Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-02-2015, 17:39   #111
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
12 Kaldezeita 2514 KI, wieczór

wioska Nonnweiler
- Wiesz co, Heiner? Moglibyśmy najpierw gdzieś usiąść i napić się jakiegoś dobrego piwa? Jak widzisz większość z nas ledwo trzyma się na nogach. W dodatku mamy wcześniej jeszcze coś do zrobienia - Iwan wskazał na Burkharda. - Znaleźliśmy go w Steigerwaldzie. Podobno jest stąd.

Gdy skończył mówić, spojrzał dokładnie na świętujących wieśniaków i wisielca. Widok ten wywoła u niego mieszane uczucia.

- Cóż to za święto? Festiwal Wisielca?

- Święto? Żadne święto, po prostu ludzie muszą odreagować. To długa historia... I ponura... - Heiner zmarszczył brwi. - Nasz nowy książę zaczął swe panowanie od przyozdabiania całej doliny dyndającymi trupami i toporami katów, więc gdy tylko usłyszał, że we wiosce niedaleko od nas, w Fensterbach, zbierają się ludzie przeciwni jego władzy, wybił wszystkich rękami tych ciemnoskórych, Tileańczyków - powiedział posępnym, głębokim głosem. - Od tego czasu siedzieliśmy jak myszy pod miotłą, aż do chwili, gdy przerzucono większość żołdactwa gdzie indziej. Mieliśmy trochę swobody, lecz dzisiaj pojawiły się nowe kłopoty, które, jak widać, świętujemy - próbował się uśmiechnąć, mimo że dzwonił zębami. - Sidortschuk z synami upolowali pół-kozła, pół-człowieka, właśnie w okolicach dawnego Fensterbach. Nie widziałem takiego czegoś nigdy w życiu! Pewnie przyszło z lasu. Oby nie było ich więcej...

Odźwierny przytulił Burkharda i podniósł malca nad ziemię, wyraźnie ucieszony jego widokiem.

- Ursula już straciła wszelką nadzieję! Jakim cudem go znaleźliście?!

Felix odsapnął z ulgą wszystko zdawało się być normalne.

- Go? Zupełnym przypadkiem, w worku ogrów z grupką elfów. Ci dwaj panowie - Jochen i Ivan jak pamiętał - jak i pan Roran, stoczyli bój z tymi bestiami o ich życie. Jak znalazł się między elfami to jakoś okazji nie mieliśmy by zapytać, ciężki oj ciężki był to dzień. Co do tych książąt, bo się gubię, obaliliście jednego to teraz nowy czy stary wrócił? I ci ludzie to faktycznie przeciwko księciu chcieli walczyć? Można usiąść i coś ze stołu zabrać i komu i ile zapłacić? -wskazał na ławy. - Może poczęstunek dla bohaterów? - lekko zażartował, mając nadzieję, że jednak może coś dostaną za uratowanie dziecka.

- Tym lepiej dla was. Ludzie tu zostali zmuszeni do bycia zbyt podejrzliwymi. Może jak zobaczą Burkharda, to nie uznają was od razu za wysłanników kolejnej wałęsającej się, krwiożerczej armii... Ale za koniokradów na pewno - na jego wargach pojawił się przyjacielski uśmiech. - Te konie, poznaję je - pogłaskał rumaki, które Felix z Jochenem i Valahuirem nie tak dawno odebrali z rąk najemników. Konie odpowiedziały na pieszczoty pomrukami. - Należały do Clausena, zanim te łachudry je skonfiskowały, jak to mają w zwyczaju mówić. Ta bezczelna kradzież niemal złamała poczciwego Pita…

Heiner kontynuował:

- Pytanie, czy w Fensterbach w ogóle zbierała się jakaś opozycja? Żyli tam normalni ludzie, tacy jak my... Pan nasz nowy, z zachodu. A o władzy i polityce to nie ze mną. Może będzie lepiej, jak ja was przedstawię?

- Bylibyśmy niezmiernie wdzięczni. I chętnie przedyskutujemy również z Pitem kwestie znaleźnego za konie. W końcu i tak musimy znaleźć jakiś nocleg na kilka dni – powiedział wesoło Iwan, spoglądając na rumaka, na którym przez kilka ostatnich dni uczył się jeździć.

- Zdecydowanie na kilka dni - skrzywił się Jochen. - I zdecydowanie dobrze by było, gdyby to były dni spędzone w ciszy i spokoju. Pod opieką jakiegoś medyka. Jest tu jakiś w okolicy? Ale prawdziwy medyk, a nie jakiś rzezignat, co umie jedynie krew puszczać.

- Ano prawda, bebechy już nie te... Znaczy się, ktoś by je poskładać mógł. - Thurin pierdnął dwuznacznie. - Ale wpierw byśmy jakiegoś miejsca do spania poszukali… Pit ma duży dom, albo może stajnię?

- O medyku zapomnij! Tacy to co najwyżej w Riesenburgu siedzą i filozofują. Może gdy wpadnie do kieszeni któregoś z nich wielka sumka, to raczy spojrzeć na pacjenta, ale za nic w życiu go nie dotknie! - oczy były smutne i współczujące. - Był tu kiedyś przejazdem wędrowny wyrwiząb, cudak w spiczastym kapeluszu i z naszyjnikiem z zębów, ale teraz? Czarne nieszczęście i czerwony mór! - wykrzyknął, potrząsając pięścią w kierunku zachodu.

W miarę jak zbliżali się ku ucztującym mieszkańcom, gwar czynił się cichszy, rozległy się za to szepty, na które poturbowani awanturnicy nie zważali. Dzikie oczy pograniczników wpatrywały się spod kudłatych czupryn i grubych brwi, łypiąc podejrzliwie. Na widok nieznajomych zbiegowisko ludzi zapomniało na chwilę o powieszonym za kopyta wielkim cielsku stwora wyglądającego jak odyniec, który nauczył się mówić i poruszać na tylnich nogach.

- Heiner, kogo tam pro..

- Mama! - Burkhard wystrzelił jak z procy w stronę jednej z wieśniaczek. Między kobietami nastąpiło poruszenie, krzyk.

- Podróżnicy, których widzicie, odnaleźli Burkharda i zapewnili mu dobrą opiekę - oświadczył poważnie odźwierny. - Ponadto przyprowadzili konie Clausena!

- Ach, teraz wróci do nas szczęście! Przynieście jedzenia, dużo dobrego jadła. Niech się wzmocnią, a tymczasem porozmawiamy - powiedział stary mąż, który miał skrzywione plecy i chodził mocno kulejąc. Do niego dołączył brzuchaty i zwiotczały chłop o pełnym życia obliczu i kilka ciekawskich kobiet całkowicie zaabsorbowanych szczęściem Ursuli.

Erillan przyjrzał się truchłu zwierzoczłeka, rzadko widywało się pojedyńcze osobniki. Z jego doświadczenia wynikało, że gdzie jest jeden tam z reguły wcześniej czy później można znaleźć ich więcej. Patrząc na opłakany stan jego nowych towarzyszy, lepiej by było by się mylił.

- Dziękujemy za gościnę - rzekł do chłopów i skorzystał z zaproszenia rozsiadając się. Czekał aż gospodarze pierwsi narzucą temat rozmowy. Tymczasem rzekł ściszonym głosem do Felixa:

- Jeśli chłopak ma talent magiczny, ktoś powinien go uczyć. Inaczej dzika magia sama znajdzie sobie ujście i zrobi krzywdę sobie bądź innym. Mam rację?

- Pełną - czarodziej odpowiedział równie cicho. - Jednak dzisiaj nie mam serca i siły by ich o tym powiadomić. Niech się cieszą w spokoju.

Radosny grubasek promieniujący na cały świat jowialnością i poczuciem wspólnoty sięgnął po dzban z winem, napełnił puchar i zerknął pytająco. Oczy rozbłysły przenikliwym, zimnym migotaniem, które nie pasowało do leniwego uśmiechu. Życie na pograniczu musiało przyzwyczaić go do oceniania ludzi tak, jak niektórzy oceniają konie czystej krwi.

- Pit Clausen. To nasz starszy, Jürgen Nimptsch. A to matka Burkharda, Ursula. A to Markus Lewe, a to Angelika Gramkow, wdowa po Jensenie, a to... A zresztą! Za dużo nas, by każdego z osobna przedstawiać! - oczy się skrzyły, tak że jego biała broda zdała się nie na miejscu. - I za mało słów, żeby opisać naszą radość, także może po prostu przedstawcie się i napijmy się za ten szczęśliwy dzień!

Na wieści o jadle i napitku, na ustach Iwana pojawił się niekontrolowany uśmiech. Usiadł przy stole, a następnie rozejrzał się jeszcze raz po zebranych, usilnie starając się zapamiętać ich imiona. Wiedział, że należało zachować jak najlepsze pierwsze wrażenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że spędzić tu mieli przynajmniej kilka dni. Przytaknął grubaskowi, na odległość czując już w ustach smak pysznego wina, a po chwili odezwał się.

- Iwan Bramin. Wraz z karawaną niejakiego Eugena przejeżdżaliśmy tędy ze dwa tygodnie temu. Od tego czasu zmieniło się tu jak widać bardzo wiele. Ciekawi jesteśmy opowieści o wojnie, którą najwyraźniej przesiedzieliśmy w lesie. Oczywiście, jeśli temat ten nie jest na tyle przygnębiający, by popsuć ten wspaniały dzień!

- Wojna to nie jest temat, jaki chciałbym w tej chwili poruszać - stwierdził Jochen. - Ale o pełnym brzuchu można się będzie zastanowić, co robić dalej z tym właśnie problemem.

- Zachód uznał nasze rządy za tak słabe i nietrwałe, że najechali nas w dogodnej chwili - staruszek cedził słowa. - Można się było tego spodziewać... Według mnie wojna to za duże słowo. To porachunki między dolinami o Riesenburg, jakie już zdarzały się w przeszłości; które czasami bywają krwawe, ale nigdy nie wiążą więcej niż paruset mężów po każdej ze stron. My jesteśmy tylko odległym dodatkiem do krasnoludzkiej twierdzy, lecz i tak nam się oberwało... Zresztą ten pan czy inny, czy to ma znaczenie? Ważne żeby ludzie byli w stanie łączyć swe siły w chwilach nagłej i palącej potrzeby...

- Przecież wy ledwo chodzicie! Potrzebujecie odpoczynku! - opiekuńczo powiedziała jedna z wieśniaczek, a reszta jej przytaknęła.

- Tam, gdzie nie ma nic do wygrania, wojny szybko ustają - Clausen zaśmiał się. - Nowinek niestety nie usłyszycie od nas za wiele, żyjemy swoim życiem.

Kobiety częstowały podróżników różanymi i fiołkowymi cukrami przemyślnie ulepionymi na kształt kwiatów. Pit wyglądał, jakby nie mógł uciec od pewnych myśli. Zapytał się ściszonym głosem:

- Skoro macie moje konie, to ci najemnicy... Już dzisiaj ich nie zobaczymy, prawda? Wiecie, że jest za wami wysłany list gończy? Tylko nikt nie wie, jak wyglądacie i ilu was jest!

- Dopóki nikt nie powie, że my to my - stwierdził Jochen - to nikt nie będzie o nas nic wiedzieć. Ale z tymi końmi będziesz mieć problem, bo nie wiem jak wytłumaczysz, ze wróciły do twojej stajni.

- Clausen, stary głupcze - z tłumu wyłonił się olbrzym o srogim spojrzeniu. - Prawisz frazesy o jedności, a cieszysz się ze śmierci tych, którzy mimo że łotrami byli, mogliby ci tyłek uratować, gdy w Fensterbach obudzi się żądza krwi - pokazał wymownie na truchło zwierzoludzia. - Teraz co najwyżej możemy liczyć na opinię kurwidołka, w którym szlachtuje się książęcych żołdaków... - zawzięte oczy pogranicznika nie mrugały, a jego uszy nie czekały na odpowiedź. To musiał być stary Sidortschuk, zarazem bohater i zapowiedź czarnych chmur, które miały wkrótce nadejść.

- Mogli ale równie dobrze mogliby was zdradzić, zmienić strony i obrabować. Łotry zawsze będą łotrami -stwierdził elf ni to do siebie ni to do ludzi go otaczających.

- To była jedyna taka jednostka w okolicy? - zapytał z nieco większą powagą Iwan. - Z końmi tak źle chyba być nie może Jochenie. Ktoś poza najemnikami i wami wiedział o tych koniach? A tak poza tym, jeżeli pojawiłoby się więcej takich zwierzoczłeków, to z chęcią wam pomożemy.

- Jest się czego bać z strony takich jak ten? - czarodziej wskazał powieszonego. - Więcej ich widziałeś w okolicy? Jeżeli tak to my jesteśmy lepsi od tamtych, bo to my wygraliśmy i bardziej przyjaźni jesteśmy. Jak wam potrzeba pomocy by się zorganizować w milicję czy podszkolić to możemy pomóc.

- Feliks i elf dobrze prawią - rzekł Wolfgang, po zaspokojeniu pierwszego głodu. - Na tych tileańczyków to nie macie co liczyć. Znam ja takich jak oni, was by od razu porzucili i wzięli nogi za pas, bo oni ryzyko przeliczają na pieniądze jakie dostaną, a najlepiej to by tylko gwałcili i palili i za to pieniądz zbierali. Żadnego honoru, czy przyzwoitości w nich, boga się nawet nie boją psie syny. Takich to tylko wieszać wypada.

- Czy jest się czego bać, tego jeszcze nie wiemy. Jutro wyślemy kogoś, by powiadomił wioski nieopodal, Eutzsch i Elsnigk. Jeśli tych diablich pomiotów jest więcej, leżący koło lasu Heisterbach jest już odcięty - Pit zmarszczył czoło. - O koniach nikt nie zdążył się dowiedzieć, a i przywłaszczone muły czekają na waszego znajomego - rozmówca skinął na Małego Wulfa. - Za dobre chęci dziękujemy, ale to my będziemy musieli chyba pomóc wam. Listy gończe to jedno. Gorzej, jak uznają was za szpiegów lub zwiadowców i zaczną węszyć w okolicy...

- Pójdę z tym, co rano wyruszy wioski powiadamiać. Przewodnik się przyda, w lesie lepszego ode mnie nie znajdziecie. Towarzysze moi muszą odpocząć, rany zagoić, siedzieć jednak bezczynnie w tym czasie nie zamierzam.

- Hm… Jak chcesz się sprawdzić, mógłbyś iść na zwiady do Heisterbach, omijając Fensterbach szerokim łukiem. Zawiadomienie pozostałych wiosek to dla nas żaden problem, konie mamy, a drogi ubite i wolne od rozbójników - odezwał się Sidortschuk. - Zresztą to niedaleko, rzut kamieniem przez pola.

- Mam wobec was dozgonny dług wdzięczności - do Iwana skierowała się zapłakana Ursula, z Burkhardem przed nią i garstką kobiet za jej plecami. - Proszę, opowiedzcie mi, jakim cudem…

Na zwrot „opowiedzcie mi” Iwan natychmiast przełknął spory łyk pysznego i orzeźwiającego wina, niemalże krztusząc się. Spojrzał na matkę chłopca z powagą, po czym przybrał niemalże teatralną maskę zadumy. Po chwili ciszy, gdy wszyscy myśleli, że nic nie powie, zaczął snuć swą opowieść.

- Natrafiliśmy na niego jakiś tydzień temu… Wraz z Jochenem, Roranem, mym świętej pamięci przyjacielem Mathiasem oraz naszymi dwoma psiakami ruszyliśmy śladem złodziejaszków, którzy zwędzili nam w nocy ostatnie zapasy pożywienia. W czasie pogoni próbowali nas zmylić, zacierając za sobą ślady, jednak spryt nie uchronił ich przed dwójką olbrzymich ogrów, które czaiły się w ruinach jakiegoś pradawnego miasta. Gdy w końcu ich dogoniliśmy, zastaliśmy elfią kobietę wraz z czwórką dzieci w łapskach tych przebrzydłych istot. Jak się później okazało jedynym ze schwytanych był właśnie Burkhard. Nie namyślając się długo, postanowiliśmy zastawić pułapkę. Szczekaniem psów zwabiliśmy jednego z nich w zasięg naszych strzał i bełtów. Sami nie uwierzylibyście, jakiego szoku doznaliśmy, gdy strzały zdawały się nie wyrządzać istocie zbyt wielkich krzywd. Ten ruszył w pierwszej kolejności na Rorana, po drodze ścierając na miazgę mego ukochanego psiaka. Wystarczył tylko jeden zamach buzdyganem, by doświadczony w bojach krasnolud odleciał na trzy… nie, pięć metrów! Zdruzgotani niebotyczną siłą ogra, rzuciliśmy się wraz z Jochenem na pomoc biednemu Mathiasowi, który stał się jego następnym celem. Kolejna strzała zatopiła się w cielsku wielkoluda, gdy w końcu dobiegłem i skoczyłem na jego plecy, wbijając weń oba me rapiery aż po rękojeść. Stwór zaczął kręcić się i szarpać, jednak po kilku chwilach padł bez życia… tuż obok martwego Mathiasa… Nie mieliśmy jednak zbyt wiele czasu na rozpacz, gdyż zaraz usłyszeliśmy groźbę drugiego ogra, który obiecał ukręcić dzieciakom karki, jeżeli zbliżylibyśmy się do niego. Tym razem zadziałaliśmy nieco inaczej, podając się za oddział Górskiej Straży patrolujący tamte okolicę. Zadeklarowaliśmy, że puścimy go wolno, jeśli oszczędzi dzieciaki. Blef najwidoczniej podziałał, gdyż ogr zostawił je i uciekł w głąb lasu. Chwilę później spostrzegliśmy, że wśród trójki elfich dzieci znajduje się także ludzki chłopiec. Burkhard we własnej osobie. Teraz cieszę się, że nasze zbłądzenie w lesie przyniosło chociaż jeden pożytek – zakończył, spoglądając z troską na malca. – Wiem, że ta historia zapewne brzmi jak kolejna opowieść podpitego kuglarza, jednak sam Burkhard potwierdzić ją może. Steigerwald jest siedliskiem niewyobrażalnego zła, a gdybym miał wam opowiedzieć o wszystkim, co tam ujrzeliśmy, to zapewne wzięlibyście nas za szaleńców. Na miłość boską, gdybym osobiście tego nie przeżył i nie zobaczył na własne oczy, sam pewnie uznałbym wszystko za bujdę.

Następnie Iwan zwrócił się bezpośrednio do Ursuli:

- Odnośnie tego, co chłopiec robił z tą elfką, to więcej do powiedzenia będzie mieć zapewne mój przyjaciel Felix. Jednakże jak widać nie wydaje się być dziś w stanie na długie rozprawy, dlatego myślę, że najlepiej będzie przełożyć to na jutro. Tak właściwie znalazła by się tu dla nas jakaś niewielka stodoła, w której moglibyśmy przespać kilka nocy?

Roran nie był w nastroju ani w humorze by dołączyć do zabawy. Dziwił go dobry humor towarzyszy, jakby zapomnieli już o bezsensownej śmierci Moritza, którą nie jako sami wywołali. Usiadł gdzieś na poboczu, zjadł to co mu podali i wypił sporo, niezważając na to, czy ktoś mu pozwala czy nie.

Miał trochę dość tego wszystkiego. Do rozmowy włączył się dopiero jak Wolf wypowiedział swoje zdanie.

- Na pewno jest tu jeszcze cała banda zwierzoludzi, w pojedynkę nie chodzą. Szczerze mówiąc, lepiej byście zrobili nie zabijająć go. Bo teraz na pewno ściągnęliście na nich swoją uwagę, a tak może by się wam upiekło.

Elf zgłosił się na ochotnika do zwiadu - krasnolud o ile dobrze go pamiętał z Górskiej Straży to był pewien, że lepszego człowieka do tej roboty nie znajdą. Czuł się w miarę bezpiecznie i jedyne o czym teraz marzył, to odpocząć i położyć się spać.

- Chwila, chwila... To leśny lud porywa nasze dzieci, a chwilę później śmie jeść z naszego stołu? - odezwał się jeden z podpitych chłopów w stronę Erillana, a kilku podobnych mu psów obronnych zawtórowało.

- Nie ten leśny ludek. - warknął Thurin stając w obronie nowego towarzysza. - Tamtemu skurwielowi obiłem paszczękę.

- Ten elf - Erillan wskazał palcem na siebie - oddał wam dziecko, a nie zabrał. Pojmujemy różnicę?

Starszego wioski natomiast spytał:

- Przestrzec ich mam, ale co planujecie? Cicho siedzieć i pozycje obronne trzymać? Czy może lepiej powiadomić władykę waszego, w końcu te bestie zabić będzie trzeba. Inaczej to one po was przyjdą wcześniej czy później.

- Przestańcie! - krzyknęła Ursula z twarzą pokraśniałą od gniewu, ściągając na siebie złowrogie spojrzenia. - Uratowaliście mojego synka przed bardzo przykrym losem. Każdy z mieszkańców miałby w was wspaniały wzór do naśladowania.

- Co planujemy? - Sidortschuk zaniósł się kaszlem. - Nic. Chciałem tylko wiedzieć, czy mieszkańców Heisterbach już spotkał los, który zmiękczyłby serce posągu - rzekł zachrypniętym głosem. - Jeśli krwiożercze bestie jeszcze chrapią, mielibyśmy szansę się zebrać i otoczyć je z trzech stron - znany z zamiłowania do łowiectwa chłop musiał być dawniej zbrojnym. Ciekawe, jakie to gorzkie i bolesne rany zmusiły go do osiedlenia się.

- Miejsce w stodole się dla was znajdzie - powiedział z przyjacielskim uśmiechem Clausen. - Chociaż wydaje mi się, że na kilku nocach się nie skończy…

- Ktoś z waszych, jakiś bystry myśliwy, co zna teren pójdzie ze mną?

