Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-12-2015, 05:06   #1
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 4864 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
[WARHAMMER] Chłopcy ze Stirlandu







Kaldezeit, 2521 roku K.I.
Wielkie Księstwo Talabeclandu
Stara Leśna Droga

Jesień była wyjątkowo mokra tego roku. Po upalny i słonecznym lecie przyszły miesiące kolorowych liści na tle nachmurzonego nieba nisko wiszącego nad Imperium. Z nabrzmiałych, ponurych chmur woda zacinała raz drobnym ciernistym deszczykiem, raz wylewała się kilkudniowymi strumieniami w akompaniamencie błyskawic, jakby Mannan roztoczył swe panowanie nad lądem uzurpując pola, łąki, lasy i miasta.



Eryk Bauer i Edmund Kanincher, choć od dawna posługiwali się innymi imionami, jechali stępa w stojącym wodą po końskie pęciny trakcie. Choć deszcz ustał zostawiając w powietrzu rześkie powietrze, to obaj jeźdźcy przemoczeni byli mimo ciężkich podróżnych płaszczy tak jak strąki grzyw i ogonów starych chabet, które zakupili u źródeł podróży z teraz, jakby się mogło wydawać, końca świata, a w rzeczywistości zaledwie dwóch prowincji przepastnego Imperium.

Zmrok już zapadł, kiedy w oddali ujrzeli migoczące światła. Przydrożny zajazd na tym odludziu zdawał się być intruzem w pradawnym lesie. Ciepłe światło przytulnych okien na piętrze drewnianego budynku zapraszało wyglądając na trakt sponad trzymetrowego, kamiennego muru okalającego karczmę niczym morskie latarnie.

Ciężkie drewniane wrota uchylił młody chłopak uważnie przyglądający się przez uchyloną, wąską podłużną, przesuwaną okiennicę na wysokości ludzkiej głowy. Wjechali na niewielki dziedziniec, gdzie przed zajazdem woźnica w fioletowej liberii czyścił z błota wielkie, okute koła karety. Obok niego, wsparty na widłach stał młody mężczyzna o barczystych ramionach i bujnej jasnej grzywie.

- Mówię ci, nie ma to jak doświadczona kobieta. One potrafią ujeździć najbardziej jurnego ogiera. - zaśmiał się. - A powiadam ci, drżała i krzyczała przy tym niczym dziewica!

Na widok przyjezdnych, obaj mężczyźni poświęcili krótkie, mało zainteresowane spojrzenia, ot kolejnym, jednym z wielu gości, jacy każdego dnia przewijali się przez leniwe progi „Ziewającego Zająca”.

Zajazd składał się z jednego drewnianego budynku, w którym mieściły się kolejno, taverna, powozownia oraz stajnie. Okna na pierwszym piętrze zdradzały pokoje gościnne. Po oddaniu koni w opiekę odźwiernemu, dwaj Chłopcy ze Stirlandu ruszyli przez błotniste podwórze do karczemnego wejścia. Zauważyli, że we wnęce obok niego, naprzeciw drzwi do „Zająca” były trzy puste cele z żelaznymi kratownicami, a dalej w rogu wychodek.

Główna sala z barem była pełna ludzi. Wielki oberżysta stał w progu do kuchni i krzyczał polecenia rękawem ocierając pot z czoła, do którego lepiły się strąki rzedniejących na stare lata włosów. Nikt nie zwracał na przybyszów uwagi, nawet właściciel zbyt zajęty był krążeniem między stołami i dolewaniem z dzbana do kielichów podawania jadła i zbierania pustych naczyń. Podróżnicy zajęli miejsca w szynkwasie naturalnie omiatając wnętrze spokojnym i znudzonym wzrokiem.

Stół obok wejścia zajmowało dwóch prostych domokrążców pogrążanych w żarliwym dyskursie o jedynie słusznym sposobie na przechowywanie tkanin i ubrań, aby chronić przed zawilgoceniem i molami.

Nieopodal ognia dwójka powsinóg, których szlaki imperium pełne były niczym pcheł na psie. Jeden wagabunda różnił się od drugiego tym, że ten pierwszy był już mocno zaprawiony mimo zaledwie rozpoczynającej się nocy, a jego kompan na nieogolonej twarzy minę miał zawziętą, aby towarzysza rychło dogonić nadrabiając solidnym łykami wlewanego w gardziel trunku.

Stół przy schodach wiodących na piętro okupował mężczyzna w skórzanym kaftanie o wielce znużonej lub znudzonej aparycji. Przy barze zaś para woźniców wiodła filozoficzną rozprawę o tym, czyż król czy ryba, są oby na karcie dań dzisiejszej kolacji.

Przy stole pod oknem od niechcenia dziobało w miskach z jadłem dwóch myśliwych. Odziani w skóry, z zarośniętymi twarzami i gęstymi strąkami włosów w nieładzie sprawiali wrażenie na wpół dzikich ludzi. Nieokrzesani leśnicy, zapewne traperzy lub drwale, popijali z glinianych kielichów obserwując bar i schody, ku którym byli zwróceni na ławie.

Na końcu szynkwasu samotnie popijał z naczynia milczący elf, przed którym stał półmisek z warzywami, ziołami i owocami. Choć charakterystyczne, lekko spiczaste uszy kryły się w gęstwie długich, prostych włosów, to jego naturę łatwo było odgadnąć po rysach twarzy, budowy ciała i odzienia.

Przy drugim stole, po drugiej stronie wesoło trzaskającego ogniem kominka miejsce zajmowały dwie kobiety. Niebrzydka szlachcianka i o dobrych dwadzieścia lat od niej młodsza służka. Dobrodziejka głos miała mocny i donośny, gdy prawiła o pogodzie, materiale na suknie, oraz bez skrępowania żywiła dezaprobatę dla mało wyszukanego jedzenia, jakim się raczyła w gościnie u „Zająca”.


Kaldezeit, 2521 roku K.I.
Wielka Baronia Hochlandu
Hergig

Bert i Jost od kilku dni już spędzali pobyt w mieście w towarzystwie Arno i jego kompana Alexa, ubogiego szlachcica z rodzinnej prowincji, z którym przyjaciel ich zapoznał. Hammerfist od przeszło już roku pomieszkiwał w stolicy Hochlandu i chwalił sobie życie pod nosem jak każdy inny gburowaty i ciężko pracujący między ludźmi krasnolud. Rynsztoki Hergigu spływały spienioną wodą jesiennych deszczy, wciąż kapiącą z nieba i stromych dachów krzywych kamienic, oczyszczając miasto z odchodów, szczyn, pomyj i odpadów.



Czwórka Stirlandczyków w dobrym nastroju kierowała swe kroki ku zapraszającej rozhuśtanym na wietrze szyldem tawerny „Pod Młodym Cycem”, usytuowanej na prominentnej pozycji przy placu w najbardziej szemranej dzielnicy miasta, gdzie co druga latarnia była podejrzanie zgaszona, a kręte, wąskie uliczki wyzierały czarnymi gardzielami gotowe połknąć zabłąkanych przechodniów. Hammerfist podsłuchał kilka dni wcześniej, że w tym przybytku przyjmowano nielegalne zakłady, od których nie odmawiał sobie również panicz Alex, choć żaden z nich nie znał natury owego hazardu.

Przysadzista, murowana, parterowa karczma o przysadzistym krytym gontem dachu, nie posiadała ani stajni, ani pokoi gościnnych, lecz słynęła z całkiem dobrego, mocnego piwa, jeśli kto lubił karmelizowane słody jęczmienne ciemnego browaru, co z kolei zasłyszał i wziął za dobra monetę nieopierający się w ostatnich latach zaglądaniu na dno kufla Herr Winkel. Schlachter zaś, jak to Jost, zazwyczaj chodził tam, gdzie jego przyjaciele, naturę chyba już mając głęboko od dziecka zakorzenionego pasterza, który trzódki świnek samopas nie puszcza, lecz im towarzyszy wszędzie.

Arno, Berta, Josta i Alexa przywitał donośny gwar już od progu. Główna sala wypełniona była po brzegi, że idąc do baru przeciskać się było trzeba między patronami. Goście jak ulał pasowali do dzielnicy. Surowe twarze twardych mężczyzn bez przesady można było nazwać zakapiorskimi. Atmosfera panująca „Pod Młodym Cycem”, z czułością zwana przez stałych bywalców po prostu „Cycem”, była podgrzana; niskie głosy podniesione, lecz raczej wesołe, rubaszne i trącające podekscytowanym entuzjazmem, aniżeli buńczuczne, czy złowrogie.

Za szynkwasem uwijał się, ledwie zauważalny znad lakierowanej lady, niski, ciut tylko wyższy od przeciętnego krasnoluda, czarnowłosy mężczyzna o drobnej budowie ciała. Twarz miał surową, lecz uśmiech nie krył się daleko, wylegając podczas rozmowy z bywalcami. Uważny obserwator mógł dostrzec brak małego palca u lewej dłoni tego, ledwie przekraczającego próg trzech dziesiątek zim, człowieka.



 

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 24-12-2015 o 17:47.
Campo Viejo jest offline  
Stary 30-12-2015, 17:08   #2
 
Baczy's Avatar
 
Reputacja: 545 Baczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnie
Franzenstein przeszłość

- Powtarzam, każdy żywy, człek czy mutant, jest na wagę złota! A dokładniej trzydzieści złotych koron za każdego żywego, którego znajdziecie! – Głos był przytłumiony, niewyraźny, Eryk jednak w przebłyskach świadomości był w stanie zrozumieć pojedyncze słowa. Problem w tym, że nie za bardzo wiedział, co się stało, gdzie jest, i dlaczego nie może się ruszyć. Pojedyncze krzyki co chwila wyrywały go z objęć Morra, bo że władca snów i śmierci skupił na nim swą uwagę było pewne – w końcu stał na krawędzi którejś z jego domen. Otępiałe zmysły dały o sobie znać dopiero, kiedy barczysty mężczyzna odrzucił z jego pleców pierzastą człekokształtną pumę i krzyknął do swoich towarzyszy:
- Mam jednego ze skazańców!
- Żyje?
– spytał ktoś, wyraźnie podekscytowany. Eryk został brutalnie przerzucony na plecy, wydając cichy, gardłowy jęk.
- Chyba tak, herr medykus sam sprawdzi – odpowiedział osiłek, ustępując miejsca nadbiegającemu.
Powieki, sklejone błotem i krwią, otworzyły się dopiero pod naporem palców felczera. Bauerowi nie pozostała żadna władza nad własnym ciałem, również otwarte oko przyniosło tylko kujący ból. Zaraz potem przez zapach krwi przebiły się słodkie nuty i całkiem stracił przytomność.



