Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-12-2013, 21:14   #1
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Reputacja: 592 Ulli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemu
[WH II ed.] Okrutny Koniec


Adres na odwrocie pergaminu prowadził do dzielnicy kupieckiej. Zapytawszy dwa razy o drogę, po kilkunastu minutach marszu znaleźli się u celu. Karczma „Trzy Jabłuszka” cieszyła się opinią jednej z najlepszych w Talabheim. Gdy weszli do środka natychmiast wyszła do nich właścicielka tego przybytku, niziołka – Wanda Trzy Jabłuszka.
-Czego sobie życzycie panowie?- zapytała przyjaźnie.
William podał karczmarce pergamin, który dostali od strażnika przy bramie.
-Hmmm... Aponimus Rone? Tak, gości u nas. Proszę za mną zaprowadzę.
Podążyli za niziołką na drugie piętro karczmy. Tam zaprowadziła ich do drzwi na końcu korytarza i zapukała.
Po kilku sekundach drzwi otworzył szczupły mężczyzna na oko trzydziestoletni.
-Goście do twojego szefa- powiedziała niziołka.
Mężczyzna skinął głową.
-No, to wracam do gości. Karczma się sama nie poprowadzi.
Wanda Trzy Jabłuszka zniknęła a mężczyzna przedstawił się jako Clatus von Thernoff. Zaprosił gości do środka, a gdy weszli zamknął za nimi drzwi. Znaleźli się w niewielkim przedsionku oświetlonym tuzinami świec i to mimo wczesnej pory i jasno świecącego słońca na zewnątrz. Wszelkie pytania von Thernoff zbył wzruszeniem ramion i słowami:
-Jego Iluminencja wszystko państwu wyjaśni.
Po czym zniknął w bocznych drzwiach pozostawiając bohaterów samych. Po około minucie otworzyły się drzwi do głównej komnaty i stanęła w nich szczupła zakapturzona postać. Wraz z pojawieniem się tajemniczej postaci, świece rozbłysły nagle, jeszcze bardziej rozjaśniając komnatę.
Postać ściągnęła z głowy kaptur ukazując bardzo jasną karnację skóry i białe, prawie przeźroczyste włosy. Oczy czarodzieja były prawie całkiem białe i nie posiadały widocznych tęczówek, co nadawało jego czarnym źrenicom niepokojący wygląd.
-William!- zawołał czarodziej do barda- Dawno cię nie widziałem. Stare dobre czasy. Dobrze cię znów widzieć w dobrym zdrowiu. Twoja osoba gwarantuje pomyślne załatwienie sprawy, którą mam do was. Zapraszam wejdźcie do środka.

Wnętrze komnaty było również oświetlone dziesiątkami świec. Czarodziej prychnął rozbawiony;
-Zaczadzieć można od tych świeczek. Wiem, że to tradycja Kolegium Światła, ale von Thernoff przesadza...

-Jak się zapewne domyślacie jestem Magister Aponimus Rone, Mistrz Kolegium Światła. Dziękuję za przybycie. Jeśli macie ochotę poczęstujcie się piwem.- czarodziej wskazał stojący na stole dzban.
Rozsiadł się wygodnie na jednym z krzeseł i popatrzył po zgromadzonych.




-Ale do rzeczy – rzekł klaszcząc w dłonie- Wiem, że nie próżnujecie. Z pewnością czekają gdzieś na was jakieś przygody, skarby do zdobycia, więc nie będę marnował waszego czasu. Ostatniego miesiąca czasu orki mała dziewczynka o imieniu Corrine szła brzegiem rzeki Aver z ojcem, chłopem o imieniu Gotthold. Mała zeznała potem, że jej ojciec nagle stanął w płomieniach i w ciągu kilku chwil spalił się na jej oczach na popiół. Dziewczynce, pomimo że trzymała dłoń płonącego mężczyzny, nic się nie stało. Corinne oskarżono o czarostwo i zapewne wiecie, jaki los spotyka w tych stronach wiedźmy. Mała miała zaledwie siedem lat. Dwa tygodnie później, młody kupiec o imieniu Ringstorff zapalił się kolumną biało-niebieskiego ognia na Planzerplatz, głównym rynku Averheim, na oczach tuzinów świadków. Nikt nie potrafił wyjaśnić przyczyny jego śmierci.

Rone zamilkł na chwilę, pozwalając gościom na przetrawienie tych informacji.

-W tej okolicy od kilku miesięcy dochodzi do spontanicznych samospaleń. Ich ofiarami padło już osiem osób, a przynajmniej o tylu wiemy. Obecnie Averheim pozbawiony jest Księcia-Elektora. Cechy i szlachta walczą o wpływy, nikt z możnych nie ma czasu przejmować się tym, że zwykli ludzie stają w płomieniach- Rone uśmiechnął się sarkastycznie- Oczywiście wszyscy po cichu obwiniają nas.
Czarodziej potrząsnął głową po czym spojrzał spojrzał głęboko w oczy po kolei każdego z gości.
- To niedopuszczalne. Czy sobie tego życzą czy nie, obywatele Imperium znajdują się pod naszą opieką. Ochrona ich życia przed siłami mistycznymi oraz nadprzyrodzonymi to obowiązek, którego poprzysięgliśmy dopełnić. Kolegium Światła zamierza skierować was, najszybciej jak to możliwie, do Averheim, stolicy prowincji Averland. Tam doszło do większości spontanicznych samospaleń. Chcemy, abyście odkryli przyczynę tych zgonów i położyli im kres. Wysiłek przysporzy wam słusznej chwały. Zostaniecie też godziwie wynagrodzeni. Jakie macie pytania?
 
Ulli jest offline  
Stary 22-12-2013, 00:06   #2
 
Aro.is's Avatar
 
Reputacja: 148 Aro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znany
"Niech zginie świat,
byleby sprawiedliwości
stało się zadość.
"




* * *


"Drogi przyjacielu,

Wieści o Twym zdrowiu i dobrobycie ucieszyły mnie niezmiernie. Przyznam, że kamień spadł mi z serca kiedy dowiedziałem się, że Middenland potraktował Cię o wiele łagodniej niż innych podróżników. Do Nuln co i rusz docierają pogłoski o nędznym stanie północnych prowincji. Doprawdy, nie wiem dlaczego wbrew mym radom udałeś się akurat w tamte strony, ale zawsze byłeś upartym osłem i raz podjętej decyzji nie zwykłeś zmieniać. Mimo wszystko muszę pogratulować Tobie odniesionego w Middenheim sukcesu. Nie wiem, jak zdołałeś przekonać Ulrykanów do pomocy - wyczyn doprawdy godny podziwu.

W Nuln, jak to w Nuln. Wszystko po staremu, jeśli nie liczyć zwyczajowych problemów. Zaprawdę żałuję, że nie mogę ucieszyć Cię jakąś zabawną historyjką bądź pikantną pogłoską, ale obawiam się że w porównaniu z Twoimi perypetiami miejskie dramaty bledną. Jestem zadowolony z faktu, że postanowiłeś opuścić zgliszcza północy i udać się w bardziej przyjazne strony. Wątpię jednak w szczerość Twych powodów. Prawda, tęsknisz za Josefiną i swym siostrzeńcem, ale zbliża się Święto Wina i znam Cię - abstynencja jest Ci obca, nigdy nie przepuściłbyś takiej okazji do świętowania. To zapewne ta averlandzka krew w Twoich żyłach.

Mam nadzieję, że kiedy w końcu znudzi Ci się Averheim, zawitasz do Nuln. Wieki minęły od Twojej ostatniej wizyty i zaczyna nam brakować Twojej brodatej gęby. Nawet sam Arcykapłan coraz częściej dopytuje się o datę Twej następnej wizyty. Nie każ nam czekać i przybywaj jak najprędzej!

Niech Verena Cię błogosławi.

Do, mam nadzieję, rychłego zobaczenia,
Twój przyjaciel,
Klemenz Fleischer"


* * *


Elias Axel Richter dał się poznać kompanom, przede wszystkim, jako człowiek pobożny. Daleko mu było jednak do fanatyków i zaślepionych bigotów, których w Imperium było na pęczki. Ale on do nich nie należał, o nie, nie. Jak sam z dumą i wypiętą piersią oznajmił przy pierwszym spotkaniu, "służy Verenie - Bogini Nauki, Wiedzy i Sprawiedliwości". Chociaż takie oświadczenia były zbędne, bowiem zdradzała go trochę aparycja - białe szaty, miecz przy pasie, srebrny medalion z wizerunkiem sowy.


Elias był, jak na kapłana, całkiem przyjemnym człowiekiem. Owszem, czasami kogoś skarcił, czasami nieprzychylnie spojrzał, ale ogółem nie był najgorszym towarzyszem podróży. Miał, na ten przykład, wiele ciekawych opowieści, które zasłyszał podróżując po Imperium w służbie swej Pani i potrafił całkiem sporo wypić. Edukacja w świątyni Vereny w Nuln również odcisnęła się na jego mowie - podobno pochodził z Averheim, ale ciężko było dosłyszeć w jego mowie ten averlandzki akcent. Gadał jak uczony.

Averlandczyk podczas swych podróży spotkał wielu magów i wiele o magii wiedział, ale otrzymana przy wjeździe do Talabheim wiadomość i tak zdołała go zaskoczyć. Imię nadawcy jeszcze bardziej pogłębiło eliasowe zaskoczenie i aż gwizdnął z zaskoczenia. Jak dotąd Magistrów widywał jedynie z daleka i "Jego Iluminencja" był pierwszym tak wysoko postawionym czarodziejem, który zaszczycił go audiencją.

Elias nie zamierzał kazać mu czekać.

* * *


"Braciszku!

Radość mnie rozpiera na samą myśl o Twej rychłej wizycie w Averheim. Twoja obecność jest, zwłaszcza teraz, mile widziana. Śmierć Fabiana nie była całkowitym zaskoczeniem, ale mimo wszystko nadal trudno mi ją zaakceptować. Staram się, jak mogę, ale zarządzanie rodzinnym interesem jest cięższe niż myślałam, zwłaszcza teraz kiedy miasto pełne jest przyjezdnych.

Twój siostrzeniec nie może się doczekać Twojego przybycia. Młody Elias nie jest już płaczliwym noworodkiem i staje się coraz większym utrapieniem. Richterowa krew w nim przeważa, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Czas pokaże, czy wyjdzie mu to na dobre.

