Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-09-2016, 04:03   #1
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 13590 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację
Warhammer [IIed.] Losy bohaterów

Losy bohaterów: Rozdział I - nowy cel


Talagaad. Kilka mil na północny zachód od Talabheim


-"Udajcie się do Talagaad"- mówił im Brunon von Deindorn dowódca obrony miasta Talabheim, którego znali jeszcze z czasu pierwszej kampanii obronnej. Był wiekowym mężem, lecz jego umysł ciągle był jasny i nie można było powątpiewać w jego rozsądek.
-"Udajcie się do Talagaad. Tam odnajdzie was mój zwiadowca. Powie wam wszystko czego zdołał się dowiedzieć o barbarzyńcach i pomoże jak tylko będzie w stanie"- powiedział, po czym każdemu uścisnął dłoń życząc szczerze powodzenia w trakcie tej niebezpiecznej misji. Wszyscy, którym zależało na dobru Imperium wiedzieli, że generałowie armii Archaona muszą zginąć, by żaden nie odważył się choćby próbować przejąć schedę po Panu Końca czasów. Goście Bruna natomiast mieli jednego z takich generałów niemal na wyciągnięcie ręki.
-"Oddajcie mi wasze wierzchowce. U mnie odzyskają siły, oddam wam do dyspozycji pięć moich najsilniejszych koni. Będą wam potrzebne."- rzekł, a następnie wartko od ręki napisał list polecający do nadwornego koniuszego, o przygotowanie wierzchowców do drogi dla jego gości.

Brunon wskazał grupce miejsce zwane Lisią norą, gdzie miał na nich czekać zwiadowca. Kiedy zaś żegnał ich w drzwiach, przypomniał sobie o ważnej wiadomości dla drużynowego krasnoluda, nieco posępnego i często zamyślonego, zatwardziałego wojaka, którego znali jako Bardag Grimson. Brunon wręczył khazadowi zwinięty i zalakowany list oraz drobny przedmiot schowany w skórzany mieszek.
-"Jeszcze raz powodzenia."- rzekł po czym odprowadził wzrokiem znikających w ponurych korytarzu zamku ochotników do niesłychanie trudnej i ważnej wyprawy. Każdy z nich stojąc u progu palisady Talagaad miał ciągle w głowie wydarzenia z przed dwóch dni, a w szczególności zmęczoną tym wszystkim, lecz wciąż pełną nadziei minę Brunona - wielkiego wojownika i wspaniałego dowódcy. Bardag regularnie sprawdzał dłonią wystający zza pazuchy skrawek pergaminu z wiadomością. Jego myśli pogrążone były w tym co mu przekazał von Deindorn.

W trakcie wyprawy do Talagaad piątka podróżników zdążyła się dowiedzieć paru ciekawych rzeczy o ich najbliższym celu. Miasteczko niemalże w ogóle nie ucierpiało na bitwach z siłami chaosu, a to za sprawą dobrze kontrolowanego połudnowego brzegu Rzeki Talabec. Imperialni łucznicy wspierani oddziałem krasnoludzkich kawalerzystów z odległej twierdzy Karak Norn wyparli z nad rzeki siły chaosu. W przejściu spotkali się z dwójką strażników, którzy w pierwszej chwili mocno się zaniepokoili na widok piątki nieznajomych o tak późnej godzinie, wszak było niedługo przed północą. Pogoda była upiorna. Wiatr wył jak rozjuszony niedźwiedź a pioruny trzaskały niczym dobosz. Przybycie w takich okolicznościach nie pomagało z pierwszym wrażeniem. Strażnicy na ich widok od razu sięgnęli po oręż. Choć żaden nie dobył swego ostrza, byli na to przygotowani. Chwilę później, mężczyzna o długiej, rudej brodzie, z świeżą blizną na policzku doznał jakby olśnienia.

-Słyszałem o was! To wy zabiliście tego przeklętego herszta goblinów nieopodal Udencheim! I to wy pomagaliście w obronie Talabheim. No tak. Jest krasnolud. Jest również prawdziwy wędrowny mag. Wybacz panie, ale opisują cię na niższego...- zażartował -Rad jestem, że możemy was gościć, ale co w zasadzie was tu sprowadza?- spytał.
Nicodemus poprawił w dłoni swój kostur. Wciąż nie był przyzwyczajony dotyku drewna żywopłonu srebrzystego. Oręż i podpora młodego człowieka o jasnych włosach był nosił piętno elfickich run. Symbole wyryte na jego centralnej części sprawiały, że stał się orężem niemal nie do uszkodzenia.
Nicodemus wrócił na krótką chwilę pamięcią do tego niesamowitego wieczoru, kiedy to u głównej bramy Talabheim pokonali sługi chaosu. Wtedy to stracił w starciu z pokrytym zabójczo niebezpiecznymi mutacjami człekiem swój kostur. W podzięce jednak za męstwo, odwagę i poświęcenie sam książę elektor nakazał wręczyć Nicodemusowi laskę zmarłego lata temu, arcymaga Bonthira. Kostur z żywopłonu srebrzystego naznaczony magicznymi runami leśnych elfów. Mag uznał to za dar od losu i przyjął oręż z radością.

Młody jak na mistrza magii mężczyzna uśmiechnął się mimowolnie, gdy dotarło do niego że zamyślił się tak bardzo, że na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością. Sława grupki wyprzedzała ich i to o sporo. Nicodemus wiedział, że dla niektórych są nawet i bohaterami, a ta świadomość łechtała w głębi duszy jego ego. To było niesamowite uczucie spełnienia. Udało mu się tyle osiągnąć. Jemu, dziecku z ulicy niemalże udało się pokonać niezwykle trudną drogę z wielu miesięcy studiów do tytułu mistrza magii, jednego z najważniejszych person w zasięgu wielu, wielu mil. Imperialni Mistrzowie magii, byli wszak poważani i rozpoznawani daleko po za granicami królestwa.
-Dajże spokój Alois. Nasi goście pewnie zmęczeni, noclegu szukają a ty ich na spytki bierzesz! Zmysłyś postradał?!- odezwał się niespodziewanie drugi z strażników.

-Darujcie. I pójdźcie za mną.- zwrócił się przyjaznym tonem po czym zaprosił ich gestem za palisadę. Mężczyzna ciągle musiał mówić podniesionym tonem by przez silny wiatr dało się go zrozumieć.
-Mieliśmy tu dwie gospody, ale właściciel Ostoi wędrowca poległ w walce z przeklętymi. Nie ma kto po nim tego przejąć bo sam był. Druga gospoda to jedyna, która się ostała. Lisia nora zyskała klientów i spore przychody, ale dla kogoś kto ocalił nas od zagłady pewnikiem wolny pokój się znajdzie.- zapewniał ich zasłaniając przy tym twarz od wiatru. Niedługo potem dotarli do miejsca zwanego Lisią norą. Gospoda jakich wiele. Piętrowy budynek z zadbanym daszkiem i niewielką stajenką przylegającą do głównego budynku. Gości musiało być sporo, gdyż stajnia była pełna, a ponadto dwa konie czekały przykryte kocami na zewnątrz.
-To tutaj.- wskazał drzwi, na wypadek gdyby ktoś nie dostrzegł bujającego się na wietrze szyldu.

Kompani wkroczyli do środka ostrożnie, lecz bez lęku. Duszne i zadymione wnętrze tętniło życiem, zupełnie jakby wojna z armią Archaona nigdy nie miała miejsca. Lokalne kurwy świeciły dekoltami, ocierając się o opitych mężczyzn, skupionych głównie na hazardzie czy przechwalaniu się to majątkiem, to dokonaniami. Ogółem rzecz biorąc nieprzyjemne miejsce. Za barem stał stary człek o dziwnym wyrazie twarzy, jakby nieustannie uśmiechał się z satysfakcją i pogardą. Tuż za jego plecami trzy kelnerki pracowały na pełnych obrotach dbając o pełne naczynia klientów i porządek zarazem. Najbardziej z piątki mężów uwagę zwracał na siebie Hans. Nie za wysoki, lecz barczysty o godnej pozazdroszczenia krzepie mężczyzna o łysej głowie i dwuręcznym młocie opartym na ramieniu. Nikt nie miał wątpliwości, że nad misją tej grupki czuwa kler Sigmara, ze względu na udział sigmarskiego kapłana w misji piątki podróżników.

Hans stanął na środku dumnie i poważnie, rozglądając się uważnie po wnętrzu gospody. Nie był jednak bucem, a dobrze wychowanym wysłannikiem swej świątyni. Każdemu, kto na niego zerkał skinął głową, co spotykało się z błyskawicznym odwracaniem wzroku przez tubylców.
-Na co się tak gapisz głupia flądro! Słudzy Imperium przybyli, ugość że ich!- krzyknął na całe gardło właściciel gospody do wpatrzonej w kleryka dziewczynę. Hans w ostatniej chwili dostrzegł jej spojrzenie i czuł, że nie patrzyła na niego jak pozostali. Nie lękała się go, a pragnęła. Ponaglona przez starszego człowieka błyskawicznie doskoczyła do sporego stolika, najbliżej szynkwasu i jednym ruchem ręki zebrała zeń wszystkie puste kufle. Był to nie lada talent. Drugą ręką zaś kilkoma zamachami starła czystą szmatą blat stołu.
-Proszę... Proszę...- podniosła wzrok na Hansa i uśmiechnęła się lekko, po czym od razu czmychnęła do kuchni pewnikiem odnieść naczynia do wyczyszczenia.

-Gulasz ciepły mogę zaproponować zacni goście w zacnym lokalu, szczęście wam sprzyja bo gulasz choć jest tu najdroższym daniem, to przy okazji najlepszym, które moja najstarsza córa Berta potrafi zrobić. Chleb mam tak świeży, że aż chrupie przyjemnie w ustach. Wino! Na pewno spragnieni jesteście, a tak się składa, że mam butelkę rzadkiego trunku elfów.- ciągnął monolog do rozsiadających się podróżników, lecz gdy na słowo "elf" Bardag mruknął niczym wygłodniały ogar, człek od razu zmienił śpiewkę
-Piwo! Piwo mam zacne i gorzkie! To świetny wybór na dodatek do takiej kolacji.-
-"Będzie to człowiek, w którego oczach dostrzeżecie prawdziwą grozę. Na mój osobisty rozkaz działał w tamtych rewirach szukając pewnego maga, który od kilku tygodni parał się magią nekromancji. Z wiadomości, które mi przysłał gołębiem wynika, że wie coś co może pomóc w poszukiwaniach. Nakazałem mu was odnaleźć, wszystko opowiedzieć i pomóc na tyle ile będzie w stanie. Nazywa się Waldemar."- mówił Deindorn.
-Szybki jest...- warknął Jin, na widok wchodzącego do karczmy osobnika, który od razu odnalazł ich w tłumie wzrokiem i ruszył w ich stronę...

Trzy dni temu. Talagaad. Kaplica Sigmara

Waldemar był uznawanym w środowisku swych współpracowników za okrutnego. Choć tak po prawdzie, to każdy zajmujący się tym fachem musiał być pozbawiony skrupułów i odruchów naiwności. Jedni nazywali ich katami inni po prostu łowcami czarownic. Waldemar zatrzymał się w kapliczce Sigmara, gdzie w trakcie bitwy o rzekę opatrywano rannych, lecz jedyny w miasteczku duchowny poległ w boju, a Deindorn dostał pozwolenie od samego arcykapłana Versena o udostępnienie budynku Waldemarowi na czas jego misji. Pełnił bożą posługę. Właściwie to spełnił ją poprzedniego wieczoru, gdy po kilkudniowym śledztwie w końcu odkrył kim był kryjący się przed kolegiami student nekromancji. Waldemar stał dwa kwadranse patrząc cierpliwie jak zwłoki dość młodego mężczyzny zmieniały się wbite na pal i podpalone, w śmierdzący kawał węgla.

Nie był to jednak koniec wrażeń z pobytu w Talagaad, gdyż dosłownie dzień wcześniej odwiedzając pobliski cmentarz w poszukiwaniu śladów nekromanckich rytuałów dostrzegł grupę barbarzyńców z dalekiej północy uciekających prawdopodobnie w stronę swego domu. Grupą dowodził wysoki, osobnik o wielu bliznach na twarzy i całej głowie. Waldemar przez chwilę poczuł obowiązek ruszenia w pościg za grupką, lecz samotnie nie miałby szans a kogoś trzeba było powiadomić. Pierwszą osobą, jaka przyszła mu na myśl był dowódca obrony Talabeclandu - sir Deindorn. Gołąb pocztowy przyniósł odpowiedź dzień później o zwiastujący przybycie grupki podróżników poszukujących watahy dzikich norsmenów. Od tamtej pory Waldemar co dzień, rano, w południe i wieczorem zaglądał do jedynej w okolicy gospody wyczekując właśnie tych osobników.

