Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-12-2014, 10:40   #1
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1063 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
WFRP - I - Sprawiedliwość


WFRP I - Sprawiedliwość




Ciepły jesienny wieczór sprzyjał zabawie i wielu marynarzy wyległo ze swoich koi by w gęstwinie miejskich zaułków szukać rozrywki. Portowe dziwki z naganiaczami stawały na uszach, byle tylko odchudzić ciężar ich kies. Na wyścigi z rzezimieszkami, którzy polowali na łatwy łup. Od czasu do czasu tu i ówdzie wybuchały bójki, ale zwykle kończyły się bezkrwawo. Miejscowi mieli nieliczną straż, ale nikt nie był zainteresowany tym, by wzbudzić uwagę Sir Rajmunda z Breen, którego kamienny kasztel górował nad miastem. Miał on zwyczaj wieszać na pniu każdego kogo jego ludzie złapali wychodząc z założenia, że skoro Straż nie potrafi załagodzić waśni, należy karać wszystkich. Stąd też miejscowi zachowywali wstrzemięźliwość a przybysze, co do zasady, woleli samotnie na suchej gałęzi nogami nie majtać. Mokrą robotę załatwiano pod osłoną nocy, kiedy nikt nic nie wiedział. A do rana morskie stworzenia zwykle pozbywały się śladów po ofiarowanych jej darach.

Miasteczko nie należało do dużych, ale rozwijało się pięknie. Bezpieczny port oddzielony od morskich głębin skalistymi rafami dawał bezpieczną przystań co najmniej kilku okrętom w ciągu każdego tygodnia a to sprzyjało rozwojowi handlu. Kupcy w Breen potrafili zorganizować szlak handlowy do położonych w głębi lądu miast i osad. Kupieckie rody rywalizowały skrycie, ale ich ciągła wojna skryta była przed wzrokiem włodarza okolicy. Jego interesował stały dopływ gotowizny z podatków a te płynęły na zamek nieprzerwanym strumieniem. Nawet kmiotkom w mieście nie wiodło się źle, bo każdy mąż zdolny dźwigać kosz mógł znaleźć zatrudnienie w porcie o ile wkupił się w łaski tych, którzy robotą dzielili.

Zadowoleni mieszkańcy Breen żyli zupełnie nieświadomi tego, że w ich mieście nieustannie toczy się wojna...


***

- Ile jeszcze mam czekać? - opasły wąsacz odrzucił na poły ogryzione udko kurczęcia sięgając po kielich z winem. Pociągnął zeń obficie dając swemu rozmówcy czas na odpowiedź. Ten zaś przez chwilę się zastanowił, po czym odezwał się spokojnym głosem.

- Panie, jutro do portu wejdzie „Jaskółka”. Jej załoga ostatnio będąc w mieście rozpętała burdę, którą Straż z trudem opanowała. Wiadomym jest, że w porcie stoi „Duma Sardre”. Burgos i jego ludzie z pewnością poszukają okazji by się zemścić, do dziś dwóch członków ich załogi kuleje a kilku nosi blizny po ostatnich igrcach. Moi ludzie już zadbali o to by załoga Burgosa bawiła „Pod Ostrygą” w dniu jutrzejszym. Bitka jest nieunikniona.

- Co to ma wspólnego z moim planem przejęcia karczmy?

- Gdy wybuchnie awantura na miejsce przybędzie Straż. To była by już trzecia bitka „Pod Ostrygą” w tym miesiącu. Wiesz Panie, że Sir Rajmundowi się to nie spodoba. Jeśli jeszcze świadkowie zeznają, że to obsługa spowodowała bójkę...

- Hmmmm. Zgoda. Chcę jednak, byście wpierw skontaktowali się z nimi i zaproponowali ochronę. W tym mieście pod moją opiekę uciekły już niemal wszystkie szynki i ponad połowa składów kupczyków. Nie chcę niszczyć czegoś, co i tak wkrótce będzie moje!

- Będzie jak każesz Panie, ale to harde sztuki...

- No to po to was mam Pierre. Po to was mam. Chyba, że chcecie mi powiedzieć, że wasi ludzie, których nadmieniam opłacam od dłuższego czasu, nie potrafią złamać hardości byle piwolejów?

- Potrafią Panie, pewnie że potrafią –
chudy oprych o kosym spojrzeniu uśmiechnął się chytrze i z satysfakcją. Widać było, że tylko czekał na taką sugestię swego pryncypała. W jego ciemnych oczkach zalśniły pożoga, mord i zło.

