Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-01-2015, 23:50   #1
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 5421 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
[WARHAMMER] Imperium na peryferiach III









Było upalne lato 2518 roku imperialnego kalendarza. Na traktach podróżowanie w większych grupach, praktycznym było ze względów wielu. Zwłaszcza zaś cenili sobie podróżni z obcych prowincji komitywę swych ziomków. Arno, Jost, Bert po dołączeniu do nich Eryka czuć mogli się niemal jak w rodzinnych stronach Biberhof otoczeni znajomymi twarzami i głosami, tych, przy których razem wychowywali się od dziecka. W jednym z przydrożnych, warownych zajazdów poznali zmierzającego w tym samym kierunku co oni, podobno kuzyna Hammerfista, krasnoluda z rodzimego klanu, który również chciał szukać tymczasowego zatrudnienia we Franzenstein. Wioska swym festynem przyciągała kupców, przedsiębiorców oraz szlachtę z Reiklandu i okolicznych prowincji i mogła być dodatkowo źródłem przyszłych kontaktów zawodowych, zawiązania ciekawych znajomości dla uczonego skryby. I nie tylko zresztą dla niego. Po opuszczeniu Grunburgu dołączyła do nich spotkana na szlaku para wędrowców, w których Winkel rozpoznał twarz dozorcy śluzy z Oberwill. Towarzyszyła mu wysoka, choć szczupła, o raczej dziecinnej budowie ciała, młoda, piegowata dziewczyna również ze Strilandu. I oni również kierowali swe kroki ku Franzenstein zwabieni ulotką o pracy.

Rankiem tego słonecznego dnia, Strilandczycy znaleźli na poboczu traktu nieżywego wędrowca. Mężczyzna w mocnych, żołnierskich portkach zginął od strzały, której czarna lotka sterczała z szyi. Bez butów i rozebrany do zakrwawionej koszuliny, leżał raczej od niedawna, na co wskazywały niewielkie rany zadane przez małych leśnych drapieżników ogryzających wystające części ciała. Do pleców leżącego na brzuchu wędrowca przybita nożem była ta sama nagroda, którą od jakiegoś czasu udekorowane były drzewa przy trakcie.









Popołudnie przechodziło w wieczór, kiedy podróżnicy zawitali w Weissdrachen, mieścinki u podnóża wzgórz Hagercryb, dwa dni drogi za Grunburgiem. Coraz dłuższe cienie kładły się na rzucane przez drzewa i domy rosnące wzdłuż szerokiej, brukowanej ulicy głównej. Miasteczko, mimo to przypominało dużą wioskę, a to głównie ze względu okalające je, ciągnące się jak okiem sięgnąć, polami uprawnymi pod zboże, ziemniaki, buraki, kapustę, tudzież kukurydzę. Mieścina nie różniła się prawie niczym od innych, przytulonych do traktu w Reikwaldzie ludzkich osad. Bliskość stolicy zapewniać musiała spore poczucie bezpieczeństwa, bo palisada od dawna zaniedbana, służyła raczej za płot odgradzający przytulone do niego obejścia gospodarskie od ziemi uprawnej. Nad bramą wisiał dumnie cesarski herb niczym korona nad nazwą mieścinki, co znający sie na heraldyce w okamgnieniu rozumieli jak, że sam Miłościwie Panujący Karl Franz, był panem tych ziem.

Mieszkańcy zeszli już z pól, zapewne w zaciszu swych domów z rodzinami racząc się kolacją z bliskimi. Na ulicach spóźnieni przechodnie z życzliwością przyglądali się gromadce obcych, pozdrawiając w imieniu Sigmara, tych, którzy wędrowali w towarzystwie osoby duchownej. Zapytany mężczyzna grzecznie wspomniał nazwę i wskazał drogę, ku jedynej karczmie, którą oferował Weissdrachen, chyba przez kartografów przez omyłkę pominięty na mapach. Oberża była na drugim końcu miasteczka. Po drodze minęli kilkadziesiąt budynków, z których tylko ten z szyldem prosiaka zwracał siebie szczególną uwagę, bo zakład rzeźnika miał zabite deskami drewniane, zamknięte okiennice i wejściowe drzwi.

W końcu wędrowcy zatrzymali się przed sporym, dwupiętrowym zajazdem z szyldem na drewnianych deskach którego, wiatr kołysał na grubych łańcuchach podobizny trójki białych smoków w żywo-dynamicznych pozach. Farba łuszczyła się i dawno wyblakła, lecz napis umiejący czytać głosił, to samo, co tym nieczytatym przedstawiał malunek - Pod Trzema Tańczącymi Smokami.

Na placu głównym wieczorny wiaterek dyndał również bezwładnym wisielcem dorosłego mężczyzny. Na tyle daleko od zajazdu, aby nozdrzy nie drażnił smród gnijącego ciała, do którego garnęły się kruki, na cel brane kamieniami przez gromadkę urwisów, gdy czarne ptaszyska przysiadały na belce szafotu.










W karczmie sala główna z barem była dobrze oświetlona, dosyć schludna i sporych rozmiarów i wypełniona w połowie gośćmi. Przy barze siedzieli głównie patroni wyglądający na miejscowych, zaś przy stolikach zazwyczaj podróżni. Czterech krasnoludów okupowało jeden z czterech stołów, które stały pod oknami. W kącie, odgrodzeni od reszty gości pustymi stołami i ławami posilali się niespiesznie trzej mężczyźni. Szaty i czarna maska z nieruchomymi wręcz oczyma jednego z nich zdradzała kapłana Morra. Drugi był postawnym zbrojnym z cudzoziemskim akcentem, którego twarz zdawała się być iście przyjazną, mimo, że zdobiona szpetną blizną, w porównaniu z trzecim mężczyzną. W tym ostatnim od razu widać było Łowcę Czarownic w służbie kultu Sigmara. Jego zimne, surowe oczy przez jakiś czas przeglądały się przybyszom, kiedy on, niespiesznie żuł krwistego antrykota powoli zapijając z kielicha.

Miejscowi posyłali ku przybyszom zaciekawione spojrzenia na chwilę przrywając rozmowy. Khazadzi nie zwracali na nikogo zupełnie uwagi. Pogrążeni w debacie w swym gronie, wybuchając od czasu do czasu gromkim śmiechem. Gdy nowoprzybyli zajęli miejsca przy stole, klimat nieco ożywił, gwar popłynął swym leniwym rytmem, a do stolika Stirladczyków podszedł zebrać zamówienia oberżysta przedstawiający się Jakubem.





 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 25-01-2015 o 08:54.
Campo Viejo jest offline  
Stary 09-01-2015, 12:19   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 30862 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Jak to się dziwnie składa...
Jeszcze nie tak dawno wędrował się kompanami, z towarzyszami zabaw z lat dziecinnych, a potem raz, dwa - i został sam.
Początkowo nie zamierzał wracać do rodzinnej wioski, mając w pamięci zarówno pozycję, jaką aktualnie zajmowała w wiosce Angela Apfel, jak i ostrzeżenie, jakiego udzielił im wójt, gdy wyruszali z wioski jako eskorta jaśnie panienki Adalindy Frobel.
Czasu zbyt wiele nie minęło, a na dodatek panna Angela pamięć miała dobrą, a nawet można by rzec pamiętliwą była, i Jost nie zamierzał się jej narażać.
Z drugiej jednak strony w wiosce ostał się Kary, a koń wierzchowy, w niektórych profesjach, był niezbędny.
To jednak mogło poczekać do wiosny, a jak na razie zbliżała się zima.
Zima miała to do siebie, że każdy mądrzejszy człek szukał dachu nad głową, żeby sobie zadka nie odmrozić, albo i czego innego. Jedną to miało wadę - za ów dach nad głową płacić trzeba było żywą gotówką, w cieplejszych porach roku zarobioną. Za konia dodatkowo płacić trzeba było, jeśli biedaczyna nie miała zdechnąć z głodu.
Tak więc koń mógł poczekać do wiosny, zaś Jost... Ten niestety nie miał tak dobrze. I trzeba było wybrać - przezimować na wsi, czy też może w większym mieście. Na wsi utrzymanie było tańsze, w mieście łatwiej było znaleźć jakąś pracę.

***

Los zadecydował za niego. Częściowo przynajmniej. Bo skoro na barkę trafił, gdzie kupiec potrzebował ochrony, a ta barka do Nuln płynęła. Widać los tak chciał, że do wielkiego miasta trafił.
A praca?
Gdy ktoś chce pracować, to i pracę mógł znaleźć. Nie najlepszą, nie najlepiej płatną, ale na czym jak na czym - na zwierzętach to się Jost znał, więc praca w stajniach nie stanowiła dla niego problemu. Było gdzie spać, było co jeść, a jeszcze i parę groszy do ręki wpadło.
No i, jako że Nuln jest miastem, można by rzec, pełnym wojaków różnej profesji, to i paru drobiazgów Jost zdołał się nauczyć. Chociaż, nie da się ukryć, za darmo to nie było.
Nuln miało jeszcze jedną zaletę - specjalistów było tu wielu różnorakich maści i profesji. Z nosem, co go ogr przestawił, nic się zrobić nie dało, ale ząb udało się wstawić i od razu człek lepiej wyglądał, gdy mógł się uśmiechnąć pełną gębą.
Srebrny co prawda tylko i koron to nieco kosztowało, przez dwa dni Jost nie bardzo mógł jeść, ale opłaciło się w sumie.
No i w mieście ekwipunek zdołał uzupełnić, co go wonczas poszukiwacze maski (zapewne) ukradli, tudzież zbroję lepszą kupił. Tak jakoś bywa, że jak zbroja lepsza, to z większym zaufaniem na człeka patrzą.

***

Z wiosną Jost pożegnał się z miastem i na szlak wyruszył z karawaną, co w rodzinne jego strony podążała.
Do samej wioski wchodzić nie zamierzał, ale w końcu wystarczyło cierpliwie poczekać, by natknąć się na Annę, pełniącą w tym dniu obowiązki pasterza.
- O, zęba sobie wstawiłeś. - Zrobiła pocieszną minę. - Szykownie wyglądasz. Tylko czemu dałeś sobie nosek przestawić, biedaku?

Wymiana nowin i plotek dłużej trwała, niż później odzyskanie Karego, któremu zima w wiosce nie wyrządziła zbyt wielkiej szkody.
- Twoja dawna miłość, Angela Apfel, robi szybką karierę w szeregach sigmaryckiego duchowieństwa - powiedziała Anna i roześmiała się, widząc krzywą minę Josta.
- Jagna Tannenbaum znowu urodziła bliźniaki - mówiła dalej Anna - a ojciec Marianki ożenił się z matką Eryka. Po tym, jak wypadek miał w lesie, to karczmę naszą prowadzi, do której dobudował drugie piętro z pokojami sypialnymi dla gości. Ale co o Mariance kto wspomni, to do kielicha zagląda, bo wieści od dziewczyny nie było żadnych. Ale ty z pewnością wiesz coś o niej?
- Mariankę ostatnim razem w Kemperbadzie widziałem, gdzie o sokolnictwie mówiła - odparł Jost.
Tu Jost rzucił słów kilka na temat odbicia zakładnika, w szczegóły zbytnie się nie wdając, tudzież o wizycie na ulicy Pięknej nie wspominając.
- Tam też i Gotte się udał, gdyśmy się rozstawali - dodał - bo Mariankę chciał odnaleźć.
O Rudim, który niby trupem był, Jost wolał nie wspominać, bo plotki to do siebie miały, że lubiły się wydostawać z najbardziej nawet zaciśniętych zębów.
- To się pewnie Karl ucieszy - powiedziała Anna - gdy o Mariance się dowie. A co z resztą chłopaków?
- Ano przed zimą jakoś nasze drogi się rozeszły. Bert się dobrze trzymał, a język ma sprawniejszy niż wonczas, Eryk do Sigmarytów chciał wstąpić - tu Anna wielkie oczy zrobiła - a Arno bodajże coś o wojowaniu wspomniał.
- A u nas… - Anna ściszyła głos, mimo że sami byli i nikt ich podsłuchać nie mógł - Delasqua urodziła dziecko... mutanta... chłopczyka z głową wilczka... ale o tym nie wie nikt prawie. Przy porodzie pomagałam, tom widziała - zapewniła Anna. - Łeb wilka jakbym zwierza widziała. Mutanta stary Delasqua wyniósł do lasu i wrócił bez niego.
Na moment zamilkła.
- Wprowadziły się dwie nowe rodziny. Jedna zajmuje się domokrąstwem, a druga to sami mężczyźni, ojciec z trzema dorosłymi synami, drwale.

Przekazawszy siostrze garść złota i uściskawszy ją na pożegnanie Jost ruszył w drogę.


***


Góra z górą się nie zejdzie, jak powiadało stare przysłowie, a człowiek... No i proszę - sprawdziło się. Eryk co prawda stracił włosy, Bert jakby nieco się rozrósł wszerz, a Arno mówił nieco bardziej zawile, niż wcześniej, ale poza tym byli to stale ci sami towarzysze, z którymi przebył ładny kawałek świata.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 09-01-2015 o 12:21.
Kerm jest offline  
Stary 10-01-2015, 22:17   #3
 
Baczy's Avatar
 
Reputacja: 546 Baczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnie
Jak za dużo farmazonów, to przepraszam. Dawno nie pisałem.

