Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-03-2015, 12:24   #1
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 2801 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
[Warhammer II ed] Złoto dla naiwnych: Arabia

Galvin
Dla krasnoluda dni mijały bardzo szybko, bowiem ten musiał udać się ponownie do Barak Varr w celu odebrania swojej nagrody. Browar jaki podarował mu król prezentował się naprawdę okazale. Trzech czeladników, których dostał do pomocy również wyglądało na kompetentnych i przygotowanych do ciężkiej pracy. Gdy tylko wszystko było ustalone, a wszelkie formalności dopełnione piwowar mógł ruszać z powrotem do Baronii. Wiadome było, że nim produkcja ruszy minie trochę czasu, lecz krasnolud miał przeczucie, że jego marzenie powoli spełnia się. Jordie miał zając się wynajęciem ochrony dla pierwszych transportów do Baronii, podczas gdy Galvin miał dobić targu z karczmarzami w Wolfowej twierdzy.
Tym oczywiście zajął się od razu po powrocie, i choć nie było to łatwą sprawą, to w końcu wytargował uczciwe ceny, za dostarczany towar. Także rozmowy z Deuvalem o wykorzystaniu kilku żołnierzy jako grupy chroniącej przerosły oczekiwania Khazada. Generał rozumiejąc i widząc jakie zyski może przynieść krasnoludzki browar dla Baronii, oddał pięciu żołnierzy, którzy mieli dołączyć do najbliższego transportu. Ta piątka miała być standardową ochroną, która miała chronić i strzec wszelkich dostaw od Browaru Migmarsona. Oczywiście Baronia będzie pobierała od tego należne honorarium, jednak jego cena była do zaakceptowania przez krasnoluda.
Teraz krasnoludzki mędrzec musiał poświęcić swój czas na przygotowania do wędrówki. Pościg zapewne nie będzie łatwy, a i droga przed najemnikami miała być długa.

Gomez / Laura
Od kiedy było tylko wiadome, że Wolf zamierza ścigać Bragthorne’a , Laura poczęła czynić przygotowania do wyprawy. Jej przygoda z Gomezem, rozwinęła się bardziej niż początkowo zapewne to zakładała. Poza seksem owa dwójka spędzała sporo czasu na rozmowach, czy wspólnych treningach, jednak to właśnie noce należy głównie do nich. Często ich zabawy słyszeli Ci, którzy zajmowali pobliskie komnaty, bowiem ani jedno ani drugie nie należało do zbyt dyskretnych. Sam akrobata musiał przyznać, że nocne zmagania ze swoją partnerką dość mocno go wyczerpywały i kosztowały go wiele sił. Sigmaritka bowiem, była zmienna niczym pogoda, i raz lubiła długie, czułe pocałunki , a raz trzeba było ją totalnie zdominować, by ta mogła osiągnąć pełnię satysfakcji ze spółkowania. Porywczy charakter Laury, oraz jej skłonność do różnych, dziwnych rzeczy czasem mogła przerażać nożownika, lecz przede wszystkim nakręcała go coraz mocniej na nią.

Dla Laury nawet świadomość tego, że jest w ciąży, nie zmieniła wiele w jej charakterze i sposobie bycia. Jedyne czego nie zrobiła do tej pory, to nie poinformowała o swoim stanie Gomeza. To zadanie stało przed nią.

Tak jak fanatyczka miała swoją tajemnicę, tak i on miał swoją. Praktycznie każdego wieczora, gdy tylko zamykał oczy, nawiedziały go nocne mary. Wspomnienia z przeszłości, gdzie nerwy, emocje wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem powracały. Z tą jednak różnicą, że jego żona, żyła. Nie umierała. Nie chciała umrzeć. Pragnęła by Gomez ją przytulił, pocałował i wybaczył. Słyszał jej głos, który szeptał mu, jak bardzo go kocha i jak bardzo go przeprasza. Chciała wybaczenia, i obietnicy, że ten już nigdy jej nie zostawi. Początkowo zjawa nie była natarczywa, lecz po pewnym czasie, zaczynała gonić swojego męża. Ścigała go niczym, myśliwy polujący na swoją ofiarę, by w końcu go dopaść. Dotyk zimnych, wręcz lodowatych dłoni upiora, paraliżowały go. Serce zatrzymywało swe bicie, ciało odmawiało posłuszeństwa i wtedy stawała do niego twarzą w twarz. Tak kończyło się większość snów, i za każdym razem Gomez budził się czując jak lodowata dłoń ściska mu serce, krople potu spływają mu po czole, a on gwałtownie próbuje łapać powietrze. Do tej pory jednak udawało mu się nie obudzić swojej obecnej oblubienicy.

Karl
Dla drużynowego cyrulika okres 49 dni, które miał do swojej dyspozycji, był bardzo pracowity. Przygotowanie laboratorium, które miało zajmować się produkcją mikstur, a w dalszej przyszłości przyjmowaniem chorych i rannych, okazało się nie lada wyzwaniem. Przygotowanie budynku, rozmieszczenie sprzętu oraz zatrudnienie ludzi do pomocy było czasochłonne i męczące. Do tego Karl również musiał znaleźć czas na przygotowywanie mikstur. Sam proces ich tworzenia, okazał się najbardziej ekscytującą częścią, bowiem zarówno robienie spisu składników, jak i dokładne obliczanie proporcji w jakich mają być użyte było równie ciekawe, niczym obserwowanie niedźwiedzia podczas zimowego snu.
Cały sprzęt oraz umeblowanie zostało odpowiednio rozmieszczone. Gdy znaczna część składników została dostarczona Karl mógł zająć się w końcu przygotowaniem swoich ludzi do pełnienia przydzielonych im zadań.
Samo przeszkolenie, przekazanie swojej wiedzy, zamysłów czy planów na działanie laboratorium, również nie było rzeczą łatwo. Nie raz, nie dwa myślał, że ich jedynym przeznaczeniem jest znaleźć się na jego stole operacyjnym. W tych dniach, jego pracownia często była miejscem, gdzie można było usłyszeć krzyki, dźwięki upadających metalowych przedmiotów, czy wyzwisk sięgających po dziadów, pradziadziadów. To były długie, ciężkie i bardzo ciągnące się dni, jednak koniec końców, udało się. Kosztowało go to wiele nerwów, nie przespanych nocy, ale on sam pod koniec musiał przyznać, że warto było tak “cierpieć”. Teraz mógł zająć się tworzeniem poszczególnych mikstur.
Część z nich udało się stworzyć, i cyrulik mógł być z siebie zadowolony. Kilka mikstur leczących, wzmacniających przeciw chorobom, czy zestaw antytoksyn mógł okazać się niezwykle pomocny, przy nadchodzącej wyprawie

Lotar
Lotar postanowił wykorzystać czas, jaki miał zanim wyruszą w dalszą podróż, poświęcając go głównie na treningi. Początkowo ćwiczył bez rękawicy, chcąc dojść do jak największej wprawy gdyby musiał walczyć jedną ręką. Było to jednak trudne i męczące.
Z czasem jednak korzyści jakie miał z noszenia i używania rękawicy, były tak duże, że stała się ona nieodłącznym elementem jego ubioru. Komfort jaki zapewniała, zarówno przy walce jak i w wykonywaniu codziennych czynności, sprawił że dla najemnika rękawica stała się bezcenna. Do tego nie czuł już bólu, ani uporczywego swędzenia w miejscu, gdzie kiedyś były całe palce. Sama także wymiana magazynka do wielo-strzałowej kuszy, a także ładowanie go było znacznie prostsze, i nie trwało to już tak długo.
Dzień za dniem mijał, lecz im dłużej przygotowania do wymarszu trwały, tym większe zniecierpliwienie pojawiało się w duszy Lotara. Sam nie wiedział dlaczego tak było, ale gdzieś w głębi duszy pragnął już wyruszyć. Czuł się niczym pies uwięziony na łańcuchu, który pragnie pobiegać i zaznać wolności. Każdego dnia zwalczał w sobie chęci, by po prostu wyruszyć nie czekając na resztę. Był on jednak człowiekiem pragmatycznym, jasno myślącym i wiedzącym jakie ma szanse powodzenia samotna podróż, toteż zaciskał zęby i spokojnie czekał.
Dla niego te odczucia były czymś nowym, ale i normalnym. Chęć zwiedzenia świata, wyrwania się z Baronii, gdzie choć życie było bezpieczne to jednak monotonne. Codzienne te same ściany, te same powtarzane czynności sprawiały, że czuł się on trochę klaustrofobicznie. W końcu jednak dzień wyruszenia nadszedł.

Youviel
Czterdzieści dziewięć dni dla elfki ciągnęło się niemiłosiernie. Z jednej strony mogła wykorzystać ten czas by dojść do pełni sił, i zaleczyć wszystkie rany. Oczywiście te fizyczne, bowiem to co działo się z jej psychiką było zupełnie inną sprawą. Utrata dziecka, fakt że już nigdy nie będzie mogła go posiadać, oraz to wszystko co ją spotkało od przybycia do Księstw Granicznych odcisnęło na jej psychice piętno. Coraz większa drażliwość, wieczorne wlewanie w siebie alkoholu, a także gęsty słowotok towarzyszący każdej dyskusji był czymś co mogło zaskoczyć nawet i Wolfa. Dla niej jednak, te drobne zmiany, były praktycznie nie zauważalne. Gdy tylko fizycznie była gotów na wstanie z łóżka, każdą wolną chwilę spędzała na treningu. Każdy dzień przynosił poprawę, i łowczyni wiedziała, że nim wyruszą w dalszą podróż będzie gotowa. Pragnęła wyruszyć w drogę i uwolnić świat od tej zarazy, i jednocześnie wyzwolić duszę swojego nienarodzonego syna. To uczucie jednak pieczołowicie skrywała przed oczami innych.

Do tego dochodziły jeszcze sny oraz wizje, które miewała coraz częściej. Za każdym razem zdawało się jej jakby była kimś innym lub przebywała w obcej skórze. Widziała czyimiś oczami góry Appucini,a ostatnimi dniami mury miasta Luccini. Czuła gniew, nienawiść, oraz pogardę dla żyjących, która wprost kipiała ze środka tej osoby. Jednak wszystko to zawsze trwało bardzo krótko, a przebudzenie było bolesne i za każdym razem, piekła ją blizna w miejscu, gdzie dostała sztyletem od Bragthorna. Nieprzespane noce zdarzały się jej coraz częściej, lecz nie wpływało to zbytnio na jej koncentrację czy codzienne funkcjonowanie. Zaczynała przywykać do tego.

