Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-10-2014, 20:25   #1
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 3691 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Księstwa Graniczne II

Kształtowanie się ludzkiej pamięci jest procesem zdradliwym. Jedną z jego sztuczek można by nazwać „skracaniem czasu”. Patrząc w przeszłość, współcześni mieszkańcy Imperium widzą najnowszą historię ostatnich stu lat na pierwszym planie, historię okresu Sigmara gdzieś w połowie odległości, a półmrok epoki Nehekhary jest tylko bladym pasmem ciągnącym się wzdłuż odległego horyzontu. Takie postacie, jak Rainer Stu Bitew majaczą jedynie jako odległe, niezidentyfikowane plamki – chyba że się je wyrwie z ich historycznego kontekstu, powiększy, przystroi i wyniesie do rangi gwiazd dla jakichś późniejszych celów politycznych lub pod wpływem narodowej, czy też ludowej dumy. Wielu królów spoczywa we wspaniałych grobowcach, to prawda, ale ilu więcej jest takich, których groby pozostały nie odnalezione, których pomniki nigdy nie zostały wzniesione?
- cytat z wykładu profesora historii Dirka Lukrafki, zapisany przez jego (nadgorliwego) studenta i następcę, Egona Vaupela

W dziełach nie przystającego do swej epoki Guido Tilla znajdujemy wiele przykładów pradawnych zwyczajów Merogenów, w tym wypadku opis tradycyjnego sposobu pochówku na przykładzie grobowca legendarnego wodza Rainera Stu Bitew:

Nocą szemrzą nad Meriui
żałobne pieśni
szmer rzeki im odpowiada,
wodny wir je ze sobą niesie


Merogeni oddawali hołd poległym, ale nie zostawiali po nich śladów. Historyczna pamięć gardzi bezstronnością, a oni musieli o tym dobrze wiedzieć.
- cytat ze słynnego podręcznika literaturoznawstwa autorstwa Horsta Thiele

Dziwne zrządzenie losu sprawiło, że w znacznej części wysiłki jednego człowieka, w dodatku obcego, przyczyniły się do tego, że lud Rainera obrał drogę, która miała ich zaprowadzić do utworzenia własnego królestwa. Tym człowiekiem był Asromiamun, kapłan, urodzony reformator. Nie wiadomo, co zwróciło jego uwagę na Merogenów, jednak historia podaje, że zdecydował się udać na północ, aby nawracać prymitywnych pogan na kulty nehekharskich bogów. Nie zniechęciły go ponure opowieści o tym, co przytrafiało się tam kupcom i podróżnikom, a kaprys losu sprawił, iż trafił między ludzi, których szukał, samotny i bez broni, i nie został natychmiast przebity dzidą. Asromiamunowi udało się wprowadzić ich na drogę rozwoju, a dalszy bieg wypadków dowiódł, że nie pomylił się w swych przewidywaniach - chociaż w sposób, jakiego wcale się nie spodziewał.

Kaznodzieja był człowiekiem praktycznym. W swych kazaniach odwoływał się do chęci osiągnięcia materialnych korzyści; przedstawiał wodzowi siłę i wspaniałość nehekharskich królestw jako przykład potęgi bogów, których nauka i dzieła wyniosły je na szczyt. Mówił o miastach, żyznych równinach, marmurowych budowlach i żelaznych rydwanach, wysadzanych klejnotami wieżach i jeźdźcach jadących do boju w swych lśniących zbrojach. Zaś Rainer, z nieomylnym instynktem barbarzyńcy, puszczał mimo uszu jego słowa dotyczące bogów i ich nauk, całą uwagę skupiając na tak żywo opisywanych sprawach materialnych. Kiedy Asromiamun mówił o wspaniałościach cywilizowanych krajów, ciemnoskóry słuchacz nie myślał o ideałach jego religii, lecz o łupach, jakie nieświadomie kapłan opisywał, opowiadając o bogatych miastach i kwitnących krainach. Kiedy mówił, jak bogowie pomagali niektórym władcom zwyciężyć wrogów, barbarzyńca nie zwracał uwagi na cudy, lecz skupiał ją na opisach bitew, konnych rycerzy oraz manewrów łuczników i oszczepników. Wysłuchiwał go z niezgłębionym wyrazem twarzy i szedł swoją drogą bez żadnych komentarzy, z pochlebiającą kapłanowi uwagą chłonąc praktyczne rady. Tam, w tej lepiance mającej polepę miast podłogi, odziany w jedwabie Asromiamun na kłodzie mahoniu i ciemnoskóry wódz w niedźwiedzich skórach stworzyli podwaliny przyszłego królestwa.

Nehekharyjczyk zbyt późno zrozumiał swój błąd: nie zgłębił duszy poganina i jego dzikiej natury. Jego elokwencja w najmniejszym stopniu nie poruszyła sumień dzikusów. Zamiast skór Rainer nosił teraz posrebrzany pancerz, lecz pod nim był taki sam - prymitywny barbarzyńca, nie rozumiejący teologii czy filozofii, instynktownie łaknący jedynie krwi i łupów.
- Imperium Nehekhary, Wolfram Dette

Tymczasem Pakhrua, król Nofrekaranebi, spotkał się z Rainerem Stu Bitew, królem Merogenów, na polu koło Odion, przy dziesiątym kamieniu milowym od Ankhpieoi. Barbarzyńca zmusił Nehekharyjczyków do ucieczki i zabił ich króla Pakhruę. Sam potem wpadł w pułapkę, lecz pancerz i rączy koń ocaliły go od niechybnej śmierci.
- Historia Merogenów, Volker Fleige

Cóż, to ciekawa postać. Dobrze zbudowany, ponadprzeciętnego, choć nie gigantycznego wzrostu. Jego głowa jest okrągła, a włosy kręcone; zaczyna łysieć. Szyję ma ruchliwą, bez szpecących węzłów. Jego brwi są krzaczaste, łukowate; gdy opuszcza powieki, rzęsy sięgają niemal do połowy policzków. Nos ma wytwornie orli, a wargi cienkie i nieprzesadnie wielkie. Włoski wystające z nozdrzy są codziennie przycinane, a balwierz starannie usuwa bujny zarost z dolnej połowy jego twarzy. Podbródek, gardło i kark ma pełne, ale nie grube. Często czerwieni się, nie z gniewu jednak, lecz ze skromności. Jego barki są gładkie, ramiona oraz przedramiona silne i twarde, dłonie szerokie, pierś wypięta do przodu, a talia wąska. Kręgosłup dzielący rozłożyste plecy nie wystaje, widoczny jest za to mostek; na jego bokach prężą się mięśnie, a postawa emanuje energią. Jego uda są jak twardy róg, stawy kolanowe silne i męskie, a same kolana najurodziwsze i najmniej pomarszczone pod słońcem. Nogi opierają się na mocnych kostkach, a stopy są niewielkie w porównaniu z tak potężnymi kończynami.

Przed porankiem udaje się z niewielką świtą, by uczestniczyć w nabożeństwie swoich kapłanów. Modli się gorliwie, lecz można podejrzewać, że jego pobożność wynika bardziej z nawyku niż przekonania. Resztę poranka zajmują obowiązki urzędowe. Otaczają go uzbrojeni możni; na progu stoją odziani w skóry liczni strażnicy. Gdy przybywają posłańcy, wysłuchuje ich, niewiele mówiąc; przyspiesza jednak załatwienie pilnych spraw. O godzinie drugiej wstaje z tronu, by dokonać inspekcji skarbca lub stajni. Jeżeli danego dnia odbywa się polowanie, bierze w nim udział, nie nosi jednak u boku łuku, uznając, iż nie licuje to z godnością królewską. Gdy ptak lub zwierzyna są przeznaczone dla niego, sięga za siebie i odbiera od pazia łuk z luźną cięciwą. Najpierw pyta, w co ma trafić; wybierasz, a on strzela. Jeżeli chyba, winny jest zazwyczaj twój wzrok, nie zaś umiejętności łucznika.

