Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-06-2015, 19:16   #1
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11249 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
[Warhammer 2ed.] Rytuał

Delberz,
32. dzień Brauzeit 2480 roku,
Dwa dzwony do północy.



Wypalona do połowy świeca osadzona w szyjce butelki po jakimś tanim winie rzucała nieśmiałą, żółtą łunę światła na niewielki pokój znajdujący się na pierwszym piętrze gospody "Stara Ingrid". Krople deszczu młóciły nieszczelne okno, jednak mężczyzna siedzący w półmroku zdawał się zupełnie nie zwracać na to uwagi, skupiony na ostrzeniu swego krótkiego miecza. Choć jego powolne ruchy o tym nie świadczyły, w środku czuł ekscytację i podniecenie. Jeśli dzisiaj się spisze, to będzie ostatni krok do lepszego życia. Musiał tylko zrobić to, czego od niego oczekiwano. Wszystko wskazywało na prostą robotę, w końcu nie raz już pozbawiał kogoś życia lub porywał w imię zmian, które miały niebawem nadejść.

Do zadania przygotowywał się od tygodnia. Najpierw zrobił potrójny rekonesans, odwiedzając ofiarę w przebraniu strażnika miejskiego, rzekomo zbierającego zeznania na temat morderstwa w okolicy, mężczyzny roznoszącego ulotki i podstarzałego domokrążcy. Dzięki temu poznał rozkład pomieszczeń w domu, mniej więcej układając sobie w głowie plan porwania. Dzięki jego przyjaciołom, wejście na teren posesji nie było problemem, zatem trzeba było tylko zrobić to, co do niego należało i ulotnić się w możliwie najkrótszym czasie. Przez moment zerknął na miecz, którego ostrze odbijało płomień świecy i uśmiechnął się do siebie krzywo. Podniecenie zastąpiła pewność siebie. Schował broń do pochwy, wstał, zapinając pas, po czym narzucił na grzbiet czarny płaszcz, a twarz ukrył pod obszernym kapturem.

Nadszedł w końcu czas, by awansować w hierarchii kultu. Z pełnym przekonaniem ruszył do wyjścia z pokoju, zamknął drzwi i moment później wyszedł z karczmy na zacinający deszcz. Pogoda była idealna do dzisiejszej roboty, gdyż po drodze nie minął żadnej żywej duszy, znikając po chwili w jednej z wąskich uliczek między pogrążonymi w ciemnościach, śpiącymi domostwami.




"Ludzie rozsądni nie zostają bohaterami."
- Felix Jæger, imperialny poeta i awanturnik.

Delberz,
32. dzień Brauzeit 2480 roku,
Dzwon do północy.



Czarne, złowieszcze chmury wiszące nisko nad Delberz płakały tej nocy rzewnymi łzami. Środek jesieni nie był zbyt łaskawy dla tego położonego nad rzeką Delb ośrodka handlowego spinającego szlaki kupieckie między Middenheim i Altdorfem. Lało i wiało niemal bez przerwy od kilku dni, co mocno dawało się we znaki nawet rdzennym mieszkańcom, a co dopiero przyjezdnym. Kto mógł, siedział w domu, bądź gospodzie, grzejąc się przy kominku i popijając lokalne trunki. Zwłaszcza po zmroku, bo choć kupieckie miasteczko - znane głównie ze świetnego wina i jakościowego drewna - było jednym z lepiej prosperujących w Middenlandzie to tak jak wszędzie indziej, nocą stawało się wylęgarnią wszelkiej maści ludzkich brudów, wykolejeńców i amatorów szybkiego zarobku. Szczęściarzem był ten, kto wrócił do domu jedynie pobity i bez pieniędzy, nierzadko jednak nocne wojaże kończyły się tutaj poderżniętym gardłem i porzuceniem w jakimś rynsztoku.

Piątka zbrojnych wydawała się jednak nic sobie nie robić z tych opowieści, gdy wracali późno w noc do gospody "Stara Ingrid", w której się zatrzymali. Jakiś czas temu, jeszcze w Mieście Białego Wilka, przeznaczenie połączyło ich losy i od tamtego momentu podróżowali wspólnie, imając się różnych, czasem mniej lub bardziej płatnych, niebezpiecznych zajęć. Mieli różne cele, inne charaktery, jednak gdy trzeba było, potrafili działać wspólnie. Od kilku dni przebywali w Delberz, a dzisiejszego wieczoru skorzystali z gościny dawnego towarzysza Wróbla - barda i poety Freda Aleksandrowicza, który osiadł w mieście na stałe kilka lat temu. Gadatliwy chudzina uraczył ich wybornym, czerwonym winem i żarciem, które - gdyby nie bezdenne żołądki Hargina i Magnara - starczyłoby z pewnością na co najmniej trzy obiady. Mając w perspektywie powrót do gospody nie upijali się jednak zbytnio, zresztą, niektórym z nich trzeba było wiele więcej, niż Fred był w stanie postawić. Przenocować ich nie miał jak, gdyż jego dom składał się jedynie z dwóch sypialni, a i żona barda kręciła co chwilę nosem, że się tak długo zasiedzieli. Nie mając więc innego wyjścia kompani ruszyli w drogę powrotną do "Ingrid". Pieniądze z ostatniego zlecenia powoli się kończyły, wiedzieli zatem, że muszą rozejrzeć się za nową robotą. I to w miarę szybko.

