Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-11-2016, 00:33   #1
 
Franek Dolas's Avatar
 
Reputacja: 166 Franek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie cośFranek Dolas ma w sobie coś
[Warhammer II ed.] Pytania bez odpowiedzi (+18)

Norska, piękna mroźna kraina ludzi o wybuchowym charakterze. Tundry, gdzie żyją najdziwniejsze zwierzęta tego świata porastają połacie ciężkich do przejścia pagórkowatych wyżyn i niskich, lecz długich łańcuchów górskich bogatych w rudy żelaza i innych metali, których jednak nikt nie waży się wydobywać. Ludzie skupieni na postrzępionych wybrzeżach fiordowych żyją z rybołówstwa, hodowali owiec i grabieży bogatszych krajów. Wytworzyli ono zlepek różnych kultur, które łączy głównie motyw kultu wojownika, ale są miejsca czczące jeszcze innych bogów, Mrocznych Bogów. Khorne bóg wojny i rzezi sprawia, że jego czciciele atakują w bitewnym szale przelewając oceany krwi. Nurgle, wielbiony ze strachem, gdyż może dać upragnioną przez większość ludzi nieśmiertelność, odporność na ból i wszelkie choroby, jednak jego cena jest aż dość adekwatna do darów jakie zsyła. Wyznawców Slaanesha nie interesują żadne ludzkie prawa i nurzając się w rozpuście, a także w najniższych instynktach powoli acz nieubłaganie zatracają swoje dusze na rzecz Księcia Chaosu. Wreszcie jest też Tzeentch, Pan Przemian, Ten Który Zmienia Drogi, Władca Losu, Wiedzy i Magii. Być może najstraszniejszy z całej czwórki, lecz gdyby nie jego nieprzenikniona przez logiczny umysł natura, to jego kult już dawno by opanował świat lub go zniszczył. Kto oprócz śliniących się szaleńców pozna myśli Wielkiego Zmieniacza?

W tej właśnie krainie pojawiło si kilka osób, które oszukują odpowiedzi na znane sobie pytania. Są motywowani chęcią zdobycia władzy, wiedzy, przepowiednią i złudną chęcią uspokojenia swoich umysłów. Los popchnął ich ku legendarnej twierdzy, upadłego domu norskich krasnoludów, Karak Dord, Krzywej lub Skrzywionej Twierdzy, jak to wytłumaczyliby językoznawcy. Miejsca ukrytego i otoczonego złą sławą. W tych czasach istnieje niewiele zapisków o niej, no może jeśli nie liczyć najgłębszych zakamarków krasnoludzkich bibliotek, ale jeśli ktoś poszpera głębiej i popyta kogo trzeba, odkryje inną, nowszą nazwę tego miejsca, Kirim Throm, czyli Dom Odpowiedzi.

Zwątpienie
Maximilian Haffenheim

Porażka Archaona ułatwiła podróż na północ młodemu uczonemu, jednak sam Norska okazała się nie lada przeszkodą. Opis drogi do twierdzy może wydawał się na początku dokładny, jednak w końcu doszedł do wniosku, że w większości jest już przestarzały. Tam gdzie miała biec ścieżka, rósł gęsty las, charakterystyczne wzgórza zmalały pod wpływem wieków i erozji, a na miejscu większości osad ludzkich świeciły zaśnieżone pustkowia, po których szalał przeszywający do szpiku kości wiatr. Największym zawodem Maximiliana był jednak brak krasnoludów! Odkąd tylko postawił nogę w tej przeklętej krainie miał nadzieję spotkać północny odłam tej starożytnej rasy. W końcu doszedł do wniosku, że albo zbyt dobrze się ukrywają w swoich kamiennych twierdzach albo ich po prostu tu nie ma.

Kiedy w końcu udało mu się dotrzeć do małej, obwarowanej świerkową palisadą udało mu się uzyskać widzenie z miejscowym szamanem, który znał mowę bretończyków. Opowiedział mu, że wiele dziesięcioleci temu opuścił swoje rodzinne L'Anglie i to w dodatku w podobnym celu co Maximilian. Chciał odszukać Karak Dord. Wedle słów starca do samego miejsca nie dotarł, ale spotkał lud, który pilnuje i ukrywa ruiny przed tymi, którzy nie są godni dostąpić zaszczytu wstąpienia na ścieżkę wiedzy. Zapytany o to, co chce w zamian za pokazanie drogi, odpowiedział:
-Mam moc magiczną, mam władzę absolutną nad swoimi ludźmi, mam wojów, którzy pójdą tam gdzie im rozkażę i każda kobieta w wiosce bez słowa odda mi się gdy tego zażądam, ale wywodzę się z chłopstwa i nigdy nie nauczyłem się czytać. Kiedy moi ludzie napadali południowe krainy kazałem im szukać ksiąg wszelkiego rodzaju, a te leżały bezużyteczne aż do tej chwili. Moim warunkiem jest, żebyś spędził tu trzy miesiące, nauczysz mnie czytać i rozumieć języki, w których są napisane.

Maximilian chcąc nie chcąc zgodził się, w końcu skoro doszedł tak daleko, nie było sensu zawracać. Szaman był pojętnym uczniem, bardzo szybko nauczył się mówić w języku Imperium, a pisał proste zdania, chociaż z błędami już po tygodniu. Klasyczny też nie sprawił mu za dużych trudności. Uczony był zadziwiony tempem w jakim starzec pochłaniał wiedzę, a ten zapytany o to kiedyś powiedział:
-To dar od bogów. Jest jak miecz, bez osełki w tym kraju się tępił, jednak kiedy już ją znalazłem stał się jak nowy.

