Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-11-2014, 16:05   #1
The Cowled Wizard
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 21865 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
[WFRP II ed.] Na szlaku chwały, krwi i złota

Wstęp




Slumsy Reikerbahn, Altdorf
4 Pflugzeit, 2526 K.I
Zmierzch

Liczne, wąskie uliczki w niesławnych slumsach Reikerbahn pustoszały z każdą upływającą minutą. Ubodzy mieszkańcy tej części Altdorfu, unikali jak ognia nocnych przechadzek, albowiem bardzo łatwo można było paść ofiarą napaści. Nawet bogata szlachta, która tłumnie przybywała w to miejsce by obejrzeć krwawe walki w lokalnych spelunach, nie ruszała się bez zbrojnej eskorty. Tylko położony na rzece Reik port zdawał się być wciąż ożywiony - pracujący w nieludzkich warunkach dokerzy musieli jeszcze przepracować kilka kolejnych godzin, a wszystko to za psie wynagrodzenie.
Altdorf był miastem kontrastów - tu oszałamiające bogactwo wpływowych arystokratycznych rodów sąsiadowało z podupadającymi ruderami wielodzietnych rodzin robotników. Życie w najbiedniejszej dzielnicy stolicy Imperium było szare, ponure i upokarzające. Dla wielu jednak, innego wyboru nie było...

Wielki świątynny dzwon odezwał się po raz ostatni tego dnia, zwiastując nieuchronne nadejście nocy. Gdzieś w oddali grzmiała zbliżająca się burza, a na brukowane uliczki zaczęły już spadać pojedyncze krople lodowatego deszczu. Nad Altdorfem powoli zapadał zmierzch, skrywając miasto całunem ciemności.


Veldar Hoch był jednym z nielicznych ludzi, którzy mogli się tu czuć w miarę bezpiecznie, choć nie otaczał się tysiącami błyskotek, ani też nie wyglądał specjalnie imponująco. Był szczupłym, aczkolwiek całkiem przystojnym mężczyzną, który nie skończył nawet trzydziestu zim. W Reikerbahn wielu mieszczan nie znało nawet z imienia swego władcy, ale nazwisko Veldara znał tu każdy. Hoch był bowiem przywódcą Szczurów - gangu cieszącego się złą sławą, a przynajmniej w ten krzywdzący sposób wypowiadano się o nich na salonach, bo dla wielu przeciętnych mieszkańców slumsów byli oni jedynym uczciwym pracodawcą w okolicy.

Szczury zajmowały się szeroko pojętą pracą w porcie - ładowali towary na statki kupieckie, reperowali uszkodzone jednostki, a także podejmowali się rozmaitych zleceń na rzecz władz miasta. To wszystko było oczywiście dobrze obmyślaną przykrywką, gdyż w rzeczywistości ich największym źródłem dochodów było piractwo oraz przemyt na niespotykaną dotąd skalę. Handlowali wszystkim co wpadło w ich ręce - począwszy od nielegalnych substancji, a skończywszy na zrabowanych towarach luksusowych. Zdarzały się nawet sytuacje, gdzie odsprzedawano ten sam towar kupcom, którym wcześniej go siłą odebrano.
Władze miasta okazały się być wyjątkowo pobłażliwe względem Szczurów - karano za występki, a nie za całokształt ich działalności, które znaczyło niekończące się pasmo krwi i cierpienia. Dopóki trzymano się z dala od majątków arystokracji i wypływowych kupców, dopóty mogli się czuć bezkarnie. W rzeczywistości, dzięki działalności Szczurów nie tylko kwitł handel w mieście, ale także slumsy stały się odrobinę mniej kłopotliwe.

Veldar nie musiał się nikogo obawiać - był tu panem i władcą, przed którym wszyscy z należytym szacunkiem ściągali kapelusze z głów. Jednakże tej nocy towarzyszyło mu okropne przeczucie, że ktoś go nieustannie śledzi. Ktoś szedł za nim, człapiąc nogami równomiernie z rytmem jego nóg, ale za każdym razem, gdy odwracał się, jego tam nie było. Veldar z początku sądził, że to wyobraźnia płata mu figle, ale szybko nabrał podejrzeń, gdy kątem oka dostrzegł strzęp smoliście czarnej szaty znikającej za rogiem.
Mimowolnie przyśpieszył kroku, skręcając w jedną z bocznych uliczek. Była wąska, podobnie jak większość tutejszych alei. Mierzyła ledwie dziesięć stóp szerokości i prowadziła w stronę portu pod surrealistycznie uginającymi się kamienicami.
Veldar raz jeszcze rzucił okiem za siebie, lecz nikogo tam nie zobaczył. Wbrew pozorom wcale go to nie pocieszyło. Wiedział, że osobie jego formatu to nie przystoi, ale zignorował wzbierającą się w nim dumę i po prostu rzucił się do ucieczki, chcąc jak najszybciej zgubić pościg. Dla zmylenia intruza, Hoch skręcił po drodze w kilka pomniejszych uliczek i zatrzymał się dopiero przed “Cuchnącym Wieprzem”. Była to stara speluna, która nawet wśród mieszkańców portu cieszyła się złą reputacją. Nie dość, że cuchnęło tu jak w oborze, to jeszcze piwo mieli rozcieńczone wodą z rynsztoku.

Wiszące na jednym zawiasie drzwi od karczmy otworzyły się na oścież, wypuszczając na ulicę zgraję zalanych w sztok marynarzy. Chwiejąc się niebezpiecznie na nogach, nieświadomie zastąpili drogę Veldarowi.
- Ejże! Pięknisiu, dokąd to ci tak śpieszno? - Odezwał się po chwili jeden z nich. Podobnie jak reszta, cuchnął on rumem, rybami i starymi szczynami. - Może byś zechciał dotrzymać nam towarzystwa, co? - Obskurny pijak głośno zaśmiał się obrzydliwie, a jego kamraci zawtórowali mu równie obelżywym rechotem.
- Zejdź mi z drogi, pajacu - warknął w odpowiedzi Hoch odtrącając napastnika na bok. Nie mając zamiaru uczestniczyć w dalszej przepychance, po prostu ruszył przed siebie starając się nie zwracać uwagi na awanturników.
- Ha! Knut! Na brodę Grungiego! Ależ ci dojebał! - Zaśmiał się gromko jeden z najbardziej pijanych marynarzy, który swym niskim wzrostem i krępą budową ciała zdradzał krasnoludzkie korzenie. Veldar wiedział dokąd to wszystko zmierza. Mimo to nie zwolnił, ani też nie przyśpieszył kroku nie chcąc prowokować napastników, ale jego dłoń dla bezpieczeństwa spoczęła na rękojeści wiszącego u boku miecza.
- Wracaj tu, chędożony psubracie! - Ryknął w stronę oddalającego się mężczyzny Knut, ale ten nawet nie raczył się obrócić. - Ja mu pokażę! Wszystkie koście porachuję! Łapać go!


Było ich pięciu! Pięciu na jednego, kurwa jego mać! Dla Veldara wybór był oczywisty - ścigany przez bandę pijaczyn musiał jak najszybciej dostać się do portu. Serce łomotało w piersi jak oszalałe, gdy biegł opustoszałymi uliczkami Altdorfu. Podobnie jak poprzednim razem, chciał zgubić pościg chaotycznie zmieniając kierunki, ale gdy wskoczył do pierwszego z brzegu zaułka okazało się, że trafił do ślepej uliczki. Na powrót było już za późno.
Grupa ścigających go awanturników zdążyła podczas tego morderczego biegu nieco wytrzeźwieć. Teraz byli już całkowicie przekonani o swej przewadze i nawet żałosne błaganie o litość na niezbyt wiele by się zdało. Veldara od swych oprawców dzieliło już ledwie kilka kroków...

Wiatr ucichł, rozpadało się na dobre.