Talagaad. Chwila obecna

Jin dołączył do grupy jako ostatni. Mężczyzna wciąż myślami wracał do tamtej przeklętej nocy, kiedy banda zwierzoludzi napadła jego obóz nocą. Wracał myślami do momentu gdy tuż przed ciosem w głowę znikąd widział jak bestie o kozich głowach żywcem odgryzają kawałki twarzy jego starego druha Barrego. Bohaterstwo Jina zostało docenione przez samego księcia elektora Talabeclandu, który wręczył mu swój własny pierścień będący wcześniej darem od krasnoludów z sławetnego Karaz a Karak. Pierścień ponoć sprawiał za sprawą zaklętych w nim run, że skóra właściciela staje się twarda jak kamień, z którego według legend każdy krasnolud jest wykuty.
-Więc... Co wiesz o tych barbarzyńcach?- spytał jak zwykle rzeczowo. Waldemar upił kilka łyków piwa, które chwilę wcześniej podstawiła im służka.

-Dowodził nimi norsmen. Mówili do niego Gustaw.- zaczął ściszonym głosem nie puszczając z dłoni kufla z piwem. Na słowa Waldemara od razu zareagował Albert.
-Gustaw. To słynny wódz Białej Hordy. Przeklętego batalionu przybyłego z odległej Norski na wezwanie Archaona. To właśnie ta horda miała spory wpływ na tak szybkie zwycięstwo sił chaosu w Kislevie. Na szczęście jak to barbarzyńcy nie byli zbyt zdyscyplinowani i co rusz wpadali w pułapki zaślepieni rządżą chwalebnych czynów. Zaraz po pokonaniu Archaona zostawili swych poprzednich sojuszników, a przynajmniej tak twierdzą zwiadowcy Imperatora.- Albert miał na sobie proste i zużyte ubranie podróżnika i awanturnika. Żadna z osób które spotykały go pierwszy raz nie mogła mieć pojęcia o tym iż Albert był równie ważną personą w Kolegium magów światła co Nicodemus. Nie wyglądał na nikogo ważnego, lecz był świetnie poinformowany i niezwykle przebiegły, a do tego władał potęgą magii równie dobrze co Nicodemus.

Być może los chciał, że mężczyźni mający za sobą studia w tej samej szkole magii, teraz znów związali swe losy jedną misją. Albert wiedział również czym się trudni Waldemar, lecz jeśli do tej pory mężczyzna jeszcze nie wbijał mu miecza w pierś, to znaczy, że póki co Albert jest bezpieczny.
-Gustaw otoczył się dwoma tuzinami niedobitków z swych oddziałów.- kontynuował -Walczy dwuręcznym toporem. Skurwysyn musi mieć siłę, bo wywijanie taki ciężarem to nie lada sztuka.- słowa te Hans skwitował tylko uniesieniem brwi.
-Podsłuchałem jak jeden z nich wspomina coś o schronieniu w lesie Drakwaldzkim. Być może mają zawarty jakiś pakt z tamtejszymi goblińskimi plemionami. Nie możemy dopuścić by połączyli siły, gdyż razem może będą w stanie znów komuś zaszkodzić.-
-Musimy ich dopaść zanim wkroczą na Posępne Wrzosowiska. To lekkozbrojni, przejdą te tereny dużo szybciej a jeśli dotrą do Rzeki Kiefer możemy na nich więcej nie trafić.- Albert również świetnie znał się na geografii i wiedział jaka czeka ich droga idąc na północ.

Waldemar uśmiechnął się szeroko, lecz przy okazji tak złowrogo, że budziło to dreszcze na plecach.
-Tak się składa, że gdy sir Deindorn wysyłał mnie tu z moją poprzednią misją podarował mi pod opiekę jednego z moich ogarów. To bydle jest wytrzymałe jak jasna cholera. Może trzy dni bez odpoczynku szukać i węszyć. A szczęki ma tak silne jak imadło.- wyjaśnił na koniec.
Niedługo później byli w swej wynajętej izbie. Ładnie urządzony pokój był największym jaki gospodarz miał na wynajem i mieścił akurat pięć łóżek. Do świtu pozostały im jeszcze cztery godziny, ale powaga sytuacji nie dawała wszystkim tak po prostu usnąć. A o świcie miał na nich czekać Waldemar z swym ogarem...
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!
Nefarius jest offline  
Stary 08-09-2016, 16:11   #2
 
Blackvampire's Avatar
 
Reputacja: 274 Blackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skałBlackvampire jest jak klejnot wśród skał
Parę dni wcześniej

Muzyka

Waldemar przybył w okolice Talagaadu w ślad za zbiegłym nekromantą, który to wykorzystywał wojenne ofiary do budowania swojej plugawej armii. Bezczeszczenie zwłok było najmniejszym z jego przewinień w oczach prawa Imperium, a kara za popełnione przez niego zbrodnie tylko jedna - śmierć przez spalenie na stosie. Wyłącznie ogień miał moc skutecznego oczyszczania takich plugastw, jedynie święty ogień mógł uratować Imperium w jego najczarniejszych chwilach.

Waldemar odstawił rozżarzony pręt z powrotem do paleniska. Miejscowy kowal był na tyle uprzejmy, że użyczył mu swej kuźni na potrzebę przesłuchań. Było to bardzo wygodne, gdyż dużo narzędzi kowalskich dało się wykorzystać podczas tortur. Miejscowa kuźnia posiadała także otwarty warsztat, co sprawiało, że tortury mógł zobaczyć każdy przechodzący przez centrum wioski. Dzięki temu przesłuchanie służyło także jako przestroga dla tutejszych, namacalna groźba kary, która mogła ich spotkać za bratanie się z heretykami i łamanie świętych praw chroniących ludność Imperium przed zatraceniem. Waldemar nie musiał się też martwić, że przesłuchiwany powie coś, czego nie powinni usłyszeć zwykli ludzie. Tak się złożyło, że łowca doskonale zdawał sobie sprawę z posiadanej przez nieszczęśnika wiedzy. Przesłuchanie prócz przestrogi pełniło także funkcję prowokacji dla ukrywającego się heretyckiego maga. Jeśli wszystko pójdzie z godnie z planem nekromanta zostanie zmuszony do wyjścia z ukrycia, a wtedy spotka go zasłużona kara.

Łowca czarownic odwrócił się w stronę przykutego łańcuchami więźnia.
- Zdaję się, że miałeś mi coś ważnego do powiedzenia, prawda? - Zapytał spokojnie młodego mężczyznę, który już ostatkiem sił utrzymywał przytomność. Jego ciało nosiło widoczne ślady tortur, był mocno poobijany, brakowało mu co najmniej dwóch palców u jednej ręki, a druga została pozbawiona paznokci. Do tego dochodziły rany po przypalaniu gorącym żelazem. Nieszczęśnik podniósł głowę i zachrypłym głosem zaczął spowiadać się łowcy ze wszystkiego, co wiedział. Był tak przerażony, że wyznał nawet grzechy ze swojego dzieciństwa. Parę lat temu Waldemarowi byłoby go nawet żal, na nieszczęście dla przesłuchiwanego łowca już nie posiadał tyle współczucia. Sługa Sigmara pozwolił błagalnym jękom przestępcy trwać na tyle długo by mogły dobrze wgryźć się w pamięć tutejszych mieszkańców. Kiedy uznał, że już dość, po prostu uderzył pięścią na odlew w twarz heretyka. Pancerna rękawica rozorała mu wargi pobudzając do życia strugę krwi. Przesłuchiwany momentalnie zamilkł tracąc przytomność. Łowca rozkazał ochotnikom, których sam wybrał, zabrać więźnia i przygotować dla niego stos. Tego dnia ogień oczyścił kolejną zatraconą duszę.

* * *

Waldemar stał pośród polany, której wygląd przypominał bardziej cmentarzysko. Wszędzie walały się kości, część poobgryzanych, wszędzie też pełzała gęsta mgła. Łowca ruszył przed siebie niewzruszony, szedł powoli i ostrożnie. Minęło dużo czasu, sam nie wiedział ile, gdyż już jakiś czas temu stracił rachubę. Nagle coś zamajaczyło we mgle, sylwetka, niewysoka i drobna. Waldemar zmrużył stalowoszare oczy, które po chwili otworzyły się szerzej wypełnione zaskoczeniem. Z mgły wyszedł najmłodszy z jego braci, ubrany był w obszarpaną koszulę po ich ojcu, która służyła mu do spania. Stopy miał bose, obdarte do krwi od kamieni i kości, które walały się po ziemi. Dziecko spojrzało na Waldemara odzywając się z wyrzutem w głosie - Dlaczego mnie nie uratowałeś braciszku? Zawiodłeś mnie tak jak ojciec, który nas opuścił! - Ostatnie zdanie zostało wykrzyczane, a dziecko rzuciło się na Waldemara uderzając piąstkami w powierzchnie jego napierśnika. Łowca bez słów uklęknął i przytulił brata. Poczekał aż krzyk i płacz zmieniły się w cichy szloch, wtedy dopiero powiedział słowa, które wymagały od niego więcej wysiłku niż się spodziewał. - Przepraszam. Jestem winny....i....i...nie zasłużyłem na twoje wybaczenie. - Po tych słowach nastała głucha cisza, która z każda chwilą zaczynała być bardziej nieznośna dla uszu. Waldemar chciał w końcu coś powiedzieć, ale brat go ubiegł. - Zbudź się braciszku. Inaczej umrzesz. - Łowca odsunął od siebie brata, by zobaczyć, że ten rozpływa się na jego oczach, po czym momentalnie się obudził.

Ciało Waldemara zareagowało instynktownie odtrącając ręką na bok dzierżącą sztylet dłoń napastnika. Rozpoczęła się brutalna szamotanina, która trwała zaledwie parę chwil. Łowca strącił z siebie napastnika, po czym wskoczył na niego i zaczął okładać pięściami, dopóki ten nie skończył się ruszać. Oddychał ciężko spoglądając na niedoszłego zabójcę. Był to nie kto inny jak Albert Sonne, heretyk, nekromanta wyklęty z kolegium. Nie dziwił się, że postanowił posunąć się do tak prostej metody jak zabójstwo we śnie. Nie był tak potężny jak głosiły plotki, po za tym w okolicy pod bronią znajdowało się zbyt wiele ludzi, by mógł mieć z nimi szansę, nie po tym jak jego mała armia trupów została zniszczona. Łowca nie zastanawiając się długo zaczął dokładnie związywać heretyka. Po chwili spojrzał na uchylone drzwi swojej komnaty, którą kiedyś zamieszkiwał miejscowy kapłan. Światło świec z ołtarzowy świeczników pozwoliło mu zobaczyć ciała strażników oraz pochylone nad nimi przygarbione postaci. Waldemar załadował pistoletową kuszę i chwycił za miecz oparty o komodę. Bezszelestnie wkroczył do sali z ołtarzem, aby zmierzyć się koszmarami czającymi się w ciemnościach.


Łowca stał niewzruszony na placu miasteczka, na którym płonęły właśnie trzy stosy. Na jednym z nich wrzeszczał niedawny nekromanta, pozostałe dwa gościły zdradzieckich strażników, którzy opuścili posterunek przed kaplicą skuszeni złotem Alberta. Zasługiwali na śmierć, gdyż przez nich życie stracili ich towarzysze broni pilnujący ołtarzu, a i sam łowca mógł tamtej nocy zginąć. Waldemar nigdzie się dzisiaj nie spieszył, grupa na którą czekał jeszcze nie przybyła do miasta. Miał także dosyć ponury zwyczaj przyglądania się płonącym na stosie od początku do końca. Kiedy z winnych pozostały już tylko zwęglone skorupy łowca odwrócił się na pięcie ruszając do kaplicy Sigmara by odprawić kolejne modły.

Chwila obecna

Drużyna w końcu przybyła zatrzymując się w jedynej funkcjonującej karczmie w mieście, nie trudno więc było ich znaleźć. Kiedy łowca wszedł do przybytku rozmowy na chwilę ucichły, a kurwy, które jeszcze chwilę wcześniej mizdrzyły się do mężczyzn szybko skryły się za co wyższymi chłopami, by uniknąć wzroku Waldemara. Motłoch widząc, że łowca zmierza w kierunku drużyny bohaterów szybko się uspokoił i powrócił do swoich zajęć. Przecież bohaterowie Imperium nie mogli znaleźć się na celowniku łowcy, prawda?