- Jak już jednego posłałem do piekła, to nie będę tu siedzieć i smętnie czekać na śmierć. Wyruszymy o świcie. A teraz pozwolicie, że staruch uda się na zasłużony odpoczynek…

- Posilmy się i odpocznijmy to chyba najważniejsze. Potrzebuje dodatkowego kołczanu strzał nie będzie z tym problemu?

Szepty między kobietami narastały niczym ogromny grzmot radości. Szepty coraz bardziej życzliwe - Iwan kilkakrotnie usłyszał, jak któraś z kobiet ku jego rozbawieniu tytułuje go rycerzem. Było to krzepiące i zrodziło gwałtowny dreszcz w duszy żołnierza.

- Nie mamy zbyt wielu strzał, które nadają się do czegoś więcej, niż do ćwiczenia na strachu na wróble. Wezmę cały mój zapas z dawnych lat, powinno nam starczyć, jeśli nie wpakujemy się w żadne kłopoty.

Elf pokiwał głową w geście potwierdzenia. Zielarkę jakaś macie albo kogoś kto się na ziołach zna i zbiera po okolicy?

- Wy nam to powiedzcie - Pit uśmiechnął się porozumiewawczo. Łącząc fakty musiał wiedzieć, że śmiałkowie spotkali na swej drodze Karlę. - Nie miejcie nam za złe. Żołnierze musieli przycisnąć któregoś z nas. Nawet nie wiemy, kto nagadał takich głupot o poczciwej Karli tym łotrom…

- Nie będziemy dociekać - na twarzy Thurina wykwitł ponury grymas. - Względem zaś tej stajni, to czy byłbyś łaskawy nam ją wskazać. A poza tym, macie tu kowala? A kontynuując… proszę przyjacielu, opowiedz mi o okolicy. Doszły nas różne plotki, opowieści… ale zawsze lepiej jest trzymać rękę na pulsie.

- Kowala mamy, ale już śpi - Pit parsknął śmiechem, jak gdyby absencja w świętowaniu godziła w męstwo rzemieślnika. - Honsdorf się nazywa.

- Dziękuję. - uśmiechnął się Thurin. - Sam jestem kowalem, a także płatnerzem. Z rana być może z nim pogawędzę. Względem zaś tych plotek…

Felix pił wino i słuchał. Wino nie było dobre, ale smaczne. Ojciec szanownym gościom i przyjaciołom, jeżeli faktycznie takich miał, nigdy by go nie podał. Młodsze niż dziesięć lat i nie bretońskie jak ostatnio przebywał w domu było faux pas. Trochę jak rozmowa, do której musiał się włączyć - niedobra i nieprzyjemna, ale konieczna.

- Panie łowczy niech pan chwilę zaczeka. Możliwie ważną sprawę mam.

- Panowie, moim planem na wieczór była butelka wina i wspomnienia o poległych, ale rozmowa zeszła na mniej przyjemne tory. Dla waszego wąskiego grona, by zabawy nie psuć - ściszył głos.

- Skoro zakładacie bandę zwierzoludzi to podzielę się naszymi informacjami. Zasadniczo w lesie wiemy, że są co najmniej dwie zorganizowane wrogie ludziom grupy. Pierwsza to hobgobliny w liczebności około pięćdziesięciu. Z przesłuchania jeńca zbierają siły i zakładam z zwierzoludźmi nie wejdą w komitywę. Druga groźniejsza to czarnoksiężnik i mutanci pod jego komendą, ścierwo Chaosu w liczbie około stu. Jeżeli w okolicy są zwierzoludzie, to dwie te grupy mogą się połączyć. To i to przeciwko nam, z bogami Chaosu. Cokolwiek będziecie na przyszłość planować, weźcie to pod uwagę - pociągnął kolejny łyk i rozejrzał się za jakimś jedzeniem.

- Mieliśmy nadzieję zawiadomić władzę, by coś zrobiła, ale biorąc pod uwagę burdel po wojnie to może nic nie zrobić. Mutant czy zwierzoczłek, więcej w walce wart niż przeciętny człowiek. Jeżeli jest w okolicy dość ludzi, by rozbić jedną grupę, to warto, bo jeżeli dwie się zejdą, a wy będziecie chcieli się bronić, mogą was zniszczyć jednego po drugim. Nie wiem, ilu was jest i jak się na wojaczce znacie i czy w formacji jakiej więc więcej doradzić poza informacją nie mogę.

- Pamiętam czasy, kiedy kilku panów łączyło siły w wycieczce przeciw banitom z Odłogów albo innej sprawie. Wydawało mi się, że w życiu nie będę widział poważniejszych konfliktów, a to, o czym mówisz, na taki wygląda... Musimy się z tym przespać. Jak Sidortschuk wróci z waszym znajomym ze zwiadu, wrócimy do rozmowy - rzekł starszy wioski, skubiąc brodę.

- Potrafimy jak dzikie stworzenia zwietrzyć niebezpieczeństwo, jeżeli wejdzie na nasz teren - powoli powiedział olbrzym, chcąc nie chcąc w sposób uwypuklający archaiczny, twardy reikspiel pograniczników. - Dobrej nocy panowie - łowczy odszedł.

Większą część wieczoru Iwan postanowił poświęcić na bałamucenie tutejszych kobiet. Ot, prowadził z nimi zwyczajną rozmowę, często zabawiając je opowieściami o swych mężnych czyna. Dokładnie lustrował wzrokiem każdą kobietę, oceniając, która z nich wpasowuje się w jego standardy. W obecnej sytuacji nie był wybredny, wioska nie posiadała ni to karczmy, ni to burdelu, dlatego musiał nieco zaniżyć swe oczekiwania. A gdy już znalazł daną grupę “wybranek”, szybko starał się zorientować, która z nich ma męża, a która nie. Wolał nie wywoływać żadnego skandalu, skoro za ich głowami posłano listy gończe.

Młode dziewczyny, które siłą rzeczy mało w życiu widziały, posyłały Iwanowi ciekawskie, a nieraz i pożądliwe spojrzenia, lecz na tym się kończyło - utrzymywały dystans konieczny, by nie stać się obiektem ostracyzmu niewielkiej społeczności, która była całym ich światem. A może to sam śmiałek już nie wyglądał jak zalotny młodzieniec, tylko groźny i nieobliczalny żołdak?

- Hmm… - Iwan zamyślił się w pewnej chwili, gładząc delikatnie wciąż świeże ran na twarzy. Wiedział, że najprawdopodobniej pozostaną po nich blizny, mające oszpecić go na wieki. - A może w tamtych dwóch wioskach, co to jutro ktoś się do nich wybiera, znalazłby się jakiś medyk, czy zielarz?

- Panie, nie mam pojęcia, gdzie mógłbyś znaleźć taką osobę. Możesz gdzieś na północy, bliżej Riesenburga… - powiedziała jedna z kobiet.

Wolfgang był niezwykle wdzięczny wieśniakom za gościnę. Choć być może jednak nie wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, mieszkańcom przyjdzie zapewne słono za nią zapłacić. Muszą zatem coś zrobić.

- Niezależnie, czy to zwierzoludzie, czy całkiem ludzcy z wyglądu bandyci, przyda wam się parę lekcji jak machać bronią i walczyć zespołowo. Skoro i tak nie mogę się stąd ruszyć i zdać na coś łowcom, to mogę was podszkolić. Każdy mąż, co ma w ręku siłę, powinien wiedzieć jak walczyć, zwłaszcza na tych terenach.

- Mało jeszcze młodzieńcze widziałeś - zaczął Nimptsch. - Rozlew krwi, przemoc i dzikość jest naturalną częścią znanego nam życia. Nieraz musieliśmy zbierać się i walczyć. Na takiej ziemi czyha wiele pułapek i niebezpieczeństw. Tylko ten, kto jest czujny na dźwięki i znaki, może żywić nadzieję na przeżycie na pograniczu.

Po chwili zadumy spojrzał jeszcze raz na Wolfganga i, uśmiechnąwszy się, powiedział:

- Tak czy inaczej, dziękuję. Być może nadejdzie dzień, kiedy będziemy potrzebowali przyjaciół, którzy chwycą za tarcze razem z nami.

Czarodziej uprzejmie pożegnał się zarówno z łowczym, który odszedł jak i starszym, którego zostawił swoim rozmyślaniom, by udać się bardziej w centrum wydarzeń.

- Proszę o chwilę uwagi! - rzucił donośnym głosem - Rad jestem, że mogliśmy uratować młodego Burkharda i wdzięczny za okazaną wdzięczność - po połowie butelki powtórzenie mu zbytnio nie przeszkadzało. - Jednak nie zrobiliśmy tego sami, kilku z nas poległo nim tu dotarliśmy.

- Toast ku pamięci poległych! - pociągnął łyk z butelki - Za Mathiasa Reissa, Hakriego i Moritza z Vogendorfu, niech znajdą spokój w ogrodach Morra!

- Zdrowia! - ryknął znienacka podchmielony Thurin. - Zaśpiewajmy! - ryknął i jął śpiewąc bełkotliwie, dozwoliwszy pijackim dźwiękom wzbijać się ku powale. - Był sobie niedźwiedź, wierz, jeśli chcesz! Czarno-brązowy, kudłaty zwierz!

 
__________________
[B]Prowadzę:[/B]
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)
[B]Gram:[/B]
- [Stars Without Number] WARHAMMER 29K (kampania przez Roll20)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 28-02-2015 o 12:11.
Clutterbane jest offline  
Stary 28-02-2015, 11:54   #112
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
13 Kaldezeita 2514 KI, wieczór

wioska Nonnweiler

- Erillan wrócił! - krzyknął Roran, a jego słowa potwierdziło poruszenie, jakie zapanowało w Nonnweiler.

rankiem tego samego dnia

Szary świt zakradał się już na równinę. Erillan otworzył oczy w chłodnej jasności poranka. Powieki jeszcze ciążyły, a ciało domagało się snu, lecz nie mógł narzekać. Pogranicze nigdy nie było spokojną krainą; od zarania dziejów jego mieszkańcy znajdowali się w stanie ciągłego pogotowia, zagrożenia i trudów.

Przy położonej wyżej chacie zaczął szczekać pies - jakiś mężczyzna wrzasnął ze złością i zwierzę zamilkło. To Sidortschuk - ponury olbrzym - czekał już na elfa. Nadeszła pora by ruszyć w drogę.

- Zawsze gdy nasze życie było zagrożone, wykorzystywaliśmy znajomość własnego kraju, w walce uciekając się do sposobów banitów z Odłogów, którzy stosują gwałtowne napaści i szybkie odwroty, zanim zagrozi im utrata wielu ludzi. To nasza jedyna przewaga - opowiadał, a na jego twarzy malował się odległy grymas wspomnienia.

Minęli ogrodzone pola i chaty rolników. Szeroki pas łąk zlewał się z ciągnącym na południe lasem. Dotarli do krętej ścieżki, jednej z wielu maleńkich żyłek wyrzeźbionych w szmaragdowej bryle kniei.

Pożarli już prawie dwie imperialne mile drogi i byli blisko pól Fensterbach. Przez cały czas przepatrywacz miał wrażenie, że coś ich obserwuje, coś zimnego i nieustępliwego, co z pewnością nie darzyło ich sympatią. Nerwowe napięcie graniczące ze strachem było niemal namacalnie. Liście szeleściły niczym żywe stworzenia, poruszane wiejącym z północy zimnym wiatrem. Sidortschuk, idący z przodu, mruczał do siebie pod nosem, bardziej przeszkadzając niż pomagając trzymającemu się daleko z tyłu Asrai, który bezgłośnie stawiał kroki. Stary żołnierz nie podzielał niepokoju leśnego elfa. Taki wojak jak on musiał mieć z dobre sto wypraw na karku i niestraszne mu było zalesione odludzie.

Mimo że był spięty bardziej, niż tropiący ofiarę drapieżnik, nic nie ostrzegło Erillana i jego wilka, gdy na Sidortschuka czekała śmierć w zasadzce. Chłop szedł nieświadomy niby owca na rzeź, gdy dostał znikąd silny cios drzewcem włóczni w tył głowy i runął na drzewo, nieomal tracąc przytomność.

Nikt nie poruszał się równie cicho jak zwierzoludzie, dzieci lasu, spłodzone w bezbrzeżnych, czarnych jak atrament kniejach. Dwa na wpół bestialskie stworzenia, które mogły być demonami lub bogami, wynurzyły się zza pni, niby przyczajone mordercze cienie. Obydwa wyglądały jak groteskowe hybrydy człowieka i byka, lecz ich potworna koszmarność nie kończyła się na kazirodczej krzyżówce, mającej źródło w czasach, kiedy bestie i ludzie porozumiewali się wspólnym językiem. Leśny diabeł, który boleśnie zdzielił Sidortschuka, w drugiej ręce trzymał własną głowę, zwisającą na długiej, wiotkiej szyi, a pysk drugiego monstrum był rodem z szaleńczych koszmarów - w rogatej głowie byka tkwiła para żabich ślepi.

Wargi gorów rozchyliły się niczym u krwiożerczych bestii, obnażając pożółkłe kły, a z pysków ciekła piana… Zaskoczyły człowieka, choć nie dostrzegły elfa. Obie strony odniosły połowiczny sukces swoich planów.

- Nie zbliżaj się - rzucił ostrzegawczo Sidortschuk. Jego głos załamał się, jak głos chłopca. Dłonie żołnierza drżały, może pod ciężarem oręża, a może z zimna, mimo że przewyższał każdą z bestii o głowę.

Zwierzoczłek wysunął rękę, w której znajdowała się wieńcząca długą szyję głowa, jak człowiek szczujący psem, a pysk parsknął ze wściekłości. Żabiooki zaczął się zbliżać. Wynaturzenia warczały między sobą w swym prymitywnym języku, a bestialskie rysy odzwierciedlały upiorne podniecenie.

- A zatem śmierć! - krzyknął wojak, unosząc miecz nad głowę.

Wściekle poprowadzona włócznia wbiła się w ciało z krwi i kości, zabijając mężczyznę, zanim zdążył odsunąć się od drzewa i wymierzyć cios. Dławiąc się krwią, wydał ostatnie tchnienie. Twarz zastygła w grymasie niedowierzania i zaskoczenia.

Erillanowi wydawało się, że bezgłowy stoi bezczynnie i syci się widokiem martwego ciała, jednak powód owej bierności był bardziej trywialny - grot włóczni utkwił na dobre w trupie i pniu. Korzystając z okazji, która nie mogła się powtórzyć, Asrai napiął cięciwę i posłał podobną błyskawicy strzałę. Monstrum zachwiało się ze zduszonym krzykiem, gdy stal rozerwała jego włochate muskularne ramię. Ślepia posłały elfowi płonące nienawistne spojrzenie. Stwór w desperacji podwoił wysiłki, jednak nadal nadaremno.

Zasłaniając się nabitą kolcami tarczą, żabiooki runął niczym szarżujący byk, z toporem nastawionym do śmiercionośnego ciosu. Jednak nie spodziewał się, że przepatrywacz zamiast stając dzielnie do walki, rzuci na niego sieć. Bestialska trawestacja ludzkiego ciała, krwawiąc z połowy tuzina ran, wiła się pod okrutnym dotykiem rozrywających haczyków jak schwytane zwierzę. Las wypełnił się budzącym lęk zawodzeniem, wyrażającym ból i oszołomienie. Asrai śmiał się z potwora, a jego śmiech najeżony był groźbą, która doprowadzała gora do szału. Elf wiedział, że zdesperowany zwierzoczłek będzie groźnym przeciwnikiem, gdyż zmącony zdumieniem i gniewem prymitywny umysł będzie wkładał w każdy cios potwora całą swoją furię, gdy tylko odzyska swobodę ruchów.

Długoszyjny, widząc bezcelowość swych wysiłków, upuścił głowę na trawiaste podłoże i - siarczyście przekląwszy w mrocznej mowie - chwycił włócznię oburącz, jednak złośliwość rzeczy martwych nie dawała łatwo za wygraną.

Erillian tylko się uśmiechnął. Powstrzymał wilka krótkim:

- Czekaj głupi.

Sam zamiast rzucać się do walki podniósł z ziemi łuk. Dopiero z bliska elf zobaczył oczy zwierzoczłeka - niebieskie, lecz niebieskie taką głębią, jakiej nie znajdzie się w oczach ludzkiej istoty. Ich błękit płonął niczym lód. Szalone ślepia obserwowały drzewiec łuku, lotkę strzały ujętą w smukłych palcach Asrai, napinaną cięciwę… Bestia poczuła ostatni przypływ wściekłości. Rozległ się wysoki odgłos podobny do przepełnionego bólem krzyku zwierzęcia.

Usłyszawszy skowyt i wydobywszy włócznię z pnia drzewa, długoszyjny zaczął uciekać w stronę skraju lasu. Ryczał ile miał siły w płucach, a w krzyku nie pobrzmiewała wyłącznie panika - krył się w nim jeszcze jakiś obrzydliwy, podstępny syk.

Erillan posłał jeszcze bez entuzjazmu strzałę w kierunku uciekającego. Spokojnie wycelował, lecz nie liczył na duży efekt, i słusznie. To cholerstwo miało kompanów. Zwiadowca o tym wiedział. Nie byli zapewne bardzo blisko, lecz wystarczająco, by dłuższa pogoń narobiła mu problemów.

Odzyskał sieć w kilku szybkich, oszczędnych ruchach. W jednym miejscu, gdzie utknęły haczyki, szybko poradził sobie odcinając je z kawałkiem ciała. Odciął również głowę. Luźno zwisała w siatce. Zawinął ją tylko w kawałki jakichś szmat.

Podbiegł do ludzkiego towarzysza i upewnił się o jego losie. “Twoja śmierć nie pójdzie na marne”, pomyślał. Krótka komenda gwizdka nakazywała Szarpaczowi być czujnym. Gdyby coś wyczuł lub usłyszał, da znać swojemu panu. Elf szybko zabrał strzały od człowieka i poświęcił krótki moment na sprawdzenie, co ten miał przy sobie.

Śmiałek ruszył dalej. Nie wiedział, czy podejmując tą decyzję i poświęcając własne życie, toczy przegrany bój. Gdzieś w pobliżu grasowała cała banda zwierzoludzi, jednak Erillan nie chciał zawieść pokładanych w nim nadziei, nie chciał zawieść w misji - przepełniłaby go wtedy pogarda dla samego siebie. Westchnął ciężko. Silne członki i bystre oczy miały dzisiejszego dnia zostać wystawione na ciężką próbę. Zerwał się do biegu, narzucając sobie maksymalne tempo, jakie mógł utrzymać, pozostając równocześnie ostrożnym. Starał się mylić ewentualną pogoń, zostawiając fałszywe ślady, gdzie tylko mógł.

Niektóre z domów Fensterbach znajdowały się w stanie kompletnej ruiny, za to inne, mimo że opuszczone, nadal wyglądały na przytulne. Cała wioska była cicha – była to dziwna cisza, jakby ponure wyczekiwanie. Tu i tam ziały niedopalone szczątki dobytku i walały się popioły. Erillan przemierzał wypalone obszary, które niegdyś były żyznymi polami.

Bieg powoli stawał się torturą. Nagle zmrużone oczy Asrai błysnęły złowrogo. Wyprawa okazała się o wiele bardziej niebezpieczna, niż należało się tego spodziewać. Zwierzoludzie pochwycili jego trop i w zastraszającym tempie zmniejszały dystans. Tym razem było ich pięć i bez wyjątku były to groteskowe sylwetki. Obok długoszyjnego pojawił się pięcioręki, uzbrojony w adekwatną ilość ciężkich noży, który mógł uchodzić za jedno z mitycznych bóstw o zwierzęcych głowach, którym ciągle jeszcze oddawano cześć w dalekich wschodnich krainach. Daleko za nimi nadbiegali pozostali. Na widok ponad trzymetrowego olbrzyma Erillan zamarł jak posąg z bazaltu. Po plecach pełgał zimny dreszcz. Błyszczące oczka wynaturzeń emanowały nieludzkim, zatrważającym okrucieństwem.

Lecz w szerokich, ciemnych cudownych oczach elfa nie było strachu. Na widok opuszczonej chaty rybaka i przycumowanego stateczku odzyskał pewność siebie.

- Jam syn surowej ziemi, chowany pod dachem nieba – rzekł do siebie, posyłając jedną strzałę za drugą.

Długoszyjny, z drzewcem drżącym w klatce piersiowej, począł chwytać powietrze jak ktoś, kto wpadł do lodowatej wody. Wił się w konwulsjach, gdy trafiony strzałą pięcioręki bluznął czarną krwią i opuścił wszystkie ramiona, jak gdyby stracił panowanie nad kończynami. Zaskoczony własną niemocą parskał ze wściekłości, jednak zrezygnował z dalszego udziału w polowaniu.

Nie tracąc cennych chwil, elf wraz z wilkiem zerwał się jak strzała ku porzuconej łodzi rybackiej. Drżącymi dłońmi odcumował statek i odepchnął się długim drągiem od pomostu. Mimo żelaznych nerwów, łucznik był bliski wybuchu. Istoty o zepsutych duszach i chorych umysłach, pałające nienawiścią do wszystkiego, czego nie zdołały jeszcze zrujnować, nacierały dalej, mimo deszczu śmierci. Asrai patrzył w ich ślepia, próbując doszukać się w nich przebłysków inteligencji i choć w najmniejszym stopniu pojąć intencje zadziwiających stworów, lecz było to niemożliwe.

