Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-01-2016, 18:45   #1
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 28250 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
[WFRP II ed.] Żądza Zemsty


Głośny krzyk przerażenia, niewątpliwie należący do kobiety, wyrwał ze snu weterana wielu wojen. Albert Schulz najpierw spojrzał na swą żonę, która leżała tuż obok niego, z szeroko otwartymi oczami, po czym przeniósł wzrok na dwójkę dzieci; syna i córkę, którzy skuleni ze strachu siedzieli na osobnym łóżku przytuleni do siebie. Ten widok ucieszył go w duchu; na całe szczęście krzyk nie należał do nikogo z jego rodziny.
- Zostańcie tutaj - powiedział emerytowany żołnierz, podnosząc się z łóżka. Ruszył w stronę drzwi lekko kuśtykając, nacisnął na klamkę, lecz przed wyjściem odwrócił się jeszcze do swojej rodziny.
- Pilnuj siostry i matki - zwrócił się do syna pełnym powagi głosem.
- Gdyby coś mi się stało, bierzcie konia i uciekajcie na północ do Salkalten.
Po tych słowach sędziwy wojownik wyszedł na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi. Widok, który go przywitał, zmroził mu krew w żyłach. Znajdujące się po przeciwnej stronie niewielkiej doliny chaty stały w płomieniach. Wysoka na kilkanaście metrów ściana ognia pochłaniała stojące obok siebie domostwa, niszcząc jedno po drugim. Te rozsypywały się przy lekkim podmuchu wiatru zupełnie jakby nie były trwałymi konstrukcjami, a zostały zbudowane z zapałek. Szczęście w nieszczęściu, płytka rzeka przepływająca przez sam środek wioski skutecznie oddzielała chatę żołnierza od nieokiełznanego żywiołu.
Wyżej na wzgórzu, które z jednej strony otaczał las, a z drugiej płonące chaty, znajdował się klasztor poświęcony Sigmarowi, wokół którego wiele wieków wcześniej powstała ta niewielka osada. Przez niskie mury, które okalały świątynię, przeskakiwały człowiekopodobne kształty z pochodniami w dłoniach. W ich ruchach było coś nienaturalnego, coś co nawet z tej odległości potrafiło zaprzeczyć człowieczeństwu najeźdźców.
Tubalny ryk, znacznie wyróżniający się na tle wszystkich innych okrzyków, przypomniał staremu żołnierzowi czasy Burzy Chaosu. Ungory! Co najmniej trzy tuziny tych podstępnych bestii szturmowały wioskę, z czego większość rzuciła się w stronę znajdującego się na wzgórzu klasztoru.
- Łapcie za broń! - Schulz krzyknął w stronę zgromadzonych na piaszczystym placu mężczyzn, którzy przyglądali się groteskowej rzezi z malującym się na twarzy strachem i bezradnością. Na rozkaz weterana wojennego, chłopi zaczęli powoli wycofywać się w stronę swoich chat, przez moment jeszcze spoglądając na płonącą osadę z mieszanką fascynacji i przerażenia, by po chwili rzucić się biegiem i sięgnąć po znajdujący się pod ich łóżkami zakurzony oręż.
- Hans, zabierz stąd nasze kobiety i dzieci! Północny gościniec powinien zaprowadzić was w stronę Salkalten - weteran zwrócił się do jednego z młodszych mężczyzn, który w odpowiedzi zaprzeczył ruchem głowy.
- Chcę walczyć, Schulz. Tak jak Ty za dawnych lat! - Zaprotestował.
Albert położył dłoń na ramieniu chłopaka. Mocno je ścisnął, aż ten skrzywił się, po czym zmrużył oczy w morderczym spojrzeniu.
- To nie czas dla bohaterów! Rób kurwa co mówię, albo rozpruję Ci flaki tu gdzie stoisz.
Groźba podziałała. Chłopak przyjął rozkaz niemym skinieniem głowy, po czym pobiegł od chaty do chaty, każąc każdej niewieście, dziecku i starcom zabrać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i udać się za nim.
- Macie trzydzieści sekund, by się spakować. Widzę was zaraz na placu, jazda!
Schulz mimowolnie uśmiechnął się słysząc stanowcze słowa chłopaka. Dobrze go wyszkolił.


Po przegrupowaniu się, emerytowany żołnierz wraz z kilkunastoma uzbrojonymi mieszkańcami wioski rzucił się biegiem w stronę kamiennego mostu położonego w dolinie. Z każdym pokonanym krokiem ogarniało go coraz większe przerażenie, nieporównywalne z tym co doświadczył na wojnie. Tutaj gra nie szła tylko o jego życie, ale też o życie wszystkich tych, których kochał. O rodzinę i przyjaciół, o ludzi, z którymi mógł na co dzień dzielić swoje szczęście, pasje i smutki.
Zbliżając się do mostu zobaczyli na wzgórzu przed sobą kilku ungorów w towarzystwie górującego nad nimi gora. Każdy z nich naznaczony był jakąś potworną mutacją czy inną skazą Chaosu. Podobno kiedyś byli ludźmi, lecz Schulz mocno powątpiewał w tę teorię, widząc ich bestialskie zachowanie.
Przypominające krzyżówkę człowieka z wyrośniętą kozą, ungory znęcały się nad młodą kobietą, która nie zdążyła im uciec. Albert dobrze ją znał. Piękna i młoda, była córką najbogatszego w wiosce farmera, którego posiadłość znajdowała się najbliższej klasztoru. W przeciwieństwie do chciwego ojca, dziewczyna zawsze była bardzo uprzejma i często pomagała innym rodzinom przy domowych obowiązkach. Radość życia wręcz tryskała z jej miłej, nieskażonej troską twarzy, którą teraz masakrowały topory zwierzoludzi.

Podstarzały weteran głośno zawył zwiastując swe nadejście. Krew w nim zawrzała jak nigdy wcześniej, nawet śmierć swych towarzyszy pod ogniem machin Archaona, Pana Końca Czasów, nie wzbudziła w nim takiego gniewu jak bestialski mord na kwiecie życia, jakim niewątpliwie była ta urocza dziewczyna. Podobnie uczynili biegnący obok niego chłopi; zawtórowali mu głośnym bitewnym okrzykiem, który echem potoczył się po dolinie. Zapomnieli już co to strach, w ich oczach kryła się jedynie żądza zemsty!


Znajdujące się na wzgórzu ungory miały przewagę terenu, lecz nawet to nie powstrzymało chłopów przed brawurowym szturmem. Widząc zbliżającą się odsiecz, bestie głośno zawyły, alarmując tym samym resztę swoich towarzyszy, po czym nie bacząc na konsekwencje skoczyły w dół, pomiędzy szeregi pospolitego ruszania.
Nadany przez kopyta impet sprawił, że kilku mężczyzn stoczyło się ze wzgórza razem ze spadającymi na nich ungorami. Schulz nie miał jednak zamiaru cofać się, by im pomóc. Wiedzieli na co się porywają, a w grę wchodziło życie wielu rodzin. Jedna z tych bestii próbowała skoczyć na weterana, lecz ten odsunął się w ostatniej chwili i wystawił miecz, tak że ta nabiła się odsłoniętym bokiem na wystawione ostrze.
Albert musiał mocno ścisnąć rękojeść broni, aby nie posłać jej w dół razem z opadającym truchłem. Na szczęście jego zaprawione w boju i pracy na polu dłonie, nie pozwoliły na to. Był już na szczycie wzgórza razem z garstką otaczających go ludzi, kiedy rzucił się na niego kolejny ungor.
Stwór zamachnął się masywnym toporem atakując mężczyznę, jednak ten w ostatnim momencie uchylił się od ostrza, które świsnęło dosłownie kilka centymetrów nad jego głową. Ofiarami stały się zaledwie kilka odstających od głowy, przetłuszczonych kosmyków włosów. Ten chybiony cios sprawił, że wróg zachwiał się, w efekcie czego utracił chwilowo równowagę. Schulz bez chwili wahania wykorzystał nadarzającą się okazję i zatopił ostrze swojego wiernego miecza w plugawym sercu ungora. Z końskiej paszczy bestii trysnęła obficie krew i było to ostatnie tchnienie, jakie wydobył z siebie najeźdźca.

Zacięta walka o każdy skrawek wzgórza trwała w najlepsze. Schulz wraz z dwoma ludźmi uzbrojonymi w krótkie włócznie przedarł się przez zastępy bestii i ruszył w stronę płonącego klasztoru, kiedy niespodziewanie drogę zastąpił mu niemalże dwa razy większy od niego gor. Bestia wykrzywiła pysk w groteskowym uśmiechu, ukazując przy tym liczne braki w uzębieniu, po czym z dziką furią natarła na wojownika.
Albert złapał za koniec ostrza drugą ręką, by móc przyjąć pierwszy cios gora na wystawiony w defensywie miecz. Mimo to, cięcie zakończoną powykręcanymi kolcami pałą było tak potężne, że emerytowany żołnierz imperialnej armii został zmuszony ugiąć nogi przy próbie sparowania ataku, niemalże przewracając się przy tym.
Widząc jak ich towarzysz traci równowagę, chłopi natarli na przypominającą minotaura bestię, chcąc tym samym odciągnąć ją od starca. Gor jednak okazał się być doświadczonym przeciwnikiem i bez trudu odbił na bok wystawione włócznie, po czym jednym silnym ciosem rozłupał łeb atakującego go mężczyzny, tak że kawałki czaszki i wylewającego się mózgu zachlapały białą koszulę Schulza. Ten widok wyraźnie ostudził zapał drugiego chłopa, który natychmiast cofnął się o kilka kroków do tyłu, woląc utrzymywać od swego przeciwnika pełen dystans jaki zapewniała mu krótka włócznia.

- Mordowałem większych cwaniaków, kiedy Ty jeszcze srałeś pod siebie! - Warknął weteran Burzy Chaosu powoli podnosząc się z ziemi, po czym natarł na gora z nieokiełznaną furią. Grad ciosów spadł na przeciwnika z każdej możliwej strony. Miecz wznosił się co chwila, to opadał ze zdwojoną siłą, aż trudno było ludzkiemu oku nadążyć za tą morderczą prędkością. Gor próbował odbić każdy wymierzony cios, lecz Schulz okazał się być znacznie szybszy i raz za razem znaczył ciało swego przeciwnika długimi, ociekającymi krwią szramami.
W końcu znalazł lukę w obronie bestii, która z każdą raną robiła się coraz bardziej niecierpliwa i coraz częściej się odsłaniała. Żołnierz przez dłuższą chwilę celowo zdawał się ignorować tą widoczną przewagę, licząc na to, że jego przeciwnik popełni w końcu karygodny błąd i jak się okazało - nie musiał na to zbyt długo czekać.
Potężny gor ryknął na całe gardło, posyłając na ziemię strugi zmieszanej z krwią śliny, po czym natarł na wojownika wznosząc wysoko do góry groźnie wyglądający oręż. Schulz nie czekał i natychmiast skrócił dystans, skacząc do przodu, tak że jego przeciwnik nie był w stanie celnie zadać ciosu stojącemu tuż przy nim żołnierzowi.
Jedno celne machnięcie mieczem rozpłatało nadęty brzuch potwora, posyłając na ziemię flaki i strugi krwi z otwartego bebecha. Gor skrzywił się z bólu, próbując powstrzymać wylewające się wnętrzności, lecz jego los był już przesądzony. Kolejne szybkie cięcie precyzyjnie oddzieliło głowę od reszty ciała.