W dni powszednie jego stół przypomina stół zwykłego człowieka. Blat nie ugina się pod matową, niewypolerowaną zastawą wnoszoną przez zadyszanych służących; nacisk kładzie się na konwersację, nie na zawartość talerzy; mówi się rozsądnie lub milczy. Tkaniny i zasłony są czasem z purpurowego jedwabiu, a czasem z lnu; o doborze dań decyduje nie ich koszt, ale kunszt. Toastów jest niewiele. Krótko mówiąc, na dworze znajdziesz elegancję, radość, zręczność, a wszędzie dyscyplinę godną domu królewskiego.

Sjestę po obiedzie czasem się pomija. Gdy władca ma ochotę na grę, nie zwlekając, chwyta kości w dłoń, ogląda je uważnie, wprawną ręką potrząsa kubkiem, szybko rzuca, przemawia do gości z humorem i cierpliwie czeka na wynik. W milczeniu przyjmuje rzuty dobre, z wesołością zaś złe. Nigdy nie przestaje być filozofem.

Czasem, chociaż rzadko, kolację ożywiają występy mimów, goście nie są jednak nigdy wystawiani na cięte uwagi. Nie słychać hałasu instrumentów – nie ma lirników ani flecistów, ani intonującego popisową partię chóru; nie ma mistrza ceremonii ani dziewcząt z cytrami czy tamburynami; ceni tylko ten wysiłek, który oczarowuje umysł cnotą, a ucho melodią. Gdy udaje się na spoczynek, rozpoczyna się służba straży; uzbrojeni wartownicy strzegą pierwszych godzin jego snu. Tu muszę przerwać; prosiłeś zaledwie o jeden czy dwa fakty; a moim celem było napisać list, nie spisać historię. Żegnaj!
- kopia listu wyższego kapłana Khonsa-hotepa

Pragnąłem niegdyś wymazać całą Nehekharę z mapy i wznieść na jego ruinach własne państwo; chciałem też zyskać, tak jak najwięksi królowie, nieśmiertelną sławę założyciela nowego imperium. Długoletnie doświadczenia przekonały mnie jednak stopniowo, że prawa są niezbędne i że gwałtowna, nieokiełznana natura mego ludu nie zniesie zbawiennego jarzma rządu cywilnego. Moim szczerym życzeniem jest teraz, aby przyszłe wieki z wdzięcznością zapamiętały obcego, który posłużył się mieczem merogeńskim nie w celu obalenia, lecz przywrócenia i utrzymania dobrobytu imperium nehekharyjskiego.
- frapująca „deklaracja Rainera” przytoczona przez kronikarza Amsi Uab-tot

Dowiedli dzikości swego charakteru na pogrzebie bohatera, generała Amenmersasy, dawniej znanego jako Rainera Stu Bitew, którego męstwo i los smętnie opiewali. Pracą licznych jeńców odmienili bieg małej rzeki o nazwie Meriui. Ogromny grobowiec, ozdobiony wspaniałymi łupami i trofeami, zbudowano pod opróżnionym łożyskiem, po czym przywrócono wodzie jej naturalne koryto, godząc w ten sposób dwie odmienne tradycje pochówku, a tajemne miejsce, gdzie złożono szczątki dowódcy, pozostało na zawsze ukryte, gdyż w nieludzki sposób zgładzono więźniów, których użyto do wykonania tej pracy.
- Imperium Khemryjskie, Wolfram Dette

Jak w każdym księstwie, w Coesfeld wybuchały od czasu do czasu rebelie, które trzeba było zdławić. Jednak jedna z nich była na tyle poważna, że zachwiała państewkiem w posadach. Frankowi Klingebielowi przestała wystarczać rola kapitana wojsk. Pokonawszy bez trudu księcia Gregora Kathstede, wybitnego mędrca i kolekcjonera - niestety pozbawionego talentu do wyboru ludzi, którymi się otaczał, zasiadł w zamku Herzogenrath jako nowy władca, zmieniając stolicę Coesfeld w garnizon zdobywców na podbitej ziemi. Rządził jak ktoś porażony szaleństwem, utrzymując tron jedynie dzięki zdesperowanym najemnikom, opłacanym dzięki miażdżącym bogatych i biednych poborcom podatkowym.

Nie wszyscy jednak godzili się na zaakceptowanie nowego księcia. Kraj wrzał od rewolt, które krwawo tłumiono. Wieś podniosła się i walczyła, tak, jak to robią wieśniacy: dziko, morderczo i w sekrecie. Piętno miecza i pochodni zastąpiło piętno pługa i brony, z pali żółtych ogrodzeń pozbijano krzyże i szubienice, ścierwa krów i owiec zatarasowały cieki wodne i zatruły ziemię, kamienie z podwalin domów stały się amunicją dla katapult, ludzie natomiast albo zostali zabici albo zmienieni w żołnierzy, nie było innego wyboru. Ulice miast spłynęły czerwienią. Na czele ufortyfikowanych osad pełnych zdeterminowanych wojowników stanął dawny doradca księcia Kathstede, Reinhard Buchhorn. Ku uciesze nagich od pasa w górę rolników i pastuchów zdobył tron, lecz Frank Klingebiel uszedł z życiem, a jego imię po dziś dzień stanowi synonim zagrożenia dla mieszkańców Coesfeld.

Dla fanatycznego egzekutora Lutza Albiga imię te z kolei było synonimem zbliżającego się wielkimi krokami triumfu sprawiedliwości, a dla mniej gorliwych członków tej przedziwnej kompanii wędrownych sędziów, łowców nagród i katów pojmanie Franka wiązało się nieodłącznie z pewnym zarobkiem, mimo że nie dawali tego po sobie poznać, gdyż przywódcę gorszyły jakiekolwiek przejawy przywiązania do materialnych bogactw.

Coesfeld, mimo krwawej wojny domowej, daleko było od marniejącego księstwa. Wokół trzech miast – Herzogenrath, Baesweiler i Eschweiler – skupiały się liczne wsie i pojedyncze gospodarstwa. Stolica liczyła ponad pięć tysięcy mieszkańców, co było rzadkością na pograniczu. Dla ludzi wędrujących przez góry na północy, przez Przełęcz Mroźnych Kłów, był to prawdopodobnie ostatni bastion cywilizowanego świata. Na zachodzie leżało wielkie jezioro Krumme Lanke i rozciągający się na północ od niego las Kellerwald, stanowiący naturalną granicę między Coesfeldem i Paderbornem. Na południu leżały skaliste szczyty, a na wschodzie jałowe rubieże, za którymi to nieustannie kotłowały się mniejsze i większe mało stabilne politycznie państewka.