Trakty Starego Świata nie należą do bezpiecznych, mimo usilnych starań strażników imperialnych dróg oraz magnatów, którzy nawet jeśli nie dla bezpieczeństwa poddanych, to dla osobistego spokoju dokładali starań, by bandyci nie grasowali na ich ziemiach - mogą na sąsiada, byle nie na ich. Siedmioosobowa grupka uzbrojonych podróżnych stanowiła jednak jakieś zabezpieczenie. Niezbyt pewne, bo i dziesiątka bandytów mogłaby przeprowadzić udaną zasadzkę korzystając z gęstych zarośli wokół, jednak, czy było warto? Nie wyglądali na bogatych, chyba tylko Bert mógłby uchodzić za kogoś... cennego. Nie mieli żadnych towarów, poza tym, co na plecach, no i koniem Josta, nie było to jednak, powiedzmy sobie szczerze, imponujące zwierze, a i w ferworze walki mogłoby łatwo uciec, z właścicielem czy bez. Podsumowując, znikoma szansa na odczuwalny zysk. A do tego, mogli pokąsać. Większość z nich była uzbrojona i aura, którą rozsiewali co niektórzy zniechęcała przeciętnego rzezimieszka do potyczki z nimi. Plus, Eryk w kapłańskich szatach. Wielu mogło nawet nie poznać, że jest przed święceniami, w końcu zazwyczaj nowicjusze byli sporo młodsi od niego, a i szaty nijak nie wskazywały na rangę kapłana - ot, czarna, ze złotymi zdobieniami, dość skromna, ale wiele zakonów tego właśnie od szeregowych kapłanów wymagała. Miał również przypiętą spadającą kometę ze spisaną jedną z "Dwunastu Modlitw Sprawiedliwości". Do tego widoczne blizny na głowie i miecz przy boku.
A więc, nie dosyć, że zysk mniejszy niż straty, to do tego można sobie złość Sigmara na głowę sprowadzić.

Jesteśmy bezpieczni, pomyślał Eryk z przesadnym optymizmem, przyglądając się towarzyszom. Z dawną drużyną widział się niespełna rok temu. Właśnie w takim składzie, we czwórkę, odnieśli plugawą maskę Slaneesha do świątyni w Worlitz, i to ich żegnał przed wyprawą z Łowcą Czarownic, która ,nietypowo, miała rozpocząć jego okres nowicjatu.

To było ciekawe przeżycie, tropić Hugmunda z najprawdziwszym Łowcą. Jego pewność siebie, umiejętności, zarówno w walce, jak i tropieniu, aura jaką roztaczał, to wszystko było inspirujące, znacznie bardziej, niż można by się spodziewać. Ale to jego wiedza i nieomylność sądu były tym, czego Eryk zazdrościł mu najbardziej. No i w gruncie rzeczy, był dla chłopaka miły, przynajmniej porównując do późniejszych upokorzeń w zakonie. Właściwie, to Bauer chciałby zostać z nim i ruszyć śladem mutantów, którzy napadli na karawanę znanych mu dwóch szlacheckich rodzin, Dutchfeltów i Crutzenbachów, jednak Firtz, Łowca, nie chciał o tym słyszeć. Miał z resztą rację, co Eryk teraz doskonale rozumiał - miał pobierać nauki kapłańskie w świątyni, nie zaś doskonalić się w tropieniu zwierzyny. Na wszystko przyjdzie czas.

Gdy z początkiem jesieni wrócił do Worlitz, rozpoczął się właściwy nowicjat. Zgolono mu nie tylko zarost, ale i włosy, co ujawniło świeżą ranę, której nabawił się podczas potyczki na "Raju". A potem... potem wpadł w rutynę życia świątynnego. Nie był to ośrodek szkoleniowy, w którym byliby kapłani pełniący rolę pełnoetatowych lektorów, lecz poza Erykiem było tu tylko kilku nastoletnich mężczyzn, więc przeor z pozostałymi kapłanami byli w stanie znaleźć czas dla każdego. Zresztą, kiedy już Eryk nauczył się czytać, nauka nabrała tempa i, co ważniejsze, nie potrzebował w niej nadzoru. Oczywiście, większość czasu musiał poświęcać na usługiwanie Sigmarytom, sprzątanie terenów świątynnych, nawet pranie czy pomaganie w przygotowaniu posiłków, jednak niemalże codziennie znajdował czas na czytanie świętych ksiąg i zwojów, oraz na trening. Wieczorami wykonywał proste ćwiczenia, a raz w tygodniu ćwiczył z mieczem, wszystko to, aby mięśnie nie zapomniały... Po dawnym zawodzie, dawnym życiu, został mu tylko nóż przywieziony jeszcze z Biberhof, miecz i koszulka kolcza, którą wybrał dla niego Imre, gdy tylko chłopak zarobił pod jego okiem parę koron. Reszta albo ukradziona przez niegodziwych rodaków w Strassenburgu, albo sprzedana po rozpoczęciu szkolenia.

Od tego momentu jego życie wyglądało zupełnie inaczej, jednak jakoś to wytrzymał. Najbardziej brakowało mu podróży. Przywykł do wolności, jaką może się cieszyć jedynie człowiek żyjący na szlaku. Kiedyś sądził, że spotka tę jedyną, kobietę jego życia, i to ona sprawi, że osiedli się w miejscu, a może i wróci do Biberhof. Ale jakoś do niewiast Bauer szczęścia nie miał. A może to nie kwestia szczęścia? Nigdy się nie zakochał, taka była prawda, najwięcej co czuł, to chwilowe pożądanie (które dało się szybko zaspokoić) lub sympatia, która nigdy nie przemieniła się w nic poważniejszego. Może więc to on był zepsuty? Chociaż, czy to źle? Nie, to nie świadczyło o zepsuciu, po prostu są ludzie, którzy są z natury samotnikami. Oni, w chwilach kryzysu, wolą skupić się na problemie, zamiast o nim mówić. Nie dzielą się myślami, bo nie czują takiej potrzeby. Liczą tylko na siebie, i chcą tylko za siebie odpowiadać. Chcą być sobą, chcą być wolni.

Czy był, jest sobą? Czy jest wolny?
Czy to ON?

Wątpliwości nie da się wykluczyć. Najgorliwsi są właśnie ci, którzy z wątpliwościami nie potrafią sobie poradzić, i starają się je zagłuszyć, popadając w skrajność. On, póki co, starał się wątpliwości rozważać. Zawsze był inteligentny, tylko nie miał go kto ukształtować. Ten rok spędzony na nauce historii Imperium, Sigmara i teologii w ogóle, pozwolił mu rozwinąć skrzydła, stać się bardziej świadomym. A że był starszy niż inni nowicjusze, trudniej go było zindoktrynować. Ci młodsi mogli łatwo wyrosnąć na fanatyków, on zaś - na heretyka. Na szczęście, jako rozsądny i małomówny, nie miał problemu z zachowaniem niewygodnych pytań dla siebie, dzięki czemu pomyślnie przeszedł etap szkolenia. Wątpliwości jednak zostały, i obawiał się, że będzie musiał borykać się z nimi do końca żywota. Chociaż, kto wie, może wystarczy jedno zdarzenie, które przechyli szalę na którąś ze stron? Od jakiegoś czasu, zdecydowanie za dużo myślał...
Ale i zdecydowanie mniej pił, co mogło być ze sobą powiązane. Co prawda zbyt długo nie wytrzymał bez alkoholu, i to, co powiedział na pożegnanie towarzyszom, owo "odwołanie", nastąpiło po powrocie z Łowcą. Jeszcze przed zgoleniem głowy wpadł do karczmy na kufel piwa, jednak dzięki silnej woli i nadzorze ze strony przeora, ograniczył się do kufla dziennie, a z czasem i do trzech tygodniowo. To był czas, aby przestać uciekać przed życiem, a zacząć wykorzystywać dany mu czas w pełni. I opłaciło się.

Po zakończeniu nauczania, przyszedł czas na wyprawę w świat. Dla młodocianych nowicjuszy był to prawdziwy sprawdzian umiejętności przetrwania, lecz dla Eryka, który zwiedził już kawał świata i potrafił odnaleźć się i w mieście, i na wsi, i w lesie, była to formalność. No, może też szansa aby przekonać się, jak wygląda życie kapłana wśród ludzi. Poza świątynią musiał spędzić rok, aby po powrocie móc starać się o zaszczytne miejsce wśród kapłanów Sigmara. Zastanawiał się nawet, czy by nie wrócić do Biberhof, ale natknął się na to samo ogłoszenie, sądząc po treści, co rok temu, podróżując z przyjaciółmi. Uśmiechnął się do wspomnień, które do niego przyszły, i zdecydował. Wyruszy do Franzenstein. Z nowym ekwipunkiem ruszył w drogę, i inaczej jak wolą Sigmara nazwać tego nie można - na szlaku spotkał tę trójkę, którą rok niemalże temu żegnał. Bert, Jost i Arno, aż oczom nie wierzył. Później liczył jeszcze na młodych Millerów, przynajmniej jedną z trzech osób, która z nimi wyruszyła, jednak to inni nie do końca znajomi do nich dołączyli.

Eryk zerknął na krasnoluda, co by nie mówić, dość nietypowej postury, i uśmiechnął się, na wspomnienie pierwszego spotkania z gadatliwym skrybą. A było to krótko po tym, jak starzy znajomi się odnaleźli. A dokładniej, przy pierwszym wspólnym postoju, w przydrożnym zajeździe "Kobyla podkowa". "Sigmar tak chciał, że akurat tutaj, pod samym domem ojca, książę ziem tutejszych przejeżdżał, z polowania wracał, i jego kobyła zgubiła podkowę. Dosłownie tu, gdzie teraz stajnia stoi. Ojca o pomoc poprosił, a że człek uczynny i sprawny w podkuwaniu był, an kowalstwie też się znał, znaczy jest i się zna, tatko jeszcze żyje, ale za chorowity, żeby pracować, ale wtedy młody był, i podkuł. Książę zadowolony był wielce z jego wprawy, i pochwalił go, i nawet kilka razy jeszcze potem do niego z robotą przysyłał posłańców. I nie tylko tatko od księcia koron trochę zarobił, to jeszcze ludziska ze wsi i okolic zaczęły do niego ze wszystką robotą przychodzić. A że to byle jaka droga nie jest, i ludziska się przewijają, i aż się o zajazd dla zmęczonych podróżnych prosi, to ojczulek wymyślił, że za oszczędzone złoto właśnie ten przybytek otworzył. I stąd nazwa. Bo to się wszystko od podkowy tej książęcej kobyły zaczęło!" - opowiadał potem Erykowi karczmarz i właściciel, jeden z dwójki braci pracujących w interesie. Ale, od początku...


Zmęczony podróżą Bert z radością przywitał warowny zajazd, który w środku okazał się całkiem przyjemnym lokalem. Wypełniona niemal po brzegi sala skąpana była w świetle lamp, a w powietrzu unosił się zapach mocnego alkoholu i soczystej, dobrze wysmażonej pieczeni. Winkel widząc jeden zwalniający się stolik pośpiesznie zajął go dla siebie i swoich kompanów zostawiając wolne miejsce dla dwóch zabłąkanych w tym ciężkim świecie dusz.
- Refleks ci nie osłabł, chociaż sadełka trochę jakby ci przybyło - zażartował Jost, zajmując miejsce przy stole. - A co ci nos podpowiada na temat tutejszego jadłospisu? - spytał.
- Sadełka? - zaśmiał się Bert. - To mięśnie! Całą wiosnę pomagałem w teatrze. Zdziwiłbyś się jak przy takiej robocie można się zmachać. Prawie jak na budowie… - uśmiechnął się Winkel. - Jadłospis zapewne mają bogaty w porządnie przyprawione mięso i mocny alkohol… Ja chyba poprzestanę na sytym posiłku, a wy? - zapytał gawędziarz chyba mając zamiar iść i złożyć zamówienie.
- Dobre jedzenie nie jest złe - stwierdził Jost. - Solidna porcja czegoś konkretnego dobrze mi zrobi. A z trunków... Może piwo.
Wstał, chcąc wraz z Bertem podejść do karczmarza.
- Co wziąć dla was? - zwrócił się do pozostałej dwójki.
- Wieprzek i kapusta będą w sam raz - zaśmiał się, przesadnie głośno, Eryk. - A z napitków, piwo. Najtańsze, żeby mi zbytnio nie posmakowało.

Yorri przepchnął się ku wejściu karczmy, spokojnie obgryzając piętkę chleba, podebraną piekarczykom. Przyjrzał się spokojnie izbie. Trzeba by się gdzieś usadowić, a tłok jako w Altdorfie. Cóż, raczej nie usiądzie z najmitami, a i miejscowa ludność chłopska niezbyt zachęcała do współpracy. Aczkolwiek… podróżni przy jednym ze stolików zdawali się całkiem…
A co to? Twarz jakby kojarzył, choć pewien nie był… nie, nie myli się. Strzepnął okruchy z palców i podszedł do stołu, przyglądając się zajmującym go jegomościom. Jeden z nich skrywał twarz za kołnierzem, nosa ma chyba ułamanego. Dwaj kolejni przystojniejsi - czy też mniej szpetni z twarzy, jak kto woli - ino że jeden wyłupiaste gałki oczne ma straszliwie i łysy na dodatek. Ach i krasnolud wśród nich jest…
- Witaj szczeciniasty wieprzu - uśmiechnął się do Arno. - Od czasów Morgrima i kopalni klanowej myśmy się nie widzieli. No, nie mów, że nie poznajesz, kuzynku. To ja, Yorri.
Przysiadł się do stolika.
- Yorri? - spojrzał zdziwiony khazad.
- Robisz co ty tu? - zapytał ściskając łapę Rdestobrodego. - Bauer Eryk, Schlachter Jost i Winkel Bert. A to Yorri jest, kuzyn mój z klanu mego - przedstawił wskazując każdego z osobna.
- Miło mi Ciebie poznać, Yorri - powiedział Bert podając rękę brodaczowi. - Mów mi Bert. Akurat idziemy zamówić coś do jedzenia. Wziąć coś dla Ciebie? - zapytał gawędziarz przyjaźnie.
- Również witam. - Jost wyciągnął dłoń do Yorri’ego.
- Witam Cię. Niemałe to szczęście spotkać w podróży przyjazną duszę, i to kuzyna Arno. To dobry znak - rzekł Eryk witając się z krasnoludem. Uśmiechnął się szczerze, przez co na moment na twarzy wykwitł mu przebiegły uśmieszek.
- Miło mi - rzekł Rdestobrody. - Zaś co do jedzenia, to miło przyjmę jakoweś piwo wodą niechrzczone, a na przegryzkę… może boczek jakiś, czy jakowegoś ptaka pieczonego?
- Robi się
- rzucił z lekkim ukłonem Winkel i wraz z Jostem ruszyli ku szynkwasowi.