Wysoki na kilkadziesiąt metrów słup czarnego jak smoła dymu i ognia przesłaniał widoczność. Bijący z niego żar wydzierał tlen z płuc, przy którym niezasłonięte oczy mogły się usmażyć niczym jajka na patelni, lecz nie powstrzymało to Schulza przed parciem do przodu. Otaczająca go ziemia zbrukana była krwią bezbronnych ludzi, wielu z nich było jego przyjaciółmi, każdego znał… Mimo to wciąż miał nadzieję, że uda mu się kogoś uratować. Przed nim stał już ostatni możliwy budynek, w którym wciąż mogli ukrywać się mieszkańcy wioski.

Od murów klasztoru dzieliło go zaledwie dwadzieścia metrów. Świątynia wciąż płonęła. Ognień trawił nie tylko drewniany dach i podpory, ale nawet kamień, z którego konstrukcja została w większości wykonana, nie mógł oprzeć się potędze żywiołu. Zapadła dojmująca cisza. Z wnętrza budowli nie docierały już żadne krzyki. Zbrukana krwią święta ziemia wydawała się być martwa i pozbawiona majestatu boga, któremu została poświęcona.

Biegnący ile sił w nogach Schulz, zacisnął mocniej zęby. Towarzyszący mu wcześniej chłop wycofał się po śmierci herszta ungorów, aby wspomóc resztę mieszkańców w walce z najeźdźcami. Albert z każdą sekundą zaczynał żałować, że nie uczynił podobnie. Tu już nie było czego ratować, a jego obecność na polu bitwy mogłaby przechylić szalę zwycięstwa na stronę obrońców, albo przynajmniej opóźnić ungorów na tyle, by umożliwić ucieczkę ich kobietom i dzieciom.
Chciał już wracać, kiedy nagle kątem oka dostrzegł jakiś ruch przy bramie prowadzącej w stronę klasztoru. Wysoki wojownik o masywnej posturze kurgana przekroczył wrota, opuszczając teren klasztoru w towarzystwie ośmiu zwalistych gorów. Każdy z nich był na swój sposób przerażający, lecz żaden nie roztaczał wokół siebie takiej aury rozpaczy i przerażenia, co ich przywódca.
Zakuty w czarną jak śmierć zbroję z zawieszonymi na wysokich naramiennikach czaszkami swoich wrogów oraz licznymi runami zdobiącymi płyty pancerza, sługa Chaosu w jednej zaciśniętej dłoni trzymał ciężki topór oburęczny jakby był ledwie nożem kuchennym, a w drugiej świętą relikwię Sigmara - złoty, wysadzony rubinami kielich, z którego ongiś pił założyciel Imperium.
Ta jawna profanacja sprawiła, że krew po raz wtóry zagotowała się w emerytowanym żołnierzu, lecz nie zrobił kroku naprzód wiedząc, że nie miałby najmniejszych szans. Przez chwilę analizował wariant chwalebnej śmierci w obronie swego boga, lecz szybko przypomniał sobie o swojej rodzinie. Nie mógł ich zostawić, nie mógł ich zawieść…


Chciał już uciekać, kiedy zakuty w stal olbrzym wyszczekał coś w swym plugawym języku. Wycofujący się Schulz spojrzał przez ramię i zobaczył Hansa klęczącego przed bestiami. Młodzieniec, któremu wcześniej kazał ewakuować resztę chłopskich rodzin był cały skąpany we krwi. Chwiał się w przód i w tył kompletnie niezdolny do stawienia jakiegokolwiek oporu, przez cały ten czas spoglądając nieobecnym wzrokiem na zbrukany juchą piach pod sobą. Był śmiertelnie ranny.

Trwoga nieporównywalna z niczym co kiedykolwiek wcześniej doświadczył ścisnęła serca starego żołnierza. Młody Hans zignorował jego rozkaz albo stało się coś jeszcze gorszego… Nie miał już czasu, by się nad tym zastanawiać. Podjął decyzję i zamiast wycofać się w cień wybiegł na sam środek ulicy prowadzącej w stronę klasztoru. Za Sigmara, za rodzinę, za wszystko co w życiu kochał…
- SIGMARRRRR! - Krzyknął na całe gardło, szarżując w stronę stojącego nad Hansem gora. Klęczący przed bestią młodzieniec z wielkim wysiłkiem podniósł głowę. Na jego twarzy malował się żal, ogromny, niemożliwy wręcz do opisania żal i smutek.
- Przepraszam… - Powiedziały jego usta, choć nie wydostał się z nich żaden dźwięk.
Gory głośno zarechotały na widok samotnego starca z mieczem w dłoni. Ich przywódca stał niewzruszony i tylko ledwie wyraźnym ruchem głowy rozkazał stojącemu przed Hansem bestigorowi zająć się niepożądanym intruzem. Ten w odpowiedzi skinął głową i jednym zamaszystym ciosem zakończył żywot klęczącego przed nim młodzieńca, po czym stanął tuż nad jego truchłem, czekając na szybko zbliżającego się przeciwnika.

Walka, która rozegrała się między starcem a bestią mogłaby przejść do legend, gdyby zachował się choć jeden świadek tego wydarzenia. Precyzja i doświadczenie kontra brutalna siła i zezwierzęcenie. Wymianie ciosów nie było końca, wojownicy tańczyli wokół siebie w bitewnym transie, zasypując się niekończącą się serią cięć i pchnięć. Obserwujące potyczkę gory stawały się z każdą chwilą coraz bardziej niecierpliwe, lecz ich budzący przerażenie przywódca nie pozwalał na włączenie się do walki.
Uważnie przyglądał się staremu żołnierzowi, analizując jego styl walki i potencjał. Widział jak sędziwy mężczyzna coraz bardziej słabnie i z każdym wymienionym ciosem popełnia coraz więcej błędów. Walczący z nim bestigor był cały zalany krwią, lecz to tylko jeszcze bardziej go rozsierdzało. W końcu zaczął przejmować inicjatywę, lecz starzec miał jeszcze jednego asa w rękawie.
Wiedząc, że będzie to jego ostatni stoczony w życiu pojedynek, Schulz skoczył do przodu ignorując nadlatujący w jego stronę morgensztern i jednym precyzyjnym pchnięciem zatopił ostrze miecza w sercu bestii. W tym samym momencie otrzymał potężny cios obuchem w głowę i świat zawirował przed jego oczami. Starzec opadł na kolana, po czym mocno przechylił się i twardo upadł bokiem na ziemię, całkowicie niezdolny, by stawić opór. Przestał odczuwać już jakikolwiek ból, pozostał tylko żal, smutek i gniew. Te ostatnie uczucie płonęło w jego sercu takim samym żarem jak otaczającego go chaty.

Na chwilę przed zapadnięciem ciemności ujrzał, jak przez mgłę, przerażone kobiety i dzieci, związane i otoczone przez znacznie większe od nich bestie. Wśród porwanych była też i jego rodzina; z płaczem i przerażeniem malującym się na ich twarzach przyglądali się jego śmierci. Albert Schulz ostatnim przypływem sił wyciągnął dłoń w ich kierunku, po czym stracił przytomność…
 
Warlock jest offline  
Stary 25-01-2016, 20:37   #2
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 28250 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
Wbrew co rusz powtarzającym się przepowiedniom niejednego proroka zagłady, tego dnia nad Starym Światem na nowo zawitał świt; równie krwawy co poprzedni w skali całego kontynentu, lecz dla mieszkańców pewnej małej, zapyziałej wioski na peryferiach Imperium był on najgorszym dniem ich życia - końcem świata jakiego znali.
Po brutalnym ataku człekopodobnych istot, które pod osłoną nocy wyłoniły się z Lasu Cieni; z wioski Krausnick ledwie ostał się kamień na kamieniu. Rozczłonkowane przez topory szczątki wieśniaków zdobiły każdy metr kwadratowy zroszonej krwią ziemi, chaty wciąż płonęły, a krajobraz przypominał swym okrucieństwem pole bitwy, lecz było to tylko złudne wrażenie. To była ponura, groteskowa wręcz rzeź, dokonana na niewinnych i w dużej mierze bezbronnych ofiarach. W takim zwycięstwie nie było żadnej chwały, a jedynie hańba dla spaczonych Chaosem umysłów, które i tak nie potrafiły pojąć co to honor.

Minionej nocy nie miał prawa nikt przeżyć, a mimo to ostała się garstka osób, którym Ranald wciąż sprzyjał, choć każde z nich wolałoby znaleźć się wśród poległych, niż kalać oczy i umysł tą potworną zbrodnią. Podświadomie wiedzieli, że darowano im życie, albowiem bogowie mieli wobec nich zupełnie inne plany, które poznają dopiero u kresu zbliżającej się przygody. Nim to się jednak stanie, będą musieli przejść jeszcze jeden test… Dać upust swej Żądzy Zemsty!


Wioska Krausnick, Ostland
7 Kaldezeit, 2526 K.I.
Świt


Pierwsze promienie słońca przebiły się przez najwyższe korony drzew, tym samym odsłaniając na światło dzienne okrutną rzeź, która splamiła ostlandzką ziemię. Z pochmurnego nieba zaczął powoli padać lodowato zimny deszcz, gasząc ostatnie płonące chaty i swym chłodnym dotykiem przypominając ocalałym, że wciąż jeszcze żyją. Bogowie ronili łzy nad poległymi, smród krwi i spalonych ciał unosił się w powietrzu, a gęste słupy czarnego jak smoła dymu, targane silnym wiatrem, wzniosły się wysoko ponad wioskę, co jeszcze bardziej podkreślało ponury krajobraz, który pozostawili po sobie najeźdźcy z Lasu Cieni. Wesoły śpiew ptaków nadawał tej scenie jeszcze większej groteski, bardziej przyprawiając o dreszcze niż piętrzące się stosy trupów.

Los okrutnie naznaczył mieszkańców Krausnick, lecz kilku nielicznych przetrwało ten pogrom. Jedni zawdzięczali życie dzięki temu, że byli z dala od osady, kiedy plugawa horda rzuciła na nią swój cień, a inni mężnie stawili opór do samego końca i jakimś cudem przeżyli, choć nie powinni mieć na to najmniejszych szans. Tak właśnie było w co najmniej jednym przypadku…


Krople lodowatego deszczu zostawiały na piaszczystym, zroszonym krwią gruncie, mokry ślad. Ich mrożący dotyk zbudził leżącego twarzą w ziemi weterana wielu wojen, który najpierw powoli zacisnął pięść czując pod nią wilgotny od jeszcze niezaschniętej krwi piach, by po chwili otworzyć oczy, błądząc po okolicy ledwie przytomnym wzrokiem i nie mogąc dać wiary temu co widzi. Przywitał go najgorszy widok jego życia, odległe echo koszmaru, którego zaznał minionej nocy. Zderzenie z ponurą rzeczywistością było tym okrutniejsze, gdy zrozumiał, że wszystko co posiadał jeszcze kilka godzin wcześniej, zostało mu brutalnie odebrane w niespełna kwadrans od chwili ataku.
Albert Schulz wydał z siebie dziki skowyt. Z jego naznaczonej głębokimi zmarszczkami twarzy spłynęły prawdziwe, męskie łzy, dołączając do grona padających na grunt kropli deszczu. Ból jaki ścisnął jego serce był niewyobrażalny, niemożliwy wręcz do opisania słowami w jakimkolwiek znanym człowiekowi języku. A mimo to, w jego dobrym sercu zaczęło się rodzić nowe uczucie, będące dla niego echem wielu bitew, które stoczył pod sztandarami Imperium. Uczucie tak silne i pierwotne, że szybko zastąpiło smutek i rozpacz. Gniew… Czysta i nieokiełznana nienawiść, która płonęła w jego oczach tak silnym ogniem, że gdyby tylko było to możliwe, to łzy spływającego po jego twarzy zmieniłby się we wrzątek.
Albert Schulz podniósł się z ziemi, po czym wydarł się na całe gardło, a jego krzyk dało się usłyszeć w niemalże całej dolinie, pośród nielicznych ocalałych, którzy tamtego poranka opłakiwali swych najbliższych. Minionej nocy zginął z rąk najeźdźców emerytowany żołnierz Imperium, a odrodził się z popiołów, niczym feniks, ponury bóg wojny, który pałał żądzą zemsty wobec jednego z najbardziej zapiekłych wrogów ludu Sigmara - zwierzoludzi.