- No no! Nie podniecaj się tak! Chcę karczmę całą a nie jej zgliszcza i trupy obsługi. Chcę, by pracowali dla mnie a nie zdechli zostawiając oberżę na mojej głowie. Bo, że na twoją liczyć nie mogę, to pewne!

- Będzie jak rozkażesz Panie. Jeszcze nie słyszałem o nikim, kto z jakim drobnym złamaniem czy wybitymi kilkoma ząbkami nie potrafił lać wina. Nim minie tydzień „Pod Ostrogą” będzie Twoje! -
żarliwość wypowiadanych słów przekonała by wielu. Bastien Duprec zbyt długo żył na tym świecie, by dać się zwieść byle łachmycie, który jedyne co potrafił to rzezać mieszki, nawet jeśli na ciut większą skalę. Dla tego też odprawiając gestem obwiesia powiedział znacząco – Oby, Pierre! Oby!


***


To był dobry czas dla oberży. Jesienią zwykle do portu przypływało więcej okrętów a sztormy nie jedną łajbę zatrzymały na dłużej. W Breen nikt na to nie narzekał. Więcej żaglowców w porcie znaczyło więcej towaru w składach, więcej pracy i większą klientelę. W dodatku taką, która złakniona była wszystkiego co z lądem związane. Marynarze zaś niemal każdą chwilę chcieli spędzać z kuflem grogu w ręku wyśpiewując sprośne pieśni i macając chętne dziewki. „Pod Ostrygą” wszystkiego było w bród.

Manfred, którego w oberży nikt nie nazywał inaczej jak „Stary”, rządził nią twardą ręką, ale dla swoich ludzi był jak ojciec a oberża zastępowała im wszystkim dom. Tu jedli, spali, bawili się, płakali i pracowali. Tu przeżywali swe wzloty i upadki. Przynajmniej od chwili, w której dołączali do zespołu obsługi oberży. A ten znów nie był aż tak liczny. W jeszcze węższym gronie spotkali się tego wieczora na zapleczu, w kuchni. W zasadzie była ich trójka. Jean-Claude, który w sprawach handlowych wykazywał większy jeszcze talent niż „Stary”, choć w oczach wielu był oprychem z pierwszej półki. Krępy, ogorzały i noszący się na Estalijczyka Blaise z kolei na oprycha wyglądał a jego mrukliwy charakter wyłącznie pogłębiał to wrażenie. Jednak ktoś taki „Pod Ostrygą” był potrzebny. Czasami wystarczyło jedno jego spojrzenie by zniechęcić podchmielonych biesiadników do rozróby. No i Orsana, która była żywym ogniem. Wielu mężów nosiło na swoim sercu ślady jej pazurków, choć ona nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. A jeśli zdawała, to o to nie dbała. Umiała tak się zakręcić, że mężczyźni jedli jej z ręki. Co oczywiste u niewiast jej powodzenie było wprost odwrotnie proporcjonalne.

Teraz jednak trójka stałych mieszkańców i pracowników oberży „Pod Ostrygą” miała bardzo ważną sprawę do omówienia. W końcu śmierć „Starego” pozostawiła oberżę na ich głowach. Oni zaś choć oficjalnie nie byli w żaden sposób jej właścicielami, w jednej chwili zostali przekwalifikowani z członków obsługi w potencjalnych zarządców. Musieli podjąć decyzję co do losów oberży. I ich własnego. W sumie pewni byli, że „Stary” chciałby aby to oni zarządzali dalej gospodą, ale tytułu prawnego im nie przekazał. Pewnie nie spodziewał się tego, że nagle dostanie ataku i padnie trupem nim ureguluje swe sprawy. Albo „miał to gdzieś”, co w jego przypadku nie powinno nikogo dziwić. „Stary” wiele rzeczy „miewał gdzieś”. Ich trójka była mu najbliższa, nie bez kozery nazywał ich „synkowie” nie czyniąc wyjątku dla Orsany. Teraz w trójkę musieli zastanowić się co uczynić. A plan…