Jeszcze dzisiaj tu i tam stały porzucone, często nie nadające się do ponownego użytku machiny wojenne, wykonane z żelaza i miedzi, z ostrymi dziobami służącymi do taranowania, wysokimi wieżami oblężniczymi oraz sprężystymi ramionami do ciskania potężnych pocisków zapalających i kamieni. Wszędzie można było dostrzec oznaki niedawnej okupacji, poczynając od zataczających się na ulicach żołnierzy, a kończąc na permanentnym strachu wyzierającym z twarzy mieszczan, który próbowano sprytnie zamaskować - domy ozdabiano kwiatami, mieszkańcy ubierali się w bogato haftowane, jedwabne i lniane stroje, odbywały się parady chełpiących się swoim wyszkoleniem gwardzistów.

Wieczerzę spędzili w przytulnym zamku, na zaproszenie świeżo upieczonego księcia Reinharda Buchhorna. Zamek zbudowany został kilka wieków wcześniej na szczycie swego rodzaju sztucznej piramidy, ukrytej pod grubą warstwą ziemi, a jej zbocza opadające tarasami pokryły rabaty kwiatowe, hodowano tam też winorośl i warzywa; trawniki służyły jako miejsca zabaw dla dzieci i spacerów, uprawy winogron dostarczały najlepszych gatunków wina, w niższych zaś partiach rosły rzędy szparagów, zagony ziemniaków, kalafiorów, marchwi, sałaty i wielu innych znanych warzyw. Sama budowla stanowiła istny labirynt wywietrzników, szybów i maleńkich drzwiczek.

Posiłki były stosunkowo proste, lecz znakomicie przygotowane i smaczne. Głównym daniem były befsztyki z tutejszych bawołów w wyśmienitym, tłustym sosie i dzbany grzanego wina. Zdecydowanie miła odmiana od cienkiego piwa i talerzy z kilkoma skrawkami wieprzowiny, jakimi egzekutorzy posilali się w niemal każdej napotkanej oberży.

- Pojmanie Franka Klingebiela jest ważne nie tylko z powodu ciążącego na nas wszystkich obowiązku doprowadzenia takiego wywrotowca przed oblicze sprawiedliwości, ale także z bardziej osobistego powodu – w głosie księcia nie było uczucia i przemawiał raczej jak ktoś, kto rozpatruje abstrakcyjne problemy moralne. - Jak wiecie, byłem dobrym przyjacielem świętej pamięci Gregora Kathstede, który za życia kolekcjonował pozostałości nehekharskiej cywilizacji, żyjącej niegdyś na tych terenach. Niektóre z nich były naprawdę cenne, a inne bezwartościowe, ale każda z nich była częścią życia Gregora i powinna trafić z powrotem do jego rodziny albo pozostać tutaj, w zamku. Chciałbym odzyskać figurkę złotej piramidki, wielkości nie większej niż zaciśnięta pięść Norsmena. Jestem pewien, że znajduje się w posiadaniu Franka...

Gdy głośna uczta dobiegała końca – ciasta, cukry, pełnotłuste sery zniknęły z półmisków, a przed każdym z biesiadników pojawiły się trzy butelki wina odmiennych gatunków, skromny antałek piwa oraz wielki kufel. Biesiadnicy wstawali z uśmiechem na ustach i nieco zaczerwienionymi twarzami, od trunku i dobrego jadła.

Jednak biesiada nie była pozbawiona trosk. Bohaterowie odnosili nieraz wrażenie, że broda Lutza stykała się nieraz z uchem Reinharda, a powierzone mu słowa trafiały dalej do sług o ponurych rysach. Panowała pełna napięcia atmosfera, dziwne wzburzenie, ścieranie się ambicji, szepty, których nie mógł zrozumieć nikt poza szepczącymi, czuli to raczej niż wiedzieli.

Byli w śmiertelnym zagrożeniu. Musieli uciekać.

Zagubieni w dżungli na wpół opuszczonych kamienic i domów handlowych, kryjąc się w meandrach ulic i lawirując, czy to między patrolami straży, czy postaciami skaczącymi między oświetlonymi oknami jak marionetki na sznurkach, przeżyli do świtu. Mieli szczęście, że usypiająca trucizna zadziałała z opóźnieniem, gdy leżeli w śmieciach zrujnowanych domów, a nie w wygodnych komnatach zamku. Nie mieli pojęcia, dlaczego egzekutor Lutz planował ich pojmać – albo co gorsza – zabić. I jak do tego namówił księcia Reinharda?

Całe szczęście, że wierzchowce i zwierzęta zostawili w zajeździe znajdującym się poza murami miasta. Była szansa, że nikt jeszcze nie pomyślał o ich uprowadzeniu. Nawet jeśli udałoby im się odzyskać konie, co dalej? Wieże semaforowe uniemożliwiały pozostanie w bardziej cywilizowanych rejonach księstwa.

Najłatwiej było uciec przez mury miasta – były przecież stworzone do tego, żeby nie wpuszczać ludzi z zewnątrz, a nie zatrzymywać tych wewnątrz. Wmieszanie się w tłum podróżników, kupców z dalekich stron i robotników, przechodzących przez wielkie, sklepione bramy też było pewnym rozwiązaniem, choć ryzykowniejszym. Ostatecznie pozostawały jeszcze podziemia, stanowiące relikt bardziej ponurego wieku.

Ludzie, którzy chodzili o tej porze po ulicach, należeli do pospólstwa: byli handlarzami, robotnikami i prostytutkami. Sklepy i stoiska były otwarte, kupcy prezentowali swój towar. Jeden element przewijał się nieustannie przez ten wielobarwny wzór – strażnicy miejscy panoszyli się wśród ludzi, pojedynczo lub w grupkach, rozpychając się z wystudiowaną arogancją. Stojący na straży żołnierze byli na wpół pijani i zdecydowanie zbyt zajęci wypatrywaniem ładnych mieszczanek, by zauważyć zakurzonych podróżników.

- Niech żadna nisza nie umknie waszej uwadze – sierżant straży huknął rozkaz głębokim głosem.
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 11-10-2014 o 17:37.
Clutterbane jest offline  
Stary 15-10-2014, 19:33   #2
Ośmiorniczka
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 8097 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
Chłodny powiew, zapach śmieci i fekaliów oraz uliczny gwar, wybudziły czarnowłosego z najgorszego snu, jaki dotąd dane mu było pamiętać. Otworzywszy oczy przez kilka sekund starał sobie przypomnieć gdzie się znajduje. Dopiero po dłuższej chwili dotarły do niego wspomnienia wydarzeń tej nocy. Dość mozolnie, podpierając się o ścianę jakiegoś budynku, zaczął wstawać. Osoba obserwująca z boku tę scenę dopiero teraz mogłaby dostrzec, jak wysoki był ów mężczyzna. Na oko mógł on mierzyć nawet ponad 190 cm. Nieco bardziej spostrzegawczy widz mógłby również zwrócić uwagę na dwa szpiczaste kształty stanowiące jego uszy. Kolejną charakterystyczną cechą, jaka wyróżniała go na tle innych towarzyszy, było dziwne czarne znamię na czole, emanujące aurą tajemniczości i uśpionej mocy.

Mocno zdezorientowany Noah posłał sobie otrzeźwiającego liścia w twarz, po czym zaczął rozglądać się za towarzyszami. Gdy jego wzrok zlokalizował wszystkich, którzy dzisiejszej nocy w dość pośpieszny sposób opuścili wraz z nim zamek Reinharda Buchhorna, przerwał chwilę milczenia dość głupim i ogólnym pytaniem.

- Co teraz?

- Uciekać z miasta efie, ot co!

