Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-09-2016, 08:45   #1
 
Layla's Avatar
 
Reputacja: 8353 Layla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputację
[WFRP II ed.] Bielszy odcień śmierci

Obrzeża lasu Jägerforst,
północno-wschodni Stirland,
10 Kaldezeit, 2527 K.I
wczesny wieczór



Helene Heiligdorfer przedzierała się przez wysokie zaspy śniegu, zmuszając palące bólem mięśnie nóg do jeszcze większej pracy. Wiedziała, że jeśli zwolni, dopadnie ją. Tak, jak dopadł jej przyjaciół. Wciąż przed oczami miała wylewające się z brzucha Hermanna jelita i z trudem powstrzymała odruch wymiotny. Mroźne, zimowe powietrze raniło płuca. Nie zwalniała, wbiegając między drzewa, które wyrosły przed nią, gdy tylko wdrapała się na niewielkie wzniesienie. Las przed nią gęstniał.

Dyszała ciężko, próbując wybrać odpowiedni kierunek, ale wszystko zlewało się w jedną, ciemną masę. Nie wiedziała, gdzie jest i co dalej robić. Mogła tylko uciekać. Jak najdalej od koszmaru, który nie powinien nigdy mieć miejsca. Wzdrygnęła się, gdy ciszę późnego popołudnia rozdarło gdzieś z boku charakterystyczne chrupnięcie śniegu. A więc był za nią! Widział, jak uciekła i nie spocznie, dopóki jej nie dopadnie! Czując paskudny ból w mostku wbiegła w głąb lasu, ale wiedziała, że dłużej nie da rady biec w takim tempie. Była głodna i zmęczona. Nie miała już siły.

Musiała zwolnić, gdy biel śniegu przytłoczył mrok lasu. Po omacku wybierała dalszą drogę, próbując uspokoić oddech. Zachowywała się zbyt głośno, wiedziała o tym. I ten, co ją sobie upatrzył, też o tym wiedział. Rozpłakała się nagle, gdy umysł podsunął jej wizję rychłej śmierci i w tym samym momencie zasłoniła usta zesztywniałą z zimna dłonią. Tak bardzo się bała. Wtem usłyszała kolejne chrupnięcie śniegu, tym razem za plecami, bliżej, niż poprzednio. Serce podskoczyło jej do gardła i rzuciła się biegiem między drzewa, wymacując dłońmi dalszą drogę. Niczym ślepiec.

Była zupełnie bezbronna i wiedziała, że nie ma szans, jeśli przyjdzie do konfrontacji. Między drzewami nie widziała żadnych świateł sugerujących chociażby wzrokowy kontakt z cywilizacją. Pomimo całkiem niezłej kondycji, charczała z wysiłku, łapczywie łapiąc powietrze. Strach ją napędzał, ale nie sądziła, że wytrzyma choćby kolejną minutę w takim tempie. Wybiegła zza drzewa i nie zdążyła nawet otworzyć ust, by krzyknąć, gdy coś szarpnęło ją mocno za ramię, niemal je wyrywając, a potem poczuła rozrywający ból w krtani, gdy coś olbrzymiego zatopiło w niej swoje kły. Dygocząc w przedśmiertnych spazmach, zdążyła jeszcze pomyśleć, że to strasznie smutne umierać tak młodo i w samotności.

Chwilę później wyzionęła ducha.



Siedziba lekkiej jazdy stirlandzkiej,
Steinhäuser Straße 19,
Enzesberg, Stirland,
13 Kaldezeit, 2527 K.I
późne popołudnie



Sierżant Kaspar Götz zapukał do drzwi i wszedł do środka na szorstką komendę, która zza nich padła. Nie cierpiał kapitana Högera i choć zwykle nie lubi się swoich szefów z urządu za to, że stoją szczebel wyżej, tak sierżant nie lubił kapitana personalnie, nie zwracając uwagi na stopień. Nie był to człowiek, któremu dało się cokolwiek przetłumaczyć w normalnej rozmowie, ani tym bardziej ktoś, kto potrafił przyznać się do błędu. Kaspar miał uczulenie na takich ludzi. Zasalutował leniwie siedzącemu za dużym, dębowym biurkiem mężczyźnie w sile wieku i stanął w delikatnym rozkroku, spuszczając ręce wzdłuż bioder.
- Wzywał pan, kapitanie - rzucił Götz, wbijając wzrok w mdły obraz wiszący na ścianie za krzesłem Högera. Przedstawiał galeon podczas sztormu.
- Wiem, co zrobiłem, Götz, nie musisz mi przypominać - mruknął mężczyzna, unosząc wzrok znad jakichś dokumentów. - Macie problemy. Poważne.
- Jeśli chodzi o pobicie tamtego sierżanta...
- Nie, kurwa, nie chodzi o pobicie tamtego sierżanta!
- Kapitan uniósł głos. - Chodzi o to, co się dzieje w waszym rewirze! Dostałem informacje, że na ziemiach objętych twoim dozorem grasuje jakiś zwierz, czy inne gówno, co pożera ludzi. A wy nie potraficie sobie z tym poradzić.
- Staramy się znaleźć mordercę, ale pogoda niczego nie ułatwia. Śnieg zaciera wszystkie ślady. - Bronił się Kaspar.
- Chuj mnie to obchodzi! - Warknął Höger. - Macie znaleźć to coś, co zabija ludzi i się z tym odpowiednio rozprawić. Nie jesteście tutaj od srania w stołek i czekania do wiosny, aż słonko wam przyświeci w dupę! Nie za to bierzecie ciężki żołd!
- Tak jest! Jak tylko moim ludziom skończy się urlop...
- Nie, Götz, nie jak skończy się urlop. Zajmiesz się tym od jutra. Osobiście. Chcę mieć wyniki i to natychmiast!
- Höger toczył ślinę z ust, a jego wzrok przypominał wzrok obłąkanego. - Książę Elektor Haupt-Anderssen chce mieć ścisłe wyniki!

Czyli o to chodziło. Kłopoty w północno-wschodnim Stirlandzie dotarły już do serca władzy i trzeba było coś z tym zrobić. Trzeba było błysnąć przed szlachetkami. Ktoś skopał dupę Högerowi, Höger musiał skopać dupę Götza. Łańcuch pokarmowy w armii miał się dobrze.
- Jesteśmy ledwo po ciężkim zadaniu w Pfaffenwald, moi ludzie potrzebują odpoczynku... - mruknął Kaspar.
- Chuj mnie to obchodzi. Za coś dostajecie pieniądze, więc zbierzcie dupy i znajdźcie to coś, co wyżyna nam ludność. Nie będę za was błyszczał jajcami na salonach!
- Tak jest
- odparł Kaspar i zasalutował.
- Spraw się, albo możesz pożegnać się z armią. Już za dużo razy przymykałem oko na twoje porażki i wybryki, sierżancie. Jesteście wolni... - burknął kapitan, machnąwszy ręką i skupiając się nad dokumentami rozrzuconymi po biurku.
Kaspar oddał honory, po czym wyszedł z gabinetu Högera, zastanawiając się, jak przekaże swoim ludziom jakże zajebistą wiadomość, że ich dwutygodniowy urlop trwał zaledwie jeden dzień i właśnie się skończył.


 
Layla jest offline  
Stary 11-09-2016, 10:22   #2
 
Layla's Avatar
 
Reputacja: 8353 Layla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputację
#1

Gospoda "Stary Kocioł",
Hauptstraße 10
Enzesberg, Stirland,
13 Kaldezeit, 2527 K.I
wczesny wieczór,



"Stary Kocioł", największa i - według wielu - najlepsza karczma z Enzesbergu (a było ich tam całe trzy) pękała w szwach, choć wieczór dopiero się zaczął. Główny wpływ miała na to paskudna pogoda - zima zaatakowała Imperium z całą zawziętością i wszystko wskazywało na to, że dopiero się rozkręca, trzymając krainę w lodowatym uścisku. Kto mógł i miał trochę grosza przy duszy, wolał spędzić wieczór i noc w karczmie, w ciepłym łóżku, niż tułać się gdzieś po gościńcach przy trzaskającym mrozie. Pomijając czyhające w ciemnych lasach i na szlakach niebezpieczeństwa w postaci banitów, mutantów, czy zwierzoludzi, sama pogoda stanowiła obecnie jedno z nich. Będąc zmuszonym do nocowania z dala od ludzkich skupisk można było być niemal pewnym podpisania na siebie wyroku śmierci.