Kiedy Waldemar objaśniał drużynie sytuacje z niedobitkami maruderów jej członkowie mogli mu się lepiej przyjrzeć. Ponury łowca był wysokim mężczyzną o solidnej budowie ciała co sugerowały jego szerokie barki. Krótko przystrzyżone włosy były czarne, a uważne oczy miały kolor stali. Prawa strona twarzy tego mężczyzny naznaczona była siateczką blizn, które kończyły się na poszarpanym uchu. Wyglądało to zupełnie jakby musnął go strzał z garłacza. Odziany był cały w pełną zbroję płytową, na która narzucony został skórzany, długi płaszcz charakterystyczny dla łowców czarownic. Tylko głowy nie chroniło nic prócz skórzanego czepca, który spoczywał pod kapeluszem o szerokim rondzie. Zdobiony w symbole Sigmara kapelusz był kolejnym znakiem rozpoznawczym jego profesji. Gdyby tego było mało ubiór jak i zbroję zdobiły liczne święcone pieczęcie, które poświadczały czystość jego ciała oraz ducha. Przy pasie Waldemar miał dwa zdobione miecze i pistoletową kuszę, druga, znacznie większe oraz bardziej wymyślna spoczywała teraz oparta o jego krzesło. Osoby obeznane z orężem szybko rozpoznały, że jest to kusza samopowtarzalna.

Waldemar upił kolejny łyk piwa przyglądając się bacznie każdemu z osobna. Jego szczególne zainteresowanie wzbudzili oczywiście drużynowi magowie, ale na razie powstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy w ich stronę. Kufel po dłuższej chwili został opróżniony, a łowca wstał niespiesznie od stolika. - O świcie będę na was czekał na głównym placu, nie sposób go przeoczyć, znajdują się na nim stosy.- Wspominając o stosach spojrzał na jednego z magów, Nicodemusa, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Następnego ranka czekał na pozostałych na placu, tak jak im mówił. U jego boku, aktualnie na łańcuchu, znajdował się masywny ogar mający pomóc im w poszukiwaniach maruderów. Łowca przyglądał się w milczeniu zwęglonym resztkom na stosach. Będzie musiał mieć baczenie na magów, z którymi przyszło mu pracować. Magia była straszną, potężną bronią, ale broń ta była obusieczna. Dlatego jednym z zadań łowców było nadzorowanie czarodziei z Kolegium i zapewnianie im możliwie bezbolesnej śmierci, jeśli ulegną spaczeniu. Ci zaś, którzy dobrowolnie oddali się herezji nie mogli liczyć na żadną łaskę.
 

Ostatnio edytowane przez Blackvampire : 08-09-2016 o 21:40.
Blackvampire jest offline  
Stary 08-09-2016, 19:18   #3
 
Morel's Avatar
 
Reputacja: 8681 Morel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputację
Od momentu wyjazdu spod Talabhaim Jin był niespokojny. Myślał bez przerwy.
Myślał o spotkaniu z tymi cholernymi barbarzyńcami z północy. Kiedy wyobrażał sobie ich twarze - jego mimowolnie pochmurniała, a usta wykrzywiały się się w grymasie obrzydzenia.
Kiedy myślał o spotkaniu z ich przywódcą odczuwał przypływ złości i skok adrenaliny. W głowie układał scenariusze walki, jeden za drugim. Odcinał się od rozmów z kompanami, spoglądał w nieokreśloną dal i myślał jak go wykończyć. Za każdym razem gdy odzyskiwał świadomość i popuszczał lejce trzymane tak mocno, że rzemień wbijał się boleśnie w dłonie, uśmiechał się sam do siebie z pobłażaniem.
Myślał o swoim rumaku, którego musiał zostawić w stajni w Talabhaim. Nie miał lekkiego życia - był wierzchowcem dowódcy oddziału leśnych elfów. Jego szare cętki zawsze przypominały mu o Ereforze. Elfie, który nie tylko uratował życie Jina, ale także nauczył go jak bezszelestnie poruszać się po lesie i nieść śmierć istotom, które kalają ziemię swoim istnieniem. Jego szorstka sierść zawsze przypominała mu o jego naukach, ale także o wstydzie, jaki czuł kiedy jechał na nim prawie bez przytomności po tym, jak stracił cały swój oddział w nierównej walce z tymi bestiami. Choć wyglądem przypominał bardziej zwierze pociągowe niż bojowego rumaka, serce i charakter miał tak zacięte jak jego pierwszy właściciel. Chociaż Jin wolałby dosiadać teraz Panya - bo tak go nazywał - zamiast tego czarno-czarnego, silnego, ale strasznie trudnego w obyciu konia, to wiedział, że jego wierny rumak zasłużył na odpoczynek.

Kiedy dotarł wraz z grupą towarzyszy na miejsce wskazane przez Brunona von Deindorna, zeskoczył z ulgą z wierzchowca wymieniając z nim krótkie, acz nieprzychylne spojrzenie. Nastoju nie poprawiła mu również pogawędka ze strażnikami miasta Talagaad
- "No tak. Jest krasnolud. Jest również prawdziwy wędrowny mag" - No tak, ani słowem nikt nie wspomniał silnego, szybkiego jak wiatr wojownika z dalekiego południa - pomyślał, parsknął do siebie i lekko, ale złośliwie szarpnął za lejce czarnego konia, z którym nijak nie mógł się dogadać.
- Niby zawsze staram się nie zwracać na siebie uwagi.. może to błąd.. myślał idąc z tyłu grupy i skubiąc zarost na podbródku.
- To tutaj - wyrwał go z zamyślenia głos strażnika
- Kolejna, jak to się.. speluna - powiedział krzywiąc się i jednocześnie oglądając budynek od dołu ku górze zagarnął w tył splątane włosy chłostające go po oczach przez silny wiatr.
Choć myślał, że zwraca się do grupy ogółem, kiedy spojrzał przed siebie zobaczył znikające za futryną plecy Alberta. Westchnął, zebrał się w sobie i zdecydowanym krokiem wszedł za nim.

- O tak, speluna to dobre słowo - pomyślał chwytając się za nozdrza, próbując uchronić je przed aromatem spoconych ciał biesiadników zmieszanych z.. z tym, czym pachnie karczma wypełniona spoconymi biesiadnikami.
Cały czas trzymając się na uboczu spoglądał na Hansa, który wyprostowany stał na środku sali w tej swojej efektownej zbroi. Karczmienne dziewki spoglądały na niego posyłając nieśmiałe uśmieszki, kiedy obwieszczał przybycie bohaterów poprzez samą swoją obecność. Patrzył na niego z podziwem, ale jednocześnie kręcił delikatnie głową z szyderczym uśmieszkiem, bo nigdy nie rozumiał tej bohaterskiej, rycerskiej postawy. Tam skąd pochodził wojownicy z najwyższych kast zdobili swoje ciała i włosy czerwoną pastą na bazie krwi dzikich zwierząt, którą sporządzały dla nich kobiety.

Kiedy zajął już miejsce przy stole, a jego nos przyzwyczaił się do jakże powszechnej atmosfery - wraz z kolejnym otwarciem drzwi do karczmy - zmarszczył brwi i szybko wyszukał w tłumie nic nie znaczących ciał właściciela nieprzyjemnego spojrzenia, o którym wspominał dowódca obrony Talabhaimu.
Choć człowiek ten nosił na sobie tyle żelaza, że można by z niego wykuć oręż dla całego batalionu, to z niespotykaną zręcznością poruszał się między grubasami obściskującymi rozchichotane panny i nie odrywając wzroku od oczu Jina, znalazł się przy stole przy którym siedział, zanim ten zdążył pacnąć w ramię Bardaga, który był najbliżej i warknąć - Szybki jest..

W krótkiej i rzeczowej rozmowie Waldemarem, łowcą czarownic, dowiedział się wszystkiego, co było dla niego w tej chwili istotne, a złowrogi uśmiech Waldemara oprócz niepokoju napełnił go euforią, której jednak nie pokazał rozmówcom, a jedynie odwzajemnił odsłaniając zęby zagryzione na drewnianym widelcu.

Kiedy leżał na pryczy w przygotowanym dla nich pokoju nie spał. Znów myślał. Tym razem nie było w nim niepokoju. W jego bebechach tańczyły radość i podniecenie ze złością i agresją. Choć jego brązowe oczy wlepione były w brudny sufit miał przed nimi wspaniałe polowanie i wspaniałą walkę. Teraz kiedy już wiedział na kogo ma polować było to zupełnie realne, nie było tylko wymyślonymi scenariuszami, ale pewną przyszłością. To on będzie tym, kogo Gustaw ujrzy przed śmiercią.


Zerwał się jak wyrwany ze snu, zarzucił pierwszy łachman, jaki miał pod ręką, wcisnął mały toporek za pas i chwycił za klamkę drzwi
- przejdę się nad rzekę - w tym smrodzie nie da się spać - powiedział półgłosem na wypadek, gdyby któryś ze współtowarzyszy również nie spał.

Wychodząc zaszedł do szynkwasu i poprosił zastaną tam dziewkę o flaszkę czegoś mocnego. Chwycił ją, rzucił na blat zapłatę i wyszedł z budynku.

Kiedy doszedł nad brzeg Talabeku wyrwał korek zębami i pociągnął małego łyka sprawdzającego. Uśmiechnął się patrząc na zielone szkło butelki - to było to, na co miał ochotę. Sięgnął toporek zza pasa i cisnął go w pobliski pień tak mocno, jak tylko mógł wydając przy tym nieskrępowany okrzyk radości
- Thhaaa! Rozpoczęcie polowania trzeba opić! - ryknął do duchów rzeki próbując przekrzyczeć nurt wody i wiatr. Pociągnął ponownie zacnego trunku, tym razem dużo śmielej. Usiadł pod wbitym toporkiem i spokojnie popił po raz kolejny.
- Teraz sobie odpocznę - pomyślał uspokajając oddech, ułożył się wygodnie opierając o pień i znów popił.
 

Ostatnio edytowane przez Morel : 18-09-2016 o 21:48. Powód: Żona znalazła błędy to poprawiłem.
Morel jest offline  
Stary 08-09-2016, 21:15   #4
 
Matyjasz's Avatar
 
Reputacja: 614 Matyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemuMatyjasz to imię znane każdemu
Twarz Alberta odbijała się w lustrze, jego oczy nie kłamały, choć czym były zmysłu dla kogoś kto potrafił zmieniać świat podług woli? Po raz kolejny dostrzegał wśród włosów biały pasek, nie siwy tylko biały i po raz kolejny nałożył na niego farbę zdając sobie sprawę z tego, że w dłuższej perspektywie i tak nie zatrzyma tego jak wiatry magii zmieniają nie tylko jego ciało ale i umysł. Tak samo jak nie mógł nigdy zatuszować powolnej zmiany koloru włosów tak samo nigdy nie był wstanie brodą zakryć blizny po poparzeniach na szyi.
-Może i magia zmienia wszystko ale nie znaczy to, że muszę tą zmianę przyjąć z otwartymi rękoma. - Powiedział do siebie wiązać wyglądającą najzwyczajniej jak się da koszulę i ruszył się pożegnać.


- Jak wiecie, lub nie, na mnie czas. - Przemówił do grupki żołnierzy. - Nigdy nie miałem być waszym dowódcą. Los nałożył na mnie ten ciężar, gdy nasz oficer okazał się jebanym idiotą i dał się zarąbać w samobójczej szarży. - Albert był pewien, że choć kilku z nich się uśmiechnęło a paru nawet przestało się go bać, na chwilę. - Wygraliśmy pan „Końca czasów” spotkał swój zasrany koniec, teraz czas dorżnąć ich do końca. Więc oddaje was pod komendę doświadczonego i dobrego dowódcy. Ja sam wyruszam dorwać jednego paskudnego skurwysyna i obiecuje wam, że jego jaja ozdobią sztandar Dziewiątego Regimentu. Ku chwale Imperium, rozejść się!


Ostatnią rzeczą czekającą go w tym miejscu był nowy koń. Albert odrobinę bał się tego zwierzęcia. Taki kawał drogi przeszedł w życiu pieszo, że wręcz nienaturalnym wydawało mu się jechać na czymś i nie czuć gruntu pod nogami.
- Ja dbam o ciebie ty mnie spokojnie zaniesiesz na miejsce. - Ustalił.