Mężczyzna podejrzewał o jakich bogach była mowa. We wszystkich wioskach jakie udało mu się odwiedzić w Norsce, ludzie wyznawali przeróżne panteony lokalnych bóstw. W jednej wiosce królem bogów był Olryk, który był nikim innym jak Ulrykiem znanym w Imperium, w innej rządził bóg fal Mannus, czyli Mannam, a w jednym z najbardziej ponurych miejsc jakie odwiedził po prostu Morr. Jego rodaków z Norsmenami łączyło więcej, niż ktokolwiek chciałby przyznać, jednak na tych terenach było inaczej. Tutaj czczono bogów bez twarzy. Ołtarz w kaplicy był pokryty runami, które były zbyt dobrze rozpoznawalne, znaki Khornea, Nurglea, Slaanesha i Tzeentha i chociaż tutaj te imiona wymawiano inaczej, to prawda była zbyt oczywista.

Kiedy wedle umowy trzy miesiące dobiegły końca, pogoda się nieco poprawiła i szaman wysłał Maximiliana wraz z przewodnikiem w góry na północnym zachodzie. Dobrze ich zaopatrzył na drogę i w podzięce dał uczonemu dwie księgi ze swoich zbiorów, których nie mogli razem przetłumaczyć. Szli przez prawie trzy tygodnie nie odzywając się do siebie, aż w końcu dotarli do jakiejś osady otoczonej solidnym, drewnianym murem. Przewodnik pokazał w jego kierunku kiwając głową i ruszył w drogę powrotną.

Maximilian ruszył w kierunku umocnień z drżącym sercem, a im bardziej się zbliżał, tym bardziej czuł się niepewnie. Coś mu wydawało się dziwnie znajomego w tych drewnianych murach i rozkładzie wież strażniczych, coś dziwnego było w ich architekturze. Kiedy stanął już przy bramie, wrota się rozwarły i serce podskoczyło mu aż do gardła. Nie było to powodowane strachem, tylko raczej zdziwieniem, podnieceniem, a nawet radością. Przed sobą widział niską ale silniejszą niż człowiek i znacznie bardziej krępą postać. Może nie był odziany w stal tylko w niedźwiedzie futro i w rękach zamiast topora trzymał krótką włócznie, ale od razu rozpoznał tą istotę.
-Kolejny głupiec szuka odpowiedzi na swoje pytania- powiedział w prawie nie zrozumiałym dla uczonego dialekcie krasnolud.


Głód
Maximilian Shimerfeld

Bród, mróz i trudy podróży. Tego szlachcic z Altdorfu nie spodziewał się, kiedy Inavere wysyłała go do Norski by gonił za jakąś wizją zesłaną rzekomo przez Księcia Chaosu. Nie przeszkadzało mu to może aż tak bardzo, gdyby nie zabłądzili na tych cholernych pustkowiach i nie musieliby głodować. Po dwóch tygodniach po opuszczeniu ostatniej norsmeńskiej osady o jakiejś dziwnej i głupiej nazwie zaczęły im padać konie, które nie były przyzwyczajone do tego klimatu i nie było z kd wziąć dla nich paszy. Najpierw zdechł wierzchowiec Alexandra, który po prostu nie wytrzymał ciężaru swojego jeźdźca, następny był koń Maximiliana, który zabrał chudego jak szkielet gniadosza Grosha. To była zła decyzja, gdyż kuternoga jeszcze bardziej spowalniał tempo marszu za sprawą niesprawnej nogi. W końcu i ostatnie zwierzę padło, a piechurzy musieli iść dalej.
Po zjedzeniu ostatków koniny, głód zaczął ściskać im żołądki tak bardzo, że więcej odpoczywali niż szli próbując złapać cokolwiek do jedzenia, albo wygrzebać spod śniegu jakieś korzonki. Dodatkowo stan Grosha znacznie się pogorszył i szlachcic coraz częściej zaczął wymieniać z Alexandrem konspiracyjne spojrzenia. Pewnej nocy w końcu Maximiliana obudził słodki zapach, a jego żołądek zaczął się zaciskać w spazmach bólu. Spojrzał w stronę ogniska, gdzie olbrzymi brzydal, teraz wyglądający znacznie mniej grubo piekł nad ogniskiem jakieś mięso. Grosha nie było nigdzie widać.

Zapasów nowego ''jedzenia'' nie starczyło jednak na długo i chociaż w dwójkę poruszali się znacznie szybciej, w końcu znowu musieli zacząć polować. Alexandrowi ta sztuka szła znacznie lepiej i od czasu do czasu udało mu się złapać jakiegoś gryzonia, albo znaleźć zamarzniętą padlinę. Chociaż takie jedzenie było obrzydliwe i po ogrzaniu śmierdziało, nie było innego wyboru. Na początku olbrzym oddawał lwią część marnego posiłku dla swojego pana, jednak z biegiem czasu zaczął patrzeć na niego z ukosa, a pytany odburkiwał monosylabicznymi wyrażeniami. Pewnego dnia po tym jak Alexander złapał wyjątkowo tłustego świstaka, Maximilian zażądał swojej części łupu, a ten w odpowiedzi uderzył wierzchem wielkiej jak łopata dłoni w twarz szlachcica, aż ten upadł boleśnie na plecy. Od tej pory szli w milczeniu. Szlachcic postanowił, że będzie szedł z tyłu, nie chcąc dopuścić aby zbuntowany sługa miał okazję do zaskoczenia go, a ten znajdując jedzenie oddawał Maximilianowi jedynie resztki.