Wolf
Dla Wolfa mijające dni były bardzo ciężkie i pracowite. Nigdy nie zdawał on sobie sprawy, jak wiele obowiązków, może mieć władca. Ciągłe listy, na które trzeba odpowiadać, posłowie czy ambasadorzy szukający posłuchu i uwagi. Dzień za dniem mijał, a najemnikowi mogło się zdawać, że teraz bliżej mu do biurokraty niż do wojownika. Nawet generał Deuval co chwilę chciał jakiś zapewnień, potwierdzeń na dokumentach, bądź rozkazach dla żołnierzy. Dla człowieka czynu, było to męczące i nie lada wyzwanie. Do tego dochodziły sprawy podatków, ściąganie należności od kupców i inne jeszcze bardziej “fascynujące” rzecz, po których Ritter Lois dostawał cholery.
Także opieka nad ranną elfką nie należała do najłatwiejszych zadań, ale jak ciężko było to tylko sam Wolf raczył wiedzieć.
Gdy jednak miewał już dość, zawsze wykonywał taktyczny odwrót do komnaty, by zapoznać się z najnowszymi raportami dotyczącymi przebiegu walk, czy listami które przesyłali jego sojusznicy.
Pierwszy z listów jakie rzuciły się w oczy “młodemu” władcy, był adresowany z Kolegium Śmierci. Sprawa, którą przedłożył listownie, musiała trafić nawet od Ametystowych Czarodziei.
Herr Ritter
Zaiste informacje, które nam przesłaliście są niepokojące i zatrważają nasze serca. Niestety na tą chwilę nie mamy nikogo kto mógłby dołączyć do waszej wyprawy. Jednakże aby nie było że Kolegium Śmierci pozostaje obojętne na wasze prośby, chcemy wam wskazać osobę, która może być pomocna w waszych poszukiwaniach. W mieście El-Haikk (All-Haikk), które znajduje się u wybrzeży, powinniście odszukać Magistra Maximilliana Wernera. Jego dom znajduje się w części świątynnej, a dom jego zbudowany z czarnej cegły, będzie się rzucał wam w oczy. Pokażcie mu to pismo, i przedłużcie sprawę z jaką przychodzicie, a on wam z pewnością pomoże na tyle na ile będzie umiał.
Życzę wam powodzenia,
Mistrz Kolegium Śmierci Esnar Mortz,


Takich listów było sporo, gdzie poszczególne frakcje życzyły powodzenia, zwracały uwagę na to jakie niebezpieczeństwa mogą czekać uczestników tej wyprawy. Dopiero list od pewnej kompanii Handlowej z Nuln, był wart zainteresowania. Rycerz wziął do ręki papier i powoli pochłaniał informacje w nim zawarte, popijając sobie piwo przy tym.
Herr Ritter
W imieniu Domu Kupieckiego Jaegera chcielibyśmy dołożyć cegiełkę do tej wyprawy. Choć ramienia zbrojnego, który mógłby wspierać nie możemy przysłać, to informacje, którymi chcemy podzielić się powinny wspomóc wasze działania. Zapewne będziecie potrzebować transportu, toteż radził bym udać się do portu w Luccini, i odnaleźć kapitana Paolo Maldiniego. Ma on pod swoją komendą doskonałych marynarzy, a także Kogę o wdzięcznej nazwie “Królowa Mórz”. W załączeniu do listu, przesyłamy dodatkowe dokumenty, które proszę pokazać kapitanowi. Dom Kupiecki Jaegera pokryje wszelkie koszty transportu. Jeśli byście mieli jakiekolwiek problemy z zakwaterowaniem, polecam karczmę “Złoty paw”. Przedstawicie weksle, dzięki czemu to nasz Dom Kupiecki poniesie koszty waszego pobytu.
Z wyrazami szacunku,
Otto Jaeger


I tak mijały mu kolejne dni. Spotkania, listy, ambasadorzy aż w końcu zaczęli się zjeżdżać ochotnicy. Przeróżna menażeria osób, które w jakiś sposób zostały przysłane by dołączyły do tej wyprawy. Ex najemnik wiedział jednak, że dobór ludzi do tej dziwnej zgrai, jaką była jego kompania nie będzie łatwy ani prosty. Ich grupa była pełna swoistych indywiduów, o różnorodnym charakterze. Tu potrzeba była rozwaga, którą musiał się cechować dobry przywódca. W końcu jednak wybór został dokonany, a dni do wymarszu można było policzyć na palcach jednej ręki.

Gottfried von Goethe
Czarny Strażnik po wielu dniach męczącej podróży dotarł w końcu do Baronii. Twierdza ukryta u podnóża Gór Czarnych mogła sprawiać wrażenie potężnej i prężnie zarządzanej. Wszędzie, gdzie gołym okiem nie sięgnąć, trwały szkolenia, musztry a żołnierze byli w ciągłej gotowości. Gottfried podczas wędrówki widział spalone wsie, nocami słyszał orcze bębny czyli wszystko to co mówiło, że nadchodzi ponowne Waagh.
To jednak nie było celem wędrówki Templariusza, który niósł ze sobą listy od swojego Mistrza. Miał je przekazać niejakiemu Ritterowi Lousowi Wolfgangowi, do którego miał dołączyć. Słowa Mistrza mówiły jasno, że ma dołączyć do tej wyprawy, i póki cele Rittera są szlachetne służyć mu.
Jego przybycie nie mogło umknąć nikomu, bowiem rycerz w czarnej zbroi, oraz na czarnym koniu nie mógł pozostać niezauważony. Gdy w końcu znalazł się przed obliczem władcy Baronii, któremu wręczył list czekając, na dalszy ciąg wydarzeń.
Herr Ritter
Twój list, w którym zawarłeś swe ostrzeżenie Panie nie może zostać pominięty przez Zakon Czarnego Kruka. Naszym obowiązkiem i prawem, którego żądamy, jest byś przyjął do swej wyprawy naszego przedstawiciela. Będzie nim Gottfried von Goethe. Jest to człek szlachetny, zaprawiony w boju a co najważniejsze, wierny ideałom Morra. Być może nasz templariusz wyda wam się aż nazbyt żywiołowy, jednak jego wiedza i siła ramienia będzie dla was użyteczna.
Gdy w grę wchodzi zagrożenie ze strony nieumarłych nie możemy siedzieć bezczynnie i patrzeć z założonymi rękoma. Liczymy, że przyjmiecie go w swoje szeregi, i będziecie traktować go jako jednego z was. Jeśli podróżujecie do Arabii, zapewne będziecie wypływali z Luccini. Tam też znajduje się największa siedziba Zakonu. Nie omieszkajcie wstąpić, i odwiedzić Mistrza Severusa. Brat ten, jest Kapłanem, którego wiedza i mądrość może wam pomóc w dalszych poszukiwaniach owej istoty, którą zwiecie Bragthornem. Może wydać się wam szorstki, lecz jest on człowiekiem wielkiej wiedzy i doświadczenia. Bywał on nie raz, nie dwa w Arabii i tamte ziemie zna dość dobrze.
Z wyrazami szacunku,
Ojciec Manfred


Ritter w spokoju przeczytał list, by koniec końców, przystać na prośbę Ojca Manfreda. Gottfried dostał własną komnatę, a jego konia zaprowadzono do stajni, gdzie mieli go doglądać koniusze. Teraz Morrycie pozostało czekać na to kiedy wszyscy będą gotowi do wyruszenia w podróż.

Wolfgrimm
Krasnoludzki zabójca siedział sobie w karczmie “Brązowy kloc” i popijał jakieś szczyny, bowiem tego piwem nie można było nazwać. Gdy kolejne procenty, z dużą domieszką wody, zaczęły wchłaniać się w jego organizm zdarzył się dziwny wypadek. Niby nic wielkiego, ale wpadający na krasnoluda goniec, wylał odrobinę tego złotoustego płynu z Khazadzkiego kufla. No dla jednych taka rzecz to drobnostka, ale dla Wolfgrimma był to doskonały powód do dania w ryj chamowi. Uderzenie nie było silne, bo lekki plaskacz w policzek, nie powinien wyrządzić wielkiej krzywdy. Jednak człeczyna nie był wielkich rozmiarów i uderzenie sprawiło, że ten zrobił piruet, kręcąc się wokół własnej osi. Taka akrobacja wystarczyła, żeby goniec zapaskudził ze strachu własne spodnie i począł trząść się ze strachu. Krasnolud wówczas machnął ręką, rzucając głośno, że takiego bić to szkoda ręki. Człeczyna postanowił odkupić piwo, przy okazji wspominając krasnoludowi, o pewnej wyprawie. Niby że do Arabii, że jakiś człowiek tytułujący się Ritterem, szuka śmiałków. Zapewne skoro tak było, to taka wyprawa cechowała się niebezpieczeństwem i pewno rychłą śmiercią, której tak bardzo szukał Wolfgrimm.
Dopijając piwo w “locie” krasnolud wziął swoje toboły i ruszył w kierunku Baronii. Daleko nie miał, lecz po drodze stanął na przeciw mniejsze bandzie zielonoskórych zwiadowców. Nie wielka przeszkoda, z którą poradził sobie. To że podczas tej drobnej potyczki, jakiś gobas rozorał mu łuk brwiowy, a inny zostawił mu w policzku swój ząb, nie stanowiło wielkiego problemu. I tak krwawiący, z dziwnym czymś w policzku Wolfgrimm stanął przed Herr Ritterem Wolfgangiem Louisem, zwanym po prostu Wolfem.
Rycerz miał wielki dylemat, bowiem zabójca w grupie to pewne kłopoty, ale i … dodatkowa para rąk, które potrafią przyjebać. Nie zawsze to odbywa się najbardziej oczekiwanym momencie, i nie zawsze taka forma “dyskusji” jest idealnym rozwiązaniem ale, jak się nie ma co się lubi, to trzeba polubić krasnoluda. Bogowie musieli być szaleni, a może po prostu Wolf na starość miękł. Mógł też nawet stwierdzić, że pomoże krasnoludowi odnaleźć chwalebną śmierć. W końcu grzechem było by nie pomóc bratu krasnoludowi w potrzebie. Co tam trolle, w końcu mieli do ubicia pradawne zło.
Khazad dostał swoją małą komnatę, gdzie mógł spokojnie i w ciszy zapijać swoje smutki, czekając dnia w którym będzie można wyruszyć w dalszą podróż. I być może sen o chwalebnej śmierci spełni się.


