Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-08-2014, 14:12   #1
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 785 Szarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwu
[Warhammer 2ed.] Żołnierska rzecz

Opowieść pierwsza: Zdrajcy

Słońce już dawno było w zenicie, zbliżał się wieczór. Zimny wiatr przypominał, że śnieg co prawda dawno stopniał ale do lata jeszcze daleko. Szczególnie tu w pobliżu gór. Stanica mimo, że opuszczona na czas Burzy Chaosu bardzo szybko została odbudowana. Zresztą nie było zbytnio czego odbudowywać, armia Mrocznych Potęg nie zniszczyła murów tylko wnętrze. Zbito nowe drzwi i okiennice, wstawiono ławy a plugastwa wywalono na zewnątrz już z rok temu. Teraz, nielicznym weteranom przypominała stare czasy. Była ona domem dla ponad setki żołnierzy, cieśli, kowala, obsługi karczmy, szewca i innych członków zaplecza nie będących wojskowymi. Chroniła nie tylko Stirland przed tym co schodziło z Gór Krańca Świata ale i dawała ochronę dla sześciu wiosek. W każdej z nich stacjonowali żołnierze. W sumie dwie dziesiątki. Strefa Stanicy została podzielona na dwoje, na północno-zachodnią i północno-wschodnią. W każdej z nich mieściły się trzy wsie. W jednej z tych trzech stacjonowała czwórka żołnierzy pod wodzą kaprala oraz goniec, który w razie poważnego zagrożenia mógł ściągnąć posiłki. Czy to w postaci stanicznej jazdy czy z pobliskich wiosek w których stacjonowała trójka piechurów. Obsada warowni nie wiedziała jednak, że jedna z osad została spalona.

Dziadek

Był wkurwiony. Blizna dzisiaj wyjątkowo napierdalała. Próbował zabić czas podczas tak zwanej wolnej służby. Jazda nie musiała pełnić wart (co najwyżej patrole) jednak gotowość ciągle ich obowiązywała. Razem z ósemką jeźdźców musiałeś być w umundurowaniu, pancerzu i pod bronią. Nie mógł się zdrzemnąć ani napić. W kości grać mu się nie chciało, podkomendni wyczuli jego nastrój i z rozmową się nie narzucali, wręcz złazili przełożonemu z oczu. Próbował się uspokoić strugając, nóż jednak się omsknął i zaciął go w palec. Płytko ale w niesłychanie irytującym miejscu, tuż na zgięciu. Klnącego zastał go wartownik. Po dwóch pasach, przecinających na krzyż tunikę poznał strzelca. Twarzy nie kojarzył. Zasalutował sprężyście uderzając końcem włóczni o posadzkę.

- Kapralu!
- Szeregowy.
- Zastępca komendanta wzywa pana do siebie.
- Oczywiście. - Leopold pokiwał głową, chowając nóż za pasek i zlizując krew z palca - Prowadź.
- Rozkaz.

Wartownik jeszcze raz uderzył końcem włóczni o posadzkę. Po raz chyba setny przeszło mu przez myśl, że tych piechociarzy to nie szkolą a tresują. Ruszył powoli za strzelcem na dziedziniec. Zniechęconym spojrzeniem obrzucił dwóch toporników mających wartę przy koszarach i powiódł wzrokiem na dziedziniec gdzie Aver ćwiczebnym pałaszem właśnie okładał Tileańczyka. Wartownik, sprężystym krokiem skierował się na skos, prosto do niewielkiego budyneczku komendatury, w którym mieściła się izba pełniąca funkcję kancelarii oraz dwie komnaty, komendanta i jego zastępcy. Gdy podeszli do drzwi wartownik zastukał energicznie a po krótkim “wejść” otworzył drzwi.

- Komendancie! Kapral Heidmann!
- Niech wejdzie, wracaj na służbę.

Heidmann słyszał w głosie swojego przełożonego wyraźne zmęczenie. Nic dziwnego. Porucznik Heinz Reise był świetnym dowódcą polowym, o ogromnym doświadczeniu jednocześnie nie bojącym się ryzykownych rozwiązań. Znali się od przeszło ośmiu lat, jeszcze zanim Dziadek zdobył szlify podoficerskie a on Reise oficerskie. Mniej więcej w tym samym czasie, na dobre pół roku przed Burzą Chaosu. Podczas wojny obaj potwierdzili, że nie był to chybiony wybór. Teraz, pod nieobecność komendanta, Heinz wyraźnie się marnował, męcząc się z zarządzaniem.
Wszedł do izby, panował w niej porządek. Pod ścianą stał duży kufer a na wieszaku powieszono krótki płaszcz. Reise siedział za biurkiem, postawionym na przeciwko drzwi, na którym leżały pergaminy oraz stała butelka z inkaustem. I wbity sztylet. Głęboko. Nie tylko Leopold musiał mieć dzisiaj gorszy dzień.

- Komendancie. - Heidmann zasalutował, nie było w tym gracji i sprężystości młodzika, przypominało to bardziej prezycyjny, z dawna wyuczony odruch. I tym było. Odczekał chwilę, aż młokos wyjdzie za drzwi, po czym przeszedł do spocznij.

- Wzywałeś mnie.

Porucznik podniósł na niego zmęczone spojrzenie. To było smutne jak człowiek, który nie tracił ducha w beznadziejnej sytuacji podczas walki z nieprzyjacielem, był zmęczony zwykłą biurokracją.