Nie przejmowała się tym w ogóle ekipa głośnych jegomościów zajmujących jeden z długich stolików w kącie sali. Najlepsze jadło zalegało na stole, alkohol lał się strumieniami, a uderzające o siebie kufle pełne złocistego napoju tylko na moment przerywały wesołe rozmowy. Nikt im nie przeszkadzał, bo i niemal każdy wiedział, kto zacz - żołnierze 3. brygady lekkiej jazdy stirlandzkiej mieli wolne, zatem chlali na umór, by choć na moment się zrelaksować i zapomnieć o zadaniu, które było już za nimi. Dopiero wczoraj zjechali do Enzesberga, po trzech dniach tropienia bandy zwierzoludzi w pobliżu lasu Pfaffenwald. Zadanie zostało wykonane - wyrżnęli wszystkich Chaośników, nie ponosząc żadnych strat. Dzisiaj zaczęli dwutygodniowy urlop; czas rozbratu z siodłem i odpoczynku dla psychiki.

Drzwi gospody otworzyły się nagle i oprócz śnieżnej zadymki, która wpadła goniona mroźnym wiatrem, do środka wszedł wysoki, dość dobrze zbudowany ciemnowłosy mężczyzna. Pod brązowym, grubym futrem obszytym na kapturze futrem można było dostrzec mundur w barwach Stirlandu - zielonym i żółtym. Strzepał z pagonów resztki śniegu i przeszedł przez salę, odnajdując odpowiedni stolik, przy którym siedzieli jego ludzie. Sierżant Kaspar Götz otaksował wszystkich wzrokiem, nie przysiadając się jednak do tej podpitej, wesołej gromadki.
- No proszę, sam dowódca zaszczycił nas swoją obecnością. Siadaj i napij się z nami, sierżancie! - Zakrzyknął nieźle już wstawiony Vilmar Falken. Mężczyzna był zwiadowcą w sekcji Kaspara, w wolnych chwilach psem na baby i hazardzistą, którego nie trzymały się na dłużej żadne pieniądze. Chodziły słuchy, że był dłużny jednemu z przywódców Gildii Złodziei w Enzesbergu solidną sumkę. Nie miał szczęścia w kartach i kościach.

Götz nawet nie skomentował. Spojrzał za to na swojego zastępcę, Hauga Baumanna i rzucił do niego krótko:
- Zbierz ludzi. Jutro rano wyjeżdżamy.
Po tych słowach w mig zapadła grobowa cisza przy stoliku.
- Hola, hola, jakie "wyjeżdżamy". Mamy urlop, do chuja! - Uniósł się przyprószony siwizną, brodaty mężczyzna, który wśród kompanów znany był jako Christian Wagner. Weteran miał problemy z alkoholem, a niektórzy z oddziału mówili nawet, że mógłby wypić wannę wódki, a i tak byłby zdolny walczyć dalej. Póki co nie było szansy sprawdzić prawdziwości tych słów, jednak pewnym było, że Wagner nigdy nie trzeźwiał.
- Już nie macie - odparł spokojnie Kaspar. - Z rozkazu kapitana Högera mamy zająć się nowym zagrożeniem, które morduje ludzi w podległym nam rewirze. Jak ujął to zgrabnie Höger "książę Elektor Haupt-Anderssen chce mieć ścisłe wyniki".
- Jebać takie coś... - Wagner zasępił się i wychylił duszkiem całą zawartość kufla z piwem. Był starszy od Kaspara o jakieś dziesięć lat, jednak brak awansu w armii zawdzięczał głównie gorącej miłości do butelki.
- Jak ci tak źle w armii, zawsze możesz sobie znaleźć inne zajęcie - odrzekł sierżant. - Nie przyszedłem tu z wami dyskutować - rozkaz jest rozkaz i trzeba go wykonać.
Po tych słowach spojrzał raz jeszcze na Baumanna.
- Chcę mieć was na jutro świeżych i wyspanych. I dopilnuj, żeby Wagner nie upił się jak świnia, bo to będzie jego ostatnia popijawa w tej sekcji. Wykonać!

Götz odwrócił się na pięcie i miarowym krokiem ruszył do wyjścia z gospody. Nim zamknął za sobą drzwi, wesoła, biesiadna atmosfera na dobre opuściła stolik zajmowany przez jego żołnierzy.



Las Jägerforst,
północno-wschodni Stirland,
16 Kaldezeit, 2527 K.I,
wczesne popołudnie



Od trzech dni byli w siodłach, przepatrując gościńce w północno-wschodniej części księstwa. Wyjeżdżali, gdy za oknami było ciemno i wracali o zmroku do Enzesberga, spędzając cały dzień na trzaskającym mrozie. Tyle dobrze, że kucharze w kantynie przygotowywali dla nich porządne posiłki, dzięki czemu nie musieli tracić czasu na polowania. Pomimo tego, nie natrafili na żaden ślad drapieżnika, który mordował okoliczną ludność. Rozejrzeli się po kilku wioskach, rozpytali tu i tam, jednak bez rezultatów. Jakby to, co zasadzało się na wieśniaków i podróżnych po prostu odpuściło. Mogło się i tak zdarzyć, ale póki kapitan nie odwoła rozkazu, sekcja Götza była zmuszona patrolować okolicę.

Dzień wcześniej, w sercu lasu widzieli obserwującą ich z bezpiecznej odległości watahę wilków. Bliżej, niż zawsze, ale wciąż na tyle daleko, by dojść do jedynych słusznych wniosków, że w skutym mrozem borze kończy się jedzenie i psowate oceniają swoje szanse na atak tych, od których zwykle trzymały się z daleka. Dwunożnej zwierzyny, choć wierzchowce pewnie poszłyby jako główne danie. Falken wysunął nawet hipotezę, że za mordowaniem ludności może stać jakiś stary basior, albo nawet kilka wilków, jednak z posiadanych przez Götza informacji, którymi podzielił się z pozostałymi wynikało, że to było coś dużo większego, niż wilk. Patrolowali okolicę, sunąc powoli między przykrytymi czapami śniegu drzewami odcinającymi się na tle szarego, brzemiennego śniegiem nieba.

Było zimno. Bardzo. Tak bardzo, że mróz przedzierał się przez grube rękawice jeździeckie, sprawiając, że palce drętwiały i trzeba je było co jakiś czas rozruszać. Tak samo, jak przywrócić całemu ciału odpowiednie krążenie, w czym co pół godziny pomagało kilka szybkich kółeczek wokół własnych wierzchowców. Od razu robiło się cieplej, ale tylko na moment. Solidne wojskowe futra i mundury chroniły przed zimnem, jednak mróz tej zimy śmiało sobie poczynał. Najgorzej tę nieprzyjemną aurę znosił oczywiście Marko, który wciąż nie przyzwyczaił się do klimatu północno-wschodniego Imperium. Zwłaszcza zimy takiej, jak ta. Mimo to, trudno było oprzeć się złowrogiemu urokowi otaczającego ich krajobrazu. Wszędzie czerń i biel, z szarych chmur powoli zaczął sypać gruby śnieg. Powietrze było krystalicznie czyste i ostre. Raniło gardła przy każdym oddechu, dlatego nie rozmawiali za wiele - tylko tyle, ile było trzeba, porozumiewając się niemal wyłącznie komendami.

Milcząc, skuleni w sobie i przepatrujący okolicę, rozmyślali o tym, co było i o tym, co będzie. Służyli pod Götzem niespełna rok, gdy sierżant dostał przydział nowej drużyny po stracie poprzedniej. Wiele plotek i niesprawdzonych historii chodziło na ten temat po koszarach - ponoć Kaspar przecenił siły swoich ludzi i wciągnął ich wprost w pułapkę zwierzoludzi, z której sam wyszedł w ciężkim stanie, ledwo unikając objęć Morra. I ponoć to nie był jedyny z wybryków sierżanta, choć żołnierze z jego sekcji nie mogli powiedzieć o nim złego słowa. Dowodził mądrze, czasami może wyrywał się schematom, ale zawsze wychodził z tego obronną ręką, a 3. brygada lekkiej jazdy była jedną ze skuteczniejszych w rozwiązywaniu problemów na przydzielonych szlakach. Miało być tak i tym razem, choć okoliczności zadania były wyjątkowo niesprzyjające.