Szlaki Imperium teraźniejszość

Po trzech latach spędzonych w celi otwarte przestrzenie Starego Świata przerażają człowieka. Przez ten czas zdołasz przywyknąć do tego, że w zasięgu kilku metrów od ciebie zawsze są ściany, zawsze można skulić się w kącie, ale nigdy nie ma gdzie uciec ani się schować. Bezpieczeństwo polega tu właśnie na tym ograniczeniu przestrzeni, bo masz pewność, że jeśli siedzisz przodem do drzwi, nikt się do ciebie nie zakradnie, żadne zagrożenie cię nie zaskoczy. Ale w zamian, żadnego zagrożenia nie unikniesz.

Posiadłość barona opuścił w nocy, więc dopiero nad ranem, już na szlaku, zorientował się jak bardzo pogorszył mu się wzrok. Przez bite trzy lata wszystko co obserwował było w zasięgu kilku metrów. Jedyne odstępstwo stanowiły gwiazdy oglądane przez małe zakratowane okienko pod wysokim sufitem, jak widać były to zbyt słabe ćwiczenia dla oczu.

Z czasem jednak Eryk zaczął wracać do siebie, i nie tylko o wzroku mowa. Przez pierwszy rok starał się ćwiczyć i dużo chodzić po celi, potem jednak zwątpił w celowość owych zabiegów i poprzestał na zwykłych spacerach. Był tak młody, a już stracił nadzieję na wydostanie się stąd, na powrót do normalnego życia. Jednak gdy tylko dowiedział się o planach barona Crutzenbacha, ponownie zaczął przyzwyczajać swoje ciało do wysiłku. Lepiej karmiony przez ostatni miesiąc, zaczął wracać do dawnej formy. Teraz, co prawda nadal wychudzony ale niewiele mniej sprawny niż przed trzema laty, podróżował do Nuln, gdzie według wiedzy agentów Crutzenbacha przebywał jego pierwszy cel – Edmund. Nowicjusz Morra.

Gdy Bauer, ukrywający się pod nazwiskiem Aldric Lutzen, stanął przed bramą zakonu Morrytów, nie był wcale pewien, czy Edmund będzie skory porzucać obecne zajęcie w pogoni za dawną tożsamością. Z rodziną mu się nie układało, z tego co Bauer pamiętał, a jako Detlef bez przeszkód wstąpił do zakonu Morrytów, co nie jest dla niego schronieniem przed władzami, ale szczerym powołaniem. Więc czemu niby miałby chcieć odzyskać nazwisko? Nic go z nim nie wiąże, to Detlef jest tym, kim powinien zostać Edmund.

Nie był jeszcze psychicznie przygotowany na spotkanie z dawnym przyjacielem, jednak bogowie zadecydowali za niego. W pewnym momencie brama po prostu się otworzyła, wypuszczając na zewnątrz właśnie Detlefa. Bauer poznał go od razu, nie zmienił się tak bardzo jak powinien dla zachowania bezpieczeństwa. Teraz już nie można było odwlec tej rozmowy, więc Bauer po prostu zaczął mówić.

Okazało się, że, tak jak podejrzewał, trzy lata temu kompani uznali go za martwego, ponoć nawet wyprawili mu pochówek. Teraz pewnie Morryta zdawał sobie sprawę, jak bardzo bez znaczenia to było - bez ciała i odpowiednich obrządków był to tylko symboliczny gest, mający ukoić ich sumienia. Bądź co bądź, uciekli zostawiając go za sobą. Bauer nie miał im tego za złe, w końcu nie chciał uciekać. Bardzo dobrze pamiętał tamten dzień, a przynajmniej tak mu się zdawało, i był wtedy gotów na śmierć. Ba, oczekiwał jej. Myślał, że to może być wystarczająca pokuta za grzechy zaniedbania których się dopuścił, dopiero po kilku miesiącach w celu zrozumiał, że to byłoby zbyt proste. Śmierć oczyszczająca z wszystkich grzechów? Gdzie mam podpisać? Wiedział, że musi wycierpieć, a do tego musiał żyć. A więc żył, i cierpiał, licząc w mądrość i miłosierdzie swego boga.

Podczas rozmowy okazało się też, że Detlef nie odciął się od tego kim był, i zgodził się pomóc w realizacji planu. Bauerowi kamień spadł z serca, Edmund był jedynym, któremu mógł zaufać. Nie spodziewał się co prawda mutantów na swojej drodze, ich zadanie miało zupełnie inny charakter, ale dobrze mieć obok siebie kogoś, z kim się dobrze rozumiesz.

Wyruszyli kolejnego dnia, kiedy nowicjusz Morra wypełnił resztę swoich obowiązków i opuścił zakon na rok próby. Rok Bauera już dawno minął, mógł on wrócić i w modłach do Sigmara prosić o wskazówki na dalszą drogę. Mógłby, gdyby nie był ścigany przez kult tego właśnie boga. Ale gdy wypełnią polecenia Crutzenbacha, kiedy wróci do świątyni z dowodami niewinności… Ludzie mu wybaczą, ale czy Sigmar również?

Dzięki znajomościom Ludena, zdobyli w Nuln tanio dwa osiodłane konie. Przed nimi długa droga, pieszo trwałoby to miesiące, a i niebezpieczeństwo na szlaku byłoby większe.


„Ziewający Zając” był kolejnym zajazdem na ich drodze do Hergig, i niczym specjalnym się nie wyróżniał.
Detlef i Aldric spokojnie czekali, aż gospodarz “Zająca” znajdzie chwilę wolnego czasu i zainteresuję się srebrnym szylingiem krążącym w dłoni Morryckiego nowicjusza.
- Posiłek i nocleg dla dwójki strudzonych wędrowców, jeżeli znajdzie się taka możliwość - nowicjusz uśmiechnął się do oberżysty.
- Tak, tak - walnął rękę do kieszeni fartucha. - Są miejsca we wspólnej izbie, oraz ostatni pokój numer cztery, nie, przepraszam, numer trzy - położył na blacie klucz z numerkiem dwa. - Ma dwa łóżka. Pięć szylingów od nocy, z wyżywieniem.
Cofnął się o krok, nogą uchylił drzwi do kuchni.
- Królik czy sarna dzisiaj? - krzyknął w głąb.
- Ryba! - odpowiedział męski głos powtarzającym się tonem.
- A mógłbym prosić o pokój numer trzy? - Morryta podniósł klucz i wskazał na cyfrę widniejącą na drewnianej plakietce. - Nie chciałbym jakiejkolwiek damy urazić i przypadkiem podejrzeć jej bez ubrania - Detlef zażartował nieznacznie.
- Oh, dwa. Numer dwa jest przecież dostępny. - Otarł pot z czoła wierzchem dłoni i sapnął.
- Przed nami jeszcze lekko tydzień drogi, może nawet dwa - Aldric zwrócił się dyskretnie do Morryty. - Może lepiej nie szastać walutą i przespać się we wspólnej izbie?
- Przez sześć ostatnich dni codziennie padało. Podarujmy sobie nieco luksusu, jako czeka na nas kilka kolejnych dni tej piekielnej pogody
- Detlef wziął klucz i położył pięć srebrników na szynkwasie. - Poza tym nie wiem czy pamiętasz, ale nie mieliśmy za wiele szczęścia do wspólnej sali w Weissdrachen - Morryta ściszył głos wypowiadając ostatnie zdanie, aby umknęło w karczemnym gwarze.
- Ale teraz Morr jest po naszej stronie - Aldric uśmiechnął się nerwowo. - Może i racja, bezpieczniej...
- Karczmarzu, dwa dania prosimy. Głód doskwiera niczym pijawka w pantalonach
- Detlef zaśmiał się zmieniając powstały nastrój.

Roztargniony karczmarz uraczył ich zmęczonym uśmiechem, po czym zgarnął należność, zostawiając im klucz do pokoju. Nie trwało długo, kiedy przyniósł im tez kolację, rzeczoną już rybę. Pieczony nad ogniem okoń, jeśli Eryk się nie mylił, ziemniaki i kapusta. Tylko jedna sytuacja przeszkodziła im w delektowaniu się daniem. Otóż karczmarz odważył się podejść do stolika szlachcianki i zadać jej jakieś pytanie. Oburzyło ją to niezmiernie.

- Nie jestem! Proszę odejść od stolika i nie przeszkadzać mi nagabując o takich bzdurach! - mówiła ostro władczym tonem.
Mężczyzna zaczerwienił się, westchnął, bąknął “przepraszam” i ukłoniwszy się niezgrabnie wrócił do pracy.

Cóż też mógł owej kobiecinie nagadać? Widząc niemrawą minę karczmarza i rumieńce na policzkach, aż głupio było pytać… Czy to przez nią właśnie chodził taki rozkojarzony? Zakochał się, czy co? Nie było sensu się wtrącać, cel Eryka był prosty – Hergig i przebywający tam, podobno, dawni towarzysze. Nie mógł rozpraszać się tym, co działo się dookoła. To była jego jedyna szansa na odkupienie, nie mógł jej zmarnować.
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.
Baczy jest offline  
Stary 31-12-2015, 21:38   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 23575 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Paniczna ucieczka.
Inaczej nie można było nazwać odwrotu z pola bitwy z mutantami. Dziw, że im się udało. Nie wszystkim co prawda...
Na szczęście dla uciekających mutanty miały dosyć roboty we Franzenstein i nie włóczyły się po okolicy. Gdyby nie to... Strach pomyśleć, co by się stało, a domyślać się nawet nie trzeba było. Wystarczyło rozejrzeć się dokoła.
Bogom niech będą dzięki, że istniało sekretne wyjście, prowadzące poza mury miasteczka.