Usłyszał dziki ryk molocha. Pysk potwora zwrócił w jego stronę rubinowe oczy. Posłany długim łukiem deszcz strzał spadł na monstrum. Bestia solidnie krwawiła z ran na szyi, ramionach i nogach, z żył nabrzmiałych szaleństwem. Szaleńczy pęd zdawał się nie słabnąć, aż w pewnym momencie zgasł jak zdmuchnięta świeczka.

I wtedy Ranald zakopał się pod ziemię.

Przepatrywacz nie miał czasu dochodzić, czy uśmiercił kolosa. Żądne krwi demony zbliżały się, aby dopełnić masakry. Dobiegnąwszy do brzegu, rzuciły z rozpędu włócznie. Jeden grot rozdarł ramię elfa. Nie zdążywszy się uchylić, ze straszliwym wrzaskiem zachwiał się i wygiął, gdy drugi oszczep przeszedł na wylot przez jego udo, przygważdżając go do pokładu łodzi. Z rany, której ślad miał nosić aż do śmierci, obficie popłynęła krew. Pot z jego czoła i purpura parowała w blasku słońca.

Posępny Erillan stał jak zbroczona krwią opoka. Chwiał się na nogach. Wiedział, że nie wytrzyma tak długo. Jeszcze próbował szpikować strzałami płynących ku łodzi okrutników. Woda jeziora czerwieniła się, jednak oni dalej sunęli by zarąbać samotnego wojownika. Ranny próbował zyskać na czasie, rzucając na jednego z nich sieć. Gdy upojeni nadchodzącym triumfem wdrapali się na pokład, wilk skoczył ku nim, mocując się w tańcu śmierci. Elf podniósł głos do opętańczego krzyku, gdy ostatnia niefortunna strzała zraniła jego ukochanego towarzysza…

Nie mogąc znieść myśli o tym, że zostanie zaszlachtowany jak owca w rzeźni, stracił przytomność.

Jednak los mu sprzyjał i oto żył, choć nie był pewien, czy śmierć nie byłaby lepsza niż mizeria i bezlitosne tortury. Przywiązany do masztu, był bity i kaleczony przez obłąkane, egoistyczne, perwersyjne kreatury. Odzyskiwał i tracił przytomność, a każda kolejna chwila stawała się bardziej nieznośna od poprzedniej. Przypomniał sobie wszystkie dawne opowieści o okrucieństwie zwierzoludzi, że aż go zemdliło. Słyszał głosy, słyszał wycia, słyszał echa. Jego ciało stało się płótnem dla bezbożnych znaków, rytych nożami przez diabelskie pomioty. Bezrozumne zawodzenie demonów sprawiało, że nękały go najszkaradniejsze sny i chwile ekstatycznej trwogi...

Zaprawdę to dziwne, że uszedł z życiem i o zdrowych zmysłach. Sądząc po truchle jednego ze zwierzoludzi, musiało między nimi dojść do kłótni. Lecz czemu ten, który wygrał pojedynek, zostawił Erillana samego sobie? Czy los elfa miał być ostrzeżeniem? Czy jego ciało miało stać się pustym naczyniem nawiedzanym przez podziemne demony z zapomnianych wieków? Umysł Asrai ciemniał, kiedy usiłował to pojąć.

Udało mu się oswobodzić. Półnagi, poturbowany i posiniaczony, z połamanym łukiem i strzałami, pozbawiony jakiegokolwiek ekwipunku i najdroższego zwierzęcego przyjaciela, przypomniał sobie, co powiedział martwemu Sidortschukowi:

"Twoja śmierć nie pójdzie na marne."

- Kto idzie! - wezwał elfa szorstki głos. - Zostań na miejscu, dopóki cię nie rozpoznamy! O, patrzcie: nareszcie coś, co nie ma kopyt i rogów!

- Jestem elf Erillan ruszyłem do was z ostrzeżeniem z wioski Nonnweiler, wraz z Sidortschukiem. Po drodze dopadli nas zwierzoludzie, jestem ciężko ranny, pomóżcie - uniósł w górę ręce w geście czystych zamiarów i ani drgnął.

Zdeterminowani łucznicy chwilę się zastanawiali. - Frank, uchyl bramę - wydał rozkaz jeden z nich. - Idź powoli i z widocznymi rękoma!

Elf ruszył powoli jak na siebie nawet bardzo powoli, wszak nie był w najlepszym stanie. Z radością przekroczył bramę osady...

13 Kaldezeita 2514 KI, wieczór

wioska Nonnweiler

- Traktowali mnie jak zły omen, jakbym miał sprowadzić na nich rychłe nieszczęście - opowiadał towarzyszom Erillan. - Jeden z nich nieomal rzucił się na mnie z pięściami z tego powodu! Jednak zapewnili mi wszelką opiekę, jakiej potrzebowałem, a także odzienie i broń, bym bezpiecznie dotarł z powrotem do Nonnweiler, ale nadal mam nieodparte wrażenie, że robili wszystko to tylko dlatego, by się mnie jak najszybciej pozbyć - powiedział z nieskrywaną goryczą. - Jeśli o zwierzoludziach mowa, ludzie z Heisterbach o nich wiedzą, chociaż jeszcze nie byli obiektem ataku. Nikt nie wychodzi poza palisadę. Wolą póki co obserwować, co się dzieje, choć jak zagrożenie będzie duże, to pewnie pomogą - elf przypomniał sobie Güntera Thönnessena, piwowara z długimi zatłuszczonymi wąsiskami i rozbieganymi oczkami, który nie wzbudzał najmniejszego zaufania. - Banda tchórzy...

 
__________________
[B]Prowadzę:[/B]
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)
[B]Gram:[/B]
- [Stars Without Number] WARHAMMER 29K (kampania przez Roll20)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 28-02-2015 o 12:09.
Clutterbane jest offline  
Stary 04-03-2015, 00:47   #113
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
13 Kaldezeita 2514 KI, wieczór

wioska Nonnweiler

Zmęczony, gorączkujący Felix choć z coraz większym trudem trzymał się na nogach starał się słuchać, rozumieć i analizować.

- Potrafisz ocenić ilu ich jest? Gdzie obozują i czy na stałe?

- Nie. Mają dość dobrze rozstawione czujki. Więc pewnie są dość liczni. Choć po moim wypadzie na pewno jest ich o dwóch mniej. Trzeci albo nie żyje albo jest kaleką.

- Jeżeli nie są w stanie zdobyć wioski to odejdą lub będą czekać na wsparcie. Należy zawiadomić sąsiadów i wystawić czujki. Dwie, na drodze do nas i Eutzsch. W składzie trzech konnych z zadaniem obserwacji za dnia, bezwzględnego unikania walki i informowania o ruchach nieprzyjaciela. W nocy nie da rady wystawić czujek bo w nocy jesteśmy ślepi, więc warta na palisadzie to wszystko co można zrobić. Powinniśmy mieć jeszcze wyznaczonych gońców i wszyscy powinni być gotowi by w godzinę zebrać się z bronią i ruszyć na odsiecz sąsiadom. Jeżeli zbiorą się i zaatakują to bez pomocy ani my ani Eutzsch pewnie nie odeprze ich.

- Musimy rozstawić pułapki przed palisadą. Wilcze doły dobrze zamaskowane czy co tam jeszcze damy radę wymyślić. Musimy ich wykrwawić już na etapie podejścia. Przydałaby się również zabezpieczenia już za palisadą. Gdyby ją sforsowali.

- I rów z wodą wykopać wokół palisady - dodał Clausen.

-Dobry pomysł, co tylko się da co tylko się da - ocenił elf.

- Jeżeli się da ustanowić komunikację przez jezioro z Elsnigk to wiele nam to da. O ile w razie Heisterbach w razie ataku jest same o tyle mają bardzo dobre miejsce do obserwacji, czy więcej band się schodzi - z pamięci przytoczył założenia przedstawiane w imperialnym podręczniku taktyki w zakresie zabezpieczenia pozycji.

- Straciliśmy dzisiaj męża, który mógł nam wiele pomóc - zaczął staruszek Nimptsch. - Sidortschuk jako żołnierz był zręczny nie tylko w pośledniejszych ćwiczeniach, których można wyuczyć każdego chłopca o silnych członkach i bystrych oczach, ale i we wszystkim, co wymagało zmyślnych sposobów i co wiązało się z rozkazywaniem większym lub mniejszym grupom ludzi... Bez niego jesteśmy jak bez dowódcy - powiedział ponurym głosem. - Co to był za człowiek. Żałujcie, że nie znaliście go lepiej. Wciąż zgłębiał wiedzę bitewną i czasami nocą widywałem go nachylonego nad kawałkiem wygłazonej kory, cierpliwie i z trudem spisującego nieforemnym pismem przypadki łamania oblężeń, prowadzenia natarcia i tym podobne. W swoim życiu widział o wiele więcej niż większość mieszkańców tej doliny.. Będziemy go wspominać z wdzięcznością, a jego żonie i dwóm osieroconym synom zapewnimy należyte wsparcie.

- Heinz-Werner, syn Sidortschuka, dzisiaj powiadomił Eutzsch i Elsnigk - oznajmił Clausen. - Chociaż nie ma co ukrywać, po Heisterbach to my jesteśmy najłatwiejszym celem dla ataków ze strony Fensterbach. Ten przeklęty las…

- Nie postąpiłbym tak na ich miejscu - odpowiedział Felix przypominając sobie ułożenie terenu- Sprytnie siedzą w okolicy Fensterbach i blokują nam komunikację i możliwość współdziałania z Heisterbach. O wiele korzystniejsze byłoby dla nich zdobycie Eutzsch. Wtedy jakikolwiek zorganizowany opór z naszej strony nie będzie miał szans i sensu. Ale dajmy się wypowiedzieć zwiadowcy. Bez niego możemy tylko myśleć o obronie a tym się nie wygrywa.

- Eutzsch może otrzymać wsparcie od Nonnweiler i Elsnigk w razie napaści. My moglibyśmy się poczuć bezpiecznie, gdyby pomoc Heisterbach była pewna... A tak to myszy siedzą cicho pod miotłą. Coś mi się tutaj nie podoba - przyznał Pit.

-Mi też!- zapewnił elf. - Wszelkie strategie zakładajcie jakby ich nie było. Coś jest z nimi nie wporządku. I to nie jedyna niepokojąca wieść. Na terenach Fensterbach widziałem trochę śladów kopyt. Krążyły tu i tam jakby robiły zwiad, była też wysuszona baryłka po piwie. To raczej ślady po ludziach. Dziwne o tyle, że za blisko zwierzoludzi. Chyba że obie grupy współpracują.

- Czy mieszkańcy Heisterbach od zawsze są tacy nieufni i przesądni? - zapytał podejrzliwie Iwan. - Z opowieści naszego towarzysza wynika, że woleliby by nikt nie zakłócał ich spokoju. Skoro od jakiegoś czasu wiedzieli o zwierzoludziach, to dlaczego pierwsi nie przysłali jakiegoś gońca, który by was ostrzegł?

- Pewnie gdy zauważyli zwierzoludzi, odwaga uszła z nich jak woda - rzekł Nimptsch. - Wasz towarzysz wspomniał, że nie ruszają się poza palisadę. Jeśli mają dostatecznie dużo zapasów, mogą w ten sposób spędzić całą zimę i nic na to nie poradzimy.

- Tak się zastanawiałem… - Bramin zaczął ostrożnie. - Powszechny jest w tych okolicach kult Taala?

- Cichaj. - Thurin syknął na towarzysza. - Rozumiem, o co idzie ci… ale takie pytania napytać nam mogą biedy. Zresztą… teraz rzekłeś już.

- Dziwnym by było, gdybyśmy go nie czcili, mieszkamy przecież w pobliżu wielkiego Steigerwaldu... Wybaczcie, ale nie rozumiem intencji waszego pytania, panie - powiedział Nimptsch.

- Ja też nie. - mruknął Thurinsson, z właściwą dla siebie delikatnością.

Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Iwana, jakby wyczekując wyjaśnienia.

“Zaczyna się”, pomyślał Thurin i pokręcił włochatą głową.

- Iwan, drodzy moi - rzekł krasnolud. - po prostu lubi wiedzieć wszystek o otoczeniu swym. Ja też, ale on gadatliwy bardziej, sami rozumiecie.

- To naprawdę nic wielkiego - zwrócił się do Thurina i mieszkańców. - Nie zwykłem zawierzać plotkom, jednak gdy podróżowaliśmy z karawaną, jeden ze strażników napominał coś o wiosce w okolicy, w której pod przykrywką tego kultu czczeni są zapomniani bogowie i duchy natury. Przypomniałem sobie o tym gdy wspomnieliście o znalezionej ludzkiej czaszcze z tym wyrżniętym napisem. Prawdopodobnie to zwykły zbieg okoliczności, ale wolałbym się upewnić, czy nie słyszeliście o żadnych dziwnych zwyczajach tamtejszych mieszkańców.

- Tak długo jak to nie jest Myrmida, pani taktyki, kto kogo wyznaje jest drugoplanowe- wciął się Felix - Liczenie na pomoc z Heisterbach to pobożne życzenie. Nawet gdyby chcieli ruszyć na odsiecz nie wiemy czy możemy skutecznie o tą pomoc prosić. Dlatego na miejscu wroga zająłbym wpierw centralne Eutzsch i uderzył w naszą możliwość komunikacji i organizacji. Niby mogą dostać wsparcie od nas tutaj i z Elsnigk, ale tylko jeżeli o nią poproszą. Zaryzykowałbym nocny szturm z odcięciem drogi ucieczki a potem spokojnie wybił pozostałe trzy wsie. Ryzykowne, ale wykonalne i w jedną noc zyskuje się kontrole nad całą okolicą. W nocy nie możemy wystawić czujek, ale możemy choć to ryzykowne wysłać kilku ludzi na wschód od wioski by przenocowali i w razie ataku niezauważenie udali się po pomoc.

- Możemy wystawiać czujki. Ja się nadaję, inni przedstawiciele starych ras również.- zasugerował elf.

- Dobrze mówisz, Felixie. Każdy odpowiada za własną duszę... - westchnął staruszek.

- Wysyłać ludzi w pole? Przecież to samobójstwo - wtrącił się Clausen.

- Ryzykowne. - odpowiedział czarodziej. - Nawet bardzo. Jednak ktoś kto zna teren i wie jak się ukryć byłby wstanie tego dokonać i przeżyć pewnie bez większych kłopotów. Sam bym tego nie zrobił bo nie potrafię. Tylko nie mam lepszego pomysłu, jak zawiadomić naszych przyjaciół jeżeli napadną nam na wszystkie bramy na raz.

- Zwierzoludzie mają wyczulone zmysły do granic absurdu. - rzekł elf. Nie udało mi się ani ukryć ani nawet uciec choć jestem szybszy od przeciętego człowieka. Zwęszą każdego, jeśli się wystarczająco zbliżą.

- Jak dla mnie - rzekł Thurin - lepiej pozostać tu, w Nonnweiler. Ale jeśli ktoś, na ochotnika, zaznaczam, chcę iść… to jego sprawa, czyż nie?

- Ukryć się to słowo klucz - ciągnął Clausen. - Chyba nikt nie zamierza się pod tym względem ścigać z tymi leśnymi diabłami... Dostaliście, dostaliśmy już jedną nauczkę pod tym względem.

- W razie czego przywieźliśmy ze sobą spory arsenał - powiedział Iwan. - Na wypadek ataku będziemy więc mogli użyczyć go wam. Jednakże teraz proponowałbym go gdzieś ukryć. Nie wiadomo czy nie pałęta się po okolicy więcej jednostek najemników na usługach księstwa, a taka ilość uzbrojenia mogłaby zostać przez nich niezbyt pozytywnie odebrana.

- Pokaż mi go potem przyjacielu, lepiej wiedzieć co ma się pod ręką.

- Jak już mówimy o rzeczach pod ręką… - Thurin pierdnął. - Jak stoimy z zapasami?

- Jesteśmy przygotowani na śnieg, ale to chyba nie najgorsze, co czeka nas tej zimy...

- Nadchodzi zima… - krasnolud zamyślił się. - Tak, czy siak, powinniśmy przejrzeć zapasy. I zapewne zmiejszyć racje. Lepiej nie najeść się do syta, niźli później głodować. My krasnoludy, radzimy sobie na chlebie z kamiennej mąki i dobrym piwie, ale tu nie ma, bez urazy, dobrego piwa. To krasnoludzkie, przygotowane na oblężenia, jest gęste tak bardzo, że można je kroić nożem… hm… tak, czy siak, trzeba przejrzeć zapasy.

- Dobre piwo to ma Thönnessen z Heisterbach. Jak chcesz, to możesz się przejść - zażartował któryś z Nonnweilerczyków.

- Wracając jeszcze do planowania naszego przeżycia, - wtrącił Felix trzymając się za brzuch i zastanawiając się ile tego życia mu zostało jeżeli jutro będzie równie owocne co dziś - elf i krasnoludy nie mogą ryzykować. Każdy człowiek jest do zastąpienia innym, oni widzą w ciemności. Nikt inny nie. Przez to są zbyt cenni by ryzykować ich życiem. Jest ich akurat trzech na trzy warty od zmierzchu do świtu. Nie wiem czy coś więcej na dziś wymyślimy. Z pewnością trzeba spotkać się z starszymi innych wiosek i dowiedzieć się jakimi siłami dysponujemy i w co uzbrojonymi.

- Nie jestem jakimś porcelanowym dzbankiem, by się ze mną tak delikatnie obchodzić. - Thurin poklepał się płaską dłonią po brzuchu. - A co do Heisterbach, powiem tyle, że jeśli masz tyle energii, by żartować sobie ze mnie, to lepiej sam tam pobiegnij. Bo ja bardzo nie lubię, jak się ze mnie żartuje… żartownisiów zwykłem wybebeszać.

 
__________________
[B]Prowadzę:[/B]
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)
[B]Gram:[/B]
- [Stars Without Number] WARHAMMER 29K (kampania przez Roll20)
Clutterbane jest offline  
Stary 15-03-2015, 20:14   #114
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
17 Kaldezeita

Po trudnej batalii z ropiejącą raną i magią leczniczą Felix znów był zdrowy. Niestety życie nie było zbyt miłe i musiał wypełnić obowiązek, który do tej pory odkładał.

- Panie Ivanie - zaczął mówić do towarzysza, który sam zaoferował, że mu będzie towarzyszył - jeżeli dalej chcesz iść ze mną do Ursuli to zapraszam.

Zatrzymał się przed drzwiami.

- Dobrze, naprawdę dobrze, że jesteś ze mną. To nie wyrok śmierci ani nic okropnego, ale ludzie boją się tego faktu. Wciąż pamiętam reakcję ojca, gdy się dowiedział, że jestem czarodziejem i że muszę jechać do Altdorfu. Zapewne pokrzyżowałem mu jakieś ważne plany związane ze mną, ożenkiem, nową ziemią i władzą. Mam wrażenie, że w pewien sposób tamtego dnia umarłem w jego oczach... No to zaczynajmy z dobrymi nowinami.

Wziął ostatni głęboki wdech i zdecydowanie zapukał do drzwi.

- Pani Ursulo!

Grzecznie zaczekał, aż im otworzy.

- Pozwoli pani, że wejdziemy. Mamy ważną sprawę dotyczącą pani syna do omówienia.

- Mam dobrą wiadomość, ale najpierw jeszcze raz się w pełni przedstawię. Felix von Welf imperialny czarodziej. Chciałem wyjaśnić, dlaczego znaleźliśmy pani syna wraz z elfami. Nie wiem, w jaki sposób do nich trafił, ale znam powód, dla którego elfia czarodziejka postanowiła się nim zaopiekować, zamiast zostawić w lesie samemu sobie.

- Pani syn jest jednym z dość rzadkich ludzi posiadających talent magiczny i to znacznych rozmiarów. Dlatego zamiast go zostawić, elfka prawdopodobnie chciała go przyuczyć. Pani syn musi - położył akcent na to słowo - musi nauczyć się kontrolować swoje zdolności. Inaczej grozi mu, jak i całej wiosce, niebezpieczeństwo. Z tego powodu zamierzamy pomóc mu się dostać do Riesenburga, gdzie rezyduje czarodziej, który mógłby go wziąć na termin. O ile nienauczony stanowi zagrożenie, o tyle praca zwykłego czarodzieja to dosyć egzotyczny, ale dobrze płatny i dość bezpieczny fach. Naprawdę chciałbym móc prosić panią o zgodę, ale w tej sytuacji dla dobra Burkharda to nie jest opcja, a konieczność. Choć z perspektywy lat mam pewność, że nie jest to wcale zła rzecz - dopowiedział, lekko uśmiechając się do dobrych wspomnień z czasu pobytu w akademii.

Ursula jako nieutulona w żalu wdowa nie wydawała się wylękła i znękana, tylko zhardziała i zgorzkniała. Na jej twarzy zastygł dziwny grymas, oczy zmętniały, a myśli odpłynęły w dal.

- Burkhard zawsze był w pewien sposób odmienny od reszty dzieci. Zawsze taki małomówny, nieśmiały i układny. Nonnweilerczycy żartowali sobie, że zostanie poetą. Jakim to chłopcem trzeba być, żeby być obiektem takich żartów? Właśnie... - uśmiechnęła się. - Poniekąd się cieszę, że ktoś zainteresował się jego bystrym umysłem. Jakie to życie czekałoby go tutaj? A do Riesenburga wcale nie jest tak daleko - westchnęła głośno. - O mnie nie musicie się martwić, otuchy dodają mi spotkania modlitewne wdów z okolicznych wiosek prowadzone przez Barbarę Markurth z Eutzsch - odważyła się spojrzeć na Iwana i Felixa, a w jej oczach nie było ani łez ani strachu.