- Tak Dziadek. Spalili nam wczoraj wieś. Tę węglarzy. Kojarzysz którą?
Skinął głową. O ile dobrze pamiętał mieszkańcy faktycznie głównie wypalali węgiel. Chyba jakaś rodzina parała się bartnictwem. Zwykła wieś, żadnego znaczenia strategicznego.
- Nie dawno przyjechał goniec. Jeden z piechociarzy przeżył. Mówi, że mieli broń wojskową, jeden nawet reiklandzką tunikę. Szacuje ich na jakichś dziesięciu. Będziesz musiał wziąć ludzi i ich odszukać.
- Dezerterzy?
- Albo szabrownicy. Weź… - oficer wyraźnie się skrzywił. - Ośmiu konnych. Więcej nie mogę Ci dać.
Faktycznie aby utrzymać patrole wokół stanicy potrzebna była minimum szóstka jeźdźców. Porucznik dawał więcej niż mógł.
- Zwołam chłopaków. Przyda im się mała wycieczka. - mruknął.- Rannego gdzieś łatają? Da się z nim porozmawiać?
- W Eiche. Weź obu zwiadowców, mi tu oni na nic. Posłuchaj Dziadek… Nie chcę ryzykować straty reszty jeźdźców. Poślę do Eiche dziesiątkę piechoty i rozkaz podporządkowania się Tobie. Jeżeli tych mend będzie za dużo nagoń ich na piechotę. Będą tam za cztery dni.
- Damy sobie radę, ale cóż… Ty tu jesteś komendantem, Heinz. Znasz mnie, nie będziemy szarżować. Nie kiedy nawet pieprzony Wissenland ma więcej żołnierzy niż my.

Heidmnn uśmiechnął się kwaśno, kiedy ból przeszył jego dawną ranę w kolanie. Chłód ciągnął przez szparę pod drzwiami, jakby na zewnątrz był conajmniej środek miesiąca Ulriczeit. Miał ogromną ochotę usiąść, ale zmilczałeś ciągle stojąc wyprosotwany.
- Wezmę Reina, Khazada, Felczera, Cepa, Avera...
Porucznik przerwał mu machnięciem ręki.
- Weź kogo uważasz.
Wstał i podszedł do skrzyni i wyciągnął stamtąd dwa kubki i bukłak.
- Siadaj, krzesło jest pod ścianą. Nastoisz się jeszcze.
Sam usiadł i nalał do dwóch kubków gorzałki. Z wdzięcznością Dziadek przyjął propozycję i również przysunął sobie krzesło. Drewno zatrzeszczało do wtóru ze starymi kośćmi.
- Lang powinien przywieźć uzupełnienie. Do pełnego klinu. Chociaż pisałem raport z prośbą o rozszerzenie załogi. Na pewno znowu go zleją dzbany.
- Ze stolicy nikt jeszcze nie przywiózł żołnierzy na front. Najwyżej garść miedziaków na pocieszenie. - Heidmann chwycił kubek i pociągnąłeś rozgrzewający łyk. - Może nasz komendant okaże się cudotwórcą i dorzucą mu do tego medal i halflińskiego kuchcika. Chyba bym nie narzekał.
- Ha! Ja też! Kiedyś gdy stacjonowałem w Delberzy byłem w gospodzie z żoną gdzie mieli takiego. Słuchaj Dziadek… Nie wtryniam się do Twojego komenderowania ale nie wziąłbyś jej? Połowa żołnierzy gapi się na tyłki zamiast robić swoje. - W stanicy znana była opinia Reise’a, że miejsce kobiety jest w domu lub w łożnicy.
- Tą Leanorę? - Stary postukał sękatym palcem w oparcie, nie był pewien, czy chce kontynuować temat, ale stary przyjaciel wpatrywał się w niego wyczekująco - Znowu coś wywinęła?
- Nie, ale wiesz… - wykonał lekki ruch dłonią.
Kapral zasępił się i rzuciłeś okiem na szarawe niebo za oknem komendatury. Słońce niemrawo prześwitywało przez chmury, jakby podobnie do kaprala nie mogło się zdecydować.
- Powiedzmy… - łyk przerwał zdanie nim to zdążyło się na dobre zacząć - Powiedzmy, że się zgodzę. Przez wzgląd na dawne dzieje.
Oficer skrzywił lekko usta.
- To wypijmy za to byście wszyscy wrócili.
- Za Imperatora.
- Za Imperatora i na pochybel jego wrogom.

Wszyscy

Nie wiele trwało nim Leopold zebrał swój oddział i zrobił krótką odprawę. Cel był jasny, jedna z zaleta służenia w wojsku, upraszczanie wszystkiego co się tylko dało uprościć. Kapral przypatrywał się twarzom. Zmarszczonym brwiom Cepa, gdy usłyszał o dezerterach. Żaden wojskowy nie lubił tego ścierwa. Franklinowi lekko drgnęły ramiona, jakby chciał nimi wzruszyć. Dla tropiciela było za jedno co tropi, wszystko w lesie stawało się dla niego zwierzyną. Poważnej twarzy Eckharta Stary nie mógł przejrzeć. Przeniósł wzrok na wyprężonego Meinharda. Świeżak, ale w duchu musiał przyznać, że obiecujący świeżak. Myślący, nie tylko rąbiący. Tacy przeżywali najczęściej. Zdaniem weterana i tak za rzadko. Dalej stał Tileanczyk, jeszcze nie dawno lekko uśmiechnięty, teraz poważny jak cała reszta. W oczach stojącej obok Siostrzyczki Dziadek dostrzegł wdzięczność. Kobieta miała dość siedzenia na dupie, chciała pokazać co potrafi. Stojący na końcu Aver miał nieprzenikniona twarz. Dobry żołnierz ale jakiś taki… dziwny. Kapral dał krótką komendę do rozejścia się i pobrania ekwipunku. Nikt nie biegł, wszyscy szli spokojnym, na pozór leniwym krokiem wytrawnych żołnierzy. Ta lakonicznosć tak powszechna w stanicy czy garnizonie na zewnątrz zaraz znikała.