Przekroczył już granicę strachu. Kierował nim tylko instynkt zabijania. Wiedząc, że w żaden sposób nie może uniknąć walki, postanowił poprowadzić ją najlepiej jak umiał. To uczyniło z niego straszliwego przeciwnika. Wyrzucił naprzód stopę powalając cuchnącego rumem i rybami marynarza na kolana. Gdy ten odskoczył zataczając się z bólu, Veldar uniósł koniec miecza ku gardłu przeciwnika i wbił go odwracając przy tym głowę, by krew buchająca z rozerwanej arterii nie ochlapała mu oczu. W takich chwilach nie chciał zostać oślepiony.

Stal uderzała o stal. Iskry sypały się przy każdym zetknięciu się mieczy dwóch zaciekle walczących ze sobą stron. Pot lał się strumieniami, a krew intensywnie buchała ze świeżo otwartych ran.

Przeciwnicy Veldara robili się już coraz bardziej niecierpliwi. Ten młokos powinien był już dawno zdechnąć, ale pomimo zadanych mu ran Hoch wciąż trzymał się na nogach i stawiał im czynny opór. Zirytowało to jednego z mniej doświadczonych w walce marynarzy, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i skoczył z szablą w dłoni do przodu, rozpychając na bok swych towarzyszy. Zginął jak tylko się pojawił w zasięgu miecza. Veldar jednym precyzyjnym cięciem rozpłatał mu gardło, posyłając dławiącego się własną krwią pijaka na pokryty kilkucentymetrową warstwą gówna bruk.
Będąc świadkiem tak spektakularnego kontrataku, jego przeciwnicy mimowolnie zatrzymali się. Dało to mężczyźnie krótką chwilę na złapanie kolejnego oddechu i szybkie przeanalizowanie sytuacji, w której się znalazł. Dwóch sukinsynów już powoli stygło w podwójnej warstwie pieniącego się gówna, ale wciąż jeszcze musiał się zmierzyć z trzema przeciwnikami, którzy przez te kilka uderzeń serca, które upłynęły od momentu rozpoczęcia pojedynku, zdążyli nabrać do niego należytego szacunku. Wbrew pozorom nie ułatwiało mu to sprawy - teraz nie mógł już liczyć na taryfę ulgową w postaci ślepej brawury swych wrogów.

Pozostali przy życiu marynarze, pomimo wciąż płynącego w ich żyłach alkoholu, szybko dostosowali taktykę pod swego przeciwnika. Niczym zawodowi szermierze zaciekle zaatakowali z trzech stron jednocześnie, dając ich ofierze niewielkie szanse na odparcie tych ataków.

Veldar wiedział, że zaraz zginie. Zmęczonym ruchem sparował kolejne uderzenie szabli. Bolące mięśnie obróciły ramię i posłały kontruderzenie zmierzające łukiem ku najbliższemu przeciwnikowi. Ten uskoczył przed ciosem w ostatniej chwili, tylko po to by nadziać się na kolejne cięcie, lecz tym razem padło ono z góry - prosto na głowę zaskoczonego marynarza.
Przy życiu pozostał już tylko Knut i jego pijany krasnoludzki przydupas. Niezbyt przejęci śmiercią swych towarzyszy, przeszli do zaciekłej ofensywy; widząc zmęczenie w ruchach swego przeciwnika, nie chcieli dać mu okazji na złapanie oddechu.

Veldar po przyjęciu na miecz furii niekończących się cięć, poczuł jak z każdym odbitym ciosem ręka coraz bardziej mu drętwieje. W obawie przed wypuszczeniem z rąk oręża ścisnął rękojeść jeszcze bardziej, lecz na niewiele to się zdało - doskonale wyprowadzona przez krasnoluda finta posłała jego miecz kilka metrów dalej.

- I co teraz, *PAJACU*?! - Wydarł się Knut z ostrzem szabli przyłożonym do gardła młodego mężczyzny.
Veldar wiedział, że są to ostatnie chwile jego życia, więc nie miał zamiaru zostać zapamiętany jako skomlący o litość tchórz. Stłumił eksplodujące w nim emocje, cicho przełknął ślinę by zwilżyć suche gardło i odparł prosto w twarz Knutowi, pozbawionym emocji głosem:
- Rozejrzyj się, cała ta krew, wylany pot i śmierć twych towarzyszy… wszystko dla jednej obelgi i urażonej dumy. Było to warte tego?
Knut roześmiał się głośno, choć nieco nerwowo. Na jego pokrytej bliznami twarzy wykwitł obleśny uśmiech.
- Ich życie nic dla mnie nie znaczy! Za to twoje… - by podkreślić swe słowa przesunął ostrzem szabli po szyi Veldara, aż z niewielkiego nacięcia wypłynęła ciepła krew.
- Poczekaj Knut! - Odezwał się za plecami krasnolud - Facet wygląda na takiego, co ma kieszeniach kilka szylingówi. Zanim go posiekasz na kawałki, upewnij się, że nie ma przy sobie nic cennego, bo nie lubię prać w rzece pieniędzy i innych kosztowności.
Stary marynarz przytaknął głową, po czym zwrócił się do Veldara:
- Masz tam jakieś błyskotki?
- Ino kilka złociszy - odparł mężczyzna odsłaniając przypiętą do pasa sakiewkę.
Knut, nie spuszczając wzroku ze swej ofiary, jednym mocnym szarpnięciem zerwał mu ją, po czym rzucił w stronę stojącego nieco dalej z tyłu krasnoluda. Brodacz, z niekrytą chciwością w oczach, zręcznie pochwycił sakiewkę i ją otworzył.
- Ty umisz liczyć, nie? Ile tego tam jest?
- Jeden… - krasnolud wyciągnął z sakiewki złotą koronę. Urzeczony przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, po czym szybko schował ją do kieszeni i wyciągnął następną.
- Dwa…
Veldar dostrzegł kątem oka wyłaniający się z cieni, za plecami Knuta, strzęp znajomej mu szaty.
- Trzy…
Coś się wyraźnie poruszyło w zaułki przed nim, ale ze względu na otaczające ich ciemności nie był w stanie jednoznacznie stwierdzić co to takiego było. Wolał jednak to przemilczeć, bo a nuż zbliżała się jakaś odsiecz.
- Cztery… Pięć…
Głośny świst pochodzący z głębi uliczki dosięgnął ich uszu. Knut odwrócił głowę, tylko po to by ją zaraz stracić. Jego oderwany od ciała łeb potoczył się w stronę stóp wciąż liczącego monety awanturnika.

Obok Veldara stanęła istota zrodzona z koszmaru. Był to szczur, lecz nie jakiś tam doker, a bestia z krwi i kości! Swymi rozmiarami dorównywała przeciętnemu człowiekowi, zaś sprytem z pewnością przewyższała niejednego.
Skryty pod kapturem przybysz, w jednej dłoni dzierżył długą, pogiętą szablę, a w drugiej zakrzywiony sztylet. Jednakże najbardziej przerażające były jego świecące w ciemnościach ślepia - ślepia, które szukały kolejnej ofiary...

Ostatni z marynarzy; krasnolud krępej postury, zaczął wykrzykiwać coś w swym prostackim, gardłowym języku. Nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż jego bojowe okrzyki bardzo szybko zmieniły się w nieartykułowany bulgot po zetknięciu krtani ze stalą zakapturzonego intruza.

Spodziewając się podobnego losu Veldar upadł na kolana, zamknął oczy i uniósł głowę chcąc ułatwić stworowi z ciemności wykonanie egzekucji. Doskonale wiedział, że wszelki opór jest z góry zdany na niepowodzenie, więc tylko rozpaczliwie rozłożył ręce.
Oddech ciężko dobywał się z jego piersi. Połykał powietrze chciwie, jak tonący. Wszystkie jego mięśnie płonęły. W końcu poczuł na szyi upragniony chłód ostrej jak brzytwa skavenskiej stali.
- Masz spory dług wobec mnie, człowieku - odezwał się przybysz w dziwnym akcencie.
Hoch wciąż dysząc ciężko po walce, obdarzył intruza spojrzeniem będącym mieszanką niedowierzania i strachu przed nieznanym.
- Nie obawiaj się. Myślę-uważam, że jakoś się dogadamy… - na potwierdzenie tych złowieszczych słów, gdzieś w oddali uderzył piorun.

Z deszczu pod rynnę...