Nocą siedli przy ognisku. Szlachcic patrzył w płomienie, które nie dawały zbyt wiele ciepła, ale to i tak było lepsze niż wieczny chłód, który panował niepodzielnie nad krainą. Zanurzył się w rozmyślaniach i prawie nie zauważył, kiedy Aleksander stanął przy jego boku z kamieniem w ręku. W jednej chwili się zamachnął i być może rozbiłby głowę niedoszłej ofierze, gdyby ta nie odchyliła lekko głowy, dzięki czemu prowizoryczna broń ledwie zahaczyła o skroń, co i tak porządnie zamroczyło Maxa. Olbrzym odrzucił kamień i rzucił się do gardła ze swoimi wielkimi łapskami. Walka była krótka, lecz zacięta. Szlachcicowi udało się jakimś cudem wyciągnąć sztylet i zadać kilkanaście pchnięć napastnikowi w brzuch. Kiedy w końcu udało się mu zepchnąć z siebie ciężkiego olbrzyma, ostatkiem sił rzucił się na niego zatapiając zęby w jego gardle i rozkoszując się ciepłym, surowym mięsem oraz metalicznym smakiem krwi. Tak zatracił się w swojej nieczystej uczcie, że nie zauważył, że został otoczony, napastników musiał zwabić widoczny z daleka w nocy blask ogniska. Kiedy w końcu cały zbrukany posoką dawnego sługi, podniósł się na nogi, ujrzał grupę ubraną w focze skóry i niedźwiedzie futra grupę dwudziestu krasnoludów dzierżących okrągłe, drewniane tarcze i krótkie włócznie. Ich przywódca zakrzyknął coś w niezrozumiałym języku do swoich towarzyszy, którzy zaśmieli się krótko, o czym powiedział w znanym Maximilianowi języku:
-Chodź z nami, a znajdziesz to czego szukasz.


Szaleństwo
Cesevar Aesvinnmann

Co mogło przerażać bardziej ludzi, potężna sylwetka czegoś co mogło być kiedy człowiekiem, a teraz wyglądało niczym najeżona kolcami bestia o podziurawionej przez mutację zbroi i patrząca na świat przez wizjer upiornymi, pełnymi szaleństwa oczami, czy jego rumak, który swoją brzydotą nie ustępował jeźdźcowi. Wszędzie, gdzie ten jeździec apokalipsy się pojawił, szła za nim krok w krok śmierć i rozpacz. Dojeżdżając do wioski Cesevar, bo tak kiedyś się nazywał dawno, w innym życiu, zauważył na stado owiec, które pasła jego żona. Co arystokratka robiła plamiąc swe śliczne i wypielęgnowane dłonie tak podłą pracą? Przyspieszył w jej kierunku żeby ją powitać, wziąć w ramiona i powiedzieć, żeby wracała do zamku, do dzieci. Słudzy bez jej rozkazów przecież nie będą wiedzieli co robić. Znalazł się już w jej pobliżu i ujrzał nieme przerażenie na jej pięknej i uczciwej twarzy. Czego tak się bała? Nieważne, musiał uspokoić ukochaną. Zsiadł z konia i zaczął zbliżać się w jej stronę, zaś ona powoli zaczęła się posuwać do tyłu krzycząc nie zrozumiale. Rycerz doszedł do wniosku, że jeśli weźmie ją w ramiona, to się uspokoi. Przegrali bitwę z norsmeńskimi najeźdźcami, ale wrogowie powinni ominąć fort, zaś posiłki powinny niedługo przybyć i wybawić ich z opresji. Przytulił swoją ukochaną, a ta już nie żyła. Wypuszczając kobietę z ramion rycerz zauważył, że ku niemu biegną słudzy i strażnicy. Chciał im coś wytłumaczyć, wydawać rozkazy, ale ci się na niego rzucili. Po pokonaniu wszystkich zaczął krzyczeć przeklinając buntowników, ale nagle przypomniał sobie o dzieciach. Przeklęci zdrajcy mogli je porwać i uwięzić. Rozpoczął poszukiwania, a po dwóch godzinach wioska opustoszała. Nikt nie uszedł z życiem, mężczyźni kobiety i dzieci. W każdej twarzy Cesevar widział swoją żonę, córkę czy wiernego sługę.

W ciągu miesiąca cała sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy, aż w Końcu od swojej następnej umierającej w ramionach żony usłyszał słowa ''Karak Dord''. Jakby pod wpływem jakiegoś zaklęcia, nagle odzyskał na chwilę jasność umysłu i ujrzał dookoła kilkanaście ciał ludzi o nieznajomych twarzach, uzmysłowił sobie, że to nie jest jego dom, ale Norska. Już wiedział gdzie musi się udać.

W ciągu kilku tygodni podróży coraz częściej odzyskiwał zdolność jasnego myślenia, co utwierdzało go w przekonaniu, że podąża właściwą drogą. Skąd to wiedział? Nigdy tego nie odgadnie. W końcu znalazł się przy bramie osadzone w drewnianych murach, gdzie powitał go krasnolud.


Głosy
Nadine Scharlachrot

Młoda i niewątpliwie atrakcyjna kobieta stała pośród dogorywających zgliszczy norsmeńskiej wioski, napawając się swym dziełem, prawdziwą orgią zniszczenia. Kolor jej pobrudzonych i miejscami podartych szat wskazywał, że należy do świetnego Kolegium Ognia, a przynajmniej należała, teraz jednak podążała za głosem, który kierował ją ku jej przeznaczeniu, a było nim, jak sądziła, nieograniczona niczym władza i wiedza tajemna. Kiedyś była tylko nic nie znaczącą czarodziejką o miernej mocy, była zależna od woli ojca, a jej życie było zagrożone, jednak w momencie, kiedy usłyszała swojego słodkiego przewodnika wszystko się zmieniło. Zdobyła władze i znaczenie, zabiła swoich prześladowców, a jeśli chciała, to na skinienie jej małego paluszka ludzie ginęli w potwornych męczarniach. To był dobry głos, jej przyjaciel. Anioł stróż.