- Musicie tam pójść! – „Młoda” wpadła z wypiekami na twarzy wyraźnie się spiesząc. Jej robota polegała na podawaniu do stołu a że była wesołą dziewką cieszyła się powodzeniem. Nie przeszkadzało jej to, zawsze potrafiła się wykręcić gdy ktoś był zbyt natarczywy. Była również opanowana i to tym bardziej winno zaniepokoić trójkę zebraną na zapleczu. Teraz bowiem „Młoda” była wyraźnie poruszona. – Chłopaki Burgosa biorą się za łby z tymi z „Jaskólki”, od Leandro. Tamci chyba tylko po to przyszli, bo mają pałki i…

Więcej powiedzieć nie zdążyła, bowiem jej wywód przerwał z rumorem wpadający do kuchni przez okienko wydawki marynarz. Miał rozbity łeb i wyraźnie nie nadawał się do niczego więcej, niż to rozbicie dwóch glinianych garnców które stały na ladzie, co zresztą uczynił na chwilę przed znieruchomieniem. On już póki co nie stanowił zagrożenia, ale odgłosy dochodzące z biesiadnej izby oberży wskazywały na to, że zabawa dopiero się rozpoczyna…





[Witam Was wszystkich. Życzę miłej zabawy, szybkich postów i nie nadpisywania Graczy i MG]

P.S.: Proszę dowolnego Gracza o umieszczenie w wątku rzutów oberży nr 1


.
 
__________________
Bielon "Bielon" Bielon
Bielon jest offline  
Stary 21-12-2014, 22:08   #2
 
Baird's Avatar
 
Reputacja: 5178 Baird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputacjęBaird ma wspaniałą reputację
"Pod Ostrygą"




Niecodziennym widokiem było zobaczyć Jean-Claude'a w pomieszczeniu innym niż salon. Zazwyczaj siedział on w pokoju dziennnym, przy kominku w swoim głębokim czerwonym fotelu. Dla większości gości, a nawet części pracowników był jak jeden z mebli, czasem tylko przemykał w ciszy do stajni. Jedynie nieliczni jak Blaise, Orsana i do niedawna Stary wiedzieli czym w karczmie zajmuje się Jean-Claude. Mówiąc krótko, zaopatrzeniem. To, że Jean-Claude opuścił swój fotel wskazywało na powagę sytuacji w jakiej się znaleźli.
- Śmierć starego niczego nie zmienia. Zajmujmy się tym co do tej pory robiliśmy, z tą różnicą, że teraz zamiast pytać się starego ustalajmy to między sobą. Jest nas trójka, więc wprowadźmy prawo większości.- Jean-Claude powiedział z silnym lokalnym akcentem, a hełm który miał na twarzy nadał jego słowom metaliczny pogłos gdy mówił. Jak zawsze.-
Nagle do kuchni wpadła młoda.- Musicie tam pójść!- Krzyknęła. Jeden rzut okiem na jej twarz i Jean-Claude wiedział, że nie jest dobrze.- Chłopaki Burgosa biorą się za łby z tymi z „Jaskólki”, od Leandro. Tamci chyba tylko po to przyszli, bo mają pałki i…- Jean-Claude podszedł do dziewczyny i próbując ją uspokoić powiedział.- Spokojnie. Zaraz się tym zajmiemy. Usiądź i napij się rumianku.- Po czym założył kastet na prawą dłoń.- Blaise.- Jean-Claude zwrócił się do wspólnika wskazując na tasak wbity w deskę do krojenia.- Mogę prosić do tańca?-
 
__________________
Man-o'-War Część I

Ostatnio edytowane przez Baird : 21-12-2014 o 23:14.
Baird jest offline  
Stary 22-12-2014, 16:23   #3
 