Yorri okazał się być inżynierem i skrybą, sympatycznym i posiadającym niepohamowany język. Kolejny gaduła, ale czy to źle? Nie, raczej nie, o ile będzie potrafił zamilknąć, kiedy sytuacja będzie tego wymagała. Z wyglądu dziwny, bo szczupły i wysoki, jak na krasnoluda. Dobrze chociaż, że brodę ma solidną.

Pozostałą dwójkę spotkali zaś później, na trakcie. Kobieta i mężczyzna, Gowdie i Edmund, ale utrzymują, że nie są parą, i spotkali się tak samo przypadkowo, jak i ich piątkę. Niewiele mówili o sobie, szczególnie ona, chociaż z kolei on mówi sporo. Bert rozpoznał w nim dozorcę śluzy z Oberwill, jednak jego pośrednie przyznanie się do uprawiania fachu złodzieja niestety nie działało na jego korzyść. Eryk jakoś nie mógł się do nich przekonać, potrzebował czasu i jakichś pozytywów.

Okazja nadarzyła się, gdy znaleźli leżące przy trakcie ciało. Mężczyzna zabity z łuku, strzał przebił szyję na wylot, który następnie posłużył za nieruchomego posłańca. Przybity do pleców przy pomocy noża list gończy tworzył ze zwłokami doskonałą wiadomość w stylu "szukajcie Czarnej strzały, a ją znajdziecie, w najmniej pożądanym miejscu swego ciała". Tak to wyglądało na pierwszy rzut oka, a i po dłuższych oględzinach niczego nowego nie można było wydedukować. Pytanie tylko, czy denat był przypadkowym przechodniem, głupcem, który połasił się na nagrodę i ruszył samotnie na łowy, czy może członkiem liczniejszej grupy, których przedstawicieli znajdować będą co jakiś czas przy drodze, w ramach oznaczenia terytorium. Istniała też możliwość, że ten tu był zdrajcą, lub dołączył się do szajki tylko po to, żeby ich wydać (co również czyniło go zdrajcą) i ukarali go w ten sposób. Jednak Bauer stawiał na samotnego śmiałka lub pechowca.

O ile Gowdie nadal nie wykazywała żadnej inicjatywy, o tyle Edmund zyskał w oczach kapłana. Może nie gorliwością do zestrzelenia latającego w pobliżu kruka, ale troską o duszę zmarłego. Eryk wolałby zostawić to sługom Morra, a dokładniej, wolałby nie brać w tym udziału. Nigdy nie zapomni, jak, aby uratować życie Rudiemu, podawali się za kapłanów boga śmierci, i powierzono im pochówek dziecka... Przygotowania, modły, rytuały na pograniczu z magią, to zbyt poważne, zbyt odpowiedzialne zajęcie. Mogli mieć na sumieniach duszę ludzką, na szczęście w porę uciekli, zostawiając to prawdziwemu kapłanowi, który był już zapewne w drodze. I teraz Bauer wolałby się w to nie mieszać, ale doceniał gorliwość Edmunda. To jedna z tych kwestii, w sprawie których upór jest cechą dobrą - trwanie przy swoich ideałach, tych kilku rzeczach, na których opiera się cała reszta istoty człowieka.

Do Weissdrachen dotarli już wieczorem, udali się więc bezpośrednio do karczmy - jedynej, należy dodać.
W środku było... zwyczajnie. Zwykły, porządny przybytek. Goście również, normalni, przeciętni, nawet grupa krasnoludów nie wzbudziła w Eryku żadnych emocji. Jedynie odosobniony stolik był czymś, co wzbudzało jakieś emocje, tak samo jak wisielec w zwykłym, smutnym mieście, którego smutek był jednak zbyt pospolity, żeby wzbudzał... smutek. To już takie miejsce, ta prostota jest tu na porządku dziennym, i nastrój ten udziela się również przyjezdnym, przez co dopiero wisielec na ryneczku łapie za serce. Zapewne należało mu się, oczywiście, ale mimo to są emocje - smutek, czy poczucie sprawiedliwości, albo jak u Eryka, oba. I tak ten stolik wzbudzał zarówno jakiś rodzaj zadowolenia, że jest tu i inny kapłan, i sługa Sigmara, ale i obawę, bo to w końcu kapłan boga śmierci oraz Łowca Czarownic, najpewniej fanatyk, który doszukuje się w każdym i wszystkim oznak spaczenia i herezji.

Normalnie Bauer po prostu zająłby miejsce,jak najdalej od nich, to byłą naturalna reakcja, wszyscy tak robili. Ale odkąd został nowicjuszem Sigmara, sprawy miały się nieco inaczej. Były zalety, ludzie często traktowali go z życzliwością, chętniej pomagali czy doradzali. Ale również i wymagano od niego więcej, musiał zachowywać się jak godny przedstawiciel Sigmara. Łowca patrzył się na niego swoim niewzruszonym wzrokiem, zupełnie, jakby czekał na jego błąd. Na szczęście, miał do czynienia z kilkoma Łowcami, z jednym spędził ponad miesiąc, a wszyscy zdawali się mieć to samo, świdrujące, oceniające spojrzenie. Prawdopodobnie przywykł, albo jego wiara dała mu siłę, bo nie zląkł się, nie zdenerwował, nie spanikował. Prawa dłoń, z wyprostowanymi palcami wskazującym i środkowym, powędrowała od nosa niemal do ucha, w symbolu spadającej komety. Łowca odwzajemnił gest, nie siląc się jednak na taką wyrazistość, i obaj zajęli się swoimi sprawami. Chyba poszło dobrze.

Zamówili, zjedli, zdecydowali się spędzić noc we wspólnej sali, i rozmawiali o rzeczach mało ważnych. Może to i lepiej, mogli odprężyć się przed kolejnym dniem wędrówki. Chyba, że zdecydują się jednak zdobyć więcej informacji o Czarnej Strzale u straży lub hrabiego, który wystawił list gończy. Eryk uważał, że to ich przerasta, mowa była o całej bandzie, ale z drugiej strony, porozmawiać nie zawadzi. Po śniadaniu mogliby zrobić rozeznanie, aby, w razie co, jeszcze przed południem wyruszyć w dalszą drogę. Tak, to było rozsądne rozwiązanie.
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.
Baczy jest offline  
Stary 11-01-2015, 12:47   #4
 
Evil_Maniak's Avatar
 
Reputacja: 729 Evil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwu
Edmund już jako szesnastoletni chłopak został wysłany do swojego wuja Pesolda w Oberwil, za namową rodziców miał on załatwić jakąś ciepłą posadkę na tamtejszej śluzie dla swojego bratanka. I rzeczywiście, od zwykłego pomywacza szybko wspinał się po szczeblach kariery, aż ostatecznie stał się dozorcą śluzy w wieku dwudziestu jeden lat. Sołtys Detlef Gorsedown twierdził nawet, że jest najmłodszym dozorcą na rzece Stir. Wszystko to jednak spływało po Edmundzie jak po kaczce, nie obchodziły go tytuły, karierę też miał głęboko, pragnął przygody, a nawet tego Oberwil nie potrafiło mu zorganizować. Szukając przeżyć szybko złapał bliższy kontakt z jednym z „ciemniejszych” przewoźników licząc na ciekawy rozwój sytuacji, a jednak los nadal nie chciał odmienić jego historii, przypadło mu bycie zwykłym paserem, jedynie przekazywanie paczek z rąk do rąk. Kolejna nuda. Edmund musiał wziąć los za pysk i pokazać mu kierunek. Sam zadbał o to, aby ktoś znalazł szemraną paczkę i szybko dostarczył ją do sołtysa. Był już odpowiednio spakowany i tylko czekał na reakcję wioski, dokładnie taką jaką się spodziewał, został skazany na wygnanie, udając strapionego wyrzutka oddalił się od wioski w poszukiwaniu przygód.

Zaledwie dwa dni jako parias spotkał równych sobie, banicka banda napadła na Edmunda licząc na łatwy zarobek. Edmund chętnie oddał im zawartość sakiewki i z błyskiem w oku zażądał, aby mógł kontynuować swoją podróż z nimi. Czuł, że to właśnie w ich szeregach znajdzie przygodę. Herszt grupy, przedstawiający się jako Olaf, zaśmiał się rubasznie:

- Przyda mi się przydupas!

Spędził w ich towarzystwie dwa lata. Dwa lata pełne przygód różnej maści. Z jednej strony Edmund znalazł to czego chciał, nie mógł narzekać na brak doświadczeń. Natomiast nie przemawiała do niego bezsensowna przemoc niektórych względem ich „klienteli”. Od czasu kiedy musiał uderzyć bezbronną kobietę myślał o ucieczce, jednak tym razem musiał mieć cel, coś do czego może dążyć. Tym razem los bardziej mu sprzyjał, ulotka o Franzenstein rozwieszona praktycznie w każdej wiosce i przydrożnym zajeździe praktycznie sama mu wpadła do kieszeni, a z pomocą noża szybko dowiedział się co tam jest napisane. Tym razem nie połasił się na uprzejmości, pod osłoną nocy opuścił bandyckie obozowisko i ruszył na poszukiwania „Głupiej Gęsi”.


Edmund zmierzając w kierunku Franzenstein podążał dobrze znanym traktem, jednakże mało uczęszczanym, także zdziwił go widok kobiety idącej środkiem drogi i wygwizdującej radosne szlagiery. Jego doświadczenie przemawiało raczej za poruszaniem się w cieniach drzew, niźli ostentacyjną przebieżkę połączoną z konkursem piosenki. Wolałby pozostawić ją samą sobie, jednak jej gwizdanie zostało przerwane przez mężczyznę, którzy w dość niespodziewany sposób spadł z drzewa. Nie można tego nazwać skokiem, ponieważ po skoku nikt raczej nie narzeka na ból w kolanie. Mężczyzna zwrócił się do dziewczyny swoim szczerbatym uśmiechem:

- Witam panią serdecznie. Czy nie chciała by Pani wspomóc biednych i uciśnionych? - powiedział trzymając nóż w dłoni.

Na co ta uśmiechnęła się prezentując garnitur białych, zdrowych zębów sugerujących znacznie lepszy stan majętności, niż ten, w którego była posiadaniu i odpowiedziała:

- Oj chciałabym, chciała, ale fundusze nie pozwalają. W zasadzie sama liczę się do ubogich i uciśnionych, mogę podzielić się co najwyżej doświadczeniem w tym zakresie jeśli łaskawcę ratuje taka propozycja. - Albo była naiwna albo wręcz przeciwnie. Tak czy inaczej zbicie jej z pantałyku próbą wymuszenia średnio wchodziło w grę, za dużo sama o tym wiedziała. Widok noża to już zupełnie inna kwestia - budząca atawistyczną chęć ucieczki, do której daleko wcale nie było. Jej nogi okute w znoszone buksy prezentowały się nadzwyczaj chyżo.

- Droga pani chyba nie rozumie sytuacji. Doświadczenie życiowe nie jest walutą w tutejszych lasach, Uprzedzę też pytania o przedmioty, te także mnie nie interesują. Interesują mnie jedynie złote korony, srebrne szylingi i w ostateczności miedziaki. Radziłbym panience dobrze przeszukać swoje kieszenie i sakwy, ponieważ ten nóż słynie ze swojej legendarnej szyb… - i w tym momencie twarz mężczyzny przywitała ziemie. Gowdie zauważyła drugiego mężczyznę, który trzymał w rękach kawał drzewa. Upewnił się tylko, że ten drugi już nie wstanie i uśmiechnął się do dziewczyny. - Nie uczyli cię, żeby samej nie chodzić po lasach?

Bohaterski wyczyn został powitany wybuchem radości prezentowanym całym, bogatym zestawem mimiki nakrapianej, drobnej twarzy dziewczyny. Słowa zaś dalszym jej ciągiem w postaci lekkiego przegięcia głowy małolaty w bok i błysku w oku, za którymi poszedł potok słów:

- A jak inaczej zostałbyś moim wybawcą jakbym słuchała się wszystkiego czego mnie uczyli? Poza tym, z tego co widzę wcale taka samotna nie byłam, bo publiki mojego nieudolnego śpiewu było tyle ile w niejednej karczmie na występie bardziej utalentowanego gawędziarza. Stawki pewnie nie te, ale liczy się poklask, a tu proszę - zabijają się o moje towarzystwo zacni panowie. Krótsze, dłuższe - nieistotne, ważne... - może jednak trzeba było dać ją zabić…

Tylu słów naraz Edmund nie słyszał już o paru dni, ale miło było posłuchać innego głosu niż swojego. - Idę do Frankfurter czy jakoś tak. Ma tam być też jakaś karczma, może cię tam odprowadzę? Mam tu gdzieś to nawet napisane o ile czytasz. Zdajesz się iść w tym samym kierunku. - Edmund wyciągnął ulotkę z kieszenie płaszcza.

- Franzenstein - odpowiedziała Gowdie wpadając prawie w słowo rozmówcy, widocznie nie mogąc doczekać się na swoją kolej. Chwyciła kartkę w drobne łapki i trzymając ją do góry nogami zaczęła z wielką uwagą przyglądać się czarnym znaczkom, których sens oczywiście znała. Ba! Wiedziała nawet, że nazywają się literami, po chwili spojrzała również na Edmunda i z uśmiechem stwierdziła:

- Nie, nigdy nie widziałam - zabrzmiało to przezabawnie, jakby powtarzane tysiące razy, setkom, a może jedynie dziesiątkom tych samych strażników, którzy dawali za wygraną, po którymś już razie. - Ale wiesz? Franzenstein może być, wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, a może nie było? No chyba, że mówili tylko o mnie… - na krótki moment udała zamyślenie - No o Tobie nie mówili, ale ze mną masz szansę, że będą układać ballady na twoją bohaterską cześć. Ja nas wpakuję w kłopoty, ty nas wyciągniesz, ale będziemy potrzebować jeszcze jakiejś pięknej niewiasty do ratowania z opresji żeby było o czym śpiewać, bo oboje nie wyglądamy zbyt reprezentacyjnie, żeby się nadawać do pieśni o cnym rycerzu i jego księżniczce. - raz jeszcze zmierzyła nowego kompana wzrokiem. - No dobra, może aż tak źle nie jest.