Już dawno Nadine zauważyła, że jej przewodnik jest najbardziej zadowolony, kiedy dziewczyna sieje pożogę i strach w sercach ludzi. Kiedy mówił jej ''spal tych ludzi'', albo ''zniszcz tą kupę chat'', robiła bezwiednie to co chciał sama czerpiąc z tego satysfakcje graniczącą wręcz z ekstazą, ale im więcej niszczyła, tym bardziej tego potrzebowała i w większych dawkach. Jeśli przez dłuższy czas nie znajdowała ofiary, głos był bardziej marudny, a Nadine popadała w chandrę, ale wtedy też przypominała sobie o słowach, które powiedział jej guślarz:
-Szukaj Karak Dord, to miejsce, które jest ci pisane. Tam poznasz odpowiedzi na swoje pytania i zdobędziesz nieograniczoną moc.
Głos zdawał się myśleć to samo i kiedy nie siała zniszczenia, poganiał ją w kierunku twierdzy, zupełnie tak jakby wiedział w którą stronę podążać.

Drogę Nadine znaczył ogień i ból, aż w końcu natrafiła na przeciwnika równego sobie. Były to krasnoludy, inne niż te, które znała z Altdorfu. Te były odziane w skóry i futra norsmeńskich zwierząt, a za broń służyły im włócznie i kamienne młoty, co nie zmieniało faktu, że ich częściowa odporność na magię mogła uprzykrzyć życie młodej czarodziejki. Nadine radowała się walką, czuła jak jej podniecenie zwiększa się z każdym spopielonym trupem krasnoluda, aż w końcu prawie osiągnęła orgazm, a je włosy tuż przy głowie stawały się pomarańczowe od przepływu mocy. W końcu kiedy ostatni z przeciwników zamienił się w kupkę popiołów młódka padła bez ducha na ziemię. Budząc się rozejrzała się na boki. Po jej prawej stronie siedział stary krasnolud, o długiej, siwej brodzie i czapce z futra renifera na głowie.
-Nawet nie myśl o używaniu czarów w tym miejscu- powiedział do niej szorstkim i chrapliwym głosem- jesteśmy ci wdzięczni za pokonanie wrogiego nam klanu. Od miesięcy sprawdzali nasze siły i mury, jednak nie zawahamy się ciebie zabić, jeśli zrobisz coś głupiego.
Wstał ze świerkowego krzesła i już miał odejść, ale coś sobie przypomniał i dodał:
-Tak po za tym to witaj w Karak Dord- głos w głowie Nadine zaczął wyć szaleńczo z radości.
 

Ostatnio edytowane przez Franek Dolas : 09-11-2016 o 21:20.
Franek Dolas jest offline  
Stary 10-11-2016, 11:36   #2
 
czajos's Avatar
 
Reputacja: 599 czajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemu
Historia minionych dni

Maximilian urodził się jako syn potężnej rodziny kupieckiej Altdorfu, od młodości kształcony i wychowywany jakoby syn szlachetnie urodzonego miał być on wkupnym ojca do świata herbów. Wpajano mu zasady etykiety, uczono kunsztownej wymowy i zapewniono mu najlepsze wykształcenie na jakie można było sobie pozwolić. Dola ta nie była jednak łatwa, ojciec Maximiliana był znanym w okolicy awanturnikiem, karał on syna za każde nawet najlichrzejsze przewinienie czy najmniejszy błąd. Chłopak który narodził się zdaje się ze złotym czepkiem na głowie traktowany był niczym pies. Długie dnie i noce bez posiłku, odpoczynku czy kropli wody były codziennością. Nędzny siennik w piwnicach gdzie ojciec zamykał Maximiliana ciemność i szczury, były bliższe mu od jego łoża i własnego pokoju. Ciosy pięścią bądź batem też padały często i silnie na ciało chłopaka. Maximilian stał się w wieku 16 lat dwoma osobami jedną prawdziwą słabą, nędzną, pełną lęków i obrazy dla samego siebie którą był w domu i drugą silną, mężną, galanteryjną i elokwętną maską którą chłopak przybierał na bankietach i przed nauczycielami.

Wszystko jednak zmieniło się w przeddzień 20 urodzin chłopakana balu na którym poznał Inawere. Inawera była akolitką Pana Rozkoszy która oplotła sobie młodzieńca wokół palca w jedną noc. Była jego pierwszą, a zauroczony chłopak natychmiast przyrzekł jej, że ostatnią. Szybko jednak przejrzała maskę Maximilana i zobaczyła jak nędzną był istotą, kogoś takiego jej Pan nie potrzebował. Jednakże maska którą przyodziewał była niezwykle interesująca. Inawera nakłoniła ojca Maximiliana by ten pozwolił jej zabrać syna do jej zamiejskiej posiadłości gdzie spotykał się jej kult.

Co stało się z nim w przybytku nie pamiętał dokładnie. Na zmianę pogrążony był tam w narkotycznym to szale, to otępieniu, a wizje rozkoszy przemieniały się z wizjami katuszy. Z tej tygodniowej wycieczki Maximilian wrócił jako nowy człowiek, na początku nie zdawał sobie sprawy ze zmian które zaszły w jego duszy. Jednak każdy krok który przybliżał go do rodzinnego domu utwierdzał go w przekonaniu, że się mylił. Nie czuł już strachu. Pod jego maską nie skrywał się już przestraszony 10 latek. Został z niego tylko szkielet, białe piszczele, żebra i kręgi podtrzymywały teraz przybitą do czaszki stalową maskę która stała się nową osobowością i istotą Maximiliana.