Taalgad mimo wojny nie zmienił się zbytnio, pierwsza linia obrony i port Talabheim wyglądał podobnie jak wcześniej, tylko pogoda zmieniła się na paskudną. Strażnicy nie poznali go co uznał za plus. Albert nie mógł zrozumieć zachowania niektórych magistrów, którzy nie tylko nie ukrywali swojej tożsamości ale wręcz się nią chwalili. W jego przekonaniu formalne gwarancje zrównujące majestat magistra z tym szlachcica wcale w magiczny sposób nie ratowały od krzywych spojrzeń lub bardziej niemiłych gestów gdy ktoś myślał, że ujdzie mu to na sucho.


Jednak miasteczko się trochę zmieniło. Czarodziej zatrzymał się przed pustymi stosami, których wcześniej tu nie było.
- Ktoś był nad wyraz pracowity. Czy jest sens walczyć za ludzkość skoro jesteśmy tak nieludzcy wobec siebie. - Był przekonany, że powinien czuć gniew, złość, odrazę lub oburzenie i czuł w pewien sposób, przytłumione nieobecne. Kolejny znak tego jak magia wypaczyła go w ostatnich miesiącach.
Za to czuł wiatr, zmysłów moc Hysh nie tłumiła, i karczma wydawała się być wspaniałym pomysłem gdy tak wiało.


Miejscowa mordownia podobała się mistrzowi magii, budziła wspomnienia. Ludzie pili grali w karty i radowali się życiem. Choć śmierdziało a zapowiedziany gulasz był pewnie znacznie gorszy od zapowiedzi to radość tego miejsca udzielała się nawet mu.
- Nie piwa, wódki, najlepiej Kislevskiej jak jest. Na karsnoludzką jestem jeszcze za słaby. - Wódka była faktycznym lekarstwem. Jak powiedział mu kiedyś jakiś piromanta, skoro jego magia tłumiła emocje to było tak z powodu braku mocy Aqshy w żyłach, a wiatr ten był przyciągany przez mocny i czysty alkohol.
Naukowe badanie magicznych właściwości trunku przerwał mu niejaki Waldemar, z wyglądu niemiły człowiek co jakże pasowało do jego niemiłej profesji.
Albert, krótko i treściwie przekazał co wiedział mając nadzieję na to, że łowca sobie pójdzie tam skąd przyszedł, najlepiej daleko. Na szczęście to zrobił i zaprosił ich na rano do spotkania przy stosie.
- Stos, nie ma to jak zacząć współpracę w tak miłym miejscu. - Powiedział gdy Waldemar już sobie poszedł. - Z pewnością jest miłym człowiekiem. Nasz zwiad jest dobry, ale też nie wszystko co wiedzą żołnierze zawsze trafia do wyższych oficerów. Ktoś chętny sprawdzić co miejscowi wiedzą o tym co się dzieje na północ od rzeki?


By nie być wziętym za gołosłownego zabrał flaszkę i podszedł do stołu grających w kości żołdaków.
- Można się przyłączyć? - Postawił flaszkę na stół. - Na koszt imperatora. -Usiadł i obstawił zakład. Ponoć biali magistrowie kierowali się zimną logiką. Gdy trzymał w dłoni kości, zimna logika mówiła żeby żałował, że nie jest magistrem kolegium niebios. Ci to zawsze wiedzieli jaki wynik obstawić.


Po skończeniu butelki i rozegraniu kilku partii bogatszy o kilka plotek i trochę alkoholu w krwi udał się na górę, w końcu z rana ruszają na łowy a poza Gustawem będącym głównym celem, na Alberta mogła czekać specjalna nagroda. Najlepiej gdyby mógł go dorwać żywcem i oddać temu Waldemarowi, w przypadku tej konkretnej osoby humanizm nie miał racji bytu. Z tą optymistyczną myślą zasnął.
 
Matyjasz jest offline  
Stary 08-09-2016, 22:51   #5
 
Hakon's Avatar
 
Reputacja: 27928 Hakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputację
Bardag dziwnie się czół w towarzystwie dwóch czarodajnych. Wiatry magii, którymi władali pochodziły z czystego chaosu. Jednak wiedział, że puki wykonują to co ich nauczono raczej nic złego nie powinno się zdarzyć. W razie co na głowę ich spadnie wielu zapalczywych łowców. Z resztą takie towarzystwo puki co dawało nadzieję na udane polowanie. Pokazali w obronie miasta swoją przydatność i legendy już krążyły po okolicach.
Odprawa przebiegła tak jak zawsze. Zwięźle i na temat. Krasnoludzki łowca siedział z boku okuty w swoją zbroję. Przy pasie wisiał bojowy topór z którym nie rozstawał się nawet nocą. Pięknie zdobiona broń krasnoludzkich rzemieślników przypominała mu o rodakach i górach. Broda zwisała bezwładnie na napierśniku. Nie spięta, nie zapleciona. Na czas bitwy czasem ją związywał by nie przeszkadzała lecz na co dzień wolał ją mieć swobodnie kołyszącą. Reszta rynsztunku czekała przy wejściu. Kusza samopowtarzalna, tarcza metalowa z krasnoludzkimi wzorami i tobół podróżny, który zawsze dobrze mieć przy sobie. Także kusza pistoletowa czekała na niego leżąc na wspomnianym tobołku.

- Kuźwa! Większych wałachów nie było?!- Ryknął ze złością na stajennego, który podprowadził im konie. Nie znosił tych zwierząt. Śmierdziały i srały na potęgę. Niby szybciej się podróżowało nimi, ale wolał jednak swoje nogi. Pewniejsze i bezpieczniejsze.
Nie było wyjścia, trzeba było jechać czym prędzej a i radochy pozostałym nie chciał dawać. Na szczęście jego wierzchowiec miał siodło rycerskie i kiedy udało mu się wgramolić był stabilny.

Jadąc na końcu obserwował plecy towarzyszy. Sigmaryta wydawał się zawsze rozsądny i można było z nim pogadać. Jin był dziwny. Jeździł na elfim śmierdzielu odkąd pamiętał z początków oblężenia, kiedy to obserwował każdego podejrzanego typa. Żaden z nich nie okazał się chaośnikiem. Szukał, śledził prowadził swoje śledztwo w szykującym się garnizonie miasta. W końcu trafił na trop. Dowódca wschodniej bramy było plugawcem wyznającym mrocznych bogów. Nie trwało to długo i w końcu wyciągnął go z kwatery poobijanego za fraki i oddał inkwizycji ludzkiej. Co się z nim stało? Miał to głęboko w... Nie ważne gdzie.

W końcu dojechali do Talagaadu i natknęli się na strażników.
- No wreszcie zejdę z tej kobyły- I zaczął się wygramalać. Po krótkiej chwili gdy już kompani ruszyli znalazł się na ziemi.
- A wy gdzie do cholery beze mnie?- Wrzasnął i ruszył ciągnąc za wodze konia.

Lisia nora wydała się krasnoludowi dobrym miejscem. Alkohol, jadło i hałas. Tego było mu trzeba.
Kiedy usiedli i przyszło do zamówienia zdziwił się na zamówienie przez Alberta wódki powiedział.
- Noo. To rozumiem. Nie jakieś elfie szczyny.- Klepnął maga po przyjacielsku.
Kiedy przybył Waldemar z początku nie zwracał na niego uwagi. Był jak większość łowców, których ostatnio spotykał. Kapelusz, insygnia władzy wszystkie na wierzchu. Martwił się trochę o tego człowieka. Generał wspominał o zwiadowcy, ale nie wspomniał, że to będzie jeden z tych fanatyków. Bardag zastanowił się i popatrzył po magach. Kiedy się do nich doczepi. Ciekawe był czy łowca uszanuje wole dowódców, że muszą razem współdziałać. No ciekawie się kompania zapowiadała.
Wysłuchali co miał do powiedzenia i zaczęli się rozchodzić w różne strony.
Krasnolud w końcu wyjął sakiewkę od generała i przyglądał się przedmiotowi i zastanawiał się co to do jasnej elfiej jest.

Wszyscy już położyli się poza włóczącym się Jinem. Rozpakował się ze swojej zbroi, budząc prawie wszystkich tym działaniem i słuchając gróźb słanych w jego kierunku po czym się położył. Wiedział, że wstanie jako jeden z pierwszych. Od lat tak miał, że mało snu było mu trzeba a i sny nieciekawymi bywały.
 

Ostatnio edytowane przez Hakon : 09-09-2016 o 11:52.
Hakon jest offline  
Stary 09-09-2016, 02:09   #6
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 29527 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Hans Manstein - Sigmar tak chce!



Talabheim; odprawa u von Deindorna



- Nie traćmy nadziei panie. Zwycięstwo będzie nasz a zguba tych zaprzańców! Wzorem i patronem niech nam będzie świątobliwy Magnus Pobożny a pod światłem miłościwie nam panującego Imperatora, z pomocą naszych braci khazadów i zjednoczonych ludzkich narodów i plemion z bliskich i dalekich krain, zwyciężymy! Zwyciężymy bo Sigmar tak chce! - Hans widząc zmartwione oblicze imperialnego wodza który osobiście ich odprawił i pożegnał postanowił wypełnić swą posługę i wlać choć swoimi nędznymi słowami odrobinę wiary w serce wodza. No i dać przykład. Przecież był kapłanem.



Talagaad; brama



Hans dostosował się bez jęków i żali do zamiany wierzchowców. Te traktował jak użyteczne narzędzia transportowe napędzane owcem. Nie robiło mu różnicy pod czym zapina siodło o ile koń sam w sobie nie stwarzał jakichś problemów. Przez drogę dał się poznać jako człek raczej spokojny. Był rosłym mężem na tle przechodniów większość dorosłych była o te pół głowy niższa od niego. Był też całkiem słusznej postury, zwłaszcza gdy był w pancerzu i płaszczu podbitego futrem który go znacznie, optycznie powiększał. Najbardziej jednak chyba rzucała się w oczy jego łysa głowa i te czujne, przeszywające spojrzenie które często ludziom mówiło, że kapłan wie o nich wszystko w ogóle zanim się zaczęła rozmowa.

Oznaczenia i barwy na jego ubiorze i pancerzu jasno wskazywały, że nie dość, że jest kapłanem Sigmara to jeszcze należy do zakonu Młotów Sigmara. Zwanego potocznie kapłanami - wojownikami czy po prostu kapłanami bitewnymi. Gdyby jeszcze ktoś poza wzrostem, gabarytami, wyraźnym amuletem Sigmara na ciężkim wisiorze kołyszącym się na opancerzonej piersi miał wątpliwości co do tego jakiego rodzaju klerykiem ma się do czynienia to nie dało się wprost ominąć wielkiego, dwuręcznego młota który był główną bronią i sposobem tępienia wrogów Sigmara tego kapłana. Miał oczywiście jeszcze broń pomocniczą ale te już aż tak się nie wyróżniały na tle innych wojaków jak ten ciężki młot.

Poza tym kapłan był na swój sposób małomówny. Potrafił podróżować nie odzywając się lub odmawiając swoje mantry i psalmy czy medytując. Niemniej jednak czy przy ognisku czy na postojach gburem nie był i zagadnięty zawsze odpowiadał a nawet sam był ciekaw swoich towarzyszy. Wówczas nawet mógł uchodzić za towarzyskiego. Choć dało się wyczuć pod wierzchnią warstwą powściągliwości narzuconej przez stan klerykalny bywał nawet wręcz rubaszny typową nieskrępowaną prostotą zwykłych mieszkańców wsi, miast czy pospolitych żołnierzy. Nawet gdy nauczał czy odprawiał kazanie mówił bardziej jak jedni z tych wędrownych kaznodziei potrafiących wywołać namiętność u słuchaczy trafiając wprost do ich serc i umysłów niż jak uczony w mowie i piśmie kapłan czy teolog zazwyczaj się powinien wypowiadać.

- Pokój z wami sierżancie. - odpowiedział sierżantowi który okazał się bardziej powściągliwy od wyrywnego młodzika. Choć w tym aż tryskał młodzieńczy entuzjazm co jakoś przypominało kapłanowi przedwojenne czasy. Może nie były czysto pokojowe ale na pewni dużo bardziej bezpieczniejsze i spokojniejsze niż obecnie.