Czekam na Ciebie z niecierpliwością.

Twoja kochająca siostra,
Josefina"


* * *


Averlandczyk, zająwszy miejsce w fotelu, uważnie wysłuchał Aponimusa i wyraźnie sposępniał, ale nie można było się mu dziwić. Bądź, co bądź, ale to o jego rodzinne miasto chodziło i śmierci niewinnych osób. Eliasa dziwił trochę fakt, że jego siostra nic nie wspomniała o tych dziwnych zapaleniach, ale może nie była ich wtedy świadoma. Nie zamierzał gdybać, woląc skupić się na tu i teraz.

- Niepokojące… - Kapłan mruknął pod nosem, ale zaraz dodał o wiele głośniej. - Wasza Iluminencjo, czy ofiary były w jakiś sposób ze sobą połączone? Znały się, może mieszkały w tej samej dzielnicy?

Aponimus pokręcił przecząco głową.
- Mieszkały zarówno w Averheim jak i w okolicach. Nic nie wskazuje na to by się znały, lub miały ze sobą cokolwiek wspólnego. Jedno co ich łączy to niski status. W większości byli to ludzie z gminu. Tacy którymi nikt się nie przejmuje.

Averlandczyk milczał przez chwilę, wyraźnie zamyślony, odzywając się dopiero po krótkiej chwili.
- Zanim ludzie zaczęli spontanicznie stawać w ogniu, czy były jakieś oznaki działalności ciemnych sił w Averheim? Kultystów? Czarodziejów-renegatów? Z całym szacunkiem dla waszej profesji, Wasza Iluminencjo, ale to się zdarza. Nie wszystkim podobają się Kolegia.

Mag również się na chwilę zamyślił, po czym odpowiedział.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Choć istotnie wygląda na to, jakby ktoś nieumiejętnie bawił się magią. Problem w tym, że na odległość ciężko ustalić takie rzeczy. Dlatego wysyłam was do Averheim. Mnie zajmują sprawy w innej części Imperium. Cały czas trwają walki z dużo bardziej namacalnym wrogiem niż ten w Averheim.

- Cóż, nie znajdziemy odpowiedzi tutaj, w Talabheim. - Stwierdził bardzo odkrywczo Richter, podnosząc się z fotela. - Nie powinniśmy więc marnować czasu. Czy jest coś, Wasza Iluminencjo, co powinniśmy wiedzieć? Jakieś poszlaki?

- Tak. - Odpowiedział mag. - Mam wam do przekazania listę świadków. Oto ona…
Aponimus wstał i podszedł do stołu na którym leżała sterta pergaminów. Wyciągnął niewielką karteczkę.


- Oto ona. - Mag ponownie usiadł na swoim krześle. - Na miejscu powinniście dowiedzieć się więcej. Lista świadków z pewnością jest niekompletna, ale na dobry początek wystarczy.

Elias odebrał papier z rąk Aponimusa i uważnie przyjrzał się spisanym imionom. Dwa momentalnie rzuciły mu się w oczy. Owszem, sześć lat to kupa czasu, ale pamięć miał sprawną. Zawód tego wymagał. Prawdopodobnie rozpoznałby więcej imion, gdyby nie to że jego wizyty w Averheim były rzadkie i zazwyczaj parudniowe.

Bernarda Weilla kojarzył z imienia, nigdy nie miał okazji poznać go osobiście. Kupiec, tak jak widniało na kartce. Elias pamiętał, że jego rodzina czasami robiła z nim interesy i kamienica, w której mieszkał znajdowała się zaledwie parę przecznic od richterowego zajazdu.

Podobnie ze Staruszkiem Thernem, którego w Averheim znał chyba każdy. Ot, lokalna atrakcja - rzekomo najstarszy człowiek w Imperium. Mimo tego zaszczytnego tytułu, regularnie opuszczał swoje gospodarstwo i odwiedzał rynek w averlandzkiej stolicy. Łatwy do znalezienia człowiek.

Reszta... Cóż, reszty tak łatwo nie znajdą.



_____________________________
Medalion
 

Ostatnio edytowane przez Aro.is : 22-12-2013 o 00:13. Powód: Poprawki, etc.
Aro.is jest offline  
Stary 24-12-2013, 11:51   #3
 
Inferian's Avatar
 
Reputacja: 7407 Inferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputację
Dagmar bacznie przysuchiwał się rozmowie po czym z namysłem zapytał:

-A czy Wasza Iluminencjo macie jakichś wrogów, którzy próbują wam zaszkodzić.

- Nie, nie mam wrogów o ile wiem.- Odpowiedział mag- Ta sprawa nie dotyczy zresztą mnie osobiście. Zainteresowałem się nią bo to mój obowiązek.

Czy ta dziewczynka - Corrine czy ona jeszcze żyje?
Mag westchnął.

- Niestety nie żyje. Została stracona. Waszym obowiązkiem jest nie dopuścić do dalszych temu podobnych egzekucji.

Tym razem to Dorrin krasnoludzki weteran doszedł do głosu.

- Czy jest możliwe, że w tych ludziach ekslpodowała pożogą uśpiona moc, o której nie mieli pojęcia? Czy jest możliwe, że to wszystko to zbieg okoliczności? Zapytał szybko i
pewnie. Choć sam się sobie dziwił. Ośmielił się oskarżyć kapłana, o tak wielkiej sławie, o pominięcie tak prozaicznej kwestii, dlatego śpiesznie zamoczył ryj w podanym piwie.
Aponimus zwrócił spojrzenie swych pozbawionych tęczówek oczu na krasnoluda.

-Jeśli chodzi o moc w zasadzie wszystko jest możliwe. Jednak taka kumulacja dziwnych przypadków w jednym miejscu wskazuje na czyjeś celowe działanie. Pewnie się dziwicie dlaczego wysyłam do tego zadania kogoś nieznającego się na magii. Otóż pewien znajomy astromanta właśnie was wytypował jako najlepszych kandydatów. Wierzę przeto, że wasza wiedza w zupełności wystarczy do wyjaśnienia tych dziwnych zdarzeń.

- Rzecz oczywista, że żaden z nas nie może równać się z Waszą Iluminencją, jeśli idzie o wiedzę tajemną. - Odezwał się Elias po przestudiowaniu listy świadków. - Aczkolwiek studiowałem w Nuln teorię magii, więc nie jestem całkiem ciemny w temacie. Jeśli spontaniczne zapalenia mają coś wspólnego z czarodziejstwem, będę wiedzieć.

Dagmar popijał piwo co chwilę rozmyślając różne teorię, które to mogły by wyjaśnić tajemnicze wybuchy ludzkich ciał, tajemnicze spłonięcia.

Szturchnął lekko kolegę po fachu i szeptem wyrzekł:
-Może to wampiry, no wiesz mając swój pierwszy kontakt z słońcem i płoną?

Nie otrzymawszy prędkiej odpowiedzi zastanawiał się łącząc różne fakty, które zostały dane im do informacji. Jeszcze jakieś przeklęte święto wina, to wszystko już całkowicie układało się na wampiryczne święto. Wino niczym krew. Sam nie miał nigdy w życiu spożywać tego trunku, brzydził się nim.
 
Inferian jest offline  
Stary 27-12-2013, 12:49   #4
 
wysłannik's Avatar
 
Reputacja: 147 wysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znany
Niby wojna się skończyła, niby siły dobra, albo to co siłami dobra się powszechnie nazywa, zwyciężyły. Jednak straty jak zawsze były duże, o dużo za duże. Północna część Imperium mocno oberwała, niemal legła. Odbudowa miast i wsi zajmie miesiące albo i lata, kto wie. Jednak siły chaosu nie zostały całkowicie wyparte z ojczyzny ludzi. Mimo porażki pod Middenheim zło pouciekało w góry i lasy Imperium, gdzie próbuje przetrwać i być może gdzie czeka na kolejne wezwanie swych mrocznych bogów. Przez te niedobitki niemal wszystkie trakty stały się śmiertelnie niebezpieczne. Całe karawany kupieckie chronione liczną grupą zbrojnych potrafiły być niszczone przez zdeterminowanych zwierzoludzi albo bandytów, mutantów, barbarzyńców z dalekiej północy. Życie stało się cięższe niż kiedykolwiek wcześniej między innymi dla Ulfreda. Razem z Rycerzami Pantery i Elektorem Middenheim walczył z siłami Archaona w Middenlandzie. Po zwycięstwie dostał specjalne zadanie by udać się do kapituły zakonu w Talabheim, jednak podróż samotnie byłaby, zważywszy na okoliczności, zbyt nierozważna nawet dla doskonale wyszkolonego rycerza pantery.

***


Dni mijały i mury Taalbastionu były coraz to bliżej. Razem z uchodźcami, podróżnikami czy może nowymi towarzyszami dotarł w końcu do miasta. Wchodząc po serpentynie do samego miasta, strażnicy bramy wręczyli jednemu z członków drużyny list, który prowadził ich na spotkanie z potężnym czarodziejem. Samo imię, nazwisko i tytuł nic rycerzowi nie mówiły, ale z racji tego, że czarodziej miał dla nich jakieś zadanie Ulfred postanowił się wybrać do czarodzieja. Najpierw jednak postanowił załatwić swoje zakonne sprawy. Wiadomość, którą miał dostarczyć, była zapieczętowana w liście i miała trafić do rąk własnych miejscowego dowódcy rycerzy pantery. Von Warrenburg tak też zrobił. Jednak nie dostał kolejnych instrukcji, co robić dalej. Miał wstawić się na posterunek za trzy tygodnie, więc miał sporo czasu na wysłuchanie czarodzieja.
Wszyscy spotkali się pod wymienionym wcześniej adresem. Zostali zaproszeni do środka, do pokoju czarodzieja, który widać było zdążył już się całkiem nieźle ustawić.