Maximilian wkroczył do swego domu pewny i z uniesioną piersią. W przedsionku przywitał go stary zgarbiony mężczyzna, jego ojciec. Wrzaski poniosły się korytarzem, a strugi śliny trafiły z szczerbatych ust na kontusz Szlachcica. Maximilian uderzył mocno, wieszchem otwartej dłoni. Jego ojciec upadł, brocząc na podłogę kroplami krwi z rozdartych ust. Już chciał się podnosić i zelżyć syna, zapewne przekląć go i wydziedziczyć ale jego syn nie pozwolił mu. Stalowy uścisk zacisnął się na szyi starca, a druga ręka Maximiliana sięgnęła do ojcowskiego pasa i wydarła zza niego sztylet z którym ojciec się nie rozstawał. Ostrze gładko przeszło między żebrami i przebiło płuco. Jego rodziciel chciał jeszcze krzyknąć ale nie zdołał, czerwona piana napełniła mu usta. Szlachcic cisnął ciało na podłogę i spokojnie odszedł w kąt pomieszczenia tam usiadł i zaczął potępieńczo krzyczeć.

Wszyscy uwierzyli w opowieść o napadzie furi jego ojca. Uwierzyli w niezwykły wypadek który wpuścił sztylet w dłonie Maximiliana i w ślepe pchnięcie które zakończyło żywot napastnika. Uwierzyli w żal łzy szok i przerażenie. Ale nikt nie wiedział, że stalowa maska tylko ukazuje uczucia ale sama nigdy ich nie odczuwa…..


Prequel


Słony i słodki smak spłynął do gardła Maximiliana, mięso było delikatne, a skóra gładka i bez skaz. Smakosz wyczuł jednak kroplę goryczy i splunął zawartością ust. Odgryziony nos spadł koło zwłok u jego stóp. Piękna rudowłosa kobieta leżała pokryta krwią, potem i nasieniem, nie poruszała się już. Jej piękne młode ciało nosiło znamiona przemocy. Prócz oczywistej rany twarzy którą zostawił odgryziony nos były też inne rany, piersi pocięte były biczem, podobnie zresztą plecy i pośladki. Łono krwawiło jeszcze słabo podobnie, rozerwana odbytnica. Jeden koncik ust był rozerwany, a uszy nosiły znamiono wydartych z nich siłą kolczyków. Jedna ręka była też przywiązana do słupa podporowego szopy w której dokonała się kaźń.
Szlachcic zarzucił na nagie ciało delikatny szlafrok i syknął z mieszaniną bólu i rozkoszy gdy gładka materia dotknęła jego poranionych paznokciami denatki pleców.
- Grash - zwrócił się do skrytego dotychczas poza kręgiem świec podwładnego -Prawa szynka, reszta jest wasza -.
Chwila przyjemności minęła i teraz znowu trzeba było się przygotowywać do drogi. Maximilian odstąpił od ciała, a dwójka jego sług Grosh i Alexander rzucili się na ciepłe jeszcze ciało niczym wygłodniałe psy. Większy z dwójki Alexander już ściągał pantalony, a Grosh przy pomocy wielkiego noża już odcinał prawy pośladek denatki tak jak życzył sobie tego jego Pan. Groteskowa i obrzydliwa to była dwójka. Grosh był niemal karłem, którego twarz znaczyły paskudne wybroczyny widoczne na jego rybio bladej skórze niczym plamy wina na śnieżnobiałym obrusie, wyraźnie też utykał gdyż jedna z jego nóg była dziwacznie powykręcana. Drugi natomiast był gigantem o tępej pozbawionej chociażby śladu intelektu twarzy i szerokich ramionach. Wielki kałdun wylewał się zza pasa kładąc się niemalże na przyrodzeniu, a smród który wydzielał był trudny do zniesienia.

Maximilian nie był w stanie powiedzieć czy ich wygląd był efektem działania mrocznych potęg czy jedynie skrajną brzydotą ale nie miało to znaczenia. Ta dwójka uważana była powszechnie i przez samych siebie za mutantów, a tak wprawnemu interlokutorowi jak Maximilian, przyporządkowanie ich sobie jako jego psów i wyznawców Węża nie stanowiło żadnego problemu.

Szlachcic obmył się gorącą wodą z wiadra i nałożył na poranione ciało maść która miała wspomóc gojenie ran i zapobiec infekcji, słuchając stęków Alexandra i chichotu Grosha. Następnie odział się w jedwabną purpurową koszulę i spodnie podszyte delikatnym króliczym futrem, ciężki od złota i szlachetnych kamieni kontusz i pas, a na to wszystko jeszcze ciężki podszyty futrem płaszcz czapkę i rękawice, spod warstw materii wyciągnął też nieustannie wiszący na jego piersi znak swego Władcy Slaneesha który w tej dzikiej krainie nie mógł skazać go na męki.

Mutanci zakończyli już swoje zabawy, Alexander znów był odziany, a usta i dłonie Grosha znaczyły ślady szkarłatu.
- Jedziemy dalej - powiedział tonem rozkazu Kultysta.
[i] - Pakujcie wszystko -[/] dodał jeszcze i sam wyszedł z budynku. Trójka koni stała spokojnie w mroku okryta kropierzami, a para z ich chrap wydobywała się wielkimi chmurami. Świtało już i niebo znaczyło się szkarłatem. Maximilian przystanął na sekundę i wpatrzył się w tą krainę. Teraz przykrytą śniegiem i skąpaną w czerwieni. Sięgnął do juków wierzchowca jednego ze swoich psów i wyciągnął z niego stalowy pręt do piętnowania w kształcie znaku jego boskiego patrona.
Węgle rozpalonego w wnętrzu szopy ogniska rozjaśniały gdy Kultysta cisnął w nie znamię, a same płomienie zdawały się rozjaśnić widocznym tylko dla wybranych purpurowym blaskiem. Po paru chwilach Maximilian wyciągnął żarzący się już znak z płomieni i podszedł do ciała kobiety.
-Inset koro na gas, inset Slaneesh- wysyczał i przybił znamię zaraz nad łonem swojej ofiary, a następnie powtórzył już zwykłą mową tak by mogli zrozumieć podwładni.
- Chwała Panu Rozkoszy, chwała Slanesshowi !!! -