- Dziękujemy za dobre słowo ale jedynie mieliśmy zaszczyt być naczyniem woli dobrych bogów którzy pokierowali naszymi krokami. - odparł z uśmiechem nie mogąc nie skorzystać z okazji by nie wygłosić paru słów ludziom którzy stanowili część zrębu sił zbrojnych obrony przed najazdem.

- A i nie byliśmy tam przeca sami a jedynie wypełnialiśmy wolę naszych jaśnieoświeconych dowódców. Wszyscy przecież jesteśmy wojownikami. I ty, i ja, i nasz młody Alois i nasi towarzysze. Wszyscy jesteśmy wojownikami i służymy zwycięstwu. Prawa? -
dodał wskazując zarówno na swoich konnych towarzyszy jak i piechurów obsługujących bramę.

- I biada nikczeminikom który usiłują nasypać piachu w ten słusznie boski plan. Spotka ich sroga kara. Oj bardzo sroga. - głos jednak w końcu mu stwardniał a z oczu zaczęły wręcz sypać skry jak często gdy wpadał w gniew lub był w ogniu walki. Odpowiedź kapłana sugerowała, że dla wrogów Sigmara i Imperium zmiłowania i litości z jego strony nie będzie.



Talagaad; karczma "Lisia Nora"



Sama karczma już od samej nazwy wydała mu się jakaś podejrzana. "Lisia Nora"? Brzmiało jak jakaś speluna paserów, złodziei i przemytników. A nie miejsce postoju dla kapłana Sigmara. Jednak jeśli w tej mieścinie były aż całe dwie karczmie z czego obecnie uchowała się aż jedna no to chyba niezbyt duży mieli wybór.

- Dziękujęmy ci za twoją gościnność dobry człowieku. Niech ci dobrzy bogowie sprzyjają. - pożegnał się z żołnierzem który ich zaprowadził do lokalu i pobłogosławił go w podzięce za jego posługę. Wdzięczność okazał też bardziej konkretnie i materialnie wręczając mu srebrnika na drogę.

Wnętrze okazało się jednak... Nie tak odpychające jak nazwa. Właściwie panował standard. Ruch jak za dawnych, tłustych dni. Słyszał jak właściciel zachwala swój jadłospis. Był naprawdę zaskoczony takimi wyszukanymi jak na wojenne czasy daniami. No chyba, że tak tylko na słuch były wyszukane. Wzbudzały jednak ciekawość Ostermarczyka by ich skosztować. Nawet jakby były w połowie tak smaczne i syte ja mówił to i tak było warto spróbować. Zwłaszcza, że mógł to być ostatni posiłek w cywilizowanych warunkach na nie wiadomo jak długo. A pola bitew nauczyły esseńczyka, że trzeba się nażreć kiedy jest okazja by mieć potem sił ile tylko można gdy zajdzie taka potrzeba. A zawsze zachodziła. Jak nie prędzej to później. Przynajmniej zawsze jeśli się było kapłanem.

- Skoro tak zachwalasz gospodarzu to podaj nam te wyśmienite jadło. Na pewno będzie tak smakowite jak mówisz. Przecież nie ośmieliłby się prawy oberżysta poopowiadać jakichś bajek kapłanowi prawda? - powiedział i spytał na koniec z lekkim uśmiechem robiąc sobie w duchu psikusa z miny karczmarza. Ale tak naprawdę może i taki kit wciskał każdemu z co bogaciej wyglądającemu podróżnemu ale akurat oni nieco odbiegali od tego standardu. A i skoro był taki pewny swoich dań na pewno nie wciksałby przecież takiego kitu kapłanowi. Zgadywał, że teraz nawet jeśli co nieco rozpędził się w tych przechwałkach o jakości swoich usług to pewnie teraz zrobi co tylko się da by je wypełnić. I dobrze. Choć po prawdzie Ostermarczyk o wyczuwalnym akcencie ze wschodnich kresów Imperium zjadłby aby dużo, ciepłe i syte. I jego żołądek nie zmienił się zbyt wiele w gustach i wymaganiach od czasu gdy biegał boso i w krótkich majtkach po ulicach Essen.

- Masz bardzo zręczne ręce moje dziecko. Jak cię zwą? - zatrzymał dłonią łapiąc lekko nadgarstek obsługującej ich dziewczyny która jakoś wpadła mu w oko prawie na wejściu ale nie miał okazji by ją poznać. A miał ochotę a i wzbudziła jego ciekawość.




Talagaad; sen



Wiedział, że to sen. Znowu ten sam. Pokawałkowany i przemieszany ale zawsze wracał. Właściwie wspomnienia we śnie a nie jakiś sen. Wiedział co wtedy się wydarzyło. Wiedział, że sen mówi prawdę. Ale nie rozumiał dlaczego ciągle wraca. Jego patron chciał mu coś powiedzieć? Przekazać? Czyżby nie dopełnił jakichś obowiązków wówczas? Miał jakiś dług? Może powinien porozmawiać z jakimś kapłanem Morr'a który był przecież opiekunem nie tylko wiecznego snu. Nie wiedział. Ale znów tam był. W tym śnie. Znów wracał do tamtego bezimiennego pola.

Strach. Tak czuł wtedy strach. Bał się. Oni też się bali. Widział to. Widział i wyczuwał. W ich twarzach. W ich sylwetkach. W ich oddechach. Bali się. Wszycy bali się tak samo. Ale jego i ich odróżniało jedno. Był ich dowódcą. Był kapłanem. Był ich wodzem. On ich tam przywiódł. Szli, walczyli i umierali pod jego komendą. A teraz patrzyli na niego. Z nadzieją. Stał przed nimi, przed ich pstrokatą ale wciąż, mimo tych wszystkich walk i ataków mniej więcej równą linią i czuł ciężar ich nadziei. Nadziei jakiej nie mógł im dać. Przecież dostali rozkaz umrzeć. Wszyscy. Co do jednego. Ale w tamtej chwili wiedział to tylko on. Oni nie. Dlatego mieli nadzieję. A on nie.

Był jedną z nielicznych osób w ich improwizowanym oddziale ochotników która miała jakiekolwiek wojenne i wojskowe przeszkolenie. Do tego stał do nich przodem czyli widział wzgórze i sztandard generała. Widział jego machania i podrygiwania i jako jedyny widział co oznaczają. "Utrzymać pozycję". Powtórzony już po raz drugi. Na szczycie wzgórza czekali na potwierdzenie z jego strony. Potwierdzenie z którym zwlekał. Przecież trwała bitwa. Z całym jej dymem, ogniem, salwami, wrzaskami, jękami no przecież mógł przegapić rozkaz wydany gdzieś tam zza pleców na wzgórzu prawda? No pewnie że mógł! W bitwach takie rzeczy się zdarzały non stop! Przecież tyle już ich widział i przetrwał. To wiedział, że tak bywało. Kto by mu potem udowodnił, że widział rozkaz? Nikt. Nikt inny nie wiedziałby o tym. Poza nim samym i jego sumieniem.

Ono właśnie mu ciążyło. Poczucie obowiązku i powinności walczyło z wolą życia i logiką. Tyle już przeszli. Dali z siebie wszystko. Zostało ich już tak niewielu. Jego improwizowany oddział smolarzy, rolników, bratników, drwali, myśliwych zwany szumnie Ostemarskimi Ochotnikami zdzierżyli już tyle prób. Zebrał ich wszystkich. Uciekinierzy, uchodźcy, głodomory, szabrownicy pobojowisk ze wszystkich grup i band jakie spotkał. Albo jacy przyłoączyli się do niego i przetrwali drakońską dyscyplinę i szkolenie jakim ich poddał. Nie obchodziło go kim byli wcześniej. Obiecywał im jedynie walkę, zemstę i odkupienie. Większość pochodziła z prowincji najbardziej spustoszonych przez wojnę. Z Ostlandu, Hochlandu, Talabeklandu, nawet całkiem sporo Kislevitów. No i oczywiście z jego rodzimego Ostermarku. Ludzie, których nie chciano w żadnym oddziale. Ludzie o których żaden inny oddział się nie upomniał. Żaden werbownik czy bęben nie powłołał. Którzy pod koniec nie chcieli być w żadnym innym oddziale. Tylko w jego. Ludzie których przeprowadził przez dotychczasową zawieruchę. Przeprowadził ich tu, na te pole bitwy. Którzy odparli już tyle ataków nawet tutaj. Z których był teraz tak dumny, bardziej niż gdyby miał dowodzić najbardziej z elitarnych oddziałów Wielkich Mieczy. Ludzie którzy patrzyli na niego z nadzieją, wciąż wierząc, że znów ich wyprowadzi cało chociaż tych którzy wciąż jeszcze stali w tej już jakże wąskiej, pstrokatej linii. A przecież nie mógł. Przecież mieli tu zginąć.

Odwrócił się do nich tyłem patrząc na swoją zagładę. Szykowali się. Oddaleni o kilkaset metrów. Ustawiali się w płot. Do ostatniej szarży która wreszcie miała zlikwidować uparty oddział, przełamać się prze zimperialne skrzydło i wyjść na tyły wojsk imperialnych biorąc je wreszcie w kleszcze okrążenia a potem wyrżnąć ich ku chwale krwawych bożków. Hans był na tyle doświadczonym żołnierzem, że świetnie to rozumiał. Nawet manewr ich generała wysłania rajtarów wydawał mu się całkiem rozsądny. Widział jak truchtają na ich tyły. Jego żołnierze myśleli widocznie, że ich wspomogą, zastąpią w linii, przyjmą szarżę chaosytów więc słyszał ich okrzyki radości i dziękczynienia. Mylili się. Hans wiedział o co szło genrałowi. Ich oddział poniósł zbyt wielkie straty w tej bitwie by równać się z jakimkowiek nie napoczętym jeszcze oddziałem wroga. A na pewno nie z ciężko opancerzona jazdą dosiadających obrzydliwych i obcych dwunogich potworów. Żadne męstwo nie zmogłoby takiej przewagi. Matematyka wojny była nieubłagana i Manstein wiedział, że resztki lekkiej piechoty nie zatrzymają szarży ciężkiej jazdy. Nie zatrzymaliby też już nadkruszeni bitwą rajtarzy. Ale gdy jazda w nich uderzy skotłuje się, wytraci impet uderzenia i zacznie rzezać niedobitków jego oddziału. A na nich właśnie spadnie kontratak rajtarów. Strategicznie było to rozsądne posunięcie gdzie dwa potrzaskane Imperialne oddziały miały szansę wspólnie pokonać nawet elitarny oddział ciężkiej kawalerii chaosytów. Tyle, że taki plan oznaczał zagładę jego i jego ludzi. - Sigmar tak chce. - szepnął w końcu podejmując decyzję.

- Thomas! - zawezwał sztandarowego oddziału. Odwróćił się z powrotem patrząc na swojego przyjaciela z Middelheim. - Trzy razy pion! - krzyknął do muskularnego wyznawcy Urlyka by potwierdził sztandarem otrzymanie rozkazu. - Ostermarscy Ochotnicy! Utrzymać pozycję! Bez względu na wszystko! Utrzymać pozycję! - wrzasnął tak by usłyszeli go wszyscy. Ukłuło go gdy widział niedowierzanie i właśnie strach na ich twarzach. Patrzyli teraz za jego plecy. Nie musiał patrzeć już się tamtych naoglądał. Wiedział, że tamci ruszyli właśnie swoją różowawo - pastelową linię zaczynając atak. Na razie jeszcze powolny, jak przy zwykłej podróży.

- Ochotnicy! Żołnierze! Bracia i siostry! Za chwilę wszyscy tu zginiemy! Co do jednego! - czuł, że musi powiedzieć coś więcej niż zwykłe oznajmienie rozkazu. Wypadało przecież jakoś pożegnać się z tym śmiertelnym życiem i przygotować się na te wieczne. Teraz gdy podjął decyzję już się nie bał. Czuł, rosnący w nim gniew i żar. I wściekłość. Za to, że z takim trudem ciężko zebrany oddział, tylu wspaniałych ludzi, tylu imperialnych poddanych musiało zginąć. Tu i teraz. Przez tych zaprzańców i heretyków! Zaczął więc przemowę nie owijając w bawełnę. Nie chciał takim ludziom wciskać kitu. Zresztą widzieli przecież co się dzieje. Jego słowa poruszyły ich i patrzyli na niego jakby oblał każdego z nich kubłem zimnej wody.