Dagmar nie był pazerny, ale gdy tylko usłyszał o 30 koronach na wspólne wydatki prędko zaprotestował:
-Wasza Iluminencjo obawiam się, że 30 koron to za mało, sytuacja jest dziwna do tego w grę wchodzi magia, myślę że będziemy potrzebowali więcej.
Długo musiał czekać za nim ktoś powiedział coś rozsądnego. Zdążył już opróżnić trzeci kufel piwska. Biorąc kolejny, z uznaniem kiwnął głową Dagmarowi. - Bez wątpienia trzeba nam więcej złota… Zdegustowany już przedłużającą się odprawą pośpieszył kompanów. - Ruszmy się stąd, bo mi zaraz hemoroidy dziursko w dupie wywiercą.
Aponimus skrzywił się lekko słysząc narzekania na zbyt małą kwotę na wydatki.
-Ile w takim razie proponujecie? Musicie wiedzieć, że choć Kolegium światła nie należy do najbiedniejszych to nie mamy nieograniczonych zasobów złota.
Ulfred stał pod ścianą w zbroi, tylko hełm miał zdjęty i trzymany pod prawa pachą. Informacji chyba usłyszał wystarczająco wiele. Wyglądało na to, że nic nie zrobią ani się nie dowiedzą, jeśli nie zaczną przesłuchiwać świadków.
- Nikt tak sam z siebie się nie zapala, krasnoludzie. Po mojemu to jakieś heretyckie sztuczki są. Powinniśmy być na miejscu ostrożni ale bez przesady, nikt tam z nas nie społonie - odezwał się w końcu rycerz - Co do wynagrodzenia, to myśle że jest ono sowite. Nie przyszedłem na to spotkanie by ograbiać czarodziei ze złota, ale by pomoć. I pomogę jak będę mógł. Jednak piećdziesiąt koron na ewentualne naprawy pancerza i tym podobne rzeczy na pewno nie zaszkodzą.
Mag roześmiał się.
-Niech więc tak będzie panie rycerzu. Kwotę na drobne wydatki zwiększam wam do pięćdziesięciu sztuk złota. Zaraz powiem von Thernhoffowi żeby odliczył wam odpowiednią sumę. Dostaniecie też od niego listy polecające o których wspominałem.
 
__________________
Inkwizycja tylko wykonuje obowiązki, jakie na nią nałożono. Strach przed nią jest zbyteczny; nienawiść do niej, to herezja." - Gabriel Angelos, Kapitan 3 Kompani Krwawych Kruków.
wysłannik jest offline  
Stary 28-12-2013, 13:24   #5
 
piotrek.ghost's Avatar
 
Reputacja: 240 piotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie coś
-I ja do końca głupi nie jestem -odezwał się bard -wszak byłem razem z Aponimusem na wojnie, a i wielu innych Magów znam i czarostwo nie raz widziałem, a to potrafi być wielce widowiskowe i szkodliwe kontynuował przerywając aby napić sie piwa- szczególnie zaś najszkodliwsza ze wszystkich bywa magia czarna i z nią ni w smak jest mieć do czynienia. -dodał.

Aponimus popatrzył na barda.

-Twoja obecność drogi Williamie jest bardzo przeze mnie pożądana. Znam cię najlepiej i całkowicie ufam. Tobie wypłacę kwotę na wydatki grupy i ty dostaniesz listy polecające. Jestem pewny, że zrobisz z nich najlepszy użytek.

Mag pokiwał głową na słowa Eliasa.

- Jeśli by faktycznie w grę wchodziły czarostwo lub oddawanie czci chaosowi polecam połączyć siły z kultem Sigmara w Averlandzie. Lektor Kurt Algrisson ma opinię człowieka czynu i jest z pewnością dobrym gospodarzem na tamtym terenie. Polecę Clatusowi wystawić wam listy polecające. W razie konieczności będziecie mogli je wykorzystać do uwiarygodnienia waszych działań w Averheim, ale tylko w razie konieczności. Listy te otworzą wam tyle samo drzwi co zamkną. Musicie pamiętać, że motłoch za te wypadki obwinia między innymi właśnie czarodziejów. Lepiej się nie obnosić z tym dla kogo pracujecie.

Wycierając pianę, która uczepiła się podbródka olbrzymiego krasnoluda Dorrin rozglądał się po wszystkich zebranych lecz nikt nie chciał się odezwać. Wreszcie khazad nie wytrzymał i rzucił beztrosko.
- Słyszałem, że mają tam dobre piwo, a kobiece wargi robią cuda za grosze. Uśmiechnął się dumny ze swojej wiedzy, jednak po chwili ów bohater zmienił mimikę na zupełnie odmienną. Zamyślony zapytał - Jakie będzie nasze wynagrodzenie i w jaki sposób nas opłacicie? Nie ukrywam, że chciałbym dostać jakiś zadatek. Dobrej pijatyki nigdy za mało, a i na dobrą babę złoto mieć trzeba.

Aponimus zaśmiał się serdecznie.

-I to jest mości krasnoludzie właściwe pytanie-klepnął się w kolano-Co do piwa mości krasnoludzie to z pewnością znajdziesz je w Averheim, więcej jednak będzie wina, gdyż mamy trzy dni do Nocy Tajemnicy. To oznacza że tuż tuż pierwszy tydzień czasu zbiorów, a na pierwszy tydzień czasu zbiorów przypada w Averheim Święto Wina. Sporo też tam niziołków, które będą świętować Święto Ciasta. Dużo ludzi i ciężkie warunki do prowadzenia śledztwa. Co zaś do wynagrodzenia to za rozwiązanie tej sprawy przewidziałem dla każdego z was po pięćdziesiąt złotych koron. Na wydatki zaś związane z prowadzeniem śledztwa trzydzieści złotych koron dla was wszystkich. Mysle, że powinno wam wystarczyć.

Mag popatrzył badawczo na zebranych

Liebink - po dłuższym zastanowieniu - - szanowny Czarodzieju, powiedz nam, czy tylko ludzie padają ofiarą tych niecnych działań, a może i inne rasy?

-Jak na razie ofiarami tej dziwnej plagi padają sami ludzie-pośpieszył z odpowiedzią mag.

Khazadzki weteran znów zmrużył oczy… - Kapłanie, a jakie są szanse na to, że nas to coś nie spali. Nie wiem, jak reszta, ale ja nie lubię wysokich temperatur.

Mag rozłożył teatralnie ręce.
- W tym sęk drogi krasnoludzie, że nie mogę wam dać żadnej gwarancji. Dlatego płacę pięćdziesiąt złotych koron na głowę plus trzydzieści kosztów. Jeśli podczas tej misji polegniesz możesz być pewnym, że zginąłeś w słusznej sprawie. Mam jednak nadzieję, że jeszcze się spotkam przynajmniej z niektórymi z was.- powiedziawszy ostatnie słowo Aponimus mrugnął porozumiewawczo do Dorrina.
-Bardzo mnie to cieszy drogi panie Magistrze-uśmiechnął się Schmidt-Wszak za robote brać się nie można uprzednio nie zasięgając języka w lokalnych piwnicach, czyż nie mam racji?-kontynuował popijając piwo -a tego bez błyszczących monet uczynić się nie da, cieszy zatem chojność kolegium i twoja przyjacielu

- Widzę Williamie, że znasz się na rzeczy niezgorzej niż śledczy Vereny.- odpowiedział mag- Nie wnikam zresztą w wasze metody byleby prowadziły do sukcesu. Tu nie może być porażki.

Liebink po chwili namysłu - Panowie, mam jeszcze parę spraw do załatwienia w Talabheim, więc dogadajmy się gdzie i kiedy spotkamy się, aby wyruszyć na wyprawę

Aponimus pospieszył z wyjaśnieniem.

-Opłaciłem wam transport powozem Kampani Przewozowej “Cztery Pory Roku”. Wynająłem także zbrojny hufiec, który będzie strzegł waszego bezpieczeństwa w drodze do Averheim. Miejsce postoju dylizansu w Talabheim znajdziecie bez trudu. To przed zajazdem “Trzy Pióra” przy południowej bramie. Wszystko już na was czeka. Najlepiej będzie panie niziołku gdy zaczekasz tam na wszystkich.

-Mam nadzieję, że wóz jest dostosowany do najlepszych standardów przyjacielu -powiedział William mrugając okiem-Mam nadzieje, że nie wysyłasz nas jak najtańszym przewozem jak pospulstwo

Mag uśmiechnął się.

- W żadnej sytuacji nie rezygnujesz z wygodnictwa. To nie przystoi rasowemu poszukiwaczowi przygód, ale pamiętałem o twoich przyzwyczajeniach. Powóz z tego co wiem jest wyłożony aksamitem i ma w kuferku beczułkę zimnego piwa. Podróż ma być przyjemna i jak najszybsza, więc powinieneś być zadowolony.

-Cieszy nas twoja troska-powiedział Bard-Jak to sie mówi, jak człowiek jest zmęczony to i robota gożej idzie, a powiadam mało jest rzeczy bardziej męczących niż niewygody podróży. Ot, co zapamiętajcie te słowa

Aponimus Rone pokiwał głową już nieco zmęczony.

- Ot co znaczy być bardem. Gładka mowa. Aż za gładka. Dobrze, że mnie bogowie obdarzyli talentem magicznym bo na barda bym się nie nadał. Jeśli to wszystkie wasze pytania to chciałbym już was pożegnać. Sprawa, którą wam zleciłem jest niecierpiąca zwłoki. Chodź Williamie zaprowadzę cię do von Therhoffa po odbiór pieniędzy i listów. Panowie, czas w drogę.

Mag wstał i wskazał zebranym drzwi. Gdy znaleźli się znowu w wąskim przedsionku pojawił się von Thernhoff i wyliczył Williamowi pięćdziesiąt złotych koron oraz dał mu zapieczętowane listy. Po krótkim pożegnaniu i życzeniom powodzenia ze strony Aponimusa Rone znaleźli się na zewnątrz.
 
piotrek.ghost jest offline  
Stary 29-12-2013, 13:29   #6
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Reputacja: 592 Ulli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemu
Po opuszczeniu gospody "Trzy Jabłuszka" nie pozostało nic innego jak udać się na postój dyliżansu. Ulfred i William dosiedli swych wierzchowców, pozostali ruszyli za nimi na nogach. Wypytując się przypadkowych przechodniów o drogę znaleźli się w końcu na dziedzińcu karczmy "Pod Trzema Piórami". Czekał tam na nich gotowy do drogi powóz i czterech ludzi wyglądających na najemników. Siedzieli na ławie w podcieniu karczmy zajęci paleniem fajek i dłubaniem w zębach. Gdy zobaczyli grupę podróżników, którzy weszli na dziedziniec karczmy, najemnicy podnieśli się z miejsca. Jeden z nich wystąpił przed innych i powiedział:

- Witajcie! Jestem Horst. Z polecenia Aponimusa Rone mamy eskortować grupę podróżników do granic Averlandu. Jeśli to o was chodzi przedstawcie dokument z pieczęcią maga.