Nie minęła mała klepsydra gdy wszyscy stali w pełnym munsztrunku, każdy z końską uzdą w ręce. Na dziedzińcu zebrali się cywile, mało tu się działo i nawet wyjazd jazdy był czymś ciekawym. Piechociarze, którzy mieli wolne dziwnym trafem coś robili na dziedzińcu. Przechodzili, ćwiczyli…

Heidmann uśmiechnął się pod nosem. Z tymi wiarusami mógł sobie pozwolić na mały popis. Nie dając komendy wskoczył na konia. Za nim zaraz ustawiły się karne dwójki. Pierwszą jak zwykle stanowili zwiadowcy, przewrotnie nazwani Długouchy i Khazad. Pierwszy z nich przy koniu oprócz juków, sajdaku z łukiem i włóczni wiózł parę oszczepów. Zazdrosne spojrzenia strzelców wiodły do jego kompana, który w olstrze miał pięknej roboty muszkiet. Zaraz za nimi jechała Leanora, jedna z niewielu kobiet w załodze stanicy, jedyna w jeździe. Obiekt wielu myśli, po próbie wprowadzenia ich w życie nie rzadko ludzi bolało… wszystko. Nie na darmo jej kompani nazywali ją Siostrzyczką. Piechociarskie ręce zdarzało się obrywały tęgi łomot. Obok niej jechał Tileańczyk. Ten młodzieniec, którego matka pochodziła z dalekiej krainy, dzięki śniadej cerze przyciągał spojrzenie kobiet. Dwie dziewki służebna i blondwłosa goniec zdawały się nikogo innego nie widzieć. Przedostatni mieli jechać Meinhard i Rein. Pierwszy z nich, najnowszy w Stanicy już zdążył sobie wyrobić pewną renomę. Dzięki chłopskiemu pochodzeniu, łatwiej było go zrozumieć a jako były akolita dysponował nie małą wiedzą. Co raz częściej żołnierze gdy potrzebowali pociechy duchowej (innej niż wódka) kierowali się do niego a nie do wiecznie wywyższającego się kapłana Sigmara. Drugi z nich, trafił do wojska zgodnie z życzeniem rodziciela i robił wszystko by swoje obowiązki spełnić jak najdokładniej. Ariergardę tworzył Aver zwany Ślepym oraz Tomas, którego towarzysze ochrzcili Cepem. Dwóch najlepszych rębajłów w oddziale skutecznie mogło zarówno zabezpieczyć jego tyły jak i jadąc z przodu przebić się. Dwaj wojownicy nie ograniczyli się tylko do wojskowych pałaszy i włóczni. Aver do siodła przytroczył groźnie wyglądający buzdygan a Tomas korbacz, pamiątkę po służbie w piechodzie Middenlandzkiej. Obaj prowadzili po koniu jucznym obłożonego prowiantem i niezbędnymi narzędziami.
Równym szykiem, którego nie złamał żaden koń przejechali się pod podniesioną kratą. Ta z hukiem za nimi odpadła. Dziadek krótko gwizdnął na swojej świstawce, ruszyli kłusem ciągle nie łamiąc szyku dając pokaz dla wartowników na murach.

***

Za zakrętem kapral dał znak do rozluźnienia szyku. Drogi wokół stanicy były bezpieczne, nawet zwykły podróżny nie miał się czego obawiać, a co dopiero dziewiątka żołdaków! Oddział, wyraźnie zadowolony, że nie musi kwitnąć w stanicy i jeździć na krótkie, nudne patrole wesoło rozmawiał i żartował. Większość jeźdźców rózniła się od innych żołnierzy. Bezczynność ich męczyła, kochali czuć konia pod sobą, wiatr na twarzy i włócznię w dłoni. Uwielbiali potem od niechcenia opowiadać jak to rozgromili kolejną bandę orków albo bandytów. Oczywiście po żołniersku ubarwiając.
Minęło z sześć klepsydr gdy dotarli do rozstajów. Noc na dobre rozgościła się, jednak oba księżyce świeciły jasno a liczne gwiazdy sprawiały, że mogli jechać bez pochodni i latarni. Oddział zatrzymał się, kapral wydał parę krótkich rozkazów. Dwaj zwiadowcy potwierdzili je i ruszyli. Mieli dotrzeć do spalonej wsi i rozejrzeć się w okolicy. Rozkaz był wyraźny. Zebrać informacje o miejscu pobytu wroga i jego liczebności, nie angażować się w starcia. Komenda została przekazana Długouchemu, obaj wojacy mieli podobny staż ale to franklin pochodził z tych ziemi i znacznie lepiej znał lasy. Pozostali ruszyli za kapralem do Eiche w której leżal ocalały z masakry żołnierz.

Dziadek, Fleczer, Cep

Jazda po nocnym gościńcu nienależała do najłatwiejszych i niejeden podróżny musiałby czekać do rana by na wąskiej drużce jego koń nie złamał nogi. Oni jednak nie byli zwykłymi podróżnymi, Imperium nie miało węża w sakiewce jeśli chodziło o szkolenie jazdy czy ich wierzchowców. Jadąc gęsiego kapral nie zamierzał zaniechać ostrożności. Z przodu jechała czujka, na zmianę był to Tomas lub Aver a Leanora z Reinem tworzyli ariergardę. Drużka po dwóch klepsydrach zarosła drzewami, zmniejszając tempo z jakim wojskowi mogli się poruszać. Gdy nastał świt byli już nie daleko. Żołnierze z ulgą przywitali widok palisady, najbardziej ucieszył się kapral, którego stara rana ciągle bolała a złe myśli nie odpuszczały. Stary warius ufał swej intuicji i jak najszybciej chciał połączyć się z zwiadowcami. Zmęczeni po długiej podróży i nie przespanej nocy wjechali do Eiche. Była większa niż okoliczne a mieszkańcy czuli się niemalże jak miastowi, to dzięki mlynowi, który przynosił nie małe dochody. Chłopi utrzymywali się z myślistwa (mieli nawet przywilej polowania na określoną liczbę jeleni!) oraz hodowli psów myśliwskich. Nazwa wzięła się od olbrzymiego dębu, który rósł majestatycznie na środku osady. W wiosce stacjonowała czwórka żołnierzy pod wodzą kaprala piechoty ognistej. Mieszkańcy, nawykli do wstawania skoro świt krzątali się już po obejściach a przy wjeździe pełnił służbę jeden z żołdaków. Czarna tunika z srebrną gwiazdą mówiła równie wyraźnie jak ciężki pancerz, tarcza czy topór do jakiej formacji należy. Na widok jeźdźców wyszedł parę kroków na przeciwko a gdy dojrzał szarżę Leopolda wyprężył się służbiście, z tarczą przy nodze i toporem w dłoni.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 22-10-2014, 11:38   #2
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 785 Szarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwu
Długouchy Khazad