- Jestem tu z wami i byłem z wami od początku! Będę też i na końcu! Jestem dumny, że mogłem wam służyć! Z wami walczyć! I z wami umierać! Jestem świadkiem waszej odwagi i męstwa! I jako kapłan rozgrzeszam was i daję wam odkupienie! Świadczę, że dopełnilście przysięgi i wiary! Za chwilę znów się spotkamy razem u bram Morra! Ale zanim to nastąpi dajmy na pohybel tym skurwysynom! Niech nauczą się po wsze czasy jak umierają Ochotnicy z Ostermakru! Sigmar tak chce! Zaa mnąąą! - i ruszyli. Za nim. Do kontrszarży. Resztki lekkiej piechoty ruszyło do szarży przeciw rozpędzonej już ciężkiej jeździe chaosytów. Porwał ich. Przekonał. Dali mu wiarę. Może dla piechoty kontrszarża nie była najlepszym sposobem przyjęcia szarży ciężkiej jazdy. Nie wedle sztuki strategii wykładanej w imperialnych akademiach wojskowych. Ale wedle tej samej strategii taki licha przeszkoda nie była w stanie zatrzymać tak silnego przeciwnika. Więc tak naprawdę piechurzy mogli sobie tylko wybrać czy chcą być rozbici i zmiażdżeni szarżą trzymając linię czy w ataku na kopie obcego rycerstwa.

Potem już poszło szybko. Odległość skracała się błyskawicznie aż w końcu byli prawie na przeciw siebie. Hans biegł pierwszy prowadząc za sobą pstrokatą linię która z każdym krokiem przekształcała się na powstałym po wcześniejszych walkach pobojowisku w pstrokate stadko. Biegł aż wreszcie był tuż, przed wrogim dowódcą pancernego regimentu. Zdołał jakoś przemnąć się pod jego lancą i zamachnął się swoim młotem. - Sigmar tak chce! - wrzasnął swoje motto i zdzielił obcego potwora służącego chaosycie za wierzchowca w ten jego podłużny łeb. Solidna, imperialna i poświecona broń zmiażdżyła plugawy czerep jednym, mścicielksim uderzeniem. Stwór zaczął upadać tracąc pęd a jeździeć wylatywać z siodła. To jeszcze Hans pamiętał, nawet teraz we śnie. Ale skrzydłowy chaosyty trafił go kopią. Te przeorała napierśnik Mansteina i odwróciła go wokół własnej osi.Stracił równwagę i upadł. Widział jeszcze ziemię a potem zbliżającą się smugę rozpędzonego kopyta w stronę swojej głowy. I koniec. Ciemność. Znaczy obudził się. Zlany potem i ciężko dysząc. Ja zwykle. Często się budził w tym momencie.

Westchnął ciężko. Sen. Wspomnienie. Nieważne w sumie co. Ciążyło mu. Żarły go wyrzuty sumienia. Przeżył. A oni nie. Zostawił ich. Nie czekał na nich u Bram Morra jak im obiecał. Wyszedł na kłamcę i krzywoprzysięscę. I co miał teraz z tym zrobić? Jak odpokutować? Gryzło go to. Zwłaszcza gdy się po nocy budził po takim śnie. Westchnął ciężko i wstał skrzypiąc trochę łóżkiem i podszedł do miski z wodą. Obmył twarz a potem całą głowę. Ochlapał wodą pierś i ramiona a potem nieśpiesznie wytarł się ręcznikiem.

- Sigmar tak chce. - mruknął cicho swoje motto. Chociaż jak się dowiedział potem, o wiele potem, wszyscy znowu myśleli, że nikt z nich nie przeżył. Temu się akurat nie dziwił. Ale dowiedział się też, że tamten generał jak i wszystkie wojska były pod wrażeniem tej straczeńczej szarży. Ponoć wlało to żar i odwage w już nadwątlone i zmęczone serca i ramiona imperialnych żołnierzy. Może jego patron miał wobec niego jakichś plan? Dlatego przeżył? Dlatego nadal wciąż żył gdy tylu innych już nie? No było nie było teraz mieli inne zadanie. Musieli dorwać tamtego chaosytę. I zmiażdżyć mu ten heretycki łeb! Zacisnął pięść jakby mu groził lub faktycznie chciał go zmiażdżyć. A potem wrócił z powrotem na posłanie. Wiedział, że drugi raz raczej mu się nic nie przyśni więc powinien jeszcze zdążyć się wyspać przed rankiem.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 11-09-2016, 13:58   #7
 
Nemroth's Avatar
 
Reputacja: 257 Nemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skałNemroth jest jak klejnot wśród skał
Batalia z Archontem dobiegła końca. Wojna z chaosem trwała dalej ale Imperium wreszcie mogło odetchnąć. Nadszedł czas by wyleczyć rany po walce z bestią.
Odpoczynek nie był jednak dla wszystkich. Byli tacy dla których warta nigdy się nie kończy. Do tej grupy zaliczał się Nicodemus i był z tego dumny. Dlatego świeżo upieczony magister ochoczo zmierzał do Talagaad, miasteczka które miało szczęście nie ucierpieć podczas agresji nieprzyjaciela. To właśnie tam wraz z grupą kompanów otrzyma niezbędne informacje które pozwolą im wypełnić misję. Cel zadania nie należał do szczególnie skomplikowanych, co jednak wcale nie znaczyło że wykonanie go będzie łatwe. Polowanie na przywódców barbarzyńskich hord rzadko bywają łatwe. Mistrz magii był jednak doskonale świadomy że po załamaniu się ofensywy Archonta, niedobitki armii chaosu mogą szukać nowego lidera. Czas miał tu kluczowe znaczenie i musieli wyeliminować wrogiego generała nim zdoła przegrupować swoje siły.

Podróż była dla Białego Czarodzieja pełna rozmyślań. Skrajne emocje nie były cechą przedstawicieli Zakonu Mędrców ale Nicodemus ciągle odczuwał ekscytacje gdy wracał myślami do chwili otrzymania kostura arcymaga Bonthira. Nagrody od samego księcia elektora. Był to wielki prestiż nie tylko dla niego, co dla całej Kapituły Światła. Nie lubił polityki ale magister musiał myśleć perspektywicznie. W wojnie magowie odegrali wielką rolę i teraz pojawiła się szansa na poprawę ich wizerunku. Nie można było zmarnować tej okazji, i sukces tej misji mógł być chociaż niewielkim wkładem Nicodemusa w tą sprawę.

U celu podróży zastał go widok wypalonych stosów.
- A jednak skaza chaosu dotknęła i to miejsce. - skomentował. Był to jednak też wyrazisty dowód owocnej pracy łowcy czarownic. Jak chyba większość magów Nicodemus obawiał się przedstawicieli tej profesji. Nie dlatego że miał coś do ukrycia ale znał wiele historii gdzie inkwizytorzy popełniali karygodne pomyłki. Byli jednak potrzebni. Wszyscy popełniali błędy ale czasem trzeba było poświęcić dobro jednostki dla dobra ogółu. Sam Sigmar tak nauczał.

Lisia nora robiła wrażenie zwyczajnej karczmy, niczym nie odbiegającej od dziesiątek a może nawet setek przybytków jakie odwiedził. Nic nie przyciągało szczególnie uwagi. Klientela, służba, wystrój takie samo jak gdzie indziej.
Słuchając uważnie zwiadowcy, pospołu z resztą towarzyszy wypił kilka piw. Nie rozpędzał się z alkoholem, lubił lekki rausz ale wolał zachować jasny umysł. Miał też inny nałóg któremu dawał upust. Palenie. Więc gdy dyskusja trwała w najlepsze, on powolutku, bez pośpiechu odprawił swój rytuał jakim było przygotowanie tytoniu, nabicie fajki a potem palenie. Ten zwyczaj zawsze pomagał mu się skupić albo zrelaksować zależnie od potrzeby. Nie potrafi nawet dokładnie powiedzieć kiedy palenie stało się nawykiem i nawet nie wie czemu to lubi. Chyba podświadomie chciał się po prostu upodobnić do swojego mistrza Keusha - nałogowego palacza.
Gdy zasadnicza cześć rozmowy dobiegła końca w zamyśleniu wyobrażał sobie różne scenariusze jak potoczy się dalsza podróż. Gdyby polowali na bandytów mógłby uznać zadanie za wręcz trywialne ale grupa barbarzyńców budziła w nim obawy. Mimowolnie nawiedzało go wspomnienie bitwy pod bramą Talabheim i moment gdy “coś” przedarło się przez pierwszy szereg żołnierzy. To “coś” było podobne do człowieka ale tak odmienione że Nicodemus nie mógł a raczej nie chciał określać tego mianem istoty ludzkiej. Używając magii spętał i częściowo oślepił kreaturę sadząc że taki stan uczyni ją bezbronną. I był to przejaw głupoty albo co gorsza arogancji z jego strony. Gdy tylko skrócił dystans, zmutowana istota za nic mając sobie ciążące na niej zaklęcia zaatakowała. Jednym ciosem nieuzbrojonych rąk złamała jego kostur. Solidna laska otrzymana od mistrza, kij którym był w stanie sparować cios dwuręcznego miecza, pękł od jednego uderzenia! Był w szoku i miał szczęście że nie połamało mu rąk. A cudem było to że jego kompani, zresztą tutaj obecni ubili mutanta nim ten wyprowadził kolejny zamach. Lekcja z tego była taka że jeśli ma na czym polegać to nie magii, nie na broni a na własnych towarzyszach.
Choć paradoksalnie kostur który teraz posiadał, elfi wyrób robiący wrażenie delikatniejszego winien wytrzymać taki cios bez większego problemu. Ale nie miał ochoty tego sprawdzać.

I tak jeszcze jakiś czas brał udział w rozmowie przy stole, wtrącając kilka mniej ważnych uwag. Wysłuchał plotek tych ciekawych i tych nudnych. Choć po wizycie łowcy czarownic ludzie są wyraźnie mniej skorzy do plotkowania. Poobserwował graczy zajętych grami w kości czy karty, pokibicował Albertowi i w końcu udał się do izby. Wyczyścił fajkę, przekartkował swoją księgę, powtórzył inkantacje kilku zaklęć. Był zmęczony więc odpuścił sobie dłuższe studiowanie na rzecz chociaż chwilę dłuższego snu.
O poranku wstawił się na wyznaczone przez Waldemara miejsce. Przygotowany do podróży, ubrany w porządne szaty sprawiał wrażenie uczonego ale dla każdego choć trochę obytego z tematem magii na pierwszy rzut oka było jasne że Nicodemus to czarodziej. Białe motywy, złote i srebrne wstawki były typowe dla Hierofantów. Mogło się wydawać że ubiór taki jest niewygodny ale był to pozór, strój jak najbardziej był przystosowany do podróży czy walki. I choć nie lubił konspiracji to gdy zachodziła taka potrzeba narzucał na siebie ciężki, czarny płaszcz z głębokim kapturem co jako tako maskowało ten zdradzający profesję ubiór. Choć podejrzewał że w ciągu kilku lat Hysh tak nasyci jego ciało magią że żadne zabiegi nie ukryją jego przynależności. Ten proces zresztą już trwał. Dobrze że przynajmniej jego wierzchowiec go znosi, bo co poniektórzy magowie wydają się już samą obecnością trwożyć zwierzęta.
“Polowanie czas zacząć” - pomyślał gdy już wszyscy zbierali się do drogi. A gdy już mieli ruszać rzucił jeszcze krótkie spojrzenie na stosy. “Dlaczego magu?” - zapytał w duchu nie mając poznać odpowiedzi.
 

Ostatnio edytowane przez Nemroth : 11-09-2016 o 17:23.
Nemroth jest offline  
Stary 11-09-2016, 20:42   #8
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 13590 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację
Talagaad. Kilka mil na północny zachód od Talabheim. Kaplica Sigmara

Waldemar wśliznął się do opuszczonej kaplicy przez lekko uchylone drzwi. Nawet ich nie domykał z trzech powodów. Ludzie w miasteczku sprawiali wrażenie bogobojnych i pokornych wobec woli Sigmara. Która owieczka chciałaby wejść nieproszona do domu swego pasterza?
Fakt, że ów boski przybytek zamieszkuje jeden z sławetnych w całym Imperium łowców czarownic był kolejnym argumentem odstraszającym potencjalnych złodziei świątynnych dóbr, które pozostały po poległym w bitwie kapłanie. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciał wejść łowcy czarownic w drogę. Ale nawet gdyby i te dwa argumenty nie przemawiały do rozsądku włamywacza, Waldemar pozostawił na czatach strażnika. Targo - czarnej maści ogar, który potrafił złapać kilkudniowy trop, a zacisk jego szczęki mógł złamać kość ramienia dorosłego mężczyzny leżał na chłodnej posadzce, tam gdzie Waldemar widział go kiedy ruszał w odwiedziny do Lisiej nory.