* * *

Zabrane ze skrzyni ubranie wystarczyło, by Jost przestał przypominać wędrownego klauna... a upodobnił się do żebraka, który swoje odzienie wykopał z dna śmietnika. Co prawda żebraka uzbrojonego w miecz, ale zawsze.
Ale Jost przebrał się dopiero wówczas, gdy Franzenstein został parę mil za nimi.
Różowa liberia została ukryta w pierwszej z brzegu znalezionej króliczej norze.

Kwota uzyskana za sprzedaż zabranego z tej samej skrzyni wystarczyła, by Jost z żebraka przekształcił się zwykłego wędrowca.
Ale wtedy miał już na imię Kaspar.

A potem była już tylko ucieczka. Nie przed mutantami.
Przed własnym obliczem, widniejącym na liście gończym.
Co z tego, że kwota na nim nie była zbyt wysoka? I dla niższych kwot tracono głowy.

* * *

Przez dwa niemal lata wędrowali w trójkę, ale gdy Arno (a raczej Grimm) zahaczył się na dłużej w Hergig, Kaspar ruszył w dalszą drogę.
Chyba we krwi miał wędrówkę, a wielki świat, z którego poznał tylko mały kawałek.
A przecież tyle tego było do oglądania - Kislew, Bretonia, Tilea czy choćby Marienburg. Albo księstwa bezprawia,
zwane Granicznymi.
To stamtąd przywiózł nie tylko wierzchowca, ale i paskudną bliznę, tudzież garść opowieści.

* * *

Na wyprawę do "Cyca" aż tak wielkiej ochoty nie miał. Zakłady, żeby robić, trzeba było mieć co postawić. A w dużym mieście pieniądz jak woda szedł, zaś Kaspar, co ledwo dawnych kompanów spotkał, nie chciał od razu w dalszą drogę ruszać, na zarobek.
Ale skoro wszyscy szli, więc i Kaspar poszedł, choć wraz z nimi poszedł nowy znajomek Grimma.
Z drugiej strony... chociaż za szlachtą Kaspar nie przepadał, ale tego dało się znieść.
 
Kerm jest offline  
Stary 01-01-2016, 19:42   #4
 
Evil_Maniak's Avatar
 
Reputacja: 729 Evil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwuEvil_Maniak jest godny podziwu


Jahrdrung, 2519 roku K.I.
Prowincja Wissenland
Nuln, świątynia Morra

Pośród ksiąg biblioteki świątyni Morra siedziało wielu nowicjuszy, każdy zdawał się wyglądać tak samo przykryty czarną szatą i ślęczący nad książką. Jednakże jeden ze stołów przykuwał uwagę. Obok wielkiego opusu stał talerz wypełniony kiełbasami i chlebem. Nowicjusz w jednej ręce trzymał kawałek mięsa, w drugiej gęsie pióro, a szczęka miarowo poruszała się to w górę, to w dół. Księga nad którą się pocił to powszechnie (jednak jedynie wśród uczonych tego świata) znany „De Re Munde” filozofa Neustadta. Twierdził on, że wszystkie stworzenia posiadają dusze. Że nawet mutanci tego świata są czułymi stworzeniami zdolnymi do miłości i warte by żyć.

- Heretyckie gadanie – skwitował cicho nowicjusz.

Najpewniej ten sławetny gryzipiórek nigdy nie spotkał mutanta, pomyślał zapisując krótką notatkę na brązowym pergaminie. Chłopak przypomniał sobie miasto Franzenstein. Miejsce, gdzie festiwal kiełbasy przerodził się w niekontrolowaną rzeź. Rzeź w której dzielnie uczestniczył do momentu, gdy plugastwa było zbyt wiele, aby pokonać je w walce. Ocalali mogli jedynie uciekać poza palisadę otaczającą pole bitwy. Nadal często myślał o tym całym zajściu i zastanawiał się w jak wielkim stopniu przyczynił się do tej porażki Imperium na rzecz Chaosu. Dźwięki i obrazy nadal nawiedzały jego sny, właściwie koszmary. Jego duch załamał się po naporem tak ciężkiego przewinienia. Jedynym światłem nadziei był Morr.

Pamiętał jak dziś, kiedy to prawie trzy lata temu przekroczył próg świątyni. Drzwi bramy stały jak zwykle otworem oczekując na umęczone dusze chcące przekroczył kamienne nadproże. Chłopak opatulony w łachmany odnalazł gabinet najwyższego kapłana i z łzami w oczach prosił o posługę ku czci boga śmierci i snów. Czuł, iż skoro przysłał go tutaj sam Morr musi być z jego wysłannikiem szczery. Ojciec wysłuchał jego opowieści z wszystkimi jej zawiłościami, a następnie zadumał się na kilka chwil bez słowa. Po czymś co zdawałoby się wiecznością powiedział:

- Tak, wszyscy wy wybrani jesteście. Czy do kapłaństwa to się okaże. A teraz idź się obmyj i spal te szmaty, bo capisz gorzej od zmarłych.

Po chwili dodał:

- Nipson anomemata me monan opsin.

Wiele chwil upłynęło zanim zrozumiał znaczenie tych słów.



Breuzeit, 2521 roku K.I.
Prowincja Wissenland
Nuln, świątynia Morra

Cytat:
Kroczyłem poprzez pola kukurydzy, piękne złote kolby piętrzyły się nad moją osobą, górowały niczym zielone wieże jakieś tajemnej twierdzy. Niebieskie niebo nieskażone nawet pojedynczą chmurą i okrągła tarcza słoneczna wskazywała południe. Nagle przelatuje kruk, a swoim ogromnymi skrzydłami zakrywa nieboskłon. Pole zaczyna płonąć, a ja spostrzegam zapłakaną matkę. Kiedy podchodzę jej głowa jak zwykle przekręca się nienaturalnie i krzyczy, pierwszy raz jednak słyszę jej słowa „Czemu mnie nie zabiłeś?!”. Matula wyrzuca ramiona do góry i zaczyna mutować, tak jak bywalcy festiwalu we Franzenstein. Mutant rzuca się na mnie ściskając za gardło, jak zwykle sen kończy się kruczym krakaniem.
Edmund oddzielił kolejny wpis do swojego notatnika grubą kreską. Zgodnie z poleceniem najwyższego kapłana prowadzi swój własny dziennik snów, jak każdy z nowicjuszy Morra. Poranna mgła zaczęła powoli opadać na piaszczyste drogi Nuln. Edmund Kanincher, a od niedawna, Detlef Luden przemył twarz wodą z misy, a następnie narzucił czarne szaty na zmęczone ciało. Brzuch wydawał się żyć własnym życiem i właśnie burczał w niezadowoleniu, jednak dzisiaj miał się z samego rana stawić przed świątobliwym obliczem ojca Caspara. Jak zwykle można go było znaleźć w Ogrodzie, gdzie doglądał czarnych róż. Nowicjusz przyglądał się pracy i czekał, aż on sam zacznie rozmowę. Doświadczenie nauczyło go boleśnie, aby czekać.

- Nowicjuszu, wiesz po co cię wezwałem?

Chłopak zastanawiał się nad powodem kilka ostatnich dni i do głowy przyszła mu jedynie jedna odpowiedź.

- Nadszedł mój czas. Wysyłasz mnie, abym posłużył społeczeństwu.

- Jesteś tutaj już wystarczająco długo. Wróć wieczorem.


Obydwoje wiedzieli, że to koniec rozmowy. Detlef wrócił do swojego pokoju i usiadł na łóżku. Głód mu doskwierał, ale jeszcze bardziej mu przeszkadzał fakt, że niedługo będzie musiał opuścić mury świątyni. Chłopak rozejrzał się po pomieszczeniu licząc wszystko co należy do niego. Nie było tego zbyt wiele. Wyciągnął sakiewkę z poszewki od poduszki i ruszył na drobne zakupy.


- Witaj, Edmundzie - odezwał się Eryk, stojąc kilka metrów przed Morrytą. - Cieszę się, że nie zignorowałeś wołania swego boga, naprawdę.

- Eryk? - nowicjusz otworzył szeroko oczy na widok wychudzonego przyjaciela. - Ty żyjesz? Myśleliśmy… nawet odbył się mały pogrzeb… Co się stało? Co tutaj robisz?

- Pogrzeb? Miło, że zadaliście sobie trud… - uśmiechnął się słabo, podchodząc do Edmunda i podając mu dłoń. Ten zaś nie tylko odwzajemnił uścisk dłoni, ale też otoczył ramieniem i serdecznie uściskał. - Ale chyba nie tak łatwo mnie zabić, widać bogowie mają wobec mnie inne plany. Straciłem przytomność, prawda, ale gdy ją odzyskałem, walczyłem dalej. Ubiłem jeszcze z tuzin mutantów, jak nie więcej, nim do wioski przybyła odsiecz, że tak ich nazwę - wyjaśnił.- Wiedzieli kim byłem, a i ja nie opierałem się przy aresztowaniu. To byli ludzie hrabiego Crutzenbacha. Nie wiem, czy znasz to nazwisko, ale rok czy dwa zanim do nas dołączyłeś, mieliśmy styczność z przedstawicielami owego rodu… Ale to nie istotne, pojawił się tam przez wzgląd na Heintza, nie na nas. Ostatnie trzy lata spędziłem w jego lochach. I tak przechodzimy do odpowiedzi na pytanie, co tutaj robię - Bauer zamyślił się, spojrzał na horyzont. - Chciałbyś odzyskać dawne nazwisko, swobodę wolnego obywatela? Widzę, że nasza sytuacja nie przeszkodziła ci w osiągnięciu celu, ale ja zamierzam oczyścić się z tych haniebnych oskarżeń, które zhańbiły moje nazwisko. Jeśli chcesz być Edmundem, nie Detlefem, będę mówił dalej. W innym wypadku, ruszam w dalszą drogę.