- Skończył się czas opłakiwania poległych. Lepszy byłby z ciebie pożytek, gdybyś chwycił za broń i stawił czoła oddalającym się najeźdźcom - powiedział Schulz, stanąwszy nad Kasimirem, który trzymał w swych silnych ramionach rozszarpane przez topory zwłoki Inge; wieśniaczki, której śmierć stary żołnierz widział na własne oczy podczas szturmowania wzgórza. Jego głos był szorstki, kompletnie wyzbyty z emocji, a jednak kryła się w nim pewna siła, za którą wielu ludzi w trudnych czasach podążyłoby.
Kas zadrżał pod słowami starszego mężczyzny, który wydawał się nie mieć w sobie krzty współczucia. Albert minął go bez słowa, kierując się w stronę reszty mieszkańców Krausnick, którzy wydawali się błąkać po wiosce bez określonego celu i tylko czasem w swej bezsilności rozgrzebywali zawalone chaty w poszukiwaniu ocalałych.
- Zawsze taki byłeś, Schulz, nie? Miałeś w dupie uczucia innych; interesowała ciebie tylko i wyłącznie twoja rodzina. No i gdzie ona teraz jest? - Warknął za nim Kasimir, dzierżąc splugawiony krwią topór, który znalazł się w jego ręku jakby znikąd. Starzec zawsze był wobec niego surowy, choć bardziej sprawiedliwy od reszty mieszkańców, dla których młodzieniec był czarną owcą. Poniekąd nienawidził go za to; Schulz zawsze wymierzał mu najbardziej surowe kary za jego wybryki, a mimo to nigdy nie wygnał go z wioski, sprzeciwiając się opinii reszty sąsiadów, którzy bardzo tego chcieli. Kasimir zaczął żałować, że tak się nie stało - jakimś cudem zdążył przywyknąć do tych wszystkich ludzi, a nawet się zakochać w dziewczynie, której szczątki przed chwilą obejmował. Teraz wszyscy oni byli martwi, za wyjątkiem kilku starych wyg; zbyt upartych, żeby tak po prostu zdechnąć.
- Porwani - odparł starzec równie szorstko, co wcześniej, lecz pod jego pozbawioną uczuć maską krył się ogromny ból, który za wszelką cenę starał się zdławić gniewem.
- J-j-jak to porwani? To oni wciąż żyją? - Zająknął się Kasimir, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. W chwili ataku nie było go w wiosce; obrażony na Inge pognał na pobliską polanę, gdzie uciął sobie sowitą drzemkę. Dotychczas myślał, że nikt nie zdołał przeżyć; nikt z wyjątkiem tej garstki osób, która teraz opłakiwała martwych.
- Żyją, podobnie jak większość kobiet i dzieci, choć ich los jest już przesądzony. Znając te bestie; zostaną złożeni w ofierze mrocznym bogom, chyba, że my będziemy szybsi - słowa żołnierza były okrutne, lecz taka właśnie była prawda. Kasimir nie raz słyszał opowieści przy ognisku o plugawych rytuałach sług Mrocznych Potęg i zadrżał na samą myśl o tym co mogą zrobić z ich kobietami i dziećmi.
- Jakie mamy na to szanse? - Zapytał młodzieniec, choć podświadomie znał odpowiedź.
- Niewielkie. Domem tych bestii są leśne ostępy i wrzosowiska. Znają ten teren lepiej od nas, a więc dotrzymanie im kroku będzie wyczynem samym w sobie - odparł Schulz, po czym odwrócił się plecami do chłopaka i ruszył wzdłuż ulicy, aby spotkać się z resztą ocalałych.
- Nawet jeśli ich dorwiemy to jest nas zbyt mało, aby móc ich pokonać - zauważył Kas, idąc za sędziwym żołnierzem. Zatrzymał się na moment, by obejrzeć się za siebie na zwłoki wybranki jego serca. Była to jednostronna miłość, która zakończyła się równie burzliwie jak się zaczęła. Mimo to wiedział, że nigdy o niej nie zapomni i kiedyś w końcu dokona zemsty; za Hansa, za Duraka i za Inge, którzy byli dla osieroconego młodzieńca jak rodzina.
- Ja dla swojej rodziny jestem gotów zrobić wszystko - powiedział Schulz idąc ramię w ramię z wychowankiem krasnoluda. Spojrzenie jego błękitnych jak głębia oceanu oczu powędrowało gdzieś daleko na południe, zdradzając głębokie zamyślenie. - To samo mogę powiedzieć o reszcie mieszkańców, także o tobie. Jeśli chcesz stchórzyć to masz teraz ku temu okazję. Możesz też zostać z nami i wybierać śmierć w walce w słusznej sprawie. Decyzja należy do ciebie…


- Wielu z was straciło wszystko co kochało; swych najbliższych, rodzinę, przyjaciół… - odezwał się zachrypniętym głosem Albert Schulz, stając na samym środku owalnego placu, przy którym wciąż stała jego chata - nietknięta i pusta, będąca jedynie wspomnieniem życia, które dawniej wiódł.
Wokół niego zebrała się garstka ocalałych, którzy podobnie jak on wcześniej, nie mogli uwierzyć w to co się wydarzyło. Ich ponure oblicza zdradzał chłodny grymas, będący czymś pomiędzy gniewem a rozpaczą.
Łowca Klaus, drwal Magnus, Daniel Steinherz i jego wieloletni przyjaciel; Franz Bauer, starzec Pyotr, który mieszkał tu od niepamiętnych czasów, służący Adar zwany Szarakiem, posłaniec Rupert, klasztorny mnich Wilhelm, grabarz Kasimir oraz służąca Katarina, która wraz ze swą panią przybyła do wioski na kilka miesięcy przed najazdem - żadne z nich nie było zawodowym żołnierzem, choć niektórzy byli w kwiecie wieku i mieli doświadczenie w walce. Trudno więc było oczekiwać, że sięgną zaraz po broń i ruszą w pogoń za najeźdźcami, acz to właśnie w nich swą nadzieję pokładał emerytowany żołnierz. Dla porwanych byli też jedyną szansą na ratunek.
- Nie potrafię znaleźć słów, by opisać to co teraz czuję. Los zakpił sobie z nas darując nam życie, abyśmy mogli pochować swoich bliskich i gdyby nie iskra nadziei, która wciąż kryje się w moim sercu to już dawno poderżnąłbym sobie żyły, woląc śmierć od takiego żywota… - kontynuował swój wywód Schulz, który z każdym wypowiedzianym słowem mówił coraz głośniej i pewniej; jak za dawnych lat, gdy w obliczu nieuniknionej zagłady podnosił na duchu swoich towarzyszy broni.
- Podobnie jak wielu z was; byłem świadkiem tej okrutnej rzezi i jest mi niezmiernie przykro widząc ludzi, których znałem od kołyski wśród poległych. Chciałbym móc ich wszystkich opłakać i pochować, lecz wtedy wydałbym wyrok śmierci na porwane przez naszych oprawców kobiety i dzieci - głośny szmer przebiegł wśród zgromadzonego ludu na wieść o kolejnych ocalałych. Był to dobry sygnał dla Alberta, który uśmiechnął się nieznacznie, upatrując w tym szanse na ocalenie swojej rodziny.
- Dobrze słyszycie. Większość naszych kobiet i dzieci przetrwało. Z całą pewnością wszystkie pochodzące z tych rodzin, które mieszkały po tej stronie rzeki i zapewne też niektóre z mieszkających bliżej klasztoru. Zrabowano także Święty Kielich Sigmara, co zapewne sam Wilhelm będzie w stanie wam potwierdzić, acz nie mogę się nadziwić widząc go wśród żywych. Minionej nocy klasztor płonął niczym żagiew i aż trudno uwierzyć, by ktokolwiek był w stanie tam przeżyć - mówiąc to uważnie przyglądał się potężnie zbudowanemu akolicie, który wyróżniał się wśród reszty mieszkańców swoim niespotykanym wręcz wzrostem. W czasach, gdy o jedzenie było trudno, większość ludzi nie osiągała tak imponujących rozmiarów, co tylko dowodziło luksusom w jakich żyło kapłaństwo.
- Być może proszę was o zbyt wiele, ale to właśnie w waszych rękach leży życie tak wielu istnień; waszych bliskich, a także mojej rodziny, która znalazła się wśród uprowadzonych. Znam dobrze zwyczaje tych bestii i wiem do czego są zdolne. Naprawdę, nie chcecie wiedzieć co zrobią z kobietami i dziećmi, kiedy już dotrą do swojego obozowiska… - urwał na chwilę, aby każdy mógł rozważyć jego słowa, po czym zwrócił się do najbardziej doświadczonego w jego opinii osobnika:
- Magnus… Wśród porwanych widziałem Kristen, a wokół niej garstkę przerażonych bachorów, więc pewnie reszta twoich zaadoptowanych dzieciaków również ocalała. Jeśli się pośpieszymy to uda się nam uratować twoją rodzinę, lecz najpierw musimy ustalić kierunek, w którym podążyła ta horda zmutowanych kozłojebców. Chciałbym, żebyś udał się wraz z Klausem na obrzeża wioski i poszukał śladów, co zapewne nie będzie trudnym zadaniem zważywszy na liczebność najeźdźców - Schulz nie miał wątpliwości, że zwalisty drwal zdecyduje się na pościg, dlatego też nie pytał o jego zgodzę, dobrze wiedząc, że takie pytanie mógłby wziąć za zniewagę. Klaus również wydawał się być rozsądnym człowiekiem, w dodatku doświadczony bolesną stratą, którą załagodzić (choć odrobinę) mógł tylko krwawy odwet.
- Daniel, Franz… Na was też liczę. Możecie nie lubić tych dwulicowych klechów, ale żadne z porwanych rodzin nie zasłużyło na los, który chcą zgotować im najeźdźcy. Wiem, że potraficie odnaleźć się na polu bitwy, a w naszej sytuacji jest to wręcz nieoceniona zdolność. Rozejrzyjcie się po okolicy za czymkolwiek co może się nam przydać w dziczy. Być może uda się nam uratować coś ze zgliszczy… - Schulz nigdy nie przepadał za tą dwójką, a w szczególności za Danielem, któremu w pakowaniu się w kłopoty dorównać mógł tylko lekkomyślny Kasimir. Nigdy nie potrafił też zrozumieć morałów, którymi kierował się przez życie ten, jakby nie patrzeć, młody mężczyzna, a jednak i w tym wypadku nie miał wątpliwości, że pójdzie razem za innymi, aby pokazać oprawcom jak wygląda piekło w wykonaniu ostlandczyków.
- Rodziny wśród porwanych, ani zgładzonych nie masz... Na pewno nie biologiczną, ale mam nadzieję, że ruszysz z nami, choćby ze względu na skradzioną relikwię - powiedział do Wilhelma, który owinął ranną głowę mokrą od krwi szmatą. - Z klasztoru niewiele zostało, ale może przetrwały wasze spiżarnie. Nie wiem jak długo zajmie nam ta wyprawa, ale pójście w las bez pożywienia byłoby czystym szaleństwem.
Wiele chat w najbliższej okolicy klasztoru spłonęło, ale stary żołnierz wiedział, że mnisi ze szczególnym zaangażowaniem podchodzili do zapasów żywności i nie zdziwiłby się, gdyby na terenie wioski znajdował się choć jeden dobrze ukryty schowek.
Na sam koniec swej przemowy zostawił garstkę osób, wobec których miał najwięcej wątpliwości, lecz nie był w sytuacji, by móc komukolwiek odmówić przyjęcia pomocy.
- Nie mogę was o to prosić, tym bardziej, że może być to wyprawa w jedną stronę, ale każda pomoc jest mile widziana - zwrócił się do Adara, Kasimira, Katariny i Pyotra. - Możecie nam pomóc lub uciekać. Decyzja należy do was. Nie będziemy mieć wam za złe jeśli wybierzecie tą drugą opcję, tym bardziej, że wojna ma okrutne oblicze i bywa bezlitosna, zwłaszcza dla słabszych... Jeśli jednak chcecie nam pomóc to dobrze by było jakbyście rozejrzeli się za czymkolwiek co może się przydać w podróży. Spotkamy się przy ruinach klasztoru za niecałe pół godziny.
Ostatnią osobą, do której zwrócił się Albert Schulz był Rupert, młody chłopak pochodzący z biednej rodziny, który często służył mieszkańcom wioski za gońca:
- Chciałbym, żebyś zabrał mojego konia i udał się gościńcem na północ w stronę Salkalten. Podobno pod murami miasta rozłożyła swój obóz Kompania Wolfenburska. Opowiesz ich dowódcy o wydarzeniach z Krausnick i poprosisz o wsparcie. Zostawimy po sobie wyraźne ślady, aby wiedzieli, w którą stronę się udaliśmy.

