by ruszyć, ale gdzie, do odwrotu czy do ataku? Wszystko mu się popierdoliło. Trud miał by ocenić sytuację, tak też zdał się na doświadczonego kompana.

Wybuch, Galeb na niego czekał. Wyskoczył na droge i odnalazł sylwetkę Baldrika ukrytą w ruinach stajni. Młody krasnolud stał tam jak słup soli. Galeb z oddali dostrzegał jak orki które zostały po tej stronie bramy, leżą i wiją się ranne, niektóre chodziły na czworaka lub pochylone w szoku. Czas płynął i to na niekorzyść khazadów.

~ Roran Ronagaldson ~

Roran napinał się i prężył już od wczesnego popołudnia... i wreszcie, stalowe zawiasy puściły a dziarski khazad był wolny, może nie do końca, ale jedną przeszkodę miał za sobą. Zaśmiał się jak szaleniec i trzasnął w pysk orka który zaskoczony tym co się działo, patrzył na krasnoluda jak ten by miał ze cztery głowy. To poważne opóźnienie reakcji kosztowało go życie. Roran przerzucił stalowy łańcuch, który łączył dwie ciężkie obręcze na jego nadgarstakch, przez głowę orka i zacisnął mocno. Swą wielką siłą sprowadził orka niżej, do poziomu własnej klatki piersiowej i trzasnał go potężnym uderzeniem z głowy. Ork szamotał się jak opętany. Jego łapy szukały sposobu ucieczki, ale był bez szans. Zamiast chcwycić krasnoluda i starać się z nim walczyć, ten jedną łapą wodził w poszukiwaniu broni, a drugą trzymał grubą stalową garotę która odbierała mu życie. Choć udało mu się wyciągnąć zakrzywiony sztylet zza pasa, to nim to się stało, nie miał już tyle sił by go użyć. Ostrze upadło na kamienną posadzkę. Stwór zdołał jeszcze odwrócić łeb i spojrzeć w oczy swego kata. Otworzył paszczę by coś krzyknąć, ale zdołał jedynie wydać z siebie bulgoczące dźwięki. Roran z nienawiścią spojrzał na orka i splunął mu prosto w pysk. Ściągnął łańcuch do ziemi razem z głową odwiecznego wroga khazadów i nadepnął nań ciężkim buciorem. Łeb potwora pękł niczym orzech. Chrupnął a jego zawartość wypłynęła i zbeszcześciła podłogę więziennych kazamatów. Kiedy ubił już swego wroga Roran spojrzał wgłąb korytarza i zauważył że tylko jedne drzwi do celi były otwarte, oczywiście nie licząc tych które sam przed chwilą wyważył. Były też schody i płonąca pochodnia zatknięta w uchwyt na ścianie.

Krasnolud szedł cicho i nasłuchiwał. Zaglądał też przez małe zakratowane okna, do innch cel. Odnalazł w nich dwójkę żywych krasnoludów. Kiedy tylko odezwał się głośniej, więźniowie podnieśli larum. Idioci. Krótko skwitował Roran. Wiedział że ich krzyki przyciągną więcej strażników. Jednak stało się, nic już nie mógł zrobić. Czekał na przeznaczenie, a dwóm idiotom kazał się zamknąć. Długo nie czekał. Za chwilę na schodach pojawił sie kolejny ork kótry mówił coś w swym dziwnym gardłowym języku. Zaśmiał się i postawił stopę na ostatnim stopniu, wtedy krasnolud zaatakował. To była krótka walka. Najpierw uderzenie ciężkim łańcuchem, a potem już z górki. Roran dopadł zaskoczonego orka i uderzał pięścią tak długo aż nie zrobił z gęby najeźdźcy krawawej masy. Na koniec, skopał jeszcze martwego, tak dla pewności. Umazany we krwi rzucił się do drzwi pozostałych cel w których byli więźniowie i otworzył je. Dwa mocno poobijane krasnoludy dziękowały tak jakby Roran był faktycznie, prawdziwym zbawicielem i może był biorąc pod uwagę okoliczności. Obaj uwolnieni zdanie na temat Ronagaldsona szybko zmienili, kiedy ten bedąc już na powierzchni, kazał im spierdalać w podskokach. Sam pozbierał swoje graty z legowisk orków, których w obecnej chwili nie było w wieży wieziennej, w kórej to zrobiły sobie obóz. Szczęściem było tylko dwóch strażników, teraz już martwych ku uciesze Rorana. Obrzydzenie jakie czył krasnolud do orków było ogromne, ale fakt że po legowiskach walały się wszędzie szczątki obywateli dumnej rasy khazadów, podwoił tylko tę nienawiść... teraz dopiero krasnolud poprzysiągł sobie zabijać orki zawsze i wszędzie. Oczywistym stało się że zieloni nie zabili więźniów zamkniętych w podziemiach... trzymały tam ich tylko po to by pożreć ich żywcem, świeżych. Roran splunął po raz kolejny tego dnia i ruszył na zewnątrz, przed siebie. Wcześniej jednak nakłonił dwójkę której pomógł się uwolnić, by rozcięła łańcuchy orczym toporem. Tak też się stało, obręcze na nadgarstkach wciąż jednak musiał zdzierżyć.


Wkrótce biegł drogą a za nim postępowała grupa odzianych w stal Uruk'azi. Tego który był najszybszy spotkał tragiczny koniec. Najpierw jeden, a potem drugi topór spadł na jego łeb i pozbawił go chęci ataku a zarazem marnego życia jakie prowadził stwór. Roran zaśmiał się gromko i ruszył dalej. Wiedział że nie może stawić czoła całej grupie sam, szukał zatem dogodnego miejsca do obrony... takiego w którym dobrze przyjdzie umrzeć, jak na wojownika przystało. Biegnąc zauważył na środku drogi kilka beczek, jakiś wóz i rosłego khazada stojącgo przy drodze. Krasnolud ten równie potężny jak Roran, uzbrojony był także w dwa topory, miał też kuszę na plecach oraz był odziany w przednią kolczugę. To był znak... musiał. Zakuty w więzienne obręcze góral znów ryknął jak zwierze i ruszył radośnie przed siebie.
 

Ostatnio edytowane przez VIX : 28-07-2013 o 19:20.
VIX jest offline  
Stary 19-07-2013, 02:18   #4
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1585 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
Thorin strzegł księgi bardziej niż przyrządów medycznych – a trzeba było przyznać, iż tymi opiekował się niczym własną brodą. Traktował je nie mniej niż broń wiedząc dobrze, że tak jak w przypadku broni od ich posiadania i stanu w jakim się znajdowały zależy czyjeś życie. Toporem można było pozbawić życia wielu zielonoskórych, apteczką można było uratować życie krasnoludzkie. Nie było zaś na ziemi wystarczająco wielu zielonoskórych by móc zrównoważyć na szali ich życie z życiem choćby jednego khazalda.

Thorin zdawał sobie z tego sprawę, miał tez świadomość, że od życia istnieją ważniejsze sprawy... chociażby pamięć. Cóż z tego iż zginąłby jakiś khazald? Wszyscy przecież kiedyś umrą. Jednak dopuścić aby pamięć o nim uległa zatarciu, zapomnieniu – było zbrodnią gorszą niż bezpośrednie pozbawienie życia, odbierało bowiem nieśmiertelność wykutą niczym najlepsza stal w pamięci pokoleń.

Zastanawiał się ile prawdy jest w legendach o komnatach z opuszczonych twierdz zawierających setki, tysiące kamiennych płyt zapisanych historią i wiedzą. Zapisanych imionami i nazwiskami, czynami szlachetnymi i haniebnymi, o których nie wolno było zapomnieć... Księga którą nosił ze sobą była nowa, czysta, nie naruszona choćby jedną małą kropką atramentu. Do Thorina syna Alrika należał przywilej zapoczątkowania w niej życia. Życia właściwie nieśmiertelnego. Przedłużenia życia wszystkich o których dane mu będzie wspomnieć na jej kartach.
Kiedy brał do rąk księgę czuł zaszczyt nań spływający. Niewielu z jego rodziny go rozumiało. Dziwiono się, że nie poszedł drogą wojownika, prostą jak krasnoludzka włócznia, typową dla Klanu Rorgansona do którego przynależał.

Nikt jednak nie mógł powiedzieć mu w twarz, że źle zrobił. Nikt kto choć raz uczestniczył w bitwie nie mógł umniejszać roli medyka, zwłaszcza gdy musiał patrzeć na śmierć kompanów których nie miał kto opatrzyć. Co więcej każdy khazald który miał choć trochę poukładane w głowie, nie zaryzykowałby prowokowaniem kronikarza, mając świadomość, że to ten drugi będzie o nim pisał, a to co zapisze będzie zapamiętane po wieki. Funkcja kronikarza była zresztą wśród khazaldów uświęconą funkcją, nim Thorin otrzymał księgę, przeszedł rok szkolenia w którym zaznajamiano go z annałami zapisów kronikarskich, sposobem ich tworzenia, wreszcie uświęconą tradycją zapisywania prawdy i tego co niezbędne. Miał jednak świadomość, że to od niego zależeć będzie co uzna za istotne zapisu a co nie, czytając zaś kroniki innych wiedział, że wbrew powszechnym życzeniom dotyczącym bezstronności kronikarza, nie sposób jest spisywać wydarzeń całkowicie wyłączając z nich własną percepcję, osąd, jaźń. Już sam wybór tego co miało zostać zapisane był przecież indywidualny dla każdego kronikarza, jeden zwracał uwagę na wydarzenia czy fakty które inny zwyczajnie ignorował skupiając się na czymś innym. Do tego dochodziła ocena i sposób opisania przedmiotu obserwacji. Wygraną bitwę można było opisać zarówno jako zwycięstwo jak i wielką klęskę... wszystko zależało od oceny i wartości jakie uznawał kronikarz.