- Skąd znasz imię jakim się posługuje? - uśmiech zniknął z twarzy Morryty.

- Podczas tych trzech lat baron nie tylko mnie przesłuchiwał, ale zbadał sprawę grupowej mutacji na tyle dokładnie, że jest pewien, iż to nie nasza sprawka. Ponoć to zemsta kogoś innego, za zbrodnie kiełbasiarza, o których doskonale wiemy. Więcej, ma na to dowody. Może oczyścić nas z wszelkich oskarżeń. Nas, bo o całej naszej grupie wiedział. I nadal wie, jego informatorzy byli w stanie znaleźć wszystkich, poza Yorrim, mimo zmienionych imion i wyglądu. Ale oczywiście wymaga za to przysługi, choć przyznam, że brzmi to nazbyt łatwo – Przez gęstą brodę przebił się szelmowski uśmieszek Eryka. – Mamy udać się do pewnego hrabiego i podać się za jego potomków. Dużo jebał na boku, w Strilandzie głównie, i napłodził masę bękartów, ale prawowitego dziedzica nie ma. Crutzenbach przekupił jego ludzi i teraz to my będziemy jego jedynymi bękartami. To będzie zemsta Crutzenbacha, ród jego wroga zginie razem z nim, a farbowany szlachetka… Cóż, będzie żył, jak mu się podoba. Nowe życie dla jednego, stare dla reszty. To jak, pragniesz swego prawdziwego nazwiska? – zamilkł, czekając na reakcję Kaninchera.

- Morr nie dba o nazwiska, a mój prowadzący dokładnie wie kim jest Edmund Kanincher i czego dokonał - chłopak przerwał na chwilę spoglądając na świątynię. - Ale tak. Chciałbym przestać ukrywać swoje dawne oblicze i odetchnąć z ulgą. Dość już mam tej nieustannej nagonki. Każde spojrzenie nieznajomego oblewa mnie zimnym potem. Tak, będę ci towarzyszył. Ale zanim wyruszymy muszę załatwić kilka spraw, a ty w między czasie wytłumacz mi dokładnie co musimy zrobić, bo dotychczas twoja opowieść jest równie tajemnicza, co nieprawdopodobna.

- Prowadź więc, mamy czas - zgodził się Eryk.

Ruszyli w kierunku biedniejszej części miasta, co w wypadku Nuln było prawdziwym ekstremum. Bieda była wręcz namacalna, a szczególnie wyczuwalna nozdrzami.


- Ów zajadły wróg Crutzenbacha jest bliski śmierci, i aby majątek, jak i ród cały, nie wygasł razem z nim wysłał w świat detektywów, aby znaleźli bękartów, których spłodził podczas licznych schadzek z wieśniaczkami. Dał owym psom śledczym pierścienie, które mają odnalezionym dzieciom podarować, i które to dadzą im wstęp do rezydencji hrabiego. Czy zaufa wynajętym specjalistom i zapisze w testamencie wszystkich, którzy przybędą, czy też wymyśli jakieś próby samemu, aby najbardziej godnego z potomków wybrać, tego nikt nie wie. Ba, może nawet on sam…

Zatrzymali się na małym cmentarzu pośród piętrowych budynków. Na pierwszy rzut oka wydawał się opuszczony, jednak po dłuższej chwili można zaobserwować duży ruch, albo coś pośredniego pomiędzy ruchem, a martwotą. Tutaj chowano najbiedniejszych i tych najbardziej zapomnianych. Edmund podchodził do otwartych grobów, gdzie bezimienne zwłoki piętrowały się ku niebu i klękał przed nimi odprawiając modły do Morra. Po kilkunastu minutach kontynuowali spacer.

- W każdym razie - Eryk kontynuował poprzednią myśl - Crutzenbach sprawił, że to my - ja, ty, Bert i Jost - będziemy jedynymi potomkami, jacy się do niego zgłoszą. Jak tylko przekona się choćby do jednego z nas, i sporządzi odpowiedni testament, Crutzenbach poświadczy za nami i przedstawi władzom Imperium i Kultu Sigmara dowody na naszą niewinność jeśli chodzi o finał festiwalu, oraz na słuszność tego, cośmy Heintzowi zrobili.

Kolejny przystanek ich wspólnej podróży po Nuln zdarzył się jakby przypadkiem. Właściciel wózka do wywożenia ekskrementów radośnie przywitał nowicjusza Morra. Wymienili kilka zdań, Edmund podzielił się z mężczyzną zawartością swojej sakiewki i wrócił do Eryka, który trzymał się od wózka na bezpieczną odległość.

- Widzisz, niby powiedziałem, że mamy czas, jednak jeśli hrabia umrze zanim wyznaczy potomka… - Bauer zawiesił głos. - Głupiec ze mnie, że nie spytałem o taką ewentualność, ale obawiam się, że bez świadomości upokorzenia wroga, Crutzenbach może nie być skory nam pomóc.

- Rozumiem, jeszcze tylko dwie rzeczy i będę wolny, przynajmniej do wieczora. Załatwiłem nam nocleg i kąpiel u Frau Zorin, niechaj Morr prowadzi jej duszę - Edmund wskazał budynek palcem. - Chwila relaksu dobrze nam zrobi przed podróżą. Zapłaciłem też za obiad dla ciebie drogi przyjacielu, także idź tam czym prędzej, ponieważ obiady w tej części miasta są wyjątkowym luksusem. Powołaj się na moje nowe nazwisko, a pewniakiem cię ugoszczą. Niedługo do ciebię dołączę, także zostaw mi resztę opowieści do popołudniowego piwa.

- Dziękuję, druhu. Skłamałbym, gdybym rzekł iż ciepła strawa jest dla mnie codziennością. A kąpiel? Już nie pamiętam... - przerwał zawstydzony Eryk. Morryta się uśmiechnął, uściskał dłoń Eryka i odszedł w tłum w sobie tylko znanym kierunku, pozostawiając Bauera samego sobie.



Kaldezeit, 2521 roku K.I.
Wielkie Księstwo Talabeclandu
Karczma „Ziewający Zając”

Wnętrze karczmy przypominało jakąkolwiek inną przydrożną karczmę w całym imperium. Zdaje się jakby każdy trafiał do tego samego miejsca, jedynie bywalcy się zmieniali, a karczmarz chudł, bądź też tył zależnie od pory roku. Niczym kot. Albo kobieta.

Detlef ochoczo pałaszował ciepłą rybę. Wprawdzie jakość podanego posiłku pozostawiała dużo do życzenia to Morryta szuflował danie, aż kropelki potu zrosiły mu czoło. Poprosił o repetę, a następnie z ukosa patrzył czy Aldric aby dokończy swoja porcję. W przerwach, które niestety musiał poświęcać na przeżuwanie rozglądał się po wnętrzu przybytku. Przybysze zdawali się być najznamienitszą mieszanką różnych postaci jakie można spotkać na szlaku, jednak nowicjusz najbardziej zainteresował się elfem, który siedział samotnie oparty o drewniany blat kontuaru. Chłopak rzadko widywał członków tej niegdyś wspaniałej rasy, a tym bardziej w takim miejscu jak to. Arystokratyczne elfy przemierzające ulice Starego Miasta w Nuln to inna śpiewka. Wysoko zadarte nosy i bogate ubrania odznaczały się niczym zapalona zapałka pośród nocy. Ten tutaj, samotny i milczący zdawał się być zagubiony, albo nawet gorzej, czekający na kogoś lub coś złowrogiego. Morryta nigdy nie ufał długouchym. Spojrzał na niego z ukosa i wrócił do posiłku. Miał nadzieję, że dzisiejsza noc będzie spokojna. A przynajmniej wygodniejsza niż spanie na twardym posłaniu po sosnami.
 
Evil_Maniak jest offline  
Stary 01-01-2016, 22:22   #5
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 8904 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Chciał zabić mordercę.

Edmund Kanincher zasłużył na paskudną śmierć i zgnicie w lesie bez pochówku. Zasłużył na to, by rozszarpały go dzikie zwierzęta, a jego dusza nigdy nie uleciała do Ogrodów Morra i Arno chciał mu to zapewnić.

Morderca. Zdrajca. Oszust. Fanatyk.

Khazada nie interesowało już czy jego przeciwnik jest uzbrojony. Po prostu zabiłby godnie rozpoczynając banickie życie. Ale nie szybko, bo zdrajca nie zasługuje za szybką śmierć.

Edmund Kanincher był winny wielokrotnej zdrady swych towarzyszy, śmierci całego Franzenstein oraz śmierci ich przyjaciela, Eryka Bauera. Byłby też winny śmierci wszystkich z nich, gdyby nie to, że z pomocą przybył sam Morr, który wcześniej ostrzegał ich przed tym, co miało się zdarzyć. Był winny tego, że Yorri stał się mutantem.

To sprawiło, że Arno odsunął ich przyjaźń w przeszłość, która nigdy nie powróci. Po pewnym czasie zaczął nawet zastanawiać się czy kiedykolwiek istniała. Czy parszywiec nie oszukiwał ich od samego początku.

Arno nie miał jednak czasu na wymierzanie sprawiedliwości. Przede wszystkim on, Jost i Bert musieli ujść pogoni i przeżyć. Nie wiedział co będzie dalej. Wiedział jedynie co należało robić teraz.
Wyprawili szybki, prowizoryczny pogrzeb Erykowi Bauerowi z nadzieją na to, że Morr nie będzie na tyle okrutny, by nie przyjąć duszy ich przyjaciela bez obrządków, a potem rozdzielili się.
Bert, Jost i Arno poszli w swoją stronę zostawiając Edmunda, jak miał nadzieję Hammerfist, na śmierć.