Gościniec Bökenhof - Krausnick, Ostland
7 Kaldezeit, 2526 K.I.
Świt

Stukot podbitych podkowami kopyt oraz głośne skrzypienie ciągnącego przez zaprzęg wozu, zwiastowało nadejście Hieronima Lamberta oraz wynajętych przez niego najemników, odkąd tylko opuścili północną bramę Altdorfu. Podróż była długa i męcząca, tym bardziej, że zdecydowano się na nią na przełomie lata i jesieni, kiedy deszcze i burze w Starym Świecie były nadzwyczaj częstym zjawiskiem. Na całe szczęście, obyło się bez przykrych niespodzianek i niebezpieczeństw, a największą bolączką wędrowców (poza kiepską pogodą) były okute żelazem, drewniane koła wozu, które jak na złość, psuły się co najmniej raz w tygodniu. Wyraźnie uszczupliło to i tak niezbyt pokaźną sakiewkę brata Lamberta, który został zmuszony z wyprzedzeniem wydawać złoto na nowe elementy wozu, gdy tylko zawitał w jakiejś większej osadzie.
Problemy związane z podróżą spowodowały też kolejne opóźnienia, lecz najemnicy nie mogli sobie pozwolić na porzucenie wozu, który obładowany był zapasami żywności, narzędziami oraz dodatkowym orężem, na wypadek, gdyby zawiodła ich własna broń. Ostatnie zakupy dokonano minionego wieczora w Bökenhof i jeszcze na kilka godzin przed nadejściem świtu zwrócono konie w stronę Krausnick, gdzie mieli złożyć wizytę w tamtejszym klasztorze poświęconym naukom Sigmara.

- Ta przeklęta pogoda chyba nigdy nie przeminie - odezwał się brat Lambert na jakąś godzinę przed przybyciem do Krausnick. Jadąc na samym przodzie, potężny kapłan na szarym rumaku robił szczególne wrażenie. Jego poorana głębokimi bliznami twarz była ponurym świadectwem wielu walk, które stoczył w przeszłości, lecz najbardziej rzucał się w oczy zawieszony na plecach ciężki, oburęczny młot, który został przyozdobiony czaszkami wrogów Imperium. Długie szaty, w kolorze czerwieni i złota powiewały na wietrze, a ciężki stalowy napierśnik opinał jego tors, nie pozostawiając wątpliwości co do powołania mężczyzny.
Tuż za nim konno jechała okryta futrem, blondwłosa kobieta, dla jednych piękna, dla innych zbyt szpetna z powodu licznych blizn. Jej wygląd był równie imponujący, co mylący. Ta pochodząca z odległej Norski białogłowa była świetnie wyszkoloną wojowniczką, która sztukę fechtunku doskonaliła na imperialnych arenach, nasączając ich piaszczyste gleby krwią swych wrogów. Rzadko się odzywała, a gdy to robiła to najczęściej w swym gardłowym, przypominającym szczekanie psa, języku. Była dumna ze swego pochodzenia; nie kryła się z tym, otwarcie eksponując rytualne tatuaże, które zdobiły jej odkryte ciało...
Tuż obok Lamberta jechał Severus; skryty pod kapturem podróżnego płaszcza akolita na służbie Sigmara, który w jednej dłoni trzymał lejce, a w drugiej uroczą fretkę o imieniu Marta. Była ona powodem ciągłych kpin ze strony Hieronima, który nie potrafił uwierzyć, że ktoś oddany służbie wybawicielowi Imperium marnuje swój cenny czas na opiekowanie się bezużytecznym zwierzakiem, a przynajmniej tak to argumentował w swoich ostrych słowach. Severus jednak cierpliwie znosił docinki starszego rangą od siebie kapłana; zdążył już przywyknąć do bardziej rozkapryszonych przełożonych i ich czerstwych obelg.
Kolejnym towarzyszem podróży był krasnolud Thravar; szczelnie zakuty w skórzaną zbroję, opryskliwy jegomość, który podobnie jak większość jego pobratymców, nie należał do zbyt rozmownych. Bujna, ruda broda wystawała ze stalowego hełmu, którego znaczyły symbole starożytnego klanu, z którego wywodził się ten stosunkowo młody jeszcze krasnolud. Jako jedyny z najemników nie miał przydzielonego wierzchowca na własny użytek. Tymczasowo służył za woźnicę, ale w przeciwieństwie do reszty swoich towarzyszy nie musiał narzekać na obolały tyłek.
Ostatnim członkiem ekspedycji był Wilhelm Andree; najbardziej wygadany osobnik, który ze szczególnym entuzjazmem opowiadał o swoich wyczynach, a w zwłaszcza tych z domeny wojny i miłości. Nie wyglądał tak imponująco co Lexa czy Thravar, lecz opowieści o jego bohaterstwie robiły spore wrażenie. Choć szelmowski uśmiech, który czasem gościł na jego twarzy, potrafił wzbudzić wątpliwości co do autentyczności tych wszystkich historii...

Droga, którą podążali najemnicy była kręta i rzadko uczęszczana, o czym świadczyć mógł jej kiepski stan i wysokie kępy trawy wyrastające z pobocza. Krajobraz szybko przerodził się z pełnego farm i pól w gęste, leśne ostępy, które rzucały swój ponury cień na ścieżkę przed nimi. Z nieba wciąż padał deszcz, a słońce ledwo co wyjrzało zza horyzontu nagradzając zmęczonych wędrowców pierwszymi ciepłymi promieniami, które padły prosto na ich twarze. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że wioska, do której zmierzają została zrównana z ziemią…


 

Ostatnio edytowane przez Warlock : 27-01-2016 o 15:38.
Warlock jest offline  
Stary 25-01-2016, 22:03   #3
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1585 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
Klaus był pełnym życia i radości młodzieńcem, jedynakiem, szykującym się na dniach niemal do ożenku, wioskowym łowcom , uczestnikiem zabaw i popijaw wszelakich. Najwyraźniej ciągnęło go do towarzystwa innych, zapewne przez samotne kilkudniowe nieraz wyprawy w knieje w poszukiwaniu zwierzyny. Praktycznie nigdy nie wracał bez zdobyczy, jakby za zasadę przyjmując by nie pojawiać się we wsi z pustymi rekami, nie raz opłacił to przeziębieniem gdy zostawał w lesie także w czasie niepogody.

W zasadzie tylko Sigmayci - w tym i Wilhelm - akolita Sigmara wiedział czemu służą nader częste wizyty Klausa w klasztorze. Jedni przypuszczali że po prostu się modli, inni zakładali że ostro targuje się z mnichami upolowaną zwierzyną ( z która w zasadzie zawsze odwiedzał klasztor) jedynie Wilhelm wiedział, że młody łowca pobierał nauki czytania i pisania, trudząc się przy tym niepomiernie, ale i robiąc nader widoczne postępy. Sam Klaus zdawał się być nieco ta nauka skrępowany, jakby nie chciał się wybijać pośród rówieśników ze wsi, sam jednak fakt podjętej nauki ( za która obficie płacił w zwierzynie) świadczył o pewnych ambicjach łowcy.

Na twarzy tego młodego, 19 letniego chłopaka o krótkich brązowawych włosach , niemal zawsze gościł uśmiech, czasem szelmowski, zazwyczaj jednak zwykły, przyjazny, pogodny. Nie było zbyt wielką tajemnicą, że spotykał się z Hanną - córka zielarki w lesie. Co wnikliwsi mogli przyuważyć podobne pory w jakich tych dwoje wybierało się za wieś i mimo różnych ścieżek jakie obierali , łatwo było się domyśleć że gdzieś w okolicy maja swe schadzki.

Hanna wracała z takich wypraw rozpromieniona, a Klaus szczerzył się niczym dziecko któremu rodzice podarowali słodycze. To były proste , piękne czasy, pogodne pomimo powszednich trudności. Klaus problemów zdawał się nie zauważać, niemal zawsze wierząc w pomyślne ich zakończenie. Mieszkańcy Krausnick, zwłaszcza rówieśnicy wiedzieli że za dwa miesiące miał się odbyć ślub , część z nich była już zaproszona, a reszta wsi dowiedziała się nader szybko od wtajemniczonych. W takich wioskach nawet pierdnięcie na jednym krańcu wsi nie uchodziło uwadze tym którzy mieszkali na drugim krańcu. A co dopiero takie nowiny.

Klaus z tego powodu w ostatnich tygodniach był wyjątkowo szczęśliwy, radosny, towarzyski... Był...

W klęczącego nad ciałem Hanny młodzieńcu trudno było rozpoznać tego promienistego chłopaka jakim był jeszcze dwa dni temu. Płacząc, wyjąc w zasadzie tulił do siebie zakrwawione zwłoki narzeczonej. Na przemian to walił pięściami w ziemie wyjący ze złości, to znów chwytał za ciało Hanny próbując je utulić, ocucić być może, choć każdy kto spojrzał na zwłoki wiedział, że na ocucenie dziewczyny nie ma szans. Nawet było lepiej dla niej że już nie żyła, w tym stanie w jakiej pozostawili ją oprawcy nikt by nie chciał żyć.
Przez długi czas nie zważał na otoczenie, na kierowane doń słowa, szarpanie. Świat zamknął się dla Klausa i Hanny , jakby nie było nic poza nimi. W zasadzie był jeszcze ktoś, ale o tym wiedzieli tylko oni. Ktoś ktoś dopełniał gorycz rozpaczy, a którego bezkształtne jeszcze ciałko spoczywało w łonie niedoszłej matki.

***

- Chciałbym, żebyś udał się wraz z Klausem na obrzeża wioski i poszukał śladów, co zapewne nie będzie trudnym zadaniem zważywszy na liczebność najeźdźców
.

Słowa Schultza wyrwały na chwilę z otępienia Klausa, który przez moment nie zdawał sobie nawet sprawy że stoi wraz z innymi na placu. Jakby w spowolnieniu docierała do niego wcześniejsza przemowa, którą zarejestrował, ale która jakby nie dotarła jeszcze do głębi jego świadomości.