Noc była ciemna, jednak ustawione wzdłuż wybrukowanego chodnika latarnie rzucały mdłe, blade światło, pozwalając z łatwością omijać co większe kałuże i nie poślizgnąć się na zalegającym tu i ówdzie błocku, które co jakiś czas paskudnie mlaskało pod podeszwami butów. Nikt ich nie mijał, a nawet jeśli jakieś czujne oczy spoglądały na nich z ciemnych alejek, to nikt nie miał na tyle odwagi, by zmierzyć się z nieznajomymi, wzbudzającymi niepokój samym wyglądem.

Wychodząc zza zakrętu dostrzegli nagle, jak drzwi jednego z bardziej eleganckich, piętrowych domów znajdujących się kilkanaście metrów przed nimi otworzyły się, a ze środka wylał się żółty słup światła. Moment później, wprost na ulewę wypadła jakaś rudowłosa, dość pulchna kobieta, odziana jedynie w białą koszulę nocną.
- Pomocy! Niech mi ktoś pomoże! - Wrzeszczała na całe gardło, przecinając zdesperowanym tonem szum ulewy.
W tym momencie odwróciła przerażone spojrzenie i dostrzegła piątkę uzbrojonych mężczyzn. Rozchlapując kałuże pod bosymi stopami popędziła w ich stronę, a w miarę, jak się zbliżała, awanturnicy dojrzeli w świetle lamp sporego siniaka w kolorze dojrzałej śliwki pod jej prawym okiem. Ktokolwiek jej to zrobił, nie przebierał w środkach. Gdy spazmatycznie dysząc, dobiegła do nich w końcu, wykrzesała z siebie na tyle siły, by przedstawić problem.
- Pomocy! Schwytali mojego ojca, nie pozwólcie im go zabrać! Pospieszcie się! Zapłacę wam ile...

Ucięła nagle, szarpnięta do przodu jakby jakąś niewidzialną siłą. Wpadła wprost w ramiona Gustava, a ten - mocno zaskoczony takim obrotem sprawy - musiał się nieźle nagimnastykować, by nie stracić równowagi i nie klapnąć siedziskiem w breję pod nogami. Moment później wszyscy dojrzeli promień oraz pierzysko bełtu wystającego spomiędzy łopatek dziewczyny i powiększającą się ciemną plamę krwi na jasnym materiale koszuli. Ruda zakwiliła krótko, po czym osunęła się bezwładnie w ramionach szlachcica. W drzwiach domostwa mignęła im natomiast postawna sylwetka zakapturzonego mężczyzny, który z kuszą w dłoni błyskawicznie zniknął w środku. Musiało mu się bardzo spieszyć, gdyż nawet nie zamknął za sobą wejścia do posiadłości.

Szalejąca nad Delberz ulewa z każdą chwilą przybierała na sile.


 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 12-06-2015, 21:35   #2
 
Santorine's Avatar
 
Reputacja: 4082 Santorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputację
Ciemno, zimno i mokro. Potykając się po raz kolejny o kamień, którego nie zauważył we wszechobecnym mroku i grzęznąc w mulistych kałużach, Gustav zaklął wyjątkowo szpetnie. Zupełnie nie po szlachecku.
Nie, żeby wyglądał jak ktoś, kto urodził się w warowni. W gruncie rzeczy, ostatnie miesiące spędzone na szlaku sprawiły, że wyglądał bardziej jak wagabunda i najemnik, którzy przecież nie byli rzadcy na traktach wiodących do Altdorfu.

Z niechętnym pomrukiem naciągnął kaptur skórzanego płaszcza na głowę. Pod nim kryło się brudne oblicze dziedzica twierdzy Schliesserdorf, choć Gustav był pewien, że ktokolwiek, kto znał go sprzed parunastu miesięcy od czasu wędrówki na szlaku, nie poznałby go. Nie poznałby małej, czarnej bródki i przystrzyżonych na modłę wojownika włosów.

Jednak nawet w migotliwym świetle pochodni wyglądał nie tak, jak zwyczajny banita i drab. Zdradzał go ton mowy i gestykulacja: zbyt dworne na byle płatnego mordercę. A płaszcz, choć wyblakły przez tułaczkę, nadal wyglądał po pańsku. I wreszcie miecz u jego pasa.
Wyglądał niezwykle jak na najemnika, którym w gruncie rzeczy był i to zdradzało jego pochodzenie.

Nie, żeby w mroku nocy miało to jakiekolwiek znaczenie. Tu, w Delberz, sztylet w plecy wszedłby zapewne z taką samą łatwością w jego plecy, jak w plecy Wróbla lub któregoś z krasnoludów. Jego nowych kompanów, którzy jechali na tym samym wózku, co on. Pomimo tego, że znalazł się w ich gronie bardziej z musu niż z wyboru, cenił sobie ich towarzystwo. Głównie z powodu oddalonej perspektywy nagłego sztyletu w plecy właśnie. Najemnicy nie mieli zbyt dobrej reputacji w imperium, to prawda, jednak budzili dość respektu, by nie zostać po prostu napadnięci i zabici na szlaku.
Nie przez byle dziada, w każdym razie.