Był jeszcze inny aspekt szacunku jakim zwyczajowo cieszył się kronikarz khazaldzki, w przeciwieństwie chociażby do ludzkiego. Każdy krasnolud chciał aby pozostała po nim pamięć, chciał aby jego historia, czyny , dokonania zostały uwiecznione i dobrze zapamiętane. Od tego zależała przyszłość jego rodziny, od tego zależało jak zostanie zapamiętany. Sama już wzmianka imienia i nazwiska w kronikach była warta poświęcenia i zabiegów o przychylność kronikarza. Thorin miał tą świadomość.


***


Królestwo Kazrima Kazadora, Pana Stalowego Szczytu
1 Karakzet, czas Morganitu, roku Drum - Daar 5568 KK
Karak Azul, przedmurze twierdzy, miasto Izor Khazid
Początek Czasu Wojen

Gdy powrócił z obleganego miasta miał o czym pisać. Nie wiedział jeszcze jak zatytułować kronikę, zwyczajowo nosiłaby nazwę od imienia i nazwiska kronikarza, być może tak jeszcze będzie. Mógł też nadać jej nazwę od nazwy miasta, wydarzeń, czasu czy miejsca. Póki nie była gotowa nie potrafił jej nazwać, zostawił więc puste miejsce, przeznaczone na tytuł i począł spisywać wydarzenia tak jak pamiętał , na tyle na ile był świadkiem.

Nie zapomniał rzecz jasna o swoich podstawowych obowiązkach, właściwie pierwszą rzeczą jaką zrobił po wejściu w sekretne tunele prowadzące do twierdzy było opatrzenie rannych i próba dowiedzenia się tego co sami mieli do powiedzenia.

„Miasto zostało zalane orczym pomiotem.”... „Miasto zostało pogrążone przez orki...” „Orczy pomiot wałęsał się po mieście” - Thorin długo myślał nim dobrał właściwe słowa. Nie sposób było pominąć nieszczęście, ale nie można było też potęgować klęski , to wiązało się z dodatkową hańbą rzuconą na wszystkie klany. Ostatnie sformułowanie było zarówno prawdziwe jak i delikatne, nie rzucało sromoty klęski a jedynie cień zniewagi, tej nie dało się uniknąć nie zależnie od doboru słów. Jedynie chędorzone elfy czy strachliwe halflingi mogły pisać o wycofywaniu się na z góry opatrzone pozycje, próbując przez dyplomację słowa zagrzebać sromotę porażki.

Krasnoludy nazywały rzeczy po imieniu, choć nawet one unikały imion których hańba miała przylgnąć doń na wieki. Właściwie wszystkie kroniki jakie dotychczas Thorin przeczytał stanęły przed nim w nowym świetle, jak gdyby dopiero teraz dostrzegł zabiegi kronikarzy do których samemu przyszło mu się uciekać. Wiedział, że klęska nigdzie nie była przedstawiona w całej swej okazałości... chyba, że chodziło o klęskę wroga, wówczas mogła być ona nawet przekoloryzowana – choć wciąż w granicach prawdy. Kronikarz nie mógł pozwolić sobie na kłamstwo, nie chodziło bowiem tylko o niego, lecz o zaufanie do całej zgromadzonej przez khazaldów historii.

Jako kronikarz miał prawo odnotować własne czyny, oraz powinność odnotowania czynów towarzyszy. Dlatego też w drodze do miasta oraz później - w siedzibie lorda, wypytywał dokładnie o wszelkie szczegóły wydarzeń.

Odnotował własnoręczne uśmiercenie trzech orków, a także tego co dokonali: Glandir Torrinsson, Galeb Galvinson, Ysassa Moisurdottir, Roran GenAzul Ronagaldson, Hargin Gildorhn, Detlew, Dorrin Zarkan, Baldrik oraz Skalli Haakonsson.
Imiona i nazwiska sprawdzał trzykrotnie, upewniając się w poprawnym ich zapisaniu. Hańbą dla kronikarza byłoby ich przekręcenie, poza tym ktoś w przyszłości mógłby podważyć zarówno dokonania osoby której imię lub nazwisko przekręcono, jak i bezstronność czy prawdomówność zapisków kronikarza, a na to Thorin pozwolić nie zamierzał.

Samo wejście do obleganego miasta było już dla uczestniczących w tej wyprawie punktem honoru. Właściwie tylko dlatego że powrócili żywi. Gdyby zginęli poza murami twierdzy, odnotowane byłoby to jedynie jako brawurowa odwaga i niepotrzebna śmierć. Wszak życie krasnoluda liczyło się bardziej od żywota zielonoskórych. Niezależnie ile więc by ich nie zabił, jeśli nie spełnił misji, a tej spełnić się nie dało, jego życie poszło na marne. Dlatego też kronikarza interesował los Dorrina, Galeba i Baldrika. W zapisach byli jednymi z tych którzy wyruszyli i jedynymi których losu nie mógł ustalić. Miał nadzieje, ze powrócili do twierdzy, jeśli jednak nie, jego obowiązkiem było zapisanie ich losu w księdze. Z tego co zdołał ustalić byli w zasięgu eksplozji. Gdyby tam pozostali byłaby to śmierć honorowa, godna odnotowania i zapamiętania, zginęli dając innym szansę na przeżycie. Nie wiedział co się jednak z nimi stało i za punkt honoru ustanowił dowiedzenie się tego. W tym celu musiał więc przepytać wszystkich strażników strzegących wejścia do twierdzy.

Przy okazji odnotował jak wielkim sukcesem były rajdy w zdobyte miasto i podjazdowe osłabianie wroga. Skoro sam był w stanie zabić trzech orków i kilka goblinów - nie odnosząc przy tym ran, odpowiednio zaplanowana wyprawa mogła skutecznie przetrzebić oddziały wroga, nim zostaną one wzmocnione przed naciągające siły.

Thorin nie był jednak aż tak znaczący, by z jego opinią liczono się u szczytu władzy. Ufał w mądrość swojego przywódcy oraz w opiekę przodków którzy tym razem musieli być blisko. Gdy się nad tym głębiej zastanawiał musiał przyznać, że przodkowie byli przy nim, właściwie nic mu się nie stało pomimo piętrzących się trudności i wielości przeciwnika. Pozostali towarzysze aż tyle szczęścia nie mieli.

Thorin nie krył radości zwłaszcza na widok Hargina. Żył chyba tylko dlatego, iż Thorin nie pozwolił mu umrzeć. Za kolejny punkt honoru postanowił sobie utrzymać to życie jak najdłużej. Nie chciał aby jego wysiłki poszły na marne. Przyglądał się zebranym skarbom wiedział, że musi zabić jeszcze mrowie orków nim z pojedynczych malutkich zdobyczy wykuje choćby sztylet, spoglądał też na rzeczy stanowiące łup orków zabrany pobratymcom Thorina - krasnoludzkie wisiorki ze złotymi motywami. Te zamierzał umieścić bezpośrednio w okładce księgi stanowiącej kroniki, jako integralną ich cześć. To było jedyne co mógł jeszcze uczynić dla zmarłych sprawiając, ze ich śmierć choć po części nie poszła na marne...
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 19-07-2013 o 03:07.
Eliasz jest offline  
Stary 19-07-2013, 04:49   #5
 