Hans Manstein
Dla Hansa dzień w którym wezwał go do siebie Mistrz Signatus nie wskazywał, że przyniesie on wielkie zmiany dla jego samego. Niestety los lubi płatać figle, i gdy przełożony pokazał mu list od niejakiego Rittera Wolfganga Louisa, nie trzeba było wielu słów. Kapłan, drugich święceń, nie potrzebował słów swojego przełożonego, by zrozumieć czego się od niego wymaga. Spakował on więc swoje rzeczy, sprawdził na mapie gdzie znajduje się dokładnie Baronia, i ruszył wypełnić swą powinność. Signatus jeszcze u bram klasztoru wręczył mu listy polecające, które miał wręczyć Ritterowi.
Droga do Baronii nie była usłana różami. Wojna to straszna rzecz, o czym Sigmarita wiedział doskonale. Nadciągająca fala Waagh miała wkrótce uderzyć na krasnoludzkie twierdze w Czarnych Górach. Jaki miał być wynik tego, nawet tak doświadczony wojownik nie mógł przewidzieć. Mógł mieć tylko wiarę i nadzieję, że atak zostanie odparty a wróg pokonany.
Gdy przekroczył mury twierdzy, z łatwością dostrzegł że i tu szykowane są jednostki, które zapewne lada dzień wyruszą w kierunku gór. Można było więc się domyślać, że władca tego miejsca, musiał być dobrym sojusznikiem krasnoludów. Dla Kapłana mogło to być ważne, pod kim przyjdzie mu służyć.
W końcu znalazł się przed obliczem rycerza, któremu daleko było do wymuskanych szlachciców czy też wypudrowanych magnatów noszących zbroję na niedzielnych paradach. Wolf był człowiekiem czynu, o czym świadczyły jego blizny a także oczy. To one, a przynajmniej tak mówią bardowie, że są zwierciadłem duszy. Kapłan, sądząc po symbolach, zapewne Sigmara stanął przed władcą Baronii i wręczył mu list polecający.

Herr Ritter
Zakon Sigmara od wieków stał na straży porządku i prawa. Nigdy nie złożył i nie złoży broni przed niebezpieczeństwem, jakim jest chaos i nieumarli. Hans Manstein, jest kapłanem drugich święceń, mającym zadatki na kapłana bitewnego. Jego ramię, duch i wiara będzie Ci służyły podczas tej wędrówki. Liczymy, że nie odrzucisz pomocy, którą Ci oferujemy i że zagrożenie o którym wspomniałeś w swoich listach, jest prawdziwe. Pokładamy nadzieję, że nie szukasz oklasków, chwały i rozgłosu tam gdzie go nie ma. Ten, który wręcza Ci te listy, jest doświadczonym w polu wojownikiem, którego pomoc powinieneś przyjąć. Rozumiemy, że jest to Twoja wyprawa, więc będzie on służył Ci radą, pomocą i siłą póty sprawa będzie słuszna.
Z poważaniem,
Przeor Zakonu Sigmara Signatus


Ritter ze spokojem przeczytał dokument, a potem zamienił parę słów z kapłanem. Po chwili wiedział już, że ten człowiek, będzie idealnie nadawał się do jego drużyny. Pozostało przydzielić mu komnatę, wikt i opierunek. A Hansowi czekać na dzień wymarszu.

Manfred z Elsterweldu

Gdy tylko Manfred przeczytał list jaki mu pozostawił jego mistrz, ten wiedział jedno. Trzeba było ruszać, i to szybko. Czas naglił, a droga jaką musiał przebyć była długa i niebezpieczna. To jednakże miało zahartować go, i doświadczyć.
Była noc, gdy dotarł pod mury Baronii, lecz nie niepokojony przez strażników udał się do karczmy. Wśród tłumu bawiących się, przypadkiem dostrzegł mężczyznę, który nie wyglądał ani na szlachcica ani na rycerza, a mimo to wszyscy zwracali się do niego “Herr Ritter” lub “Wolf”. Przypadek? Nie możliwe, tym bardziej, że młodzieniec nie wierzył w przypadki. To musiał być on.
Korzystając z okazji, kiedy ten w spokoju i samotności sączył piwo, Manfred podszedł do niego i przysiadł się bez słowa. Położył na stole list, drugi który mu zostawił Mistrz Nicodemus, i wręczył go Wolfowi. Ten otworzył go i zaczął czytać.

Herr Ritter,
Nie znamy się, a mimo to otrzymałem wasz list. Niepokojące wydarzenia w nich opisujesz zaprawdę, toteż wysyłamy wam człowieka, który może wnieść trochę do waszej wyprawy. Choć jest początkującym członkiem naszego Kolegium, to jego wiedza, zapał do pracy, chęci mogą wiele przynieść dobrego. Do was jednak będzie należała decyzja czy go przyjmiecie pod swoje skrzydła, i włączycie do wyprawy. To jak wiele wam on powie o sobie, zależy tylko do niego samego. Musicie jednak pamiętać, że cień towarzyszy nam przez całe życie. Dobrze jest mieć go po swojej stronie, gdy nadejdzie prawdziwy mrok.
Mistrz Kapituły Cienia
Nicodemus


Gdy weteran skończył czytać list zauważył, jak litery zaczynają blaknąć i zanikać. Po chwili trzymał biały papirus, na którym pozostał tylko symbol przedstawiający miecz sądu. Ritter wiedział już z kim ma do czynienia. Ciężko było odrzucić taką pomoc, nawet w postaci takiego młodzieńca. Załatwienie komnaty nie było żadnym problemem, i w ten oto sposób do najemników Wolfa dołączył Manfred. Tak również się przedstawił władcy Baronii. A to co mu powiedział, miało pozostać między nimi dwoma.

Elena
Wyciągniecie złodziejki z więzienia uratowało ją od spędzenia tam wieczności. Strażnicy praktycznie zapomnieli o dziewczynie, którą uwięziono na polecenie Merccucia. Szczęście jednak jej sprzyjało, i została postawiona przed oblicze Wolfganga. Gdy wyszło na jaw dla kogo ona pracowała, i co potrafi, ten przyjął ją bez wahania.
Do wyruszenia miała dość dużo czasu by przemyśleć swoje błędy, a także szkolić swoje zdolności. Wieczorami, gdy nikt nie widział, włamywała się do pokoi, domów nigdy jednak nic nie zabierając z nich. Bardziej skupiała się na samym wejściu i wyjściu, tak by nikt się nie zorientował.
Ze swojej komnaty co dzień, widziała jak przybywają nowe persony do Wolfa. Zapewne to były te posiłki o których wspominał. Część z nich zostawała, a część z nich była odprawiana. W końcu jednak dzień wymarszu był już bliski. Pozostał jeden dzień i jedna noc.

Wszyscy
9 Vorhexen 2522

Ta zima była zaprawdę dziwna, bowiem tak szybko jak pojawiły się pierwsze płatki śniegu, tak szybko również stopniały. Słońce w większość dni, świeciło mocno co przy mroźnym wietrze, dawało przyjemne odczucie. Z jednej strony zimny, muskający policzki wietrzyk, a z drugiej strony, przyjemne i grzejące promienie słońca padające na twarz.
W górach co wieczór pobrzmiewały wojenne bębny, rogi i trąby. Nie było osoby w Księstwach Granicznych, która by nie wiedziała o nadciągającej wojnie. Pojedyncze hordy zielonoskórych napadały na małe wioski mordując, paląc i grabiąc. Potężne siły nieprzyjaciela zaczęły gromadzić się wśród gór, tworząc potężną armie. Pogłoski mówiły, o kilkunastu tysiącach, które prowadzi jakiś potężny ork. Według jednych miał on nawet dwie głowy, ale jak to z pogłoskami, mitami bywa, zawsze bywają one przesadzone. Jedno było pewne, nadchodzące bitwy będą długie i krwawe. Sojusz ludzi i krasnoludów z dnia na dzień przybierał na sile, pokazując że dawne pakty i wspólnie przelana krew nie odeszła w niepamięć. Te sprawy jednak nie dotyczyły naszych bohaterów. Oni mieli jednak inne plany i cele, a także innego wroga. To imię dla tych, którzy się z nim już zmierzyli, pozostanie na zawsze w ich pamięci. Bragthorne.

Dzień przed wyjazdem, Ritter Wolfgang postanowił wydać przyjęcie, ucztę. Chciał by cała drużyna spotkała się przy jednym stole, lepiej poznała i przy okazji nasyciła swe brzuchy porządnym jadłem i napitkiem. Mieli przed sobą wiele dni drogi, a nie sposób było przewidzieć w jakich warunkach przyjdzie im wędrować i zakładać nocleg. Chciał też w ten sposób podziękować ludziom, którzy zechcieli narażać życie z nim. Kazał przygotować komnatę, zebrać służbę, która miała zadbać o wszystko.

Stoły zostały suto zastawione. Misy pełne ziemniaków, warzyw, pieczone kurczaki, garny pełne gorącego gulaszu, prosiaki z jabłkiem w mordzie czy porozwieszane pęki kiełbasy. Jedzenia było w bród i każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Do tego dwie beczki pełne piwa krasnoludzkiego piwa (Galvinowego), oraz rozstawione dzbany wypełnione po brzegi wytrawnym, czerwonym winem. Wszystko to było przygotowane. Ogień płonął spokojnie w kominku, skąd dochodziło ciche skwierczenie palącego się drewna.

Gdy wszyscy w końcu się zebrali przy stole, kielichy zostały napełnione przez służbę, można było wznieść pierwszy toast. Za oknami w tym czasie Mannslieb jasno połyskiwał, przypominając że dziś jest pełnia księżyca. Ostatnia przed Nocą Wiedźm.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)

Ostatnio edytowane przez valtharys : 25-03-2015 o 22:35.
valtharys jest offline  
Stary 29-03-2015, 17:48   #2
 
Nemroth's Avatar
 
Reputacja: 257 Nemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skał
Rozmowa z Herr Ritter

Młody mag przysiadł się do szlachcica gdy ten był sam i w milczeniu wręczył mu list od mistrza. Nie spuszczając wzroku z Wolfa odczekał chwilę, na tyle długą by ten zapoznał się z treścią listu. Treści owej korespondencji Manfred nie znał i zachodził w głowę jakie to informacje zdobywa właśnie jego teoretyczny pracodawca. Pozostało uczniowi czarodzieja liczyć jedynie na to że są one zbieżne z jego planami.
-Der Ritter, nazywam się Manfred i jestem skromnym uczniem kolegium cienia. Chcę dołączyć do Pańskiej wyprawy. – Początkujący adept sztuk magicznych zdecydował się na krótki i dość szczery wstęp. Czekał teraz na komentarz i pytania Rittera Wolfgang de Louisa.

Wolfgang kiwnął głową i przyjął list. Gdy go przeczytał, wzdrygnął się widząc jak magia pożera kolejne słowa. Rzucił na biurko niemal pustą kartkę i spojrzał na Manfreda. Bogowie sprzyjali mu, podsyłając w sukurs maga. Ostatni go zawiódł, ale z drugiej strony Eckhardt nie miał za sobą poparcia kolegium.
- Mów mi Wolf - odpowiedział. - Zaczynam dostawać szału jak wszyscy mnie tu tytułują. Siadaj i opowiadaj. Z woli kolegium dołączasz, czy sam się zgłosiłeś?