Jadąca kilka metrów przed oddziałem Alexa dała nagle dynamiczny znak uniesioną ręką, co oznaczało, że na coś trafiła. Zatrzymała swego wierzchowca, który stąpał w miejscu, a gdy pozostali się z nią zrównali, wskazała na wciąż lekko przysypane śniegiem, głęboko odciśnięte ślady wyglądające na olbrzymie racice, które wiodły kilka metrów dalej i znikały za zakrętem. Kaspar zeskoczył z konia i przykucnął przy nich, rozglądając się.
- Myślisz, że to nasz cel? - Zapytał cicho Wagner, wyciągając z wewnętrznej kieszeni munduru manierkę i popijając z niej, po czym szybko chowając. Z pewnością nie miał w niej wody.
- Przekonamy się pewnie niedługo... - odparł krótko Götz.
- Dziwne, że tylko jedna para racic, zwykle te skurwiele trzymają się w grupach. Jakiś odszczepieniec? - Zapytał Falken.
- I to spory, zauważcie, że pomimo padającego śniegu, ślady wciąż są widoczne. Musiał swoje ważyć - odrzekł sierżant i dosiadł na powrót swego konia.
- Pewnie się zgubił, jebany. Wszędzie tylko śnieg i śnieg. - Zarechotał Wagner.
- Ruszamy. Alexa na przedzie, Baumann i Venturini za mną, potem Storm, Bludger i Ezacher. Wagner i Falken zamykają pochód.

Narzucili wierzchowcom szybsze tempo, ruszając za śladami na śniegu, które wiodły ich przez dwa zakręty, aż do wyjścia na niewielką polanę, którą przecinała zamarznięta rzeka. Biały puch sypał coraz szybciej i gęściej, zostawiając ślady na lodzie, który z tej perspektywy wyglądał na dość gruby. Ślady racic urywały się tuż przy brzegu, co oznaczało, że ich właściciel musiał przeciąć rzekę i zniknął gdzieś między drzewami po drugiej stronie.


Mróz i nienaturalna, wszechobecna cisza dawały się we znaki. Sierżant znów zeskoczył z konia, podszedł do brzegu i pochylił się, dotykając rękawicą lodu, jednocześnie patrząc w stronę drzew naprzeciwko.
- Przeprawiamy się. - Zarządził krótko.
- Nie wiem, czy wiesz, sierżancie, ale niedługo będzie zmierzchać, a mamy kawał drogi do miasta, więc może na dzisiaj sobie odpuścimy i wrócimy tutaj jutro? Przynajmniej wiemy, gdzie szukać tego dziada. - Wagner rozłożył ręce.
- Nie ma mowy, załatwimy to dzisiaj - powiedział Kaspar, chwytając swego konia za uzdę. - Jeśli go nie znajdziemy, aż zacznie się ciemnica, zatrzymamy się w którejś z okolicznych wiosek. - Rozejrzał się w lewo i prawo, ogarniając kierunek. - Fichtendorf powinien być niedaleko, prawda, Baumann?
- Tak jest
- odparł zastępca, zgodnie z prawdą.
- No, więc sekcja z koni! - Zakomenderował. - Przedzieramy się na drugi brzeg. Wagner ma obrok i nasze żarcie, zatem trochę go odciążcie i zabierzcie co nieco do siebie, żeby się pod biedakiem lód nie załamał. Chociaż może powinien, miałbym jednego marudę z głowy. - Götz uśmiechnął się półgębkiem, po czym pociągnął za uzdę swego konia, zupełnie nie przejmując się lodem na rzece.

Szedł przodem, jak na dowódcę przystało. Dawał dobry przykład.

 
Layla jest offline  
Stary 11-09-2016, 15:03   #3
Ośmiorniczka
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 8097 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
- Zeszłej i poprzedniej zimy, kiedy byłem jeszcze chłopcem, widziałem, jak ludzie zamarzali z zimna. Ludzie opowiadają o zaspach głębokich na czterdzieści stóp i o wiejącym z północy lodowatym wietrze, lecz prawdziwym wrogiem jest chłód. Skrada się cicho; najpierw trzęsiesz się, dzwonisz zębami i tupiesz, marząc o grzanym winie i miłym ognisku. Potem chłód przenika cię, wypełnia twoje ciało i nie masz już siły z nim walczyć. Łatwiej jest po prostu usiąść albo położyć się spać. Podobno na końcu nie czujesz bólu. Słabniesz i ogarnia cię senność; wszystko zamazuje się i czujesz, jakbyś tonął w morzu ciepłego mleka. Ogarnia cię błogi spokój.

- "Gra o Tron", G. R. R. Martin

Wielkie Księstwo Stirlandu, Imperium
16 Kaldezeit, Czas Mrozów, 2527 rok według KI
północny-wschód prowincji, koniec trzeciej warty


Nikt nigdy nie jest przygotowany na spotkanie z wilkiem. Nikt - najtwardszy człowiek, który wszystko już widział, czy też tchórzliwy słabeusz - nie uniknie zimnego dotyku paniki, jeżącej włosy na karku, ukłucia strachu, hipnotycznej więzi z oczami wilka, jedynego zwierzęcia, które potrafi nieulękle, nie odwracając spojrzenia, patrzeć człowiekowi w oczy. W ciepłym lecie, gdy zwierzyny w bród, wilk odwróci wzrok i zniknie między drzewami tak cicho, jak się pojawił, zajęty własnymi sprawami, ignorując skołatany strzępek nerwów, który za sobą pozostawił. Ciepłym latem w las pójdą łowy z nagonką, ludzie wielkimi watahami, gnani zewem rogu zabijać będą uciekające przed nimi najsłabsze zwierzęta i chlubić się ich ciałami.

Czemu nie spróbują tego w zimie, pytacie? Jeżeli zima jest spokojna, łagodna, wilki znajdą sobie zwierzynę i tylko sporadycznie usłyszysz historię o kimś, kto nieopatrznie wszedł do lasu w niewłaściwym momencie i już nie wrócił. Łagodną zimą wilki boją się zbrojnych orszaków, nie zbliżają się do ognia, można spokojnie podróżować. Powiesz, nie taki ten wilk straszny, jak go malują.

Lecz gdy mróz skuje oddech w zawieszone kryształki lodu, gdy w lesie słychać huk eksplodujących konarów, gdy śniegu nawieje do pasa, a świat cały zamieni się w lodową głuszę, absolutną martwotę, wtedy wilk nie ma co jeść. Przez pewien czas szuka drobniejszej zwierzyny, zadowala się czymkolwiek, upada nawet tak nisko, że próbuje jeść mech, jego nocny zew zaczyna być szalony, rozpaczliwy. Wtedy jego oczy stają się czerwone, błyska z nich złowrogi obłęd, w gardle rodzi się przeciągły warkot, gdy do nozdrzy dojdzie zapach człowieka. Wtedy zaczynają się łowy. Łowy na dwunożną zwierzynę. Tylko szaleniec lub desperat wytknie w tym czasie nos za mury miasta lub ściany swojego domu, tylko obłąkany lub flagelant wyjdzie na gościniec. Wkrótce usłyszy wielokrotny zew, na drogę wypadnie mordercza wataha, dopadnie go i rozszarpie, choćby i pod samymi murami miasta, choćby pod gradem strzał. W takim czasie wioski zamierają. Wieśniacy zakrywają okna, wierząc, że brak światła zmyli wilka, siedzą, jedząc zgromadzone zapasy i czekają.

Czasem nie doczekają się przez całą zimę - nie ma większych i bardziej zapamiętałych pijatyk, niż te dla uczczenia roztopów po ciężkiej zimie. Lecz gdy do roztopów jeszcze daleko, gdy władcy kniei powitają księżyce na niebie, wieśniacy kulą się przerażeni w swoich chatach, podpierają drzwi i okna drągami, siadają w ciemnym kącie z widłami lub cepem w dłoniach, mamrocząc - tak, Sigmar idzie wtedy w zapomnienie - do Ulryka, żebrząc, błagając o zmiłowanie. I najczęściej noc kończy się strachem, ranek zaczyna modlitwą dziękczynną - ciężką zimą nie ma agnostyków. Lecz zdarza się, że na ścieżynach wioski pojawia się gość niechciany, lecz czujący się tu pewniej od człowieka w lecie. Sięgający człowiekowi powyżej pasa, ważący niemal tyle co on, potężny potwór, machina do zabijania, rodem z koszmaru kroczy spokojnie pomiędzy chałupami, węsząc, wybierając według własnego widzimisię.