- Życzę ci, zbrodniarzu oparszywiony, abyś zdechł, ku sprawiedliwości chwale, abyś spokoju z dnia powodu tego nie zaznał nigdy. Życzę ci, żeby duch brudny twój nigdy obejrzeć Ogrodów Morra zaszczytu nie dostąpił i żebyś mutantem paskudnym się stał. A wbrew życzeniom mym jeśli stanie się, tobie i sobie życzę, abyśmy nie spotkali nigdy już się. Obyś przeklęty był na wieki, kurwi synu, jako i ja przeklinam ciebie. Obyś przyjaciela nigdy nie znalazł, a jedynie w plecach nóż, jako i nam wbiłeś go i jako we mnie nigdy nie znajdziesz go, co, na honor mój, przysięgam ci - pożegnał się z Edmundem i nie oglądając się ruszył z pozostałymi przy życiu przyjaciółmi.

W ujściu pogoni zapewne pomogło im to, iż poszukiwano dwóch krasnoludów i troje ludzi. Taka właśnie ich ilość weszła do lasu, zaś wyszło dwóch ludzi i jeden krasnolud. Moritz Wagner, Kaspar Heiner i Grimm.

Droga prowadziła ich przed siebie, byle dalej od Franzenstein. Prawie wszystkie pieniądze, jakie udało mu się zarobić przeznaczał na alkohol i grę w kości oraz karty.
Musiał wypić za duszę zmarłego przyjaciela. Zupełnie jakby ilością wlanych w siebie trunków chciał zaskarbić przychylność Morra do Eryka.

Niemniej możliwości gry oraz picia były ograniczone przez ograniczone możliwości finansowe. Czasem musiał ich sobie całkowicie odmówić, by spłacić zaciągnięte długi.
Hammerfist nigdy tego nie powiedział, ani nie pokazywał, ale śmierć przyjaciela była dla niego bardzo ciężkim przeżyciem. Zbyt ciężkim, żeby dzielić się tym z kimkolwiek. Nawet z przyjaciółmi.

Ostatecznie trafili go Hochlandu, do Hergig, gdzie odłączył się. Pozostał na miejscu początkowo z myślą o zaszyciu się w jakimś miejscu. Mógł dzielić przestrzeń z ciemnymi typami. Nieszczególnie zależało mu na towarzystwie. Jego krótkie niegdyś włosy były wtedy długie i splątane. Podobnie broda. Ubranie również nie było pierwszej świeżości.

Szybko jednak dostrzegł warsztat tatuażysty, na którego nie miał pieniędzy. Wiedział jaki wzór chciałby utrwalić widział go oczami wyobraźni. Wtedy skierował się wprost do korzeni. Do zakładu kowalskiego, gdzie początkowo kowal nie chciał go przyjąć, zaś Grimm nie miał zamiaru się prosić o nic.
Niemniej zyskał w tamtej chwili cel. Złapał swój los ponownie nie zamierzając puścić.

Nim kowal wszedł do domu Arno zaczął opowiadać, prezentując kowalskie sztuczki młotkiem na gwoździe z Franzenstein, o kowalstwie. Chciał w ten sposób udowodnić, iż to właśnie jego zawód.
Zwalisty chłop imieniem Jorgen przyjął Hammerfista początkowo do prostowania gwoździ. A później się zobaczy.

Gdy tylko krasnolud przekroczył próg pomieszczenia z piecem hutniczym wiedział, że nie zakończy się na tatuażu. Musi wrócić do roboty. Zbyt wiele czasu stracił.
Praca ze znajomym ciężarem w dłoni przy kowadle zawsze go uspokajała i dawała mnóstwo radości. Cieszył się swym zawodem na tyle, iż kilkukrotnie myślał o rzuceniu najemniczego życia na korzyść pracy w kuźni. Wtedy zrozumiał, że kiedyś dokona takiego właśnie wyboru, ale jeszcze nie teraz.

Już pierwszego dnia wyprostował wszystkie gwoździe w zakładzie. Na węgle rzucał metal całymi garściami, choć początkowo musiał sobie przypomnieć jak to się robiło. Ręce odwykły, ale szybko przekonał się, iż tego się nie zapomina. Początkowo potrzebował trzech uderzeń, by wrócić metalowi użyteczność, a potem już tylko jednego.

Prócz skromnego posiłku, pierwsze zarobione pieniądze wydał na balwierza. Musiał się ostrzyc.

Następnego dnia miał ostrzyć broń, z czym również poradził sobie zbyt szybko. Nieskomplikowane zajęcia pochłaniały mało czasu. Wtedy zdecydował się przetopić młotek towarzyszący mu od czasu ucieczki przed mutantami. Z plastycznego metalu zrobił prosty szpic osadzony w drewnianej rękojeści. Tą z kolei dopasował do własnego chwytu.
To był ostatni dzień spędzony na prostych pracach w kuźni.

Wkrótce zrobił sobie wymarzony tatuaż. Kruk spoglądający paciorkowatymi oczami z ramienia jako hołd dla Morra oraz przypomnienie o tym, co się wydarzyło.

Późną jesienią, zimą oraz wczesną wiosną było niewiele pracy. Pełnił wtedy funkcję zarówno metalurga jak i stolarza. Przypomniał sobie także o swoim dawnym hobby - rzeźbieniu w drewnie. Tym razem swe figurki wzbogacał o metalowe dekoracje i, o dziwo, było kilka osób zainteresowanych jego wyrobami.

Arno Hammerfist zmienił się już drugi raz. Pierwszy na potrzeby ucieczki przed dawną tożsamością, zaś obecnie przeistoczył się w poważanego w pewnych kręgach, specjalistę zarabiającego na tyle dużo, by móc mieszkać godnie, przyzwoicie jeść, kupić nowy ekwipunek i od czasu do czasu zagrać w karczmie w kości.

Włosy czarne od momentu zmiany tożsamości ponownie były krótkie, zaś broda, również czerniona, ozdobiona została dwoma warkoczykami po bokach.
Kupił nowa zbroję, nową broń i ubranie. Wtedy ponownie wrócił do najemniczego fachu.

Pewnego wieczora w karczmie Grimm o mało nie uczestniczył w bijatyce z innymi graczami przy stoliku. Nie do końca trzeźwi zamierzali walczyć każdy przeciw każdemu, co ostatecznie nie doszło do skutku. Uchronił ich przed tym mężczyzna, który przedstawił się Arno imieniem Alex. Kiedy jednak khazad dowiedział się, iż jest to szlachcic, to szybko ulotnił się od stolika nowego znajomego.

Nie lubił szlachty już od czasu Dutchfeltów i Crutzenbachów.

Nie wiedział wtedy, iż to nie było ostatnie spotkanie z Alexem Ohlendorfem. Ów osobnika spotkał ponownie przy okazji przyjmowania zlecenia na lokalnych bandytów. Alex ubiegł Grimma, lecz zamiast rywalizować połączyli siły.
Podczas tego samego zadania khazad zyskał nową ranę na policzku. Początkowo rana nie łączyła się ze starą, nielubianą blizną. Jeszcze tego samego dnia Arno zmienił to własnoręcznie.


Grimm powitał starych przyjaciół zmieniony niemal nie do poznania względem stanu, w jakim się z nimi rozstawał.

Pełna zbroja kolcza ozdobiona była skórzanymi elementami, pas z khazadzkim młotem jednoręcznym oraz dwuręcznym. Skórzany pas przecinający klatkę piersiową na ciemnym, płaszczu podtrzymywał tarczę usytuowaną na plecach.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 02-01-2016, 15:33   #6
 
Lechu's Avatar
 
Reputacja: 1970 Lechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputację
Post Zaczynamy kolejną część przygód Stirlandczyków!

Bert Winkel pochodzący z Biberhof został gdzieś w lesie nieopodal Franzenstein, które wraz z gawędziarzem nie zniosło próby kolejnego Festiwalu Kiełbasy. Z zielonej kniei wyszedł bezimienny człowiek, który po kilkudniowej przemianie stał się Moritzem Wagnerem pochodzącym z Marburga - mieściny położonej całkiem niedaleko od Biberhof, w której to Winkel bywał na tyle często aby znać ją i niejedną jej mieszkankę dosłownie na wylot... Wcześniej ubrany na podróżną modłę chłopak zmienił się w bardziej eleganckiego przyodziewając wykwintne skórzane buty, ładnie skrojone spodnie, kosztowną jedwabną koszulę oraz skórzaną kurtkę z kołnierzem. Całości dopełniały dodatki takie jak skórzana torba na ramię oraz kosztowny pas ze zdobioną klamrą. Fryzura chłopaka zmieniła się dopiero po pewnym czasie jednakże sam mężczyzna przyłożyć się do dopełnienia swojego kamuflażu.

W trakcie swych podróży z Grimmem oraz Kasparem podróżnik zainteresował się nauką u jednego kaligrafa. Nauka u rzemieślnika, którego Wagner wolał nazywać artystą, była całkiem przyjemnym - i najdłuższym - przystankiem w podróżach jego i drużynowego zwiadowcy. W trakcie licznych przepraw Moritz nauczył się powozić różnego rodzaju furmankami, wozami, powozami, a raz nawet jechał rydwanem. Okoliczności tamtej przygody były jednak tematem na długą i ciekawą opowieść, którą warto byłoby kiedyś pięknie spisać na bogato zdobionym pergaminie.