Spaiker's Avatar
 
Reputacja: 231 Spaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie cośSpaiker ma w sobie coś
Drobne doświadczenia przy kowalskim młocie za młodu gdy ojciec jeszcze żył oraz lata noszenia i ścinania drzew, zaowocowało iż Skalli był barczystym i dobrze zbudowanym krasnoludem. Większość swej młodości spędził w mieście głównie zamieszkanym przez ludzi, dlatego nie przystosował sobie w pełni krasnoludowego przysposobienia i charakteru. Przez kilka lat wędrował za jakaś bardziej opłacalną robotą niż zbierania drewna, szkoda zostać rozerwanym przez jakieś ścierwo w lesie za tak marną płace jaką dostawał. Teraz siedząc sobie w karczmie Chciwego Avera w oblężonym Karak Azul popijał sobie spokojnie piwo. Myślał jakim cudem trafił tu nie długo przed tym jak całe to diabelstwo zalało Izor i jakie korzyści mógł by z tego zdobyć. Miał nadzieje znaleźć sobie jakieś zajęcie wśród krasnoludowej braci.
~Może uda mi się zaciągnąć do tutejszych oddziałów.~ Zastanawiał się.
Wtedy do karczmy wszedł khazad zwany Glandir Torrinsson, kiedy powiedział że szuka ochotników by wejść do Izor ratować kogoś nie przekonał zbyt wielu do odstawienia trunków, po tym jak wspomniał o zapłacie Skalli postanowił dopić piwo szybciej niż zamierzał. Czekał na taką okazje, dobra płaca przesłoniła niebezpieczeństwo zadania był gotowy wyruszyć od zaraz.
~~~~
Gdy pierwszy raz zobaczyli miasto widok był przerażający, całe było doszczętnie spalone wszędzie były tylko zasmolone zgliszcza tego co zostało z budynków. W głębi serca Skalli czuł radość że podczas tego całego zamieszania on mógł cieszyć się bezpieczeństwem murów. Lecz teraz jedynym co dzieliło go od całego orczego pomiotu był jego oręż, a jego zadaniem miało być znalezienie dwóch khazackich kobiet w ruinach jednej z posiadłości i zapewnienie im bezpiecznego powrotu, jakiemuś lordowi bardzo na tym zależało. Teraz stał na dachu jednego z mniej spalonych domów i obserwował otoczenie wokół miejsca w którym mieli znaleźć ów kobiety, widok miasta z tego punktu był potworny tyle zniszczeń, tyle zamordowanych i spalonych krasnoludzkich istnień. Ale z tego miejsca widział też prawie wszystkich najemnych którzy wyruszyli razem z nim, nie widział tylko Ysassy i Thorina ale wiedział dobrze gdzie zajęli swoje pozycję.
Jego uwagę przykuł ruch w jednej z alejek, zaraz po tym były warknięcia i piski a z alejki wyleciał nieznany uzbrojony krasnolud. Zdzielił jednego z przeciwników przez łeb, z następnym poradziła sobie już kusza Skalliego.
-Hej tędy -ryknął do nieznajomego, po tym postanowił nie siedzieć dłużej na dachu ledwo trzymającego się budynku, skoczył na dół. Nie był to atletyczny wyczyn krasnal potknął się przy lądowaniu i rozłożył się na bruku, na szczęście nie zrobił sobie nic co najwyżej trochę ubrudził. Za krasnoludem w uliczkę wleciała chmara goblinów, były zaskakująco szybkie. Skalli podniósł się z ziemi uniósł kuszę i wycelował w napływającą zieloną warczącą falę.
-Trzymaj tarcze wysoko, a ja ustrzelę ilu się da. I powoli się cofamy bo nas tu zajebią!
Jeden z goblinów padł od strzału z kuszy, nie było trudno trafić były wszędzie. Ich szybkość zdruzgotała obu krasnoludów, zostali przyparci do muru i atakowani ze wszystkich stron.
Włócznie, miecze, tasaki, sztylety ciosy spadały ze wszystkich stron ciężko było ogarnąć to wszystko, szok ustąpił bólowi w momencie w którym poczuł jak na jego brzuchu wylądowało ostrze włóczni. Przebijając skórzany pancerz weszła w ciało po czym zostało impulsywnie wyszarpane, krew wylewała się z rany ciurkiem. Ciosy nie ustawały wciąż czuć było uderzenia, miecz ześlizgnął się po ramieniu sztylet zatrzymał się na zbroi cała fala ciosów obijała krasnoluda. Gobliny piętrzyły się jak morska woda o skały, jeden wskakiwał na drugiego, przeszkadzając sobie nawzajem, jedyną szansą jest wycofać się do niedokończonej przez mieszkańców barykady przy której zapewne spotkają resztę kompanów.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=wTYAm0tL46w[/MEDIA]

Skalli dał znak że powinni iść w tamtą stronę po czym zaatakował gobliny kuszą, nie był wstanie dobyć topora za to z kuszy zostało tylko trochę złomu, jeden goblin został odesłany do piekła zostało jeszcze około 40! ~Kurwa jak tak dalej pójdzie posiekają nas~ Myślał, grad ciosów nie ustępował ani na moment a oni cofneli się tylko o kilka kroków, krew zlewała się po jego brzuchu czuł że słabnie.
Po kilku kolejnych krokach kolejne ostrze wbiło mu się w bebechy, tym razem nie miała sił by ustać i padł na ziemię a zanim masa goblinów. Próbował krzyczeć lecz warczące i skaczące po sobie zielone potwory wszystko zagłuszały, od powierzchni oddzielała go masa goblinskich ciał. Starał się być twardy przecież nie da się tu zabić przez jakieś przegniłe kurewstwo, starał się wyrywać i uderzać lecz coraz bardziej słabł. Pomógł nagły przypływ agresji spowodowany tym że jakaś wstrętna wydzielina spłynęła mu na twarz i śmierdziała niemiłosiernie, dał rade chwycić jednego ścierwojada za gardziel. Ściskał go tak długo aż jego kompanii Thorin i Detlef nie przybyli z odsieczą i nie rozgonili towarzystwa. Sam dał radę się podnieść, gorzej było z jego kompanem który przyparty do muru został stłuczony do nieprzytomności.
Z mgłą na oczach wykończył ostatniego goblina którego trzymał w garści, chrupot kości zakończył życie tego zielonego. Tocząc się do barykady Skalli ledwo trzymał się na nogach, oblepiony krwią swoją jak i masą goblinskiej włuczył nogami, przy prowizorycznej barykadzie poczuł że ktoś wkłada mu do ręki flaszkę i każę wypić. Został usadzony przy beczkach gdzie słyszał tylko szczęk broni i warknięcia z drugiej strony zasłony. Po wyżłopaniu fiolki poczuł cierpki smak i dreszczyk emocji, był teraz wstanie ustać pewnie na nogach, wyglądając na swoich kompanów zauważył że rozgramiali oni ostatnich orków. Postanowił nie zawadzać im nie czuł się na siłach walczyć, zresztą radzili sobie dobrze co zapieczętował odwrót zielonych.

-To rzeżmy się kurwa dziś na ratowali. -Wymamrotał kiedy nie zauważył odratowanych kobiet.
Przed wyruszeniem w drogę postanowił zachować pamiątkę po swojej kąpieli w goblinskim ścierwie, w końcu nie na co dzień przeżywa się taranowanie przez kilkadziesiąt tych diabelskich pomiotów. Łeb ostatniego z nich był idealnym trofeum, choć one wszystkie wyglądały teraz tak samo paskudnie, poza tym wśród nich znalazł kilka świecących drobiazgów które mogły mieć jakąś wartość. Trzech kompanów nadal nie wróciło a oni nie mogli dłużej zwlekać, musieli wyruszyć do twierdzy.
Gdy dotarli pod wejście sekretnego tunelu którym mieli dostać się do twierdzy Skalli był u progu swoich sił, na szczęście z pomocą przyszedł Thorin który już w tunelach zajął się rannymi. Po powrocie mogli liczyć na miejsce do wypoczynku w piwnicy u lorda Gervala, w wolnym czasie rekonwalescenci Skalli czyścił goblinską czaszkę którą chciał przytwierdzić na czubie topora, od tej pory każdy goblin będzie pokutował za krwawą kąpiel jaką mu zgotowały. Cały czas zastanawiał się co mogło się stać zaginionym kompanom, może powinni wrócić i znaleźć chociaż ich ciała, a może jednak żyją i jeszcze kryją się w pogorzeliskach?
 
__________________
It's only after we've lost everything that we're free to do anything.
On a long enough time line, the survival rate for everyone drops to zero.

Ostatnio edytowane przez Spaiker : 19-07-2013 o 04:59.
Spaiker jest offline  
Stary 19-07-2013, 11:01   #6
 
dejmien25's Avatar
 
Reputacja: 0 dejmien25 nie jest za bardzo znanydejmien25 nie jest za bardzo znanydejmien25 nie jest za bardzo znanydejmien25 nie jest za bardzo znanydejmien25 nie jest za bardzo znany
Gdy Baldrik wyruszał z miasta Nuln w którym się wychował, liczył że odnajdzie to o czym zawsze marzył.. przygody, chwałę, przyjaciół z którymi będzie walczył ramię w ramię i wspólnie odnosił z nimi rany. Wewnętrzny głos podpowiadał mu, że to wszystko znajdzie w Karak Azul i tam właśnie się udał. Teraz siedział w jednej z nielicznych karczm w Karak Azul, popijał rozcieńczone piwo i zastanawiał się nad tym, czy dobrze uczynił przybywając tutaj. Miasto było oblegane przez armię orków a jedyną przygodą na jaką mógł teraz liczyć to czekanie, aż orkowie wedrą się do miasta. Gdy usłyszał, że jakiś lord szuka zgrai szalonych krasnoludów , którzy wejdą do splądrowanego miasta Izor Khazid by odszukać dwie
zaginione kobiety, zgłosił się na ochotnika nie przemyślając dokładnie swojej decyzji…