Szedł, pomimo ulewy. Perspektywa położenia się na solidnej pryczy podobała mu się, jednak przejście przez zalane ulice Delberz już nie aż tak bardzo.
- Zła noc - rzekł do kompanów. - Oby tylko…
Zdawało się, że wyrzekł w złą godzinę. Ów wózek, na którym ponoć wspólnie mieli jechać, zadrżał, zadygotał i wywrócił się. Razem z nimi, którzy mordami wyrżnęli w mokry muł. Metaforycznie, oczywiście.

Niemetaforycznie i bardzo konkretnie, sytuacja wymknęła się spod kontroli szybciej, niż zdążył wydobyć z siebie kolejne przekleństwo. Kobieta wytoczyła się z domu, wrzasnęła coś, z czego Gustav pojął tylko coś o pieniądzach, po czym rzuciła się w jego ramiona.
Gustav słyszał kiedyś powiedzenie, że popaść w objęcia kobiety tkniętej pasją to niby wejść we wrota raju. Lub coś w tym rodzaju, nie wiódł przecież życia uczonego. Jak bardzo fałszywe okazało się to stwierdzenie mógł potwierdzić, kiedy pulchna kobieta splunęła krwią na jego buty, on sam zaś poczuł na dłoniach charakterystyczną lepkość krwi. Wystający bełt powiedział mu dość.

Przykucnął, spodziewając się fali kolejnych bełtów, które miały wylecieć ze smugi światła. Pozwolił kobiecie upaść w muł, nieco zaskoczony nagłym obrotem spraw. Kimkolwiek była, teraz już niewiele miała powiedzieć światu. Poza paroma agonalnymi chrząknięciami, oczywiście.

Normalny człowiek, gdyby był w tej sytuacji, zapewne uciekłby w mrok i ulewę. Jednak nie Gustav, który od paru miesięcy ryzykował życiem na szlaku.
Sam jednak nie zamierzał wchodzić do kamienicy. Mając rękę na głowni miecza, spytał ostrożnie swoich towarzyszy:
- Wchodzimy?
Obserwował uważnie krąg światła wylewający się z otwartych na oścież drzwi, skąd wybiegła kobieta. Zła noc, zaiste.
 

Ostatnio edytowane przez Santorine : 13-06-2015 o 11:47.
Santorine jest offline  
Stary 12-06-2015, 22:46   #3
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2402 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
- Tak, bardzo ładnie.... Jak arbuzy hehehehehe... Więc, jak się nazywasz chłopcze?
- Wróbel. -
- Wróbel? To imię czy nazwisko? Jak się naprawdę nazywasz? -
- Po prostu Wróbel. Tak mnie ludzie nazywają.-
- Dobre sobie, "Wróbel" wielkości niedźwiedzia. Dlaczego do jasnej cholery, ktoś mógłby tak nazywać, kogoś twojego rozmiaru? -
- Pewnie dla kontrastu -
- Kontrastu do czego? -
- Do tego, co mam w spodniach. -


*****

W czasie ich wspólnych podróży Wróble dał się poznać jako spokojny, rzeczowy i całkiem inteligentny człowiek. Kierował się chłodną kalkulacją i rozumem, zachowując przy tym żelazną konsekwencje w swych działaniach. Nie lubił nieuzasadnianej przemocy, jednak przemoc uzasadniona, była dla niego całkowicie normalną rzeczą. Inna sprawa, że gdy było trzeba, zawsze potrafił ją uzasadnić. Z reguły uprzejmy i pogodny, zazwyczaj zachowywał zimną krew w każdej sytuacji i mało jakie słowa potrafił go obruszyć. Ot, niezwykle miły młody człowiek, w rodzaju takich, których uwielbiają zasuszone stare panny, gdyby nie...



No właśnie, Wróbel, jaki był, każdy widział. Wielki jak niedźwiedzi - nikt, kto nie miał przynajmniej dwóch metrów wzrostu nie mógł spoglądać mu "prosto w oczy" nie zadzierając łba ku chmurą - podobnie do tegoż zwierza owłosiony i szeroki jak szafa. Dwie piąchy wielkości bochenków wiejskiego chleba, z reguły ubrane w grube skórzane rękawice dopełniały obrazu całości. Na sobie zwykł nosić kolczy kaftan, z trudem dopinający się na jego wielgachnym cielsku, który w trakcie walki uzupełniała spora okrągła tarcza.

No i była jeszcze Ona. Mówi się, że każda "szlachetna" broń ma jakieś imię i historie, która się za nim kryje. Ona z pewnością taką historie miała, ale Wróbel się z nią z towarzyszami nie dzielił. Ot, uważał to za niewłaściwe. Człowiek powinien mieć jakąś prywatność a pewne sprawy były zbyt intymne, aby się z nimi dzielić. Jego kompani znali więc tylko imię, pojawiające się czasami w jego wierszach, którymi czasami ni z tego czy owego ich raczył. I ten charakterystyczny dźwięk, kiedy pół metrowy, okrętowy gwoźdź wbija się w czyjąś czaszkę, wychodząc z drugiej strony.