- Czytałem Pańską wiadomość i jako osoba wierna ideałom imperium a także czarodziej oddany spawie kolegium zdecydowałem zgłuszyć się na ochotnika. To nie był rozkaz mych przełożonych a moja własna decyzja. – czarodziej spauzował, chwilę zastanowił się co mówić dalej. Nie był pewny czy może tutaj otwarcie rozmawiać na temat planowanej przez szlachcica wyprawy. - Chcę pomóc. Mogę okazać się przydatny w przedsięwzięciu. –

- Liczę na to - odpowiedział. - Posiadasz jakąś wiedzę o istocie, którą ścigamy? Ewentualnie o ziemiach, na których przyjdzie nam zwiedzać. Mam na myśli Arabię.

Manfred zamyślił się i spokojnie rozejrzał wzrokiem po pomieszczeniu.
Możemy tutaj tak o tym rozmawiać? Nie obawia się Pan że te informacje wpadną w niepowołane ręce?- wyszeptał szybko a potem normalnym tonem odpowiedział - Co do Arabii, moja wiedza jest niewielka. Wspominano o tej krainie podczas nauk w kolegium. Gorący, suchy kraj ubogi w wodę. Władza w rękach sułtana. Kler cieszący się szacunkiem, czarodzieje pod restrykcją. –

Wolf rozejrzał się po słowach Manfreda po pokoju. Zdziwienie odmalowało się na jego twarzy.
- Niepowołane ręce? Jesteśmy na piętrze kasztelu, a wokół nas są kamienne mury. Jak ktoś się zakradnie by podsłuchiwać, to go jeszcze zaproszę i zapytam, czy nie zechce wesprzeć ekspedycji. Szpiegów Bragthorne’a zaś się nie obawiam… doskonale wie że za nim ruszamy.
Rozejrzał się raz jeszcze po komnacie dla pewności, ale w końcu skupił spojrzenie na magu.
- Czy masz jakieś pytania względem wyprawy?

-Może przesadzam ale taką nam do głów wbijają ostrożność w moim kolegium. Ściany mają uszy, przebiegający szczur może być chowańcem, zaburzenia w równowadze magicznej mogą świadczyć o astralnym podsłuchu a przypadkowi włościanie słysząc o magii zaczną eksperymenty na własną rękę… Proszę mi wybaczyć tą manierę…- Manfred skarcił się w myślach, nie chciał wyjść na paranoika i to jeszcze przed samą wyprawą.
- Z chęcią usłyszałbym coś na temat Bragthorne’a. Skąd o nim wiecie? Jakimi siłami ów byt dysponuję? Jaką magią włada? Nawet coś tak prostego jak opis jego wyglądu byłby pomocny. –

- Na trop tej istoty wpadliśmy… podczas wykonywania zwykłego zlecenia dla poprzedniego barona na tych włościach. W grę wchodziło brama wiążąca moc tej istoty oraz niepokój, że ktoś chce ją uwolnić. Jak się jednak okazało, istota ta już była na wolności i jedynie szukała sposoby by otworzyć bramę i odtworzyć swoją niegdyś utraconą moc. Próby powstrzymania Bragthornea spełzły na niczym. Przez całą eskapadę towarzyszyła nam jedynie śmierć - wzrok Wolfa na moment stał się nieobecny, a rycerz zawiesił głos, by dopiero po chwili się otrząsnąć. - To potężny czarnoksiężnik. Nie wyznaję się na magii i nie wiem jaką magią włada. Wiem że potrafi ożywiać zmarłych, przejmować kontrolę nad żywymi, manipulować oraz zmieniać swą postać w podmuch… pyłu? Jego wygląd nie ma tu znaczenia, gdyż zmienia ciało w którym przebywa zależnie od potrzeb. Ostatnio przejął ciało naszego niedoszłego towarzysza, Eckhardta.

Czarodziej słuchał uważnie Wolfa od czasu do czasu kiwając głową. Dostrzegł że przygoda z Bragthornea, odcisnęła piętno na szlachcicu, chciał jednak zadać jeszcze kilka pytań.
- Cześć tych umiejętności idzie dopasować pod zakazaną sztukę nekromancji… ale tego można było się spodziewać po słudze Nagasha. Chociaż ta przemiana w pył… o niczym podobnym nie słyszałem... Czy kontrolował może jakieś żywioły? Mamił zmysły iluzjami? Przyzywał demony? No i co też ważne, jak zmienia ciało? Bo chyba ma w tym względzie jakieś ograniczenia? –

- Do złej osoby kierujesz te pytania - odpowiedział. - Jestem wojownikiem, nie uczonym. Powinieneś porozmawiać z moim towarzyszem Galvinem. Z pewnością więcej zrozumiał z tego, kim jest Bragthorne. Jeśli nie odnajdziesz go w jego pokojach, to pewnie jest jeszcze w drodze z Barak Varr. Będziecie jednak mieli okazję pomówić już niedługo. Zbliża się dzień, w którym wyruszymy, a tym samym dzień, w którym wszyscy się poznacie.

-Nie omieszkam z nim pomówić w takim razie. Czyżby pan Galvin to dla mnie konfrater? No i nie będę więcej zamęczał Pana szczegółami ale jeszcze mam pewne pytanie. Czy w drużynie był, jest a może oprócz mnie jeszcze dołączy jakiś czarodziej? Albo kapłan którego bóg za gorliwą wiarę nagradza zdolnością rzucania zaklęć? – Zapytał Manfred wiedząc że rozmowę należy niebawem kończyć. Podejrzewał ze szlachcic ma inne ważne sprawy na głowię a podczas podróży będzie jeszcze okazja do rozmowy.

- Na tą chwilę nie wiem. Czas pokaże, kto pójdzie nam w sukurs.
Wolf zastukał palcami w blat biurka.
- Wspominałem już że się nie wyznaję na magii, ale zaciekawiło mnie że wspomnieliście o jej rodzaju. Co to oznacza?

Czarodziej ucieszył się że jest szansa że w drużynie będzie jedynym magiem. Było to dość egoistyczne z jego strony ale radowała go myśl że to właśnie on i może tylko on będzie mógł badać i zgłębić magiczne tajemnice Bragthorne’a. Nie pozwolił jednak by ta emocja była dostrzegalna w jego mimice czy gestach.
-Rodzaju?- Manfred zapytał niepewnie, jak by nie do końca będąc pewnym czy zrozumiał pytanie Wolfa.
- Jeśli chodzi ogólnie to magię dzieli się na wiele odmian. Podstawowo na magię tajemną czyli taka jak moja, kapłańską, czarnoksięską i powiedzmy pierwotną. Każda dzieli się znowu na własne specjalizacje a nekromancja należy do zakazanego kanonu sztuk czarnoksięskich. Ciekawi mnie czym przeciwnik może nas zaskoczyć, będąc tak starym bytem mógł opanować wiele niebezpiecznych sztuczek a obawiam się czy jego repertuar nie wychodzi poza nekromancję, na ale o to popytam już Pana Galvina.

Wolf jedynie kiwnął głową. Instynktownie czuł, że nie chce wypytywać maga o więcej w temacie magii. Z pewnością by się w takim wykładzie po prostu zgubił.
 
Nemroth jest offline  
Stary 31-03-2015, 00:33   #3
 
Narina's Avatar
 
Reputacja: 268 Narina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skałNarina jest jak klejnot wśród skał
Za dużo o niej powiedzieć nie można, by nie zepsuć czytającym obcowania z nią. Młoda dziewczyna, dość niska i chuda jak na swój wzrost. Jej cechą charakterystyczną są oczy: jedno - prawe - szaroniebieskie, drugie - lewe - szarozielone. Niejednokrotnie właśnie to przyciągało uwagę innych. Rzadko się bowiem zdarzało, by mieć dwukolorowe oczy. Dziewucha na dodatek miewa wiecznie sińce pod oczami. Zupełnie jakby cierpiała na jakąś chorobę, co spać jej nie pozwala. Długie włosy miała przeważnie związane, szczególnie kiedy planowała wychodne na miasto... lub jak się ostatnio okazało w świat.
Ubiera się wygodnie, najchętniej w spodnie. Wygląda jak chłopczyca, często tak też się zachowuje. Najchętniej wsadziłaby ręce w kieszenie i w ten sposób przemierzała świat. Jest dość powściągliwa i ze trzy razy zastanowi się, zanim się odezwie. Woli pomyśleć niż chlapnąć ozorem, co nie potrzeba. Życie nauczyło ją, że warto czasem pomyśleć. Dlatego też często inni mogą postrzegać ją jako odludka. Co nie znaczy oczywiście, że nie popełnia głupstw. W grupie stara się nie rzucać w oczy: to był jej sposób na przetrwanie w Altdorfie. Wtopienie się w tłum idealnie sprawdzało się w trakcie gubienia ogona. Szczególnie, że bardzo często brano ją za chłopaka. Nie przeszkadzało jej to zbytnio. Na co dzień nie lubi, jak ktoś ją dotyka, raczej unika kontaktu fizycznego. Jednak jest kontaktowa i rozmowna, szczególnie jeśli kogoś zna i ma do niego zaufanie.
Nieraz zarzucano jej, że straszy. Potrafi podejść niejednego, nawet jak nie myśli o tym, chodzi bardzo cicho - zupełnie jakby bała się udeptać porządnie ziemię, po której stąpa. Dodatkowo jest zwinna, niczym wesz potrafi się miotać i skakać, byleby jej nie złapano i nie zduszono. Taki psi obowiązek małego, rozpychającego się w świecie dzieciaka - i tak jej zostało.
 
Narina jest offline  
Stary 31-03-2015, 20:05   #4
 
piotrek.ghost's Avatar
 
Reputacja: 240 piotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie coś
Drzwi do sali otworzyły się i wszedł, a może lekko wtoczył się przez nie postawny krasnolud, z ufarbowaną na pomarańczowo brodą i irokezem, który czynił go trochę wyższym na pierwszy rzut oka. Krasnolud odziany był w pasiaste spodnie, a na ramiona narzuconą miał niedźwiedzią skórę, którego sądząc po wyglądzie był w stanie upolować gołymi rękami, które ozdobione były pierścieniami. Pierścienie, podobnie jak i kolczyki zdobiące uszy i twarz khazada nie wyglądały na wartościowe, prawdopodobnie miały wartość jedynie dla samego Wolfgrimma. Umięśnione ramiona i plecy podobnie jak łyse boki głowy pokryte były tatuażami, które pokazywały przynależność krasnoluda do klanu krasnoludzkich zabójców.

Ci, którzy mieli okazję porozmawiać z Wolfgrimmem podczas pobytu w baronii, mogli zauważyć, że bynajmniej nie jest on ponurakiem, wręcz przeciwnie, z pomocą odrobiny procentów staje się bardzo towarzyski i wesoły, aczkolwiek bywa rubaszny a jeśli ktoś zajdzie mu za skórę potrafi uprzykrzyć życie.