- Czy ... czy widziałeś też moich rodziców? Anne i Ruperta? - zapytał choć bez większej nadziei w głosie. Wzrok skierował ku zgliszczom domu spośród których nie sposób było stwierdzić, nie bez wielogodzinnych poszukiwań , czy znajdowały się zwłoki.

Na wspomnienie Schultza o klasztornej spiżarni , dodał , morowym , jakby pozbawionym życia tonem - U... upolowałem sarnę.

- Przerwał gdy słowa ugrzęzły mu w gardle a oczy się zaszkliły. Świadomość, że ścigał zwierzynę, podczas gdy oprawcy mordowali mieszkańców wsi, w tym i Hannę, nie dawała mu spokoju. Wyrzuty sumienia mieszały się z żądzą zemsty. Zamierzał ruszyć czym prędzej z Magnusem w poszukiwaniu śladów. Zamierzał tropić i zabijać oprawców, jednego po drugim, choćby miała to być jedyna rzecz która miał robić do końca życia. W zasadzie i tak nie mógł się skupić na niczym innym.

W tropieniu nie chodziło tylko o ustalenie kierunku w jakim ktoś się udał, drogi jaką szedł. Nie mniej ważna była ocena liczebności, określenia zwierzyny na jaką sie poluje, jej tempa poruszania się , dróg jakie obierała. Polowanie na dwunożną zwierzynę różniło się od polowania na czteronożną. trzeba tu było wliczyć niekonwencjonalne metody, spryt i inteligencje obce zwierzętom, możliwości zacierania śladów, mylenia pościgu a nawet zakładania pułapek. Co prawda szansa na takie podstępy w początkowej fazie pościgu była raczej znikoma, ale w późniejszym etapie tropienia musiała już być brana pod uwagę.

Klaus wiedział że od jego umiejętności może zależeć życie wielu osób, ale po prawdzie miał to tylko na granicy świadomości, w tej chwili liczyło się bardziej dopadnięcie sukinsynów którzy zamordowali jego Hannę. W zawziętej twarzy , zaciśniętych ustach i nieobecnym spojrzeniu, mało kto poznawał jeszcze Klausa.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 09-02-2016 o 00:30.
Eliasz jest offline  
Stary 25-01-2016, 23:25   #4
 
Stalowy's Avatar
 
Reputacja: 11526 Stalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputacjęStalowy ma wspaniałą reputację
Przybył do klasztoru w Krausnick będąc ledwie mężczyzną wraz z bratem Oswaldem, pobożnym mnichem z tegoż przybytku. Zaledwie tydzień po tym wydarzeniu został przyjęty do nowicjatu i przywdział habit. Już wtedy był bardzo wyrośnięty, a i zdawało się, że surowe życie zakonne wcale mu nie przeszkadzało nabierać dalszej tężyzny.

Prawda była bowiem taka, że Willhelm od początku swojego pobytu ciężko harował niczym sługa od świtu do nocy. Wszystkie obowiązki znosił cierpliwie w milczeniu nie narzekając na swój los. Przez wiele lat... dużo dłużej niż zwykle trwał nowicjat.

***

Atak przyszedł nagle. Willhelm nie pamiętął co się wydarzyło. Kiedy się przebudził klasztor był już splądrowany i spalony. On sam leżał z rozbitą głową w jego pobliżu. Zaledwie tydzień dzielił go od przyjęcia święceń na kapłana. Wyczekiwał tego dnia, kiedy będzie mógł w końcu nie tylko działać na rzecz klasztoru swoją wielką krzepą, ale również dobrym słowem. Teraz zaś wszystko legło w gruzach...

Willhelm Stahlmann poprawił zakrwawioną szmatę na swojej głowie i zacisnął zęby. Łeb go bolał niemiłosiernie. Akolita, prawie dwa metry potężnie zbudowanego chłopa, spojrzał groźnie na Schultza... stary weteran przystąpił do organizowania ludzi. Cel miał jasny i pewny. Powstrzymać chaosytów. Willhelm jako ostatni żyjący duchowny z klasztoru musiał teraz sam zaopiekować się wieśniakami oraz ruinami monastyru...

... i skradzioną relikwią.

Tego chciał od niego Sigmar.

Bez słowa odwrócił się i ruszył przez tłum. Weteran miał rację. Jeżeli miała wyruszyć wyprawa konieczne było podzielenie się zapasami żywności. Może też uda mu się z ruin klasztoru odgrzebać coś przydatnego. Mógłby przysiąc, że świętej pamięci brat Oswald wspominał coś o bojowym rynsztunku opata, jednak czy udałoby się w tak krótkim czasie odnaleźć pod rumowiskiem te rzeczy? Najważniejsze było póki co jedzenie.
 

Ostatnio edytowane przez Stalowy : 26-01-2016 o 00:15.
Stalowy jest offline  
Stary 26-01-2016, 02:03   #5
MTM
Komendant Pazur
 
MTM's Avatar
 
Reputacja: 12434 MTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputację
Deszcz zmoczył jego długie, spływające za ramiona włosy. Wytarte w brudzie i kurzu pojedyncze kosmyki oblepiały mu twarz, dodając jego obliczu żałosnego wyglądu. Jego ubranie było przetarte, a w paru miejscach nawet potargane. Ciało zdobiły niegroźne ranki, a po czole cieknął leniwy strumyk krwi popędzany przez nieustępliwą ulewę. Tak wyglądał Adar po tym, jak przeżył zburzenie własnego domu. Domu, o którym marzył od lat.

Szarak, bo tak często o nim mówiono, pojawił się w Krausnick jakieś dwie dekady temu. Podobno jakaś pielgrzymka porzuciła go jako niemowlaka, kiedy wizytowała w tej niegdyś spokojnej miejscowości. Ci z mieszkańców, którzy gościli w tawernie „Przyklasztornej” kojarzą go przez wzgląd na Berna Kortera, rubasznego właściciela, który przyjął sierotę pod swoje skrzydła i zrobił z małego chłopca swojego wychowanka.

Szarak był znany przez miejscowych, jednak rzadko zauważany. Ten bowiem nieczęsto udzielał się w wiosce, całe dnie spędzając na pracy oporządzając gości i pielgrzymów, ich pokoje oraz przygotowując strawę. Babcia Elna, urocza staruszka również zatrudniona w zajeździe nauczyła go wszystkiego, co wiedział o sztuce kulinarnej. Co prawda właściciel tawerny czasami musiał gonić chłopca pasem do pracy, jednak to koniec końców się opłaciło. Wychowany na sługę dowiedział się, co to jest posłuszeństwo oraz dlaczego warto szanować ciężką pracę.
Po latach mozolnej pracy i oszczędzania Adar dorobił się własnego skrawka ziemi, na którym wkrótce wybudował swój prawdziwy dom... a kilka tygodni później zachwiane sklepienie omal nie zmiażdżyło go we własnym łóżku. Tylko cudem udało mu się wypełzać z ruiny, w jaką obróciło się jego domostwo. Marzenia mężczyzny na normalne życie jako pełnoprawnego obywatela spłonęły na panewce razem ze zgliszczami. Z Krausnick nie zostało już niemal nic. Większość mieszkańców została wyrżnięta w pień. Ludzie, których znał, rówieśnicy, nawet Bern Korter czy Babcia Elna... wszyscy nie żyli. Tym samym prosty sługa Szarak stracił swoją tożsamość.

A jednak wciąż była nadzieja. Garstka ludzi, których bardziej znał z widzenia, niż faktycznie zamienił z nimi zdanie kurczowo trzymała się przy życiu. Ich rodziny zostały uprowadzone i to motywowało tych ludzi do działania.
To zabawne, żył z nimi tyle lat, a mimo to nie utrzymywał z nimi kontaktu. Ale teraz? Byli wszystkim, co znał. Miał odejść? Gdzie? Szarak był nikim. Sam nie stracił rodziny w ataku sług chaosu, bo takiej nie posiadał. Adar zrobi jednak wszystko, by pomóc tym ludziom odzyskać swoich bliskich i pomścić zabitych krewnych.
Byli wszystkim, co znał.

- Wrócę się do „Przyklasztornej” i odwiedzę inne przybytki. Tawerna została zburzona, ale może uda mi się odzyskać jakieś zapasy i sprzęt - odezwał się cicho, spoglądając na Schulz'a, jednak na tyle wyraźnie, by ten mógł go zrozumieć. - Jeśli macie zamiar ruszyć w pościg, potrzebujecie kogoś, kto zatroszczy się o podstawowe potrzeby po drodze. Nie potrafię wiele, jestem tylko prostym sługą. Nie strach mi jednak ciężka i brudna praca. I podobnie jak wy, oprócz życia nie mam wiele do stracenia. Idę z wami.

Choć głos Adara był drżący i niepewny, jego oczy, zazwyczaj zamyślone i bez wyrazu pałały determinacją. Zawsze chciał zostać częścią Krausnick. Krausnick już nie było. Ostała się tylko ta grupka pokrzywdzonych przez los. Zostanie więc ich częścią.
 
__________________
"Pulvis et umbra sumus"

Ostatnio edytowane przez MTM : 26-01-2016 o 02:07.
MTM jest offline  
Stary 27-01-2016, 13:38   #6
 
PanDwarf's Avatar
 
Reputacja: 5559 PanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputacjęPanDwarf ma wspaniałą reputację
Koła wozu toczyły się mozolnie po grząskiej drodze podskakując co jakiś czas na wybojach czy też przechylając się to w lewo to w prawo na kolejnych dołach.Deszcz zacinał praktycznie od dnia jak wyruszyli z Altdorfu, a od tamtego czasu widzieli już ze trzydzieści zmierzchów i świtów. Thravar z posępną miną siedział na wozie niczym wykuty w kamieniu misterny posąg, lekko otyły krasnolud mierzył niecałe 160 cm wzrostu, więc był całkiem wysoki jak na krasnoluda.
Krępa budowa zdradzała drzemiącą w nim siłę,grube ramiona, szerokie bary do tego dłonie wielkości bochnów chleba. Dodając do tego niewielki wzrost i wszystko sumując tworzyło to nieodparte wrażenie baryłkowatej sylwetki . Ognistoczerwone włosy opadały na ramiona, a bujna gęsta broda spływała na szeroką pierś. Cześć z niej została zapleciona w grube warkocze, na których końcach znajdowały się proste masywne srebrne pierścienie. Ponure spojrzenie brązowych oczu wyzierało przez wizjer misternie zdobionego płytowego hełmu zamkniętego okalającego głowę. Na przedzie hełmu widniały jakieś krasnoludzkie symbole, które nic wam nie mówiły. Okryty od stóp do głów niedźwiedzim futrem, spod którego można było dojrzeć co jakiś czas opancerzenie. Ramiona wraz z korpusem chronione były przez ciasno opiętą kurtę skórzaną na której znajdowała się koszulka kolczą z rękawami. Nogi opięte były spodniami skórzanymi, które dodatkowo ochraniała koszulka kolcza,a poniżej kolan osłaniane przez wysokie buty z cholewami. Na biodrach spoczywał szeroki pas, do którego przytroczony był mieszek ze złotem oraz zatknięty za niego półtoraręczny krasnoludzki młot bojowy, który mimo masywnej głowni miał średniej długości trzonek. Stalowy obuch był wspaniale zdobiony jednak nie bogato i choć broń była przeciętnej jakości wykonania to pokrywające, piękne acz proste zdobienia i pismo runiczne dodawały tej broni ogromnej wartości, szczególnie dla linii krwi Thravara. Stylisko młota było wykonane z ciętego grabu i jego długość plasowało się pomiędzy jedno, a dwuręczną wersją stylu do młota bojowego. Bitnia była większa niż w innych młotach tego rodzaju co oddawało mu swego rodzaju wyjątkowego wyglądu. Do drugiego boku pasa przytroczona była kusza oraz kołczan z bełtami. Na lewym ramieniu spoczywała na pasku wzmocniona okrągła tarcza.