Trójka przyjaciół rozstała się dopiero w stolicy Hochlandu skąd wyruszyli w dalszą drogę jedynie Moritz i Kaspar. Krasnolud został decydując się na powolne i ciężkie ustatkowanie się. Grimm wraz z Heinerem doskonale znali zmiany, które zaszły w ich kompanie po opuszczeniu pamiętnego festiwalu. Były gawędziarz nie mógł zapomnieć jak był zmuszony uciekać i zostawić na śmierć swojego najbliższego przyjaciela - Eryka Bauera. Gawędziarz wspominał czasem Yorriego oraz Edka, któremu z biegiem czasu wybaczył. Nie potrafił się gniewać tak długo jak Grimm, którego zachowanie w razie spotkania Kaninchera ciężko było przewidzieć. Wspomnień ciężko było pozbyć się na trzeźwo dlatego też Moritz - zwykle pachnący perfumami, czysty i wygolony - chwilami występującymi coraz częściej zamieniał się w największego pasjonata różnorakich trunków. Z tym, że jego "choroba" była inna niż przeciętnego lumpa, bo na pewno do takiego jeszcze wiele mu brakowało.

Moritz był całkiem nieźle funkcjonującym alkoholikiem. Czasem pił do lustra, czasem do poduszki, niekoniecznie na umór. Był pewien, że bez szklaneczki czegoś mocniejszego ciężko będzie mu przejść przez dzień. Pan Wagner, czeladnik kaligrafii, lubił się dobrze bawić co było raczej niewykonalne bez alkoholu. Nic zatem dziwnego, że kiedy miał do wyboru soczek, wodę czy alkohol zawsze wybierał to ostatnie. W towarzystwie pierwszy szukał dolewek do kufla. Poza tym mało kiedy nie miał przy sobie piersiówki, a zazwyczaj dodatkowo w torbie trzymał coś mocnego "do oczyszczania ran". Szkoda, że wyimaginowane "rany" dość często występowały we wnętrzu jego żołądka.

Wcześniej zawsze czysty i pachnący gawędziarz obecnie był tylko "zwykle" równie czysty i pachnący. Nie stronił od perfum i wiedział jak używać mydła tylko, że nawet najlepsze chęci zazwyczaj rozbijały się o jego nałóg, do którego się nie przyznawał. Jego towarzysze wiedzieli, że było z nim coś nie tak nie tylko po jego zachowaniu czy pociągu do trunków, ale i po tym, że często próbował wyciągnąć ich na picie. Po kilku akcjach w stylu obudzenia się w burdelu z tatuażem przecinającym oko czy z fryzurą stanowiącą ostatni krzyk mieszczańskiej mody Moritz nauczył się oddawać nadmiar złota Kasparowi, który pilnował go równie zręcznie jak własnego. Grimm również nie był chyba zadowolony z zaistniałej sytuacji. Szczególnie kiedy patrzał na Wagnera tak jakby chciał go chwycić i wydusić z niego cały alkohol i zatrute nim flaki…


„Pod Młodym Cycem” należała do najgorszych lokali w jakich Moritz był w życiu, ale nie plasowała się nawet na podium tego konkursu, a zatem... można było tam odetchnąć z ulgą. Twardziele, robotnicy i podróżni byli w większości pokaźniejsi - i pewnie silniejsi - od Wagnera jednakże ich szorstkie głosy były bardziej rozbawione i ciepłe, a niżeli złowrogie. Okolica placu, na którym znajdowała się gospoda nie należała co prawda do najlepszych, ale przy Grimmie - w kolczej zbroi i błyskiem w oku - i Kasparze - nadal żwawym i sprawnym - przyszły znany artysta nie czuł się zagrożony. Poza ich trójką w towarzystwie znalazł się Alex Ohlendorf, który wyglądał na całkiem miłego i wysoce urodzonego mężczyznę. Jego kultura nie odstawała od dworskich manier co czasami wyglądało jakby gość zgrywał przesadnie miłego. Wagner starał się poznać nowego towarzysza nie dając mu odczuć, że ma do czynienia jedynie z plebsem i ludźmi mało obytymi.

Tłok, niepozorny gospodarz i ciemne piwo zwiastowały całkiem udany wieczór. Moritz wprost nie mógł się doczekać aż skosztuje tutejszego "ciemnego", o którym co prawda nie słyszał nic dobrego, ale złego również nie. Sam od dłuższego czasu starał się zasłużyć na miano konesera różnorakich trunków, którego wachlarz wiedzy w tej dziedzinie zawstydziłby niejednego piwowara. Wiedzy dosłownie wlanej do gardła - chociaż było również, że z niego wylatującej...


- Nie wiem jak wy przyjaciele, ale ja się z chęcią napiję. - powiedział Moritz wcześniej dając niemal wszystkie swoje oszczędności Kasparowi. Alkoholik wiedział, że w stanie, w którym nie rzadko ostatnio bywał nie potrafił upilnować swojego złota w czym znakomicie sprawdzał się jego przyjaciel. Wagner jeszcze pachniał perfumami, ale nikt nie wątpił, że całkiem niedługo się to zmieni. - To piwo wygląda bardzo apetycznie.

- Piątaka. - rzucił w naprędce barman liczbę szylingów, nalewając do kubka ciemnego, spienionego piwa. - Wody, wina, gorzały nie podajemy, a kuchni nie ma. - wyjaśnił.

- Dla mnie to samo. - rzucił Kaspar, który imienia Jost nie używał tak długo, że już na nie nie reagował.

- Dla mnie również. -rzekł Alex. Położył na bar monety stanowiące jego zapłatę. Gdy otrzymał piwo, zaczął się rozglądać za wolnym stolikiem. Czy innym siedzeniem... Wprawnym okiem, rozglądał się również za rodzajem nielegalnej rozrywki prowadzonej ponoć w tym lokalu.

- Gorzałczyny ni kropli? - skrzywił się Khazad i rozejrzał po lokalu.

Każdy z siedzących i stojących gości w ręku trzymał kufel piwa siorbiąc z niego pomału.

- O kimś słyszeliście może, komu pomocy fachowej by trzeba było? - zapytał brodacz.
 
__________________
[Samouczek] Szarpanie krawędzi obrazów by Lechu...
[Samouczek] Przezroczystość by Lechu...

---> Zapraszam do "Kuferka Skarbów"
Lechu jest offline  
Stary 02-01-2016, 21:30   #7
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 7657 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
- Ochroniarz? - barman przyjrzał się krasnoludowi uważniej.

Akurat w tym czasie nowo przybyły jegomość przy barze obok stwierdził, że piwo jest za drogie i ruszył do wyjścia. Ktoś inny zaś stwierdził, że w takim razie niczego pić nie będzie.

Karczmarz kiwnął ręką i zaraz zjawił się wielki brutal, który wziął wybrednego patrona pod ramię i grzecznie, niemal wyniósł ku wyjściowym drzwiom, ku oburzeniu delikwenta. Alex uśmiechnął się pod nosem. Jeszcze parę lat temu, to on wynosił ludzi z karczm. Tacy co sprawiają kłopoty znajdą się zawsze.

Mężczyzna spokojnie i niewzruszenie pokręcił przecząco głową.

- A ja na razie nikogo nie potrzebuję. - zwrócił się do Arno odpowiadając grzecznie na zapytanie podawszy trunek dla towarzyszy Arno. - Piwo jest. Pijesz pan?

Alex pijąc w pierwszej kolejności zaczął nasłuchiwać rozmów gości. Liczył, że ktoś z bywalców powie co nieco. Bacznie obserwował również pomieszczenie. Starał się wyłapać źródło nielegalnej rozrywki. Bezpośrednie i nietaktowne pytanie do karczmarza na razie sobie darował. Usłyszał, że coś mówią "o tym czy będą w ringu jakieś niespodzianki, czy będzie nowy mistrz, jakie będą...?"
Hazard ma mieć związek z walką. Jednak ciężko było ustalić coś więcej. Nawet nie było pewne czy walczyć będą ludzie a może koguty? Potwierdził przynajmniej, że dobrze trafili.

Arno w milczeniu patrzył na zajście, po czym spojrzał na karczmarza.
- Nie - odparł krótko.

Karczmarz podniósł rękę trochę jakby zaskoczony odpowiedzią.

- Więc żegnam.

Za Arno pojawił się ochroniarz.
- Wychodzisz sam, czy pomóc? - osiłek spytał jakby rutynowo.

Alex widząc gęstniejącą atmosferę przywołał na twarz jeden ze swoich wyuczonych uśmiechów. Lekcje etykiety przydawały czasami się w każdym miejscu. Aż za dobrze wiedział, co zaraz się stanie... Jeśli nie podejmie interwencji.

- Spokojnie ja stawiam - położył przed barmanem monety za Arno. - Mój ochroniarz bywa marudny - machnął ręką zbywając sytuację. - I lubi zaczepki. To nas właśnie sprowadza do ciebie karczmarzu. Słyszeliśmy o pewnych rozrywkach tego typu. - Popatrzył na karczmarza wyczekująco.
Karczmarz zabrał monety i podał piwo. Mrugnął do ochrony, która dyskretnie usunęła się mieszając w tłum, przed odejściem mówiąc: - Udanego wieczoru.

- Cierpliwości. Jak widać nie wszystko słyszeliście. Piwo pijcie powoli. - potem poświęcił uwagę innym gościom.

Alex popatrzył na Arno i rzekł do wszystkich gdy karczmarz przestał zwracać na nich uwagę.
- Zapłata za piwo stanowi zapewne również zapłatę za resztę rozrywek. Stąd i wyższa cena jak i sugestia karczmarza byśmy pili powoli. Nie narażając się na dodatkowe koszta. - Alex był mu szczerze wdzięczny. - Słyszałem coś o ringu więc poczekajmy pijmy powoli i zobaczymy co się stanie.

Ring? Walki? A do tego 'Młody Cyc"? To się Kasparowi nagle skojarzyło z jednym tylko. A to mu się wydało bardzo dziwne, chociaż mogło być widowiskowe.
Chociaż, prawdę mówiąc, myśl tę wolał zostawić dla siebie.