Mężczyzna, który odpowiedział efowi był postawny i barczysty. Nosił pełną zbroję i rycerski szary wams z wyszytą na nim chimerą. Wyglądał na około czterdzieści lat. Przyglądając się jego twarzy, dało się ujrzeć, nie do końca zakryte brodą, ślady po ospie. Mimo to nie dało się nie nazwać rycerza przystojnym.

- Poza tym, chciałbym odzyskać mojego konia. - wycedził przez zęby Garamont, wściekły zaistniałym obrotem sprawy - Jest warty więcej niż życie połowy mieszkańców tego kurwidołku.

Mówiąc to zerknął wyniośle na leżącego w rynsztoku obok pijaczka. Pijaczek generalnie miał rycerza i jego wyniosłość w dupie. W całej rozciągłości i głębokości nadmienionej. Zasadniczo, cokolwiek jednak, zdaniem swoim się z comitivą egzekutorów nie podzielił.

Ostatnie słowa Sir Raisona, Noah skwitował jedynie krótkim, acz smutnym westchnięciem. Następnie sięgnął do kieszeni swego skórzanego stroju kamuflującego i wyciągnął z niej brązowawy kawałek materiału. Ten okazał się po prostu zwykłą opaską, którą elf nałożył sobie na głowę, ukrywając przy tym czarny znak na czole oraz częściowo uszy.

- Od tak dawna szukałem tego miejsca tylko po to, by teraz stąd uciekać? – Zapytał swym melodyjnym głosem elf, ni to towarzyszy, ni to ściany. Po chwili znów dodał. – Los… jest przewrotny.

- Trafne słowa przyjacielu - odpowiedział kolejny towarzysz niedoli, zbierając się z ziemi. Był wysokim i barczystym człowiekiem. W towarzystwie szlachetnie urodzonego Raisona dało się z łatwością zauważyć jego chłopskie maniery i niewyszukany sposób bycia, ale urodą prześcigał rycerza. Na sobie miał kolczugę, pod nią zaś stary, znoszony dublet, który niejeden raz był zszywany.

Wolfgang złapał się za głowę, wciąż próbując spędzić sen z powiek. Po chwili mechanicznie sięgnął ręką do pasa, ale okazało się, że instynkty go nie zawiodły i nawet po omacku, poprzedniego wieczora, udało mu się przytroczyć do pasa swój wierny zweihander. Na swoim miejscu spoczywał też muszkiet, przewieszony przez ramię.

- Na Sigmara, co wstąpiło w Lutza!? - zawołał swoim głębokim głosem. Wolf wierzył, że chociaż tym razem trafił na uczciwego człowieka. Cóż, to nie pierwszy raz, kiedy się mylił. Założył szyszak na łeb i rzucił do towarzyszy:

- Trzeba pobudzić resztę i schować się gdzieś. Może do karczmy, albo świątyni?

- Porca putana! - zaklął szpetnie po tileańsku Beppe, pozbywając się resztek wczorajszej kolacji pod ścianą budynku - zadali sobie sporo trudu żeby nas unieszkodliwić, ciekawe czy chcieli pojmać żywcem, czy po prostu pozbyć się nas bez świadków?

Mankietem jaskrawozielonej koszuli otarł resztki wymiocin z ust - Tak czy inaczej najrozsądniej byłoby pozwolić im uwierzyć, że to paskudztwo zadziałało skutecznie i nie rzucać się w oczy do wieczora.

Niziołek był wyraźnie wzburzony, bynajmniej nie faktem że ktoś nastawał na ich życie, ale metodą, której użyto i zmarnotrawieniem nie najgorzej w końcu, jak na ludzkie standardy przygotowanych potraw. Dobrze, że nie pozwolił swoim podopiecznym zwyczajowo częstować się resztkami, bo to mogłoby naprawdę zepsuć mu dzień.

Poklepał się po licznych kieszeniach, wydobył względnie świeżą skórkę razowca i zagwizdał na szczury. Leo i Gianni jak na komendę wbiegły na ramię gotowe odebrać smakołyk z ręki Giuseppe.

Przyglądając się swoim pupilkom zaczął rozważać możliwości jakie przed nimi się rysowały, ale głośny hałas dobiegający z żołądka przypomniał mu o priorytetach. W końcu świętej pamięci matka zawsze powtarzała, że śniadanie jest jednym z siedmiu podstawowych posiłków w ciągu dnia. Poza tym nigdy nie potrafił myśleć na głodnego...

- Chowanie się w mieście jest dość… - Tu na chwilę elf zmarszczył brwi, szukając w pamięci najodpowiedniejszego słowa. - …niewygodne. A ja mogę mieć pewien problem z wtopieniem się w tłum.

- Chować się w mieście. Cette absurdité! - rzekł bretończyk - To jak…

Zawiesił głos. Na chwilę.

- Proponuję przekraść się za mury, zabrać konie z zajazdu i lecieć w dyrdy jak najdalej stąd. À la galopade. Albo wrócić do zamku i przygrzmocić Lutzowi, éventuellement. Et in tantum, in casu.

- Hę?- odpowiedział najpierw skonfundowany Wolfgang, nie rozumiejąc połowy słów wypowiedzianych przez sir Raisona. Nie pierwszy zresztą raz, od początku ich znajomości.

- Ale do świątyni, to chyba nie ośmieliliby się wtargnąć? A tak w ogóle, to jestem za tym, by z Lutzem wyjaśnić tę sprawę. Przywalić komuś to jedno, ale trucie to już diabelskie dzieło, tfu!

- Nie martw się Noah, amico mio. Nie takie twarzyczki się pacykowało po całonocnych balangach, tylko zasuń tą opaskę na uszy i będzie perfetto. - rzekł Beppe.

- Cóż to prawisz Wolfgangu, mon ami? - zapytał rycerz - Truć? Ja za ciosem w mordę optowałem. A dedukcjami i propozycyjami na temat tego, tfu, kurwiego syna i tego co z nim uczynimy wysuńmy po opuszczeniu tej zacnej metropolii. Co, jak myślę, zaraz się stanie.

- Mi chodziło, że to on trując źle zrobił. Jakby co przeciw nam miał, to mógł jak człowiek wyzwać na walkę uczciwą i dać Sigmarowi sąd boży rozstrzygnąć. A tak, to on szuja jest, spod topora nie umknie, kanalia! - zawołał Wolf, rozeźlony na eks-szefa, nie zważając na to w jakiej są obecnie sytuacji.

- Allora, andiamo avanti, nie ma czasu do stracenia. Lutz pewnie zaraz kogoś wyśle żeby sprawdzić skuteczność swojej kolacyjki...Obudźcie pozostałych, a ja zrobię sobie mały spacerek żeby rozprostować kości, i zorientować się jak wygląda sytuacja między nami a murami miasta.

- Dobrze prawi, polać mu! - wydarł się nie do końca trzeźwy rycerz.

Po czym malowniczo rzygnął na ścianę. I powrócił do grona rozmówców.

- Wybacz Wolfgangu, śmy się obustronnie nie zrozumieli. Nawet całkiem nie zrozumieli. A ty Beppe ruszaj, ku radości naszej.

Po czym ruszył budzić drużynę. Delikatnie. Na razie.

- Wstawaj brodaczu, piwo przynieśli - rzekł ku khazadowi, szturchając go nogą.

Wolfgang zaś zaczął cucić w miarę delikatnie Etheldred i próbował postawić ją na nogi.

- Ethel, zbudź się! Psiakrew, na nią to chyba mocniej podziałało - dodał zatroskany.