A potem nadchodzą jego bracia. Wybrana przez nich chałupa zatrzęsie się nagle od koszmarnych ciosów, drzwi zatelepią się w obsadach, drąg jęknie i sypnie drzazgami, wściekłe, potępieńcze wycie wzniesie się ku niebu, gromowe ujadanie i warkot poniosą się na całą wioskę. W czasie, gdy drzwi nieszczęsnego wybrańca będą pękać pod potwornymi uderzeniami, gdy jego rodzina odmawiać będzie ostatnią modlitwę, we wszystkich innych chatach jego wrogowie, ludzie mu obojętni i jego najlepsi przyjaciele, jego mieszkająca z mężem córka - wszyscy będą płakać z wdzięczności, że to nie oni zostali wybrani. Gdy na krótko wycie mordowanego, pożeranego żywcem człowieka zagłuszy jazgot stada, inni będą obejmować się i w głos dziękować Ulrykowi. Aż do następnej nocy. Do następnego zewu.

Słyszałeś opowieści o wioskach, które wiosną znaleziono całkiem puste, których chaty miały strzaskane drzwi i ściany wymalowane zakrzepłą krwią? Słyszałeś o opustoszałych miasteczkach, których słabe bramy zostały wyłamane jakąś nieludzką siłą? Śmiałeś się z nich, wiem to. Śmiej się dalej chłopaczku, a gdy nastanie ostra zima - szczerze ci to radzę - wyjdź na trakt i śmiej im się w oczy, gdy przyjdą po ciebie. Ale ty to wiesz. pewnie nie raz obozowałeś pod gołym niebem w cieple lata śmiejąc się i weseląc przy ognisku, gdy nagle z lasu poniosła się samotna pieśń demona śmierci... i jak wszyscy wtedy ucichają, jak w oczach błyska iskierka strachu i jak po chwili salwa głośnego, nienaturalnego śmiechu stara się pokryć ten moment prawdy, w którym okazuje się kim naprawdę jesteśmy. Może kiedy natura jest łagodna potrafimy walczyć z wilkiem, jesteśmy pewni siebie, jesteśmy władcami. Ale mroźną zimą, w czasie wilka to on jest naszym panem, on wzbudza zwierzęcą grozę, on rządzi naszymi myślami. I przez cały następny rok staramy się zapomnieć to obrzydliwe, obce zdawałoby się człowiekowi uczucie - uczucie bycia zwierzyną łowną. Łupem.

Wiele lat temu, kiedy machina, którą było imperialne wojsko dopiero wciągała go w swoje zardzewiałe, masywne tryby, a on pamiętał jeszcze poprzednie życie, a krawędzie zębatych kół - oficerowie i inni żołnierze - nie zmieniły go zupełnie w tego, kim był teraz, zanim przez Imperium przeszłą od północy wielka burza, wtedy w wojskowej kantynie, gdzieś w zapomnianej stanicy na wschód od niczego, miał okazję porozmawiać ze starszym żołnierzem. Inni ludzie z posterunku zwali go Wiechciem, a przydomek był dla niego najpełniejszym i najprostszym opisem, jaki dało się przekazać ustnie. Mężczyzna był pogięty niczym cienka gałąź, uparcie nie chcący złamać się w pół, lecz koślawy, z wyżłobioną zmarszczkami twarzą ukrytą przed światem naręczem białych jak śnieg włosów, zrzedniałych, lecz długich jak kolumna reiklandzkiej piechoty. Nie poznał jego prawdziwego imienia, a kto wie, może i sam Wiecheć, antyczna pamiątka innych czasów, już go nie pamiętał.

Zamiast tego, poznał jednak opowieść, którą jadąc przez wszechobecne zimno przypomniał sobie, niemal słowo w słowo, niemal co do zdania. Nie robił tego po raz pierwszy, robił to za każdym razem, gdy wyprawiał się w dzicz ze swoimi braćmi z oddziału, gdy wypuszczał się w trzeszczące od uderzających o zamarzniętą ziemię końskich kopyt. To była jego modlitwa, nie jedyna, ale należąca do niego i nigdy nie przytaczana w całości w formie mówionej. Nigdy nie podzielił się nią w zupełności z nikim innym, nie powtórzył ostrzeżenia i morału zawartego w historii żadnemu z jego kompanów. Sam nigdy nie był w stanie powiedzieć, dlaczego tego nie zrobił. Być może nie uważał, iż warto uderzać w czyjeś morale, odwagę kogoś, na kim mogło spoczywać uratowanie jego życia. Ryzykowanie, że ten się złamie w chwili stanięcia twarzą w twarz z zagrożeniem. A może po prostu traktował to, jako coś należącego wyłącznie do niego. Nie wiedział, czy stary żołdak wciąż żył. Baumann bardzo w to wątpił. Minęło tak wiele lat. Czasami myślał, że chciałby się dowiedzieć, co się z nim stało.

Sztywny w końskim siodle, wciśnięty pomiędzy łęki utrzymujące jego zmarznięte ciało w pionie, rozmyślał nad swoją sytuacją. Wyjeżdżając z Enzesbergu miał wiele myśli na temat ich zadania. Na temat swojej przyszłości, o ile dane mu będzie wrócił do kwater żywym, na temat służby w wojsku. Zastanawiał się, dokładnie, co jakiś czas i teraz, kiedy został uciszony palącym żywym ogniem zimowym powietrzem, w ciszy przerywanej jedynie odgłosami zamarzniętego lasu, rozmyślał raz jeszcze. Na temat przeniesienia, zrezygnowania z aktywnej służby. Odejścia. Albo wręcz przeciwnie, pozostania. Przeżył dwadzieścia osiem wiosen, pamiętał większość z nich. Czasami miał wrażenie, że zaklęty w niezmienny rytm żołnierskiego życia, jedyne punkty wyznaczające mijający czasy były stworzone z częściowo zapomnianych wspomnień. Każdy wyjazd ze stanicy mógł oznaczać, że już nie wróci. Za każdym razem, gdy tułał się przez kolejne wioski, gdy na przepustce krążył uliczkami miasteczka, zastanawiał się, jak by to było, gdyby został jednym z tych ludzi. Założył rodzinę i dał sobie spokój z dotychczasowym życiem, bogatszy o złożone w banku pieniądze i stare doświadczenia, odszedł ze służby lub przeniósł się zacisze sztabu, gdzie wróg jest jedynie kiepsko wyrzeźbioną figurką z miękkiego drewna lipy, dziki, gęsty las to tylko plama farby lub zakreskowany obszar na mapie, gdzie zamiast zimowego powietrza i chłodu ma się jedynie falę ciepła rozchodzącą się do kominka po całym pomieszczeniu.

Długie trzy dni wydawały się o wiele dłuższym okresem czasu, niemalże tygodniem. Wataha wilków, gdzieś na skraju pola widzenia, budziła wspomnienia, przywoływała opowieści i wypowiadane w głowie modlitwy. Z zaciśniętymi ustami intonował bezgłośnie modlitwę “Sigmarze Królu”. I miał nadzieję, że wataha była skuteczna podczas ostatnich polowań, że podczas tych ostatnich dni jesieni udało jej się porwać zdobycz. Że nie zrobi się tak zimno, że postanowią upolować stado stirlandzkich kawalerzystów.
- To mogły być wilki - mówił Götzowi, podłapawszy pomysł wypowiedziany najpierw przez Falkena. - Meldunki często są błędne i niedokładne, zagrożenie wyolbrzymione. Wyobraźnia zwykłego człowieka, szczególnie ciemnego, dokłada prawdzie wiele od siebie. Kilka cali do długości odciśniętej w śniegu łapy, dla przykładu.

W głębi duszy zaczynał mieć nadzieję, iż to jednak wilki, istoty z którymi przez lata stworzył tę pełną przestrachu więź, było odpowiedzialne za zabójstwa. Trzymało się go wrażenie, że lepsze to niż stanięcie oko w oko z nieznanym. Z czymś o wiele gorszym niż watah wygłodniałych, spragnionych świeżej zdobyczy zwierząt. Coś starszego, okrutniejszego niż beznamiętna natura, zabijającego nie dla zaspokojenia głodu. Istota, która mordowała dla samej przyjemności.

Miał też chęć bez namysłu być gotowym złożyć życie ich wszystkich na ramionach kompanów i dowódcy. O jego sierżancie mówiło się źle, nawet jeśli nigdy nie udowodnił nim, swoim ludziom, że te pomówienia były prawdą. A jeśli jednak. Haug bardzo chciał nie wątpić, ale nic nie działało na morale człowieka gorzej niż mroźna zima. Był w minorowym nastroju, nawet jeśli z zewnątrz nie wyglądał inaczej niż pozostali.