 
__________________
Prowadzę:
[WFRP II ed.] Nie wszystko złoto, co się świeci - czekam za odpisami do 14.07.2018.
"If you find yourself in a WFRP adventure and not knee-deep in shit then duck, because another load is past due." ~ James Wallis

Ostatnio edytowane przez Warlock : 13-04-2016 o 23:58.
Warlock jest offline  
Stary 26-11-2014, 18:13   #2
The Cowled Wizard
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 21865 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
Obrzeża Altdorfu, Reikland
5 Pflugzeit, 2526 K.I
Świt

- Wciągnąć kotwicę! Postawić żagle! Opuścić banderę! - Tuż przed świtem nocną ciszę rozdarł znajomy, zachrypnięty okrzyk kapitana Dashauera. - Ruszać się wy stare murwy w zadek francowatym kusiem chędożone! Płyniemy do Aklenhof i jeśli nie dotrzemy tam przed południem to osobiście dopilnuję, żeby jeden z was, pomioty Nurgla, jeszcze tego dnia zadyndał na kawałku przegniłego sznura.
- Ruszać się, rzeczne dupy! Luzować szoty! Wybierać talię refową! Do lin, śmierdziele! Razem! Już! Wybierać gejtawy i gordingi! Powoli, razem! - Zawtórował mu szyper Eisenberg wskakując pomiędzy śpiących na hamakach marynarzy.

Załoga w pośpiechu wbiegła na pokład dość znacznie zmodyfikowanej rzecznej barki o wdzięcznej nazwie “Portowa Nierządnica”. W ciągu pierwszych kilku nerwowych minut, krzątali się przy linach masztowych starając się przygotować statek do opuszczenia otaczających Altdorf podmokłych wrzosowisk, lecz przy akompaniamencie tysięcy obraźliwych wyzwisk padających z ust owianego złą sławą rzecznego pirata, nie było to wcale takim łatwym zadaniem.

Dieter Dashauer, bo o nim jest tu mowa, był człowiekiem, którego należało się bać, a przynajmniej, przy całym szacunku do jego osoby, nauczyć się respektować jego wolę i bez chwili wahania wykonywać powierzone rozkazy. Kapitan Portowej Nierządnicy już niejednokrotnie dawał swym ludziom powody do obaw, aczkolwiek mało kto był na tyle lekkomyślny by otwarcie sprzeciwić się jego woli - największych chojraków czekał tu niezwykle widowiskowy i zabójczy pokaz szermierki w wykonaniu Dashauera. Jak dotąd nikt nie przetrwał pierwszych trzech sekund w starciu z tym piekielnym pomiotem…


W końcu marynarzom udało się uporać z oporną łajbą, a stało się to w momencie, gdy wściekły kapitan zatrzasnął za sobą drzwi prowadzące do jego kwatery, wcześniej grożąc kościstym palcem, że odstrzeli łeb ,,pierwszemu z brzegu skurwysynowi” kiedy tylko znajdzie swój pistolet.
Tak się oczywiście nie stało i po niecałym kwadransie Portowa Nierządnica wypłynęła ze skrywających ją zarośli prosto do potężnej rzeki Reik - tym razem ich celem był pewien statek kupiecki płynący z Delberz do Wolfenburga. Kapitanowi Dashauerowi w szczególności zależało na pewnej zapieczętowanej skrzyni, która zgodnie z informacjami, które otrzymał przed opuszczeniem portu w Altdorfie, miała znajdować się w luku towarowym Błękitnej Mierzei. To czy otrzymają łupy po dobroci czy też będą zmuszeni wyrwać je ze stygnących ciał spasionych kupców, nie miało już większego znaczenia. Zadanie było jak każde inne…


Okolice Aklenhof, Reikland
5 Pflugzeit, 2526 K.I
Południe

Sporych rozmiarów trójmasztowiec pojawił się na horyzoncie tuż przed południem. Oba statki przez krótką chwilę znajdowały się na kursie kolizyjnym, ale załoga Błękitnej Mierzei wystarczająco szybko spostrzegła piracką banderę powiewającą na maszcie Portowej Nierządnicy i postanowiła walczyć do samego końca.
Kupiecki statek przy dość niebezpiecznym nachyleniu lewej burty dokonał manewru wymijającego i obrócił się tyłem w stronę okrętu Korsarzy. Nie była to dla nich zbyt fortunna decyzja, gdyż teraz płynęli nie tylko pod prąd rzeki, ale także i pod wiatr. Rzeczna barka kapitana Dashauera świetnie spisywała się w takich warunkach i po upływie zaledwie kilku minut znalazła się już na tyle blisko, że załogi obu statków były w stanie nawiązać ze sobą kontakt wzrokowy.


Potężny huk działa okrętowego wstrząsnął pokładem Błękitnej Mierzei i pierwsza salwa żelaznych kul pomknęła w stronę Portowej Nierządnicy. Na całe szczęście okazała się być mało skuteczna.
- Kapitanie, chyba nie mają zamiaru się poddać - zameldował szyper Rolf, choć była to oczywistość.
- Kij im w rzyć! Całą burtą ognia! - Ryknął w odpowiedzi Dashauer i załoga Portowej Nierządnicy rzuciła się w stronę 15-funtowych dział.
- Ładować kartacze! Jeśli będzie trzeba to wyciągniemy należny nam towar z dna rzeki!
Sternik Shiffmann przechylił okręt na prawą burtę i chwilę później Portowa Nierządnica odpowiedziała kanonadą wystrzałów z okrętowych dział.
Dziesiątki, a nawet setki małych żelaznych pocisków, powszechnie zwanych kartaczami, pomknęło w stronę załogi Błękitnej Mierzei dosłownie rozrywając ją na strzępy. Salwa została oddana z bardzo bliska i to jeszcze zanim marynarze kupieckiego okrętu zdążyli odpowiedzieć kanonadą ze swoich wielofuntowych dział - salwą, która w przypadku trafienia mogłaby bez trudu posłać Portową Nierządnice na zamulone dno potężnej rzeki Reik.

- Nabijać rusznice! - Krzyknął kapitan Dashauer, po czym zwrócił się do szypra - Wyślij najlepszych strzelców na marsy, a resztę patałachów przerzuć na drugi statek. Pamiętaj na czym mi zależy, więc lepiej będzie dla ciebie jeśli nie spierdolisz tej sprawy tak jak to miało miejsce ostatnim razem!
- Aye, Aye, Sir! Szykować się do ABORDAŻU!!! - Szyper ryknął na całe gardło, gdy oba okręty niegroźnie otarły się burtą o siebie, po czym rzucił się w stronę bosmana Nicolasa, aby przekazać dalsze instrukcje.




~ Nicolas ~

Pociski świstały w powietrzu odnajdując swoje cele po obu stronach. Pewien dobrze znany tobie marynarz, który stał tuż obok ciebie został trafiony jedną z tych zabłąkanych kul i niczym sztywna kłoda upadł prosto pod twoje nogi.
- Ramblind! Zabierzcie go do chirurga! Jazda! - Krzyknąłeś w stronę dwóch stojących bezradnie marynarzy, którzy w ciężkim szoku przyglądali się całej tej krwawej scenerii, ale zanim zdążyłeś odpowiednio ich pogonić, za pomocą solidnego kopniaka w cztery litery, poczułeś czyjąś dłoń na ramieniu.
- Zostaw go! - Powiedział szyper Rolf Eisenberg. - Ja się nim zajmę, a ty poprowadzisz akcję abordażową. Weźmiesz tych bezużytecznych durniów i pokażesz im co to znaczy być Korsarzem, zrozumiano?
- Aye, aye!

Uczyniłeś tak jak ci rozkazano - zebrałeś wokół siebie najlepszych marynarzy, rozdałeś im po jednej sztuce broni palnej, a następnie chwyciliście za liny i skoczyliście na pokład Błękitnej Mierzei, gdzie czekała na was reszta niedobitków.