Niziołek zmierzwił palcami kręcone włosy, poprawił pozbawiony okuć skórzany pas a następnie wydobył ze swoich zawiniątek średniej wielkości worek i nonszalancko przerzucił go przez ramię, upodabniając się do dziesiątek innych niziołków i służących udających się po poranne sprawunki, codzienny i naturalny tłumek praktycznie ignorowany przez przechodniów i straże - Jakieś specjalne życzenia na śniadanko? - zdążył zapytać zanim zniknął za rogiem, a w ślad za nim ruszyli jego ogoniaści przyjaciele.

- Bułeczki z masłem i cebulą, jakieś mięsiwo i ciasto bretońskie. - odpowiedział Garamont - I jakieś dobre wino na popitkę, cher ami. Tylko nie z tego rocznika, w którym umarł król Louis.

- Co ci się, na śniadanie zechciało! - zawołał Wolf marszcząc brwi i jak zwykle nie rozumiejąc sarkazmu rycerza. - Z tym można poczekać!

- Mimo wszystko moja głowa wciąż będzie wyrastać z tłumu niczym samotne drzewo pośród trawiastych łąk. – Stwierdził Noah, po czym zaczął przysłuchiwać się rozmowie towarzyszy. Z trudem próbował zrozumieć, o czym tak właściwie mówią. Po chwili wysunął dość naiwne stwierdzenie.

– A może doszło po prostu do jakiegoś felernego nieporozumienia. Powinniśmy najpierw spróbować wyjaśnić cała sprawę z Lutzem pokojowo.

Na pytanie Giuseppe, Noah zaczął zastanawiać się na co ma w tej chwili ochotę. Gdy w końcu wpadł mu do głowy pomysł, spostrzegł, że niziołka już z nimi nie było.

Raison odpowiedział elfowi:

- Mam pomysł Noah. Etheldred odda ci suknię, założysz jakiś płaszcz i powiem, że jesteś moją siostrzyczką. My przecie podobni! Comme deux gouttes d'eau.

Rozmarzył się na myśl o nagiej Ethel. Po czym skonstantował, że alkochol i pobudka w rynsztoku szybko sprowadzają umysł mężczyzny w dół. Prosto między nogi.

- A może inną drogą? - odparł Wolfgang, tym razem trzymając się tematu.- Pod miastem są tunele, może udałoby się do nich zejść i tam przeczekać, wrócić do zamku, albo uciec. Tu zaraz ułapią nas, musimy zwiewać!

- Tunelem to nie po rycersku. - zaoponował przestraszony Raison - To… jak to się mówi w reikspielu… déshonorer.

- Dupa, nie po rycersku. Jak nas otruli, to było po rycersku? Ja nie z tych, co będą od honorowych rzeczy odciągać, ale już ze dwie dekady służę mieczem i wiem, że aby tyle przeżyć, trzeba czasem zafajdać nogawice - odparł Eisenhauer, przewieszając sobie Etheldred przez ramię. - Weź ktoś Hakriego, dwójki nie poniosę sam.

- Takie dobre nogawice, trzy ecu dałem… - rzekł ponuro rycerz - No niech będzie, życie ważniejsze od gaci.

Naburmuszony Raison podniósł Hakriego. I rzucił ku Eisenhauerowi:

- Wolfgang, nie zamieniłbyś się… młodszy jesteś… silniejszy… no...

Wolf wyszczerzył białe zęby.

- Może i młodszy, ale ty coś na nią zbyt rozmarzonym okiem spoglądałeś. Nietomną dziewkę ruszyć tak, to grzech jest.

- Jak wróci Giuseppe, to musimy się zaraz wynieść - dodał.

- A tam od razu grzech... - odrzekł Garamont - bogowie mają tyle do roboty… a ja przecie rycerz, nie tknę nieprzytomnej kobiety…

Upewnił się, że pochrapujący khazad nie zsunął mu się z ramienia.
 
Fyrskar jest offline  
Stary 15-10-2014, 19:43   #3
 
Earendil's Avatar
 
Reputacja: 589 Earendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemu
Na dosyć dziwną propozycję sir Raisona, długouchy zareagował uniesieniem brwi. Z pewnością nie zrozumiał żartu.– Nie wiem jakby to miało nam pomóc w całej tej sprawie.

- Co do tuneli, to nie mam nic przeciwko. Tylko, że nie wiadomo gdzie nas one wyprowadzą, a ja chciałbym odzyskać swego konia.

- O właśnie - rzucił Raison - Mi mego wiernego Bucefała odzyskać mus. La nécessité.

- A gdzieście zostawili, na zamku czy przy bramie?- powiedział Wolfgang, marszcząc brwi. Czy konie są dla nich ważniejsze od życia? Rynsztunek wszak ze sobą mają.

- W zajeździe zostawiliśmy, o ile dobrze pamiętam - zwrócił uwagę Raison - A bez konia, to ja nie rycerz jestem.

W końcu kto to widział - rycerz na piechotę lecący.

- Być może wyjście z tuneli znajduje się niedaleko miasta. W takim wypadku moglibyśmy wrócić bez większego problemu po konie. Nawet jak będą pilnowane, to nikt się nas z tamtej strony nie będzie spodziewać… - powiedział dość niepewnie Noah.

Raison klepnął elfa po plecach wyrażając zgodę. Krasnolud niebezpiecznie zamiótł włosami po kocich łbach.

Wolfgang pokręcił głową.

- Jak nas szukają to konie pewnie od razu skonfiskowali, albo się przy zajeździe czają na nas.

- Wolfgang, ty to porządny chłop jesteś, ale defetysta niepomierny. Jak to mawiała moja babka - nie ma to jak dénigrement – odrzekł rycerz.

I znowu trudne słowa, dla prostego bohatera.

- Ja nic nie defetysuje, czy cuś, ale wiem jak się robi obławy- powiedział Eisenhauer.- Przecież pierwszym miejscem gdzie będą na nas czekać, to stajnie i zajazdy, byśmy nie mogli się oddalić zbyt szybko.

- Oni chyba myślą, że my nadal gdzieś śpimy. Jeżeli uda nam się szybko wydostać z miasta to może jeszcze nie natrafimy na zbyt duży opór przy zajeździe - odrzekł długouchy. Nie miał zamiaru tak po prostu oddawać swego konia.

- No, niektórzy z nas jeszcze śpią. Nie Hakri? - zapytał Garamont. Noranson nie odpowiedział. - A poza tym, Noah ma rację, oni nie wiedzą jacy my twardzi. I jak szybko trzeźwiejemy.

- Lutz i reszta zapewne wiedzą… - Stwiedził Noah smutno, w dalszym ciągu nie mogąc się pogodzić ze zdradą towarzyszy.

- Cóż, ja konia nie mam, więc i tak tunelami przejść muszę- zauważył Wolfgang. - Bo jak wy galopem popędzicie do bram, to ja za wami będę tylko na giczołach pędzić, a to raczej daje małe szanse na przeżycie.

- Brak wiary, Wolfie, przez Ciebie przemawia- rzekł Raison - Tyś szybki przecie.

Po czym, już całkiem serio, dodał:

- Ewentualnie mógłbym cię wziąć na koń… albo Noah cię weźmie. A ja wezmę Ethel.

Uśmiechnął się na samą myśl.

- To może ja spróbuje przekraść się przez mury, a potem szybko dostać się do zajazdu. A wy w tym czasie przeszlibyście tunelami. Samemu raczej uda mi się przemknąć szybko między strażnikami - zaoferował Noah.