Kto zaś zdążył poznać Thravara Griddssona, Altrommiego klanu Khazak Khrum, Tarczownika Twierdzy Karak Kadrin wiedział iż ten osobnik był upartym i stanowczym krasnoludem. Honor cenił ponad życie, przyzwyczajon do wydawania i przyjmowania rozkazów przez lata walk spędzonych w tunelach. Jego przysięga ,obietnica tudzież słowo, raz dane było jak góra, niezmienne i nienaruszone. Gdy komuś takową złożył, uczyniłby wszystko by się wypełniło. Czyniło to z niego wiernego sprzymierzeńca, na którym można było polegać nawet gdy wszyscy wokół by zwątpili. Jego język często bywał dosadny i mało dyplomatyczny. Była także druga strona tej monety, on nigdy nie zapomniał, nie wybaczał, a pomstę na swoich wrogach wywierał prędzej czy później, a jak nie on to jego potomkowie oraz klan. Uwielbiał grę w kości, pijatyki, zawody stukania głowami czy też smakowanie trunków wszelkiego rodzaju, jednak jego największą miłością była fajka nabita przednim zielem połączona ze spokojnym strzelaniem ognia w kominku.
Był zdecydowanym patriotą, kochał góry,rodzinę,klan jak każdy krasnolud wierzył i robił wszystko by Imperium krasnoludzkie jakie trwało przed wielkimi wybuchami i wojna z grobimi powróciło. Marzył o odbiciu starych twierdz z rąk wrogów, odnalezienie tysięcy zagubionych artefaktów czy też tomów wiedzy...

********

Thravar wypluł z siebie stek przekleństw w khazalidzie, gdy rzęsisty deszcz zgasił mu po raz kolejny fajkę, starał się ja na nowo rozpalić jednak w tych warunkach graniczyło to z cudem. W końcu zrezygnowany schował ją za pazuchę wzdychając ciężko.

- Jak długo kurważ jeszcze szczać to niebo na nas zamierza? Jakbym był Elgram Eldi to już zdążyły by mi świeże gałązki w zadku wyrosnąć, a tfu!... zaraza – kończyła się cierpliwość krasnoluda do wszechobecnej wilgoci .

Na domiar złego wóz ledwo co domagał – Chciałbym ja poznać stwórcę tego niesamowitego wynalazku, który mój zad niesie. – wóz nagle zaskrzypiał i przechylił się groźnie, uspokoiwszy się po chwili wyjeżdżając z kolejnej koleiny - U nas w górach taczki do łajna solidniej zbudowane bywają. Jak ta tocząca się ruina doczołga się z powrotem do Altdorfu, to na Bogów Przodków beczkę trunku stawiam. – dupa krasnoluda odkleiła się od ławy podskakując na kolejnym wyboju w jaki wjechał.
 
PanDwarf jest offline  
Stary 27-01-2016, 13:55   #7
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 2801 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Severus Modestus Antius, bo tak miał na imię akolita Sigmara siedział w ciszy i milczeniu na wozie. Co jakiś czas słuchał kąśliwych uwag Hieronima Lamberta, i tylko grzecznie, a wręcz z pokorą przytakiwał głową. Ubrany był w długą, poniszczoną i podartą lnianą tunikę,której materiał przylegał blisko do ciała i sięgał do stóp. Sama tunika miała wąskie rękawy, a w pasie przewiązana była zwykłym białym sznurem. Buty również miał znoszczone, i wyglądały jakby ich właściciel odziedziczył je po starszym bracie. Miecz, który trzymał przy pasie, tak jak i sztylet, był już poszczerbiony i nosił ślady używania. Obie jednak bronie najczęściej zostawiał na wozie, i nie chodził z nimi, jakby nie przywykł do ciężaru broni albo nie umiał się z nią za dobrze posługiwać.

Blondyn o średniej budowie ciała, nie wyglądał na siłacza, a wręcz wydawał się być chuderlakiem. Włosy miał dość długie, bowiem sięgały mu aż za policzki, zawsze ułożone były w nieładzie i odstawały na wszystkie strony. Ciemne, niebieskie oczy spoglądały na świat z zaciekawieniem, choć było w nich coś niepokojącego. Ci, którzy z nim rozmawiali, mogli mieć wrażenie że są badani lub poddawani jakiejś ocenie. Delikatny zarost, idealnie pasował do jego młodzieńczej twarzy, choć z pewnością musiał być on starszy niźli wyglądał. Dwie małe blizny, które miał pod lewym okiem, wyglądały jak ślady nacięcia, co mogło świadczyć że ów mężczyzna był kiedyś torturowany, albo miał bardzo bliskie spotkanie z ostrymi pazurami. Ci baczniejsi obserwatorzy, mogli zauważyć że Sigmarita, większość rzeczy wykonuje prawą ręką a lewa dość często mu drży. Maskował to jednak w sposób prawie idealny, przez co nikt nie traktował go jako ułomnego.

Choć akolita nie starał się unikać nikogo, to też z nikim początkowo nie zawierał zbytnich zażyłości. Wśród całej tej dziwnej gromady, która im towarzyszyła, swoje spojrzenie i to bardzo ukradkowe, kierował w stronę Lexy. Ta wolała jednak by mówić do niej Harpio z Norski. Długowłosa wojowniczka, która zarówno przyciągała wzrok jak i sprawiała, że serce potrafiło zatrzymać się ze strachu, nosiła futro, pod którą zawsze zakładała zbroję. Z całego jednak jej rynsztunku, najbardziej w oko, wpadał gruby pas zapinany dzięki okrągłej klamrze, na której widniał emblemat śmierci; trupia czaszka. Severus parokrotnie zastanawiał się, czy Lexa używa go do związywania swoich kochanków.Choć parokrotnie myślał by do niej podejść, to jej ciągle napięta twarz, i oczy które bez ustanie wyszukiwały niebezpieczeństwa, zawsze wzbudzały w nim strach. Choć była trochę niższa od niego, bowiem czeladnik młotodzierżcy mierzył lekko ponad metr osiemdziesiąt, to jej postawa i umięśnienie nie mogło pozostać nie zauważone i sam akolita wyglądał na jej tle blado.
Jednak jeśli chodzi o płeć przeciwną, to całą swoją uwagę poświęcał Marcie. Gdyby jednak była ona jeszcze kobietą ludzką, było by to w porządku. Marta była fretką.


Choć jego bezpośredni przełożony kpił sobie, z opieki jaką otaczał małe zwierzątko, to jednak sam Sigmar mówił by dbać i troszczyć się o słabszych. Tak więc akolita, gdy tylko mógł, oddawał małej część swojego prowiantu, i zawsze pilnował by ta za daleko nie uciekła. W zimne noce, jak i dnie, siedziała ona schowana pod jego tuniką, na którą często zarzucał płaszcz albo koc, by było im cieplej. Marta, mimo iż była niewielkim drapieżnikiem, to jednak zatraciła z czasem swój instynkt, choć gdy była z czegoś niezadowolona potrafiła dość boleśnie ugryźć swego Pana. Zawsze jednak potem przepraszała, łasząc się i wchodząc mu na głowę. Najbardziej aktywna bywała w godzinach zmierzchu i świtu, przez co młodzieniec zawsze wstawał jako jeden z pierwszych. Miało to też swoje plusy, bowiem zawsze przed swoim przełożonym zdążał zmówić modlitwę i przez chwilę oddać się “rozmowom” z Bogiem.

Deszcz, tego dnia padał dość rzęsiście, więc Marta siedziała schowana za pazuchą a sam Severus szczelnie okrywał się płaszczem. Kaptur miał narzucony mocno na głowę, i tylko dziękował Bogu za pierwsze promienie słońca, które wyłoniły się zza ciemnych chmur. Z drżeniem serca, i wielkim oczekiwaniem pragnął już zejść z wozu i postawić stopy w jakiejś karczmie. Gorąca kąpiel, kubek ciepłego wina i jakieś dobre mięsiwo marzyło się kandydatowi na kapłana.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline  
Stary 27-01-2016, 14:44   #8
Femme Fatale
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 36521 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Lexa pochodziła z dalekiej północy, gdzie chłód wiatru potrafił zniszczyć ducha w najsilniejszym podróżniku z odległego imperium. Norska hartowała w ludziach tu urodzonych siłę i wytrzymałość, rysowała ich charakter tak wyraźnie i głęboko, jak naostrzony metal potrafił ciąć delikatną skórę. Wdrożenie to było na tyle głębokie, że na próżno było szukać wśród kobiety ciepła czy dobrego słowa. Nie liczyło się nic z tych rzeczy, uczucia nie były istotne, a cel, w jakim bogowie stworzyli kobiety, napawał ją obrzydzeniem. Nie miała zamiaru wypluwać z pochwy kolejnych bachorów, raz po raz latać z nadętym bębnem i być bezużytecznym wojownikiem. Nie chciała być taka, jak jej matka, której zdolności walki, według Lexy, były po prostu przeciętne, a każdy kolejny gówniarz wysrany z jej macicy, sprawiał, że była słabsza.


W Imperium i jego okolicach, waluta jaką dysponowała, okazała się być prawie bezużyteczna. W dodatku każdy miał ochotę opluć ją z góry, tylko nie każdy miał do tego odwagę. Niełatwo było się wkręcić w Gladiatorskie życie, tym bardziej, jeśli miało się zalążek cycków, a między nogami nie dyndała podrzędnej długości kiełbasa ze świni. Ze śmiechem na ustach dano jej szansę walki, choć tłum buczał tak głośno, że miało się ochotę najpierw rozpruć wszystkich na trybunach, a potem tych na arenie. Pierwsza walka nie była wcale łatwa. Organizatorzy mieli nadzieję skończyć szybko z zadziornym babiszem, jednak ona ku zdziwieniu wszystkich, dobrze sobie radziła. Nie uniknęła ran na plecach, rękach czy nogach, ale w ostateczności rozpłatała łeb swojemu przeciwnikowi. Gdy na trybunach nastała niezręczna cisza, Lexa szybko ją przerwała dzikim okrzykiem zwycięstwa, któremu zawtórowały tłumy. Walka za walką, a sakiewka pomału się napełniała, ludzie zaczęli ją rozpoznawać, a inni, którzy nie widzieli jak wygląda, wspominali często na targu o "Harpii z Norski".


Walki skończyły się, kiedy podczas jednej z nich Lexa otrzymała poważną ranę. Owszem, wygrała, dzięki czemu nie okryła się hańbą. W końcu w walce chodzi o to, by wygrać lub umrzeć, nie ma innych dróg.
Strażnicy areny wywalili ją jak zdychającego psa na ulicę. Nie nadawała się już do walk, póki nie wyliże rany na brzuchu. A ta nie była lekka, nie dało się jej liznąć i po sprawie. Kobieta ledwo mogła wstać, przeszywający ból był jednocześnie nieznośny i działał jak narkotyk napędzający do działania. Późną nocą udało jej się dojść do gospody, w której padła nieprzytomna.

Nieprzytomna i z wysoką gorączką leżała tam ponoć wiele dni, może i ponad tydzień. Nie wiadomo, z jakiego powodu właściciel lokalu w ogóle chciał jej pomagać, ale prawdopodobnie było to spowodowane dobrym sercem jego córki oraz zamiłowaniem syna do areny. Gdy wyzdrowiała odpłaciła się za pomoc, ochraniając karczmę zupełnie za darmo. Dostała tylko pokój, najgorsze jedzenie, ale to było wystarczające.