Krasnolud rozejrzał się po sali i usmiech wypłynął na jego twarz, jedzenie, którym zastawione były stoły wyglądało na smaczne i sycące a beczki pełne piwa i wina zapowiadały przyjemną biesiadę. Przy stole zauważył swojego rasowego kuzyna i łysą głowę Sigmaryty, postanowił ruszyć w tamtym kierunku.
 
piotrek.ghost jest offline  
Stary 31-03-2015, 22:56   #5
 
Nemroth's Avatar
 
Reputacja: 257 Nemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skał
Podczas pobytu na Baronii jawi się jako chudy mężczyzna o surowych rysach twarzy. Ma jasno zielone oczy w których płoną ogniki, zdradzające witalność i ciekawość. Ma długie i nawet zadbane blond włosy, w których jak się bliżej przyjrzeć dostrzega się pierwsze siwe pasma.
Ubrany w ciemnoszare ubranie nadające się do podróży i czarną pelerynę. Przy boku ma miecz a także tobołek. Na dłoniach ma założone skórzane rękawiczki. Gdy przybył do zamku towarzyszył mu zapach świeżych ziół. Nie niepokojony ukrywa dolną cześć twarzy pod szalem. Oszczędny w gestach i raczej nie wyróżniający się z tłumu.
Podczas przyjęcia był jednym z pierwszych przybyłych. Siadł z tyłu i popijając bez pośpiechu piwo obserwował kolejnych gości.
 
Nemroth jest offline  
Stary 31-03-2015, 23:35   #6
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 31801 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Lotara od czasu do czasu można było spotkać czy to na korytarzach, czy to na placu ćwiczeń, gdzie walczy mieczem lub strzela z kuszy samopowtarzalnej.
Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, choć imperialny szlachcic z dziada pradziada, chodził zawsze ubrany jak zwykły najemnik czy łowca nagród (którym zresztą niegdyś był).
Zapytany odpowiadał uprzejmie, ale zbyt rozmowny nie był.
Zdecydowanie nietypowym elementem jego stroju była kunsztownie wykonana rękawica, którą stale nosił na lewej dłoni.
Na uczcie miał ją również.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 01-04-2015 o 17:50.
Kerm jest offline  
Stary 01-04-2015, 01:19   #7
 
Asderuki's Avatar
 
Reputacja: 8708 Asderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputację
stworzone przez: zacna większość towarzystwa

Manfred na przyjęcie wystawione przez Der Rittera przybył jako jeden z pierwszych gości. Ubrany w czysty, choć nie wystawny strój. Choć starał się nie dać tego po sobie poznać, podziwiał rozmach zorganizowanej przez szlachcica uczty. Nie było mu dane wcześniej widzieć tak suto zastawionych stołów. Po przywitaniu się z organizatorem zasiadł w standardowym dla siebie miejscu, starając się usiąść tak, by za jego plecami znajdowała się ściana a zarazem mając widok na wchodzących gości. Przelotnie oceniał ich wzrokiem, ciekaw z jakimi to towarzyszami przyjdzie dzielić mu tą poważna misję. Zarazem zapach dobrego jadła i porządnych trunków kusił tak mocno że nie mógł odmówić sobie chociaż skromnego poczęstunku. Czekając na pierwszy oficjalny toast, Manfred bez pospiechu sączył kufel porządnego krasnoludzkiego piwa.

Jego uwadze, jak i każdemu nowemu członkowi drużyny, nie mogła umknąć postać elfki. Wysoka i smukła, o chłodnym spojrzeniu jako pierwsza znalazła się w sali. Połowę jej twarzy pokrywały paskudne blizny po ogniu. Czujny obserwator mógł dostrzec, że schodzą one na szyje i nikną pod kołnierzem, aby pokazać się ponownie na dłoniach.
Youviel nie odzywała się ani do nowych, ani do służby. Jednak ta druga nauczyła się już, że jak elfka będzie coś chciała to zrobi to sama, albo powie. Zbyt często byli odganiani niczym natrętne muchy.
Kobieta patrzyła czujnie na każdego nieznanego jej człowieka… i jednego khazada. Niezrażona niezręczną ciszą jaką mogła spowodować drążyła swoim spojrzeniem na wylot. Dostrzegała wiele i oceniała, bezlitośnie i bez słów. Czekała niczym cierpliwy drapieżnik, niemal nie wykonując żadnych ruchów. Poza drobnym stukaniem palcem o ramie. Ciągłym i nieustającym.

Gdy Lotar zjawił się na pożegnalnej wieczerzy, niewiele osób siedziało już przy stołach. Skinął głową obecnym, po czym zajął miejsce obok elfki. Do jej blizn się przyzwyczaił i nie robiły one na nim żadnego wrażenia.

Wielka była galvinowa radość, kiedy w sali ujrzał, że do ich kompaniji dołączy grupka osób, na których z pewnością będzie można polegać. Głównie tyczyło się to Kapłana Sigmara i Zabójcy Trolli. Srebrzystowłosy krasnolud hojnie lał wszystkim do kufli swoje własnoręcznie warzone piwo, którego smak był bogaty. Ba! Można powiedzieć, że był godny królów… szczególnie gdyby porównać go ze smakiem cieńkusza z ludzkich karczm.
Dlatego też krasnolud nie żałował nikomu. I każdy dostał pełen kufel, nawet Ci którzy nie chcieli (chyba że im etos zabraniał czy inna przysięga). Na koniec napełnił swój zdobiony okuty, drewniany kufel i zasiadł przy stole między Sigmarytą Hansem, a Zabójcą Wolfgrimmem.
- Rad jestem, że pośród tej kompani znajdzie się kolejny khazad oraz posłaniec Młotodzierżcy. - rzekł na przywitanie - Jestem Galvin, syn Migmara, uczeń Josefa Bugmana… a obecnie doradca Rittera Wolfa.

Będący w kwiecie wieku, postawny, łysy mężczyzna zasiadł do wspólnej wieczerzy. Ba! Do prawdziwej uczty! Przebył kawał drogi z obecnie zdawałby się dalekiej północy, jaką zdawało się dżdżyste Imperium, tu, na południe, poprzez górskie przełęcze, mosty, trakty i drogi. Taaak… Kawał drogi. Jeszcze nigdy nie zapuszczał się tak daleko, zwłaszcza na południe. Pierwszy raz w życiu znalazł się po południowej stronie Gór Czarnych.
Ale to już było. Co ich i jego czekało, tego jeszcze nie wiedział. Modlił sie jedynie by nie sprawić zawodu i podołać zadaniom i planom jakie mieli wobec niego dobrzy bogowie a zwłaszcza jego patron i opiekun o przydomku Młotodzierżcy. Ku jego czci i chwale zmówił modlitwę dziękczynną przed rozpoczęciem uczty. Jednak gdy się zaczęła i jego małomówny zazwyczaj styl bycia się rozweselił i nie omieszkał korzystać z obfitości stołów i gościny. Miał dość praktykologiczne podejście i skoro było okazja sie najeść i napić to nie omieszkał sobie odmawiać. Napędzane wojnami i kampaniami doświadczenie nakazywało jak najbardziej korzystać póki można.

- Miło mi cię poznać Galvinie, synu Migmara. Ja jestem Hans Manstein z Essen. Czy mógłbyś mi wyjawić skąd pochodzisz? - był ciekaw czy khazad pochodzi z którejś ze sławnych twierdz rozsianych po górach czy też może z któregoś z miast Imperium a może jeszcze skąd indziej. Na razie jednak przybił jego drewniany kufel swoim we wspólnym toaście.

- A z niedaleka. Mój ojciec jest Thanem klanu prowadzącego faktorię handlową przy Starym Krasnoludzkim Trakcie na Przełęczy Czarnego Ognia.

- Powitać, powitać - zaczął Wolfgrimm, mimo przynależności do klanu Zabójcow i często samotnego trybu życia smutasem nie był, a i oferta dobrego napitku nastrajała do pogawędki. - Wolfgrimmem mnie zwą, a rodu oraz twierdzy, z których pochodzę z przyczyn wiadomych nie podam, myślę, że będzie to zrozumiałe - przedstawił się sięgając po zaproponowany kufel i dziękując skinieniem głowy. Szybko umoczył wargi w złotym trunku, wypił niemalże pół kufla jednym haustem, otarł wąsa i kontynuował -Powiedzieć trza kuzynie, że sam Bugman by sie twego napitku nie powstydził, godnie reprezentujesz swojego nauczyciela, trzeba ci to oddać.

Na dobre słowa Galvin tylko uśmiechnął się i pokiwał głową.
- Weselmy się i posilajmy. Niedługo zejdzie się reszta towarzystwa i Wolf będzie miał pewno do powiedzenia parę słów. Zacny to człowiek, który języka po próżnicy nie strzępi, więc warto będzie się przysłuchać.
-Racje masz, warto sie posilić i napoić, szczególnie przed wyprawą, wtedy nigdy nie wiadomo kiedy wygód się zazna i co sie na ruszt trafi - powiedział khazad plując na około przeżuwanym akurat mięsem, kożystał z uczty jak mógł, dawno mu się nie przytrafiło tak dobre jedzenie.

Manfred jak dotąd przyglądał się w milczeniu na resztę. Jeden z członków wyprawy pochodził z Essen, ciekawiło go czy to ta ciesząca się złą sławą miejscowość w Ostmarku. Lecz największe wrażenie zrobili na nim dwa krasnoludy a także elfka. Choć spotykał już przedstawicieli tych ras, nie miał jeszcze okazji na bliższą znajomość a teraz wspólna podróż mogła to zmienić. Chociaż biorąc pod uwagę zabójczy wzrok długouchej nie był pewny czy będzie to sympatyczna osoba. Czarodziej obdarzył elfkę jedynie krótkim spojrzeniem, nie żeby się jej bał ale nie chciał ujść za niegrzecznego wpatrując się w jej twarz którą szpeciły blizny po oparzeniach. W tym czasie posmakował piwa Galvina i pokiwał głową w niemiej aprobacie, było naprawdę dobre. Jedno z lepszych a może i najlepsze jakie dotąd pił. Samemu mając aparaturę i składniki mógł przyrządzić miksturę znaną pod nazwą „piwo Bugmana” ale jego wywar smakowo nie zbliżał się do trunku srebrzystowłosego krasnoluda.

-To ciekawe jak smakuję autentyk od samego Josefa…- wyszeptał, uświadamiając sobie jak sporo brakowało mu jeszcze umiejętności. Magik uznał jednak że była to dobra okazja by się przedstawić. Zwrócił się do krasnoluda i dwójki siedzącej obok niego.