Przysłuchujący się rozmowie Iwan usłyszał czyiś stłumiony jęk u progu drzwi. Ktoś musiał podsłuchiwać…

Jeżeli wieści o mocach Burkharda rozniosą się po wiosce, może zrobić się nieciekawie, pomyślał Iwan, który w tym samym czasie bez słowa wyjaśnienia skoczył do drzwi i otworzył je na oścież.

Za drzwiami stał Heiner, wyraźnie zaskoczony gwałtowną reakcją żołnierza.

- Do diabła, co z wami?! Człowieka chcecie na śmierć wystraszyć?!

- Przepraszam… - odparł Iwan, lecz jego głos był beznamiętny i oschły. – Po dwóch tygodniach w Steigerwaldzie nauczyłem się reagować w ten sposób na każdy podejrzany dźwięk… Pan zapewne ma jakąś sprawę do Pani Ursuli? – bardziej stwierdził niż zapytał.

- Tak, chciałem tylko to oddać - pokazał drewnianą zabawkę. Był to koń na kółkach. - Widać mały Burk musiał gdzieś zapodziać swego wierzchowca. Kim byłby rycerz bez rumaka? - uśmiechnął się.

- Dziękuję Heiner. To miłe z twojej strony - odpowiedziała Ursula i wzięła zabawkę.

- Nie ma za co. Pójdę już, nie będę wam przeszkadzać. Miłego dnia!

Bramin odprowadził Heinera wzrokiem, posyłając mu pusty i ewidentnie sztuczny uśmiech. Gdy ten wyszedł, Iwan poczekał chwilkę po czym wyjrzał za drzwi, upewniając się, czy aby na pewno pozostali sami. Po krótkiej chwili ponownie zamknął drzwi i westchnął.

- Mamy spodziewać się jakichś kłopotów, jeżeli Nonnwelierczycy dowiedzą się o zdolnościach Burkharda? - pytanie skierował do Ursuli.

- A może niczego nie słyszał? Heiner to dobry mąż... - powiedziała niepewnie. - Taka plotka zdążyłaby oblecieć księstwo, zanim wy zdążylibyście założyć buty.

- Ehh… Miejmy nadzieje, że jest z niego rzeczywiście dobry mąż… - powiedział Iwan, po czym rozejrzał się po pokoju, a następnie znów zwrócił się do Ursuli. - Czy ma pani tu może jakąś broń?

- Mam miecz po mężu, a czemu Herr pyta?

- Ach, to nic takiego - odparł nieco weselszym tonem, jednak w tym samym czasie rzucał spojrzenia w stronę drzwi. - Chyba po prostu w dalszym ciągu przemawia przeze mnie nieufność i swego rodzaju paranoja nabyta w Steigerwaldzie.

Obserwujący zajście czarodziej machnął ręką.

- I tak kiedyś będzie trzeba powiedzieć. Nawet jak ktoś się dowie, to krzywda się nie stanie. Z pomocy guślarki Karli korzystają, więc nawet jak się dowiedzą o malcu to najwyżej mu grozi wygnanie za palisadę. Co do żałoby to nie ma potrzeby. Nauka to nie wyrok, a szansa na dostatnie i nawet spokojne życie. Czarodziej, który nie jest szkolony wyłącznie do oddania życia za ojczyznę, to dobry fach. To człowiek wykształcony, co pismo sporządzi lub odczyta, trochę w prawie podpowie, może jeszcze pomoże z leczeniem czy eliksir przygotuje, a to wszystko nie biorąc pod uwagę użycia magii. Z tym możliwości są ogromne szczególnie, że Bukhard wydaje się być bardzo uzdolniony. Jeżeli tylko starczy mu wytrwałości, może osiągnąć wielkość. Gdyby nie moja wąska specjalizacja, sam bym się zabrał za uczenie go.

- Przekonał mnie pan, panie Felixie. Pozwalam wam zabrać mojego syna do Riesenburga. Mam nadzieję, że nie zapomni o mamie i będzie ją często odwiedzać... - uśmiechnęła się ciepło.

25 Kaldezeita 2514 KI

Nastał wieczór. Wolfgang Eisenhauer po skończonej musztrze wracał do swoich, gdy to, co nagle ujrzał, dosłownie zaparło mu dech w piersi. Ohydnie tłusty starzec nieudolnie przyczaił się z tyłu jednego z gospodarstw, aby pogrążyć się w potwornej uczcie. Z uniesionej do góry ręki zwisało trzymane za ogon kociątko, najwyraźniej nieświadome swego losu. Śmiałek jęknął tylko, bądź syknął, i zakrył oczy. Kotek został połknięty w jednym kawałku przez grubasa, który wcale nie przejmował się ani futrem zwierzęcia, ani tym, że było wciąż żywe, gdy je połykał. Na wargi dziada wypłynął uśmiech ulgi…

Wolfgang doskoczył rychło do grubasa, wyciągając miecz. Słyszał o zjadaniu kotów, czy psów, gdy głód przycisnął albo oblężenie było, ale żaden człowiek nie zeżarłby na surowo i w dodatku wciąż żyjącego zwierzęcia. Pobyt w Steigerwaldzie tak go wyczulił na punkcie różnych potworności, że tylko wysiłkiem woli udało mu się powstrzymać od ucięcia łba dziadowi. A wstrzymywało go tylko to, że głupio by się później czuł, gdyby miał się przed towarzyszami tłumaczyć, że mścił się za kociaka.

- Czym ty u licha jesteś, spaślaku!? - zapytał, mierząc sztychem w gardziel kotożercy.

- Mama! Szybko! Mama! - nieopodal rozległ się krzyk rozczochranej dziewczynki, gdy przyparte mieczem pulchne oblicze dziada rozciągnęło się w obwisłą, bladą maskę.

- Na bogów... - zapracowana wieśniaczka, która przybiegła, oderwawszy się od swych codziennych zajęć, nabrała głęboko powietrza, zrozumiawszy, co się stało. - Błagam, Herr nie robi mu krzywdy! Mój tato postradał zmysły... - objęła Wolfganga za kolana i prosiła nieskładnie o litość, zapewniając o niewinności i braku jakichkolwiek złych intencji dziada-kotożercy. - Drogi Albert... Na starość przypomina bezmózgie zwierzę, które słyszy i widzi, ale nic nie rozumie... - łkanie wstrząsało histerycznie drobnym ciałem. - Ciągle je, czasami nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co wkłada sobie do ust... On nie chciał zrobić nic złego, proszę mi uwierzyć...

Żądni sensacji Nonnweilerczycy zaczęli zbierać się jeden po drugim.

Landsknecht niepewnie spojrzał na dziada. Jemu ten spaślak kojarzył się bardziej z jakimś mutantem, czy demonem, ale często słyszał o różnych takich przypadkach, gdy na starość człowiekowi odbijało. Do tej pory jednak uważał takie zdarzenia raczej za karę boską, czy przypadek opętania piekielnego. Mógł się jednak mylić, a miejscowym najwidoczniej nie przeszkadzał. Czy naprawdę miałby się kłócić z wieśniakami, ryzykować, że ich wyrzucą i ogólnie pożreć się z nimi z powodu małego kota?

Schował miecz do pochwy i obrzucił niechętnym spojrzeniem Alberta. Następnie podniósł kobietę z klęczek i zwrócił się do niej:

- Jeśli tak sprawy wyglądają i nikt przez niego nie ucierpiał, to nie ma powodu do obaw, nie skrzywdzę go. Chociaż chciałbym, żeby go zobaczyli moi przyjaciele Felix i Thurin. Są uczeni, może coś zaradzą.

Nie minął kwadrans, nim na miejscu zjawił się Thurin.

- Zjadł kota? - Thurin się obruszył. - Do jasnej cholery! Szaleńców trzyma się w odosobnieniu, a nie, do kurwy nędzy, pozwala się im wałęsać po okolicach! Niemowlaka też by zeżarł! Głupia jesteś kobieto? Czy po prostu równie zidiociała jak ten twój tatko? No?

- Trzymamy go na strychu, ale przecież pracujemy, tak jak każdy. Nie możemy sobie pozwolić na to, aby ktoś pilnował go cały dzień i całą noc…

- Spokojnie - powiedział Wolf, choć przyznawał słuszność Thurinowi. - Zamówimy u kowala sztabę i zablokujemy drzwi, żeby nie mógł wyjść, gdy nie będzie cię w pobliżu, kobieto. Wtedy już chyba nie będzie sprawiał nikomu kłopotów. Ale żebym nie widział takiej sytuacji drugi raz, rozumiemy się?

- D-d-dobrze... - tylko tyle zdążyła wyjąkać kobieta. Jej krewni chwycili dziadka pod pachę i postarali się jak najszybciej zniknąć, aby słyszeć jak najmniej zabobonów, uszczypliwych komentarzy i drwin.

26 Kaldezeita 2514 KI

- Najmocniej przepraszam Herr, ale czy mogłabym zająć chwilkę? - spytała Iwana młoda kobieta, która obserwowała jego jazdę konną.

Na widok niewiasty Iwan rozpromienił się, a słowo „Herr” wywołało w nim istną euforię, z którą nie miał zamiaru się kryć. Najwidoczniej odporność na magię to nie jedyna z właściwości tajemniczej zbroi - potrafiła zwykłego najemnika przekształcić w oczach innych w szlachetnego rycerza. Wystarczyło nabrać jeszcze rycerskich manier i odziać pelerynę z herbem, by Iwan mógł w samym Riesenburgu uchodzić za szlachetnie urodzonego.

- Ależ oczywiście – rzekł, posyłając jej serdeczny uśmiech, po czym zaczął ostrożnie schodzić z konia. Dopiero niedawno jego rany zagoiły się na tyle, by mógł wznowić swój trening, a więc wolał nie zbłaźnić się przed damą, spadając z wierzchowca.

- Chciałam tylko zapytać... - zanim zdążyła to zrobić, Iwan już był zauroczony jej wyraźnymi rysami, pełnymi klasycznego piękna; świetlistymi oczami i włosami, które były kaskadą ciemnej piany. - Czy Herr albo jego towarzysze zamierzają pojechać konno do Riesenburga w najbliższym czasie? Mam sprawę, która nie cierpi zwłoki...

Po chwili dodała:

- Przepraszam najmocniej, nie przedstawiłam się. Viola Hahn.

Będąc pod wielkim wrażeniem jej urody, Iwan ukłonił się lekko i wyciągnął w jej stronę rękę. Następnie starając się w jak najlepszym stopniu odwzorować zwyczaje rycerskie, ucałował delikatnie grzbiet jej dłoni.

- Iwan Bramin - przedstawił się, po czym od razu przeszedł do rzeczy. - Jeżeli nie wynikną w tym czasie żadne komplikacje, to planujemy wyruszyć w ciągu tygodnia, może dwóch. Jeżeli ten czas Pani nie przeszkadza, to byłbym gotów zająć się tą sprawą.

- Nawet Herr nie wie, jak jestem wdzięczna! - nieomal krzyknęła rozpromieniona. - Termin mi jak najbardziej odpowiada. Chciałam zdążyć przed połową Ulriczeita i wygląda na to, że się uda. Każdy dzień się liczy…

- Mam nadzieje, że nie weźmie Pani za zuchwalstwo, jeśli ośmielę się zapytać, w jakiej sprawie chce Pani zawitać do Riesenburga?

- Bliska mi osoba trafiła do więzienia i zamierzam wpłacić za nią kaucję. Nie chciałabym, żeby obchodził swych urodzin za kratkami, Herr rozumie…

- Oczywiście. W takim razie, dzień lub dwa przed wyjazdem postaram się Panią poinformować.

- Jeszcze raz dziękuję z całego serca i do zobaczenia - rzekła dźwięcznym głosem.

31 Kaldezeita 2514 KI

- Dziwolągu, chodź no tu! - na słowo "dziwoląg" ręka Erillana drgnęła i strzała świsnęła obok tarczy ćwiczeniowej. Synowie Sidortschuka, Heinz-Werner i Christian, zmierzali w jego stronę, wyraźnie podchmieleni.

Wiedział, co się teraz stanie. Ludzie byli tacy… Przewidywalni. Będą go obrażać, wypytywać o zwiad, na końcu oskarżą o śmierć ojca. Nie bał się ich, ale ktoś zostanie ranny, a każdy był przecież potrzebny wiosce. Erillian instynktownie się rozejrzał, poszukiwał wzrokiem kompanów albo jakiejś trzeźwej grupki chłopów czy starszego wioski. I czym prędzej udał się w tamtą stronę.

- Chcecie gadać, to pogadamy tam. - krzyknął do pijanej młodzieży.

Thurin odwrócił się od grupki rzemieślników.

- Zaczekajcie moi drodzy - podszedł do elfa i gównażerii. - Co to ma znaczyć dzieciaczki? Za dużo piwka, do mleczka maminego przyzwyczajeni? No już, zająć się czymś pożytecznym, albo przynajmniej nie plątać się pod nogami. Mam drugi raz powtarzać?

Skrzyżował na muskularnej piersi przedramiona i spojrzał spode łba na młodzieńców.

Pijani w sztok młodzieńcy rzucili tylko kilka przekleństw przez zaciśnięte zęby i zrezygnowali z zaczepek. Ciekawe, na jak długo...

któregoś Kaldezeita 2514 KI

Któregoś z kolei dnia pobytu w Nonnweler, gdy jesienne słońce skryło się już dawno za drewnianą palisadą, a mieszkańcy z wolna udawali się do swych domostw, dzielna grupa awanturników zasiadła na miękkich stogach siana w stodole łaskawego Pita, by przedyskutować plany na przyszłość. Na części z nich wciąż widniały paskudne rany, jednak wszyscy wydawali się być we względnie dobrym nastroju. Bowiem w końcu nie musieli stawiać czoła dziczy, śpiąc z bronią pod ręką niepewni dnia następnego. Okryci kocami i stertami siana nie przejmowali się chłodem, a dach – mimo dziur – chronił ich przed deszczem. Nawet myszy wydawały się im na tyle przychylne, że nie podgryzały nikogo w nocy. Jednak czy taki stan rzeczy pozostać miał na dłużej? Zapewne narada, którą mieli właśnie odbyć, określi ich dalsze losy.

Pierwszy postanowił odezwać się Iwan, opierający się dotychczas wygodnie o ścianę stodoły w jej ciemnym kącie, gdzie pierwszej nocy uścielał swe gniazdo.

- Chyba odkładaliśmy tę rozmowę już zbyt długo Panowie, co? Wszystko ładnie, pięknie się układa, ale co dalej? Jak wyzdrowiejemy pędzimy do Riesenburga? Po tak długim czasie wszyscy pewnie zapomną o liście gończym, zwłaszcza, że nie mieli nawet naszego szczegółowego opisu.

Thurin oderwał się od czytanej księgi medycznej. Przetarł wierzchem dłoni zmęczone gałki oczne i wstał, wychodząc ze snopu wpadającego do stajni światła.

- Jak dla mnie, to przy najbliższej okazji możemy ruszyć do Riesenburga. - rzekł. - Zmienimy scenerię, sprzedamy nagromadzone łupy, a za zarobione w ten sposób monety uzupełnimy zapasy. A tam podejmiemy daleko idące decyzje, które nic, ale to nic nie wniosą - beknął. - Albo wniosą. Kto wie?

- Nie możemy zostawić tak tych ludzi! - powiedział Wolfgang. - Oni przyjęli nas i kurują, powinniśmy im pomóc w walce ze zwierzoludźmi.

- Mówiąc "przy najbliższej okazji" - Thurin smarknął - miałem na myśli "aż skończymy naszą robotę tutaj". Też nie zamierzam zostawić miejscowych na pastwę losu.

- Wy i ten wasz heroizm… - rzekł Iwan. - Mam nadzieję, że nie chcecie pomagać w ten sposób każdej napotkanej wiosce, przez którą będziemy przechodzić. W tym tempie to chyba nigdy nie dotrzemy do Riesenburga… - z utęsknieniem rozmarzył się o karczmianym gwarze i fetorze, którego nie uświadczył już od tak dawna. - Niech wam będzie. Mam już w sumie spory zapas opowieści, którymi zajmować będę pijane dziewki, ale kolejna do kompletu nie zaszkodzi.

- Ależ z ciebie pesymista - chrząknął krasnolud. - By rzec krótko, obiecuję ci, że będę się ograniczał. A w zamian wisisz mi piwko, albo dwa. Kiepsko stoję z funduszami…

- Obowiązkiem silnych jest chronić słabych, panie Ivanie - powiedział Felix, patrząc w sufit z źdźbłem siana w ustach. - Tak samo obowiązkiem słabych jest wymierna wdzięczność za ochronę. Możemy pomóc, jeżeli jesteśmy w stanie i jeżeli cokolwiek za to dostaniemy. Pomóc w obronie musimy i tak, bo to w naszym interesie, ale by im naprawdę pomóc trzeba wyjść do wroga i go wyciąć. Jeżeli tylko nas potrzebują do walki, to lepiej spożytkujemy ten czas gdzie indziej. Ośmiu ludzi w tą czy w tą to przy takiej skali nic nie znaczy. Możemy pomóc wymiernie jeżeli potrzebują planowania i dowodzenia nad operacją. Tylko jakimi siłami dysponujemy i co potrafią? Jeżeli w okolicy jest dość ludzi, by wygrać, to gdy zwierzoludzie uciekną, pospolite ruszenie się rozejdzie i po jakimś czasie potwory wrócą. By wygrać trzeba otoczyć ich i zgnieść jak robactwo. Do tego najlepiej uderzyć z trzech stron jednocześnie. Tylko czy wiejska milicja jest w stanie taki manewr przeprowadzić? Czy my potrafimy to zorganizować? Ja w swoje umiejętności wierzę, a wy? Najważniejsze, czy oni mają odwagę zaatakować?

- Łatwo powiedzieć “iść i wyciąć” - wtrącił się milczący do tej pory Jochen. - Jaką masz gwarancję, że to pospolite ruszenie nie ucieknie, gdy tylko zobaczą paru mutantów? To nie jest doborowa piechota. Niezbyt wierzę w to, że oni są w stanie się porozumieć i wspólnie stawić czoła wrogowi, a jak nie ruszą wszyscy razem, to nawet niewielka grupka mutantów poradzi sobie z takim wiejskim wojskiem.

- Kto z nich nie pomyśli sobie: “ja pójdę do lasu walczyć, a tam moje kobita zostanie sama” - dodał po chwili Jochen.

Roran przez cały czas przebywania w osadzie stronił od towarzystwa a wieczorami zapijały smutki piwem i gorzałą, którą zakupił od wieśniaków. Nie chciało mu się z nikim gadać. Ciągle przeżywał śmierć Bhazera, a także Moritza. Denerwowało go że reszta przyjęła te straty z takim spokojem. Roran spędzał czas wolny na ćwiczeniu walki dwoma toporami, przeważnie samotnie, jedynie od czasu do czasu szukał partnera do fechtunku, którego przeważnie znajdował w postaci Wolfganga lub Ivana.

Roran długo zwlekał przed odezwaniem się. Przepłukał zaschnięte gardło, splunął i zaczął:

- Pytasz co robimy dalej? Dziwi mnie, że w ogóle pytasz. Jedna sprawa połączyła nasze losy i dalej jest nie rozwiązana. Mianowicie mieliśmy się zająć Eugenem i jego mutantami, którzy wydymali nas na samym początku naszych przygód. Jestem taki, że spłacam długi, więc dopytuję się po co ta dyskusja i kiedy w końcu się nimi zajmiemy? Poza tym Moritzowi też bardzo zależało na rozwiązaniu kwestii tego całego Edmunda. Można to potraktować jako jego ostatnią wolę. Jemu chyba nie odmówicie, prawda? - zakończył krasnolud.

Po czekał chwilę i odniósł się do ćwiczenia wieśniaków:

- W Górskiej Straży nie raz nie dwa musieliśmy na szybko uczyć walki i obrony jakichś osadników czy kupców i tutaj zgadzam się z Jochenem. Tak łatwo nie da się wyuczyć woli walki i hartu ducha, nie wspominając o prostym machaniem dzidą czy mieczem.

- Jeśli chcemy tak bardzo rozwiązać problem ze zwierzoludźmi to proponuję wytypować grupę zwiadowczą i w jakiś sposób zaganiać przeciwników do pułapki, w której reszta drużyny ich wyrżnie. Mogę pójśc z Erillianem na ochotnika, już nie raz się zakradałem na patrolach, więc sobie poradzimy.

- Do cholery, czyście oczadzieli? - warknął Thurin. - Uczynię pewną dygresję i po raz kolejny rzeknę, że logicznym sposobem na Eugena jest zostawienie go w spokoju. Powtarzam, tylko głupiec chce mieć do czynienia z plugawym Chaosem. Udajmy, żeśmy owych demonów nigdy nie widzieli i tyle w kwestii. Zaś co do odwagi miejscowych, to w polu… W polu może im odwagi i hartu ducha braknąć. Ale tu, w wiosce, gdy będą bronić swych rodzin? Przeciwnie, będą walczyć odważniej niźli zawodowi żołnierze. Zresztą to pogranicznicy, twardsi niźli mieszczuchy. O co jak o co, ale o ich odwagę to bym się nie kłopotał.

- Z tego co nam wiadomo, to Eugen wrócił do swoich interesów… - zaczął Iwan. - Z pewnością ruszył na zachód do Riesenburga, albo jeszcze dalej, by wykupić kolejną grupę niewolników. Jest po wojnie, a więc tych z pewnością nie brakuje. Być może jak tam w końcu dotrzemy, to trafimy na niego, ale… - tu na chwile się zaciął. - Nie wydaje mi się by to Eugen odpowiadał za te mutanty. Ponoć wracając miał ze sobą większość swojej straży, a sami widzieliście, jak grubo tam ścielały się trupy… Tamten jegomość na białym koniu mógł rzucić na niego, czy nawet na nas jakiś urok. Sami słyszeliście, co Laurelandil o nim mówiła…

Iwana przeszył dziwny dreszcz na samą myśl o wydarzeniach z tamtego dnia. Szczerze wolał trzymać się od tego z daleka.