Asmodian's Avatar
 
Reputacja: 13387 Asmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputacjęAsmodian ma wspaniałą reputację
Kolejny dzień w zapadłej dziurze jaką było Breen. Nie, aby narzekał, co to to nie. W sumie przyjemna robota polegająca na pomocy "Staremu" w utrzymaniu porządku w i tak przyzwoitej knajpie pozwalała na chwilę zapomnieć o problemach które z reguły szybko go znajdowały. Breen mogłoby nawet być przyjemnym miejscem jednak zbyt przypominało mu jego rodzinne zadupie by mógł o tym poważniej pomyśleć. W sumie zaczynał się jakoś ustawiać. Póki stary przyzwoicie płacił i zapewniał wikt i opierunek, a lokal obfitował w rozrywki. Czasem burda, czasem trzeba było komuś indywidualnie spuścił łomot, a czasem zdarzyły się jakieś ładne cycki przyjemnie grzejące rozpadające się łóżko. Towarzystwo też było przyjemne. Jean-Claude, chyba pomagier starego był w porządku. Doglądał wszystkiego i pilnował, by każdy dostał na czas żarcie, trunek albo miłe towarzystwo. Był uprzejmy, co w tej branży było rzadkie - większość pomagierów szefa miało nasrane we łbie, i w gębie. Jean-Claude był inny, i to się zauważało. Orsana....cóż, rudzielec miał najlepsze cycki w całym tym zadupiu i w zasadzie Blaise lubił patrzeć na nią, kiedy uwijała się między stolikami, od czasu do czasu waląc po gębie jakiegoś natręta. Miała swoje zasady i byłaby pewnie niezłą kobietą, gdyby Blaise oczywiście szukał takowej. Może dlatego nigdy nie próbował "zaproponować" jej pięterka, choć wielokrotnie kusiło go sprawdzić, co miałby wtedy podrapane.
Jednak sielanka, jak każda nie trwała długo i "Stary" dokonał - chyba ze starości, bo rzadko się widziało kogoś kto nie zmarł od zarazy, czy żelaza.
Co ciekawe, Jean-Claud miał ciekawy pomysł na spadek po "Starym", proponując mu i uroczemu rudzielcowi spółkę. I jakoś to poszło - gospoda prosperowała dalej. Blaise siedział właśnie w kuchni nad posiłkiem składającym się z wieprzowej, pieczonej nogi, sera Brinoix, pachnącej pajdy czarnego chleba, zakrapianej butelczyną cienkiego, ale całkiem ładnie wchodzącego w gardło wina z Bordeaux i zapowiadało się, że dzień nie będzie zbyt męczący.
I właśnie kiedy zaczynał kończyć drugą szklaneczkę Czerwonego Łazarza z Brodeaux za spokój duszy Starego gdy do kuchni wpadła młoda z rabanem.
- Musicie tam pójść!- Krzyknęła. Jeden rzut okiem na jej twarz i Jean-Claude wiedział, że nie jest dobrze.- Chłopaki Burgosa biorą się za łby z tymi z „Jaskólki”, od Leandro. Tamci chyba tylko po to przyszli, bo mają pałki i…-

Burgos. Opasły wieprz myślący, że całe miasteczko należy do niego. Może i ma rację, ale Blaisa denerwowały jego maniery i styl, w jakim wymuszał posłuch. Dawno doradzał "Staremu" inne rozwiązanie, ale albo miał skrupuły, albo nie stać go było.

- Blaise- Jean-Claude zwrócił się do wspólnika wskazując na tasak wbity w deskę do krojenia.- Mogę prosić do tańca?-

- Możesz - Blaise dopił szklaneczkę po czym poprawił pas z bronią, po czym chwycił wskazany przez Jean-Clauda tasak.
 

Ostatnio edytowane przez Asmodian : 22-12-2014 o 18:17.
Asmodian jest offline  
Stary 23-12-2014, 00:22   #4
 