~ Mathias ~

Życie sternika nigdy do łatwych nie należało i ty o tym dobrze wiedziałeś. To w znaczniej mierze od Ciebie zależało powodzenie większości rajdów łupieżczych, bowiem wystarczył jeden mały błąd i w najlepszym przypadku statku już nigdy byście nie odzyskali. Choć nie byłeś oficerem, to byłeś jedną z bardziej szanowanych postaci na pokładzie, bo jako jeden z nielicznych potrafiłeś dobrze sterować tą starą i niewdzięczną łajbą.

Pogoń za Błękitną Mierzeją do łatwych nie należała, ale dość szybko sternik na drugim statku popełnił pierwszy i najprawdopodobniej ostatni w swoim życiu błąd. Ustawiając się pod prąd sporych rozmiarów karawelą, nie był w stanie zdystansować Portowej Nierządnicy, która w takich warunkach zawsze mogła wystawić wiosła i przyśpieszyć pogoń.

- Trzy rumby w prawo i utrzymuj ten kierunek - instruował stojący tuż obok kapitan Dashauer. - Zrównaj się z Błękitną Mierzeją… dobra robota!
Oba okręty otarły się burtą i załoga Portowej Nierządnicy zaczęła przeskakiwać na pokład Błękitnej Mierzei. - Ja teraz przejmę stery, a ty osobiście dopilnujesz aby nie przeżył żaden świadek. Żadnych jeńców, panie Shiffmann!


~ Gunter ~

Oficer nawigacyjny, oficer trzeciego stopnia… to całkiem miłe uczucie mieć pod sobą tylu ludzi i stać tak wysoko w hierarchii statku, którego kadra oficerska tak szybko się kurczy i zmienia. Wystarczyłaby przecież jedna zabłąkana kula armatnia, która pozbawiłaby życia stojących obok siebie szypra Eisenberga oraz kapitana Dashauera i już miałbyś szansę przejąć statek na własny użytek. Tak, bez dwóch zdań było to przyjemne uczucie…
Szkoda tylko, że ta fucha miała tak paskudne oblicze i tego dnia nie mogło być inaczej, bo tobie właśnie przypadło zadanie siedzenia w bocianim gnieździe. Nie dość, że od samego rana było piekielnie zimno, to jeszcze wiał porywisty wiatr, który na wysokości kilkunastu metrów był jeszcze bardziej odczuwalny.

Chciałbyś myśleć, że gorzej być nie może, ale w prawdziwe piekło to dopiero się wpakowałeś podczas wymiany ognia z Błękitną Mierzeją.
W trakcie trwania krwawych walk między załogami obu okrętów, schowałeś się do środka bocianiego gniazda, trzymając się przy tym grotmasztu jak nogi własnej matki, gdy nagle jakaś zabłąkana kula przeleciała ledwie kilka cali od twojego ucha i wybiła okrągłą dziurę w drewnianym koszu - cóż, to równie dobrze mogła być twoja głowa.

Na bocianim gnieździe po przeciwnej stronie jakiś skurwysyn ładował w ciebie wszystkim co miał pod ręką i najwyraźniej nie miał zamiaru odpuścić.
- Do stu tysięcy portowych narożnic! - Pomyślałeś z niesmakiem - Dlaczego to właśnie we mnie zawsze muszą strzelać?!


~ Bazrak ~

Czy istnieją w życiu piękniejsze rzeczy od huków armat, świstających kul i zapachu prochu? Być może, ale Ty ich w swoim długim życiu nie zaznałeś.
Jako naczelny kanonier Twoim zadaniem było dokonywanie jak największej rzezi za pomocą trzech armat. Nie były to co prawda krasnoludzkie cacka, ale miały swój urok - najważniejsze, że kule wylatywały tą samą stroną, którą się je wkładano i choć były przy tym mało celne, to Twoje doświadczenie z obsługą armat pozwalało na całkiem skuteczny obstrzał.
Szkoda tylko, że tym razem zabawa artylerią skończyła się na pierwszej salwie, gdyż zaraz po tym musieliście chwytać za liny i przeskoczyć na sąsiedni pokład.

Lądując na zbrukanych krwią dechach Błękitnej Mierzei mogłeś podziwiać dzieło swoich rąk - pourywane kończyny, rozpaćkane na płótnie żagli szczątki ciał oraz kilku konających w męczarniach marynarzy… aż łezka się w oku kręci.

Niestety nie wszystkich udało się zabić, więc resztę będziesz musiał sprzątnąć w starym krasnoludzkim stylu - za pomocą młota i garłacza.


~ Hildgrim ~

Bycie okrętowym kucharzem to wbrew pozorom naprawdę interesująca fucha. Jeśli jesteś w tym dobry - a ty jesteś - to możesz liczyć na sporą dozę wolności i powszechną sympatię ze strony reszty załogi. Portowa Nierządnica zaprawdę musiała być “prestiżowym” okrętem, skoro na jej pokładzie w roli kucharza był niziołek, bowiem nawet Flota Imperialna nie zawsze miała tak dobrze...

Od samego rana miałeś skopany nastrój i cały dzień spędziłeś na pokładzie pomagając cuchnących rumem i rybami marynarzom przy pracy z żaglami. Dzięki twojej wrodzonej zwinności oraz wysiłkom reszty załogi, udało się wypłynąć z mokradeł zanim ten popieprzony dziwak Dashauer zdążył kogoś ustrzelić.
Po kilku godzinach podróży dotarliście w okolice Aklenhof i na horyzoncie pojawił się oczekiwany trójmasztowiec Błękitna Mierzeja. Rzuciłeś się w stronę 15-funtowego działa, przy którym stał kolejny z nieludzi - krasnolud Bazrak - i razem, wspólnymi siłami, mieliście zamiar zgotować prawdziwe piekło załodze wrogiego okrętu.

Dzisiaj daniem dnia są marynarskie udka - przyprawione odrobiną stali, ołowiu i prochu!


~ Aisabel ~

W przeciwieństwie do reszty załogi twoja praca była nadzwyczaj wygodna. Całymi dniami siedziałaś pod pokładem zajmując się typowo papierkową robotą - spisywałaś dziennik podróży, pisałaś listy w imieniu Dashauera, a także sporządzałaś listę zrabowanych dóbr, która następnie miała trafić w ręce Veldara Hocha, a przy tym dobrze Ci płacono.

Gdy odezwały się działa Portowej Nierządnicy wiedziałaś, że reszta tych bezużytecznych samców zaraz będzie potrzebować twojej pomocy. Nie myliłaś się, bo po chwili drzwi do twojej kajuty otworzyły się na oścież, wpuszczając do środka Rolfa Eisenberga w towarzystwie zalanego krwią Ramblinda. Jedno krótkie spojrzenie wystarczyło by stwierdzić, że marynarz tego nie przeżyje - kula trafiła w gardło i przeszyła tętnice, a pogrążony w przedśmiertnej agonii młody mężczyzna głośno charczał, topiąc się we własnej krwi.

- Zrób coś z nim! Opatrz go… ulecz go jakąś modlitwą… kurwa! Cokolwiek! - Krzyknął ogarnięty paniką szyper.

Przez krótką chwilę stał tam jak sparaliżowany czekając na twoją reakcję, ale jakaś potężna eksplozja wstrząsnęła pokładami obu statków i Eisenberg nieco oprzytomniał. Zatrzasnął z hukiem za sobą drzwi i pobiegł na górę, aby pomóc przy abordażu.

Pozostawił ciebie samą w towarzystwie umierającego chłopaka, dla którego był to pierwszy dzień w pracy. Ramblind dusił się leżąc na blacie stołu znajdującego się w centrum kajuty, walczył o każdą sekundę życia, lecz mimo to do samego końca nie spuszczał z ciebie błagalnego spojrzenia...



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Pd8HAy9WAYs[/MEDIA]
 
__________________
Prowadzę:
[WFRP II ed.] Nie wszystko złoto, co się świeci - czekam za odpisami do 14.07.2018.
"If you find yourself in a WFRP adventure and not knee-deep in shit then duck, because another load is past due." ~ James Wallis

Ostatnio edytowane przez Warlock : 14-04-2016 o 00:00.
Warlock jest offline  
Stary 26-11-2014, 19:52   #3
Łajza Jedna
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 6774 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
Bazrak był niski, zwalisty, krępy. Kanciasty w kształcie, brodaty. No, ogólnie mówiąc, owłosiony.