William sięgnął za pazuchę i wyjął jeden z polecających listów opatrzony taką pieczęcią. Horst skinął głową i powiedział:

- W porządku, udowodniliście, że chodzi o was. Ładujcie się do dyliżansu. Hans, Olaf, Ditrich na koń zaraz ruszamy.

Ulfred i William żałowali w tej chwili z pewnością, że są na własnych koniach. Czekała ich długa i wyczerpująca jazda konno za powozem. Ci którzy koni nie mieli rozsiedli się w luksusowej, wyłożonej aksamitem karocy. Dorrin zaraz znalazł kuferek z beczułką piwa i już myślał jak się dobrać do zawartości. Do pomocy z piwem szykował się niziołek Liebnik. Pozostali też zgłaszali zainteresowanie. No może poza Eliasem, który prezentował wstrzemięźliwość godną sługi Vereny.

Tymczasem sprowadzeni przez najemników woźnice zajęli miejsce na koźle i zgłosili gotowość do drogi. Najemnicy dosiedli swoich koni i kondukt wyruszył.


Szybko opuścili granice Talabastomu i znaleźli się na Starym Trakcie Krasnoludzkim. Jeźdźcy i woźnice radzili sobie nieźle dzięki czemu pokonywali dystans szybko i bez przeszkód. Jeśli wzdłuż traktu czaiło się coś co mogło im zagrozić to widok zbrojnej eskorty skutecznie to odstraszał. Wewnątrz karocy zabawa dzięki beczułce piwa trwała w najlepsze. Wkrótce krasnolud do spółki z niziołkiem zorganizowali konkurs pieśni biesiadnej. Pozostali pasażerowie musieli znosić mężnie te niedogodności. Podróż trwała cały dzień i rzekę Stir pokonywali już grubo po zmroku. Wurtbad przywitało ich szczekaniem psów i ludźmi wyglądającymi przez okna. Horst wiedział co robić. Poprowadził ich na dziedziniec jednej z karczm. Okazało się, że nocleg i strawę mają już opłacony. Nie pozostało już nic innego jak po kolacji położyć się spać. Właściciele koni znowu mieli gorzej, gdyż musieli rozkulbaczyć wierzchowce i je oporządzić przed pójściem spać. Noc minęła spokojnie. Rano Horst obudził wszystkich i kazał się szykować do drogi.

Tym razem na wędrowców czekał dyliżans Kompanii Przewozowej "Czerwona Strzała". Zamiana niektórym nie przypadła do gustu gdyż te dyliżanse były dużo mniej komfortowe, a co najważniejsze pozbawione beczułki piwa, co z nieukrywanym rozczarowaniem przyjęli niziołek i krasnolud. W końcu wyruszyli.

Krajobraz za oknem uległ zmianie. Zwarte lasy Talabeklandu ustąpiły miejsca polom i łąkom Stirlandu. Podróż wlekła się niemiłosiernie. Znudzeni monotonnym krajobrazem za oknami i brakiem jakiejkolwiek rozrywki podróżni zaczęli przysypiać. Dzień chylił się ku końcowi a podróż trwała. Pewne ożywienie spowodowało dojechanie do mieściny, którą niektórzy podróżni wzięli za Averheim. Horst jednak natychmiast pośpieszył z wyjaśnieniem że to Worden, ostatnia większa miejscowość przed Averheim.
Do rzeki Aver dojechali już o zmierzchu. Tam oddział najemników się pożegnał.

- Powodzenia- powiedział Horst- Tam za rzeką już Averland. Kierujcie się do karczmy o nazwie "Przydrożna". Znajduje się ona pod murami miejskimi od strony rzeki. Macie tam opłacony nocleg na jedną noc.
Woźnica na szczęście wiedział gdzie jechać. Bramy miasta były już zamknięte. Co bardziej spostrzegawczy zauważyli płonące ogniska na polach wokół miasta i licznie stojące tam namioty, niechybny znak zbliżającego się święta wina.

Karczmarz karczmy "Przydrożna", po okazaniu mu listów pieczętowanych pieczęcią kolegium światła, ugościł ich kaszą ze skwarkami i wskazał dwa pokoje na piętrze gdzie mogli się przespać.

- Tylko pamiętać pany skoro świt musicie się zbierać. Pokoje są zarezerwowane przez takich, którzy płacą złotem. Nie możecie tu zostać.

Noc, nie licząc krzyków pijanych dochodzących z dołu i sprzed karczmy, była spokojna. Skoro świt zjawił się karczmarz i kazał się wynosić. Nie pozostało nic innego jak zebrać swoje klamoty i ruszyć szukać innego miejsca na nocleg. Po wyjściu z karczmy znaleźli się na ruchliwym trakcie prowadzącym do bramy. Tłum ludzi głównie wchodził do miasta. Przeważali wśród nich chłopi i drobni sprzedawcy śpieszący na miejski targ sprzedawać swoje produkty. Niemało było też gości z najróżniejszych części Imperium, którzy przyjechali na zaczynające się jutro Święto Wina. Był ostatni dzień przed Geheimnisnacht.
 
Ulli jest offline  
Stary 03-01-2014, 22:46   #7
 
piotrek.ghost's Avatar
 
Reputacja: 240 piotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie coś
William postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym i wybrać się w stronę pola, na którym odbywały się przygotowania do corocznego święta wina. Postanowił, że wypyta zgromadzonych o dziwne wydarzenia w mieście, a także poszuka Odetty Rauch, której imie znajdowało się na liście świadków. Bard z cyrkowcem zawsze jakoś się dogada, a gdzie szukać kuglarzy jak nie na terenie festiwalu. Innym celem odwiedzin łąki zabawowej i to nie koniecznie drugorzędnym była chęć rozejrzenia się, jakie atrakcje zostały zaplanowane na najbliższe dni, co więcej, zawsze istniała szansa na darmową degustacje powodu całego tego zamieszania, a mianowicie wina. Schmidt wiedział też, że imprezy takie jak ta przyciągają tłumy dziewcząt i kobiet, które chętnie zakosztują przygody z nowo poznanym mężczyzną.

Tuż przed wejściem na ogrodzony teren pola namiotowego zatrzymało Williama czterech osiłków uzbrojonych w sękate pałki.
- Szylinga za pozwolenie na wejście się należy. Znaczy się za noc obozowania. Za skradzione rzeczy nie odpowiadamy. Obozujący muszą sami się troszczyć o własne bezpieczeństwo. -Powiedział, wyglądający na najbardziej rozgarniętego, drab pilnujący pola.

-Panie szanowny, jam jest bard znany jak Imperium długie i szerokie, na dworach samego imperatora grywałem, na wojnie jako nadworny grajek magów bitewnych występowałem, u hrabiów i margrabiów grywałem, u baronów. a ty mnie tu Szylinga płacić każesz?-zagadywał William -Ja ci powiem gburze, że sztuka dla mnie więcej niż szylinga warta jest, jednak ograbiać się nie dam osobnikom takim jak wy co co za sztuke pierdy własne uznajecie. Jak mnie nie wpuścicie to pójde gdzie trzeba i to zgłoszę a wtedy zajęcie stracicie a dziatki wasze głodne łazić będą więc radzę wam przemyśleć całą tą grabieżczą napaść na mnie-powiedział, założył ręce na piersi i czekał na reakcje.

Drab zaśmiał się tylko na te słowa.
-Wiedz, że działamy z woli właścicieli. Twoje groźby zachowaj dla jakichś durni co do trzech nie potrafią liczyć. Prawo jest po naszej stronie. Wolno nam pobierać opłaty za wstęp na pole. Jeśli tylko grać przyszłeś policzymy cię ulgowo. Dziesięć pensów będzie w sam raz. Ale jeżeli nas oszukasz i będziesz chciał przenocować na polu wtedy cię znajdziemy i porachujemy kości. Zrozumiano? No więc jak płacisz czy idziesz do diabła?
-Zero szacunku dla sztuki-powiedział obrażony William, rzucił drabowi 10 pensów i przeszedł obok.
Po wręczeniu monet draby rozsunęli się grzecznie robiąc przejście. Oczom Williama ukazało się widok na rozległe pole na którym naustawianych było bez liku namiotów. Choć oficjalnie Święto Wina miało się rozpocząć dopiero jutro tu już w najlepsze trwała zabawa. Licznie płonęły ogniska przy których nie tylko szykowano posiłki i ogrzewano się, ale też śpiewano i grano na instrumentach. Uwagę Williama zwrócili minstrele i cyrkowcy, którzy tu i ówdzie zabawiali publikę za parę pensów.



-Witam przyjaciół po fachu-William podszedł do najbliższej grupki-Nie wiecie może gdzie znajdę pannę Odette Rauch?
Ubrany w strój arlekina cyrkowiec, który zabawiał siedzących przy ognisku żonglując piłeczkami, odwrócił się do barda.
- Odette? Ta Bretonka? Zobacz przy tamtym ognisku. Jest gdzieś w pobliżu w każdym razie. Zabawia gości grą na lutni. - Powiedział przebieraniec po czym spowrotem wrócił do swojego zajęcia.
-Powiedz mi jeszcze przyjacielu, gdzie mogę sie napić wina-nie dawał za wygraną Schmidt
- Wina? Wszędzie wszak zaczyna się jego święto. Na polu namiotowym jednak może z tym być problem. Chyba że ładnie zagrasz lub wystawisz sztukę i obozowicze cię poczęstują. A teraz daj zarabiać na chleb nieznajomy.
-Wybacz przyjacielu, już daje ci spokój-powiedział bard i udał się w kierunku wskazanym przez arlekina w poszukiwaniu Odetty