- Skoro mamy pić powoli to może przynajmniej umilimy sobie czas rozmową? - zapytał Moritz po chwili ciszy. - Bardzo rad byłbym poznać wasze zdanie, towarzysze, na temat traktatu, który właśnie zaczynam sporządzać. Nie chodzi tu co prawda o treść wypowiedzi, ale o sam kunszt kaligraficzny. - Wagner powoli, delikatnie, wyciągnął z tuby na pergaminy długi papirus, który mimo iż miał dopiero kilka linijek objętości wyglądał bardzo ciekawie. Litery były bogato przyozdabiane, zawijane, co zapewne musiało być zabiegiem czasochłonnym i wymagającym dużego skupienia. - To dopiero mały ułamek całej treści, ale myślę, że zanim to skończę spokojnie zleci jeszcze ze dwa tygodnie.

- Przyłożyłeś się. - Kaspar skinął głową z uznaniem. Na kaligrafii się nie znał, ledwo znał to słowo, na skutek wielu rozmów z Moritzem zapewne, ba - na literkach znał się ledwo, ledwo - lecz podczas podróży parę ksiąg widział, rzadko którą tak pięknie pisaną.

- Szkoda tylko, że na każde dzieło tak ciężko znaleźć kupca. - powiedział Moritz delektując się łapczywie piwem. - Alex może ty znasz kogoś wyżej postawionego kto doceni prawdziwy kunszt kaligraficzny? Jakiegoś miłego kolekcjonera czy znawcę sztuki nowoczesnej? - zagadnął mężczyznę czeladnik.

- Niestety, choć doceniam twoje dzieło. Wątpię bym znalazł kupca. Kroki na drodze artystycznej chyba lepiej zacząć w niższych sferach mieszczan. Choć co ja tam wiem. - Wzruszył ramionami Alex, nie odnajdując się w temacie sztuki. Sam opanował głównie sztukę lania ludzi po pyskach.

- Wiem gdzie szukać, ale nigdy nie zaszkodzi zapytać przyjaciela o pomoc. - rzucił z uśmiechem Wagner. - Kaspar, przy cenie tutejszego piwa obawiam się, że musimy zwiększyć pulę - rzucił do zwiadowcy zabierając ze swojej sakiewki jedną Złotą Koronę.

- Dostaniesz jeszcze jedną lub dwie, jeśli zechcesz na coś postawić - uśmiechnął się Kaspar.
 
Icarius jest offline  
Stary 03-01-2016, 20:17   #8
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 4864 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację




Kaldezeit, 2521 roku K.I.
Wielkie Księstwo Talabeclandu
W "Ziewającym Zającu" przy Starej Leśnej Drodze

Obaj "wybrańcy bogów" posilali się ciepłą rybą, a wieczorne życie karczmy płynęło leniwie. Zdołali podsłuchać plotkę, że żona karczmarza jakoby jest „niedomagająca”. Bystre oko Kaninchera szybko wyłowiło, że sam karczmarz zdaje się powątpiewać w dolegliwość małżonki, która zrzuciła cały ciężar pracy na jego zmęczone barki, lecz zbyt zajętym jest, aby się tą sprawą zająć.

W międzyczasie młody stajenny, który przy karecie przednio gaworzył z woźnicą, przystanął przy szynkwasie i zaproponował Erykowi i Edmunowi postawienie piwa temu, który pomoże mu przynieść z drewutni szczapy na palenie w piecach.

Zawstydzony przez szlachciankę karczmarz nalał sobie piwa do kufla i oparłszy się o szynkwas pił wzdychając ciężko.

- A wy nie znacie kogo, kto by chciał mą karczmę kupić? Jedynie czterysta koron. Okazja. – mruknął.

Dwójka leśników udała się na górę na schodach mijając się z czterema, łysymi jak kolano, mnichami w karmazynowych szatach. Zakonnicy usiedli przy ostatnim pustym stole, co przerwało popijanie piwa przez oberżystę, który zaniósł im jadło. Duchowni, wyznawcy ciężko do odgadnięcia, którego bóstwa, w milczeniu obserwowali patronów karczmy, nieśpiesznie posilając się, wolno i starannym przeżuwając oszczędne kęsy.

Kwandrans później, kiedy Chłopcy ze Strilandu dopijali piwo, mnisi udali się z powrotem na górę a do zajazdu wstąpił wysoki, zawadiacko wyglądający łowca nagród.

- Karczmarzu! – krzyknął stając przy szynkwasie, na którym położył podróżne rękawice.

Z kuchni wyszedł właściciel Zająca.

- Pokój.
- Nie mam już wolnych.
- Co to znaczy nie ma już wolnych? – był niezadowolny.
- Ci panowie właśnie wzięli ostatni. – rozłożył ręce. – Jest miejsce we wspólnej izbie.

Łowca zmełł pod nosem przekleństwo i łypnął spode łba na Strilndczyków.

- Zapłacę ekstra, jeśli ten pokój za chwilę na powrót znów stanie się wolnym. - mrugnął do karczmarza.

Tamten jednak rozłożył ręce.

Niepocieszony łowca wyjął z sakwy kilka monet i zapłaciwszy karczmarzowi udał się schodami na górę. Wrócił za chwilę i zamówił piwo rozglądając się po sali. Oberżysta podał trunek i zniknął na zapleczu.

Wąsaty poszukiwacz banitów zaczął chodzić między stołami pokazując niektórym gościom jakiś pergamin. Patroni wzruszali ramionami, kiwali głowami a on uważnie im się przyglądał. W końcu podszedł do szynkwasu i rozpostarł przed Stirlandczykami papier zapisany w języku klasycznym.

- Przepraszam panów. Ernest Schiele jestem. Mogę zabrać moment waszego czasu? – kontynuował nie czekając na odpowiedź. - Nie potrafię czytać i zastanawiam się, czy moglibyście powiedzieć mi cóż pisze na tym skrolu?




Wieczór był jeszcze młody. Szlachcianka ze służką oraz elf udali się na górę, co i planowali uczynić wkrótce Chłopcy ze Stirlandu, którzy już zjedli kolację i dopili trunki patrząc w puste kufle. A piwo Zając miał bardzo dobre. Z kuchni zaś dolatywały strzępy gorącej dyskusji, którą prowadziło małżeństwo gospodarzy. W końcu gdzieś w kuchni o ścianę roztrzaskały się jakieś blaszane utensylia, a zaraz potem za zaplecza wyszła kobieta w średnim wieku o dorodnym biuście i włosach upiętych w kok, która z zaciśniętymi wargami rozeźlona poszła na górą, skąd właśnie wrócili leśnicy kłaniając się jej niezgrabnie.



Kaldezeit, 2521 roku K.I.
Wielka Baronia Hochlandu
Hergig "Pod Cycem"

Nastrój podekscytowanego oczekiwania w karczmie rósł, a gdy dojrzał na tyle, że już wszyscy Chłopcy ze Strlandu zdążyli podsłuchać, lub zamienić kilka słów z patronami, wiedzieli, że dzisiejszego wieczoru odbędą się walki na gołe pięści. Hammerfirst wiedział, że ten sport był sztuką samą w sobie, jak również, że tego typu rozrywki, a tym bardziej związane z nimi zakłady pieniężne były w Hergig zakazane do odwołania, o czym zdawał sobie sprawę również Herr Ohlendorf.

Goście krzyczeli aż uszy bolały, gdy drzwi do Cyca zamykano i ryglowano. Jak okiem spojrzeć wszyscy mieli w garściach kufle, niechybnie znak, że są we właściwym miejscu. Trzy stoły i ławy ze środka tawerny zostały w naprędce przesunięte wspólnym i ochoczym wysiłkiem kilku mężczyzn. Inni sprawnie zwinęli w rulon wielki stary dywan, który wylądował w rogu pod ścianą. W deskach podłogi ukazała się wielka podwójna klapa – otwarta ukazała drewniane schody do ciemnej, wilgotnej piwnicy.

Strilandczycy na dole, w blasku zapalonych lamp zobaczyli na środku, okrągłą przestrzeń ogrodzoną linami, wokół której zbierał się podekscytowany, gwarny tłum. W arenie stało dwóch wielkich, groźnie wyglądających mężczyzn. Na widok nachodzących gości wznieśli obie ręce do góry, w ten sposób reagując na krzyki, które niosły najwyraźniej ich imiona. Kiedy wszyscy w miarę zajęli swoje miejsca, Chłopcy ze Strilandu zobaczyli, że pieniądze zaczynały krążyć z rąk do rąk, zmieniając swych właścicieli, kiedy właściciel karczmy, Kasper Carstein wszedł na arenę pomiędzy rozebranych do pasa wojowników i wyjaśniał zasady Ringu.

- Walczący używają tylko gołych pięści. Kastety, uderzenia z łokci, nóg, głowy oraz ciosy poniżej pasa, wydłubywanie oczu, gryzienie są zakazane. – tłum z aprobatą mruczał. – Walczący muszą być rozebrani od pasa w górę bez żadnych ochraniaczy. Przyjaciele lub wspólnicy nie mogą pomagać walczącym podczas meczu w żadnej formie. Walka toczy się aż jeden z walczących nie jest w stanie kontynuować dalej. W przypadku, gdy obaj przeciwnicy nie są w stanie kontynuować dalej, remis zostanie rozstrzygnięty w następnym, najbliższym w terminie starciu. Walczący muszą zostać w ringu cały czas podczas walki. Umyślne wystąpienia walczącego w rezultacie przyniosą mu porażkę. Wszystkie zakłady muszą być przyjmowane przez reprezentanta Cyca – wskazał na młodego, szczupłego, wysokiego mężczyznę, wokół którego gromadził się falujący tłum. – Maksymalne stawki zakładów mają być ustalone przez Cyc i są przedmiotem zmian.

Potem Kaspar spojrzał na gotujących się do walki mężczyzn, oraz powiódł wzrokiem po wyczekujących gościach.

- Dzisiejszej nocy, w rundzie pierwszej walczyć będą… - zawiesił głos. - … niepokonany od ośmiu nocy! … Mistrz Cyca!… Josef!… „Grzmot”!… Fraaaaaaaaaazerbuuuuurg! – wiwaty i okrzyki nie zdołały zagłuszyć mocnego głosu Carstaina. – Dwa do siedmiu na Frazerburga.