- Podaj waść mi mą Wróblówkę,
Zaraz stracę te makówkę! -


Chwytając w dłoń wierny oręż i zasłaniając się tarczą, ruszył truchtem ku drzwiom budynku. Jego sylwetka była dość zwalista, aby robić za osłonę dla całej reszty towarzystwa. Wróbel uznał ze liczy się czas, wszak morderca jeszcze nie skończył a i kusze trzeba było chwilę przeładowywać. Pogadają sobie później, jak już przygwoździ kusznika. No, może nie z kusznikiem, ale z kimś na pewno będzie można pogadać.
 
malahaj jest offline  
Stary 12-06-2015, 22:53   #4
Dnc
 
Dnc's Avatar
 
Reputacja: 687 Dnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwu
Liczne krople deszczu spływały po wygolonej czaszce Mognara przez jego nagi tors aż do jego przemokniętych do suchej nitki spodni i rozwalającycj się butów. On nic sobie z tego nie robią tylko raz na jakiś czas ręką wycierał mokrego wąsa i przerzedzał swojego irokeza. Bynajmniej nie dlatego że jego przyklapnięte włosy źle wyglądały ale dlatego by wszyscy wiedzieli z kim mają doczynienia. Nie dbał o swój wygląd prawie w ogóle, jedne co się dla niego liczyło to jego pomarańczowy czub, który stercząc miał w jego mniemaniu odstraszać jego braci od jakiejkolwiek próby kontaktu z nim. Jemu było to na rękę, przez to co uczynił dalej nie potrafił spojrzeć żadnemu krasnoludowi w oczy...


Nie potrafił sobie wybaczyć. Był bardzo młodym krasnoludem jedynie 65 letnim i mało wiedział o życiu które wybrał. Ale coś mu podpowiadało, że chyba nigdy nie bedzie wstanie sobie wybaczyć. Prawie każda jego myśl prędzej czy później kończyła się przygnębiającą myślą o przeszłości i o swoim czynie. Teraz gdy do drużyny dołączył ten krasnolud to tym bardziej. Magnar stał się jeszcze bardziej mrukliwy i zasępiony. Do swojego krasnoludzkiego brata nie odzywał się w ogóle, nie miał śmialości i często traktował go jak by go nie było. To czasem pomagało ale też nie na długo...


Człapał pomału za resztą kompanii nie zważając w ogóle na padający deszcz. Woda chlupała w jego butach, z ktorych każdy obecnie były związane dwoma rzemieniami by się nie rozpadły i syn Nargonda nie musiał chodzić boso. To dokładnie pokazywało jego przywiązanie do materialnych spraw, miał już dawno kupić sobie jakieś nowe buty ale wolał wszystkie swe zmartwienia utopić w kuflach piwa. To też czasem pomagało oderwać się od jego problemów.


Jak przez mgłę słyszał nawołanie kobiety a dopiero gdy wpadł na jednego z kompanów zauważył, że ci się zatrzymali. Burknął coś pod nosem ale to dopiero trup kobiety która wpadła w ręce szlachcica go orzeźwił.

Bez większego zastanowienia energicznie wystartował i pobiegł w stronę domu, z którego padł strzał. Jego skórzana kurta nigdy nie zapinana a teraz mokra od deszczu tylko powiewała gdy biegł przed siebie. Nigdy nie uważał się za zręcznego ale szybkość z jaką z czasem zaczął wyciągać broń zaskakiwała nawet jego, nie mówiąc już o jego przeciwnikach. Wmawiał sobie, że to normalna kolej rzeczy gdy ktoś wybiera drogę Krasnoludzkiego Zabójcy. Jego dwuręczny topór w mig znalazł się w jego dłoniach a on nie zważajć na niebezpieczeństwo i mając tylko nadzieję, że jego towarzysze pobiegną za nim z uśmiechem na ustach kopnął drzwi i wparował do środka.


To własnie była jego chwila. Jedyna czynność przy której nie myślał o swojej przeszłości i o tym kim się stał. Jedyna czyność, która sprawiała mu prawdziwą radość a także jedyna czynność w której był dobry i każdego dnia widział, że się rozwija. To także jedyna czyność, która sprawiała że jego życia miało sens, że miał po co żyć.
Żył po to by umrzeć w chwale!
 