- Ech… - Thurin westchnął. - Jak mówiłem, znajdźmy jakiegoś łowcę czarownic, który nie chce akuratnie nas pozabijać, powiedzmy mu, co wiemy i skończmy z tą sprawą.

- Wracając do głównego tematu. Kiedy wszyscy wyzdrowieją, jedziemy odstawić Burkharda do Riesenburga czy zostajemy? Pamiętacie chyba o jego zdolnościach do przyciągania zła? Nonnweilerczycy może poradzą sobie ze zwierzoludźmi bez naszej pomocy, w końcu od dawna żyją na pograniczu, ale jeżeli dojdzie do tego banda mutantów z demonem na czele… To już inna sprawa. Po oddaniu go pod opiekę przyjaciela Felixa moglibyśmy tu wrócić. - Po chwili Iwan dodał: - Mam także zobowiązanie względem pewnej ślicznej damy, której obiecałem bezpieczny transport do Riesenburga.

- Zabierzmy tego dzieciaka jak najdalej stąd, potem zaś tu wróćmy. Skoro chcesz, pojedź tam z dziewką… I kimś, kto potrafi jeździć konno, może nawet dwoma takimi ktosiami, po czym wróć - rzekł Thurin.

Wolfgang siedział do tej pory w ciszy. Nie znał się na wielu sprawach, ale to do czego go Sigmar powołał, wykonywał sumiennie. I miał zamiar to wykonywać… To, do czego się urodził.

- Dobrze prawicie, zabierzcie stąd dzieciaka. Magia nie powinna być nieujarzmiona, na dziczy. Ale ja z wami nie pojadę.

Powstał i spojrzał w oczy każdemu z towarzyszy.

- Muszę tu zostać, taką mam powinność. Ci ludzie nie poradzą sobie z nawałą Chaosu, trzeba im bezwględnie pomóc. Choć mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, to nie mam wątpliwości, że wyprawa do Riesenburga nie będzie tylko krótką wycieczką, zapewne zabawicie tam dłużej niż planujecie. Tymczasem tutaj ludzie będą musieli dawać sobie radę z przeklętymi zwierzoludźmi. Mam nadzieję, że zrozumiecie mnie.

Postawa Wolfa zdziwiła Rorana, ale w pełni ją rozumiał. Siedział chwilę by zebrać znów myśli. Dokładnie to nie wiedział, co chce zrobić. Wiedział, że na pewno nie może sobie pozwolić na stratę kontaktu z Felixem, gdyż tylko dzięki niemu mógł wrócić mu stary kolor skóry. Musiał to przemyśleć…

Wulf nie czuł się jeszcze w pełni u siebie w nowej kompanii. Był im wdzięczny - dzięki nim mógł wywrzeć pomstę, choć swoich towarów nie odzyskał.

- Ja też zostanę. - podjął decyzję - wielokrotnie przed niebezpieczeństwami szlaku chronili mnie zwykli wieśniacy. Czas odpłacić widać nadszedł.

- Mnie natomiast - Thurin wstał. - życie miejscowych przestało ostatnimi czasy interesować, co więcej, mam ich teraz za niezrównoważonych i zidiociałych, co rzutuje na fakt, iż ruszyć zamierzam do Riesenburga wraz z tymi z naszej kompanii, którzy również się tam wybierają.

Po chwili namysłu Roran rzekł:

- Ścigania Edmunda nie mam zamiaru porzucić więc albo z wami albo we dwóch z duchem Moritza będziemy go ganiać. Nie mówię, że musimy już teraz, ale macie mi obiecać że wrócimy do tej sprawy - skończył zadowolony z siebie. Zdjął ręce z piersi, wsadził za pas z toporami i po chwili kontynuował:

- Teraz, w najbliższej przyszłości, to chyba do miasta muszę się udać. Mam umowę z Felixem. Mam nadzieję, że ciągle aktualna? - spojrzał na czarodzieja. - Chyba że moja obecność nie jest konieczna, wtedy wsparłbym Wolfganga. Szkoliłem większych wsioków niż ci tutaj więc i z nich można spróbować zrobić wojaków. Co do samego rozdzielania, to nie wiem, czy to dobry pomysł. Kończyło się to zwykle trupami. To chyba nie powinna być nasza domena… - zamyślił się krasnolud,

Roran zmieniał zdanie jak rękawiczki. To nie było do niego podobne. Jednak jego wcześniejsze zdanie było podyktowane tym, że chciał jak najszybciej ruszyć w pościg z Eugenem i dalej coś robić, a nie leżeć i spać. Miał już tego dość.

33 Kaldezeita 2514 KI

- Kojarzę tę lalkę... - powiedział Iwanowi pewnego dnia Heiner. - Należała do Tiny, córki mojej kuzynki, Annemarie. Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak jeden z tych najemnych zbójów, ciemnoskóry wielkolud, zabrał dziewczynce zabawkę i sycił się nieszczęściem dziecka - śmiałek uświadomił sobie, że wspomnianym olbrzymem musiał być ten sam wojak, który nieomal dopadł Jochena. - Jednak z tą laleczką wiąże się dłuższa historia, którą mogę ci opowiedzieć, jeśli raczysz wysłuchać - młodzieniec zwilżył usta.

- Annemarie otrzymała ją od Helmuta Wittmana, Nonnweilerczyka, który całe życie trudnił się fachem przewodnika. Bystry mąż i do tego o złotym sercu, mówię ci. Zawsze, gdy wracał z kolejnej wyprawy, kupował córeczce lalkę. Mała Sabine uzbierała ich pokaźną kolekcję, gdy pewnego dnia zachorowała - zmarszczył czoło. - I nie dane było jej ujrzeć kolejnego świtu... - przerwał na dłuższą chwilę. - Helmut do dzisiaj trzyma na strychu wszystkie lalki swojej ukochanej córeczki. Żadnej się nie pozbył, poza jednym wyjątkiem. Ofiarował właśnie tę zabawkę Tinie za to, że Annemarie wspomogła rodzinę Wittmanów, gdy nastały ciężkie lata, a on był daleko stąd. Pewnie podziękowałby ci tak samo za znalezioną zgubę, jak jej obecna mała właścicielka - uśmiechnął się - ale niestety nie będzie mógł tego uczynić. - Jakiś czas temu do Nonnweiler zawitał mężczyzna, który miał dla niego zlecenie, jakiego tylko Helmut byłby w stanie się podjąć. Chodziło o podróż na południe, wzdłuż Drogi. A może źle się wyraziłem: nie wzdłuż, a na sam koniec - powiedział z zabobonnym lękiem w oczach. - Podobno tym mężczyzną był ktoś z Riesenburga. Szeptali, że znał się na czarach, a przynajmniej na takiego wyglądał.

- Wiadomo może co ten mężczyzna chciał tam znaleźć? Wyruszli tylko we dwójkę? Jak dawno? - wypytywał ewidentnie zaintrygowany historią Iwan.

- A kto by to zrozumiał... Poza tym, wybierać się tylko w dwóch w tamte rejony? Mój umysł ciemnieje, kiedy usiłuje to pojąć. Zapłata była podobno sowita. A jak dawno... Pamięć może mnie mylić, ale to było dzień, dwa, no góra trzy przed waszym przybyciem. Może z jego żoną pogadaj? Powinna więcej wiedzieć. Mieszka w takim małym gospodarstwie, o tam - pokazał na zabudowania przy północnej bramie.

- Tak więc zrobię. Dzięki - powiedział żołnierz, po czym ruszył w kierunku gospodarstwa.

Iwan zapukał do drzwi malutkiego, acz przytulnego i malowniczego domu. Nie doczekał się odpowiedzi - usłyszał tylko kobiecy głos nucący prostą melodię. Dochodził ze strychu.

- Jest ktoś tam? - powtórzył pukanie.

Śpiew umilkł.

- Proszę do środka! Już schodzę! - odpowiedziała pospiesznie rozśpiewana kobieta.

Żołnierz wszedł do surowej izby, pozbawionej jakichkolwiek luksusów. W pomieszczeniu panował ziąb. Po skrzypiących i rozchwierutanych schodach prowadzących na strych zeszła - jak Iwan się domyślał - żona Wittmana. Wyglądała na spokojną kobietę, która była przyzwyczajona do powtarzających się cyklicznie długich okresów samotności i która nie szukała niczyjego towarzystwa. Wyglądała jeszcze młodo, ale zdawało się, że w jej żyłach płynie już chłód nadchodzącej starości. W rękach trzymała lalkę ubraną w strojną suknię i igłę z nawleczoną nitką.

- Słyszałam o was, cała wieś mówi o pomocnych podróżnikach - uśmiechnęła się. Ale chyba nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać, prawda?

- Iwan Bramin – przedstawił się, a następnie spojrzał na trzymaną przez kobietę lalkę. – Bardzo przepraszam za najście, ale przyszedłem zwrócić coś, co kiedyś podobno należało do Pani męża.

- Miło mi, Claudia-Almut. Tak, a cóż to...

To powiedziawszy, śmiałek wyciągnął przed siebie rękę, w której znajdowała się skradziona przez najemników lalka.

Kobieta zaniemówiła.

- Nie spodziewałam się kiedykolwiek jej ujrzeć ponownie... - wzięła lalkę w ręce. Po chwili przerwy powiedziała: - Cieszę się, że ich zabiliście. Oni nie znali litości - rzekła łagodniejszym głosem. - I zasłużyli na bezlitosną śmierć.

Claudia spojrzała liliowymi oczyma na Iwana.

- Jednak ta laleczka nie należy już do mnie. Herr powinien ją zwrócić jej prawowitej właścicielce - uśmiechnęła się. - Rozumiem więc, że istnieje jeszcze jakiś powód, któremu zawdzięczam tę rozmowę?

- W rzeczy samej… - przyznał. – Tak się składa, że chwilę temu rozmawiałem z Heinerem i to on powiedział mi do kogo należy ta lalka. Napomknął mi również o pani mężu i jego ostatnim zleceniu. Sprawa zaintrygowała mnie i chciałbym dowiedzieć się więcej na temat człowieka, który go wynajął i dlaczego chciał udać się właśnie w tamte regiony.

- Jak to mój mąż powiada: wino jest czerwone, a kobiety delikatne, ale nie myśl, że pozwolę im przeszkadzać w interesach - uśmiechnęła się łagodnie i wzięła głęboki oddech. - Mąż miał przede mną wiele sekretów, ale nie pozwoliłabym mu wyjechać, gdybym nie znała imienia jego towarzysza, czy zleceniodawcy. Nazywał się Dehm, Jörg Dehm. Wiem tylko, że był z Riesenburga i parał się... Jak to określić? Wiedzą tajemną? Jeśli Herr miał nadzieję na spotkanie się z Helmutem, to niestety nie mogę przewidzieć, kiedy wróci. Powiedział mi tylko, że to nie będzie rutynowe zlecenie i że nie wie, ile potrwa. Tylko tyle potrafię powiedzieć...

- Jörg Dehm? – zapytał z niedowierzaniem. Słyszał bowiem już o tym jegomościu. W dodatku całkiem niedawno. – Niemożliwe… - powiedział i westchnął ciężko. Zaszokował go fakt, że ów czarodziej, pod którego opiekę mieli wkrótce oddać Burkharda, jest tym samym czarodziejem, który kilka tygodni temu wyruszył w niebezpieczną podróż. Cóż za zrządzenie losu.

- Czy coś się stało?

Po krótkiej chwili zadumy Iwan spojrzał na Claudie i rzekł.

- Och, a więc chyba właśnie oszczędziła nam pani mnóstwa zachodu, albowiem mieliśmy w planach odwiedzić tego czarodzieja w Riesenburgu. Dziękuję. Jeżeli ten czarodziej wróci z Pani mężem, a nas tu nie będzie, to proszę mu przekazać, że mój przyjaciel Felix von Welf chciał się z nim widzieć. Już nie będę zawracać szanownej pani głowy, muszę jeszcze zwrócić pewnej dziewczynce jej własność – uśmiechnął się. – Jeszcze raz, serdecznie dziękuję.

- Dobrze, przekażę pańskie słowa. Niech bogowie mają Herr w opiece.

Gdy Heiner ponownie ujrzał Iwana, zagaił:

- I co? Dowiedziałeś się czegoś przydatnego?

- Można tak powiedzieć – stwierdził. – Muszę jeszcze tylko zwrócić lalkę. Mógłbyś zaprowadzić mnie do swojej kuzynki i jej córki?

- Do Annemarie? Jasne. Jeszcze dzisiaj jej nie widziałem, więc z chęcią się przywitam - uśmiechnął się. - Chodź za mną - oboje ruszyli przez wioskę, która już żyła nadchodzącym ubojem bydła i młóceniem zboża.

- Zasłony są jeszcze zaciągnięte? Co za rodzina śpiochów. A pomyśleć, że Karla pomagała kiedyś mojej kuzynce w radzeniu sobie z bezsennością. Często dręczyły ją koszmary, pociła się w nocy i dostawała skurczy z niewiadomego powodu... Obudźmy ich, tylko nie gwałtownie. Mam klucz, Annemarie dała mi tak na wszelki wypadek.

Heiner wszedł stąpając ostrożnie i starając się nawet oddech ściszyć, by nie zbudzić śpiącej w skromnej izbie młodej kobiety o błyszczących lokach i czerwonych ustach. Iwan jakby cały czas był nieobecny - przejmował się tym, że wiedział tak mało, gdy przede wszystkim potrzebne mu były wiadomości. Dopiero gdy jego towarzysz zauważył szeptem, że po Gerhardzie - mężu śpiącej królewny - i jej córce, nie ma innego śladu niż pofałdowany koc, przykre myśli rozpierzchły się i uświadomił sobie, że coś się dzieje...

- A co to... - młodzieniec wyjął spod głowy swej kuzynki woreczek wypchany mocno pachnącymi ziołami. - Ach tak. Woreczek na uspokojenie. Wystarczy jeden położony pod poduszkę i nie trapią cię przywidzenia. O tym mówiłem. Annemarie dostała zapas ziół od Karli. Tylko ktoś tym razem wyraźnie przesadził z dawką... Będziemy musieli poczekać, aż się obudzi, by to wyjaśnić.

Rozglądając się po domu, Iwana jedynie zaciekawił leżący koło drzwi kawałek kredy, który wyglądał tak, jakby wypadł komuś z ręki i się połamał. Jednej części brakowało - ktoś musiał ją podnieść. Młodzieniec schylił się nad znalezionym przedmiotem. Podniósł kredę i zaczął się jej z zaciekawieniem przyglądać. Cała sytuacja wydawała mu się nader dziwna i niepokojąca.

- A nie możemy jej teraz obudzić? – zapytał. – Może to znów moja paranoja, ale nieswojo się tu czuje. Nie dziwi cię, że nigdzie nie ma ani jej męża ani córki? Kiedy rano wstawali powinni zauważyć, że woreczek jest zbyt mocno napchany tym zielskiem. W dodatku powinni chociaż wyjąć go spod jej głowy.

- Nie obudzi się tak szybko - odpowiedział Nonnweilerczyk, rozglądając się. - Brakuje ubrań Gerharda i małej. Musieli gdzieś wyjść. Poczekaj... - Heiner wyszedł i wrócił.

- Koń jest... Na bogów, nie wiem, jakiej diabelskiej sztuki tu użyto! - chłopa ogarnęło rozdzierające uczucie bezradności. - Proszę, pomóż mi. Musimy coś zrobić, kogoś powiadomić. Nie mogli sobie tak po prostu zniknąć!

- Przypilnuj Annemarie i rozejrzyj się czy nie ma tu jeszcze czegoś niepokojącego – odparł. – Pobiegnę po moich towarzyszy i popytam przy okazji, czy ktoś przypadkiem nie widział Gerharda i Tiny – już miał wybiec z pokoju, gdy nagle zatrzymał się w drzwiach. – Kto dziś miał stróżować przy bramie?

- Przy której bramie?

Iwan zamyślił się na chwilę, po czym wypalił:

- Przy wszystkich. Jeżeli chcemy wiedzieć, czy ktoś opuszczał dzisiaj wioskę, to musimy zwrócić się właśnie do nich.

- Przy północnych stał na pewno Ralf Egerer przy jednej i Thilo Harms przy drugiej. A na południu do świtu miała być kolej brata Thilo, Georga.

- Dobrze więc. Za chwilę powinien zjawić się tu któryś z moich towarzyszy. Może dostrzegą tu coś więcej, albo uda im się szybciej ją przebudzić. Popytam się jeszcze czy Gerhard przechodził dziś przez bramę, a później też tu przyjdę – powiedział Iwan, po czym wybiegł z domu.

Będąc już na zewnątrz, rozejrzał się wokół w poszukiwaniu pierwszego lepszego dzieciaka. Szybko namierzył swój cel i podbiegł do niego.

- Hej, mógłbyś coś dla mnie zrobić? – zapytał. – Znajdź tego pana z małpką i resztę osób, które przyjechały tu wraz ze mną kilka tygodni temu i przekaż by szybko przybiegli do tego domu. Jak to prędko zrobisz, to dostaniesz w zamian pieniążka.

- Najpierw pieniążek!

Iwan westchnął, zdenerwowany każdą stratą cennego czasu. Sięgnął do sakiewki i wyciągnął jednego miedziaka, którego wręczył dzieciakowi.

- Pan z małpką da ci później drugi.

Żołnierz wpadł w złość - dopiero przy ostatniej bramie uzyskał jakiekolwiek informacje:

- Panie, jeszcze nie świtało, gdy wyszedł przez bramę w stronę Eutzsch. Dźwigał duży worek i mówił, że ma coś ważnego do załatwienia. Nie wyglądał podejrzanie, więc go wypuściliśmy. Ja bym Gerharda zatrzymał? Nie ma mowy. Nie miał ze sobą Tiny, a skąd to pytanie? Znikła? Niemożliwe, pewnie gdzieś się zaszyła, wie Herr jak to jest z dziećmi.

Słowa stróża spadły na niego niczym grom. Już wcześniej miał złe przeczucia, ale dopiero teraz ogarnęła go prawdziwa zgroza. Wobec usłyszanych informacji Iwan nie mógł mieć złudnych nadziei. Tina najprawdopodobniej była już martwa, a jej ojciec gdzieś uciekł. Nie mając czasu na zastanowienia, dlaczego Gerhard postanowił dokonać tak okrutnego i plugawego występku, Iwan ruszył pędem w stronę domu Annemarie, gdzie powinni znajdować się jego towarzysze. Nie miał najmniejszego zamiaru porzucać tej sprawy, w końcu Gerhard ruszył pieszo, a więc konno powinni dać radę go dogonić.

- Jadę z tobą - rzekł Erillian i ruszył po swego konia.

- Najpewniej w worku ją wyniósł - powiedział Jochen. - Ogłuszył lub uśpił, związał i wyniósł. Wszak to żaden problem, skoro z dzieckiem miał do czynienia, a nie z dojrzałą niewiastą. Jadę z tobą.

- Nie mam konia i prędzej bym chyba z niego spadł, więc tylko was spowolnię - powiedział Wolf, choć jego serce rwało się do czynu. - Zostanę z ludźmi i będę pilnował porządku.

- Nie wiem dlaczego Gerhard mógł zabrać dziewczynkę i mam nadzieje, że przewidywania Jochena okażą się prawdą. Ale lepiej by było, gdyby ruszyło nas więcej. Mamy chyba dodatkowego konia. Gdybyśmy nie odnaleźli wyraźnych śladów, to moglibyśmy się rozdzielić i przeszukać rozleglejszy teren - powiedział Iwan. - Heinerze ruszysz z nami? Ty znasz te tereny o wiele lepiej, niż ktokolwiek z nas.

- Wolałbym zostać z Annemarie na wypadek, gdy się obudzi - powiedział, głaszcząc kuzynkę po włosach. - Lepiej żeby dowiedziała się o ponurych rewelacjach od kogoś bliskiego, niż od przypadkowych osób.

- Ruszyłbym z wami, ale jeździć nie umiem i nie mam na czym. - rzekł Thurin. - Więc i ja będę musiał tu zostać. Powodzenia.

- Ach, zapomniałbym! – rzekł Iwan ciągnąc za lejce. Koń parsknął i po kilku krokach odwrócił się w stronę towarzyszy, którzy postanowili pozostać we wiosce. – Dziś dowiedziałem się od pewnej kobiety, że czarodziej imieniem Jörg Dehm był tu kilka tygodni temu i wraz z pewnym przewodnikiem ruszył na południe. Do dziś nikt ich nie widział… Kiedy wrócimy, będziemy musieli ponownie przedyskutować sprawę podróży do Riesenburga – Iwan ponownie pociągnął za cugle, a koń tym razem bez żadnych uwag skierował się w stronę bramy Nonnweiler.

W tym momencie trafione przez Felixa celnym kopniakiem wiadro poleciało w powietrze.

- Niech to szlag! - Krzyknął łapiąc się za głowę.

- Niech jedzie z nami - kontynuował czarodziej po przerwie. - Obiecałem, że malec trafi do Riesenburga, do czarodzieja i słowa dotrzymam. Choćbym tym czarodziejem miałbym być ja dopóki Dehm nie wróci.

Roran wiedział, że nie pomoże w poszukiwaniach, więc jedynie pożyczył szczęścia tym, którzy udali się w pościg.

- Skoro nie ma tam czarodzieja, to nie mamy co się spieszyć, prawda Felixie? - zagadał krasnolud. - Poza tym, jak myślisz, czy muszę być obecnym w Riesenburgu, czy twój znajomek jest w stanie na odległość znieść działanie tego czaru? To dosyć ważne sprawy, a ja jestem zbyt nieświadomy działania tak wielkiej magii.