Teraźniejszość

Pies śmiał ugryźć rękę Pana. Taka myśl krążyła po głowie Maximiliana gdy podążał za krasnoludami. Alexander podniósł rękę na swego Władcę ale czy Maximilian się tego nie spodziewał ? Oczywiście, że tak. Sam zresztą dał już gigantowi tylko dwa dni życia, wtedy miał stać się pożywieniem sługi Pana Rozkoszy. Niestety ofiara nie miała tyle wstrzemieźliwości co niedoszły łowca i postanowiła sama spróbować. Szkarłat jego krwi znaczył teraz jego twarz i dłonie.

Krasnoludy otoczyły Maximiliana kordonem, sami z resztą nie wiedząc dlaczego. Samotny mąż na takim pustkowiu nie stanowił żadnego zagrożenia dla grupy takiej jak ich. Po chwili jednak zrozumieli, że podświadomie ustawili się w pozycji sługi chroniącej swego Pana w trakcie podróży. Maximiliana otaczała aura powagi, wielkości i władzy. Status o który ich dowódca walczył tygodniami przyszedł temu obcemu w parę chwil, szybciej nawet niż ten zdołał wypowiedzieć swoje imię. Śmiali się z niego gdy go zobaczyli, dwóch nędznych włóczęgów taplających się w śniegu i próbujących się nawzajem zeżreć. Wygrany który w tępym szale zjada towarzysza. Teraz było inaczej, od chwili gdy Szlachcic podniósł się znad swej ofiary ten wizerunek zaczął się gwałtownie zmieniać. Pierwsze spojrzenie ciemno zielonych oczu Maximiliana niosło w sobie groźbę. Groźbę niewypowiedzianą i nie znaną ale z pewnością realną. To spojrzenie nie miało w sobie ani strachu, ani żałości, ani szaleństwa które spodziewali się ujrzeć. Było wypełnione godnością dumą i siłą. Nawet teraz, umazany krwią i śniegiem Szlachcic zdawał się być generałem oczekującym na raport, a nie włóczęgą znalezionym w głuszy. Jego sylwetka zdawała się ogromnieć z każdym krokiem. Pewność siebie która od niego biła wzbudzała szacunek, ukazując ukrytą siłę.
- Kim ty jesteś człowieku ? - wymsknęło się szeptem jednemu z krasnoludów w tyle szerego - Kim ty do cholery jesteś -

Marsz trwał dalej, a Maximilian zbliżył się do dowódcy który stał koło czoła grupy.
- Witajcie - odparł krótko Szlachcic - Powiedzcie proszę jak daleko jesteśmy od starej twierdzy -
 
__________________
Nowa sesja dark sci-fi w planach zapraszam do sondy

Ostatnio edytowane przez czajos : 10-11-2016 o 14:05.
czajos jest offline  
Stary 11-11-2016, 13:40   #3
 
Ismerus's Avatar
 
Reputacja: 5262 Ismerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputacjęIsmerus ma wspaniałą reputację

Przeszłość

„Przeklęta kraina. Nie bez powodu, mówi się, że jest opuszczona przez bogów. Nie wiem, ile już trwa moja droga. Miesiąc? Dwa? Nie wiem. Najgorsze jest to zimno. Przeszywa mnie, gdy próbuję iść. Trafiłem już tak daleko, więc nie mogę wrócić. Muszę pokazać tym cholernym starcom z uniwersytetu, kto jest tutaj najlepszy. To ja zdobędę sławę, a oni będą musieli to zaakceptować. Ale spokojnie, jeszcze nawet nie dotarłem na miejsce. Dzisiaj muszę przespać się w jaskini. Jest już ciemno. Nie wiem, kiedy dojdę do następnej osady. Rozpaliłem ogień, więc nie trzęsę się z zimna. Mam katar i kaszel. Oby to było, tyko przeziębienie. Modlę się o to do Shallyi.”


************************************************** ***********

Doprawdy dziwna to kraina. Dotarłem do osady, rządzonej przez szamana. Wyznają oni bogów Chaosu, ale pod zmienionymi imionami. Spotkałem też wcześniej wyznawców Olryka czy Mannusa. Ciekawe, prawdopodobnie, podobnie było u nas, jeszcze przed Sigmarem. Zaobserwowałem wiele tutejszych zwyczajów. Część już opisałem wcześniej, resztę dopiszę jutro. Mam pierwszy trop. Podążam w dobrym kierunku, tak przynajmniej twierdzi ten szaman. Tak na marginesie, miły z niego staruszek. Trochę ekscentryczny. Powiedział, że zaprowadzi mnie na miejsce. Jest jeden warunek, muszę nauczyć go języków i czytać. Mam tutaj siedzieć 3 miesiące. Nie chcę, lecz nie mam wyjścia. Zemsta i sława, muszą poczekać.”


************************************************** *******

„Minęły 3 miesiące. Wyruszam w dalszą drogę. Otrzymałem przewodnika i w podzięce 2 księgi. Nie umieliśmy ich razem odczytać, więc dostałem je na własność. Nie rozpoznaję w nich śladu, żadnych znanych mi run czy liter. Może to jakiś szyfr? Albo bardzo stare znaki? Odkryję to, gdy wrócę do Wolfenburga. Teraz muszę wyruszać. Nie wiem, ile będziemy szli, lecz na wszelki wypadek zaopatrzyłem się w zapasy i futra. Najgorsze, to teraz zachorować. W takich polowych warunkach, łatwo o grypę czy zapalenie płuc. A wtedy, już tylko kraina Morra.”