Ostatnio edytowane przez Dnc : 15-06-2015 o 13:34.
Dnc jest offline  
Stary 12-06-2015, 22:57   #5
Łajza Jedna
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 6774 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
Meinholf był krępym mężczyzną, ani wysokim, ani niskim, o obliczu pobrużdżonym trudnym życiem w ciągłym ruchu, zwieńczonym oczyma beznamiętnymi jak u poharatanego zwierza. Choć golił twarz, na pierwszy rzut oka widać było jego wydatne, zadbane wąsy. Ubierał się w wełnę i skórę, za nic mając miękkie tkaniny, gładkie aksamity i zwiewne sukmany, a jego szeroką szyję oplatała opończa z dyndającym, opadającym na grzbiet kapturem. Proste, zacerowane po wielokroć spodnie ufarbowane było biało-błękitne pasy, opięte zaś były szerokim pasem i wciśnięte w buty przywodzące na myśl długi, forsowny marsz grupy toporników - w cholewie jednego z nich tkwił prosty, ostry nóż. U pasa zawieszony miał falcjon w drewnianej pochwie, broń tyleż paskudną, co niewyrafinowaną i brutalną, ale bez wątpienia zabójczą.

Liess był mężczyzną na co dzień chmurnym, ale nie zawsze taki był. Kiedyś był osobą jowialną i wesołą, znoszącą trudy życia z zadziwiającym spokojem. Coś go jednak zmieniło, potem zaś nadeszły upadek na szlak i tułaczka. W towarzystwie kompanów wciąż był rozmowny, nawet wesoły, ale jego oczy zdawały się nigdy nie uśmiechać.

Każdy, choćby i wioskowy głupek, wychwyciłby z słów Meinholfa dobre zaznajomienie z tajnikami metalu i pancerzy. Nie było to jakimś tam mylnym wrażeniem, a odbiciem faktu. Był on bowiem płatnerzem z zawodu. Co skłoniło stirlandczyka do tułaczki? Z tego się nie zwierzył. Był twardy jak kocie łby, może nie brutalny, ale silny i mało finezyjny. Miał twarde pięści i pewną rękę, był bystry i można mu było zaufać.

- Zła. - odpowiedział Gustavowi grobowym głosem. - Ano może. Nie gorsza od ostatniej, jeśli byś mnie pytał o zdanie.

Wtedy, jakby dla kontrastu ze słowami Liessa, wypadła na nich pulchna baba, niby wystrzelona z bombardy. Nim skończyła opowiadać, bełt przybił ją niemal do szlachcica, uderzeniem gwałtownym jak letnia burza. Krew prysnęła na młodzieńca i wkoło.

Odruchowo się schylił, nauczony życiem tak bliskim żołnierskiemu. Miał dość rozsądku, by wiedzieć, że gdy prują do ciebie z kuszy, winieneś nachylić makówkę nisko, jakbyś chciał possać kutasa. Meinholf nie chciał niczego ssać, ale bełt w brzuchu by go nie ucieszył, to pewne. Szczególnie, jeśli byłby to jego brzuch.

Z zaskakująco donośnym pośród deszczu odgłosem, Liess wyrwał z drewnianej pochwy falcjon. Zgrzyt metalu poniósł do bocznym, ciemnych uliczek. Ze schyloną głową, ruszył za Wróblem.
 
__________________
Krok za krokiem wchodzisz do wody. Nogi zapadają się w cuchnące błoto. No, nareszcie możesz płynąć. W pewnej chwili słyszysz dziwne odgłosy. Jakby ktoś wrzucał deski do wody: klap, klap, klap! Przyspieszasz. Za kępą zarośli dostrzegasz zagadkowe ruchy wody. „To na pewno nic dobrego” - myślisz.
Fyrskar jest offline  
Stary 13-06-2015, 11:15   #6
 
Lakatos's Avatar
 
Reputacja: 87 Lakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znanyLakatos wkrótce będzie znany
Choć wśród swoich pobratymców Hargin mógł uchodzić za wysokiego, to idąc już obok Wróbla czuć się na pewno tak nie mógł. Sięgał głową postawnemu mężczyźnie ledwo ponad łokieć i ilekroć ten coś do niego mówił, krasnolud musiał za każdym razem nadwyrężać kark, podnosząc do góry wzrok. Podróżowali ze sobą dłuższy już czas, ale nie potrafił do tego przywyknąć. Ciągle go to denerwowało. Z resztą nie tylko to. Od kiedy opuścił Karak Norn, życie na powierzchni dawało mu nieustanie powody do niezadowolenia. Czy to popłuczyny nazywane wśród ludzi dumnie piwem, czy padający jak tej nocy deszcz, tylko go wpieniały i potęgowały tęsknotę za utraconym bezpowrotnie domem.

Zatem też ostatnimi czasy na jego twarzy uśmiech nie zwykł gościć. Zamiast tego facjatę zdobiły mu dwie paskudne blizny, będącą pamiątką jeszcze po starym życiu. Jedna z nich znaczyła mu czoło, druga natomiast nieznacznie przysłonięta nieprzystrzyżoną brodą ciągnęła się od lewego policzka, aż do niejednokrotnie już pokiereszowanego nosa. Poniżej zaś wąskie usta niemal w całości zasłaniały długie wąsy, które zwyczaj zaplatał w warkoczyki.

Dodatkowo znakiem szczególnym, który wyróżniał go z tłumu był niebieski tatuaż widniejący na ogolonej głowie. Wtajemniczeni rozpoznaliby w nim symbol gildii gońców, do której Hargin jeszcze do niedawna należał. Dla ludzi jednak, z którymi przyszło mu obecnie przystawać, tatuaż ten nic nie mówił. W przeciwieństwie do niebieskich oczu, które mogły wiele o nim powiedzieć. W wypalonym spojrzeniu brakowało iskry życia, którą można dostrzec u osób, który potrafią czerpać radość z otaczającego ich świata.