- Nie rób sobie nadziei, że mistrz Dehm zna odpowiedź na ten problem, bo możesz się rozczarować.

Felix odwrócił się w stronę krasnoluda i rozejrzał się, czy miejscowi nie są przypadkiem w okolicy.

- Spotkać z nim się chcę, bo ja nie wiem, co to jest i najlepszym co mogę zrobić to spytać o pomoc kogoś, kto się zna na tym lepiej niż ja. Tylko czarodziej może nawet nie być potrzebny. Jeżeli moglibyśmy skorzystać z jego biblioteki i laboratorium, to może moglibyśmy sami do czegoś dojść. Mam parę pomysłów co do badania, ale one wymagają twojej obecności i braku świadków.

- Z teorii na świecie istnieje osiem typów magii. Dla uproszczenia ich postrzegania my ludzie nazywamy je kolorami, każdy typ ma swoje efekty i specyfikę. Najpierw pewnie trzeba zbadać z jakim typem magii mamy do czynienia, a potem dalej myśleć, co z tym zrobić.

- Zresztą z miastem są związane inne rzeczy. To był napój, tak? - nie czekał na odpowiedź. - Może więc w mieście jest jakiś alchemik, który słyszał o czymś podobnym? Poza tym nie chcę tutaj być, jeżeli zwierzoludzie zaatakują. Nikt nie atakuje gdy wie, że przegra, tylko wtedy, gdy wie, że wygra. Jeżeli zdecydują się na atak, to miejsce, mimo naszej pomocy, może być śmiertelną pułapką. Jeżeli chcemy im pomóc faktycznie, a nie umrzeć chwalebnie, musimy ściągnąć wsparcie. Z tym nam może pomóc najszybciej lokalna władza w Riesenburgu.

 
__________________
[B]Prowadzę:[/B]
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)
[B]Gram:[/B]
- [Stars Without Number] WARHAMMER 29K (kampania przez Roll20)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 16-04-2015 o 13:04.
Clutterbane jest offline  
Stary 20-03-2015, 01:24   #115
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
33 Kaldezeita 2514 KI

za tropem Gerharda - relacja Jochena

- Miejscowym to on nie był, ale swój chłop, a przynajmniej takim się wydawał... Pochodził bodajże z wioski Calbe, leżącej na północ stąd - odpowiedział Heiner na pytanie Iwana o pochodzenie Gerharda.

Podobno nie istnieją niebezpieczniejsi wrogowie niż najbliżsi, gdy opęta ich zło. Gerhard albo był szalony, albo był żądny czegoś, co gdyby jeno znał, nie ośmieliłby się stawić temu czoła. Sięgał po coś, czego nie było dane mu sięgnąć, a co dopiero użyć, bo była to rzecz, której ciasny rozum wieśniaka nie mógł pomieścić.

Niewielka grupka jeźdźców - Iwan, Jochen i Erillan - wyruszyła dziarsko z Nonnweiler w dżdżysty poranek, dygocąc na grzbietach swych koni. Idąc śladem porywacza, zboczyli z doskonałej w swej konstrukcji Drogi i zaczęli poruszać się po miękkim gruncie. Gdyby nie czarna wilczyca Erillana, która okazała się niezrównana w czytaniu tropów, pościg za Gerhardem byłby jak szukanie mrówki w rozległym lochu. Zbrodniarz nie skierował się do Eutzsch, tak jak myśleli wartownicy, tylko nad brzeg jeziora, następnie przez las w stronę pól zrujnowanego Fensterbach i dalej, w ostępy Steigerwaldu - w teren, którego awanturnicy nie byli pewni.

Zimny wiatr buszował w trzcinach i szeptał w koronach drzew. Pogoda była tak niepewna jak i przyszłość śmiałków. Kilka ciężkich kropli deszczu spadło na twarz i oczy ścigających, jednak nie zapowiadało się na nagłą i srogą ulewę. Wszędzie dookoła panowała przygnębiająca cisza. Poruszali się przez pustą i opuszczoną wieś jak duchy zapomnianej i dawnej przeszłości.

Wilczyca była coraz bardziej pobudzona - uciekinier musiał być już blisko. Jednak zanim wjechali do płytkiego parowu, Erillan, w stanie niemałego napięcia zmysłów, zwrócił uwagę bohaterów na inne ślady. Rychło upewnił się, że są to odciski kopyt - w większości zdradzały podobieństwo do końskich, jednak niektóre były trójpalczaste i pazurzaste. Czymkolwiek te wierzchowce nie były, dosiadający ich jeźdźcy musieli patrolować teren nie dawniej niż kilka dni temu, po czym zawrócili z powrotem do lasu.

Na widok podejrzanych śladów Iwan odruchowo sięgnął po kuszę i nałożył nań bełt. Broń trzymał ostrożnie - tak, aby podczas jazdy przypadkiem nie wystrzeliła. Z reakcji wilka mogło wynikać, że zbliżali się już do Gerharda… Lub do zwierzoludzi. Natomiast bliskość Steigerwaldu zmuszała żołnierza do zwiększenia czujności. Rozglądał się i nasłuchiwał ze zdwojonym wysiłkiem. Starał się również zachować kamienną twarz, jednak zażarcie modlił się w duchu by nie musieli wchodzić ponownie w głąb tego przeklętego lasu.

- Sprawa jest prosta… Najpewniej natkniemy się na zwierzoludzi. Miejmy nadzieję dorwać skurwiela wcześniej, jednak ryzyko jest duże. Mogę jechać z wami dalej, nie straszne mi to. Pytanie tylko, czy jesteście skłonni zaryzykować dla tego dziecka? - powiedział elf.

- Ta… - odparł Iwan, szczerząc zęby w uśmiechu. - Kobiety w mieście i tak myślą, że jestem rycerzem. Jak się dowiedzą, że stchórzyłem, to cała magia pryśnie…

Jochen tylko skinął głową. W końcu po to tutaj przybyli, by odzyskać dziewczynkę, a nie żeby uciekać na sam widok podejrzanych śladów.

Podczas gdy Erillan z wilczycą rozglądał się za śladami, Iwan zauważył smużkę dymu wznoszącą się ponad drzewami, niedaleko przed nimi. Wyglądało to tak, jakby ktoś rozpalił niewielkie ognisko.

Ujrzawszy dym, Iwan odruchowo wskazał nań kuszą, dając do zrozumienia towarzyszom, że są już blisko. Zsiadł z konia i rozejrzał się za najbliższym drzewem lub kawałkiem jakiegoś pala, do którego można by go przywiązać.

- To pewnie on… Z dzieckiem w worku pewnie nie ucieknie daleko, nawet jak uda mu się nas zauważyć. Skoro tak beztrosko wznieca ogień, to zapewne nie obawia się zwierzoludzi, ale z pewnością ściągnie ich uwagę, więc lepiej trzymajmy się blisko siebie – stwierdził Iwan.

Erillian, nie zsiadłszy z konia, skierował się na nim w stronę ogniska. Dał sygnał wilczycy gwizdkiem by była czuja i trzymała się blisko. Człowiek pewnie się spłoszy, wilk jednak szybko go dopadnie.

Konie i wilczyca zaczęły zdradzać niepokój. Wierzchowce popędzane w głąb parowu wyłamywały się z krótkim trwożliwym kwikiem i co rusz usiłowały zboczyć. Mało brakowało, żeby odmówiły zrobienia choćby kroku dalej, gdy przed oczyma śmiałków zamajaczyła zielonkawa poświata, nieuchwytna z początku i blada jak upiory świtu. Błyszczała coraz jaśniej i coraz migotliwiej, w miarę jak rzedniały kryjące ją zasłony liści. Sercem poświaty był gęsty, ciężki, oblepiony kopciem płomień, który wydawał się pełzać, zamiast tańczyć. Gdyby zielony śluz dało się przeistoczyć w ogień, zapewne wyglądałby jak to ognisko. Płonęło u wejścia do niewielkiej groty.

- To zwykłe fajerwerki - skwitował Iwan, który znał zwyczaje pograniczników. - Używamy takich podczas festynów wszelkiej maści.

Jochen zsiadł z wierzchowca i przywiązał wodze do rosnącego w pobliżu drzewka.

Wkrótce zobaczyli twarz Gerharda i w tejże chwili śmiertelna udręka trwogi i litości rozdarła ich serca. Bo nie była to ludzka twarz, ani w ogóle jakiejś żywej istoty, lecz zielonkawa maska cierpienia. Zapadłe policzki, nienaturalnie błędne oczy, trupia bladość i zraszający ją zimny pot, zrodzony z potwornego wysiłku ducha, wszystko w tej twarzy wyrażało wielkie cierpienie, ale i wielką zarazem siłę - siłę, która chciała ujarzmić nieprzeniknione wijące się cienie prymitywnymi zabobonami wieśniaków. Spękane wargi mamrotały coś w regularnych odstępach czasu, a ramiona i dłonie malowały czerwoną farbą - czyjąś krwią? - rytualne znaki na rozpostartym płótnie... Zaraz! Nie były to okultystyczne symbole, lecz twarz dziewczynki! I to dziewczynki leżącej tuż nieopodal Gerharda, na płóciennym worku, z takim samym woreczkiem ziół, jaki Iwan widział pod głową Annemarie. Żołnierz odetchnął z ulgą - pierś Tiny poruszała się rytmicznie. Jedynie jej nadgarstek był rozcięty i bezwładnie zwieszony nad niewielką miską, w której Gerhard co jakiś czas maczał pędzel. Chłop wydawał się tak zajęty, że można by go dotknąć wyciągniętą ręką, a wciąż była szansa, że nie dostrzegłby gości.

- Jeśli zrobi coś dziwnego będę strzelał. Spróbuj Iwanie zajść go po cichu i ogłuszyć. Pasuje ci to? - elf spytał przyjaciela.

- Z moją zbroją nie ma mowy o jakimkolwiek cichym poruszaniu się. Może ty Jochenie spróbujesz? - żołnierz przyciszonym głosem zwrócił się do kupca.

- Spróbuję - odparł Jochen.

Zamienił kuszę na miecz, po czym ruszył w stronę Gerharda. Co prawda pomysł z ogłuszaniem wydał mu się dość dziwny, ale ostatecznie można było spróbować.

Odrobinę żałował, że Uwe powędrował do Ogrodów Morra. Z pewnością miałby wiele do roboty. O wiele pożyteczniejszej niż uganianie się za Karlą.

Kroczek po kroczku Jochen podchodził do Gerharda. Nagle pod stopą awanturnika niespodziewanie trzasnęła gałązka i chłop zerwał się z przeraźliwą szybkością, niby nagle zwolniona cięciwa. Przykleił się do ściany płytkiej groty, dysząc ciężko i odgrażając się pędzlem. Oczy zionęły mu nienawiścią i szczerzył zęby. Wilczyca zaszczekała.

- Po coś tu przyszli?! - zapytał głucho. - Nie powstrzymacie mnie! Muszę uratować wioskę!

Erillan oczom nie dowierzał. Mężczyzna poderwał się na nogi i zdążył się podnieść, nim elf zdążył spuścić cięciwę. Ruszył w stronę mężczyzny. Celował tak, by zdążyć strzelić nim ten wykona znów coś niespodziewanego.

- Dobra. Nim ktokolwiek z nas zrobi coś głupiego i nieodwracalnego: mów, w jaki sposób rozlanie krwi niewinnego dziecka ma ocalić wieś? Tylko bez bełkotu, jasno i klarownie - powiedział Erillan.

Jochen już chciał darować sobie wypytywanie, skoro tym zajął się Erillan, ale jedno pytanie jednak wpadło mu do głowy.

- I kto ci podpowiedział ten wspaniały plan? - spytał.

Kupiec tylko przygotował się do walki - na wypadek, gdyby Gerhard zrobił coś mało rozsądnego i mało przyjaznego.

- I ścisz głos… - powiedział Iwan, który jako ostatni wyłonił się zza krzewów. W dalszym ciągu dzierżąc naładowaną kuszę, zbliżył się do zielonego “ogniska” i trzewikami swej zbroi zaczął zasypywać je ziemią. Przez cały czas dokładnie lustrował szaleńca wzrokiem.

- Moja babcia zawsze tak robiła... Namalowanie podobizny najmłodszego dziecka jego własną krwią chroni przed złymi duchami stamtąd - zobrazował Steigerwald zamaszystym ruchem pędzla. - Przecie nie skrzywdziłbym mojej córki bez powodu! Będzie żyć i nawet nie będzie pamiętać tego wydarzenia. A wy... - warknął przez zaciśnięte zęby. - Tylko sensacji szukacie, zamiast faktycznie nam pomagać!

- Ty natomiast bezmyślnie naraziłeś życie swojej córki zabierając ją do tego lasu i okaleczając – odparł sucho Iwan. – Obiecałem sprowadzić Tinę z powrotem i tak zrobię. Jeżeli tak bardzo tego pragniesz, to dokończ swe dzieło i zgiń tu z rąk zwierzoludzi… Albowiem żadne wiejskie zabobony nie powstrzymają ich przed poderżnięciem ci gardła.

- Okaleczając? To tylko kilka kropli krwi! A zwierzoludzie odejdą, jak tylko dokończę, co zacząłem.

- Mroczne siły powstrzymać może jedynie stal i odwaga – rzekł żołnierz. – Nawet najpotężniejsza magia nie jest w stanie dokonać tego równie skutecznie, a co dopiero zwykłe malowidło. Nie będę zmuszać cię byś ruszył z nami, ale jeżeli choć trochę troszczysz się o swą córkę i żonę to nie poświęcisz się w tak głupi sposób.

- Musicie mi pozwolić dokończyć! To jedyna nadzieja dla Nonnweiler! - awanturnicy nie mieli przesadnego szacunku dla ludowych bajań, jednak Gerhard nie zamierzał prędko odpuścić.

Erillan nie śledził uważnie toku rozmowy - jego wilczyca, mimo że chłop nie okazał się agresywny, nadal była zjeżona i denerwowała się coraz bardziej. Na pobliźnionym obliczu bohatera położył się cień najokropniejszej grozy. Tylko elf o wyostrzonych jak u wilka zmysłach mógłby wyczuć zbliżający się tętent kopyt. Ognisko... Przepatrywacz uczuł żgnięcie lęku.

- Jaki z ciebie stary głupiec! Jeśli w lesie czają się wrogowie, to ogień jest ostatnią rzeczą, jakiej nam trzeba - wyrwało się Erillanowi. - Mamy poważne kłopoty. Jest ich czterech. Albo i pięciu.

Czterech czy pięciu... Co za różnica, pomyślał Jochen. I tak o tych czterech czy pięciu za dużo. Jedyna nadzieja w tym, że część z nich da się załatwić z zaskoczenia.

- Walczymy czy uciekamy? Ja bym spróbował wziąć ich z zaskoczenia.- stwierdził elf.

- Walczymy - rzekł Iwan, po czym zwrócił się do Gerharda. - Bierz Tine i ukryj się gdzieś. Jak spadnie jej chociaż włos z głowy, to zwierzoludzie będą twoim ostatnim zmartwieniem...

- Dziecko niech schowa w krzaki a sam niech bierze miecz i walczy - powiedział Erillian cierpko. - Przez niego tu jesteśmy!

- Zepsuliście wszystko! Zepsuliście! - krzyczał w gniewie Gerhard, lecz jego głos był pełen lęku. Wydawał się osobą, która żyła ze strachu, a żaden z awanturników nie miał teraz czasu dodawać mu pasem odwagi jak małemu dziecku. Korzystając z okazji, chłop przerzucił córkę przez bark i wziął nogi za pas.

W nozdrza śmiałków uderzyło zimne, leśne powietrze Steigerwaldu, które miało w sobie coś złowieszczego, co przejęło ich do szpiku kości, jakby chciało wyszeptać, że nie ma dla nich ucieczki przed zapomnieniem lub śmiercią.

Podczas gdy Erillan wdrapywał się na drzewo, a Iwan krył się za pniem - obaj gotowi do strzału - Jochen wdrażał w życie plan zasadzkę z liną między drzewami. Jednak porzucił swój plan na widok sylwetek jeźdźców, którym przyglądał się z drżeniem serca.

- Bogowie... - powietrze wypełniło się posępną trwogą.

Daremnie się łudzili, że ich prześladowcami będą podobni w jakimś stopniu ludziom jeźdźcy na wierzchowcach. Galopujące stworzenia były trudne do opisania, wyglądały jak ucieleśnienie wizerunków bogów zrodzonych w wyobraźni jakiegoś prymitywnego plemienia. Zdumiewające niczym potwory z koszmarnych snów szaleńców hybrydy byka, człowieka i konia, ryczące w straszliwie nieziemskim języku, dudniły kopytami, by zabić garstkę śmiałków w sposób, przed którym wzbrania się ludzka mowa.

Desperacki deszcz strzał spadł. W nacierającym stadzie zapanował chaos. Jedna z bestii padła ciężko. Inna na widok krwi sączącej się z ran wstrzymała szaleńczy galop, parsknęła i wycofała wgłąb lasu. Trzy włócznie wciąż się zbliżały, by zaśpiewać śmiertelną pieśń i zgromadzić okaleczone trupy u kopyt centigorów.

Zamiast rozpierzchnąć się na wszystkie strony, jak zrobiliby to rażeni paniką pogranicznicy, śmiałkowie stanęli dzielnie do walki. Każdy inny mąż na ich miejscu wolałby walczyć przeciwko tuzinowi mężczyzn. Jednak miecz w dłoni, w przeciwieństwie do nieporadnej próby ucieczki, dawał chociaż marne pocieszenie, jakim była obietnica żołnierskiej śmierci.

Dopiero z bliska awanturnicy ujrzeli, że bestie różniły się między sobą pewnymi cechami szczególnymi, które potęgowały wrażenie nieczystości, niesamowitości, nieprzyjazności i nienormalności.

Jochen rzucił struchlałe spojrzenie w stronę wielkouchego centaura. Skamieniały ze zgrozy Leonhardt wyjąkał kilka słów po krasnoludzku, które choć nie miały dla niego żadnego znaczenia, aktywowały runy na jego mieczu. Znaki rozbłysły, a dzielny mąż poczuł się tak, jakby miecz i jego ramię stanowiły jedność. Niesiony euforią, wymierzył desperackie dźgnięcie z takim impetem, że nieomal dosięgnął monstrum przez zaskoczenie. W ostatniej chwili stwór ciemności zdołał sparować cios tarczą tak, że klinga zahuczała o krawędź tarczy, zostawiając na ostrzu szczerbę i spychając straceńca o krok w tył.

"Będę sprzedawać skórki wydry w piekle", pomyślał kupiec. Poczuł dławiącą w gardle mieszaninę fetoru konia i człowieka, którą nasilił skradający się deszcz. Błyszczące oczka centigora emanowały nieludzkim, zatrważającym okrucieństwem. Włócznia śmignęła ze straszliwym świstem w powietrzu i z potężną furią wbiło się w obojczyk nieszczęśnika. Bestialskie szparki zapłonęły niczym kule ognia. Jochen zachwiał się i wygiął, zalany krwią. Potwór ryknął ponuro, ale jego ofiara już tego nie słyszała. Słyszała tylko bicie serca, które stanęło w gardle niemal dusząc. Upuścił miecz, przyciskając dłoń do rany. Broń i tak już nie była mu potrzebna. Nie miał siły, by się zamachnąć, by wyprowadzić kolejny cios. Co mu pozostało? Uciekać? Czekać na śmierć? Modlić się? Okrutnik szczerzył kły. Jochen uświadomił sobie, że musiał wyglądać jak szamocąca się z kwikiem istota.

Iwan krzyknął, widząc siłę tego ciosu. A może to nie śmiałek krzyczał, tylko chór upiornych strzyg cwałujących na skrzydłach Meisterwindu? Wokół Jochena rosła powoli kałuża ciemnej purpury, gdy żołnierz rozpoczynał upiorną walkę z szablozębnym wynaturzeniem. Sfora z muskułów i kości spadła na niego niczym młot. Grot włóczni rozdarł nabiodrnik, raniąc mięsień pod nim. W oczach śmiałka płonęła nienawiść nie mniejsza od sadystycznego okrucieństwa zwierzoczłeka. Rozpoczęła się desperacka gra między sprytem i szybkością a wrogą siłą i dzikością.

Pokryty białymi wrzodami bluźnierczy mieszaniec cisnął włócznią jeszcze zanim warcząca, obnażająca długie żółte kły głowa wilczycy dopadła jego nogi. Rzucił z morderczą precyzją, jakiej nie dorównałby żaden dzielny wojownik ani potężny myśliwy. Jednak Erillan ledwie zarejestrował strumień purpury buchający ze straszliwej rany - utrata równowagi otrząsnęła jego umysł z krwawej pajęczyny.

Wydawało mu się, jakby spadał całą wieczność. Chciałby, żeby tak było, żeby od ziemi dzieliło go tysiąc mil, gdyż te kilka metrów do zimnej trawy Steigerwaldu było ostatnimi ziarenkami klepsydry jego życia.

Sześć.

Pięć.

Cztery.

Trzy.

Dwa.

Jeden.

Czując nadciągającą śmierć, Iwan przestał się wahać. Nie miał wątpliwości, że umrze tu wraz z towarzyszami. Z dala od cudownych par kobiecych oczu, od śmiejącej się gawiedzi w karczmie, od reszty towarzyszy, oczekujących na nich w Nonnwelier. Wiedział, że nie zostanie bohaterem żadnej heroicznej historii opowiadanej przez dzielnych podróżników. Ostatnim, który przekaże tą krótką balladę o waleczności, miało zostać zatrważające echo przeklętego lasu.