Edmund podniósł nóż o słynnej legendarnej szyb... i podał go Gowdie.

- Nie ma problemu, może znajdziemy jakaś piękną po drodze? - uśmiechnął się zawadiacko i ruszył w kierunku Franzenstein.

Dziewczyna zadowolona z obrotu sytuacji puściła oko do oddalających się pleców towarzysza i szybko obszukała ubogiego, sprawdzając jakie datki mogły się mu trafić. Na karcący wzrok z jakim mogła się zmierzyć miała zawsze gotowy wyraz niezrozumienia i niewinności na twarzy oraz puste kieszenie zbira wywrócone na drugą stronę jako wyraz jej dobrych chęci zrewanżowania się za podarunek… a o tych kilku miedziakach to cicho, sza.
 

Ostatnio edytowane przez Evil_Maniak : 12-01-2015 o 10:56.
Evil_Maniak jest offline  
Stary 11-01-2015, 18:46   #5
Ośmiorniczka
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 8347 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
Yorri urodził się wśród człeczyn, w Schramleben w południowo-wschodnim Stirlandzie, mil kilka ino od Krainy Zgromadzenia - gdzie niziołki bytowały - i Averlandu, gdzie napić się można było najlepszego piwa, jakie w stanie byli uwarzyć ludzie. Yorri zrodził się jako członek klanu Kamiennego Młota, domu Schram-Khazid, jako syn Dwinbara, syna Brokka, syna Yorriego, syna Bardina, syna Heganbora Kamiennego Młota, założyciela klanu. A od tego dnia minęło wiosen trzydzieści i dziewięć. Ojciec jego był bankierem, rodzina zaś zarządzała i pracowała w karczmie "Rzygający Smok", bardzo ładnym przybytku, tanie piwo, ale przednie, krasnoludzkie, mięsiwa mamy wyborne, wejdź pan, ogrzej się, w kominku drwa skwierczą, pokoje tanie do wynajęcia, wejdźcie, nie zastanawiajcie się.

Ojciec Yorriego wysłał go do Zhufbaru, do znajomka, inżyniera Kallona, co to zadłużony u niego był - w końcu kumoterstwo i lichwa podstawą społeczeństw są - by ten wyuczył młodego krasnoluda fachu. Yorri - świeżo po wyuczeniu się fachu górnika w kopalni klanowej na Jałowych Wzgórzach, gdzie to z rówieśnikami z klanu się zapoznał, w tej liczbie z Arno Hammerfistem - spakował manatki i ruszył, czeladniczy okres odbyć trzeba było, a migiem, bo jeszcze nagle Kallon zarobi za dużo i dług spłaci. I tak, po latach pięciu, Yorri - zwany już Rdestobrodym - do Schramleben wrócił. Na krótko. Potem, zwabiony przygodą i wolnością szlaku, na trakty imperialne ruszył, bogactwa szukać jął zaciekle. Przez ten czas dorabiał sobie jako skryba.

Względem zaś bogactwa - przykro mi, nie ten adres. Ale, hm... przyjdź pan jutro? Może jutro dzień złota stosy przyniesie?




Lato 2518 roku K.I., wieczór

Weissdrachen

Do Weissdrachen dotarli wczesnym wieczorem, ino łuna słoneczna na zachodzie świadczyła, że noc nie nadeszła jeszcze i nie objęła Reiklandu w swe władanie. Samo miasteczko zaś było takie, jakie Yorri lubił - nie przypominało wielkich miast ludzi, takich jak Talabheim, czy Altdorf, hałas i smród z ciżby ludzkiej się nie ulatniał. W nadmiarze.

Mur okalający osadę zapewniał nie większą obronność niźli płotek wiklinowy, ale przecie Altdorf nie daleko, bezpiecznie, podobnóż, w okolicy. Przyjrzał się herbowi, co to go bezbłędnie jako herb Karla Franza, cesarza nowego imperialnego rozpoznał. Ludziom wydawało się, że takowy herb ich obroni, jak wróg jaki najdzie ich obejścia. Słusznie? Tego khazad nie wiedział, rzec można - pojęcia nie miał. Miał za to nadzieję, że w czasie ich pobytu tutaj sprawdzić tego okazji nie będzie.

Obejrzał zabitą dechami chałupę rzeźnika. Sami mięso kroić zamiarują, że rzeźnikowi odejść dali?

Do karczmy doszli niedługo później. Dalej, na placu przez wiatr smagany był wisielec. Yorri zaklął. Wisielce nigdy nie oznaczały nic dobrego.




Lato 2518 roku K.I., wieczór

Weissdrachen, "Pod Trzema Tańczącymi Smokami"

Karczma jak karczma. Ładnie, nawet nie wieje, kupą ino krztynę śmierdzi i zapach owy przez pozostałe zapachy się nie przebija. Ogród rajski, zdawałoby się. Rozejrzał się po głównej izbie. Były tam krasnoludy, gdyby nie to, że kompaniję ma, to by pewnie się przysiadł. Pozostali podróżni, trójka, wyglądała... no cóż, wyglądała tak jakby przyciągała kłopoty. I to bynajmniej nie do siebie, a do spokojnych podróżnych. Udał, że nie zobaczył.

Zamówili jedzenie i napitek, skonsumowali je. Pogadali. Piwo rzec jasna rozwodnione, ale oponować nie miał siły, wydarzenia ze szlaku - trup z wbitą strzałą przykładowo - wymęczyły go niezmiernie. Wieczorem późniejszym położył się spać i śnił snem sprawiedliwego. Czarne strzały, rzeźnicy-nekromanci i reszta zgrai poczekają do jutra.
 
__________________
A bad necromancer always blames the corpse.

Ostatnio edytowane przez Fyrskar : 11-01-2015 o 20:15. Powód: literówki
Fyrskar jest offline  
Stary 12-01-2015, 00:11   #6
 
Lechu's Avatar
 
Reputacja: 3700 Lechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputację
Post Dziękuję wszystkim za pierwszą kolejkę sesji...

Winkel często wspominał ostatnie przygody wspólnie odbyte wraz z przyjaciółmi z Biberhof. Rozmyślał nad wydarzeniami poprzedzającymi wyruszenie ścieżką błogosławionego Sigmara przez jego przyjaciela Eryka Bauera. Zastanawiał się co słychać u upartego Arno, za którego Bert dał się - wcale nie tak dawno - zakuć w dyby. Gawędziarz na zawsze zapamięta te zdrętwiałe mięśnie, ten ból w krzyżu, te zakrzepłe usta, to potężne pragnienie i kilka potrzeb, które był zmuszony załatwić bez ściągania spodni. Mimo wielkiego upokorzenia i kilku dni dochodzenia do siebie przystojny chłopak zrobiłby to jeszcze raz. Szkoda, że aby zdał sobie sprawę jak ważny był dla niego brodaty przyjaciel potrzeba było kilku obić pałą klawisza i niemal dwóch dni wystawiania na pośmiewisko. Myśli Berta często zaprzątał też Jost Schlachter. Ten sam, który ze świeżo połamanym nosem, bezwładną ręką, zgruchotanym przez ogra ego wrócił aby pomóc dwójce swoich towarzyszy. Wesoła była z nich ferajna!

Co jednak się stało z Bertem Winkelem po opuszczeniu Kaisernabel? Jak to on wyruszył aby spełnić kolejne ze swoich marzeń. Zaszedł daleko, bo aż do stolicy, w której zastała go bardzo sroga, nieprzebłagana zima. Trakty wokół Altdorfu zostały niemal całkowicie zasypane śniegiem, który od czasu do czasu skuwał ślizgi i twardy lód. Zimą - jak to zimą - ludzie więcej chorowali, a Winkel - zawsze chcąc nauczyć się leczyć bliźnich - zaciągnął się do pomocy w świątyni Shallyi. Kapłanki Pani Miłosierdzia w zamian za pomoc zaoferowały mu kąt do spania wraz ze skromnym wiktem. Bert musiał przyznać, że pierwsze próby leczenia cudzych ran były dla niego lekcją, której nie zapomni do końca życia. Tak samo jak nie zapomni bezinteresownej dobroci kapłanek.


Zima była dla niego okresem ciągłej walki o lepsze zdrowie pacjentów, ale też nie kończącej się nauki. Bert - mimo iż pojętny - musiał przyznać, że poznanie tajników tamowania krwawienia, opatrywania prostych ran i właściwego doglądania rannych było jedną z trudniejszych umiejętności jakie starał się w życiu opanować. Jak to jednak z przygodami bywa - każda z nich prędzej czy później musi mieć swój kres. Po przezimowaniu gawędziarz postanowił znowu wyruszyć na prowincję. Piękna, wiosenna pora sprzyjała jego samopoczuciu.

Kiedy Winkel zatrzymał się w Kemperbadzie nie mógł uwierzyć własnym oczom kiedy zobaczył znajomych mu aktorów trupy "Herbeleon". Po wstępnych rozmowach i wypiciu z nimi kilku głębszych Bert zapytał czy może nauczyć się od nich kilku sztuczek i... stało się. Niektórzy mogli sądzić, że Bert Winkel nie robił w trupie nic poza ustawianiem sprzętu, dekoracji, rozwieszaniem plakatów, usługiwaniem widzom oraz zachwalaniem trupy wśród miejscowych, ale... on naprawdę czuł, że był jednym z nich. W zamian za pomoc otrzymał wikt, opierunek oraz miał swój udział podczas podziału napiwków. Co więcej miał możliwość zagrać wiele ról - co prawda drugoplanowych, ale zawsze - na deskach teatru! Poza Kemperbadem Winkel grał również w czasie pobytu trupy w Worlitz i Grunburgu. Chciał z nimi zostać dłużej, ale swoje już umiał, a poza tym... aktorzy wyruszali na Zamek Reikguard, na którym Winkel mógłby odegrać co najwyżej uciętą głowę nabitą na pal ukochanej włóczni barona. Cóż... Córka arystokraty naprawdę go lubiła, on lubił ją, ale opacznie zrozumiane zamiary zmusiły go do omijania szerokim łukiem tamtejszej szlachty.

Pewnego dnia los zesłał na drogę Winkela znane mu już ogłoszenie. Niejaki Hans Pumpernikiel chciał zatrudnić ludzi do pracy o naturze delikatnej. Kto nadawał się do tego bardziej niż on? Zatem Bert znał swoje następne koordynaty. Zmierzał do karczmy "Głupia Gęś" znajdującej się we Franzenstein!


Gawędziarz naprawdę nie wierzył aby spotkanie jego paczki - Arno, Eryka oraz Josta - należało do grona tych niespodziewanych, nadnaturalnych przypadków. Co prawda Bauer miał przed sobą długą i ciężką podróż jako akolita aby zostać prawdziwym, pełnoprawnym kapłanem, ale czyż potężna głowa Sigmara wysilałaby się aby znowu spiknąć ze sobą grupę przyjaciół?

Każdy z nich miał mu wiele do opowiedzenia. Jost zimował w Nuln, gdzie też zatrudnił się jako chłopiec stajenny. W końcu kto jak kto, ale on od dziecka miał rękę do zwierząt. Schlachter nie zapomniał wspomnieć, że zdołał nieco się rozwinąć w wojaczce i innych umiejętnościach. Jka to mówią człowiek uczy się całe życie. Korzystając z okazji wstawił sobie nowy, srebrny ząb, który na prowincji zapewne byłby uznany za przesadny szyk i marnowanie sztuk złota. Wiosną Jost był w rodzinnym Biberhof skąd musiał zabrać swojego wierzchowca - Karego. Ponoć Jagna urodziła kolejne bliźniaki, a ojciec Marianki ożenił się z matką Eryka. Słysząc o rodzinnych stronach Winkelowi zrobiłoby się całkowicie ciepło na sercu gdyby nie jedna z nowych rodzin, która stanowiła konkurencję dla interesów jego ojca. Stary Kacper pewnie ledwo wiązał koniec z końcem, a kiedy pojawiła się konkurencja... Może dojdzie do wniosku, że czas zmienić branżę?

Eryk po oddaniu maski, z którą wiązała się jedna z przygód grupy został przyjęty do nowicjatu. Po trwającej kilka tygodni podróży z łowcą czarownic i złapaniu zabójcy brata łowcy, Bauer wrócił do zakonu w Worlitz. Przez niespełna rok były łowca nagród pobierał tam nauki. Po tym czasie został wypuszczony w ramach próby. Przeor postawił go przed ciężkim zadaniem. "Przeżyj kolejny rok samemu, podróżując po świecie. Jeśli Sigmar zechce zostaniesz kapłanem." Winkel cieszył się, że w ogóle spotkał Eryka, ale obawiał się, że jak ten w końcu zostanie Sigmarytą będą widywali się jedynie od święta i z roku na rok coraz rzadziej...


Arno - jak zawsze - mówił zawile i niezbyt treściwie. Brodacz starał się wiązać koniec z końcem od czasu do czasu spędzając czas w dołach gladiatorskich. Hammerfist mówił to z taką miną, że nawet Winkel nie chciał dokładnie pytać co jego przyjaciel tam robił. Gawędziarz mógł się jedynie domyślać, że - jak to on - krasnolud nie próżnował szkoląc się i szykując do rozwałki jego życia.

Jakby grupa nadal była zbyt mało wesoła czwórka przyjaciół spotkała - w jednym z przydrożnych zajazdów - krasnoluda o imieniu Yorri, kuzyna Arno. Brodacz ten był wysoki, znacznie szczuplejszy od Hammerfista i znał się na krasnoludzkiej robocie. Inżynierskiej robocie. Mimo iż brodata myśl techniczna była dla Winkela niemal niepojętna to Bert lubił o niej słuchać. Kto wie czy kiedyś wiedza Yorriego nie przyda się w czasie ich podróży - o ile będzie chciał do nich dołączyć. W sumie jak mógłby nie chcieć skoro i tak wszyscy idą do Franzenstein.