- To jest myśl!- zawołał Wolf, słysząc pomysł Noaha. -Tylko chadko się tak rozdzielać, ale mus to mus.

- To niech Beppe z Tobą idzie, on zwinny, skradać się umie równie jak ty, dobrze - zaproponował, zadowolony z pomysłu elfa, Garamont.

Potrząsnął Hakrim:

- A ty druhu? Jak sądzisz?

Krasnolud nie odpowiedział. Niektóre pytania Garamonta należało zbywać. Albo spać, gdy je zadawał.
 
Earendil jest offline  
Stary 15-10-2014, 20:00   #4
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 5900 Hazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputację
Brodacz zaczął co nieco kontaktować. Najpierw spojrzał na swą postrzępioną brodę i skrzywił się. Potem spojrzał na zmęczone twarze i przekrwione oczy kompanów i skrzywił się jeszcze bardziej. A na sam koniec przypomniał sobie wydarzenia dnia poprzedniego i.. no nie - już bardziej skrzywić się nie dało!

- Trza nam pitać co żywo, widza że już my podzieleni, jo żech trocha zaspoł, ale stoja w komitywie jak sondza lezącej po kanałach. Przednio!

Poprawił kolczugę i podrapał się w tyłek, potem jeszcze charknął szpetnie.

- Gamratka chędożona, ajajaj… tak my się dali podejść, jak jakie wiejskie ciule, chyżo bo już słyszę nawoływania cieci ze straży!

- Ha, witam w świecie żywych! - zawołał z uśmiechem Wolf, widząc że khazad już odzyskał przytomność. Zaczynał się martwić, myśląc że może coś “cięższego” dostał do picia niż inni.

Garamont przeląkł się, gdy krasnolud zsunął mu się z ramienia. Ale nie wyrżnął o bruk, lecz, otrzeźwiały już, stanął na nogach.

- Witamy w naszym rynsztoku - rzucił rycerz, uśmiechnięty, niby panienka w zapusty.

- Witomy, witomy, -próbował przedrzeźniać ludzi, co jak zwykle kompletnie nie wyszło - yno my nie som na audiencyjach i się my tu nie przyszli dyplomacjami zajmować. Tu trza kulasami przebierać, bo za para pacierzy to tych kulasów można ni mieć!

Dyskretnie wyjrzał na ulicę, zmarszczyło mu się czoło - co niechybnie było oznaką wielkiego wysiłku intelektualnego, po czym odwrócił się do kamratów.

-To jako to robimy? Noah musowo na dachach oddupczy jakiś elfonowy cyrk, jo wiem że wy to lubicie -uśmiechnął się potwornie do Noaha- yno powstrzymej się do chwili, aż Raison umaluje se gębe i wskaże strażnikom feralny kierunek, tam się im ukażesz i pierony się za tobą puszczą. Wtedy wszyscy wbijamy, a ty musisz ich zgubić i wdupić się do tuneli. Bydziemy tam na cia czekoć.

Etheldred pływała gdzieś na granicy świadomości i snu, rozkoszując się ciepłem bijącym od… Nie była pewna od czego, ale gdy otworzyła oczy by się dowiedzieć, świat zawirował i jej powieki na powrót zatrzasnęły się. W chwilę później nadeszły nudności, ale przepędził je ostry ból w skroniach, który wyrwał z gardła kobiety przeciągły jęk. Wspomnienia zeszłego wieczoru powoli wracały do Etheldred, podobnie jak zdolność funkcjonowania w miarę normalnie. Gdy na powrót otworzyła oczy, niewyraźne kształty przybrały na ostrości i otoczenie przestało wirować. Etheldred powoli odgarnęła purpurowe kosmyki, które wydostały się spod stylowej siateczki, z twarzy i w końcu ulokowała źródło ciepła.

- Wolfgang - stwierdziła odkrywczo i ze słyszalnym zdziwieniem, ale prędko odzyskała rezon. - Wolfgang, jeśli możesz, postaw mnie na ziemię. Wszystko ze mną w porządku.

Ostatnie stwierdzenie nieco burzył fakt, że przez dłuższą chwilę trzymała Eisenhauera za ramię, próbując złapać równowagę i rozglądając się wokoło. Otuchy dodał jej fakt, że była otoczona znajomymi i przyjaznymi twarzami. Gdyby nie obecna sytuacja, powitałaby ich uśmiechem i ciepłym słowem, a tak… Skrzywiona podziwiała wątpliwe uroki zaułka, zbierając myśli i przypominając sobie wieczorną ucztę. Prędko doszła do tych samych wniosków, co kompanioni, co poświadczał pogłębiony grymas twarzy.

- A więc - Etheldred przełknęła ślinę, marząc o dzbanie wody - a więc jesteśmy w tarapatach. Jak długo byłam nieprzytomna?

- Cieszę się, że nic wam nie jest. – Powiedział Noah, spoglądając to na Noransona, to na Uprzejmą. – Musimy, się śpieszyć. Postaram się zrobić małe zamieszanie na ulicy, a wy w tym czasie dostańcie się jak najszybciej do tuneli.

Elf począł przyglądać się ścianą budynków, szukając najlepszego miejsca, po którym mógłby się wspiąć. Gdy takowe znalazł przeciągnął się, pobudzając w ten sposób dalej nieco senne mięśnie. Spojrzał, być może po raz ostatni na swych towarzyszy i znów odezwał się.

- Na wypadek gdyby nie udało mi się zgubić strażników, postaram się wydostać przez mury miejskie. W razie, czego spotkamy się w przy zrujnowanej kapliczce, którą mijaliśmy w drodze do miasta. – Kończąc, Noah począł się ostrożnie wspinać. – Do zobaczenia…

O ile uda mu się bez przeszkód wydostać na dach budynku, miał zamiar wystrzelić jedną strzałę pod nogi sierżanta, jeżeli żaden cywil nie będzie w chodzić na linię strzału. W takim wypadku, poślę strzałę pod nogi innego ze strażników, bądź w jakiekolwiek inne miejsce gdzie nie umknie niczyjej uwadze. To z pewnością wywoła panikę wśród przechodniów, ułatwiając przemknięcie jego towarzyszom, uraz utrudniając pościg straży.

Niezależnie od wyników tych działań, długouchy nie będzie stać bezczynnie w jednym miejscu. Zaraz bowiem zerwie się do ucieczki, kierując strażników z dala od grupy.

Eisenhauer z ulgą wypuścił Etheldred ze swoich obięć. Nie był to teraz czas na ściskanie się, a bohater odczuł ulgę widząc że przyjaciółka wreszcie się zbudziła.

- Powodzenia, niech ci szczęscie sprzyja. - rzucił Wolgang do Noaha na odchodnym. Sam zaś poluzował miecz w pochwie i przyczajony za rogiem domu czekał na odpowiedni moment by rzucić się biegiem na drugą stronę ulicy. Miał jednak zamiar pilnować okiem swoich niższych,a przez to wolniejszych towarzyszy- gdyby mieli kłopoty, wojownik nie miał zamiaru zostawić ich samych.
Raison przeciągnął się, aż mu w kregosłupie strzelliło.

- Niech Pani Jeziora ma w opiece twój tyłek. Cały masz wrócić, słyszysz?

Odwrócił się do Ethel:

- Witam piękną panią w świecie żywych. Ledwo żywych. - cmoknął Etheldred w dłoń i uśmiechnął się.