Baldrikowi szumiało w uszach na skutek potężnej eksplozji jaką zgotowali orkom wspólnie z Galebem i Dorrinem. Znajdował się w zniszczonej stajni, wszędzie unosił się dym i słychać było pojękiwania rannych orków. Niektórzy z orków zaczynali już dochodzić do siebie nie było czasu do stracenia, musiał odnaleźć resztę oddziału nie chciał walczyć sam przeciwko zielonoskórym. Zaczął szukać drogi odwrotu, przez gęsty dym udało mu się dostrzec wyjście ze spalonej stajni a tuż obok miejsca w którym stał wejście do kanałów. Pomysł podróży przez ciemne i śmierdzące kanały nie wydał mu się dobry. Kiedyś słyszał opowieści o szczurach wielkości dorosłego człowieka, które mieszkają w kanałach i zabijają każdego kto ośmieli się wejść do ich śmierdzącego królestwa... nie był do końca przekonany, czy opowieści są prawdziwe i wolał tego nie sprawdzać.
Udało mu się dostrzec Galeba wychodzącego z ukrycia, prostymi znakami ręcznymi przekazał mu że już do niego zmierza i wybiegł ze spalonej stajni.

Izor Khazid nie było bezpiecznym miejscem.. wszędzie grasowali zielonoskórzy z każdych kierunków można było usłyszeć krzyki mordowanych krasnoludów. Baldrik chciał tylko odnaleźć dwoje swoich towarzyszy i uciec z przeklętego miasta... ich misja została
wykonana, zadanie odnalezienie kuzynki i żony lorda należało do innych członków ich oddziału. Nie przejmował się specjalnie tym czy udało się reszcie odnaleźć dwie kobiety, jednak miał przeczucie, że coś poszło nie tak...
~ ta misja od początku wydawała mi się skazana na niepowodzenie - rozmyślał krasnolud ~ mam tylko nadzieje, że Galeb zrozumiał moje znaki i będzie na mnie czekał... nie chciał bym tu zostać sam.

Wybiegając ze stajni Baldrik dostrzegł przez dym i ciemność jak Galeb wpada z młotem w dłoni w grupkę ogłuszonych orków i zaczyna młócić wszystko co popadnie... orki padały jeden za drugim pod potężnymi ciosami młota. W powietrzu latały kawałki orczego mięsa i mózgu, sam Galeb wyglądał na zadowolonego, jakby sprawiało mu to ogromną przyjemność...
~ co za szaleniec... jak wydziałem go po raz pierwszy to wydawał się być przy zdrowych zmysłach - pomyślał krasnolud ~ w sumie wydawał się najbardziej normalny z całego oddziału.
- Baldrik, Dorrin, cyce jedne, wycofujemy się według planu!!! - usłyszał wołanie Galeba.
Baldrik natychmiast pobiegł w stronę walczącego towarzysza, biegł przez gęstą chmurę dymu, oczy mu łzawiły, słabo widział ale biegł dalej, naglę poczuł jak zderza się z czymś wielkim i twardym... siła uderzenia odrzuciła go do tyłu... zadarł głowę do góry i zobaczył wielkiego orka, największego jakiego kiedykolwiek widział. Serce mu stanęło na moment.. jednak ork stał i nie reagował... jak się okazało z jego klatki piersiowej i głowy wystawał pokaźny kawał stali. Baldrik już brał zamach swym toporem aby zakończyć żywot orka, gdy niespodziewanie stal która była wbita w głowę zielonoskórego wyszła cała na drugą stronę, gdy ork runął na ziemię Baldrik zobaczył Galeba całego we krwi orków.

Razem zaczęli się wycofywać w stronę bram Azul. To właśnie tam cały oddział po wykonaniu lub niepowodzeniu misji, miał się przegrupować. Baldrik chciał już się znaleźć bezpieczny za murami Karak Azul, nigdy wcześniej nie miał do czynienia z orkami, walczył już z ludzkimi bandytami, wilkami ale nigdy z orkami... Czuł przed nimi strach, były ogromne silne i brutalne... pokonany nie miał co liczyć na łaskę. Mimo to młody krasnolud potrafił panować nad swoim strachem, potrafił świetnie walczyć dzięki naukom swojego już zmarłego ojca.

Baldrik kompletnie nie znał miasta, biegł 5 kroków za swym towarzyszem, który podobno znał drogę do Azul. Młody krasnolud cały czas wytężał swój słuch.. słyszał odgłosy walki, szczęk broni, krzyki, ryki i odgłos szybkich kroków... Baldrik rozejrzał się i zobaczył orka z wielką nabijana kolcami maczugą biegnącego w stronę Galeba. Bestia była już bardzo blisko a starszy krasnolud zdawał się nie zauważać zagrożenia...
- uwaga ork!!!!!! - krzyknął krótko Baldrik jednocześnie wskazując toporem kierunek z którego nadciągało zagrożeni.
Ork runął na Galeba i wyprowadził potężny cios maczugą, całe szczęście krasnoludowi udało się zablokować uderzenie tarczą jednak siła jaką włożył ork w cios była tak duża, że Khazzad zwalił się na ziemię. Baldrik wziął rozpęd i zaszarżował w stronę orka, w prawej ręce trzymał topór bojowy a w lewej tarczę, 2 kroki od napastnika wykonał skok jednocześnie biorąc zamach toporem... bestia zawyła przeraźliwie... broń krasnoluda wbiła się w ramię tak głęboko że nie dało się go wyjąć, krew lała się strumieniami z rany, ale ork nie chciał odpuścić i nadal trzymał w drugiej ręce wielką nabijaną kolcami maczugę. Baldrikowi pozostała tylko tarcza, jego topór tkwił w ramieniu przeciwnika a Galeb nadal leżał na ziemi. Ork zaatakował... młody khazad z trudem parował jego ciosy tarczą, przy każdym uderzeniu sypały się drzazgi i wydawało się, że tarcza zaraz pęknie na pół. Nie mógł bronić się w nieskończoność musiał atakować... czekał na odpowiedni moment... wreszcie wielka rana dała o sobie znać orkowi i ten po ciosie zachwiał się na nogach. Baldrik natychmiast wykorzystał swoją szansę, wziął ogromny zamach i gruchnął zielonego tarczą wprost w bok klatki piersiowej... atak był potężny... ork jeszcze raz zawył z bólu i upadł na ziemie.... żebra bestii był połamane i przebił się przez skórzany pancerz. Młody wojownik nie zdawał sobie sprawy dotąd ze swojej siły... nabrał pewności siebie... był to jego pierwszy ork którego zabił.
Po wszystkim przybiegł Galeb a Baldrik wyciągnął topór z ciała ofiary. W myślach cieszył się że żyje, jednak szczęście nie trwało długo.... obaj byli otoczeni przez cztery ranne orki, dla krasnoluda były to o cztery orki za dużo.

Pierwsze ruszyły do ataku zielone stwory... młody tarczownik zwinnie unikał kolejnych ataków, był trudnym celem do trafienia, ale nie mógł się cały czas bronić... przeszedł do kontrataku, lecz ork również wykazał się zwinnością i uniknął trafienia... krasnolud nie odpuszczał wykonał szybką serię ataków w celu zmylenia przeciwnika i wykonał silny cios wycelowany w rękę przeciwnika... przez chwile ranny ork nie wiedział co się stało, dopiero gdy chciał spojrzał na rękę okazało się że jej nie ma... osunął się na ziemie trzymając się za kikuta... z rany tryskała masa krwi....

Baldrikowi został już tylko jeden ork... walcząc dostrzegł kontem oka jak Galeb walczy z pozostałymi dwoma i obrywa paskudnie w bok... padł na kolana a ork wyprowadził cios z pięści tym samym powalając krasnoluda na ziemię. Sprawy przyjęły niekorzystny obrót, Baldrik był teraz sam a przeciwko niemu trzy orki. Zielonoskórzy zasypali go gradem ciosów nie był w stanie parować ani unikać wszystkich w końcu jeden dosięgną celu i trafił w szyje, szczęście w nieszczęściu ostrze osunęło się po metalowej osłonie nie wyrządzając większej krzywdy. Krasnolud nie pozostał dłużny.. ciął precyzyjnie orka w rękę, lecz tym razem nie udało mu się jej odciąć... jego pobratymcy na widok rannego kompana wpadli w szał i zaczęli ciąć na oślep, tarczownik z łatwością uniknął ciosów i sam zaatakował bliższego orka zadając cios prosto w gardło... krew prysnęła w górę i ofiara padła na ziemię, powoli wykrwawiając się. Ranny w rękę ork starał się dosięgnąć przeciwnika bronią, jednak utracił już zbyt dużo krwi i chybiając utracił równowagę co krasnolud natychmiast wykorzystał zadając mu cios z obrotu w plecy... tego już nie był w stanie wytrzymać i wyzionął ducha chwile po tym jak otrzymał cios... Baldrik natychmiast obrócił się do kolejnego przeciwnika, było za późno tasak orka zmierzał w prost w jego.. stronę... czasu starczyło tylko na lekkie odchylenie... poczuł w prawej dłoni straszny ból, spojrzał na nią, była cała we krwi a palce nie były w stanie utrzymać topora... broń upadła na ziemię... dziś już drugi raz stawał twarzą w twarz z orkiem nie mając broni. Wróg przyszykował się do drugiego ataku, wziął szeroki zamach... i tylko wydał z siebie ciche pisknięcie, gdy Galeb od tylu wyprowadził mu swoim młotem cios w krocze. Nie był to przyjemny widok... Baldrik już wolał patrzeć na poucinane kończyny niż na to co zostało z dolnej partii ciała orka po uderzeniu młota.

Po śmierci ostatniego z orków zrobiło się wyjątkowo cicho o a chmura dymu opadła. Wokół leżały porozrzucane ciała orków, ziemia cała pokryta była krwią. Nie było powodu aby zostawać tutaj dłużej... Baldrik pomógł iść swojemu towarzyszowi i razem udali się do bramy Karak Azul. W myślach modlił się do Bogów o szczęśliwy powrót nie mieli żadnych szans na przetrwanie ewentualnego kolejnego ataku.