Był naprawdę upalny dzień. Słońce dawało z siebie tyle, że Bert miał wrażenie jakby lada moment miało wybuchnąć. Winkel z uśmiechem na twarzy kroczył nieopodal swoich ziomków z małego, prowincjonalnego Biberhof. Jak to możliwe, że z garstki mieszkańców rozrzuconych po całym Imperium ta czwórka spotkała się niemal równocześnie? To musiał być jakiś znak. Na dodatek do ekipy dołączył Yorri Rdestobrody, którego towarzystwo mogło wpłynąć pozytywnie nie tylko na jego kuzyna, Arno. Gawędziarz lubił inteligentnych rozmówców, a wiedza inżyniera zadziwiłaby nie jednego.

Jost bacznie rozglądał się na wszystkie strony. Wiedział, że licho nie śpi nawet w taki piękny dzionek. Na podobnym trakcie napadli na nich mutanci, chociaż wówczas byli w liczniejszym towarzystwie. Z wysokości siodła miałby lepszy widok, ale nie chciał robić afrontu swoim kompanom i spoglądać na nich z góry. Dlatego też Kary człapał powoli za swoim panem, niosąc na grzbiecie nie jeźdźca, a nieco bagażu.

Podczas podróży łatwo było nawiązać nowe kontakty o czym mieli okazję przekonać się rozmawiający w najlepsze towarzysze. Niedaleko przed nimi stała dwójka podróżnych. Uwagę gawędziarza przykuła wysoka, młoda i całkiem urodziwa towarzyszka… dozorcy śluzy? O ile oko Berta nie myliło taką właśnie funkcję pełnił w Oberwill mężczyzna, który wraz ze swoją towarzyszką szykowali się do dalszej drogi. Chyba zrobili sobie przerwę co - szczególnie w tak upalny dzień - nie było niczym dziwnym. Chwila w cieniu każdemu poprawiała humor.

- Witam Państwa. Widzę, że zmierzamy w tym samym kierunku. - powiedział do dwójki Winkel po tym jak przeprosił swoich towarzyszy. - Bert Winkel. - dodał po chwili całując wyciągnięta rękę dziewczyny i podając z szacunkiem dłoń mężczyźnie. - Wy również do Franzenstein? Ich kiełbasa robi furorę. - zaśmiał się szczerze gawędziarz.

- Jost Schlachter. - przedstawił się przyszły zwiadowca, ograniczając się do skinięcia głową i uściśnięcia dłoni.

- Niech łaska Sigmara was nie odstępuje. - pozdrowił nieznajomych Eryk, starajac się, aby zabrzmiało to naturalnie. Musi się przyzwyczajać do nowego wizerunku i nowych oczekiwań innych osób w stosunku do niego. - Jam Eryk Bauer.

- Witajcie. - uśmiechnął się nieśmiało Khazad. - Jestem Yorri Rdestobrody z klanu Kamiennego Młota, ze Schramleben. - Potrząsnął dłonią mężczyzny i mruknął coś do dziewczyny, spłoniwszy się. - A ten krasnolud, co to na dzika patrzy, to mój kuzyn, co to pewno sam się przedstawi, co nie Arno?

- Pewnie i przedstawi sam się. - skinął głową Arno. - Arno Hammerfist.

Edmund odstawił od ust butelczynę wody i uścisnął wszystkim dłoń. Dopóki żaden z mężczyzn nie trzymał broni byli o niebo lepsi, niż Ci których widzieli dotychczas.

- Jestem Edmund. Zmierzamy do “Mądrej Kaczki” czy jakoś tak. Gdzieś tu nawet miałem to napisane, ale sam nie czytam, niestety. - Jeden z grupy wydawał się dziwnie znajomy. Zwłaszcza jego sposób bycia i dziwny magnetyzm, którego nie sposób od tak zapomnieć. - Czy myśmy się nie spotkali? Mam nadzieję, że cię nie okradłem? - rzucił z zakłopotaniem Edmund.

Jost uniesieniem brwi skwitował to przyznanie się do uprawiania zazwyczaj starannie ukrywanego fachu.

- Twoja uczciwość ci się chwali. - powiedział, chociaż pytanie nie było skierowane do niego.

- Mówisz o karczmie "Głupia Gęś" przyjacielu. - rzucił z lekkim uśmiechem Winkel. - O ile dobrze pamiętam, byłeś dozorcą śluzy w Oberwill, czyż nie? - zapytał Bert. - I nie. Na szczęście nigdy mnie nie okradłeś. Kim jest Twoja urocza towarzyszka? - zapytał gawędziarz.

- No kurwa, rzeczywiście! Chłopaki wiele dni później nadal opowiadali sobie twoje historie! - odpowiedział wesoło Edmund poklepując Berta po ramieniu. - A ta tutaj to Gowdie… - jednak “tutaj” nie było nikogo. Dziewczyna oddalała się żwawym kłusem w głąb lasu krzycząc coś na kształt “obraz macam”, co jednak nie miało sensu, zwłaszcza, że trzymała się za okolice krocza. Edmund zwrócił twarz do napotkanej bandy. - Koleżanka dojdzie. Wygląda na to, że idziemy do tego samego miejsca i w tym samym celu. O ile nie macie nic naprzeciwko to może połączymy siły na czas podróży? Jak to mawiają w kupie raźniej.

- Ja nie mam nic przeciwko. - powiedział Winkel patrząc za oddalającą się niewiastą. - Co wy na to kompani? - zapytał Bert spoglądając na dwóch krasnoludów i parę ludzi.

- Im nas więcej, tym lepiej. - powiedział Jost. - Możemy iść razem. - Dopóki los nas nie rozdzieli, dodał w myślach.

Eryk skinął tylko głową. Póki co nieznajomi nie zrobili nic, by go do siebie przekonać, a wręcz przeciwnie. Niemniej jednak jest ich tylko dwoje, a i Bert zna jedno z nich, więc nie trzeba ich przepędzać. Wystarczy mieć na oku.

- Nie mam nic naprzeciwko. - rzekł Yorri. - Zna się pan może na inżynierii wodnej? Ja muszę panu powiedzieć… - Z ust krasnoluda jął wypływać nieprzerwany potok słów.


Zauważając nieruchome ciało Winkel lekko przyspieszył kroku. Po ubraniu okradzionego już denata Bert mógłby strzelać, że ten był za życia jakimś wojakiem. Przybita nożem do ciała kartka przyciągnęła wzrok gawędziarza, który zatrzymał się kilka kroków od martwego patrząc na swoich towarzyszy.

- Bardzo złym człowiekiem musi być ten “Czarna Strzała”. - powiedział kiwając głową. - Za mało kogo głowę hrabiostwo płaci aż trzysta sztuk złota.

- “Człowiek” to może być mylące. - stwierdził Jost. - Ale, sądząc po tym nieszczęśniku, to dość niebezpieczne polowanie.

- Z łukami długouche latać lubią też. Khazadzi po mojemu w kuszach biegli bardziej są, bo i siły przyłożyć więcej trzeba. Człowiekiem być może długouchym albo. Takie po mojemu opcje są. Sprawą inną być może, że i kobietą Strzała Czarna ów być może. - pokiwał głową Hammerfist.

Eryk podszedł do zwłok i po chwili wahania, przyklęknął przy nich. Obejrzał ciało, szukając innych ran nie będących dziełem zwierząt, a gdy nic to nie dało, wyjął nóż z pleców denata i przewrócił go na brzuch. Zdrowa sylwetka, kilka blizn, raczej od broni aniżeli powypadkowych. Jedna jakby po poparzeniu, nieregularna, na lewym barku. Na prawym ramieniu tatuaż wilka, niestety kojarzył się tylko z Ulrykiem, niczym więcej. Wyjęty z rany nóż też nie dał Bauerowi żadnych wskazówek - najzwyklejsza robota. Podobny do tego, który miał na stanie każdy kowal czy nawet obwoźny sprzedawca. Nim wstał, przeszukał jeszcze ciało pod kątem posiadanych przedmiotów, lecz nie znalazł nic.

Jost przyklęknął przy leżącym rzucając na ciało wzrokiem przyszłego zwiadowcy.

- Z pewnością nie zginął dwie-trzy godziny temu. - powiedział. - Te obrażenia są dość stare. No i krew zdążyła spłynąć. - wskazał plamy na ciele. - Może wieczorem? W każdym razie nie zjadł kolacji. A zapewne i obiadu.

- Ja bym powiedział, że nawet dzień, albo i dwa. - Nowicjusz schylił się po zakrwawiony list gończy. - Dlatego nie powinno się podróżować samotnie. Można stać się posłańcem takiej kpiącej wiadomości, beż żadnej winy ze swojej strony. Lepiej się zbierajmy. Powiadomimy straże jak tylko dotrzemy do jakiegoś miasteczka. - Po chwili zastanowienia złożył list i schował za pazuchę.

- Najwyżej jeden dzień. - Jost nawiązał do wcześniejszej wypowiedzi Eryka.

- Może byśmy zajęli się tą sprawą? - zapytał Winkel patrząc po twarzach swoich przyjaciół. - Trzysta koron to całkiem sporo, a przy okazji moglibyśmy pomóc oczyścić trakt z plugastwa…

- Sądząc z ubioru, ten tu to jakiś gołodupiec. - stwierdził Jost. - Bandyta, za którego głowę dają tyle złota, zapewne nie będzie się zajmować byle kim. On mi raczej wygląda na jednego z tych, którzy połakomili się na nagrodę. Ten list gończy, przybity do pleców, to z pewnością ostrzeżenie dla jego następców.

- Czyli, że z kolejnego wspólnego śledztwa nici? - zapytał Bert z nadzieją w głosie. - Zastanówcie się poważnie. To dobra okazja aby z przytupem rozpocząć naszą wspólną wyprawę.

- A teraz, panie, panowie... - Jost zwrócił się towarzyszy wędrówki. - Znacie się na strzałach? Potraficie coś powiedzieć na temat tej tutaj? To robota elficka czy ludzka?

Według jego oceny elfy nawet nie oglądały tej strzały, ale co szkodziło spróbować rozpytać innych. Grot wyglądał na standardowy, a czarnych piór było dookoła dosyć. Nie trzeba było nic farbować.

- Koron trzysta na nas sześcioro… Pięćdziesiąt po na głowę byłoby. - powiedział Arno po chwili namysłu. - Zająć możemy tym się, ale sposobu sprawy ugryzienia nie widzę nawet. - pokręcił głową i podszedł do Eryka, żeby również przyjrzeć się zwłokom.

Edmund wyobraził sobie swoje dłonie w głowie, ponieważ liczenie na palcach to wstyd i rzekł z dozą dumy:

- Jest nas siedmioro. - “Oto moja chwila!” dodał w myślach i kontynuował nie bacząc na zadumę jaką wywołał jego komentarz. - Słyszałem o takich strzałach, ale kurde coś mi tu nie pasuje. Czarna Strzała to bandycka banda z tutejszych lasów, nie jeden trep. Ciężko będzie dostarczyć tyle głów naraz. Mówią też, że robią strzały wyłącznie z kruczych piór, dokładnie takie jak widzimy w jego gardle. - Łowca ściągnął łuk ze swojego ramienia, naciągnął cięciwę i wycelował, grot przypominał w tym momencie ogromną strzałkę. - A tam moi drodzy mamy idealny przykład kruka, który gapi się na nas od kilku dobrych minut. Może go zestrzelić?

- A co nam biedny ptak zawinił? - zapytał Bert. - Wystarczy, że tutejsza banda wykorzystuje jego kuzynów do skręcania lotek. - dodał po chwili. - Trup wygląda jakby zginął od strzały. Może “Czarna Strzała” to nie tylko nazwa całej grupy, ale też ksywka ich przywódcy? Jak tak jest to raczej ciężko będzie nam na poważnie zająć się tą sprawą. Brzmi jak wyzwanie...

Edmund uśmiechnął się do siebie i odłożył łuk na swoje miejsce.

- Może i gołodupiec, ale Morr ma nad nim pieczę. Jeżeli już skończyliście z tą łajzą to chciałbym go pochować. Pieprzony ptak...

- Może lepiej będzie go zostawić? - zapytał Bert. - Może strażnicy dróg albo inni sprawiedliwi będą chcieli również zbadać ślady, a później zająć się ciałem tego nieszczęśnika?

- A ty skąd wiesz, że to cała banda, a nie jeden człek? - Jost zwrócił się do Edmunda. Był nie w humorze, bowiem przeszukanie okolicznych zarośli nie przyniosło żadnego efektu prócz znalezienia śladów borsuka, który bez wątpienia wziął udział w darmowej uczcie. - Myślałem, że może ktoś czekał na niego w zasadzce, ale nie znalazłem żadnych śladów.

Co oczywiście nie znaczyło, że ich nie ma.

- Zapewne było tak... Ktoś sobie czekał w krzakach i gdy ten wojak, powiedzmy, że to wojak, się z nim zrównał idąc traktem, to go ustrzelił. Tę strzałę z pewnością wystrzelił pieszy. A potem ściągnięto zwłoki z traktu i ozdobiono listem gończym i nożem. - Powiedział to, co nasunęło mu się po zbadaniu wszystkich śladów Schlachter. - Chociaż mogła to być też jedna osoba. Potem ktoś zabrał mu ubranie i buty. To mógł być zabójca, mógł to też być jakiś włóczęga, który postanowił skorzystać z okazji. Pozostaje pytanie, dlaczego to zrobili. Dla rozrywki? Jako ostrzeżenie? A może to ktoś, kto się do nich wkręcił i chciał na nich donieść.