Po czym zdjął z siebie wams, włożył do torby. Hełm wylądował tam chwilę później. Narzucił na siebie płaszcz, po chwili zastanowienia postrzępił go na końcu nożem. Zmierzwił sobie włosy i brodę.

Przejrzał się w kałuży.

- Ha, rycerz najemny jak malowany! - rzucił - Ethel, ma piękna, dopilnowałabyś mojej tarczy herbowej. Za bardzo rzuca się w oczy, a przecie jej nie zostawię. Należała do mojego ojca. Straszny to był jebaka…

Ruszył ulicą ku najbliższemu patrolowi straży. Zrobi to na “Najemnik szuka burdelu.”. Pomieszane z “Za wami, złodziej!”.

Krótko mówiąc zagada strażników, a potem wyśle ich w kierunku innym niż kierunek podróży kompanii. Przynajmniej pobiegają sobie z nieuchwytnym złodziejem.

Jego inteligencja czasami go przerastała...
 
Hazard jest offline  
Stary 22-10-2014, 18:45   #5
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 3691 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Komu świeżego niziołka?
„W tym przeklętym mieście, w którym wszystkie rasy mieszają się ze sobą, nikt nie odróżni człowieka od demona w przebraniu” – pomyślał Beppe, nurkując między straganami. Trudno było ocenić zamożność tej dzielnicy – wyglądała, jakby nędzniejsze budynki gwałtem przywłaszczyły sobie przestrzeń, od której stronili co bardziej wybredni, i zajęły część miasta, w której stać nie powinny. Pewnie po nocy musiało się tu roić od żądnych krwi łotrów. Aż cud, że przeżyli na ulicy i... Nie zadusili się jej smrodem. Nie dość, że nozdrza ciągle atakował typowy dla miast fetor będący mieszanką końskiego łajna, ludzkich odchodów, mokrych szmat, słomy i innych, nie do końca rozpoznawalnych odpadków, to jeszcze dało się wyczuć wstrętną woń stęchłej zwierzęcej krwi i nieświeżego mięsa – pewnie swoje sklepy miało tu kilku rzeźników. Beppe, mimo zwracającej uwagę śniadej karnacji, bez trudu wmieszał się w zajęty swoimi sprawami tłum, który z minuty na minutę coraz bardziej rozpychał arterie miasta, wypełniając je miriadą kolorów.

Udający zainteresowanie straganami niziołek poczuł, jak dłonie zacisnęły się na jego ciele i zanim zdążył zareagować, wyniosły go wysoko ponad tłum. Jęknął. Żelazne struny okręciły go o sto osiemdziesiąt stopni. Trzymał go wyraźnie podchmielony mężczyzna o talii kobiety i barkach szermierza. Za pasem miał sztylecik, który pasowałby do zniewieściałego mordercy z kobiecego buduaru. Szlachetka ku uciesze sobie podobnych kompanów zatknął go za frak na haku wystającego nad witryną sklepu rzeźnika, na którym za jakiś czas miały zawisnąć kawały mięsa oferowane na sprzedaż.

- Popatrz na tego opalonego, Herr Paulick jeszcze nie miał takiego mięska na sprzedaż! - słowom odpowiedział krótki, potężny huk śmiechu, napawający Beppe nieopisaną grozą. - Wy tam, obiboki. Pilnujcie tego okazu. Jak który mi go zdejmie albo jak karzeł sam ucieknie, jutro będziecie patrolować nie ulice, tylko kanały! - hulaka śmiał się ze sponiewieranych przedstawicieli prawa, a jego śmiech był najeżony groźbą, która doprowadzała strażników do szału, uświadamiając im ich niemoc. Całe szczęście, że trzęsąc się ze złości nie rozpoznali Beppe.

Banda bogatych pijaczków potoczyła się dalej ulicą, tłum powrócił do swych spraw, a strażnicy mieli na oku niziołka, od którego zależał ich los.

Landsknecht, który wie za dużo
- Psst! – stojący w zaułku uciekinierzy zobaczyli, jak leżący do tej pory pijaczek, który wcześniej zwrócił uwagę sir Raisona, zaczął się niezdarnie podnosić, opierając ciężar ciała na dwóch kijach. Lewą nogę od kolana w dół zastępowała proteza, o jeden czy dwa cale za krótka. Heroicznej walce z grawitacją nie pomagał też kac ani śliskie rzygowiny niziołka. Nie wyróżniałby się z tłumu podobnych mu łkających żebraków, gdyby nie wyciągnął z torby fantazyjnego kapelusza, który, mimo że lata świetności miał już za sobą, przypominał te noszone przez imperialnych Landsknechtów. Założył go z ceremonialnym wręcz namaszczeniem, budząc uśmiech politowania. Blask bystrych i rozbieganych oczu dowodził, że mimo ciężkich doświadczeń duch tego mężczyzny pozostał nieugięty i – co ważniejsze – że miał pewnie coś do zaoferowania.


- Sły-sły-słyszałem w-w-waszom r-ro-rozmowem – zaczął. – J-j-jak s-s-sypniecie s-s-srebrem, m-m-mo... Mogie w-w-wam c-c-coś do... Do... Do…

- Doradzić – pomógł zniecierpliwiony sir Raison. Nawet jeśli żebraczek miał jakieś cenne informacje, nie będzie dane im ich usłyszeć w najzgrabniejszej z możliwych formie.

- Doradzaj więc, drogi panie - Etheldred nie zastanawiała się długo i zdjęła posrebrzaną siatkę z włosów, podając ją pijaczkowi.

- T-t-tam p-p-po drugiejstroniejestmałyalezajadły p-pies, k-k-k-który ujadanawidokkażdego b-b-barzzo, ale to b-b… ba-ba… Barzzo gło-głośno - ze sczerniałej zagrody zębnej widocznie uradowanego żebraka wydobywały się na przemian zająknięcia i trudno zrozumiałe klastery słów. Wyciągnął rękę, czekając na więcej błyszczącej jałmużny.

Raison westchnął. Dośc teatralnie.

- Ach, człeku okrutny, tak sakiewkę ludzką ogołocać, że też ci nie wstyd - rzekł rycerz - Ale nic to, moja strata, moja decyzja.

Wręczył tajemniczemu żebrakowi małą garść srebrników.

- Wolf, bądź tak miły i nie skończ jak ten pan - Garamont szepnął do Eisenhauera i wyjaśnił - Bo, rozumiesz, podobniście.

Oburzony Wolfgang omało nie walnął Raisona w pysk. Powstrzymało go to, że zdał sobie sprawę iż trzymał zaciśniętą dłoń na rękojeści miecza, a taki “strzał” nie skończyłby się dla niego dobrze.

- Ja podobny do tego ochlejusa!- warknął.- Prędzej ciebie mógłbym uznać za jakiegoś kuzyna tego pijaka, z gęby i rozumu jak ojciec i syn! Ha, nawet jeszcze dajesz mu pieniądze na to by znowu się walał po rynsztokach, nie ma co, zacny z ciebie rycerz.- odgryzł się.

- Ach, Wolfgangu, podchodzisz do życia nazbyt poważnie - rzekł Raison - Ironii żeś nie wyczuł. A poza tym, obowiązkiem dobrego rycerza jest roztaczanie opieki nad najbiedniejszymi. W tej liczbie i pieniężnej. A na co pieniądze wydają to już ich sprawa.

Zakłopotany Wolfgang mógł już jedynie zamilknąć, zastanawiając się gdzie tu aronia rośnie i czemu miałby ją teraz wąchać.