Przy wskazanym ognisku faktycznie było jakieś dziewczę w wieku około dwudziestu kilku wiosen, które zabawiało towarzystwo grą na lutni i śpiewem. Gdy w pobliży przystanął William odwróciła na chwilę do niego głowę, nie przestała jednak śpiewać. Po mniej więcej dwóch minutach zakończyła utwór i ukłoniła się teatralnie gawiedzi.
- A teraz panowie wspomóżcie biedną Bretonkę miedzianym pensem co łaska.
Wyciągnęła miseczkę i zaczęła obchodzić słuchaczy a ci wedle uznania rzucali pensa lub dwa.
-Czyżby Odetta Rauch?-zagadał William-jakże by inaczej, tą piękną buzie poznałbym wszędzie. William Schmidt - ukłonił się zamiatając ziemie przypiętym do kapelusza piórem -Mam do szanownej panienki sprawę nie cierpiącą zwłoki, chodzi mianowicie o tajemnicze wydarzenia jakie miały miejsce ostatnimi czasy w okolicy, obiło mi się o uszy, że widziała pani na własne oczy jedno z nich. Nieprawdaż?-spytał
- Odette Rechaud- poprawiła Bretonka- Wy imperialni nigdy nie nauczycie się wypowiadać bretońskich imion.- odparła ze śmiechem.
-Raczysz wybaczyć pani mój błąd-odparł uprzejmie bard --może przejdziemy się kawałek, myśle że nasza rozmowa powinna zostać usłyszana przez jak najmniej uszu, co więcej wydaje mi się że po tak pięknym śpiewie mogło zaschnąć panience w gardle, może napijemy się wina?
- Nie mam nic przeciwko chwili rozmowy tym bardziej, że pan się bardzo uprzejmie przedstawił. Wina jednak nie mam, więc jeśli wy panie nie dysponujecie trunkiem to z przepłukania gardła nici.- Powiedziała z wyraźnym bretońskim akcentem- [i] Niepokoi mnie skąd znacie moje imię i o jaką sprawę chodzi. Jestem tylko prostą bretońską dziewczyną, którą bogowie obdarzyli głosem dzięki któremu mogę zarabiać na chleb. Nie wiedziałam, że jestem szerzej znana. Raczcie być bardziej konkretni.[i]
-Zatem zapraszam was na szklanice wina-odparł-jako że jest pani tu dłużej ode mnie, zapewne lepiej orientuje się gdzie powinniśmy pójść. Jeśli zaś chodzi o moje pytanie, to prowadze śledztwo w sprawie zagadkowych samospaleń a twoje imie znalazło się na liście świadków jaką otrzymałem-dodał ściszonym głosem
Dziewczyna wyraźnie pobladła słysząc te słowa.
- Istotnie Monsieur lepiej nie mówić o takich rzeczach pod gołym niebem. Zaprowadze do najbliższej karczmy.

~***~

Ujęła Williama pod ramię i poprowadziła ku wyjściu z pola namiotowego. Stamtąd juz blisko było na podgrodzie, gdzie w karczmie “Pod murem” zajęli jeden z ustronnych stolików. Po chwili zjawiła się dziewka służebna u której William zamówił dwie szklanice wina płacąc za wszystko cztery pensy.
Obracając w palcach szklanicę wina dziewczyna rozpoczęła swą opowieść.
- Zapewne chodzi wam Monsieur o biednego Nordine. Nordine i ja przyjechaliśmy na Święto. Gdy ludzie dobrze się bawią i tęgo piją, pensy nieźle się sypią. Chociaż może Nordine przyjechał też dla wina. Zawsze lubił ten trunek.- przerwała na chwilę i pociągnęła małego łyka ze szklanki- Dwie noce temu pracowaliśmy tak jak zawsze, to znaczy przechadzaliśmy się zabawiając publikę. Nordine wynajął miejscowych chłopaków na wypadek kłopotów. Wyszło nam to na dobre, gdyż w ciemnościach dawno byśmy się zgubili, ale osiłki znali teren jak własną kieszeń. W końcu dotarliśmy do obozowiska jakichś najemników. Chyba nieźle im się powodziło, gdyż wszystko było należycie utrzymane. Nordine opowiadał dowcipy a ja śpiewałam. Potem najemnicy uraczyli nas jakąś obrzydliwą tutejszą nalewką, a on pociągnął łyk i nagle z jego ust buchnął ogień. Płomień szybko objął całe jego ciało. Jakiś mały chłopiec, który przysłuchiwał się rozmowie, rzucił garść ziemi w płomienie, ale ogień tylko przybrał na sile i jakby zmienił kolor… na fioletowy. Nordine krzyczał jak opętany, dopóki jeden z najemników nie przeszył mu gardła bełtem z kuszy. To był cios łaski.- Gdy skończyła opowieść zamilkła i zwiesiła smutno głowę.

William przysłuchiwał się z zaciekawieniem opowieści Bretonki, jednak nie potrafił znaleźć w niej żadnej wskazówki co mogło spowodować takie a nie inne wydarzenia. Pociągnął łyk wina i spytał
-powiedz mi, ale szczerze, czy twój przyjaciel, Nordine, tak? Przejawiał jakieś zdolności magiczne, może coś dziwnego zdarzało się już wcześniej i nie mówie tu o kuglarstwie scenicznym bynajmniej. No i oczywiście powiedz mi czy ktoś oprócz niego pił nalewke? - przysunął się troche bliżej, aby w razie czego móc pocieszyć dziewczyne.

- Nie Monsieur, Nordine nie przejawiał żadnych zdolności magicznych. Był najzwyklejszym w świecie cyrkowcem o ile oczywiście cyrkowców można uznać za zwykłych śmiertelników. Co do nalewki to owszem najemnicy ją pili. Nic im po niej nie było. Sama jej spróbowałam i jedyne co stwierdziłam to okropny smak. Nic poza tym. -dziewczyna skończyła swą opowieść i znowu zwiesiła głowę.

William przysunął się i objął zasmuconą Odette, napił się znów i spytał.
-Jesteś w stanie powiedzieć mi gdzie znajduje sie to obozowisko najemników, w którym wszystko się wydarzyło? A może trafisz tam ponownie, na ten przykład jutro?-spytał, liczył że jeśli nie opowiesć dziewczyny to może miejsce zdarzenia dostarczy jakiś wskazówek. W końcu nikt nie umiera od nalewki, jak paskudna by nie była, a już na pewno nie staje w ogniu.
- Oczywiście Monsieur, że mogę zaprowadzić. Uprzedzam jednak, że najemnicy wyprowadzili się nazajutrz. Nie będzie po nich juz śladu. Jeśli jednak miałoby to pomóc rozwiązać zagadkę śmierci Nordine to chodźmy nie zwlekając- Dziewczyna dopiła swoje wino i wstała od stołu.

-Racja nie ma co zwlekać-powiedział William aczkolwiek pomysł samotnej wyprawy na miejsce wydarzenia nie napawał go optymizmem, jak zwykle wpakował się w jakąś kabałe, miał nadzieje że nic złego się nie stanie -powiedz mi jeszcze, wiesz może gdzie udali się najemnicy? zapytał.
- Nie mam pojęcia Monsieur. Nie chcieli mieć widocznie ze sprawą nic wspólnego i trudno im się dziwić.
Wyszli z karczmy i poszli spowrotem w kierunku pola namiotowego. Miejsce zdarzenia okazało się być całkiem niedaleko. Nie przeszli więcej jak pięćset metrów.

- To tutaj Monsieur.- zatrzymaliście się przy dwóch wypalonych miejscach w trawie. Większe było z pewnością po ognisku, mniejsze natomiast jak się domyślasz po Nordine.
William rozejrzał się po okolicy, podszedł do miejsca na ziemi, jednak tak naprawdę niezbyt wiedział czego ma tu szukać.

Oglądając mniejsze wypalone miejsce William natrafił na dziwne, bezbarwnego koloru kryształki rozsypane wokół.
Nachylił się i podniósł jeden z nich na końcu sztyletu, wolał nie dotykać go rękami, jednak bał się, ze jak nie zabierze chociaż próbki do jutra może ich nie być. Postanowił zatem, żeby zawinąć go w chusteczke, którą zawsze przy sobie nosił.
-Pamiętaj żebym potem ją spalił-powiedział z uśmiechem

-Jakie masz plany na wieczór? Może byś poszła ze mną, wydaje mi się że lepiej będzie jak spędzisz noc wśród mojej kompaniji niż żeby coś miało ci się stać, jesteś wszak świadkiem - powiedział, ujął ją pod ramie i ruszyli w stronę miejsca zbiórki.
 
piotrek.ghost jest offline  
Stary 04-01-2014, 11:10   #8
 
Inferian's Avatar
 
Reputacja: 7407 Inferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputację
Towarzysze musieli opuścić karczmę i jak dało się wnioskować przeszukanie mogło wypalić znacznie lepiej w pojedynkę, szerszy zasięg no i więcej ludzi można przesłuchać. Gramolić się po mieście w 7 chłopa to przecie szaleństwo, może odrobine bezpieczne.
-Co wy na to, jeśli byśmy się tutaj w godzinie wieczerzy spotkali? - zapytał reszty towarzyszy
- Proponowałbym spotkać się na Plenzerplatz. - Elias odparł na dagmarowe pytanie. - Bezpieczniej, a i nietrudno znaleźć. Mogę wam później pomóc w znalezieniu jakiegoś zajazdu. W tamtej okolicy aż się od nich roi.
-Tak, więc się umówimy. Pomoc jak najbardziej się przyda, a teraz życzę owocnego śledztwa. Się widzimy później. - odrzekł przyjacielsko łowca, odwracając się w stronę głównej ulicy

Dagmar nigdy nie był w tym mieście, dla tego też bacznie przyglądał się każdej jego części. Starała się jak najbardziej skupić na dochodzeniu sprawy niż miejscowej hulance zwanej świętem. Robił tak często, tropienie wampirów nie opiera się na przyjemnościach, lecz na oddaniu sprawie. Głupie święto wina nie przeszkodzi przy dojściu do prawdy. Przechodząc spoglądał na ludzi, starał się patrzeć im prosto w oczy z pod swojego czubiastego kapelusza.
Dagmar przeszedł główną ulicą gdzie już teraz znajdowało się dużo ludzi, a to oni byli ich jedyną pomocą przy złapaniu winnych, odpowiadających tych podpaleń.
Gdy przechodził koło studni i dokładnie przyglądał się kolejno jednemu po drugim zauważył rozgadanego człowieka, który to na jego widok lekko zmarszczył brwi. - nasz pierwszy podejrzany - pomyślał. Dagmar od razu podszedł bliżej i zaczął:

-Wyglądasz Panie na mądrego człowieka, pewnie wiesz trochę, co się dzieje w mieście? - ów łowca mówiąc to dokładnie przyglądał się mężczyźnie
- Swoje wiem- odpowiedział mężczyzna- Miejscowy jestem to trochę słyszałem. A bo co? - zmierzył Dagmara nieprzyjaznym wzrokiem

-Wiele się to słyszy?
- Eee… że jak psze pana? Jakoś zawile gadacie. Chybaście nie tutejszy.
Rozmówca popatrzył na łowcę spode łba.