Jednak Iwan nie miał zamiaru dać satysfakcji Steigerwaldowi, który od dawna zastawiał na niego swe sidła. Choćby w ostatnim geście pogardy miał splunąć nań krwią, nie pozwoli zmieszać się z błotem. Wijąc się wokół drzewa, Iwan postawił wszelkie swe siły, by obejść monstrualną bestie i wbić weń ostrza swej broni.

Iwan dyszał ciężko, wyczerpany, a pot z jego czoła parował. Pojedynek toczył się nieprzerwanie, człowiek i bestia nacierali na siebie co chwilę. Oczy żołnierza spoczęły na uniesionej w górze włóczni, obserwowały ślizgające się po niej zimne światło słońca. Straceniec zacisnął dłonie na brzydkich pałaszach z rękojeścią zniszczoną od potu i ostrzami wyszczerbionymi od licznych walk - to był ten moment, kiedy mógł zaatakować z flanki. Wstąpiła w niego otucha, lecz tylko na krótką chwilę. Nawet nie wiedział, co zrobił źle. Czy nie tak ocenił dystans, czy zasłonił się o sekundę za późno. Poczuł przypływ wściekłości jeszcze zanim okrutna broń przedarła się przez fartuch. Przez myśl przebiegło mu, że chętnie skreśliłby w pośpiechu kilka słów, coś jak wyznanie, jakieś pożegnanie. Przecież znał już litery, mógł to zrobić. Tylko kto by to przeczytał?

Leśną ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk wilczycy spotęgowany echem.

Leżący z rozbitą od ciosu drzewcem głową Jochen obserwował, jak para konioludów tratuje kopytami zakutego w stal młodzieńca, tratuje jego wspomnienia, jego dobrą naturę, jego marzenia.


Lecz był tu ktoś jeszcze. Leonhardt nie wierzył własnym oczom. Przez moment myślał, że nieznajomy był w istocie porzuconym strachem na wróble, jednak nie widział nigdy kukieł, które by się poruszały i mówiły. Półnagi brodaty starzec był cały pokryty ropiejącymi wrzodami. Prosty kapelusz z szerokim rondem skrywał jego oblicze. Nieznajomy oparł się na żelaznym pręcie niedaleko od Jochena i, wskazując na pokrytą krwistym brokatem stertę żelaza jaka została z Iwana, powiedział mentorskim tonem:

- Widzisz? Przeżyjesz, żeby wyciągnąć z tego naukę.

Dziad położył na piersi Jochena mały podłużny przedmiot zawinięty w śnieżnobiałe bandaże i odszedł w stronę lasu.

Jochen pogrążył się w ciemności.

Felix wysłuchał, co Jochen ma do powiedzenia. Bez zaangażowania. Wiedział, co się stało, gdy tylko zobaczył kupca wracającego samotnie. Opowieść tylko potwierdziła przypuszczenia, że towarzysze nie żyją.

- Kolejny dobry człowiek stracony. Ilu jeszcze to cholerne miejsce zabierze? Coraz bardziej mam wrażenie, że to miejsce, las i wioska to śmiertelna pułapka. Ufamy wałom i palisadzie, które stają się naszą klatką. Wyruszmy póki możemy, zabierzmy tą dziewczynę, co z nią Iwan rozmawiał i chłopca. Wszystko, co możemy dla niego zrobić, to wypełnić jego obietnicę - stwierdził czarodziej.

- Aha, panie Jochenie dobrze, że chociaż ty wróciłeś. Kiedy możemy być gotowi do drogi? - zapytał Felix.

Jochen przez moment milczał.

- Moja wina. - Pociągnął kolejny łyk piwa. - Przynajmniej częściowa. Mogłem ich namówić do ucieczki. Może wtedy by nam się udało. - Westchnął ciężko.

- Jak tylko stanę trochę na nogi - dodał po chwili - to wyjeżdżam.

Thurin spokojnie obejrzał poharatanego Jochena. Byli ludzie gorący i zimni, a Thurin niewątpliwie był tym pierwszym, agresywnym, porywczym, skorym do wybuchów gniewu…. Albo bezinteresowej pomocy. Czasami jednak, przy chwilach smutnych, dotykających krasnoluda pośrednio, bądź też bezpośrednio, odczuwał on swoisty chłód, kleszcze ze stali zaciskające gardło, wbijające Thurinssona w stan względnej melancholii.

- Szkoda - powiedział nieobecny, gdzieś na prawo od Jochena, jakby spodziewał się, że Iwan kryje się za kupcem, gotów wyskoczyć i się roześmiać. - Iwan był najlepszym towarzyszem, jakiego możnaby mieć w tej głuszy, poza nią zresztą też. Potrafił wprawić w śmiech… I złość. Ale był nieustraszony, lojalny… Był mi dobrym przyjacielem. A Erillian… Krótko go znałem, ale był… Lepszy od większości elfów. Nie był wyniosły, raczej pragmatyczny i myślę, że do kogo… Do jakiego boga nie pójdą, wpuści ich obu, ba, co więcej, da im w zaświatach miejsce godne bohaterów.

Zrezygnowany krasnolud odetchnął zatęchłym, przesyconym oczekiwaniem powietrzem.

- Dobrze mówisz, Felixie. Czas już ruszać. To… Wydarzenie pokazuje, że nasza obecność tutaj nie zmieni ewentualnego losu miejscowych. Na niewiele się zdamy zresztą… Dużo już zrobiliśmy dla Nonnweiler, ale nie tylko, nie tylko… Ruszajmy. Do Riesenburga, gdziekolwiek, byle tak szybko, jak szybko zebrać się zdołamy. A potem zróbmy coś, coś dla siebie, dla naszego zysku i korzyści.

- Im szybciej pojedziemy, tym lepiej - powiedział Jochen. - Zabrać by trzeba co się da, na handel, i w drogę ruszać.

Trzy puknięcia. Do stodoły wszedł Heiner, który cały dzień żył w nieustannym nerwowym napięciu. Straszliwa wieść musiała już rozpłynąć się po Nonnweiler, jak to bywa zawsze, gdy zacznie się zwykłe wiejskie gadanie. Zwykła rzecz po niespotykanym wydarzeniu. Niepodobna było jednak zaprzeczyć, że w powietrzu wisiał jakiś niepokój. Można było dobrotliwie obśmiać lęki przesądnych wieśniaków, ale gdy ludzie zaczynają fantazjować, poważni uczeni nie mają już nic do roboty - zabobonni chłopi wszystko potrafią wymyślić i we wszystko uwierzyć.

- Herren... Rozumiem, że pewnie wolelibyście teraz odpoczywać, ale... - rzucił struchlałe spojrzenie, nie wiedząc, jak wysłowić swą prośbę. - Co się stało Tinie i Gerhardowi? Muszę powiedzieć Annemarie prawdę, choćby niewiadomo jak bolesną.

- Prawda jest najgorsza z możliwych - powiedział Jochen. - Dopadły ich zwierzoludzie. Szczegółówo nie zamierzał opisywać, co zostało z Gerharda i Tiny.

- Nie zdołaliśmy ich ocalić - dodał. - Pochowałem ich - powiedział Jochen i wypił solidny łyk piwa. - Tak prowizorycznie dość. A potem ruszyłem do wioski.

- To niemożliwe - odezwał się przerażonym szeptem. - My też umrzemy, prawda? - rzekł głosem postarzałego nagle człowieka. Z wysiłkiem zdobył się na uśmiech. - Jeśli będzie potrzebowali pomocy, to wiecie, gdzie mnie szukać - powiedział Heiner i wyszedł, nie czekając na odpowiedź.

Kolejna śmierć wśród towarzyszy? Roran mógł pojechać z nimi… Nie wiedział, czy by pomógł, bo z tego, co słyszał od Jochena, to wyglądało na pogrom, ale wiedziałby, że zrobił wszystko aby pomóc. Winił siebie za to. Przez pół dnia nie rozmawiał z nikim i mało co opuściłby wyjazd Jochena.

Nie miał mu tego za złe, on nigdy nie był żołnierzem - niech ratuje resztę swojego życia jeśli taka jego wola. Pożegnał się z nim poklepał po plecach i rzekł:

- Bywaj towarzyszu, obyś miał więcej szczęścia niż przez ostatnie miesiące podrózując z nami.

Roran miał dość. Tak naprawdę został już tylko on sam. Mathias nie żyje, Iwan także, Jochen odszedł. Z karawany, z której udało im się przeżyc w czwórkę został tylko on. Byli jeszcze Thurin i Felix którym także się upiekło. Chyba jakieś fatum nad nimi czuwa, ciągle ktoś chce ich dopaść.

Widział, też strach i oczekiwanie najgorszego wśród chłopów. Wiedział że oni się stąd nie ruszą, ta ziemia to wszystko co mieli. Sam wiedział, że zostanie tutaj równa się samobójstwu… Trochę go to korciło, ale postanowił trzymać się maga i jego śmiesznej małpki, bo wiedział, że możliwe, że to jedyny sposób na odwrócenie mutacji, która zniszczyła jego ułożone życie.

Nie miał wiele tobołów i był gotów do podrózy w każdej chwili. Co do handlowania, to mógł coś nieść na swoich barkach, ale nie znał się na tym i nie miał nastroju więc po prostu zaprzestał odzywania się w tej sprawie, a skupił się na rozmyślaniu nad utraconymi towarzyszami…

- Ruszajmy. - rzekł lakonicznie Thurin. - Jochenie, czy być może wraz z Felixem, czy też Wulfem, zakupiłbyś jakoweś towary, jeśli o handel idzie? Znasz się na tym.

Jochen skinął głową. Zakup towarów i sprzedaż z zyskiem był dobrym sposobem na pomnożeniu majątku ich małej grupki, a i chłopom przyda się z pewnością to, czym dysponowali goście. Na przykład broń.

Thurin zerknął ku Wolfgangowi. - Pewien jesteś, że zostać chcesz? To twoja decyzja, ale też pewne samobójstwo - lepiej by było, byś zabrał się z nami.

Wolfgang skinął głową Rozciętej Gębie.

- Tak, zostanę. Czy to śmierć? Być może. Zapewne. Ale mam taki obowiązek. Gdybym teraz zostawił tych ludzi, już nigdy nie mógłbym spojrzeć sobie w twarz. Wiem, że zrozumiesz, przyjacielu.

Nagle landsknecht wyciągnął pistolet i wręczył go khazadowi.

- Pamiętam, że chciałeś go poprzednio. Weź go, na pamiątkę. Jak się znowu zobaczymy, to chcę widzieć, jak kurki na dachach odstrzeliwujesz! - rzekł, w uśmiechu szczerząc swe równe zęby. Wiedział, że pewnie nie ujrzy ponownie swych towarzyszy. Jednak Wolf się tym nie przejmował. Całe życie parł do przodu, z uśmiechem na ustach i ogniem w oczach, nadstawiając karku. I nigdy nie żałował niczego w swoim życiu. Dlaczego miałby się teraz bać śmierci?

Krasnolud przyjął broń.

- Dziękuję. - Thurin uśmiechnął się. - Nie zapomnę o tobie, przyjacielu. Dużo razem przeszliśmy. Ech… pozostanę w Riesenburgu wraz z Jochenem, rozkręcimy biznes. Reszta pewnie prędzej, czy później pocznie pracować w terenie, rozumiesz, ale bedę oczekiwał informacji o tobie. Jeśli zachowasz życie, oczekuję cię w mieście.

- No i zawsze możecie liczyć na pewne zniżki - dodał Jochen.

 
__________________
[B]Prowadzę:[/B]
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)
[B]Gram:[/B]
- [Stars Without Number] WARHAMMER 29K (kampania przez Roll20)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 16-04-2015 o 12:45.
Clutterbane jest offline  
Stary 09-04-2015, 00:56   #116
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
4 Ulriczeit 2514 KI

Nonnweiler: ciepła, spokojna noc

Wolfgang życie w nieustannym nerwowym napięciu znosił wyjątkowo dzielnie, tłumiąc straszne poczucie wyczekiwania ciężką pracą. Wręcz przeciwnie zachowywali się Nonnweilerczycy - ogarniała ich jakaś tępa rezygnacja, jak gdyby znajdowali się już jedną nogą w innym świecie, jak gdyby pod okiem nienazwanych sił zdążali prosto ku niechybnej, a znajomej zgubie. Wydawało się, że zdążyli już zobojętnieć na wszystko co dziwne i nieprzyjemne i to czyniło z nich ludzi nieostrożnych i uśpionych. Coś musiało paść im na mózg, pomyślał awanturnik, mimo że wiedział, iż te obłędne spostrzeżenie nie może być prawdziwe, może z wyjątkiem starego Alberta i kuzynki Heinera.

Annemarie od czasu utraty Tiny i Gerharda była pod ciągłą opieką kuzyna i najbliższych. Podupadała na zdrowiu, zarówno fizycznym jak i psychicznym, toteż nikogo z sąsiadów specjalnie nie zdziwiła wieść, że w gorączce wykrzykuje o jakichś nieopisanych rzeczach. W jej majakach nie było ani jednego konkretnego rzeczownika, tylko czasowniki i zamki: coś się ruszało, zmieniało, trzepotało; w uszach dźwięczały jej impulsy nie do końca będące dźwiękami; coś jej zabrano, coś z niej wysysano, zaciskało się na niej coś, co nie ma prawa istnieć - niech ktoś to zabierze - nocami wszystko było w nieustannym ruchu - przesuwały się ściany i okna. Jednak Heiner, mimo że nieomal mdlał na widok jej grymasów, nie odesłał jej do przytułku dla obłąkanych ani nie zamknął na strychu - dopóki nie robiła krzywdy sobie i innym, pozwalał jej chodzić swobodnie po całym domu.

Wieś powoli wypełniała się tchnieniem z jakichś dali nienazwalnych i nienazywalnych. Coś się zbliżało, skradało, czekało aż ktoś je zobaczy, usłyszy i poczuje. Wolfgang uważał, że spotkał go boski dopust, nie miał jednak pojęcia dlaczego - zawsze był przekonany, że wiedzie życie uczciwe i bogobojne. Czy Sigmar chciał, aby morderca udźwignął brzemię martwego inkwizytora, nie ciesząc się żadnym przywilejem zakonu Srebrnego Młota?

Kobiecy wrzask. Naprawdę szaleńczy. Ciemność. Fetor stodoły. Przeraźliwe rżenie koni i galop rumaków zamienionych w przerażone sarny. Nikt za żadne skarby świata nie odważyłby się wyjść w takim momencie z domu.

Wolfgang znalazł po omacku rękojeść miecza. Ścisnął ją mocno w swej dłoni, jakby flamberg był jakimś amuletem, który miał mu pomóc skupić myśli. I tak podziałał. Całe życie bowiem trwał w przekonaniu, że wszystko, co może mu zagrozić cieleśnie, może zostać pokonane siłą stali i wprawnego ramienia. Teraz więc, wyposażony w swój miecz, który czynił go panem własnego losu, mógł skupić się na obecnym zagrożeniu. Wiedziony latami doświadczeń, szybko zbliżył się do wrót stodoły i wyjrzał ostrożnie na zewnątrz.

Zatętniły zbliżające się szybkie kroki. Przez ocienione wejście niczym jasny płomyk chylony wiatrem wbiegła mała dziewczynka.

- Dziadek... - wydyszała, gdy tylko wtuliła się w nogę Wolfganga. Twarz Landsknechta pobielała. Objęcia dziecka zacisnęły się mocniej, gdy żołnierz patrzył lękliwie w mrok.

- Dziadek Albert - powtórzył Wolfgang z sercem zimniejszym od kamienia. Ciemność na zewnątrz przecinały chaotyczne krzyki. Oświetlone bramy były nienaruszone - nie było możliwości, żeby zagrożenie przyszło z zewnątrz.

Eisenhauer zaklął w myślach. Jakże był naiwny! Dał się omotać w swej naiwności i współczuciu do kobiety, która prosiła go wtedy o miłosierdzie, wtedy, gdy mógł wszystko zakończyć jednym cięciem. “Powinienem był posłuchać Thurina”, wyrzucał sobie, ale nie miał teraz czasu, by żałować swej nadmiernej dobroci. Odepchnął dziecko, to nie był dobry moment na pocieszanie go, nieważne jak bardzo chciałby to zrobić.

Wolfgang słyszał, jak mężczyźni krzyczeli do kobiet, by uciekały. Awanturnik czuł, jak krew pulsuje mu w skroniach z niecierpliwości i rozgorączkowania. Tymczasem Nonnweilerczycy, zamiast śmiało zmierzyć się z okropnościami, postawieni o krok od zatrważających rewelacji przypominali szmerliwe, rozbiegane szczury, wieszczące dopust boży.

- Miecze nie przyniosą sprawiedliwości, tylko cierpienie! Uciekajcie póki możecie!

- Morr posłał dziewicę!

- Koniec zapłonął ogniem niewidzialnym!

Rzucił się po swój muszkiet, w pośpiechu załadował go, wiedząc, że i tak nie ma już czasu na załadowanie pistoletu. Następnie, z mieczem za pasem, a muszkietem w garści wyszedł na zewnątrz. Nie musiał o nic więcej pytać dziewczynki, wiedział, dokąd iść.

Księżyc nie wstał, a srebrne punkciki gwiazd dawały mało świata, jak gdyby ich blask zadusiły ponure kształty, dla których nie powinno być miejsca w naszym wszechświecie.

Dziewczynka stanęła w drzwiach do stodoły, oczekując, że Wolfgang się o nią zatroszczy. Musiała bać się już samych ciemności.

Tak jak można było przypuszczać, mało który wieśniak odważył się wyjść z domu. Brama stajni stojącej nieopodal stodoły była otwarta. Sam gospodarz, Pit Clausen, leżał bez zmysłów - Wolfgang nie musiał sprawdzać jego pulsu, by stwierdzić, że najwyraźniej został stratowany przez konie, które niepodobna było uspokoić, w chwili, gdy otworzył wrota stajni.

Jednak w oddali, w kierunku przeciwnym do gospodarstwa, w którym trzymany był Albert, bohater tej opowieści dojrzał blask pochodni poruszających się jak świetliki. Świadomość, że znaleźli się dzielni mężowie, działała nań pokrzepiająco.

Wolfgang podbiegł do nich, pytając się o zajście. Skoro mieli dość serca do czynów, to poprowadzi ich, tego z pewnością oczekiwał od wojownika Sigmar. Doświadczenie podpowiadało mu zresztą, że warto się najpierw wywiedzieć o sytuacji, niż przeć bezmyślnie do przodu.

- Patrzcie, to Wolfgang! - syknął Holm Rodewald, wychudzony piętnastolatek, który w blasku płomieni i z mieczem w garści wyglądał równie surowo, jak pozostali czterej mężowie.

- Już cię z dziesięć razy zabiliśmy w plotkach - zażartował Heiko Seifert, przystojny, osiemnastoletni mężczyzna o szarych oczach i niezwykle szczupłej sylwetce, który miał dzisiejszej nocy pełnić wartę przy bramie.

- Ktoś ma jakiś pomysł, co to może być? - zapytał się Albert Heller. Miał miękki głos, z lekka drżący, niemal się jąkał.

Mężczyźni nasrożyli się jeszcze bardziej, wyczekując odpowiedzi od Wolfganga. Żołnierz ujrzał na ich twarzach żałosną bladość. Miał wrażenie, że nogi Rodewalda trzęsą się jak galareta. Bez wątpienia dzisiejsza odwaga ich wiele kosztowała.

Po pytaniu Hellera landsknecht porzucił zamiar wypytywania ich. Musi sam to ustalić. Najważniejsze jednak, że znaleźli się ludzie, którzy mogli go wspomóc, nawet jeśli strach był wypisany na ich twarzach. Cóż, nikt nie rodzi się wojownikiem- dopiero w ogniu walki człowiek zostaje weń przekuty.

- Cieszę się, że macie dość męstwa w sercach, by stanąć do boju - zawołał silnym głosem, jakby chcąc przelać w nich swą moc. - Słuchajcie się mnie, a Sigmar da nam zwycięstwo. Nie trwóżcie się, cokolwiek zobaczycie - tak długo, jak nie poddacie serc waszych mrokowi i strachom, tak długo hańba wam nie grozi! Jaką macie broń ze sobą? Czy brama jest pilnowana?

Wolfgang zauważył, że po jego przemowie w oczach mężów pojawił się niewidzialny dotąd blask. Szparki szczeniaka Holma iskrzyły się takim samym ogniem, jaki wzniecały pochodnie na ostrzach.

- Mamy miecze! - krzyknął dzieciak.

- Hejże! Ciszej... - przerwał uniesienie Heiko. - Zostawiliśmy Heinera na warcie, bo mamy plan. Czymkolwiek to jest, chcemy to zagnać do bramy, wyrzucić na zbity pysk jak wściekłego psa i się zabarykadować. Sprytne, co?

- Heiko, zwariowałeś? Nie mamy włóczni, by trzymać to coś na dystans, a z łuków w tych ciemnościach będziemy strzelać z gracją ślepców - skrytykował Albert.

- To wymyśl coś lepszego!

- Do diabła z wami! - syknął Ralf Moser, brodacz o lekko skośnych oczach. - Jak mam powierzyć komuś swój miecz i życie, to powierzę je zawodowemu żołnierzowi, a nie przekupkom z Riesenburga.

Wolf skinął mu głową. Widział, że wyczekują na jego decyzję, zatem postanowił ją wydać.

- Nie ma czasu na narady, zatem posłuchajcie mnie. Ten z was, który czuje się najpewniej w walce na miecz uda się ze mną, ja zmierzę się z potworem. Pozostali niech także z nami pójdą, ale chciałbym, byście uczynili co innego. Jeżeli ten potwór jest na zewnątrz, musimy go zagonić, jak na obławie, do domostwa, obojętnie jakiego. Potwory ciemności boją się ognia, w tym zatem możemy upatrywać naszej siły. Jeżeli znajdzie się już w czterech ścianach, unikniemy jego niszczycielskiego potencjału, a w razie gdybym zawiódł, będziecie mogli go spalić i zwalić mu strop na łeb. Pomożecie także ludziom, którzy znajdą się w zagrożeniu. Ale przede wszystkim, nasłuchujcie mojego głosu, bądźcie gotowi bez wahania wypełnić moje polecenia, choćbym wam kazał siebie samego podpalić.