Skrzydlata's Avatar
 
Reputacja: 12 Skrzydlata nie jest za bardzo znanySkrzydlata nie jest za bardzo znanySkrzydlata nie jest za bardzo znanySkrzydlata nie jest za bardzo znanySkrzydlata nie jest za bardzo znanySkrzydlata nie jest za bardzo znanySkrzydlata nie jest za bardzo znany
Jako osoba podróżująca przez całe swoje życie, nie była przyzwyczajona do siedzenia w jednym miejscu. Zwykle siedziała w oberżach i karczmach, tylko przejazdem by zarobić trochę grosza zabawiając chlejący motłoch pokazami swych sztuczek. Jak się jednak okazało, 'Pod Ostrygą' miało w sobie coś, co przypominało jej czasy wczesnego dzieciństwa, swoistego rodzaju klimat, który sprawił, że dała się namówić na to, by zostać dłużej. I Stary wiele razy drażnił się z nią i dopiekał jej, że przecież taki wielki z niej podróżnik i że drzwi stoją otworem, kiedy to od czasu do czasu spierały się ich ogniste temperamenty. Mężczyzna, choć stary potrafił spłatać jej niezłe numery, za co ona często się odgrywała. Jednak na to jak załatwił ją teraz, riposty nie było...
Zapytał ją kiedyś, czy zostanie w oberży na stałe, odpowiedziała, że to nie jej natura, żeby jak mamka zostać i w jednym miejscu niańczyć te wszystkie zapijaczone 'bachory', które i tak już dawały jej się we znaki, gdy ktoś zbyt odważny, nie znający jej charakteru pozwolił sobie na zbyt wiele. Była piękna, owszem, miała czym oddychać, to fakt. To nie znaczyło jednak że pozwoli się traktować jak wszystkie te biedne kobiety w zajazdach. Ogień jej natury często dawał o sobie znać i fama kręciła się po okolicy, że płomiennowłosa panna to orzech, którego się zgryźć nie próbuje. Nie interesowały ją gierki tego typu. Większość swego czasu spędzała pomagając przy obsłudze, czy też po prostu obserwując gości. W odpowiednich momentach, raczyła klientelę swymi występami, zachęcając do zabawy, czy przechytrzając tych przemądrzałych. I tak mijał jej czas 'Pod Ostrygą'. Bawiło ją, że Stary wymyślił sobie, że ona też będzie jego 'synkiem'. To dawało jej namiastkę rodziny, której nie posiadała i wprawiało w dobry nastrój, nawet jeśli wszyscy troje dostawali po głowach. Z jej lotnym i nieco zwichrowanym charakterem, zwykle przejmowała się najmniej, pozostali dwaj synkowie byli dla niej dość interesującymi obiektami obserwacji. Jeden przypominał jej kocura, który całymi dniami wyleguje się przy kominku na swoim specjalnym miejscu, ale gdy przychodzi odpowiednia pora znika na łowy powracając z tobołami pełnymi 'myszy'. Drugi natomiast był jak wilk, który pozostaje sam, chyba że kręci się wokół jakichś 'owieczek', albo czuje potrzebę porysowania komuś facjaty. Sama siebie przy nich nie klasyfikowała, ale często miała ubaw z tego, jak bardzo podobni byli do porównań, którymi ich uraczyła. Sielanka przebywania w tym miejscu zakończyła się dokładnie w momencie, kiedy to Stary wykręcił swój popisowy numer, o szokującej i porażającej nazwie 'zawał'. Nie wiedziała jak ma to odebrać. Początkowo nie była zadowolona, nawet ją to wzburzyło i zasmuciło. Potem zaczęła traktować jego śmierć, jak ostateczne pokazanie jej kto tu rządzi. Stary przechytrzył rudzielca, bowiem stała się jednym z trzech nieoficjalnych jeszcze właścicieli oberży. I nie miała serca odmówić...

Siedziała na jednym z blatów, koło butelek z trunkami i bawiła się jednym ze swych noży do rzucania, obracając go i podrzucając, przekręcając po dłoni, w niej... Taki nawyk, gdy się zastanawiała, nie mogła pozostać w bezruchu. Jean-Claude proponował dobry układ, ale nic nie powiedziała. To był raczej znak, że się zgadza, bo gdyby miała jakąś obiekcję, to już by mu nią rzuciła. Od pewnego czasu nasłuchiwała też odgłosów z pomieszczenia dalej. Jakby na zawołanie wpadła Młoda, wyraźnie roztrzęsiona. No jakby mogło być inaczej. Nóż nie przestał poruszać się w dłoni rudej dziewczyny, nawet gdy marynarz wpadł przez okienko. Popatrzyła na jego marne, dość mocno obite cielsko i skrzywiła się.
- No i było trochę porządku. Ile to dni spokoju mieliśmy? 10?
Podrzuciła nóż do góry i wstała, łapiąc go po chwili i wsuwając na miejsce, przy pasie
- Tylko może tym razem bez zbytnich szkód w sprzętach. Już i tak spodziewam się, że będzie co naprawiać. Może tym razem wykopcie ich na zewnątrz co? Może być nawet i oknami, jak się który zmieści...
Nie pytając o ich zdanie, wybrała sobie zgoła inną drogę wyjścia, bowiem do okienka, którym wleciał marynarz było jej bliżej, niż do drzwi. Wyjrzała, a gdy było w miarę 'bezpiecznie' wyśmignęła do sali, chcąc rozeznać się w sytuacji z niejakiego dystansu. Stanęła na jednym ze stołów i stukała palcami o pas z nożami do rzucania...
 

Ostatnio edytowane przez Skrzydlata : 23-12-2014 o 00:30.
Skrzydlata jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166