Obaj zwiadowcy prawie bez konsultacji ruszyli szybkim kłusem. Mimo jasnej nocy galop byłby zbyt ryzykowny. Jadąc środkiem traktu można było nie martwić się o nisko wiszące gałęzie, jedną z gorszych pułapek dla jeźdźca. Zarówno Khazad jak i Dlugouchy byli wprawnymi zwiadowcami więc droga minęła sprawnie. Noc może i dla niejednego była pełna strachów ale nie dla takich wariusów nie raz stawających z bronią w ręku przeciwko tworom chaosu.

Świt zagościł już na dobre gdy dotarli do ruin osady. Zwolnili i dla pewności nałożyli cięciwę na łuki. Rozkaz był wyraźny, nie angażować się w starcie a strzała w przeciwieństwie do kuli wystrzelonej z muszkietu była cicha.

Wieś leżała na polanie i otaczała ją palisada, żołdacy przywiązali do drzewa konie i z wprawą zwiadowców zaczęła okrążać polankę samym pozostając niewidocznym.

Wbrew pierwszemu wrażeniu drewniany ostrokół nie otaczał całej osady, urywał się na wschodzie tworząc pokaźną wyrwę przez którą mogły przejechać dwa wozy. Jadące co prawda burtę w burtę ale jednak. Chłopi musieli nie do kończyć prac obronnych. Przez tę wyrwę wyraźnie było widać ślady napaści. Dwie chaty zostały spalone do gołej ziemi, te w głębi osady też nosiły ślady ognia jednak zachowały się w lepszym stanie. Lepszym nie oznaczało jednak dobrego. Na środku osady stała dziwna konstrukcja, jakby stos ziemi ale chyba na jakimś rusztowaniu.


Franklin, praktycznie wychowany w Stirlandzkich lasach rozpoznał mielerz.
Uwagę zwiadowców przykuła nie tylko osada. Pod jedną z ścian lasu stały dwa ule, trzeci leżał przewrócony. Wokół krążyły pszczoły. Nie daleko znaleźli pierwsze ślady. Zwierząt, chyba wilków. Na oko trzy sztuki ale wyraźnie obciążone, jakby wiozły jakieś pakunki. Lub jeźdźców. Wyraźnie poruszały się w pośpiechu. Ślady były świeże, jeszcze z tej nocy. Z trudem również znaleźli drugie tropy. Były mniej wyraźne i starsze, jakby pochodziły z jeszcze wcześniejszej nocy. Ludzkie. Ciężko było ocenić ich dokładną liczbę nawet tak wytrawnym zwiadowcom. Chyba przeszło tędy około dziesięciu ludzi, potrafili poruszać się po lasach, nie szli kupą potrafiącą zostawić w lesie szeroki korytarz a w nieregularnych odstępach. Co najmniej jeden był ranny.

Cep, Dziadek Felczer

- Kto rano wstaje, temu pan bóg daje... I to niejeden. - zaczął głupkowato jeszcze nie do końca rozbudzony Felczer.
- Wstrzymaj się z takimi uwagami, młody. - kapral zmrużył brwi, po czym odwrócił się do salutującego topornika - Spocznij, żołnierzu. Zawiadom kaprala Gerharda, że przybyliśmy, muszę się z nim zobaczyć.
- Rozkaz.
Topornik odwrócił się i oddalił wcale nieśpiesznie, wręcz demonstracyjnie powoli. Leopold zawrócił konia tak by być twarzą do swoich ludzi.

- Cep, Aver, Leanora - zajmijcie się końmi. Tileańczyk, Rein - zorganizujcie śniadanie dla reszty. Felczer, ze mną do kaprala. Jak skończycie macie dwie godziny przerwy. Złapcie trochę snu. - Heidmann wydał dyspozycje.

Cep zsiadł z konia i zaczął wykonywać swoje obowiązki. Jak zwykle poruszał się niespiesznie, ale metodyczne i efektywnie. Oszczędzał energie, gdyż wiedział, że niespodziewanie może dojść do walki. Był to nawyk, którego nabrał podczas długoletniej służby i który nowicjusze brali za lenistwo. Po kolei uwiązał konie przy koźle, rozsiodłał, napoił i podał im owsa. Lubił zwierzęta, zwłaszcza konie. Opiekował się nimi troskliwie. Mając wolną chwilę zaczął je po kolei szczotkować.
Nie był w tym sam. Leanora i Aver równieź wykonali rozkaz. Równie sprawnie i metodycznie jak były piechociarz. Mimo wykonywania tych samych czynności wprawne oko wyłapywało różnice. W przeciwieństwie do Tomasa nie mieli takiego doświadczenia i nie zdążyli "zastygnąć" jak weterani nazywali spokojne i powolne ruchy, których każdy żołnierz uczył się z czasem. Po Siostrzyczce wciąż było widać energiczność, chęć wykonania rozkazów jak najsprawniej byle udowodnić, że nie jest gorsza. Że odstaje od oddziału. Aver zaś wykonywał wszystko rutynowo, nie była to jednak nabyta cecha wynikająca z doświadczenia a cecha charakteru. W tym nieokazywaniu emocji ani zainteresowania praktycznie nigdy było coś niepokojącego. Tileańczyk z Reinem sprawnie w tym czasie wydzielili racje. Nie było czasu na rozpalenie ognia i podgrzanie strawy ale Aldo z charakterystyczną dla siebie zaradnością poszedł z towarzyszem do wsi z zamiarem podgrzania w jakiejś chacie strawy.