Raison zaś dodał w stronę Etheldred:

- Ma piękna, niepotrzebnie dawałaś mu tę siateczkę, przecie dżentelmeni, tacy jak ja przykładowo, albo Wolf, byśmy Cię wyręczyli. Mogę Ci to jakoś wynagrodzić?

Krasnolud zdecydowanym krokiem podszedł do intruza i złapał go za kołnierz.

- Słuchej mie ty chędożony zdzierco. Dostołeś precjozum i garść monet. Godej wszystko co może nom pomóc i lepiej żeby się nom to spodobało. I godej szybko. Nuże, na co czekosz?

Wciągnął natręta do zauka i zagrodził mu drogę powrotną swoją osobą. Niecierpliwie tupał nogą...

Długouchy widząc zaistniałą sytuację, szybko przerwał wspinaczkę. Podszedł szybko do Khazada i zacisnął dłoń na jego nadgarstku.

- Spokojnie - powiedział, starając się załagodzić sytuację. Następnie odezwał się do pijaka. – Musi Pan mu wybaczyć. Wszyscy mamy za sobą długą i strasznie męczącą noc… chyba to rozumiesz. – Następnie czarnowłosy w schował drugą rękę w kieszeni swojej lekkiej zbroi, tylko po to by ta chwilę później znów się wyłoniła, tym razem z błyszczącą złotą monetą. – Jeżeli pomożesz nam się stąd wydostać niezauważonym przez straż, to ta moneta będzie należeć do ciebie…

- Herrsergeant w-w-widzę - staruch, przypatrując się baczniej Wolfgangowi, uśmiechnął się ze zdumienia , opluwając rozmówców. Ochoczo przygarnął szylingi sir Raisona i kontynuował, zacierając rączki:

- S-s-ska-skakanie p-po da-dachach złypomysł. J-ja-jakiś czarodziejdziwak c-c-co chwilaodprawiaczary n-n-na d-da-dachu, c-c-coś zpogodączycoś.

Niktgonielubi, b-b-bo chciałpłynówzakazać - żebrak odchrząknął i zmienił temat: - N-ń-nie wiem, jakuciecamoże w-wje-wiem - głupkowato zagadał, czekając aż złota moneta elfa wpadnie mu w dłoń.

Noah podrapał się po głowię, a następnie posłał towarzyszom niepewne spojrzenie, zapewne licząc na jakąś pomoc w podjęciu decyzji. Jednak po krótkiej chwili intensywnych rozważań, złota moneta trafiła w ręce obdartusa.

- Prowadź… Tylko proszę nie robić żadnych głupstw. Naprawdę nie mam ochoty dziś z tego korzystać – tu dość powolnym i flegmatycznym ruchem ręki wskazał na założony na jego plecy, wielki, misternie wykonany topór dwuręczny.

Raison pokiwał Noahowi głową i ruszył za obdartusem. Jednak dla pewności położył dłoń na buzdyganie.

Eisenhauerowi od początku wchodzenie w umowy z tym obdartusem się nie uśmiechało. Niechętnie jednak ruszył za towarzyszami.

- Wysączy was jak pijawka - mruknął, ale nie przeszkadzał. Może to tylko on był jakoś szczególnie niechętny wobec tego człowieka? Wszak już cztery dyszki na karku się zebrało, a przeznaczenie wciąż nie pozwoliło mu dokonać czynów, do których został powołany; czuł się jakby widział swoją przyszłość w postaci starego landsknechta, jeśli zawiedzie Sigmara.

- Ho-ho-holahola k-k-koledzy… Nigdzienieidęalecośwampowiem.. J-j-jakbyścieominęli k-k-ka-kana…

- Kanalie? - zapytała nie do końca rozbudzona Etheldred.

- Kanalarzy - kontynuował żebrak - t-t-to wkanałachprzemytnicy ł-ł-łódkięmajom. A-alejaktam d-d-dojść, toniewiem.
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 22-10-2014 o 19:00.
Clutterbane jest offline  
Stary 23-10-2014, 10:32   #6
 
Karl Franz's Avatar
 
Reputacja: 0 Karl Franz nie jest za bardzo znany
-noż chyba mie zaro rozdupczy, trzymajta mie bo nie strzymia -huknął kranolud-oddawał piniondze dziadu po dobroci bo rychtyk ci zaraz przydzwonie w tyn gupi łeb. Za takie rewelacje to se możesz innych dziadów obłupiać.
Wyciągnął rękę w stronę intruza, a jego twarz była pełna wściekłości, jakby tylko czekał na pretekst, jeden maleńki powód... Przelotnie spojrzał w stronę reszty kompanii i przez zaciśnięte zęby rzucił
-wracomy do poprzedniego planu, dosz rady Etheldred?
 
__________________
Nie uwierzysz, jak głęboko oszustwo, podłość i skurwysyństwo zakorzenione są w naturze ludzkiej.
Karl Franz jest offline  
Stary 23-10-2014, 19:54   #7
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 5900 Hazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputację
-Proszę... - Czarnowłosy nie dokończył. Czuł się nieco oszukany przez pijaka. Suma, jaką mu dał zapewne nie była warta informacji jakie uzyskali, dlatego w tym przypadku postanowił wspomóc khazada.

-Podobno wiesz jak stąd uciec, dlatego chcielibyśmy usłyszeć nieco więcej. Może chociaż mógłbyś nam wskazać gdzie znajduje się jakieś wejście do podziemi, do którego będziemy mogli się dostać bocznymi uliczkami. Albo może wiesz gdzie dokładnie ten czarodziej para się tą magią. Powiedz nam cokolwiek, wartego pieniędzy, które otrzymałeś, bo inaczej nie będę powstrzymywać mego towarzysza, który może niechcący wyrządzić Panu krzywdę. - Tu nieśmiało skierował wzrok w stronę Hakrira.
 
Hazard jest offline  
Stary 24-10-2014, 19:13   #8
 
Earendil's Avatar
 
Reputacja: 589 Earendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemuEarendil to imię znane każdemu
Wolf nawet się nie denerwował. Ostrzegał przyjaciół, ten pijus wszak ledwo rozpoznałby własny tyłek. Zresztą, jego uwagę przyciągnął słyszany za rogiem harmider.

-Oho, chyba nas szukają- zauważył kwaśno. Po czym szybko rozejrzał się wokół siebie i marszcząc brwi dodał: -Coś Beppe się spóźnia... Noah, mógłbyś wyjrzeć, czy to nie nasz malec wywołał ten hałas?
 
Earendil jest offline  
Stary 25-10-2014, 14:30   #9
Ośmiorniczka
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 8097 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
Raison zerknął na Wolfganga. I ruszył w stronę, w którą poszedł Beppe.

- Spróbuję znaleźć niziołka. - mruknął do drużyny - Nie czekajcie na mnie.

Ruszył brudną ulicą przed siebie, starając się nie afiszować swoją obecnością. Nikt nie zwracał na niego uwagi.

Beppe znalazł na targu. W dość niespotykanej sytuacji. Otóż niziołek wisiał na haku rzeźnickim, żywy, choć szczęśliwym nazwać go nie można było. Zerknął na strażników.

- Ekhem, witam cnych i szlachetnych panów. - rzekł podchodząc - Chciałbym panów zapytać - co osobisty kucharz księcia robi na rzeźnickim haku?
 

Ostatnio edytowane przez Fyrskar : 26-10-2014 o 14:51.
Fyrskar jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166