- Przygotujcie jednak więcej pochodni i gdy się zbliżymy, rzućcie je w stwora na mój znak. Zobaczymy, czy się go przestraszy i będziemy mieli okazję do jednego strzału.

- Masz mój miecz - powtórzył jeszcze raz Ralf, a Heiko pokwaśniał, chowając miecz do pochwy i zapalając drugą pochodnię od pochodni. Inni uczynili podobnie. Holm zakręcił ogniem w stronę bramy tak, jakby chciał sygnałem powiedzieć samotnemu odźwiernemu “jesteśmy z tobą”.

- Chwileczkę! - szepnął Albert. - Skąd u licha wiesz, że to potwór? Skąd wiesz, gdzie iść? I skąd wiesz, jak to coś pokonać?

- Mam powody, by tak sądzić - odpowiedział pospiesznie landsknecht. - Nawet nie wyobrażasz sobie, z czym walczyłem w Steigerwaldzie. Ale jest prawdą, że dopiero na miejscu okaże się dokładnie, z czym mamy do czynienia. Dlatego mój plan zakłada też, że to ja poniosę największe ryzyko przy tym. I klnę się na Sigmara, niech mnie Morr żywcem ze skóry wywlecze, jeśli nie dam z siebie wszystkiego.

- Nim nastanie świt, nie będzie nas wśród żywych... - powiedział Albert, czyniąc znak młota na piersi. Popatrzył na towarzyszy, oddając się ponurym dumaniom. Pozostali mężowie jęli wpatrywać się w stygijską głąb, nietkniętą blaskiem pochodni.

Od tygodni okolica nie działała dobrze na wyobraźnię, a kolejne noce zaś nie zsyłały kojących snów. W końcu nadszedł ten moment, kiedy Nonnweiler stało się marionetką nieokrzesanych, przewrotnych władztw ciemności.

Wyruszyli w przepojoną absolutną ciszą ciemność zupełnie dziarsko, na przekór mglistego poczucia trwogi. Wolfgang wiele razy stawał w drzwiach stodoły i obserwował, jak w Nonnweiler zapadał zmrok, lecz nigdy nie lękał się tak jak dziś - osada pierwszy raz wydawała się złowroga i groźna.

Towarzyszący mu Nonnweilerczycy musieli przeżywać naprawdę okropne chwile. Ich kroki i oddechy składały się na preludium grozy. Już blisko, pomyślał Landsknecht. Przeklęta, potępiona farma była niedaleko.

- Pochodnie! - krzyknął Landsknecht. I wtedy blask płomieni oświetlił coś tak potwornego, że narrator może jedynie się łudzić, iż uda mu się wyrazić w zwykłych słowach to, co niepojęte, nieopisane, niewysławialne. Monstrum przestało żerować na swej ofierze i wyprostowało się do dwuipółmetrowej wysokości w pełni swej strasznej ochydy, gdy wystrzelił muszkiet. Pionowa szczęka rozwarła się, gotów połknąć każdego z mężów w całości, a w bełkotliwym, piskliwym zawodzeniu zabrzmiała mieszanina nienawiści i przerażenia.

Ciemność. Porażający, oszałamiający wrzask. Szaleńczo rozpierzchła gromada postaci. Moje życie jest zagrożone, pomyślał mężczyzna. Poczuł na sobie ciężar kolczugi. Kiedy ją ubrał? W jakim celu? Nieważne - wiedział, że jest mu teraz potrzebna. Czuł boleśnie uciskający w skronie hełm. Po co mu był potrzebny? Skąd go wziął? A miecz? Do diabła, nie ma czasu do stracenia! Ratuj życie głupku, o resztę zadbamy później.

Spojrzał na piekielne widmo najrozpaczniejszej strupieszałości i rozkładu, ociekający zgnilizną zwid objawiający treść chorobliwą, uchylony rąbek wszetecznych sekretów, które miłosierna ziemia winna trzymać w ukryciu. Bogowie (mimo że nie znał imienia żadnego z nich) mu świadkiem, że nie była to istota z tego świata - bądź już nie z tego świata - lecz o zgrozo, w jej zgniło rozścierwionych kształtach widział przebrzydłą, szyderczą parodię ciała ludzkiego, na domiar złego zaś - co przejęło go wstrętem wręcz niewysłowionym - tak zatęchle grzybiasto zmurszałą!

I mimo, że groza go paraliżowała, nie potrafił uciec od jednego pytania:

Kim jestem?

Nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć. Szczególnie takim rozważaniom nie sprzyjała obecność tej groteskowej kreatury, od której zionęło wręcz wrogimi intencjami. Widok innych ludzi, którzy stawiali czoła tej okropności podniósł go jednak na duchu. Nie znał ich, ale wiedział, że jeśli mają to przeżyć, to on także musi się przyczynić do zabójstwa poczwary.

Mężczyzna podniósł miecz i choć początkowo się zadziwił, jakim cudem przyjęcie postawy bojowej przyszło mu z taką łatwością, to wkrótce do reszty opanowały go instynkty. Instynkty, które były trwale wpisane w jego mięśnie, odruchy zakopane w nim głębiej niż wypłukane przez grozę potwora wspomnienia. Już nie przejmował się kim jest, gdy z wrzaskiem biegł w stronę obłego stwora ciemności, a choć nie znał żadnych imion bogów, których mógłby wzywać, jego siła intencji starczyłaby za wszystkie miana. Pierwotny ryk wydobywał się z jego ust, gdy szybkimi susami zbliżył się do potworności. On, wraz ze swoim mieczem, przeciw diabelskiemu monstrum. Nic więcej nie trzeba tu wiedzieć.

Gdy przystąpił do bestii uniósł broń, tak, że jelcem prawie dotykał swego policzka, po czym wyprowadził z biodra mocarny oberhau. Flamberg opadł na cielsko stwora, który okręcił się na tyle, by miast w rozwartą paszczę przyjąć cios na obwisłą pierś. Nie była to jednak wielka korzyść dla maszkary, gdyż ostra broń rozorała mu cielsko, krusząc zmutowane kości żeber. Bestia zaryczała, lecz tym samym wściekłym wyciem odpowiedział jej człowiek. Błyskawicznie odskoczył w bok, omijając bezradne wymachy tłustych ramion potwora, które choć dzierżyły wielką siłę, trafiały tylko w powietrze.

Mężczyzna okręcił się wokół własnej osi, przeskakując dalej za stwora. Ohydny demon zaskakująco szybko zwrócił się frontem do człowieka, rzucając się na niego z paszczą, lecz ten był już gotowy. Nie mógł sobie przypomnieć nazwy pozycji jaką przyjął, stając szeroko i nisko w nogach i trzymając miecz nad skronią, ani miana ciosu, jaki wyprowadził, pod skosem przecinając jadaczkę potwora. Starczyło mu jednak plaśnięcie długiego, mięsistego języka na ziemie, tryskająca na niego krew maszkary i wrzaski potwora, w których już nie było czuć tak wiele grozy, ale palący ból.

Cały pojedynek trwał niezwykle krótko, przeciętny obserwator zaś zobaczyłby jedynie mocne ciosy i rany pojawiające się na demonie. Dla mężczyzny jednak znaczyło to o wiele więcej- choć nie pamiętał nawet swojego imienia, to wiedział, że właśnie do tego jest stworzony, tych parę chwil boju było sensem jego istnienia- nie mógł być nikim innym, jak tylko wojownikiem.

Żołnierz wykonał na odlew dwa razy mittelhau, ale choć skóra potwora wciąż stawiała opór mieczowi, sama kreatura już nie mogła dłużej się bić. W końcu mężczyzna przyjął pozycję pługa, opierając jelec na biodrze i skierowując sztych w pierś maszkary. Wyprowadzone pchnięcie było ostatnim ciosem w tej bitwie. Flamberg zanurzył się aż po jelec. Obły stwór wydał ostatnie, cuchnące tchnienie i skonał, osuwając się na ziemię. Nad tą rozlaną kupą mięsa stał oblany ciemną posoką wojownik, przepełniony euforią zwycięstwa.

Jak przez mgłę słyszał zdumione okrzyki towarzyszących mu mężów. Wołali na niego Wolfgang.

Wraz z oczyszczającym zwycięstwem odzyskał swe imię.

 
__________________
[B]Prowadzę:[/B]
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)
[B]Gram:[/B]
- [Stars Without Number] WARHAMMER 29K (kampania przez Roll20)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 09-04-2015 o 01:17.
Clutterbane jest offline  
Stary 17-04-2015, 23:12   #117
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Riesenburg

Riesenburg... Ani Thurin ani Roran nie wiedzieli, co sprowadziło tu ich współbratymców. Nie pozostawili kronik i przyczyny ich wędrówki spowite były tajemnicą milczenia. Lecz zbudowana tutaj warownia i ich sposób życia dawały powód sądzić, że żyli w ciągłym strachu. Drobne utarczki z miejscowymi nie mogły nigdy być aż tak poważne, by zmusić krasnoludy do takiej przezorności.

Pomnikiem przeszłości, raczej skromnym - był kamienny taras wysoko w skałach, wycięty dla nie wiadomo jakiego celu. Jedyną niezwykłością tej gładkiej płaszczyzny skalnej były głęboko w niej wyryte kształty stwora, którego przyjął za swój znak pierwszy książę: gryfa. Każdy kolejny władca, który zagarniał ciężką ręką kamienny tron i jeszcze cięższą ręką go dzierżył, przyjmował mityczne zwierzę za swój herb. Nie było inaczej w przypadku Güntera Zahna, który rozdarte rewolucją Kirchheimbolanden przywłaszczył sobie tak, jak się zrywa dojrzałe śliwki z drzewa.

"Gród Olbrzymów" był miastem pełnym prastarych krasnoludzkich iglic, ale także kalenic, kominków z nadstawkami i kurków na dachach, mostków, wierzb, cmentarzy - niekończący się labirynt uliczek, stromych, wąskich i krętych, z górującą pośrodku wieżycą siedziby księcia, którego nie ośmielił się nadkruszyć ząb czasu - niezgłębiony gąszcz domów, nieporządnie nawarstwawiony, pokrzywiony na wsze strony niby stos dziecięcych klocków. Były tu prastare sklepiki i tawerny: cieniste, kamienne mury, szyldy poskrzypujące w powiewach Meisterwindu, ganki z kolumnami i groteskowe kołatki łyskające w świetle sączącym się z małych, zasłoniętych okien na wyludnione, brukowane podwórza. Wysunięte nad ulice piętra budynków chyliły się ku sobie, niemal się stykając, przez co mieszkańcy czuli się prawie jak w tunelach, a zimą śnieg w mniejszym stopniu zasypywał bruk.

Młodzi jesteście - mówiły mury, wieże i przybytki - ale my jesteśmy stare. My jesteśmy niezwyciężone, niezniszczalne, a wy przeminiecie, a więksi przyjdą po was. Więksi byli przed wami.

- Barokokarr - szepnął Roran do Thurina. Po krasnoludzkich zabytkach przesunęło się srogie spojrzenie żołnierza.

- Zapomniany ojciec architektury - dopowiedział czeladnik run. Barokokarr był krasnoludem, który według legend zasłynął talentem do budowy ogromnych pomieszczeń nie wymagających jakichkolwiek punktów podparcia, zaklętych pokojów-zagadek z podłogą w szachownicę, labiryntów będących zgubą dla licznych plemion goblinów czy głęboko spoczywających kompleksów podziemnych, w których powietrze było tak świeże jak w Athel Loren.

- Absurdalnej architektury... - poprawił zachmurzony Roran. Ceniony za swój geniusz Barokokarr okrył brodaczy hańbą, gdy w podeszłych latach jego rzemiosło stało się sztuką dla sztuki, w dodatku niezrozumiałą - długie korytarze prowadzące donikąd, niekończące się płaskorzeźby i freski, tajemne przejścia w miejscach najbardziej oczywistych czy pułapki w często używanych przez brodaczy tunelach. Do dzisiaj trwają spory, czy Barokokarr to rzeczywiście krasnoludzki przodek, czy bóg gnomów.

- To już wiemy, skąd się wzięły podziemne wybuchy - zauważył Thurin, wspominając plotkę, którą awanturnicy zasłyszeli bodajże od Karli. Czeladnik run przypomniał sobie wszystkie dawne opowieści o Barokokarrze manifestującym się poprzez cykliczne niszczenie lub przebudowywanie fragmentów swych dzieł.

Zapomniany bóg podobno potrafił też zasiać ziarno swego szaleństwa w kolejnych pokoleniach architektów, i to nie tylko krasnoludzkich. Według uczonych Oskara Lefevre i Jeana-Pierre’a Lafontaine boska inspiracja nie ominęła nawet Konstantego Drachenfelsa…

Wolfgang

- Zeszłej i poprzedniej zimy, kiedy byłem jeszcze chłopcem, widziałem, jak ludzie zamarzali z zimna. Ludzie opowiadają o zaspach głębokich na czterdzieści stóp i o wiejącym z północy lodowatym wietrze, lecz prawdziwym wrogiem jest chłód. Skrada się cicho; najpierw trzęsiesz się, dzwonisz zębami i tupiesz, marząc o grzanym winie i miłym ognisku. Potem chłód przenika cię, wypełnia twoje ciało i nie masz już siły z nim walczyć. Łatwiej jest po prostu usiąść albo położyć się spać. Podobno na końcu nie czujesz bólu. Słabniesz i ogarnia cię senność; wszystko zamazuje się i czujesz, jakbyś tonął w morzu ciepłego mleka. Ogarnia cię błogi spokój.

- "Gra o Tron", G. R. R. Martin

Marni mieszkańcy ponurego kraju w minorowych nastrojach pokonywali marne dni, żyjąc w cieniu ciemnego lasu kryjącego smętne wzgórza. Wolfgangowi wydawało się, że owej monotonnej szarości będzie bez końca. Ranki były mroczne, zimne i przygnębiające. Bywały takie dni, kiedy żołnierz miał na sobie co najmniej trzy płaszcze, a mimo to trząsł się ostentacynie. Jednak śnieg był najmniejszym złem, jakiego należało oczekiwać. Wolfgang miał wrażenie, że coś obserwuje Nonnweiler, coś zimnego i nieustępliwego, co z pewnością nie darzyło ludzi sympatią. Z kolei wieczorem już nie zimno, a opadająca na las zwarta ściana ciemności sprawiała, że czuł dreszcze na całym ciele. Liście szeleściły niczym żywe stworzenia, poruszane wiejącym z północy zimnym wiatrem. Mimo zmęczenia landsknechtowi nie udawało się zasnąć, nawet odpocząć. Leżał napięty jak ktoś, kto lada chwila spodziewa się wezwania do broni.

Jednak w głębi ducha Sigmaryta musiał przyznać, że się nie bał. Wypełniało go wielkie szczęście i odwaga i w każdej chwili stanąłby naprzeciw całej armii najeźdźcy Lecz było to wspanialsze niźli odwaga bitewna, bowiem skłaniało się ku życiu, a nie śmierci.

Następca Daniela Rappa, wystawiony na ciekawskie - i nieraz wrogie - oczy nowych poddanych, nie zamierzał popełnić tych samych błędów, co jego poprzednik. Cierpliwie studiował rozkład ziem byłego Kirchheimbolanden i mówił o potrzebach poddanych. Uważnie słuchał wieści i nawet wtedy, kiedy były tak zniekształcone, że trudno było odróżnić zmyślenie od prawdy, nie wahał się działać. Wkrótce osiemdziesiąt ciężkozbrojnych pograniczników o twardym wejrzeniu zjawiło się w Nonnweiler i okolicznych wioskach. Dla mieszkańców był to krzepiący widok, a dla Wolfganga konieczność podporządkowania się srogim wojownikom Wallerfangen. Patrzyli na niego wprost, zuchwale, aczkolwiek z pewnym uznaniem i niechętnym podziwem, a on odwdzięczał się podobnym spojrzeniem.

Armia jest podobno jak miecz - nie wolno pozwolić jej zardzewieć. Jednak mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, a cały ten czas był spędzony wyłącznie na mętnym poczuciu niepokoju i nierealności. Nic się nie wydarzyło. Z ciemnych chmur nie spadła nawet kropla deszczu. Nonnweilerczycy żyli w cieniu, który nie skrywał żadnych szponów, żadnych żółtych kłów gotowych wyskoczyć z cienia. Dzikie zawodzenie Meisterwindu towarzyszyło ludziom aż do wiosny. Gdy zimny, porywisty wiatr, smagający całą krainę przez długie miesiące przestał wiać, Wolfgang musiał zastanowić się, co dalej. Minęło wiele czasu, odkąd wymachiwał mieczem. Oddziały najemników wracały do Riesenburga - mógł się zabrać razem z nimi. Wobec niektórych żółnierzy odczuwał nawet ciepłe poczucie braterstwa, jednak tak naprawdę chciał znowu zobaczyć swych towarzyszy, którzy pewnie chwytali się dorywczych prac w Riesenburgu, by jakoś przetrwać do wiosny.

Choć nikomu Wolfgang nie przyznał się do tej myśli, za każdym razem gdy pociągał za struny pamięci miał przekonanie, że uśmiercenie demona tamtej nocy zapobiegło większej tragedii. W zakątku jego świadomości jednak nadal był lęk przed Chaosem - złe duchy z każdym posępnym i krwawym eonem były coraz przebieglejsze, a ludzie słabli i degenerowali się. Nie zapobiegł katastrofie, tylko odsunął ją w czasie, pomyślał. I aż skóra ścierpła mu na tę wstrętną myśl…

Widząc niezdecydowanie Wolfganga, stary Nimptsch pewnego dnia usiadł koło niego i powiedział:

- Każda przyszłość jest jak wachlarz, rozłożona na wiele dróg, które mają swój początek w danej chwili. Wybierzesz, to pójdziesz jedną drogą, wybierzesz inaczej, podążysz inną, trzecią czy czwartą... Lecz w końcu żaden człowiek nie ucieknie od nakreślonego wzoru ani nie pójdzie mu wbrew. Przed tobą leży twój. Idź ostrożnie, jak leśnik. I pamiętaj: masz w sobie głębię, a jeżeli nauczysz się z niej czerpać, będzie ci ona lepiej służyć niż jakakolwiek tarcza lub miecz wykuty przez najzręczniejszego z kowali.

Wolfgang milcząco podziękował starcowi. Zima spędzona w Nonnweiler dała żołnierzowi okazję do rozmyślań, a wisząca nad okolicą groźba ze strony zwierzoludzi sprawiła, że te rozmyślania miały bardzo poważny charakter. Eisenhauer ponownie odczuł z całą siłą ten niepokój, który sprawiał, że coraz bardziej stawiał swe życie na szali i wciąż podbijał o nie stawkę, ten niepokój, który odmawiał mu prawa do założenia rodziny i spokojnego żywota. Pory roku się zmieniały, lata mijały, ludzie orali, żęli i zbierali. Ale też byl inni, którzy nie żęli i nie orali, ale zabierali ludziom to co najcenniejsze, ich życia, ich nadzieję, ich wiarę. Były to demony, demony smutku i strachu, których rodzicami były jednak demony z ciała i krwi, demony mieszkające w lasach. Monstra takie jak to, które zabił. Potwory takie jak te, które zabrały mu przyjaciół w Steigerwaldzie.

Od jakiegoś czasu wiedział, że nie może tu zostać. Częściej niż miecz, brał do ręki młot, szczypce, czy szydło. Czuł, że choć wioska niewątpliwie potrzebowała pomocy, to nie tego oczekiwał od niego Sigmar. Mądrze prawił Nimptsch, ale jak on miałby znać wolę bożą? Być może cały ten czas błądził, w końcu czy coś po sobie zostawił, czy coś osiągnął? Niegodziwcy, których zabił zostaną zastąpieni przez nowych, podobnie jak bestie z lasów. Zbliżał się do końca czwartej dekady życia, ale wciąż nie potrafił wypełnić swego przeznaczenia.

Udał się przed wioskę i rozejrzał się. Z jednej strony droga wiodła ku Riesenburgowi, tam, gdzie byli jego przyjaciele. Z drugiej zaś, był las Steigerwald. Mroczny, podstępny, czający się, czyhający na ludzi. Miejsce, w którym gromadzą się Ciemne Siły. A po tym, jak zabił Uwego Schmitza, szalonego inkwizytora, te Potęgi mogą bezpiecznie nękać ludzkość. Wolf nie żałował swego czynu, wiedział, że Schmitz czynił zło, zasłużył na taki koniec. Ale kto go miał teraz zastąpić? Kolejny samotny wariat?

Eisenhauer rzucił ostatnie wyzywające spojrzenie w stronę Steigerwaldu, po czym obrócił się na pięcie i szybkim krokiem wrócił do Nonnweiler. Musiał się jak najszybciej spakować, by zdążyć się pożegnać ze wszystkimi i załapać się na wspólną podróż z najemnikami. Wiedział już, co ma zrobić. Nie będzie kolejnym Schmitzem, ale nie da też Siłom Mroku zatriumfować. Miał teraz cel, o wiele wyraźniejszy niż wcześniej i za tą wizją miał zamiar podążyć.


 
__________________
[B]Prowadzę:[/B]
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)
[B]Gram:[/B]
- [Stars Without Number] WARHAMMER 29K (kampania przez Roll20)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 21-04-2015 o 12:02.
Clutterbane jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168