Wystarczyło zatem jedynie kilka dni wspólnej wędrówki, aby nowi towarzysze przekonali się, że przydomek Ponury jakim został niegdyś ochrzczony Hargin, pasuje do niego nad wyraz. Zdążyli również przywyknąć, że spytany o coś rzadko odpowiadał dłużej niż jednym zdawkowym zdaniem, a sam z siebie odzywał się jeszcze rzadziej. Tak jakby każde wypowiedziane słowo kosztowało go złotą monetę lub co gorsza, skracało mu żywot o jeden pełny dzień.

To też i tym razem kiedy wracali z gościny u niejakiego Freda Aleksandrowicza, Hargin szedł w milczeniu, żałując że nie zabrał ze sobą płaszcza. A tak szara lniana koszula oraz skórzana kurtka, którą miał na sobie, była niemal przemoknięte do suchej nitki. Nie wspominając już szarawarach w szaro-czarne pasy i wysłużonych skórzanych butach. Te nie dość, że przemoczone to jeszcze całe ubłocone, po tym jak zabrakło mu kroku, przez co wdepnął w kałużę.

Na szczęście do suchego pokoju w „Starej Ingrid” było już nie daleko. Liczył też, że jak w końcu uda się tam dotrzeć, to w kuchni znajdzie jeszcze trochę jedzenie zostawionego po kolacji. Bo choć potrawy jakie podała im żona barda, jak jej było? Ponury przez dłuższą chwilę próbował sobie bezskutecznie przypomnieć. Nigdy jakoś nie miał pamięci do nazwisk, zwłaszcza tych ludzkich. Co niekiedy bywało kłopotliwe. Szczególnie jak jeszcze pracował jako goniec i zdarzyło mu się zapomnieć jak nazywała się osoba, do której miał dostarczyć wiadomość. W każdym razie, zacna kobieta ugościła ich jeszcze zacniejszym jadłem. Hargin nie mógłby narzekać, gdyby nie ilości jedzenie jakie trafiło na stół. Żałował wielce, że nie starczyło dla niego pieczonego świniaka na trzecią dokładkę.

Wspomnienia gościny u barda Aleksandrowicza rozwiał krzyk kobiety, który wybiegła z jednej z kamienic. Później, jak to bywa w tego typu sytuacjach, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Błaganie o pomoc. Bełt w plecach kobiety. Jakiś mężczyzna chowający się do budynku. Szarżujący Magnar.

Harginowi z pewnością do bitki nie było prędko, ale reakcja współtowarzyszy pozbawiła go jakiegokolwiek wyboru. Na takie zresztą nie było pewnie czasu. Westchnął więc tylko widząc wyrywnych kompanów i ruszył biegiem za nimi, sięgając już po kusze. Jednocześnie też rozglądając się uważnie za kolejnymi możliwymi napastnikami.
 

Ostatnio edytowane przez Lakatos : 13-06-2015 o 11:48. Powód: Justowanie
Lakatos jest offline  
Stary 13-06-2015, 13:14   #7
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11249 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
Wróbel jako pierwszy pognał w kierunku drzwi, zasłaniając się swoją drewnianą tarczą. Za nim Magnar, Meinholf i reszta kompanii. Postura Marienburczyka robiła swoje, więc gdy wpadł w drzwi domostwa, całym sobą zasłonił wszystko, co można było dostrzec wewnątrz. A wewnątrz, kilkanaście metrów w głąb szerokiego, urządzonego z przepychem holu, przyczajony na jednej nodze czekał już napastnik z załadowaną kuszą. Gdy tylko rzezimieszek pojawił się w drzwiach, w mig zwolnił cięciwę, bełt przeciął powietrze i wbił się ze sporą siłą w tarczę Wróbla. Mężczyzna poczuł, jak jego potężne mięśnie zawibrowały pod uderzeniem pocisku i nawet cofnął się o krok. Musiał być w tym momencie rad, że chwilę wcześniej zdecydował się na taką zasłonę.

Moment później w pomieszczeniu pojawił się Magnar, za nim Meinholf, Gustav i Hargin. Morderca był już w tym czasie na nogach, z dobytym w lewej dłoni krótkim mieczem. W pełnym świetle, wreszcie mogli zobaczyć go w całej okazałości.