Teraźniejszość

Maximilian powoli zbliżał się do osady. Zastanawiał się czy to już tutaj. Nie przypominało to twierdzy krasnoludzkiej, ale coś było znajomego. Ta architektura... Skądś to znał...
Gdy zobaczył krasnoluda, prawie padł na kolana. Przed całą podróż, nie spotkał ani jednego przedstawiciela tej wspaniałej rasy.
-Czemu uważasz że głupiec?- zaczął szybko mówić w khazalidzie. Miał nadzieję, że będzie w miarę zrozumiały. Ten krasnolud musiał mówić w prastarej formie tego języka. To niespotykane, na skalę światową. Większość dzieł w nim spisanych, zostały zniszczone lub zagubione, wiele lat temu!
- Są rzeczy, dla których warto ryzykować, nawet podróżą do takich krain. Czy to tutaj, jest ostateczny cel mojej podróży? Podróżuję od wielu tygodni i jestem zmęczony. Pozwól mi wejść do środka i ogrzać się przy ogniu.
 
Ismerus jest offline  
Stary 13-11-2016, 17:32   #4
 
Slaaneshi's Avatar
 
Reputacja: 1039 Slaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumnySlaaneshi ma z czego być dumny
Podróżował. Przeszłość była żywa - zbyt żywa. Niczym rozpędzony bąk, buczący upiornym wyciem, wydarzenia tamtej strasznej nocy wirowały wokół Cesevara. Masywna, kolczasta bestia, którą się stał, brnęła, błądziła wśród mglistych cieni tej jednej, nieszczęsnej nocy, otoczona korowodem znajomych twarzy. Cesevar cierpiał. Od kiedy spadł ze swego wierzchowca, wielokrotnie osuwał się na kolana, gubił poczucie kierunku, próbował przegonić majaki agresywnymi ruchami...

Czuł zimno. Szaleństwo Cesevara rozmywało granice między rzeczywistością, a iluzją. Jak we śnie, jego umysł był zanurzony we własnym widziadle, na poły trzeźwo przyjmując bodźce, rozumiejąc sytuację i swój stan.. na poły bezsprzecznie akceptując nieprawdopodobną rzeczywistość, która go otaczała. Zimno. Chłód. Ponure wiatry, ostre szczyty i obce lasy. Cesevar znał te obrazy, z opowieści i legend którymi karmił się przez swoją młodość. Instynktownie rozumiał, że przemierza śniegi Norski. Nie pomagało mu to jednak zrozumieć.. że obrazy przed jego oczami są kurtyną przysłaniającą tą z drobna przesiąkającą do świadomości prawdę. Nie miał z tym problemu. Jego umysł w pełni akceptował szaleństwo, nie widząc w nim niczego dziwnego. Nawet nie zastanawiał się, czemu on, czy widziana przez niego rodzina znajduje się w tej mroźnej krainie.
Patrząc z zewnątrz pułapki, którą była percepcja mrocznego rycerza, miewał lepsze i gorsze dni. Zdarzało mu się być świadomym krzywdy, którą niesie jego dotyk, a nawet nieprawdziwości obrazów jakie przynosił obłęd. W takich chwilach bał się wołać swej żony, powstrzymywał się od kontaktu ze swoją służbą... Próbował resztkami swej podkruszonej siły woli nie dopuścić do mrocznej powtórki krwawego dramatu z dworu Aesvinn.
Chłód Norski zdawał się pomagać. Podróżując na północ zmniejszała się ilość jego wybuchów. Rosła kontrola nad własnym zachowaniem i nastrojami, mimo, że szaleństwo nie odchodziło. Nie myślał o swych incydentach jak o porażkach - wierzył, że w takich chwilach to jego umysł znęcał się nad nim, karał go kolejny raz, kolejny raz kazał mu przeżywać kaźń swej rodziny, bliskich, służących, kaźń, sprowadzona na nich przez jego potworną, wypaczoną formę...
Milczał, oparty w strzemionach Zgniłoskórego. Jego myśli zdawały się iść dwoma torami. Instynktownie rozumianą rzeczywistością, w której wiedział, że oto wspiera się na zmutowanym wierzchowcu wręczonym mu przez sługi Mrocznych Bogów i spogląda po przesiąkniętej Chaosem północy.. ale też snem, w którym wciąż znajdował się na swym nordlandzkim dworze...