-Badam sprawę tajemniczego podpaleń, czy może coś słyszałeś o tym?

-A pewnie, że słyszałem -mężczyzna wyraźnie się ożywił- Każdy wie, że za samospaleniami stoją kultyści Chaosu. Straż miejska złapała kilku, lecz nie ujawnia jakichkolwiek informacji, gdyż przesłuchania wciąż trwają.
- Nieprawda kumie - wtrącił się sąsiad, który mimo wczesnej pory i tego, że święto wina zaczyna się dopiero jutro już zdążył porządnie się zaprawić- Samospalenia są wynikiem straszliwych eksperymentów Kolegiów Magii. -pokiwał przy tym głową jakby na potwierdzenie swoich słów.

Dagmar przygląda się zachowaniu mężczyzny, tak, aby móc ustalić czy mówi on prawdę. Nie zdradza się, że jest łowcą wampirów, lecz stara się udawać osobę, której się możne mieszczanin bać, chociaż by łowcę czarownic. Jego ubranie jest w pewien sposób przypominające taką postać.

-Podobno zginęli tylko mężczyźni, nie boisz się, że możesz i ty zaraz wybuchnąć stojąc tutaj na środku miasta? - zapytał chcąc spowodować, aby mężczyzna powiedział więcej, a tym samym, aby poznać czy może wie coś, czego nie chce powiedzieć.

Mężczyzna nie stracił rezonu w najmniejszym stopniu.
- Panie żeby tylko to. Nawet krowy okolicznych chłopów stają w płomieniach. - Popatrzył podejrzliwie na Dagmara. - A wy właściwie panie, dlaczego się tym interesujecie? Jesteście łowcą czarownic?

-A to ciekawe nawet krowy, a czy wiesz Panie, czyje krowy? Czy mógłbyś mnie zaprowadzić do chłopa, który to jest stratny trzodę? - Dagmar celowo pominął odpowiedz czy jest łowcą czarownic, po czym po chwili dodał [i] - a dobrze, że pytasz, dla czego interesuje mnie ta sytuacja, a jest to, bo nie do pomyślenia jest, aby ginęli ludzie. Jak już wiesz zabijam potwory i chronię obywateli Starego Świata takich jak ty.- Powiedział to chcąc przypodobać się swoją wypowiedz jeszcze bardziej dla mieszczan nasłuchujących rozmowy.
Mieszczanin popatrzył na łowcę z wyraźną obawą.
- Ten tego psze pana, bo widzicie ja ino słyszałem, że staruszkowi Thernowi spaliły się dwie krowy. Prowadzić was nie będę, bo mam swoje sprawy. Staruszka Therna znajdziecie pewnie na targu. Handluje biedaczyna warzywami i jajkami ze swojego gospodarstwa. Kogo byście nie zapytali to wam go wskaże. Jego wszyscy znają.

-Dziękuję Ci dobry człowieku - odparł Dagmar i skierował się w stronę targu.

Znowu szedł bacznie przyglądając się ludziom i ich zachowaniu. Większość z nich była bardzo zajęta, być może nawet nie zwracała uwagę na łowcę, a być może przyzwyczaili się do dziwnych typów. Bo przecież tutaj jeden z łowców czarownic spalił małą dziewczynkę, mogli się obawiać o swoje skóry, bo kto wie, co takiemu strzeli do głowy. Każdy może spłonąć na stosie za rzekome czary. Szykowali dzbany, butelki a nawet beczki z niczym innym jak winem. Święto było wyprawiane z wielkim rozmachem. Trochę to trwało, aby znaleźć owego Therna. Dagmar będąc lekko zniecierpliwiony zapytał innego sprzedawcę o miejsce gdzie się poszukiwany staruszek znajduje. Ten zaś bez problemu wskazał miejsce. Ludzie tutaj byli dość mili, co w takiej sytuacji może być zaskakujące. Wielki problem w mieście, ale zarazem wielkie święto w pewien sposób się wyrównuje. Młody łowca stał właśnie naprzeciw Therna

-Witajcie Panie Thern. Jak idzie sprzedaż, kupują trochę? - zagaił Dagmar
“Staruszek” Thern istotnie wyglądał jakby miał przynajmniej sto wiosen. Mimo swego sędziwego wieku trzymał się jeszcze prosto i co jakiś czas nawoływał mieszczan do kupowania. Sprzedawał swoje warzywa stojąc na furmance, którą przyjechał. Zagadnięty przez łowcę zmierzył go nieufnym spojrzeniem.
-A co mają nie kupować. Świeże wszystko z własnego gospodarstwa, samo zdrowie.
-Słyszałem wieści o tym, co się stało, podobno stracił Pan kilka sztuk bydła?
-Ano panocku spłonęły bidule moje. Krówki jedyne żywicielki. To sprawka elfów żeby je tak pokręciło. - odpowiedział mściwie dziadunio.
-Spłonęły - powtórzył Dagmar po chwili za chłopem. - Niedobrze. Tak samo jak ludzie, którzy spłonęli w mieście. Czy był pan przy tym, proszę się nie obawiać, pytam tylko, ponieważ badam tę sprawę i pragnę złapać winnych tej sytuacji, powinni za to odpowiedzieć? Chciałbym usłyszeć jak to się stało, czy może było coś, co zapamiętał Pan, Panie Thern. Wszystko może pomóc. Oczywiście najchętniej usłyszę cały przebieg sytuacji.
-Cały przebieg? A powiem, co mam nie powiedzieć. Dobrze wam z oczu patrzy. No, więc tak. Było to panocku, ze miesiąc temu. Spacerował żem sobie z moimi babuszkami, gdy Carsta, to była ta młodsza, nagle zaczęła ryczeć, jakby ją kto bódł. Siem mnie wydało, że może za dużo selera się nażarła, ale nagle zaczęła ryczeć i Bertha. Sie obie wyrwały mi z postronka i nuże biegać w kółko, a ryczeć okropnie. No to żem już doszczętnie zdurniał. Nagle Carsta, moja biedna Carsta, stanęła w płomieniach. Paliła się jak ognisko, tyle że na niebiesko, a płomienie wcale nie były gorące, bo żem próbował je kapotą gasić. Ale bidulka spaliła się do kości, a mała Bertha tak samo, tyle, że pacież później. To te przeklęte elfy, nikt inny, tylko elfy. Załatwiły też mojego sąsiada zza miedzy. Wysadziły jego stodołę w powietrze, że poleciała do samego Sigmara. Przeklęte elfy. Mleko biednej Gerdy zupełnie skwaśniało od tej pory, a biedaczka nie może po nocach spać.
-Ma Pan może jakichś wrogów, ludzi, którzy zło życzą dla Pana, lub Pańskiej rodziny?
-Nie wydaje mnie siem panocku.
-A może łączyło Pana coś z innymi ofiarami? Może .. - zaczął Dagmar, ale nie dokończył spoglądając na sędziwy wiek staruszka, który mógłby się przestraszyć i ucierpieć na zdrowiu. Może to jego chciano zabić, ale, po co? - pomyślał Dagmar, czekając na odpowiedz.
-Z innymi, ten tego, ofiarami. Znaczy tymi z miasta? Uchowaj Sigmar. Nic mnie nie łączyło panocku ja poczciwy chłop jestem co Sigmara chwali. - mówiąc to staruszek wykonał znak komety na piersi.
-A czy mógłbym przyjrzeć się miejscu, gdzie spaliły się krowy? - zapytał się przyjaźnie Dagmar
-A pewno, że możecie. Musicie jeno poczekać kapkę aż towar swój sprzedam. Ale tylko was zaprowadzę. Tylko wy sie zmieścicie na wozie, poza tym chcę mieć na was oko. - staruszek uśmiechnął się promiennie.

Po paru godzinach istotnie staruszek swoim wozem zawiózł Dagmara do swojego gospodarstwa. Na miejscu spalenia się krów nie było niczego szczególnego. Ciekawsze rzeczy ujawniła inspekcja u sąsiada Therna, tego, któremu wyleciała w powietrze stodoła. Wyraźnie było widać zasypany świeżą ziemią lej po wybuchu. Częściowo uprzątnięto też resztki ścian. Wygląda to jakby ktoś próbował zacierać ślady. Właściciel gospodarstwa twierdzi, że nic nie wie. Wygląda przy tym na nieźle wystraszonego. Nic więcej nie uda się z niego wyciągnąć.

Dagmar podrapał się za uchem, za wiele nie dało się wywnioskować z miejsca spalenia krów. Łączył fakty, które dostarczyli mu przesłuchani ludzie, było kilka poszlak, z których kilka nie zgadzało się ze sobą, a przynajmniej kolidowało.

-A staruszku powiedz mi, bo mówiliście, że z ludźmi, którzy zginęli nie łączyło Cię nic, że jesteście poczciwi. Wnioskuję, więc, że oni do świętych nie należeli. Co byś powiedział o tamtych, bo przecież, co nieco o nich wiedziałeś? Wiedz, że ja człowiek szczery jestem i co mi mówisz, nikt tego nie usłyszy. - powiedział łowca klepiąc się w miejsce serca
Thern wytrzeszczył na łowcę swe rybiego koloru oczy.
-Eee… dyć ja wszystko powiedziałem. Ja tamtych ludzi nie znałem. Jeno dymyśliwuje się, że pewno grzesznicy skoro ich takie nieszczęście spotkało. Moje krowy niechybnie przez elfy podpalone. Te szpiczastouche psiekrwie to sprawiły. Więcej nic nie wiem. - Co powiedziawszy zamilkł i podparłszy się pod boki popatrzył niepewnie na Dagmara.

Dagmar lekko się uśmiechnął, po czym odrzekł:
-Dobry z pana człek, aby się szczęściło. - mówiąc to lekko uniósł swój czarny szpiczasty kapelusz.