Gdy żołnierze wykonywali rozkazy Dziadek skinął na Meinharda i ruszyli za oddalającym się piechociarze.

- Młody… Taa… - westchnął w duchu Meinhard. Bolał na ksywką jaką otrzymał jako jeden z świeższych żołnierzy w stanicy. Wiecznie młody. Może wtedy, gdy składał papiery na Kunstakademie albo gdy odbywał nowicjat, mógł być za takiego uznawany. W porównaniu do innych świeżaków w wojsku stirlandzkim wyglądał na kogoś, kto powinien być już wyższy rangą, ale cóż… Kilka złych wyborów życiowych przesądziło o tym, że musi zaczynać wszystko od nowa. Młodzieńcze przekonanie o własnej wyższości, spowodowane awansem ojca, boleśnie skonfrontowało się z zimną rzeczywistością, i to niejeden raz. A przecież gdyby wybrał życie poborcy celnego, jak jego ojciec, wszystko byłoby takie poukładane, spokojne. Teraz spoglądał na wieś, w duchu wyobrażając sobie siebie w roli dowódcy, broniącego osadę przed bliżej nieokreślonym najeźdźcą, czarnymi figurami na rumakach. Często bawił się w swojej głowie w oficera, porównując znane z opasłych tomisk analizy bitew z ujrzanymi formacjami terenu i ułożeniem budowli. Dawka quasi-strategicznego główkowania zawsze wydobywała go z porannej osowiałości.

- Bądźcie pozdrowieni w imię Sigmara, Ulryka i - zawahał się - Myrmidii. Macie tu jakichś rannych? Felczer jestem, mogę się nimi zająć. - zagadał żołdaków.
Kapral, który w tym czasie przyszedł był olbrzymi. Mierzył z dobre metr dziewiędziesiąt a posturę miał jakby całe życie pracował w kamieniołomie. Vimer był w pełnym pancerzu topornika ale nie miał przy sobie ani tarczy ani topora. Talie opinał mu tylko pas obciążony tasakiem i puginałem, piechociarze musieli mieć czym się bronić w razie straty swojej głównej broni. Podoficer skinął głową Dziadkowi.

- Kapralu.

Stary zasalutował krótko i uśmiechnął się do dawnego znajomego. Gdy Meinhard się odezwał przebiegł wzrokiem po reszcie oddziału. Lekko skinął Tomasowi, wielu z ciężkozbrojnej piechoty ceniło go za jego przeszłość. Na pytanie odrzekł krótko:

- Ano jest tu taki jeden. Z nim chcecie się widzieć, kapralu?

- Tak, nasz medyk go przepyta. - odrzekł ruszając przed siebie, zapraszając tym samym Gerharda żeby przeszli się nieco; Leopold nie lubił spoufalać się z równymi stopniem przy szeregowcach, a nie miał ochoty na oficjalny ton. - Ścigamy bandę dezerterów.

Vimer spojrzał na wartownika, który zaraz wrócił.
- Zaprowadzisz szeregowego - pokazał ręką na Meinharda. - do rannego.

Kapral ruszył za Dziadkiem, jego słowa skomentował tylko skinięciem głowy.

- Wiesz może coś więcej? Mieliście tu jakieś kłopoty?
- Nie.
- Przynajmniej tyle. Wkrótce przybędzie dla was wsparcie, dziesiątka piechoty. Tak na wszelki wypadek, gdybyśmy musieli zamknąć obławę na Eiche. Kiedy skończymy możecie wrzucić im tego rannego, w Stanicy go wykurują. - kapral jazdy zamilkł. Przechadzka miło trzeźwiła po podróży. Prawie zasnął jadąc w siodle co odrobinę go martwiło mając na uwadze cel ich misji. Topornik spojrzał z góry na jeźdźca nie mówiąc nic. Leopold widział, że nie jest zadowolony.

- Nie chcę was niepotrzebnie narażać, przekazuję tylko rozkazy z góry.
- [i]Za narażanie nam płacą. Zrobimy swoje, wy zróbcie swoje.[i]
- Tak zrobimy. Macie może wolną stodołę, albo chałupę? Chłopaki nie spali całą noc.
- Pogadaj z Jonasem. Tamta chałupa - topornik wielkim paluchem wskazał jedną z chłopskich chat.- to jego, mają stodołę.

Leopold skwitował to kwinięciem głową.

- A co u Ciebie? Po staremu? - zagadał mrukliwego towarzysza; wyglądało jakby kapral piechoty był po całonocnej warcie podczas oblężenia, ale ten typ zwykle zachowywał się tak samo. Tamten wzruszył ramionami.

- Po staremu. - a po chwili dodał - Chłopi marudzą, żołnierze siedząc na dupie nudzą się, a chłopki brudne.
- Jak zawsze. Gdy będzie po wszystkim to się zorganizuje jakąś rozrywkę, ale teraz robota czeka. Kapralu. - Heidmann zasalutował krótko i odmaszerował w swoją stronę. Topornik oddał salut i skierowal się wgłąb wsi.

Leopold wrócił do swoich żołnierzy, przystawił sobie pieniek i przysiadł na nim. Zawołał w stronę ludzi rychtujących konie.

- Cep, chłop Jonas może nas przyjąć. - kapral wskazał chałupę ze sporą stodołą postawioną opodal - Rozmówcie się z nim, może dostaniecie trochę siana dla wierzchowców.