Całę szczęście Galeb doskonale znał drogę do twierdzy Azul a także wiedział gdzie znajduje się tajemne przejście. Gdy obaj wreszcie dotarli do celu, trzeba było poszukać reszty drużyny, Baldrik nie wiedział czy wszystkim udało się przeżyć i czy misja się powiodła. Priorytetową sprawą była wizyta u medyka, dłoń bardzo go bolała i nie wyglądała za dobrze....
 

Ostatnio edytowane przez dejmien25 : 19-07-2013 o 22:50.
dejmien25 jest offline  
Stary 19-07-2013, 14:47   #7
AJT
 
AJT's Avatar
 
Reputacja: 5867 AJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputację
***



***
Ysassa "Morderczy Głos" Moisurdottir z klanu Dębowa Tarcza, tak się zwała khazadka, o której miały być za niedaleki czas wyryte słowa w historii. A przynajmniej tak uważała ona sama. Córka Moisura „Głośnego Rogu” Horninssona i Elindy „Wypukłej tarczy” Karowndottir, była khazadką z krwi i kości. Była piękna, choć tylko na swój specyficzny sposób. Nie chodziło wszak o piękno zewnętrzne, tylko wewnętrzne. A tam wszystko to, co cechowało prawdziwą służkę Grimnira: siła, zadziorność, odwaga, chęć udowodnienia swej wartości bojowej, a do tego też zgryźliwość i chamskość.

Jeśli jednak chodzi o „piękno” zewnętrzne, to była ona 50 letnią, 75 kilogramową, 132 centymetrową… Helgą. Tak przynajmniej mogliby ją nazwać mężczyźni w Imperium. To określenie mówiło wszystko. Rude, splecione w warkocz włosy, brązowe oczy i potężny… cyc, ale cyc, którego chroniły równie potężne łapy. Lepiej więc się na cyc było nie patrzyć, gdyż łatwo było wtedy oberwać między swe gały. Twarz Helgi, to jest Ysassy, rzadko zaznawała uroczego śmiechu. Zdarzało się, bo zdarzało, ale zwykle to było po jakiejś solidnej bitce, sklepaniu komuś twarzy, czy jakimś epickim zbesztaniu.

Atrybutem Ysassy, jak i z resztą pozostałych członków jej klanu, była dębowa tacza. Poza tym uwielbiała ona swój garłacz. Mimo iż Ysassa była bardzo dobrym strzelcem, to jednak właśnie garłacz sobie upodobała. To była iście krasnoludzka broń, a nie jakieś łuki dla korożerców. W sumie to ten garłacz został stworzony specjalnie dla niej, a jego stwórca otrzymał za niego dość ciężką nagrodę… odbitą piąchę ponad brodą! Nieszczęśnik myślał, chyba, że Ysassa po takim podarku będzie jego. Nieśmiało o to zapytał… poprosił o buziaka… Śmiało jednak dostał w pysk za swe zaloty. No tak, Morderczy Głos, do rozrodu się nie nadawała. Nie w myśl było jej osiedlenie się w jednym miejscu, rola khazadzkiej kobiety. Może przyjdzie na to czas… kiedyś… na pewno nie teraz. W sumie to lubi, jak jest adorowana, ale tylko dlatego, by szybko zdeptać czyjeś marzenia i chęci. Prędzej adoratora pobije, niż pozwoli zagościć w swym sercu. Ale może, który kiedyś się znajdzie. Niewykluczone…

A skąd jej przydomek? Morderczy Głoś? A no stąd, że córka Moisura często sobie podśpiewywała. Mimo swojej natury była ona umuzykalniona, ale tylko do pewnego stopnia. Miała dudy i o dziwo potrafiła na nich grać. Miała głos, ale jego za to używać już nie potrafiła. To już była masakra, gdy zaczęła swym basowym, męskim głosem, śpiewać. To już była tragedia! Tragedia, na którą jednak często inni musieli się godzić. Wszak to była przecież dla khazadów wciąż… kobieta.



***

Była w ogrodzie, blisko spalonej posiadłości, kilka kroków od ściany... Rozejrzała się…Widziała wejście do ziemianki, studnię...zawalone ogrodzenie i zniszczoną bramę... I orki…Orki! Między drzewami! Biegły! Biegły na nią!
- Na brodę Grimnira - wydobyło się z jej ust. Nawet nie zdążyła dokładnie zaobserwować ilu ich było. A było ich zbyt wielu… Trzeba było wiać! Ruszyła w boczną drogę co sił.

Orki wyczuły szansę. Z ogromnym pędem pognały za swoją „ofiarą”. Wbiegły za Ysassą w wąską uliczkę.

Morderczy Głos uciekała, przebierała swymi króciutkimi nóżkami. Wybiegła na główną drogę. Szybka ogarnięcie terenu. Po prawej Skalli i jakiś nieznany krasnolud. Jakieś trzydzieści kroków od nich, nadciągała fala zielonoskórych ścierw. Po lewej kolejny nieznany jej khazad, a za nim grupka orków
- Pieprzone w zad zieleńce! Chędożone wybryki natury! Już ja wam nakopię do waszych pierdzieli! - zaklęła sobie, jednak ochota, by paru z nich poubijać musiała jeszcze poczekać. A nie! Nie będzie czekać! Odwróciła się, zdjęła garłacz z pleców i wypaliła całą lufą siekańców w wąską uliczkę, którą była goniona. Nie podziwiała efektu swego strzału, acz do uszu dochodziły bardzo przyjemne, pełne bólu, pojękiwania.

Odwróciła się i pobiegła przed siebie, tam gdzie jeszcze niedawno był Glandir. Ten już jednak biegł w kierunku kolejnej grupki zielonoskórych. Ale namnożyło się tego tałatajstwa!

Nim dotarła do Glandira, ten zaczął już się „bawić” z zielonoskórymi. Takiej zabawy Ysassa przegapić nie mogła!
-Whoawhawhaaaaaaa!- wykrzyczała co się, przyśpieszyła jeszcze w bardziej i wpadła z pełnym impetem w grupę orkasów. Młot latał na lewo i prawo, siepacze sielonoskórych też. Trafiła jednego! Za słabo! Ysassa!? Na Grimnira! Przyłóżże się! Rzuciła się na kolejnego, ściągając go z Glandira. Ork, odwrócił się, wyszczerzył swe paskudne zęby i rzucił się na khazadzką kobietę. Próba uniku… ból… krew… przeraźliwy ból. Teraz nie było nawet czasu zastanawiać się, czy szrama zostanie i doda jej jeszcze większego uroku. Teraz nie było czasu sprawdzać, czy ucho się ostało. Teraz trzeba było walczyć o życie! Ork nacierał, atakował. Pudło… Kolejny ból… mniejszy jednak.

-Grrrragh!- zawarczała złowrogo, przed próbą kontry, tak że zielonoskóry mógł się chwilę zastanowić, czy to nie w jego gardłowym dialekcie. Nie, jednak nie, Ysassa była tak wkurwiona, że już po prostu już nie wstrzymywała furii! Skoczyła na orka i zaczęła go okładać trzonkiem topora. Oko się wylało. Fajnie! Jeszcze drugie! Okładała go bez ustanku, aż padł nieruchawy na ziemię. Jeszcze żył. Ale już niedługo. Kolejny cios spadł na jego głowę, tym razem z całej siły, w pełnej agresji!

Splunęła sierczyście, a jej przekrwione oczy dojrzały kolejną grupkę. Tą grupkę, która ją wcześniej goniła. Splunęła kolejny raz. Przetarła policzek marząc całą swą twarz krwią. Ucho było!
- Chodźcie tu śmierdzące pyrtasy! - zaklęła siarczyście. Grupka jednak nie atakowała. Czyżby czekała na pomoc?
- Zielonoskóre tchórze! Pomioty elfie! - nie ustawała, cofając się powoli za Glandirem w kierunku barykady, spoglądając tylko jak zielonoskórzy łączą się w większą grupę.

Czekali zbyt długo, bo i khazadów zebrało się więcej. Z rykiem ruszyli naprzeciw siebie. Było pewnym, tylko jedni ostaną na nogach. No nogach ostaną się khazady! Prawdziwa rasa wojowników! Prawdziwi wojownicy! Tak też się stało, chwilę później większość zielonoskórych leżała już w swoich flakach. Paru próbowało uciec. Nie zdołali jednak…

Wkurwienie Ysassy jednak jeszcze nie opuszczało. W głowie pojawiła się pewna kalkulacja… Niezbyt skomplikowana, więc i ona ją prosto wyrachowała. Raz wystrzeliła z garłacza, potrzebowała więc amunicję na kolejny wystrzał. Spojrzała na te zielonoskóre maszkary i od razu wiedziała skąd ją zdobyć. Nie kamienie, nie gwoździe, nie tym razem… Podeszła do najbliższego trupa, chwyciła młot i zdzieliła nim truchło w szczękę. Zęby posypały się od razu. Podniosła jeden, obróciła dokoła i
- Nada się idealnie - z radością rzekła. Następnie zebrała około pięćdziesięciu takich ząbków. A jednak zielonoskóre łajzy się przydają czasem…

***

Wrócili do twierdzy. Obolali, z ubytkami, bez niektórych kompanów, ale wrócili. Ubili trochę tego ścierwa, to się liczyło. Nie ubili wszystkiego, ale może i na to przyjdzie kiedyś pora. Teraz trzeba się wykurować. Ysassa musi sobie umocnić ucho i ogólnie zawitać u medyka. Jednak nie to było teraz najważniejsze. Nie zdrowie, nie wygląd, ale co innego… Trzeba było odebrać zapłatę za ich misję. Nieudaną, bo nieudaną, ale zapłata się należała. Jako dowód Ysassa da jedną z biżuterii znalezionych przy martwych kobietach. Resztę wcześniej schowa. W ten sposób pokaże, że tam byli. Byli, ale było już za późno. A to, że byli za późno, to już nie ich wina. Zapłata się należała, przynajmniej częściowa. Miała nadzieję, że nikt jej nie będzie usiłował wmówić, że jest inaczej, a przy okazji jej znowu wkurwić. Zrozumie, że ktoś stracił cenne istoty, ale ona nie narażała też darmo swego życia, a także życia kompanów…

Później jeszcze dodatkowo sprzeda krasnoludzkie wisiorki ze złotymi motywami, znalezione przy orczych zwłokach, a także odda do naprawy zbroję.
 

Ostatnio edytowane przez AJT : 19-07-2013 o 21:20.
AJT jest teraz online  
Stary 19-07-2013, 15:18   #8