- Zacny trunek Panie Galvin. Istne niebo w gębie. Jestem Manfred Landstreicher z Elsterweldu Miło mi panów poznać.

-No ba Panie Magistrze! - niemalże zakrzyknął Wolfgrimm przechylając się nad stołe, tak żeby widzieć czarodzieja -Miejmy nadzieję, że zapas mości Galvin ma obfity coby sie w podróży można było raczyć tym wspaniałym trunkiem to przynajmniej nudno nie będzie. Nie umielibyście panie magigu jakiejś hipnozy na nim zrobić, żeby naważył więcej piwa, albo jakiegoś magicznego pomnożenia? - zaśmiał się rubasznie

Na twarzy Manfreda zagościł lekki uśmiech.
-Proszę nie przesadzać z tym magistrem, ten tytuł jest przeznaczony dla bardziej doświadczonych i niestety nie mam w asortymencie takich sztuczek.

-
Czarodziej zaśmiał się, trochę do siebie. Pociągając długi łyk piwa zastanawiał się ile to doświadczonych czarodziej łamie postulaty dekretu o magii używać zaklęć do tak błahych spraw. Domyślał się że pewnie wielu.

- Mam jednak nadzieję że Pan Galvin ma jeszcze trochę zapasu i nie pożałuję go na tę noc. Chociaż nie jestem piwowarem to proces warzenia piwa na poziomie amatorskim jest mi znany. Muszę pogratulować, tak wspaniałego efektu.

Do komnaty, w której Wolf urządził ucztę, weszła też niewysoka, drobna dziewczyna. Ubrana była dość skromnie, ale czysto. Kto by mógł przypuszczać, że dane jej będzie uczestniczyć w tak wystawnej uczcie? Dziewczyna rozejrzała się, uniosła brew ze zdziwienia. Pierwszy raz w swoim dość młodym życiu dane jej było zobaczyć tak mocno uginające się pod jedzeniem stoły. Uśmiechnęła się. W sali było już dość tłoczno i gwarno. Skinęła głową niechcąc przekrzykiwać nikogo ani nikomu przerywać.

- Witajcie, jestem Elena Whitfoot. Dotarłam tu z Altdorfu - powiedziała niezbyt głośno. Kto miał słyszeć, pewnie usłyszał. Rozejrzała się w poszukiwaniu wolnego miejsca i siadła. Przyglądnęła się drużynie. Niezbyt natrętnie obserwowała gości. Kiedy krasnolud podszedł do niej z piwem, podziękowała z wdzięcznością. Pierwszy łyk musiał być dla niej zaskoczeniem, bo trunek okazał się dla niej dość mocny. Z racji, że po chwili do komnaty wszedł Wolf i niemo poprosił o atencję.

Młody człowiek, ubrany od stóp do głowy na czarno, przystanął przy elfce spoglądając na jej blizny. Niewiele robił sobie z jej groźnej miny i złowrogiego milczenia, po chwili skłonił się sztywno i udał w stronę stołu. Gdy krasnolud siłą wcisnął mu w dłoń kufel piwa, podziękował skinieniem głowy i pociągnął spory łyk. Z uznaniem spojrzał na kufel i pozwolił sobie na kolejny, gdyż trunek był przedni. Młodzieniec znalazł sobie miejsce z którego mógł obserwować innych uczestników uczty. Musiał przyznać że baron nie poskąpił jadła ani napitków, więc zapowiadała się długa i ciekawa biesiada. Rozsiadł się wygodnie i słuchał, czasami tylko pociągając z kufla. Czekał na gospodarza i oficjalne przedstawienie obecnych. Jego uwagę przyciągała zwłaszcza drobna dziewczyna która niedawno weszła, wydawało mu się że przedstawiła się jako Elena, ale nie miał pewności, gdyż głośna rozmowa krasnoludów i sigmaryty niemal zagłuszyła jej słowa.

Drzwi komnaty otworzyły się z cichym jękiem i po chwili do środka weszła wysoka, czarnowłosa kobieta o pokrytej bliznami, ponurej twarzy. Planowo uczta miała pełnić funkcję wieczoru zapoznawczego, pozwalającego na chwilę oddechu i ostatni być może moment na spokojne wychylenia wspólnie kufla, jednak korbacz wiszący u boku nowoprzybyłej zdradzał brak chęci do integracji, a spojrzenie którym obrzuciła resztę zgromadzonym trudno było nazwać przyjaznym. Usiadła na pierwszym z brzegu krześle i zgrzytając zębami przyglądała się każdemu po kolei z miną wściekłego psa, gotowego ugryźć pod byle pretekstem.

Chwilę później na spotkaniu pojawił się ciemnowłosy żylasty wojownik, jego twarz nosiły ślady świeżych, choć niezbyt głębokich zadrapań. Usiadł koło czarnowłosej, która posłała mu kuksańca w bok na powitanie. Mężczyzna jęknął i w odwecie przesłał kobiecie całusa. Również i on nie był zbyt gadatliwy, wyciągnął nóż i zaczął czyścić nim paznokcie, delektując się zdziwionymi i może zszokowanymi spojrzeniami, które taksowały ich uroczą parę.

Nikły uśmiech pojawił się na ustach Gottfrieda gdy nowo przybyli starali się zrobić wrażenie. Ciągłe przebywanie z osobami w obecności których nawet najodważniejsi rycerze czuli się nieswojo spowodowało że nie miał problemów z panowaniem nad swoimi uczuciami. Nie żeby odmawiał “starej dużynie” zdolności bojowych, w końcu przetrwali liczne niebezpieczeństwa i zdobyli baronię, ale żadne z nich nie miało wprawy we wzbudzaniu postrachu. Widać było że starają się zaznaczyć swoją dominującą pozycję w grupie, izolując się od pozostałych zanim ci się nie wykażą. Wszystko wskazywało też na to że romanse są chlebem powszednim tej grupy. Myśl ta spowodowała że przeniósł wzrok na Elenę i przyjrzał się jej uważniej. Wyprawa zapowiadała się na długą, więc może...

Tak to czasem bywa, że pewne rzeczy Elena czuła podskórnie. Ktoś się gapi. Jak nic, ktoś się na nią gapi. Szybko dość (przynajmniej w jej mniemaniu) zlokalizowała Gottfrieda. Nawiązała kontakt wzrokowy, a z jej mimiki niewiele dało się wyczytać, prócz pytaniem o cel takiego patrzenia. Wiedziała od Wolfa, że część osób się zna, ale nie zdążyła jeszcze rozgryźć wszystkich. Część relacji była nazbyt widoczna, ale inne? Szaroniebieskie i szarozielone oko wpatrywało się w mężczyznę, by w końcu kącik ust Eleny drgnął w górę.

- Czyżby Waszmość zoczył coś, czym powinnam się przejąć? - zapytała dość spokojnie. Najwidoczniej ta sytuacja rozbawiła ją w jakiś sposób.
Gottfried spojrzał w różnokolorowe oczy dziewczyny. Musiał przyznać że podobała mu się nie tylko z wyglądu, ale także z zachowania. Zastanawiał się przez chwilę czy jej słowa były odprawą czy zaczepką. Jego zdolności do nawiązywania kontaktów z kobietami były nieco zardzewiałe, więc przez chwilę szukał odpowiednich słów. Jednak nawet te niezbyt chciały mu przejść przez gardło, gdyż nawet pomimo dyspensy ciężko było mu zaniechać ślubu milczenia. Z drugiej jednak strony musiał zapoznać się z towarzyszami, a najlepiej było to zrobić przez rozmowę.

- Nie, ale ja ujrzałem i się przejąłem. - udało mu się wreszcie przełamać. Jego głos był głęboki, lecz lekko chrapliwy gdyż nie mówił od kilku tygodni.[i] - Ponieważ nie wiem czy będzie oficjalna prezentacja, pozwól pani że się przedstawię. Jestem Gottfryd von Goethe, … - [i] przez chwilę wahał się czy podać nazwę zakonu, ale zdecydował że nie będzie niczego ukrywał, wzajemne zaufanie było niezbędne. - … Czarny Strażnik. - czekał na reakcję patrząc dziewczynie w oczy. Dopiero teraz mogła się przekonać jak chłodne jest spojrzenie rycerza i jak wiele wzbudza niepokoju.

Odpowiedź Gottfryda lekko zbiła z tropu Elenę. Nie spodziewała się takich słów. Z tego wszystkiego spojrzała po sobie. Tym bardziej się zastanowiła, bo nie miała ani plamy ani też niestosownie się nie ubrała. Cóż, nie zrozumiała tego, co mężczyzna do niej powiedział. Kiedy znów zaś wypalił do niej per "pani", o mało co nie wylała na siebie piwa, jakie trzymała w dłoni. Uśmiechnęła się serdecznie. Taka z niej pani, jak z koziej dupy trąbka. I pewnie by tak odpowiedziała, gdyby nie ten niefortunny kufel i kołyszące się w nim piwo. W razie czego odstawiła naczynie na stół.

- Jestem Elena. Żadna ze mnie pani, więc cóż - dziewczyna wzruszyła ramionami. Wyglądała na lekko zakłopotaną. Żeby to ukryć, zapytała - Co się stało, Panie, że postanowiłeś dołączyć do tej wyprawy?

Gottfried zdawał sobie sprawę że szansa na to że Elena jest mężatką jest nikła, jak miał jednak to rozpoznać? Teraz już wiedział. W tej zróżnicowanej grupie oni byli chyba najmłodsi więc wyróżniali się na tle starych wyjadaczy. Rycerz rozejrzał się po sali, wyglądało na to że niektórzy zdążyli już się nieco wstawić żłopiąc bez opamiętania piwo, słychać było rozmowy. Musiał się dostosować, choć jak dla niego powiedział już wszystko. Spojrzał na dziewczynę i zastanowił się czy słyszała o Czarnej Straży? Chyba każdy w Starym Świecie wiedział kim są milczący, odziani w czarne zbroje rycerze chroniący Ogrody Morra przed rabusiami, porywaczami zwłok, a nierzadko też przed ghulami, nekromantami, wampirami czy innymi stworzeniami mroku.

- Wyprawę tą traktuję jako swój obowiązek, jestem Czarnym Strażnikiem. - stwierdził spokojnie. Miał tylko nadzieję że jednak nie będzie musiał wyjaśniać czym się zajmuje w ramach swych obowiązków. Tylko bardzo nieliczne kobiety były w stanie wytrzymać choć chwilę z mężczyzną który na co dzień obcował ze zmarłymi.

- Jednak nie wiem co mogło skłonić tak młodą osobę jak waćpanna do uczestnictwa w tak ryzykownej wyprawie. - spytał, inną sprawą było że skoro baron Wolfgang zdecydował się ją przyjąć to musiała mieć jakieś zdolności które uznał za przydatne. Szlachcic ponownie obrzucił wzrokiem sylwetkę dziewczyny i przyjżał się jej dłoniom. Nie miała budowy wojowniczki, ani odcisków od broni, czym więc się zajmowała?