Następnie kapral wyjął mapę i rozłożył ją na kolanie. Stary malunek, miejscami nieczytelny dawał tylko ogólne pojęcie o ukształtowaniu terenu, dlatego potrzeba było i własnej obserwacji. Dziadek co rusz obracał głowę mrucząc pod nosem, wstawał, maszerował w jedną stronę licząc kroki, po czym zawracał i nanosił na mapę pewne poprawki. W krótkim czasie obszedł tak całą wieś, lustrując dokładnie tereny wokół Eiche na wypadek gdyby tutaj miała toczyć się bitwa. Zwłaszcza interesowały go obiecujace zagajniki, parowy w których można było założyć pułapki, albo schować żołnierzy, wypłaszczenia do szarży, oraz ewentualne wzniesienia terenu. Nie umknęły jego uwadze miejsca, gdzie chałupy mocno się zwężały, zanotował też, z której strony wpada droga i gdzie znajduje się murowana studnia. Wolał chuchać na zimne, niż później obudzić się w zgiełku starcia zupełnie nieprzygotowanym.

Cep

Tomas ruszył do wskazanej chałupy. Mimo nieprzespanej nocy był z niego młody i silny mężczyzna, nie odczuwał mocno zmęczenia. Nie czuł jednak też podniecenia przed walką jak kiedyś. Wiedział co ich czeka nie gorzej niż ich dowódca. Tropienie, pościg a na koniec brutalna walka z przeciwnikiem. Dezerterzy zawsze walczyli do końca, wiedzieli, że dla takich jak oni nie ma litości. Żołnierz uśmiechnął się pod nosem. Przypomniał mu się minstrel słyszany niegdyś w karczmie. Opisywał on w swojej pieśni bitwę jako coś wspaniałego. Słońce odbijało się w zbrojach, miecz się wznosił a bohater jak umierał to bohatersko broniąc swojego kraju. Kto jak kto ale każdy weteran wiedział jak bolą rany, ramię od machania bronią a umierający wyjął przed śmiercią i srają pod siebie.

Chata była spora i prosta. Prosta ale zadbana.


Obok niej stała stodoła. To w niej mieli się schronić jeźdźcy by znaleźć trochę odpoczynku.


Żołnierz krótko zastukał do drzwi chałupy. Po chwili drzwi otworzył mu chłop. Proste spodnie uszyto ze skóry jakiegoś zwierza a tkana koszula nosiła ślady cerowania i stare plamy. Jonas, bo pewnie to go Tomas miał przed sobą, miał ogorzałą od pracy na słońcu twarz i był krępy. Widać było, że od małego nawykł do pracy. Spojrzał na żołnierza z kiepsko skrywaną niechęcią.
- Ta?
Cep wiedział skąd ta niechęć. Wieśniacy musieli żywić stacjonujących we wsi żołnierzy a patrolowi udzielić wszelkiej pomocy. Za nie wykonanie tego obowiązku groziła chłosta. Prości ludzie nie zawsze rozumieli przed czym chronią ich wojskowi i uważali ich za dodatkowe gęby do wykarmienia. Polecenia jednak wykonywali mając zawsze w pamięci, że nahaja może spaść na ich plecy.

Felczer

Topornik zaprowadził go do chaty znajdującej się na końcu wsi. Po drodze minęli dąb, ten faktycznie budził respekt. Aby go objąć trzeba by trzech chłopa a rozłożyste gałęzie ocieniały okolicę.

Chałupa do której dotarli była prosta i mała w porównaniu do wszystkich. Topornik zastukał do drzwi i te po dłuższej chwili otworzyła im młódka.
Kobieta zbliżała się na oko do siedemnastej wiosny życia. Ubranie miała proste, koszulę i długą spódnicę, ale schludne. Ciemne włosy prawie w całości kryła pod chustą. Była stosunkowo atrakcyjna, na modłę Stirlandzką. Niska ale krępa o raczej pełnych kształtach. Piechociarz odezwał się mocnym głosem:
- Do rannego.
- Zapraszam panów wojaków.
Wpuściła ich do środka. Chata miała tylko jedną izbę, przez otwarte okiennice wpadało światło ujawniające palenisko. Na ścianie wisiał garnek oraz inne sprzęty kuchenne. Pod powałą wisiały suszące się zioła, których zapach uderzał w nozdrza. Stół stojący pod jednym z okien był zastawiony misami obok których stał moździerz i tłuczek. Chyba kobieta właśnie przygotowywała jakieś zioła.
Na prostej pryczy leżał mężczyzna owinięty w koc. Twarz miał bladą a oczy zamknięte.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 28-10-2014, 15:09   #3
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
Reputacja: 322 Dziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skał
Leopold maszerował po wiosce z mapą i rysikiem w garści nanosząc poprawki, a gdy skończył obchód jeszcze przez dłuższą chwilę stał ze zmarszczonym czołem i nosem wlepionym w kartkę. Postawił ostatnią kreskę, po czym wrócił do swoich tobołków, gdzie przybory zostały starannie zapakowane. Wieś może nie prezentowała nadzwyczajnych walorów obronnych, ale zgodnie z naukami płynącymi z „Kodeksu wojny” pióra Klemensa von Huetzburga nawet zwykłe pastwisko można uczynić dobrą pozycją obronną, ot choćby ustawiając się zgodnie ze słońcem, czy wykorzystując naturalne przeszkody, by ograniczyć przeciwnikowi pole manewru. Co prawda od zakończenia Burzy Chaosu, czyli od niemal pół roku, Imperium nie widziało regularnej bitwy, a tym czego realnie mogli się spodziewać był słabo zorganizowany bandycki rajd, dlatego książkowe mądrości należało odpowiednio dostosować do obecnego położenia.