Targo nie był zwykłym ogarem. Był bardzo szczwaną i bystrą bestią. Waldemar doskonale pamiętał, kiedy kilka tygodni temu, ruszał do Talagaad stojącego na drodze apokalipsy zgotowanej mu przez armie Archaona, otrzymał Targo od Deindorna. Psisko miało pomóc odnaleźć nekromantę, który najwyraźniej poczuł się dużo pewniej gdy większość strażników i zdrowych mężczyzn Talagaadu gotowało się do wojny. Z pewnością z założenia przegranej.
Targo znał tylko kilka, podstawowych sztuczek, lecz kilka razy udowodnił swoją przydatność łowcy. Pies ślinił się paskudnie i cuchnął mokrą sierścią, a jego odchody były olbrzymie i obrzydliwe, ale Waldemar wiedział, że w poszukiwaniach grupy barbarzyńców Targo może odegrać jeszcze ważną rolę. Psisko na widok swego nowego pana podniosło tylko leniwie łeb, a po chwili znów położyło się wygodnie dysząc głośno.


Waldemar szybko przygotował się do snu, nawet przez chwilę nie zaprzątając sobie głowy myślami w stylu "co to będzie jutro". Dla niego poszukiwania uciekinierów były chlebem powszednim, czymś co zajmowało mu czas na co dzień, dlatego też miał do tego zdrowe i spokojne podejście. Łowca usnął szybko i bez żadnych problemów a cztery godziny odpoczynku minęły mu błyskawicznie.
Niedługo przed świtem zbudził go Targo. Psisko nauczone budzić się codziennie o tej samej porze drapało po drzwiach dając swemu panu do zrozumienia, że jest w potrzebie wyjść na zewnątrz za potrzebą. Waldemar wypuścił Targo z kaplicy, po czym wartko przygotował się do drogi i udał się na spotkanie z nowo poznanymi kompanami.

Talagaad. Kilka mil na północny zachód od Talabheim. Lisia nora

Pierwszy zbudził się Bardag, a przynajmniej tak mu się zdawało do chwili jak nie ujrzał klęczącego przy łóżku Hansa, który trzymał w swych ogromnych dłoniach żeliwny amulet komety o dwóch ogonach. Khazad zgramolił się z łóżka drapiąc się przy tym po brzuchu, a pierwszą rzeczą na co naszła go ochota była wizyta w wychodku. Wódka, gulasz i pełnoziarnisty chleb zawsze działały pobudzająco na jego jelita. Wyszedł z izby cicho jak mysz by nie przeszkadzać Hansowi w jego modłach. Krasnoludy i sigmaryci od wieków łączył sojusz. Zarówno Bardag jak i Hans mieli tego świadomość i szacunek do tejże tradycji.
Klecha Młotodzierżcy skończył się modlić chwilę po tym jak brodaty wojownik wyszedł z izby. Nie mieli zbyt wiele czasu na sen, szczególnie Hans. Poranne modły i zakładanie pancerza zawsze odbierały mu godzinę z puli czasu przeznaczonego na sen. Mimo to Hans nie śmiał marudzić. Był pokornym sługą swego boga i modły uznawał za swój obowiązek.

Niedługo potem obudził pozostałych towarzyszy, którzy również zaczęli przygotowywać się do wyruszenia. Każdy z nich był spokojny mimo powagi sytuacji i tego co poprzedniego wieczoru udało się zasłyszeć Albertowi. Postawiona kilku miejscowym kolejka alle, rozwiązała ich języki i dość łatwo wyśpiewali wysłannikowi Kolegium Światła wszystko co wiedzieli na tematy interesujące maga.
"Droga na północ? Niebezpieczna jak skurwysyn!" mówił grubas z długaśnym wąsem i krzaczastymi brwiami.
"Talagaad obroniło się przed najazdem z przed kilku dni, lecz większa osada stojąca na drodze do trzech bliźniaczych miast została totalnie splądrowana przez zwierzoludzi i inne mutanty stanowiące pierwszy człon armii, która najechała te tereny" mówił drugi, łysy drab.

"Nie maszerujcie pieszo! To zbyt niebezpieczne, tam ciągle czają się potwory z naszych najgorszych koszmarów. Lepiej by było łodzią i rzeką aż do samego Stockse. Ale z kolei trza wam będzie odnaleźć jakiego flisaka. Tak czy siak po drugiej stronie rzeki stoi otworem brama do piekła" znów wtrącił grubas.
Droga rzeką była dłuższa, ale bezpieczniejsza. Z pewnością oba warianty powinni obgadać z ich przewodnikiem i informatorem -Waldemarem.
Nicodemus z rana chyba nie był w zbyt dobrym nastroju. Bez słowa wyszedł z izby, gdy tylko przygotował się do drogi nie mówiąc nikomu ani słowa. Jego niewyspani towarzysze mieli to w poważaniu i spokojnie zabrali wszystko co powinni po czym udali się na rynek, na spotkanie z łowcą czarownic. Od Waldemara wiele zależało. Musiał wybrać czy maszerować pieszo na północ, czy próbować płynąć łodzią do Stockse. Ciągle jednak zostawała sprawa flisaka.

~***~

Gdy podróżnicy dotarli na miejsce, spotkali tam nieco znudzonego łowcę czarownic, oraz bardziej zmęczonego niż poprzedniego wieczoru Jina który śmierdział podle tanią wódką. Talagaad zaczynało budzić się do życia. Z domów wychodzili mężczyźni maszerując do pracy, na mury, na zwiad ale również i rzemieślnicy walczący o dobro miasta w inny sposób.
Poprzednimi dniami na rynku stały stragany z owocami, rybami z rzeki, oraz wieloma innymi produktami, ale po tym jak Waldemar postanowił przemienić spokojny ryneczek w miejsce egzekucji nastroje mieszkańców nieco zmusiły kupców do omijanego łukiem miejsca spalenia żywcem.




 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!
Nefarius jest offline  
Stary 12-09-2016, 15:13   #9
 
Morel's Avatar
 
Reputacja: 8681 Morel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputacjęMorel ma wspaniałą reputację
Tak, jak się oparł o pieniek w nocy i wyssał ostatnią porcję nieszlachetnego trunku krzywiąc się niemiłosiernie, tak obudził się o brzasku. Wstał mrużąc oczy i osłaniając je przed szpilami jaskrawego światła wschodzącego słońca wystrzeliwanymi przez niespokojną taflę Talabeku.
Mimo, że zasnął szybko to sen nie był specjalnie regenerujący dla ciała. Był za to zbawienny dla umysłu. Tak już miał, że czasem, kiedy zbyt długo tłumił w sobie emocje musiał je z siebie wyrzucić, a zbyt długie przebywanie w mieście, z dala od leśnych kniei, które uważał za dom potęgowały apetyt na alkohol, podobnie jak te skumulowane emocje.
Zwykle tak właśnie się to kończyło i choć picie w samotności, nie było jego ulubionym zajęciem to traktował je jak gorzkie lekarstwo.

Teraz jednak trzeba wziąć się do roboty i zaprządz niemrawe ciało do działania. Pierwszym było szybkie zanurzenie głowy w lodowatej rzece, a kolejnymi wyrwanie toporka z pnia i udanie się na miejsce spotkania z pozostałymi myśliwymi. Po pozostały ekwipunek wróci po ustaleniu szczegółów wyprawy. Biegał szybko, śmiało założył więc, że nie opóźni tym wymarszu.
Po dotarciu na rynek miasta oprócz leniwie rozpoczynających codzienne rytuały mieszkańców z daleka zauważył Waldemara, w którego stronę skierował swoje kroki.
- Witaj łowco - wycharczał ochrypłym od alkoholu głosem. Potrząsnął głową chlapiąc niczym mokry pies, zebrał poprzyklejane do twarzy włosy, zaczesał palcami chwytając z tyłu w krótki kuc i wycisnął resztki rzecznej wody. Obdarzył łowcę czarownic szczerym uśmiechem prezentując swą gotowość do pracy i dobrą kondycję przeczącą temu, jak wyglądał. Nie spodziewając się odwzajemnienia wyrazu sympatii kucnął nisko i spojrzał przekrzywiając głowę na ogara, którego Waldemar przyprowadził ze sobą.
- to ta bestia o której wspominałeś? - nie wysuwał dłoni do zwierzęcia, jak to miał w zwyczaju, bo nie każdy pies lubił woń alkoholu, a w tym wypadku wolał nie ryzykować, choć tak szkolony ogar nie powinien zaatakować bez rozkazu, tym bardziej, że Jin nie był jego wrogiem, a on z pewnością o tym wiedział.
- Jak go nazywasz? - zapytał nie przestając się wpatrywać w czarne błyszczące oczy zwierzęcia.

--------

Było bardzo cicho, nie było słychać gwaru miasta, a jedynie dyszenie psa, śpiew ptaków i odgłosy porannej krzątaniny mieszkańców w oddali. Mało kto o tak wczesnej porze jest skory do rozmów, a plac nadal wypełniony odorem spalenizny potęgowany osiadającą na popiołach poranną wilgocią nie przyciągał mieszkańców w to miejsce.
Nie trudno było zatem wypatrzeć czwórkę towarzyszy, zwłaszcza, jak zwykle wyprostowanego Hansa i krępego krasnoluda w pełnych zbrojach ze stali.

- Mając wsparcie w tych taranach można by po prostu przebiec przez hordę goblinów wbijając je w ziemię podeszwami butów. Trzeba by tylko ich dobrze rozpędzić - pomyślał jednocześnie malując w głowie obraz tej dwójki taranującej z bojowym okrzykiem na ustach wystraszone zielone pokraki próbujące uchronić swe ciała przed zmiażdżeniem w desperackiej, nieudolnej ucieczce. Jaki piękny był to obraz..
Gdyby nie to, że plac był niemal pusty, można by z łatwością przeoczyć za to pozostałą dwójkę towarzyszy. Można by, gdyby nie to, że sama ich obecność sprawiała, że Jin czuł niepokój. Nie chodziło tu o to, że im nie ufał, lub nie lubił jako osoby - tylko o zupełnie fizyczne odczucie. Nie musiał nawet widzieć, że są w pobliżu, czuł to w brzuchu i na skórze. To uczucie, jakby coś miało za chwilę się stać.
Świadomość tego, że są to ludzie przesiąknięci magią, która przepływa przez ich ciała również była dla niego niepokojąca. Tam, gdzie się wychował, też istniała magia, ale nikt nie ośmielił się czerpać z niej tak swobodnie i pozwolić na tak bezpośredni kontakt, by odbiła swe piętno na ich ciałach. Jeśli już znalazł się ktoś tak zuchwały, to musiał spotkać się z podobnym losem jak ci, których woń zwęglonych ciał okraszała teraz słoneczny poranek na rynku w Talagaad.
Szamani z jego rodzinnych stron mogli jedynie pokornie prosić duchy żywiołów o udzielenie mocy. Zaklęcia były wynikiem ich manifestacji , a nie pochodziły od rzucającego czary. Według wiedzy jaką posiadał - podobnie wyglądały praktyki Hansa. Choć bogowie mieli własną wolę, zachcianki i pragnienia, a żywioły po prostu były, to szamani byli zawsze ludźmi mądrymi i silnymi ciałem i duchem, zatem i Hansa za takiego postrzegał.
Nie tylko traktował go z szacunkiem, a nawet podziwem, ale przede wszystkim nie obawiał się, że jego ciało eksploduje nieokiełznaną energią rozszarpując jego i pozostałych towarzyszy na strzępy. Niestety nie mógł tego samego powiedzieć o pełnokrwistych magach - widział to na własne oczy.

Na szczęście Ci, z którymi ruszał na łowy nie byli z pierwszej łapanki, co działało uspokajająco na umysł. Reakcji ciała starał się nie pokazywać, by nie urazić towarzyszy. Tak samo było i tym razem. Kiedy się zbliżyli przywitał ich równie szczerym uśmiechem, co Waldemara, jednak doprawionym pokorą i odrobiną zażenowania. Oni względnie wypoczęci w pełnym rynsztunku, a on z toporkiem w dłoni i brudnych łachmanach.
- No cóż.. z pewnością są tak mądrzy, że nie oceniają po wizerunku, poza tym nie znamy się od dziś - pomyślał z nadzieją, lecz nie starał się znaleźć potwierdzenia w ich spojrzeniach.
 