Ponure rozważania przerwała jadąca przez pozostałymi Mysza, jednym gwałtownym ruchem ręką ucinając wszelkie wątpliwości i rozmyślania Baumanna niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakby ostrym nożem przecinając na pół spłacheć wschodniego jedwabiu. Przez chwilę wpatrywał się w trop, w ślady nienaturalnie dużych racic odbite w grubej, skamieniałej warstwie śniegu.
- Takie głodne bydle mogłoby pozabijać trochę ludzi, włócząc się po okolicy - skomentował przekonany co do tego kapral. Był człowiekiem, który umyśliwszy coś sobie, zawsze stawał uparcie na swoim, nawet jeśli miałby ciężko się z kimś pokłócić. Charakteryzował się impulsywnością. Ale nawet jeśli wściekał się o byle bzdurę, chwile gniewu szybko mijały. Na razie jednak był gotów postawić wszystkie swoje pieniądze na to, że za śmierci odpowiedzialny był zbłąkany zwierzoczłek. Ochoczo ruszył za dowódcą.

Radość nie trwałą długo, żeby sprecyzować, trwała tyle, ile zajmowało konne przejechanie dystansu pomiędzy miejscem, gdzie Alexa odkryła trop a brzegiem zamarzniętej rzeki. Dwa zakręty, garść piasku w klepsydrze. Götz był nieubłagany, a to znaczyło, że mają przejebane. Miał chęć wrócić, a poza tym, nie kusiła go perspektywa przeprawy przez pokrytą warstwą lodu rzekę. Jak gruba była mroźna kurtyna? Mróz sugerował twarde podłoże, ale nie mogli mieć pewności.
- Fichtendorf powinien być niedaleko, prawda, Baumann? - zapytał sierżant, a Haug już wiedział co się kroi. Nie podobało mu się, że sam na dobrą sprawę przypieczętuje los swój i reszty.

- Tak jest - odparł zastępca, zgodnie z prawdą. Był na siebie zły. Kurewsko zły.

Patrzył, jak Kaspar zeskakuje z wierzchowca i powoli rusza przez zamarzniętą rzekę, wydając im rozkazy. Przełknął ślinę. Nie mieli nic do gadania, ale postanowił spróbować.
- Może poszukajmy letniego brodu? - rzucił naiwnie. - Zapamiętajmy, gdzie po tej stronie rzeki były ślady i tyle. A jeśli to nie nasz cel? - Myśli Baumanna zatoczyły koło i znowu wolał wierzyć, że to jednak wilki. Był gotów wziąć od Wagnera część żarcia i obroku, a potem ruszyć, według swojej koncepcji trzeci z kolei, ale wciąż miał nadzieję, że nie będzie musiał tego robić. Chmurzy się nad Drakenhof. W powietrzu czuć jakieś zagrożenie.
 

Ostatnio edytowane przez Fyrskar : 12-09-2016 o 18:28. Powód: masa literówek
Fyrskar jest offline  
Stary 11-09-2016, 18:56   #4
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 27721 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Hagen po raz kolejny zaczął się zastanawiać, czy jego zaciągnięcie się do wojska była najlepszym wyjściem... i czy nie powinien w miarę szybko rozwiązać, chociażby jednostronnie, swej umowy ze wspomnianym wojskiem. Kiedyś było to przyjemne zajęcie, ale ostatnio wszystko się popieprzyło.
Mróz gryzie w uszy, siodło jest twarde, a na dodatek trzeba było słuchać rozkazów.
Co prawda od biedy można było uznać, że Götz jest w porządku. Podobnie jak i reszta drużyny, ale Hagen nigdy nie był miłośnikiem kontaktów międzyludzkich. Nie to, że nie lubił ludzi, ale nie chciał się do nich przywiązywać. Zbyt często ci, których znał, trafiali do Ogrodów Morra. A potem człowiek się przejmował. I po co...?

Jakby tego było mało, to jeszcze, zdaje się, ostatnio komuś napluto w zupę, skoro nawet człowiekowi nie dadzą odpocząć. I to dlaczego... Że coś kogoś zeżarło? I to ma być poważny powód? Pies mu mordę lizał... Wszak co chwila ktoś umierał, czasami śmiercią nienaturalną. Co ma do tego ich dzielna, acz własnie zasługująca na odpoczynek, drużyna?
Kolejny urlop spędzi na drugim końcu prowincji, poza zasięgiem wrzasku Götza. Mało to w armii jest żołnierzy? Niech się uczą, durnie.

Z drugiej strony... Gdyby się okazało, że to coś ciekawszego niż przerośnięty basior, sprawa byłaby może warta wysiłku?

Hagen zeskoczył z siodła, by tym razem z bliska obejrzeć ślady, jakie pozostawiło tajemnicze 'coś'. Gdyby to był poszukiwany morderca, mieliby z głowy włóczenie się po zimnie.
Niestety, stwór, który tędy się przespacerował, nie targał ze sobą żadnej z ofiar.

Czy przejście przez zamarzniętą rzekę miało na celu zniechęcenie ewentualnego pościgu, czy też może zezwierzęcony morderca ruszył najkrótszą drogą w stronę najbliższego źródła pożywienia? Szukał kolejnej ofiary?
W takim razie powinni się pospieszyć, póki trop był widoczny.
Ale czy musieli ślepo naśladować każdy ruch tropionego stworzenia?
Problem z wojskiem na tym polegał między innymi, że dowódcy uważali się za najmądrzejszych, a rozkazy należało wykonywać natychmiast i bez dyskusji.
Czy lód wytrzyma? To było pytanie dnia.
A drugie - czy warto podążać śladami poprzednika?
W każdym razie Hagen nie zamierzał iść jaki pierwszy. Powiedzmy spróbowałby ruszyć jako trzeci. No i warto by mieć linę w pogotowiu.
 
Kerm jest offline  
Stary 11-09-2016, 23:26   #5
 
Corrick's Avatar
 
Reputacja: 810 Corrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwuCorrick jest godny podziwu
Aldric popijał sobie spokojnie piwo, zagryzając mięsiwem, gdy do karczmy wparował Sierżant. Słysząc jego słowa, omal nie udławił się napojem... Co, kurwa?! Miał być urlop... No ale właśnie on wiedział jak toczą się koleje życia. On miał być, jak to się zwało? A, tym, bankierem czy innym takim. Westchnął tylko i dopił piwo.


Trzy dni w siodle. Trzy dni srogiej zimy. Aldric nie musiał umieć dobrze rachować, by wiedzieć, że takie składowe dały odmrożony zadek, skostniałe palce od trzymania tego proporca i zmierzłego Wagnera w zestawie. Chorąży jechał jako siódmy z kolei, czujnym wzrokiem obserwując okolicę. Cokolwiek to było, miał nadzieję, że tego nie spotkają przez najbliższy tydzień i dostaną w końcu ten jebany urlop.

Zacisnął lewą dłoń na pistolecie, gdy ujrzał ślady. To coś było... wielkie. Może to tylko zwierzoczłek, a może jakiś Czempion...? Aldric odgonił od siebie te myśli. Nie mógł się skupiać na strachu, to nie mogło go pokonać po raz kolejny...

Odnalazł wzrokiem sierżanta Götza. Ten zdawał się brnąć naprzód z godną lepszej sprawy determinacją. I co z tego, że ginęli ludzie? Kto przy zdrowych zmysłach zapuszcza się w taką pogodę do lasu? A ludzie giną codziennie. Westchnął wysyłając w powietrze obłok pary pomieszanej z kryształkami lodu. Żeby tak marnotrawić dobrych żołnierzy... Możliwości były dwie. Albo to było coś błahego, a oni mieli realne szanse by sobie z tym poradzić, albo ktoś po prostu chciał udupić Götza.

O tak, znał opowieści krążące o nim. Któż ich nie znał? Ale nie dawał wiary ani jednej. Znał sierżanta zbyt dobrze, wiedział jak dowodzi. Wiedział też, że jego ślepy upór był czasami jedyną metodą na osiąganie sukcesu. Wszak i łyżką można wykopać tunel - potrzeba jedynie uporu i cierpliwości...

Omiótł wzrokiem swych braci (i siostrę) z oddziału. Oddałby za każdego z nich życie, choć szczerze nie cierpiał marudzenia Wagnera. A zwłaszcza teraz, gdy samemu przymarzał dupskiem do siodła. Już miał mu powiedzieć, by się przymknął, gdy Kaspar zarządził przeprawę.

- Chuj by to. - szepnął pod nosem, zsiadając z konia i podchodząc do Wagnera. - Dawaj część zapasów. - powiedział, a jego zęby grały dziwną melodię, zderzając się o siebie. - Idziemy naprzód. - rzucił krótko, odbierając część zapasów i kierując się w kierunku lodu...