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 11995 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację

Detlef z widocznym na zarośniętej twarzy znudzeniem opierał się o młot bojowy postawiony głownią na wybrukowanej ulicy. Lewe przedramię chronił powgniatany i poszczerbiony w kilku miejscach puklerz, w prawej ręce ściskał trzonek topora wyważonego specjalnie do rzucania. Oczy osadzone głęboko w topornej, jakby z grubsza tylko ciosanej twarzy od niechcenia lustrowały wylot uliczki. Naraz grubas podniósł dłoń i podrapał się po wygolonej czaszce - pozostała część włosów została zaczesana i usztywniona tworząc nieduży czub. Dało się zauważyć brak większej części lewego ucha (wszystko wskazywało na to, że zostało odgryzione), a także ostatniej kości palca serdecznego prawej dłoni.

Poprzecierany i pocerowany w wielu miejscach kubrak, jak i cała przysadzista postać krasnoluda była niechlujna i choć można było tłumaczyć to oblężeniem twierdzy oraz działaniami wojennymi, to po prawdzie doskonale oddawała charakter Detlefa. Wyposażony w piwny bank brodacz nie był skomplikowany, by nie powiedzieć - prosty. Do szczęścia potrzebował piwa, gorzałki, piwa, żarcia, złota, piwa, dać komuś po mordzie, chędożenia, piwa i grobich do ubicia. Wspominałem, że Detlef lubi piwo?

Apogeum znudzenia nastąpiło, kiedy brudny sękaty paluch sięgnął w stronę bulwiastego, przypominającego ziemniak nochala i zagłębił się w nim, fedrując niczym górnik. Na tej czynności przyłapał go goblin, który zaraz zniknął za murem. Przez chwilę paluch przerwał swoją pracę, zdawać by się mogło, że utknął, jednak po chwili wycofał się na powierzchnię. Grubas uturlał sporej wielkości kulkę i pstryknął ją w kierunku załomu, za którym zniknął grobi. Podszedł kilka kroków i wyjrzał.

Dekapitację gobosa przyjął bez mrugnięcia okiem. Trzech zbliżających się orków nie mógł zignorować. Biegiem wrócił na swoją wcześniejszą pozycję i dał nura w dymiące zgliszcza domostwa po prawej, chowając się za ocalałym fragmentem ściany.

Zielonoskórzy brzęcząc kawałkami nie pasującego do siebie i pochodzącego z różnych źródeł pancerza nie podejrzewając fortelu pobiegli dalej. Detlef wynurzył się z nadpalonego otworu wejściowego i wybiegł na środek uliczki. W ślad za znienawidzonymi wrogami poleciał toporek i z chrzęstem rozerwał pordzewiały fragment zbroi kolczej, wbijając się głęboko między łopatki orka. Trafiony zawył i zatrzymał się, próbując wyszarpnąć krasnoludzki oręż.

Pozostała dwójka szybko otrząsnęła się z zaskoczenia. Ruszyli na Detlefa, którego pozycja na szeroko rozstawionych nogach i ledwo zauważalne balansowanie ciałem świadczyły o doświadczeniu w walce. Bo i nie było to pierwsze spotkanie brodacza z tymi paskudami.

Na spotkanie orków poleciał drugi topór, jednak tym razem nie sięgnął celu. Detlef mruknął tylko rozczarowany i zamachnął się potężnie na pierwszego z napastników. Stalowe guzy głowni młota zadzwoniły o hełm zielonoskórego, który przeżył wyłącznie dzięki byczemu karkowi, w jaki tę spaczoną rasę wyposażyli Mroczni Bogowie. Z nosa i pyska orka polała się ciemna krew, a oszołomiony mocnym ciosem nie był w stanie przełamać obrony Detlefa. Jego pobratymiec także się nie popisał - krasnolud z łatwością odskoczył i zębate ostrze zadzwoniło o bruk krzesząc skry. Niestety kolejny cios krasnoluda także nie doszedł celu.

Do walki włączył się trzeci ork, który najwyraźniej zrezygnował z prób wyciągnięcia tkwiącego w plecach toporka. Detlef skupił się na ranionym w głowę, chcąc wyeliminować jednego przeciwnika po drugim. Walka z trzema naraz mogła się źle skończyć. Szybka wymiana ciosów, parowania i uniki, uderzenia barkiem w zwarciu i kopniaki. To była brudna walka, ale tak właśnie walczy się o życie.

Wreszcie krwawiący z kilku płytkich ran krasnolud silnym ciosem dosłownie zmiótł rannego wcześniej przeciwnika, który padł ze zgruchotanym barkiem. Idąc za ciosem wdarł się pomiędzy wrogów i kolejne uderzenie zadudniło o stalową płytę chroniącą korpus zielonoskórego. Zaskoczone przełamaniem ich szyku stwory nie były w stanie zareagować odpowiednio szybko, a Detlef poprawił poprzedni cios tym razem zgniatając osłonę i wbijając ją w jamę brzuszną orka, który padł w konwulsjach na ziemię.

Ostatni mimo tego, że dotąd nie odniósł żadnej rany warknął coś, rzucił swoim nieporęcznym toporem w krasnoluda i dał nogę, kierując się prosto na pozycję Glandira. Detlef przyjął nieporadny cios na puklerz i splunął, nie przypadkiem trafiając któregoś z ubitych wrogów.
- Za grosz honoru, psiekrwie jedne! - skrzywił się z niesmakiem. Pozbierał toporki i truchtem ruszył za uciekającym przeciwnikiem.

Nim go dopadł, zdezorientowany ork został rozpruty sztyletem Thorina. Jeszcze trofea sobie z zielonoskórca zbierał, podlec jeden.
- Mój był... - powiedział z wyrzutem, nie było jednak czasu rozstrzygać kwestie dobrego wychowania. Innym razem.

Thorin, chyba w rewanżu, wskazał kłębowisko grobich pod ścianą jednego z budynków. Ruszyli obaj i weszli niczym tarany, rozrzucając gobosy na boki. Okazało się, że pod chmarą zielonych, uciekających teraz w panice paskud byli dwaj krasnoludowie. Jeden, Skalli, wyglądał nie najkorzystniej, ale wciąż się ruszał, drugiego trzeba było nieść. To był Hargin.

Wrócili na niedokończoną barykadę.

Drużyna krasnoludów okazała się nie do przejścia dla zielonej nawały. Raz za razem kolejny zielonoskóry padał pod ciosem krasnoludzkiego młota lub topora. Wkrótce orkowie zrozumieli, że mimo ran krasnoludowie nie złamią się. Pierzchli. Zapewne po to, by wrócić w większej liczbie.

Trzeciego orka Detlef powalił, gdy ten porzuciwszy broń próbował uciekać. Cios w plecy złamał paskudzie kręgosłup i posłał na śliski od czarnej posoki bruk. Czwarty padł z dwoma toporkami sterczącymi z pleców. Dzisiaj Detlef miał pewną rękę do rzutów. Z tego samego powodu ulgę poczuł Roran, któremu wspomniane toporki ze świstem przemknęły tuż obok głowy. Dobry jest dzień, kiedy Detlefowi nie zadrży ręka. Naprawdę dobry. Dla wszystkich. No chyba, że jesteś zielonoskórcem...

Dostali sygnał do wymarszu. Nie było ich przeznaczeniem zostać tutaj i szukać śmierci w zniszczonym mieście. Jeszcze nie.

Detlef pozbierał swoje topory i bez skrupułów przywłaszczył sobie łupy zagrabione przez ubitych przez siebie zielonoskórych. Drobnica sama, ale najbardziej wartościowa zdobycz przeznaczona była dla wodzów orkowej armii. Splunął z obrzydzeniem.

* * *



- I wtedy, mówię ci, ten wielgachny szczur odgryzł mi ucho... o, tutaj! - Detlef pokazał jakiemuś młodzikowi niekompletny narząd - Ja żem rozszarpał mu zębami gardło... - zakończył opowieść i przechylił kufel.
- Ehh... - naczynie okazało się puste, co krasnolud pokazał wszystkim przechylając kufel do góry dnem. - Co tu tak o suchym pysku będziem siedzieć... - szurnął ławą i wstał, kierując się do coraz bardziej pustego antałka. Oblężenie dawało się coraz bardziej we znaki. Przyjdzie się im poddać, kiedy piwa zabraknie...

Ceny w oblężonej górskiej siedzibie poszły w górę. Zupełnie, jakby kupcy chcieli zedrzeć ostatnią koszulę ze swoich klientów. Z drugiej strony nie było wyjścia i tylko żal chwytał za gardło, kiedy złocisze wypływały z coraz chudszej sakiewki. Straszne czasy...
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...

Ostatnio edytowane przez Gob1in : 20-07-2013 o 00:26.
Gob1in jest offline  
Stary 19-07-2013, 22:48   #9
 
vanadu's Avatar
 
Reputacja: 115 vanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znany
Trzeba było uciekać. Banda zielonoskórych była tuż za plecami. Na szczęście Roran zbyt wiele lat przeżył by dać skasować tak łatwo. Nie był młodym krasnoludem. Dożył wieku w którym mówiono o nim – długobrody. Był doświadczony przez życie, przez zielonych i przez wiele innych rzeczy, w tym okazjonalne boleści w wątrobie, i chwilową biedę. Był postawny, pokryty bliznami i solidny. Tak solidny jak drzewo które wrosło korzeniami w glebę, osiadając na swym miejscu. Nie zmieni się już, na to za późno ale trwa i trwa, choć mijają ery. Długa broda, w kolorze brudnego piasku, obijała się o jego kolczugę.


Hełm kołysał się, gdy iście gonieckim tempem khazad szarżował główną ulicą, mijając spalone domy, szczątki i ruiny. Wypadł w końcu na plac i dostrzegł ruiny barykady i innego khazada,- z kuszą na plecach i toporami w dłoni. Roran ruszył ku niemu dłonią wskazując za siebie i krzycząc: -Uważaj, nadchodzą. Chwytaj kuszę. po czym biorąc w ręce topór do rzucania, ostatnim zrywem zmęczonego ciała rzucił się ku niemu. Zmęczenie nie pozwalało jednak odskoczyc dostatecznie szybko.