Ostatnio edytowane przez Morel : 18-09-2016 o 22:04.
Morel jest offline  
Stary 12-09-2016, 21:08   #10
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 29527 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Hans Manstein - Sigmar tak chce!


Gdy Ostermarczyk otworzył powieki było jeszcze ciemno a większość jeszcze spała. Gdy wyszedł z izby na zewnątrz w stanie "gotowy do drogi" chyba wybył jako jeden z ostatnich z ich ekipy. Jednak przygotowanie ciała, ducha i umysłu do drogi zabierało mu słuszną ilość czasu. Modlitwa pozwoliła mu oczyścić umysł po sennej marze jaka nawiedziła go w nocy. Teraz mógł wyjść na zewnątrz, razem ze swoimi kompanami i udać się na spotkanie z Waldemarem. Z zadowoleniem przyjął fakt, że stawili się wszyscy i w zadowalającym stanie. Ładnie to wróżyło ich sprawie jeśli wszyscy umieli o siebie zadbać i traktowali zadanie poważnie. Zresztą po osobach o takiej reputacji i poważaniu nie należało przecież oczekiwać czegoś innego.

- Pochwalony. - przywitał się teraz z Waldemarem który oczekiwał ich na mieście gdzie się umówili wczoraj. Przez drogę rozważył pod łysą głową różne plotki jakie zasłyszeli od miejscowych. Postanowił wyrazić swoją opinię na ten temat.

- Tutejsi mówią, że doga na północ od rzeki to droga przez mękę. Nie polecają jej. Za to zalecają podróż rzeką. - podsumował w najkrótszy, możliwy sposób to co niedawno zasłyszeli na rynku. Łowca pewnie dobrze o tym wiedział ale Hans lubił by było jasne do czego pije. - Wierzę tym bogobojnym ludziom. I gdyby chodziło o samo dotarcie do celu uznałbym to za mądrą i dobrotliwą radę tą podróż rzeką. - kiwnął głową rozkładając nieco ramiona na znak, że naprawdę wydaje mu się to sensowną opcją. Bo właściwie brzmiało mu to sensownie. Ale już tutaj dało się wyczuć w głosie jakieś "ale". No i faktycznie Manstein zaczął o nim mówić.

- Ale jak rozumiem, wiemy tyle, że barbarzyńcy przed paroma dniami ruszyli na północ i początkowo udali się w stronę nieco wschodnią czyli ku rzece i lasowi Drakwald za jej wschodnim brzegiem. - zaczął od tego co już wiedzieli od wczoraj ale popatrzył na Waldemara a potem resztę. Jak któryś coś wiedział jeszcze to chyba był dobry moment by się tym podzielić. A jeśli nie to Hans wiedział tylko tyle więc na tym bazował swoje planowanie.

- Tylko, że sam las i rzeka są dość rozległe. Płynąc łodzią mamy dość wąski fragment na widoku. Musielibyśmy mieć niesamowity fart albo coś co mu pomoże by natknąć się na tej rzecze na miejsce ich przeprawy. Czy przed, w trakcie czy po to już inna historia. -
machnął ręką na razie zostawiając na bok matmę podróży i ich relacji lądowo - rzecznych. Coś mu mówiło jednak, że rzeką mogliby sporo nadrobić straty choć czas wyprzedzenia jaki tamci mieli znacznie wyrównywał te fory. Byłoby niezłe gdyby mieli dopłynąć do konkretnego punktu na rzece na przykład właśnie miejsce przeprawy barbarzyńców. A na razie nie wiedzieli w ogóle czy tamci faktycznie zamierzają się przeprawić gdziekolwiek przez tą rzeke.

- Co więcej z rzeki nie mamy wglądu na głębie terenu. Więc możemy ich namierzyć tylko jeśli będą blisko rzeki. I pies też tu nam wiele nie pomoże póki nie zaczniemy lądowych poszukiwań. - zauważył kolejną trudność w wybraniu rzecznej opcji. Jak nie las to wzgórza blokowały wgląd w głębie terenu a na łodzi pies nie miał kogo tropić.

- Barbarzyńcy, zwłaszcza ci z północy, są z wodą za pan brat. Myślę, że nie ociągali się z podróżą rzeką jeśli jest o tyle łatwiejsza i szybsza od przedzierania się przez las. No chyba, że nie idą do Drakwaldu i to taka zmyła dla obserwatorów z naszego brzegu. Jakby szli w kierunku Middelheim czy Mosiężnej Twierdzy to wcale nie musieliby przekraczać rzeki w drodze do Drakwaldu. Idąc lądem możemy też użyć psa by utrzymał ich trop. Będziemy konno więc będziemy poruszać się raczej prędzej od nich. Szansa na stracenie tropu wydaje mi się znacznie mniejsza niż podczas podróży wodą. No oczywiście jest ryzyko poruszania się w takim niebezpiecznym terenie o jakim wspomnieli nam ci pogobojni obywatele tego miasta. Jednaże uważam, że jest to ryzyko godne podjęcia się go skoro trop powinien być pewniejszy niż łodzią. - podsumował swoje wnioski z tych ostatnich spostrzeżeń. Czekał co powie reszta jego towarzyszy. Bo gdyby mieli za cel zwykłą podróż z punktu "A" do punktu "B" sprawa z łodzią byłaby oczywista. Ale ich cel się przemieszczał i pewnie kluczył i poruszał się w znanym im mniej więcej kierunku ale nie celu. Mógł iść do Drakwaldu. Ale nawet sam Drakwald był przecież olbrzymim kompleksem lasów i nawet teren przyległy do rzek po jakich mieli płynąć był bardzo rozległy na zasoby jednej łodzi jaką mogli zdobyć. Co więcej wcale ci barbarzyńcy nie musieli przekraczać rzeki, poruszać się wzdłuż niej albo nawet i w ogóle ruszyć na zachód czy północ. W takim wypadku w ogóle by się nie pojawili w okolicach rzeki na jakiej by się znajdowali. I co wówczas? Wracać do Talagaad? Ruszyć n zachód w te spustoszone wojną tereny z tymi bandami maruderów, rabusiów, bestii i mutantów licząc, że odnajdą ich trop? Opcja rzeczna w oczach Hansa miłaby sens tylko wtedy gdyby mieli informacje dodatkowe wskazujące na bród czy most jakim zamierzali się barbarzyńcy przeprawić albo na cel do jakiego zmierzają by takie podejrzane rejony namierzyć zawczasu i wiedzieć gdzie płynąć. Na razie jednak o niczym takim nie wiedział. A skoro nie wiedział to optował za lądową wersją.


---


Gdzieś, kiedyś...


Idąc nieco wcześniej przez ulice Talagaad i mając we wspomnieniach nocny sen naszło go kolejne wspomnienie. Kiedyś przecież zanim zmutowane kopyto pastelowej bestii trzepnęło go w głowę, prawie zabijając na miejscu to przecież też tak szedł z przyjaciółmi ulicami. Choć nie Talagaad ani nawet nie ulicami. A właściwie to jechali wozem.

- Mam gryfa! Oddawać karliki! - przez ostatni w karwanie wóz i wiosenną okolicę przeszedł się triumfalny okrzyk zwycięzcy.

- Jakie karliki? Nie graliśmy na karliki. - odparł spokojny, stonowany głos łowcy i szermierza rozwalonego wygodnie na wozie.

- A no tak... - nieco zmarkotniał niedologony Middelheimczyk drapiąc się z zakłopotaniem po szczecinie na brodzie.

- Wygrałeś? Znoowuu? - spytał z wyraźnym odcieniem podejrzliwości i niedowierzania szczupły młodzian, w luźnym, szarym, znoszonym płaszczu z nie naciągniętym na głowe kapturem.

- No pewnie, że znowu! Wygrywam ciągle bo mnie Urlyk kocha a wy grać nie umiecie! - wydarł się Middelheimczyk zadziornie patrząc najpierw na Altdorfczyka z szarym płaszczu potem po kolei na dwóch pozostałych kompanów do gry. Wszyscy jednak wzruszyli ramionami, rozłożyli je czy odwrócili głowy. Nie było się przecież o co kłócić. Thomasa żaden z nich dotąd nie złapał na kantowaniu więc albo robił to po mistrzowsku albo naprawdę miał rękę, łeb i szczęście do tej gry. Ale wygrywał najczęściej z nich wszystkich i gdyby grali na poważne stawki byłby już pewnie o wiele bardziej nawalony i poobijany. Thomas bowiem miał wybitny dar przepuszczania pieniędzy na nie wiadomo właściwie co i kiedy ale najczęściej kończyło się to mordobiciem, uciekaniem przed ochroniarzami, strażnikami i tego typu zabawami.

- Spokojnie. Wygrał Thomas. Czyli tamta dziewoja uśmiechnęła się do niego. - rodzący się spór przerwał łysy Ostermarczyk. O to przecież grali w tej partii. Przejeżdżali przez jakąś kolejną wioskę i za płotem zauważyli dorodną dziewoję wieszającą pranie. Oczywiście ładniutka praczka wpadła w oko wszystkim czterem na raz. Każdy więc n swój sposób strał się a to pomachać, zawołać, posuszyć ząbki czy gwizdnąć oddając cześć jej urodzie. W końcu trochę onieśmielona ale chyba mile połecztana dziewczyna widząc, że nadal jadą na wozie i pewnie pojadą dalej nie zaczepiając jej odważyła się i pomachała im swoją zgrabną rączką i nawet uśmiechnęła się. Oczywiście od razu wybuchła u nich wojna bo każdy z nich uważał, że pomachała i uśmiechnęła się właśnie do niego i tylko do niego. W końcu błykskotliwy jak zwykle Sev zaproponował by zagrali o to. Gra w gryfa była jedną z niewielu rzeczy jaką mogli sobie umilić czas jadąc na tym wozie a i można było w nią zagrać o wszystko. Nawet o uśmiech bezimiennej dziewczny. Więc zagrali.

Podczas tej podróży często grali o tego typu stawki. Głodne stawki bez pieniędzy i jedzenia. Z jednym i drugim było krucho. Właściwie głód ich wygnał tak wczesną wiosną na szlak. Dołączyli się do pierwszej karawany jaką natrafili co jechała w kierunku jaki im pasował. Nawet fucha i stawki były raczej symboliczne. Oficjalnie zatrudnili się jako eskorta. Ale w praktyce pracowali właściwie za jedzenie. Karawana wozów z uchodźcami raczej nie była dobrym miejscem do zarobku. Ale tak naprawdę w takich czasach co przyszło im żyć i podróżować zapewniała spore bezpieczeństwo samą swoją wielkością i liczbą. Nawet jak pojedynczego podróżnego wartość bojowa była znikoma w porównaniu do nich czterech to i tak łatwiej było natrafić na coś co było skłonne zaatakować ich czterech niż całą karawanę. Tak więc sobie podróżowali na ostatnim wozie w ramach wzajemnej wymiany usług.

Podóżowali. Hans uśmiechnął się mimo wolnie półgębkiem do tamtych wspomnień. Podróżowali całą czwórką. Thomas z Middelheim. Urodzony łotrzyk, awanturnik, najgłośniejszy i najbardziej porywczy z nich wszystkich. A przy tym żarliwy wyznawca Urlyka wyznający swoją własną filozofię życiową. Eskel z Gór. Nie wiadomo dokładnie z jakich bo jak tłumaczył kończyły się znane imperialnym towarzyszom mapy i krainy. W każdym razie gość i przybysz w ich ojczyźnie. Spec od polowań, tropienia i potworów. Dumnie brzmiący ale chuderlawo wyglądający Severius z samiuśkiego Altdorfu. Którego i tak wołali Sev mimo, że był magistrem nauk magicznych. Człowiek wiedzy i nauki, najbardziej wykształcony z nich wszystkich więc siłą rzeczy od tych trudnych, książkowych spraw. No i on sam. Hans z Essen. Duchowny i wojownik w jednym oddany Sigmarowi z najcięższym pancerzem i zubrojeniem z całej czwórki w walce pełniący najczęściej rolę ciężkiej piechoty. Taaak... To była ich wspaniała czwórka. Pochodzili z różnych miejsc, warstw, krain a jednak dobrzy bogowie pozwolili im spotkać się razem i zadzierżgnąć prawdziwą przyjaźń, sprawdzoną w ogniu wojny, głodu, ognia i krwi. Siłą rzeczy zastanawiał się czy tym razem też ci towarzyszye tórzy go teraz otaczali również zadzierżgnie tak silne więzi jak z tamtymi ludźmi.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166