- Cicho, Siwek. - szepnął jeszcze, przykrywając swemu koniu chrapy, by się uspokoił.
 
Corrick jest offline  
Stary 12-09-2016, 09:49   #6
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4254 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
W tym zapomnianym przez bogów, a w szczególności Myrmidię kraju Marko był rzadko szczęśliwy, choć do szczęścia wiele mu nie brakowało. Starczyło ciepło, żarcie i coś mocniejszego.

Ciepło co prawda było tylko w karczmie, bo na zewnątrz piździło jak w Pavezzano, choć tam przynajmniej wiał ciepły Sirocco, a nie to mroźne cholerstwo co tutaj, żarcie było za tłuste i od miesięcy nie jadł pasty, a miejscowe piwsko w niczym nie przypominało, jego ulubionego Spomanti Rosso, to pomimo tego jego duszę ogarniało szczęście. Miał dwa tygodnie wolnego. Całe dwadzieścia dni byczenia się. Życie było piękne z przyjaciółmi dookoła.

Nagle, jak to miał w zwyczaju zaczął śpiewać swym niskim, męskim głosem. Nie było by w tym może nic złego, gdyby nie pewien szczegół. Marko nie umiał śpiewać i fałszował wręcz szkaradnie. Co w żaden sposób mu nie przeszkadzało. Nim ktokolwiek zdążył go powstrzymać po sali rozległ się śpiew:

Staje luntana da stu core,
a te volo cu 'o penziero:
niente voglio e niente spero
ca tenerte sempe a fianco a me!
Si' sicura 'e chist'ammore
comm'i' so' sicuro 'e te...

Oje vita, oje vita mia...
oje core 'e chistu core...
si' stata 'o primmo ammore...
e 'o primmo e ll'ùrdemo sarraje pe' me!

Marko śpiewał w dialekcie z Urbino. Kompletnie niezrozumiałym w Imperium, ale że nie po raz pierwszy dawał popis wokalny, jego kompani wiedzieli, że to pieśń miłosna żołnierza, który tęskni do swojej lubej. Zakończył radosnym śmiechem i toastem na cześć kompanów.
- Karczmarzu najlepszej gorzałki dla wszystkich. Na mój koszt. – zawołał klepiąc się w pierś.
- Ja żyję! Wy żyjecie! Jest ciepło! Jest pięknie i pal sześć jutro.
Taki był Marko. Gdy się bawił to na całego i nie martwił się przyszłością. Humor miał doskonały. Do czasu …
- Wykonać! – rzucił na odchodne Götz.
- Va' a farti fottere. – krzyknął mu w odpowiedzi Tileańczyk.

Impreza była nieodwołalnie schrzaniona.

Jednak następnego dnia Marko stawił się gotowy w pełnym rynsztunku i trzeźwy jak niemowlę. Gotów do wykonania zadania. Opatulony od stóp do głowy mało się odzywał i tylko co jakiś czas poklepywał swoją karą klaczkę po szyi. Nazywał ją Rutilla i dbał o nią bardziej, niż o niejednego człowieka. Co jakiś czas też pociągał brendy z manierki dla rozgrzewki. Rozglądał się ponuro po zimowym, leśnym krajobrazie.

Minęły trzy dni podczas których myślał tylko, by co prędzej wrócić na kwaterę i się ogrzać. Mróz dawał mu się we znaki i coraz bardziej tęsknił za słoneczną Tileą.

Spotkanymi po drodze wilkami się nie przejmował. Nie sądził by zaatakowały ich, gdy są w grupie.

Trzeciego dnia odnaleźli obiecujący trop i stanęli nad zamarzniętą rzeką.
- Po mojemu to jakiś zwierzołak, albo mutant. – skomentował ślady na śniegu - Znajdźmy tego cazzo. Im prędzej tym lepiej. – rzucił gotów zrezygnować z ciepłej kwatery, byleby dorwać zabójcę i móc wrócić na urlop.
- Sierżancie. Może warto obwiązać kopyta koni szmatami, żeby się zwierzaki nie ślizgały. – zaproponował dowódcy.

Nie czekając na odpowiedź zaczął obwiązywać nogi Rutilli. Gdy skończył podszedł do Wagnera.
- Dawaj Christian worek z paszą i ze trzy racje. Jak się utopisz, to przynajmniej będzie co przekąsić na stypę. – poklepał przyjacielsko kompana po ramieniu.

Pierwsza miała iść sierżant, i to on miał sprawdzać grubość lodu, co bardzo Markowi odpowiadało.
Podszedł do Maus.
- Alexa zaczekaj. – Venturini zagadnął dziewczynę – Mam linę. Obwiąż się nią, to Cię w razie czego z Haugiem wyciągniemy. Ty sierżancie, też mógłbyś skorzystać, no chyba że lubisz swobodne nurkowanie w przerębli. Nie znam się, ale może zamiast iść gęsiego jeden za drugim powinniśmy nie stąpać po tym samym lodzie. Szyk ukośny byłby jak znalazł. Hę? To że ten bydlak przeszedł, nie znaczy, że konie przejdą. Ważą pewnie ciut więcej.
Spytał przestępując z nogi na nogę i klepiąc się po ramionach, bo zimno dawało mu się we znaki. Zakładał, że ruszą przez rzekę w ustalonym szyku.
 

Ostatnio edytowane przez Tom Atos : 12-09-2016 o 09:54.
Tom Atos jest offline  
Stary 12-09-2016, 10:46   #7
 
Hakon's Avatar
 
Reputacja: 23610 Hakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputacjęHakon ma wspaniałą reputację

Gaspard Bludger siedział i jadł kiełbasę pieczoną na wolnym ogniu wraz z pajdą gorącego chleba. Popijał wszystko piwem mocno chmielonym. Wreszcie rozpoczęli urlop. Można było najeść się i wyszumieć, ale Gaspard miał inne plany. Dwa tygodnie to w sam raz na zarobienie trochę grosza i dokończenie zadania sprzed roku. Teraz siedział i obmyślał plan działania. Czas w wojsku mijał szybko do tego miał co robić i nie musiał szukać zadań. Same go znajdywały. To był największy plus. Może nie zawsze takie jakby chciał, ale jednak coś się działo.

Rozważania i plany przerwał jednak sierżant Götze i skończyło się planowanie dla Bludgera.
Kolejna misja. Kolejne zadanie. Za oknem zima z całą siłą przyszła i teraz po jednym dniu każą ruszać.
- Co oni sobie myślą, że my oddział nie umarlaków i możemy ciągle zapierdalać?- Zareagował w jakże do siebie podobny sposób. Kompani wiedzieli, że wszystko porównywał z wampirami i chodzącymi trupami. W każdej misji uważał, że znajdzie się jakiś ożywieniec którego trzeba spacyfikować.
Na magiczne słowa sierżanta Gaspard ożywił się.
- Morduje? Może wreszcie jakiś wompierz?- widać było, że żołnierz jest już pobudzony i podłapał pomysł.

Trzy dni patrolowali okolice. Na noc wracali do Enzesberg. Najadali się i wygrzewali zziębnięte ciała. Wiedział, że tak musi być. Jeszcze przed służbą jako łowca nagród nie raz szukał śladów ściganego. Po kilku dniach a nawet miesiącach potrafił dopadać osobnika z którego była nagroda. Tu w armii także sprawa była podobna. Jedyne co było iście drażniące to ten wszechobecny mróz. Wdzierał się w każdą część ciała. Zaczynało się od grabienia palców nóg czy rąk. Szczęściem nie spieszyło się im i robili postoje by rozruszać zziębnięte kończyny biegiem wokół wierzchowców.
Zatrzymali się przy śladach znalezionych przez drużynową „Myszkę”. Jedyną przedstawicielkę płci pięknej w oddziale. Mówiono, że kobiety są słabe i wątłe. Nie nadające się do służby w armii. Ona była przykładem jak ludzie się mylą. Alexa była twardzielką. Nie narzekała na znój podróży czy to latem czy zimą. Znała się na swojej robocie lepiej niż lalusie z 2 brygady z którą lubili konkurować w zakończonych sukcesem misjach. Teraz przy śladach kucał sierżant. Ślady należały do wielkiego bydlaka. Zwierzoczłeka zapewne.
Po chwili jechali by sprawdzić ich przypuszczenia.