Kapral omiótł spojrzeniem swoich ludzi. Mimo nocnej jazdy nikt nie wydawał się specjalnie zmęczony, każdy wykonywał swoje obowiązki, nie wyczuwało się typowego napięcia, które zwykle towarzyszyło wszystkim tuż przed misją. Konie pasły się spokojnie na uboczu pod dobrą opieką Leanory, Avera i Cepa, racje zostały wydane, a Tileańczyk nawet polazł gdzieś w poszukiwaniu paleniska, oraz garści soli i ziół. Można by pomyśleć, że są tutaj na zwykłym objeździe, a nie po to żeby odnaleźć i rozbić bandę grasantów. Jakby dzień temu nie stracili wioski i kilku dobrych chłopaków.

Z zadumy wyrwał go Meinhard, który stanął przed kapralem, po czym z pewnym opóźnieniem zasalutował. Na dłoni błysnęły niedokładnie wytarte plamki ciemnej krwi.

- Ranny nazywa się Lanwin, mocno oberwał. Zakatrupili jednego, ponoć mężczyzna był dobry w mieczu. Zanim się zorganizowali załatwił go kusznik, tak samo kolejnego z toporników. – Felczer referował z przejęciem - Mówi, że wszyscy mieli broń wojskową. Paru miało tuniki ale nie nasze, wyglądali jakby zbroili się na jakimś polu bitwy. Było ich koło dziesięciu, dokładnie nie wie, potem znaleźli go ludzie kaprala Vimera.

- Ci bandyci… chcieli czegoś konkretnego? Rabunek, porwanie?
- Nie widzieli, ranny twierdzi, że napastnicy zaszli ich w stróżówce.
- W którą stronę odeszli?

Felczer pokręcił tylko głową – Gość jest w nie najlepszym stanie, nie sądzę, żeby dożył jutra. Cud, że w ogóle coś pamięta.

- No nic, sami się przekonamy na czym stoimy. Ostatecznie dziesięciu ludzi nie znika sobie bez śladu, a w wojskowym sprzęcie raczej rzucają się w oczy. - Dziadek westchnął i potarł nos – Spocznij – dodał widząc, że Meinhard ciągle stoi wyprostowany – i zjedz coś, blado wyglądasz.

Leopold próbował odszukać w pamięci miejsca bitew, które ostatnimi laty miały miejsce w Stirlandzie. Do głowy niemal machinalnie przyszło mu sławne Krwawe Mitterfruhl, ale po tamtym starciu, jak po każdej walnej bitwie z siłami chaosu, zjawiali się ludzie Inkwizycji i skrupulatnie czyścili pole bitwy. Z drugiej strony podczas Burzy wielu łowców czarownic zginęło, a zawierucha ogarnęła cały kraj, dlatego więcej niż prawdopodobne było to, że po zagajnikach ciągle wala się sporo pordzewiałego sprzętu. Nie można było wykluczyć też możliwości, że faktycznie mają do czynienia z dezerterami.

Heidmann stanął w końcu pomiędzy żołnierzami i chrząknął znacząco. Kiedy mówił z pozycji dowódcy nie zwykł zaczynać wypowiedzi, nim ludzie nie skupili na nim uwagi, nie lubił też się powtarzać. Odkaszlnął i zaczął mówić:

- Mamy przeciw sobie około dziesięciu ludzi, uzbrojonych i niebezpiecznych, znających teren. Nie boją się podróżować po zmroku, bardzo możliwe, że przygotują zasadzkę na pościg. Miejcie na uwadze, że bez problemu rozbili posterunek naszych. Mamy trzy godziny na popas i drzemkę. Nie rozpakowywać sprzętu, konie mają być gotowe do drogi. Jakieś pytania? – kapral zawiesił głos na moment - Świetnie.
 

Ostatnio edytowane przez Dziadek Zielarz : 29-10-2014 o 16:39.
Dziadek Zielarz jest offline  
Stary 09-11-2014, 10:42   #4
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 2942 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Wioska była zruinowana, już kiedy się zbliżali czuli drażniący zapach spalenizny. Była ona tylko zwiastunem ponurego widoku jaki zastali kiedy wjechali ostrożnie między zniszczone, drewniane zabudowania. Rozdzielili się, objeżdżając wioskę ostrożnie z obu stron. Domostwa ledwo zdążyły się dopalić. Na placu wokół którego ustawione były niegdyś chłopskie chałupy, leżała sterta kości, jakgdyby ktoś spalił trupy wszystkich zabitych mieszkańców. Stos nie tylko wyglądał makabrycznie, jeszcze gorzej cuchnął.
Nie wszystkie ciała wylądowały jednak na stosie. Znaleźli jeszcze trzy, które pominięto. Jeden z zabitych miał na sobie połataną tunikę wojsk prowincji Ostlandu. W zaciśniętej pośmiertnie dłoni trzymał pałasz, prawie identyczny z tymi używanymi przez nich. - Dezerter - rzucił kompan Khazada jakby od niechcenia. - Ci pozostali chyba też - odpowiedział Eckhart, rzucając na ziemię dwa sztylety wzoru Armii Imperialnej, które znalazł przy pozostałych ciałach.
Potem rozdzielili zadania. Franklin miał przeszukać wioskę w poszukiwaniu ocalałego mienia, prowiantu czy ocalałych, którzy mogli się gdzieś przemyślnie ukryć. Niestety nie poszło mu zbyt dobrze, łupiący byli bardzo sumienni i dokładni, choć nie do końca. Schmit jako miejscowy, znał doskonale zwyczaje panujące na tych ziemiach i popularne sposoby ukrywania dóbr. Znalazł przemyślnie ukrytą piwniczkę, pod jednych ze spalonych domostw. Solidne deski podłogi nie poddały się pożarowi i uchroniły cenną zawartość piwniczki. Suszone mięso, trochę wędzonych wędlin i dojrzałych serów, a także spora, pękata beczułka, sprawiły, że twarze obu zwiadowców pojaśniały.
NIderwald miał też trochę roboty z badaniem śladów. Tych w wiosce było multum, przemieszanych ze sobą i poplątanych w wyniku najazdu i późniejszej walki. Ostatecznie wyizolował dwie grupy śladów. Jedną tworzyła grupa jeźdźców, bynajmniej nie konnych, wielkie wilcze łapska, głęboko zapadały się w miękkim gruncie, co świadczyło, że na sowim grzbiecie niosły zielony, obrzydliwy bagaż. Grupa ruszyła w kierunku wschodnim opuszczając wioskę. Drugą grupą śladów były ślady zorganizowanego oddziału ludzi, z których conajmniej jeden był ranny. Wyglądali na takich którzy znają okolicę.
Trop podążał w las, w kierunku okolicznych ruin jakiejś starej wieży. Zapytany przez Eckharta Schmit odpowiedział:

- To pozostałość po jakiejś starej wieży, czy baszcie. Ponoć tam straszy i panuje tam mroczka aura, tak przynajmniej gadają okoliczni. Co robimy?