Śniada, nie wyrażająca żadnych głębszych uczuć twarz skryta była pod brązowym, głębokim kapturem. Korpus zabójcy chronił średni pancerz, a przy pasie zwisającym luźno na biodrze nosił kilka sakiewek. Widząc, że Magnar z okrzykiem bojowym ruszył w jego kierunku, odrzucił kuszę, sięgnął do jednego z woreczków, a moment później cisnął o podłogę niewielką, szklaną kulę. Ta rozbiła się, uwalniając biały dym, który w chwilę spowił większą część holu, dezorientując krasnoluda. Mleczny opar unosił się niemal do samego sufitu, a do kompanii szybko dotarło, że zabójca właśnie postanowił dać nogę.
 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 13-06-2015, 17:36   #8
 
Santorine's Avatar
 
Reputacja: 4082 Santorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputację
Pozwolił Magnarowi i Wróblowi pobiec pierwszymi. Sam nigdy by się na coś takiego nie zdobył, a w każdym razie nie bez sporej wielkości tarczy, którą miał Wróbel. Biegł za frontową linią, trzymając się lekko z tyłu. Spoglądał na boki, starając się dojrzeć cokolwiek. Jednak były tam tylko ulewa i mrok.
Tak jak się spodziewał, usłyszał wkrótce dźwięk bełtu wbijającego się w tarczę. Zdziwił się, że tylko jednego. Wyglądało więc na to, że być może mieli jakąś szansę. Dobył miecza, a klinga wyślizgnęła się z sykiem z pochwy.

Zabójcy nie dojrzał zbyt wyraźnie. Niewiele też było do zobaczenia w człowieku, którego jednym z celów był nieszczególny wygląd. W istocie, pod wieloma względami przypominał jego samego: jeszcze jeden płatny zabójca na usługach… No właśnie, kogo?
A potem pokój eksplodował dymem, kiedy najemnik rzucił szklaną kulę o ziemię. Mógłby przysiąc, że widział już wcześniej coś takiego. Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć, jacy najemnicy w Imperium mieli dostęp do takiego arsenału…

Ale chwilowo nie miał czasu na wspomnienia. Zasłonił usta płaszczem, nie chcąc wchodzić w gęsty dym. Nie wiedział ostatecznie, czy najemnik nie był na tyle mądry, by nasączyć swojej prowizorycznej bomby trucizną. Ostrożnie obszedł dym i pozwolił tym, którzy chcieli gonić skrytobójcę pobiec naprzód. Co do Wróbla i Magnara zaś, potrafili zadbać o siebie. Wiedział o tym z wcześniejszych podróży z nimi.

Sam wątpił, że mógł schwytać zabójcę. Ostatecznie, nie miał konia a i nie należał do tych najszybszych. Nie miał tez wątpliwości, że skrytobójca przewidział wystąpienie trudności. Wskazywała na to bomba dymna. Zapewne będzie uciekał już obraną przez siebie ścieżką. Ktokolwiek zamierzał go złapać, temu życzył szczęścia. Będzie go potrzebował.

Kiedy dym rozwiał się nieco, rozejrzał się po pomieszczeniach domu, nasłuchując odgłosów kogokolwiek, kto mógł przeżyć masakrę. Być może oni mogli powiedzieć mu co tutaj, u diabła, się dzieje.

- Dziewczyna wspominala coś o porwaniu jej ojca, prawda? - rzekł do Meinholfa. - Pójdźmy może do kwater pana tego domu. Być może tam dowiemy się czego więcej.

Idąc, zadał jeszcze pytanie:

- Widziałeś tą bombę dymną? Na bogów, któż może używać takiej szykanerii tylko po to, by włamać się do domu jakiegoś podrzędnego kupca? Po cóż, po okup? Zaiste, śmierdzi ta sprawa.

Nie zamierzał jednak chować miecza z powrotem do pochwy. Podejrzewał, że ktoś z napastników mógł tutaj jeszcze zostać. Nie, żeby skrytobójcy mieli być świetnymi wojownikami. Średnio mu podobała się jednak perspektywa zarobienia ciosu noża w facjatę, podczas gdy będzie dopiero dobywał miecza. Przeszukiwał zatem pokoje ostrożnie, nasłuchując. Prawda to, być może nie mógł złapać zabójcy, jednak mógł złapać nić, która zawiedzie ich tam, gdzie trzeba. To jest do pieniędzy za schwytanie skrytobójców. Te z kolei miały go zaprowadzić na szczęśliwy koniec jego historii, razem winem, tańcem i dupczeniem, które przecież wszystkie dobre zakończenia mieć muszą.
 
Santorine jest offline  
Stary 13-06-2015, 18:52   #9
Łajza Jedna
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 6774 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
Nim ciura zdążył wpaść do budynku, dało się usłyszeń trzask, jaki wydał bełt, wbijając się w szeroką tarczę Wróbla. Siła uderzenie rzuciła zabijaką o krok w tył, powstrzymując jego szaleńczy bieg. Zza masywnej sylwetki rzezimieszka wyłoniła się okutana w płaszcz z kapturem postać, która bez marnowania cennego czasu ujęła w rękę miecz, krótszy od tasaka Liessa, o prostym, dwusiecznym ostrzu. Blade, obumarłe oczy Meinholfa z właściwym dla mężczyzny pragmatyzmem oceniły przeciwnika, wyszkolonego i profesjonalnego... acz nie na tyle, by nie dopuścić świadków do brutalnego przedstawienia, jakie zapewne się tu odbyło. Mężczyzna z niesmakiem zlustrował śniadą twarz zabójcy. "Obcokrajowiec", pomyślał cyniczny i nietolerancyjny stirlandczyk, przeklinając w myślach porywacza i zabójcę.