- A mnie widzi się, że grupa może być to. Mniejsza większa lub. Chyba, że Strzała Czarna jak sokół oko ma. Jak on takich widziałem czasami ostatnimi gęsto dość. Broni bez walczył sporo, czyli nagród łowcą mógł być czy najemnikiem jakim. Może byłym żołdakiem. Kimś był walki nie boi się kto. - rzekł Arno.

Yorri przepchnął się do trupa:

- Dajcie mi tę karteluszkę. - spojrzał na Eryka, który z zainteresowaniem w oczach podał mu schowany uprzednio kawałek papieru. - Tia… ten von Dragonsberg, to, ten tego, szlachcic, ze starego rodu, choć niespecjalnie bogatego, czy wpływowego… A co do owej “Czarnej Strzały” to jest i szajka, i owy przywódca… czy też przywódczyni, jak twierdzą insi. - Uniósł brew na widok zdziwionych spojrzeń. - Tak w karczmach gadają, a w karczemnych rozmowach całą mądrość tego świata znaleźć można. Podobno.

- Kto by się spodziewał, że w kilka osób dowiemy się aż tyle nawet nie pytając nikogo spoza naszego kręgu. - powiedział z uśmiechem Winkel. - Zatem mamy wstępne rozeznanie. Coś jeszcze na miejscu sprawdzamy czy też idziemy przed siebie i w najbliższej cywilizacji zaczerpniemy ze studni wiedzy tubylców? - zapytał Bert.

- Ja bym ruszał. - Yorri smarknął przez palce. - Zimno się nieco robi, a jak widać bezpieczeństwo mocną stroną tych okolic nie jest…

- Tutaj nic więcej nie znajdziemy. - powiedział Jost. - W takim razie lepiej ruszyć w drogę.

- Straż, albo i samego szlachcica możemy spytać o obszary działań szajki i ich zwyczajowe ofiary. Bo jeśli to banda napadająca na karawany kupieckie, to raczej możemy zapomnieć o samodzielnym ich złapaniu… - rzekł w zadumie Eryk, zwracając się w kierunku ich pierwotnego marszu.

- Niechaj będzie. Pozwólcie mi go tylko ułożyć. - zerknął na gawędziarza Edmund. - Inni sprawiedliwi raczej mu już nie pomogą.


Wieczór w Weissdrachen mógł należeć do całkiem przyjemnych. Grupa wyglądała na wysłużoną, a nowi nie budzili podejrzeń Winkela. Edmund - mimo przyznania się do licznych kradzieży - był całkiem miłym i rozmownym gościem, a Gowdie była tak nieporadna, że ciężko było Bertowi uwierzyć, że dożyła dnia ich spotkania bez interwencji całego panteonu Bogów.

Samo miasteczko przypominało gawędziarzowi wiele osad położonych wokół stolicy. Szeroka, brukowana ulica główna, otaczające miasto pola uprawne bogate w ziemniaki, zboża, kukurydzę, buraki czy kapustę. Winkel w towarzystwie Bauera czuł się - bardziej niż zwykle - pozdrawiany naprawdę serdecznie i szczerze. Jeden z mężczyzn bardzo chętnie wskazał podróżnym drogę do jedynej w okolicy oberży. Zanim jednak Bert zawitał w jej progi jego uważny wzrok dostrzegł wisielca mężczyzny dyndającego nad placem głównym Weissdrachen. Wpatrzony w czarne ptaszyska raz po raz siadające na belce szafotu gawędziarz zastanawiał się kim był i czym zawinił ukarany złoczyńca. Z zamyślenia Winkela wyrwał jednak gwar w dwupiętrowym zajeździe, którego szyld głosił "Pod Trzema Tańczącymi Smokami".

W środku okazało się, że w dużej, schludnej sali można było wyłapać cały wachlarz znakomitej klienteli. Przy barze miejscowi zalewali się w trupa, zostawiając niemal wszystkie stoliki dla podróżnych. Pod oknami, w jednym stole, siedziało czterech szerokich i głośnych brodaczy. Było czuć, że krasnoludzcy podróżnicy nie byli kimś komu należało wchodzić w paradę. Stół w kącie sali zajęty był przez oszpeconego wojownika, kapłana Morra i łowcę czarownic. Ten ostatni patrzał się na nowoprzybyłych zimnym, wyrachowanym wzrokiem zabójcy, który sprawił, że po plecach Berta przeszedł silny dreszcz.


Do stolika zajętego przez przybyszy niebawem podszedł oberżysta Jakub. Edmund od razu zaczął od zamówienia siedmiu piw, a Yorri zapytał co dzisiejszego wieczoru można zjeść. Po chwili okazało się, że podróżni zjedzą kaszę, kapustę i trochę mięsa. Arno nie mógł odmówić sobie zamówienia dwóch porcji najmocniejszego trunku jaki był w tawernie. Jakub zdołał się podzielić informacją, że w zajeździe zostały miejsca wyłącznie w sali głównej. Winkel musiał zapamiętać aby swoją sakiewkę przekazać Erykowi. Gawędziarz liczył na to, że nikt nie ośmieli się okraść duchownego - tym bardziej w obecności łowcy czarownic.

Edmund przechodząc do rzeczy zapytał karczmarza co wie o Czarnych Strzałach. Ten nie wiedział więcej niż szło się dowiedzieć z miejscowych plotek. Okazało się, że wiszącym na placu mężczyzną był lokalny rzeźnik. Bert mógł się domyślić po tym w jakim stanie był dom mężczyzny oskarżonego o nekromancję. Winkel miał też na ten temat swoje zdanie. Czasem łowcy bywali natchnieni i nieomylni, ale częściej... byli to zwykli fanatycy. W przypadku Weissdrachen miejscowi mieli wybór: albo wybrać wśród nich winnego albo mieścina spłonęłaby aż do samej gleby. Pod podobnym dylematem stanęli niegdyś mieszkańcy Biberhof i chcąc czy nie musieli znaleźć winnego. Śledztwo było przeprowadzone na szybko, zapewne nie bez błędów i... Winkel jedynie miał nadzieję, że skazany został właściwy człowiek. Chwilę milczenia, która zapadła przerwał w końcu Bert decydując się zagadnąć kuzyna Arno. Go naprawdę ciekawiło co inżynier z taką wiedzą robił na trakcie...
 
__________________
[Samouczek] Szarpanie krawędzi obrazów by Lechu...
[Samouczek] Przezroczystość by Lechu...

---> Zapraszam do "Kuferka Skarbów"
Lechu jest offline  
Stary 12-01-2015, 10:01   #7
 
Evil_Maniak's Avatar
 
Reputacja: 729 Evil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwu
Edmund jeszcze nigdy nie był w takim przybytku. Zgodnie z jego wiedzą zajazdy dzielą się na dwa rodzaje. Jedna połowa to miejsca gdzie można dobrze zjeść, druga to miejsca gdzie można wypić i dostać po mordzie. Do pierwszego rodzaju nie chadzał, ponieważ nie było go stać. Drugi też omijał szerokim łukiem, ponieważ lubił swoją mordę. Jednak ten lokal łączył w jakiś dziwny sposób obydwa rodzaje, czuć tutaj było wspaniały zapach smażonego mięsa i krwisty smród pięści w nos.


- Drogi Jakubie, przynieś nam siedem piw, o ile oczywiście to nie problem. - rzucił zachęcająco Edward zdejmując poły swojego płaszcza i przerzucając go przez pobliskie krzesło.

- I rzeknij nam, co to w kuchni się gotuje. - Yorri zerknął na towarzyszy. - Nie wiem jak wy, ale ja dość głodny jestem.

Oberżysta wytarł ręce w zawieszony u pasa ścierak. - Pewnie grzane świnki chcą? - rzucił z uśmiechem patrząc na Edmunda. - Żona kapustę gotuje z mięsem. Prawie gotowe. Jest też wczorajsza kasza.

- Ja również, Yorri. Ja również. - powiedział Winkel ściągając płaszcz, wieszając go przez krzesło i siadając. - Oberżysto, poproszę jedno grzane, trochę kaszy, a jak już będzie gotowa kapusta to też mniejszą porcję. - dodał patrząc w stronę gospodarza Bert.

- Kapusta z mięsem brzmi zachęcająco. - powiedział Edmund rozglądając się po sali.

Oberżysta kiwnął głową patrząc po reszcie.

- No to poproszę kapustę i mięso… a piwa chętnie bym się napił - oznajmił Yorri. - O ile żadnymi indegirenicy… tfu… wodą by chrzczona nie była.

- Że co? Wodą szczane? Nie u mnie - odburknął.

- Sratatata… - mruknął pod nosem Yorri, za cicho, by ktoś go usłyszał. - Każdy tak mówi.

- Kasza, mięso, kapusta... To się dobrze słyszy - powiedział Jost. - I piwa kapka.

- Kasza z mięsem, jak najbardziej. Ale do picia tylko napar z ziół - podkreślił Eryk chwilę po tym jak dyskretnie powitał wpatrzonego weń łowcę czarownic znakiem spadającej komety, i usadowił się na miejscu.

- Co macie najmocniejsze. Podwójnie. - zamówił Arno.

Ponury Sigmaryta z drugiego końca sali, dostrzegł gest Eryka i nieznacznym ruchem nadgarstka wzniósł dwa palce, wskazujący i środkowy, w widełkach skierowane do góry. Karczmarz dostrzegł również i zgaszonym spojrzeniem powiódł do stolika Łowcy Czarownic zerkając ukradkiem na trójkę zbrojnych. Potem przyjąwszy już wszystkie zamówienia od Stirlandczyków, oberżysta na odchodne zapytał wszystkich:

- Zostaniecie u nas na noc zapewne? Jeden pokój jest, wspólny. Prywatne zajęte wszystkie, ale za dopłatą się znajdzie i osobne łóżko. - puścił oko do Gowdie.

- Dla mnie wspólna sala aż nadto wygodna - machnął niedbale ręką Sigmaryta, i na samo wspomnienie warunków świątynnych, uśmiechnął się. - Ale nie mogę mówić za moich towarzyszy.

- Oczywiście wspólna sala jest lepsza niż spanie pod gołym niebem - powiedział Jost. Co nie było wcale tak oczywistą prawdą.

- Nie oponuję - Yorri zaczął wiercić się na krześle, szukając sakiewki. - I naprzeciwko wspólnej izby nic nie mam. Prawdopodobnie i zapewne. Ino, jak który wszy, bądź też pchły, ma, to prosiłbym, co by uprzedzić wcześniej.

Edmund odchrząknął na tyle głośno, aby inni bywalcy karczmy także usłyszeli. - Skoro wiemy już co jemy i gdzie śpimy, chciałbym cię jeszcze Jakubie o coś spytać zanim przyniesiesz jadło. Jako karczmarz musisz słyszeć to i owo. Co wiesz o Czarnej Strzale?

- Tyle co wszyscy w okolicy. - odpowiedział Jakub. - Czyli nic w zasadzie. - wzruszył ramionami. - Banda to rzezimieszków szlaki trzepiąca. Jedni gadają, że bogatych grabią, a biednym dają. Inni, że wyjątków nie robią nikomu. Pewnym jest, że czarnych strzał używają. I że listem gończym oblepiona okolica. Na naszym rynku też wisi. - wskazał palcem przez okno. - Tam - wskazał słup z ogłoszeniami niedaleko szafotu.Gdy wzrok karczmarza zatrzymał się na wisielcu, gadatliwy mężczyzna przygasił się. - Też na Czarne Strzały polujecie? - zapytał westchnąwszy.

- Na nikogo nie polujemy, jedynie chcemy wiedzieć kogo unikać. Wydajesz się strapiony. Czy ten na szubienicy ma coś z nimi wspólnego? - spytał Edmund.

Jakub spuścił wzrok. Pochylił się nad stołem przecierając blat choć był tylko zachlapany trunkiem. - Nie sądzę. - Posłał ukradkowego żurawia ku łowcy czarownic. - To Peter. Nasz rzeźnik... nekromanta... - szepnął i zrobił minę jakby mu z tego powodu było wstyd. Najbliżej siedzący miejscowi, nadstawiający ucha, jakby odruchowo obrócili głowy ku stolikowi sigmaryckiego rycerza, na moment, bo nikt nie chciał czuć na sobie spojrzenia łowcy. W karczmie zrobiło się na tą chwile ciszej i markotniej.

Edmund odchrząknął ponownie, gardło swędziało go najwyraźniej dość intensywnie. - Przynieś Jakubie nasze trunki i jedzenie, widzę, że moi towarzysze już z głodu wytrzymać nie mogą. - Wzrokiem pełnym błagania spojrzał po grupie, pragnął, aby ktoś mu pomógł przerwać ciszę.

Karczmarz posępnie kiwnął głową i poszedł do kuchni.

- No to czas najwyższy lepiej się poznać. - powiedział Winkel do swojej stolikowej braci. - Yorri, jeśli można spytać w twojej rodzinie taki wzrost jest dziedziczny? Jesteś chyba najwyższym krasnoludem jakiego widziałem! - dodał Bert reagując na zew Edmunda.

Yorri uśmiechnął się. - Bywają wyżsi. Ale prawda, wysoki jestem. Po dziadziu, ojcu matki ma to. Dziadzio ma w sobie krew Starych Dębów z Zhufbaru. Nieco rozcieńczoną, prawda, ale jednak. Założyciel owego klanu, co to jako Starą Dąb zapamiętany został, miał podobnoż, wystaw sobie, ponad pięć i pół stopy! A przynajmniej… tak mawiają. Inny mój przodek miał podobno dwie stopy… ino, że tu, ten tego, o inne wymiary chodzi… rozumiesz chyba kolego szanowny?

Edmund zaśmiał się szczerze i jednocześnie puścił oko do Berta.

- Nigdy nie widziałem krasnoluda wysokiego na pięć i pół stopy. Nawet o takim nie słyszałem. - zdziwił się Bert. - Dwie stopy w wymiarach poziomych jak rozumiem? - zapytał Winkel odmierzając na swojej ręce. - Straszne! Oby nasza nowa przyjaciółka nie popadła z Tobą w miłowanie, bo… - zaśmiał się Winkel. - Chociaż to by nie była najdziwniejsza para jaką w życiu widziałem… - zaczął gawędziarz aby zgrabnie przejść do jednej ze swoich popisowych opowieści.