Skuta lodem rzeka zagrodziła ich pochód. Gaspard zszedł z kulbaki i złapał za wodze. Rozejrzał się po okolicy szukając jakiś śladów. Jedyne jakie były w pobliżu to ich własne i tropionego marudera, które znikały na lodzie.
- Wagner. Co tam masz to daj.- Rzucił do oddziałowego pijaka. Załadował na koń co otrzymał i zbliżył się do rzeki. Kucnął i sprawdził lód. Wydawał się twardy i gruby, a ich dowódca już ruszył. Nie wiele myśląc i czekając nie wiadomo na co ruszył jako drugi. Tak jak zaproponował Tileańczyk szedł z tyłu na ukos. Wolno stąpał po tafli przyglądając się jej reakcji. Omijał każde pęknięcie i miejsce, które mu się nie podobał. Przygotowana lina była pod ręką na wszelki wypadek. Chociaż jak komuś się wpadnie do lodowatej wody i tak bramy Morra były pisane.
 
Hakon jest offline  
Stary 13-09-2016, 17:20   #8
 
kinkubus's Avatar
 
Reputacja: 2405 kinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputacjękinkubus ma wspaniałą reputację
Alexa Maus, nazywana pieszczotliwie Myszą bądź Myszką, nie pasowała do reszty. Nie była na służbie, więc mogła ubrać się mniej rygorystycznie, a to sprawiało, że było na czym zawiesić oko.
Nosiła się wyzywająco, przylegające i dobrej jakości ubranie uwydatniało sylwetkę, zaczepnie kusząc, jednak większość adoratorów szybko była sprowadzana na ziemię chłodnym i pogardliwym spojrzeniem ciemnych oczu. Był to pokaz, pozostałość po niedawno wykonywanym zawodzie strzelca, który Alexa, ku uciesze widowni, traktowała bardziej jak performance.

Kompani dobrze się bawili, Alexa zaś wzdychała i nawet nie zauważyła jak kosmyk farbowanych włosów zamoczył się w kuflu z tym czymś, co śmieli nazywać piwem.
Błądziła myślami tam, gdzie zaczęła się zabawa w armię. Rekrutacja była kusząca, miała wstąpić w szeregi brygady lekkiej jazdy, co brzmiało dostojnie, obiecywali premie do i tak nie najmniejszego żołdu... a potem wrzucili ją do jakiegoś zapomnianego przez bogów miejsca na granicy z Sylvanią i przy pierwszej sposobności, kazali walczyć ze zwierzoludźmi.

Całe to wojsko było męczące, a prestiż czekał dopiero na wyższych stopniach, gdzie można było wspiąć się wylewając pot, krew i łzy lub zwykłym lizusostwem. Chociaż z drugiej strony, patrząc na sierżanta Götza, ranga niekoniecznie wiązała się z prestiżem; jak ktoś chciał, to pierdział w stołek i zgarniał przyzwoity żołd, ale były też takie Götzy, które brały swoją pracę zbyt poważnie i chociaż już nie musieli, wyciskali z siebie ostatnie soki.

Ledwie zaczęli przerwę, a już przypisali im kolejne zadanie. Sierżant nie należał najwyraźniej do tych osób, które wspinały się po szczeblach kariery lizusostwem, wyraźnie ktoś chciał go uwalić i strącić z chwiejnego stołka. Pewnie przełożony miał już mniej butnego kandydata na to miejsce, ale nie mógł tak po prostu zwolnić starego sierżanta.

Nie dało się ukryć, że chociaż trochę Alexę ucieszył taki obrót sprawy. Nie miałaby co robić przez te dwa tygodnie, a trwonienie żołdu z ochlapusami nie należało do jej formy rozrywki; ledwie dała namówić się na ten jeden wieczór, bardziej z ciekawości, czego teraz żałowała, bo nudziła się niezmiernie.
Trochę mniej cieszył ją patrol w środku zimy, ale nie protestowała, tylko wstała, przewracając przy tym oczami. Mogli chociaż dwa czy trzy dni dać im spokój, a tak wyglądało, jakby mieli iść na dno razem z dowódcą.


Trzy dni...

Trzy dni szukania igły w stogu siana. Poprzednio mieli jasny cel: banda zwierzoludzi, a teraz?

„Coś” morduje wieśniaków — powiedziała do samej siebie sarkastycznie Alexa, jadąc na przedzie formacji — to bardzo wiarygodny raport, warto było wysyłać całą misję zwiadowczą. Powinni tak robić przy każdym podobnym doniesieniu...

Wtedy zobaczyła ślady, które mogły - acz wcale nie musiały - świadczyć o obecności poszukiwanego stwora. Lepszy taki trop, niż żaden; dała odpowiedni sygnał i czekała na rozwój sytuacji, mając przy tym nadzieję, że wreszcie coś znajdą.

Po krótkiej wymianie zdać, pognali dalej, aż do rzeki. Wyglądało na to, że dosłownie mogli pójść na dno razem z Götzem, gdyż zarządził przeprawienie się na drugą stronę. Wolała sugestię Wagnera, jednak sierżant był nieugięty.
Zeskoczyła na ziemię, zdjęła kuszę z siodła i podpatrując Marko, obwiązała kopyta swojego przydziałowego konia. Nie lubiła szkapy, szkapa nie lubiła jej, więc trochę to zajęło, zanim udało się Alexie skończyć. W przeciwieństwie co do poniektórych, nie miała takich oporów przed przeprawianiem się i chciała ruszyć zaraz za dowódcą, jednak została zatrzymana przez Tileańczyka.

Mogłeś takie zabawy zaproponować któregoś wieczora — odpowiedziała Alexa, po czym posłała Venturiniemu całusa.

Nie miała zamiaru jednak ignorować dobrej rady. Wzięła linę i przewiązała się nią w pasie. Wskazała również, że można dać jej rzeczy od Wagnera, byle nie dużo, gdyż sama miała sporo swojego ekwipunku.

Obojętna była jej pozycja w formacji, jak wcześniej planowała, mogła iść przodem. Chwyciła za uzdę i czekała, aż reszta poobwiązuje się liną i będą gotowi do przejścia.
 
kinkubus jest offline  
Stary 13-09-2016, 18:22   #9
 
Layla's Avatar
 
Reputacja: 8353 Layla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputacjęLayla ma wspaniałą reputację
#2

Götz nie uznawał półśrodków - jak zarządził, że macie się przedzierać w miejscu, które wyznaczył, to nie było siły, żeby zmienił zdanie. Rozdzieliliście więc żarcie przewożone przez Wagnera między siebie i ruszyliście przez skute lodem jezioro. Każde z was z kilkusekundowym odstępem od drugiego, by nie zaskoczyć się niemiło, a kto chciał, obwiązał się dodatkowo liną. Szliście ostrożnie, ważąc każdy krok. Dopiero na otwartej przestrzeni można było poczuć moc zimy, która przecież dopiero rozwijała skrzydła - kilka chwil wystarczyło, byście w ogóle nie czuli policzków i podbródków, które stały się zmrożoną, bezpłciową masą. Jedyny pozytyw tej sytuacji był taki, że wiejący wiatr nie zdążył jeszcze dobrze zamieść śniegu z lodowej pokrywy, dzięki czemu choć teoretycznie było mniejsze prawdopodobieństwo, że się poślizgniecie.

Sama tafla dawała złudzenie grubej i trwałej, mimo to każdy kolejny krok przyprawiał was jednocześnie o oddech ulgi i drżenie rąk, bo przecież wciąż został jeszcze kawał drogi do pokonania. Nie staraliście się iść przetartym przez sierżanta szlakiem, co by nie naruszyć lodu w tym miejscu, dlatego każde z was obrało własny kierunek i kończyło podróż na innej części brzegu. Przeprawiający się przez zamarzniętą rzekę Wagner miał nieco mniej szczęścia, choć i tak całkiem sporo, gdyż lód zaczął jedynie pękać pod nim i wierzchowcem, a nie zarwał się całkowicie, pochłaniając żołnierza w mrocznych czeluściach lodowatej wody.

Szybko zebraliście się przy sierżancie i odnaleźliście ślady racic prowadzące w stronę sosnowego boru odcinającego się od polany. Musieliście się pospieszyć, gdyż sypiący mocno śnieg skutecznie maskował wszystko pod białym całunem. Tak niewinnym, a jednocześnie zabójczym. Pospieszając wierzchowce, zniknęliście po chwili w ponuro cichym lesie, który jedynie na przykrytych śniegiem wierzchołkach drzew śpiewał północnym wiatrem, zawodząc. Zrobiło się dość mrocznie, gdyż tworzące sklepienie gęste konary wysokich sosen i świerków odcinały większość popołudniowego, przechodzącego w szarówkę światła.