Czarodziej chociaż nie zwracał szczególnej uwagi na rycerza, ani na jego z rozmowa z niewiastą o różnokolorowych oczach usłyszał jak wspomniał o swym zakonie. Czarna Staż Morra. Choć Mafred nie znał szczegółów wiedział że to organizacja wyspecjalizowana w walce nieumarłymi. Miał nadzieję że nie ma do czynienia z fanatykiem. Taki mógłby mu utrudnić gromadzenia informacji o Bragthornie. Lecz za wcześnie było by wydawać na ten temat osąd. Może uwagę strażnika przyciągnie coś innego podczas wyprawy? Nim jednak czarodziej odpłynął zbyt daleko myślami wrócił do biesiadowania.

Powtórzył, że jest Czarnym Strażnikiem. Więc się nie przesłyszała. Uniosła jedną brew. Ale chyba mówił prawdę. Wolała na tym etapie nie dopytywać o szczegóły, choć zwykle "dlaczego obowiązek" aż cisnęły jej się na usta. Stąd też jej usta otworzyły się i zamknęły. Nie wyglądał. Zupełnie nie wyglądał.

- Ostatnio wszystko, czego się nie podejmę, zalicza się do ryzykownych. Podejrzewam, że przy takim obrocie spraw, to nawet ugotowanie sobie czegoś może się okazać dla mnie walką o życie. - zaśmiała się z własnego żartu, by po chwili dokończyć: - Można powiedzieć, że mam zlecenie z ramienia Kolegium Ametystu. Okazało się, że praca dla nich wykonywana jest bardziej złożona niż na początku przypuszczano. Stąd moja obecność tutaj. Dodatkowo okazało się, że nasze cele są zbieżne. Stąd jestem... I Elena, żadna waćpanna..
 
Asderuki jest offline  
Stary 01-04-2015, 19:47   #8
 
Komtur's Avatar
 
Reputacja: 13132 Komtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputację
Wolf wszedł do sali jako ostatni. Zwykle ponury nastrój, dzisiaj był osłodzony podekscytowaniem. W końcu mogli wyruszyć. Zostawić za sobą baronię i jej problemy, a rzucić się w pogoń za nemezis. Dlatego też gdy stanął przy szczycie stołu na jego twarzy rozlał się uśmiech. Spotęgowany widokiem towarzyszy. Tych nowych, jak i tych starych. Kąciki jego ust drgnęły gdy zobaczył Lotara obok Youviel, ale nic nie powiedział na ten temat.
Oparł się o stół i kilkukrotnie uderzył pięścią, którą teraz zdobił jeden z pierścieni. Poczekał aż stukot zwróci na niego uwagę.

- Witajcie. Zanim będziemy ucztować i zanim będziemy omawiać szczegóły. Zanim posypią się pytania i odpowiedzi... chciałbym powiedzieć kilka słów, których przez sprawy baronii, nie miałem jeszcze okazji powiedzieć

Zrobił pauzę i kontynuował.

-Jestem rad, że nasza kompania zrobiła się tak liczna. To pocieszające, gdyż wiem doskonale że bez drużynników, nie stałbym teraz tu gdzie stoję. Bez ostrego języka i morderczego korbacza, za którymi stoi Laura. Twoje krytyczne uwagi wciąż mi brzęczą w głowie i zmuszą do przemyślenia każdej decyzji. Bez stanowczego Galvina i jego zawsze celnych rad. Nie wiem skąd bierzesz swoje mądrości, ale wiedz że są dla mnie bezcennym skarbem. Bez Gomeza, którego celne ostrza i brawura nie raz mnie zadziwiała. Twój widok gdy próbowałeś ujeżdżać trolla, to coś czego nie zapomnę po grób. Bez Karla i jego igły… cóż, pewnie byśmy po prostu się wykrwawili. Tylko następnym razem mniej boleśnie. Bez Lotara który czasem jako jedyny trzeźwo patrzył na świat. Przyszło nam stać ramię ramię w potyczkach i wiem że z chęcią raz jeszcze powitam twój miecz lub kuszę w ogniu walki. Wreszcie bez Youviel, która zawsze stała na straży spokoju mego ducha. Bez twojego wsparcia z pewnością bym szczezł. Dziękuję wam przyjaciele.

Podniósł kubek z piwem, ale jeszcze nie spełniał toastu.

- Salutuję tu tym, którzy ze mną pozostali, jak i tym, którzy dopiero co wchodzą na ten niebezpieczny szlak. Będą czyhać na nas niebezpieczeństwa, ale też tajemnice do zgłębienia. Przyszło nam bowiem mierzyć się z potężnym złem, które knuje przeciw światu jaki znamy. Jeszcze raz jednak powiem, że rad jestem, iż nie jestem w tym zadaniu sam. Zdrowie!

Uniósł kubek przepijając do zgromadzonych i spełnił toast.

Elfka posmutniała. Uniosła kufel z szajsem jakie na pewno doprowadzi ją do stanu właściwego. Nigdy nie miała mocnej głowy, a i zamierzała duszkiem wyżłopać co było w środku. Khazadzki zajzajer czy nie. Tak też zrobiła. Głośno walnęła kuflem o stół. Powinna się rozchmurzyć, uśmiechnąć. Ten jednooki, brodaty mężczyzna się uśmiechał. Znów palcem zaczęła szybko uderzać w stół.

- Ku chwale życia - powiedziała głośno niemal rzucając w Galvina kuflem aby ten jej dolał. Nie zamierzała poprzestać na jednym. - I na pohybel nieśmierci - dodała już ciszej. To były pierwsze słowa jakie padły z ust kobiety od początku. Teraz tylko Lotar i Wolf mogli dosłyszeć jak inne słowa były szeptane spod pochylonej głowy nad talerzem.
- Twoje zdrowie! - Lotar uniósł kufel, spoglądając w stronę Wolfa i Youviel. - I wasze - dodał, ze stale uniesionym kuflem obracając się w stronę pozostałych. Dopiero potem pociągnął solidny łyk.
Gottfried wstał z pozostałymi, i uniósł kielich który przygotował zawczasu. Toasty wolał wznosić winem niż piwem. W milczeniu skłonił głowę w stronę gospodarza i nadal trzymając puchar w górze spojrzał po pozostałych. W duchu wzniósł nieco inny toast, ale tym nie musiał dzielić się z resztą, nie zrozumieliby. Następnie spełnił go wypijając zawartość naczynia do dna.
-Ku chwale życia! – Powtórzył Manfred za elfką, wznosząc toast. To hasło spodobało mu się. Trochę już wypił i spożyty alkohol dawał się mu się we znaki. Lecz była to zabawa, uroczystość, nie wypadało sobie żałować. Pobieżnie ocenił już skład drużyny z jaką przyjdzie mu ruszyć w podróż, teraz pozostało się bawić. Oczywiście dalej obserwował obecnych, już mniej uważnie ale starał się odgadnąć relację jakie łączyły towarzyszy Wolfa. Przyjaźnie, romanse? Czyżby jakaś zazdrość? Niezdrowa ciekawość czarodzieja kazała mu zwracać uwagę na takie niuanse.
- Niech nam szczęście sprzyja - powiedziała Elena, pewnie bardziej do siebie niż do innych. Uniosła w toaście swój napitek. Upiła z kufla jedynie łyk, w tym względzie była akurat ekonomiczna. Spojrzała po swoich przyszłych i już obecnych towarzyszach. Jeśli by jej kto jakiś czas temu opowiadał takie rzeczy, stwierdziłaby, że pewnie zmysły postradał. Pomyślała, że życie bywa przewrotne. Czuła się na razie jak persona non grata, choć wiedziała, że to minie. Sięgnęła po coś do jedzenia. Spojrzała na tych, co przybyli po niej, potem znów na Wolfa, który rozmawiał właśnie z jednym z biesiadników.

- Runk A A af waranak Drek um Grund! - zawołał piwowar wznosząc wysoko naczynie i wypijając toast.
Toast jednak minął, a Galvin zaśmiał się cicho po czym strzelił Zabójcę Trolli w tył głowy, kiedy ten próbował się napić z kufla.
- Magię w trunek mieszać? Piwowara hipnozą traktować? - warknął brodaty mędrzec na brodatego woja. - Uch ty szczylu...
Widać było, że dowcip Wolfgrimma uraził piwowara nie mało, a ten nie miał zamiaru płazem puścić takich słów. Szczególnie że uwaga padła z ust krasnoluda. Pół biedy jak z ust człeczyny, które miały pstro w głowie, albo chędożenie, ale od krasnoluda?!
Youviel podniosła głowę przerywając swój wywód do samej siebie.Spojrzała na khazady, potem na ludzi i zatrzymała się na czarodzieju. Usmiechneła się, co było uniesieniem jednego kącika do góry i wykrzywieniem spalonej części. Obdarowała tym krótkim, nierównym uśmiechem maga.
- Manfred prawda? - zapytała niezbyt głosno ale wystarczająco aby ten ją usłyszał. - Trzymaj się tego.
Czarodziej zwrócił uwagę na elfkę. Jeśli jej blizny po ogniu go peszyły, nie dawał tego po sobie poznać.
-Tak szanowna Pani, Manfred z Elsterweldu. Ku chwale życia. Mądre słowa i do tego idealnie oddają ideę jaka przyświeca naszej wyprawie – odpowiedział z uśmiechem. Pani Youviel jak się nie mylę?
“Pani Youviel” przytaknęła, aż za dobrze wiedziała co mówi. Zbyt dobrze. Nie mogąc doczekać się swojego kufla z piwem złapała za kielich i nalała sobie wina. Wychyliła dwa potężne łuki i dolała do pełna.
- A więc wypijmy za to więcej - w nagłej potrzebie poderwała się stawiając wręcz stopę na stole.
- Słyszeliście chłopaka? Twierdzi, że mądrze gadam. A więc za to kurwa życie! Póki jeszcze jest! - powiedziała donośnym głosem wychyliła kielich do dna i z powrotem spadła na siedzisko.
Manfred spojrzał na stopę elfki, potem na jej kielich i dołączył do toastu. W jakże to ciekawej kompani wylądował.
- Nie ma co sobie żałować, wszakże nie wiadomo kiedy będzie następna okazja. – dodał. Co prawda, za czasów podróży z mistrzem unikał picia dużej ilości alkoholu, ale tym razem chciał sobie pozwolić na odrobinę pijaństwa.
Wolf spojrzał na Youviel jakby chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Westchnął tylko i przelał pół kufla piwa do gardła. Otarł wierzchem dłoni i fragmentem rękawa mokre wąsy.
- Ucztujmy! - zakrzyknął uśmiechając się, po czym usiadł na miejsce i z nieodległego półmiska wyciągnął kuraka. Nie przejmował się faktem, że są widelce. Nie przywykł do sztućców i nie sądził żeby kiedykolwiek przywykł.
Skierował swoją uwagę na Elenę. Przeżuł kawałek mięsiwa i popił zanim się odezwał.
- Skąd jesteś? Mówisz w reikspielu, ale nie mogę rozpoznać landu.
Słowa Youviel nie umknęły jej uwadze. Elena zerknęła na nią i się zaśmiała cicho. Spojrzała na stopę, uniosła swój trunek w stronę kobiety i skinęła głową. Potem upiła piwa. Mocne, cholerstwo. Później jej uwagę przyciągnął Wolf.
- Z Altdorfu - odpowiedziała. Nie bardzo znała się na geografii, wiedziała wyłącznie, że podróżowała dość długo. - Dla mnie to tak oczywiste, że jakoś nie pomyślałam, żeby powiedzieć. - uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. A potem sama nawiązała do wyprawy: - Czym się zajmują poszczególne osoby?
Wolf podniósł brwi w zdumieniu. Nigdy się nie zastanawiał nad konkretnym podziałem ról. Nie wiedział czy taki podział nawet miałby sens.
- Najprościej zapytać każdego z osobna. Ja macham mieczem gdy nadarzy się okazja.
- A ja próbuję czasami przemówić innym do rozsądku - powiedział Lotar. Uznał za zbędne dodawanie, że te usiłowania zwykle kończą się niepowodzeniem.
- I wychodzi? - wzrok przeniosła na Lotara. Po prostu była ciekawa. Mieli w końcu spędzić ze sobą sporo czasu. Chcąc nie chcąc będą zdani na siebie.
- A, różnie to bywa - odparł Lotar. - Jak to w życiu.
Chwycił dzban z winem i obrócił się do Youviel. Wlał nieco wina do jej kielicha.