- Myślę, że powinniśmy ruszyć za tymi tutaj
- wskazał na trop kierujący się ku ruinom. - Zieloni poruszają się szybciej niż my, a Ci sa wolniejsi. Może ich dojdziemy i się im przyjrzymy? Bez kontaktu bezpośredniego, ustalimy ilu ich jest i co tu robią?

- Miejmy nadzieję, że Dziadek nie da nam za to popalić
- zażartował - chłopaki się ucieszą na widok beczułki - wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Zamaskowałem dobrze znaleziony prowiant, nikt nie powinien nam go zwinąć.

Ruszyli, początkowo konno, ale wraz z gęstniejącym poszyciem musieli zejść z koni, żeby lepiej rozpoznawać ślady. Kilkukrotnie gubili trop i odnajdywali wracając się po śladach. Wreszcie na małej polance znaleźli trupa. Niderwald odezwał się oglądając zwłoki:


- To pewnie ten ranny, nie miał szczęścia biedny skurwysyn.


Ciało mężczyzny oparte było o pień zwalonego drzewa, jego ramię prawie zostało oddzielone od tułowia, przez jakieś potężne uderzenie klingi, kompani zapewne próbowali opatrzyć rannego, slad po przypalaniu rany czy zakrwawione szmaty w okół niej mogły o tym świadczyć. Czarna w świetle księżyca posoka która zbroczyła cały bok mężczyzny świadczyła zaś o tym, że próby te były bezcelowe. Szeroka rana na szyi, mówiła im tylko jedno. Ktoś skrócił męki tego bandziora. Przy pasie miał tasak, jakiego używali oni sami, standardowe wyposażenie wojska. Z rzeczy osobistych znaleźli amulet z króliczej kości, który zapewne miał noszącemu przynosić szczęście i pomyślność. Sporo sprzedawano ich w ostatnich czasach. Po Burzy, każdy potrzebował szczęścia i pomyślności.


- Miał amulet na szczęście
- podniósł go i pokazał Franklinowi. - Widać równie skuteczny by był jakby psu w rzyć go wetknął, efekt zapewne byłby taki sam - ponuro dodał.

Ruszyli dalej, z większą już przychylnością Taala, po śladach mogli domyślać się, że znacząco zbliżyli się do ściganych. Doszli do wniosku, że Franklin zostanie w tyle z końmi, a dalej piechotą ruszył Khazad. Zostawił swoją broń przy koniu, zabierając tylko nóż. Reszta tylko i tak by mu przeszkadzała przy skradaniu, a w razie wykrycia nawet z łukiem nie miałby szans przeciwko liczniejszemu wrogowi. Pozostała mu tylko wiara we własne umiejętności. A te miał niemałe, o czym przekonywali się handlarze futer, którzy odbierali od niego spore ilości towaru.

“Musiał ich tylko podejść jak zwierzynę w lesie” - myślał zbliżając się do miejsca, gdzie sądząc po głosach obozowali dezerterzy. Zbliżył się na bezpieczną odległość, w porę dostrzegając strażnika, który patrolował teren wokół obozu.


Ukrył się w podcieniu rozłożystego buka, wśród gęstych zarośli, rozpłaszczony na miękkim mchu, niczym wąż. Miał stąd dobry pogląd na polanę.

Cały czas jednym okiem zerkał na stojącego na warcie wysokiego i chudego mężczyznę, którego twarz okalała broda. W dłoniach trzymał narychtowaną kuszę, co raz przechadzał się. W ruinach bandyci rozbili obozowisko i rozpalili ognisko. Resztki ścian utrudniały ich dokładną liczebność jednak Khazad oceniał, że dezerterów jest około dziesięciu. Wyraźnie widział mężczyznę, który oglądał rusznicę. Był wysoki, odziany w wojskową tunikę. Czerwoną więc, wcześniej należała do reiklandczyka. Na nogach miał nagolennice jak tarczownik, jednak nie nosił kirysu. Oprócz niego niewyraźnie mignęła dla zwiadowcy sylwetka niskiego mężczyzny, odzianego w prostą czerń stirlandczyków. Po za nimi widział jeszcze trzech innych mężczyzn ale słyszał głosy wielu innych. Chyba niektórzy fakycznie mieli broń wojskową. Niestety z tej odległości, nie mógł dosłyszeć o czym rozmawiają.

Obserwował ich dłuższą chwilę, a kiedy doszedł do wniosku, że nic już więcej się nie dowie, ruszył po śladach do Franklina, który czekał w umówionym miejscu z końmi. Zdał mu dokładną relację z tego co widział. Schmit jako miejscowy, skojarzył, że od ruin odchodzi stara dróżka, którą szybciej dotrą do wioski, więc przedzierając się trochę przez las dotarli do niej i wrócili do wioski o wiele szybciej niż by wracali się po własnych śladach. Nie rozłożyli się jednak w samej wiosce, tylko ukryli konie w zaroślach na skraju lasu, i tam zalegli czekając na kaprala Dziadka i resztę.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:57.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166