Edmund słuchając opowieści Berta o poprzednich przygodach swojej drużyny rósł w przekonanie, że to właśnie ich szukał cały czas. Zwierzoludzie, ogry, śledztwa, o czymś takim marzył od samego początku, a nie wyrywaniu sakiewek z rąk przerażonych podróżników. Jedząc coś co najprawdopodobniej było świńskim tyłkiem mógł się tylko uśmiechać, ponieważ jak to mawiała jego matka „Jak pies je to nie szczeka”. Jednak część jego mózgu analizowała nowych kompanów, w końcu to właśnie z nimi los go związał, przynajmniej na jakiś czas.

Gowdie przez praktycznie całą podróż szczebiotała o jakichś niestworzonych sytuacjach z jej życia, przyprawiając Edmunda o ból głowy, a teraz nieco przygaszona podbierała kapustę z talerza krasnoluda, gdy ten nie patrzył. Skubana musi coś ukrywać, dziewczęta jej pokroju nie chodzą same po lesie. Winkel też bardzo dużo gadał, ale Edmund był zauroczony jego opowieściami, które nie wzniecały bólu głowy. Krasnoludy jak to krasnoludy, odstawały od reszty. Yorri dużo gadał i dużo chciał wiedzieć, Edmund nie miał jeszcze przyjemności rozmowy z kimś kto był szczerze zainteresowany jak działają stawidła i w jaki sposób nawadniają pola. Natomiast Arno wzbudzał w Edmundzie niepokój, nie faktem, że mówił tak jak Edmund tańczył, bezskładnie, ale przypominał nieco trollowego zabójcę z legend, przy takim nie wolno się rozluźnić. Sigmaryta Eryk wprowadzał swoją postacią swoisty spokój, najwyraźniej obecność osób świeckich ma taki wpływ. Najbardziej jednak zainteresował Edmunda Jost, typowy łowca, pragmatyczny i stateczny. Może będzie w stanie nauczyć Edmunda kilku nowych sztuczek?

Edmund wrócił myślami do stołu i zaśmiał się z opowieści Berta.
 

Ostatnio edytowane przez Evil_Maniak : 13-01-2015 o 10:40.
Evil_Maniak jest offline  
Stary 12-01-2015, 18:01   #8
 
rudaad's Avatar
 
Reputacja: 193 rudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie cośrudaad ma w sobie coś
Nie zawsze los prowadzi nas prostymi ścieżkami. Czasem spokój codziennej rutyny zostaje przerwany, a my sami rzuceni w wir przygody, o której śnić, ni koszmarem, ni marzeniem, nam nawet do głowy nie przyszło. Co innego, gdy całe życie robi się wszystko by odmienić los... Tak też było z Gowdie, której przygód do zliczenia wiele nie było lecz od zawsze szukała krętych dróg do lepszego życia. Jedna z nich skierowała jej pospieszny krok na trakt z Halfsted do Franzenstein, gdzie nikt nie miał pytać o powód ucieczki z miasta, w którym przyszło jej dwadzieścia jeden lat przeżyć nie wydając się za mąż i nie wiodąc spokojnego rodzinnego życia - marzenia każdej młodej panny. Może nie poszczęścił jej Ranald w życiu, ale i żadne inne opiekuńcze bóstwo nie chciało czuwać nad jej debiutem w doczesność:

Była nieznacznego wzrostu, piegowata i wychudzona… Gdyby nie głębokie, pełne radości, brązowe oczy, jak u nażartego psa , nie wyróżniała by się z tłumu innych obdartusów, z którymi przyszło jej dzielić los na ulicach Halstedt. Ze zniszczonego stroju znać było, na pierwszy rzut oka, jej pochodzenie, zaś z każdego ruchu przeznaczenie: sprężysty krok, nieświadomy unik, niezapowiedziany zwrot. Cech szczególnych brak, choć owego garnituru białych zębów nie sposób było przegapić.

Szczerzyła go co rusz, budząc zaufanie i litość nad nieporadnością, której odgrywanie przychodziło jej z łatwością, choć nie zawsze było na miejscu... Choćby, gdy ofiarowany jej przez Edmunda nóż wylądował w sakwie ze złotymi koronami, głęboko skrytej pod odzieniem i uzupełnionej o miedziaki z kieszeni zbira, którego ów bohatersko powalił. Z samym wybawcą mówiła dużo - żartem i ciekawością świata zasłaniając mniej barwne karty swego życia. Począwszy od tych opiewających wychowanie na ulicy, przez termin u skryby, a skończywszy na pojedynczej stronicy listu gończego wystawionego na nią samą, tuż przed ich spotkaniem.

Inne dzieje, weselsze, rozpisywała zaś opatrzność prowadząca ich traktem w upalny letni dzień 2518 roku. Przyszło im bowiem spotkać pięciu obcych, nie z mieczami, a z dobrym słowem i zaproszeniem do ferajny. Z szarmancją i szacunkiem witali napotkanych nieznajomych. Z chęcią przyjęli ich między siebie, choć wykazali na tyle zdrowego rozsądku, by nie ufać im w pełni. Tym bardziej Gowdie traciła zwykły sobie animusz i chociaż faktycznie po chwili na osobności wróciła do towarzystwa, z odrobinę zawiedzioną miną, że minęła ją cała zabawa przy przedstawianiu się to pozostawała na uboczu nie zwracając na siebie tyle uwagi co zwykle. Zostać jednak oznaczało odruchowo przeczytać po raz wtóry kartkę Edmunda, a ten tam Bert, co jej wyciągniętą do podrapania się po ramieniu rękę oślinił, pewnie nie tak łatwo jak poprzednik uwierzyłby w jej ciężko udawaną nieporadność. Zwłaszcza, że sam czytać umiał, a i na cwaniaka wyglądał. Takich Gowdie nie lubiła. Konkurencja, niezależnie od fachu, mile widziana nie była, mimo to przystała jak wszyscy na pomysł wspólnej podróży. Nim odezwała się z ochoczym przytaknięciem, posłała zgromadzonym szeroki uśmiech, a jej występ skończył się, nim w ogóle się zaczął… i to dwugodzinną pogadanką o kanałach i innych technologiach, które chyba nikogo poza samym Yorrim nie interesowały. W momencie, gdy ten umilkł, by nabrać oddechu, ni z gruszki, ni z pietruszki, wtrąciła mu się w wypowiedź:

-Gowdie jestem! - pozostało to jednak bez echa, skwitowane tylko zaskoczonymi spojrzeniami.

Nie inaczej pewnie by się sytuacja miała, gdy przystąpiono do oględzin przypadkowo napotkanych na trakcie zwłok. Każdy fachura w swojej dziedzinie zajął się tym co umiał najlepiej, po krótce i nie do końca uczciwie słuchając innych. Gowdie też nie była gorsza i zajmowała się tym na czym się znała : Odwracaniem wzroku od zwłok i nieznacznym chowaniem się za Edmundem. Pozwalało jej to dobrze przyjrzeć się temu co było dla niej najważniejsze - ofiara została bardzo dokładnie oczyszczona… ze wszystkich fantów. “Nasi tu byli” - przeleciało jej komicznie przez myśl, która uparcie wracała do chwil spędzonych w Halsted i jej przyjaciół, którzy i tak sprzedaliby ją za pół kromki czerstwego chleba, ale rodziny się przecież nie wybiera, jak udowodniły jej dawno temu kapłanki Shallyi… Stare dzieje, teraz nadszedł czas na nowe, w nowym miejscu i z nowymi towarzyszami. Do tego również zainteresowanymi zawartością kieszeni denata, choć o nie tak wprawnym oku jak jej własne. Charakterystyczne fałdy na materiale i popękane szwy w okolicach kieszeni oraz miejsc zwyczajowo wykorzystywanych do krycia kosztowności mówiły same za siebie - nic tam już od dłuższego czasu nie było. “A szkoda”. Z innych oznak majętności nieszczęśnika dało się też zauważyć ślad po zerwaniu łańcucha z szyi, obręcz pierścienia na kikucie palca oraz rozoraną skórę ucha - znak po coś wartym kolczyku.

- Taka strata - wyrwała się jej na głos, opanowana w odpowiednim momencie, myśl, nie mówiąca znajomkom nic poza tym, że dziewczyna jest wrażliwa. Z drugiej strony jaka niby miała być? W końcu była kobietą, czego złośliwie nie omieszkał zauważyć wcześniej upośledzony językowo krasnolud. Mała zaś zostawiła sobie odpowiedź, na ten przytyk w propozycji podziału pieniędzy z nagrody, na inną okazję, która nie pojawiła się szybko.

Niebawem jednak pojawiło się na ich drodze miasteczko - cywilizacja, do której dziewczę nawykło. Na myśl o dobrze znajomych okolicy, rozchmurzyła się i całą, dalszą drogę do oberży trzymała się blisko grupy nucąc pod nosem, sobie pewnie tylko znaną melodię, od czasu do czasu zatrzymując się żeby coś obejrzeć. W sumie pierwszy raz była poza swoim rodzinnym miastem, więc prawie wszystko było nowe i ciekawe. Co może być albo największą zaletą albo też największą wadą, zwłaszcza, gdy nie ma się żadnych oporów by spróbować każdej napotkanej ciekawostki. Na pierwszy rzut oka albo dziewczyna była całkiem głupia albo zwyczajnie głodna. Druga wersja była znacznie bliższa prawdy, dlatego też z szerokim uśmiechem przywitała widok karczmy i zaczęła pospieszać nowych towarzyszy, powstrzymując się jedynie od ciągnięcia ich za rękawy, by tam zawitali. Wejście tak dużej grupy do przybytku nie mogło się spotkać z całkowitym brakiem zainteresowania, zwłaszcza, że na jej czele podskakiwał piegowaty, wychudzony rudzielec, któremu niewiele brakowało do majtania nogami pod stołem, zwłaszcza, gdy usłyszała o propozycji jedzenia. Za każdym razem, gdy pojawiało się zamówienie kogokolwiek z nich dodawała cicho pod nosem:

- Dla mnie też.

Ostatecznie jednak z rzekomego braku funduszy i przyzwyczajenia do braku jakichkolwiek wygód zawsze mogła zadowolić się resztkami po innych. Żaden przecież wstyd, a zlewki z całego wieczoru w karczmie, w jej rodzinnym mieście kosztowały aż 3 miedziaki za kubek! Wiadomo, cierpliwemu Ranald los odwróci, ale z okazji należało korzystać. Prawie ze wszystkich, bo nie w każdym interesie wychodziło się na swoje. Na przykład w wielu miejscach, jeśli wiedziało się gdzie, a częściej nawet, gdy nie miało się o nich pojęcia, można było dostać w pysk za darmo. Darmo to przecież okazja, prawie jak prezent, ale raczej z rodzaju tych, których nie przyjmuje się z radością. Podążając za tym wzorem logicznym pytanie karczmarza o osobne łóżko wzbudziło zainteresowanie dziewczyny, doskonale zdającej sobie sprawę z tego, że zestaw Łowca Czarownic, Kapłan Morra i Zbrojny, przy jej zwykłych nocnych wybrykach nie jest zbyt szczęśliwym zrządzeniem, dlatego też odpowiedziała szerokim uśmiechem i wzruszeniem ramion. Wszak nie było szans na osobną kwaterę, a w tłumie sześciu chłopa słynących z głośnego chrapania i jeszcze głośniejszego puszczania bąków, jak opowiadały jej kwieciście koleżanki, które wyszły na odrobinę bardziej opłacalną ścieżkę zawodową, wiążącą się nie z chowaniem nieswoich przedmiotów, a pokazywaniem jak najbardziej własnych przymiotów, miała szansę się ukryć. Na pewno większą niż nieszczęśnik na szubienicy, który pewnie też chciał dobrze! “W zasadzie rzeźnik nekromanta mógł przecież działać w interesie dobra swojego miasta - to prawie jedno-wieprzowy chów wsobny.” - Gowdie roześmiała się do własnych myśli, niekoniecznie całkiem traktując je jako żart, a możliwość dobrego zarobku, byle tylko znaleźć chętnego do tego biznesu. Układanie planów przerwała jej bezpośrednio skierowana do niej uwaga gawędziarza, na którą niewiele miała do powiedzenia poza cudownie nieporadnym dokończeniem zdania:

- Bo nie masz dwóch stóp obwodu pasa? - i równie rozgarniętym wytknięciem języka Bertowi.

 
__________________
"Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta, co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania."
rudaad jest offline  
Stary 13-01-2015, 00:28   #9
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 9725 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Kaisernabel to dziwne miejsce. Stamtąd miał wyruszyć do Nuln, a został. W przeciwieństwie do jego towarzyszy. Jednak z tego, co wiedział również oni rozdzielili się, choć nie wiedział do końca gdzie który zmierza.

Tymczasem nadchodziła zima, zaś decyzja została podjęta. Pierwszą, palącą kwestią była praca, a musiał się gdzieś załapać, by przetrwać zimę. Nikt za darmo nie będzie wynajmował mu pokoju i karmił.
Kolejny raz w potrzebie zwrócił się do miejsca, z którego wyszedł w Biberhof - do kuźni.

Od razu poczuł się lepiej wchodząc z mroźnego, zwiastującego rychłą zimę do nagrzanego od czerwonego paleniska pomieszczenia. Czuł się dużo lepiej w takich miejscach. Zawsze miał smykałkę do kowalstwa, co nie powinno szczególnie dziwić w przypadku jego rasy. Każdy wiedział, że khazadzi to najznamienitsi kowale. Miał to we krwi!
Wiedział to również miejscowy kowal, zaś Arno stwierdził, iż gdyby był człowiekiem mógłby nie otrzymać tej pracy tak łatwo, jak przyszło to w jego wypadku.
Oczywiście rosły chłop trudniący się kowalstwem w średniej wielkości mieścinie zrazu uprzedził przyszłego współpracownika o sytuacji jaka ma miejsce zimową porą, natomiast Hammerfist niespecjalnie się dziwił, by ostatecznie przedstawić jedyną dla niego rozsądną ofertę zatrudnienia. Zarobić tyle, by móc bez obaw przetrzymać do wiosny.
Najwyraźniej propozycja była rozsądna, ponieważ człowiek, z którym rozmawiał khazad stał się pracodawcą brodacza.