Nie mając już nic więcej do robienia, wyruszyła w dalszą drogę. W Aldorfie szybko zatrudniła się jako ochrona do karczmy, jej przydomek rozprzestrzenił się po świecie szybko jak zaraza. Być może była zarazą tego świata.
W ochranianiu karczmy lubiła to, że zawsze było komu wpierdolić. W te nudniejsze i bardziej spokojne dni, po prostu ją nosiło i tylko wzrokiem badawczo poszukiwała burdy.

Nowe zlecenie jednak nadeszło szybko. Pewien Sigmarita miał wyruszyć po relikt, do jakiejś zapyziałeś pizdodziury. Lexa, znudzona ciągłym staniem przy karczmie, postanowiła wyruszyć dalej. Miała trochę zarobionych monet, więc mogła kupić rzeczy potrzebne do wyprawy. Gdy wóz już stał gotowy do drogi, przed najemnikami stanęła gotowa do wyprawy blondynka, której uśmiech bardziej przerażał, niżeli zachęcał do bliższego poznania.



Średniego wzrostu, dojrzała kobieta, o umięśnionej budowie ciała mogłaby mierzyć się siła z niejednym, postawnym mężczyzną. Jej skóra nie tylko ozdobiona była licznymi, czerwonymi tatuażami, ale i wieloma głębokimi i wstrętnymi bliznami. Lexa może robić wrażenie, ale na pewno nie dzięki swojej kobiecości, bo tej doszukać się można jedynie w fizycznych aspektach, jakie każda przedstawicielka płci żeńskiej posiada.
Kobieta cechuje się długimi, blond włosami, owalną buzią z wyraźnym zarysem gałęzi żuchwy jak i jej kątów, wysokim czołem, którego dystans został zmniejszony optycznie poprzez tatuaż oraz zielonymi oczami, bijącymi nie tylko dzikością, ale i pogardą. W jej wyrazie twarzy, czy też spojrzeniu, na próżno było szukać wiedzy lub większego zarysu inteligencji, sprawiała raczej wrażenie niezbyt mądrej, choć wprawionej w boju i spostrzegawczej kobiety. Piersi owszem, istniały, lecz nigdy nie były eksponowane. Zakryte skórzaną kurtką, która służyła za pancerz, ledwo nadawały jej jakiegokolwiek wybrzuszenia. Co innego tyczyło się bioder Lexy, które były znacznie szersze, choć nie szersze od jej ramion. Wokół tychże bioder zawieszony miała gruby pas zapinany dzięki okrągłej klamrze, na której widniał emblemat śmierci; trupia czaszka. Dolna partia jej ciała, aż do wpół ud, zakryta była niewiele znaczącą przepaską, podtrzymywaną przez pas. Niektórym mogło to przypominać strój w jakim walczyli na arenie gladiatorzy. Błądząc wzrokiem po jej zgrabnym, umięśnionych nogach, ozdobionych licznymi bliznami, dochodziło się w końcu do skórzanego lub może bardziej szmacianego obuwia, które osłaniało jej stopy oraz łydki aż do kolana.
Gdyby ktoś pragnął bardziej się przyglądać, na pewno nie umknęło by jego uwadze umiejscowienie tatuaży - twarz, ręce, brzuch, klatka piersiowa - to tutaj malowały się najliczniej. Prócz nich, wszędzie miała blizny, mnóstwo blizn, które szpeciły jej ciało, choć według niej były one powodem do dumy.


Podczas konnej podróży kobieta ciągle milczała. Raz na jakiś czas, podczas napotkania przeszkód lub niepowodzeń, zawarczała coś w języku norskim i tyle słyszano jej głos. Nie pokazywała nikomu, że zna ich język, nie lubiła się nim posługiwać, nie był on "jej" językiem, toteż używała go jedynie w sytuacjach koniecznych. Tutaj takich nie znalazła.

Wilhelm był strasznie rozgadany, biadolił ciągle o swoich walkach i podbojach, a Lexa mierzyła go spojrzeniem pełnym gróźb i chęci dania komuś w ryj. Mimo to zmuszona była do słuchania tego ględzenia, a milczenie kobiety wcale go nie zniechęcało. Opowiadał dalej sądząc pewnie, że po prostu rozkoszuje się jego głosem w zupełnej ciszy.
- Jævla drittsekk, enda litt, og hans tarmen jeg rive ut av lettlurt* - Gardłowe słowa, brzmiące w jej języku niczym ostrzeżenie, wydobyły się z jej ust w chwili, gdy Wilhelm zrobił sobie krótką pauzę między opowieściami. Nie obchodziło ją to, jak inni reagują na jej rodzimy język, była dumna z tego, kim jest. Siedząc na koniu właśnie taką cechowała się postawą i żadne szczanie z nieba nie robiło na niej wrażenia.

Krasnolud był jedną z niewielu osób, która tutaj zasługiwała na miano wojownika. Lexa nie miała pojęcia, co te dwa chuchra robią w tej podróży, może mieli być ich małymi dziwkami?
- U nas w górach taczki do łajna solidniej zbudowane bywają. Jak ta tocząca się ruina doczołga się z powrotem do Altdorfu, to na Bogów Przodków beczkę trunku stawiam. – dupa krasnoluda odkleiła się od ławy podskakując na kolejnym wyboju w jaki wjechał. Kobieta zaśmiała się.
- En fjert fra fett oppgave og absolutt en knuse som et ludder på en billig madrass** - Skomentowała krótko.

Tyle było atrakcji z jej strony. Zawsze czujna, bacznie obserwująca otoczenie, gotowa do walki w każdej sekundzie, wręcz jej wyczekując.


* Pierdolony psi kutas, jeszcze trochę i wypruję mu jelita przez dupę
**Jedno pierdnięcie z twojego tłustego zada a na pewno się rozpierdoli jak dziwka na tanim materacu

 

Ostatnio edytowane przez Nami : 27-01-2016 o 15:57.
Nami jest offline  
Stary 27-01-2016, 15:04   #9
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 5900 Hazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputację
Życie w drodze. Wieczna tułaczka po pełnych smutku i cierpienia Imperialnych ziemiach, gdzie jego domem były szlaki i przydrożne karczmy. Dziesiątki tysięcy mil imperialnych wijących się niczym wąż traktów, które jako jedyne pamiętały wszystkie niezliczone historię, które przytrafiły się wędrującym po nich podróżnikom. Pasma cierpienia, smutku, rozpaczy, przeplatały się z chwilami dobrym, pełnymi wzruszeń, triumfu i radości, były tak samo nieodzowną częścią tych dróg jak i zalegające na nim breje błota. Wilhelm wiedział to wszystko, dlatego nie mógł uwierzyć, jakim cudem droga od Altdorfu, aż po niemalże sam Krausnick, była tak nudna.

- Niech to diabli - mówił z przekorą. - Chyba rzeczywiście Sigmar nam sprzyja, skoro poza felernym wozem, nie trafiło nam się nic, o co chciałby się zawadzić ostrzem miecza. O ile życie byłoby łatwiejsze, gdyby jakiś boski poplecznik podróżował niegdyś z moją kompanią. Kto wie, kto wie, co by się wtedy wydarzyło, a może raczej, co by się nie wydarzyło.

Głos jego, donośny i szorstki, pasował perfekcyjnie do twardego i pewnego siebie wyrazu twarzy Wilhelma. Nosił on na sobie minę najemnika-wojownika - styranego walką i tysiącami mil przebytych, po tym ponurym i smutnym świecie, gdzie nikt, ale to nikt nie mógł być pewny, co go czeka. Choć niekiedy, nigdy nie na długo, można było w nim dostrzec również coś zupełnie odmiennego, jakąś skrywaną tajemnicę o nim samym. Mokre blond włosy, zaczesane miał do tyłu, by długa grzywka nie przeszkadzała mu na czole. Podróżniczy strój, który miał na sobie, oblepiony były błotem, który zdążyło dobrze się na nim zadomowić, już po drugim razie, kiedy musieli wypychać ponownie na szlak uciążliwy wóz kapłana. Nie można było jednak powiedzieć, że Andree był brzydki. Raczej zaniedbany. Ostre rysy jego twarzy mogły by być nawet pociągające dla płci przeciwnej, gdyby tylko nie gościła na niej ta usilnie zgryźliwa mina. Nie nosił na sobie tylu imponujących blizn co reszta podróżujących z nim najemników, często wytykali mu to, podważając jego liczne, zdawać by się mogło, nieskończone opowieści. Za każdym razem oburzał się na owe docinki, odwracając je przeciw dręczycielom, mówiąc iż dobry wojownik nie pozwala, by przeciwnik zhańbił go, pozostawiając wyraźne znanie na twarzy. Zwykle potem milkł na jakiś czas, przybierając jeszcze bardziej ponurą i rozzłoszczoną minę. Pluł na trakt, przeklinał pod nosem, od czasu do czasu opuszczał dłoń na rękojeść miecza, tak by tylko sprawdzić, czy ten dalej jest na swoim miejscu. Jak to miał w zwyczaju typowy najemnik.

Teraz jednak Wilhelm był w pogodnym nastroju. Zdążył przyzwyczaić się już do deszczu, to też oszczędził sobie przekleństw. Nie ukrywał on jednak zniecierpliwienia i entuzjazmu, spowodowanego bliskością ich celu podróży. Nie liczył na to, że wioska będzie jakoś specjalnie interesująca i odmieni panującą od tygodni nudę, jednak ciekawił go ów relikt, po który Hieronim postanowił pofatygować się osobiście aż z samej stolicy Imperium. Andree nie dopytywał się go o nią, gdyż miarkował sobie w głowie, iż kapłan sam podzieliłby się z nimi tą informacją, gdyby tylko chciał. No, a koniec końców i tak wkrótce mieli ujrzeć ją na własne oczy.

Z każdą przebytą milą, Andree zdawał się co raz bardziej niecierpliwić, dlatego dla zabicia czasu, zwrócił się do towarzyszy.

- Może ktoś pokusi się, by nieco upiększyć nam ten czas jakoś, jeszcze przed dotarciem do wioski? Mam w zapasie jeszcze kilka opowieści, jednak przez te tygodnie już zdążyliście się mnie nasłuchać wystarczająco - mówił zagłuszając deszcz, postukiwania kopyt i zgrzytanie kół wozu. - O, świątobliwy może opowiesz nam nieco o zakonie, który wkrótce przyjdzie nam odwiedzić? A może ty Severusie uraczysz nas jakąś przypowieścią, o losach Młotodzierżcy? Albo ty Thravarze podzielisz się z nami jakąś historią ze swojego życia? - zadawał pytania, a zarazem jeszcze nie pozwalał jeszcze by odbiorcy mogli jakoś zareagować.

Ostatecznie spojrzał na Lexę. Ponurą, dziką wojowniczkę, przy której on koniec końców wypadał słabo. Często cieszył się w duchu, że poza krasnoludem jest z nimi jeszcze jedna osoba, która potrafiła dobrze władać bronią i potrafiła wzbudzić strach wśród wrogów. Wiele razy Wilhelm wyczuwał na sobie jej gniewne, pałające nienawiścią spojrzenie, które usilnie starał się kontrować obojętnością i chłodem. Teraz jednak, jakby o tym zapomniał, czy raczej ignorował i zwrócił się do niej. Mówił wolno, gestykulując przy tym, usilnie starając się pokonać barierę języka.

- A ty Harpio? Na pewno znasz jakieś norskie pieśni bitewne. Może zechcesz się z nimi podzielić? Wszystko byleby zabić jakoś tę ostatnią godzinę podróży.
 