Podążaliście śladem racic jeszcze kilkadziesiąt metrów, nim te zupełnie zniknęły wam z oczu, rozmyte przez śnieg. Na przestrzeni kilku metrów kwadratowych Götz nakazał wnikliwe poszukiwania, jednak nie przyniosły one żadnych rezultatów.
- Mówiłem, żeby jechać do domu, to nie... - rzucił Wagner, rozrywając ciszę lasu. Jak zwykle musiał sięgnąć po piersiówkę i pociągnąć kilka łyków.
- Nie ty tu dowodzisz. I chwała za to Sigmarowi - odrzekł spokojnym, chłodnym głosem Götz.
- Co nie zmienia faktu, że...
- Co nie zmienia faktu, żebyś stulił pysk, jak ci rozkazuję!
- Zakrzyknął Kaspar wojskowym, nie znoszącym sprzeciwu tonem, a Christian skrzywił się tylko i nie odezwał więcej.
- Ale wiecie, że zdradzamy właśnie naszą pozycję, nie? - Falken zaśmiał się. - Nic tu już nie znajdziemy, wracajmy do...
- Patrzcie! - W słowo wszedł mu Hagen, wskazując na coś między drzewami.

Odwróciliście głowy, dostrzegając jakąś mikrą postać sunącą wolno kilkanaście metrów od was, niczym zjawa. Młoda kobieta, bądź dziewczyna, bo na taką wyglądała z tej odległości, miała na sobie ciemny płaszcz i albo was nie dostrzegła, albo starała się to zamaskować, wpatrując się przed siebie i podążając tym samym, tępym krokiem przez wysoki śnieg. Jako, że ciężko byłoby wjechać wam między drzewa, Kaspar skinął na Hauga i Marko, po czym zsiadł z konia i w trójkę, z bronią w pogotowiu ruszyli w stronę nieznajomej. Götz nawoływał ją, jednak nie reagowała, a gdy tylko podszedł bliżej i chwycił ją za ramię, dziewczyna wrzasnęła i odskoczyła w bok, potykając się o własne nogi i lądując w śniegu.
- Kim jesteś i co tu robisz? - Zapytał sierżant, pozostając w pozycji bojowej, z dłonią na rękojeści miecza. - Nic ci nie zrobimy, jesteśmy żołnierzami.
Dziewczyna nie odpowiedziała, wpatrując się w mężczyzn, jakby nie wiedziała, kogo dokładnie ma przed sobą.
- Jeśli mamy ci pomóc, musisz powiedzieć, kim jesteś i co tu robisz. - Powtórzył sierżant.
Nic. Żadnego odzewu.
- Dobra, chodź, noc idzie, nie możesz tutaj zostać... - Götz skinął głową i zachęcił ją gestem dłoni, a rudowłosa, piegowata dziewczyna dopiero po dłuższej chwili zdecydowała sie wstać. Jej twarz wciąż jednak nie zdradzała żadnych emocji.

Niechętnie, ale podeszła wraz z trójką zwiadowców do głównego szlaku, gdzie czekali pozostali. Teraz wszyscy mogliście się jej lepiej przyjrzeć. Miała nie więcej, niż czternaście-piętnaście lat, była piegowata, a dość ładną buzię okalała burza brązowych loków. Na jej ubranie składała się długa, mokra na połach, brązowa kiecka i płaszcz z kapturem tej samej barwy. Nic więcej, jednak dziewczyna nie wyglądała na przemarzniętą. Nie miała też żadnych śladów odmrożeń. I tylko te oczy. Oczy naznaczone niemal obłędem i dziwną pewnością siebie.


Wagner zeskoczył z konia i podszedł do niej, oglądając dokładnie.
- Jak cię zwą, dziewko? - Zapytał.
Nie odpowiedziała mu, wpatrując się przed siebie, jakby widziała tam inny świat.
- Całkiem niezła z ciebie dupa, mógłbym się tobą zainteresować w innych okolicznościach. - Christian chwycił ją za tyłek.
I wtedy stało się coś nieprzewidzianego. Dziewczyna wydała z siebie odgłos ni to przypominający krzyk, ni warknięcie, po czym szybkiem ruchem uderzyła w twarz Wagnera rozcapierzoną dłonią, zostawiając na jego policzku trzy krwawe bruzdy po paznokciach.
- Ty mała dziwko! - Warknął żołnierz i zdzielił ją otwartą dłonią w twarz. Piegowata padła pod siłą ciosu, a moment później na śniegu leżał Wagner, powalony prawym sierpowym sierżanta.
- Nie masz prawa jej dotknąć, rozumiesz? - Götz pochylił się nad leżącym Christianem. - Zbieraj dupę i na koń, żołnierzu.

Wagner przeczołgał się po śniegu, dusząc pod nosem jakieś obelgi i wgramolił na wierzchowca. Kaspar uklęknął przy dziewczynie, wpatrując się w nią.
- Kim jesteś, dziecko? Dlaczego jesteś sama w tym lesie? - Zapytał, jednak dziewczyna nie odpowiedziała. Stała w miejscu, wpatrując się w niewidzialną dla pozostałych przestrzeń, jakby zupełnie nie słuchała.
- To na pewno jakaś wiedźma - mruknął Wagner. - Dlaczego nie jest wymarznięta? I czemu nic jej nie zeżarło?
- Bo niedaleko jest jaskinia, w której mogła się ukryć?
- rzucił ironicznie Falken. - Im jesteś starszy, tym głupszy, Wagner.
- Waż słowa, gnojku
- burknął siwy żołnierz, jednak zwiadowca tylko wzruszył ramionami, wyraźnie rozbawiony irytacją towarzysza.
- Zabieramy ją ze sobą. Alexa, dziewczyna będzie pod twoim okiem. - Zarządził Götz i chwycił młodą za ramię, podprowadzając do wierzchowca Myszy i pomagając jej wspiąć się na siodło.

Gdy dziewczyna znalazła się tam, spojrzała po wszystkich, po czym skupiając spojrzenie przed sobą, spokojnym, beznamiętnym głosem powiedziała.
- Wszyscy zginiecie.
I to było wszystko. Jakby na zawołanie, chmury sypnęły mocniej śniegiem, a przygnębiająca szarówka ustępowała szybko pola wieczorowi.
- Do Fichtendorfu. Baumann, prowadź! - Zakrzyknął Kaspar, dosiadając swego czarnego wierzchowca.

 
Layla jest offline  
Stary 13-09-2016, 19:42   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 27721 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Są przyjemności, które nigdy się nie kończą. Podobno. Hagen jeszcze z takimi się nie zetknął. Na szczęście okazało się, że nieprzyjemności (w stylu jazda przez zamarzniętą rzekę) też mają swój kres. Na dodatek szczęśliwy...
Jedyną rzeczą, jak anie poddawała się tej regule, były kiepskawej jakości pomysły Kaspara. Ale to sierżant Götz był tu dowódcą, a Hagen tylu się rzeczy w swym życiu naoglądał, że miał świadomość, iż mogli trafić na kogoś gorszego.

To, na co trafili, nie było ani kopytnostopym potworem, ani też następcą Götza. Szczególnie to ostatnie byłoby zaskakujące, lecz Hagen musiał stwierdzić, że jego 'znalezisko' również należało do nietuzinkowych. Niewiasta, sama, w lesie, w środku zimy?
Coś takiego zdarzało się we snach... lub gdy wspomniana niewiasta była zimnym trupem.
Ta jednak na truposza nie wyglądała, a Hagen, z czego nigdy się nie zwierzał, parę takich już widział. Znaczy trupów, co nie chciały grzecznie leżeć w grobie, tylko włóczyły się po świecie. Ta zaś, co tak ładnie poznaczyła Wagnera, nie patrzyła na świat jak truposz, tylko jak ktoś, kto widział rzeczy, których ludzkie oczy oglądać nie powinny.

Ludowa mądrość nakazywała pozbywać się rzeczy nieznanych i niezrozumiałych, widocznie jednak Götzowi mądrości ludowe były obce i zamiast poderżnąć 'tajemnicy' gardło i rzucić w śnieg (trup i tak by poszedł na konto bestii) raczył ją zabrać ze sobą.
I tym prostym sposobem mieli na karku prorokinię. Hagen był tylko ciekaw, czy dziewczyna zacznie na własną rękę pomagać w realizacji przepowiedni. Zaczynając na przykład od znajdującej się pod ręką Myszy...

- Może powinniśmy sprawdzić, skąd przyszła? - zasugerował.
Wiedział co prawda, że bycie mądrzejszym od przełożonego często źle się kończy, ale cóż... A nuż kilkanaście metrów od nich znajdowało się rozwiązanie zagadki.
 
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:19.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166