Był w końcu krasnoludem. Włosy miał niby owcze runo, oczy bystre, choć chciwe, bary szersze nawet niż normalny krasnolud.

Lata całe pracował w dokach. Potem odsiadka... robota na rzece, na lądzie, w mieście... teraz znów na rzece. Był twardy, niby kawał starej wołowiny.

Miał na sobie brygantynę, strój składający się z różnorakich, często niepasujących do siebie elementów. Większość była krasnoludzkiej roboty, przy podziale łupów skupiał się szukaniu przedmiotów wykonanych przez jego pobratymców.

Był dość rozmowny, choć agresywny, porywczy, za choćby najmniejszą obrazę był gotów łeb urwać i do dupy wsadzić. Ale był też profesjonalistą, interes rzecz święta, niesnaski i insze poróżnienia nie mogły wpływać na robotę i to, ten tego, kim był w oczach innych.

Tak też czasami czuł się rozbity...



Działa huknęły, aż statek zatrzeszczał. Przy stanie tej łajby nie dziwota, ale jednak...

- Ha! - krzyknął - Widziałeś, Hildgrim, jak pierdolnęło? Niby gniew boży, ten tego, flagellum divinum, jak to fratrzy mawiają. Na beczkę solonych sztokfiszy, co ten popieprzeniec Dieter wyprawia?

"Portowa Nierządnica" zaczęła zbliżać się do "Błękitnej Mierzei". Zbyt szybko...

- Cholera... - wycedził przez zęby - Bombardy nie zdążą wystygnąć... ech. Zwijamy się, szczury morskie. Ta łódka sama się nie zaborduje. No, ruszać dupy gnilcowate zęzole! Ostatnim wyczyszczę pokład!

Porwał z ziemi garłacz, wziął róg z prochem, garść kul, gwoździ i innego złomu zalegającego pod pokładem.

Wchodząc po schodach ładował garłacz.

Wybiegł na pokład, pobiegł do lin z garłaczem w łapsku.

- Ja pierwszy - rzucił do reszty marynarzy - chyba, że chceta po ryju młotem.

Złapał linę i, rozhuśtawszy się, pomknął ku kupieckiemu trójmasztowcowi. Niby kula od korbacza.

Upadł na pokład, aż deski się wygięły. Wycelował z garłacza w ciżbę, w gnoi, którzy nie wiedzieli, że jak Bazrak Bolgan strzela z działa, to się zdycha. Raz na zawsze.

Garłacz wypalił, a ku załodze "Błękitnej mierzei" runął grad metalu.

Przerzucił garłacz przez ramię, wyjął zza pasa młot, tarczę. I zawołał ku załodze statku kupieckiego.

- No dobra tchórzliwe szczury lądowe - krzyknął - Kto nie boi się walczyć sam na sam z krasnoludem?

Ruszył do przodu, ku ewentualnemu przeciwnikowi.
 
__________________
Krok za krokiem wchodzisz do wody. Nogi zapadają się w cuchnące błoto. No, nareszcie możesz płynąć. W pewnej chwili słyszysz dziwne odgłosy. Jakby ktoś wrzucał deski do wody: klap, klap, klap! Przyspieszasz. Za kępą zarośli dostrzegasz zagadkowe ruchy wody. „To na pewno nic dobrego” - myślisz.

Ostatnio edytowane przez Fyrskar : 05-01-2015 o 17:36.
Fyrskar jest offline  
Stary 26-11-2014, 22:28   #4
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 23236 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Gunter ma prawie sześć stóp wzrostu, a przy wadze 140 funtów jest dość proporcjonalnie zbudowany.
Twarz ma dość ponurą, opaloną, okoloną lekkim zarostem. Długie włosy dość dawno nie były obcinane.
Lubi kolory szare i brązowe.
Zbroję stanowi skórzana kurta, a broń - łuk i miecz, zas na pokładzie - rusznica, któą dość sprawnie się posługuje.

Na Portowej Nierządnicy jest od paru lat. Początkowo był zwykłym załogantem, a ponieważ dobrze zna rzekę, awansował na sternika, by wreszcie zostać oficerem nawigacyjnym.

Z charakteru nie jest tak ponury, jak na to wskazuje jego oblicze. I zwykle można się z nim dogadać, chociaż nie toleruje niewykonywania rozkazów.

Kliknij w miniaturkę

Gunter zastanawiał się, czy zaszczytna funkcja obserwatora na bocianim gnieździe to skutek dobrej znajomości broni palnej, czy też może zaufanie kapitana do bystrych oczu oficera nawigacyjnego.
W każdym razie w tym momencie nie było to miejsce, gdzie można by się poobijać, z dala od wrzasków kapitana.
No i, jak się wnet okazało, niezbyt bezpieczne.

Faktem było, że piracka bandera na maszcie niepotrzebnie ostrzegła przeciwnika, że można było podpłynąć bliżej i zaatakować zaskoczonych przeciwników. No ale to była wola kapitana, a z Dashauerem w niektórych przypadkach lepiej było nie dyskutować.

"Ostrzeżony, uzbrojony", mówiło stare powiedzenie.
Załoga Błękitnej Mierzei została ostrzeżona, a że jej załoga była i uzbrojona po zęby, i nie zamierzała bezkarnie dać się wymordować, więc zrobiło się gorąco.
Na dodatek jeden ze strzelców, miast (jak na to wskazywała logika) przymierzyć się do ustrzelenia kapitana piratów, za swój cel obrał nie kogo innego, jak właśnie Guntera.
Na szczęście chybił. Ale czy to znaczyło, że chwilę później fart Guntera się powtórzy?

Kolejny kawałek ołowiu oderwał kilka drzazg z i tak już pokiereszowanego bocianiego gniazda. A to znaczyło, że Gunter ma kilka chwil na strzał. I gwarancję, że w tym samym momencie tamten nie strzeli.

Rusznica szarpnęła się w rękach Guntera, a gdy rozwiał się dym strzelec ujrzał, że na piersi przeciwnika wykwitła czerwona plama.
To jednak nie ostudziło tamtego. Ośli upór, determinacja? Jak zwał, tak zwał, w każdym razie mimo poważnej rany tamten nie miał zamiaru rezygnować i zabrał się za nabijanie swojej pukawki.

"Nie bądź głupi, nie daj się zabić". Z tej mądrości ludowych Gunter miał zamiar korzystać tyle razy, ile razy się uda.
Kto będzie szybszy, kto będzie celniejszy?

Strzały huknęły niemal równocześnie.
Przeciwnik Guntera wypuścił broń i runął z wysokości bocianiego gniazda w dół.
Gunter odetchnął z ulgą i nabijając rusznicę zaczął wypatrywać kolejnego celu.

_____________________________
K10+4(za rusznicę)-3(WT)-1(skórzana kurta)
k100 = 37 (korpus)
k10+4-3-1 =6

Drugi strzał:
k100 = 20 (głowa)
k10+4-3 = 33
 
Kerm jest offline  
Stary 27-11-2014, 13:35   #5
 
Karmazyn's Avatar
 
Reputacja: 1145 Karmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumnyKarmazyn ma z czego być dumny
Mathias Shiffmann przez załogę Portowej Nierządnicy częściej zwany Szramą (od blizny biegnącej przez lewe oko) nie należał do ludzi wyróżniających się zarówno wzrostem, jak i wagą. Jedyne co mogło w pewnych okolicznościach rzucać się w oczy, była blizna biegnąca niemal przez całą lewą stronę twarzy.
Strój miewał na sobie różny. Z reguły jednak starał się zachować pewien wzorzec. Wysokie buty, ciemne nogawice i jasna koszula, a na to nałożona skórzana kurta. Do tego jego kapelusz, z którym chyba nawet do snu się nie rozstawał. Całość uzupełniał kordelas i kusza przewieszona przez ramię.