Z trudem utrzymywać udawało się niklom przewagę odległości. Dobiegłszy na skraj skrzyżowania, zbójnik zatrzymał się dysząc. Dość. Ani kroku dalej. To ponad niego. Po lewej jakiś krasnolud siekał orka. Blokowało to drogę uskoku w tamtą stronę. Roran zawrócił więc i zrobił jedyne co mógł. Zaatakował. Jego topór poszybował i wbił się w orka, który ruszył dalej. Wielu ich było. Za wielu. Mimo tylu uników i pięknych parad dwa ich ciosy wchodzą rozcinając klatkę piersiową Rorana. Kolejne dwa bydłozieloniaki obeszły go i otoczyły. Dezorientacja utrudnia walkę. Ośmiu wrogów i jeden krasnolud. Jego topór tnie lekko jednego z napastników, uszkadzając mu rękę. Kolejny atak rozłupuje jakiemuś orkowi głowę, kolejny dobija rannego. Trzy orki próbowały dosięgnąć krasnoluda, lecz ten wywinął się wspaniale niczym jakiś akrobata.

Śmiech Rorana rozedrgał się pomiędzy ruinami. U jego boku pojawił się towarzysz, pancernie ubrany krasnolud, atakujący część przeciwników. Nie wyrzekł ani słowa. Roran wprost przeciwnie. Z dzikim rykiem rozpoczął szarżę. Ciosy przeciwników odbijają się od niego, gdy rzuca się na wielkiego brzydala. Niestety pudłuje. Kop orka posłał rozbójnika na glebę. Jego towarzysz rozciął Roranowi udo swym masywnym cięciem. Cięcie toporem niewiele ponad ziemię odcina jednemu z upierdliwców stopę, posyłając i jego na bruk. Khazad który włączył się do walki pomógł na szczęście się Roranowi podnieść, i już po chwili obaj cofali się szybko. Orki zatrzymały się. Szybko dotarli w strone barykady. Orkowie napływają wciąż nowi. Na szczęście pojawiają się i nowe krasnoludy, w tym ranne. Jednemu z trzymających się gorzej zbójnik wręczył miksturę leczniczą. Zielonoskórzy ruszyli ponownie. Garłacz wypalony z małego tłumku obrońców poharatał napastników. Po krótkie i ostrej szarży krasnoludów wrogowie rzucili się do ucieczki. Roran zaś za nimi. Khazad! Dobijać

Dobijanie okazało się korzystne. Roran odzyskał topór, zabrał drugi, a także zagarnął kilka krasnoludzkich wisiorków, broszek, złoty kielich, srebrną pieczęć – same fajne graty. No i pamiątkę, oryginalny kształtem orczy hełm. Opuścili ruiny, wróciwszy do Karak Azul. Po kilku dniach rozglądania się udało się opchnąć brosze, wisiory i pieczęć – starczyło akurat na solidne kolcze nogawice, przepłacone ponad nadmiar. Topór pozyskany wymienił na wojskowe wysokie, podkute stalą buty co spadły z wojskowego transportu i tłuszcz do ich smarowania chyba dołączony do spadającej paczki. Eligancki kubek i dziwny hełm zatrzymał. Było nieźle. Po zapłaceniu za naprawę zbroi, opatrzenie i leki starczyło akurat na styk. Zostawało poczekać.
 
vanadu jest offline  
Stary 20-07-2013, 11:51   #10
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 12975 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację
Karak Norn. Jakiś czas temu

Drzwi do skromnego domu w dzielnicy rzemieślników otwarły się z głośnym i przeciągłym piskiem nienaoliwionych zawiasów. Pan domu od kilku tygodni ociągał się z naprawieniem tej skromnej, lecz niepomiernie irytującej usterki. Co prawda takie skrzypienie było świetnym alarmem gdyby do domu miał wkraść się jaki włamywacz, lecz tak po prawdzie od dekad w tej khazadzkiej twierdzy nie odnotowano żadnego włamania. W progu domostwa stanął siwobrody topornik. Jego płytowa zbroja zadźwięczała, kiedy ciężkimi krokami wkroczył do środka. Badawczym spojrzeniem obrzucił krótki i zagracony niepotrzebnymi rzeczami przedpokój. Krasnoludy z natury były niechlujami. Tylko ci doświadczeni stażem żołnierze, mający w krwi nawyk dbania o porządek w swej kwaterze pilnowali czystości w swym otoczeniu. Po za tym, domostwo potrzebowało kobiecej ręki. Zdecydowanie.

Z jednego, z trzech pokoi wyłonił sie młody krasnolud uśmiechając się na widok ciężko opancerzonego brodacza.
-Dziadku!- powitał starca. Twarz Torinna rozchmurzyła się na chwilę.
-Witaj młodzieńcze.- odrzekł, kładąc dłoń na ramieniu wnuka -Gdzie ojciec?-
-Śpi w swej izbie.- odpowiedział młodzik. Stary tarczownik skinął głową. -Udaj się do swego pokoju, porozprawiam z ojcem i przyjdę do Ciebie. Opowiesz jak idzie nauka strzelania z kuszy.-
-Dobrze dziadku.- chłopak zniknął w pokoju, z którego przed chwilą wyszedł. Twarz Torinna znów spochmurniała. Wojak odchrząknął i ruszył dziarskim krokiem w stronę izby Glandira. Otwarł drzwi z impetem i dostrzegł swego syna, zakopanego pod puchową kołdrą. Flaszki po winie i bimbrze walały się po podłodze tak gęsto jak brudne łachy brodacza.
-Zbudź się!- rozkazał wojskowym tonem. Glandir otwarł niemrawo oczy i przetarł twarz dłonią.

-Cóż się dzieje...- burknął mlaskając od niesmaku w ustach spowodowanego nadmiarem spożytego alkoholu.
-To ja Ciebie pytam co się dzieje.- rzekł zamykając drzwi do izby syna -Był u mnie Borran.- rzekł chłodno siadając na drewnianym stołku, który leżał przewrócony pod ścianą.
-Po co...- spytał Glandir spuszczając wzrok na podłogę.
-Po dziewięć złotych monet, które to przegrałeś z nim miesiąc temu w kości...- wyjaśnił, mimo iż wyjaśnienia potrzebne tutaj nie były. Glandir wygramolił się z łóżka i rozejrzał po pokoju za flanelową koszulą.
-I co?- spytał speszony.
-Gówno!- odrzekł a dozą złości i agresji stary wojownik -Masz za sobą ponad pięć dekad życia a zamiast mądrzeć wydajesz się głupieć! Czy ty myślisz, że będę płacić twoje długi?- spytał zaciskając dłoń w pięść.

Glandir nabrał kolorów na twarzy.
-Plamisz honor naszej rodziny. Przynosisz mi wstyd. Przynosisz wstyd memu ojcowi i dziadowi! Dość mam strzępienia języka na twoje przewiny. Jorunna zabieram do siebie, pod me skrzydła. Dom twój sprzedaję na poczet twoich długów i nauk Jorunna. Jutro ruszasz do Karak Azul, ostatnimi czasy robi się tam bardzo niebezpiecznie. Ponoć orkowie coraz śmielej sobie poczynają u podnóża twierdzy. Ruszysz wraz z grupą trzydziestu tarczowników.- oznajmił starzec.
-Nie możesz!- zaprotestował Glandir.
-Owszem mogę! Jestem twoim dowódcą i ojcem. Masz to na uwadze?!- spytał zaciskając ponownie dłoń w pięść -Pod twoją nieobecność zaopiekuję się Jorunnem Ty zaś nabierzesz doświadczenia w prawdziwej wojaczce.- dodał na koniec. Glandir skrzywił się na twarzy. Choć bardzo chciał, nie potrafił sprzeciwić się Torinnowi. Autorytet starego krasnoluda był tak twardy i potężny, że nawet najwięksi skurwiele w rozmowie z nim nie potrafili sprostać jego stanowczości. Stary khazad wyszedł z pokoju syna jak gdyby nigdy nic i zamknął za sobą drzwi. Glandir złapał za przypadkową flaszkę, w której znajdowało się jeszcze trochę gorzałki, wypił wszystko duszkiem po czym cisnął nią o ścianę roztrzaskując na drobne kawałki...

~***~

To już grubo ponad pół roku minęło, gdy Glandir dotarł do bram Karak Azul. Sytuacja w mieście faktycznie była mocno napięta i nerwowa. Wieści zwiadowców coraz częściej niepokoiły władców twierdzy. Glandir wraz z sporą grupą tarczowników, łapał się byle jakiego zajęcia byleby tylko nie zastać w miejscu. Dla wojownika byłoby to przekleństwem. To zatrudniał się do pomocy kowalom w dzielnicy rzemieślników, to podejmował się pomocy przy oczyszczaniu podziemnych tuneli z wszelkiej maści plugastwa i cholerstwa. Żadne z tych zajęć nie mogło jednak dostatecznie skupić uwagi brodacza od rozmyślań nad swoim życiem i tęsknotą za synem. Może nie był przykładnym ojcem, lecz zawsze robił wszystko dla swego potomka. W kości też grał dla niego. Liczył, że los się w końcu odmieni i wygra jakąś sporą sumkę, którą mógłby odłożyć na przyszłość Jorunna. Los jednak nie był łaskawy. Podobnie jak i surowy ojciec, który z całą pewnością robił chciał dla Glandira tak samo dobrze jak i Glandir dla swego dziecka.


Glandir syn Torrina, miał świadomość, że reprezentuje sobą Karak Norn, które wszak żyło w wielkiej zgodzie i przyjaźni z Karak Azul czego dowodem były skromne ale zawsze jakieś posiłki w sile trzydziestu jeden wojowników. Tarczownik choć pozwalał sobie na grę w kości i liczne toasty na szczęście nie doprowadzał się do takiego stanu jak w rodzinnym domu. Nie trza go było prowadzić do łóżka i sprzątać jego wymiocin z pod stołu w szynkach, gdzie wydawał zarobione złoto. Ba. Nawet udawało mu się coś odkładać. Brodacz dbał o zbroję, regularnie ostrzył topór i czyścił tarczę, która go reprezentowała. Pamiętał do dziś dnia, jak ojciec wręczył mu tę tarczę w pierwszy dzień służby. To było lata temu, kiedy kończył karierę czeladnika kowala i postanowił nająć się do tarczowników.