Przedstawiony mężczyzna miał już koło trzydziestki. Wysoki, muskularnie zbudowany, z zawadiacko połamanym nosem podniósł zaciśnięte pięści ponad krótko ostrzyżoną głowę.

- Kolejnym walczącym dzisiejszego wieczoru, przeciwnikiem Grzmota jest… słynący z mocnego ciosu zwanego Młotem Sigmara… pochodzący ze Stirlandu… Tod!… „Tygrys”!… Gołot! – wiwaty I oklaski były zdecydowanie skromniejsze, acz liczne. – Płacimy trzy do dwóch za Tygrysa!

Rzeczony Stirlandczyk, masywnej i krępej budowy wyglądał jak świeżo oderwany od pługa lub leśnego topora brutal. Szczerząc się wybitymi zębami, wzniósł wielkie jak bochny chleba dłonie i klasnął nad głową podsycając tłum.

- W kolejnym meczu pierwszej rundy wieczoru w ringu spotka się młody, nieznany lecz ambitny, aspirujący do sięgnięcia po koronę… Klaudiusz Gwoździk! Jego szanse ocenione są na dwie do pięciu. Walczyć będzie z naszym hergigdzkim robotnikiem… Gerhartem Krautzem, za którego płacimy dzisiaj dwa do jednego!

Karczmarz przetasował kartkę i kontynuował dalej.

- Trzecią walką wieczoru będzie doświadczony weteran ringu… Marvel! „Cudo”! Adolfek! Wyceniony na dwa do piętnastu, przeciwko Deterowi “Szklana Szczęka” Minerowi, za którego Cyc płaci w tym starciu cztery do jednego!

Kasper otarł pot z czoła.

- I wreszcie w ostatniej, ekscytującej walce pierwszej rundy, w ringu zatańczy krasnoludzki najemnik Gnorri Thunderstruck… trzy do dwóch kontra eks-mistrz ringu Cyca, groźny… Aleksnader! von! Hollifild! Za zwyciestwo którego wypłacamy dwa do dziewięciu.

Chłopcy ze Strilandu szybko zorientowali się, że zakłady odbywały się w bardzo nieskomplikowany sposób. Młody, szczurkowaty bukmacher na przewróconej skrzynce odbierał pieniądze od gości, którzy w zamian dostawali świstek papieru z postawioną sumą na nazwisko swego faworyta.

Ku uciesze Berta pod ścianą, za barem, za który robiła szeroka decha na beczkach, karczmarz dolewał gościom browar za 9 pensów. Jost czuł, że będzie ciągany za rękaw niczym osioł o złote monety za uszy w starej baśni, którą usłyszał gdzieś za granicą.

Hammerfista i Ohlendorfa najbardziej intersowały maksymalne limity i szybko dowiedzieli sie, że tuzin koron to dzisiejszy limit, wchodzić można było już za srebrnika.

Alex dyskretnie przyuważył również, że niektórzy goście, w swoim własnym gronie przyjaciół też prowadzą po cichu swoje prywatne zakłady, na boku.




 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill
Nie ma mnie tymczasem Campo Viejo

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 03-01-2016 o 20:48. Powód: niektóre literówki
Campo Viejo jest offline  
Stary 10-01-2016, 15:23   #9
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 7657 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Alex przez chwilę rozważał przyłączenie się do prywatnych zakładów. Z doświadczenia jednak wiedział, że to hazard w hazardzie. Po pierwsze nie było pewności czy jeśli wygra zobaczy pieniądze przegranych. Ewentualnie ktoś nie spróbuje mu ich odebrać. Po drugie i ważniejsze jeśli organizatorzy walk zorientują w zakładach "na lewo", wyciągną konsekwencje. Te mogły być różne... Od zakazu wchodzenia do karczmy po połamane ręce i nogi.O konfiskacie złota nie wspominając. Niepotrzebne zadzieranie z półświatkiem było mało rozsądne. Nawet dla szlachcica. Pozostał więc przy oficjalnych zakładach.

Gdy Alex doszedł do bukmachera chwilę się wahał. Nuta rozsądku mówiła mu by nie obstawiał... Był to jednak przelotny moment. W końcu każdy musi się trochę zabawić. Szlachcic zdecydował się postawić trochę złota. Nie szaleć ale i bez skąpienia.

- Dwa złote karle na Gołota- powiedział wręczając bukmacherowi sumę. Alexowi chłop wyglądał na takiego co ma pierdolnięcie. Pewnie nie ma techniki ale może mieć fart.
- Kolejne dwie sztuki złota na Szklanoszczękiego. Ohlendorf uważał, że ten zawodnik miał zdecydowanie najlepszy kurs. Czasami zdarzają się niespodzianki.
- Ostatnie dwie monety na jedynego krasnoluda. Solidne z nich wojaki. Szlachcic znał upór i umiejętności tej rasy. Wiedział, że krasnolud daje z siebie więcej w walce niż przeciętny człowiek. Ten typ jako jedyny miał za pewniaka. Młody bukmacher zapisał sumy i zabrał złoto. Oby się rozmnożyło...

Gdy Gołot przegrał Ohlendorf przyjął to ze spokojnym lekkim zawodem. Który był niczym przy radości jaką wywołała wygrana Szlanoszczękiego.! Dwie monety zamieniły się w dziesięć! Wzniósł kilka okrzyków i pomachał radośnie rękami. Nieczęsto wygrywało się takie sumy. Był wygrany, nawet gdyby nos odnośnie krasnoluda go zawiódł. Krasnolud jednak nie przyniósł hańby i wygrał pierwszą walkę. Szlachcic wygrał kolejne pięć monet. Zarobił zatem łącznie dziewięć karli, odliczając sześć postawionych. Ranald niewątpliwie mu sprzyjał. Resztę walk obstawił już rekreacyjnie. Tak by wyjść z karczmy zwycięsko. Zarobił kolejne 7 srebrnych monet. Kursy nie były już bowiem imponujące.

Gdy doszło do przepychanki ochlapusa z Arno. Stanął dyskretnie z boku. Ręka powędrowała do kieszeni gdzie dyskretnie trzymał kastet. Zdanie broni to jedno, bycie bezbronnym to drugie. Szlachcica nikt przeszukiwać wszak nie będzie. Rozglądał się i był gotowy wkroczyć, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Choćby przez wmieszanie się jakiś znajomych napastnika. Arno jednak uciął sytuację w zarodku. Nie robiąc zbędnych kłopotów.

Walki ostatecznie wygrał Mistrz, krasnoludzki najemnik był drugi. Alex był zadowolony z wieczoru. Postawił przyjaciołom kolejną kolejkę piwa. Sakiewkę dobrze ukrył. Wolałby nie żegnać się za szybko z wygraną.
 
Icarius jest offline  
Stary 10-01-2016, 17:27   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 23575 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Kasparowi walki w karczmie kojarzyły się z karczemnymi rozróbami (za którymi niezbyt przepadał), ale ideę walki za pieniądze na ringu znał i rozumiał.
Widział kilka razy, jak na jarmarkach ludzie okładali się pięściami. Widział też pieniądze, jakie przechodziły z rąk do rąk, nigdy jednak ani nie występował na ringu, ani też nie obstawiał. Teraz jednak, w gronie kompanów, postanowił spróbować.
Tu była niemal pewność, że gość, co przyjmował zakłady i zbierał złoto, nie ulotni się wraz z kasą. A wtedy dałoby się odebrać wygraną.

- Sztuka złota na mistrza. - Kaspar podał przedstawicielowi Cyca wspomnianą monetę, przyjmując w zamian papierek, za okazaniem którego miał (w razie wygranej obstawionego zawodnika) dostać - prócz stawki - dwie sztuki złota, gdyby postawił ich siedem.
Jako że stanowiłoby to ponad połowę zawartości Kasparowej sakiewki, zwiadowca postanowił nie ryzykować aż tyle.
- I sztukę złota na Detera "Szklaną Szczękę". - Podał drugą monetę.
To było, jak sądził, wyrzucenie pieniędzy. Przydomek oznaczał jedno - jeden celny cios wystarczał, by delikwenta posłać na deski. Jednak dwie sztuki złota Kaspar postanowił przeznaczyć na straty. I odżałował.


Ku zaskoczeniu Kaspara wpłacona na 'Szklanoszczękiego' złota korona okazała się trafioną inwestycją, wróciła bowiem do sakiewki właściciela, przyprowadzając ze sobą cztery siostrzyczki. Do tego doszło jeszcze trochę miedzi za mistrza...

Monety wróciły, więc Kaspar postanowił spróbować raz jeszcze puścić je w obieg.
- Złota korona na mistrza, złota korona na krasnoluda - powiedział.
Co prawda Szklanoszczęki raz już odniósł zwycięstwo, ale w jego ponowny triumf Kaspar nie wierzył.

Tym razem połów nie był aż tak obfity, bo łączny zysk ledwo przekroczył korony, ale w sumie Kaspar nie mógł narzekać.
I nie zamierzał.
Nie zamierzał też dalej ryzykować. Uznał, że nie należy nadwyrężać cierpliwości Ranalda i przed ostatnią walką już nie postawił na nikogo.
W ramach dbania o wygraną starannie schował sakiewkę, bowiem gęsty tłum bez złodzieja... to było dość rzadkie zjawisko.

Małe zamieszanie między jakimś pijakiem a Arno-Grimmem jakimś trafem nie przekształciło się w kolejną okazję do obstawiania, ale Kaspar nie był całkowicie pewien, że sprawa do końca została załagodzona.
Nie było pewności, że po wyjściu na zewnątrz nie czekają na nich jakieś kłopoty, więc Kaspar postanowił wziąć to pod uwagę, gdy będą się żegnać z "Cycem.

Gdy skończyła się ostatnia walka Kaspar zwrócił się do Moritza.
- Ciekawe, czy będą jeszcze jakieś atrakcje - szepnął.
 
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:07.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166