Na wodzie spędził około dwudziestu lat, pływając na różnych statkach. Na Portową Nierządnicę trafił trochę ponad trzy lata temu. Zaczynał jako marynarz, szybko jednak udowodnił, że bycie sternikiem jest mu niemal przeznaczone. Nie miał wyższych aspiracji. Taka praca, nawet pod rozkazami Dashauera sprawiała mu czystą radość, co mogło wydawać się niepokojące. Na lądzie stawał się bardziej ponury. Mathias należał raczej do spokojnych ludzi, chyba że wypił za dużo, co dość często mu się zdarzało.

~*****~

Portowa Nierządnica nie była statkiem łatwym do prowadzenia. Szczególnie pod rozkazami takiego kapitana. Jednak Szrama dawał sobie jakoś z tym radę. Często zdawało się, że miał jakiś ukryty talent, gdy sterował Nierządnicą tak, by znalazła się na odpowiednim nurcie i zyskiwała jak najwięcej z podmuchów wiatru.
Tak dnia musiał dać z siebie wszystko, zresztą jak za każdym razem. Taka postawa na pozycji sternika była dla niego tak naturalna, jak chodzenie. Miał to we krwi.

Z pewnego rodzaju pojedynku toczonego między sternikami obu statków, to Mathias wyszedł zwycięsko. Kierujący Błękitną Mierzeją wykonał błąd, którego pewnie będzie żałował do końca życia. No przynajmniej jego sumienie nie będzie długo cierpieć.
- Ta jest, sir! - krzyknął Shiffmann, oddając ster kapitanowi. Żadnych świadków. To mu się podobało. Może niektórzy uważali, że rabowanie bez zabijania było bardziej dochodowym interesem – w końcu można było tego samego człowieka (jeśli był na tyle głupi) obrabować kilka razy – jednak Szrama nie przejmował się tym. Osobiście nie przepadał za kupcami, by nie powiedzieć, że wręcz ich nienawidził.

Przygotował kuszę do strzału. Wycelował do jednego z wrogich marynarzy stojących na pokładzie Błękitnej Mierzei. Uspokoił swój oddech. Nacisnął mechanizm zwalniający.
Marynarz, w którego wymierzona została kusza jednak okazał się szczęściarzem. Lekki wstrząs Portowej Nierządnicy sprawił, że Mathias spudłował, a bełt nawet nie przeleciał nawet blisko celu.

– Psia twa mać – zaklął pod nosem. Z takim szczęściem nie było sensu marnować więcej bełtów. Przerzucił kuszę przez ramię, chwycił swoją tarczę i dobywszy kordelas, ruszył do abordażu. Musiał w końcu znaleźć jakiegoś kupca, którego naznaczywszy puści wolno. Znaczy prawie wolno, bo związanego i z obciążeniem wyrzuci za burtę.

____________
k100 = 100 (pudło)
-1 PS
k100 = 82 (pudło)
 
__________________
Dłuższy kontakt może zagrażać Twojemu zdrowiu lub życiu.
Toczę batalię z życiem. Nieobecny na długi czas.
Karmazyn jest offline  
Stary 30-11-2014, 12:37   #6
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 5576 Hazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputację
Hildigrim Underbough

Pirackie życie zdecydowanie nie odpowiadało Hildigrimowi. A przynajmniej ta część, której nie spędzał w kuchni bądź przy barze. Cała reszta była dla niego niezwykle męcząca i nudna. Mocowanie się z różnorakimi linami i częściami statku, których nazw jeszcze nie zdołał sobie dobrze przyswoić, nie było z pewnością domeną przebiegłego Niziołka.

Nagła informacja o pojawieniu się Błękitnej Mierzei na horyzoncie nieco poprawiły jego humor. Przynajmniej nie będzie nudno, a może nawet, jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności, Dieter Dashauer otrzyma kulkę w łeb. Hildigrim nie zdziwiłby się nawet, gdyby postrzelił go ktoś z jego własnej załogi. Niziołek mógłby wtedy przynajmniej opuścić w końcu tą zatęchłą łajbę.

Kucharzyna omiótł szybko wzrokiem po załodze w pośpiechu zajmującej wyznaczone pozycję. Nagle jego piwne oczy ujrzały idealny cel. Szybko zmusił swe wątłe ciało do ruchu, i w krótkiej chwili znalazł się obok brodatego krasnoluda. Owy jegomość potrafił sam doskonale obsługiwać działa, a więc Hildigrim nie miał za wiele do roboty. Udając, że stara się jak może, przybrał niezwykle zdeterminowaną minę, co musiało wyglądać zabawnie, ze względu na jego wręcz dziecięcą twarz, na której najczęściej widniała przebiegłość i rozbawienie. Jego brązowe włosy, zazwyczaj starannie zaczesane do tyłu, sterczały teraz na wszystkie strony.

Gdy w końcu „wspólnymi siłami” ustawili działo i wystrzelili, Niziołka wręcz ogłuszył huk. Krzyki Bazraka oczywiście nie pomogły mu w otrząśnięciu się. Hildigrim przyjrzał się krasnoludowi, przygryzając wargi. Po chwili szeroki uśmiech pojawił się na jego twarz, który pasował na nią, jak wykuwana na miarę zbroja na rycerza. Zbliżył się do niego, po czym poklepał go po plecach.

-Jak zwykle wspaniały strzał! – Wykrzyknął. – Ty to masz cela, stary. Zakład, że mógłbyś ustrzelić tym działem nawet przelatującą mewę!

Nagle Bazrak wyrzucił serię niezrozumiałych dla Hildigrima słów, po czym zabrał się do abordażu. „Ale z niego narwaniec…” – pomyślał Niziołek, po czym oddalił na tyły statku. Dobry humor powrócił, a Hildigrim czuł się teraz znów lekko na duchu, choć nieco ciężej na ciele.

Minęło kilka sekund, po czym Niziołek spostrzegł dogodne miejsce, z którego mógłby niepostrzeżenie dostać się na kupiecki statek. Chwycił linę i skoczył. W czasie przelotu, miał ochotę krzyknąć z radości i podniecenia, jednak musiał się powstrzymać. Wylądowawszy miękko, pochylił się nisko, po czym ruszył w stronę drzwi pod pokład. Szczęście mu dopisywało, gdyż nikt go nie spostrzegł.

Gdy znalazł się poza zasięgiem czyjegokolwiek wzroku, wyciągnął zza pasa swój garłacz, po czym naładował go, a przynajmniej starał się jak mógł. Niezbyt uważnie słuchał marynarzy, którzy tłumaczyli mu jak się to robi. Po co komu coś tak skomplikowanego, skoro procą można wyrządzić podobne szkody… prawie. A tak poza tym, co złego może mu się stać, jeśli coś źle zrobi? Wybuchnie mu to w twarz? Śmieszne.

Po chwili zanurzył się w głębi statku, w poszukiwaniu jakichś drogocennych przedmiotów. Szybko coś takiego znalazł, jednak trudno było nazwać to przedmiotem. Trafił bowiem na szczękającego zębami ze strachu, opasłego kupca. Najwidoczniej zupełnie nieprzygotowanego na spotkanie ze śmiercią.

-Ojoj. Współczuje Ci chłopie. Jak reszta załogi zobaczy te wszystkie kosztowności, które nosisz na sobie, to rozszarpią cię na strzępy - powiedział Hildigrim z nutą wesołości w głosie i uśmiechem na twarzy. W głowie kołatał się mu już pewien niecny plan. - Ale wiesz co. Za odpowiednią opłatą, mogę pomóc Ci się z tego wykaraskać. Pełniutka sakieweczka za twoje życie. Uczciwy interes, co nie?

Gruby kupiec z twarzą bladą jak skrawek pergaminu przytaknął nerwowo głową w odpowiedzi. Na jego okrągłej, łysej głowie pojawiły się liczne krople potu.
- B-b-b-bierz co chcesz! - zająknął się, po czym sięgnął za pazuchę, wyciągnął z niej pobrzękującą sakiewkę i rzucił nią w Twoją stronę.

Hildigrimowi zabłysły oczy na widok sakiewki, jednak niepokojący dźwięk doszedł do jego uszu. Ktoś się zbliżał. Niziołek odsunął się nieco od drzwi i wyciągną w ich stronę garłacza, po czym rzucił do przerażonego kupca.