Tak oto Glandir syn Torrina przypominał dumnego i godnego uwagi wojaka. Już dość długa broda zadbana, choć rozpuszczona powiewała do piersi. Włosy jego splecione w jeden warkocz.

Khazad dbał nawet o buty. Nie chciał by pogłoski o niechlujstwie syna Torrina dotarły do uszu ojca, przecież miał się zmienić na lepsze i dać ojcowi powody do dumy a nie odwrotnie. Miał dać przede wszystkim powody do dumy swemu potomkowi, by mógł z wypiętą piersią przedstawiać się "Jorunn, syn Glandira". Być może świadczyło to o zbyt wielkiej uczuciowości Glandira, lecz on o to nie dbał. Kochał syna jak najcenniejszy skarb na świecie i nie miał zamiaru się tego wstydzić.
Los zwykłego najemnika, jakim w Karak Azul był Glandir miał się w końcu odmienić raz na zawsze. Było to w czasie, gdy orkowie już nie czaili się po jaskiniach między górskimi szczytami a otwarcie zbierali siły u podnóża twierdzy.
Glandir tego dnia nie pracował. Pykał fajkę w towarzystwie kilku poznanych jakiś czas temu brodaczy rodem z Azul, gdy do szynku wszedł Gerval. Ten, który opętańczo szukał kogoś chętnego do pomocy. Glandir widział, jak na prośbę zejścia do splądrowanego i zrównanego z ziemią Izor po dwie zaginione dusze ważne dla Gervala, wojownicy pukali się po czołach i stanowczo odmawiali samobójczej misji.

Glandir widział w oczach nieszczęśnika taki żal i rozpacz, jak nigdy wcześniej. Nawet gdy kolejny raz zawodził swego ojca nie dostrzegł w jego spojrzeniu tyle smutku, co u nieszczęsnego Gervala.
-Pójdę.- rzekł, może niezbyt roztropnie, lecz z pewnością szlachetnie. Wzrok lokalnej klienteli skupił się na synu Torrina w momencie. "Szaleniec", "dureń", "samobójca", słyszał za plecami, lecz nie dał po sobie poznać jak obawy i niepewność napędzają jego i tak bijące jak w kuźni młot serce.
-Pójdę i Grimnir mi świadkiem, że jeśli one żyją odstawię je bezpiecznie u drzwi twego domu. Inaczej nie nazywam się Glandir Torrinsson!- rzekł by dodać sobie więcej animuszu. Czuł jak właśnie zaistniał zalążek legendy o Glandirze odważnym i szalonym, zarazem. Mężczyźni opuścili szynk by dogadać szczegóły zadania. Hojność Gervala zdawała się nie znać granic. Życie dwóch zaginionych kobiet było ważniejsze niż cały majątek brodacza, a może nawet i zaciągnięty na potrzebę misji dług. Kto wie. Glandir znaleźć miał kilku pomocników do tej misji, wszak samemu nic by nie wskórał w ruinach Izor, gdzie orkowie przechadzali się jak po swoich terenach.
I tak zrobił jak poczynić miał. Odnalazł kilku chętnych, równie szalonych co on by udać się z misją odnalezienia dwóch ukrytych kobiet w ziemiance, na terenie splądrowanej posesji w Izor...

~***~

Stalowa tarcza ojca, spoczywała na plecach krasnoluda przewieszona paskiem przez bark. W ręku zaś dzierżył dwa toporki. Jeden mniejszy, specjalnie wyważony tak by ciskać nim w przeciwnika na niewielkie odległości, drugi zaś do walki w zwarciu. Oddychał ciężko. Szkolenie i praktyki, które odbył w swoim życiu zawsze odbywały się w ciasnych korytarzach rodzimej twierdzy. Kilka razy tylko przyszło mu "działać" na otwartym terenie i zawsze w zdecydowanej przewadze przeciwko przeciwnikowi. Teraz zaś było ich zaledwie kilkoro z tego każdy w innym miejscu, gdyż tego wymagała taktyka. Ysassa pobiegła odszukać kobiety, on zaś i reszta wojowników rozproszonych po najbliższej okolicy pilnowali tyłów.
-Spiesz się Ysasso... Spiesz się...- syknął pod nosem czując jak kropla potu spływa mu po skroni. Nagle ciszę i dźwięki strzelającego gdzieś nieopodal ognia, przerwał szaleńczy śmiech. Glandir pochylił się momentalnie by pozostać niezauważonym i nagle dostrzegł jakiegoś nieznajomego khazada, uciekającego przed grupą orków.

-Na bogów...- syknął otwierając ze zdziwienia oczy. Glandir rozejrzał się dookoła. W zasięgu jego wzroku nie było ani jednego z jego towarzyszy, to też po chwili wahania postanowił pomóc nieznajomemu. Kolejny akt szaleństwa w wykonaniu syna Torrina. Wybiegł zza skrzyń skupiając się na tym orku, który był tuż za nieznajomym. Sekunda wystarczyła do podjęcia decyzji. Toporek do rzucania poszybował z impetem ciśnięty przez Glandira. Ork miał szczęście, lecz jego kamrat już nie. Głowica broni wbiła się w bok zielonoskórego skupiając jego uwagę na wyszarpywaniu broni z ciała. Glandir nawet nie czekał chwili. Od razu porwał się do walki, ściągając z pleców tarczę. W końcu nadszedł czas by sprawdzić na co poszły lata ćwiczeń i szkoleń. Glandir natarł na orka, lecz ten zdołał odbić cios swoim siepaczem. To jednak nie zniechęciło tarczownika ani trochę. Kątem oka dostrzegł jak nieznajomy krasnolud również atakuje swych przeciwników i vice versa.
To wszystko trwało ułamek sekundy. Wymiana ciosów, kilka uników i błyskawicznych zasłon tarczą. O mały włos a Glandir nie straciłby nogi, lecz na szczęście był szybszy od ostrza zielonoskórego...

W całej zawierusze Glandir dostrzegł odsłonięty brzuch jednego z przeciwników. Ciął błyskawicznie i skutecznie. Ostra jak brzytwa głowica topora rozcięła skórę i mięśnie brzucha oponenta tak, że z ogromnej rany wylała się kałuża krwi i wnętrzności orka. Ten stanął jak wryty a Glandir posłał mu tak silnego kopniaka, że ork zatoczył się do tyłu i upadł dobre dwa metry dalej. Serce biło mu jak dzwon a zmysły choć wyczulone zastrzykiem adrenaliny nie nadążały za tym co działo się dookoła. Nagle w pobliżu pojawiła się Ysassa. Khazad dostrzegł ją tylko kątem oka, gdyż kolejny ork nacierał na niego bezlitośnie. Zielonoskóry pochylił się lekko wyprowadzając solidny cios z góry i Glandir znów dostrzegł swoją okazję. Bez namysłu wyprowadził zamach z boku i toporek dosłownie roztrzaskał łepetynę orka na krwawą miazgę. Trup padł u stóp Glandira.
-Do mnie! Wszyscy!- krzyknął tak głośno jak tylko potrafił z nadzieję, że rozproszeni kamraci go usłyszą.
-Trzymać szyk! Ramię w ramię!- dodał po krótkiej chwili.

Syn Torrina odwrócił głowię i dostrzegł jak nieznajomy czołga się na czworaka w jego stronę. Ńa bogów!~ pomyślał widząc stan brodacza. Glandir od razu doskoczył do niego i pomógł mu wstać na nogi przeplatając jego rękę przez swoje ramię tak jak się prowadzi kulejącego, pędem ruszyli w stronę barykady...

~***~

-Dobra robota Ysasso!- warknął z trudem utrzymując rannego krasnoluda, którego wspomógł w walce z orkami -Dotarłaś do ziemianki o której mówił lord?- dodał po chwili ciężko dysząc. Krasnoludzka kobieta wejrzała na Glandira i skinęła mu głową.
-Znalazłaś je?...- spytał jakby przeczuwając odpowiedź. Krasnoludzica skinęła głową, lecz jej wyraz twarzy mówił wszystko. Glandir zacisnął lewicę, którą trzymał swój topór. Ciekaw był jak przekaże te złe wieści swemu pracodawcy.

~***~

Glandir wyciągnął dłoń w stronę Gervala. Reszta drużyny stała za jego plecami w milczeniu. Zaniepokojony lord wyciągnął dłoń w stronę Glandira. Ten tylko wręczył mu kilka złotych błyskotek, które Ysassa znalazła przy ciałach kobiet, a które wręczyła Glandirowi w drodze powrotnej do twierdzy. Oczy Gervala zaszkliły się gdy tylko ujrzał błyskotki.
-Było za późno panie.- wyjaśnił -Ciał nie dało się zabrać. Było zbyt wielu orków...- dodał po chwili.
-Przynajmniej... Przynajmniej nie będę żył w niepewności...- odrzekł łamiącym się głosem. Brodacz przełknął ślinę i wyszedł na chwilę z izby, w której gościł Glandira i resztę. Po chwili wrócił z kuferkiem pełnym złota.
-Zrobiliście co mogliście, lecz oczywiste jest, że nie mogę dać wam obiecanej zapłaty.- rzekł lord. Glandir nawet nie pomyślał by się z tym nie zgodzić.

-Oto dwieście złotych monet. Dowód mej wdzięczności za wasze poświęcenie i przelaną krew...- rzekł -Król ogłosił stan wojny. Karczmy będą pozamykane, nigdzie schronienia nie znajdziecie. Zostańcie w mej posiadłości jeśli chcecie. Nie mogę wam zaoferować wygodnych pokoi, lecz jeśli wam to odpowiada karzę przyszykować miejsce w piwnicy. Tak długo jak będziecie chcieli tu zostać.- wyjaśnił okazując swoją wdzięczność. Glandir podszedł do mężczyzny i położył mu dłoń na ramieniu.
-Dziękujemy panie. Jestem pewien, że jeszcze kiedyś spotkasz się z żoną i kuzynką...- rzekł po czym odwrócił się do swych towarzyszy.
-Słyszeliście. Kto chce zostanie ze mną tutaj, by zaleczyć rany i odpocząć. Kto nie chce, niechaj zabierze należną część złota i rusza w swoją stronę.- rzekł. Miał zamiar podzielić złoto równo dla każdego, w takiej samej ilości.
-Ty również, możesz z nami zostać jeśli nie masz gdzie się udać.- rzekł patrząc Roranowi prosto w oczy...
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!
Nefarius jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:14.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166