-×-×-×-

Synu, cóże poczynasz stojąc tak sam, pośród śniegów, pod bramą? – Spod blach hełmu wydobył się kłąb pary, przy akompaniamencie głosu, brzmiącego niczym mosiężny miech. Jeździec zszedł ze swego wierzchowca i począł zbliżać się do strażnika, skrzypiąc w głębokim śniegu swymi buciorami.
Chodźże – kolczasty rycerz dalej cedził swoje słowa z metalicznym zgrzytem – schrońmy się za murami, nie stój tu sam w chłodzie, moje dziecko.
Masywna bestia, dysząca parującym powietrzem i błyskająca oszalałymi ślepiami zbliżała się do krasnoluda. Widząc reakcję odźwiernego, który wydawał się mu jego synem, Rycerz zastygł. Ostatnie dni były dużo lepsze. Od kiedy usłyszał tajemne słowa, "Karak Dord" i wyruszył w kierunku mistycznej twierdzy, jego umysł pracował coraz lepiej. Do stopnia, w którym nawet zaczynał podejrzewać, że zmysły płatają mu figle. Tak było właśnie w tej chwili.
Ja nnn.. nnie wiem... Nie wiem czy to ty, synu... – słowa Cesevara wydobywały się zgrzytliwym sykiem spod blach jego hełmu, gdy wykonał gest, który być może byłby ukryciem twarzy w dłoni, gdyby obydwu przymiotów jeźdźca nie okalała taka ilość długich, rogowych kolców. Rycerz zadygotał w siodle po czym znowu zastygł w spokoju. Nie mówił nic. W mechaniczny sposób, niczym pod wpływem transu, zaczął obracać się w siodle i zsiadać. Zsunął się z rumaka i z chrzęstem poszarpanych kolczugowych kółek, łańcuchów oplatających gdzieniegdzie jego ciało i podziurawionych blach zbroi płytowej wylądował na nogach obok wierzchowca. Bez słowa obrócił się w kierunku krasnoluda. Prowadząc zmutowane zwierzę za lejce zaczął iść w kierunku strażnika, przywołując na myśl zastraszające skojarzenie z bezlitosnymi i potwornymi wojownikami z pustkowi Chaosu. Zatrzymał się, stojąc niepokojąco blisko.
S-synu.. potrzebuję twojej pomocy.. boję się, że jeśli zbliżę się bardziej, moje ciało cię skrzywdzi.. powiedz mi... Powiedz mi gdzie jest Karak Dord! – Ostatnie zdanie było bardziej wykrzyczane niż powiedziane. Coś pękło w postawnym, kolczastym stworze.
Gadaj! Gdzie, którędy do twierdzy! Pokaż mi gdzie mam iść! Teraz!
Zachowanie zbrojnego stawało się coraz bardziej chaotyczne i agresywne. Nie dobywał jednak broni, budując fałszywe wrażenie bezpieczeństwa. W końcu gwałtownie oparł się o drewniany mur nad krasnoludem i przeżywając coś w rodzaju załamania wysyczał nad nim z metalicznym pogłosem:
Nie wiem czy to opanuję... Ja.. jestem niebezpieczny! Jeśli miłe ci życie twoje i zdrowie mieszkańców.. aaarrgh.. prowadź mnie, pokaż mi drogę do twierdzy, a odejdę w spokoju!
 

Ostatnio edytowane przez Slaaneshi : 13-11-2016 o 18:42.
Slaaneshi jest offline  
Stary 13-11-2016, 18:43   #5
 
Kaeniss's Avatar
 
Reputacja: 0 Kaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodzeKaeniss jest na bardzo dobrej drodze
Wydostanie się ze spalonego statku i znalezienie czegoś, na czym mogłaby dryfować było nie lada wyzwaniem. Morze opętał sztorm, więc nawet jej moce nie miały tutaj zasięgu. Miała dwóch pomocników, niegdyś oprawców, którzy musieli teraz zasłużyć sobie na chwilę życia dłużej i dostarczyć Nadine na brzeg, sama nie zamierzała wiosłować. W małej łodzi, spędzili trzy noce, Nadine nie spuszczała z nich wzroku, a oni też bali się zasnąć, by nie obudzić się po drugiej stronie. Wreszcie udało się. W momencie, gdy stanęła na brzegu, poczuła nagłe podniecenie, jakby doznała przypływu sił, które w momencie obróciły się przeciw nieszczęśnikom z jej niedawnej eskorty – spłonęli żywcem. Nadine coś ciągnęło do przodu, dalej na północ. Czuła się znacznie lepiej niż na wodzie, gdyż tutaj miała niewątpliwą przewagę.

Jest już w Norsce... Co za cudowne uczucie... Coraz bliżej do swojego celu, głos staje się wyraźniejszy, jakby dochodził z bliższa, jakby już w zasadzie był nią... Te wszystkie mierne istoty na jej drodze, stają do walki, nie wiedząc na co się piszą. Już ona im pokaże...

* * *

Co się stało... Chyba za bardzo odleciałam... No tak, to trupy krasnali, pff, co oni sobie myśleli? Ooo, widzę, że mam towarzystwo? Kim jesteś? – odparła Nadine, poprawiając swoje lekko rozmierzwione włosy, strzepując z siebie jakieś resztki chyba spalonych tkanek.
Nawet nie myśl o używaniu czarów w tym miejscu – powiedział do niej szorstkim i chrapliwym głosem – jesteśmy ci wdzięczni za pokonanie wrogiego nam klanu. Od miesięcy sprawdzali nasze siły i mury, jednak nie zawahamy się ciebie zabić, jeśli zrobisz coś głupiego.
Wstał ze świerkowego krzesła i już miał odejść, ale coś sobie przypomniał i dodał:
Tak poza tym to witaj w Karak Dord.
Głos w głowie Nadine zaczął wyć szaleńczo z radości.
”Hm, ale to nie wygląda na twierdzę...” – pomyślała Nadine rozglądając się wokół i widząc tylko resztki spalonej wioski i paru krasnoludów kręcących się i patrzących na nią z nieukrywaną podejrzliwością. Postanowiła dowiedzieć się czegoś więcej o miejscu, gdzie przebywała i zaczęła powoli wstawać poszukując najbardziej przychylnego krasnala, który da jej więcej informacji na temat tej wioski oraz twierdzy Karak Dord - celu jej podróży. Nie widząc chętnych, szepnęła coś pod nosem i na centralnym placu w wiosce naraz ogromnym płomieniem zapalił się pal, na którym nadziane były resztki teraz już bliżej nieokreślonego humanoida. To niewątpliwie przykuło uwagę zgromadzenia.
Hej, karły! Którędy do twierdzy, bo tu jej raczej nie widzę?! Gadać, żwawo!
 
Kaeniss jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:25.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166