- Ach, gdyby nie ten dym! - huknął ponurym głosem Meinholf, po prawdzie straciwszy zainteresowanie pogonią za tajemniczym jegomościem. Wpierw winni zbadać dom, jego zdaniem przynajmniej.

Zamaszystymi machnięciami sękatych dłoni odgonił sprzed nosa blade opary. Mgliste chmury ustąpiły sprzed twarzy stirlandczyka, ukazując mu wnętrze domu, wreszcie widoczne jak na dłoni. Krew ostygła w żyłach mężczyzny, mamiąc go - być może nieprawdziwie - bezpieczeństwem. Nie powstrzymał się od zdawkowego przekleństwa, którym podzielił się ze swym nosem.

- Wspomniała, Gustavie. - choć nie było tego widać, Meinholf miał w swych uwypuklonych żyłach kapkę błękitnej krwi. Mając jednak na uwadze pijaństwo ojca, do szlachty podchodził cynicznie, wiedząc, iż nie różnią się niczym od innych ludzi. Część nie nadaje się do rozrzucania gnoju na polu, część, jak Von Schliesserdorf, była zaś ulepiona z innej gliny. - Winniśmy zbadać ten dom, jeśli nie dla porwanego, to dla własnych korzyści. Kim by nie był napastnik, łupy z tej posiadłości mogą napełnić nasze brzuchy, jeśli zrzucimy winę na tych zamaskowanych napastników. - Liess zakończył swój cyniczny wywód i począł rozglądać się dookoła, w poszukiwaniu wskazówek co do tożsamości śniadolicego oraz cennych przedmiotów, klejnotów i grosiwa.

- Względem zaś tej bomby - rzucił przez ramię, próbując zorientować się w układzie pokoi i przeznaczeniu danych pomieszczeń. Nie chował tasaka. - to i mnie ta sprawa śmierdzi wielce. Być może ten kupiec naraził się komuś wielce?
 
__________________
Krok za krokiem wchodzisz do wody. Nogi zapadają się w cuchnące błoto. No, nareszcie możesz płynąć. W pewnej chwili słyszysz dziwne odgłosy. Jakby ktoś wrzucał deski do wody: klap, klap, klap! Przyspieszasz. Za kępą zarośli dostrzegasz zagadkowe ruchy wody. „To na pewno nic dobrego” - myślisz.

Ostatnio edytowane przez Fyrskar : 13-06-2015 o 18:56.
Fyrskar jest offline  
Stary 15-06-2015, 13:52   #10
Dnc
 
Dnc's Avatar
 
Reputacja: 687 Dnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwuDnc jest godny podziwu
Magnar gdy wpadł do środka, zbyt dużo nie widział zza potężnego mężczyzny. Myślał i mówił o nim "Duży" bo i tak nie spamiętał jego imienia miał na głowie zbyt dużo swoich cholernych myśli by zajmować się jeszcze kimś.
Nie widział nic a znany odgłos wystrzelonego bełta a także siła z jaką odepchnęło "Dużego" powiedziały mu że przeciwnik własnie wystrzelał się ze swoich pocisków. To mu się podobało nigdy nie lubił walczyć z tymi co korzystają z broni dystansowych. Uciekali ciągle i problem z nimi był. Poza tym byli upierdliwi tym swoim strzelaniem. Nie mogli stanąć jak mężczyzna i przyjąć cios na siebie? Magnar nie rozumiał takiego podejścia...

Syn Nargonda nie czekał długo i wymijając zasłaniającego się tarczą towarzysza pobiegł wprost na przeciwnika, ktory widząc go odrzucił kuszę na bok. Krasnolud jeszcze pewny, że uda mu się doprowadzić do zwarcia podniósł topór do góry by wziąc odpowiedni zamach i zadać potężny cios.

Wtem przeciwnik zniknął osłonięty pyłem i dymem. Krasnoludzki zabójca nie czekając na resztę pobiegł w głąb domu za uciekającym. Podejrzewał, że pewnie teraz będą debatować co robić dalej. Czy gonić, czy przeszukiwać dom albo czy może szukać tego starca co niby miał być porwany? Własnie nikogo takiego Magnar nie widział co sprowadzało się do tego, że albo już go porwali czyli ten, którego gonił miał kolegów albo gdzieś został w domu. Tylko, że skoro nie słyszeli jego wzywania pomocy w środku to możliwe że jest już u Morra czy tak u tego w kogo ci ludzie obecnie wierzą....

Magnar nie bał się biec w pojedynkę nawet jeśli miało by na niego czekać kilku przeciwników. Wiedział, że prawdopodobnie zaraz za nim podąży "Duży", chociaż nie rozmawiał z nim prawie w ogóle to w walce czuł z nim pewną wieź i czasami miał wrażenie że dogadują się bez słów. Możliwe, że podobnie sprawa się miała z resztą kompanii ale póki co to właśnie z tym człowiekiem najwiecej do tej pory walczył.

Ściskając mocniej swój wielki topór khalid wbiegł w mleczny pył licząc na swój instynkt i czujność by nie wpaść w jakąś pułapkę.
 
Dnc jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:15.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166