Ostatnio edytowane przez Hazard : 27-01-2016 o 15:07.
Hazard jest offline  
Stary 27-01-2016, 15:09   #10
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Reputacja: 8841 Flamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputacjęFlamedancer ma wspaniałą reputację
Na szczęście Katariny - nie było jej tej nocy, kiedy osada została zaatakowana. Ona oraz Grom, jej wierny przyjaciel będący psem, zostali wysłani "w teren" jak to pani Natalya krótko określała, bowiem w ten sposób najlepiej jest się nauczyć przetrwania w dziczy, co bywało niejednokrotnie pomocne w trakcie podróży z, do i po Kislev.

Zarzuciła na ramiona postrzępioną, niczym nie wyróżniającą pelerynę, na głowę nasunęła kaptur i ruszyła. Choć jej przyjaciel nic nie czuł, to miała ona dziwne złe przeczucia. Sprawdziła czy broń jest na swym miejscu. Krótki miecz podarowany jej przez panią Natalyę - był. Sztylet odebrany pewnemu martwemu zbójowi na szlaku - był. Oręż niczym się nie wyróżniał. Był on równie surowy jak kraina, z której Katarina pochodziła. Sprawdziła zapięcie swoich ciepłych butów sięgających do połowy łydki - jedynej części ubrania, którą miała na sobie z rodzinnych stron, chwyciła mocniej drewniany kij, by dodać sobie odrobinę wątłej odwagi i po czym ona i Grom ruszyli w las. W Krausnick właściwie już nikogo nie dziwiło, że znikała na dzień czy dwa.

Minęło sporo czasu, nim dotarła w swoje ulubione miejsce. Była to spora polana skryta za pniami drzew i różnymi krzewami, z kamienistym jeziorem i czystą, przejrzystą wodą, która spływała wodospadem z niewysokiej skały. Nikt jej tu nie odwiedział, bo tylko ona znała to miejsce. Rozłożywszy wnyki w pewnej odległości od jej drobnego obozowiska rozsiadła się wygodnie pod drzewem wsłuchując się w niezbyt normalną ciszę. Tak jakby zwierzęta już wiedziały co miało nadejść i zawczasu postanowiły uczcić bestialsko zamordowanych wspomnianą właśnie ciszą. Grom wypił trochę wody z jeziora, trochę powęszył, załatwił co miał załatwić, po czym ułożył się wygodnie przy Katarinie. I tak siedzieli oboje przez jakiś kwadrans, póki dziewczyna się nie wstała.
- Idę zbierać rośliny. Pilnuj obozu Grom. - rzekła po Kislevsku do swego przyjaciela i ruszyła w las. Widok ze znużeniem unoszącej się głowy psa lekko ją rozbawił, co doprowadziło do wykwitnięcia lekkiego uśmieszku na jej drobnej, zdobionej tatuażami twarzy.

Katarina lubiła swój ojczysty język. Uważała mowę imperium za zbyt twardą i brzydką, ale konieczność zmusiła ją do nauki. Kiedy trafiła pod dach pani Natalyi, to nie miała wyjścia. Kolejne kroki stawiała dość uważnie rozglądając się dookoła. Zauważyła przede wszystkim mniejszą ilość zwierzyny w tym obszarze. Kolejny zły znak? A może dostaję jakiejś paranoi? - myślała w ten sposób. W końcu postanowiłą zająć się zbieraniem odpowiednich rzeczy. Zerwała kilka świeżych listków, odrobinę ostrokrzewu, nawet zebrała kilka piór myśląc, że może zrobi sobie z nich jakiś amulet i powiesi na ścianie. Gdy zdobyła co zdobyć miała, zajęła się gromadzeniem gałązek na rozpalenie ogniska.

Ognisko płonęło, a wnyki były puste. Katarinie aż zaburczało w brzuchu. Chyba tym razem będę musiała obejść się smakiem. - stwierdziła pod nosem wracając do obozu. Spędziła trochę czasu na zabawie z Gromem i narzekaniu na jesienne ciepło. W lesie miała wrażenie, że się dosłownie rozpuści jak ten lód w trakcie roztopów, ale nie było się czemu dziwić - przecież pochodzi z krainy, gdzie przez długi czas jest zimno. Gdy powoli nadchodził zmierzch, rzuciła ubrania w kąt i wzięła kąpiel. Nie lubiła siedzieć ubrudzona.


Niecały kwadrans później siedziała na trawie w pobliżu ogniska i czesała swe włosy grzebieniem. Jej pani miała w zwyczaju mawiać "dbaj o swój wygląd i zapach swego ciała, bo kiedyś na pewno ci się to przyda, a jak jakiś mężczyzna będzie się naprzykrzać, to masz odpowiednią broń". Katarina sama w sobie była dosyć średniego wzrostu, bowiem liczyła sobie bardzo niewiele ponad pięć i ćwierć stopy, a ważyła również tylko trochę ponad pięćdziesiąt kilogramów. Lekka niedowaga jednak nie przeszkadzała jej być całkiem atrakcyjną kobietą, chociaż delikwentów z wioski Krausnick, którzy za bardzo się zbliżyli, zdzieliła już po głowie kijem. Była pewna, że ich to bolało. Wcale się tym nie przejmowała. Może godzinę przez snem zjadła ćwierć bochenka chleba i przepiła Kvasem. Prawie jak w rodzinnych stronach. - aż się zaśmiała z własnego dowcipu, a Grom pytająco podniósł łeb.

Noc przyszła chłodna. Dziewczyna dziękowała w duchu za pasujący do jej bladej cery biały wełniany szalik, którym owinęła szyję oraz za dopasowane ciepłe spodnie - odrobinę cieplejsze od tych noszonych na codzień. Złe przeczucia jedynie się nasiliły przez tą noc, przez co nie mogła zmrużyć oka. Miała wrażenie, jakby po jej plecach pod luźną koszulą chodziło całe stado mrówek. Gdy zasnęła dosłownie na moment, śniła się jej jakaś masakra - jak przez mgłę. Gdy na ziemię spadł deszcz, miała dość. Zebrała wnyki, w których wciaż nic nie było, swój plecak oraz torbę na ramię i odezwała się do Groma.
- Grom, zbieramy się. Wracamy do domu. - nie odpowiedziała jej ta sama psia radość, co zwykle. Jej przyjaciel tylko milcząco poszedł za nią.
Była zmęczona, lecz jej liczące zaledwie siedemnaście wiosen ciało w jakiś sposób było w stanie wykrzesać energię na długi powrotny marsz.


Gdy świt zdominował noc, a pierwsze promienie słońca padły na ziemię, Katarina dotatła do osady, a widok, który ją przywitał, prawie sprowadził ją na kolana. Wszędzie było tyle krwi i trupów... Wszyscy nie żyją? - ledwo była w stanie zadać sobie to pytanie. Grom za to podszedł do jednego z ciał, obwąchał je i usiadł zrezygnowany wlepiając pytający, smutny wzrok w swą panią. Wtedy to oboje usłyszeli najpierw okrzyk rozpaczy, a później krzyk gniewu. Ktoś żyje! To znaczy, że pani Natalia tu gdzieś jest! I pobiegła prawie potykając się o ciało jakiegoś nieszczęśliwca, a tam w miejscu, gdzie powinna być jej pani oraz kilku ocalałych, był jedynie Albert Schulz. Tu i ówdzie również byli porozrzuceni pojedynczy ocalali. Pewność siebie Katariny została zachwiana już w nocy przez te wszystkie niepokojące znaki, lecz teraz została całkowicie złamana. Zaczęła chodzić dookoła niczym zbłąkana owca szukając pani Natalyi. I tak było do momentu, póki Schulz nie zebrał wszystkich na placu.

Po mowie Alberta Katarina nawet nic nie powiedziała, tylko ruszyła w stronę swego domu. Grom w milczeniu podążał za nią węsząc wszystko dookoła, jakby wiedzać kogo poszukuje jego właścicielka. Dziewczyna chciała uciekać. Jak najprędzej. Jak najdalej. Gdziekolwiek, by nie być akurat tutaj. Już postanowiła w stronę północnego-wschodu, gdy nagle zdała sobie sprawę z tego, że sama nie jest w stanie uciec do ojczyzny. Raz, że nie miała wystarczająco ciepłych ubrań, to jej obowiązkiem było odnaleźć panią Natalyę. Tego wszystkiego już było dla niej za dużo. Wzięła dwa duże łyki Kvasu, po czym schowała twarz w dłoniach. Upiję się na sam początek dnia. Gratuluję Katarino Zekarovo. - zgryźliwie sobie rzekła pod nosem i poszła dalej w stronę chatki, w której mieszkała. A raczej w stronę tego, co z niej zostało. Dziewczyna czuła wszechogarniającą ją rozpacz.

Zrobiła może trzy kroki i znów się potknęła. Normalnie to by pewnie syknęła ze złością, jednak to nie była normalna sytuacja. Odwróciła się, by zobaczyć co stanęło jej na drodze... I znowu prawie ugięły się pod nią kolana.
Potknęła się o ciało dziewczyny, która na upartego starała się z nią zaprzyjaźnić, a właściwie to, co z ciała zostało. Klatka piersiowa to była jedna wielka miazga - bezładna kupa mięsa i flaków wdeptanych w ziemię. Poznała ją jedynie po twarzy i trzymanym w ręce amulecie stworzonym i podarowanym jej przez Katarinę w jednym z bardzo niewielu przyjacielkich gestów, gdyż nie znosiła upartych osób. Ledwo powstrzymała odruch wymiotny. Zamknęła jej oczy ze słowami - Dobranoc Klaro.
Nawet nie zauważyła, że jej biały szalik splamił się krwią.

Chwiejnym krokiem wreszcie dotarła do swego celu, lecz od razu widziała, że nie ma tam czego szukać. Poza tylnią ścianą - wszystko spłonęło. Podpierając się niepewnie na kiju poszła na tył domu i usiadła pod ścianą podsuwajac kolana pod podbródek. Pies przysiadł obok niej. Popatrzyła na niego żałośnie ze łzami w oczach.
- Nikt nie patrzy... Prawda? Nawet mnie moja pani nie jest w stanie zganić... No to pozwól, że się wypłaczę. - rzekła słabym głosem i schowała twarz w kolanach, a dłonie splotła na kostkach.
Rzewne łzy spłynęły po jej policzkach, choć większość po prostu pochłonęły spodnie. Zastanawiała się ile czasu minęło, od kiedy ostatni raz pozwoliła sobie upuścić odrobinę łez... Ponad dziesięć lat. Tyle była pewna. Zdała sobie sprawę ze swej własnej bezsilności. W tym momencie była sama w jakimś cholernym Imperium, którego nie znała. Dookoła było pełno ludzi, z którymi większego kontaktu nie miała. Dotknęła zawieszonego na swej szyi amuletu, który dla siebie zrobiła. Był identyczny jak ten posiadany przez Klarę.Zrobiła je z małych kamyków, sznurków i piór czasami przez nią znajdowanych. Miał odpędzać zło. Dobre sobie... Przynajmniej stanowiły ładną ozdobę. W trakcie tych przemyśleń przyszła jej do głowy jeszcze jedna myśl - a co jeśli pani Natalya o wszystkim wiedziała i wysyłając ją w las uchroniła ją od niewątpliwej śmierci? Popatrzyła na Groma.
- Tylko ty mi zostałeś. Nie opuszczaj mnie, co?


Uspokoiła się dopiero po dłuższej chwili. Wstała ocierając łzy. Pora zrobić coś dla tych mieszkańców, lecz najpierw zobaczę co się tu stało.
Zamknęła oczy tylko po to, by je po chwili otworzyć. Katarina aż się zachwiała. Jej błyskające inteligencją niebieskie niczym szafiry oczy z przerażeniem obiegły okolicę. Na bogów... Do czego tu doszło?
 

Ostatnio edytowane przez Flamedancer : 27-01-2016 o 23:38. Powód: Na końcu wstawiony fragment o oczach.
Flamedancer jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:53.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166