- Jak chcesz żyć, to nie pozwól bym ja zginął! Bo oboje na tym źle skończymy! – Krzyknął, po czym jak na zawołanie, w drzwiach stanął nieprzyjemny mężczyzna w fartuchu i tasakiem w ręku. Najwyraźniej obejmował to samo zacne stanowisko co Hildigrim. Żałował, że spotkali się w takiej sytuacji. Nie mogli nawet powymieniać się przepisami kulinarnymi.

Niziołek pociągnął za spust i… nic. Zero huku, zero dymu, zero odrzutu. Broń nie wypaliła. Skąd ten przeklęty kapitan wytrzasnął taką tandetę?
Hildigrim rzucił znaczące spojrzenie kupcowi, by ten zajął się tą sprawą.
-Zatrzymaj go, a powiem wam, co macie robić by przeżyć!
 

Ostatnio edytowane przez Hazard : 10-03-2015 o 21:13.
Hazard jest offline  
Stary 30-11-2014, 16:26   #7
 
piotrek.ghost's Avatar
 
Reputacja: 240 piotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie coś
Nicolas szczupły bretończyk o lekko niechlujnym wyglądzie zrzucił ciężki płaszcz przeciwdeszczowy, który ograniczał jego ruchy i zwołał okolicznych korsarzy.
-A teraz, zasrańcy! pokażemy tym panienkom co robimy z tymi, którzy nie chcą z nami współpracować! - krzyczał starając się aby jego słowa dotarły do załogi przez huk dział i krzyki rannych - Jeśli chcecie zarobić na chleb i gorzołe musicie pokazać, że jesteście tego warci! Pokażcie tym zasranym marynarzom od siedmiu boleści że Manam jest dziś po naszej stronie! - chwycił linę i skoczył nad wzburzoną wodą na pokład Błękitnej Mierzei - do walki kurwie syny, bij zabij! - zawołał i wystrzelił w najbliższego przeciwnika. Postanowił narazie nie mieszać się w bezpośrednią walkę, wolał dać się wykazać swoim ludziom, sam zaś miał zamiar bronić się w wypadku gdyby jakiś rozochocony marynarz chciał się z nim sprawdzić.
 
piotrek.ghost jest offline  
Stary 30-11-2014, 20:37   #8
 
Eillif's Avatar
 
Reputacja: 140 Eillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znanyEillif wkrótce będzie znany
-Rolf czyś ty oszalał? Gdzie mi tu do kajuty tego umarlaka plującego i topiącego się w krwi ładujesz?! Pierwszy raz na abordażu? Przecież mu minuty zostały! Co ja mam niby zrobić?!

Nagły głośny huk eksplozji uspokoił nieco Aisabel, ale kiedy zobaczyła, że Rolf Eisenberg zostawia poszkodowanego i wraca na pokład zaczęła za nim wrzeszczeć.

-Wracaj tu i zabieraj go! Nie od tego tu jestem! Masz mnie za cholerną czarownicę czy kapłankę?!

Ale pirat był już za daleko, aby cokolwiek usłyszeć. Za to leżący na ziemi Ramblind zrobił wielkie oczy.

-Czemu tak na mnie patrzysz? Mnie byś może przekonał, ale Śmierć będzie ciężej. Jakieś ostatnie życzenia? - Zadała retoryczne pytanie, aby zyskać trochę czasu. Przerzuciła długi warkocz koloru blond za plecy i podciągnęła rękawy białej koszuli. Zmarszczyła nos z obrzydzeniem zbliżając się do zakrwawionego mężczyzny.
-Naprawdę nie wiem czemu ja i dlaczego mi za to nie płacą... - Chwyciła w dłoń przypięty do pasa sztylet i ze stoickim spokojem oraz beż żadnego wahania podcięła gardło Ramblindowi. Nie zapomniała też o opuszczeniu jego powiek Na koniec zabiegu sięgnęła jeszcze do kieszeni pirata. Uśmiechnęła się ponuro i wstała.

Usiadła do biurka, ale zupełnie nie mogła się skupić na pracy. Westchnęła, przewróciła oczami i zaklęła pod nosem coś na temat Rolfa.

Wsadziła do kieszeni obcisłych spodni garłacz i wyszła na pokład.
 
Eillif jest offline  
Stary 04-12-2014, 04:09   #9
The Cowled Wizard
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 21865 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
Okolice Aklenhof, Reikland
5 Pflugzeit, 2526 K.I
Południe


Potężny huk z trzymanego przez krasnoluda garłacza posłał w stronę ciasno zbitej gromady marynarzy grad ostrych jak brzytwa odłamków, kładąc na twarde deski pokładu trzech z nich i dotkliwie raniąc resztę. Bazrak widząc rzeź, która była jego niechlubnym dziełem, ryknął śmiechem psychopaty na całe gardło, a następnie z młotem w dłoni i obietnicą szybkiej śmierci w oczach skoczył do przodu, ku jednemu z groźniej wyglądających przeciwników

Barczysty żeglarz w porę dostrzegł zbliżającego się pirata i uskoczył w bok przed jego szaleńczą szarszą. Wykonując zamach całym ciałem posłał ostrze miecza w stronę gardła przebiegającego obok krasnoluda, lecz ten bez trudu sparował cios i mijając go błyskawicznie przełożył broń z prawej do lewej dłoni, a następnie odpowiedział potężnym uderzeniem, które spadło prosto na bark wilka morskiego, wyraźnie zaskoczonego tym oszałamiająco szybkim manewrem.

Gruchot pękających kości i przepełniony agonią okrzyk marynarza był niczym muzyka dla uszu długobrodego pirata, który ponowił atak spodziewając się szybkiego zwycięstwa. Tym razem to on się jednak boleśnie przeliczył, gdy zaślepiony bólem żeglarz ciął mieczem na odlew i trafił krasnoluda w nogę - “przyozdabiając” ją o kolejną paskudnie wyglądającą szramę.

Bazrak zacisnął zęby, zdusił chęć krzyku i ruszył do kontrataku. Przez dłuższą chwilę bezskutecznie zasypywali się gradem ciosów, aż w końcu doświadczonemu w karczemnych burdach piratowi udało się przedrzeć przez żelazną obronę marynarza i zadać kończące uderzenie. Młot nadleciał szerokim łukiem w stronę głowy umięśnionego mężczyzny i pomimo, że ten wystawił miecz w obronie to nie udało mu się zatrzymać nadlatującej żelaznej głowicy, która dosłownie roztrzaskała jego łeb na drobne kawałeczki - zalewając twarz krasnoluda fontanną krwi i drobnymi odłamkami tkanki mózgowej.

Zwalisty żeglarz z głuchym łoskotem padł prosto na twarde dechy pokładu Błękitnej Mierzei, ścięty młotem Bazraka z drwalską finezją.




- B-b-b-bierz co chcesz! - Zająknął się otyły kupiec z wielkim wąsem, po czym sięgnął tłustymi paluchami za pazuchę, wyciągnął z niej pobrzękującą sakiewkę i rzucił nią w stronę sięgającego mu pasa pirata. Jak na utuczonego wieprza był on wyjątkowo strachliwy...

Hildigrimowi zabłysły oczy na widok sakiewki, jednak niepokojący dźwięk dotarł jego uszu. Ktoś się zbliżał. Niziołek odsunął się nieco od drzwi i wyciągną w ich stronę garłacz, po czym rzucił do przerażonego kupca:

- Jak chcesz żyć, to nie pozwól bym ja zginął! Bo oboje na tym źle skończymy! – Krzyknął, po czym jak na zawołanie, w drzwiach stanął nieprzyjemny mężczyzna w białym fartuchu i tasakiem w ręku. Najwyraźniej obejmował to samo zacne stanowisko co Hildigrim. Żałował, że spotkali się w takiej sytuacji. Nie mogli nawet powymieniać się przepisami kulinarnymi.

Niziołek pociągnął za spust i… nic. Zero huku, zero dymu, zero odrzutu. Broń nie wypaliła. Skąd ten przeklęty kapitan wytrzasnął taką tandetę?
Hildigrim rzucił znaczące spojrzenie kupcowi.
- Zatrzymaj go, a powiem wam, co macie zrobić aby przeżyć!