W obliczu niewielkiej ilości zamówień Arno miał do pewnego stopnia swobodę godzin, jakie miał zamiar przeznaczyć na pomoc. Równie dobrze mógł przychodzić dwa razy w tygodniu i wyrobić swoje zlecenia.
To miał naostrzyć kosę, by była gotowa do pracy na wiosnę, to zapobiegliwi zażyczyli sobie podków dla swoich koni wraz z ich podkuciem, to komuś kozik się złamał i trzeba było wytworzyć nowy. Nic, czego nie robił już wielokrotnie.

Niemniej pomimo elastycznych godzin pracy Hammerfist spędzał w kuźni więcej czasu niż jej właściciel zazwyczaj wcześnie rano przychodził rozniecić ogień na palenisku grzejąc się przy okazji, choć nie tak mocno jak sztaby tam wrzucone. Późnymi wieczorami wychodził gasząc to, co rano zapłonęło z jego udziału.

Miał mnóstwo czasu. Zlecenia nie goniły, więc nad każdym pojedynczym nawet gwoździem pracował z najwyższą dokładnością, niespiesznie. Wszystko, co przeszło przez jego ręce musiało być nie tyle bardzo dobre. Musiało być doskonałe, a potrzebował na to wyłącznie odpowiedniej ilości czasu. Tego z kolei miał pod dostatkiem.
Nie mówiąc już o tym, iż ów kozik wykonany dla jednego z mieszkańców był na tyle udany, ż Hammerfist zaryzykował nawet twierdzenie jakoby był to jeden z lepszych oraz ładniejszych nożyków, jakie wyprodukował. Poświęcił czas nawet na zdobienia.

Pomimo powolnej, dokładnej pracy czasami oraz częstego wyręczania kowala w jego zleceniach nadal miał mnóstwo czasu wolnego. Od pewnego momentu zostawał w kuźni całkiem sam dając tym samym pracodawcy krótki urlop, zaś właścicielowi było to nawet na rękę. Miał żonę i dzieci. Skoro miał okazję na spędzenie z nimi większej części zimy, to nie zamierzał protestować.

Arno jednak nie nudził się i był nawet całkiem zadowolony z obrotu, jaki przyjęła sytuacja. Siedział sam przy grzejących go rozżarzonych węglach na zydelku z klockiem drewna oraz starym nożykiem do rzeźbienia, który wykonał sobie jeszcze za czasów Biberhof tym samym starym młotem, jaki teraz przy swojej pracy wprawiał w ruch.
Oczywiście samego ostrza rzeźbiarskiego nie omieszkał naostrzyć korzystając z okazji.

Jednak któregoś dnia postanowił zakończyć pracę nieco wcześniej. Chciał spróbować sił w dołach gladiatorskich.
Ten, do którego udał się Arno mieścił się w piwnicy jednej z karczm w mieście. Oprócz całkiem sporej ilości osób znajdowali się tam potencjalni zawodnicy oraz miejsce starć - wyznaczony na środku pomieszczenia, nieprzekraczalny dla walczących pierścień. Jego biel natychmiast skojarzyła się khazadowi z kredą.
Naturalnie od razu zgłosił swoją kandydaturę. Został zakwalifikowany do grupy amatorów, jednak pierwszą swoją walkę przegrał, choć była wyrównana. Tego samego wieczora został do końca walk podpatrując techniki zawodowców i nim ponownie stał się uczestnikiem poświęcił kilka wieczorów na obserwację.

Kiedy uścisk mrozu zelżał miał za sobą już trzy walki w dołach gladiatorskich, z czego tylko jedną przegraną. Niemniej nie miał zamiaru startować w kolejnych.
Dużo się nauczył, ale zdążył się również napatrzeć na wypadające zęby, ponadgryzane uszy, a nawet wyłupione oczy czy połamane w wielu miejscach kończyny. Zdarzyła się nawet przypadkowa śmierć. Nieszczególnie mądrym było zginąć w jakiejś małej wiosce na podłodze piwnicy w durnym kółku.


Ku wielkiemu zaskoczeniu krasnoluda spotkali się wszyscy. Jost, Bert, a nawet Eryk!
Jeszcze większą niespodzianką było dla Arno pojawienie się jego kuzyna Yorriego i, jak to było podczas podróży, czasem do pochodu dołączali całkiem nowi towarzysze.

I całkiem nowa sprawa, której się podjęli. Czarna strzała.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 13-01-2015, 05:22   #10
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 5421 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację







Spanie w suchym łóżku, z dachem nad głową było zawsze miła odmianą dla leśnego obozu, obowiązków wart, nocnego chłodu, wszechogarniających odgłosów dzikiej kniei nocnych drapieżników oraz mało przyjemnych insektów.

Wspólna sala była częstym i naturalnym elementem imperialnych karczm i zajazdów tak jak niezliczone, puste gościnne pokoje w domach szlachty. Najbiedniejsi podróżnicy lub po prostu wszyscy, którym miejsca zabrakło w prywatnych kwaterach, mogli liczyć albo na wspólna izbę lub co najmniej miejsce w stodole, szopie czy stajni.

Pod Trzema Tańczącymi Smokami pomieszczenie z łożami oddzielone było od sali biesiadnej z barem czarną kotarą. Po trudach podróż, ululany trunkiem podróżnik, rzadko kiedy narzekał na karczemny hałas, nawet gdyby wcześniej od reszty spać się położył. Kiedy w końcu ostatni opojom języki drętwiały w gębach, a głowy ciążyły do blatów, karczmarz mógł wreszcie udać się na spoczynek. W zajeździe zapanowała nocna cisza, w którą zaliczyć należało również co najmniej chrapanie oraz, co objawiło się niespodziewanie tym z lekkim snem czujnego zająca, monologi gestykulującej Gowdie, dyskutującej żywo i niewybrednie z kimś w Krainie Snów.

Kapłan Morra, łowca czarownic oraz jak się okazało ich klislevski ochroniarz, Igor Wielki, bo wielkim był i najbardziej z tej trójki zresztą wygadanym - oni wszyscy mieli prywatne pokoje. Najlepsze, owe, które Jakub trzymał na specjalne okazji dla co znamienitszych gości lub strażników dróg. Pozostałe dwa zajmowali khazadzi zdążający do Altdorfu z sobie znanymi interesami. Krasnoludy nie poświęcały otoczeniu zbyt wielkiej uwagi, choć udając się na górę do swych kwater, przechodząc obok stołu Stirlandczyków, każdy z nich na swój sposób inaczej acz jednakowo zarazem, spojrzał na Arno i Jorriego życząc dobrej nocy.

Bert jak zwykle nawijał wszystkim, którzy słuchać chcieli czy nie chcieli, makaron na uszy i z tego gawędziarstwa dorobił się nawet pół tuzina srebrników i jednej korony, którą rzucił rosły Kislevita. Zbrojny sam się ostał, bo gdy tylko Winkel zaczął roztaczać po karczmie swe opowieści, łowca czarownic wstał od stołu i poszedł schodami na górę. W ślad za nim chwilę potem kapłan Morra dwa słowa z cudzoziemskim ochroniarzem zamieniwszy.
Potem Bert próbował zasięgnąć nowin ciągnąc miejscowych za języki niczym gospodrzowa za wymiona. Jako, że o Czarną Strzałę pytał, to i tyle tylko sie dowiedział, że nagrodę za nim wyznaczył szlachcic o kilka dni drogi stąd mieszkający. O samej bandzie albo nikt nic nie wiedział, lub język umyślnie za zębami trzymał. Powtarzające się w plotkach było, że nikt nie wiedział, że dziuplę banda miała. Z wypytywania o herszta, tak przekonywająco Winkel pytał o rzekomą kobietę przewodzącą bandytom, że nim wszyscy rozejść sie na spoczynek zdążyli, powszechnym przekonaniem zainteresowanych zostało, że Czarnymi Strzałami hersztuje niewiasta. Mimochodem Winekl dowiedział się jeszcze, że w Weissdrachen również mieszka stan szlachecki, choć nie ten ród, który nagrodę wyznaczył za głowę Czarnej Strzały. W szczegóły nie wchodząc był, to podobno jeden tylko szlachcic w zasadzie, kawaler. W miasteczku poważaniem cieszył się również kapłan przy świątyni Sigmara a „Pod Smokami”, jak potocznie skracali tamtejsi, była jedyną karczmą w promieniu dnia drogi w każdą stronę. O Czarnych Strzałach miejscowi jednak od niechcenia mówili, i przed snem Bert zrozumiał, że ci ludzie obecnie większe zmartwienia mieli na głowie niż byle banici, choćby i tacy co od lat w okolicy grasowali, niczym wilki w lesie, z którymi gospodarze żyć się nauczyli. Nagroda jednak i chęć tropu pochwycenia silniejszym była, aby mógł to młody gawędziarz to z początku roztropnie rozeznać.








W izbie wspólnej, prócz siedmiu znajomych, nocowało również dwóch, zalanych w belę wędrowców, co wyglądali na traperów, drwali, ludzi na chleb zarabiających w lesie. Jedno łoże z dwóch rzędów wciąż pustym było i ono ogradzało Stirlandczyków od nabąblowanych leśników. Reszta bywalców weissdracheńskiego przybytku musiała być miejscowymi, na których czekały nagrzane wyrka lub do pocałowania sypialniane klamki.

Sen przyszedł wszystkim, wcześniej czy później, co zależało od ilości wypitego alkoholu, rodzaju spożytego jadła, zmęczenia podróżą oraz zmartwień na głowie tych lubiących długo rozważać przed snem o kolejnym dniu minionym w Starym Świecie. Każdemu śnić coś się mogło tej nocy, choć nikt tego pamiętać nie mógł. Nikt oprócz Josta.

W koszmarze ciemność ogarniała Schlachtera, nieprzenikniona niczym zarzucony na głowę czarny wór. Mrok wypełniony szczelnie ciszą, od której zaczynały boleć uszy, zdawał się naciskać z każdej strony na nieświadomego śnienia człowieka. A potem, Jost odczuł obecność potężnej siły, co pochwyciła go w żelaznym uścisku chwytu, od którego nie było uwolnienia. Szarpał się i opierał niewidzialnej mocy co ciągnęła go w głąb ciemności. W końcu opadł z sił porwany wbrew sobie i czuł, że przez chwilę unosił się w powietrzu, przestrzeni i... obudził się z szeroko otwartymi oczyma. Dysząc siedział w łóżku zerwany z poduszki siennika. Czuł się słaby, lekko oszołomiony i miał zawroty głowy. Ciało zdawało się być dziwnie zdrętwiałym. Za oknem słońce dopiero wschodziło i nie zdążyło jeszcze rozproszyć całkowicie nocy. Karczma pogrążona była we śnie i ciszy, tak samo jak całe Weissdrachen przed przebudzeniem do codziennych obowiązków. Okno lekko uchylone wietrzyło kiszące się wyziewy z biesiadników, ich onuc i kalesonów.

Bauer, na sąsiedniku wyrku, leżał na boku z twarzą zwróconą do Schlachtera. Nowicjusz przebudzony trudnym do opisania odczuciem, otworzył oczy. Nie spodziewał się widoku, który zastał na dzień dobry i nie zdołał opanować krzyku zdumienia i grozy.

- Na Sigmara!

Bert zerwał się z posłania jak oparzony a Arno wzniósł głowę z otwartym jednym zaspanym okiem porannego kaca. Szczygiełek odruchowo sięgnęła po sztylet. Reszta spała w najlepsze, przy czym Edmund beztrosko wtórował jednemu z obcych leśników w chrapaniu na dwa głosy.

Oto nad posłaniem śpiącego Josta unosił się jego... sobowtór?... z różnicą taką, że Schlachter w posłaniu rozebrany był do koszuli, a ten drugi odziany był w szaty podróżne i objuczony ekwipunkiem Biberhofianina, choć klamoty śpiącego leżały przy wyrku tam, gdzie je przed spaniem syn rzeźnika zostawił.




Bertem wstrząsnęło równie mocno co Erykiem. Mało nie zemdlał. Nawet Gowdie, która nie znała wcześniej Josta i nić sympatii dopiero się zawiązywała między nowo poznanymi towarzyszami podróży, przeżyła szok i nieprzyjemny dreszcz strachu przebiegł po plecach. Hammerfist chyba pierwszy raz w dorosłym życiu zląkł się tak bardzo, lecz również szybko z tego stanu się otrząsnął.

A Jost? On pierwszy zdał sobie sprawę, że zaczyna dryfować i że nie ma kontroli nad ciałem, tym, które leży nieruchome tuż obok. Czy może być coś bardziej przerażającego dla śmiertelnika niż oglądanie własnej osoby, lecz nie w tafli wodnego odbicia, szybie czy też wizerunku prawdziwego lustra, lecz jako siebie samego z poza swego ciała?

- Kurwa, co jest? – Bauer wykrztusił z zaschniętego gardła patrząc tak samo zszokowany na przyjaciela jak on na niego.
- No, kurwa, nie wiem... – odpowiedział Schlachter bezradnie rozkładając ręce.

Dopiero po dokładnym przyjrzeniu się stojącemu przy łóżku Schlachterowi, a raczej unoszącemu się dwa palce nad deskami karczmy, zdumieni Stirlandczycy dostrzegli, że ich druh, choć na pierwszy rzut oka niczym się od niech nie różnił, był jednak tak jakby... przezroczysty... A ten, jakby z krwi i kości, nieruchomy jak wykuta z kamienia statua śpiącego Chłopca z Biberhof.




 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 13-01-2015 o 16:14. Powód: niektóre literówki
Campo Viejo jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:33.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166