Spojrzał w kierunku sąsiada stodoły, postanowił podejść bliżej tak, aby móc znaleźć przyczynę zawalenia się budynku. Wszystko wyglądało fatalnie. Bacznie przyglądał się gruzom, obszedł budynek dookoła, a nawet starał się wejść tam gdzie da się cokolwiek zobaczyć. Niestety nic to nie dało, nie zobaczył nic, co mogłoby pomóc znaleźć przyczynę tego wybuchu. Jeśli rzeczywiście ktoś próbował zacierać ślady jak Dagmarowi na myśl przyszło to mu się naprawdę udało. Mężczyzna powoli wrócił do Therna i zaczął:
-Pan wybaczy, że niepokoje, ale zastanawiałem się jak najszybciej wrócić z powrotem do miasta, a dokładnie na Plenzerplatz? Czy może wybieracie się jeszcze tam z powrotem? A może, jaki sąsiad będzie jechał?
Staruszek podrapał się po głowie, po czym powiedział.
-Dzisiaj już nigdzie nie jadę panocku. Jak wrócić pytacie? Ano na nogach jak nie macie kunia. Ino tak. - dziadek pokiwał pewnie głową.

Łowca czarownic nie myśląc za wiele spojrzał raz jeszcze w kierunku rozwalonego budynku i długo nie czekając pożegnał się z staruszkiem. Ruszył w kierunku miasta.
Niewiele można było zobaczyć, ta część to pola i obszary rolnicze. Ten jednak czas dał wiele do myślenia. Dagmar rozmyślał nad różnymi teoriami. Kto za tym wszystkim stoi: elfy, wyznawcy chaosu, tajne sekty czy nawet wampiry. Elfy? -pomyślał, po czym się zaśmiał. Nie ma żadnych podstaw by posądzać elfy o coś takiego, co w gruncie rzeczy nawet nie pasowało, dlaczego miały by niszczyć. Wampiry było by to wytłumaczalne, jakiś hrabia chce podwładnych, lecz nie nauczył ich by nie wychodziły na światło dzienne. Wampir przecież i krowę może ugryźć, a co się będzie szczypał. Palące się ciała na niebiesko, to jednak było troszkę problematyczne. - Mężczyzna wyciągnął pajdę chleba ze smalcem i flaszkę wody, idąc sobie przegryzał.
-Zimny ogień? - powiedział sam do siebie jeszcze przeżuwając chleb
Tego nie dało się wyjaśnić w prosty sposób. Nagle Dagmar przypomniał sobie listę, na której to widniało imię staruszka. Tak dobrze pamiętał znajdowało się na niej jeszcze sześć innych imion, a jego towarzyszy było nie inaczej jak właśnie szczęściu no i on siódmy. Być może to zwieszczenie losu, a być może ktoś tak właśnie to zaplanował. Być może chciał ich specjalnie rozdzielić, a być może.. Kto wie - ciągle myślał uporczywie, co chwilę popijając wodą zagryzany chleb.

Młody człowiek szedł dobrych kilka godzin, bo zaczym doszedł na Plenzerplatz zaczęło się ściemniać. Był bardzo ciekawy do jakich rezulatów doszli jego towarzysze.
 
Inferian jest offline  
Stary 09-01-2014, 00:20   #9
 
Aro.is's Avatar
 
Reputacja: 148 Aro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znany
"U Richterów" było całkiem porządnym zajazdem. Zaledwie kilka przecznic od Plenzerplatz, za dnia kryło się w cieniu górującego nad okolicą Averburgu. Lokal zajmował dwupiętrową kamienicę, która nie różniła się od okolicznych budowli. Fasada była pozbawiona jakichkolwiek ozdobnych przygwizdów, jeśli nie liczyć szyldu nad wejściem. Środek też nie odbiegał zbytnio od normy - ot, masa stołów, kontuar, krzesła i ławy. W głębi prywatna sala i schody prowadzące na piętro. Za dnia ruch był mały.

- Dobrze cię widzieć, braciszku. - Oznajmiła Josefina, kiedy już wyściskała Eliasa. - Przybyło ci siwych włosów od ostatniego spotkania.

- No niestety. - Odparł, uśmiechając się kwaśno. - Czas nie szczędzi nikogo, ale wiesz to lepiej ode mnie.

- Ach ty! - Kobieta pogroziła mu palcem z niby to groźną miną. - Bo zawołam zaraz Milusińskiego.

Milusiński był, jak to się potocznie mówiło, wykidajłem i miał wrodzone predyspozycje do zawodu. Wysoki i umięśniony, jednym spojrzeniem potrafił przywołać co bardziej przebojową klientelę do porządku.

- Nic by to nie dało. Za bardzo mnie lubi. - Elias uśmiechnął się. - Ale, ale... Gdzieś schowała mojego siostrzeńca? Mam dla niego prezent.

- Mały jest w świątyni Vereny. - Oznajmiła Josefina i widząc zdziwienie na twarzy brata, dodała. - Płakał i stękał, że chce się uczyć to posłałam go na lekcje.

- Miałaś na to pieniądze?

- Zajazd przynosi zyski.

- Nie spodziewałbym się, że aż takie.

- Nie spodziewałbyś się, bo nie masz zielonego pojęcia o prowadzeniu zajazdu.

- Tu się zgodzę.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, popijając wino z kubków. Czas zaczął odciskać swoje piętno na Josefinie, ale nadal była tą samą żywiołową osobą. Tylko włosy miała teraz nieco rzadsze i bardziej siwe, a figurę obszerniejszą. Elias widział jednak, że nic z jej zwyczajowej werwy i optymizmu nie ubyło.

- Masz jeszcze jakieś pokoje? - Kapłan przerwał ciszę.

- Przecież wiesz, że miejsce dla ciebie zawsze się znajdzie. - Josefina spojrzała się na Śledczego podejrzliwie. - Po co to pytanie?

- Znalazłabyś miejsce dla sześciu osób? - Elias zignorował prowokację.

- Zależy dla kogo.

- Dla moich znajomych.

- Nie masz znajomych. A przynajmniej nie sześciu.

- Dobra, dla towarzyszy podróży.

- Ostatnia szansa. - Oznajmiła Josefina, nie dając za wygraną.

- Współpracowników. - Przyznał Elias. - Dostałem zlecenie.

- Powodzenia. Miasto pęka w szwach przez Święto Wina, złapanie sprawcy tych zapaleń graniczyć będzie z cudem. Nie patrz się tak na mnie, jestem odpowiedzialna za księgowość zajazdu. Dodanie dwa do dwóch to dla mnie pikuś. Poza tym, prędzej czy później zainteresowałbyś się sprawą, przez to twoje zboczenie zawodowe.

- Żadne zboczenie zaw... - Zaczął Elias, ale nie zdołał dokończyć.

- Jeśli mają złoto, to dostaną pokoje. Po okazyjnej cenie. No, okazyjnej w porównaniu do innych zajazdów. Nie naliczę im trzech złotych koron za dobę jak inni dusigrosze. Przez wzgląd na ciebie.

- Jestem niezmiernie wdzięczny.

* * *


Kamienica, w której kwaterował się Bernard Weill, była jedną z tych lepszych jak na averheimskie standardy. Znaczyło to ni mniej, ni więcej niż to, że nie wyglądała jakby miała się zapaść pod własnym ciężarem, a szczury i karaluchy nie przekraczały rozmiarowo kotów. Elias miał nadzieję, że trafił w dobre miejsce i zastanie kupca w domu. To jest, o ile ten nie postanowił zmienić miejsca zamieszkania przez ostatnie sześć lat.

- Przepraszam. - Kapłan zaczepił babcię, która zamiatała przed drzwiami. - Poszukuję Bernarda Weilla. Nadal tutaj mieszka?

- Dfugie pientło. - Kobiecina zamlaskała w odpowiedzi. - Pielwse drzfi na lewo.

- Stokrotne dzięki.

Elias przekroczył próg kamienicy i zaczął wspinaczkę po krętych schodach uważając, żeby nie obciążać zbytnio poręczy. Lata robiły swoje i po dotarciu na drugie piętro dostał lekkiej zadyszki, co było czymś nie do pomyślenia parę lat wstecz. Kapłan uniósł dłoń i zastukał w drzwi, łapiąc oddech.
Otworzył mu mężczyzna w średnim wieku zbudowany jak na kupca przystało. Jego nalaną twarz zdobiła krótka broda. Mimo upływu czasu, jaki dzielił Eliasa od czasów kiedy ostatni raz widział Brnarda Weilla, rozpoznał on go bezbłędnie.


- Pan do mnie?- odezwał się Bernard- zaraz, zaraz, wygląda pan znajomo. Nie mogę sobie przypomnieć gdzie pana już widziałem. Jak pana godność?

- Elias Richter. - Przedstawił się kapłan. - Jestem pewien, że widział mnie pan w rodzinnym zajeździe. Od czasu do czasu robiliśmy z panem interesy.

- Rzeczywiście! - Kupiec zaśmiał się. - Co pana do mnie sprowadza?

Bernard usunął się z drogi Eliasowi, zapraszając go gestem do środka. Richter postąpił parę kroków wgłąb mieszkania, z miłym zaskoczeniem stwierdzając, że kupiec żył całkiem skromnie. Bez ekstrawagancji. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

- Chciałem porozmawiać o tych dziwnych samospaleniach, o których tak głośno w naszym mieście. - Elias zagaił, odwracając się do gospodarza. - Podobno był pan świadkiem.
Kupiec spochmurniał.
- Opowiedzieć mogę tylko o tym czego byłem świadkiem, a więc o spaleniu mojego zięcia Friedala. Moja biedna Wertha wciąż płacze za tym darmozjadem. No dobrze, zaraz przypomnę jak to było. Właśnie zaczynał się Czas Orki, ziemię skuwał mróz, a z północy docierały niepokojące wieści. Rozmawiałem z Friedalem o jednym z transportów ze wschodu, gdy zięć nagle powiedział, że boli go brzuch. Stwierdziłem, że musiał zjeść jakieś zepsute mięso, a on przyznał mi rację. Przeprosił mnie i powiedział, że położy się do łóżka. Odszedł ode mnie na jakieś pięć kroków, gdy nagle zaczął wymachiwać ręką i wrzeszczeć jak szalony. Podniósł ręce nad głowę, a jego dłonie zaczęły płonąć niczym pochodnie. Z palców strzelały mu języki biało-niebieskiego ognia. To był naprawdę jasny płomień, widziałem go dokładnie, chociaż zbliżało się południe. Dzięki Sigmarowi, że nie widziałem jego twarzy, stał tyłem do mnie. Dostrzegłem jedynie, jak zapalają się mu włosy, a potem nagle zięć zamienił się w popiół. Jego ubranie opadło na plenzerplatz nawet nie osmalone. Zupełnie nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Friedal nie miał wrogów a już na pewno nie takich, którzy by go zabili w tak widowiskowy sposób.
Bernard westchnął ciężko, a po chwili popatrzył na swego rozmówcę trochę bardziej podejrzliwie.
-{i]Dlaczego ta sprawa was interesuje? Kogo reprezentujecie?[/i]

- Świątynię Vereny. - Odparł Elias, uchylając poły płaszcza, coby srebrny medalion z sową był dobrze widoczny. - Jestem jednym z Jej Śledczych. Co do waszego zięcia, panie Weill… Czy w dniach przed spłonięciem zachowywał się dziwnie? Robił coś, czego nie ma w zwyczaju? Może poznał kogoś nowego?