Spasiony kupiec cały pocił się ze strachu i po chwili pod jego nogami pojawiła się niewielka kałuża o żółtym zabarwieniu i nieprzyjemnym zapachu. Był tak przerażony, że język sam zaczął mu się plątać, a skryta pod fałdami tłuszczu szczęka drżała z nerwów.
Twarz mężczyzny, najpierw koloru purpury, stała się trupioblada i chwilę później tłuścioch niebezpiecznie zachwiał się, stracił przytomność i wyrżnął jak długi prosto pod stopy pirata.

~ Ja to mam szczęście… - przeszło Hildigrimowi przez myśl, po czym sięgnął po wiszącą u jego boku drewnianą maczugę. Bo gdy dyplomacja zawodzi, przemoc staje się jedynym właściwym rozwiązaniem...

Stojący naprzeciw niego kucharz okrętowy sprawiał wrażenie groźnego przeciwnika, lecz w walce okazał się równie niezdarny co jego zwierzchnik - zaatakował jako pierwszy, wymachując przy tym groźnie wyglądającym tasakiem jak pijany rolnik sierpem, ale niziołek bez trudu zrobił unik przed tym niezdarnym atakiem i przemykając pod jego bokiem, podciął kucharzowi nogi. Mężczyzna w fartuchu runął prosto na kupca, przygniatając go własnym cielskiem, ale zanim zdążył się podnieść, poczuł na swoich plecach przytwierdzający go do podłoża but Hildigrima. Ułamek sekundy później potężny wybuch bólu z tyłu głowy pozbawił go przytomności…


Gdy bawidamek Nicolas w towarzystwie urodziwej Aisabel i reszty prostackich piratów wylądowali na pokładzie Błękitnej Mierzei, właściwie nie było już po czym sprzątać. Przeklęty krasnolud zdążył wybić prawie wszystkich zanim reszta załogi zdążyła się porządnie zabawić.
Ostała przy życiu trójka żeglarzy postanowiła walczyć do samego końca - żaden z nich nie potrafił pływać, a piraci Dashauera nie byli znani z litości. Utworzyli niewielki krąg tuż przy lewej burcie statku, groźnie przy tym wymachując szablami i rzucając oszczerstwa w stronę otaczających ich intruzów. Nie stanowili jednak większego wyzwania dla blisko tuzina zaprawionych w bojach rzecznych banitów, którzy rzucili się na nich jak stado wygłodniałych wilków na padlinę.

Pierwszy z członków załogi Błękitnej Mierzei wypadł za burtę po tym jak nóż rzucony przez Aisabel wbił się mu w płat czołowy, a pozostałą dwójkę pochlastała na równe plasterki reszta piratów, którymi niczym orkiestrowy dyrygent przewodził bosman Nicolas.

Ostatni na pokład Błękitnej Mierzei wkroczył sternik Mathias Shiffmann, który kompletnie zignorował rzeź i świszczące wokół głowy ołowiane kule. Ruszył prosto pod pokład, a to co tam zobaczył wprawiło go w niemałe osłupienie.
Niziołek ze znudzoną miną opierał się o belkę nośną, a tuż obok niego leżał na ziemi właściciel Błękitnej Mierzei przygnieciony przez martwe truchło jakiegoś faceta w białym fartuchu, który najwyraźniej zaliczył czymś twardym wyjątkowo silny cios prosto w potylicę. Jego łysa głowa była z tyłu rozwalona na dwie części, a z pęknięcia w czaszce wylewała się na dechy podpokładu galaretowana maź.

Hildigrim widząc zdziwione spojrzenie sternika przeciągnął się ospale i wzruszył ramionami jakby była to jakaś drobnostka. Tym bardziej utwierdziło to Mathiasa w przekonaniu, że nie należy oceniać innych po wyglądzie...

***

Przypominający spasionego wieprza kupiec wierzgał się i wiercił na wszystkie strony próbując wydostać się spod cielska okrętowego kucharza, ale był tak gruby, że nawet bez dodatkowego balastu na plecach miałby trudności ze wstaniem. Sapał i dyszał jak stary parowóz przy każdym coraz bardziej ospałym ruchu, aż w końcu zmęczony dał za wygarną - głowa bezwładnie opadła na podłogę, rozłożył szeroko ręce i zaczął oddychać ciężko niczym astmatyk walczący o ostatni łyk powietrza.

Na jego tłuściutkich paluchach obaj piraci spostrzegli połyskujące złote pierścienie. Szybka wymiana chciwych spojrzeń raczej nie zwiastowała tego, że mają zamiar grzecznie się nimi między sobą podzielić…

 
__________________
Prowadzę:
[WFRP II ed.] Nie wszystko złoto, co się świeci - czekam za odpisami do 14.07.2018.
"If you find yourself in a WFRP adventure and not knee-deep in shit then duck, because another load is past due." ~ James Wallis

Ostatnio edytowane przez Warlock : 14-04-2016 o 00:00.
Warlock jest offline  
Stary 04-12-2014, 19:09   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 23236 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Walka skończyła się bez dalszego udziału Guntera. Tłok na pokładzie Błękitnej Mierzei był taki, że równie dobrze można by ustrzelić kogoś ze swoich, a z tego Dashauer z pewnością nie byłby zadowolony.
Co prawda wszyscy wiedzieli, że na Nierządnicy awansować można było tylko po trupach, ale ubijanie swoich, bez powodu, podczas rejsu, było niemile widziane. Poza tym - jaki awans, gdyby się utłukło na przykład sternika czy kanoniera? Tylko kłopoty, bo trzeba by znaleźć kogoś na ich miejsce.

W tym momencie Gunter uświadomił sobie, że ta wyprawa nie przyniesie mu żadnych zysków. Prywatnych zysków. Walka się co prawda skończyła, ale z plądrowania - nici. Zejście z posterunku... o tym nawet nie było co myśleć.

Czyszcząc broń rozglądał się dokoła. W końcu nie po to tu siedział, by się opalać czy liczyć przelatujące ptaszki, ale by wypatrywać ewentualnych kłopotów.

- Żagle! - krzyknął wskazując kierunek. - Duży statek.

Nie czekając na reakcję zjechał po wancie na pokład. Skózane rękawice nieco ucierpiały podczas tego zjazdu, ale tu się liczył czas.

Nie zatrzymał się na pokładzie Nierządnicy, tylko od razu przedostał się na pokład Błękitnej Mierzei. Zdawać się mogło, że załoga - zajęta zdobywaniem trofeów, nie pomyślała o najważniejszym celu. Aż dziw, że Dashauer jeszcze nie zainterweniował i nie wyrzucił kogoś za burtę. Albo nie odstrzelił od ręki.

- Wracać na pokład! - wrzasnął. - Wróg nadciąga!
Złapał za kark najbliższego matrosa i pchnął w stronę Nierządnicy.
- Biegiem! - dodał.
Dziwnym trafem nie musiał poprzeć polecenia kopniakiem w zadek. Marynarz widać zrozumiał, o co chodzi i wrócił na pokład macierzystej jednostki.


Gunter nie oglądał się na pozostałych. Był pewien, że Dashauer rozliczy się z opornymi, a na niego czekała skrzynka - główny cel całego rejsu.
Ruszył w stronę zejściówki. Po drodze podniósł z pokładu rusznicę, należącą wcześniej do ustrzelonego oponenta, a potem zbiegł szybko pod pokład. Tam, ku swemu zaskoczeniu, natknął się na sternika i kuka, deliberujących nad ciałem nie do końca utrupionego kupca.

- Ruszyć dupy i na pokład! - warknął Gunter. - Wróg nadpływa!

Gdyby tak obaj poszli na dno wraz z Błękitną Mierzeją, strat byłaby niezbyt wielka, ale gdyby wpadli w ręce straży...
Na dodatek obaj zajęli się kupcem, zamiast wziąć to, co najważniejsze - skrzynkę. A ta stała o parę metrów od nich.
Wystarczyło zrobić kilka kroków i wyciągnąć rękę.
 
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:59.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166