Gomez i Laura siedzieli milcząc niczym przyczajone tygrysy. Nikt do nich nie zgadywał, jakby obawiając się co może usłyszeć. Wychylali kolejne toasty w milczeniu od czasu do czasu rzucając złowrogie spojrzenia na nowych, to znów pogrążając się we własnych myślach.
 
Komtur jest offline  
Stary 01-04-2015, 21:02   #9
 
Balzamoon's Avatar
 
Reputacja: 129 Balzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znany
Był wczesny wieczór gdy na zamek dotarł kolejny chętny do przyłączenia się do wyprawy barona. Sierżant wyszedł na mury z ciepłej stróżówki i stanął oniemiały patrząc na przybysza czekającego przed bramą. Na potężnym karym ogierze siedział ubrany w emaliowaną na czarno pełną zbroję płytową rycerz. Na czubku kopii którą trzymał w prawicy powiewał czarny proporczyk, tarcza była zasłonięta czarnym pokrowcem uniemożliwiając zobaczenie herbu, prowadził też czarnego luzaka objuczonego ekwipunkiem podróżnym. Strażnik w ciągu ostatnich dni widział istny korowód obdartusów, włóczęgów, szaleńców, świętych i złoczyńców którzy przybywali na zamek. Większość z nich była szybko odsyłana, kilku musiano usunąć siłą. Zbrojny miał nadzieję że tak nie będzie w tym przypadku, mogło skończyć się jatką, bo wyszkolony rycerz w zbroi był groźnym przeciwnikiem. Weteran, tak na wszelki wypadek, rozkazał żeby każdy ze strażników wziął ze zbrojowni kuszę zanim zezwolił na otwarcie bramy.

Gdy rycerz wjechał na dziedziniec czekało na niego dwu stajennych, którzy zabrali konie i majordomus. Gdy tylko rycerz zsiadł z konia, i ruszył w stronę wejścia do zamku, za jego plecami rozległ się krzyk. To stajenny trzymający zbyt luźno uzdę jego ogiera przekonał się boleśnie że koń jest agresywny i złośliwy. Przybysz nawet się nie obejrzał, podał zwój wyciągnięty zza pasa urzędnikowi. Ten przeczytał wykaligrafowane miano adresata, przyjrzał się czarnemu lakowi z odciśniętą różą i skłonił się nisko.
– Powiadomię barona, czy chcesz panie się odświeżyć lub czegoś napić w tym czasie? - rycerz nie reagował przez dłuższą chwilę, zanim zaprzeczył znakiem dłoni. – Przejdźmy zatem do wnętrza, proszę za mną. - majordumus poprowadził gościa w głąb zamku.

Zaakceptowanie przez barona Czarnego Strażnika jako kolejnego towarzysza w jego wyprawie zmieniło na krótki czas życie służby w bardzo niepokojące doświadczenie. Po zdjęciu zbroi okazało się że jest to młody, jasnowłosy człowiek wzrostu około 180 cm i nieco szczuplejszy niż powinien, ale nadal dość dobrze umięśnionym. W lewym uchu miał kolczyk w kształcie czaszki, a usta przecinała mu blizna. Jednak niewiele osób mogło znieść chłód czający się w jego niebieskich oczach, całkowite milczenie i to że potrafił zamrzeć w niemal całkowitym bezruchu, nawet pomimo tego że był na swój sposób uprzejmy dziękując za każdym razem skinieniem głowy za wykonaną pracę. Gdy czegoś potrzebował pokazywał, a wśród służby krążyła pogłoska że nawet przy baronie nie wypowiedział ani słowa. Nowych towarzyszy traktował z rezerwą i uprzejmością, pozdrawiając płytkim ukłonem mężczyzn i nieco głębszym kobiety. To były jedyne znaki że ich zauważa.
 
__________________
"Prawdziwy mężczyzna lubi dwie rzeczy – niebezpieczeństwo i zabawę, dlatego lubi kobiety, gdyż są najniebezpieczniejszą zabawą."
Fryderyk Nietzsche

Ostatnio edytowane przez Balzamoon : 01-04-2015 o 21:14.
Balzamoon jest offline  
Stary 01-04-2015, 22:09   #10
 
Jaracz's Avatar
 
Reputacja: 1855 Jaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłośćJaracz ma wspaniałą przyszłość
Wolf podczas wieczerzy zachowywał się z początku mrukliwie. Po swym toaście i otwartości, musiał się napić, zanim język się rozwiązał i zaczął rozmawiać z biesiadnikami. Jednak za każdym razem gdy wracał spojrzeniem do Youviel przypominał sobie krótką rozmowę jaką odbyli na dwa tygodnie po przybyciu do baronii. Widział jak jego kochanka się zmienia i nie wiedział czy może na to wpłynąć...

Wolf usiadł na łóżku i odwrócił głowę by spojrzeć na leżącą elfkę. Minęły dwa tygodnie od ich powrotu do baronii. Youviel szybko wracała do zdrowia… fizycznego. Rycerz jednak nie był rad, gdyż wiedział że duch kobiety cierpi. Widział to w jej spojrzeniu. Zmianie charakteru jakiej był świadkiem przez te wszystkie dni.
- Dorwiemy go - zapewnił ją po raz setny.

- Tak, wiem. Będzie cierpiał, albo nie. lepiej aby sczezł szybko. Tak abyśmy mieli pewność. Całkowitą pewność. Aby jego szczątki rozpadły się w proch, które rozniesie wiatr. Aby więcej nie mógł się więcej podnieść. Jego moc rozproszona w takie drobinki aby nigdy się nie pozbierała. Nigdy - po raz setny elfka odpowiedziała mu nawałem słów. Po raz setny jej dłoń i palce drżały ruszając się nerwowo.

Wolf wyciągnął rękę i nakrył nią dłoń Youviel.
- Pamiętaj jednak że potem wciąż będziemy żyć.

- Jak długo Wolf? - zapytała kiedy palec jej drugiej dłoni zaczął nerwowo chodzić.
- Chcę już stąd wyjść… nie mam siły tak leżeć.

Wolf milczał przez chwilę, po czym kiwnął głową. Wciąż zastanawiał się nad odpowiedzią na jej pytanie.
- Zabiorę cię na mury.
Pomimo że ranna elfka wciąż pozostawała o wiele zwinniejsza i szybsza od Wolfa nie obawiał się, że będzie przejawiać myśli samobójcze. Był świadom jak silnie gorzeje w niej płomień zemsty, by przez jej głowę przemknął choćby cień wątpliwości.

- Nareszcie… - twarz elfki wykrzywił uśmiech. W jej głosie była słyszalna ulga z fałszywą nutą niecirpliwości. Elfka się nudziła jeśli tak to można było nazwać. Wiedziała, że musi leżeć, ale nie chciała. Zastępowała ruch ciała nerwowymi drganiami kończyn. Nocami wpatrywała się w sufit i słuchała jak Wolf śpi obok. Nie potrafiła już tyle spać. Niecierpliwiła się. Miała cały swój elfi czas ale się niecierpliwiła. Czy to właśnie tak czuli się ludzie? Wszystko szybko? Do wszystkiego daleko? Za długo? Takie myśli poza zemstą krążyły po głowie kobiety.

Wolf wstał z łóżka i podszedł do skrzyni, na której leżały ubrania elfki. Wybrał z nich spodnie i bluzę, a następnie rzucił je na łóżko. Sięgnął po płaszcz i zarzucił go na ramię.
- Tak długo jak będzie trzeba Youviel - odpowiedział w końcu. - Tak długo jak bogowie pozwolą. Ale żyć zamierzam. Ty też.



Wolf wyrwał się z zamyślenia i wrócił uwagą do uczty. Potoczył wzrokiem po towarzyszach. Pomimo wlanego w gardło alkoholu, zielone lub też szaro-zielone oko sprawiało wrażenie czujnego. Drugi oczodół był pusty, lecz rycerz nie straszył nikogo makabrycznym widokiem i nosił czarną, skórzaną opaskę. Nie dało się jednak ukryć wychodzącej spod niej, na policzek i czoło, paskudnej blizny. Oraz kolejnej stanowiącej parów na równo przyciętym zaroście brody - równie ciemnym co kruczoczarne włosy spięte w kucyk prostym rzemieniem.

Rycerz niespecjalnie się przejmował manierami przy stole i plamy tłuszczu z dobrze wypieczonego kurczaka co chwila lądowały jak nie na stole, to na skórzanej, niebieskiej kurtce, zapiętej tylko na brzuchu, czy też na czarnych spodniach szytych czerwoną, grubą nicią.

Co mogła zaskoczyć biesiadników, to fakt że Wolfgang nie nosił prawie żadnej biżuterii. Wyjątek stanowił okazały sygnet na palcu oraz srebrna, prosta brosza aktualnie wpięta w kurtkę. Władca tych ziem najwyraźniej nie lubił się obnosić bogactwem... jeśli takie posiadał.
 
Jaracz jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:12.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166