- Świątynia Vereny zajęła się sprawą. To bardzo dobrze. Na kapitanie Straży Jorgerze Bruckerze nie można było w tej sprawie polegać. Nie do takich rzeczy oni stworzeni, o ile w ogóle jest coś co oni potrafią dobrze robić- Co powiedziawszy uśmiechnął się pod nosem- Wracając do mojego świętej pamięci zięcia to nie zauważyłem jakiejkolwiek zmiany w jego zachowaniu. Wszystko było jak zwykle.

- Czy mógłbym porozmawiać z pańską córką, panie Weill? Może ona zauważyła coś dziwnego w zachowaniu Friedala, coś co pomogłoby mi w śledztwie.

- Moja córka jest ciągle w żałobie. Wątpię by rozmowa z nią cokolwiek panu pomogła a na pewno rozdrapałaby rany. Bardzo ciężko zniosła śmierć Fridala. Ciągle płacze. Nie, jestem przeciwny tej rozmowie.

- Rozumiem. - Elias skinął głową po chwili wahania. - Proszę jednak mieć na względzie, że zeznania pańskiej córki mogłyby zapobiec kolejnym śmierciom, kolejnym wdowom i kolejnym osieroconym dzieciom. Niech pan porozmawia z córką i zapyta się, czy byłaby skłonna do rozmowy ze mną. Jeśli Wertha się zgodzi, proszę posłać wiadomość do świątyni Vereny. Dziękuję za poświęcony mi czas.

Richter skłonił się, obrócił na pięcie i opuścił mieszkanie.

* * *


Blisko każda świątynia Vereny była zbudowana w ten sposób. Główna sala na bazie okręgu, z kolumnami podtrzymującymi kopułę. Lśniąca posadzka, okazjonalne obrazy lub freski, no i pomnik. Centralny punkt pomieszczenia, marmurowy pomnik Pani Sprawiedliwości na piedestale. Sposób, w jaki przedstawiano boginię, różnił się w zależności od miasta i wizji artystycznej rzeźbiarzy. W Averheim Verena dzierżyła w jednej dłoni miecz, a w drugiej wagę.

W porównaniu ze świątynią w Nuln, ta averheimska bledła. Główna sala była podobnych rozmiarów, marmurowa Verena miała jeszcze do towarzystwa sowę, ale na tym podobieństwa się kończyły. No, może nie całkiem, bo i tu, i tu były dormitoria i gabinety, z tym że różne rozmiarowo. W Nuln świątynia miała cały podziemny kompleks pełen woluminów, traktatów i ksiąg; miała też własny loch, salę przesłuchań i rozległe skryptoria.

Ale Eliasa mało co obchodził przepych, rozmiar czy ogólnie architektura. Dla niego świątynia Vereny zawsze była tym samym - ostoją spokoju i ośrodkiem wiedzy. Jak to Richter miał w zwyczaju, zawsze przed jakimkolwiek śledztwem oddawał się modlitwie, prosząc o łaskę wiedzy. Nie inaczej było teraz.

Elias powoli wstał z klęczek, otrzepując szatę i dopiero wtedy zauważył postać w bieli. Siwiuteńki kapłan powoli zbliżył się do Richtera, obdarzając go serdecznym uśmiechem.

- Dawno cię tu nie było, bracie Eliasie.

- Arcykapłanie. - Śledczy skłonił się z pokorą. - Zamierzałem ubiegać się spotkanie z Wami. Chciałbym pokornie prosić o pomoc świątyni, jako jeden z jej zaprzysiężonych członków i Śledczy naszej Pani.

- W czym nasza skromna świątynia może ci pomóc, bracie?

- Prowadzę śledztwo w sprawie zapaleń, które miały miejsce w Averheim i okolicach. Chciałbym się dowiedzieć, czy świątynia posiada jakieś poszlaki lub informacje, które mogłyby mi pomóc.

- Nic konkretnego. - Arcykapłan wyraźnie spochmurniał na wspomnienie o wypadkach. - Może cię zainteresować fakt, że niejaka Klodett Puft została uwięziona i będzie sądzona o czary. Czy ma to jakiś związek z zapaleniami, nie wiem. Sigmaryci ją trzymają i może będą wiedzieć coś więcej. Sam Lektor Algrisson będzie przewodzić procesowi.

Ot, a to ci dopiero. Jeden ze świadków posądzony o czarostwo. Ciekawe. Zanosiło się na to, że współpraca z Lektorem i świątynią Sigmara będzie nieunikniona.
 
Aro.is jest offline  
Stary 09-01-2014, 14:31   #10
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Reputacja: 592 Ulli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemuUlli to imię znane każdemu
Pod wieczór, tak jak ustalili, wszyscy spotkali się na Plenzerplatz. No prawie wszyscy. Niziołek Liebnik Garsenner spotkał znajomych z Krainy Zgromadzenia i zrezygnował ze śledztwa i pięćdziesięciu sztuk złota Aponimusa Rone. William przyprowadził Odette. Dziewczyna opowiedziała jeszcze raz wszystkim historie spalenia Nordine, po czym wymawiając się obowiązkami zawodowymi zniknęła w tłumie. Także Elias opowiedział czego udało mu się dowiedzieć od kupca Bernarda Weilla. Dagmar też dorzucił parę faktów poznanych dzięki wycieczce za miasto na farmę "Staruszka" Therna. Nie były to niestety informacje mocno zbliżające ich do poznania prawdy samospaleń. Ponieważ pozostali członkowie zespołu śledczego spędzili dzień na szwendaniu się po mieście, zamiast na wypytywaniu świadków, pozostało jeszcze sporo do zrobienia.

Był już wieczór i pozostała nadal nierozstrzygnięta kwestia gdzie grupa spędzi noc. Ponieważ przez dzień nikt z obecnych nie przedsięwziął w tym kierunku żadnych kroków zanosiło się, że przyjdzie im nocować pod gołym niebem. Na szczęście z pomocą przyszedł Elias, zapraszając wszystkich do rodzinnego zajazdu. Pora była późna, nie było więc mowy o innym rozwiązaniu. Wszyscy ruszyli za Eliasem. Zajazd okazał się całkiem przytulny. W stajni znalazło się miejsce dla wierzchowców bohaterów. Sami bohaterowie po zjedzeniu sutej kolacji udali się na spoczynek. Josefina-siostra Eliasa oddała do ich dyspozycji pokój z czterema łóżkami. Ci dla których nie starczyło miejsca na łóżkach musieli zadowolić się kocem i podłogą. Geheimnisnacht minęła spokojnie. Obudzili się dość wcześnie rano. Po zjedzeniu śniadania, nie pozostało nic innego jak udać się na miasto dalej prowadzić śledztwo. Był to pierwszy dzień Święta Wina i zarazem pierwszy dzień niziołkowego Tygodnia Ciasta. Tłumy waliły na Plenzerplatz gdzie na platformie zbudowanej wokół Kolumny Czaszek- pomnika zbudowanego na pamiątkę zwycięstwa nad hordą Gorbada Żelaznego Pazura, zebrała się elita Averlandu. Zebrany tłum zaczął następnie skandować "Robak! Robak! Robak!". Kiedy krzyk tysięcy gardeł wypełnił wszystkie ulice Averheim do Mistrza Ceremoni, którym w tym roku był Bertold Stadel podszedł paź ze złotym korkociągiem trzymanym na aksamitnej poduszeczce. Mistrz Ceremoni wziął podany mu w ten sposób korkociąg i pewnym ruchem otworzył butelkę "Korzennego 21"- zwycięzcy ubiegłorocznego Święta Wina.
Tym samym święto zostało otwarte.

Zauważyliście, że wśród komisji konkursowej znajduje się oprócz Mistrza Ceremoni, Lektor Kultu Sigmara Averlandu i krasnoludzki winiarz Cranneg Norgrimson.

Po otwarciu święta wszyscy zgromadzeni zaczęli się bawić. Niektórzy co prawda zaczęli już dużo wcześniej, teraz po prostu kontynuowali zabawę.

Wśród świętujących niespodziewanie pojawił się jakiś bogaty szlachcic z szóstką strzegących go osiłków.
- Wino dla wszystkich na mój koszt- zakrzyknął, samemu wznosząc toast pełnym kielichem.

Zgromadzeni wokół mieszczanie przyjęli te słowa brawami i okrzykami- "Niech żyje Kastor Leitdorf".

Wyraźnie zadowolony szlachcic przyjął te okrzyki lekkim skinieniem głowy i uśmiechem. Najwidoczniej taki właśnie efekt chciał wywołać. Następnie dumny jak paw oddalił się jedną z ulic, ciągnąc za sobą swoją ochronę.

Wszędzie pełno było straganów oferujących wina i najróżniejsze ciasta. W tym ostatnim celowały niziołki. Wszędzie pełno było niziołków jedzących ciasta, przenoszących ciasta, przyprawiających ciasta i rozprawiających o ciastach. Jeśli trafił się jakiś niziołek, który akurat nie trzymał w ręku kawałka ciasta to jakiś usłużny ziomek mu je wciskał w łapki.

Waszą uwagę zwróciła kłótnia dwóch rywalizujących cechów szklarzy. Jedni twierdzili, że wino ma być podawane w kielichach bez nóżki, inni że właśnie na wysokiej nóżce. Wkrótce kłótnia doprowadziła do rękoczynów, którym kres położyła dopiero interwencja straży. Odchodząc jeden ze strażników powiedział do drugiego

- Co roku to samo. Ci szklarze są szurnięci.
 
Ulli jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:50.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166